ABRAHAM
Bernie Travis odsunął laptop. Wyprężył się w wiklinowym fotelu, z ulgą prostując nogi. Sięgnął po szklany dzbanek i nalał do kubka kolejną porcję zimnej herbaty z cytryną. Nawet tutaj, w cieniu werandy, upał wydawał się nie do zniesienia. Na szczęście, jak w żadnym innym roku, wczesną wiosną - znacznie wcześniej niż zwykle - spadły ulewne deszcze i rowy nawadniające były pełne po brzegi.
Będą obfite zbiory, pomyślał Bernie i uśmiechnął się z zadowoleniem, choć zarabiał na życie piórem. Pisał wiersze, eseje i artykuły do gazet, tworząc dla czystej przyjemności. Drukowano je, bo potrafił pisać naprawdę ciekawie i na przyzwoitym poziomie. Był dobrze sytuowany i mógł sobie pozwolić na robienie tego, co lubi. Pod tym względem zaliczał się do nielicznych szczęśliwców w mieście.
Zerknął na rozgrzane płyty chodnika biegnącego wzdłuż szarej nawierzchni jezdni. Od dawna maj nie przynosił takich upałów jak w tym roku. Travis pomachał ręką Hankowi Willisowi, który przejechał środkiem ulicy swoją starą furgonetką, trąbiąc na psy baraszkujące przy krawężniku.
Bernie łyknął herbaty, przysunął laptop i spojrzał na tekst. Pracował obecnie nad monografią miasta. Kiedy wpadł na ten pomysł, nie miał pojęcia, jak wiele pracy będzie musiał włożyć w swoje przedsięwzięcie. Niby nic wielkiego - małe miasteczko jakich tysiące, a jednak gromadząc materiały, udało mu się znaleźć niezmiernie mało szczegółów. Co gorsza, niektóre fakty zaprzeczały innym. Na szczęście Bernard Travis zaliczał się do ludzi konsekwentnych, żeby nie powiedzieć - upartych. Zbierał wszelkie informacje. Rozmawiał z mieszkańcami, szczególnie ze starszego pokolenia, skorzystał też z pomocy Ruth Novak, trzydziestopięcioletniej wdowy po Harrym Novaku, który trzy lata temu nie zachował ostrożności podczas obsługi sieczkarni i przeniósł się do lepszego świata. Mieli niewielkie gospodarstwo, którym Harry zajmował się sam. Ruth prowadziła miejską bibliotekę i dorabiała, ucząc na pół etatu geografii w miejscowej szkole elementarnej. Po śmierci męża sprzedała ziemię sąsiadom, pozostawiając sobie jedynie dom z małym ogródkiem.
Miła, sympatyczna blondynka, z pogodą znosząca samotność (nie mieli dzieci), okazała Berniemu wiele życzliwości i pomocy. W bibliotece były wszystkie numery miejscowej gazety, a także kilkanaście roczników prasy z Alliance i Scottsbluff oraz geograficznego miesięcznika wydawanego w Lincoln. Większość informacji Travis uzyskał dzięki prasie. Pozostała część jego wiedzy opierała się na rozmowach ze starszymi ludźmi. Udało mu się ustalić kilka faktów mających autentyczną wartość. W jednym z numerów miesięcznika z Lincoln natrafił na artykuł profesora Crafta z University of Nebraska. Artykuł zawierał akapit poświęcony kolonizacji zachodniej Nebraski.
Travis próbował skontaktować się z profesorem, lecz okazało się, że Craft umarł cztery lata temu - wiosną dziewięćdziesiątego szóstego. Bernie musiał zadowolić się wzmianką w miesięczniku. Na szczęście była dość obszerna, odnalazł w niej parę szczegółów, które - po nadaniu im odpowiedniej formy - mógł umieścić w monografii.
