Słowo od autora
Drodzy Czytelnicy,
"Maleńkie Zło" to książka różniąca się stylem i narracją od tych, do których Was przyzwyczaiłem. O czym jest? Najoględniej o człowieku stojącym nad egzystencjalnym klifem, który podczas utraty świadomości doznaje objawień z odległych czasów i przełomowych epok. Doznaje nieśmiertelnej miłości do kobiety, towarzyszy historycznym postaciom. Tytułowe Maleńkie Zło stało się częścią jego osobowości i wiernym, acz przekornym towarzyszem życia. Przez całą fabułę powieści, uczestnicząc z bohaterem w odkrywaniu sekretów zamierzchłej przeszłości, Maleńkie Zło knuje i podejmuje rozliczne uczynki, aby wpływać na jego decyzje i interpretować fakty według swej własnej retoryki odmiennej od retoryki bohatera. Jest ono tym samym uosobioną częścią mrocznych zakamarków duszy mojego bohatera. Czy jednak zawsze było i pozostanie personifikacją takiego zła i tylko samego zła? Zaskakującą, jak sądzę, odpowiedź poznasz, Czytelniku, w finałowych rozdziałach powieści.
"Maleńkie Zło" to książka o tematyce historycznej z elementami fantastyki, nierzadko mającymi wyraziste zakorzenienie na gruncie nauki. To powieść dla miłośników starożytnych kultur i poszukiwaczy sensu życia. To książka, którą szczególnie mogę więc polecić ludziom dociekliwym, niewątpiącym w możliwość istnienia życia po życiu, ale również czytelnikom lubiącym historię.
Droga Czytelniczko, drogi Czytelniku! Ufam, że lektura książki dostarczy Ci wielu tematów do rozmyślań, a także będzie inspiracją dla Twoich własnych refleksji i nawet filozoficznych spekulacji. Moje teorie i liczne sentencje poznasz podczas obcowania z tą powieścią, ale odnajdziesz je także na witrynie janusz.nizynski.pl (http://janusz.nizynski.pl/malenkie-zlo-cytaty/), gdzie zebrałem kilkadziesiąt cytatów ze wszystkich rozdziałów tej książki i opatrzyłem je różnorodnymi grafikami. Gdybyś po ich przeczytaniu zechciał(a) podzielić się ze mną swymi refleksjami, to nic prostszego - możesz to zrobić na moim facebookowym fanpage'u (https://www.facebook.com/Janusz1228). Byłoby mi bardzo miło, gdybyś i Ty (jeśli nie uczyniłeś(-łaś) tego do tej pory) dołączył(a) tam do licznej już rzeszy drogich memu sercu Czytelniczek i Czytelników.
Zapraszam Cię także do sklepiku z moim książkami, który również znajdziesz pod adresem nizynski.pl. Możesz w nim nabyć każdą moją publikację w wersji papierowej i elektronicznej. Na życzenie wpisuję indywidualną dedykację. Zakupione książki sklepik wysyła do Twego ulubionego automatu paczkowego (lub pocztą).
A teraz, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku, nie pozostało mi nic innego, jak serdecznie zaprosić Cię do lektury.
Wspaniałych przeżyć i czytelniczych wrażeń!
Janusz Niżyński
- 1 -
Miała przyjść zaraz po południu, co oznacza, że została mi jeszcze prawie godzina. Umyłem zęby, wziąłem orzeźwiający, chłodny prysznic, obficie pokryłem dezodorantem wszystkie zakamarki ciała mogące wydzielać nieprzyjemny zapach, a potem - z poczuciem jakiejś nieuprawnionej satysfakcji, jakbym co najmniej uporał się z naprawą odwiecznie cieknącej w toalecie spłuczki - rozsiadłem się na swym ulubionym łazienkowym krzesełku w kolorze popielatej platyny. Siedziałem i na długą chwilę pogrążyłem się w twórczym bezruchu, zastanawiając się: co dalej?
Minęła minuta, dwie, kolejne... Niestety! Nic, kompletnie nic konstruktywnego nie zaświtało w skołatanej głowie. Umyłem więc po raz drugi zęby i również po raz drugi tego dnia starannie ogoliłem swą kostropatą facjatę. Praktykowałem te czynności niestrudzenie i świadomie, z myślą, że pobyt w toalecie to najlepszy sposób na zabijanie czasu.
Zanim przeszedłem do pokoju, by założyć świeżą koszulę, krytycznie spojrzałem na swe odbicie w łazienkowym lustrze. Nogi - o których moja nieodżałowanej świętej pamięci małżonka Natalia mawiała: "szczuplutkie i zgrabne, mimo dolegliwości z kolanami" - na szczęście wciąż ruchliwe i "na chodzie", co dla udowodnienia sobie potwierdziłem energicznym przysiadem. Oczywiście na brzuchu nie było już "kaloryfera", który dumnie wystawiałem na szpan przed kumplami i dziewczętami w odległej młodości, ale i bez przesady - nie ma tragedii. A to, że pojawił się drobny wzgórek, akurat mej męskiej sylwetce nie ujmuje niczego. Mało tego - wciąż był przecież niepozorny i niepokaźny (może i nawet powinienem był użyć określenia - sympatyczny), więc wbrew utyskiwaniom najbliższej rodziny nadal nie dawał powodów do zmartwień.
Zgiąłem łokcie, oceniłem kształt bicepsów. Eee...! Naprawdę w porządeczku! Napiąłem mięśnie klatki piersiowej, wciągnąłem bebechy i również zadowolony z efektów delikatnie poklepałem się po bandziochu. Ten też niczego sobie! Nie mam się czego wstydzić. I w końcu, po pozytywnej inspekcji, radośnie podśpiewując fragment arii Toreadora z opery "Carmen", podszedłem do szafy z zamiarem dobrania stroju najlepiej pasującego do nadchodzącej wizyty.
Dopóki żyła moja ukochana żona Natalia, menedżerka i zawodowo w pracy, i w domu - nie miałem z tym żadnego kłopotu. Zawsze i na każdą okazję wyręczała mnie z podobnych tortur. Szliśmy do teatru - garnitur odświeżony, odprasowany czekał na wieszaku. Praca w ogrodzie - ogrodniczki i łaciata flanela dyskretnie ułożone na półeczce. I codziennie rano czekał na mnie świeży "zestawik": spodnie, wyprasowana koszula, wyprasowane skarpetki. (Tak! Moja żona Natalia nawet prasowała skarpetki). A teraz? Niestety! Z tym wszystkim trzeba radzić sobie samemu... "Rozum przychodzi wraz z wiekiem" - mawiała za popularną satyryczką - "ale do niektórych czasem przychodzi sam wiek". Miała rację? No, miała...
Prawdziwa Miłość to nie tylko uczucie. To nie tylko historia rozmazanych szminek i pogniecionych pościeli. Prawdziwa Miłość to podróż przez życie z pokrewną duszą, która odkrywa przed nami cały swój wszechświat, a my w zamian odkrywamy dla niej nasz. Taka była właśnie nasza miłość: moja i Natalii. Kiedy idzie się przez życie z dobrą osobą, każda droga jest właściwa. I szliśmy. I codziennie odkrywaliśmy dla siebie nasze światy, aż pewnego strasznego dnia wspólna droga skończyła się i oba światy runęły.
