Rozdział I
Dzień z życia dziewczyny
Wysiadając z tramwaju, Nel spojrzała na zegarek i pokręciła głową. Przecież wyszła z domu tak wcześnie! Puściła się biegiem. Prawie staranowała gościa, który właśnie wchodził do hotelu. Ukłoniła się nisko w ramach przeprosin.
- I'm sorry - powiedziała do młodego mężczyzny. - Es tut mir leid - dodała. Nie miała już czasu zastanawiać się, w jakim języku powinna się do niego zwrócić. Po prostu czym prędzej go wyminęła i wbiegła do lobby.
Najpierw zjechała windą na poziom pralni, gdzie zostawiła gazety pani Marzence, nadzorującej pralnie, drobne naprawy i przeróbki krawieckie. Ktoś z obsługi niebawem wyprasuje dzienniki, tak aby goście mogli dostać egzemplarze niepogniecione i szeleszczące. Rzuciła wszystkim tylko grzeczne przywitanie i już biegła po schodach na pierwsze piętro. Cała kondygnacja była niedostępna dla gości. Wpadła do szatni dla personelu. Z szafki chwyciła swój uniform, ruszyła prosto do łazienki, przebrała się szybko. Potem przejrzała się w lustrze nad umywalką. Rozczesała i przygładziła włosy. Nie miała już czasu, by przejechać po nich prostownicą, choć była świadoma, że powinna. No nic, trudno. Oceniła efekt ponownym zerknięciem w lustro. Była gotowa. Szybki rzut oka na zegarek. Za dwie wpół do siódmej. Nie spóźniła się.
Usiadła przy swoim stanowisku punktualnie. Włączyła komputer. Wyciągnęła organizer i jeszcze raz przejrzała plan na dzisiejszy dzień. Potem wróciła po gazety i przeszła do kuchni. Choć o tej godzinie sala restauracyjna świeciła jeszcze pustkami, pracownicy kuchni uwijali się jak w ukropie. Zaczęła sprawdzać na swojej liście te z indywidualnych śniadań, które miały wjechać na piętro o siódmej. Zostawiła gazety na wózkach o odpowiednich numerach. Upewniła się, że zamówienia są kompletne. Poprawiła ułożenie serwetek, delikatnie przesunęła krzywo leżące sztućce. W tym hotelu, ich hotelu, wszystko musiało być jak należy.
- I jak? - zapytał szef kuchni.
Nel skinęła głową. Perfekcyjnie. Prawidłowo. Dla pana Moliny kawa z mlekiem bez laktozy, jajecznica z kiełbasą, krojone pomidory (ale bez skórki), dwie kromki ciemnego chleba i sos czosnkowy. Dla państwa Hendersonów croissanty z masłem, dżem truskawkowy i herbata. Dla niej zielona, dla niego mięta. Dla Clovera naleśniki na mące bezglutenowej. Natomiast Bursche chyba wczoraj zabalował (widocznie podpisanie kontraktu z Japończykami się udało), bo zażyczył sobie na śniadanie piwo i tylko piwo. O siódmej miało wyjechać na górę osiemnaście posiłków. Na połowę z tych osób godzinę później miała przed wejściem czekać taksówka. Wiedziała, że kiedy tylko stąd wyjdzie, musi zadzwonić, by przypomnieć firmie o jej wczorajszym zamówieniu. Powinna też zadzwonić do chłopaków, hotelowych kierowców, że na ósmą mają dwa kursy na Ławicę. Potwierdziła wydanie śniadań i zawróciła do lobby. Chwyciła telefon i zaczęła dzwonić. Lepiej dziesięć razy się upewnić niż raz żałować, że się czegoś nie dopilnowało.
Widząc Nel, jedna z dziewczyn z recepcji machnęła na nią ręką.
- Dzwonił Dostojewski, pani Addams informuje, że Puf Puf już wstała.
Uśmiechnęła się, choć na dobrą sprawę miała ochotę przewrócić oczami. W Dostojewskim mieszkała młoda dziedziczka jednej z marek biżuteryjnych, która obecnie leczyła rozstanie (kolejne już), podróżując po Europie. Puf Puf natomiast była jej pudelnicą (pudelnicą-pudernicą, jak myślała o niej, gdyż właścicielka, by suczka była piękna, posypywała jej pyszczek pudrem od Diora). Ale z jakiegoś powodu suczka upodobała sobie właśnie Nel. Za każdym razem, gdy ją widziała, merdała swoim doskonale wystylizowanym ogonem z taką zawziętością, że chłostała dosłownie wszystko i wszystkich wokół. A do tego piszczała i skakała. Dlatego Emma Addams stwierdziła, że tylko konsjerżka będzie wyprowadzać Puf Puf podczas bytności psiny i jej właścicielki w hotelu.
- Dobrze, już po nią idę - odpowiedziała. - Dopilnujcie, żeby za piętnaście ósma zniesiono bagaże wszystkich gości, którzy wyjeżdżają o ósmej. Macie listę, prawda?
- Oczywiście - obruszyła się Asia, jedna z recepcjonistek, i posłała swojej koleżance spojrzenie, które jej nie umknęło.
Pojechała na siódme piętro, gdzie mieściły się apartamenty nazwane nazwiskami pisarzy. Przeszła szybko po korytarzu wyłożonym miękkim i puszystym dywanem, odpowiednim, by tłumić kroki, w końcu nikt ani nic nie powinno zakłócać spokoju gościom. Delikatnie zapukała do Dostojewskiego.