***
W pierwszej połowie dziewiętnastego stulecia w miejscu obecnego Abraham mieszkało zaledwie kilkanaście rodzin osadników pochodzenia niemieckiego. Walczyli z niegościnną ziemią, brakiem narzędzi, budulca na domy (na obszarze stanu, który wtedy stanowił połączone Terytorium Kansas i Nebraski, prawie nie ma naturalnych lasów), ale nie zamierzali rezygnować. Niektórzy wybudowali prymitywne domy z kostek darni - osobliwość, która wielu mieszkańcom stanu przyniosła miano sod busters, "poskramiaczy darni". Niewiele więcej udało się Berniemu wyczytać na ich temat. Sytuacja osadników zmieniła się dopiero w roku 1867, dwa lata po zakończeniu wojny secesyjnej. Właśnie wtedy Nebraska została uznana za trzydziesty siódmy stan Unii, a stolicę przeniesiono z Omaha do Lincoln. Rok później po raz pierwszy pojawiło się w zapiskach nazwisko Jonathana Abrahama.
Abraham pochodził z południowej Pensylwanii. Był nauczycielem gimnazjum w Gettysburgu. Wraz z żoną i dwoma synami uprawiał niewielki kawałek roli na małej farmie kilkanaście mil na zachód od miasta. Nie musieli się szarpać - Betsy Abraham dziedziczyła spory spadek po rodzicach. Wkrótce po wybuchu wojny Jonathan zaciągnął się do wojsk Unii. W 1863 w stopniu kapitana walczył w Armii Potomaku pod dowództwem generała Meade'a. Kiedy pod koniec czerwca wojska Konfederacji maszerowały w stronę Gettysburga, Abraham pisał do żony; "Najdroższa! Niebawem czeka nas walka. Przeniesiono mnie do trzeciego korpusu generała Hancocka. To doskonały dowódca, toteż mam nadzieję, że już wkrótce się zobaczymy. Musimy tylko zniszczyć buntowników, na co liczę. Niech Bóg ma w opiece Ciebie i naszych chłopców...".
Pisząc te słowa, nie wiedział, że jego Betsy nie żyje. Konfederacki zwiad należący do kawalerii Jeba Stuarta trafił na domostwo Abrahamów rankiem dwudziestego siódmego czerwca. Trzej kawalerzyści spod sztandaru Dixie byli głodni - głodni i wściekli. O świcie próbowali zdobyć prowiant w leżącej kilkanaście mil na zachód dużej farmie George'a Harpera, lecz choć właściciel wstąpił do armii razem z Abrahamem, pozostawił u boku żony dorosłego syna oraz pięciu najemnych robotników, którzy potrafili posługiwać się bronią.
Pierwszą ofiarą strzelaniny, jaka wywiązała się pomiędzy Południowcami a obrońcami farmy, był dowodzący oddziałkiem sierżant. Trafiony w głowę, spadł z konia, zaczepiając butem o strzemię. Spłoszony wierzchowiec pomknął w pole, wlokąc za sobą trupa. Chwilę później z kulbaki osunął się kolejny jeździec. Pozostała trójka zawróciła konie i pognała na wschód, żegnana świstem kul i odgłosami palby. Teraz dyszeli żądzą odwetu.
Betsy Abraham, córka szkockich emigrantów, podbiegła do okna, chwytając ze stojaka wysłużony karabin. Zobaczyła przed domem trzech jeźdźców i rozpoznała mundury Konfederacji. Odwróciła się do synów. Czternastoletni Joe i o rok młodszy Tommy stali w progu kuchni.
- Ruszcie się, chłopcy! - krzyknęła. - Przez kuchenne okno do sadu! Już was nie ma! - wrzasnęła, widząc, że dwaj kawalerzyści zeskoczyli z wierzchowców.
Chłopcy posłuchali z pewnym ociąganiem.
- Szybciej! - przynagliła i wyszła na werandę, trzymając w rękach nabity karabin. W tej samej chwili z małej przybudówki, łączącej się ze stodołą, wysunął się Smokey, czarny zbieg z północnej Wirginii, obecnie wolny pracownik, który dotarł na ich farmę cztery lata temu. Trzymał w ręku widły. Żołnierzom to w zupełności wystarczyło. Padły strzały. Murzyn okręcił się na pięcie i runął na ziemię. Sekundę później karabinowy pocisk trafił Betsy prosto w serce. Osunęła się na karabin, z którego nie zdążyła wystrzelić.
