Małe kobietki wersja ilustrowana - Louisa May Alcott

Kup ebooka

44.90 zł
38.61 zł (32,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ilia­da, czy­li Pie­śń o Troi (Ilio­nie) - opo­wie­ść o woj­nie tro­ja­ńskiej.

Ho­mer, któ­re­mu tra­dy­cja przy­pi­su­je au­tor­stwo Ilia­dy, jest po­sta­cią oto­czo­ną le­gen­da­mi. Już Gre­cy okre­su kla­sycz­ne­go i hel­le­ni­stycz­ne­go nie mie­li o nim pew­nych wia­do­mo­ści - ist­nia­ło wie­le po­glądów co do miej­sca jego na­ro­dzin i ży­cia, przy czym naj­częściej wy­mie­nia­no - Ita­kę, Smyr­nę, Py­los, Ar­gos, Ko­lo­fon, Ate­ny i Chios.

Ilia­da jako naj­star­szy i za­ra­zem bar­dzo ob­szer­ny grec­ki do­ku­ment pi­sa­ny jest jed­nym z naj­wa­żniej­szych źró­deł w dzie­jach sta­ro­żyt­nej Gre­cji. Za­war­te w niej mity za­wie­ra­ją wspo­mnie­nia wy­da­rzeń hi­sto­rycz­nych, a przed­sta­wio­ne przez nią szcze­gó­ło­we opi­sy ży­cia Acha­jów i Tro­ja­ńczy­ków sta­no­wią prze­bo­ga­ty ma­te­riał.

Epos obej­mu­je okres oko­ło 49 dni z dzie­si­ąte­go - ostat­nie­go roku woj­ny tro­ja­ńskiej.

Gniew Achil­la, bo­gi­ni, głoś, ob­fi­ty w szko­dy... - tak roz­po­czy­na się Ilia­da, któ­rej głów­nym mo­ty­wem jest opo­wie­ść o tym, jak naj­wi­ęk­szy grec­ki wo­jow­nik Achil­les w gnie­wie po­rzu­ca wal­kę z Tro­ja­ńczy­ka­mi.

Achil­les pro­si swo­ją mat­kę Te­ty­dę, by ubła­ga­ła Zeu­sa, by ten po­mó­gł Tro­ja­ńczy­kom, a tym sa­mym za­szko­dził Acha­jom. Zeus zsy­ła Aga­mem­no­no­wi sen ma­jący go skło­nić do sztur­mu na Tro­ję. Jed­nak wódz chce to zro­bić pod­stępem, uda­jąc wy­co­fa­nie swo­ich wojsk. Do­cho­dzi do bi­twy...

.

Epos grec­ki, opar­ty na an­tycz­nej ust­nej tra­dy­cji epic­kiej i śpie­wa­ny przez Ho­me­ra wier­szem (tzw. hek­sa­me­trem). Skła­da się z 24 pie­śni. Pierw­sze po­świ­ęco­ne są wędrów­ce Te­le­ma­cha, syna Ody­se­usza, któ­re­mu z ko­lei po­świ­ęco­ne są po­zo­sta­łe ksi­ęgi.

Ody­se­ja za­czy­na się po za­ko­ńcze­niu dzie­si­ęcio­let­niej woj­ny tro­ja­ńskiej. Ody­se­usz ci­ągle nie wra­ca z woj­ny do domu. Jego syn Te­le­mach ma 20 lat i dzie­li dom z mat­ką Pe­ne­lo­pą. W ich sie­dzi­bie prze­by­wa też 108 na­tar­czy­wych za­lot­ni­ków, ubie­ga­jących się o rękę Pe­ne­lo­py (i zwi­ąza­ne z tym na­dzie­je na tron).

Opie­kun­ka Ody­se­usza, Ate­na, roz­ma­wia o jego prze­zna­cze­niu z naj­wa­żniej­szym z bo­gów Zeu­sem, w mo­men­cie gdy Po­sej­do­na (boga nie­chęt­ne­go Ody­se­uszo­wi) nie ma na Olim­pie. Po tym Ate­na prze­ko­nu­je Te­le­ma­cha, aby po­szu­kał wie­ści o swym ojcu.

Pó­źniej opo­wie­dzia­na jest hi­sto­ria Ody­se­usza. W swo­jej po­wrot­nej wędrów­ce tra­fia on ko­lej­no na wy­spę cy­klo­pa Po­li­fe­ma, wy­spę sy­ren, wy­spę za­miesz­ka­ną przez nim­fę Ka­lip­so.

Przez cały ten czas Pe­ne­lo­pa trzy­ma za­lot­ni­ków z dala od sie­bie. Obie­ca­ła, że wy­bie­rze jed­ne­go z nich, gdy sko­ńczy tkać suk­no po­grze­bo­we dla te­ścia. Jed­na­kże ka­żdej nocy roz­pru­wa pra­cę z po­przed­nie­go dnia.

W po­ło­wie III w. p.n.e. po­emat zo­stał prze­tłu­ma­czo­ny na ła­ci­nę przez Lu­cju­sza Li­wiu­sza An­dro­ni­ka. Był to pierw­szy prze­kład w li­te­ra­tu­rze eu­ro­pej­skiej.

.

Ge­nial­ne dzie­ło Du­ma­sa to wci­ąż nie­do­ści­gnio­ny pier­wo­wzór opo­wie­ści o wiel­kiej in­try­dze, sile ze­msty, po­tędze przy­ja­źni i trium­fie czło­wie­ka w wal­ce o ho­nor.

Dzie­je nie­zwy­kłych lo­sów ofi­ce­ra ma­ry­nar­ki, Ed­mun­da Dan­te­sa, po­zna­je­my w mo­men­cie wpły­ni­ęcia do Mar­sy­lii trój­masz­tow­ca "Fa­ra­on", na któ­rym ob­jął on, po śmier­ci do­wód­cy, sta­no­wi­sko ka­pi­ta­na. Wy­da­je się, że przed mło­dym czło­wie­kiem roz­po­ście­ra się te­raz pa­smo suk­ce­sów, szcze­gól­nie że cze­ka też na nie­go uko­cha­na Mer­ce­des, z któ­rą wkrót­ce ma wzi­ąć ślub. Nie­ste­ty, tuż przed swo­ją śmier­cią do­wód­ca po­pro­sił Ed­mun­da, by ten do­star­czył do Pa­ry­ża pew­ne do­ku­men­ty, któ­re pod­czas rej­su zo­sta­ły za­bra­ne z Elby, gdzie uwi­ęzio­ny był Na­po­le­on. Ten fakt po­ma­ga za­zdro­snym o jego suk­ce­sy lu­dziom na­pi­sać do­nos, w któ­re­go wy­ni­ku Ed­mund tra­fia na lata do wi­ęzie­nia w twier­dzy If. Okru­cie­ństwo wy­rządzo­ne Dan­te­so­wi przez tych, któ­rych miał za przy­ja­ciół, ode­bra­ło mu mi­ło­ść, wol­no­ść i na­iw­ną ra­do­ść ży­cia. Mrocz­ne lo­chy twier­dzy If za­bi­ły ła­two­wier­ne­go mło­dzie­ńca, ale jed­no­cze­śnie ufor­mo­wa­ły czło­wie­ka świa­do­me­go i uwol­ni­ły wiel­kie­go kon­struk­to­ra mi­ster­ne­go pla­nu wy­mie­rze­nia spra­wie­dli­wo­ści tak wo­bec wro­gów, jak i przy­ja­ciół, we­dle ich za­sług i prze­wi­nień.

