Jejmościankę tylko po śmierć posłać...
- Jejmościankę
tylko po śmierć posłać.
W matowej tafli lustra obwiedzionego
ciężką, rzeźbioną ramą zobaczyłam stojącą za mną kobietę,
szerokie oblicze ujęte w falbanki rogatego czepca.
I ten pokój jakiś przedziwny...
Ogromna szafa z ciemnego drzewa. Krzesła
wysokie jak trony, kryte skórą, na ścianie jakiś niby kilim, w ogóle
nie wiadomo co, drzewa, smoki i zamek z ostrokończystą wieżą. Ja... ja
nigdy nie widziałam tego pokoju.
- W zwierciadełko jejmościanka się
gapi, żeby jeno dytka na słomianych nogach nie zoczyła, jak się już
niejednej pannie, pełnej światowej próżności, przydarzyło.
I teraz stało się to
najdziwniejsze.
Odwróciłam się i dygnęłam, skądś
wiedziałam nie tylko, że muszę dygnąć, ale także znałam słowa,
które należało powiedzieć:
- Stokrotnie upraszam przebaczenia
ciotuni dobrodziejki. Jenom z pustoty w zwierciadło zerknęła.
Jakimś czarodziejskim sposobem miałam
na sobie suknię długą do ziemi, byłam ściśnięta w pasie
aż do mdłości, a moje policzki drapał wykrochmalony na sztywno
kołnierz. Bardzo chciałam przejrzeć się w lustrze, ciekawa, jak
wyglądam w tym przebraniu, ale nie odważyłam się.
- Niech no jejmościanka Małgorzata zębów po próżnicy nie
suszy, jeno do sali wraca. Pani matce mruczno[1], a pan Stanisław już chce
precz jechać, zniknięcie jejmościanki za afront przyjmując.
Znowu, nie wiem skąd, nadeszły do mnie
słowa:
- Ja się pani matce
i panu Stanisławowi przystojnie wyekskuzuję[2], żem od nich
poszła.
- Kotki u jejmościanki w głowie - nieżyczliwie parsknęła imponująca dama. - Czyż to przystoi panience
w takie klejnoty się stroić?
Palec kobiety oskarżycielsko wycelował ku
mojej szyi, odruchowo podniosłam dłoń i poczułam pod palcami złote
listeczki i wypukły brzuszek rubinu.
- Pannie przystoi opal, turkusik,
perełka, klejnoty ku ozdobie panieńskiego stanu stworzone, na
rubiny a szmaragdy przyjdzie czas w małżeńskim stanie, kiedy Bóg
pozwoli.
Najdziwniejsze, że wcale nie czułam
się spłoszona słowami nieznajomej, więcej, przyjmowałam je
jako coś zupełnie zwyczajnego i normalnego. Miałam tylko poczucie
nieprawdopodobnej zgrywności tej sytuacji, meblasy przytłaczające
i olbrzymie, te stroje jak w teatrze i ten pokój niski, ale rozległy.
W jego jednym kącie zmieściłaby się cała mamina kawalerka wraz
z niszą kuchenną i łazieneczką.
Szumiąc suknią i nieco przydeptując
obrąbek (głupio jest chodzić w czymś aż tak długim i szerokim),
przemknęłam się obok nieznajomej i pospieszyłam ku drzwiom. Jeżeli
to jest nasze mieszkanie - drzwi prowadzą na klatkę schodową.
To nie było nasze mieszkanie. Za
drzwiami był pokój równie ogromny jak ten, z którego uciekłam,
zastawiony długim, straszliwie długim dębowym stołem, owymi
ciężkimi krzesłami przypominającymi trony i obwieszony długim,
straszliwie długim szeregiem kapiących od złota ram. Jak się było
lepiej przyjrzeć, to w ramach tych tkwiły portrety kobiet w takich
samych czepcach, jak nosiła nieznajoma, lub wąsate oblicze, krwiste
- niczym źle wysmażony befsztyk - z wytrzeszczonymi oczami
i podgolonym ciemieniem.
Coś nakazało mi spuścić oczy, ze
wzrokiem wbitym w deski podłogi popłynęłam, szumiąc sukniami,
wzdłuż stołu aż do miejsca, gdzie siedziała (Co ja mówię! Nie:
"siedziała", tylko: "zasiadała", "prezydiowała"; jakoś
w tym stylu) druga dama w czepcu i wąsaty - jak na portretach ze
ścian - mocno podstarzały jegomość, łysiejący, pomarszczony,
z nienaturalnie przekrzywioną głową.
- Jako wizerunkiem bogini z wysokich
Helikonów zstępującej widokiem waćpanny ucieszony jestem... - zaczął ten stary.
Był także wystrojony w coś dziwnego,
lamowanego futrem i kolorowego, nie mogłam oderwać wzroku od jego
guzików. Nie znam się zupełnie na tym, ale one były albo z czeskiej
biżuterii, albo z prawdziwych klejnotów, i pas też był zupełnie
nadzwyczajny, szeroki na dwie dłonie, lśniący, bardzo piękny,
tkany we wzór z kwiatów i liści. Coś tam jeszcze mówił o syrenie,
o najadzie (co to takiego?), o jakimś korowodzie, którego bym mogła
być prawdziwą ozdobą. Miałam im ochotę powiedzieć, żeby się
przestali wygłupiać, bo to nie ma sensu, i... milczałam. Milczałam
i wpatrywałam się w misterny wzór posadzki ułożony na przemian
z ciemnych i jasnych deszczułek.
