ROZDZIAŁ III. MŁODY LAURENCE.
- Ludko! Ludko! gdzie jesteś? - wołała Małgosia stojąc przed schodami od poddasza.
- Tutaj - odrzekł niewyraźny głos na górze. Wpadłszy na poddasze, spostrzegła Małgosia, że siostra zajada jabłka i ze łzami czyta przy słonecznem oknie "dziedzica Redcliffe'u" leżąc owinięta w szal na starej sofie o trzech nogach. Było to ulubione schronienie Ludki; chętnie się tam usuwała z półtuzinem renetek i z ładną książką, aby używać ciszy i towarzystwa lubego szczura, który mieszkał blisko i wcale na nią nie uważał. Gdy się Małgosia ukazała, wsunął się do swej jamy, a Ludka obtarłszy oczy, wyczekiwała co od niej usłyszy.
- Ach, jakież to zabawne! patrz! zupełnie urzędowe zaproszenie do pani Gardiner na jutrzejszy wieczór - wykrzyknęła Małgosia, podnosząc wgórę drogocenny bilet, poczem przeczytała z dziecinną radością.
- Pani Gardiner prosi, żeby panna March i panna Ludwika sprawiły jej tę przyjemność i przyszły na tańcujący wieczór, w wilję nowego roku. - Mama pozwala nam pójść, ale w cóż się ubierzemy?
- Niepotrzebne pytanie; wiesz, że weźmiemy szare poplinowe suknie, nie mając nic innego - odrzekła Ludka z pełnemi usty.
- Gdybym choć miała jedwabną suknię - westchnęła Małgosia. - Mama powiada, że może dostanę w ośmnastym roku, ale to długo czekać dwa lata!
- Nasze poplinowe suknie wyglądają jak jedwabne, i jak dla nas dosyć są ładne. Twoja jest jak nowa; ale zapomniałam, że moja wypalona i rozdarta! Cóż ja pocznę? Spalenie okropnie widoczne, a nie mogę nic wyjąć.
- Musisz siedzieć jaknajspokojniej i nie obracać się tyłem - a przednie bryty zupełnie dobre. - Wezmę nową wstążeczkę na głowę, mama mi pożyczy szpilki z perełką, trzewiczki mam ładne, i rękawiczki ujdą, chociaż nie tak świeże jakbym lubiła.
- Ja swoje zniszczyłam limonadą, a nie mogę kupić innych, więc pójdę bez rękawiczek - rzekła Ludka, nie troszcząca się wiele o ubranie.
- Musisz mieć, bo inaczej nie pójdę! zawołała Małgosia stanowczo. - Rękawiczki są najważniejsze ze wszystkiego. Nie można tańczyć bez nich, a gdybyś nie tańczyła, toby mię tak zmartwiło.
- To zostanę w domu. Nie bardzo dbam o taneczne wieczory; co za przyjemność kręcić się w kółko? ja lubię skakać i biegać.
- Nie możesz prosić mamy o nowe, bo to dużo kosztuje, a tyś taka niedbała; jakeś zniszczyła tamte, zapowiedziała ci, że innych tej zimy nie kupi. Czy nie mogłabyś sobie poradzić w jaki sposób? - zapytała Małgosia troskliwie.
- Mogę je trzymać zwinięte w ręku, żeby nikt nie widział, że są splamione, więcej nic nie wymyślę. Nie! powiem ci jak się możemy urządzić - każda włoży jedną dobrą, a w ręku będzie trzymała złą; rozumiesz?
- Większe masz ręce od moich, to mi ją strasznie rozciągniesz - odezwała się Małgosia, bo rękawiczki były jej słabą stroną.
- A więc pójdę z gołemi rękami; nie dbam o to co ludzie powiedzą! - zawołała Ludka, biorąc się napowrót do książki.
- Możesz ją sobie wziąć, możesz! tylko nie splam, i obchodź się z nią dobrze. Nie trzymaj rąk za sobą, nie wpatruj się w nie, nie wołaj "Krzysztofie Kolumbie!" dobrze?
- Nie turbuj się o mnie, będę sztywna jak talerz i będę się starała uniknąć biedy. Teraz idź, odpowiedz na bilecik, i daj mi skończyć tę śliczną powieść.
Małgosia poszła napisać: "przyjmują z podziękowaniem"; potem oglądała suknię i śpiewała wesoło, obszywając ją swą jedyną frezą z prawdziwej koronki. Ludka tymczasem kończyła powieść, jadła jabłka i bawiła się ze szczurem.
W noworoczny wieczór bawialny pokój był pusty, bo młodsze dziewczęta służyły za garderobiane, a starsze były zajęte ważną sprawą "ubierania się na zabawę". Chociaż toalety miały skromne, dużo było biegania na górę i z góry, dużo śmiechu i szczebiotu. W jednej chwili silna woń przypalonych włosów napełniła cały dom. Małgosia chciała mieć kilka loczków nad czołem, a Ludka podjęła się przypiec papiloty żelaznemi szczypcami.
- Czy powinno się tak dymić? - spytała Eliza, siedząc na łóżeczku.
- To się wilgoć wysusza - odparła Ludka.
- Jaka dziwna woń! - zupełnie jak od spalonych pierzy! - zauważyła Amelka, gładząc swe loki z zadowoleniem.
- Zdejmę teraz papiery, to zobaczycie masę maleńkich loczków - rzekła Ludka kładąc żelazko.
Zdjęła je wprawdzie, ale się nie ukazała "masa loczków", bo włosy odpadły wraz z papilotami, a przerażona fryzjerka położyła przed swą ofiarą cały szereg spalonych paczek.
- Ach! ach! ach! cóżeś ty zrobiła! Wszystko przepadło! nie mogę pójść na zabawę! Moje włosy, ach moje włosy! - wołała z płaczem Małgosia, spoglądając rozpaczliwie na nierówne strzępki nad czołem.
- Mnie się zawsze tak wiedzie! nie trzeba było prosić mię o to. Ja wszystko psuję. Bardzo mi przykro, bom dla tego przypaliła po partacku, że za gorące było żelazko - mówiła z żalem biedna Ludwisia, patrząc przez łzy na czarne pierożki.
- Nic się nie zepsuło, tylko ufryzuj się i tak przewiąż wstążkę, żeby koniec zachodził trochę na czoło. To ostatnia moda; widziałam dużo panien tak uczesanych - rzekła Amelka, żeby ją pocieszyć.
- Dobrze mi tak; dlaczego chciałam się przystroić? żałuję, żem dotykała się włosów! - wykrzyknęła Małgosia porywczo.
- Ja także; takie były miękkie i ładne! ale niedługo odrosną! - powiedziała Eliza, i przyszła ucałować i ukoić ostrzyżoną owieczkę.
Po różnych drobnych niepowodzeniach Małgosia ubrała się nareszcie, a Ludka także przy pomocy sióstr uczesała się i włożyła suknię. Bardzo dobrze wyglądały w swych skromnych strojach. Małgosia miała suknię z srebrzystego sukienka, niebieską aksamitkę we włosach, koronkową frezę i szpilkę z perełką. Ludka była w sukni orzechowej, w sztywnym męskim kołnierzyku i w białych chryzantemach, które były jej jedyną ozdobą. Każda włożyła jedną ładną jasną rękawiczkę, a w ręku trzymała splamioną, i wszystkie uznały, że robią to "zupełnie swobodnie i dobrze". Małgosi trzewiczki na wysokich korkach były strasznie ciasne i dolegały jej, chociaż nie chciała tego przyznać; a Ludce wszystkie dziewiętnaście szpilek zdawały się wbite w głowę, co niezbyt przyjemne było. Ale, Boże mój! raczej umrzeć, niż nie być elegancką!
- Bawcie się dobrze, kochanki - rzekła pani March, gdy szły wystrojone ulicą. Nie jedzcie wiele na kolację, i wróćcie do domu o jedenastej, zaraz jak przyślę po was Annę.
Skoro zamknięto za niemi bramę, odezwała się jeszcze przez okno:
- Dziewczęta! dziewczęta! czy wzięłyście ładne chusteczki do nosa?
- Tak, tak, maleńkie i ładne, a Małgosia swoją skropiła wodą kolońską! - krzyknęła Ludka, dodając ze śmiechem gdy się oddaliły: zdaje mi się, że mama zapytałaby o to, gdybyśmy uciekały przed trzęsieniem ziemi.
- Jestto jedno z jej arystokratycznych upodobań, i zupełnie właściwe, bo prawdziwą damę zawsze się pozna świeżych rękawiczkach i chustce do nosa - odparła Małgosia, która także miała sporo maleńkich "upodobań arystokratycznych".
- Nie zapomnij, Ludko, schować tylny bryt. Czy moja szarfa dobrze leży? a uczesanie czy nie bardzo źle wygląda? - pytała Małgosia przy gotowalni pani Gardiner, odchodząc od lustra po długiem przeglądaniu się.
- Wiem, że zapomnę; ale jak zobaczysz, że robię co niestosownego, to mrugnij: dobrze? - odrzekła Ludka, prostując sobie kołnierzyk i naprędce gładząc włosy szczotką.
- Nie wypada mrugać, ale podniosę wgórę brwi, jeżeli będzie co złego, a opuszczę je na dół, jak wszystko będzie w porządku. Pamiętaj trzymać się prosto i stawiać drobne kroki. Jeżeli cię komu przedstawią, nie podawaj ręki do uścisku, to nie potrzebne.
- Jakim ty sposobem uczysz się tych pięknych manier? ja na żaden sposób nie mogę! Słuchaj, jakaś wesoła muzyka!