Słomiany wdowiec, mawiają - kuzyn chochoła; wdowiec z krwi i kości - chocholi brat. Długo nie mogłem pogodzić się z niesprawiedliwością losu, który zabrał mi Natalię i tym samym uczynił ze mnie chochoła osamotnionego na poletku życia. A zdawać by się mogło, że kto, jak kto, ale Natalia to ostatnia na świecie osoba, która da się pokonać bezdusznemu losowi. Zawsze przecież była niezłomną wojowniczką niezdolną do drżenia ze strachu przed walką z życiem. Wszystkie zmartwienia i bolączki dnia codziennego wydawały się spływać po niej jak woda po kaczce. Miłośniczka dobrych książek, prawa, silna psychicznie, odpowiedzialna kobieta, zawsze w dobrym nastroju, której egzystencjalne zmartwienia wydawały się praktycznie nie istnieć - oto, jaką była. Nigdy nie uznawała niczego, co było narzucane jej na siłę. Miała swoje niewzruszone postanowienia i zasady. Gdy więc na świecie szalała epidemia covidu, gdy ludzie szczepili się, nosili maseczki, unikali zgromadzeń - ona te środki miała za nic. Nade wszystko ceniła sobie niezależność i wolność. Bezwarunkową. Gdyby jednak wiedziała, jak wysoką przyjdzie jej za to zapłacić cenę, może postąpiłaby inaczej...? Dopiero wówczas, gdy odwozili ją do szpitala, pierwszy i ostatni raz w życiu ujrzałem w jej oczach łzy. Czy już wtedy przeczuwała, czy wiedziała, że nie wróci? Może... Do szpitala z objawami wysokiej gorączki trafiła w niecałe pół roku po wybuchu epidemii. Stamtąd po niespełna tygodniu - na cmentarz. Był człowiek, nie ma go... Byłem ja - szczęśliwy towarzysz jej życia - i nie ma mnie - szczęśliwego człowieka. Zostałem "chocholim bratem". Paskudnie postąpiłeś, Panie Boże! I wobec Natalii, i wobec mnie. Okradłeś mnie. Upokorzyłeś Natalię. Zniszczyłeś nas. Nigdy ci tego nie wybaczę!
Po krótkim rozmyślaniu nad bezdusznymi wyrokami absolutu powróciłem do spraw doczesnych. Czas wizyty zbliżał się, a ja wciąż byłem nieogarnięty. Miałem trzy opcje do wyboru: włożyć eleganckie spodnie, dżinsy lub najzwyklejsze dresy. Wybór padł na te pierwsze, ponieważ w tym momencie jako jedyne prezentowały się w miarę schludnie i wciąż nosiły oznaki wyprasowania ich kiedyś przez Natalię... Teraz musiałem jeszcze dobrać koszulę. Kilka szybkich przymiarek i zdecydowałem się na polo. Przede wszystkim dlatego, że zwykła flanela miała za dużo guzików - pospieszne rozpinanie mogłoby przyprawić o niepożądany nadmiar nerwów.
Spojrzałem na zegarek: zostało jeszcze trochę czasu. Postanowiłem więc strzelić sobie na szybko symbolicznego kielonka "Chopina" - tak profilaktycznie, na poprawę nastroju, znaczy się - dla kurażu. Jednak - na szczęście lub nieszczęście - przypomniałem sobie, że zaraz przyjdzie czas zaaplikowania pigułki. A że tej akurat nie wolno przyjmować po alkoholu, to butelka z wizerunkiem srebrnego maestra o orlim nosie niemrawo odbyła powrotną podróż do barku.
Połykanie tabletek nie jest dla mężczyzny najprzyjemniejszym zajęciem, lecz co poradzić? Jako racjonalny senior od dawna się z tym pogodziłem, bo przecież... "przedstawienie trwać musi".
Gdy wreszcie wszystko było już gotowe, usiadłem na wygodnej skórzanej kanapie w salonie, otworzyłem laptop, włączyłem na YouTubie moje ulubione nagranie Poloneza-Fantazji Chopina w wykonaniu Karoliny Nadolskiej[1] (uwielbiam zjawiskowe interpretacje Nadolskiej, na przykład te wszystkie perełki z kolekcji "Polskie Tańce") i słuchając muzyki, czekałem. Dom wprawdzie nie był wysprzątany na tip-top, jakim zawsze bywał za czasów Natalki, jednak pomimo to uznałem, że zaprowadzony "porządeczek" w pełni odpowiada standardom ludzi takich jak ja - racjonalnych pragmatyków. "Czysto ma być tam, gdzie coś jest na widoku, a nie tam, gdzie goście prawie nigdy oczu nie zapuszczają" - ta złota zasada gospodarza-samotnika każdego dnia pozwalała mi zaoszczędzić sporo nudnego wysiłku na sprzątanie niemałego w końcu domu.
Długo oczekiwany dzwonek domofonu sprawił, że serce natychmiast podskoczyło do gardła, a wraz z nim z fotela na równe nogi całe moje ciało.
Trzasnąłem pokrywą laptopa, podbiegłem do wiatrołapu i dyskretnie spojrzałem przez szklane przepierzenie na furtkę... Tak! To ona. Już przyszła! Ale ja, chytry lis, by nie zdradzać podniecenia, jak zawsze w takich sytuacjach przed naciśnięciem klawisza domofonu odczekuję kilka bolesnych, rzec by nawet można traumatycznych, sekund. Dopiero po ich upływie czynię powinność gospodarza i chwytam za klamkę.
Jasne, że uczyniłem tak również i teraz... Chwilkę wcześniej jeszcze tylko z lekka ulizałem dłonią sympatyczną półłysinkę na głowie i poklepałem się po policzkach, by sprawdzić, czy aby na pewno dzisiejsze dwukrotne golenie nie poszło na marne.
I oto jest - ona! Oto na progu stoi Magdalena - piękna kobieta w lekkim płaszczyku, na którym jak małe minibrylanty połyskują kropelki wiosennego deszczu.
- Jak pan widzi, panie Janku, przyszłam do pana punktualnie, zgodnie z umową. Na dworze pada i jest zimno. A przecież mamy połowę maja...
Pomogłem zmokniętej "zamówionej" pani zdjąć płaszcz.
- No to nastawię czajnik i zaraz szybko naparzę gorącej herbatki imbirowej z opuncją.
- Herbatka z opuncją? Dobry pomysł, ale, panie Janeczku, później! Nie zaprosił mnie pan przecież tutaj na herbatkę. Ale gdy skończymy, obiecuję, będziemy mogli przez kilka minutek posiedzieć w kuchni i, jak to mówią, połączyć przyjemne z pożytecznym - powiedziała i uśmiechnęła się do mnie szczerym, szerokim uśmiechem.
Wprowadziłem swoją panią do salonu i usadowiliśmy się obok siebie na tej samej kanapie, na której jeszcze przed chwilą słuchając Chopina Nadolskiej, odprawiałem sekretne misterium oczekiwania. Delikatny aromat kobiecych perfum w ostatnich latach, po odejściu żony, nieczęsto unosił się w tych ścianach. Zapewne dlatego tak przyjemnie łaskotał mnie teraz po nozdrzach.
- O tableteczce pan nie zapomniał, panie Janeczku? - Piękna kobieta uważnie spojrzała mi w oczy, próbując dostrzec w nich coś jeszcze poza odpowiedzią na proste pytanie. - Ta tableteczka, wie pan przecież dobrze, naprawdę bardzo pomaga...
- Ma się rozumieć. Wziąłem. Tuż przed pani przyjściem. Tak jak ustaliliśmy.
- To bardzo dobrze, panie Janeczku. Bardzo dobrze. Te tabletki, jak pewno panu wiadomo, mają wielogodzinne działanie.
Kobieta spojrzała mimowolnie na zegarek, uniosła się z kanapy i z uśmiechem prawie rozkazała:
- Cóż... Czas to pieniądz... Niech pan już wstanie, panie Janeczku, rozepnie szelki i zdejmie koszulę. Będzie nam wtedy wygodniej.
Rozumie się, że jednym ruchem dłoni rozpiąłem szelki i zaraz po chwili szybkimi wygibasami ramion nerwowo przeciągnąłem koszulę przez głowę.
Gdy stanęliśmy naprzeciwko siebie, z niepokojem czekałem na jej pierwszy dotyk. A kiedy do tego wreszcie doszło, przez całe moje ciało, jak wyładowania elektryczne, przebiegła niezwykła fala dreszczy. Z trudem panowałem nad oddechem. Widząc to, pani Magdalena z wyrozumiałością i życzliwością uśmiechnęła się:
- Proszę oddychać swobodnie, panie Janku, proszę się odprężyć...