Hra­bia Mon­te Chri­sto wy­ru­sza za­tem szla­kiem ze­msty z por­tu Mar­sy­lia...

.

Anna z Tysz­kie­wi­czów Po­toc­ka-Wąso­wi­czo­wa (1779-1867), cio­tecz­na wnucz­ka Sta­ni­sła­wa Au­gu­sta, cór­ka het­ma­na Lu­dwi­ka Tysz­kie­wi­cza, żona Alek­san­dra Po­toc­kie­go, była - jako je­dy­nacz­ka - spad­ko­bier­czy­nią wiel­kiej for­tu­ny. Dzi­ęki ko­li­ga­cjom ro­dzin­nym i to­wa­rzy­skim sta­ła się na­ocz­nym świad­kiem spraw po­li­tycz­nych nie­ma­łej wagi.

Jej wspo­mnie­nia obej­mu­ją okres od Po­wsta­nia Ko­ściusz­kow­skie­go do pierw­szych lat Kró­le­stwa Pol­skie­go. Pi­sa­ne z we­rwą i ta­len­tem, do­sko­na­le od­da­ją ko­lo­ryt tej burz­li­wej i in­te­re­su­jącej epo­ki.

Pa­mi­ęt­nik ten nie jest su­chą kro­ni­ką fak­tów. Su­biek­tyw­ne spoj­rze­nie au­tor­ki na lu­dzi i wy­da­rze­nia uroz­ma­ica­ne są dow­cip­nym, a często zło­śli­wym ko­men­ta­rzem.

.

Wil­liam Crom­sworth od­rzu­ca swe ary­sto­kra­tycz­ne dzie­dzic­two i wy­ru­sza do Bruk­se­li, by tam zna­le­źć szczęście. Zo­sta­je na­uczy­cie­lem języ­ka an­giel­skie­go w szko­le z in­ter­na­tem dla mło­dych pa­nien, gdzie musi sta­wić czo­ło ma­ni­pu­la­cjom ze stro­ny dy­rek­tor­ki, Zo­ra­?de Reu­ter, któ­ra, po­wo­do­wa­na za­zdro­ścią, usi­łu­je znisz­czyć mi­ło­ść ro­dzącą się mi­ędzy nim a uczen­ni­cą, Fran­ces Hen­ri, rów­nie jak Wil­liam am­bit­ną i ener­gicz­ną mło­dą ko­bie­tą. Nie­zwy­kła opo­wie­ść o mi­ło­ści, a za­ra­zem kry­ty­ka re­la­cji dam­sko-męskich, któ­re w epo­ce wik­to­ria­ńskiej nie­jed­no­krot­nie spro­wa­dza­ły się do wal­ki o do­mi­na­cję. W ksi­ążce tej znaj­dzie­my wąt­ki au­to­bio­gra­ficz­ne. Char­lot­te Bron­të, po­dob­nie jak jej bo­ha­ter Wil­liam, uczy­ła an­giel­skie­go w szko­le w Bruk­se­li. I po­dob­nie jak on do­świad­cza­ła mi­ło­ści. Jed­nak jej obiek­tem był żo­na­ty wła­ści­ciel szko­ły, co nie mo­gło za­ko­ńczyć się hap­py en­dem.

.

Kla­sy­ka bry­tyj­skiej po­wie­ści z po­cząt­ku XIX wie­ku, w któ­rej obok lo­sów bo­ha­te­rek uka­zu­ją nam się nie­zwy­kle traf­ne ob­ser­wa­cje ów­cze­snej oby­cza­jo­wo­ści i fa­scy­nu­jące por­tre­ty psy­cho­lo­gicz­ne, a to wszyst­ko we wspa­nia­łej sce­ne­rii par­ków i dwo­rów spo­koj­nej an­giel­skiej wsi.

Po śmier­ci męża, któ­ry nie­ste­ty nie za­bez­pie­czył do­sta­tecz­nie swo­jej ro­dzi­ny, pani Da­sh­wo­od i jej trzy cór­ki mu­szą szu­kać no­we­go domu. Mimo że znacz­nie mniej­szy i skrom­niej­szy, szyb­ko sta­je się on jed­nak miej­scem, gdzie ży­cie to­czy się cie­pło, a wo­kół zbie­ra się licz­ne gro­no przy­ja­ciół. Dwie naj­star­sze cór­ki pani Da­sh­wo­od, emo­cjo­nal­na i ro­man­tycz­na Ma­rian­na oraz roz­wa­żna i po­wa­żna Ele­ono­ra, wśród licz­ne­go to­wa­rzy­stwa, w któ­rym się ob­ra­ca­ją, spo­ty­ka­ją ka­wa­le­rów, na któ­rych za­czy­na im wi­ęcej niż zwy­kle za­le­żeć. Nie­ste­ty w świe­cie, w któ­rym przy­szło im żyć - gdzie po­zy­cja spo­łecz­na i pie­ni­ądze są głów­ny­mi gra­cza­mi - przyj­dzie im się bo­le­śnie roz­cza­ro­waći za swą na­iw­no­ść i uf­no­ść wy­lać wie­le łez...

Do prze­czy­ta­nia ko­niecz­nie!

ROZ­DZIAŁ I

-

ZA­BA­WA W PIEL­GRZY­MÓW

.

- Świ­ęta bez pre­zen­tów to nie świ­ęta - burk­nęła Jo, le­żąc na dy­wa­ni­ku.

- Okrop­nie jest być bied­ną! - wes­tchnęła Meg, zer­ka­jąc na swo­ją sta­rą su­kien­kę.

- To nie­spra­wie­dli­we, że nie­któ­re dziew­częta mają mnó­stwo ślicz­nych rze­czy, a inne nic - do­da­ła mała Amy z ura­zą, po­ci­ąga­jąc no­sem.

- Mamy tatę, mamę i sie­bie na­wza­jem - po­god­nie rzu­ci­ła ze swo­je­go kąci­ka Beth.

Czte­ry mło­de twa­rze oświe­tlo­ne pło­mie­niem z ko­min­ka roz­ja­śni­ły się na te we­so­łe sło­wa, ale za­raz spo­chmur­nia­ły na nowo, gdy Jo po­wie­dzia­ła ze smut­kiem:

- Taty z nami nie ma i jesz­cze dłu­go nie będzie.

Nie po­wie­dzia­ła "może ni­g­dy", ale ka­żda z dziew­cząt do­da­ła to so­bie na myśl o ojcu będącym da­le­ko, na fron­cie.