Zeszły trochę nieśmiało na dół, gdyż bywały rzadko na zabawach, a chociaż to zebranie było poufne, dla nich stanowiło ważną chwilę. Pani Gardiner, dama poważna i niemłoda - przywitała je uprzejmie i poleciła nastarszej ze swych sześciu córek. Małgosia znała Salusię, więc bardzo prędko przyszła do siebie; ale Ludka, nielubiąca towarzystwa dziewcząt, stała na uboczu, pilnie ukrywając pod ścianą tylny bryt - i tak się czuła nie na miejscu, jakby konik w kwiatowym ogrodzie. Kilku wesołych chłopców rozprawiało w innej stronie pokoju o ślizgawce, Ludka więc miała wielką ochotę przyłączyć się do nich, bo ślizganie się było jej największą rozkoszą. Zatelegrafowała swe życzenie do Małgosi, która tak groźnie podniosła brwi wgórę, że się nie śmiała ruszyć. Nikt nie przyszedł rozmawiać z nią i powoli rozproszyła się gromadka stojąca w jej pobliżu, a nareszcie pozostała sama. Nie mogła swobodnie krążyć, ani się bawić, z obawy, że kto zobaczy wypalony bryt, więc się tylko przyglądała innym z niejaką rozpaczą, póki nie zaczęto tańczyć. Małgosia otrzymała zaraz zaproszenie i jej ciasne trzewiczki tak się żywo obracały, że niktby nie odgadł jaki ból znosi z uśmiechem; Ludka spostrzegła, że jakiś wysoki i rudy młodzieniec zmierza do jej kąta, i obawiając się aby jej nie zamówił do tańca, usunęła się za firankę, żeby się spokojnie przyglądać i bawić. Na nieszczęście ktoś inny również nieśmiały, wybrał to samo schronienie, bo gdy firanka za nią spadła, spotkali się twarz w twarz z młodym Laurence.
- Boże mój! nie widziałam, że tu kto jest! - wyjąkała, chcąc się wycofać tak prędko, jak się tam schowała.
Ale chłopiec roześmiał się i rzekł żartobliwie, chociaż się zdawał trochę przestraszony:
- Proszę nie uważać na mnie; możesz pani zostać, jeżeli masz ochotę.
- Czy nie będę przeszkadzać?
- Bynajmniej; tylko dlatego schroniłem się tu, że znając mało osób, jakiś nieswój byłem z początku.
- Ja tak samo. Zostań pan - chyba, że wolisz odejść.
Chłopiec usiadł napowrót, i przyglądał się swym butom; ale Ludka chcąc się okazać grzeczną i swobodną rzekła:
- Zdaje mi się, żem pana już widziała; wszak mieszkasz obok nas, nieprawda?
- W drugiej bramie. - Spojrzał na nią i roześmiał się głośno, bo jej sztywne zachowanie się bawiło go, w porównaniu z ową gawędą o krykiecie, gdy jej kota odniósł do domu.
To ją ośmieliło zupełnie; roześmiała się także i rzekła serdecznie:
- Tak nas ucieszył podarek pana na Boże Narodzenie.
- To mój dziadek go przysłał.
- Ale pan mu nasunąłeś tę myśl, nieprawda?
- Jak się ma kotek, panno March? - zapytał, przymuszając się do poważnej miny, chociaż czarne oczy błyskały mu figlarnie.
- Zdrów; dziękuję ci panie Laurence; ale ja nie jestem panną March, tylko Ludką - odrzekła panienka.
- A ja nie jestem panem Laurence, tylko Arturem. Na pierwsze imię dano mi Teodor, ale go nie lubię, bo mnie koledzy nazywali Dora; postanowiłem więc, żeby mi mówili Arturze.
- Ja także nienawidzę mego imienia - takie sentymentalne! Chciałabym, żeby mi wszyscy mówili Ludwiko, zamiast Ludko. Jak się pan wziąłeś do tego, żeby chłopcy przestali cię nazywać Dorą?
- Przykazałem im.
- Ja nie mogę przykazać ciotce March, więc chyba muszę to znosić - i westchnęła z rezygnacją.
- Czy nie lubisz tańczyć, Ludko?
- Dosyć lubię, jak dużo jest miejsca i wszyscy są weseli; ale w takim salonie z pewnością przewróciłabym co, deptałabym po nogach, albo coś równie okropnego przydarzyłoby mi się niezawodnie. Unikam więc guza, i Małgosi zostawiam wszelkie powodzenia. A pan, czy nie tańczysz?
- Czasami, ale byłem długi czas zagranicą i niedawno jestem z powrotem, więc się tu nie obeznałem ze wszystkiem.
- Zagranicą! - wykrzyknęła Ludka. Opowiedz mi pan co! Ja tak serdecznie lubię słuchać opisów podróży.
Artur widocznie sam nie wiedział, od czego zacząć, ale ciekawe pytania Ludki wprowadziły go wkrótce na tor. Opowiadał jej więc, że był oddany do szkoły w Vevey, gdzie chłopcy nigdy nie noszą kapeluszy i mają flotę ze statków na jeziorze - a w czasie wakacyj wybierają się z nauczycielami na pieszą wędrówkę po Szwajcarji.
- Jakżebym ja tam chciała być! - wykrzyknęła Ludka. - Czy byłeś pan w Paryżu?
- Spędziliśmy tam przeszłą zimę.
- I mówisz po francusku?
- Nie wolno nam było inaczej mówić w Vevey.
- Powiedz co, żebym usłyszała; ja umiem czytać, ale nie mogę się nauczyć wymowy.
- Quel nom a cette jeune demoiselle en les pantoufles jolies? - rzekł usłużnie Artur.
- Jak ładnie mówisz! To znaczy: kto jest ta panienka w pięknych pantofelkach; nieprawda?
- Oui, Mademoiselle.
- To moja siostra Małgorzata, o czem wiedziałeś dobrze. Czy ci się podoba?
- Bardzo; przypomina mi niemieckie dziewczęta, bo ma taką świeżą cerę, spokojne rysy, i tańczy z dystynkcją.
Ludka zarumieniła się, słysząc tę pochwałę i zapamiętała ją, żeby powtórzyć siostrze. Tak długo razem przyglądali się towarzystwu, udzielali sobie uwag i gawędzili, że zdawało im się, iż ich łączy dawna znajomość. Artur otrząsnął się prędko z nieśmiałości, bo Ludki męskie obejście bawiło go i dodawało mu swobody; ona także odzyskała wesołość, gdyż zapomniała o sukni, i nikt na nią nie podnosił brwi. Polubiła bardzo młodego Laurence, i raz po raz przyglądała mu się bacznie, żeby go opisać dziewczętom. Nie miały braci, a kuzynów bardzo mało, więc znajomość z chłopcem była dla nich nowością. - Kręcące się czarne włosy - powtarzała sobie - ciemna cera, duże czarne oczy, długi nos, ładne zęby, małe ręce i nogi, wzrost taki jak mój. Bardzo grzeczny, jak na chłopca, i przytem wesoły. Ciekawam, ile ma lat?
Miała to pytanie na końcu języka, lecz powstrzymała się w porę, z niezwykłym taktem starając się znaleść uboczną drogę.
- Pewno niedługo wstąpisz do kolegjum? widzę, że drabujesz książki - to jest chciałam powiedzieć, że studjujesz pilnie. - I zarumieniła się ze wstydu, że to straszne "drabujesz" wymknęło jej się z ust.
Artur uśmiechnął się, ale go to widać nie obraziło, i odpowiedział wzruszając ramionami:
- Dopiero za dwa, lub trzy lata; w każdym razie nie prędzej, aż skończę siedemnasty rok.
- Czy masz dopiero piętnasty? - zapytała, spoglądając na dużego chłopca, któremu już dawała lat siedemnaście.
- W przyszłym miesiącu skończę szesnasty rok.
- Jakżebym ja chciała chodzić do kollegjum; a ty nie masz ochoty, jak mi się zdaje?
- Najmniejszej; tam się młodzież włóczy tylko dniem i nocą, i wogóle nie podoba mi się jej tryb życia.
- Cóżbyś ty lubił?
- Mieszkać we Włoszech i żyć według swoich upodobań.
Ludka miała wielką ochotę zapytać jakie one są, ale jakoś surowo ściągnął czarne brwi, więc chcąc zmienić przedmiot rozmowy, zaczęła bić takt nogą i rzekła: - Wyborna polka, czemu jej nie spróbujesz?
- Służę ci - odpowiedział z dziwacznym, krótkim ukłonem, na francuski sposób.
- Nie mogę, powiedziałam Małgosi, że nie będę tańczyć z powodu... - zatrzymała się, niepewna widocznie, czy mówić, czy się roześmiać.
- Z powodu? - ciekawie zapytał Artur.
- Nie powiesz nikomu?
- Nigdy!
- Otóż, przyszedł mi raz do głowy nieszczęśliwy pomysł stanąć przed kominkiem, i wypaliłam sobie tę suknię. Chociaż jest starannie naprawiona, zawsze to miejsce się odróżnia, i Małgosia zaleciła mi siedzieć spokojnie, żeby nikt tego nie zobaczył. Możesz się śmiać jeżeli chcesz, wiem, że to zabawne.
Artur nie śmiał się jednak, tylko patrzył w ziemię przez chwilę, i z dziwnym jakimś wyrazem twarzy powiedział bardzo mile:
- Mniejsza o to, posłuchaj jak się urządzimy. Tam, z drugiej strony pokojów, jest długa sień; możemy więc swobodnie tańczyć i nikt nas nie zobaczy. Chodźmy!
Ludka podziękowała, i poszła chętnie, żałując, że nie ma dwóch czystych rękawiczek, bo spostrzegła, że jej tancerz wkłada śliczne perłowego koloru. Sień była pusta, i doskonale im było polkować; Artur dobrze tańczył i nauczył ją niemieckiego pas, które zachwyciło ją, bo skoczne jest i pełne życia. Gdy muzyka zamilkła, usiedli na schodach, żeby odpocząć, i Artur opisywał jakąś zabawę heidelberską, kiedy się ukazała Małgosia. Na dany znak Ludka chętnie poszła do jednego z bocznych pokojów, gdzie zastała siostrę, która leżąc z bladą twarzą na sofie, trzymała się za nogę.
- Zwichnęłam sobie nogę. Ten głupi obcas wykręcił się, i okropnie cierpię. Tak boli, że trudno mi stać, i nie wiem jak wrócę do domu - rzekła, wijąc się na sofie.
- Wiedziałam, że pokaleczysz nogi przez te niedorzeczne korki. Przykro mi, ale nie widzę innego sposobu, jak żebyś wsiadła do powozu, albo tu przenocowała - odparła Ludka, ostrożnie głaszcząc biedną nogę.
- Nie mogę nająć powozu, bo to dużo kosztuje, a nawet pewno nie dostałabym, gdyż tu prawie wszyscy przybyli własnymi ekwipażami; wreszcie daleko jest do stajni, i nie mam kogo posłać.
- Ja pójdę.