I wziąłem głęboki oddech, tak głęboki, jak kiedyś w młodości, gdy pierwszy raz podrywałem i prosiłem dziewczynę do tańca na potańcówce. Takich "dokonań" w moim życiu potem bywało mnóstwo. Mnóstwo też było kobiet, które po dyskotece sprawiały, że moje serce biło z podniecenia, dokładnie tak, jak teraz. Ale moja młodość, uświadomiłem sobie z rozrzewnieniem, moja młodość już dawno przeminęła. I teraz mnie, samotnemu emerytowi, który niedawno przeszedł zabieg chemioterapii, zostało już tylko jedno: cieszyć się dotykiem stetoskopu przykładanego kobiecą dłonią i obecnością obok siebie pięknej istoty - lekarki z rejonowej przychodni w rodzimych Starych Babicach, doktor Dawgialskiej wizytującej pacjenta...
- 2 -
I w końcu to, co nieuchronnie miało nastąpić, o czym przestrzegali mnie wszyscy, stało się - tego dnia poczułem się naprawdę niedobrze. W następnych - jeszcze gorzej.
Przy kolejnej wizycie moja piękna pani lekarka ze Starych Babic zwięźle i krótko zakomunikowała:
- Panie Janku... Muszę to panu powiedzieć jasno i bez owijania w bawełnę: trzeba pana natychmiast przewieźć do szpitala.
Co gorsza, odniosłem wrażenie, że gdy rozkładała ręce w geście bezradności i wzdychała z ubolewaniem, to wypowiadała te słowa z zawodową powagą i odpowiedzialnością. No cóż? Jak powiada potoczne porzekadło: "dobre już było". Krótko mówiąc: koniec żartów. Teraz pozostało mi przedsięwziąć typowe w takich sytuacjach smutne egzystencjalne konkrety.
Oczywiście, piękna pani doktor nie omieszkała przy okazji mnie zrugać:
- W dużej mierze sam sobie jest pan winien! Jak to w ogóle możliwe, aby przez długie lata tak się zaniedbać i bagatelizować objawy choroby? - Zmierzyła mnie karcącym spojrzeniem, jak matka krnąbrnego dorastającego syna.
Sorry, koteczku!, odpowiedziałem doktorce w myślach. Ale jak mogłem inaczej? Przecież każdego dnia miewało się tyle problemów do ogarnięcia, że czasem nie wiadomo nawet było, w co ręce włożyć. C'est la vie![1] Moja wrodzona odpowiedzialność za powierzane zadania wychodziła mi teraz bokiem: doigrałem się.
Następnego dnia przewieziono mnie do kliniki. Leżałem na szpitalnym łóżku, prawie nie mogłem ruszyć ręką ani nogą, więc jedyne, co mi zostało, to gorączkowe rozmyślanie o nadchodzących dniach. Może nawet ledwie godzinach, minutach? Kto wie...?
Po obiedzie przyszło mnie odwiedzić kilkoro kuzynów.
- I po co mu było się tak poświęcać i eksploatować?! Jest wrakiem człowieka - usłyszałem niezadowolony szept jednej z osób, którą kiedyś uznawałem za bliską. - Rak, udar, covid... Wszystko naraz!
Udawałem, że śpię i nic nie słyszę (co mi nawet nieźle wychodziło). Tymczasem głosy nie ustawały. Wytężyłem słuch.
- Tylko kto to teraz wszystko za niego będzie ciągnąć?! - Irytowali się. - Też wybrał sobie porę...
Wierzcie lub nie, ale naprawdę w tym momencie chciało mi się na cały głos zaśmiać! Właśnie: zaśmiać się. Nie korzyć się przed nimi, nie kulić ze wstydu, lecz roześmiać do rozpuku. Jednak pomimo najszczerszych chęci, nie byłem w stanie. Na szczęście wkrótce poszli sobie, a właściwie ulotnili się jak nieświeże powietrze po otwarciu okna.
- Chwała Bogu! - odetchnąłem z ulgą.
Do niedawna wierzyłem, że moje nie najlepsze mniemanie o nich to taka nabyta zwyczajowa, być może nawet formułowana na wyrost podejrzliwość wobec każdego, z kim miałem do czynienia. Tymczasem prawda jest, jaka jest - brutalna. Czyż szczytem bezwstydu z ich strony nie było dyskutowanie o mnie nad moim łóżkiem? Czy nie byłoby bardziej taktownie, gdyby podnieśli ten temat gdzieś na korytarzu, a nie tutaj?! Byłem jednak zbyt słaby na kontynuowanie tego pełnego goryczy rozmyślania i wkrótce naprawdę zasnąłem.
Jednak gdy do sali weszła pielęgniarka, już nie spałem. Myślałem o czymś. A ponieważ nie pamiętam o czym, musiało to być chyba coś niekoniecznie dobrego, miłego. Poprosiłem panią pielęgniarkę, by pomogła mi dokuśtykać do okna, gdyż od nienawistnie szarych ścian dostawałem w głowie kręćka, a przecież promienie słoneczne słodko łaskotały po oczach. Jednak gdy tylko dobrnąłem do parapetu, słońce jak na złość skryło się za ołowianymi chmurami. Pod nieboskłonem zbierało się na burzę. Kuźwa! Zawsze już tak ze mną jest: gdy czegoś potrzebuję, wszystko dzieje się na opak, pomyślałem zirytowany.
- Czy jest jeszcze coś, w czym mogę panu pomóc? - spytała grzecznie kobieta.
Zastanowiłem się chwilę.
- Jest pani dla mnie taka miła... - zacząłem, ale zawiesiłem głos, nie bardzo wiedząc, o co mógłbym jeszcze poprosić.
W odpowiedzi usłyszałem niewyszukane i, co tu dużo mówić, dość tuzinkowe stwierdzenie:
- To moja praca, proszę pana.
I na tym nasza rozmowa się zakończyła. Pielęgniarka ponownie pomogła mi przemieścić się do łóżka, po czym bezszelestnie opuściła salę i udała się zapewne do innych chorych, ponieważ w klinice, w której przebywałem, nie brakowało czekających na jej doraźną pomoc i... towarzystwo.
Zostawiony sam ze sobą, ze swoimi problemami, zamyśliłem się. Ciekawe, jak ten mój pobyt tutaj, na planecie Ziemia, zostanie zapamiętany. Czy więcej poczyniłem dobrych uczynków, czy jednak więcej było tych złych? Bogiem a prawdą, wygląda na to, że nie kradłem, nie zabijałem, nie gwałciłem, nie złamałem nikomu życia. Czasami, owszem, konfabulowałem, ale raczej rzadko i nie z premedytacją, w każdym razie zawsze, jeśli już mi się zdarzyło, to było to tak zwane "kłamstewko w dobrej sprawie". A może, mimo wszystko, jednak takim blagowaniem sromotnie kogoś zawiodłem i skrzywdziłem?
Co rusz nachodziły mnie podobne myśli, mieszały się w głowie i robiły w niej niemały mętlik. Nagle, na przykład, przypomniałem sobie, gdy jako mały chłopiec znalazłem na ulicy żałośnie miauczącego bezdomnego kotka ze złamaną łapką. Niewiele myśląc, przyniosłem go do domu, za co dostałem od rodziców... burę. Potem przed oczami mignął mi znienacka obraz, jak kilka miesięcy temu w podmiejskim autobusie z grzeczności i dobrego wychowania próbowałem ustąpić miejsca jakiejś starszej pani. Jednak ta, zamiast okazać wdzięczność, obrzuciła mnie nieżyczliwym spojrzeniem i obrażona burknęła: "Jestem, szanowny, jeszcze wystarczająco młoda i jeszcze cię przeżyję".
Ta kobieta prawdopodobnie miała rację: przeżyje mnie, bo wszystko wskazuje na to, że jeszcze dziś, a najdalej jutro opuszczę ten bezduszny, niewdzięczny świat.