- Room service.
Drzwi uchyliły się i Puf Puf dosłownie się na nią rzuciła. Nel dopilnowała jednak, by uśmiech ani na chwilę nie zniknął jej z twarzy. Emma Addams bez słowa podała dziewczynie smycz swojego psa wysadzaną małymi diamencikami, jak konsjerżka przypuszczała, prawdziwymi. Na głowie młoda dziedziczka wciąż miała zawinięty turban z ręcznika. Ubrana była niezobowiązująco, w biały T-shirt z jakimś nadrukiem i spodnie od dresu. Wszystko to z pozoru bardzo przypominało domowy, komfortowy strój. Nic bardziej mylnego. Gdy wieczorem trafi do hotelowego kosza na pranie, pewnie okaże się, że to, co z powodzeniem udawało domowy dresik przeciętnego Kowalskiego, to w rzeczywistości Prada albo Louis Vuitton.
- O której życzy sobie pani, by podać śniadanie? - zapytała, starając się, by ani jeden mięsień nie drgnął na jej twarzy, choć skacząca wokół niej Puf Puf właśnie nadepnęła jej łapą na stopę.
- Nie wiem... - Emma Addams westchnęła znudzona. - Może na dziewiątą? Puf Puf obudziła mnie za wcześnie...
- Na co ma pani ochotę?
- Ostatnio jestem na diecie wysokobiałkowej, dostosujcie się do tego, a tak to wszystko jedno.
Nel skłoniła się grzecznie i wyszła z apartamentu. Ruszyła do windy. W jednej ręce mocno ściskała smycz Puf Puf, drugą wyciągała z kieszeni telefon i sprawdzała, co się je, będąc na diecie wysokobiałkowej. Zanim jednak zdążyła to zrobić, zadzwoniono do niej z recepcji, że kurier właśnie przywiózł kwiaty do Apartamentu Królewskiego. Chcieli, żeby zeszła sprawdzić i pokwitować zamówienie.
- Trudno, powiedz mu, że musi zaczekać, albo sama pokwituj. Powinno być dokładnie pięćdziesiąt fioletowych kamelii. Tak było w riderze, który nam przysłali.
- Mam je policzyć? - spytała z niedowierzaniem Kasia.
- A chcesz odpowiadać, jeśli ktoś się pomylił i jest ich czterdzieści dziewięć?
Kasia westchnęła ciężko.
- Policzę.
Nel zabrała Puf Puf na dach, gdzie hotel miał własny ogród. Rozejrzała się i upewniła, że nikogo nie ma, zanim spuściła psa ze smyczy i pozwoliła mu trochę pobiegać. Na szczęście późną jesienią mało było wariatów, którzy zapuszczali się w to miejsce. Wzięła kilka głębokich oddechów. Choć w tym akurat momencie śnieg nie padał, wiatr był tu znacznie bardziej wyczuwalny niż na dole, a mróz szczypał w policzki. Pomyślała, że jeżeli postoi tu dłużej, będzie musiała pójść do łazienki poprawić włosy. Spojrzała na zegarek. Dobrze, już po ósmej. Wyciągnęła telefon i połączyła się z technikiem.
- Dzisiaj przyjeżdżają Silver Rats. Sprawdziłeś już salę prób?
- Tobie też dzień dobry, Nel. - Cyprian się zaśmiał. - Późno dziś dzwonisz, przecież już dwanaście po ósmej. Jestem tu od dwunastu minut, jak mogłaś zmarnować tyle czasu?
- Sprawdziłeś?
- Jeszcze nie.
- To sprawdź.
- Wszystko dla twoich Sreberek będzie na tip, top, Złotko.
- Mam nadzieję. O jedenastej klimatolodzy mają konferencję, sprawdziłeś wczoraj wszystko, mam nadzieję?
- Tak. I pamiętam, że mam być dostępny, gdyby sobie nie radzili.
- Super. Dziękuję. Ale spra...
- Tak, tobie też miłego dnia. - Cyprian rozłączył się, zanim zdążyła dokończyć.
Po drodze zahaczyła jeszcze o piętro dziesiąte, gdzie mieściła się jedna z hotelowych restauracji. Kameralna, posiadająca, jako jedyna w Poznaniu, dwie gwiazdki Michelin, była jednym z najbardziej znanych i najdroższych lokali w mieście. Na stolik czekało się tu nawet kilka miesięcy. W ostatniej chwili przypomniała sobie, że jest z nią Puf Puf. Emma Addams pewnie mogłaby wejść razem z psem, ale nie ona. Zadzwoniła na wewnętrzny numer restauracji i poprosiła, by ktoś z obsługi do niej wyszedł. Zjawił się akurat Paolo, poissonnier. Nie była pewna, czy skrzywił się na widok Nel, czy na widok Puf Puf.
- Gdzie mi z tym kundlem!? - mruknął.
- To żaden kundel. Ma lepszy rodowód niż ty i ja - odpowiedziała. - Pamiętacie, oczywiście, o wieczornej rezerwacji dla pani Addams, będzie jadła kolację z koleżankami.
- Wiemy, jak robić swoje - odwarknął. Ewidentnie nie był dziś w najlepszym humorze.