Przez mi­nu­tę żad­na z nich nie od­zy­wa­ła się, po czym Meg po­wie­dzia­ła zmie­nio­nym gło­sem:

- Jak wie­cie, mama za­pro­po­no­wa­ła, że­by­śmy w te świ­ęta nie ro­bi­ły so­bie pre­zen­tów, po­nie­waż za­po­wia­da się ci­ężka zima. Mama uwa­ża, że nie po­win­ny­śmy wy­da­wać pie­ni­ędzy na przy­jem­no­ści, pod­czas gdy nasi żo­łnie­rze tak bar­dzo cier­pią. Nie­wie­le mo­że­my zro­bić, ale stać nas na małe wy­rze­cze­nia i po­win­ny­śmy ro­bić to ocho­czo. Oba­wiam się jed­nak, że ja tak nie po­tra­fię. - Meg po­kręci­ła gło­wą na myśl o tych wszyst­kich ład­nych rze­czach, któ­re tak bar­dzo chcia­ła mieć.

- Nie wy­da­je mi się, żeby te drob­ne kwo­ty, któ­re mamy do wy­da­nia, zda­ły się na coś żo­łnie­rzom. Ka­żda z nas ma po do­la­rze i od­da­nie go nie­wie­le po­mo­gło­by woj­sku. Zga­dzam się, żeby nie ocze­ki­wać ni­cze­go od mamy ani od was, ale sama so­bie chcę ku­pić Un­di­nę i Sin­tra­ma[1]. Pra­gnę tego już od tak daw­na - stwier­dzi­ła Jo, któ­ra była mo­lem ksi­ążko­wym.

- Ja pla­no­wa­łam wy­dać swo­je pie­ni­ądze na nowe nuty - rze­kła Beth z ci­chym wes­tchnie­niem, któ­re­go nie usły­szał nikt prócz szczot­ki do ko­min­ka i uchwy­tu czaj­ni­ka.

- Ja ko­niecz­nie mu­szę mieć kom­plet ołów­ków Fa­ber. Są mi na­praw­dę po­trzeb­ne - po­wie­dzia­ła zde­cy­do­wa­nie Amy.

- Mama nie wspo­mi­na­ła nic o na­szych pie­ni­ądzach i nie chcia­ła­by, aby­śmy wy­rze­ka­ły się wszyst­kie­go. Niech ka­żda kupi to, cze­go pra­gnie i spra­wi so­bie odro­bi­nę ra­do­ści. Ci­ężko pra­cu­je­my, żeby za­ro­bić te pie­ni­ądze! - za­wo­ła­ła Jo, przy­gląda­jąc się swo­im ob­ca­som, jak zwy­kli to ro­bić pa­no­wie.

- Ja na pew­no: uczę te nie­zno­śne dzie­cia­ki pra­wie cały dzień, pod­czas gdy ma­rzę o tym, aby zaj­mo­wać się do­mem - za­częła to­nem skar­gi Meg.

- Ty nie masz ani w po­ło­wie tak ci­ężko jak ja - od­pa­rła na to Jo. - Co byś po­wie­dzia­ła, gdy­byś go­dzi­na­mi sie­dzia­ła za­mkni­ęta z ner­wo­wą, wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­ną sta­rusz­ką, któ­ra nie daje ci chwi­li wy­tchnie­nia i dręczy cię tak, że masz ocho­tę wy­sko­czyć przez okno albo się roz­pła­kać?

- Nie­ład­nie jest się iry­to­wać, ale uwa­żam, że zmy­wa­nie na­czyń i utrzy­my­wa­nie po­rząd­ku to naj­gor­sza ro­bo­ta na świe­cie. Przez nią się złosz­czę, a moje ręce ro­bią się ta­kie sztyw­ne, że w ogó­le nie mogę ćwi­czyć jak na­le­ży.

I Beth spoj­rza­ła na swo­je szorst­kie dło­nie z wes­tchnie­niem, któ­re tym ra­zem wszy­scy mo­gli usły­szeć.

- Chy­ba żad­na z was nie cier­pi tak jak ja - za­wo­ła­ła Amy - bo wy nie mu­si­cie cho­dzić do szko­ły z bez­czel­ny­mi dziew­czy­na­mi, któ­re do­ku­cza­ją ci, je­śli się cze­goś nie na­uczysz, wy­śmie­wa­ją się z two­ich su­kie­nek, czer­nią two­je­go tatę, je­śli nie jest bo­ga­ty, a na­wet cze­pia­ją się two­je­go nosa.

- Je­śli masz na my­śli oczer­nia­nie, po­wiedz to po­praw­nie, a nie mów o czer­nie­niu, jak­by tata był bu­tem - po­ra­dzi­ła ze śmie­chem Jo.

- Wiem, co mam na my­śli i nie mu­sisz się z tego na­igry­wać. Rze­czą wła­ści­wą jest uży­wać do­brych słów i po­sze­rzać słow­nic­two - od­ci­ęła się Amy z god­no­ścią.

- Nie na­ska­kuj­cie na sie­bie, dzie­ci. Czy nie chcia­ła­byś mieć tych pie­ni­ędzy, któ­re tata stra­cił, gdy by­ły­śmy małe, Jo? Ojej! Ja­kże by­ły­by­śmy szczęśli­we i grzecz­ne, gdy­by­śmy nie mia­ły zmar­twień! - rze­kła Meg, któ­ra pa­mi­ęta­ła lep­sze cza­sy.

- Kie­dyś po­wie­dzia­łaś, że je­ste­śmy dużo szczęśliw­sze niż dzie­ci Kin­gów, bo one po­mi­mo pie­ni­ędzy cały czas się kłó­cą i złosz­czą.

- To praw­da, Beth. Cóż, my­ślę, że w su­mie je­ste­śmy szczęśliw­sze. Bo mimo że mu­si­my pra­co­wać, śmie­je­my się z sie­bie i sta­no­wi­my ca­łkiem zgra­ną pacz­kę, jak­by po­wie­dzia­ła Jo.

- Jo uży­wa ta­kich po­tocz­nych wy­ra­żeń! - za­uwa­ży­ła Amy, ob­rzu­ca­jąc kar­cącym spoj­rze­niem dłu­gą po­stać wy­ci­ągni­ętą na dy­wa­ni­ku.

Jo na­tych­miast usia­dła, wło­ży­ła ręce do kie­sze­ni i za­częła gwiz­dać.

- Nie rób tak, Jo. To przy­stoi chłop­com!

- Wła­śnie dla­te­go to ro­bię.

- Nie zno­szę nie­grzecz­nych, nie­wy­cho­wa­nych dziew­cząt!

- Nie­na­wi­dzę sztucz­nych, afek­to­wa­nych smar­kul!

- Zgo­da bu­du­je, nie­zgo­da ruj­nu­je - za­nu­ci­ła roz­jem­czy­ni Beth z tak za­baw­nym wy­ra­zem twa­rzy, że oba ostre gło­sy prze­szły w śmiech i "na­ska­ki­wa­nie" na ra­zie usta­ło.