Nie, nie jestem z tych, którzy lękają się śmierci. Śmierć to moment, krótka chwila, wydarzenie niewiele się różniące od nostalgii zamykania długo czytanej przez kogoś książki. Znacznie bardziej boję się męki towarzyszącej śmierci i długotrwałego cierpienia. Oczekiwanie na definitywny koniec maltretuje ciało i duszę. Z drugiej strony takie egzystencjalne "karencjo" daje umysłowi niezwyczajną okazję sięgania do najdalszych zakamarków pamięci i wyciągania z nich dawno zapomnianych, a przecież najniezwyklejszych perełek, jak choćby ta: "A może samemu rozbić okno i zanurzyć się w inny świat, w którym mieszkają poeci i słońca światłem rysują miłość...?". Hmm... Kiedyż pisałem te słowa?, zastanowiłem się. Dziesięć lat temu? Dwadzieścia? A może to wcale nie ja jestem ich autorem? Może tylko mimowolnie zapadły mi w pamięć po lekturze czyichś rozważań?
"Samemu rozbij okno..." - ciekawa myśl. Szkoda oczywiście, że w naszym kraju eutanazja jest zabroniona - rozbijasz okno i po wszystkim. Po chwili jesteś już w innym wymiarze. Niewiele doznajesz bólu, nie pokutujesz, a i bliskich nie skazujesz na cierpienia. Oszczędzasz udręk także tym wszystkim, dla których nie byłeś obojętnym, którzy ze łzami w oczach i bólem w sercu długo kontemplowaliby twe ostatnie dni. Czy naprawdę tego potrzebują? Czy naprawdę nie potrafiliby bez tego bólu żyć dalej? Nie szkoda ich czasu? Życie powinno toczyć się do przodu, nie wstecz. Przecież tak, jak nie chcę być dla nikogo ciężarem, pustym ciałem, które nic nie może ze sobą zrobić, tak i nie chciałbym, by ktokolwiek po mnie płakał. Teraz gdy widzę (a raczej - słyszę) otaczających mnie ludzi, mierzenie się z tego typu stwierdzeniami przychodzi mi o wiele łatwiej.
Ciekawe, jak wygląda życie w innych wymiarach? Nagle zmieniłem tematykę rozmyślań. A w ogóle są jakieś inne wymiary, inne światy, przestrzenie? Czy jednak poza tym naszym prozaicznym ziemskim, powszechnie znanym nie ma kompletnie żadnego innego? No przecież są!, przypomniałem sobie. Naukowcy z NASA[2] odkryli taki i przedstawili dowody na istnienie wszechświata równoległego. Była to jedna z naukowych sensacji roku 2020. Według teorii tych współczesnych amerykańskich koryfeuszy wiedzy powstał w tym samym czasie co nasze poczciwe Uniwersum i jest jego bezpośrednim lustrem! Hmm... Ciekawe, ale ja mam inną, choć dość zbliżoną do ich wizji koncepcję Uniwersum. Żyjemy w nadwszechświecie, który jest absolutną nicością, którego w ogóle nie ma. Ale ta nicość została w jakiś sposób spolaryzowana i podzieliła się na dwa przeciwstawne światobieguny: "dodatni" i "ujemny". Każdy z tych przeciwnych światów realnie istnieje, ale jeden w połączeniu z drugim tworzy doskonałe wszechświatowe NIC: absolutną nicość, bezwzględne zero, pustkę... Ciekawe, jak dałoby się dowieść mojego stwierdzenia? To i podobne pytania dręczyły mnie nieustannie, zaprzątały umysł, wykańczały bez reszty i w końcu, skarciwszy się za swoją ludzką niemoc, za swą intelektualną mieliznę, ponownie zasnąłem.
Nie wiem, jak długo spałem. Za to zaraz po obudzeniu z ulgą stwierdziłem, że było mi znacznie lepiej. Czucie w rękach i dłoniach w dużej mierze powróciło, a i myśli już nie dręczyły tak bardzo ciężkimi egzystencjalnymi dylematami.
Korzystając z dobrodziejstw chwili, podjąłem się czynu, który jeszcze dziś rano wydawał się niewykonalny - sięgnąłem po telefon leżący obok mnie na stoliku.
Udało się. Na szczęście wciąż był jeszcze nierozładowany. Wybrałem więc numer do mego prawnika i nacisnąłem zieloną słuchaweczkę.
Nie byłem ubogim człowiekiem. Od zawsze miałem, jak to się ongiś mawiało, "głowę na karku", zawsze lubiłem też wyzwania i nie narzekałem na nawał obowiązków ani pracy. Odmawiałem sobie licznych przyjemności, bo wiedziałem doskonale, jaki rodzaj żebraczej emerytury czekałby mnie, gdybym liczył tylko na Zakład Ubezpieczeń Społecznych. W związku z tym, dzięki przezorności życiowej, udało mi się odłożyć na "stare lata" całkiem niemałą sumkę. Postanowiłem zamówić wizytę prawnika, aby skonsultować z nim swoje decyzje i dokonać stosownych zapisów.
- Mam trochę oszczędności - zacząłem rozmowę bez zbędnego wstępu - więc chciałbym sporządzić testament. Co prawda nie mam przekonania, czy będzie to miało jakikolwiek sens. Sprawa jest bowiem taka, że mam co przekazać, ale nie mam specjalnie komu... Żonę pochowałem dwa lata temu, a dzieci nie mieliśmy. Liczę więc, że rozsądnie mi doradzisz, jaki mógłbym zrobić z uciułanych pieniędzy najwłaściwszy użytek.
- Możesz na mnie polegać - zapewnił prawnik. - Mam w tego typu kwestiach niemałe doświadczenie. Będziesz zadowolony.
- 3 -
I nadszedł czas, gdy nie mogłem już wstać z łóżka nawet z pomocą pielęgniarki. Utraciłem wszystkie włosy, wychudłem, do cna zmizerniałem i czułem się, delikatnie mówiąc, podle. Jednak mój umysł wciąż pracował na standardowych obrotach. W międzyczasie dowiedziałem się, że prawnik wzorowo wywiązał się z powierzonego zadania. Wszystkie moje oszczędności w wysokości dziewięciuset tysięcy złotych przekazał na Fundusz Ochrony Przyrody. Dlaczego akurat taki? Ponieważ przyrodę zawsze kochałem bardziej niż ludzi.
Niesamowite, z jaką złością rzucili się na mnie wszyscy moi kuzyni. Istna szopka! Z oświadczeniami i żalami nie próbowali nawet udawać, że się krępują.
- Wreszcie miałbym fundusze na rozwinięcie działalności politycznej! - utyskiwał z wyraźnym zawodem w głosie Piotrek, chrześniak Natalii.
- A ja kupiłabym kampera! - wykrztusiła z irytacją Marta, moja bratanica.
Najpierw w milczeniu dzielnie znosiłem ich wszystkie ataki, aż w końcu nie mogłem już dłużej wytrzymać i odezwałem się:
- Rachujecie moje pieniądze?! Rościcie sobie do nich prawa? Dzielicie skórę na niedźwiedziu? Przepraszam, ale z jakiej racji?
- Oj, drogi Januszku, wyluzuj! - Próbowała uspokoić mnie Marta. - Po co te moralizowania? Przecież i tak wkrótce odejdziesz na drugi świat. Po co ci tam pieniądze? Tam nie ma sklepów.
- Byłem wam coś winien? Czy może mam wobec was jakieś zobowiązania? - Dalej już tylko szeptałem. - Nie byłem i nie mam wobec was żadnych powinności. Nie są to także ani kradzione, ani brudne pieniądze. Nie wygrałem ich ani na loterii, ani w kasynie. Zarobiłem je, przez całe życie ciężko pracowałem, przelewając pot i krew. Płaciłem regularnie podatki. Odmawiałem sobie wielu przyjemności, aby mieć takie środki i zrobić z nich kiedyś taki użytek, jaki zechcę. A wy teraz uważacie, że powinienem je wam przekazać?! Moi szanowni... - I po raz kolejny żałowałem, że nie ma przy mnie mojej świętej pamięci Natalii. Już ona całe to żenujące towarzystwo w jednej chwili i bez certolenia się wywaliłaby na zbity pysk. Skoro jednak mogłem liczyć tylko na siebie, to gdy już nie wytrzymałem, ostatkiem woli wykrzyknąłem: - Spierdalać stąd! No już! Wynocha! Doktorze... - I gdy resztką sił przycisnąłem guzik wzywający doktora, głos urwał mi się w pół zdania.