Chłopcami zaopiekowała się rodzina Taggardów z pobliskiej farmy.
Jonathan Abraham przeżył zawieruchę wojenną. Powrócił do domu jako major w lipcu 1865 - trzy miesiące po podpisaniu kapitulacji Południa przez generała Roberta Lee. Wraz z nim wrócił kapitan George Harper, sąsiad i przyjaciel Jonathana.
Abraham zastał pusty dom. O śmierci żony wiedział od dawna. Tragiczna wiadomość przyszła w liście od Luizy Harper, który dotarł do ich jednostki dwa dni po krwawej bitwie pod Gettysburgiem. Bitwa ta zmieniła losy wojny. A także losy tysięcy amerykańskich rodzin.
Grób Betsy znajdował się za domem, na skraju sadu. Tam pochowali ją sąsiedzi. Kilka jardów dalej usypano mogiłę Smokeya. Major Abraham spędził na tym małym cmentarzyku wiele samotnych godzin. Jedyną pociechę stanowił fakt, że obydwaj synowie byli cali i zdrowi. Joe urósł od czasu rozstania z ojcem niemal trzy cale. Tommy niewiele mu ustępował wzrostem.
Jonathan Abraham nie potrafił pogodzić się ze stratą żony, choć podczas wojny widok brutalnej śmierci towarzyszył mu na co dzień. Wytrzymał trzy lata - długie, beznadziejne trzy lata.
Wiosną sześćdziesiątego ósmego opuścił rodzinne strony, ruszając na zachód w poszukiwaniu miejsca na osiedlenie, gdzie nie musiałby patrzeć każdego dnia na własne podwórze jak na arenę śmierci i klęski. W wędrówce towarzyszyli mu Harperowie i kilkanaście rodzin, które podobnie jak on straciły swoich najbliższych i podobnie jak on czuły w sobie siłę pionierskiego ducha.
Po znojnej wędrówce zatrzymali wozy w zachodniej części niedawno powstałego stanu Nebraska, w niewielkiej osadzie rolników, głównie niemieckiego pochodzenia, którzy przyjęli ich przychylnie. Ziemię można było dostać niemal za darmo.
Właśnie wtedy, późną wiosną 1868, w głowie Jonathana zaświtała myśl, że okolica doskonale nadaje się pod budowę miasteczka. Abraham był człowiekiem wykształconym o niezwykle silnej osobowości, której miarą był nie tylko śmiały, wizjonerski pomysł, lecz także fakt, że potrafił zarazić swoim entuzjazmem całą niewielką społeczność.
***
Bernard Travis nie znał szczegółów z przeszłości Abrahama. Wiedział jedynie, że założyciel miasta przywędrował z grupą osadników z Pensylwanii oraz że dzięki niemu powstało małe, lecz dynamicznie rozrastające się miasteczko. Trafił na jeszcze jeden fakt podkreślający wyjątkowość tej postaci. Wkrótce po zakupie za symboliczną cenę ogromnych połaci gruntów, jeszcze podczas sporządzania projektów dotyczących lokalizacji i obszaru powstającego miasta, Abraham sprowadził z Dakoty Południowej mnóstwo sadzonek drzew - zarówno iglastych, jak i liściastych. Bez trudu uzyskał odpowiednie subsydia od władz nowo powstałego stanu. Dotychczas Nebraska była krajem prerii. Większość dzisiejszych lasów została posadzona.
Jonathan Abraham jako jeden z pierwszych rozumiał potrzebę sadzenia drzew. Zalesił siedem tysięcy akrów na południe od granic powstającego miasta, rezygnując z części swoich prywatnych gruntów (George Harper zajął tereny nieco na północ, granice jego posiadłości sięgały górzystych obszarów północnego zachodu). Obecnie na południowych krańcach Abraham rośnie bujny las, osłaniający okolicę przed porywistymi wiatrami. Korzystając ze sporego potoku, przecinającego równinę z zachodu na wschód, niemal równolegle do odległej rzeki North Platte River, Jonathan zainicjował prace irygacyjne. Ziemia nie była zła, tylko brakowało jej wody. Zanim dzięki studniom głębinowym stworzono stanowy program nawadniający tereny wyżynne, stanowiące zachodnią część Nebraski, farmy otaczające miasteczko miały już sporą część problemu za sobą. Dzisiaj, podobnie jak na większości rolniczych terenów stanu, w okolicach Abraham królują wielkie obrotowe deszczownie czerpiące wodę z głębinowych ujęć ogromnego podziemnego jeziora Ogallala, lecz wśród mieszkańców miasteczka nadal żyje pamięć o pionierskich przedsięwzięciach przybysza z Pensylwanii.
