Malediwy - Magdalena Typel

Kup ebooka

49.90 zł
40.92 zł (36,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Na Malediwach też mieszkają ludzie

Za­mknij oczy i po­my­śl: "Ma­le­di­wy". Co wi­dzisz? Za­pew­ne ciąg po­kry­tych strze­chą drew­nia­nych dom­ków na wo­dzie, so­czy­ście zie­lo­ne pal­my zwi­sa­jące nad tur­ku­so­wą ta­flą, bia­łe jak śnieg pla­że. Praw­da? Ma­le­di­wy ko­ja­rzą się nam głów­nie z raj­skim i eks­klu­zyw­nym wy­po­czyn­kiem. Nie wy­obra­ża­my so­bie Ma­le­di­wów jako kra­ju. Ta­kie­go, w któ­rym to­czy się czy­jaś co­dzien­no­ść. Kra­ju, któ­ry ma swój język, kuch­nię, wa­lu­tę i kul­tu­rę. Czy tam w ogó­le ktoś miesz­ka? Ano miesz­ka. Ten kraj, li­czący 1,2 tys. wy­se­pek, roz­po­ście­ra­jących się na 820 km z po­łud­nia na pó­łnoc i 150 km z za­cho­du na wschód, to dom pra­wie 400 tys. osób. W skład Ma­le­di­wów wcho­dzi 26 ato­li kszta­łtem przy­po­mi­na­jących sznur ko­ra­li, któ­re wy­ro­sły na pod­mor­skim ła­ńcu­chu wul­ka­nicz­nym. Atol to zbiór wszyst­kich wy­se­pek wy­stępu­jących w oko­li­cy, a po­rów­nać go mo­żna do wo­je­wódz­twa. Ma­le­diw­czy­cy za­miesz­ku­ją 202 wy­spy, na­zy­wa­ne "lo­kal­ny­mi". Gdy­by je wszyst­kie po­łączyć, mia­ły­by tyle samo po­wierzch­ni, co Kra­ków (miesz­ka­ńców na Ma­le­di­wach jest o po­ło­wę mniej niż w Kra­ko­wie).

Wszech­obec­ny na Ma­le­di­wach la­zur

Garść faktów i legend

Hi­sto­ria osie­dle­nia się pierw­szych lu­dzi na Ma­le­di­wach nie jest do ko­ńca zna­na. Nie­któ­re zna­le­zio­ne ar­te­fak­ty i do­ku­men­ty ze sta­no­wisk ar­che­olo­gicz­nych do­wo­dzą, że kul­tu­ra sta­ro­żyt­nych Ma­le­di­wów przy­po­mi­na­ła kul­tu­rę i tra­dy­cje ca­łe­go re­gio­nu Oce­anu In­dyj­skie­go. Od­kry­cia ar­che­olo­gów, któ­rzy od­wie­dzi­li wy­spy w la­tach 80. XX w., wska­zu­ją na to, że Ma­le­di­wy były za­miesz­ki­wa­ne już w 550 r. na­szej ery przez bud­dy­stów przy­by­łych praw­do­po­dob­nie ze Sri Lan­ki. Ar­che­olog Thor Hey­er­dahl, czło­nek tej eks­pe­dy­cji, na­pi­sał ksi­ążkę The Mal­di­ve My­ste­ry, re­la­cjo­nu­jąc w niej wy­pra­wę oraz opi­su­jąc to, co uda­ło im się usta­lić. Co cie­ka­we, prze­szu­ki­wa­li oni wów­czas te­re­ny Ni­lan­dhoo (wy­spy, na któ­rej dziś miesz­kam), gdyż skry­wa ona wie­le ta­jem­nic i za­ko­pa­nych pod zie­mią skar­bów1. Od­na­le­źli m.in. rzym­ską mo­ne­tę z 90 r., na­le­żącą praw­do­po­dob­nie do czci­cie­li Sło­ńca ze sta­ro­żyt­nej cy­wi­li­za­cji do­li­ny In­du­su2, któ­rzy być może do­tar­li na Ma­le­di­wy przez In­die i Sri Lan­kę. Wzmian­ki o Ma­le­di­wach, ja­kie po­ja­wi­ły się w źró­dłach pi­sa­nych z cza­sów rzym­skich, mia­ły po­pie­rać tę tezę, jed­nak teo­ria nie spo­tka­ła się z ak­cep­ta­cją.

1 Za­ko­pa­nych dla­te­go, aby ich nie roz­kra­dzio­no. Zda­rza­ły się ró­wież wy­pad­ki: miej­sco­wi po ciem­ku po­ty­ka­li się i wpa­da­li do wy­ko­pa­lisk.

2 Pierw­sza hi­sto­rycz­na cy­wi­li­za­cja na ob­sza­rze sub­kon­ty­nen­tu in­dyj­skie­go; zaj­mo­wa­ła naj­wi­ęk­szy ob­szar spo­śród czte­rech sta­ro­żyt­nych cy­wi­li­za­cji.

Inne źró­dła wska­zu­ją na to, że wy­spy są za­miesz­ka­ne dłu­żej niż 2,5 tys. lat. Nie wia­do­mo jed­nak, skąd do­kład­nie po­cho­dzi­li pierw­si miesz­ka­ńcy oraz któ­ra wy­spa jako pierw­sza zo­sta­ła za­sie­dlo­na. Do­wo­dy na bez­po­śred­ni wpływ kul­tu­ro­wy In­dii mo­żna od­na­le­źć cho­cia­żby w tech­no­lo­gii bu­do­wy ło­dzi. Może to gu­dża­rac­cy roz­bit­ko­wie tra­fi­li na wy­spy? Inna teo­ria gło­si, że wy­gna­ńcy z Gu­dża­ra­tu osie­dli­li się na Ma­le­di­wach i tak jak na Sri Lan­ce za­szcze­pi­li tu swo­ją kul­tu­rę i tra­dy­cje3. Jed­nak lek­kie ró­żni­ce w wy­glądzie i za­cho­wa­niu miesz­ka­ńców na po­szcze­gól­nych wy­spach mogą świad­czyć o tym, że ich po­cho­dze­nie jest zró­żni­co­wa­ne.

3 Gu­dża­ra­ci znaj­du­ją się w czo­łów­ce mi­gra­cji na świe­cie; uzna­je się ich za naj­wi­ęk­szych kup­ców i przed­si­ębior­ców w In­diach.

Malediwy przez długie lata były wykorzystywane jako przystań na szlakach handlowych

Ma­le­di­wy przez dłu­gie lata były wy­ko­rzy­sty­wa­ne jako przy­stań na szla­kach han­dlo­wych Azji oraz tych pro­wa­dzących do Eu­ro­py. Były też cen­trum han­dlu musz­la­mi kau­ri, któ­re już w sta­ro­żyt­no­ści słu­ży­ły jako śro­dek płat­ni­czy. Głów­ni arab­scy pod­ró­żni­cy z IX-XI w. po­zo­sta­wi­li in­te­re­su­jące opi­sy sty­lu ży­cia wy­spia­rzy. We wszyst­kich spra­woz­da­niach zga­dza­ją się co do cech fi­zycz­nych miesz­ka­ńców wysp, za­cho­wa­nia, ar­chi­tek­tu­ry i bu­dow­nic­twa okręto­we­go, go­spo­dar­ki i wszel­kich trans­ak­cji. Utrzy­my­wa­no re­gu­lar­ne sto­sun­ki han­dlo­we z Ara­bią, In­dia­mi i Chi­na­mi, sprze­da­jąc su­szo­ne ryby, orze­chy ko­ko­so­we i trzci­nę cu­kro­wą. Wa­lu­tą były wła­śnie kau­ri.

Pierw­szym kró­lem Ma­le­di­wów był Ko­ima­la Kalo, któ­ry pa­no­wał w la­tach 1117-1141. Lo­kal­na le­gen­da gło­si, że Ko­ima­la, będący ksi­ęciem z sub­kon­ty­nen­tu in­dyj­skie­go, po­pro­sił miesz­ka­ńców wy­spy Gi­ra­ava­ru (dzi­siaj znaj­du­je się na niej ho­tel sie­ci 4 Se­asons), o po­zwo­le­nie na osie­dle­nie się na po­bli­skiej du­żej wy­spie. Wy­spia­rze za­ak­cep­to­wa­li pro­śbę ksi­ęcia. Na­zwa­li wy­spę Maa-le (dzi­siej­sze Malé), a gdy go le­piej po­zna­li, po­sta­wi­li mu pa­łac. Od­tąd Malé jest sie­dzi­bą ad­mi­ni­stra­cji i sto­li­cą kra­ju.

Dru­gi naj­star­szy me­czet, będący wcze­śniej świ­ąty­nią bud­dyj­ską

Ist­nie­je jesz­cze jed­na wer­sja tej hi­sto­rii, ja­ko­by Ko­ima­la był syn­ga­le­skim ksi­ęciem z Cej­lo­nu, któ­ry udał się po ślu­bie z cór­ką kró­la wy­spy w pod­róż na Ma­le­di­wy. W prze­rwie w pod­ró­ży od­po­czy­wa­li przez ja­kiś czas na Ras­ge­the­emu, co zna­czy "wy­spa kró­la". Wy­spia­rze po­pro­si­li, aby para zo­sta­ła i osta­tecz­nie uczy­ni­li Ko­ima­lę swym wład­cą. Za­miesz­ka­li w Malé. Kro­ni­ki po­da­ją, że wład­ca przy­jął is­lam w 12. roku swo­je­go pa­no­wa­nia. Część cza­su pa­no­wał więc jako bud­dy­sta, a część jako mu­zu­łma­nin. Pod­ró­żnik Ibra­him Ibn Bat­tu­ta, któ­ry prze­by­wał na te­re­nie Ma­le­di­wów przez dzie­wi­ęć mie­si­ęcy, od­no­to­wał w swo­ich pi­smach, że kon­wer­sja ca­łe­go kró­le­stwa Ma­le­di­wów zo­sta­ła do­ko­na­na przez Ba­ka­ra­ta Ju­su­fa Al-Bar­ba­rę (is­lam­skie­go fi­lo­zo­fa po­cho­dzące­go z Ira­ku) w 1153 r. Od tego cza­su Ma­le­di­wy są kra­jem mu­zu­łma­ńskim. Wy­spa Ni­lan­dhoo była ostat­nią, któ­ra przy­jęła is­lam. Wci­ąż stoi na niej świ­ąty­nia bud­dyj­ska z tam­tych cza­sów, któ­ra zo­sta­ła za­mie­nio­na na me­czet. Jest to dru­ga naj­star­sza bu­dow­la tego typu w kra­ju. Pierw­sza znaj­du­je się w Malé.

Od 1153 r. Malediwy są krajem muzułmańskim

Ma­le­di­wy po­zo­sta­wa­ły nie­za­le­żnym kra­jem, do­pó­ki nie za­in­te­re­so­wa­li się nimi Por­tu­gal­czy­cy. W 1558 r. wy­sła­li wy­pra­wę prze­ciw­ko Ma­le­di­wom pod do­wódz­twem ka­pi­ta­na An­dre­asa An­dre. Po­ko­nał on pa­nu­jące­go wów­czas su­łta­na Ale­go VI i po jego śmier­ci ogło­sił Ma­le­di­wy te­ry­to­rium por­tu­gal­skim. Jed­nak pa­no­wa­nie Por­tu­gal­czy­ków nie trwa­ło zbyt dłu­go. Mo­ha­med Tha­ku­ru­fa­an i jego dwaj bra­cia oraz trzej inni mło­dzi miesz­ka­ńcy wy­spy Uthe­emu wy­my­śli­li stra­te­gię wy­zwo­le­nia kra­ju. Pro­wa­dzi­li od­wa­żną woj­nę par­ty­zanc­ką przy wspar­ciu lu­dzi, któ­rzy byli go­to­wi po­świ­ęcić się dla wiel­kiej spra­wy. W 1573 r. Tha­ku­ru­fa­an za­strze­lił w Malé ka­pi­ta­na An­dre­asa, ko­ńcząc pa­no­wa­nie Por­tu­gal­czy­ków na Ma­le­di­wach, i na pro­śbę miesz­ka­ńców sam zo­stał su­łta­nem. Pod­czas swo­je­go 12-let­nie­go pa­no­wa­nia wpro­wa­dził sys­tem mo­ne­tar­ny. Pierw­sze mo­ne­ty (digu la­ari), któ­re wy­pa­rły kau­ri (na Ma­le­di­wach na­zy­wa­ły się boli), były w kszta­łcie spin­ki do wło­sów i zo­sta­ły wy­bi­te pierw­szy raz przez jego syna, su­łta­na Ibra­hi­ma III. La­ari były spo­ty­ka­ne w kra­jach wo­kół Mo­rza Arab­skie­go, a ich na­zwa po­cho­dzi od Lar (per­skie­go mia­sta, któ­re było pio­nie­rem w pro­duk­cji la­ari). Przez pra­wie dwa stu­le­cia były tło­czo­ne przez wie­lu is­lam­skich wład­ców, ta­kże na Ma­le­di­wach, i uży­wa­ne w mi­ędzy­na­ro­do­wym han­dlu.

W 1835 r. cała dzia­łal­no­ść im­por­to­wa i eks­por­to­wa Ma­le­di­wów była pro­wa­dzo­na w Malé. Pro­duk­ty z ka­żde­go ato­lu przy­wo­żo­no na ło­dziach i wy­mie­nia­no na inne przed­mio­ty co­dzien­ne­go użyt­ku. Han­del za­gra­nicz­ny po­dzie­lo­no na dwa sek­to­ry. Kup­cy z Czit­ta­gon­gu, Gal­le i wy­brze­ża Ma­la­ba­ru re­gu­lar­nie od­wie­dza­li Ma­le­di­wy, a wy­spia­rze han­dlo­wa­li na swo­ich stat­kach. Lu­dzie wy­wo­zi­li stąd głów­nie ryby, liny z włók­na ko­ko­so­we­go, kau­ri, sko­ru­py żó­łwia i tra­dy­cyj­ne ma­le­diw­skie sło­dy­cze. Na wy­spy przy­wo­żo­no ryż, sól, dak­ty­le, ty­toń li­ścia­sty, ba­we­łnia­ne tka­ni­ny, cur­ry, brązo­wy cu­kier i wie­le ar­ty­ku­łów go­spo­dar­stwa do­mo­we­go. Su­łta­ni rów­nież an­ga­żo­wa­li się w han­del. Je­ździ­li do In­dii, za­bie­ra­jąc włók­no i orze­chy ko­ko­so­we. W za­mian przy­wo­zi­li ryż i ubra­nia.

W la­tach 1887-1965 Ma­le­di­wy po­zo­sta­wa­ły bry­tyj­skim pro­tek­to­ra­tem. W 1965 r. Wiel­ka Bry­ta­nia uzna­ła wy­spy za su­we­ren­ne i nie­za­le­żne pa­ństwo i prze­sta­ła być od­po­wie­dzial­na za ich obro­nę (choć za­cho­wa­ła jesz­cze wy­spę Gan na po­łud­niu, na któ­rej znaj­do­wa­ła się baza sił po­wietrz­nych, i pła­ci­ła czynsz do 1976 r.).

Po re­fe­ren­dum w 1968 r. su­łta­nat zo­stał znie­sio­ny. Pierw­szy pre­zy­dent, Mo­ha­med Amid Didi, prze­sze­dł na eme­ry­tu­rę, prze­pro­wa­dza­jąc się na Sri Lan­kę, a jego na­stęp­cą zo­stał Ibra­him Na­sir. W 1972 r. za­ła­mał się lan­kij­ski ry­nek su­szo­nych ryb, któ­re były naj­wa­żniej­szym to­wa­rem eks­por­to­wym Ma­le­di­wów. Ceny w kra­ju ro­sły, wy­bu­cha­ły bun­ty, or­ga­ni­zo­wa­no spi­ski, za­częły się wy­gna­nia, gdy Na­sir pró­bo­wał utrzy­mać się przy wła­dzy. W oba­wie o swo­je ży­cie w 1978 r. ustąpił z funk­cji pre­zy­den­ta i ucie­kł do Sin­ga­pu­ru, po­dob­no za­bie­ra­jąc ze sobą 4 mln do­la­rów z na­ro­do­wej kasy Ma­le­di­wów. Na jego miej­scu po­ja­wił się Mau­mo­on Ab­dul Gay­oom. Po­tępił re­żim Na­si­ra, wy­pędził kil­ku jego wspó­łpra­cow­ni­ków i zo­stał okrzyk­ni­ęty re­for­ma­to­rem. Jego styl rządze­nia po­cząt­ko­wo był dość otwar­ty, ale nie zro­bił żad­ne­go kro­ku, aby wpro­wa­dzić na Ma­le­di­wach de­mo­kra­cję. Pró­ba za­ma­chu na Mau­mo­ona w 1980 r. zo­sta­ła od­kry­ta i po­wstrzy­ma­na, jed­nak do­pro­wa­dzi­ła do wy­gna­nia jesz­cze wi­ęk­szej licz­by osób. W 1983 r. zo­stał wy­bra­ny na ko­lej­ną ka­den­cję. Pro­mo­wał edu­ka­cję, zdro­wie, prze­my­sł oraz tu­ry­sty­kę. Wy­wal­czył pe­łne człon­ko­stwo w Po­łu­dnio­wo­azja­tyc­kim Sto­wa­rzy­sze­niu Wspó­łpra­cy Re­gio­nal­nej (SA­ARC). Go­spo­dar­ka w la­tach 80. XX w. za­częła się sku­piać głów­nie na tu­ry­sty­ce.

W 1988 r. Mau­mo­on roz­po­czął trze­cią ka­den­cję jako pre­zy­dent, będąc je­dy­nym kan­dy­da­tem. Za­le­d­wie mie­si­ąc pó­źniej gru­pa nie­za­do­wo­lo­nych ma­le­diw­skich przed­si­ębior­ców pod­jęła pró­bę za­ma­chu sta­nu, za­trud­nia­jąc 90 ta­mil­skich na­jem­ni­ków ze Sri Lan­ki. Za­jęli oni kil­ka klu­czo­wych baz woj­sko­wych, ale nie uda­ło się im zdo­być sie­dzi­by Na­ro­do­wej Słu­żby Bez­pie­cze­ństwa (NSS). Po­nad 1,6 tys. in­dyj­skich spa­do­chro­nia­rzy wy­sła­nych przez pre­mie­ra In­dii Ra­ji­va Gan­dhie­go zni­we­czy­ło za­mach, a Ta­mi­lo­wie ucie­kli ło­dzią w kie­run­ku Sri Lan­ki, za­bie­ra­jąc 27 za­kład­ni­ków. Zgi­nęło wów­czas 14 osób, a 40 zo­sta­ło ran­nych. Ża­den tu­ry­sta nie ucier­piał, nie byli oni na­wet ni­cze­go świa­do­mi. Pró­ba za­ma­chu spra­wi­ła, że stan­dar­dy za­cho­wa­nia po­li­cji i Na­ro­do­wej Słu­żby Bez­pie­cze­ństwa ule­gły po­gor­sze­niu. Tor­tu­ro­wa­no oso­by prze­by­wa­jące w aresz­tach, a Słu­żba Bez­pie­cze­ństwa sta­ła się pod­mio­tem bu­dzącym po­wszech­ny strach. W 1993 r. Ma­mo­oun zo­stał no­mi­no­wa­ny na czwar­tą ka­den­cję, po­twier­dzo­ną zde­cy­do­wa­ną wi­ęk­szo­ścią gło­sów w re­fe­ren­dum. Po raz ko­lej­ny nie było wol­nych wy­bo­rów.

Lata 90. XX w. przy­nio­sły szyb­ki roz­wój. 90% kra­ju zy­ska­ło elek­trycz­no­ść, do­stęp do pod­sta­wo­wej opie­ki zdro­wot­nej, a na ato­lach po­wsta­ły szko­ły śred­nie4. Malé zo­sta­ło oto­czo­ne fa­lo­chro­nem, któ­ry zo­stał za­spon­so­ro­wa­ny przez Ja­po­ńczy­ków (oka­zał się bar­dzo przy­dat­ny kil­ka lat pó­źniej, kie­dy tsu­na­mi ude­rzy­ło w Ma­le­di­wy). Te­le­fo­ny ko­mór­ko­we sta­ły się po­wszech­nie do­stęp­ne. W 1997 r. roz­po­częto pra­ce na no­wej wy­spie w po­bli­żu sto­li­cy - Hul­hu­ma­lé, zbu­do­wa­nej na zre­kul­ty­wo­wa­nym lądzie, aby po­mie­ścić ro­snącą po­pu­la­cję.

4 Wcze­śniej była tyl­ko jed­na szko­ła, w Malé, do któ­rej uczęsz­czał cały rocz­nik. Ucznio­wie prze­no­si­li się na czas na­uki do sto­li­cy.

Historia współczesna

Kraj się roz­wi­jał go­spo­dar­czo dzi­ęki prze­my­sło­wi tu­ry­stycz­ne­mu i ryb­ne­mu, ale do­świad­czał rów­nież wie­lu pro­ble­mów. Wzro­sła licz­ba prze­stępstw w sto­li­cy, roz­wój wpły­wał ne­ga­tyw­nie na śro­do­wi­sko, po­ja­wi­ły się dys­pro­por­cje re­gio­nal­ne, wy­so­kie bez­ro­bo­cie wśród mło­dzie­ży i nie­rów­no­ści do­cho­dów.

Prąd El Ni?o z 1998 r., któ­ry wy­wo­łał blak­ni­ęcie ko­ra­low­ców, oka­zał się szko­dli­wy dla tu­ry­sty­ki i był sy­gna­łem, że glo­bal­ne ocie­ple­nie może za­gro­zić ist­nie­niu kra­ju. Kie­dy Mau­mo­on roz­po­czy­nał swo­ją pi­ątą już ka­den­cję jako pre­zy­dent w 1998 r., jego prio­ry­te­tem było śro­do­wi­sko oraz pod­no­szący się po­ziom wód oce­anu.

We wrze­śniu 2003 r. prze­by­wa­jący w wi­ęzie­niu na wy­spie Ma­afu­shi 19-let­ni Evan Na­se­em zo­stał po­bi­ty na śmie­rć przez stra­żni­ków. Jego ro­dzi­na wy­sta­wi­ła pod­da­ne tor­tu­rom zwło­ki na wi­dok pu­blicz­ny w Malé. W sto­li­cy wy­bu­chły spon­ta­nicz­ne za­miesz­ki. Par­la­ment ob­rzu­co­no ka­mie­nia­mi, a po­ste­run­ki po­li­cji pod­pa­lo­no. NSS po­bi­ła i aresz­to­wa­ła wie­lu uczest­ni­ków za­mie­szek. W tym sa­mym mie­si­ącu pre­zy­dent Mau­mo­on zo­stał po­now­nie no­mi­no­wa­ny na je­dy­ne­go kan­dy­da­ta na pre­zy­den­ta przez par­la­ment, któ­ry w du­żej części skła­dał się z człon­ków ro­dzi­ny Mau­mo­ona i osób wy­zna­czo­nych przez sa­me­go pre­zy­den­ta. Tym­cza­sem w Co­lom­bo na Sri Lan­ce zo­sta­ła za­ło­żo­na przez mło­dych ak­ty­wi­stów oraz by­łe­go wi­ęźnia po­li­tycz­ne­go Mo­ham­me­da Na­she­eda (zna­ne­go jako Anni) Ma­le­diw­ska Par­tia De­mo­kra­tycz­na (MDP).

Pod na­ci­skiem ko­le­gów w 2004 r. Mau­mo­on przed­sta­wił wła­sny pro­gram re­form. Jego pro­po­zy­cje obej­mo­wa­ły wy­sta­wie­nie wie­lu kan­dy­da­tów w przed­ter­mi­no­wych wy­bo­rach, z li­mi­tem dwóch ka­den­cji pre­zy­den­ta, i le­ga­li­za­cję par­tii po­li­tycz­nych.

Niektóre wyspy zostały opuszczone i dziś są nazywane "wyspami duchów"

Gdy wy­da­wa­ło się, że nad­cho­dzą zmia­ny, 26 grud­nia 2004 r. tsu­na­mi po­chło­nęło ty­si­ące ofiar na ca­łym kon­ty­nen­cie. Ni­sko po­ło­żo­ne Ma­le­di­wy (za­le­d­wie 1,5 m n.p.m.) bar­dzo ucier­pia­ły. Zgi­nęło 89 osób, 24 uzna­no za za­gi­nio­ne, a wie­le wysp i ho­te­li zo­sta­ło kom­plet­nie znisz­czo­nych. Wy­sie­dlo­no ok. 15 tys. lu­dzi, a nie­któ­re wy­spy zo­sta­ły opusz­czo­ne i dziś są na­zy­wa­ne "wy­spa­mi du­chów". Ma­le­diw­czy­cy byli go­to­wi na zmia­ny.

W sierp­niu 2008 r. Mau­mo­on pod­pi­sał nową kon­sty­tu­cję, uchwa­lo­ną wcze­śniej przez par­la­ment, któ­ra wpro­wa­dzi­ła po raz pierw­szy wie­lo­par­tyj­ne wy­bo­ry pre­zy­denc­kie. Ma­le­diw­ską Par­tię De­mo­kra­tycz­ną re­pre­zen­to­wał Anni. Pierw­sze de­mo­kra­tycz­ne wy­bo­ry pre­zy­denc­kie na Ma­le­di­wach od­by­ły się 8 pa­ździer­ni­ka 2008 r. W pierw­szej tu­rze gło­so­wa­nia wzi­ęło udział sze­ściu kan­dy­da­tów. Anni za­jął dru­gie miej­sce z po­par­ciem 24,90%; urzędu­jący pre­zy­dent Mau­mo­on zdo­był 40,3% gło­sów. W dru­giej tu­rze Anni otrzy­mał po­par­cie od wszyst­kich po­zo­sta­łych kan­dy­da­tów opo­zy­cji, po­ko­nu­jąc Mau­mo­ona z po­par­ciem 53,65% i sta­jąc się pierw­szym de­mo­kra­tycz­nie wy­bra­nym przy­wód­cą kra­ju. W jed­nym ze swo­ich pierw­szych oświad­czeń za­pew­nił, że jego ad­mi­ni­stra­cja nie będzie dążyć do ści­ga­nia żad­ne­go człon­ka rządu, w szcze­gól­no­ści by­łe­go pre­zy­den­ta. Na­stęp­nie rząd roz­po­czął ra­dy­kal­ną re­for­mę i wdra­ża­nie pro­gra­mu li­be­ra­li­za­cji, kła­dąc na­cisk na na­stępu­jące punk­ty: uczy­nić Ma­le­di­wy kra­jem neu­tral­nym pod względem emi­sji dwu­tlen­ku węgla do roku 2020, utwo­rzyć su­we­ren­ny fun­dusz in­we­sty­cyj­ny w celu za­ku­pu zie­mi w przy­pad­ku za­la­nia kra­ju w wy­ni­ku pod­no­sze­nia się po­zio­mu oce­anów, wpro­wa­dzić ca­łko­wi­ty za­kaz po­lo­wa­nia na re­ki­ny, spry­wa­ty­zo­wać po­nad 20 pa­ństwo­wych przed­si­ębiorstw, zbu­do­wać kra­jo­wą sieć pro­mo­wą, zdy­wer­sy­fi­ko­wać bra­nżę tu­ry­stycz­ną po­przez za­ko­ńcze­nie dłu­go­ter­mi­no­wej po­li­ty­ki od­dzie­la­nia miesz­ka­ńców od tu­ry­stów, utwo­rzyć sys­te­my po­dat­ko­we, eme­ry­tal­ne i opie­ki zdro­wot­nej.

17 pa­ździer­ni­ka 2009 r. pre­zy­dent Na­she­ed wraz z 11 mi­ni­stra­mi swo­je­go ga­bi­ne­tu od­był po­sie­dze­nie rządu... 4 m pod wodą. Mia­ło to zwró­cić uwa­gę opi­nii pu­blicz­nej na pro­blem pod­no­sze­nia się po­zio­mu mórz i oce­anów, co wi­ąże się z ocie­ple­niem kli­ma­tu.

W 2009 r. prezydent Nasheed wraz z 11 ministrami swojego gabinetu odbył posiedzenie rządu... pod wodą

Po ob­jęciu wła­dzy przez Na­she­eda w kra­ju do­cho­dzi­ło do na­pi­ęć mi­ędzy or­ga­na­mi wła­dzy wy­ko­naw­czej i usta­wo­daw­czej. Na wy­spach wy­bu­cha­ły pro­te­sty, a w Malé do­szło do sta­rć de­mon­stru­jących z po­li­cją. Rząd oska­rżył opo­zy­cję, z par­tią by­łe­go pre­zy­den­ta na cze­le, o pod­sy­ca­nie nie­po­ko­jów spo­łecz­nych. De­mon­stru­jący do­ma­ga­li się dy­mi­sji pre­zy­den­ta, za­rzu­ca­jąc mu pro­wa­dze­nie nie­sku­tecz­nej po­li­ty­ki go­spo­dar­czej.

W stycz­niu 2012 r. do­szło do wy­bu­chu kry­zy­su po­li­tycz­ne­go i ko­lej­nych an­ty­rządo­wych pro­te­stów, gdy na wnio­sek rządu zo­stał aresz­to­wa­ny sędzia Ab­dul­la Mo­ha­med, któ­re­mu za­rzu­ca­no ko­rup­cję i stron­ni­czo­ść. Prze­ciw­ko jego aresz­to­wa­niu pro­te­sto­wa­ła opo­zy­cja z by­łym pre­zy­den­tem Mau­mo­onem na cze­le, gło­sząc, że dzia­ła­nia rządu są sprzecz­ne z kon­sty­tu­cją. W pro­te­ście prze­ciw­ko aresz­to­wa­niu sędzie­go na uli­ce wy­szły ty­si­ące osób, wśród któ­rych byli zwo­len­ni­cy par­tii opo­zy­cyj­nych. Do de­mon­stru­jących przy­łączy­ła się część od­dzia­łów po­li­cji, któ­ra opa­no­wa­ła m.in. sie­dzi­bę te­le­wi­zji, na­da­jąc pro­pa­gan­do­we tre­ści i wy­chwa­la­jąc by­łe­go pre­zy­den­ta. Po tym, jak rząd od­mó­wił ujaw­nie­nia opi­nii pu­blicz­nej ja­kich­kol­wiek in­for­ma­cji od­no­śnie tej ca­łej sy­tu­acji, pro­te­sty za­częły się na­si­lać. Po­ja­wi­ły się żąda­nia prze­pro­wa­dze­nia nie­za­le­żne­go śledz­twa w spra­wie aresz­to­wa­nia sędzie­go. Na pla­cu Re­pu­bli­ki pro­te­sto­wa­no przez 22 dni, a po­li­cja od­mó­wi­ła uży­cia siły i przy­łączy­ła się do nie­za­do­wo­lo­nych oby­wa­te­li.

W ko­ńcu, aby zła­go­dzić na­pi­ęcie, Anni zre­zy­gno­wał ze sta­no­wi­ska gło­wy pa­ństwa, a no­wym pre­zy­den­tem zo­stał wi­ce­pre­zy­dent Mo­ham­med Wa­he­ed. MDP okre­śli­ła te wy­da­rze­nia mia­nem "za­ma­chu sta­nu" za­ara­nżo­wa­ne­go przez wi­ce­pre­zy­den­ta Wa­he­eda oraz Ab­dul­la Yame­ena, przy­rod­nie­go bra­ta Mau­mo­ona, oraz ogło­si­ła, że wszy­scy człon­ko­wie par­tii w ca­łym kra­ju wyj­dą na uli­ce w ra­mach pro­te­stów. Anni sta­nął na cze­le tych na pla­cu Re­pu­bli­ki w Malé, ogła­sza­jąc, że zo­stał zmu­szo­ny do re­zy­gna­cji. Nowe wła­dze prze­ko­ny­wa­ły, że to nie był za­mach sta­nu, a je­dy­nie spe­łnie­nie woli ludu, na pró­żno. Po na­si­la­jących się pro­te­stach zwo­len­ni­ków MDP Wa­he­ed za­de­kla­ro­wał prze­pro­wa­dze­nie wy­bo­rów i po­wo­ła­nie no­we­go rządu, zło­żo­ne­go z przed­sta­wi­cie­li ró­żnych par­tii po­li­tycz­nych. Tego sa­me­go dnia na­ka­zał zwol­nie­nie aresz­to­wa­ne­go sędzie­go Ab­dul­la. Li­de­rem par­tii MDP zo­stał Ibra­him Mo­ha­med So­lih (zna­ny jako Ibu).

Wy­bo­ry od­by­ły się we wrze­śniu 2013 r., a wzi­ęło w nich udział czte­rech kan­dy­da­tów: urzędu­jący pre­zy­dent Wa­he­ed, któ­ry kan­dy­do­wał jako nie­za­le­żny, były pre­zy­dent Mo­ha­med Na­she­ed z par­tii MDP, Ibra­him Ga­sim z par­tii Jum­ho­orie (wte­dy naj­bo­gat­szy oby­wa­tel Ma­le­di­wów, po­sia­da­jący sieć sze­ściu ho­te­li) oraz Ab­dull Yame­en z par­tii PPM (Po­stępo­wa Par­tia Ma­le­di­wów), któ­ry wy­grał pra­wy­bo­ry w swo­im ugru­po­wa­niu. Na 140 lo­kal­nych wy­spach usta­wio­no 167 urn do gło­so­wa­nia, w któ­rym wzi­ęło udział po­nad 31 tys. zwo­len­ni­ków par­tii PPM.

Po pierw­szej tu­rze, wska­zu­jącej na zwy­ci­ęstwo Na­she­eda sąd unie­wa­żnił wy­bo­ry i od­wo­łał pla­no­wa­ną dru­gą turę. Gło­su­jąc za unie­wa­żnie­niem, sędzia Didi od­nió­sł się do po­uf­ne­go ra­por­tu po­li­cyj­ne­go, w któ­rym stwier­dzo­no, że w wy­bo­rach gło­so­wa­ło po­nad 5 tys. "nie­kwa­li­fi­ku­jących się osób", w tym oso­by zma­rłe i dzie­ci po­ni­żej 18. roku ży­cia. W li­sto­pa­dzie 2013 r., w po­now­nie prze­pro­wa­dzo­nych wy­bo­rach, ża­den z kan­dy­da­tów nie uzy­skał wi­ęk­szo­ści. Do dru­giej tury we­szło dwóch li­de­rów: Anni oraz Yame­en. Zo­sta­ła ona za­pla­no­wa­na ty­dzień pó­źniej, ze względu na ko­niecz­no­ść po­wo­ła­nia no­we­go pre­zy­den­ta do 11 li­sto­pa­da, jed­nak osta­tecz­nie wy­bo­ry zo­sta­ły prze­ło­żo­ne przez Sąd Naj­wy­ższy na 16 li­sto­pa­da, gdyż Yame­en stwier­dził, że po­trze­bu­je wi­ęcej cza­su na kam­pa­nię. Osta­tecz­nie zwy­ci­ężył w dru­giej tu­rze, po­par­ty przez trze­cie­go kan­dy­da­ta, Ibra­hi­ma Ga­si­ma, zdo­by­wa­jąc 51,39% gło­sów.

Pod­czas kam­pa­nii na wy­spach po­ja­wia­ją się cho­rągiew­ki w ko­lo­rze par­tii po­li­tycz­nych. Ko­lor żó­łty na­le­ży do MDP

Li­der par­tii MDP po­zo­stał ak­tyw­ny po­li­tycz­nie, a prze­ciw nie­mu wy­to­czo­no pro­ces za prze­kro­cze­nie upraw­nień jako pre­zy­den­ta w za­rządze­niu o aresz­to­wa­nie sędzie­go. W mar­cu 2015 r. zo­stał ska­za­ny na 13 lat wi­ęzie­nia pod kon­tro­wer­syj­nym za­rzu­tem ter­ro­ry­zmu, kie­dy Yame­en był u wła­dzy5. Wy­wo­ła­ło to po­wszech­ne pro­te­sty jego zwo­len­ni­ków. W 2016 r. po­zwo­lo­no mu wy­je­chać do Wiel­kiej Bry­ta­nii na ope­ra­cję kręgo­słu­pa, a on zło­żył wnio­sek o azyl po­li­tycz­ny, któ­ry zo­stał mu przy­zna­ny. Od tego cza­su Anni kon­ty­nu­ował kam­pa­nię na rzecz de­mo­kra­tycz­nych re­form z bez­piecz­nej od­le­gło­ści.

5 Na mo­to­rów­ce, któ­rą pod­ró­żo­wał Yame­en, wy­bu­chła bom­ba. Spe­ku­lu­je się, że była to ustaw­ka: po­dob­no za­wsze sia­dał po pra­wej stro­nie ło­dzi, jed­nak gdy do­szło do wy­bu­chu, sie­dział w zu­pe­łnie in­nym miej­scu.

Ma­le­di­wy prze­szły wie­le kry­zy­sów kon­sty­tu­cyj­nych pod co­raz bar­dziej au­to­kra­tycz­nym przy­wódz­twem pre­zy­den­ta Yame­ena. W 2018 r. ogło­sił on stan wy­jąt­ko­wy, któ­ry dał mu kon­tro­wer­syj­ne upraw­nie­nia do za­trzy­my­wa­nia li­de­rów opo­zy­cji i ogra­ni­cza­nia wła­dzy sądow­ni­czej i usta­wo­daw­czej6.

6 Wie­lu tu­ry­stów zre­zy­gno­wa­ło w tym cza­sie z pod­ró­ży na Ma­le­di­wy, oba­wia­jąc się ata­ków ter­ro­ry­stycz­nych or­ga­ni­zo­wa­nych przez tzw. Pa­ństwo Is­lam­skie. Jed­nak po­wód wpro­wa­dze­nia sta­nu wy­jąt­ko­we­go był po­li­tycz­ny, tu­ry­stom nie za­gra­ża­ło żad­ne nie­bez­pie­cze­ństwo.

W czerw­cu 2018 r. ogło­szo­no datę ko­lej­nych wy­bo­rów pre­zy­denc­kich: 23 wrze­śnia. Ocze­ki­wa­no, że Anni będzie kan­dy­do­wał, ale ten mu­siał ustąpić, gdyż Ko­mi­sja Wy­bor­cza za­ka­za­ła udzia­łu w wy­bo­rach kan­dy­da­tom ska­za­nym za prze­stęp­stwa. Mau­mo­on rów­nież nie mógł kan­dy­do­wać, po­nie­waż prze­by­wał w wi­ęzie­niu. Zjed­no­czo­na opo­zy­cja wy­bra­ła Ibra­hi­ma So­li­ha do wal­ki z po­li­tycz­nym ry­wa­lem. Przy­go­to­wa­nia do wy­bo­rów nie były ła­twym za­da­niem. Mó­wił on gło­śno o tym, że mogą zo­stać sfa­łszo­wa­ne. Aresz­to­wa­nia ci­ągle trwa­ły, a na dzień przed wy­bo­ra­mi po­li­cja prze­szu­ka­ła po­miesz­cze­nia biu­ro­we MDP. Ibu wy­grał i zo­stał szó­stym w hi­sto­rii Ma­le­di­wów pre­zy­den­tem, uzy­sku­jąc 58,3% po­par­cia przy fre­kwen­cji 89,22%.

Kan­dy­dat na pre­zy­den­ta Ibu, wi­ta­jący się z miesz­ka­ńca­mi Ni­lan­dhoo, 2018 r.

Yame­eno­wi przed­sta­wio­no za­rzu­ty pra­nia ogrom­nych ilo­ści pie­ni­ędzy i de­frau­da­cji. Anni wró­cił do kra­ju i zo­stał go­rąco przy­jęty przez sym­pa­ty­ków, licz­nie ocze­ku­jących go w Malé. Obie­cał prze­pro­wa­dze­nie re­form i po­ło­że­nie kre­su ko­rup­cji rządu oraz za­po­cząt­ko­wa­nie no­wej ery sta­bil­no­ści i de­mo­kra­cji. W ko­lej­nych wy­bo­rach par­la­men­tar­nych par­tia MDP wró­ci­ła na szczyt, uzy­sku­jąc 60 (na 87) man­da­tów. PPM zdo­by­ło za­le­d­wie czte­ry miej­sca w par­la­men­cie. Anni ogło­sił, że cza­sy ro­lek­sów już się sko­ńczy­ły, od­no­sząc się do gło­śnych skan­da­li: po­dob­no "ku­po­wa­no" po­słów za luk­su­so­we pre­zen­ty7.

7 Je­śli ktoś jest bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ny te­ma­tem, na YouTu­be jest re­por­taż świet­nie de­ma­sku­jący to zja­wi­sko: https://www.youtu­be.com/watch?v=15N9K3wXh0Y&t=1343s [do­stęp: 5 lip­ca 2021 r.]

 

Oprócz wy­bo­rów pre­zy­denc­kich na wy­spach od­by­wa­ją się rów­nież wy­bo­ry so­łty­sa wy­spy oraz pre­zy­den­ta ato­lu. Te pierw­sze or­ga­ni­zu­je się co pięć lat. Już kil­ka­na­ście mie­si­ęcy wcze­śniej kan­dy­da­ci mogą się zgła­szać, roz­po­czy­na się kam­pa­nia i usta­la­nie stra­te­gii. Szan­sę na wy­gra­ną mają głów­nie ci, któ­rzy po­cho­dzą z du­żych ro­dzin lub cie­szą się sza­cun­kiem w gro­nie zna­jo­mych. Często par­tia po­li­tycz­na nie ma żad­ne­go zna­cze­nia, wa­żne, że to brat mamy, kum­pel z bo­iska czy ku­zyn­ka szwa­gra. Ko­bie­ty mogą brać udział w wy­bo­rach. W par­la­men­cie rów­nież jest ich wie­le, ta­kże na sta­no­wi­skach mi­ni­ste­rial­nych.

Pod­czas wy­bo­rów wy­bie­ra się kil­ka osób na po­szcze­gól­ne urzędy, m.in. głów­ne­go so­łty­sa i dwóch urzęd­ni­ków ni­ższe­go szcze­bla. Na Ni­lan­dhoo, gdzie w 2021 r. zdol­nych do gło­so­wa­nia było 1290 miesz­ka­ńców, fre­kwen­cja wy­no­si­ła ok. 85%. Na wy­spie były dwa okręgi wy­bor­cze, do któ­rych przy­po­rząd­ko­wa­ni byli miesz­ka­ńcy w za­le­żno­ści od miej­sca za­miesz­ka­nia. Wy­spę po­dzie­lo­no na pół; je­den okręg był na te­re­nie szko­ły, a dru­gi na te­re­nie cen­trum szko­le­nia. Miesz­ka­ńcy mo­gli we­jść je­dy­nie z do­wo­dem oso­bi­stym. Wszyst­kie inne przed­mio­ty, ta­kie jak port­fe­le i te­le­fo­ny, mu­sie­li zo­sta­wić na mur­ku przed we­jściem. Gło­so­wać było mo­żna od 7.00 do 18.00, a o 20.00 od­by­ło się li­cze­nie gło­sów, w któ­rym mo­gli uczest­ni­czyć miesz­ka­ńcy. Kar­ty do gło­so­wa­nia były od­czy­ty­wa­ne na głos. Wy­spia­rze skru­pu­lat­nie za­pi­sy­wa­li wszyst­kie wy­czy­ty­wa­ne na­zwi­ska, aby wie­dzieć kto wy­grał, jesz­cze przed ofi­cjal­nym ogło­sze­niem wy­ni­ków. Nowo wy­bra­ni kan­dy­da­ci ob­jęli sta­no­wi­ska mie­si­ąc po wy­bo­rach. Tego sa­me­go dnia wy­bie­ra­no rów­nież pre­zy­den­ta ato­lu: zo­stał wy­ło­nio­ny spo­śród kan­dy­da­tów, jacy zgło­si­li się ze wszyst­kich wysp na da­nym ato­lu.

Co pięć lat wy­bie­ra­ni są człon­ko­wie par­la­men­tu z sie­dzi­bą w Malé, tzw. ma­ji­lis. Kan­dy­da­ci mogą się zgła­szać z ka­żdej lo­kal­nej wy­spy, a cała pro­ce­du­ra wy­gląda tak samo jak w przy­pad­ku wy­bo­rów so­łty­sa. Pre­zy­dent ato­lu jest rów­nież przed­sta­wi­cie­lem da­ne­go ar­chi­pe­la­gu w par­la­men­cie. W 2021 r. po raz pierw­szy zo­sta­ły wy­bra­ne przed­sta­wi­ciel­ki Ko­mi­te­tu Roz­wo­ju Ko­biet, od­po­wie­dzial­ne za ochro­nę praw ko­biet i zwi­ęk­sza­nie ich udzia­łu w ży­ciu po­li­tycz­nym.

Język Malediwów

Malediwy mają własny język o nazwie dhivehi

Ma­le­di­wy mają wła­sny język o na­zwie dhi­ve­hi. Uży­wa­ny jest tyl­ko tam, a jego dia­lekt na wy­spie Mi­ni­coy, któ­ra na­le­ża­ła kie­dyś do Ma­le­di­wów (dziś ad­mi­ni­stra­cyj­nie pod­le­ga pod In­die). W san­skry­cie8 dhi­ve­hi ozna­cza "wy­spia­rze". Bas to "język", za­tem dhi­ve­hi bas to "język wy­spia­rzy". Lin­gwi­sta Har­ry Char­les Pu­rvis Bell na­zwał język ma­le­diw­ski di­ves. Było to zgod­ne z na­zwą kra­ju, po­nie­waż "-di­ves" w sło­wie "Mal­di­ves" oraz di­ve­hi po­cho­dzą od sło­wa "wy­spa". Dhi­ve­hi jest spo­krew­nio­ny z syn­ga­le­skim, któ­rym po­słu­gu­ją się miesz­ka­ńcy Sri Lan­ki, ale nie są szcze­gól­nie po­dob­ne9. W ci­ągu dzie­jów na roz­wój dhi­ve­hi wpły­nęło wie­le języ­ków: arab­ski, fran­cu­ski, per­ski, por­tu­gal­ski, hin­du­ski i an­giel­ski. Dhi­ve­hi praw­do­po­dob­nie odłączył się od syn­ga­le­skie­go nie wcze­śniej niż w X w., jed­nak ani w hi­sto­rii wysp, ani w syn­ga­le­skich kro­ni­kach nie ma o tym mowy. Ma­le­di­wy są ca­łko­wi­cie nie­obec­ne w do­ku­men­tach ze Sri Lan­ki sprzed XII w.

8 San­skryt to język in­do­aryj­ski z ro­dzi­ny in­do­eu­ro­pej­skiej; li­te­rac­ki język sta­ro­żyt­nych i śre­dnio­wiecz­nych In­dii.

9 Będąc na Sri Lan­ce, mie­li­śmy wra­że­nie, że co dzie­si­ąte sło­wo brzmi bar­dzo po­dob­nie jak w języ­ku dhi­ve­hi.

Dhi­ve­hi ma sie­dem dia­lek­tów, któ­re ró­żnią się słow­nic­twem i wy­mo­wą

Dhi­ve­hi ma sie­dem dia­lek­tów, któ­re ró­żnią się słow­nic­twem i wy­mo­wą, a te ma­jące naj­mniej wspól­ne­go mo­żna spo­tkać na ato­lach wy­su­ni­ętych naj­bar­dziej na po­łud­nie. Dia­lekt naj­bar­dziej przy­po­mi­na­jący ten, w któ­rym mówi się w Malé, mo­żna usły­szeć na wy­spie Mi­ni­coy na pó­łno­cy, dziś na­le­żącej do In­dii.

Naj­star­szym od­na­le­zio­nym na­pi­sem w języ­ku ma­le­diw­skim jest ten na ka­mie­niu ko­ra­lo­wym, któ­re­go po­cho­dze­nie sza­cu­je się na VII lub VIII w. Od XVI w. język ma­le­diw­ski za­pi­sy­wa­ny jest pi­smem tha­ana, od pra­wej do le­wej.

W po­ło­wie lat 70. XX w. rząd wpro­wa­dził te­lek­sy. Było to po­strze­ga­ne jako wiel­ki po­stęp, jed­nak wia­do­mo­ści mo­żna było za­pi­sać tyl­ko w al­fa­be­cie ła­ci­ńskim. W 1976 r. rząd za­twier­dził trans­li­te­ra­cję ła­ci­ńską (dhi­ve­hi la­tin); wy­dru­ko­wa­ne bro­szu­ry in­for­ma­cyj­ne zo­sta­ły roz­po­wszech­nio­ne na ato­lach oraz na stat­kach han­dlo­wych. Wpro­wa­dze­nie ła­ci­ny było trak­to­wa­ne z po­dejrz­li­wo­ścią, nie­któ­rzy oba­wia­li się bo­wiem, że spo­wo­du­je to upa­dek tha­ana. Pre­zy­dent Mau­mo­on po ob­jęciu wła­dzy w 1978 r. przy­wró­cił ten za­pis, któ­ry dziś jest sto­so­wa­ny rów­no­le­gle z ła­ci­ńską trans­kryp­cją. To je­den z nie­wie­lu języ­ków na świe­cie, któ­re­go nie ma w trans­la­to­rze Go­ogle.

Atole na Malediwach są oznaczane literami alfabetu

Szyk wy­ra­zów w ma­le­diw­skim nie jest sztyw­ny. Mo­żna nie­mal do­wol­nie usta­wić ich ko­lej­no­ść w zda­niu, a sens wy­po­wie­dzi będzie taki sam. Wie­le słów jest za­po­ży­czo­nych z języ­ka an­giel­skie­go, głów­nie ter­mi­ny na­uko­we i tech­nicz­ne (np. te­le­fon, ra­dio, uwa­ga, anu­lo­wać, sa­mo­chód, ro­wer, bi­let). Oso­by ma­jące na co dzień stycz­no­ść z języ­kiem an­giel­skim mają ten­den­cję do wpla­ta­nia w wy­po­wie­dź an­gli­cy­zmów. Nie­któ­re za­po­ży­czo­ne wy­ra­zy przy­jęły się do tego stop­nia, że mo­gło­by się wy­da­wać, iż nie mają w języ­ku dhi­ve­hi od­po­wied­ni­ków. Za­po­ży­czo­no rów­nież kil­ka słów z arab­skie­go i per­skie­go, głów­nie ter­mi­nów zwi­ąza­nych z is­la­mem i sądow­nic­twem (np. mo­dli­twa, post, data). Za­wie­ru­szy­ło się na­wet kil­ka wy­ra­zów por­tu­gal­skich, np. stół czy włócz­nia my­śliw­ska.

Kom­pleks ho­te­lo­wy Vilu Reef

Cie­ka­wost­ka: ato­le na Ma­le­di­wach są ozna­cza­ne li­te­ra­mi al­fa­be­tu. I tak np. atol Fa­afu, Ka­afu, No­onu to nic in­ne­go jak atol L, H i D. Na­zwy wysp po­cho­dzą od cze­goś, co jest dla nich cha­rak­te­ry­stycz­ne, np. Bi­ley­dhoo od sło­wa bi­ley, co ozna­cza "liść be­te­lu" - tam naj­wi­ęcej tych li­ści ro­śnie. Duże kom­plek­sy ho­te­lo­we mają na­zwy w języ­ku dhi­ve­hi, któ­re ko­ja­rzą się z tu­ry­sty­ką, oce­anem, mor­ski­mi zwie­rzęta­mi i wa­ka­cja­mi, np. Re­ethi Rah to "pi­ęk­na wy­spa", Fi­li­theyo to na­zwa przy­nęty na ryby, a Ku­rum­ba to mło­dy ko­kos.

Początki turystyki

Tu­ry­sty­ka to bra­nża, któ­ra nie­wąt­pli­wie wnio­sła na Ma­le­di­wy po­stęp i do­bro­byt. Pierw­szy ho­tel po­ja­wił się w 1972 r. Wcze­śniej ten od­le­gły ar­chi­pe­lag za­miesz­ki­wa­ny przez ry­ba­ków nie był zbyt do­brze zna­ny świa­tu. Uwa­ża­no, że tu­ry­sty­ka w tym miej­scu nie ma ra­cji bytu, gdyż na Ma­le­di­wach nie było wte­dy nic: ani te­le­fo­nów, ani lot­ni­ska (oprócz ma­łe­go lądo­wi­ska wy­ty­czo­ne­go przez ochot­ni­ków na wy­spie Hul­hu­lé, ale bez re­gu­lar­nych po­łączeń), ani ban­ków, ani bazy noc­le­go­wej, ani in­fra­struk­tu­ry. Ma­le­di­wy pra­wie prze­ga­pi­ły swo­ją szan­sę na roz­wój tu­ry­sty­ki.

Za­częło się od przy­pad­ko­we­go spo­tka­nia Ah­me­da Na­se­ema, ów­cze­sne­go pra­cow­ni­ka Am­ba­sa­dy Ma­le­di­wów (któ­ry zo­stał w pó­źniej­szych la­tach mi­ni­strem spraw za­gra­nicz­nych) z Geo­r­ge'em Cor­bi­nem - pra­cow­ni­kiem wło­skie­go biu­ra pod­ró­ży, w Co­lom­bo na Sri Lan­ce. Cor­bin szu­kał dzie­wi­czych wysp, na któ­rych mó­głby or­ga­ni­zo­wać wa­ka­cje dla Wło­chów. Swo­ją pierw­szą pod­róż z Co­lom­bo do Malé w 1971 r. od­był na po­kła­dzie stat­ku to­wa­ro­we­go. Wy­spy tak bar­dzo mu się spodo­ba­ły, że po krót­kim cza­sie wró­cił z pierw­szy­mi tu­ry­sta­mi. Byli to głów­nie dzien­ni­ka­rze i fo­to­gra­fi­cy. Za­trzy­ma­li się w skrom­nych po­ko­jach w trzech do­mach w Malé, a opie­ko­wa­li się nimi lo­kal­ni go­spo­da­rze, w tym Hus­sa­in Afe­ef (dziś wła­ści­ciel kil­ku luk­su­so­wych ho­te­li) oraz jego przy­ja­ciel Ma­ni­ku.

Ma­le­di­wy oka­za­ły się ide­al­nym miej­scem do pły­wa­nia, opa­la­nia się i ło­wie­nia ryb. Cor­bin był tak nimi za­uro­czo­ny, że obie­cał przy­sy­łać wło­skich tu­ry­stów re­gu­lar­nie, gdy tyl­ko zo­sta­ną przy­go­to­wa­ne od­po­wied­nie miej­sca noc­le­go­we. Za­in­spi­ro­wa­ni mło­dzi mężczy­źni na­wi­ąza­li wspó­łpra­cę z dzie­rżaw­cą wy­spy Vi­ha­ma­na­afu­shi, nie­za­miesz­ka­nej plan­ta­cji palm ko­ko­so­wych bar­dzo bli­sko lądo­wi­ska. Od­le­gło­ść była bar­dzo istot­na, gdyż trans­fer mógł się od­by­wać wy­łącz­nie drew­nia­ną ło­dzią. Nie było hy­dro­pla­nów ani ło­dzi mo­to­ro­wych. I tak po­wstał pierw­szy kom­pleks ho­te­lo­wy na Ma­le­di­wach o na­zwie Ku­rum­ba (w języ­ku dhi­ve­hi "ko­kos"), któ­ry z po­wo­dze­niem funk­cjo­nu­je do dziś.

Koszt jednej nocy w trzygwiazdkowym hotelu "bez fajerwerków" zaczyna się od 1000 zł. "Z fajerwerkami" to nawet 50 tys. zł

Ma­ni­ku wraz z przy­ja­ció­łmi, ko­rzy­sta­jąc z po­mo­cy fi­nan­so­wej Cor­bi­na, zbu­do­wał 30 pro­stych po­koi z ka­mie­nia ko­ra­lo­we­go, drew­na ko­ko­so­we­go i strze­chy pal­mo­wej. Ka­żdy miał to­a­le­tę i prysz­nic ze sło­ną wodą, były mi­ni­ma­li­stycz­nie ume­blo­wa­ne i mia­ły bez­po­śred­ni do­stęp do pla­ży. Nie było po­mo­stu - łódź do­bi­ja­ła do na­brze­ża i tu­ry­ści wy­ska­ki­wa­li na brzeg. Pa­no­wie przy­go­to­wy­wa­li po­si­łki z ksi­ążki ku­char­skiej, któ­rą Ma­ni­ku prze­tłu­ma­czył z języ­ka an­giel­skie­go. Ser­wo­wa­ne były w kan­ty­nie lub w po­sta­ci gril­la na pla­ży. Afe­ef zo­stał me­ne­dże­rem ośrod­ka, któ­ry ofi­cjal­ne otwar­cie miał 3 pa­ździer­ni­ka 1972 r. i przez resz­tę roku był za­re­zer­wo­wa­ny do ostat­nie­go miej­sca. Ma­le­diw­czy­cy nic nie wie­dzie­li o tu­ry­sty­ce. To tu­ry­ści po­mo­gli im się roz­wi­jać, gdy spe­łnia­li ich pro­śby i wsłu­chi­wa­li się w ich po­trze­by. Po­cząt­ko­wo ho­tel przyj­mo­wał 60 go­ści mie­si­ęcz­nie, dziś jest to 14 tys., a do tego bli­sko 450 osób z ob­słu­gi. W 2003 r. kom­pleks prze­sze­dł trans­for­ma­cję na mia­rę XXI stu­le­cia. Ofe­ru­je po­ko­je o wy­so­kim stan­dar­dzie z pry­wat­nym ba­se­nem i ja­cuz­zi, a ta­kże ro­dzin­ne wil­le.

Ta­kie kom­plek­sy ho­te­lo­we, w no­men­kla­tu­rze bra­nży tu­ry­stycz­nej często na­zy­wa­ne re­sor­ta­mi, zaj­mu­ją zwy­kle całą wy­spę. Nie to­czy się tam co­dzien­ne ży­cie miesz­ka­ńców, nie ma szkół, skle­pów, me­cze­tów. Są to miej­sca stwo­rzo­ne tyl­ko dla tu­ry­stów i poza ob­słu­gą ho­te­lo­wą oraz tu­ry­sta­mi nie ma tam ni­ko­go wi­ęcej. Ta­kich ośrod­ków na Ma­le­di­wach jest dziś po­nad 130. Po­wsta­ją na nie­za­miesz­ka­nych wy­spach lub ta­kich, któ­re są usy­py­wa­ne od zera. Ro­ślin­no­ść się sa­dzi, a wiel­kie pal­my przy­wo­zi w ca­ło­ści z po­bli­skich bez­lud­nych lub lo­kal­nych wysp. Koszt jed­nej nocy w ta­kim prze­ci­ęt­nym, trzy­gwiazd­ko­wym ho­te­lu "bez fa­jer­wer­ków" za­czy­na się od 1000 zł. "Z fa­jer­wer­ka­mi" to na­wet 50 tys. zł. Za­tem nie ma co się dzi­wić, że Ma­le­di­wy to je­den z naj­dro­ższych kie­run­ków na świe­cie.

W 2010 r. po­ja­wi­ła się opcja ni­sko­bu­dże­to­wa, tzw. gu­est ho­use'y na lo­kal­nych wy­spach. Taki dom go­ścin­ny (pen­sjo­nat) może być otwar­ty i pro­wa­dzo­ny tyl­ko przez lo­kal­ną spo­łecz­no­ść. Miesz­ka­ńcy, aby otrzy­mać li­cen­cję, mu­szą spe­łnić wa­run­ki wy­zna­czo­ne przez Mi­ni­ster­stwo Tu­ry­sty­ki: od­po­wied­nią licz­bę po­koi (mi­ni­mum trzy), pod­sta­wo­we wy­po­sa­że­nie, ozna­ko­wa­nia typu "EXIT", "No smo­king" itp. Opcja ta oka­za­ła się strza­łem w dzie­si­ąt­kę, gdyż ak­tu­al­nie na wy­po­czy­nek na wy­spach może so­bie po­zwo­lić zde­cy­do­wa­nie wi­ęcej osób: prze­ci­ęt­ny Ko­wal­ski, a nie tyl­ko pi­łka­rze, ro­syj­scy po­li­ty­cy czy arab­scy szej­ko­wie. Rów­nież lo­kal­na spo­łecz­no­ść ma szan­sę za­ro­bić na tu­ry­sty­ce, a nie tyl­ko naj­bo­gat­si oraz za­gra­nicz­ni in­we­sto­rzy czy ho­te­lo­we sie­ciów­ki. Po­byt w gu­est ho­usie wi­ąże się jed­nak z pew­ny­mi wy­rze­cze­nia­mi, ale o tym opo­wiem w in­nym roz­dzia­le.

Wy­spa Ni­lan­dhoo

Wy­spą, któ­ra za­po­cząt­ko­wa­ła tu­ry­sty­kę lo­kal­ną na Ma­le­di­wach, była Ma­afu­shi. To wła­śnie tam spędzi­łam swo­je wa­ka­cje w 2013 r. Wte­dy było tam za­le­d­wie kil­ka gu­est ho­use'ów, a tu­ry­sty­ka do­pie­ro racz­ko­wa­ła. Dziś jest ich ok. 60 (na wy­spie o po­wierzch­ni 1000 na 200 m!). Gdy­bym dziś wy­bie­ra­ła się po raz pierw­szy na Ma­le­di­wy, pew­nie bym jej nie wy­bra­ła. Sku­tecz­nie od­stra­szy­ły­by mnie 10-pi­ętro­we be­to­no­we ho­te­le wy­ra­sta­jące tuż za ple­ca­mi ma­le­ńkiej pla­ży. Ma­afu­shi jest dziś moc­no tu­ry­stycz­na. Szwęda­jąc się po niej, mo­żna spo­tkać wi­ęcej tu­ry­stów niż miesz­ka­ńców, któ­rzy w wi­ęk­szo­ści po­sprze­da­wa­li swo­je zie­mie pod ko­lej­ne ho­te­le i wy­pro­wa­dzi­li się do Malé. Idea gu­est ho­use'ów na Ma­afu­shi moc­no wy­mknęła się spod kon­tro­li. Za­my­słem było przy­bli­że­nie tu­ry­stom lo­kal­nej kul­tu­ry, spędza­nie cza­su z miej­sco­wy­mi, ob­ser­wo­wa­nie, jak żyją, co je­dzą i jak spędza­ją czas. Pierw­sze po­ko­je wpraw­dzie mia­ły to, cze­go wy­ma­ga­ło Mi­ni­ster­stwo Tu­ry­sty­ki, ale wy­po­sa­że­nie było ra­czej skrom­ne i pod­sta­wo­we. Dziś ho­te­le na Ma­afu­shi mają z tą ideą nie­wie­le wspól­ne­go: to luk­su­so­we obiek­ty ofe­ru­jące po 90 po­koi, z ba­se­na­mi na da­chu, któ­re aby unik­nąć pła­ce­nia wy­ższych po­dat­ków, zo­sta­ły pod­ci­ągni­ęte pod ka­te­go­rię "gu­est ho­use". Wy­pa­rły one nie­ste­ty wie­le ro­dzin­nych biz­ne­sów, któ­re mu­sia­ły moc­no za­ni­żać ceny, aby móc się utrzy­mać na ryn­ku. Na wy­spie jest wie­le atrak­cji w po­sta­ci mo­żli­wo­ści upra­wia­nia spor­tów wod­nych, a ze sta­no­wisk, któ­re je sprze­da­ją, bez prze­rwy do­bie­ga gło­śna mu­zy­ka. Jest też wie­le re­stau­ra­cji, w któ­rych ob­słu­gu­ją głów­nie Fi­li­pin­ki (by­łam tam ja­kiś czas temu i trud­no mi było tam się od­na­le­źć; nie po­tra­fi­łam do­strzec tego Ma­afu­shi, dzi­ęki któ­re­mu po­ko­cha­łam Ma­le­di­wy, no i czu­łam się mo­men­ta­mi tak, jak­bym była na Fi­li­pi­nach). Są oczy­wi­ście zwo­len­ni­cy ta­kie­go ko­mer­cyj­ne­go lub pseu­do­luk­su­so­we­go wy­po­czyn­ku (bo to ani kom­pleks ho­te­lo­wy, ani lo­kal­na wy­spa), ale oczy­wi­ście nie bra­ku­je też tych, któ­rzy wolą miej­sca poza utar­tym szla­kiem. Dzi­ęki bo­ga­tej ofer­cie noc­le­go­wej ka­żdy tu­ry­sta znaj­dzie na Ma­le­di­wach od­po­wied­nie miej­sce dla sie­bie. Ja ca­łkiem nie­daw­no zda­łam so­bie spra­wę, że od cza­su tych kil­ku gu­est ho­use'ów, któ­re były do­stęp­ne, kie­dy po raz pierw­szy przy­le­cia­łam na Ma­le­di­wy, po­wsta­ło ich w ca­łym kra­ju bli­sko 550! Dwa z nich pro­wa­dzi­my z Im­ra­nem na wy­spie Ni­lan­dhoo, ale w ogó­le nie od­czu­li­śmy tego, że tak szyb­ko ro­śnie nam kon­ku­ren­cja. Za­in­te­re­so­wa­nie tym, co ofe­ru­je­my, prze­ra­sta na­sze najśmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Jak do­tąd jako je­dy­ni na Ni­lan­dhoo re­gu­lar­nie przyj­mu­je­my go­ści, więc mimo za­in­te­re­so­wa­nia i pe­łne­go obło­że­nia, o tłu­mach nie ma tu­taj mowy.

Mieszkańcy Malediwów

Ma­le­diw­czy­cy są tak bar­dzo inni i tak bar­dzo eg­zo­tycz­ni, że zde­cy­do­wa­nie za­słu­gu­ją na osob­ny roz­dział w tej ksi­ążce. Tym bar­dziej, że mamy mo­żli­wo­ść spo­ty­ka­nia się z nimi do­pie­ro od 10 lat, bo wcze­śniej tu­ry­ści nie od­wie­dza­li lo­kal­nych wysp i praw­do­po­dob­nie wie­le osób na­wet nie zda­wa­ło so­bie spra­wy, że na wy­sep­kach, tuż obok kom­plek­sów ho­te­lo­wych, ktoś w ogó­le miesz­ka. Nie­wie­le jest in­for­ma­cji czy pu­bli­ka­cji na te­mat ich ży­cia. Ja po ośmiu la­tach mogę śmia­ło po­wie­dzieć, że po­zna­łam ich już bar­dzo do­brze. Ab­sur­dal­ne sy­tu­acje mie­sza­ją się z tymi chwy­ta­jący­mi za ser­ce i spra­wia­ją, że cza­sa­mi tar­ga­ją mną bar­dzo skraj­ne emo­cje. Zwy­kle ko­ńczy się hap­py en­dem, gdyż trud­no się dłu­go na nich gnie­wać. Po­tra­fią czło­wie­ka roz­bro­ić i o tym też wam opo­wiem.

Moim zda­niem wy­spia­rze są bar­dzo ład­ny­mi lu­dźmi: de­li­kat­ne rysy twa­rzy, pro­ste, zgrab­ne no­ski, kszta­łt­ne usta, kru­czo­czar­ne, gęste wło­sy, ciem­na skó­ra, śnie­żno­bia­łe, rów­niut­kie zęby i pi­ęk­ny uśmiech. Dzie­ci wy­gląda­ją jak la­lecz­ki: wiel­kie czar­ne oczy, dłu­gie rzęsy, rącz­ki i nó­żki ob­wie­szo­ne zło­tem już od naj­młod­szych lat.

Miesz­ka­ńcy je­dzą świe­że ko­ko­sy pro­sto z pal­my

Ko­bie­ty, jak na kraj mu­zu­łma­ński przy­sta­ło, no­szą chu­s­ty, jed­nak po­ja­wi­ły się one tak na­praw­dę ca­łkiem nie­daw­no, bo w 2004 r. Po tym, jak 26 grud­nia Ma­le­di­wy na­wie­dzi­ło tsu­na­mi, ma­ro­ka­ński kon­ser­wa­tyw­ny imam sku­tecz­nie na­stra­szył miesz­ka­ńców, że to, co ich spo­tka­ło, jest karą za nie­sto­so­wa­nie się do za­sad is­la­mu10. Choć dziś znów mo­żna spo­tkać wie­le ko­biet, któ­re chust nie no­szą, to na­dal wi­ęk­szo­ść z nich je ma. Bar­dzo rzad­kim wi­do­kiem są te, któ­re za­sła­nia­ją całą twarz i no­szą ręka­wicz­ki. Z chu­s­ta­mi ge­ne­ral­nie jest tak, że są do­bro­wol­ne, jed­nak te ko­bie­ty, któ­re nie chcą ich ści­ągnąć, są prze­ko­na­ne, że po­stępu­ją wła­ści­wie. By­łam kie­dyś świad­kiem roz­mo­wy 10-let­niej dziew­czyn­ki z mamą: po­wie­dzia­ła, że chcia­ła­by za­cząć no­sić chu­s­tę od naj­bli­ższe­go ra­ma­da­nu, bo jest na nią go­to­wa. Nikt jej do tego nie zmu­szał, sama pod­jęła taką de­cy­zję. Wi­dzia­ła, że wszyst­kie ko­bie­ty w domu je no­szą, więc i ona chcia­ła mieć swo­ją.

10 Dziś miesz­ka­ńcy po­dob­nie mó­wią o czwar­tej już fali pan­de­mii.

Wie­le na­sto­la­tek i dziew­czyn nosi bar­dziej mło­dzie­żo­we ubra­nia, np. ko­lo­ro­we tu­ni­ki do ru­rek lub leg­gin­sów, to­reb­ki na ła­ńcusz­ku, san­da­ły na ko­tur­nie. Cza­sem mod­nie wy­sty­li­zo­wa­ny hi­dżab w for­mie tur­ba­nu, do któ­re­go są przy­pi­ęte de­ko­ra­cyj­ne brosz­ki. Star­sze ko­bie­ty za­kła­da­ją suk­nie do zie­mi w ko­lo­ro­we wzo­ry i kwia­ty lub jed­no­ko­lo­ro­we. Mężczy­źni no­szą ma­te­ria­ło­we spodnie w kant, często w sty­lu "woda w piw­ni­cy", lub po pro­stu dżin­sy, do tego jed­no­ko­lo­ro­we lub ha­waj­skie ko­szu­le, a mło­dzież naj­częściej szor­ty a la sur­fer, tak do 18.00, bo pó­źniej prze­bie­ra­ją się w rur­ki i dżin­sy. Do tego T-shir­ty z mod­ny­mi mo­ty­wa­mi lub ko­lo­ro­we ko­szu­le. Za­pach per­fum czu­je się tu­taj na ka­żdym kro­ku. Lu­bią mar­ko­we oku­la­ry i te­le­fo­ny - cza­sem wstyd po­ka­zać się ze sta­rym sam­sun­giem. Sami mają po dwa: sta­rą No­kię 100, któ­ra słu­ży do dzwo­nie­nia, oraz wy­pa­sio­ny iPho­ne lub Sam­sung, do me­diów spo­łecz­no­ścio­wych, zdjęć i gra­nia. No­kię w cza­sie dzwo­nie­nia trzy­ma się od­wrot­nie (wy­świe­tlacz nie jest przy uchu, tyl­ko od ze­wnętrz­nej stro­ny). Po­dob­no le­piej wte­dy sły­chać.

Malediwczycy preferują tryb życia raczej poranno-nocny

Jak wy­gląda dzień Ma­le­diw­czy­ków? Pre­fe­ru­ją ra­czej tryb po­ran­no-noc­ny. To nie­przy­pad­ko­we, gdyż na Ma­le­di­wach pa­nu­je kli­mat tro­pi­kal­ny - przez 365 dni w roku jest bar­dzo go­rąco i wil­got­no. Naj­wi­ęk­sze upa­ły w ci­ągu dnia miesz­ka­ńcy po pro­stu prze­sy­pia­ją. Dzień za­czy­na się bar­dzo wcze­śnie, bo tuż po pierw­szej mo­dli­twie, któ­ra przy­pa­da na ok. 4.3011. Po niej mężczy­źni uda­ją się do por­tu, gdzie w swo­ich drew­nia­nych dwu­oso­bo­wych łu­pin­kach bądź z brze­gu ło­wią ryby, z któ­rych zo­sta­ną przy­go­to­wa­ne po­si­łki dla wszyst­kich człon­ków ro­dzi­ny. Gdy tyl­ko sło­ńce po­ja­wi się na ho­ry­zon­cie, od razu robi się go­rąco, więc wra­ca­ją do do­mów.

11 Go­dzi­ny mo­dlitw nie są sztyw­ne, w ska­li roku mogą być prze­su­ni­ęte o 20-30 mi­nut, co jest po­dyk­to­wa­ne fa­za­mi ksi­ęży­ca.

Po­ran­ne za­mia­ta­nie ulic ręcz­nie wy­ko­na­ny­mi mio­te­łka­mi

Ko­bie­ty na­to­miast za­bie­ra­ją się za po­rząd­ki. Co­dzien­nie ka­żda za­mia­ta ulicz­kę przed swo­im do­mem, do­kład­nie od jed­ne­go kra­ńca pło­tu do dru­gie­go. Mają do tego spe­cjal­ne mio­te­łki, zro­bio­ne wła­sno­ręcz­nie ze środ­ków pal­mo­wych li­ści.

Oko­ło godz. 6.00 z ka­żde­go do­mo­stwa uno­szą się za­pa­chy sma­żo­nych plac­ków ro­shi i ryb­ne­go cur­ry. Ma­le­diw­ska kuch­nia jest dość spe­cy­ficz­na, ryb­na, nie­wie­le w niej owo­ców i wa­rzyw. Na śnia­da­nie i ko­la­cję jada się rów­nież cie­płe po­si­łki. Nie ma ty­po­we­go pie­czy­wa, se­rów czy wędlin. Krom­kę chle­ba za­stępu­je pla­cek ro­shi, czy­li na­le­śnik sma­żo­ny na su­cho na że­liw­nej pa­tel­ni roz­grza­nej do czer­wo­no­ści. Ta­kich plac­ków pa­nie domu po­tra­fią zro­bić na­wet i 100 dzien­nie, gdyż ma­le­diw­skie do­mo­stwa za­miesz­ku­je wie­le osób. To często czte­ry po­ko­le­nia pod jed­nym da­chem. Plac­ki jada się w ci­ągu ca­łe­go dnia: na śnia­da­nie, obiad i ko­la­cję, do­da­jąc do tego sos cur­ry, zupę ryb­ną bądź pa­stę tu­ńczy­ko­wo-ko­ko­so­wą z li­mon­ką. Od sa­me­go rana czyn­ne są lo­kal­ne ka­wiar­nio-re­stau­ra­cje, gdzie wy­spia­rze po mo­dli­twie i po­ło­wach wstępu­ją na kawę, her­ba­tę i lek­kie prze­kąski. Roz­ma­wia­ją przy tym o po­li­ty­ce (to bar­dzo go­rący te­mat ostat­ni­mi cza­sy) oraz plot­ku­ją. Tak, ma­le­diw­scy mężczy­źni to chy­ba naj­wi­ęk­si plot­ka­rze.

O 7.00 dzie­ci za­czy­na­ją szko­łę. Sys­tem szkol­nic­twa to pod­sta­wów­ka, gim­na­zjum i szko­ła śred­nia. Na nie­któ­rych wy­spach jest tyl­ko ta pierw­sza, więc po jej uko­ńcze­niu dzie­ci prze­pro­wa­dza­ją się na czas na­uki do Malé, gdzie miesz­ka­ją u cio­tek bądź in­nych człon­ków ro­dzi­ny. Ostat­nio po­pu­lar­ne sta­ły się stan­cje. Je­śli w jed­nym domu jest kil­ko­ro dzie­ci w wie­ku szkol­nym, to cała ro­dzi­na prze­pro­wa­dza się na czas ich edu­ka­cji do sto­li­cy. Nie­któ­rzy wra­ca­ją na wieś, a inni zo­sta­ją w mie­ście (Malé to jed­no z dwóch miast na Ma­le­di­wach).

Do godz. 15.30 wioski zamierają

W ka­żdej ma­le­diw­skiej szko­le ucznio­wie no­szą mun­dur­ki: gra­na­to­wo-czar­ny lub bia­ły, dzi­ęki cze­mu wy­gląda­ją schlud­nie i pro­fe­sjo­nal­nie. Jed­na lek­cja trwa 40 mi­nut, a za­jęcia ko­ńczą się o 12.30. W trak­cie lek­cji jest dłu­ższa prze­rwa i wszy­scy roz­cho­dzą się wte­dy do do­mów na dru­gie śnia­da­nie.

Do 15.30 wio­ski za­mie­ra­ją. Mało kogo mo­żna spo­tkać wte­dy na uli­cach. Wi­ęk­szo­ść śpi, ucie­ka­jąc po­nie­kąd od pa­lące­go sło­ńca, któ­re nie sprzy­ja wy­ko­ny­wa­niu żad­nych obo­wi­ąz­ków. Domy bar­dzo często nie mają w ogó­le okien (lub okna są, ale wy­cho­dzą na przy­kład z sy­pial­ni do du­że­go po­ko­ju lub na ko­ry­tarz). Nie ka­żdy ma w domu kli­ma­ty­za­cję, bo ta za­częła się na wy­spach do­pie­ro po­ja­wiać. Podło­gi to ka­fel­ki w jed­no­li­tym ko­lo­rze, w ciap­ki bądź w pa­ski. W sa­lo­nie stoi ci­ężka ka­na­pa lub drew­nia­na ła­wecz­ka z ko­lo­ro­wy­mi po­du­cha­mi. De­ko­ra­cje, głów­nie ze sztucz­nych kwia­tów, na ścia­nach ślub­ne zdjęcia w po­zła­ca­nych ra­mach, na sto­le ce­ra­ta - bro­ka­to­wa lub w kwia­ty. Obo­wi­ąz­ko­wo duży te­le­wi­zor, któ­ry zda­je się zaj­mo­wać ho­no­ro­we miej­sce. Po­szcze­gól­ne po­ko­je wy­gląda­ją bar­dzo po­dob­nie. Ró­żo­we, nie­bie­skie, zie­lo­ne bądź fio­le­to­we ścia­ny, ci­ężkie za­sło­ny, któ­rych pra­wie ni­g­dy się nie od­su­wa (żeby ża­den pro­myk sło­ńca nie do­stał się do środ­ka), wia­trak na su­fi­cie, sza­fa na ubra­nia i to­a­let­ka z lu­strem. Su­fi­ty są po­ma­lo­wa­ne na ten sam ko­lor co ścia­ny, przez co wnętrze wy­da­je się ciem­niej­sze i spra­wia wra­że­nie chłod­niej­sze­go. W ka­żdym domu wy­gląda to nie­mal tak samo, choć nie­któ­re mają bar­dziej no­wo­cze­sne ume­blo­wa­nie w for­mie ca­łych kom­ple­tów sy­pial­nia­nych, a w in­nych wy­po­sa­że­nie to zbie­ra­ni­na ró­żnych me­bli.

Ro­dzin­ny dom Im­ra­na, po pra­wej mama

Ma­le­diw­czy­cy żyją stad­nie: w jed­nym domu miesz­ka kil­ka po­ko­leń - ro­dzi­ce, dziad­ko­wie, dzie­ci z mężem i żoną oraz ich po­tom­stwo. Ka­żdy ma wła­sny po­kój - sy­pial­nię - z pry­wat­ną ła­zien­ką, a do wspól­nych po­miesz­czeń na­le­żą: sa­lon, ja­dal­nia, kuch­nia, pral­nia i ogród. W jed­nym domu po­tra­fi miesz­kać na­wet 20 osób. Do­pie­ro jak dzie­ci tro­chę pod­ro­sną i mo­żli­wo­ści fi­nan­so­we na to po­za­wa­la­ją, mło­de ma­łże­ństwo prze­no­si się na swo­je lub dzie­ci (ku­zy­no­stwo) w po­dob­nym wie­ku za­miesz­ku­ją w jed­nym po­ko­ju.

Po­po­łud­nie w por­cie

Ja przez osiem mie­si­ęcy miesz­ka­łam w domu ro­dzin­nym mo­je­go męża (któ­ry wte­dy jesz­cze nim nie był), w jego po­ko­ju. Obie sio­stry już daw­no się wy­pro­wa­dzi­ły, zo­sta­li tyl­ko ro­dzi­ce oraz trzej sy­no­wie. Dom miał czte­ry po­ko­je, za­tem ka­żde­mu przy­pa­dał je­den (dla ro­dzi­ców i ka­żde­go z bra­ci). Nie było kli­ma­ty­za­cji, okna wy­cho­dzi­ły na zie­lo­ny ko­ry­tarz, na któ­rym sta­ły dwa drew­nia­ne krze­sła pla­żo­we, a po­mi­ędzy nimi szaf­ka na buty. Przez całą dobę gra­ło małe czar­ne ra­dyj­ko (w nocy też nie wol­no go było wy­łączać; na po­cząt­ku ci­ężko się było przy­zwy­cza­ić, ale jak się na­gle ze­psu­ło, to ja­koś tak dziw­nie ci­cho się w nocy zro­bi­ło). W ra­diu le­cia­ły folk­lo­ry­stycz­ne hity mu­zycz­ne, wia­do­mo­ści, kwi­zy i pięć mo­dlitw. Na środ­ku na­sze­go po­ko­ju stał wiel­ki me­ta­lo­wy wia­trak, tro­chę za­rdze­wia­ły. W ła­zien­ce były płyt­ki z mo­ty­wem ciem­no­nie­bie­skich kwia­tów. Była to­a­le­ta, pla­sti­ko­wy ze­staw z pro­sto­kąt­nym, bia­łym, re­gu­lo­wa­nym lu­strem i pó­łecz­ką do kom­ple­tu, a spod prysz­ni­ca le­cia­ła tyl­ko zim­na woda. Bio­rąc pod uwa­gę to, że bez kli­ma­ty­za­cji w po­ko­ju było mo­men­ta­mi jak w pie­kar­ni­ku, szcze­gól­nie nad ra­nem, na­wet gdy­by ta cie­pła woda w ła­zien­ce była, to pew­nie w ogó­le bym jej nie od­kręca­ła. Spa­li­śmy na ma­te­ra­cu, bez żad­ne­go ste­la­ża. W kącie sta­ła mała sza­fa, któ­rą całą za­pe­łni­łam swo­imi rze­cza­mi, w dru­gim kącie był me­ta­lo­wy sto­jak na ręcz­ni­ki i pra­nie. Przy oknie biur­ko z nie­bie­skim pla­sti­ko­wym krze­słem ogro­do­wym, któ­re pe­łni­ły funk­cję mo­je­go biu­ra przez kil­ka mie­si­ęcy. Gdy­bym była sama, to pew­nie ni­g­dy nie zde­cy­do­wa­ła­bym się na ta­kie wa­run­ki, ale jak czło­wiek jest za­ko­cha­ny, to jest mu tak bar­dzo wszyst­ko jed­no. Po­kój ro­dzi­ców to była czy­sta po­ezja! Mama nie po­zwa­la­ła wy­rzu­cić żad­ne­go me­bla. Na ka­żdej ścia­nie sta­ła jed­na sza­fa, nie­któ­re pa­mi­ęta­ły chy­ba jesz­cze lata sze­śćdzie­si­ąte. Zdjęcia dzie­ci i wnu­ków na ścia­nach, pla­sti­ko­we kwia­ty na to­a­let­ce. Ten po­kój wy­glądał jak u dziad­ków na wsi.

W domu rodziców Imrana przez całą dobę grało małe radyjko

Ma­le­diw­skie do­mo­stwa mogą spra­wiać wra­że­nie skrom­nych i bied­nych, jed­nak to tyl­ko po­zo­ry. Miesz­ka­ńcy nie mają wiel­kich po­trzeb i ko­rzy­sta­ją z przed­mio­tów do ich ostat­nie­go tchu. I tak na przy­kład w domu ro­dzin­nym Im­ra­na me­ta­lo­wy ste­laż od łó­żka, któ­ry praw­do­po­dob­nie już nie nada­wał się do na­pra­wy, stał się ze­wnętrz­nym sto­ja­kiem na wiel­kie me­ta­lo­we i że­liw­ne na­czy­nia, w któ­rych mama go­to­wa­ła ryż, zupę ryb­ną oraz tło­czy­ła olej ko­ko­so­wy (wła­śnie mnie olśni­ło, dla­cze­go spa­li­śmy na sa­mym ma­te­ra­cu...). Na­czy­nia w wi­ęk­szo­ści do­mów myje się i su­szy na ze­wnątrz. Zda­rza­ją się też kuch­nie, któ­re zo­sta­ły do­bu­do­wa­ne do resz­ty domu i często nie mają jed­nej lub dwóch ścian.

Po godz. 16.00, już po mo­dli­twie, miesz­ka­ńcy po­wo­li za­czy­na­ją wy­ła­niać się z do­mów. W por­cie, przed do­ma­mi i przed skle­pa­mi mo­żna za­uwa­żyć, że ruch jest zde­cy­do­wa­nie wi­ęk­szy. Sło­ńce jest już nie­co ni­żej, tem­pe­ra­tu­ra lek­ko spa­da. Nie­to­pe­rze la­ta­ją co­raz ni­żej i jest ich co­raz wi­ęcej. Cza­ple szu­ka­ją miej­sca, by uło­żyć się do snu. Małe ptasz­ki bio­rą ostat­nią kąpiel w oce­anie, po czym ucie­ka­ją w krza­ki. A miesz­ka­ńcy za­sia­da­ją w lo­kal­nych ha­macz­kach o na­zwie jol­ly i roz­po­czy­na­ją ru­ty­no­we kto, z kim i dla­cze­go lub ło­wią w por­cie ryby.

Ko­bie­ty idą z dzie­ćmi na plac za­baw w ko­lo­rze tęczy, usy­tu­owa­ny na skra­ju wy­spy, pod wy­so­ki­mi pal­ma­mi. Nie­któ­rzy oj­co­wie za­bie­ra­ją naj­młod­sze dzie­ci na prze­ja­żdżkę sku­te­rem i je­żdżą tak aż do za­cho­du sło­ńca, czy­li do 18.00.

Miej­sco­wa dru­ży­na pi­łkar­ska ka­żde­go po­po­łud­nia gra w nogę. Jest też dam­ska dru­ży­na pi­łki siat­ko­wej oraz pa­lan­ta, któ­ry kró­lu­je wśród emi­gran­tów z Ban­gla­de­szu i In­dii. W nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nej grze po­le­ga­jącej na od­bi­ja­niu pa­ty­kiem ty­łem i za sie­bie ma­łej pi­łecz­ki lub lot­ki dru­ży­ny naj­częściej są mie­sza­ne: sta­ry, mło­dy i pol­ski tu­ry­sta.

Plac za­baw

O tej po­rze lo­kal­ny port za­czy­na tęt­nić ży­ciem, zbli­ża się bo­wiem trans­port z Malé. W por­cie zbie­ra się wie­lu ga­piów, cie­ka­wych tego, kto przy­je­chał, co przy­wió­zł, czy są tu­ry­ści, a je­śli tak to ilu i z ja­kie­go kra­ju. W por­cie, w cie­niu rzu­ca­nym przez wy­so­kie pal­my, sie­dzi star­szy pan sprze­da­jący po­pcorn i lo­kal­ne przy­sma­ki. Z ra­dyj­ka do­bie­ga­ją me­lo­die z lat jego mło­do­ści.

Po 18.00 wy­spa znów pu­sto­sze­je. Nie­to­pe­rze la­ta­ją jesz­cze ni­żej. In­ten­syw­nie pach­nie ja­śmin, a na łąkach od­zy­wa­ją się świersz­cze. Na nie­bie wi­dać gwiaz­dy, a w bez­chmur­ny dzień bez pro­ble­mu go­łym okiem mo­żna do­strzec Dro­gę Mlecz­ną. Li­ście pal­mo­we lek­ko bu­ja­ją się na wie­trze. I znów jest jak na bez­lud­nej wy­spie. Do 20.00 jest bar­dzo spo­koj­nie. Ra­czej nikt wte­dy nie od­wie­dza ro­dzi­ny czy zna­jo­mych, mało kogo mo­żna spo­tkać w re­stau­ra­cji, skle­py są nie­czyn­ne, nie dzwo­ni się do lu­dzi, bo i tak nikt nie od­bie­rze. To czas na mo­dli­twę, za­du­mę i wy­ci­sze­nie.

Miesz­ka­ńcy chęt­nie cho­dzą na pla­żę pod­czas za­cho­du sło­ńca

Po godz. 18.00 wyspa znów pustoszeje

Za od­ra­bia­nie lek­cji dzie­ci i mło­dzież bio­rą się do­pie­ro po 20.00. Na ze­wnątrz tego dnia już nie wyj­dą, bo dzie­ci o tej po­rze już się "na mie­ście" nie wi­du­je. Mężczy­źni i ko­bie­ty za­sia­da­ją przed te­le­wi­zo­ra­mi i ogląda­ją hin­du­skie te­le­no­we­le lub znów idą do re­stau­ra­cji, gdzie mo­żna wró­cić do plo­tek i te­ma­tów po­li­tycz­nych. Jest na­praw­dę gło­śno i je­śli ktoś obcy ob­ser­wu­je Ma­le­diw­czy­ków z boku, na pew­no my­śli, że wszy­scy się kłó­cą. Nic bar­dziej myl­ne­go - po pro­stu wszy­scy mó­wią w tym sa­mym mo­men­cie co­raz gło­śniej, żeby za­głu­szyć po­zo­sta­łych. Znów otwie­ra­ją się skle­py, któ­re będą czyn­ne do 23.00. Oczy­wi­ście wszyst­kim przy­po­mi­na się pięć mi­nut przed za­mkni­ęciem, że jesz­cze nie zro­bi­li za­ku­pów, więc przez to często skle­pi­ki za­my­ka­ne są pół go­dzi­ny po cza­sie. Re­stau­ra­cje na­to­miast dzia­ła­ją do ostat­nie­go klien­ta, czy­li nie­rzad­ko za­my­ka­ją się do­pie­ro gdzieś w środ­ku nocy.

Na Malediwach weekend zaczyna się w czwartek wieczorem

Jak żyje się w kra­ju, w któ­rym przez cały rok zmrok za­pa­da o 18.00? Mo­żna się przy­zwy­cza­ić. Sło­ńce w ci­ągu dnia świe­ci bar­dzo moc­no, jest go pod do­stat­kiem, dla­te­go kie­dy za­cho­dzi, to ra­czej od­czu­wa się ulgę. Wie­czo­ry na­dal są cie­płe i przy­jem­ne, ży­cie to­wa­rzy­skie to­czy się na ca­łe­go, więc to, że jest ciem­no, nie ma wi­ęk­sze­go zna­cze­nia.

Dzień wol­ny spędza­ny nad wodą

Na Ma­le­di­wach week­end za­czy­na się w czwar­tek. Pi­ątek to dzień świ­ęty - taka pol­ska nie­dzie­la. Mi­ędzy 12.30 a 13.00 od­by­wa się naj­wa­żniej­sza w ci­ągu ty­go­dnia mo­dli­twa. Wszy­scy mężczy­źni i chłop­cy, odświ­ęt­nie ubra­ni, uda­ją się do me­cze­tów. Ko­bie­ty też mogą się mo­dlić w świ­ąty­niach, ale z re­gu­ły zo­sta­ją w do­mach i tyl­ko słu­cha­ją "ka­za­nia" w ra­diu lub z me­ga­fo­nu naj­bli­ższe­go me­cze­tu, w mi­ędzy­cza­sie przy­go­to­wu­jąc odświ­ęt­ny po­si­łek. W pi­ątek jada się tro­chę le­piej niż w po­zo­sta­łe dni ty­go­dnia. Na sto­le po­ja­wia się gril­lo­wa­ny kur­czak lub wo­ło­wi­na z chi­li, sok z owo­ców se­zo­no­wych, a na de­ser cia­sto cze­ko­la­do­we lub o kon­sy­sten­cji bu­dy­niu. So­bo­ta jest bar­dzo po­dob­na do na­szej - to dzień wol­ny od szko­ły, a ta­kże pra­cy w in­sty­tu­cjach pa­ństwo­wych i ban­kach. Nie­dzie­la na­to­miast jest pierw­szym dniem ty­go­dnia. W pi­ąt­ki i so­bo­ty na pla­ży mo­żna spo­tkać miesz­ka­ńców, gdyż są to je­dy­ne dni (do tego wszyst­kie dni świ­ątecz­ne i wol­ne od pra­cy), kie­dy dzie­ci mogą z niej ko­rzy­stać: w in­nym cza­sie mają za­kaz, bo za­miast na lek­cje, skręca­ły­by na pla­żę. W week­en­dy całe ro­dzi­ny bio­rą udział w pik­ni­kach na pla­ży lub na po­bli­skich bez­lud­nych wy­sep­kach.

Gdzie pracują i czym zajmują się Malediwczycy

Bar­dzo często moi go­ście py­ta­ją o to, czym zaj­mu­je się lo­kal­na spo­łecz­no­ść. Głów­ne ga­łęzie ma­le­diw­skiej go­spo­dar­ki to ry­bo­łów­stwo i oczy­wi­ście tu­ry­sty­ka. Na wy­spach nie ma żad­nych fa­bryk i prze­my­słu (może poza fa­bry­ką kon­serw z tu­ńczy­ka, któ­re są prze­zna­czo­ne głów­nie na eks­port, ale też do­stęp­ne w lo­kal­nej sprze­da­ży, oraz roz­lew­ni Coca-Coli, któ­ra jako je­dy­na na świe­cie do pro­duk­cji na­po­jów wy­ko­rzy­stu­je od­sa­la­ną wodę mor­ską). Nie ma zie­mi, na któ­rej mo­żna co­kol­wiek na wi­ęk­szą ska­lę upra­wiać. Od­pa­da za­tem wie­le form za­trud­nie­nia i opcji za­ra­bia­nia pie­ni­ędzy.

Miejscowa rozlewnia Coca-Coli, jako jedyna na świecie, wykorzystuje do produkcji napoju odsalaną wodę

W ka­żdym ma­le­diw­skim domu jest ja­kiś ry­bak. Oprócz pro­stych po­ło­wów z brze­gu lub z ma­łej drew­nia­nej łó­decz­ki w por­cie, gdzie łowi się ryb­ki na wła­sny uży­tek, na Ma­le­di­wach ist­nie­ją ło­dzie ry­bac­kie (tzw. dho­ni) w tra­dy­cyj­nym sty­lu, z dłu­gim drew­nia­nym no­skiem z przo­du (choć za­częły się po­ja­wiać już bar­dziej no­wo­cze­sne, z kli­ma­ty­za­cją i te­le­wi­zo­rem w ka­ju­tach), za­trud­nia­jące mężczyzn. Pod po­kła­dem mają wiel­kie chłod­nie z lo­dem, w któ­rych prze­cho­wu­je się zło­wio­ne tu­ńczy­ki. Wła­ści­cie­lem ta­kiej ło­dzi jest ry­bak, któ­ry w nią za­in­we­sto­wał odło­żo­ne lub po­ży­czo­ne z ban­ku pie­ni­ądze. Łódź wy­pły­wa na kil­ka dni, a na­wet ty­go­dni, często bar­dzo da­le­ko, poza ato­le. Ry­ba­cy mają na­praw­dę wie­le cie­ka­wych hi­sto­rii do opo­wie­dze­nia. Mój Im­ra­nek też był przez chwi­lę ta­kim ry­ba­kiem (zresz­tą chy­ba pierw­szą po­wa­żną pra­cą ka­żde­go Ma­le­diw­czy­ka było ło­wie­nie ryb na ta­kiej drew­nia­nej ło­dzi, tzw. yel­low fin tuna dho­ni). Opo­wia­dał mi kie­dyś, jak ba­wił się z del­fi­na­mi, wrzu­ca­jąc do wody ja­kiś przed­miot, a one mu go od­rzu­ca­ły. Opo­wia­dał o sta­dach wy­głod­nia­łych re­ki­nów, któ­re za­sa­dza­ły się na sie­ci pe­łne ma­łych ry­bek, o ośmior­ni­cach, któ­rych jed­na mac­ka była dłu­ższa od ca­łej ło­dzi. Szko­da, że wte­dy nie było smart­fo­nów i nie mo­żna było tego uwiecz­nić! Zresz­tą pew­nie w ta­kich mo­men­tach ra­czej nikt nie my­śla­łby o na­gry­wa­niu. Cho­ciaż zda­rza mi się cza­sem do­stać fil­my z re­ki­na­mi czy del­fi­na­mi od zna­jo­me­go, któ­ry jest za­wo­do­wym ry­ba­kiem. Dzwo­ni do mnie po pó­łno­cy pod­eks­cy­to­wa­ny, że re­kin wie­lo­ry­bi pły­wa tuż obok ło­dzi i po­ka­zu­je mi to wszyst­ko na żywo.

Pra­ca na yel­low fin tuna dho­ni jest bar­dzo ci­ężka, w pa­rzących pro­mie­niach sło­necz­nych i upa­le. Ręce są cały czas w ru­chu. Łowi się nie tyl­ko małe tu­ńczy­ki, ale rów­nież wa­żące po 100 kg ogrom­ne tu­ńczy­ki żó­łto­płe­twe. Wy­na­gro­dze­nie jest ca­łkiem nie­złe. Po trzech, cza­sem pi­ęciu ty­go­dniach taki ry­bak po­tra­fi za­ro­bić na­wet 2000 do­la­rów. Ryby są sprze­da­wa­ne do fa­bry­ki tu­ńczy­ka, na mar­ke­cie ryb­nym w Malé, do re­stau­ra­cji ho­te­lo­wych i na lo­kal­ne wy­spy. Na Ni­lan­dhoo tra­fia­ją do wędzar­ni i su­szar­ni. Od­po­wied­nio wy­fi­le­to­wa­ny, przy­go­to­wa­ny i uwędzo­ny tu­ńczyk su­szy się po­tem na sło­ńcu. To je­den z ra­ry­ta­sów, eks­por­to­wa­ny mi­ędzy in­ny­mi na Sri Lan­kę. Su­szar­nio-wędzar­nią za­rządza jed­na ro­dzi­na, a pra­cu­je w niej spo­ro ko­biet i mężczyzn - miesz­ka­ńców wy­spy Ni­lan­dhoo. Gdy ry­ba­cy wra­ca­ją z po­ło­wów, mają za­jęcie na kil­ka dni.

Fi­le­to­wa­nie tu­ńczy­ka

W bra­nży tu­ry­stycz­nej mło­dzież zdo­by­wa do­świad­cze­nie głów­nie w lo­kal­nych gu­est ho­use'ach. Ci nie­co star­si pra­cu­ją w kom­plek­sach ho­te­lo­wych na ka­żdym mo­żli­wym sta­no­wi­sku. Znacz­na część wy­spia­rzy wi­ąże swo­ją przy­szło­ść wła­śnie z tu­ry­sty­ką. Chęt­nie uczą się języ­ków ob­cych i na­by­wa­ją do­świad­cze­nia, któ­re może im uła­twić pra­cę w tej bra­nży. Ko­ńczą kur­sy nur­ko­we lub na pi­lo­ta hy­dro­pla­nu, wy­ra­bia­ją li­cen­cję na pro­wa­dze­nie ło­dzi, roz­wi­ja­ją pa­sję fo­to­gra­ficz­ną, szko­lą się w za­kre­sie udzie­la­nia pierw­szej po­mo­cy, a do­świad­cze­nie w go­to­wa­niu (szcze­gól­nie dań spo­za lo­kal­nej kuch­ni) zdo­by­wa­ją w oko­licz­nych ho­te­lach, pra­cu­jąc jako po­moc­ni­cy w kuch­ni. Wie­lu Ma­le­diw­czy­ków upra­wia sur­fing i ki­te­sur­fing, więc często są za­trud­nia­ni jako in­struk­to­rzy spor­tów wod­nych. W ho­te­lach rów­nież zaj­mu­ją wy­so­kie sta­no­wi­ska, me­ne­dżer­skie i dy­rek­tor­skie.

Choć bra­nża tu­ry­stycz­na jest zdo­mi­no­wa­na przez mężczyzn, ko­bie­ty ta­kże od­no­szą w niej suk­ce­sy. Często po­ja­wia się py­ta­nie, czy one w ogó­le mogą pra­co­wać. Oczy­wi­ście! Nikt im tego nie za­bra­nia. Już na sa­mym po­cząt­ku przy­go­dy z Ma­le­di­wa­mi mo­żna zwró­cić uwa­gę na licz­bę ko­biet pra­cu­jących na lot­ni­sku, cho­ćby przy od­pra­wie pasz­por­to­wej. Ko­bie­ty pra­cu­ją rów­nież w po­li­cji czy w woj­sku. Ostat­nio obej­rza­łam re­por­taż o in­struk­tor­ce nur­ko­wa­nia, pro­wa­dzącej wła­sną szkó­łkę. Mo­żna je cza­sem spo­tkać w tak­sów­ce, na mo­to­rów­ce i na wy­so­kich sta­no­wi­skach w ho­te­lach. Dzi­ęki ci­ężkiej pra­cy i de­ter­mi­na­cji w ci­ągu kil­ku lat prze­szły przez wszyst­kie szcze­ble ka­rie­ry i sta­ły się me­ne­dżer­ka­mi w luk­su­so­wych obiek­tach, np. w Mar­riot­cie czy She­ra­to­nie.

Oby­wa­tel Ban­gla­de­szu na wy­spie Ni­lan­dhoo

Branża turystyczna jest zdominowana przez mężczyzn, ale kobiety także odnoszą w niej sukcesy

Na Ma­le­di­wach za­trud­nia się rów­nież wie­le osób z za­gra­ni­cy, głów­nie z kra­jów sąsia­du­jących, gdyż Ma­le­diw­czy­cy nie ka­żdy fach mają w ręku. Trud­no zna­le­źć ma­sa­ży­stę czy bar­ma­na, wszak Ma­le­di­wy to kraj mu­zu­łma­ński i ża­den wy­spiarz nie po­wi­nien mieć kon­tak­tu z al­ko­ho­lem. Bar­ma­nem w ba­se­no­wym ba­rze będzie naj­częściej miesz­ka­niec Sri Lan­ki lub In­dii, a ma­sa­żyst­ką Ba­lij­ka lub Taj­ka. Na lo­kal­nych wy­spach mo­żna rów­nież spo­tkać oby­wa­te­li Ban­gla­de­szu, któ­rzy są wi­zu­al­nie bar­dzo do Ma­le­diw­czy­ków po­dob­ni i na pierw­szy rzut oka bar­dzo ci­ężko ich od­ró­żnić. Pra­cu­ją jako kel­ne­rzy w lo­kal­nych ja­dło­daj­niach, na bu­do­wie, jako kraw­cy. Często mo­żna ich spo­tkać też w gu­est ho­use'ach: na przy­kład nasz Sa­lim po­cho­dzi z tego kra­ju. Oprócz wi­zu­al­ne­go po­do­bie­ństwa, mają rów­nież po­dob­ną kul­tu­rę.

Ciężko jest na Malediwy przyjechać i po prostu zamieszkać. To dość hermetyczny kraj

W kom­plek­sach ho­te­lo­wych pra­cu­ją chy­ba wszyst­kie mo­żli­we na­cje: wie­lu Ro­sjan, Niem­ców i Wło­chów, któ­rzy są od­po­wie­dzial­ni za re­la­cje z go­śćmi ze swo­ich kra­jów, są in­struk­to­ra­mi nur­ko­wa­nia lub le­ka­rza­mi. Na lo­kal­nej wy­spie oprócz miesz­ka­ńców Ban­gla­de­szu i In­dii nie są za­trud­nia­ni żad­ni ob­co­kra­jow­cy. Bio­rąc pod uwa­gę fakt, że miejsc pra­cy nie ma zbyt wie­le, dziw­ne by­ło­by za­trud­nia­nie osób z ze­wnątrz i za­bie­ra­nie tym sa­mym pra­cy miej­sco­wym. Ci­ężko jest też na Ma­le­di­wy przy­je­chać i po pro­stu za­miesz­kać. To dość her­me­tycz­ny kraj, któ­ry moc­no strze­że swo­jej kul­tu­ry i nie­za­le­żno­ści. Zwi­ąz­ki mie­sza­ne nie są po­pu­lar­ne, a wizy tu­ry­stycz­ne są wy­da­wa­ne na 30 dni i nie ma ta­kich, któ­re umo­żli­wia­ła­by dłu­ższy po­byt. Wizę mo­żna przedłu­żyć do 90 dni, ale nie mo­żna w tym cza­sie po­dej­mo­wać żad­nej pra­cy. Nie da się wy­na­jąć miesz­ka­nia bądź dom­ku. Mo­żna za to za­miesz­kać w gu­est ho­usie, tak by wła­ści­ciel mógł od­pro­wa­dzić od­po­wied­nie po­dat­ki (jak za ka­żde­go tu­ry­stę). Dłu­ższy wa­ka­cyj­ny po­byt, mak­sy­mal­nie do trzech mie­si­ęcy - tak, ale przy­jazd w ciem­no, by coś so­bie zna­le­źć i za­miesz­kać, już nie­ko­niecz­nie. For­mal­nie nie ma ta­kiej mo­żli­wo­ści, wiz ani chęci ze stro­ny ma­le­diw­skie­go rządu. Może dla­te­go, że Ma­le­di­wy to bar­dzo atrak­cyj­ny kraj, ale ma mało miej­sca? W ko­ńcu za­miesz­ka­ne wy­spy zaj­mu­ją łącz­nie po­wierzch­nię jed­ne­go mia­sta w Pol­sce.

Wy­na­gro­dze­nia w ho­te­lach nie są aż tak duże, jak­by się mo­gło wy­da­wać, za­kła­da­jąc, że je­den noc­leg w ta­kim miej­scu kosz­tu­je na­wet 8 tys. zł, ale są po­rów­ny­wal­ne do pen­sji w Pol­sce. Pod­sta­wa to 300-1000 do­la­rów, w za­le­żno­ści od sta­no­wi­ska (wi­ęcej na wy­ższych szcze­blach); dwa razy tyle wpa­da z na­piw­ków w do­brym se­zo­nie, a one są obo­wi­ąz­ko­wo do­da­wa­ne do ra­chun­ków tu­ry­stów w po­sta­ci 10-pro­cen­to­wej tzw. se­rvi­ce char­ge. Zda­rza się, że na wa­ka­cje przy­je­dzie Sha­ki­ra, któ­ra na ni­czym nie oszczędza. Pod­czas jed­nej z jej wi­zyt, po pod­li­cze­niu wszyst­kie­go i roz­par­ce­lo­wa­niu mi­ędzy pra­cow­ni­ków, ka­żde­mu przy­pa­dło do­dat­ko­wo po 5,2 tys. do­la­rów na­piw­ku. To był praw­do­po­dob­nie naj­wy­ższy na­pi­wek w hi­sto­rii Ma­le­di­wów.

Zamieszkane wyspy Malediwów zajmują łącznie powierzchnię jednego miasta w Polsce

Na Ni­lan­dhoo nie ma wie­lu miejsc noc­le­go­wych, oprócz na­szych gu­est ho­use'ów. Nie jest to wy­spa ty­po­wo tu­ry­stycz­na, więc je­dy­ne przy­cho­dy z tu­ry­sty­ki ge­ne­ru­ję ja, oczy­wi­ście oprócz za­trud­nio­nych u nas osób, łącz­nie sied­miu, na ta­kich sta­no­wi­skach jak ku­charz, sprzątacz, kel­ner czy oso­ba od­bie­ra­jąca go­ści z lot­ni­ska. Na wy­spie ko­rzy­sta­my z usług lo­kal­ne­go ry­ba­ka, któ­ry do­star­cza nam do re­stau­ra­cji świe­że ryby i owo­ce mo­rza, pani, któ­ra sma­ży w domu plac­ki ro­shi, po­da­wa­ne do śnia­dań ser­wo­wa­nych na­szym go­ściom, są też pa­no­wie za­opa­tru­jący nas w ko­ko­sy, ba­na­ny i nie­któ­re lo­kal­ne wa­rzy­wa, pani, któ­ra zaj­mu­je się ogro­dem oraz oso­by re­gu­lar­nie po­ma­ga­jące pod­czas wy­cie­czek z go­śćmi, or­ga­ni­zu­jące pik­ni­ki na bez­lud­nych wy­spach, szu­ka­jące del­fi­nów, ło­wi­ące ryby czy pły­wa­jące z tu­ry­sta­mi. No i wresz­cie skle­pi­ki i...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

Wstęp

"Jak to się sta­ło, że wy­lądo­wa­łaś na Ma­le­di­wach?" - to jed­no z py­tań, któ­re lu­dzie naj­częściej mi za­da­ją. Bo jak­by na to nie pa­trzeć, "Ma­le­di­wy" brzmią tak "raj­sko" i tak nie­osi­ągal­nie, wręcz abs­trak­cyj­nie, że wi­ęk­szo­ść lu­dzi nie może się na­dzi­wić, że coś ta­kie­go mi się uda­ło. Cho­ciaż chwi­lecz­kę - "uda­ło" to nie­wła­ści­we sło­wo, bo prze­cież nikt nie za­pu­kał do mo­ich drzwi i nie wręczył mi bi­le­tu ze sło­wa­mi: "Gra­tu­lu­je­my, wy­gra­łaś ży­cie w raju". Gdy­by nie mój upór, in­tu­icja, któ­ra ni­g­dy nie za­wo­dzi i szczęśli­wy zbieg oko­licz­no­ści, na pew­no nie by­ło­by mnie tu­taj. Na­dal do­je­żdża­ła­bym pew­nie ro­we­rem do pra­cy, ma­jąc za oknem głów­ny dwo­rzec w Gli­wi­cach, i pa­trzy­ła, jak lu­dzie go­nią, w su­mie nie wia­do­mo za czym, szar­pi­ąc się z resz­tą wspó­łpra­cow­ni­ków o to, czy okno ma być otwar­te, czy za­mkni­ęte. Ja by­łam tą, któ­ra mu­sia­ła mieć ci­ągle do­pływ świe­że­go po­wie­trza, na­wet zimą, więc "ter­ro­ry­zo­wa­li­śmy się" w biu­rze na­wza­jem: ja wspó­łpra­cow­ni­ków świe­żym po­wie­trzem, a oni mnie jego bra­kiem. Żeby nie było - pra­cę w nie­miec­kiej kor­po­ra­cji wspo­mi­nam na­praw­dę miło. Od­cho­dzi­łam, ry­cząc wnie­bo­gło­sy. Na sam ko­niec pra­co­daw­ca po­sze­dł mi też bar­dzo na rękę i w ra­zie, gdy­by mi na Ma­le­di­wach nie wy­szło, za­wsze mo­głam wró­cić. To było na­praw­dę kom­for­to­we i do­ce­ni­łam ten gest.

"Jak to się sta­ło, że wy­lądo­wa­łaś na Ma­le­di­wach?"

No ale skąd w ogó­le taki po­my­sł? To nie było pla­no­wa­ne. Po pro­stu zna­la­złam się w od­po­wied­nim miej­scu we wła­ści­wym cza­sie, no i si­ęgnęłam po to, co los mi pod­su­nął. Za­częło się w su­mie ty­po­wo, od wa­ka­cji. Ja, łow­czy­ni lot­ni­czych pe­re­łek, na­tra­fi­łam któ­re­goś razu na pro­mo­cję li­nii Qa­tar Air­ways, któ­re wcho­dzi­ły wła­śnie na pol­skie nie­bo. Za­częła się sprze­daż bi­le­tów na pierw­sze kie­run­ki w bar­dzo oka­zyj­nych ce­nach. W roz­kła­dzie lo­tów po­ja­wi­ły się rów­nież po raz pierw­szy Ma­le­di­wy. To był wrze­sień, lato wła­śnie do­bie­ga­ło ko­ńca i zbli­żał się ten mo­ment, któ­ry wszy­scy do­brze zna­my, czy­li "byle do wio­sny". Wy­obra­zi­łam so­bie sie­bie w lu­tym pod pal­mą, w ja­pon­kach i pa­reo, gdzieś na środ­ku Oce­anu In­dyj­skie­go, a to było tak bar­dzo nie­re­al­ne... Ni­g­dy nie by­łam w tro­pi­kach, choć ow­szem, uwiel­bia­łam pod­ró­że i nie było mie­si­ąca, abym gdzieś nie le­cia­ła. Cza­to­wa­łam w środ­ku nocy na stro­nach ta­nich li­nii na nową pulę bi­le­tów, bo do rana prze­cież mo­gły już znik­nąć te naj­cie­kaw­sze. Cza­sem uda­wa­ło mi się ku­po­wać loty do Włoch, na Cypr, na Mal­tę, do Szwe­cji, Nor­we­gii i Hisz­pa­nii za kwo­ty rzędu 19-39 zło­tych. Hi­tem była Bruk­se­la za dwa gro­sze w dwie stro­ny, ale osta­tecz­nie nie po­le­cia­łam, bo ko­ńczy­łam wte­dy pi­sać pra­cę ma­gi­ster­ską, a i po­go­da nie sprzy­ja­ła.

Lo­kal­na wy­spa

Tak, to było nie­re­al­ne, ale po­my­śla­łam: "W su­mie dla­cze­go nie? Może dru­gi raz taka szan­sa się nie po­wtó­rzy". Na­pi­sa­łam szyb­ko wia­do­mo­ść do ko­le­żan­ki z py­ta­niem, czy leci ze mną. Ka­sia to oso­ba, któ­rej dwa razy nie trze­ba po­wta­rzać, więc od­pi­sa­ła od razu: "Ja­sne, le­ci­my!". No to le­ci­my! Chwi­lę pó­źniej bi­le­ty do Malé wy­lądo­wa­ły w mo­jej skrzyn­ce ma­ilo­wej.

W su­mie dla­cze­go nie? Może dru­gi raz taka szan­sa się nie po­wtó­rzy. No to le­ci­my!

Do wy­lo­tu było pięć mie­si­ęcy, czy­li cała wiecz­no­ść. By­łam aku­rat po roz­sta­niu z moim pol­skim mężem, więc na­stro­je by­wa­ły ró­żne. Wcze­śniej pod­ró­żo­wa­li­śmy ra­zem, a to mia­ła być pierw­sza tak da­le­ka sa­mot­na pod­róż i oba­wia­łam się, że nie będę umia­ła się z niej cie­szyć. Cza­sa­mi prze­cho­dzi­ła mi przez myśl re­zy­gna­cja z wy­jaz­du, ale do­brze, że tego nie zro­bi­łam! Po­zba­wi­ła­bym się szan­sy na nowe ży­cie.

Oprócz bi­le­tów po­trzeb­ny był prze­cież jesz­cze noc­leg, za­sia­dłam więc do po­szu­ki­wań od­po­wied­nie­go miej­sca. No i za­ma­rłam, bo zo­ba­czy­łam, że cała moja mie­si­ęcz­na pen­sja nie po­kry­je na­wet jed­nej nocy w ma­le­diw­skim ho­te­lu. Okej, wie­dzia­łam, że Ma­le­di­wy to dro­gi kie­ru­nek, ale żeby aż tak? Ceny były w ty­si­ącach do­la­rów, a ja mia­łam za­pla­no­wa­ny po­byt na szes­na­ście dni, bo na ty­dzień to w ogó­le nie opła­ca się taki ka­wał le­cieć. Na szczęście po za­głębie­niu się w te­mat oka­za­ło się, że na Ma­le­di­wach nie­daw­no po­ja­wi­ła się tu­ry­sty­ka lo­kal­na, czy­li gu­est ho­use'y - pen­sjo­na­ty na wy­spach, na któ­rych miesz­ka­ją miej­sco­wi. Są one pro­wa­dzo­ne wła­śnie przez miesz­ka­ńców jako tzw. opcje ni­sko­bu­dże­to­we (choć umów­my się: w Kam­bo­dży za taką kwo­tę mo­żna mieć pi­ęcio­gwiazd­ko­wy ho­tel). Oczy­wi­ście kto, jak nie ja! Wy­szpe­ra­łam taką ofer­tę, że sam wła­ści­ciel po­wie­dział, że jest jed­no­ra­zo­wa i ra­czej już się nie po­wtó­rzy.

Ła­ńcuch 26 bez­lud­nych raj­skich wysp

Tu­ry­sty­ka lo­kal­na na Ma­le­di­wach do­pie­ro racz­ko­wa­ła. Były wów­czas tyl­ko dwie lub trzy wy­spy, któ­re przyj­mo­wa­ły tu­ry­stów. Wy­bór padł na tę, na któ­rej zna­la­złam ko­rzyst­ny ce­no­wo pen­sjo­nat. Do tego po­ja­wi­ła się tam wła­śnie tzw. pla­ża bi­ki­ni. Na Ma­le­di­wach pa­nu­je dress code - nie mo­żna cho­dzić w ko­stiu­mach kąpie­lo­wych. Aku­rat ta wy­spa mia­ła wy­dzie­lo­ne miej­sce na pla­ży, gdzie mo­żna było swo­bod­nie się opa­lać i pły­wać w bi­ki­ni. Nie był to w Pol­sce w ogó­le po­pu­lar­ny kie­ru­nek w tam­tych cza­sach, tym sa­mym nie było pra­wie żad­nych in­for­ma­cji na te­mat pod­ró­ży na wła­sną rękę na lo­kal­ną wy­sep­kę. Mo­żna po­wie­dzieć, że prze­cie­ra­łam szla­ki.

Mo­gła­bym ro­bić co­kol­wiek, byle móc Ma­le­di­wy na­zy­wać swo­im do­mem

To był wspa­nia­ły wy­jazd. W ogó­le za­po­mnia­łam o mo­jej ak­tu­al­nej sy­tu­acji ży­cio­wej, czy­li o tym, że zo­sta­łam sama. Tam wszyst­ko było tak inne, tak eg­zo­tycz­ne: wi­do­ki, lu­dzie, spo­kój, brak go­ni­twy i wy­ści­gu szczu­rów. Wszech­obec­ne uśmie­chy, po­de­jście do ży­cia typu co masz zro­bić dziś, zrób ju­tro, bez­in­te­re­sow­na po­moc, no i oczy­wi­ście bie­lut­kie pla­że, tur­ku­so­wy oce­an, a w nim ko­lo­ro­we ryb­ki. Pal­my sze­lesz­czące na wie­trze - inny świat! Po­wie­dzia­łam wte­dy do ko­le­żan­ki: "Kur­czę, ja to bym mo­gła tu­taj żyć! Mo­gła­bym ro­bić co­kol­wiek, byle móc Ma­le­di­wy na­zy­wać swo­im do­mem". Wy­po­wie­dzia­łam to chy­ba w od­po­wied­nią go­dzi­nę.

Po po­wro­cie już nic nie było ta­kie samo. W gło­wie tyl­ko Ma­le­di­wy, ma­le­diw­skie zdjęcia w kom­pu­te­rze i ma­le­diw­ska mu­zy­ka przez całą dobę. Roz­mo­wy na Fa­ce­bo­oku z po­zna­ny­mi tam oso­ba­mi: lu­dzie wy­sy­ła­li mi zdjęcia z wy­spy, a ja pra­gnęłam znów się tam zna­le­źć.

W stro­nę za­cho­dzące­go sło­ńca

I na­gle ni stąd, ni zo­wąd do­sta­ję wia­do­mo­ść od wspól­ni­ka wła­ści­cie­la pen­sjo­na­tu, u któ­re­go się za­trzy­ma­ły­śmy. Pi­sze, że bu­du­je pen­sjo­nat na wy­spie obok i szu­ka ko­goś z Eu­ro­py, kto mó­głby go po­pro­wa­dzić. Pyta, czy by­ła­bym za­in­te­re­so­wa­na. Po­dej­rze­wam, że wi­ęk­szo­ść osób nie po­trak­to­wa­ła­by ta­kiej wia­do­mo­ści po­wa­żnie. Dzi­siaj co­dzien­nie przy­cho­dzą ma­ile od bo­ga­tych szej­ków czy ad­wo­ka­ta bo­ga­te­go ku­zy­na z USA, któ­re­go je­steś je­dy­ną ro­dzi­ną, a on zo­sta­wił ci mi­lio­no­wy spa­dek. Ta wia­do­mo­ść wła­ści­wie brzmia­ła po­dob­nie, ale ja po­trak­to­wa­łam ją jak naj­bar­dziej po­wa­żnie i już wie­dzia­łam, jaka będzie od­po­wie­dź. Da­łam so­bie jed­nak kil­ka dni na prze­spa­nie się z te­ma­tem, bo umów­my się - nie miał to być wy­jazd za­rob­ko­wy, bo nie ofe­ro­wał mi ko­ko­sów (cho­ciaż w su­mie to tro­chę tak...). Wie­dzia­łam, że je­śli się zde­cy­du­ję, to nie po­ja­dę tam po po, aby za­ra­biać i od­kła­dać kasę. A cze­mu na­pi­sał aku­rat do mnie? W ci­ągu szes­na­stu dni mo­je­go po­by­tu przez jego pen­sjo­nat prze­wi­nęło się spo­ro lu­dzi z ró­żnych stron świa­ta (z nie­któ­ry­mi mam na­wet kon­takt do dziś), a ja dużo z nimi roz­ma­wia­łam od­no­śnie od­wie­dzo­nych miejsc, wy­cie­czek i wy­ku­pio­nych atrak­cji, po­ka­zy­wa­łam im zdjęcia, za­chęca­łam do wzi­ęcia udzia­łu. Mu­siał do­strzec ten mój nie­na­chal­ny dar prze­ko­ny­wa­nia.

Dziś pro­wa­dzę wła­sny pen­sjo­nat, a na­wet dwa, i gdy­by nie pan­de­mia, to pro­wa­dzi­ła­bym trzy, ale mo­żli­we, że w mo­men­cie kie­dy to czy­ta­cie, ten trze­ci też już funk­cjo­nu­je. A może da­lej mamy tę cho­ler­ną pan­de­mię i wszy­scy sie­dzą w domu i prze­bie­ra­ją no­ga­mi?

Pocz­tów­ko­we kra­jo­bra­zy lo­kal­nych wysp

Ksi­ążka nie jest ty­po­wym prze­wod­ni­kiem po kra­ju. Przed­sta­wia krót­ką hi­sto­rię Ma­le­di­wów: kto i kie­dy jako pierw­szy tam się po­ja­wił, jak wy­gląda­ło ży­cie na wy­spach kil­ka­set lat temu oraz jaką rolę Ma­le­di­wy pe­łni­ły kie­dyś. Będzie o tym, jak roz­po­częła się tu­ry­sty­ka na Ma­le­di­wach i jak się przez lata zmie­nia­ła. Będzie też tro­chę o po­li­ty­ce, bo to bar­dzo go­rący te­mat wśród miesz­ka­ńców. No i my­ślę, że war­to po­znać hi­sto­rię ma­le­diw­skie­go od­po­wied­ni­ka Le­cha Wa­łęsy.

Opo­wiem wam o mo­ich po­cząt­kach w zu­pe­łnie ob­cym kra­ju, ró­żnym za­rów­no kul­tu­ro­wo, jak i wi­zu­al­nie, gdzie pro­ble­my mają zu­pe­łnie inny ka­li­ber. O tym, jak do­szłam do miej­sca, w któ­rym dzi­siaj je­stem oraz jak zmie­ni­ła się moja per­spek­ty­wa i cze­go się na­uczy­łam. Opo­wiem, jak wy­gląda ży­cie na ma­le­ńkiej wy­spie na środ­ku Oce­anu In­dyj­skie­go oraz w co wie­rzą i cze­go się boją miesz­ka­ńcy. Przy­to­czę ab­sur­dal­ne i za­baw­ne hi­sto­rie, a na ko­niec przy­go­tu­ję was do wy­jaz­du, je­śli po prze­czy­ta­niu wcze­śniej­szych roz­dzia­łów uzna­cie, że ko­niecz­nie chce­cie od­wie­dzić to in­try­gu­jące miej­sce.