- No już dobrze, dobrze... - Próbowali mnie uspokoić. - To zdradź nam chociaż, na co byś je wydał, gdyby przyszło ci jeszcze długo żyć? - zapytał kuzyn Mateusz.
- I lepiej mógł je wydać niż my - dokończył inny kuzyn, Piotrek.
Dziwne, ale nagle poczułem, że bierze mnie na pusty śmiech. I zapewne wybuchłbym nawet rubasznym, gromkim rechotem, gdybym był w pełni sił albo gdybym w ogóle był w stanie.
- Lepiej? A dla kogo? - ostatecznie spytałem cicho i zmierzyłem ich karcącym spojrzeniem. Spodziewałem się, że odwrócą głowy i opuszczą wzrok. Nie pomyliłem się. Zresztą żadne z nich nie miało już nic więcej do powiedzenia.
Jaka szkoda, że tak późno przejrzałem na oczy! Kochałem ich i zawsze życzyłem im tylko wszystkiego najlepszego. Niczego im nie odmawiałem. Posiedzieć przez weekend z dzieckiem? Proszę bardzo! Pomóc przy pieleniu grządek na działce? Na litość boską! To było takie niewdzięczne, ale znajdowałem czas i robiłem to bezinteresownie, tyle, ile byłem w stanie i bez złorzeczenia.
Z niesfornym bratankiem była osobna historia. Był jednym z tych rozpuszczonych przez rodziców dzieciaków, które zawsze uważały, że należy im się wszystko. Ale, gdy był jeszcze dzieckiem, bawiłem się z nim, uczyłem wierszyków. Czytałem mu nawet bajki (w tym i te, które sam napisałem). Myślę, że poświęciłem dla niego sto razy więcej swego czasu niż dla wszystkich pozostałych kuzynów. Daj Bóg, żeby mu się w życiu powiodło i wyszedł na ludzi. Ale powątpiewam w to coraz bardziej, gdy obserwuję, jak niefrasobliwie trwoni każdy zarobiony grosz i jak nieroztropnie postępuje w życiu.
- Na co wydałbym moje pieniądze, gdybym nie zachorował? - Oderwałem się wreszcie od toku bieżących myśli i powtórzyłem pytanie, które wcześniej zadał mi któryś z otaczających mnie natrętów. I po krótkim namyśle odpowiedziałem: - Zafundowałbym sobie laseroterapię, czyli taką specjalną korektę wzroku, dzięki której nie musiałbym nosić okularów. I to wszystko. Bo chodzenie w okularach zawsze mnie męczyło. Co rusz musiałem je czyścić i polerować... No dobrze. Może zamieniłbym też protezę dentystyczną na implanty, choć do dziś nie jestem przekonany, czy miałbym wystarczająco energii i cierpliwości, a przede wszystkim czasu na przeprowadzenie tej męczącej, wielomiesięcznej kuracji. Cóż, a gdybym miał dużo więcej pieniędzy, zasponsorowałbym edukację bratanicy, aby mogła wybrać sobie najdroższy uniwersytet i wyrosła na mądrą kobietę. Nie jestem skąpy, chociaż wiem, że tym stwierdzeniem was nie przekonam, bo i tak wszyscy od dawna macie o mnie zupełnie inne mniemanie. Tym bardziej jestem święcie przekonany, że gdybym rozdał te pieniądze, to znaczy, podarował je wam, to wy, moi drodzy, roztrwonilibyście je natychmiast, może nawet i jednego wieczoru, topiąc je w wątpliwej wartości przedsięwzięciach i banalnych używkach. Taka jest wasza filozofia: łatwo przyszło, łatwo poszło. Oczywiście to tylko moje domysły, ale... - urwałem i zamilkłem. Brakło mi już sił na dalszą przemowę.
Chyba poirytowałem towarzystwo perorą, ponieważ w jej trakcie na ich twarzach zaczęły pojawiać się różne grymasy, kolory i odcienie. Najpierw zbledli, potem zaczerwienili się, następnie poszarzali, a na końcu znowu pokraśnieli jak zagotowane buraki. A ja cieszyłem się, bo oto wreszcie z ich niecnych facjat udało mi się ściągnąć pozakładane maski.
Kiedy wezwany przeze mnie doktor w końcu dotarł, natychmiast kazał wszystkim opuścić salę. Stało się to w ostatnim momencie, ponieważ byłem już tak bardzo wyczerpany swoimi "gośćmi", że chwilę potem, gdy mnie od nich uwolniono, straciłem przytomność.
Gdy ocknąłem się, ponownie wzięło mnie na rozmyślanie i na ocenianie postaw moich pazernych kuzynów. Nie rozumiałem, skąd w nich tyle roszczeń i bezdusznego materializmu. Przecież wszyscy wychowywaliśmy się w tej samej, wprawdzie dość szerokiej, ale jednak wspólnej, wielopokoleniowej rodzinie, w której wyznawaliśmy podobne wartości, podobne kierowały nami priorytety, normy, zasady.
I wtedy przypomniała mi się jedna z tych złotych rad, których nauczyła mnie moja świętej pamięci żona Natalia: "Jeśli nadal nic z tego nie rozumiesz, zacznij myśleć o czymś innym". Słusznie, Natalko! Nie zdążę już zrozumieć ich w moim nieodwołalnie zmierzającym do końca życiu. Szkoda też i trudu na robienie czegoś połowicznie. Bo nawet w połowie ja ich już nie zrozumiem...
Porzuciłem więc rozmyślania o kuzynach i zacząłem użalać się nad samym sobą. Dlaczego życie zawsze było dla mnie takie trudne? Pewno dlatego, że za dużo było z mojej strony dobroci. Dobroć deprawuje obdarowywanych...
Najchętniej, gdybym wierzył w istnienie aniołów stróżów, przywołałbym takiego teraz do siebie i zacząłbym go prosić, aby i on obdarował mnie łaską dobroci i przyspieszył moje wiekuiste odejście z tego świata, abym już nigdy więcej nie był skazany na uczestnictwo w tak przykrych dla mnie spotkaniach. Nie zasłużyłem chyba na to, aby wszyscy krewni i znajomi, zamiast się nade mną litować, szydzili ze mnie i gromadzili się wokół jak sępy krążące nad zdobyczą. Nie, nie musisz mi współczuć, Aniele Stróżu, ani dodawać otuchy... Po prostu spraw tylko, aby zostawiono mnie już w spokoju. Przynajmniej przez te najbliższe kilka dni lub godzin, które wciąż jeszcze mi pozostały. Tak, nie wiedzieć czemu, mimowolnie skierowałem słowa do Anioła Stróża...
I nagle stała się rzecz najdziwniejsza z najdziwniejszych! Oto, ku mojemu olbrzymiemu zaskoczeniu, w swej własnej boskiej Osobie zjawił się przede mną... Nie! Nie Anioł Stróż się zjawił, yyy... Sam Ojciec Niebieski! Rozpoznałem go dzięki tęczowej poświacie nad siwą, strapioną, uważną głową starca. Na tę chwilę mój umysł wciąż jeszcze pracował na wzmożonych obrotach, dlatego obecność Przybysza z Nieba stwierdziłem z pełnym przekonaniem. Wprawdzie nigdy nie wierzyłem w Boga, jednak na wszelki wypadek dla swych sceptycznych przekonań zawsze pozostawiałem sobie nieznacznie otwartą furtkę. Dopuszczałem na przykład rozumowanie w stylu: "Panie Boże, jeśli mimo wszystko Ty istniejesz i kiedyś mi się ukażesz, to wiedz, że będę wtedy bardzo, bardzo sympatycznie zaskoczony i przeproszę cię za moją odwieczną ignorancję i brak wiary". Czy więc oto nastała chwila, by właśnie teraz złożyć przeprosiny...?
- 7 -
Na początku sądziłem, że bezzwłocznie zaprosi mnie do domu, gdzie natychmiast będę mógł umyć ręce i od razu zasiąść do stołu, ale tak się nie stało. Hilarion spojrzał na mnie z nieznacznym wyrzutem, pokręcił głową na znak zaprzeczenia i kazał mi rozładować wózek, którym przywiózł świeże ryby i owczą wełnę. Nie wiem, jak to uczynił, że podczas przewozu wełna ani trochę nie przesiąkła zapachem ryb, a ryby ani trochę nie straciły na świeżości. Ale cóż? Ja, przedstawiciel "nowoczesnej" cywilizacji, pewno jeszcze nieraz będę dziwił się i odkrywał tego typu tajemnice z zaszłości...
Kiedy pod palącym słońcem stałem na drodze, w parnym powietrzu (oczywiście nie miałem przy sobie termometru, ale według mnie upał przekraczał czterdzieści stopni Celsjusza), zauważyłem, że wszystkie domostwa w tej wiosce były najzwyklejsze, takie, jakie jeszcze do dziś można napotykać w opuszczonych osadach, choć... Prawda! Tutaj wszystkie sprawiały wrażenie solidnie postawionych i utrzymywanych przez domowników bardzo schludnie.
Jeszcze nim zdążyliśmy dotrzeć do podwojów chaty Hilariona, na przywitanie wybiegły do nas jego dzieci i żona. Powiedzieć, że był to dla moich oczu bardzo wzruszający widok, to tak jakby nic nie powiedzieć. W naszych czasach takich oznak szczerej rodzinnej wylewności prawie nigdy nie widywałem. Jako zmerkantylizowane społeczeństwo z początku dwudziestego pierwszego wieku staliśmy się bardzo powściągliwi w wyrażaniu uczuć. Czy to dobrze? Czy źle? Nie mnie oceniać. Być może każda epoka rządziła się i rządzi swymi własnymi kulturowymi zasadami i rozgrywa się w charakterystycznych tylko dla siebie społecznych realiach.
Weszliśmy do domu, zdjęliśmy buty i zasiedliśmy do stołu. Podano nam wino, gulasz z soczewicy i jeszcze jakieś zbożowe placki z miską oliwek (taka forma deseru). Jednak nim przystąpiliśmy do posiłku, Hilarion, jako głowa rodziny i właściciel domu, najpierw przedstawił mnie domownikom, a potem z surowym wyrazem twarzy zwrócił się ze słowami podziękowania do boga za wszystkie dary, które wyłożone zostały dzisiaj na domowy stół. Następnie opowiedział żonie, dokąd pojechał, gdzie był, a jego relacja nawet w najmniejszym stopniu nie była jakimś oschłym raportem, ale czułym zwierzeniem i formą rozmowy z ukochaną kobietą.
Jak zdołałem wywnioskować z jego opowieści, dzisiaj dla tej społeczności był dzień szczególny, w każdym razie dzień, który poprzedzał jakieś ważne dla nich święto. Hilarion zwierzył się domownikom, że własnoręcznie złowił rybę w przydrożnym stawie i od niejakiego Apolla Kakisa kupił na jarmarku owczą wełnę, później pomagał sprzedawcy dokładnie poćwiartować mięso. A zatem dobrze przypuszczałem: mój Atlanta faktycznie z zawodu musiał być rzeźnikiem.
Gdy Hilarion wciąż opowiadał żonie szczegóły zakończonej podróży, ja poczułem się trochę nieswojo: jak jedno z naczyń, jak jeden z mebli stanowiących o wystroju izby. Wprawdzie rodzina Hilariona zachowywała się przy mnie naturalnie i swobodnie, jakby mnie przy tym stole pośród nich w ogóle nie było, ale to właśnie taka ich swoboda była sprawczynią mojego specyficznego skrępowania. Mogę sobie wyobrazić, co musiało w tym momencie odczuwać Maleńkie Zło, bo skoro mnie nie zauważano, to co dopiero jego!
Na szczęście nadeszła pora, gdy w końcu i ja stałem się żywym przedmiotem zainteresowania domowników. U nich, jak ostatecznie się domyśliłem (i dzięki temu od razu uspokoiłem), wszystko ma swoją kolej. To znaczy: wszystko się odbywa w z góry określonym porządku. Tym samym z niczym domownicy nie muszą się spieszyć. Wszystko rozgrywa się u nich samo, bez przywołań i przypominań o wyznaczonej porze. I wszystko - z sercem i zaangażowaniem. Ciche, spokojne wiejskie życie. Hmm... Może więc już dotarłem do poszukiwanego Raju? Kto wie?
- Więc przybyłeś z odległej przyszłości? - Hilarion był zdziwiony, ale nie aż tak bardzo, jak mogłem się spodziewać.
- Tak. - Odważnie wyrzuciłem z siebie, nie wiedząc, co niby miałbym innego odpowiedzieć. Zresztą z natury jestem typem samotnika, a więc osobą niezbyt towarzyską. Lubię zatem samotność. Dla mnie liczba rozmówców powyżej trzech lub czterech to już tłum, w którym najchętniej milknę. I mimo że jestem człowiekiem odważnym, to nierzadko bywam ponury i cichy. A już z pewnością daleko mi do gadulstwa i ostentacyjnej wylewności.
Hilarion najwyraźniej rozumiał to bez słów, ponieważ nie przejął się zdawkową odpowiedzią, zaświstał i zmierzył mnie spojrzeniem od stóp do głów, gdy rzekł z dezaprobatą:
- Chudy jesteś jak bezpański pies... Bez urazy. Czy twoja niewiasta cię nie karmiła? Wyglądasz chorowicie.
Zakrztusiłem się, zawstydziłem i pospieszyłem z zapewnieniem:
- Nie karmiła!? Nie, nie... Ja taki po prostu jestem. Wśród nas jest wielu podobnych do mnie ludzi, choć i tacy atleci jak ty też by się znaleźli.
- Rad to usłyszeć. - Twarz Atlanty na moment rozjaśniła się, po czym znów zmatowiała.
Nadal spożywaliśmy jadło. Maleńkie Zło oblizało usta, śliniąc się z głodu. Okazało się jednak, że jest dobrze wychowane i nie rzucało z zazdrością oczyma na jedzenie, ufając, że i przed nim też z czasem postawią miskę.
- Więc chciałbyś usłyszeć o naszej krainie? - zapytał Hilarion.
- Owszem! - Podekscytowałem się.
- Słuchaj zatem.
I Atlanta rozpoczął swoją mowę, podczas której moje brwi unosiły się coraz wyżej i wyżej, a moja szczęka opadała niżej i niżej. W końcu, gdy widziało, jak emocjonalnie reaguję i jak rozdziawiam usta, Maleńkie Zło dla przyzwoitości zakrywało mi je swoją łapą. Wiele z tego, co usłyszałem, znałem już wcześniej z Wikipedii - ale w tejże nie było nawet dziesiątej części tego, o czym dowiadywałem się teraz. Zawsze lubiłem poznawać wiedzę o innych nacjach i kulturach, a nawet już dawno temu stworzyłem własną stronę na Facebooku, na której gromadziłem różne ciekawostki i fakty, szczególnie skupiając się na heraldyce, kartografii i lingwistyce.
I tak dowiedziałem się, że Atlantyda, jako że była dość dużą wyspą, podzielona została na dziewięć prowincji o równej w przybliżeniu powierzchni. Każdą z nich rządzili potomkowie bogów. Panowali mądrze i sprawiedliwie. Nie wiem, jak bardzo, bo jestem wszak tu dopiero pierwszy dzień, ale sądząc po oznakach zamożności domostwa Hilariona, po szczęśliwych twarzach jego dzieci i nieudręczonej przygotowaniem kolacji jego kobiecie, życie na Atlantydzie toczy się w najlepsze i w ogóle ma się świetnie. To prawda, w obiektywnym oglądzie sytuacji mogło mi przeszkodzić wino, którego wypiłem niezmierzone ilości i które teraz uderzało do głowy. Przecież przez całe swe życie raczej unikałem tego napoju i nawet w święta, nawet w swoje urodziny wolałem popijać posiłki najzwyklejszą z lekka gazowaną wodą wykonaną samodzielnie w kuchennym saturatorze. I zapewne, gdybym nadal przebywał w swych czasach, wykazałabym się stosowną siłą charakteru i odmówiłbym Hilarionowi kolejnych dolewek. Jednak teraz, gdy byłem w obcym domu i cieszyłem się rolą gościa zacnych gospodarzy, mój język skołowaciał, a usta nie ośmieliły się wypowiedzieć czegokolwiek, co byłoby przez nich przyjęte z konsternacją. Nie, nie obawiałem się tych ludzi. Bałem się raczej zachować wobec nich niegrzecznie i, nie daj Boże, jak impertynent. Najwidoczniej w ich kulturze panuje, skądinąd i w moim kraju, znana zasada: "gość w dom - Bóg w dom".
- A jakież to jutro macie święto? - zapytałem.
- Jutro się dowiesz - odpowiedział wymijająco gospodarz.
- 10 -
Ani światło świec w domu Hilariona, ani blask świtu nie zakłócały spokoju kończącej się nocy. Nawet brama od podwórza nie skrzypiała. Z natury jestem raczej skowronkiem, tymczasem słońce już dawno wzeszło, a ja wciąż w posłaniu. Dziwne to! Widocznie tutejszy klimat, a przede wszystkim krystaliczne powietrze czyni z moim organizmem cuda...
Gdy w końcu podniosłem się z legowiska i rozejrzałem po domostwie, zaskoczyło mnie, że wszyscy domownicy od dawna byli na nogach. Gospodarz wyjechał za swoimi sprawami do miasta, a jego żona i dzieci zapewne już od wczesnego ranka zajęci byli pracami domowymi. I tylko ja wciąż się wałkoniłem. Hmm... To trochę zakrawa z mej strony na pospolite lenistwo, w każdym razie coś, co do mnie niepodobne. Z drugiej strony, cóż... Taki chyba jest przywilej gościa.
Dobrze pamiętam, iż życie nocne w metropoliach XXI wieku zaczynało się dopiero wraz z nadejściem późnego wieczoru. Najwyraźniej obyczaj ten całkowicie obcy jest mieszkańcom Atlantydy. Wszystko tutaj jest więcej niż kanoniczne, ortodoksyjne, oldskulowe. W nocy ludzie śpią snem sprawiedliwych, a w ciągu dnia - pracują, spożywają posiłki, bawią się i zazwyczaj w miarę aktywnie odpoczywają. W sumie, tak sobie teraz myślę, to bardzo pragmatyczne i zdrowe nawyki. Podobają mi się. Szkoda, że w czasach, z których się wywodzę, nie były właściwie doceniane. Chociaż akurat, jeśli idzie o mnie, to ja od zawsze starałem się do nich stosować. Na przykład: jak grzeczne dziecko przesypiałem całe noce, a swoje obowiązki organizowałem tak, aby w całości wykonywać je za dnia. Poza tym do dziś cenię rzeczy, które wyszły z mody: romantyzm, lojalność, wierność, szacunek dla danego słowa. Wiem... Jestem dziwnym facetem. Gorzej tylko, że nie zawsze takie proste reguły możliwe były dla mnie do spełnienia.
- Dlaczego mnie nie obudziłeś? - zwróciłem się ze skargą do Maleńkiego Zła, gdy z zewnątrz doszedł naszych uszu jakiś bliżej nieokreślony trzask.
Ono skuliło się niemal ze strachu i odpowiedziało z urazą:
- Przecież jeszcze jest bardzo wcześnie, samo zresztą wciąż śpię.
- A nie słyszałeś tego rumoru? Co to był przed chwilą za hałas? To chyba ktoś obcy!
Maleńkie Zło natychmiast otworzyło oczy.
- Gdyby chcieli nas zabić, zrobiliby to już wczoraj. - Mój potwór ziewnął.
- Bardzo śmieszne! - odpowiedziałem i zacząłem naśladować ziewanie szkaradztwa. - Wyjdźmy na podwórko! Zobaczmy, co się tam dzieje, kie licho wiatr przywiał?
I gdy wyszliśmy na zewnątrz, natychmiast odetchnąłem z ulgą: za drzwiami stała Magnolka i ze smakiem pogryzała jakiś soczysty owoc.
- Chodźmy! Będziemy walczyć - zawołała od progu.
- Że co robić?! - zapytałem, nie rozumiejąc.
Zamiast odpowiedzieć, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą.
- Dokąd mnie zabierasz?
- Zobaczysz...
Droga była znajoma - wiodła do stawu. Jednak nie dotarliśmy tam. W pewnym momencie dziewczyna zaciągnęła mnie w leśną przecinkę, która z kolei doprowadziła nas do niewielkiej polany.
- Tak. Może być i tu... - rzekła z przekonaniem do samej siebie. - Stajemy! - Zatrzymaliśmy się. - A teraz patrz i uważaj! - rozkazała mi ta dziwna dziewczyna.
Byłem zdumiony całą tą zaistniałą sytuacją, przede wszystkim jednak byłem zdumiony swym posłuszeństwem i uległością wobec Magnolki. Nadal nie rozumiałem, czemu ma służyć ta tajemnicza poranna eskapada, w której mimowolnie uczestniczę, i co miałoby się tutaj zaraz zadziać. Jednak najgorsze było w tym wszystkim to, iż mimo że niczego nie rozumiałem, zachowywałem się posłusznie jak jakiś dzieciak lub co najmniej ktoś w jej wieku. A przecież nie mam szesnastu lat i w ogóle jestem dużo od niej starszym, że już nie nadmienię: dojrzałym i poważnym mężczyzną.
Gdy więc posłusznie tak przed nią "stanąłem i uważałem", ona, nie czekając na żadną z mej strony inicjatywę, wzięła sprawy w swe ręce. A ściślej: wzięła w swe ręce moje ramiona i jednym silnym pchnięciem sprawiła, że wylądowałem na ziemi. Stała teraz okrakiem nade mną i wznosiła się w moich oczach jak majestatyczna góra nad brzegiem morza.
- Nigdzie dalej nie zamierzam iść! - oznajmiła stanowczo. - Tu jest dobrze.
- To raczej ja nie zamierzam nigdzie dalej iść... Z tobą... Dokądkolwiek dalej i pod żadnym pretekstem - zawtórowałem podobnym do niej tonem, podniosłem się z ziemi i otrząsnąłem z piasku.
A tak przy okazji, w nocy mżyło trochę i ziemia wciąż była mokra. Pobrudziłem się więc i z pewnością wyglądałem jak pożałowania godny kocmołuch. Jednak to akurat nic!, pomyślałem. To teraz bez znaczenia. Coś mi się wydaje, że trafia mi się gratka i chyba zaraz nadarzy się okazja do poznania wdzięków atlantydzkiej kobiety. Szkoda tylko, że takiej trochę szurniętej i, jakby nie było, małolaty...
Szybko jednak zostałem sprowadzony z chmur na ziemię, bowiem ona - "małolata" - jakby nagle zrozumiała, że ja niczego nie rozumiem, i chcąc wyjaśnić całą tę sytuację i usprawiedliwić swe postępowanie, że niczego niestosownego nie czyni, pospiesznie powiedziała:
- Fajnie jest pomiziać się i powalczyć o świcie. To u nas taki zwyczaj.
Pomiziać się? Powalczyć...? Dziwny "zwyczaj"... Byłem zakłopotany i nie wiedziałem, co mam jej odpowiedzieć i w ogóle co dalej mam robić. Przecież nie miałem najmniejszego pojęcia, czym miałoby być, to znaczy, na czym miałoby polegać to "mizianie" i "walczenie", a tym bardziej nie miałem pewności, czy aby na pewno było tym, o czym pomyślałem na wstępie. Krótko mówiąc: czy miało cokolwiek wspólnego z męsko-damskimi igraszkami dobrze mi znanymi z mego poprzedniego jestestwa.