***
Bernie z wyraźną ulgą zamknął laptop. Sięgnął po papierosa i srebrną zapalniczkę.
Abraham... - pomyślał, zaciągając się dymem. Abraham na cześć Lincolna czy majora Jonathana Abrahama?
Nie znalazł żadnej wzmianki na temat pochodzenia nazwy miasta. Trochę go to irytowało. Taka informacja mogła być mocnym punktem monografii. Najgorszy jednak był brak jakiejkolwiek wiedzy o śmierci Jonathana. Jego nazwisko przestało nagle pojawiać się w zapiskach. Zniknęły też ślady jego potomków, choć bez trudu trafił na ich dane osobowe. Podobno mieszkali gdzieś na wschodzie, ale nikt nie wiedział dokładnie gdzie. Obszar ogromnego rancza pozostał bezludny (Jonathan nie sprzedał gruntów) i rozciągał się na zachód od miasta. Po zabudowaniach pozostały resztki drewna i cegieł, a pola uprawne powróciły do pierwotnego stanu, tworząc szumiący trawami pas prerii.
- Do diabła! - zaklął Travis. Zmarszczył brwi. Jakim cudem potomkowie Harpera, który miał tylko jednego syna, byli obecnie najpotężniejszym klanem w Abraham (starszy z dwóch synów Ernesta, prawnuka pioniera z Pensylwanii, piastował godność burmistrza; młodszy, wspomagany przez ojca, prowadził interesy rodziny), a Winston i Anette, praprawnukowie Jonathana, wyjechali, rozpływając się niczym widma? Pozostały po nich kopie akt własności złożone w magistracie i wpisy w księgach wieczystych.
Bernie czuł, że czeka go długa, siermiężna praca. Westchnął głęboko. Poczuł w nozdrzach woń rozgrzanych ziół i słodki, ledwie uchwytny zapach sosnowych igieł niesiony z lekkimi podmuchami południowego wiatru. Postanowił dać sobie spokój na resztę dnia.
Ulicą przejechał kolejny samochód, zdążający w stronę niewielkiego, lecz nowoczesnego centrum handlowego, zbudowanego w 1993. Stanowiło chlubę mieszkańców.
Bernie westchnął ponownie, gasząc papierosa. Uśmiechnął się na myśl, że wieczorem wypije kawę mrożoną u Ruth, z którą ostatnio spotykał się coraz częściej. Przez chwilę się zastanawiał, czy nie wróży to czegoś poważniejszego.
- Stary idiota! - parsknął śmiechem, klepiąc się dłonią w czoło.
***
Pół godziny później wsiadł do swojego chryslera i wybrał się na zakupy. Kiedy otwierał garaż, z przyzwyczajenia zerknął ku północy - za przedmieścia Abraham, na górujące nad równiną wysokie, dość strome kamieniste wzniesienie. Często wspinał się krętą ścieżką na szczyt. Lubił posiedzieć tam trochę, słuchając szmeru rzadkiej, kępiastej trawy, palić papierosy i rozmyślać.
Z wierzchołka widać było olbrzymie ranczo hodowlane Harperów. Miejscowi bogacze zajęli najbardziej urodzajne tereny, na północ od miasta.
Abraham, położone po przeciwnej stronie wzgórza, było ze szczytu doskonale widoczne. Ciągnęło się blisko pięć mil na południe, aż do sinoszmaragdowej wstęgi lasów. Zajmowało spory obszar, choć liczyło niewiele więcej niż tysiąc dwustu mieszkańców. Przeważającą część społeczności stanowiły rodziny drobnych farmerów i pracowników rolnych zatrudnionych u Harperów. Licząc razem, było to jakieś dwieście pięćdziesiąt rodzinnych gospodarstw. Resztę stanowili ludzie wolnego stanu. Bernie Travis także zaliczał się do tej "reszty".
Miasto miało podłużny, nieco owalny kształt. Dwie główne ulice prowadziły z północy na południe. Były to First North Street i Second North Street. Pomiędzy nimi mieściło się centrum, ulokowane w południowej części Abraham, a nieco bliżej - niewielki park otaczający rynek z ratuszem, który w niczym nie przypominał strzelistej sylwetki ratusza w Lincoln. Wymurowany z ciemnoczerwonej cegły, poprzecinany konstrukcją brunatnych belek, lśniący szeregiem błękitnawych szyb - prezentował się gustownie i ciepło. Oddawał atmosferę miasteczka. Kawałek dalej, przy tym samym placu mieściło się biuro szeryfa.
Po obydwu stronach First i Second - jak w skrócie nazywano dwie główne ulice - wznosiły się budynki urzędu pocztowego oraz niewielkiego, lecz świetnie wyposażonego punktu medycznego, dumnie zwanego przez mieszkańców szpitalem. Stały tu także domy bogatszych farmerów. Abraham - choć niewielkie - nie należało do najuboższych miasteczek stanu.
Szkoła elementarna i gimnazjum rozlokowały się na zachód od First North, pomiędzy przecznicami Jackson Street i Union Avenue. Ta ostatnia skupiała kilka miejscowych lokali gastronomicznych, mały hotelik, punkt z burgerami i słodyczami oraz miejską bibliotekę, za którą skręcała szerokim łukiem, przecinając zygzakiem zachodnie przedmieścia - zwane, nie wiadomo dlaczego, Deadly Grounds.
First i Second North omijały od wschodu ranczo Harperów, łącząc się nieco dalej w przyzwoitą, szeroką jednopasmówkę prowadzącą w kierunku Fort Robinson State Park, a dalej - do granicy z Dakotą Południową.
Na południowym krańcu Abraham obydwie arterie skręcały łagodnym zakolem nieco na wschód, okrążając lasy, by po kilku milach się połączyć w wygodną dojazdówkę prowadzącą do odległej dwudziestkiszóstki.
Przecznice na wschód od Second North dzieliły na małe kwartały osiedle robotników rolnych, wpadając do szerokiego odcinka lokalnej drogi kończącej się przy zakładzie mięsnym. Tuż za nim leżała stacyjka, z której codziennie odstawiano taborem towarowym gotowe produkty do Mitchell i Gering. Z sąsiedniego przystanku miejscowym autobusem kilka razy w ciągu doby można było dojechać do Scottsbluff, gdzie zatrzymywały się dalekobieżne amtraki zdążające na wschód, do Omaha i Lincoln, lub na południowy zachód do Denver w Kolorado.
Stacja paliw mieściła się na północnym krańcu Second North. W tym obszarze znajdowały się także dwa z trzech działających warsztatów mechanicznych. Trzeci - należący do Jima Seagrowe'a - był w południowo-zachodniej dzielnicy, przy William Cody Street. Pomimo znacznie gorszej lokalizacji jego właściciel nie narzekał na brak klientów. Stary Jim, jak nazywali go sąsiedzi, znał się na swoim rzemiośle. Nie musiał się martwić o utrzymanie swojej sześcioosobowej rodziny. Miał zaledwie trzydzieści dwa lata i przezwisko "stary" było jedynie osobliwym przejawem szacunku, jakim się cieszył.
Na południowym krańcu miasteczka, nieco na zachód od Second North, mieścił się ładnie utrzymany cmentarz, a tuż przy nim - dom pogrzebowy Neda Smitha.
Miasto miało dwa kościoły: luterański, przy Debbon Street, w bezpośredniej bliskości lasu i cmentarza, oraz świątynię baptystów w północno-zachodniej dzielnicy, naprzeciwko Gedeon Park, niecałą milę od domu Berniego.
Jak na tak małą miejscowość, Abraham było doskonale zorganizowanym miastem o ciekawej, malowniczej zabudowie tonącej w bujnej zieleni. Władze kierowały się rozsądkiem i wyobraźnią, każdy musiał to przyznać.
Wszystkie budynki użyteczności publicznej oraz część mieszkalnych - zwłaszcza w centrum i wschodniej części miasta - wzniesiono z cegieł. Zachodnie Abraham stanowiło bardziej zróżnicowaną zabudowę. Sporo było tutaj drewnianych parterówek (Bernie także mieszkał w takiej), choć zdarzały się budynki ceglane. Domy były częściowo podpiwniczone, a jeśli nie - zwykle w bezpośredniej bliskości na każdym podwórku istniał wykopany, obmurowany cegłą lub wybetonowany schron zaopatrzony w stalową klapę osadzoną na solidnych zawiasach.
Tornado, które przeszło przez Abraham w 1953, położyło pokotem wschodni kraniec lasu i zrównało z ziemią kilka baraków we wschodniej dzielnicy, zrywając dachy z większości budynków stojących na drodze gigantycznego leja. Było najsilniejsze dotychczas, na szczęście nie przekroczyło trójki w oficjalnej sześciostopniowej skali.
Farmerzy nie lekceważyli tych zjawisk. W pięćdziesiątym trzecim zginęło sześć osób. Dzięki Bogu wielkie, śmiercionośne trąby zwykle mijały miasto, przetaczając się nieco na wschód w swej niszczycielskiej wędrówce z południa na północ. Każdego roku słyszeli grzmot przypominający start odrzutowca, ale zwykle, choć nie zawsze, kończyło się na strachu. Tornada dokonywały spustoszeń w uprawach pszenicy, której produkcją zajmowało się kilkudziesięciu farmerów, ale wszyscy posiadali standardowe ubezpieczenie od szkód poniesionych na skutek niszczycielskiej siły natury. Program ubezpieczeń obejmował obligatoryjnie cały wielomilowy pas od Teksasu do Dakoty Południowej i stanowił część kompleksowych działań Waszyngtonu prowadzonych na rzecz amerykańskiego rolnictwa oraz produkcji zwierzęcej.
***
Jadąc w stronę centrum, Bernie pozdrowił Maxa Burtona, listonosza, który pedałował na swoim rowerze, zatrzymując się przed posesjami i wsuwając przesyłki do tradycyjnych metalowych skrzynek przed furtkami. Listy czy gazety wyciągał z wielkiej skórzanej torby, którą woził w drucianym koszu przytwierdzonym do bagażnika roweru. Na sam widok robiło się człowiekowi cieplej na sercu. Było to tak, jak gdybyś oglądał żywy obrazek z życia starej dobrej Ameryki.
Także tutaj - w Abraham - każdy pies uważał za swój obowiązek gruntownie obszczekać Maxa, choć nie zdarzyło się, żeby listonosz został pogryziony.
Kiedy nadjechał wóz Berniego, Max wyjmował właśnie z torby grubą szarą kopertę, stojąc przed furtką Cooderów, a za sztachetami białego parkanu szalał cocker spaniel Bruno.
- Uważaj na tego lwa, Max! - krzyknął przez opuszczoną szybę Bernie i zarechotał, słysząc za sobą wzmożone ujadanie.
Polecony, myślał, skręcając w wąską Ezaw Street, lewą odnogę obsadzoną jaworami, która prowadziła do First North. Poprzez rozłożyste gałęzie mijanych drzew do wnętrza samochodu wpadały złociste promienie słońca. Bernie Travis westchnął z rozkoszą. Po raz nie wiadomo który pomyślał, że życie w takim miasteczku jak Abraham to coś więcej niż szczęśliwa wygrana na loterii. To miasto żyło, a on doskonale czuł rytm tego życia, lecz jeszcze mocniej odczuwał atmosferę jakiegoś wszechobecnego spokoju.
Jadąc pod baldachimem zieleni ocieniającej Ezaw Street, miał nadzieję, że ten spokój nigdy się nie skończy - że będzie trwał wiecznie.