- Nie, nie; już po dziesiątej i ciemno jak w Egipcie. Nie mogę tu zostać, bo jest pełno osób, i u Salusi przenocuje kilka panienek. Poleżę póki Anna nie przyjdzie, a potem będę musiała zajść piechotą.
- Poproszę Artura żeby poszedł - rzekła Ludka - i uspokoił ją ten pomysł.
- Zmiłuj się nie rób tego! nie proś go i nie mów nikomu. Podaj mi tylko kalosze, a te trzewiki wsuń między nasze rzeczy. Nie mogę już tańczyć, więc jak tylko będzie po kolacji, czatuj na Annę, i zaraz mi powiedz jak przyjdzie.
- Teraz właśnie przechodzą do jadalnego pokoju, ale ja wolę zostać z tobą, nie pójdę.
- Owszem, moja droga, idź i przynieś mi kawy. Takam zmęczona, że nie mogę się ruszyć.
Położyła się, chowając starannie nogi obute w kalosze, a Ludka pobiegła do jadalnego pokoju, przebywszy chiński gabinet i pokoik, gdzie stary pan Gardiner posilał się na osobności. Sięgnęła po kawę, lecz natychmiast rozlała ją na przedni bryt sukni.
- Ach mój Boże! jakżem ja niezręczna! - wykrzyknęła, wycierając plamy rękawiczką Małgosi.
- Czy mogę przydać się na co? - odezwał się przyjazny głos; był to Artur, z filiżanką kawy w jednej ręce, a z talerzykiem lodów w drugiej.
- Chciałam co wziąć dla Małgosi, która nie może tu przyjść, bo jest bardzo zmęczona; ktoś mię potrącił, i oto w jak ładnym stanie jestem - odpowiedziała, patrząc smutno na poplamioną suknię i zniszczoną rękawiczkę.
- Co za szkoda! Rozglądałem się właśnie, komuby to podać; czy mogę zanieść siostrze?
- O, dziękuję, pokażę panu zaraz gdzie ona jest. Sama nie zaniosę, bo narobiłabym sobie nowej biedy.
Wskazała mu drogę, i Artur jakby przyuczony usługiwać damom, przystawił stoliczek, przyniósł drugą porcję lodów i kawy dla Ludki, i tak był grzeczny, że nawet wymagająca Małgosia nazwała go "miłym chłopcem". Zabawiali się cukierkami, dewizami, i właśnie doskonale im szła spokojna gra w szeptanego z inną młodzieżą, która się do nich przyłączyła - kiedy się ukazała Anna. Małgosia zapominając o nodze, wstała tak żywo, że się musiała uchwycić Ludki i krzyknęła z bólu.
- Cicho, nie mów nic! - szepnęła, dodając głośno - skręciłam sobie trochę nogę, nic więcej - i kulejąc, poszła na górę po rzeczy.
Anna łajała, Małgosia płakała, a Ludka traciła głowę. Nareszcie postanowiła sama temu poradzić; zbiegła zatem na dół, i spotkawszy służącego poprosiła go o sprowadzenie powozu, ale powiedział jej, że jako najemnik nie zna tej okolicy, oglądała się więc znowu za jakąś pomocą, kiedy Artur, usłyszawszy o co idzie, przystąpił, żeby ofiarować powóz swego dziadka, który właśnie zajechał.
- Jeszcze tak wcześnie, że się nie możesz wybierać - rzekła Ludka, wahając się czy przyjąć propozycję, chociaż jej dogadzała.
- Ja zwykle powracam wcześnie do domu. Niech mi będzie wolno odwieźć panie, wszakże mi to nawet po drodze - zresztą podobno deszcz pada.
To ją przekonało nakoniec; więc opowiedziawszy mu o przykrym wypadku Małgosi, z wdzięcznością przyjęła grzeczną przysługę, i pobiegła na górę po swe towarzyszki. Anna miała koci wstręt do deszczu, nie sprzeciwiała się zatem, i powróciły wygodnym, zamykanym powozem, w którym było im wesoło i rozkosznie. Artur usiadł na koźle, więc Małgosia mogła wyciągnąć nogę - i swobodnie rozmawiały o wieczorku.
- Ja się doskonale zabawiłam; a ty? - spytała Ludka, rozpinając włosy i układając się wygodnie.
- Ja także, póki mnie noga nie rozbolała. Anusia Muffat, przyjaciółka Salusi, upodobała mię sobie, i prosi, żebyśmy razem przyjechały do niej, na tydzień. Wejdzie w świat z otwarciem opery - i jeżeli Mama pozwoli pojechać, to mię czekają świetne zabawy - powiedziała Małgosia, uśmiechając się do tej myśli.
- Widziałam cię tańczącą z tym rudym mężczyzną, od którego uciekłam; czy on miły?
- O bardzo! to są kasztanowate włosy, nie rude. Niezmiernie był grzeczny, i tańczyłam z nim wyborną redowę.
- Wyglądał, jak szarańcza w konwulsjach, robiąc to nowe pas. Nie mogliśmy się wstrzymać od śmiechu z Arturem. Słyszałaś?
- Nie, aleście się znaleźli bardzo gburowato. Coście robili cały czas w tem ukryciu?
Ludka opowiedziała swoje przygody, poczem powóz stanął przed domem. Serdecznie podziękowały Arturowi, życzyły mu dobrej nocy, i po cichu wsunęły się do sieni, żeby nikogo nie obudzić. Ale gdy drzwi skrzypnęły, dwa nocne czepeczki ukazały się, i dwa rozespane lecz ciekawe głosy zawołały:
- Opowiadajcie o wieczorze! opowiadajcie o wieczorze!
Z wielką "nieznajomością manier" według Małgosi, schowała Ludka trochę cukierków dla dziewczynek, które wkrótce usnęły, wysłuchawszy najważniejszych wydarzeń.
- Zdaje mi się, że jestem wielką panią: powracam z zabawy powozem, siedzę sobię w negliżu, a garderobiana mi posługuje - rzekła Małgosia, podczas gdy siostra okładała jej nogę kopalnikiem i czesała włosy.
- Nie sądzę, żeby wielkie panie bawiły się choć trochę lepiej od nas, mimo przypalonych włosów, starych sukien, jednej rękawiczki na każdą i ciasnych trzewików, w których wykręcamy sobie nogi, skorośmy dosyć niedorzeczne, żeby je nosić. - Zdaje mi się, że Ludka miała słuszność.
ROZDZIAŁ II. WESOŁE ŚWIĘTA BOŻEGO NARODZENIA.
Ludka obudziła się najpierwsza, o szarym świcie w świąteczny poranek. Nie było rozwieszonych pończoch przy kominku, więc przez chwilę doznawała tak przykrego uczucia, jak przed laty, kiedy jej pończoszka spadła na ziemię, pod ciężarem zawartych w niej łakoci. Potem, przypomniawszy sobie matki obietnicę, wyciągnęła z pod poduszki książeczkę w ponsowej oprawie. Bardzo dobrze ją znała, była to bowiem piękna i stara historja najdoskonalszego żywota, jaki istniał kiedykolwiek, i Ludka uczuła, że to najlepszy przewodnik dla pielgrzymki wybierającej się w długą podróż. Obudziwszy Małgosię życzeniem wesołych świąt, poleciła jej sięgnąć pod poduszkę. Ukazała się książka w zielonej okładce, z takim samym obrazkiem w środku i z kilku słowy napisanemi przez matkę, co czyniło ten podarek bardzo cennym w ich oczach. Następnie Eliza i Amelka ocknęły się, i poszukawszy także znalazły książeczki, jedna popielatą, druga niebieską. Siedziały wszystkie oglądając dary i gawędząc o nich, a tymczasem zorza różowiała ze wschodzącym dniem.
Pomimo drobnych próżnostek, Małgosia miała słodką i religijną naturę i bezwiednie wpływała nią na siostry - zwłaszcza na Ludkę, która ją kochała serdecznie i chętnie słuchała jej łagodnych rad.
- Dziewczęta - odezwała się Małgosia poważnie spoglądając na główkę, leżącą obok niej, i na dwie inne ubrane w nocne czepeczki w przyległym pokoju - mama pragnie, żeby te książki czytać, kochać i pamiętać; musimy wziąć się do nich natychmiast. Dawniej byłyśmy im wierne, ale odkąd ojciec wyjechał, i te wszystkie rozruchy wojenne nas wykoleiły, zaniedbałyśmy wiele rzeczy. Możecie postąpić jak wam się podoba, lecz co do mnie, będę mieć tę książkę tu na stole i czytać ją po trochu co rano zaraz po przebudzeniu się, gdyż wiem, że to pójdzie na pożytek i będzie mi pomocą w ciągu dnia.
Otworzywszy nową książeczkę, zaczęła czytać wraz z Ludką, która ją objęła za szyję i miała spokojny wyraz, rzadko widziany na jej ruchliwej twarzy.
- Jaka Małgosia jest dobra! i my Amelko zróbmy to; pomogę ci w trudnych słowach, a czego nie zrozumiemy, to nam siostry wytłumaczą - szepnęła Eliza, na której sprawiły wielkie wrażenie nowe książeczki i przykład sióstr.
- Cieszę się, że moja jest niebieska - rzekła Amelka. Po chwili uciszyło się w pokojach, i było tylko słychać ostrożne przewracanie kartek, a zimowe słońce wciskało się dotykając główek i poważnych twarzyczek na powinszowanie świąt.
- Gdzie mama? - zapytała Małgosia, gdy w pół godziny potem zbiegły na dół z Ludką, żeby podziękować za podarki.
- Tylko jej dobroci to wiadomo. Przyszło jakieś biedactwo po prośbie, a mama zaraz poszła przekonać się czego tam w domu potrzeba. Nie znalazłaby się druga kobieta na świecie tak pochopna do dawania pokarmu, napoju, ubrania i opału - odpowiedziała Anna, która będąc u państwa March od urodzenia się Małgosi, była więcej uważana za przyjaciółkę, niż za służącą.
- Niedługo pewnie wróci, więc zrób ciastka i miej wszystko w pogotowiu - rzekła Małgosia, spoglądając na podarki złożone w koszyku pod sofą, aby je można prędko wydobyć we właściwym czasie.
- Gdzie jest Amelki flaszeczka z wodą kolońską? - dodała nie spostrzegając jej.
- Amelka wzięła przed chwilą, żeby obwiązać wstążeczką, czy coś takiego - odparła Ludka, tańcząc po pokoju, by się trochę rozchodziły nowe pantofle.