Tymczasem dziewczyna wciąż patrzyła na mnie lekko zmrużonymi oczami i najwyraźniej oczekiwała jakiejś reakcji z mojej strony, jakiegoś gestu, przejawu aktywności...
Po krótkiej chwili zawahania, ale i po uświadomieniu sobie, że przecież nie dalej jak wczoraj rozmyślałem o tym, jak dramatyczne bywają rozrachunki w różnych kulturach z tymi, którzy łamią święte dla danej społeczności obyczaje, zdecydowałem się zastopować swój zwyczajowy w takiej chwili "ciąg dalszy". Mianowicie: wciąż patrząc na ożywioną, wypoczętą po zdrowej nocy twarz Magnolki, postanowiłem szybko rozładować sytuację:
- Nie wiem, czym miałoby być to mizianie, ale jesteśmy kwita! Ja okazałem się nieporadnym w kwestii noszenia wody, a ty... - zawahałem się przez chwilę, by podnieść rangę dalszych słów - ty, wlokąc mnie tutaj i nie wiadomo po co taplając w błocie, zakłóciłaś mój osobisty poranek i przez ciebie niepotrzebnie zmitrężyłem czas. A przecież obiecałem twemu ojcu...
Na słowo "ojciec" dziewczyna się wzdrygnęła i trochę wystraszyła. Być może wzbudziła się w niej obawa, że naprawdę mógłbym poskarżyć się jej ojcu na zbyt kłopotliwe dla mnie poranne zachowanie (zachcianki?!) jego córki. Prawdopodobnie dlatego z pokorą spuściła oczy, następnie najpierw pokręciła leciutko głową, w geście przyznania się do błędu, a następnie przytaknęła.
- Więc zgoda? - szepnęła cicho.
- Zgoda! - odpowiedziałem, ale kąciki moich ust z trudem powstrzymywały się od śmiechu. - Wracajmy!
I wróciliśmy do wsi. Każdy oddzielnie, do swego domostwa.
Jednak wieczorem nasze drogi znów się skrzyżowały.
- Ty dokąd? - zapytałem.
- Idę po wodę. Przyjechali do nas kuzyni, więc potrzebujemy dużo wody. A ty?
- Mój gospodarz zorganizował mi praktykę u jednego z tutejszych garncarzy. Przyuczać się będę lepić gliniane naczynia... Swoimi rękoma - dodałem nie bez satysfakcji.
I ta nauka u garncarza była strzałem w dziesiątkę, tym, czego mi było trzeba. Zawsze lubiłem uczyć się czegoś nowego, a już szczególnie czegoś takiego, co wykonuje się ręcznie i na efekty działań nie trzeba długo czekać. A tu, u garncarza, tyle nowości: koło garncarskie, które trzeba było umieć wprawić we właściwe jednostajne krążenie, woda i glina, którą z wielką starannością trzeba było odmierzyć, przemieszać i uformować na plastyczną zaprawę, i wreszcie moja cierpliwość, której też musiałem na nowo się uczyć i na nowo okiełznać, by po kolejnych nieudanych czynnościach nie przyprawiała o zwątpienie. Same nauki!
Pierwszy gliniany "naleśnik", oczywiście, wyszedł spod moich rąk z lekka poszarpany i nierówny, ale już drugi, a z całą pewnością ten trzeci śmiało mógłby być uznany za wytwór, może jeszcze nie nazbyt doświadczonego, ale z pewnością dobrze rokującego garncarza. Mój mistrz, bacznie przyglądając się glinianej masie podporządkowującej się woli moich dłoni, powiedział, że zajdę daleko, jeśli nadal będę się starać i czynić kolejne postępy.
- Zmęczony? - zapytała z zainteresowaniem Magnolka, zawoławszy na mnie wcześniej z drugiej strony drogi. Podbiegła do mnie, wciąż z pytającym wyrazem twarzy.
- Jak krab na galerii - wycedziłem.
Zaiste, czułem się bardzo zmęczony, a moje ręce były niczym zgrabiałe haki. Nogami ledwie powłóczyłem, w głowie wciąż szumiało melodią kręconego się garncarskiego koła.
- Jutro idę strzelać z łuku. Pójdziesz ze mną? - zaproponowała z zalotnym uśmiechem, szeroko szczerząc swe piękne perłowe uzębienie.
- Dlaczego nie? Jasne, pójdę! - przytaknąłem z ochotą.
- A zatem do jutra!
- Do miłego...
Jednak Maleńkiemu Złu moja decyzja nie spodobała się ani trochę, czemu, gdy tylko Magnolka odeszła w swoją stronę, natychmiast dał wyraz ostentacyjnym pouczeniem:
- W jakim celu tutaj przybyłeś?
[1] Lemuria - hipotetyczny zatopiony kontynent na Oceanie Indyjskim (przyp. aut.).
[2] Ach, śpij, kochanie - jedna z najbardziej znanych polskich kołysanek. Powstała w 1938 r., a jej autorami są Henryk Wars (muzyka) i Ludwik Starski (tekst) (przyp. aut.).
[3] Fragment wiersza Adama Mickiewicza Do H*** Wezwanie do Neapolu (naśladowanie z Goethego) (przyp. aut.).
[4] Mezozoik - era, która rozpoczęła się od wielkiego wymierania, a skończyła zagładą wielkich gadów, w okresie kredy, około 66 mln lat temu (przyp. aut.).
[5] Tarzan - fikcyjna postać literacka wymyślona przez Edgara Rice'a Burroughsa (przyp. aut.).
[6] Stephen Irwin - australijski przyrodnik, autor popularnych programów o dzikich zwierzętach (przyp. aut.).
[7] Jacques-Yves Cousteau - badacz mórz, podróżnik oraz reżyser filmowy i pisarz (przyp. aut.).
[8] Bagheera - czarna pantera, fikcyjna postać z Księgi dżungli Rudyarda Kiplinga (przyp. aut.).
[9] Baloo - niedźwiedź, główna fikcyjna postać występująca w Księdze dżungli R. Kiplinga (przyp. aut.).
[10] Akela - przywódca wilczego stada, fikcyjna postać z Księgi dżungli R. Kiplinga (przyp. aut.).
[11] Kaa - gigantyczny wąż, fikcyjna postać z Księgi dżungli R. Kiplinga (przyp. aut.).
[1] Szat - waluta starożytnego Egiptu. Jeden szat ważył 7,5 g złota (przyp. aut.).
[2] Deben - waluta starożytnego Egiptu. Jeden deben to dwanaście szat, to jest: 90 g złota (przyp. aut.).
[3] Chalcedon - kamień szlachetny z grupy kwarcu (przyp. aut.).
[4] Duat - w mitologii starożytnego Egiptu królestwo zmarłych (przyp. aut.).
[5] Mitanni - starożytne państwo założone przez Hurytów w północnej Mezopotamii i północnej Syrii (przyp. aut.).
[6] Punt - starożytna kraina leżąca prawdopodobnie na terenie Etiopii i Erytrei. Dobra przywożone z tej krainy do starożytnego Egiptu w znacznej mierze były przeznaczone dla kapłanów i świątyń, w związku z tym kraina ta zyskała w ówczesnym Egipcie miano "Ziemi Boga" (przyp. aut.).
[7] Kusz - starożytna kraina położona na południe od II katarakty Nilu, obecnie północny Sudan (przyp. aut.).
[8] Nubia - starożytna kraina położona w północno-wschodniej Afryce obejmująca środkowy bieg Nilu (przyp. aut.).
[9] Logos - pojęcie w starożytnej filozofii europejskiej oznaczające wewnętrzną racjonalność i uporządkowanie czegoś: świata, duszy ludzkiej, wypowiedzi, argumentu (przyp. aut.).