Małe wielkie skandale - Jennifer Lynn Barnes

Kup ebooka

42.00 zł
32.76 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Inne książki Jennifer Lynn Barnes Dedykacja Święto Pracy, 3.17 Rozdział 1 Rozdział 2 Rozdział 3

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

2 3 5 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27

ROZDZIAŁ 3

Mężczyzna, który nosił to samo nazwisko co Ana - jej ojciec? brat? dalszy krewny? - wystąpił przeciwko korporacji rodziny Amesów.

Po dwóch godzinach jazdy autostradą i lokalnymi drogami nadal o tym myślałam. Kiedy SUV marki Porsche należący do Lillian mijał kolejno bramę, pole golfowe, boisko do siatkówki i kort tenisowy oraz basen, uporczywie wracałam myślami do tego, co kiedyś powiedział mi Davis Ames - że załatwił sprawę dziewczyny, której jego syn zrobił dziecko. Nie wiedziałam dokładnie, co to znaczyło, ale zastanawiało mnie, czy interesy były dla Victora Gutierreza wyłącznie interesami - czy też wyrównaniem rachunków.

"Czy to dotyczy w jakiś sposób Any? Czy jest aktem zemsty? Za co? I dlaczego teraz?".

- No i dotarłyśmy - powiedziała Lillian, wjeżdżając na owalny podjazd. - Nareszcie w domu.

Musiałam rozdzielić poszczególne aspekty życia. Nie mogłam myśleć o Anie, o pakcie ani o związanych z tym rzeczach, przebywając w obecności Lily i ciotki Olivii, jeżeli miałam udawać, że nic szczególnego mnie nie trapi, nie trapi nas, nie ma się czym przejmować ani o co wypytywać. Dlatego też skupiłam się na tym, co miałam w zasięgu wzroku. Kiedy reszta rodziny mówiła o domku letniskowym nad jeziorem, wyobrażałam sobie daczę. Małą, rustykalną.

Powinnam była jednak wiedzieć, czego się spodziewać.

- A więc to jest twój domek letniskowy - stwierdziłam oczywistość, patrząc na ogromną rezydencję o kamiennej fasadzie.

Kiedy wysiadłam z porsche cayenne Lillian, drzwi wejściowe do domu otworzyły się z hukiem.

- Sawyer. - Lily się uśmiechała. Nie był to jej standardowy, uprzejmy półuśmiech ani zbolały grymas mówiący: "Nie skrzywdzisz mnie", lecz szczery banan od ucha do ucha. - Nie uwierzysz... - urwała w pół zdania na widok babci. - Mam nadzieję, Mim, że ruch na drodze nie był zbyt uciążliwy. - Teraz brzmiała jak Lily, którą znałam, ale w jej ciemnobrązowych oczach nadal tańczyły iskierki. Poczekała chwilę, po czym znowu zwróciła się do mnie: - Chodź. Pokażę ci nasz pokój.

Miałam pewne wątpliwości, czy energia, którą słyszałam w jej głosie, wyrażała ekscytację faktem, że będziemy zajmować wspólną sypialnię.

- Co się dzieje? - zapytałam, kiedy zbliżyłyśmy się do drzwi wejściowych i weszłyśmy do holu.

Lily mnie uciszyła. Zdecydowałam, że nie chcę wiedzieć, co w nią wstąpiło - w każdym razie nie na tyle, żeby zostać uciszoną drugi raz - i zamiast tego rozejrzałam się po domu. Krętych schodów prowadzących na górę mogłam się spodziewać. Te wiodące w dół mnie zaskoczyły.

- Trzy piętra? - zapytałam Lily. - Czy niżej jest tylko piwnica?

- Podpiwniczenie. - Lily zrobiła pauzę. - Z jedną sypialnią. I pokojem gier. - Znowu zamilkła na chwilę nieco zawstydzona, ponieważ dobrze wychowane młode damy zawsze były nieco zawstydzone rozmiarami swoich domków letniskowych i ogólnymi przywilejami przypisanymi do ich klasy społecznej. - I z salą multimedialną. Ze stołem bilardowym. Stołem do ping-ponga...

Uznawszy, że dość już powiedziała, Lily ruszyła w stronę schodów - tych prowadzących na wyższe piętro, a nie w dół. Poszłam z nią i razem dotarłyśmy na niewielki podest. W porównaniu z resztą domu piętro było całkiem przytulne - znajdowała się tam tylko jedna sypialnia z dwoma pojedynczymi łóżkami, łazienka i garderoba. Z wyjątkiem mebli, które, jak sądziłam, były zabytkowe, pokój przypominał wnętrze swojskiej chaty - takiej, jaką sobie wyobrażałam, jadąc do domku letniskowego nad jeziorem.

- Wiem, że trochę tu ciasno - powiedziała cicho Lily - ale zawsze lubiłam ten pokój.

Podeszłam do okna i popatrzyłam na jezioro.

- Kto by nie lubił pokoju w wieżyczce?

Stąd było widać wyraźnie, że dom zbudowano na zboczu wzgórza. Pod początkowo stromym stokiem ląd opadał łagodnie w kierunku skalistego brzegu. Widok na wodę zapierał dech w piersiach.

- No i? - zapytała Lily.

- No i co?

Nie mogłam oderwać wzroku od białych grzyw fal, które rozbijały się i toczyły powoli w kierunku konstrukcji wyglądającej na prywatną przystań. Nasza zatoka była rozmiarów jeziora z moich wyobrażeń, a z miejsca, w którym stałam, dało się zobaczyć przez wejście do niej główny akwen jeziora Regal.

Kiedy tu jechałam, ta nazwa - oznaczająca jezioro królewskie - nie wydawała mi się aż taka absurdalna.

- No... - zachęciła Lily sztywno. - Zapytaj mnie jeszcze raz.

- O co?

Udawałam głupią. Nie trzeba było mnie uciszać. Oto moja odpłata.

- Zapytaj, co się dzieje. - Lily podeszła, stanęła koło mnie przy oknie i pokazała mi podłużną, płaską szkatułkę, za dużą na biżuterię, ale za wąską na niemal wszystko inne. - Zapytaj mnie - poinstruowała - co to jest.

Wzięłam od niej szkatułkę. Była matowa, czarna, z naklejoną na środku etykietką. Etykietka została wykonana z grubego, kremowego papieru - takiego, który kojarzy się z zaproszeniami ślubnymi - i wykaligrafowano na niej na czarno wypukłą kursywą jedno słowo.

Imię Lily.

Chciałam zdjąć wieko szkatułki, ale Lily mnie powstrzymała.

- Nie otwieraj mojej. - Skinęła głową w stronę jednego z łóżek. - Obejrzyj swoją.

Druga szkatułka - z moim imieniem - leżała koło poduszki. Podeszłam, podniosłam ją i otworzyłam. W środku znalazłam białą rękawiczkę sięgającą do łokcia. Do rękawiczki była przypięta wiadomość, tym razem napisana na cieńszym papierze krwistoczerwonym atramentem.

Big Bang, 23.00, pokój na tyłach.

- Lily - powiedziałam spokojnie - nie zrozum mnie źle, ale czy to zaproszenie na orgię?

- Co?? - Lily Taft Easterling z reguły nie podnosiła głosu, ale tym razem niewiele brakowało.

- Big Bang - odpowiedziałam. - "Wielkie rżnięcie" nie brzmi jak impreza familijna.

Lily wbiła we mnie wzrok. Uśmiechnęłam się. Czasami aż za łatwo przychodziło mi wyprowadzanie jej z równowagi. Po chwili poczułam ukłucie i uśmiech zamarł mi na ustach.

"Mogłam to zaprzepaścić. Stracić ją".

Zamknęłam na klucz te emocje i przyjrzałam się zawartości szkatułki. Szpilka, którą bilecik został przypięty do rękawiczki, była srebrna. Jej główkę uformowano w kształt drobnej róży, a łodygę oplatał wąż.

- Na orgię - powtórzyłam, zmuszając się do uśmiechu, żeby przywołać magię tamtej chwili. - Z wężami.

Lily przewróciła teatralnie oczami.

- Kiedy już skończysz powtarzać do znudzenia to słowo, z przyjemnością wyjaśnię ci, że The Big Bang tutaj znaczy raczej "wielki wybuch" i jest lokalnym przybytkiem.

- Domem publicznym?

- Serwują tam skrzydełka z grilla - odparła Lily obronnym tonem. - I piwo. I... inne napoje.

- Aha, więc mówisz, że to bar. - Dosłownie wychowałam się w barze. Do ukończenia trzynastu lat mieszkałam z mamą nad The Holler. - Ktoś chce się z nami spotkać na tyłach baru o jedenastej wieczorem?

Byłam nastawiona sceptycznie. Atrybutami świata, w którym wychowała się Lily - świata, do którego sama z pewną niechęcią weszłam w ubiegłym roku - były bale charytatywne, eleganckie bluzki z dopasowanymi kardiganami oraz naszyjniki z pereł. Bar nie stanowił naturalnego środowiska Easterlingów ani Taftów.

- Nie pierwszy lepszy ktoś - odpowiedziała Lily, wyjmując jedną ręką zawartość swojej szkatułki i trzymając ją z nabożną czcią. - Białe Rękawiczki.

.

ŚWIĘTO PRACY, 3.19

- Jesteś pewna, Sawyer, że właśnie tak znalazłyśmy się w tej dziurze?

- Możesz mi zaufać. Straciłaś przytomność, ale ja wytrzymałam wystarczająco długo, żeby zobaczyć, kto za tym stoi.

- Może to był wypadek?

- Sadie-Grace, niby jak można niechcący kogoś odurzyć?

- No, tak jakby niechcący... umyślnie?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

CZTERNAŚCIE TYGODNI(I TRZY DNI) WCZEŚNIEJ

ROZDZIAŁ 1

- Czy ktoś widział kamizelkę ratunkową Williama Faulknera?

Na pewnym etapie mojego życia to pytanie, które, stojąc u szczytu schodów, zadała mi ciotka Olivia, wydałoby mi się dziwne. Teraz jednak nie wywołało nawet uniesienia brwi. Olbrzymia suka rasy berneńskiej, będąca pod opieką rodziny, oczywiście wabiła się William Faulkner i oczywiście miała swoją własną kamizelkę ratunkową. Do diabła, nie zdziwiłabym się, gdyby widniał na niej monogram.

Mamy debiutantek przywiązywały dużą wagę do monogramów.

Naprawdę w pytaniu ciotki Olivii zaskoczył mnie jedynie fakt, że pomimo ekstremalnie silnej osobowości typu A nie wiedziała, gdzie znajduje się kamizelka ratunkowa Williama Faulknera.

- Przypomnij mi, dlaczego chciałaś, żebyśmy ukryły się w spiżarni - zwróciłam się do Lily, która zaciągnęła mnie tu pięć minut temu i od tamtej pory odzywała się nie głośniej niż szeptem.

- Zaczął się weekend Dnia Pamięci - mruknęła Lily w odpowiedzi. - Mama zawsze jest podenerwowana, kiedy otwieramy domek nad jeziorem na sezon letni. - Lily jeszcze bardziej ściszyła głos, żeby dodać słowom dramatyzmu. - U niej nawet listy zadań mają własne podlisty.

Posłałam Lily spojrzenie, w którym kryło się coś na temat kotłów i garnków.

- Ja ograniczam się do rozsądnej liczby list - powiedziała Lily szeptem. - A byłoby ich o wiele mniej, gdybym widziała u ciebie jakąkolwiek chęć przygotowania się do college'u.

Lily Taft Easterling także charakteryzowała się osobowością typu A, tak samo jak jej mama. Obie uparcie obstawały przy tym, że jesienią Lily i ja zaczniemy studia na uniwersytecie stanowym. Nie omieszkano mnie poinformować, że w tej szacownej instytucji udział w immatrykulacji jest rodzinną tradycją.

Nie mogłam oprzeć się myśli, że moja gałąź drzewa genealogicznego ma własne tradycje. Takie jak oszustwo, zdrada, sernik wiśniowy bez pieczenia...

- Czy tylko mi się wydaje, czy w tej spiżarni jeszcze niedawno było znacznie więcej jedzenia? - zapytałam Lily, żeby powstrzymać ją przed doszukiwaniem się ukrytego sensu w moim milczeniu.

- Mama pakuje się nad jezioro jak prepperka szykująca się na nadejście końca świata - powiedziała Lily ściszonym głosem.

Zamilkła, słysząc coraz głośniejsze kroki, które zatrzymały się tuż przy naszej kryjówce.

Wstrzymałam oddech, a chwilę później ktoś otworzył z rozmachem drzwi spiżarni.

- Hasta la vista... Lily! - Młodszy brat Lily, John David, podkreślił swoje powitanie złowieszczym śmiechem i zasypał nas strzałkami z nerf guna.

Uchylając się, zauważyłam, że nasz napastnik ubrał się w moro, namalował sobie czarne paski pod oczami i włożył ogromną kamizelkę ratunkową - mogłam się jedynie domyślać, że należała do psa.

- Staram się z całej siły unikać bratobójstwa - powiedziała miłym głosem Lily. - Jednakże...

Samo "jednakże" wystarczyłoby jako groźba, lecz ja postanowiłam dorzucić od siebie kilka konkretów.

- Jednakże... - powtórzyłam, zbliżając się do Johna Davida - zdaje się, że pokrzywka należy raczej do szarej strefy.

Założyłam Johnowi Davidowi chwyt na szyję, unieruchamiając jego głowę.

- Kto igra z bykiem... - John David starał się wyrwać z mojego uścisku. - Tego byk weźmie na rogi!

- Ale najpierw dostanie pokrzywkę!

Lily patrzyła na nas takim wzrokiem, jakbyśmy w środku niedzielnego brunchu zaczęli uprawiać zapasy w błocie.

- No co? - zapytał niewinnie John David, a potem bezskutecznie próbował ugryźć mnie w pachę.

- Macie na siebie zły wpływ - oznajmiła Lily. - Mówię ci, Sawyer, czasami mogłabym przysiąc, że to twój brat, nie mój.

Lily jedynie się przekomarzała, mimo to zamarłam. Ona nie miała pojęcia - bladego - co powiedziała.

Nie miała pojęcia, że to częściowo prawda.

John David wykorzystał moment mojego wahania i wyrwał się z uścisku. Akurat znów celował do nas z broni, kiedy ciotka Olivia wyłoniła się zza zakrętu korytarza.

"Mogłabym przysiąc, że to twój brat". Słowa Lily nadal rozbrzmiewały w mojej głowie, ale zmusiłam się, żeby skupić się tu i teraz - i na marsowej minie ciotki Olivii. Wkroczyłam między Johna Davida a moją ciotkę i obdarzyłam ją uśmiechem, który, jak miałam nadzieję, mógł uchodzić za pojednawczy.

- Ciociu - powiedziałam spokojnie. - Znaleźliśmy kamizelkę ratunkową Williama Faulknera.

John David i ja zostaliśmy osądzeni w trybie doraźnym za "to nie pora na wygłupy" oraz za "słowo daję, że działacie mi na nerwy" i skazani na załadunek samochodu. Nie zamierzałam na to narzekać, bo potrzebowałam czegoś, co zajmie moje myśli.

Kilka miesięcy temu przeprowadziłam się do domu babki ze strony matki, kiedy ta zaproponowała mi diabelnie dobrą umowę - że jeśli z nią zamieszkam i wezmę udział w przygotowaniach do prezentacji debiutantek na salonach oraz w samej prezentacji, ona opłaci moje studia. Zgodziłam się, ale nie z powodu wartego pół miliona dolarów funduszu powierniczego utworzonego na moje nazwisko. Zgodziłam się wejść do tego wystawnego, pełnego blasku świata, ponieważ rozpaczliwie pragnęłam się dowiedzieć, który z potomków wyższych sfer zrobił dziecko mojej mamie w roku, w którym sama była debiutantką.

Znałam już odpowiedź na to pytanie. Odpowiedź, której nie znała Lily. Tym człowiekiem był jej własny ojciec. Mąż ciotki Olivii, mój wujek J.D.

- Wszystko w porządku, Sawyer? Wyglądasz trochę niewyraźnie, kochanie.

Ciotka Olivia trzymała w ręce listę rzeczy do zrobienia napisaną na co najmniej ośmiu karteczkach samoprzylepnych. Mogłabym pójść o zakład, że żaden z punktów na tej długiej liście nie mówił: Dowiedzieć się, że dziewiętnaście i pół roku temu mój mąż przespał się z moją młodszą siostrą i spłodził z nią dziecko.

Czego jeszcze na pewno nie było na jej liście? Dowiedzieć się, że siostra zaszła w ciążę celowo, w ramach jakiegoś idiotycznego, wydumanego paktu nastolatek.

- Tak, tak, w porządku - uspokoiłam ciotkę Olivię, w myślach dodając to do listy moich kłamstw - wypowiedzianych łgarstw oraz przemilczanych prawd - z ostatnich sześciu tygodni.

W normalnych okolicznościach ciotka Olivia zapewne próbowałaby dla pewności wmusić we mnie trochę jedzenia, ale najwyraźniej miała na głowie ważniejsze sprawy.

- Zapomniałam o dodatkowych awokado, tak na wszelki wypadek - powiedziała nagle. - Podjadę szybko do sklepu i...

- Mamo. - Lily stanęła przed ciotką Olivią. Nie były do siebie zbyt podobne, ale pod względem manier i zachowania mogłyby uchodzić za bliźniaczki. - Nie musisz jechać do sklepu. Mamy mnóstwo awokado. Wszystko będzie dobrze.

Ciotka Olivia popatrzyła na Lily.

- "Dobrze" to nie jest standard, do którego dążą kobiety o nazwisku Taft.

Lily delikatnie wyjęła listę spomiędzy palców matki.

- Wszystko będzie idealnie.

Trzecia kobieta z rodu Taftów dorzuciła swoje trzy grosze:

- Jestem tego pewna. - Lillian Taft nawet w domowej wersji - lnianych spodniach capri - umiała wkroczyć z wielką klasą. - Sawyer, kochanie. - Babka zerknęła na mnie. - Liczyłam na to, że będziesz mi dziś towarzyszyć w małej porannej wyprawie.

To był rozkaz, a nie prośba. Wykonałam w myślach inwentaryzację wszystkich zasad savoir vivre i drobnych uprzejmości towarzyskich, które mogłam zaniedbać w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin, ale nie znalazłam niczego, co mogłoby sprawić, żeby Lillian chciała ze mną porozmawiać w cztery oczy.

- Mamy na ciebie poczekać, mamo? - zapytała ciotka Olivia, spoglądając na zegar.

Lillian zbyła pytanie machnięciem ręki.

- Jedź nad jezioro, Olivio, zanim zrobią się korki. Sawyer i ja dołączymy zaraz potem.