- Na­praw­dę, dziew­częta, obie je­ste­ście win­ne - Meg zwy­cza­jem star­szej sio­stry za­częła po­uczać. - Jo­se­phi­ne, je­steś na tyle duża, żeby po­rzu­cić chło­pi­ęce wy­bry­ki i za­cho­wy­wać się jak na­le­ży. To nie mia­ło ta­kie­go zna­cze­nia, gdy by­łaś mała, ale te­raz, gdy wy­ro­słaś i upi­nasz wło­sy, po­win­naś pa­mi­ętać o tym, że je­steś mło­dą damą.

- Nie je­stem! A je­śli upi­na­nie wło­sów robi ze mnie damę, będę cze­sa­ła się w dwa war­ko­cze do dwu­dziest­ki! - za­wo­ła­ła Jo, ści­ąga­jąc sia­tecz­kę i roz­pusz­cza­jąc kasz­ta­no­wą grzy­wę. - Nie zno­szę my­śli, że mia­ła­bym do­ro­snąć, być pan­ną March, no­sić dłu­gie suk­nie i stać się wy­mu­ska­ną da­mul­ką! Samo by­cie dziew­czy­ną jest już wy­star­cza­jąco złe, gdy lubi się chło­pi­ęce za­ba­wy, za­jęcia i zwy­cza­je! Nie mogę po­zbyć się uczu­cia za­wo­du z po­wo­du tego, że nie je­stem chłop­cem. A te­raz, gdy od­da­ła­bym ży­cie, żeby pó­jść i wal­czyć ra­mię w ra­mię z tatą, jest ono sil­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek. Bo mogę tyl­ko sie­dzieć w domu i ro­bić na dru­tach jak ja­kaś bez­rad­na sta­rusz­ka!

I Jo po­trząsnęła nie­bie­ską woj­sko­wą skar­pe­tą, aż dru­ty za­brzęcza­ły ni­czym ka­sta­nie­ty, a kłębek w pod­sko­kach po­to­czył się na dru­gi ko­niec po­ko­ju.

- Bied­na Jo! To rze­czy­wi­ście strasz­ne, ale nic na to nie po­ra­dzisz. Mu­sisz spró­bo­wać za­do­wo­lić się męskim imie­niem i wcie­la­niem się w rolę na­sze­go bra­ta - rze­kła Beth, głasz­cząc po­tar­ga­ną gło­wę dło­nią, któ­rej de­li­kat­ne­mu do­ty­ko­wi nie mo­gły za­szko­dzić wszyst­kie pra­ce świa­ta ra­zem wzi­ęte.

- A je­śli cho­dzi o cie­bie, Amy - ci­ągnęła Meg - je­steś ogól­nie rzecz bio­rąc prze­sad­nie wy­bred­na i aku­rat­na. Na ra­zie two­je hu­mo­ry są za­baw­ne, ale je­śli nie będziesz się mia­ła na bacz­no­ści, wy­ro­śniesz na afek­to­wa­ną gąskę. Po­do­ba­ją mi się two­je do­bre ma­nie­ry i wy­twor­ny spo­sób wy­sła­wia­nia się, kie­dy nie si­lisz się na zbyt­nią ele­gan­cję. Ale two­je nie­do­rzecz­ne sło­wa nie są lep­sze od ko­lo­kwia­li­zmów Jo.

- Je­śli Jo jest chłop­czy­cą, a Amy gąską, to czym je­stem ja? - za­py­ta­ła Beth, go­to­wa przy­jąć po­ucze­nie.

- Ty je­steś ni­czym in­nym, tyl­ko na­szym ko­cha­niem - od­pa­rła cie­pło Meg i nikt nie za­prze­czył, bo "Mysz­ka" była pu­pil­ką ro­dzi­ny.

Jako że mło­dzi czy­tel­ni­cy lu­bią wie­dzieć, "jak lu­dzie wy­gląda­ją", wy­ko­rzy­sta­my ten mo­ment, aby po­krót­ce na­kre­ślić por­tre­ty czte­rech sióstr, któ­re sie­dzia­ły w pó­łm­ro­ku nad ro­bót­ka­mi, pod­czas gdy na ze­wnątrz ci­cho pró­szył gru­dnio­wy śnieg, a w środ­ku we­so­ło trza­skał ogień. Po­kój, choć wy­po­sa­żo­ny w wy­bla­kły dy­wan i skrom­ne me­bel­ki, był przy­tul­ny. Na ścia­nach wi­sia­ły je­den czy dwa do­bre ob­ra­zy, wnękę wy­pe­łnia­ły ksi­ążki, w oknach kwi­tły chry­zan­te­my i cie­mier­ni­ki bia­łe, a ca­ło­ść prze­ni­ka­ła miła at­mos­fe­ra do­mo­we­go spo­ko­ju.

Mar­ga­ret, naj­star­sza z ca­łej czwór­ki, mia­ła szes­na­ście lat i była bar­dzo ład­na - pulch­na, o ja­snej ce­rze, du­żych oczach, buj­nych, mi­ęk­kich, brązo­wych wło­sach, słod­kich ustach i bia­łych dło­niach, któ­ry­mi się szczy­ci­ła. Pi­ęt­na­sto­let­nia Jo była bar­dzo wy­so­ka, chu­da i sma­gła, wręcz przy­wo­dzi­ła na myśl źre­ba­ka, bo ni­g­dy nie wie­dzia­ła, co po­cząć z dłu­gi­mi ko­ńczy­na­mi, któ­re bar­dzo jej za­wa­dza­ły. Mia­ła sta­now­cze usta, za­baw­ny nos, by­stre, sza­re oczy, któ­re zda­wa­ły się wi­dzieć wszyst­ko i były na zmia­nę dzi­kie, roz­ba­wio­ne albo za­my­ślo­ne. Dłu­gie, gęste wło­sy sta­no­wi­ły jej je­dy­ną ozdo­bę, ale zwy­kle były dla wy­go­dy zwi­ni­ęte pod sia­tecz­ką. Jo mia­ła okrągłe ra­mio­na, duże dło­nie i sto­py, non­sza­lanc­ki spo­sób ubie­ra­nia się i spra­wia­ła nie­po­ko­jące wra­że­nie dziew­czy­ny, któ­ra gwa­łtow­nie zmie­nia się w ko­bie­tę i nie jest z tego po­wo­du za­do­wo­lo­na.

Eli­za­beth, przez wszyst­kich zwa­na Beth, była ru­mia­ną trzy­na­sto­lat­ką o gład­kich wło­sach, ja­snych oczach, nie­śmia­łym spo­so­bie by­cia, ła­god­nym gło­sie i spo­koj­nym wy­ra­zie twa­rzy, któ­ra rzad­ko ule­ga­ła wzbu­rze­niu. Oj­ciec mó­wił na nią "Pan­na Spo­kój" i prze­zwi­sko to do­sko­na­le do niej pa­so­wa­ło, Beth bo­wiem zda­wa­ła się żyć we wła­snym szczęśli­wym świe­cie, któ­ry ośmie­la­ła się opu­ścić tyl­ko po to, aby wy­jść na­prze­ciw tym nie­licz­nym oso­bom, któ­re da­rzy­ła za­ufa­niem i mi­ło­ścią.