- Jasne, tylko pytam.
Była już w połowie korytarza, gdy jej się przypomniało. Szybko odwróciła się do poissonniera.
- Jest na diecie wysokobiałkowej.
Paolo przeklął po hiszpańsku i zawrócił do kuchni.
Zjechała do apartamentu. Ręcznik, który ich gościni jeszcze przed chwilą miała na głowie, teraz leżał na podłodze. Nel schyliła się, by go podnieść. Poskładała go, bardziej odruchowo niż świadomie.
- Pani Addams, oddaję Puf Puf.
Młoda kobieta wyszła z łazienki. Szczotkowała włosy, rozsiewając dookoła siebie mocny kwiatowy zapach.
- Niech na dziewiątą podstawią samochód.
- A śniadanie?
- Nie mam ochoty, może zjem coś na mieście.
- Rozumiem. - Nawet nie mrugnęła.
Klientka wcisnęła jej w ramiona kilka sukienek.
- Niech wyprasują mi to na wieczór. Nie wiem, na którą się zdecydować, poprzymierzam wszystkie.
- Oczywiście, jak sobie pani życzy.
- Ach, i chcę pójść do kina. Co grają?
- Pozwolę sobie odłożyć rzeczy, żeby sprawdzić. - Delikatnie umieściła naręcze ubrań na fotelu, starając się nie urazić klientki. Sięgnęła po telefon i odczytała dziedziczce imperium biżuteryjnego listę tytułów.
Emma Addams zastanawiała się przez chwilę.
- Dobra, proszę mi zarezerwować bilet na Wicked, poznałam kiedyś Arianę, przelotnie, tatuś pożyczał jej naszyjnik na jakąś galę Oscarów czy coś, ale dam jej zarobić.
- Wedle życzenia - odpowiedziała. - Bilet? - upewniła się. Nie pierwszy raz miała do czynienia z Emmą Addams.
Nie pomyliła się. Młoda kobieta wzdrygnęła się ostentacyjnie.
- Nie, oczywiście, że nie. Całą salę, idiotko! Przecież nie będę... Co za pomysł, też coś.
- Oczywiście. - Powieka nawet jej nie drgnęła, gdy dziesięć lat młodsza od niej dziewczyna nazwała ją idiotką. Nie pierwszyzna. - Czy coś jeszcze?
Emma Addams się zastanowiła.
- Na ten moment nie.
Pożegnała się. Chwyciła naręcze ubrań. Z windy zadzwoniła do kierowców, że jeden z nich ma o dziewiątej czekać na panią Addams. Potem zaniosła sukienki do wyprasowania. Zahaczyła o kuchnię, gdzie na chwilę przez dziewiątą dopilnowała, czy kolejne posiłki dla VIP-ów wyjeżdżają zgodnie z planem i skomponowane tak, jak życzyli sobie tego goście (państwo Anouilh nie tolerowali białych serwetek, pan Anouilh uważał je za pretensjonalne i drobnomieszczańskie, dlatego ich posiłkowi towarzyszyły serwetki w kolorze bordowym - czy też burdelowym, jak żartowała między sobą obsługa).
- Kwiaty? - zapytała Kasię.
- Pięćdziesiąt, ustawiają - obwieściła recepcjonistka.
Japoński zespół popowy Silver Rats miał się u nich zatrzymać na pięć dni kręcenia swojego teledysku (z jakiegoś powodu umyślili sobie, że zrobią to w poznańskim Zamku). Nel pojechała na szóste piętro do dwóch przygotowanych dla muzyków apartamentów i jeszcze raz upewniła się, czy wszystko jest zgodne z wytycznymi zawartymi w riderze, który ponad miesiąc wcześniej przekazał im menedżer zespołu. Sprawdziła kosze powitalne, kolor pościeli (życzono sobie jasnobłękitną i koniecznie satynową), ręczniki (czysta bawełna, wyznaczonej firmy - hotel musiał je zakupić specjalnie na tę okoliczność), ponadto na stole miał stać kosz owoców zawierający konkretnie trzy niezbyt dojrzałe mango, osiem kaki, liczi, truskawki, piętnaście gruszek. Na polecenie gości wymieniono też zasłony. Panowie życzyli sobie konkretnie ciemnozielone (podobno jeden z nich uwielbiał widok samego siebie na tle tego koloru, a był uzależniony od wrzucania swoich zdjęć na Instagrama średnio co godzinę).
Jeszcze z windy zaczęła rozmowę telefoniczną. Pracowała już tyle lat, że przywykła do telefonów, które na własny użytek z panem Michałem nazywali "dzień dobry, dzwonię do pani/pana w bardzo nietypowej sprawie".
- Dzień dobry, dzwonię z Hotelu Dominion, chciałabym zarezerwować u państwa prywatny seans Wicked na... - Zastanowiła się, znała już Emmę Addams. - Myślę, że sala powinna być dostępna od dziewiątej trzydzieści do czternastej.
Wysłuchała osoby po drugiej stronie.
- Nie, dobrze pani zrozumiała, całą salę, na seans prywatny, chcielibyśmy, żeby była dostępna przez pięć i pół godziny, a pokaz rozpoczniecie, kiedy przyjedzie nasza klientka. Tak, oczywiście, zaczekam...
Wysiadła z windy na trzecim piętrze. Weszła do sali przystosowanej do nagrań i występów. Wygląda na to, że Cyprian wykonał swoją robotę. Wszystko, co zostało zapisane w riderze, o ile się orientowała, a przez lata musiała się nauczyć orientować, było przygotowane. Opuściła pomieszczenie. Tym razem schodami, w końcu musiała dbać o wyrabianie kroków, hotel w umowach o pracę wymuszał, by ich pracownicy byli nie tylko kompetentni, ale też odpowiednio się prezentowali. Tak jak sądziła, melodyjka się skończyła, przełączono ją do kierownika. Powtórzyła swoją prośbę, ustaliła cenę. Umowa miała zostać przesłana w ciągu pół godziny, a zaliczka wpłacona piętnaście minut później. Oczywiście hotel obciąży panią Addams, ale co to dla niej tych parę groszy w tę czy we w tę. Podała swojego pracowniczego maila. Skręciła w odpowiedni załom korytarza, weszła do sali konferencyjnej. Super. Czyli tu też Cyprian wszystko załatwił. Odetchnęła, że przy kolejnych dwóch miejscach ze swojej listy będzie mogła postawić ptaszki. Uwielbiała stawiać ptaszki i patrzeć, jak poszerza się lista już wykonanych zadań. Choć czasami miała wrażenie, że w miejsce czegoś, co właśnie zrobiła, pojawiają się dwa nowe problemy do rozwiązania.
Nie zdążyła jednak wsunąć telefonu do kieszeni, bo w tym momencie zadzwonił. Kasia z recepcji poinformowała ją, że Szczury będą za piętnaście minut. Poszła więc po kwiaty, którymi hotel zamierzał przywitać zespół, i razem z kierownikiem piętra stanęła przed wejściem do budynku. To nic, że miała na sobie tylko hotelowy uniform, a na dworze było dziś minus siedem. Taka praca.
***
VIP-y zostały rozlokowane w swoich apartamentach. Emma Addams wyjechała z szoferem na zakupy i być może seans Wicked, chyba że się rozmyśli. Może jednak postanowi nie dawać zarobić Arianie, która przecież też nie dała za bardzo zarobić jej tatusiowi, jako że naszyjnik na Oscary tylko wypożyczyła. Spojrzała na zegarek. Dziesiąta dwadzieścia. Do spotkania z Weroniką Marią Tułodzińską w sprawie jej balu dla wolontariuszy zostały jeszcze dwie godziny i czterdzieści minut. W tym czasie uda jej się wykonać wiele telefonów. Dziś musiała załatwić prywatną wycieczkę po Poznaniu dla jednego z właścicieli sklepów odzieżowych, który akurat przejeżdżał przez Polskę, i bilety do teatru na Piękną i Bestię, bo takie było życzenie pewnego piłkarza i jego żony, którzy zatrzymają się w ich hotelu za dwa tygodnie. No cóż, "dzwonię do pana/pani w bardzo nietypowej sprawie". Nie zdążyła się dobrze rozsiąść, kiedy do jej stanowiska podeszła recepcjonistka Asia.
- Choinki przyjechały.
- Choinki przyjechały - powtórzyła. Przywołała na twarz uśmiech. - Już idę.
Weronika Maria Tułodzińska, która za dwa tygodnie miała urządzać u nich swój event, zażyczyła sobie bożonarodzeniowy wystrój. Główny menedżer hotelu w porozumieniu z dyrektorem uznali, że w takim razie zamówią wszystkie choinki, nie tylko te dla pani Tułodzińskiej, ale też te, które zwykle stawiano w różnych miejscach w hotelu - lobby, restauracjach, salach bankietowych i konferencyjnych, sali bilardowej i w bibliotece. Odbiór choinek i ich rozmieszczenie, po zatwierdzeniu przez dyrektora, nadzorowała jego prawa ręka, czyli główny menedżer, ona jednak musiała dopilnować, żeby dwanaście z nich trafiło do Sali Pałacowej, gdzie miał się odbyć event pani Tułodzińskiej. Po raz kolejny ruszyła na dwór bez kurtki.
Kiedy dotarła na miejsce, choinki wnoszono już do środka.
- Posłałaś kogoś po ozdoby? - zapytał Patryk.
W pierwszej chwili chciała odpowiedzieć, że to jego broszka, ale ugryzła się w język. Wiedziała, że nie ma sensu się kłócić. Nie z tym człowiekiem. Jak mawiał pan Michał, Patryk do perfekcji opanował wysługiwanie się innymi, a potem głośne krzyczenie: "To ja, ja to zrobiłem", bo jak uważał, "dobry menedżer jest od tego, żeby tak doskonale skoordynować zespół, żeby samemu nic nie zrobić, ale zgarnąć premię". Takie życie.
- Zaraz to zrobię.
Kolejne jodły kaukaskie ściągane były z samochodu dostawczego i wnoszone przez pracowników do budynku. Jak Nel zdążyła już zauważyć, Weronika Maria Tułodzińska nic nie robiła na pół gwizdka. Jeśli chciała na swoim przyjęciu choinkę, to nie jedną, a dwanaście, i nie jakąś tam pierwszą lepszą, a jak to ujęła, "pieprzoną jodłę kaukaską". Gdy wniesiono ostatnie z drzewek, Nel dopadła jednego z boyów hotelowych, ściągnęła go ze stanowiska i poprosiła, żeby zszedł do magazynku i przyniósł ozdoby choinkowe. Nie była pewna, czy nie trzeba będzie w tym roku dokupić dekoracji. W końcu czymś muszą przyozdobić te "pieprzone jodły kaukaskie". Sięgnęła po telefon i zadzwoniła do Jagi, ich etatowej projektantki wnętrz, która zajmowała się dekorowaniem sal na potrzeby przyjęć organizowanych przez klientów. Jeśli goście nie życzyli sobie własnego speca, hotel zapewniał Jagnę i ta wszystko ogarniała.
- Jagna, choinki przyjechały - poinformowała projektantkę. - Już wysłałam chłopaków po ozdoby. Przyniosą ci.
- Okej, idę, przy okazji podrzucę ci wizualizację dla Tułodzińskiej - odparła projektantka i zakończyła połączenie.
Kiedy Nel ponownie brała się do dzwonienia, zegar w lobby wybił kwadrans po dwunastej. Nie miała nic w ustach od momentu wyjścia z domu o piątej piętnaście.
O dwunastej czterdzieści pięć zajęła miejsce przy stoliku w jednej z mniejszych sal konferencyjnych. Przejrzała listę załatwionych spraw, by zdać relację z tego, co zostało zrobione. Włączyła laptop i ustawiła przygotowaną przez Jagę prezentację. Była dwunasta pięćdziesiąt pięć, kiedy gnąc się w ukłonach, Patryk wprowadził do sali Weronikę Marię Tułodzińską. Nel wstała na znak szacunku i lekko skłoniła się klientce. Słynąca z kontrowersyjnych strojów pani prezes tego dnia miała na sobie biało-granatową sukienkę, granica kolorów dokładnie po przekątnej. Do tego dopasowane szpilki - jedna biała, druga granatowa. Wokół szyi przewiązała biało-granatową apaszkę. Dziś jej złote włosy związane były w luźny warkocz. Na szyi miała swój nieodłączny naszyjnik z żyletek w dwóch kolorach złota - białym i żółtym.
Patryk poprosił Nel, by zdała relację z tego, co do tej pory zostało zrobione, więc zaprezentowała obojgu menu, które ustaliła wcześniej z kuchnią, wyjaśniła, że konferansjer również został już zamówiony.
- Wczoraj zadzwoniłam do firmy, która szykuje statuetki dla zwycięzców, przywiozą je za dwa dni. - Podała Weronice Marii Tułodzińskiej trzy rodzaje propozycji bukietów na stoły. - Proszę się na spokojnie zastanowić, którą kompozycję sobie pani życzy. Tutaj natomiast - zaprezentowała przygotowane wcześniej zestawy - mamy wzory serwetek i zastaw stołowych.
Weronika Maria Tułodzińska przejrzała dokładnie wszystko.
- To i to. - Postukała palcem w dwa komplety. Nel lubiła, że klientka jest osobą zdecydowaną. Szybko i pewnie mówiła, czego chce. Weronika Maria Tułodzińska wbiła w nią spojrzenie. Machinalnie, nauczona, co ma robić, niczym pies Pawłowa, rozciągnęła usta w uśmiechu.
- Pani to wszystko przygotowała? - zapytała prezes Tułodzińska.
- Oczywiście pod nadzorem naszego doskonałego konsjerża i przy współpracy innych zatrudnionych przez nas specjalistów - stwierdził Patryk, zanim Nel zdążyła się odezwać.
Weronika Maria Tułodzińska machnęła na Patryka ręką, jakby odganiała natrętną muchę.
- Może pan sobie iść.
- Słucham? - wyrwało się Patrykowi, ale szybko się opanował.
- Lubię pracować z ludźmi kompetentnymi i to właśnie dostałam, pan mi tu nie jest do niczego potrzebny. Spływaj pan, a sio! Jak będą wyglądać choinki?
Patryk wyniósł się z sali jak niepyszny. Nie podobało mu się to, ale i on znał zasady panujące w Dominionie. Klient nasz pan. Koniec i kropka. Wychodząc, uśmiechał się szeroko, choć w myślach pewnie właśnie zabijał Nel na kilka możliwych sposobów. Weronika Maria Tułodzińska śledziła go wzrokiem, a kiedy drzwi się za nim zamknęły, lekko wzruszyła ramionami.
- Nie lubię pracować z megalomanami - stwierdziła bez ogródek. - Moje własne ego czuje wtedy, że pomieszczenie jest dla niego za ciasne - dodała, oglądając swoje paznokcie.
Nel miała nadzieję, że udało jej się nie uśmiechnąć. Weronika Tułodzińska westchnęła ciężko.
- Nie podziękuje mi pani, że się go pozbyłam?
Nel wiedziała, że powinna odpowiedzieć: "Tak, oczywiście, bardzo dziękuję". Z jakiegoś jednak powodu spojrzała na tę piękną, bogatą kobietę, która urodziła się z diamentową łyżką w ustach, a bujana była w złotej kołysce, i odpowiedziała:
- Przecież sama pani powiedziała, że zrobiła to dla własnego ego, żeby było mu wygodnie. Co to ma wspólnego ze mną? Dlaczego mam dziękować?
Weronika Maria Tułodzińska zaśmiała się szczerze.
- No, kurwa, racja, tak powiedziałam - stwierdziła bez ogródek. - Myślę, że panią polubię. No dobrze, wracajmy do sprawy, czas to pieniądz, prawda? A ja lubię mieć dużo zarówno czasu, jak i pieniędzy.
Na koniec omówiły jeszcze to, co najtrudniejsze, czyli rozmieszczenie gości przy poszczególnych stołach. Weronika Maria Tułodzińska dokonała kilku poprawek w jej propozycjach i wreszcie spotkanie dobiegło końca. Prezes największej firmy deweloperskiej w Poznaniu, która odpowiadała również za rewitalizację ich hotelu, wstała i podała jej rękę.
- Zatem to wszystko, widzimy się na przyjęciu.
Uścisnęły sobie dłonie. Nel zjechała razem z prezes Tułodzińską na parter, wyszła z nią przed budynek dokładnie w momencie, kiedy boy hotelowy podstawił jej Lexusa. Ponieważ śnieg mocno padał, pilnujący drzwi portier natychmiast roztoczył nad deweloperką parasol i podprowadził ją do samochodu.
- Do widzenia, pani prezes - pożegnała ją po raz ostatni.
Weronika Maria Tułodzińska wsiadła do samochodu. Boy hotelowy już miał zamknąć za nią drzwi, ale ta wychyliła się jeszcze na chwilę.
- Przyślę pani sukienkę, szkoda byłoby, żeby pojawiła się pani na mojej imprezie ubrana jak... - Zmierzyła od góry do dołu jej pracowniczy uniform. - Jak nauczycielka w szkole z internatem. - Mrugnęła do niej, sama zatrzasnęła drzwi auta i włączyła się do ruchu na ulicy Święty Marcin, jednej z najbardziej rozpoznawalnych w Poznaniu.
Nel spojrzała na zegarek. Za dziesięć trzecia. A ona wciąż nie zjadła śniadania. Pozostało jej już tylko przekazać stanowisko pracy panu Michałowi, konsjerżowi, z którym ściśle współpracowała i którego była zastępczynią, i mogła iść do domu. Kiedy wróciła do lobby, strzepując z uniformu grube płatki śniegu, pan Michał był już na miejscu.
- Co nowego? - zagadnął wesoło jej przełożony.
Opadła na swoje krzesło i dyskretnie wyciągnęła nogi z obcasów. Poruszyła palcami.
- Po staremu - odpowiedziała uśmiechem na uśmiech. Zastanawiała się, czy uśmiechają się do siebie, ponieważ naprawdę się lubią, czy dlatego, że tak się przyzwyczaili, bo według polityki firmy po prostu należało ładnie się uśmiechać. Zawsze. Mimo wszystko. Cały czas. Zaczęła relacjonować przełożonemu dzień. Kiedy skończyła, starszy mężczyzna zagadnął wesoło:
- Pierwszy śnieg, co?
Westchnęła ciężko.
- Dojechał pan bez przeszkód czy zima znów zaskoczyła drogowców i miasto dalej jest równie sparaliżowane co rano?
- Lepiej uważaj, wracając - poradził. - Wciąż jest dość ślisko. Gdy będziesz na dworze, pomyśl życzenie.
- Co, dlaczego? - zdziwiła się.
- Pani Kim mi tak przed chwilą powiedziała, że życzenia wypowiedziane w dniu pierwszego śniegu się spełniają.
- Ach tak? - Zaśmiała się.
- Myślę, że nie zaszkodzi spróbować.
Włączyła komputer i uzupełniła plik dotyczący eventu pani prezes Weroniki Marii Tułodzińskiej. Teraz była już gotowa. Pan Michał zdążył zniknąć, bo przed piętnastą zaczynało się wydawanie większości obiadów dla VIP-ów do pokoi, więc pewnie sprawdzał, czy wszystko w porządku.
Westchnęła, wyłączyła komputer, wsunęła stopy w buty i ruszyła do windy. Wjechała na pierwsze piętro. Zabrała ubranie z szafki i poszła do toalety, żeby się przebrać. Na koniec stanęła przed lustrem i przeczesała ręką włosy. Była gotowa, żeby wracać do domu. Opuściła hotel tylnym wyjściem i tamtędy wróciła na Święty Marcin. W połowie ulicy skręciła na Gwarną, gdzie miała zamiar wsiąść w tramwaj, ale się rozmyśliła. Ponownie skręciła, tym razem we Fredry, i postanowiła pójść na przystanek autobusowy przy Zamku. Kiedy znalazła się naprzeciwko uniwersytetu, usłyszała muzykę. W parku na ławce siedział samotny gitarzysta. Zatrzymała się przy furtce prowadzącej między drzewa. Sięgnęła po portfel i przechodząc obok, wrzuciła chłopakowi dwie dychy do futerału. Chyba coś do niej powiedział, ale nie słuchała, bo spostrzegła, że na światłach stoi jej autobus. Puściła się ku niemu biegiem.
Kiedy wysiadła z autobusu, wciąż jeszcze padało. Przypomniały jej się słowa pana Michała. "Myślę, że nie zaszkodzi spróbować". Stała chwilę na przystanku, zastanawiając się, o co poprosić. Wyciągnęła dłoń przed siebie, a kiedy spadł na nią płatek śniegu, zapytała los:
- To co, ześlesz mi coś niezwykłego?
Potem musiała przyznać, że było to dość ryzykowne i bardzo nieokreślone życzenie. Czy mogła mieć zatem pretensje za wszystko, co stało się później? Póki co, niczego nieświadoma, powoli, by się nie przewrócić, ruszyła w stronę swojego domu. Kiedy zobaczyła zasypany chodnik, westchnęła w duchu. Bycie właścicielem posesji nie było takie znów do końca fajne. Ta myśl przypomniała jej, że musi zadzwonić do taty i zapytać, jak poszła rozmowa z ostatnim kandydatem na lokatora dołu. Zostawiła torebkę na schodach. Idąc do garażu po szuflę, zastanawiała się, dlaczego ojciec jest tak wybredny. Jej zdaniem ta para z niemowlakiem, która zgłosiła się... ojej, tak, to będzie już prawie dwa tygodnie temu, wydawała się całkiem sympatyczna.
Westchnęła i zabrała się do odśnieżania. Dopóki nie była właścicielką domu, nie miała pojęcia o tym, jakie opady śniegu potrafią być... upierdliwe. Jeśli ktoś przewróci się na odcinku chodnika przylegającym do jej działki - jej wina, bo odpowiednio nie zadbała o zabezpieczenie drogi, więc będzie musiała zapłacić poszkodowanemu. Ale zaparkować samochodu to już tam nie mogła, bo nie należał do niej, tylko do miasta. Paranoja, myślała, machając w zapamiętaniu szuflą. A najgorsze było to, i nie potrafiła tego przed sobą ukryć, że... to całe odśnieżanie nawet jej się podobało.
- Wariatka! - podsumowała głośno samą siebie.
Wreszcie skończyła. Odniosła szuflę i miotłę do garażu. Wróciła do domu. Wzięła prysznic, przebrała się w domowy dres. Zanim zrobiła sobie kolację, było już po siódmej. Niby miała przed sobą cały wieczór, ale wiedziała, jak to będzie. Zanim się obejrzy, znów nadejdzie czas wstawać do pracy. Z dnia na dzień to samo.
A śnieg za oknem wciąż padał.
Rozdział II
Tydzień z życia chłopaka
Kiedy wylądował na Ławicy, była piąta czterdzieści pięć. Miał lecieć ostatnim nocnym lotem, ale pogoda to uniemożliwiła, więc przenocował na lotnisku. Na szczęście puścili ich natychmiast w momencie zakończenia ciszy nocnej. Może to i lepiej. W tej chwili na lotnisku nie było dużego ruchu ani tłumów. Bez problemu przeszedł przez kontrolę, a potem odebrał swoją walizkę. Zgodnie z jego oczekiwaniami, kierowca z hotelu już czekał. Igor założył maseczkę i podszedł do niego.
- Pan Holenderski? - upewnił się kierowca. Kiedy wymawiał jego nazwisko, nawet powieka mu nie drgnęła. Pomyślał, że pracownicy hotelu muszą być przyzwyczajeni do różnych dziwactw klientów. Pan Holenderski. Damian pewnie uznał to za zabawne. On już niekoniecznie. Skinął głową. Na wszelki wypadek nie chciał za dużo rozmawiać z kierowcą, by nie zapamiętał jego głosu.
- Grypa - wychrypiał.
Kierowca skinął głową. Otworzył dla niego drzwi i wskazał mu miejsce. Wszyscy pracownicy brata mieli to do siebie. Emanowali spokojem w każdej sytuacji. Przypuszczał, że koło tego człowieka mogłoby wylądować w tym momencie UFO, a on w ogóle by nie zareagował. Nie drgnąłby ani jeden mięsień na jego kamiennej, niewyrażającej żadnych emocji twarzy.
- Witamy w Poznaniu, ufam, że miał pan spokojną podróż - powiedział szofer entuzjastycznym głosem, choć Igor był pewien, że mężczyźnie było naprawdę wszystko jedno, jak przebiegł jego lot. - Pozwoli pan, że wezmę walizkę.
Dość szybko przejechali przez pogrążony w mroku i powoli zasypywany świeżym śniegiem Poznań. Kierowca wysadził go tuż przed wejściem do hotelu. Igor jeszcze dobrze nie wysiadł, a już był przy nich boy, który przejął jego bagaż. Ruszyli ku wejściu. Portier uchylił dla nich drzwi. Dokładnie ten sam moment wybrała inna klientka hotelu. Widząc, że zablokowała go w drzwiach, rzuciła przepraszam w dwóch językach, lekko mu się ukłoniła i już jej nie było. Nie zdążył jej się nawet przyjrzeć.
Boy hotelowy dostarczył bagaże do pokoju. Gość dał chłopakowi napiwek i zamknął za nim drzwi. Dopiero wtedy zdjął maseczkę. Wziął szybki prysznic, a potem położył się na chwilę. Okazało się, że gdy się obudził, było już po pierwszej. Poczuł głód, ale postanowił nie zamawiać śniadania. Pamiętał, że naczelną zasadą hotelu było nie plotkować o gościach. I choć poza pracą wszyscy stosowali się do tej zasady bezwzględnie, wiedząc, że inaczej groziłoby to utratą zatrudnienia, a w najgorszym przypadku nawet procesem sądowym, to w granicach budynku pozwalali sobie na bardzo wiele. A to znaczyło, że naprawdę musiał bardzo, ale to bardzo uważać. Im mniej osób spotka, tym potem będzie łatwiej. Zadzwonił na komórkę brata, uprzedzając go, że zaraz przyjdzie. Bał się, by sekretarka go nie zatrzymała. Naprawdę, im mniej ludzi spotka w tym czasie, tym lepiej.
Damian czekał na niego w drzwiach na korytarz. Kiedy przechodzili przez sekretariat, rzucił swojej sekretarce, by przyszykowała im dwie kawy. Igor zajął miejsce przy stoliku dla gości. Maseczkę zdjął dopiero po tym, jak sekretarka weszła z kawą, rozstawiła filiżanki, a potem dyskretnie wyszła. Starszy brat uściskał go krótko i chłodno, bardzo formalnie. Raczej dlatego, że uznał, że tak trzeba, niż dlatego, że naprawdę miał na to ochotę. Potem siadł na kanapie, rozpiął guzik marynarki i pokiwał głową w zamyśleniu.
- Nagrałeś się już? Jesteś gotowy współtworzyć rodzinny interes? - zapytał, biorąc do rąk swoją filiżankę. - Byłem naprawdę zaskoczony, kiedy rodzice pozwolili ci zrobić sobie przerwę na Amsterdam.
Igor powstrzymał się, by nie przewrócić oczami. Jakoś nie potrafił przywyknąć, że cała rodzina deprecjonowała jego pasję. Studia muzyczne w Konserwatorium w Amsterdamie, jednej z najlepszych uczelni w Europie, były w oczach familii Dominowiczów wakacjami, które zrobił sobie od życia, przed dołączeniem do biznesu.
- Pytasz, czy jestem gotowy, żeby dla ciebie pracować?
Damian westchnął.
- Naprawdę nie zrezygnujesz z tego kretyńskiego pomysłu? Myślałem o otwarciu nowego hotelu w Kotlinie Kłodzkiej, może w Szklarskiej Porębie, jeszcze nie wiem na pewno, rozglądamy się za ziemią. Chętnie bym się tam przeniósł, żeby wszystkiego dopilnować, a twój upór tylko mnie wstrzymuje. Ja pojechałbym tam, ty zająłbyś się wszystkim tutaj - przekonywał.
- Okej, za pół roku. W czerwcu.
Damian znów jedynie westchnął, ale zanim zdążył coś powiedzieć, do jego gabinetu wparował wysoki, tyczkowaty gość o czerwonej twarzy. Igor szybko założył maseczkę.
- Wyrzuciła mnie, wyobrażasz sobie?! - wrzasnął.
Jego brat uniósł brwi.
- Kto cię wyrzucił? - zapytał.
- Ta sekutnica! - pieklił się mężczyzna. - Kurwa!
- To kurwa czy sekutnica? I kogo masz na myśli?
- Tułodzińska... A nie, przepraszam, pani prezes Weronika Maria Tułodzińska - stwierdził prześmiewczym tonem mężczyzna o czerwonej z wściekłości twarzy. - Jakby nie wiedziała, że nie takich ludzi tu gościmy!
"Było nie było, jej ojciec pomógł zaprojektować ten hotel", pomyślał Igor.
- A ona do mnie "a sio!", dosłownie tak powiedziała. "A sio"! Wyobrażasz sobie?
"I pewnie miała rację".
- Co za babsztyl. Nie znoszę... kurwa!
Damian po raz kolejny tego dnia ciężko westchnął. Ciekawe, czy to już był jego nawyk.
- Przecież nie od dziś wiadomo, że córka Tułodzińskiego ma temperament. Pewnie dlatego niedawno zostawił ją kolejny facet. Może z tego powodu jest wyjątkowo drażliwa. Zaraz... - Zmarszczył brwi. - To kto zajmuje się tym jej przyjęciem?
- No jak to kto?! Popychadło. Się dobrały dwa nieznośne pawiany. Zawsze ci mówiłem, ona jak nic sypia z Michałem.
Brat Igora parsknął.
- Przecież on jest na kilka miesięcy przed emeryturą.
- A co to szkodzi? Mówię ci, on ją puka.
- Kondycyjnie by nie dał rady. Poza tym taki kit to wciskaj innym, nie mnie. Nie zapominaj, że... - Popatrzył na Igora przelotnie i chyba ugryzł się w język w ostatniej chwili. - Ja akurat znam prawdę.
Igor się zastanowił. Czyżby mówili o konsjerżu Michale? Pamiętał go... Ściśle współpracował z ich ojcem. To tata go zatrudnił. Kiedy ojciec zarządzał hotelem, Michał był jego prawą ręką. Kimś takim jak Patryk dla Damiana. Po tym, jak to Damian przejął hotel, Michał wycofał się do roli konsjerża, twierdząc, że chce tu doczekać emerytury, ale hotelem powinni kierować młodzi. Taktownie zrobił miejsce, by Damian sam mógł wybrać sobie zastępcę. Patrząc na Patryka ciskającego się po gabinecie tylko dlatego, że kobieta nadepnęła mu na odcisk (bo jak przypuszczał, to właśnie z nim miał do czynienia), Igor zastanawiał się, co też kierowało jego bratem, że wybrał sobie akurat takiego człowieka. Kim natomiast było Popychadło, o którym mówili, nie miał zielonego pojęcia. Będzie się musiał wiele nauczyć o stosunkach panujących w hotelu.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej