Rozdział II
Królewskie marionetki!
Wózek Thornpipe'a był skonstruowany w bardzo prosty sposób. Stanowiły go: dyszel - do którego był zaprzęgany dziki wyżeł; skrzynia umieszczona na dwóch kołach - co ułatwiało ciągnięcie wózka po wyboistych drogach hrabstwa; z tyłu dwa uchwyty - pozwalające go popychać, podobnie jak wózek wędrownego handlarza; nad skrzynią rozłożony był rodzaj płóciennego daszku rozciągniętego na czterech żelaznych prętach, chroniącego nie tyle przed niezbyt mocno grzejącym tu słońcem, co przed niekończącymi się deszczami padającymi w Górnej Irlandii. Wózek był podobny do jednego z owych pojazdów na kółkach, jeżdżących po wsiach i miasteczkach, przewożących katarynki, w których przeraźliwy dźwięk fletów miesza się z głosem trąbek. Jednak Thornpipe wcale nie woził od miasteczka do miasteczka organów. W tej dość skomplikowanej maszynerii organy zostały sprowadzone do prostej pozytywki, jak to można było w jednej chwili ocenić.
Skrzynia przykryta była wiekiem, które zakrywało też jedną z jej ścian. Gdy pokrywa ta została podniesiona i odsunięta na bok, zebrani - nie bez pewnego zdziwienia - mogli zobaczyć, co kryje się na wewnętrznej półce skrzyni.
Aby jednak uniknąć powtarzania się, posłuchajmy Thornpipe'a, wygłaszającego swoje zwykłe pochwalne frazesy. Nie było wątpliwości, że wędrowny kuglarz ze swoją niewyczerpaną gadatliwością przypominał sławnego Briochégo31, twórcę pierwszego teatrzyku marionetek, pokazywanego na targowiskach Francji.
- Panie i panowie...
Był to niezmienny początek występu, mający wzbudzić sympatię widzów, nawet jeśli był skierowany do najnędzniejszych obdartusów w miasteczku.
- Panie i panowie, oto przed wami wielka sala balowa w królewskim zamku na wyspie Wight32.
Istotnie, na półce znajdował się salon w miniaturze, zawarty pomiędzy czterema deszczułkami postawionymi na sztorc, na których namalowane były drzwi i udrapowane firankami okna. Gdzieniegdzie stały meble w dobrym guście, przyczepione do kolorowego dywanu. Stoły, fotele i krzesła ustawione były w taki sposób, aby umożliwić poruszanie się osobistości: książąt, księżnych, księżniczek, markizów, hrabiów, baronetów, przechadzających się dumnie na tym oficjalnym przyjęciu.
- W głębi - mówił dalej Thornpipe - możecie państwo zobaczyć tron królowej Wiktorii33, stojący pod karmazynowym aksamitnym baldachimem ze złotymi frędzlami, dokładny model tego, na którym siada Jej Królewska Mość podczas dworskich uroczystości.
Wspomniany tron miał około czterech cali wysokości i chociaż aksamit był włochatym papierem, a frędzle pomalowanymi na żółto jego strzępkami, to przynajmniej dawał wyobrażenie tym zacnym ludziom, którzy nigdy nie widzieli owego mebla, służącego głównie władcom.
- Na tronie możecie podziwiać królową, podobieństwo gwarantowane - ciągnął dalej Thornpipe - ubraną w odświętne szaty: królewski płaszcz na ramionach, koronę na głowie i z berłem w ręce.
My, którzy nigdy nie mieliśmy zaszczytu widzieć w apartamentach władczyni Zjednoczonego Królestwa i cesarzowej Indii, nie możemy stwierdzić, czy ta figurka pokazywała Jej Wysokość taką, jaka ona była. Jednakże przyjmując, że wkładała na wielkie uroczystości koronę, to już nie było takie pewne, że groziła berłem przypominającym trójząb Neptuna. Najprościej jednak byłoby uwierzyć Thornpipe'owi na słowo i tak właśnie mądrze uczyniła otaczająca go publiczność.
- Na prawo od królowej - oznajmił Thornpipe - zwracam uwagę widzów na Jej i Jego Książęce Mości, księcia i księżną Walii, którzy są tacy, jak mogliście to zobaczyć podczas ich ostatniej wizyty w Irlandii.
Nie można było się pomylić: książę ubrany był w strój feldmarszałka armii brytyjskiej, a córka króla Danii w koronkową suknię wyciętą z kawałka srebrnego papieru, w jaki zawija się pudełka pralinek.
Z drugiej strony tronu stali: książę Edynburga, książę Connaught, książę Fife, książę Battembergu, a także księżne - ich żony, wreszcie rodzina królewska w komplecie ustawiona w taki sposób, aby tworzyć przed tronem półokrąg. Było pewne, że te lalki - podobieństwo cały czas gwarantowane - będące pomalowanymi figurkami ubranymi w ceremonialne stroje, odtwarzające żywe postacie, dawały bardzo jasne wyobrażenie o dworze Anglii.
Dalej widać było naczelnych dowódców Korony, między innymi Pierwszego Lorda Admiralicji sir George'a Hamiltona34. Thornpipe dbał o to, aby wskazywać poszczególne figurki końcem pałeczki i dodawał, że każda z postaci zajmuje miejsce zgodne ze swoim stanowiskiem i rangą, tak jak tego wymaga dworska etykieta.
Przed tronem stał nieruchomo, w postawie pełnej szacunku, wysoki osobnik o iście anglosaskim wyglądzie. Nie mógł to być nikt inny jak jeden z królewskich ministrów35.
Rzeczywiście, był to szef gabinetu z Saint James36, bardzo łatwy do rozpoznania po plecach, lekko zgarbionych pod ciężarem różnych spraw do załatwienia.
Następnie Thornpipe dodał:
- W pobliżu premiera, na prawo, widzimy czcigodnego pana Gladstone'a37.
Doprawdy, trudno było nie rozpoznać znakomitego old mana38, tego wspaniałego starca, zawsze prawego, zawsze gotowego walczyć o zwycięstwo idei liberalnych nad autorytarnymi. Być może jednak mogło dziwić sympatyczne spojrzenie, jakim ten człowiek obdarzał premiera, ale między marionetkami - nawet między marionetkami politycznymi - wiele może się zdarzyć. To, co mogłoby budzić wstręt u osobników z krwi i kości, nie przynosiło wcale ujmy aktorom z papieru i drewna.
Oto jeszcze inne nieoczekiwane porównanie wywołane niesamowitym anachronizmem, kiedy Thornpipe, podnosząc głos, zawołał:
- Przedstawiam wam, panie i panowie, waszego sławnego patriotę O'Connella, którego imię zawsze znajdzie miejsce w sercach Irlandczyków!
Tak! O'Connell znajdował się pośród angielskiego dworu z roku 1875, chociaż od dwudziestu ośmiu lat już nie żył. Gdyby ktoś zwrócił na to uwagę Thornpipe'owi, kuglarz odpowiedziałby z pewnością, że dla Irlandczyków ów wielki obrońca praw ciągle żyje. W ten sposób można by wskazać równie dobrze na pana Parnella39, chociaż ten polityk nie był jeszcze znany w tamtych czasach.
W różnych miejscach rozstawieni byli inni bywalcy dworu, których nazwisk zbytnio nie pamiętam, wszyscy udekorowani gwiazdami i wstążkami. Byli tam sławni politycy i wojskowi, między innymi Jego Dostojność książę Cambridge obok świętej pamięci lorda Wellingtona40 i nieżyjący już lord Palmerston41 obok świętej pamięci pana Pitta42. Na końcu stali członkowie izby wyższej, bratający się z przedstawicielami niższej izby parlamentu. Za nimi gwardia konna w paradnym szyku, oczywiście na koniach - co wyraźnie wskazywało, że chodzi o święto, ponieważ rzadko można ich było zobaczyć na zamku Osborne43. Cały ten zbiór zawierał około pięćdziesięciu małych ludzików pomalowanych jaskrawymi kolorami, które, wyprostowane i sztywne, uosabiały wszystko to, co jest najbardziej arystokratyczne, najbardziej dystyngowane i oficjalne w wojskowym i politycznym świecie Zjednoczonego Królestwa.
Można też było zauważyć, że nie zapomniano o flocie angielskiej i chociaż królewski jacht "Victoria and Albert" nie był pod parą, tym niemniej na szybach okien były wymalowane okręty, a nawet reda Spithead. Niewątpliwie, posiadając dobry wzrok, można by rozróżnić jacht "Enchanteress"44 i znajdujących się na pokładzie Ich Dostojności lordów Admiralicji, z których każdy trzymał w jednej ręce lunetę, a w drugiej tubę.
Trzeba podkreślić, iż Thornpipe wcale nie oszukiwał swej publiczności, mówiąc, że taki pokaz jest jedyny na świecie. Niezawodnie pozwalał on zaoszczędzić na podróży na wyspę Wight. Widok ten wprawiał w zachwyt i podziw nie tylko uliczników, ale również osoby w wieku dojrzałym, które nigdy nie opuszczały hrabstwa Connaught i okolic Westport. Być może tylko proboszcz parafii pozwolił sobie na uśmiech in petto45. Jeśli idzie o aptekarza-drogistę46, to nie krył się on ze stwierdzeniem, że postacie do złudzenia przypominają oryginały, chociaż nigdy w swoim życiu ich nie widział. Piekarz sam przyznawał się do tego, że przerastało to jego wyobraźnię, i nie chciał uwierzyć, że dwór angielski może wyglądać tak wspaniale, błyszcząco i dystyngowanie.
- Jednak, panie i panowie, to jeszcze nie wszystko! - mówił dalej Thornpipe. - Myślicie zapewne, że postacie królewskie i inne nie mogą ani gestykulować, ani się ruszać... Mylicie się! One są żywe, żywe, mówię wam, jak wy czy ja, i zaraz to zobaczycie. Wcześniej jednak pozwolę sobie wykonać małą rundkę, polecając się łaskawości każdego z was.
To zawsze był krytyczny moment dla wszystkich pokazujących cudeńka, i nie tylko dla nich, kiedy drewniana miseczka zaczynała krążyć pomiędzy szeregami gapiów. Generalnie obserwatorzy obwoźnych wystaw dzielą się na dwie kategorie: tych, którzy nie zamierzają wkładać rąk do kieszeni, i tych, których zamiarem jest zabawić się bez konieczności płacenia - ci ostatni, rzecz jasna, są znacznie liczniejsi. Istnieje jeszcze trzecia kategoria - płacących, ale ona jest tak niewielka, że nie warto o niej wspominać. Było to wyraźnie widać, kiedy Thornpipe "robił małą rundkę" z uśmiechem, który starał się uczynić miłym, chociaż pozostawał on dziki. Jakże jednak miał to uczynić z tą twarzą buldoga, złym wzrokiem i ustami gotowymi kąsać zamiast całować?
Rozumie się samo przez się, że wśród dzieciarni okrytej łachmanami nie udało mu się zebrać nawet dwóch miedziaków. Co do widzów, którzy przyciągnięci nawoływaniami kuglarza chcieli popatrzeć, nic nie płacąc, to ci odwrócili głowy w bok. Jedynie pięć czy sześć osób wyciągnęło z portmonetek kilka drobniaków, co dało dochód jednego szylinga i trzech pensów, które Thornpipe przyjął z pogardliwym grymasem... Cóż było robić? Trzeba się było tym zadowolić i poczekać na popołudniowe przedstawienie, które może przyniesie większe zyski. Teraz lepiej było kontynuować widowisko zgodnie z zapowiedzią, niż zwracać pieniądze.
Wtedy po milczącym zachwycie nastąpił zachwyt szczery i krzykliwy. Zaczęto klaskać w dłonie, tupać nogami, nadymać usta, by wydawać głośne "ochy" i "achy", które z pewnością słychać było nawet w porcie.
Rzeczywiście, Thornpipe uderzył prętem w spód skrzyni, czemu odpowiedział jęk, na który nikt nie zwrócił uwagi. W jednej chwili wszystkie postacie ożyły w sposób, rzec by można, cudowny.
Marionetki, wprawione w ruch przez wewnętrzny mechanizm, zdawały się żyć prawdziwym życiem. Jej Wysokość królowa Wiktoria nie opuściła swego tronu - co byłoby niezgodne z etykietą - nawet się nie podniosła, lecz kiwała głową z nakrywającą ją koroną, opuszczając przy tym i podnosząc berło na podobieństwo dyrygenta orkiestry, wybijającego tempo na dwa. Członkowie rodziny królewskiej obracali się w jedną i drugą stronę, odwzajemniając pozdrowienia, podczas gdy książęta, markizowie i baroneci defilowali przed królową, okazując wielkie dowody szacunku. Prezes rady ministrów kłaniał się panu Gladstone'owi, który odwzajemniał mu się tym samym. Za nimi przesuwał się po niewidocznym rowku O'Connell, podążając za księciem Cambridge, poruszający się charakterystycznym krokiem. Następnie przesuwały się inne osobistości, a także gwardziści na koniach, które tupały i potrząsały ogonami, jakby nie znajdowały się w salonie, lecz na podwórzu przed zamkiem Osborne.
Cała ta menażeria poruszała się przy dźwiękach płynącej z pozytywki nieprzyjemnej i skrzypiącej muzyki, której brakowało wielu krzyżyków i bemoli. Czy jednak Paddy - tak wyczulony na sztukę muzyczną, że Henryk VIII47 włączył harfę do wyposażenia armii Zielonej Erin - nie byłby bardziej zadowolony, słysząc zamiast God Save the Queen48 i Rule Britannia49, pieśni melancholicznych, będących dostojnymi hymnami narodowymi smętnego Zjednoczonego Królestwa, jakiejś piosenki ze swej ukochanej Irlandii?
Doprawdy, było to bardzo piękne. Tego nie widuje się nigdy na scenach wielkich teatrów Europy i tylko tu mogło wywoływać tak szczere uwielbienie. Widok ruchomych marionetek wzbudził niesłychany entuzjazm, nazywany w fachowym języku "tanecznym pląsem".
W pewnej chwili, wskutek nagłego zatrzymania się mechanizmu, królowa tak energicznie opuściła swoje berło, że to uderzyło w okrągłe plecy premiera. Na ten widok okrzyki publiczności wzmogły się w dwójnasób.
- Oni żyją! - zawołał jeden z widzów.
- Brakuje tylko, żeby mówili! - dodał drugi.
- Nie żałujmy tego! - wtrącił się aptekarz, który w wolnych chwilach stawał się demokratą.
Drogista miał rację. Wyobraźcie sobie marionetki wygłaszające oficjalne przemówienia!
- Chciałbym wiedzieć, co wprawia je w ruch - odezwał się piekarz.
- Diabeł! - zawyrokował stary marynarz.
- Tak, diabeł! - zawołało kilka matron50, nie do końca przekonanych, i spojrzało na proboszcza, który stał z zamyśloną twarzą.
- Dlaczego myślicie, że diabeł mógłby się zmieścić do tej skrzyni? - zapytał młody ekspedient, znany ze swej naiwności. - Przecież diabeł jest wysoki...
- Jeżeli nie jest wewnątrz, to z pewnością jest na zewnątrz - odparła stara plotkarka. - To on nam pokazuje to widowisko...
- Nie - zaoponował poważnie właściciel drogerii - przecież wiecie dobrze, że diabeł nie mówi po irlandzku!
Była to jedna z tych prawd, które Paddy przyjmuje bez zastrzeżeń, i dlatego można było mieć pewność, że Thornpipe nie był diabłem, gdyż mówił poprawnie językiem tego kraju.
A zatem, jeżeli stanowczo nie można było mówić o czarach, to należało przyjąć, że aktorów tego małego wędrownego teatrzyku wprawia w ruch jakiś ukryty mechanizm. Jednakże nikt z widzów nie zauważył, aby Thornpipe nakręcał sprężynę, a nawet - szczegół, który nie uszedł uwadze proboszcza - gdy ruch kukiełek ulegał spowolnieniu, wystarczało uderzenie bata pod skrzynię osłoniętą dywanikiem, by przyspieszyły. Dla kogo przeznaczone było uderzenie bata, któremu zawsze towarzyszył jakiś jęk?
Proboszcz chciał to wyjaśnić i zapytał Thornpipe'a:
- W tej skrzyni trzymasz jakiegoś psa?
Mężczyzna spojrzał, marszcząc brwi. Pytanie wydawało mu się bardzo niedyskretne.
- Jest, co jest! - odpowiedział. - To moja tajemnica... Nie jestem zobowiązany do jej wyjawienia...
- Nie jesteś zobowiązany - stwierdził proboszcz - lecz my mamy pełne prawo przypuszczać, że to pies wprawia w ruch twój mechanizm...
- No tak... pies! - odparł Thornpipe poirytowanym głosem. - Pies w obracającej się klatce. Ile czasu i cierpliwości kosztowało mnie jego wytresowanie! I jaką zapłatę za to otrzymałem? Nawet nie połowę tego, co daje się w jakiejś intencji proboszczowi!
W chwili, gdy Thornpipe kończył to zdanie, mechanizm zatrzymał się ku wielkiemu niezadowoleniu widzów, których ciekawość daleka była od zaspokojenia. Kuglarz oświadczył, że przedstawienie jest skończone i zabierał się do zamknięcia skrzyni.
- Czy zgodziłbyś się dać jeszcze jedno? - zapytał aptekarz.
- Nie - odparł gwałtownie Thornpipe, widząc wokół podejrzliwe spojrzenia.
- Nawet gdyby zapewniono ci piękną zapłatę dwóch szylingów?
- Ani za dwa, ani za trzy! - krzyknął Thornpipe.
Marzył tylko o tym, aby stamtąd odejść, ale publiczność wcale nie zamierzała odstąpić od swego zamiaru. Wyżeł stanął przy dyszlu i zaczął ciągnąć wózek, gdy nagle w głębi skrzyni rozległa się przeciągła skarga przerywana szlochaniem.
W tym momencie wściekły Thornpipe wykrzyknął słowa, które już wcześniej słyszeliśmy:
- Zamknij się, ty psi synu!
- To wcale nie jest pies! - zawołał proboszcz, zatrzymując wózek.
- To pies! - odwarknął Thornpipe.
- Nie, tam jest dziecko!
- Dziecko... dziecko! - powtarzali widzowie.
Jakiż wielki zwrot dokonał się w uczuciach publiczności! To już nie była ciekawość, to była litość, objawiająca się mało życzliwą postawą wobec Thornpipe'a. Dziecko siedzące w tej otwartej z jednej strony skrzyni i popędzane uderzeniami bata, kiedy się zatrzymywało, nie mając już siły poruszać się w klatce...!
- Dziecko! Dziecko! - krzyczano coraz głośniej.
Thornpipe miał do czynienia z przeważającą siłą. Chciał się wycofać i zaczął pchać z tyłu wózek... Na próżno. Piekarz chwycił pojazd z jednej strony, drogista z drugiej i zaczęli nim mocno potrząsać. Nigdy jeszcze dwór królewski nie miał okazji do takiej zabawy. Książęta potrącali księżne, baroneci przewracali markizów, premier, upadając, przyczynił się do upadku całego rządu! Krótko mówiąc, wstrząs był taki, jaki mógłby się zdarzyć na zamku Osborne, gdyby wyspa Wight została nawiedzona przez trzęsienie ziemi.
Błyskawicznie pochwycono Thornpipe'a, chociaż wściekle się wyrywał. Wszyscy się do tego przyłączyli. Rozkopano wózek, a drogista wślizgnął się pomiędzy koła i wyciągnął ze skrzyni dziecko...
Tak! Był to szkrab mający około trzech lat, blady, cierpiący, mizerny, z nogami pokrytymi pręgami po bacie, oddychający z wielkim trudem.
Nikt w Westport nie znał tego dzieciaka.
Tak wyglądało pojawienie się na scenie Malca, bohatera tej historii. Jak wpadł w ręce tego brutala, który z pewnością nie był jego ojcem - trudno było powiedzieć. Prawdą natomiast było, że dziewięć miesięcy wcześniej ta mała istotka została zabrana przez Thornpipe'a z drogi w jednej z wiosek w hrabstwie Donegal i naocznie można było się przekonać, jak ją wykorzystywał ten kat.
Pewna zacna kobieta wzięła chłopca w ramiona i próbowała przywrócić go do życia. Wszyscy stłoczyli się wokół niej. Malec miał ciekawe rysy twarzy i wyglądał na inteligentne dziecko. Biedna wiewiórka51 przymuszona do obracania się w klatce umieszczonej pod skrzynią, aby zarabiać na życie. Zarabiać na życie... W tym wieku!
Wreszcie chłopiec otworzył oczy i natychmiast rzucił się do ucieczki, kiedy tylko zobaczył Thornpipe'a, który zbliżył się z zamiarem odebrania go kobiecie, krzycząc poirytowanym głosem:
- Oddajcie mi go!
- Jesteś jego ojcem? - zapytał proboszcz.
- Tak... - odparł Thornpipe.
- Nie, to nie jest mój tatuś! - krzyknął chłopiec, czepiając się kurczowo ramion kobiety.
- Dziecko nie należy do ciebie! - zawołał właściciel drogerii.
- To dziecko zostało ukradzione! - dodał piekarz.
- Nie oddamy ci tego dzieciaka! - powiedział proboszcz.
Thornpipe nie zamierzał rezygnować. Do twarzy napłynęła mu krew, oczy zapłonęły gniewem, nie panował już nad sobą i gotów był "zabawić się po irlandzku", to znaczy użyć noża, gdy dwóch dzielnych, mocnych mężczyzn rzuciło się na niego i go obezwładniło.
- Wypędźcie go!... Wypędźcie! - krzyczały kobiety.
- Wynoś się stąd, nędzniku! - zawołał drogista.
- I żeby cię więcej nie widziano w tym hrabstwie! - krzyknął proboszcz, wygrażając pięścią.
Thornpipe siarczystym uderzeniem bata popędził psa i wózek potoczył się główną drogą Westport.
- Nędznik! - odezwał się aptekarz. - Nie daję mu nawet trzech miesięcy i zatańczy menueta z Kilmainham52!
Tańczyć tego menueta, znaczyło, używając miejscowego określenia, wydawać ostatnie podrygi na szubienicy.
Kiedy proboszcz zapytał dzieciaka, jak się nazywa, ten odparł dość mocnym głosem:
- Malec.
Faktycznie, chłopiec nie miał innego imienia.
31 Jean Brioché (właśc. Pierre Datelin, 1566-1671) - francuski marionetkarz.
32 Wyspa Wight - wyspa należąca do archipelagu Wysp Brytyjskich, oddzielona od brytyjskiego wybrzeża cieśniną Solent; kształtem przypomina romb o wymiarach 26 na 39 km i powierzchni 381 km?; tam w roku 1837 królowa Wiktoria przeniosła swoją rezydencję.
33 Wiktoria (1819-1901) - królowa Wielkiej Brytanii i Irlandii od 1837 roku.
34 George Hamilton (1845-1927) - Pierwszy Lord Admiralicji w latach 1885-1886, 1886-1892.
35 Prawdopodobnie chodzi o Benjamina Disraeliego (1804-1881), premiera w latach 1868 i 1874-1880.
36 Saint James - pałac w Londynie zbudowany przez Henryka VIII, od roku 1837 siedziba królewska i miejsce posiedzeń Rady Królewskiej.
37 William Ewart Gladstone (1809-1898) - brytyjski polityk, początkowo konserwatysta, później liberał; premier w latach 1868-1874, 1880-1885 i 1892-1895.
38 Old man (ang.) - stary człowiek.
39 Charles Steward Parnell (1846-1891) - irlandzki przywódca narodowy, od 1877 roku przywódca ruchu na rzecz autonomii Irlandii.
40 Arthur Wellesley Wellington (1769-1852) - książę, brytyjski wódz i polityk, pokonał m.in. Napoleona pod Waterloo.
41 Henry John Palmerston (1784-1865) - brytyjski polityk, torys, od roku 1828 wig; w latach 1830-1834, 1835-1841 i 1846-1851 minister spraw zagranicznych; 1855-1865 przywódca Partii Liberalnej oraz 1855-1858 i 1859-1865 premier; prowadził aktywną politykę europejską i imperialną.
42 William Pitt (1759-1806) - brytyjski mąż stanu, premier w latach 1783-1801 i 1804-1806.
43 Zamek Osborne (ang. Osborne House) - była rezydencja królewska położona w mieście Cowes na wyspie Wight, wzniesiona w latach 1845-1851.
44 Enchanteress (właśc. Enchantress, ang.) - czarodziejka.
45 In petto (wł.) - w głębi serca, w myślach.
46 Drogista - sprzedawca specyfików i kosmetyków, drogerzysta.
47 Henryk VIII (1491-1547) - król Anglii od roku 1509.
48 God save the Qeen (ang.) - Boże, zachowaj królową, brytyjski hymn narodowy.
49 Rule Britannia (ang.) - Władaj, Brytanio, drugi, mniej formalny hymn brytyjski.
50 Matrona - w starożytnym Rzymie kobieta zamężna, szanowana ze względu na wysokie stanowisko społeczne i czystość obyczajów; dziś podniośle, często żartobliwie o kobiecie starszej, godnej szacunku.
51 Wiewiórka przymuszana do... - od francuskiego powiedzenia "biegać jak wiewiórka w klatce", czyli czynić dużo ruchu, nic na tym nie zyskując.
52 Kilmainham Gaol - więzienie Kilmainham w Dublinie, w którym więziono wielu wybitnych irlandzkich mężów stanu.