Amy, choć naj­młod­sza, była oso­bą naj­wa­żniej­szą, przy­naj­mniej we wła­snym mnie­ma­niu. Praw­dzi­wa Śnie­żka, nie­bie­sko­oka, o ja­snych wi­jących się wło­sach opa­da­jących na ra­mio­na, bla­da i szczu­pła, za­wsze no­si­ła się jak mło­da dama zwa­ża­jąca na do­bre ma­nie­ry.

Tego, ja­kie były cha­rak­te­ry czte­rech sióstr, do­wie­my się pó­źniej.

Ze­gar wy­bił szó­stą i Beth, za­gar­nąw­szy węgle w ko­min­ku, usta­wi­ła przy nim parę pan­to­fli, aby się ogrza­ły. Wi­dok tych sta­rych bu­tów ucie­szył dziew­częta, bo za­po­wia­dał ry­chły po­wrót mamy. Meg prze­sta­ła po­uczać sio­stry i za­pa­li­ła lam­pę, Amy do­bro­wol­nie ze­szła z fo­te­la, a Jo za­po­mnia­ła o zmęcze­niu i usia­dła przy ogniu, trzy­ma­jąc pan­to­fle bli­żej pło­mie­ni.

- Są ca­łkiem zdar­te. Ma­min­ka musi do­stać nowe.

- Po­my­śla­łam, że ku­pię jej pan­to­fle za mo­je­go do­la­ra - ode­zwa­ła się Beth.

- Nie, ja je ku­pię! - za­wo­ła­ła Amy.

- Ja je­stem naj­star­sza - za­częła Meg, ale Jo wtrąci­ła zde­cy­do­wa­nie:

- Te­raz, gdy nie ma taty, to ja je­stem mężczy­zną w tej ro­dzi­nie i zdo­będę pan­to­fle, bo tata ka­zał mi szcze­gól­nie opie­ko­wać się mamą pod jego nie­obec­no­ść.

- Po­wiem wam, co zro­bi­my. Niech ka­żda z nas kupi jej coś na świ­ęta za­miast so­bie - za­pro­po­no­wa­ła Beth.

- Tyl­ko ty mo­głaś na to wpa­ść, ko­cha­na! Co jej ku­pi­my? - za­wo­ła­ła Jo.

Wszyst­kie dziew­częta po­grąży­ły się w za­my­śle­niu, po czym Meg, jak gdy­by pod wpły­wem wi­do­ku swo­ich ład­nych dło­ni, oświad­czy­ła:

- Ja ku­pię jej ład­ne ręka­wicz­ki.

- Woj­sko­we buty, naj­lep­sze, ja­kie mogą być! - wy­krzyk­nęła Jo.

- Kil­ka chu­s­te­czek, wszyst­kie ob­rębio­ne - rze­kła Beth.

- Ja jej po­da­ru­ję fla­ko­nik wody ko­lo­ńskiej. Lubi ją, a przy tym nie kosz­tu­je dużo, zo­sta­nie mi więc tro­chę pie­ni­ędzy na ołów­ki - do­da­ła Amy.

- Jak wręczy­my pre­zen­ty? - za­py­ta­ła Meg.

- Po­ło­ży­my je na sto­le, przy­pro­wa­dzi­my mamę i będzie­my pa­trzeć, jak otwie­ra pa­czusz­ki. Nie pa­mi­ęta­cie, jak to ro­bi­ły­śmy w na­sze uro­dzi­ny? - od­pa­rła Jo.

- Ja strasz­nie się ba­łam, kie­dy przy­cho­dzi­ła moja ko­lej usi­ąść na krze­śle w ko­ro­nie na gło­wie i wi­dzieć, jak wszyst­kie wma­sze­ro­wu­je­cie, aby wręczyć mi pre­zen­ty i po­ca­ło­wać mnie. Pre­zen­ty i ca­łu­sy po­do­ba­ły mi się, ale okrop­nie się czu­łam, kie­dy tak sie­dzia­ły­ście i pa­trzy­ły­ście na mnie, gdy otwie­ra­łam pa­czusz­ki - po­wie­dzia­ła Beth, któ­ra jed­no­cze­śnie opie­ka­ła so­bie twarz i chleb na pod­wie­czo­rek.

- Niech ma­min­ka my­śli, że ku­pu­je­my rze­czy dla sie­bie, a po­tem zro­bi­my jej nie­spo­dzian­kę. Mu­si­my iść na za­ku­py ju­tro po po­łud­niu, Meg. Tyle jest jesz­cze ro­bo­ty przy bo­żo­na­ro­dze­nio­wym przed­sta­wie­niu - po­wie­dzia­ła Jo, prze­cha­dza­jąc się po po­ko­ju z ręka­mi za­ło­żo­ny­mi na ple­cach i za­dar­tym do góry no­sem.

- To ostat­ni raz, kie­dy wy­stępu­ję. Ro­bię się za sta­ra na ta­kie rze­czy - za­uwa­ży­ła Meg, któ­ra wca­le jed­nak nie wy­ro­sła z "prze­bie­ra­nek".

- Wiem, że nie prze­sta­niesz wy­stępo­wać, do­pó­ki mo­żesz pa­ra­do­wać w bia­łej suk­ni z roz­pusz­czo­ny­mi wło­sa­mi i w bi­żu­te­rii ze złot­ka. Je­steś naj­lep­szą ak­tor­ką, jaką mam, i je­śli opu­ścisz sce­nę, to ko­niec z ca­łym te­atrem - stwier­dzi­ła ze śmie­chem Jo. - Po­win­ny­śmy zro­bić pró­bę dziś wie­czo­rem. Cho­dź, Amy, po­ćwicz sce­nę omdle­wa­nia, bo je­steś w niej sztyw­na jak po­grze­bacz.

- Nic na to nie po­ra­dzę. Ni­g­dy nie wi­dzia­łam mdle­jącej oso­by i nie mam za­mia­ru cała się po­si­nia­czyć, pa­da­jąc plac­kiem tak jak ty. Je­śli mogę osu­nąć się swo­bod­nie, to upad­nę na podło­gę. Je­śli nie, opad­nę z gra­cją na krze­sło. Nie ob­cho­dzi mnie, czy Hugo na­trze na mnie z pi­sto­le­tem - od­pa­rła Amy, któ­ra nie mia­ła ak­tor­skie­go ta­len­tu, ale będąc drob­ną, mo­gła zo­stać wy­nie­sio­na ze sce­ny przez czar­ny cha­rak­ter.

- Zrób to tak. Za­łam dło­nie i idź chwiej­nym kro­kiem przez po­kój, wo­ła­jąc jak osza­la­ła: "Ro­de­ri­go! Ra­tuj! Ra­tuj!".

I Jo wy­szła z me­lo­dra­ma­tycz­nym okrzy­kiem, któ­ry był praw­dzi­wie prze­ra­ża­jący.

Amy uda­ła się za nią, ale wy­ci­ąga­ła przed sie­bie sztyw­no ręce i po­ru­sza­ła się me­cha­nicz­nie, a jej "Och!" bar­dziej przy­wo­dzi­ło na myśl krzyk ukłu­tej szpil­ką niż strach i udrękę. Jo wy­da­ła z sie­bie roz­pacz­li­wy jęk, za to Meg się ro­ze­śmia­ła, Beth zaś, po­chło­ni­ęta ogląda­niem za­baw­nej scen­ki, przy­pa­li­ła chleb.

- To na nic! Daj z sie­bie wszyst­ko, gdy przyj­dzie czas, a je­śli wi­dow­nia będzie się śmia­ła, nie miej do mnie pre­ten­sji. Meg, te­raz two­ja ko­lej.

Po­tem już po­szło gład­ko, al­bo­wiem Don Pe­dro rzu­cił wy­zwa­nie świa­tu w dwu­stro­ni­co­wym mo­no­lo­gu bez jed­nej prze­rwy. Wie­dźma Ha­gar wy­re­cy­to­wa­ła okrop­ne za­klęcie nad ko­tłem pe­łnym go­tu­jących się ro­puch, co dało nie­sa­mo­wi­ty efekt. Ro­de­ri­go mężnie ro­ze­rwał kaj­da­ny, a Hugo z dzi­kim "Ha! Ha!" sko­nał dręczo­ny wy­rzu­ta­mi su­mie­nia i ar­sze­ni­kiem.

- To na­sze naj­lep­sze jak do tej pory przed­sta­wie­nie - rze­kła Meg, gdy mar­twy opry­szek usia­dł i roz­cie­rał łok­cie.

- Nie poj­mu­ję, skąd przy­cho­dzą ci do gło­wy tak wspa­nia­łe hi­sto­rie, któ­re po­tem cu­dow­nie przed­sta­wiasz, Jo. Ist­ny z cie­bie Szek­spir! - za­wo­ła­ła Beth, głębo­ko prze­ko­na­na, że jej sio­stry ob­da­rzo­ne są ta­len­ta­mi we wszyst­kich dzie­dzi­nach.

- Prze­sa­dzasz - od­pa­rła skrom­nie Jo. - Uwa­żam co praw­da, że tra­ge­dia ope­ro­wa Klątwa wie­dźmy to ca­łkiem do­bra rzecz, ale wo­la­ła­bym wy­sta­wić Mak­be­ta, gdy­by­śmy tyl­ko mia­ły za­pad­nię dla Ban­ko. Za­wsze chcia­łam ode­grać sce­nę za­bój­stwa. "Czy to jest szty­let, co przede mną błysz­czy?"[2] - wy­mam­ro­ta­ła Jo, prze­wra­ca­jąc ocza­mi i chwy­ta­jąc ręka­mi po­wie­trze, jak wi­dzia­ła to u pew­ne­go słyn­ne­go ak­to­ra tra­gicz­ne­go.

- Nie, to wi­de­lec do opie­ka­nia z bu­tem mamy za­miast chle­ba. Beth cier­pi na ma­nię ak­tor­ską! - za­wo­ła­ła Meg i pró­ba za­ko­ńczy­ła się ogól­nym wy­bu­chem śmie­chu.

- Cie­szę się, że tak wam we­so­ło, moje dziew­częta - ode­zwał się od pro­gu ra­do­sny głos.

Ak­tor­ki i wi­dow­nia od­wró­ci­ły się, aby po­wi­tać wy­so­ką, sym­pa­tycz­ną damę, któ­rej wy­gląd zda­wał się mó­wić "czy mogę po­móc?", co było do­praw­dy roz­kosz­ne. Ko­bie­ta nie była ele­ganc­ko ubra­na, ale wy­gląda­ła szla­chet­nie, a dziew­częta uwa­ża­ły, że sza­ry płaszcz i nie­mod­ny be­ret okry­wa naj­wspa­nial­szą mat­kę na świe­cie.

- Jak wam mi­nął dzień, ko­cha­ne? Tyle było ro­bo­ty przy przy­go­to­wy­wa­niu pa­czek na ju­tro, że nie mia­łam cza­su przy­jść na obiad. Czy ktoś tu za­glądał, Beth? Jak tam two­je prze­zi­ębie­nie, Meg? Jo, wy­glądasz na śmier­tel­nie zmęczo­ną. Cho­dź i po­ca­łuj mnie, ma­le­ńka.

Snu­jąc te mat­czy­ne do­cie­ka­nia, pani March zdjęła mo­kre rze­czy, wło­ży­ła cie­płe pan­to­fle, usia­dła w fo­te­lu i sa­dza­jąc so­bie Amy na ko­la­nach, szy­ko­wa­ła się do roz­ko­szo­wa­nia naj­mil­szą go­dzi­ną swo­je­go pra­co­wi­te­go dnia. Dziew­częta uwi­ja­ły się wo­ko­ło, pró­bu­jąc ka­żda na swój spo­sób za­pew­nić ma­mie wy­go­dę. Meg na­kry­ła do sto­łu, Jo przy­nio­sła drwa i usta­wi­ła krze­sła, upusz­cza­jąc, prze­wra­ca­jąc i po­trąca­jąc wszyst­ko, cze­go się do­tknęła. Beth, mil­cząca i pra­co­wi­ta, prze­my­ka­ła mi­ędzy sa­lo­ni­kiem a kuch­nią, a Amy wy­da­wa­ła wszyst­kim po­le­ce­nia, sie­dząc z za­ło­żo­ny­mi ręka­mi.

Kie­dy ze­bra­ły się wo­kół sto­łu, pani March z wy­ra­zem szczęścia na twa­rzy po­wie­dzia­ła:

- Po ko­la­cji będę mia­ła dla was coś bar­dzo mi­łe­go.

Ja­sny uśmiech prze­mknął po twa­rzach ni­czym pro­mień sło­ńca. Beth kla­snęła w dło­nie, nie zwa­ża­jąc na trzy­ma­ne­go w nich her­bat­ni­ka, a Jo pod­rzu­ci­ła w górę ser­wet­kę z okrzy­kiem:

- List! List! Trzy wi­wa­ty dla taty!

- Tak, dłu­gi, miły list. Tata czu­je się do­brze i wszyst­ko wska­zu­je na to, że prze­trwa zimę le­piej, niż my­śla­ły­śmy. Prze­sy­ła ser­decz­ne ży­cze­nia świ­ątecz­ne i spe­cjal­ną wia­do­mo­ść dla was, dziew­częta - rze­kła pani March, po­kle­pu­jąc kie­szeń tak, jak­by mia­ła tam scho­wa­ny skarb.

- Po­śpiesz­my się za­tem i za­ła­tw­my to! Nie trać cza­su na uno­sze­nie pa­lusz­ka i wdzi­ęcze­nie się nad ta­le­rzem, Amy! - za­wo­ła­ła Jo, krztu­sząc się her­ba­tą i upusz­cza­jąc na dy­wan krom­kę ma­słem do spodu, tak bar­dzo nie mo­gła do­cze­kać się od­czy­ta­nia li­stu.