- Jak ładnie moje chustki wyglądają, nieprawda? Anna mi je uprała i uprasowała, a ja sama naznaczyłam - rzekła Eliza, dumnie spoglądając na trochę nierówne litery, które ją kosztowały tyle trudu.
- Niechże ją Pan Bóg ma w swojej opiece! wyhaftowała "mama" zamiast "M. March", jakież to zabawne! - wykrzyknęła Ludka, biorąc jedną chustkę do ręki.
- Czy tak nie dobrze? zdawało mi się, że lepiej będzie; bo Małgosi pierwsze litery są M. M., a ja nie chcę, żeby ich kto inny używał prócz mamy - rzekła Elżbietka nieco pomieszana.
- Dobrześ zrobiła, moja droga; to piękna myśl i rozsądna, bo się już nikt nie może omylić. Wiem, że się to mamie bardzo spodoba - rzekła Małgosia i mrugnęła na Ludkę a uśmiechnęła się do Elizy.
- Mama idzie! schowajcie koszyk, prędko! - zawołała Ludka, gdy się drzwi zatrzasnęły i kroki dały się słyszeć w sieni.
Amelka weszła śpiesznie i zmieszała się trochę widząc, że wszystkie siostry na nią czekają.
- Gdzieżeś to była? co chowasz za sobą? - spytała Małgosia ze zdziwieniem, miarkując po kapturku i płaszczyku, że leniwa Amelka wychodziła tak wcześnie.
- Nie śmiej się ze mnie Ludko; nie chciałam, żeby kto wiedział o tem przed czasem. Poszłam tylko zmienić małą flaszeczkę na dużą. Wydałam na nią wszystkie pieniądze i będę się szczerze starała nie być już samolubną.
Mówiąc to, pokazała Amelka ładną flaszkę w miejsce małej, a to wysilenie by o sobie zapomnieć, nadawało jej tak poważną i pokorną minkę, że ją Małgosia uściskała, Ludka nazwała "poczciwem sercem", a Eliza urwała z okna najpiękniejszą różę, by nią ozdobić wspaniałą butelkę.
- Widzicie, zawstydziłam się mego podarku po rannem czytaniu i zaraz po rozmowie o poprawieniu się, więc wstawszy zaraz pobiegłam za róg domu i zamieniłam butelkę. Tak się cieszę bo teraz mój podarek najładniejszy!
Frontowe drzwi znowu się zamknęły; koszyk poszedł pod sofę, a dziewczęta otoczyły stół, chciwie gotując się do śniadania.
- Życzymy ci wesołych świąt, mamo! abyś ich dużo przeżyła! Dziękujemy za książki; czytałyśmy już trochę, i codzień będziemy to czynić! - wołały chórem.
- Wesołych świąt życzę wam, dziewczątka moje! Cieszy mię, żeście zaczęły odrazu, i mam nadzieję, że wytrwacie. Ale zanim usiądziemy, muszę wam coś powiedzieć: niedaleko stąd leży biedna kobieta z nowonarodzonem dzieckiem, a sześcioro drobiazgu siedzi skurczonych w jednem łóżku, chroniąc się od zimna, bo nie mają opału. Nawet jeść nic nie mają, więc najstarszy chłopiec przyszedł mi opowiedzieć o tej biedzie. Czy chcecie, moje dziewczęta, dać im swe śniadanie jako podarek świąteczny?
Były nadzwyczaj głodne po godzinnem blizko wyczekiwaniu, więc przez chwilę nie odezwała się żadna; lecz tylko przez chwilę - bo Ludka wykrzyknęła zaraz z zapałem:
- Jakto dobrze, mamo, żeś przyszła, zanim wzięłyśmy się do jedzenia!
- Czy będę mogła pomóc zanieść te rzeczy biednym dzieciom? - błagalnie zapytała Eliza.
- Ja wezmę śmietankę i ciastka - dodała Amelka, oddając bohatersko to co najlepiej lubiła.
Małgosia już układała kawałki chleba z masłem na dużym talerzu.
- Spodziewałam się tego - rzekła pani March z uśmiechem zadowolenia. - Wezmę was z sobą do pomocy; wróciwszy, posilimy się mlekiem i chlebem, a reszty obiad dopełni.
Wkrótce wszystko było gotowe, i wyruszyły procesjonalnie. Szczęściem była to wczesna godzina, szły bocznemi uliczkami, więc je mało osób widziało, i nikt nie wyśmiał tej zabawnej wycieczki.
Zastały pokój nędzny, pusty, z potłuczonemi oknami, nieogrzany. Na brudnem posłaniu leżała chora matka z kwilącem niemowlęciem, a grono głodnych dzieci tuliło się pod starą kołdrą, aby się ogrzać. Jakże ich wielkie oczy spojrzały, a sine usteczka uśmiechnęły się na widok naszych dziewcząt!
- Ach, mein Gott! anioły do nas przyszły! - wykrzyknęła biedna kobieta płacząc z radości.
- Zabawne anioły w kapturach i mitenkach - rzekła Ludka, pobudzając wszystkich do śmiechu.
W kilka minut potem zdawało się istotnie, że jakieś dobre duchy wzięły się do dzieła. Anna, która przyniosła drzewo, rozpaliła ogień i zatkała potłuczone szyby staremi kapeluszami i własną chustką. Pani March dała matce herbaty, kaszki, i pocieszyła ją obietnicą, że o niej pamiętać będzie - a niemowlę ubrała z taką tkliwością, jakby swoje. Tymczasem dziewczęta zastawiły stół, posadziły dzieci wkoło ognia i karmiły je jak głodne pisklęta, przyczem śmiały się, szczebiotały, usiłując daremmie zrozumieć ich łamaną i komiczną angielszczyznę.
- Das ist gut! - "die Engelkinder!" - wołały biedactwa, jedząc i rozgrzewając czerwone rączki przy rozkosznym ogniu. Dziewczęta jeszcze nigdy nie były nazywane "aniołami dzieci" i bardzo im się to podobało, zwłaszcza Ludce - uważanej od urodzenia za "Sansza". Była to bardzo przyjemna uczta, chociaż nie brały w niej udziału, i gdy odeszły zostawiając pociechę, zdaje mi się, że w całem mieście nie było czterech weselszych osób, jak te głodne dziewczynki, które oddały swe śniadanie, poprzestając na mleku z chlebem w poranek Bożego Narodzenia.
- To znaczy, że więcej kochamy sąsiadów niż siebie, i mnie się to podoba - odezwała się Małgosia, gdy układały podarki, a matka wybierała na górze odzież dla biednych Humlów.
Ubogie były ich dary, ale dowodziły wielkiego przywiązania, a stojące na środku stołu duże wazony ponsowych róż, białych chryzantemów i spadających win, nadawały elegancki pozór.
- Mama idzie! zagraj, Elizo! otwórz drzwi, Amelko! Winszujemy! winszujemy! - wołała Ludka skacząc w koło, podczas gdy Małgosia wybiegła, żeby poprowadzić matkę do honorowego miejsca.
Eliza zagrała wesołego marsza, Amelka roztworzyła drzwi, a Małgosia z wielką godnością odgrywała rolę eskorty. Panią March zdziwiło i wzruszyło to wszystko; uśmiechając się, przez łzy spoglądała na podarki i czytała przypięte do nich karteczki.
Najpierw wzięła pantofle, potem włożyła do kieszeni chustkę do nosa, skropioną wodą kolońską od Amelki; różę przypięła do stanika, a o ładnych rękawiczkach powiedziała, że są doskonale utrafione.
Dużo było śmiechu, całusów, objaśnień i tej prostoty i serdeczności, które sprawiają, że domowe uroczystości tak są miłe w chwili, tak słodkie we wspomnieniu. Następnie wzięły się wszystkie do roboty.
Ten uczynek miłosierny i domowa uroczystość zabrały tak wiele czasu, że resztę dnia poświęciły dziewczęta wieczornej zabawie. Za młode będąc, żeby często chodziły do teatru, a nie dosyć bogate, by wydawać wiele pieniędzy na amatorskie przedstawienia, nakładały własną głową; i ponieważ potrzeba jest matką wynalazków, doskonale sobie radziły. Bardzo były nawet zręczne niektóre ich wyroby, jak to: gitary tekturowe, starożytne lampy ze staroświeckich maselniczek oklejanych srebrnym papierem, świetne szaty ze starego perkalu strojne w błyszczące punkciki z cyny, zdjętej ze słoików od marynaty. Meble zazwyczaj przewracały do góry nogami, a obszerny pokój służył za scenę ich niewinnych rozrywek.
Ponieważ tylko płeć niewieścia była przypuszczona, Ludka dowoli mogła odgrywać role męskie i rozkoszować się parą grubych butów, które jej dała przyjaciółka, znająca jedną panią, która znowu znała pewnego aktora. Te buty, stary floret i kaftan z rozcinanemi rękawami, rzeczy, których niegdyś pewien artysta używał do obrazu, były to największe skarby Ludki, i popisywała się niemi przy każdej sposobności. Z powodu małego grona, dwie główne aktorki musiały podejmować się kilku ról w jednej sztuce. Niezaprzeczenie zasługiwały na uznanie za ciężką pracę, uczyły się bowiem trzech lub czterech ról, kładły coraz inne kostjumy i urządzały jeszcze scenę. Była to wyborna wprawa dla pamięci, niewinna przyjemność i zajęcie godzin, któreby zeszły na próżniactwie, w samotności, lub w niekorzystnem towarzystwie.
W wieczór Bożego Narodzenia dwanaście panienek wgramoliło się na łóżko, służące za parter, i siedziały za firanką z żółtoniebieskiego perkalu w najpochlebniejszem oczekiwaniu. Za kurtyną było dużo szeptów, łoskotu, trochę swędu od lamp, i niekiedy słyszeć się dawał chichot Amelki dochodzący prawie do konwulsyi w tej gorączkowej chwili. Nareszcie odezwał się dzwonek, rozsunęły się firanki, i zaczęto liryczną tragedję.
Stosownie do ogłoszenia na afiszu, był tam ciemny las, wyobrażony przez kilka krzewów w donicach i przez zieloną materję, rozesłaną na ziemi. W oddaleniu widać było jaskinię, której za dach służyły dery, a za ściany, stoły. W środku był piecyk rozpalony, i czarna, stara czarownica stała pochylona nad czarnym garnkiem. Na scenie było ciemno, a ogień z piecyka sprawiał świetny efekt, zwłaszcza, że prawdziwa para wydobywała się z garnka, gdy czarownica podnosiła pokrywę. Jedną chwilę poświęcono uspokojeniu pierwszego wrażenia, poczem rozbójnik, imieniem Hugo, zjawił się z brzękającym mieczem przy boku, w kapeluszu o szerokich skrzydłach, z czarną brodą, w tajemniczym płaszczu, i wyżej wspomnianych butach. Przeszedł się kilka razy wielce wzburzony, potem uderzył się w czoło i wybuchnął dzikim krzykiem, że nienawidzi Rodriga, kocha Zarę, i zamierza zabić pierwszego, a pozyskać drugą. Ostre tony i krzyk sprawiały wielkie wrażenie, i publiczność obsypała go oklaskami, gdy umilkł, żeby odetchnąć. Ukłoniwszy się z miną artysty przyzwyczajonego do pochwał, zbliżył się do jaskini i rozkazał Agarze, by wyszła, wołając: "Chodź tu, kochanko! potrzebna mi jesteś!"
Wyszła Małgosia z siwą końską grzywą rozpuszczoną na twarzy, w szacie o barwach czerwonych i czarnych, w płaszczu z kabalistycznemi znakami, i z kijem w ręku. Hugo zażądał od niej miłosnego napoju dla Zary, a trucizny dla Rodryga. Agara piękną, dramatyczną arją zaczęła przywoływać ducha, mającego przynieść napój miłosny:
Wypieszczony tchnieniem róż, wykarmiony rosy łzą,
Zstąp powiewny duchu biały;
Gromowładne berło złóż, śpiesz wypełnić prośbę mą,
Rzuć pałaców swych kryształy!
W księżycową jasną noc, gdy ucichnie ludzki gwar,
I natura we śnie spocznie,
Ześlij płyn, którego moc i magiczny władzy czar
Działać będzie niewidocznie.
Dała się słyszeć cicha muzyka, poczem z głębi jaskini ukazała się mała postać odziana w mglistą biel, z błyszczącemi skrzydły, ze złocistym włosem, i w wieńcu z róż na głowie. Poruszając laseczką zaśpiewała:
Z górnych krain, z srebrnych bram,
Otulonych śnieżną mgłą,
Zszedłem, by wysłuchać cię;
Lecz talizman, który mam,
Straci wkrótce wartość swą,
Jeśli go użyjesz źle.
I rzuciwszy złoconą flaszeczkę u nóg czarownicy, duch znikł. Drugi śpiew Agary wywołał zjawisko, nieprzyjemne - bo z kijem w ręku, z brzydkiemi, czarnemi skrzydły. Ponurym głosem dawszy odpowiedź, rzuciło czarną butelkę na Hugona, poczem znikło z szyderczym śmiechem. Hugo odśpiewał podziękowanie, schował flaszeczki w buty i odszedł; Agara zaś oznajmiła publiczności, że ponieważ zabił przed czasy kilku jej przyjaciół, postanowiła krzyżować mu plany i pomścić się. Wówczas zasłona spadła, słuchacze wypoczywali, jedli cukier lodowaty i rozprawiali o sztuce.
Dużo było huku, zanim się znowu podniosła zasłona, ale nikt nie szemrał na zwłokę, bo urządzenie sceny okazało się arcydziełem. Była to rzecz prawdziwie wspaniała! Aż do sufitu sięgała wieża; w połowie wysokości było okno z palącą się lampą, i zpoza białej firanki ukazała się Zara w pięknej srebrno-błękitnej sukni, oczekująca Rodryga. Przybył on w świetnym stroju: w kapeluszu z piórami, w czerwonym płaszczu, w ciemno blond loczkach, w butach naturalnie, i z gitarą w ręku. Ukląkł u stóp wieży, zaśpiewał serenadę czułym głosem, Zara odpowiedziała - i po tej śpiewanej rozmowie przystała na ucieczkę. Tu nastąpił wielki efekt; Rodryg wydobył drabinę z lin o pięciu szczeblach, podrzucił w górę jeden koniec i poprosił, żeby Zara zeszła. Nieśmiało wydobyła się przez okno, oparła rękę na ramieniu jego, i miała zeskoczyć z wdziękiem, kiedy "biedna, biedna Zara!" zapomniała o ogonie od sukni, który się zaczepił o okno. Wieża zachwiała się, pochyliła naprzód, padła z łoskotem i pochowała nieszczęsnych kochanków w ruinach!
Powstał ogólny krzyk, skoro skórzane buty gwałtownie wydobywały się ze zgliszcza, a złocista główka wychyliła się wołając: "Mówiłam wam, mówiłam!" Z zadziwiającą przytomnością umysłu przypadł srogi ojciec - Don Pedro, i szybkim ruchem odciągnął na bok córkę.
- "Nie śmiej się i graj, jakgdyby nic nie zaszło!" powiedział, i rozkazawszy Rodrygowi wstać, wygnał go z królestwa ze wzgardą i gniewem. Rodryg lekceważył starego i nie chciał się ruszyć, chociaż zmieszany był zwaleniem mu się wieży na głowę. Ten zuchwały przykład rozognił Zarę; ona także odezwała się wyzywająco do ojca, który skazał ich na najgłębsze więzienie w zamku. Gruby a maleńki dozorca przyniósł łańcuchy i poprowadził ich z miną bardzo zestraszoną, widocznie zapominając co ma powiedzieć.
W akcie trzecim przedstawiony zamek; Agara zjawia się z postanowieniem, że uwolni kochanków i Hugonowi życie odbierze. Usłyszawszy, że tenże nadchodzi, kryje się, widzi jak on nalewa dwie czary wina i każe nieśmiałemu dozorcy zanieść je więźniom do celi, z oznajmieniem, że natychmiast sam przyjdzie. Służalec bierze na bok Hugona, żeby mu coś powiedzieć, Agara zaś przemienia czary na inne, nieszkodliwe; Ferdynand zabiera je z sobą, a Agara stawia napowrót czarę zatrutą i przeznaczoną dla Rodryga. Hugo, chcąc sobie odwilżyć gardło po długim śpiewie, wypija zabójczy napój, traci przytomność, zaciska pięści, i szamoce się pewien czas - nareszcie pada i umiera. Agara oznajmia mu, co uczyniła, w arji szczególnie silnej i pięknej.
Ta scena była prawdziwie przenikająca, chociaż mógłby kto zarzucić, że skoro długie i gęste włosy nagle spadły z głowy nikczemnika, zepsuł się efekt jego śmierci. Gdy go przywołano, znalazł się bardzo przyzwoicie, prowadząc za rękę Agarę, której śpiew wzbudził większy podziw, niż całe widowisko razem wzięte.
W akcie czwartym Rodryg jest bliskim samobójstwa z rozpaczy, powiedziano mu bowiem, że go Zara porzuciła. Właśnie gdy przykłada miecz do piersi, pod jego oknem odzywa się melodyjna pieśń, oznajmiająca, że Zara jest wierną, ale jej grozi niebezpieczeństwo, i że jeżeli zechce, może ją ocalić. Wrzuca mu ktoś przez okno klucz, którym otwiera drzwi; w uniesieniu radości zrywa na sobie więzy i wybiega, by wynaleść i uratować panią swego serca.
Akt piąty zaczyna się burzliwą sceną między Zarą a Don Pedrem, który żąda, by wstąpiła do klasztoru; ale ona słuchać nie chce i po wzruszającej prośbie bliska jest omdlenia, kiedy Rodryg wpada i oświadcza się o jej rękę. Don Pedro odmawia z powodu, że nie jest bogatym; obaj krzyczą, gestykulują przeraźliwie i nie mogą się zgodzić. Rodryg właśnie zamierza wynieść wycieńczoną Zarę, gdy ów nieśmiały służalec wchodzi z listem i z workiem od Agary, która tajemniczo znikła - i zawiadamia, że przekazuje zatajony majątek młodym kochankom, a Don Pedrze grozi strasznym losem, jeżeli nie przyzwoli na ich szczęście. Otwierają worek, i kilkanaście kwart srebrnej monety spada jak deszcz na scenę, aż cała połyskuje. To zupełnie uspokaja "srogiego ojca". Daje przyzwolenie bez szemrania; wszyscy łączą się w wesoły chór, i zasłona spada na kochanków klęczących z romantycznym wdziękiem dla odebrania błogosławieństwa od Don Pedra.
Nastąpiły potem grzmiące oklaski, ale niespodziana rzecz je przerwała; oto składane łóżko stanowiące parter, nagle zamknęło się i przykryło całą publiczność. Rodryg i Don Pedro pobiegli z pomocą, i wszystkie dziewczęta wydobyto bez szwanku, tylko niektóre przemówić nie mogły ze śmiechu. Zaledwie zaczął zamęt ustawać, ukazała się Anna "z ukłonem od pani March i z prośbą aby panny zeszły na kolację".
Było to niespodzianką nawet dla aktorek, i ujrzawszy stół, spoglądały na siebie z rozkosznem zadziwieniem. Bardzo to wyglądało na "mamę", że im przygotowała balik, ale nie widziały tak wykwintnej uczty jak za lepszych czasów! Były aż dwa półmiski lodów białych i różowych, ciastka, owoce i ulubione cukierki francuskie, a na środku stołu cztery wielkie bukiety z cieplarnianych kwiatów.
Tamując oddech, patrzyły to na stół, to na matkę, która się zdawała być niezmiernie ucieszoną.
- Czy to czary? - spytała Amelka.
- To święty Mikołaj - odezwała się Eliza.
- To mamy dzieło! - rzekła Małgosia z uśmiechem, słodkim pomimo siwej brody i białych brwi.
- Pewnie ciotka March zdobyła się na dobry figiel i przysłała kolację - wykrzyknęła Ludka z nagłem natchnieniem.
- Wszystkie się mylicie; to ofiarował stary pan Laurence - odparła pani March.
- Dziadek Artura? skąd mu przyszło do głowy? Wszakże go nie znamy! - wykrzyknęła Małgosia.
- Anna opowiedziała jednej z jego służących o waszej wędrówce ze śniadaniem, i podobało mu się to, chociaż jest dziwakiem. Znał mego ojca przed laty, więc napisał grzecznie dziś po południu, wyrażając nadzieję, że mu pozwolę okazać życzliwość dla mych dzieci przesłaniem kilku drobnostek na uczczenie tego dnia. Nie mogłam odmówić, macie więc ucztę wieczorną w nagrodę za mleko z chlebem na śniadanie.
- Jestem pewna, że ten chłopiec poddał mu tę myśl! Chciałabym się z nim zapoznać, bo to wyborny chłopak! Zdaje się, że on także ma na to ochotę, ale jest nieśmiały, a Małgosia taka wymuszona, że nie pozwala nam mówić z sobą gdy się spotykamy - rzekła Ludka, podczas kiedy talerze obchodziły wkoło, a lody zaczynały znikać ze stołu wśród okrzyków radości.
- Czy mówisz o tej rodzinie, mieszkającej w dużym sąsiednim domu? - spytała jedna z dziewcząt. "Moja mama zna starego pana Laurence, ale mówi, że on bardzo dumny, i że nie lubi zadawać się z sąsiadami. Trzyma wnuka w zamknięciu z wyjątkiem kiedy jeździ konno, lub przechadza się z nauczycielem, i strasznie dużo każe mu pracować. Zapraszałyśmy go na zabawy, ale nie przyszedł. Mama powiada, że jest bardzo miły, chociaż do nas dziewcząt nigdy się nie odzywa.
- Jak przyniósł raz kota, który nam uciekł, rozmawialiśmy przez płot o różnych grach, ale zobaczywszy zbliżającą się Małgosię, uciekł zaraz. Chciałabym go poznać, bo jestem pewna, że mu potrzeba rozrywek - rzekła Ludka.
- Podoba mi się, bo ma obejście małego gentlemana i nie mam nic przeciw temu, żebyście się z nim poznały przy sposobności. Sam przyniósł kwiaty, i byłabym go zaprosiła, ale nie miałam pewności co się na górze dzieje. Smutno odchodził słysząc gwarną zabawę, bo jej pewnie w domu nie miewa.
- Szczęście, żeś tego nie zrobiła mamo! - rzekła Ludka, ze śmiechem spoglądając na swe buty. - Ale innym razem urządzimy taką sztukę, żeby ją mógł zobaczyć. Może nawet weźmie udział; czyby to nie było przyjemnie?
- Jeszcze nigdy nie miałam bukietu; jaki ładny! - powiedziała Małgosia, przyglądając się kwiatom z największem zajęciem.
- Ładne są te kwiaty, lecz milsze mi róże od Elizy! - rzekła pani March, wąchając napół zwiędły bukiecik, przypięty do stanika.
Eliza przytuliła się do niej i szepnęła słodko:
- Chciałabym posłać mój bukiet ojcu, bo się boję, że dla niego święta Bożego Narodzenia będą mniej wesołe jak dla nas...
ROZDZIAŁ I. PIELGRZYMKI.
- Co mi za Boże Narodzenie bez podarków! - mruknęła Ludka, leżąc na dywanie przed kominkiem.
- To strasznie być ubogą! - westchnęła Małgosia, spoglądając na swą starą suknię.
- Bardzo jest nieładnie, że niektóre dziewczęta mają mnóstwo pięknych rzeczy, a inne nie mają nic - dodała Amelka z gniewną minką.
- Mamy przecież ojca, mamę i siebie nawzajem - z zadowoleniem odezwała się Eliza ze swego kącika.
Ich cztery młode twarzyczki oświecone ogniem z kominka, rozjaśniły się na te wesołe słowa, lecz sposępniały znowu, gdy Ludka rzekła:
- Nie mamy teraz ojca, i długi czas nie będziemy go miały. - Wprawdzie nie powiedziała "może nigdy", ale wszystkie dodały to w duchu, ponieważ był daleko na wojnie.
Milczały przez chwilę, poczem Małgosia odezwała się innym tonem.
- Wiecie, że mama dlatego radzi, byśmy sobie tym razem nie dawały podarków, że zima będzie sroga; więc jej zdaniem, nie powinnyśmy wydawać pieniędzy na przyjemności, kiedy nasze wojsko tak cierpi. Prawda, że nie zdołamy wiele uczynić, ale małe poświęcenia są w naszej możności, i wypada nam ich dokonać z dobrej woli. Mam jednak obawę, że się na to nie zdobędę - mówiła potrząsając główką, jak gdyby z żalem myślała o wszystkich ładnych rzeczach, które jej były potrzebne.
- Nie przypuszczam, żeby nasze małe oszczędności przydały się na co; dałybyśmy po dolarze, więc jakaż stąd ulga dla wojska? Zgadzam się na to, by nic nie dostać od mamy i od was, alebym chciała sobie kupić "Rusałkę", bo już tak dawno mam na nią ochotę - rzekła Ludka zamiłowana w książkach.
- Ja na nuty przeznaczałam swoje pieniądze - rzekła Eliza z cichem westchnieniem, usłyszanem tylko przez miotełkę i rączkę od tygielka.
- A mnie są potrzebne ołówki Fabera, i muszę ich sobie kupić ładne pudełko - odezwała się Amelka stanowczo.
- Mama nie miała na myśli naszych pieniędzy, i nie chciałaby, żebyśmy się wszystkiego wyrzekły. Niech każda kupi co jej potrzebne, żeby sobie zrobić przyjemność. Spodziewam się, że zasługujemy na to, pracując tak ciężko! - zawołała Ludka, oglądając sobie obcasy u bucików z miną chłopaka.
- Ja z pewnością zasługuję, ucząc te nieznośne dzieci prawie cały dzień, kiedy sama chciałabym się bawić w domu - odezwała się znowu żałosnym tonem Małgosia.
- Moja praca dwa razy uciążliwsza od twojej; jakby ci było, gdybyś siedziała godzinami zamknięta z nerwową, kapryśną, starą jejmością, która się tobą posługuje, ze wszystkiego jest niezadowolona i tak cię męczy, że wyskoczyłabyś chętnie oknem, albo dałabyś jej policzek.
- Przykro jest, jak nas kto drażni, ale zdaje mi się, że zmywanie talerzy i pilnowanie porządku jest najgorszą pracą na świecie. Dlatego jestem kwaśna i tak mi sztywnieją palce, że nie mogę grać - rzekła Elżbietka spoglądając na szorstkie rączki z westchnieniem, które tym razem mogło być usłyszane przez wszystkich.
- Nie wierzę, by która z was cierpiała tyle co ja! - zawołała Amelka - nie jesteście zmuszone chodzić do szkoły z niegrzecznemi dziewczętami, które was prześladują, gdy nie umiecie lekcji; wyśmiewają wasze ubranie, pogardzają waszym ojcem, jeżeli nie bogaty, i znieważają was za brzydki nos.
- Czy nie chciałabyś mieć tych pieniędzy Ludko, co papa stracił, gdyśmy były małe? Ach mój Boże! Jakżebyśmy były szczęśliwe i dobre, gdyby nie te troski! - powiedziała Małgosia, pamiętająca lepsze czasy.
- Mówiłaś parę dni temu, żeśmy daleko szczęśliwsze od dzieci państwa King, bo one ciągle się biją i kłócą, chociaż mają pieniądze.
- Prawda Elżbietko, mówiłam to i sądzę, że tak jest, bo choć musimy pracować, obmyślamy sobie też rozrywki i wesołą stanowimy kupkę, jakby się wyraziła Ludka.
- Ona używa takich gminnych słów - zauważyła Amelka, rzucając gromiące spojrzenie na długą postać rozciągniętą na dywanie. Ludka w tej chwili usiadła, włożyła ręce w kieszenie od fartuszka i zaczęła gwizdać.
- Daj pokój, Ludko, to przystoi chłopcu.
- Dlatego też gwiżdżę.
- Nic cierpię ordynarnych, nieeleganckich dziewcząt.
- A ja nienawidzę przesadnych i wymuszonych dzieciaków.
- Ptaszki w swoich gniazdkach żyją w zgodzie - zaśpiewała pojednawczo Elżbietka z taką zabawną minką, że oba szorstkie głosy wybuchnęły śmiechem, i na ten raz ustało "dziobanie się ptasząt".
- Doprawdy, moje dziewczęta, obie zasługujecie na połajanie - rzekła Małgosia zaczynająca gromić tonem starszej siostry. - Ty, Ludko, jesteś już w tym wieku, żeś nie powinna dokazywać jak chłopiec, i wypada ci już inaczej się zachowywać. Pókiś była małą dziewczynką, to uchodziło, ale teraz kiedyś tak wyrosła i upinasz już włosy, należy pamiętać, że jesteś słuszną panną.
- Nie jestem nią! i jeżeli upinanie włosów czyni mię doroślejszą, to będę nosiła warkocze do dwudziestu lat! - zawołała, zrzucając siatkę i rozwieszając ciemno blond grzywę. - Nie cierpię tej myśli, że dorosnę, zostanę panną March, będę nosić długie suknie i wyglądać tak sztywno jak astra chińska. Dosyć biedy, że jestem dziewczyną, kiedy lubię męskie zabawy, zajęcia i sposób życia. Nie mogę się uspokoić z żalu, żem nie chłopiec, a teraz gorzej mi jak kiedykolwiek, bo umieram z chęci walczenia przy boku papy, a muszę siedzieć w domu z robotą na drutach, jak zniedołężniała baba. - Mówiąc to, pociągnęła tak mocno niebieską skarpetkę, że druty zadzwoniły jakby kastaniety, a kłębek upadł na ziemię.
- Biednaś ty Ludko! co za szkoda! lecz niema na to rady; staraj się więc poprzestać na odgrywaniu roli naszego brata - rzekła Eliza głaszcząc ostre włosy na głowie wspartej o jej kolana, rączką przyjemną w dotknięciu, pomimo zmywania talerzy i okurzania sprzętów.
- Ty zaś, Amelko - mówiła dalej Małgosia - jesteś zbyt wykwintna i wymuszona. Te pretensjonalne miny są teraz zabawne, ale jak się ich nie będziesz wystrzegać, to wyrośniesz na przesadzoną gąskę! Lubię twój ładny układ i delikatne wysławianie się, jak się nie sadzisz na elegancję, ale twoje niedorzeczne wyrazy na równi stawiam z gminnemi słowami Ludki.
- Kiedy Ludka jest chłopakiem, Amelka gąską, czemże ja jestem, jeżeli łaska? - rzekła Eliza chcąc przyjąć swoją część połajania.
- Ty jesteś pieszczotką i niczem więcej - odpowiedziała Małgosia z zapałem, i żadna z sióstr nie zaprzeczyła, bo "myszka" była ukochaną całej rodziny.
Ponieważ młode czytelniczki lubią wiedzieć "jak kto wygląda", skorzystamy z tej chwili, żeby dać lekki szkic tych czterech dziewczynek, siedzących o szarej godzinie z robotą na drutach, podczas gdy śnieg grudniowy pada cicho na dworze, a ogień trzeszczy wesoło na kominku. Był to miły pokój, pomimo spłowiałego dywanu i bardzo prostych mebli; wisiało bowiem na ścianach parę dobrych obrazów, książek było dużo na półkach, w oknach kwitły hjacynty i cierniki, i napełniała go przyjemna atmosfera domowego spokoju.
Małgorzata, najstarsza z dziewcząt, miała lat szesnaście; była bardzo ładna, pulchna i biała. Oczy miała duże, włosy gęste ciemno blond, usta kształtne i rączki białe, któremi się trochę pyszniła. Piętnastoletnia Ludka była bardzo wysoka, szczupła i smagła; zawsze jej zawadzały długie członki, i nie wiedziała co z niemi robić. Miała stanowcze usta, komiczny nos, bystre szare oczy, które zdawały się wszystko widzieć i bywały to gwałtowne, to śmiejące się, to zamyślone. Gęste, długie włosy stanowiły jej główną ozdobę, ale je zazwyczaj zwijała w siatkę, żeby nie przeszkadzały. Ramiona miała szerokie, ręce i nogi duże, ubranie wisiało na niej bez wdzięku, i we wszystkiem miała niezgrabną minę dziewczynki, która prędko wyrasta na kobietę i jest z tego niezadowolona. Elżbietka była to trzynastoletnia dziewczynka, różowa, z główką zawsze ładnie uczesaną i z jasnemi oczkami. Miała nieśmiałe obejście, lękliwy głos i spokojną fizjonomję, którą rzadko co wzburzyło. Ojciec nazywał ją "cichą" i to miano przypadało do niej wybornie, bo zdawała się żyć we własnym, szczęśliwym świecie, odważając się obcować tylko z tą małą garstką osób, które posiadały jej ufność i przywiązanie. Amelka, chociaż najmłodsza, miała wielkie znaczenie, przynajmniej w swojem przekonaniu. Była to dzieweczka kształtna, biała jak śnieg, z niebieskiemi oczami, i z główką w złocistych loczkach. Była blada, szczupła i zawsze zachowująca się jak dorosła panna, dbała o swe maniery. Co się tyczy charakterów tych czterech sióstr, to je każdy sam pozna.
Zegar wybił szóstą, a Elżbietka wyczyściwszy kominek postawiła pantofle, żeby się ogrzały. Widok tego starego obuwia sprawił jakieś miłe wrażenie na dziewczętach, bo matka miała nadejść, a wszystkim było pilno ją przywitać. Małgosia przestała gromić i zapaliła lampę; Amelka wstała z fotelu, chociaż jej nikt o to nie prosił, a Ludka zapomniała o swem znużeniu, gdy usiadła bliżej ognia, żeby trzymać i wygrzewać pantofle.
- Zupełnie już zniszczone, i mama koniecznie potrzebuje nowych.
- Kupię jej za mego dolara - rzekła Eliza.
- Nie, ja kupię! - wykrzyknęła Amelka.
- Ja jestem najstarsza. - odezwała się Małgosia, ale Ludka przerwała stanowczym tonem:
- Odkąd papa wyjechał, ja jestem jedynym mężczyzną w naszej rodzinie, i sama zaopatrzę ją w pantofle, bo odjeżdżając powierzył ją moim szczególnym staraniom.
- Powiem wam co zrobić - rzekła Eliza; niech jej każda co ofiaruje na kolendę, a sobie zato nic już nie kupujmy.
- To pomysł godny ciebie, moja droga! i cóż jej damy?
Przez chwilkę zastanawiały się pilnie, poczem Małgosia oznajmiła: "Ja dam parę ładnych rękawiczek;" jak gdyby jej własne śliczne rączki nasunęły tę myśl.
- Ja najpiękniejsze pantofle, jakie tylko znajdę! - wykrzyknęła Ludka.
- Ja kilka obrąbionych chustek do nosa - rzekła Eliza.
- Ja flaszeczkę wody kolońskiej, bo ją lubi; nie drogo będzie kosztować, więc jeszcze sobie co kupię - dodała Amelka.
- W jaki sposób ofiarujemy te rzeczy? - zapytała Małgosia.
- Położymy je na stole, potem wprowadzimy mamę i będziemy patrzeć, jak roztwiera paczki. Nie pamiętasz, że tak zawsze bywało w nasze urodziny? - odparła Ludka.
- Tak się lękałam, ile razy przyszła na mnie kolej usiąść w fotelu z koroną na głowie, a wyście mię obstępowały z podarkami i całusami. Prezenty i pieszczoty sprawiały mi przyjemność, ale mię to straszyło, że się przyglądacie, jak odwijam paczki - powiedziała Eliza; przypiekając razem twarzyczkę i grzanki do herbaty.
- Zostawmy mamę w przekonaniu, żeśmy to wszystko dla siebie kupiły, a potem zrobimy jej niespodziankę. Musimy przejrzeć sklepy jutro po południu, Małgosiu, i mnóstwo mamy jeszcze przygotowań do zabawy na wieczór Bożego Narodzenia - rzekła Ludka, przechadzając się po pokoju z rękami założonemi wtył i z nosem do góry.
- Ostatni raz to robię; już jestem za stara na takie rzeczy - odezwała się Małgosia, która nie przestała być dzieckiem, gdy szło o obmyślenie zabawy.
- Wiem, że się tego nie wyrzekniesz, póki będziesz mogła występować w białej sukni, z rozpuszczonym włosem i w klejnotach ze złotego papieru. Nie mamy lepszej aktorki nad ciebie, i wszystko przepadnie, gdy zejdziesz ze sceny - rzekła Ludka i dodała potem: - Trzeba zrobić próbę dziś wieczorem; chodź Amelko, odegrać scenę zemdlenia, boś w niej sztywna jak pień.
- Niema na to rady; nigdy nie widziałam jak się mdleje, a nie mam ochoty zsinieć, zczernieć i paść nawznak, jak ty. Jeżeli będę umiała rzucić się swobodnie na ziemię, to dobrze - a jeżeli nie, to padnę z wdziękiem na krzesło. Nic sobie nie będę z tego robiła jak Hugo przystąpi z pistoletem - odezwała się Amelka, która wcale nie miała talentu dramatycznego, i wybrano ją tylko dla małego wzrostu, by ją mógł wynieść ze sceny bohater sztuki, gdy się rozkrzyczała.
- Zrób w ten sposób: załam tak ręce i przejdź przez pokój chwiejnym krokiem, wołając przeraźliwie: "Rodrygu, ratuj mię! ratuj mię!" I dla przykładu wyszła Ludka z melodramatycznym i prawdziwie przenikającym krzykiem.
Amelka starała się ją naśladować, ale ręce trzymała przed sobą sztywno, szła jakby na sprężynach i taki wydała wrzask, jakby od ukłucia się szpilką, nie z trwogi i przerażenia. Ludka rozpaczliwie jęknęła, Małgosia roześmiała się na całe gardło, a Eliza przypaliła bułkę, wpatrzywszy się z zajęciem w tę zabawną scenę.
- Nic nie pomaga; odegraj to jak zdołasz najlepiej, ale jak cię publiczność wygwiżdże, to nie miej żalu do mnie! Teraz chodź ty, Małgosiu.
Odtąd szło gładziej, bo Don Pedro wyzywał świat jednym tchem w dwustronicowej mowie, czarownica Agara z olśniewającym efektem odśpiewała uroczyste zaklęcie nad patelnią smażących się grzanek, Rodryg zerwał swe więzy z prawdziwie męską siłą, a Hugo dziko krzycząc ha! ha! skończył życie w mękach trucizny i wyrzutów sumienia.
- Pierwszy raz tak się nam powiodło - rzekła Małgorzata, gdy zmarły złoczyńca usiadł i rozcierał sobie łokcie.
- Nie pojmuję jak możesz pisać i grać tak wspaniale, Ludko. Prawdziwy Szekspir z ciebie! - zawołała Eliza, silnie przekonana, że jej siostry są we wszystkiem genjalne.
- Niezupełnie - odparła skromnie Ludka, wprawdzie "klątwa" czarownicy i liryczna tragedja są to ładne rzeczy, ale chciałabym spróbować Makbeta, gdybyśmy miały spust w podłodze dla Banka. Zawsze pragnęłam roli z zabijaniem. "Czy miecz widzę przed sobą?" wyrzekła, przewracając oczy i dysząc jak pewna artystka, którą widziała na scenie.
- Nie, to widelec włożony w mamy pantofel zamiast w grzankę. Oto Elizy popisy sceniczne! - zawołała Małgosia, i próba skończyła się ogólnym śmiechem.
- Cieszy mię to, żeście tak wesołe! - odezwał się ożywiony głos we drzwiach, a publiczność i aktorowie obrócili się, by powitać wysoką panią z macierzyńską fizjonomją i z tak lubym wyrazem twarzy, jakgdyby każdego pytała: Czy mogę ci być pomocną? Nie była to szczególnie piękna osoba, ale matki zawsze się swoim dzieciom podobają; dziewczętom zdawało się też, że jej szary płaszczyk i niemodny kapelusik okrywają najwspanialszą kobietę w świecie.
- Jakeście spędziły dzień, moje drogie? Tak wiele było do roboty z przysposabianiem wysyłek na jutro, że dlatego nie przyszłam na obiad do domu. Czy był tu kto, Elizo? Jak z twoim katarem Małgosiu? Ludwisiu, zdajesz się na śmierć umęczona. Dziecię, chodź mię pocałować.
Zadając te macierzyńskie pytania, pani March zdjęła z siebie przemokłe rzeczy, włożyła ogrzane pantofle, i usiadłszy w fotelu wzięła Amelkę na kolana, ciesząc się na najmilszą godzinę w swym pracowitym dniu. Dziewczęta krzątały się; każda chciała jej oddać jakąś przysługę i zapewnić wygodę. Małgosia przyrządziła stół do herbaty; Ludka przyniosła drzewa i ustawiła krzesła, wylewając i przewracając z hałasem wszystko czego tknęła; Eliza cicho i gorliwie kręciła się między pokojem a kuchnią, Amelka zaś wydawała im rozkazy siedząc sama z założonemi rękami.
Gdy się zebrały wokoło stołu, pani March rzekła ze szczególnie uszczęśliwioną twarzą:
- Mam przysmak, który dostaniecie po kolacji.
Żywy, wesoły uśmiech przebiegł dokoła jak promień słońca. Eliza klasnęła w ręce, nie uważając na to, że trzyma gorący biszkopt; Ludka podrzuciła w górę serwetę z okrzykiem "list! list!"
- Tak, długi i miły list. Zdrów jest i lepiej przebywa zimową porę, jakeśmy przypuszczały. Przesyła serdeczne życzenia na Boże Narodzenie i wyłączną odezwę do was, dziewczęta - rzekła pani March, trzymając się za kieszeń, jakgdyby w niej miała skarb.
- Pośpieszmy się z jedzeniem. Nie obracaj tak delikatnie palcami i nie pieść się z talerzem, Amelko! - wykrzyknęła Ludka, i z wielkiego pośpiechu do "przysmaku" wylała swą herbatę i upuściła na dywan kawałek chleba ze strony posmarowanej masłem.
Eliza przestała jeść i usunęła się do swego kącika, zgóry ciesząc się na rozkosz, jaka je miała spotkać, gdy wszystkie będą gotowe.
- Ojciec wydaje mi się tak wielkim, że poszedł na wojnę jako kapelan, będąc za starym na żołnierza! - powiedziała Małgosia z zapałem.
Jakżebym ja chciała pójść na dobosza, wiwan - jakże się to nazywa? albo na dozorującą rannych, żeby razem być i czuwać nad nim!
- To musi być bardzo nieprzyjemnie sypiać w namiocie, jadać różne niesmaczne rzeczy i pić z cynowego kubka - westchnęła Amelka.
- Mamo, kiedy ojciec wróci? - spytała Eliza drżącym nieco głosem.
- Niejeden miesiąc jeszcze upłynie, moja droga; chyba gdyby zachorował. Póki tylko zdoła, będzie wiernie pełnił obowiązki, a my nie będziemy go zniewalać prośbą, żeby skrócił swój pobyt choćby o jeden dzień, kiedy tam jest potrzebny. Chodźcie teraz wysłuchać listu.
Przysunęły się wszystkie do kominka, matka w fotelu z Elizą u nóg, Małgosia i Amelka uczepione na poręczach, a Ludka wsparta o grzbiet jego, żeby nikt nie widział jej wzruszenia, jeżeliby list był czuły.
W owych ciężkich czasach mało który list nie był czuły, zwłaszcza też przesyłane przez ojców rodziny. Pan March nie wiele wspominał o swych trudach i niebezpieczeństwach, ani nawet o tęsknocie do kraju, z którą walczyć musiał. List ten był wesoły, ufny, pełen ożywionych opisów obozowego życia, marszów i wojennych nowin; tylko przy końcu wyrwały się z serca słowa, zdradzające miłość ojcowską i tęsknotę do córeczek i do domu:
"Obdziel je pozdrowieniem i uściskiem. Powiedz, że o nich myślę codzień, i modlę się za nie co wieczór, a w każdej chwili czerpię największą pociechę w ich przywiązaniu. Rok czekania na zobaczenie się z niemi wydaje mi się bardzo długim czasem, ale im przypomnij, że możemy wszyscy pracować nad tem, aby te ciężkie dni nie zostały zmarnowane. Wiem, że wszystko co piszę utkwi im w pamięci, że będą dla ciebie kochającemi dziećmi, że będą wiernie pełnić obowiązki, mężnie walczyć z wewnętrznym nieprzyjacielem i pokonywać siebie tak pięknie, abym gdy powrócę, mógł jeszcze bardziej kochać moje małe kobietki i więcej chlubić się niemi." W tem miejscu wszystkie rozczuliły się; Ludka nie wstydziła się wielkiej łzy, która jej spadła na nos; Amelka zaś nie uważając że psuje sobie loki, ukryła twarzyczkę na ramieniu matki i ze łkaniem rzekła:
- Jestem samolubną świnką, ale będę się szczerze starała poprawić, żeby się ojciec nie zawiódł kiedyś na mnie.
- Wszystkie się poprawimy! - wykrzyknęła Małgosia. - Ja, za wiele myślę o mojej powierzchowności i nie cierpię pracy; ale już tego nie będzie, jeżeli mi się powiodą usiłowania.
- Ja będę się starała być "małą kobietką" jak mię ojciec lubi nazywać, i przestanę być szorstką i dziką; będę pełnić tutejsze obowiązki, zamiast ich szukać gdzieindziej - rzekła Ludka, dodając w duchu, że pokonywanie swego temperamentu jest daleko cięższem zadaniem, jak wzięcie do niewoli paru buntowników.
Eliza nic nie mówiąc obtarła oczy niebieską skarpetką i zaczęła coprędzej obracać drutami, aby bez straty czasu pełnić obowiązek, znajdujący się najbliżej. W głębi cichej duszy postanowiła przytem, że taką będzie, jaką ojciec spodziewa się ją zastać, gdy za rok wróci szczęśliwie do domu.
Pani March przerwała milczenie, panujące po słowach Ludwisi, mówiąc swym wesołym głosem:
- Czy pamiętacie jakeście się bawiły w pielgrzymki, będąc małemi dziewczynkami? Nic was tak nie cieszyło jak kiedy każdej uwiązałam na szyi worek na ładunki, dałam kapelusz, kij i zwitek papieru, i pozwoliłam wędrować po całym domu - od piwnicy, która była "Grodem zniszczenia" aż do dachu, gdzie składałyście wszystkie swe ładne rzeczy, aby stworzyć "Gród niebiański."
- Jakież to było zabawne, zwłaszcza kiedyśmy się wybierały na lwy, na walkę z Apollyonem i z wilkołakami, które znajdowały się w dolinie - rzekła Ludka.
- Lubiłam miejsce, gdzieśmy zdejmowały ładunki i ciskały ze schodów - odezwała się Małgosia.
- A dla mnie najlepsza chwila była, kiedyśmy wychodziły śpiewając z radości wśród promieni słońca, na płaski dach, gdzie były kwiaty, krzewy i inne ładne rzeczy - powiedziała Eliza z uśmiechem, jakgdyby te lube czasy powróciły dla niej.
- Ja niewiele pamiętam prócz tego, żem się bała piwnicy i ciemnego wejścia, ale zato lubiłam ciastka i mleko, któreśmy znajdowały na dachu. Gdyby nie to, żem za duża na takie rzeczy, chętniebym się jeszcze w to bawiła - rzekła Amelka, która zaczynała mówić o porzuceniu dziecinnych rozrywek w poważnym wieku lat dwunastu.
- Nie jesteśmy na to nigdy za duże, moja droga, bo w ten lub w inny sposób zawsze się w to bawimy. Nasze ładunki są tu, droga jest przed nami, a dążenia do doskonalenia się i do szczęścia są to przewodnicy, którzy nas wiodą przez liczne troski i pomyłki do spokoju, stanowiącego prawdziwy "Gród Niebiański." A więc moje małe pielgrzymki, rozpocznijcie to znowu nie żartem lecz serjo, a zobaczymy jak daleko zajdzie każda zanim ojciec wróci do domu.
- Mamo, ale gdzie są naprawdę nasze ładunki? - spytała Amelka, biorąca rzeczy bardzo ściśle.
- Oprócz Elizy, każda z was powiedziała jaki teraz dźwiga ładunek; ona zapewne nie ma żadnego.
- Owszem: talerze, kurze, zazdrość względem dziewczynek, posiadających ładne fortepiany, i lękanie się ludzi.
Elizy ładunek był tak zabawny, że wszystkim chciało się śmiać, ale się powstrzymały, żeby jej nie obrazić.
- Zróbmy tak - rzekła Małgosia, zamyślając się - będzie to tylko inna nazwa doskonalenia się, i zabawa ta może nam być pomocną; bo chociaż chcemy być dobre, ciężka to praca, zapominamy się, i nie robimy wszystkiego co jest w naszej mocy.
- Byłyśmy dziś wieczorem w Otchłani Rozpaczy, ale mama przyszła i wydobyła nas. Więc cóż nam wypada teraz czynić? - zapytała Ludka uradowana myślą, że coś romantycznego osłodzi jej nudne obowiązki.
- Zajrzyjcie pod poduszki w poranek Bożego Narodzenia, to znajdziecie książki, które wam posłużą za przewodników - odpowiedziała pani March.
Podczas gdy stara Anna sprzątała ze stołu, mówiły o tym nowym planie; następnie wydobyły cztery koszyczki do robót, i igły przemykały się po prześcieradłach, które dziewczęta szyły dla ciotki March. Było to niezajmujące szycie, ale żadna nie narzekała tego wieczora. Przyjęły plan Ludki, żeby podzielić długie szwy na cztery części, i nazwać je Europą, Azją, Afryką i Ameryką; w ten sposób poszło im doskonale, zwłaszcza gdy rozmawiały o różnych krajach, wyszywając sobie drogę po nich.
O dziesiątej przestały pracować i jak zwykle śpiewały przed pójściem spać. Jedna tylko Eliza zdołała wydobywać tony ze starego fortepianu, i delikatnie dotykając zżółkłych klawiszów, przyjemnie wtórowała ich prostym śpiewom. Małgosi głos przypominał flet, i ona, wraz z matką kierowała tym małym chórem; Amelka odzywała się jak świerszczyk, a Ludka przeskakiwała z nuty na nutę według upodobania - to się popisywała zgięciem głosu w niewłaściwem miejscu, to zrobiła tryl w najsmutniejszych tonach. Śpiew ten stał się domowym zwyczajem od ich najwcześniejszych lat, bo matka była z natury śpiewaczką. Jak skowronek śpiewem zaczynała dzień, i kończyła go również, bo dziewczęta nigdy się nie uznawały zbyt duże na tę domową kołysankę.