- Waćpan ze wszystkim Małgosię
skonfundowałeś[3] - odezwała się ta
druga dama w czepcu. - Młode to jeszcze i politycznego zachowania
niezwyczajne.
Już miałam na końcu języka, że
z wychowania obywatelskiego mam czwórkę, a co do polityki to Marek,
Iwona i Krzysiek są może lepsi niż ja, ale ja także orientuję
się zupełnie dobrze w zagadnieniach omawianych przez gazety, radio
i telewizję - i znowu coś kazało mi milczeć.
- Ręki mi, waćpanna, nie
podasz? - zapytał ten stary. - Wybieżałaś z komnaty niby
sarna spłoszona, aleć dorozumiewam, że deklarację[4] przyjmujesz, jako i pani matka, tuszę,
przychylnym sercem przyjęła.
Nie bardzo rozumiałam, o co mu chodzi,
to przypominało przemowy pana Zagłoby z "Przygód pana Michała"
w "Teleranku". Jakaś sztuka czy serial, może film, do którego
zostałam włączona w dziwny sposób. Chyba że to jest sen, wtedy
się obudzę na własnym tapczanie i trochę się zdziwię, że śnią
mi się takie głupstwa. Co ja mam mu odpowiedzieć?
- W imieniu Małgosi za uczyniony
zaszczyt dziękuję - wybawiła mnie z kłopotu kobieta w czepcu. - Wszelako sam waćpan pojmuje, że muszę z krewniakami rzecz
consultare[5],
bowiem jako sam waćpan wiesz, usus[6] to ekstraordynaryjny[7] najmłodszą przed starszymi z domu
wydawać.
- Sercu nakazać trudno, by pod uwagę
ordynek[8] brało, a nie afekt ku
personie sercem wybranej. Mnie jejmościanka Małgorzata dniem i nocą
w myślach stoi.
- Młodszej czekać wypada, skoro starsze
jeszcze niewyswatane.
- Tedy rekuzy mam się spodziewać?
- Tegom nie rzekła. Jeno o czas do
namysłu najpokorniej upraszam.
Nic nie rozumiałam z tego
gadania. Oderwałam wzrok od podłogi i wgapiłam się z kolei w sufit. Na
suficie ktoś namalował muszlę, na muszli bardzo tęgą panią bez
ubrania, a wokoło tej pani takie małe aniołki. Zachichotałam.
- Sam widzisz, waść, że u Małgosi
pstro w głowie. Przystojniej by było o Klaruni pomyśleć albo afekta
ku Dorocie skierować.
- Ja urodzie i modestii[9] jejmościanek Klary i Doroty w niczym
nie przyganię, alem afekta ku pannie Małgorzacie przykłonił i inaczej
być nie może.
W tej chwili zdałam sobie sprawę, że
coś mnie nieznośnie pije nad kolanami, że przy każdym ruchu coś
trzeszczy w fałdach mojej sukni i że swędzi mnie głowa. Podrapię
się, trudno. To oni chcą, żebym była w tej sztuce czy w filmie,
ja wcale nie mam ochoty. O czym oni właściwie gadają? Są celne
deklaracje, które się wypełnia przy wyjeździe zagranicznym, z mojej
klasy Agnieszka jeździła z rodzicami do NRD i wypełniała taką
deklarację. A w ogóle co mnie to wszystko obchodzi?
Podrapałam się możliwie dyskretnie. Na
stole przed kobietą w czepcu i tym staruszkiem stały fikuśne czareczki
i dzbanuszki. Aha, już wiem. To się nazywa rekwizyt.
Każdy teatr ma swoje rekwizyty. Kiedyś
w telewizji szukali jakiegoś kompletu mebli w stylu... Nie pamiętam,
w jakim stylu, ale chcieli kupić.
Tamci dwoje coś naszeptywali półgłosem,
stałam jak kołek, bojąc się ruszyć. To głupio być na scenie,
kiedy się nie zna roli. Żebym chociaż wiedziała, co mam powiedzieć
i zrobić. Nie ma widowni, żadnego reżysera ani kamer. Może są
za tamtymi drzwiami, szkoda, że nigdy się nie zainteresowałam, jak
właściwie kręci się filmy. Za tamtymi drzwiami... Zaraz zobaczę,
co jest za tamtymi drzwiami.
Kiedy ten staruszek wstał, znowu
wiedziałam, co powinnam zrobić. Palce same chwyciły fałdy sutych
spódnic, przysiadłam w głębokim ukłonie niby jakaś markiza
Angelika. Zabawne, nigdy tego nie ćwiczyłam, a wyszło mi tak, jakbym
od dziecka niczego innego nie robiła. Widziałam, że kobieta skinęła
z zadowoleniem głową, widocznie dobrze zagrałam swoją rolę.
- Tak więc waćpana przed świętym
Marcinem oczekujemy - wygłosiła swoją kwestię dama w czepcu,
podeszła do tych drzwi, za którymi powinien być reżyser, kamery i w ogóle, skinęła na mnie. - Gdyby zaś sprawy niepomyślnym potoczyły
się biegiem, będziesz, waćpan, moim pismem uwiadomiony.
- Tuszę, iż waćpani, mając wzgląd na
rewerencję[10], jaką dla
niej samej i całej familii żywię, rychło surowy namysł w łagodną
odmienisz wyrozumiałość.
Otworzyły się drzwi. Zdębiałam,
ogromna sień cała obwieszona rogami (jelenie? łosie?), łbami dzików,
bronią, na ławie pod ścianą drzemał chłopak, niewiele starszy
niż ja, ubrany w jakąś dziwaczną okryjbidę. Na nasz widok zerwał
się i ukłonił tak nisko, że mało brakowało, a dziugnąłby nosem
w deski podłogi. Zaraz, zaraz... Są tu jeszcze jedne drzwi. Może
za nimi?...
Nie potrafię powiedzieć, skąd na
staruszku znalazło się nagle futro (przypominał pękatą kopę siana),
i tamte drzwi otworzyły się na oścież.
Zupełnie zgłupiałam. Za drzwiami padał
deszcz ze śniegiem, czarne drzewa powiewały mokrymi, bezlistnymi
gałęziami. To wszystko było prawdziwe, najprawdziwsze, żadna
dekoracja, zwyczajne drzewa, zwyczajny deszcz, błoto ćmokające
i gęste, w które koła wrzynały się aż po piasty. Te koła należały
do prawdziwej karety, takiej z szybkami i opuszczanym stopniem, i ta
kareta stała w błocie i deszczu przed moimi zgłupiałymi oczami.
W cztery konie. Naprawdę w cztery konie, ani jednego mniej. Jak w bajce
albo w historycznym filmie.
Tego już było za dużo. Z gardła
wydobył mi się ni to pisk, ni to szloch, zakręciłam się dookoła
i bez namysłu runęłam w jeszcze jedne drzwi, które znajdowały się
w tym ogromnym przedsionku. Usłyszałam drugi pisk.
- Pięknie niczym Tatarzyn skakać? - doszło mnie z boku. - Statku za grosz, Boże odpuść, istny bisurman,
nie panna.
Przede mną stała dziewczyna, ubrana
w taką samą ogromną suknię ze sztywno nakrochmalonym kołnierzem, na
jej czole pysznił się siniak. To właśnie ją uderzyłam drzwiami,
wbiegając do tego pokoju. Mogła mieć osiemnaście lat. O rany, za
nią stała jeszcze jedna taka sama, tylko trochę starsza. Obie miały
nakręcone mnóstwo małych, zapieczonych loczków na głowie (w naszym
domu jest pani Julia, emerytka, która fryzuje sobie włosy żelazkami,
więc wiem, jak się to robi) i wrogo zacięte wargi. Patrzyły na
mnie... Nie do uwierzenia - patrzyły na mnie z wyraźną nienawiścią.
- Triumfuj, dworuj[11] sobie, mamusina pieszczotko! - syknęła ta starsza. - Pewno już i zrękowiny postanowione, co?
- Siostrunia aż piszczy do
ołtarza - dodała kwaśno ta młodsza. - Dla ciebie miód,
a dla nas jeno woszczyna. Dla ciebie szkarłatny postaw[12], a nam paczesie[13]. Ty
po próżnicy nie susz zębów, da Bóg, wszystko się jeszcze po naszej
myśli ułoży.
One najwyraźniej mówiły do mnie, były
na mnie wściekłe, ta starsza prawie płakała ze złości. Głupie
jakieś czy co? Zaraz zdejmę tę kieckę i wyniosę się stąd. Wezmę
sobie kilka jabłek i położę się na tapczanie. Mama tak prędko
nie wróci z tych urodzin. Pewnie ciocia Halina pytała, dlaczego nie
przyszłam. A tam, nieważne. Puszczę sobie płytę z Grechutą:
"Panno młoda, młoda panno...". Właściwie lubię być sama
wieczorem. A z tymi rajstopami to faktycznie łyso, szkoda, że je
brałam, ale przepadło.
Pomacałam suknię z tyłu w poszukiwaniu
eklera, nie było. Nie zastanawiając się długo, zaczęłam ściągać
ten bufiasty i trzeszczący przyodziewek przez głowę, ale równie łatwo
mogłam w ten sposób zdjąć z siebie średniowieczną zbroję.
Uplątana z głową w zwoje materii, jakieś
obręcze, patyki, diabli wiedzą co, szarpałam się i podskakiwałam
z okropnym tupotem. Co ja mam pod pantoflami, podkowy? A może założono
mi do tej roli drewniaki?
- Widzicie sama, pani
matko, jakie Małgoś brewerie wyprawia, robę[14] na sobie szarpie, całkiem z rozumu
zeszła.
Jakieś ręce wyplątały mnie z sukni
i nim zorientowałam się, komu zawdzięczam wybawienie, dostałam w twarz,
aż klasnęło. Nikt mnie nigdy nie uderzył w twarz.
- Za co? - zapłakałam.
- A za to! - Kobieta w czepcu
patrzyła na mnie także z gniewem. - Jak dzikus, pohaniec, z sali
wybiegasz, kiedy grzeczny kawaler z afektami się oświadcza, słowa
dorzecznie nie odpowiesz, ino oczami wkoło strzelasz, jakbyś całkiem
nie miała wstydu. I śmiechy nieprzystojne... - Dama spurpurowiała
z oburzenia. - Jeszcze za wiele zaszczytu dla ciebie... - Znowu
nie dokończyła.
Przestałam płakać i niemądrze
rozdziawiając usta, wpatrzyłam się w swoje nogi. Czegoś takiego
nie widziałam nigdy w życiu. Pantofle były trochę podobne do tych
modnych - bardzo gruba podeszwa i potężny klocowaty obcas - oblecą, ale... To, co miałam na nogach, przypominało te nieszczęsne
rajstopy. Jakby zrobione szydełkiem, białe i wzorzyste. Tylko że
kończyło się zaraz za kolanem, po prostu te skarpety zwinięto
w wałek i zawiązano mocno przybrudzonymi tasiemkami. Teraz zrozumiałam,
co tak piekło, tasiemka wżarła mi się w ciało, to było bolesne
i piekielnie niewygodne.
- Gdzie są moje
rajstopy? Sweter? Dżinsy? - niech sobie te dziwadła robią, co
im się podoba, mnie już nie ma, idę sobie, cześć. Tylko powiem
jeszcze tej pani do słuchu, ze mną nie tak łatwo. - Bić się nie
pozwolę. Nikomu. Pani też.
- Jak ty się do matki zwracasz?!
- Bizunem Małgosię na kobiercu
przeciągnąć raz i drugi, to jej rozumu do głowy najdzie - zatrzeszczały z dwóch stron tamte dziwacznie ubrane dziewczyny.
Uuu, im też tak powiem, że im zaraz
kapcie z nóg pospadają.
- A wy się nie wymądrzajcie - powiedziałam, patrząc na nie z pogardą. - Wyczupirzyły się
i kwoczą jak kury. Mam was w nosie, jak chcecie wiedzieć. Aktorki ze
spalonego teatru!
Nie potrafię opowiedzieć, kiedy znalazłam
się w zimnej jak zamrażalnik komórce, z kamienną posadzką i grubymi
ścianami. Wepchnięto mnie tam siłą, skądś pojawili się jacyś nowi
przebierańcy, kobieta w czepcu pokazywała mnie palcem i krzyczała. To
ci przebierańcy wepchnęli mnie tutaj.
Pochlipałam sobie trochę, później
zaczęłam zastanawiać się nad sytuacją. Jeszcze raz obejrzałam
sobie te długie skarpety, rozwiązałam tasiemki, skarpety w smutnych
harmonijkach zwinęły mi się nad kostkami. Rany boskie, miałam na
sobie ze cztery halki, bombiaste i grube, zawiązane w pasie. Wyżej - coś w rodzaju gorsetu, trochę podobnego do tych gorsetów, w których
tańczy się krakowiaka. Co za idiotyczne ubranie, ciężkie, niewygodne,
nie wiedziałam, że aktorzy muszą pod kostium wkładać coś takiego,
serdecznie im współczuję.
Po chwili przejęło mnie zimno, zęby same
zadzwoniły o siebie. Przez małe, zakratowane okienko, umieszczone tuż
pod sufitem, sączyło się brudnawe światło jesiennego dnia, obeszłam
to kamienne więzienie, ani śladu kaloryferów, ciekawe, jak długo mnie
tu będą trzymać? Muszę być przecież w domu, kiedy mama wróci z tych
urodzin, prawda? No, to dosyć tych głupich kawałów, zresztą dzisiaj
wieczorem w telewizji jest dobry film, miałam zamiar zatelefonować do
Joli, żeby do mnie przyszła, to razem pooglądamy. Tylko co zrobić,
żeby się stąd wydostać?!
Drzwi niby od skarbca, masywne, grube
dechy, żelazne sztaby. Walę, kopię, ani drgną, echo głucho dudni
w kamiennych ścianach.
Kiedy już zupełnie osłabłam od krzyku,
drzwi uchyliły się z przeciągłym skrzypieniem i stanęła w nich
kobieta, z którą rozmawiałam w pokoju z lustrem, pierwsza, którą
spotkałam w tym dziwnym świecie.
- Pani matka nakazuje ci dwa różańce
odmówić i o przebaczenie ją i siostry prosić.
Co? Jaka matka? Moja? To ja tutaj mam
jakąś inną matkę? Starczy tego wygłupiania, mam dosyć. Z początku
to było trochę draczne, teraz dziękuję. Nawet nie zastanawiałam
się dobrze, gdy wrzasnęłam:
- Niech pani mnie wypuści! Wracam
do domu.
Kobieta zamrugała powiekami, wyglądała
na przerażoną.
- Mroczki cię znowu zdjęły?
- Jakie mroczki! Mówię, że chcę
wyjść. Czy pani nie rozumie po polsku?! Chcę wyjść!
Drzwi zawarły się ze skrzypieniem i znowu
zostałam sama, tym razem nie na długo. Kobieta przyprowadziła ze sobą
drugą, tę, która mnie uderzyła. Szły ku mnie z szelestem spódnic,
surowe i wyprostowane.
- Już ja jejmościance kaprysy z głowy
wybiję, już ja Małgosię subordynacji przyuczę - odezwała się
ta druga. - Matki wola święta, to chyba jejmościance wiadomo? Już
mi Małgosia tumultów i rebelii wyprawiać nie będzie.
Coś tam jeszcze mówiła, a ja
pojęłam, że ta kobieta, nie wiadomo dlaczego, uważa mnie za swoją
córkę.
- Pani nie jest moją matką - powiedziałam bardzo głośno i wyraźnie. - Proszę mnie w tej chwili
puścić, bo zawiadomię milicję.
- Zaraz zoczyłam, że ona w gorętwie
nieprzytomnie plecie - zajęczała druga kobieta, łamiąc ręce. - Ani chybi niemoc albo i złe powietrze uderzyło. Medyka trzeba.
Ta pierwsza, niby-matka, dotknęła mojego
czoła, mało brakowało, żebym ją ugryzła w rękę.
- Jak piec rozpalona. Wołajcie
Mikołaja.
Znowu zaroiło się od obcych,
wyrywałam się, krzyczałam, na próżno, zanieśli mnie do łoża
równie ogromnego jak wszystko w tym dziwnym domu, ściągnęli mi tylko
skarpety i pantofle, po czym zostawiając te wszystkie halki i gorsety,
przywalili masywną pierzyną.
- Co jaśnie oświecona pani rozkaże? - zapytał ktoś nad moją głową.
- Sam, asan, obacz, od rzeczy gada,
widać w gorętwie.
Człeczyna z czerwonym nosem, z dużą
torbą, był tak zabawny, kiedy pochylił się nade mną, że musiałam
się roześmiać, chociaż mi wcale nie było do śmiechu. Wyglądał
jak jeden aktor, który się nazywa Leśniak, ja się zawsze śmieję,
gdy widzę Leśniaka.
Człeczyna pomacał mi puls, zastanowił
się przez dłuższą chwilę, z namysłem potarł czerwony nos.
- Flegma do mózgu doszła - zadecydował z powagą. - Albo żółć w humory[15] się wlała.
- Co, asan, radzisz?
- Krew by trza oczyścić.
Już nawet przestałam się szamotać
pod tą pierzyną, pozwoliłam sobie przewiązać rzemieniem rękę
nad łokciem, aha, będą mierzyli ciśnienie, w ośrodku pani doktor
ma dmuchaną gumową poduszeczkę do tego celu, oni widocznie nie
mają. Może ja rzeczywiście jestem chora? Dostanę lekarstwo i będę
mogła być z powrotem sobą.
Wrzasnęłam wniebogłosy dopiero wtedy,
kiedy z przeciętej żyły trysnęła krew.
- Sama wielce miłościwa
dobrodziejka widzi, że jucha czarna i zapieczona - rzekł
z zadowoleniem człowieczek podobny do Leśniaka. - Tędy główne
wapory[16] wyjdą, a resztę bańkami
i pijawkami ściągniemy.
Zrobiono mi opatrunek, kręciło mi
się w głowie, nic nie rozumiałam. Spróbujmy pomyśleć. Ja jestem
Małgosią. Oni także mają tutaj swoją Małgosię i tą ich Małgosią
jestem ja. Tak wychodzi, że ja ich nie znam, a oni znają mnie bardzo
dobrze, nie wiadomo skąd. Ja jakoś do nich trafiłam, chociaż nie
ruszałam się z domu. To jest taki głupi sen, wystarczy się obudzić
i wszystko zniknie, kobiety w czepcach, człowieczek z czerwonym nosem,
nabita pierzyna, miednica z bryzgami krwi i te zaglądające zza drzwi
głowy z przypieczonymi lokami.
- Chcę się obudzić - zaszeptałam
sama do siebie. - Chcę się obudzić.
Wcale się nie obudziłam, kobiety
w czepcach, człowieczek, pierzyna i miednica nie zniknęły. Zupełnie
osłabła i zrezygnowana, nie broniłam się, kiedy człeczyna
wyciągnął ze słoika dwie czarne pijawki i przystawił je za moimi
uszami.
Trzęsłam się ze strachu i ze
wstrętu. Oni mogą ze mną zrobić coś strasznego, a ja nie mogę ani
bronić się, ani uciec.
Ale to wcale nie był koniec. Odwrócono
mnie plecami do góry, człeczyna, pomachując ogromnym kwaczem,
nagrzewał bańki. Z całej siły zacisnęłam wargi, nie będę
krzyczała, nie zrobię im tej przyjemności. Wytrzymam.
No i wytrzymałam bez jednego
jęku. Wreszcie sobie poszli i zostałam sama w parnym zaduchu
pierzyny, aha, osłonili jeszcze to całe łóżko długimi firankami,
zwieszającymi się od daszku do podłogi, bo to łóżko miało taki
niby-daszek na kolumienkach.
Jeżeli rozumuję poprawnie (nasz matematyk
zawsze powtarza, że grunt to poprawne rozumowanie!), jakimś złośliwym
zrządzeniem losu zostałam przeniesiona w dawne czasy, i to wcale
nie w dawne czasy stanowiące tło filmu, ale w najprawdziwsze dawne
czasy. To się wydaje niemożliwe, ale tak jest naprawdę. Ładnie. Ja
jestem ich Małgosią, tak jakby mieli tutaj wolne miejsce na mnie,
wskoczyłam w to puste miejsce i jestem. Coś w rodzaju liczby x,
której szukali. Trzeba było przeczytać "Trylogię". Łatwo
się mówi: przeczytać! "Ogniem i mieczem" - dwa tomy,
"Potop" - trzy tomy, "Pan Wołodyjowski" - jeden, ale bardzo
gruby. "Przygody pana Michała" widziałam w "Teleranku", nawet mi
się podobały. Pan Łomnicki najpierw kochał się w Krzysi, potem się
ożenił z Basią. Krzysia grała na takiej mandolinie, a Basia jeździła
konno i strzelała z guldynki (może zresztą to, z czego strzelała,
nazywało się zupełnie inaczej), machała szablą i uciekła od Daniela
Olbrychskiego, który w tym serialu miał na imię Azja.
Jeżeli to wszystko nie jest bujdą
i bladą lipą, to jakoś będę musiała spróbować żyć w tym świecie,
dopóki z niego nie ucieknę. Ja się tak łatwo nie poddaję. Poradzę
sobie. Skoro mogłam tu trafić wprost z naszej kawalerki, to znajdę
drogę z powrotem, do swojego świata. Chyba że to jakiś głupi
kawał.
Dotknęłam opatrunku na przegubie ręki
i syknęłam z bólu. Dziękuję za takie kawały. Plecy bolały mnie
jak przyżegane ogniem, to też nie mógł być kawał.
Skrzypnęły drzwi.
- Ciii...
- Pewnikiem zasnęła.
- Obacz, Dorotko.
Przymknęłam oczy. Za firanką błysnęło
płomieniem świeczki, ta młodsza dziewczyna popatrzyła na mnie
i opuściła zasłonę.
- Śpi. Chwała Bogu, że cyrulik
zratował. Aż poty na mnie uderzyły, jak ją zobaczyłam. Żal mi
siostrzyczki.
- Coś taka litościwa, Dorotko? Ona,
chociaż najmłodsza, wielką panią będzie, mężatką, a ty, chociaż
starsza, pod mniszy welon pójdziesz.
Coś zaczynałam rozumieć. Zęby
szczęknęły, czoło pokryło mi się lepkim potem, leżałam cała
zamieniona w słuch.
- Z początku i mnie rankor[17] ujął - mówiła dalej ta,
którą nazywano Dorotą. - Przecie i popuścił, kiedy Małgoś od
rzeczy pleść poczęła. Albo jej pan Stanisław nie po sercu, albo
z alteracji[18] w pomieszanie
i chorość wpadła.
Przez szparę w firankach widziałam je
obie w tańczącym blasku świecy. Aha, to tak się zdejmuje te suknie:
rozwiązuje spodnią tasiemkę i wychodzi ze spódnicy, która jak dzwon
wzdyma się na podłodze, górę po odpruciu sztywnego kołnierza ściąga
się przez głowę, zupełnie proste, tylko trzeba wiedzieć. Teraz
zwijają te skarpety w obwarzanki nad kostką i ostrożnie zdejmują. Ich
łoża są równie ogromne jak moje i też zaopatrzone w firanki
i daszek. Teraz powinny obie pójść do łazienki.
Nic takiego się nie dzieje, wchodzą pod
swoje pierzyny. Ta, która ma na imię Klara, odzywa się sennie:
- Znów o pacierzach
przepomniałyśmy.
- Ja na leżący odmówię,
siostrzyczko.
Pfffuuu, dmuchają na świecę, robi się
zupełnie ciemno.
Z tej ciemności odzywa się jedna
z nich:
- A ja ci powiadam, że jakby dziadunio
dobrodziej tego legatu Małgosi nie zapisał, toby pan Stanisław do
mnie albo do ciebie w konkury poszedł. Jemu nie o Małgosię chodzi,
jeno o te wsie, które ona wianem dostanie podług dziadziusiowej woli. Ja
bym na Małgosinym miejscu takiego starego nie chciała.
Ta druga, Klara, aż się porywa
z pościeli.
- Szaleju żeś się najadła,
Dorotko? Przecie on z rodu, gdzie i krzesła poręczowe[19], i mitry nie
dziwota!
- Stary.
- To
i lepiej. Stateczniejszy.
- Szyję ma krzywą.
- Też! Pan Hieronim na nogę utykał,
a tobie oczy omal do niego nie wyskoczyły.
- Wcale o niego nie stałam.
- Znają cię, nic się nie
bój. Jedną chwilą byś do ołtarza leciała. Żeby jeno konkurent
się znalazł.
W mroku chlipnięcie i schrypnięty
głos:
- Znajdę i ja przyjaciela
dozgonnego. Czym ja maszkara jakaś, krzywa albo i na umyśle
pomieszana? Czego mi brak?
- A Małgoś, ledwie z dziecięcego
kabatka[20] wyrosła, zaraz w zamęście idzie - syknęła Klara.
- Ja bym też poszła, jenoś ty na
przeszkodzie stała, zdrajczynio.
- Ja?!
- A kto mamie powiedział, że
z Jachniczkiem sekretnie się schodzę? Nie ty? Kto do pana Żegoty zęby
suszył i ze mną mu tańcować nie dawał? Ty czy nie ty? Kto list od
krajczego wykradł i pani matce pokazał, com przez trzy dni w komórce
o chlebie i wodzie pościła! Nie ty?
- Głupiaś!
- A pewno, żem głupia. Zawsze ci na
zawadzie stałam, zawsześ opresje na mnie szykowała.
- Nie ma co języka po próżnicy
strzępić. Jedna dola nas czeka... - Tu ta starsza przerwała i dodała
tonem głębokiego namysłu: - Jeno nie wiadomo, jak to będzie,
chyba że na bose mniszeczki nas oddadzą, bo jakby jakie zacniejsze
zgromadzenie, to wiano nie gorsze potrzebne niż do zamęścia, ba,
lepsze.
Głosy umilkły. Więc ja, czyli ta ich
Małgosia, mam wyjść za mąż. Czy one nie wiedzą, że jak się ma
piętnaście lat, to się nie wychodzi za mąż?! To jest zabronione
i w ogóle bez sensu, chybabym umarła ze wstydu, jakbym musiała mieć
męża, i to jeszcze w dodatku takiego staruszka. Bo one mówiły o tym
staruszku z krzywą szyją, tego byłam pewna. Wpadłam jak śliwka
w kompot, nie ma co.
Kiedy ciemność wypełniły równe, senne
oddechy, ostrożnie wylazłam z pościeli i trzęsąc się z zimna,
powędrowałam ku drzwiom. Chyba dobrze wszystko zapamiętałam. Za
drzwiami jest sień, w przeciwległej ścianie drzwi, za tymi drzwiami
jest sala z długachnym stołem i portretami, z tej sali przechodzi się
do tamtej, gdzie jest zmatowiałe, błękitnawe lustro w rzeźbionej
ramie. Stanę przed lustrem i powiem: "Chcę wrócić. Bardzo chcę
wrócić". I to powinno się stać. Nie wiem jak, ale powinno. Moje
zjawienie się tutaj ma coś wspólnego z tym lustrem, tego jestem
pewna.
Jakoś przebrnęłam przez ten ogromny
przedsionek najeżony rogami nikło majaczącymi w ciemnościach
i namacałam klamkę. Skrzypnęło. Pod długim szeregiem portretów
ogarnął mnie nagły strach. Kiedyś w radiu była audycja o Białej
Damie opuszczającej nocami ramy obrazu, może i któraś z tych kobiet
błądzi o zmroku po przepastnych komnatach. Nie będę o tym myślała,
muszę dotrzeć do tamtego lustra.
Znowu skrzypnięcie drzwi. To tutaj.
Mrok, choć oko wykol. Uderzyłam
o coś twardego obwiązaną ręką, niegłośno krzyknęłam. W tej samej
chwili usłyszałam szczęknięcie, posypały się błękitnawe iskry i w tańczącym ogieńku zobaczyłam kobietę, która - nie wiadomo dlaczego
- uważała, że jest moją matką. Leżała na wysoko spiętrzonych
poduszkach, nawet w nocy nie rozstawała się z czepcem, tylko że był
to inny czepiec niż w dzień, chociaż równie szeroki i bufiasty.
- Dokąd to jejmościanka?
Przez chwilę, ale tak krótką jak
mgnienie, miałam ochotę wygarnąć tej obcej kobiecie, co o niej
myślę, i ze zdumieniem usłyszałam, jak odpowiadam składnie
i grzecznie:
- Wody mi się chce, pani matko.
- Wody? Czemu na dziewkę nie
dzwoniłaś? Przecie w podle drzwi jak zawsze śpi na ławie, wam ku
posłudze.
- Sama poszłam.
- Po krwi puszczeniu? Suchot gwałtem
chcesz?
- Ja nie myślałam...
- Kiedy ty statku
nabierzesz. Boże odpuść! Do zamęścia się
szykuje, a durna niczym niedolatka. Jubką[21] byś się chociaż przyrzuciła, w taki ziąb
boskiem...
Rzeczywiście było bardzo zimno w tych
wielkich pokojach, oni tutaj mieli kominki (takie same, jakie pokazują
w filmach), ale przez to nie było ani trochę cieplej, przynajmniej
teraz. Pewno dlatego przywalali się ciężkimi pierzynami i wciągali na
siebie niezliczoną ilość halek czy spódnic. Zresztą nieważne. Zaraz
podejdę do lustra i...
- Ojej! - krzyknęłam na cały
głos.
Niemożliwe, nieprawdopodobne. To nie
mogłam być ja! Ja mam proste, długie włosy, a nie spieczone w różne
loki, ja nie jestem wcale gruba, a ta tutaj - pulchna niczym dobrze
wyrośnięty pierożek, ja jestem opalona jeszcze z lata, nie taki bielas
typu personalna z młyna. Ale przecież ja byłam ja, w środku nic się
nie zmieniłam! Chyba zwariowałam. Zaraz. Kwadrat przeciwprostokątnej
równa się sumie kwadratów przyprostokątnych. Ciało zanurzone w cieczy
traci na wadze tyle, ile waży ciecz przez to ciało wyparta. W klubie
na zawodzie stoit zielonaja jołka. Konstanty Ildefons Gałczyński
należy do najwybitniejszych liryków współczesnych. Przecież
wszystko pamiętam! Z rosyjskiego było takie dyktando, kartkówka.
O tej jołce. Jeszcze się spytałam Jolki, czy z miękkim znakiem, czy
bez. Na przerwie pokazywałam dziewczynom te rajstopy, które się potem
podarły. Powiedziałam, że to prezent od mamy. Zazdrościły. Głównie
Agata, ona przepada za ciuchami i każdemu zazdrości, kto ma coś
nowego. Jeżeli pamiętam, to nie zwariowałam, tam w środku,
w tej grubej, białej dziewczynie siedzę ja, ja sama. W głowie się
kręci...
- Już w zwierciadło? - gniewa się
kobieta w czepcu. - Niech no Małgosia klęknie.
Posłusznie klękam na zimnej
podłodze. Cierpną kolana, dokucza piekącym bólem ręka.
- Za jakie grzechy taki krzyż
dźwigam? Diabeł w ciebie wstąpił? Usłuchana, cichutka jak pajęczyna,
dobre dziecko, i nagle taka odmiana! Mores - rzecz pierwsza, a ty
matce do oczu skaczesz. Zechcę, to ci błogosławieństwa umknę i,
pókim żywa, na zamęście nie zezwolę, choćby i ten Stanisław nie
koligatem[22] hetmańskim był,
a samym hetmanem.
Ciągle jeszcze klęczę pod gradem
gniewnych słów. Zimno przejmuje mnie do szpiku kości.
Kobieta
w czepcu odmienia tego Stanisława przez wszystkie
przypadki. Stanisław. Stanisława. Stanisławowi. Stanisławem.
O Stanisławie. Dużo mnie obchodzi ten pan Stanisław! Mój chłopiec
nazywa się Jacek, siedzi w drugiej ławce od okna. Niedługo się z nim
umówię, wie pani? Na randkę włożę biały golf i przypnę babciną
broszkę. Broszkę... Gdzie jest moja broszka?! Gdzie jest broszka?
- Gdzie jest broszka? - pytam
głośno.
Kobieta w czepcu wyłazi spod swoich
pierzyn, patrzy na mnie wytrzeszczonymi oczyma. Już jest przy mnie,
stara się mnie podnieść.
- Sama dojdziesz, Małgoś, czy
ludzi wołać? - Jest naprawdę zmartwiona i przestraszona i chyba
dlatego wydaje się jakaś sympatyczniejsza niż poprzednio. Może jej
wytłumaczyć? Niewykluczone, że zechce mi pomóc.
- Ja wszystko powiem - zaczynam
tak pospiesznie, że język mi się plącze. - Najpierw w lustrze,
z tyłu, był jak zawsze regał, a potem ta szafa - macham owiniętą
ręką w stronę rozłożystej szafy. - I wtedy byłam już tutaj,
rozumie pani?
- Co było?
- Regał - niecierpliwię się,
regał czy nie regał, trzeba jakoś wyjaśnić, na czym polega
najważniejsze. - Ja przyszłam skądinąd. I chcę wrócić.
- Moja ty córuniu biedna - roztkliwia
się nagle ta kobieta, przytula mnie do siebie. - Widno się na
ciebie chorość po wujence Tekli rzuciła, co ją, niebogę, sześć
lat na łańcuchu trzymali, bo ze wszystkim rozum straciła. Jeno
z oną wujenką żadne ci pokrewieństwo, boć tylko to wujowa żona,
nie familiantka prawdziwa.
I tej nocy człeczyna z czerwonym nosem
powtórnie przystawia mi pijawki za uszami. Dostaję także cały kubek
czegoś bardzo gorzkiego, po czym momentalnie zasypiam.
Budzę się wyspana i bardzo głodna. Leżę
i patrzę w belkowanie sufitu. Ale draka, jeszcze tu jestem. Co to
za opatrunek? Aha, puszczali krew. No, dobrze. Wstanę. Jakoś to
będzie.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[1] Mruczno (komuś) - ktoś
jest zły, zagniewany.
[2] Ekskuzować - usprawiedliwić, tłumaczyć.
[3] Konfundować - zawstydzać.
[4] Deklaracja - oświadczyny.
[5] Consultare (łac.) - naradzać się.
[6] Usus (łac.) - praktyka, zwyczaj.
[7] Ekstraordynaryjny - nadzwyczajny.
[8] Ordynek - rząd, szereg.
[9] Modestia (łac.) - skromność.
[10] Rewerencja - szacunek, poważanie.
[11] Dworować - żartować, kpić.
[12] Postaw - sztuka
sukna, zwój sukna.
[13] Pacześ - włókno lnu lub konopi; pacześny - zgrzebny.
[14] Roba - wykwintna,
strojna suknia.
[15] Humory - płyny krążące w naczyniach krwionośnych i w przestrzeniach
międzytkankowych.
[17] Rankor - gniew, uraza.
[18] Alteracja - wzburzenie, niepokój.
[19] Krzesło
poręczowe - tu: urząd senatorski.
[20] Kabatek - wierzchnie okrycie, zwykle krótkie, rodzaj żakietu.
[21] Jubka - ciepły
kaftan.
[22] Koligat - krewny, powinowaty.