Beth prze­sta­ła jeść i wy­co­fa­ła się do swo­je­go ciem­ne­go kąci­ka, aby roz­my­ślać nad cze­ka­jącą ich przy­jem­no­ścią, do­pó­ki po­zo­sta­li nie wsta­ną od sto­łu.

- My­ślę, że to wspa­nia­łe, że tata za­ci­ągnął się do woj­ska jako ka­pe­lan, mimo że prze­kro­czył wiek po­bo­ro­wy i nie ma dość sił, aby wal­czyć - za­uwa­ży­ła cie­pło Meg.

- Jak ja bym chcia­ła za­ci­ągnąć się jako ko­mi­wo­ja­żer, mar­kie... no, jak jej tam, albo sa­ni­ta­riusz­ka, że­bym mo­gła być bli­sko nie­go i mu po­ma­gać - wy­jęcza­ła Jo.

- Okrop­nie musi być spać w na­mio­cie, jeść ró­żne nie­smacz­ne rze­czy i pić z bla­sza­ne­go kub­ka - wes­tchnęła Amy.

- Kie­dy on wró­ci, ma­min­ko? - za­py­ta­ła Beth lek­ko drżącym gło­sem.

- Do­pie­ro za wie­le mie­si­ęcy, ko­cha­na, chy­ba że za­cho­ru­je. Zo­sta­nie w woj­sku i będzie su­mien­nie wy­pe­łniał swo­je obo­wi­ąz­ki tak dłu­go, jak tyl­ko będzie mógł, a my nie będzie­my pro­sić go o po­wrót ani mi­nu­ty wcze­śniej, niż zo­sta­nie zwol­nio­ny ze słu­żby. A te­raz cho­dźcie i po­słu­chaj­cie li­stu.

Cała gro­mad­ka przy­su­nęła się do ko­min­ka. Mat­ka za­sia­dła w fo­te­lu, Beth u jej stóp, Meg i Amy przy­sia­dły na po­ręczach, Jo zaś za­wi­sła nad opar­ciem, tak by nikt nie mógł do­strzec żad­nych oznak emo­cji, je­śli list oka­za­łby się bar­dzo wzru­sza­jący. Nie­wie­le było wie­ści w owych ci­ężkich cza­sach, któ­re nie by­ły­by wzru­sza­jące, zwłasz­cza tych, któ­re oj­co­wie wy­sy­ła­li do do­mów. W tym aku­rat li­ście nie­wie­le było mowy o prze­by­tych tru­dach, nie­bez­pie­cze­ństwach, z któ­ry­mi się mie­rzo­no, ani o nie­prze­zwy­ci­ężo­nej tęsk­no­cie za do­mem. Był to we­so­ły, opty­mi­stycz­ny list pe­łen barw­nych opi­sów obo­zo­we­go ży­cia, prze­mar­szów i żo­łnier­skich cie­ka­wo­stek. Do­pie­ro pod ko­niec au­tor da­wał ujście swo­jej oj­cow­skiej mi­ło­ści i tęsk­no­cie za có­recz­ka­mi.

Prze­każ im, że bar­dzo je ko­cham i uca­łuj je ode mnie. Po­wiedz, że my­ślę o nich za dnia, mo­dlę się za nie w nocy, a w ka­żdej chwi­li znaj­du­ję naj­wi­ęk­szą po­cie­chę w ich mi­ło­ści. Wy­da­je się, że rok roz­łąki to bar­dzo dłu­go, ale przy­po­mnij im, że cze­ka­jąc, mo­że­my pra­co­wać, aby te ci­ężkie dni nie po­szły na mar­ne. Wiem, że pa­mi­ęta­ją o wszyst­kim, co im po­wie­dzia­łem, że są dla cie­bie ko­cha­jący­mi dzie­ćmi, su­mien­nie spe­łnia­ją swo­je obo­wi­ąz­ki, dziel­nie wal­czą z we­wnętrz­ny­mi wro­ga­mi i pra­cu­ją nad sobą tak pi­ęk­nie, że gdy wró­cę, będę bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek dum­ny z mo­ich uko­cha­nych ma­łych ko­bie­tek.

W tym miej­scu wszyst­kie za­częły po­ci­ągać no­sa­mi. Jo nie wsty­dzi­ła się wiel­kiej łzy, któ­ra skap­nęła jej z czub­ka nosa, a Amy wca­le nie prze­szka­dza­ła znisz­czo­na fry­zu­ra, gdy ukry­ła twarz w ra­mie­niu mat­ki i za­szlo­cha­ła:

- Je­stem sa­mo­lub­ną dziew­czy­ną! Ale na­praw­dę po­sta­ram się po­pra­wić, żeby tata się na mnie nie za­wió­dł.

- Wszyst­kie się po­sta­ra­my! - za­wo­ła­ła Meg. - Ja za dużo my­ślę o swo­im wy­glądzie i nie zno­szę pra­co­wać, ale już nie będę, je­śli dam radę.

- Ja po­sta­ram się być tym, czym z ta­kim upodo­ba­niem na­zy­wa mnie tata: "małą ko­biet­ką", nie będę nie­okrze­sa­na i dzi­ka, ale będę spe­łnia­ła swo­je obo­wi­ąz­ki na miej­scu, za­miast ma­rzyć o by­ciu gdzie in­dziej - rze­kła Jo, my­śląc o tym, że pa­no­wa­nie nad sobą w domu jest za­da­niem dużo trud­niej­szym niż sta­wia­nie czo­ła kil­ku re­be­lian­tom na Po­łud­niu.

Beth nie po­wie­dzia­ła nic, tyl­ko ota­rła łzy nie­bie­ską woj­sko­wą skar­pe­tą i za­częła z ca­łej siły ro­bić na dru­tach, nie zwle­ka­jąc ani chwi­li z wy­pe­łnia­niem obo­wi­ąz­ku, któ­ry był w za­si­ęgu ręki. Na­to­miast w głębi swo­jej spo­koj­nej du­szycz­ki po­sta­no­wi­ła, że będzie do­kład­nie taka, jaką miał na­dzie­ję za­stać ją oj­ciec, gdy po upły­wie roku szczęśli­wie wró­ci do domu.

Pani March prze­rwa­ła ci­szę, któ­ra na­stąpi­ła po sło­wach Jo, mó­wi­ąc we­so­łym gło­sem:

- Pa­mi­ęta­cie wa­szą za­ba­wę w wędrów­kę piel­grzy­ma[3], gdy by­ły­ście małe? Nic was tak nie cie­szy­ło, jak gdy przy­wi­ązy­wa­łam wam do ple­ców moje tor­by na skraw­ki, do któ­rych mia­ły­ście wkła­dać brze­mio­na, da­wa­łam wam ka­pe­lu­sze, la­ski i zwit­ki pa­pie­ru, a na­stęp­nie po­zwa­la­łam prze­mie­rzać dom od piw­ni­cy, któ­ra była Mia­stem Za­gła­dy, aż po sam szczyt, gdzie ze wszyst­kich ślicz­nych rze­czy, ja­kie zdo­ła­ły­ście ze­brać, bu­do­wa­ły­ście Nie­bia­ński Gród.

- To była świet­na za­ba­wa, zwłasz­cza prze­jście obok lwów, wal­ka z Apo­lio­nem i prze­mie­rza­nie do­li­ny, w któ­rej miesz­ka­ły cho­chli­ki - za­du­ma­ła się Jo.

- A mnie po­do­ba­ło się miej­sce, w któ­rym to­bo­łki od­pa­da­ły i to­czy­ły się w dół po scho­dach - po­wie­dzia­ła Meg.

- Ja lu­bi­łam ten mo­ment, gdy po ca­łej wędrów­ce wy­cho­dzi­ły­śmy na sło­ńce i ra­do­śnie śpie­wa­ły­śmy.

- Nie­wie­le z tego pa­mi­ętam, poza tym że ba­łam się piw­ni­cy i ciem­ne­go we­jścia, ale za­wsze sma­ko­wa­ły mi cia­sto i mle­ko, któ­re ja­dły­śmy na gó­rze. Gdy­by nie to, że je­stem już za duża na ta­kie rze­czy, chęt­nie po­ba­wi­ła­bym się w to jesz­cze raz - po­wie­dzia­ła Amy, któ­ra w doj­rza­łym wie­ku lat dwu­na­stu za­czy­na­ła mó­wić o wy­rze­ka­niu się dzie­ci­ęcych spraw.

- Na to ni­g­dy nie je­ste­śmy za duże, moja dro­ga, bo to za­ba­wa, któ­rą w taki czy inny spo­sób od­gry­wa­my przez cały czas. Na­sze brze­mio­na są z nami, a na­sza dro­ga przed nami, tęsk­no­ta za do­brem i szczęściem to prze­wod­nik, któ­ry pro­wa­dzi nas przez licz­ne kło­po­ty i błędy ku po­ko­jo­wi będące­mu praw­dzi­wym Nie­bia­ńskim Gro­dem. Po­słu­chaj­cie, moje małe piel­grzym­ki, za­łó­żmy, że za­cznie­cie od nowa, tym ra­zem nie na niby, ale na­praw­dę i spraw­dzi­cie, jak da­le­ko zdo­ła­cie do­trzeć przed po­wro­tem taty.

- Na­praw­dę, mamo? Gdzie są na­sze to­bo­łki? - za­py­ta­ła Amy, któ­ra wszyst­ko bra­ła do­słow­nie.

- Ka­żda z was po­wie­dzia­ła wła­śnie, ja­kie ma brze­mię, z wy­jąt­kiem Beth. Wy­da­je mi się, że ona wca­le go nie ma - od­rze­kła mat­ka.

- Ow­szem, mam. Moim brze­mie­niem są na­czy­nia i ścier­ki do ku­rzu, za­zdro­ść wo­bec dziew­cząt, któ­re mają ład­ne pia­ni­na, a ta­kże strach przed lu­dźmi.

To­bo­łek Beth był tak za­baw­ny, że wszyst­kie mia­ły ocho­tę się ro­ze­śmiać, ale nikt tego nie zro­bił, bo to bar­dzo do­tknęło­by wra­żli­wą dziew­czy­nę.

- Zrób­my tak - po­wie­dzia­ła w za­my­śle­niu Meg. - To tyl­ko inna na­zwa na sta­ra­nie się być do­bry­mi, a ta opo­wie­ść może nam w tym do­po­móc, bo choć chce­my być do­bre, pra­ca nad sobą jest ci­ężka, cza­sa­mi o niej za­po­mi­na­my i nie da­je­my z sie­bie wszyst­kie­go.

- Dziś wie­czo­rem ugrzęzły­śmy w Ba­gnie Roz­ter­ki, ale przy­szła mama i wy­ci­ągnęła nas stam­tąd. Tak jak Po­moc w ksi­ążce. Po­win­ny­śmy mieć swo­ją li­stę wska­zó­wek, jak Chrze­ści­ja­nin. Co z tym zro­bi­my? - za­py­ta­ła Jo za­chwy­co­na po­my­słem, któ­ry do­da­wał odro­bi­ny ro­man­ty­zmu nud­ne­mu za­da­niu wy­pe­łnia­nia swo­ich obo­wi­ąz­ków.

- Zaj­rzyj­cie pod po­dusz­ki w bo­żo­na­ro­dze­nio­wy po­ra­nek, a znaj­dzie­cie swój prze­wod­nik - od­pa­rła pani March.

Sio­stry za­częły roz­ma­wiać o no­wym po­my­śle, pod­czas gdy sta­ra słu­żąca Han­na sprząta­ła ze sto­łu. Na­stęp­nie wy­jęto czte­ry ko­szy­ki na ro­bót­ki i dziew­częta z za­pa­łem za­bra­ły się do szy­cia po­ście­li dla ciot­ki March. Ro­bo­ta była mo­zol­na, ale tego wie­czo­ra nikt nie na­rze­kał. Przy­jęto po­my­sł Jo po­dzie­le­nia dłu­gich szwów na czte­ry części i na­zwa­nia ćwiar­tek Eu­ro­pą, Azją, Afry­ką i Ame­ry­ką. W ten spo­sób ro­bo­ta po­su­wa­ła się zna­ko­mi­cie, szcze­gól­nie gdy dziew­częta roz­ma­wia­ły o ró­żnych kra­jach, po któ­rych bie­gły szwy.

O dzie­wi­ątej za­ko­ńczy­ły pra­cę i jak zwy­kle przed snem od­da­ły się śpie­wa­niu. Tyl­ko Beth po­tra­fi­ła wy­do­być mu­zy­kę ze sta­re­go pia­ni­na. Po­tra­fi­ła tak de­li­kat­nie do­ty­kać po­żó­łkłych kla­wi­szy, że roz­brzmie­wał miły akom­pa­nia­ment do pro­stych pio­se­nek, któ­re lu­bi­ły śpie­wać. Meg mia­ła głos dźwi­ęcz­ny ni­czym flet i wraz z mat­ką prze­wo­dzi­ła chór­ko­wi. Amy świer­go­ta­ła jak świerszcz, a Jo błąka­ła się wśród dźwi­ęków we­dług wła­sne­go upodo­ba­nia, za­wsze wy­ska­ku­jąc w nie­wła­ści­wym miej­scu ze skrze­kiem albo drże­niem gło­su, któ­re psu­ły naj­bar­dziej na­stro­jo­wą me­lo­dię. Był to ich nie­zmien­ny ry­tu­ał od cza­su, gdy na­uczy­ły się se­ple­nić "mi­goc, mi­goc, mała giast­ko" i wspól­ne śpie­wa­nie sta­ło się do­mo­wym zwy­cza­jem, mama bo­wiem była uro­dzo­ną śpie­wacz­ką. Jej głos był pierw­szym dźwi­ękiem, jaki roz­le­gał się rano, gdy krząta­ła się po domu, nu­cąc ni­czym skow­ro­nek, i ostat­nim, jaki dało się sły­szeć wie­czo­rem, dziew­częta bo­wiem ni­g­dy nie wy­ro­sły z do­brze zna­nej ko­ły­san­ki.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki