Małe kobietki - Louisa May Alcott

Reflow text when sidebars are open.
- Gwiazdka bez prezentów to żadna Gwiazdka - burczała pod nosem Jo, leżąc na dywaniku przed kominkiem.
- Okropnie jest być biedną! - Meg westchnęła, zerkając na swą starą sukienkę.
- To niesprawiedliwie, żeby jedne dziewczynki miały mnóstwo ślicznych rzeczy, a inne w ogóle nic - dodała mała Amy z urazą.
- Mamy mamę, tatę i siebie nawzajem - pocieszyła je siedząca w kącie Beth.
Cztery młode twarzyczki oświetlone płomieniami ognia pojaśniały na te pogodne słowa, ale zaraz znów się zasępiły, kiedy Jo zauważyła ponuro:
- Ale taty nie ma i nie będzie go bardzo długo...
Nie powiedziała: "Może nawet nigdy", ale każda z dziewcząt dodała to sobie w myśli, wiedząc, że ojciec przebywał gdzieś daleko, gdzie toczą się walki.
Przez chwilę panowało milczenie, wreszcie Meg odezwała się już innym tonem:
- Wiecie, dlaczego mama zaproponowała, żeby w tym roku zrezygnować z podarunków gwiazdkowych. Zanosi się na ciężką zimę i nie powinnyśmy wydawać pieniędzy na przyjemności, kiedy nasi mężczyźni cierpią na wojnie. Nie możemy wiele pomóc, ale stać nas na drobne wyrzeczenia i powinnyśmy czynić to z radością. Ale obawiam się, że wcale mnie to nie cieszy...
I Meg potrząsnęła smutno głową na myśl o wszystkich ślicznych, a upragnionych przedmiotach.
- Co tam pomoże naszej armii taka drobna kwota! Każda z nas ma tylko jednego dolara. Mogę nie dostać nic od mamy i od was, ale zamierzam sobie kupić Rusałkę i Sintrama. Od dawna o tym marzyłam! - powiedziała Jo, znany mól książkowy.
- Ja chciałam wydać swojego dolara na nowe nuty - szepnęła Beth z westchnieniem tak cichutkim, że słyszały je tylko szczotka do paleniska i haczyk, na którym wieszało się imbryk.
- A ja kupię pudełko ładnych kredek Fabera. Naprawdę są mi potrzebne - zdecydowała Amy.
- Mama nic nie mówiła o naszych własnych pieniądzach. Na pewno nie chce, żebyśmy rezygnowały ze wszystkiego. Niech każda kupi sobie to, na co ma ochotę. Uważam, że pracowałyśmy dość ciężko, by zasłużyć na odrobinę przyjemności! - wykrzyknęła Jo, przyglądając się z godnością obcasom swoich trzewików.
- W każdym razie ja z pewnością zasłużyłam! Uczyć po całych dniach te nieznośne dzieciaki, kiedy człowiek marzy, by wreszcie nacieszyć się domem... - poskarżyła się Meg.
- Nie miałaś nawet w połowie tak ciężko jak ja - oburzyła się Jo. - Jak by ci się podobało, gdyby cię zamknięto na całe godziny z nerwową, gderliwą staruszką, która ciągle cię popędza, nigdy nie jest zadowolona i tak cię gnębi, że masz ochotę wyskoczyć przez okno albo krzyczeć?
- Wiem, że to brzydko narzekać, ale chyba zmywanie i sprzątanie to najgorsza robota na świecie. Wpadam od tego w zły humor, a ręce tak mi sztywnieją, że w ogóle nie mogę potem ćwiczyć. - Beth popatrzyła na swe szorstkie dłonie z westchnieniem, które tym razem każda z sióstr usłyszała.
- Nie sądzę, żeby któraś z was wycierpiała tyle, co ja - zaprotestowała Amy. - Wy nie musicie chodzić do szkoły ze wstrętnymi dziewuchami, które dokuczają, kiedy nie umiecie lekcji, wyśmiewają wasze sukienki, przyczepiają e k i t e t k i waszemu ojcu, jeśli nie jest bogaty, i nawet wasz nos im się nie podoba...
- Mówisz tak, jakby tatuś był butelką! Pewnie miałaś na myśli, że go znieważają. - Jo roześmiała się.[1]
- Wiem, co miałam na myśli, a ty nie musisz być zaraz taka s t a r k a s t y c z n a. Powinno się używać różnych wyrazów i poszerzać słownictwo - odcięła się Amy.
- Dzieci, przestańcie się dziobać! Powiedz, Jo, czy nie chciałabyś mieć tych wszystkich pieniędzy, które tatuś stracił, kiedy byłyśmy małe? - spytała Meg, która pamiętała lepsze czasy. - Pomyśleć tylko, jak dobrze i szczęśliwie by się nam żyło, gdybyśmy nie miały tylu zmartwień!
- Mówiłaś kiedyś, że jesteśmy znacznie szczęśliwsze od dzieci Kingów, bo oni wciąż się kłócą i martwią, mimo swego bogactwa.
- Masz rację, Beth. Naprawdę tak uważam, bo chociaż musimy pracować, wymyślamy sobie różne przyjemności i w końcu całkiem wesoła z nas paczka, jakby powiedziała Jo.
- Jo używa takich pospolitych słów! - zauważyła Amy, rzucając pełne wyrzutu spojrzenie w stronę wyciągniętej na dywaniku długiej postaci. Jo natychmiast usiadła prosto i włożywszy ręce do kieszeni, zaczęła gwizdać.
- Przestań, Jo, zachowujesz się jak chłopak!
- Właśnie o to mi chodzi.
- Nie znoszę prostackich manier!
- A ja nie znoszę zmanierowanych, zarozumiałych dzierlatek!
- "Ptaszęta w gniazdkach w zgodzie żyją" - zaśpiewała Beth z tak zabawną minką, że oba podniesione głosy złagodniały i siostry wybuchnęły śmiechem.
- Doprawdy, dziewczęta, powinnyście się wstydzić - Meg wpadła znowu w umoralniający ton starszej siostry. - Josephine, jesteś już dostatecznie duża, by porzucić te chłopięce zabawy i zachowywać się stateczniej. Małym dziewczynkom to jeszcze uchodzi, ale ty już wyrosłaś, upinasz włosy, więc nie wolno ci zapominać, że jesteś młodą damą.
- Nie jestem! A skoro upinanie włosów ma mnie zmienić w damę, to mogę nosić warkocze aż do dwudziestki! - Jo zerwała siatkę i fala kasztanowych włosów spłynęła w dół. - Cierpnę na samą myśl, że muszę dorosnąć, nosić długie suknie, wyglądać niczym sztywny chiński aster i słuchać, jak mówią do mnie "panno March"! Zresztą dziewczynką także nie lubię być. Chłopięce zabawy, praca i maniery odpowiadają mi o wiele bardziej. Nie mogę wprost przeboleć, że nie urodziłam się chłopcem! Walczyłabym teraz razem z tatusiem, a tymczasem muszę siedzieć w domu i robić na drutach jak jakaś zniedołężniała staruszka!
I Jo potrząsnęła niebieską żołnierską skarpetką, aż druty zagrzechotały niczym kastaniety, a kłębek potoczył się na drugi koniec pokoju.
- Biedna Jo! To rzeczywiście fatalnie, ale nic się nie poradzi. Musi ci wystarczyć, że przerobiłaś swoje imię na męskie i udajesz naszego brata - rzekła ze współczuciem Beth, głaszcząc czupurną głowę na swoich kolanach dłonią, której nawet zmywanie garów i odkurzanie całego świata nie pozbawiłoby delikatności.
- A co do ciebie, Amy - ciągnęła Meg - to jesteś za bardzo drobiazgowa i afektowana. Twoje minki na razie są zabawne, ale jeśli nie zaczniesz uważać, to wyrośniesz na upozowaną gąskę. Owszem, podobają mi się twoje dobre maniery i wytworny sposób mówienia, zwłaszcza gdy nie udajesz wielkiej damy, ale to absurdalne słownictwo jest tak samo naganne, jak żargon Jo.
- Skoro Jo jest chłopaczyskiem, a Amy gąską, to jak nazwiesz mnie? - zapytała Beth, gotowa wysłuchać swojej części kazania.
- Po prostu naszą kochaną Myszką - odrzekła serdecznie Meg, bo Beth była pieszczoszką całej rodziny.
Ponieważ młodzi czytelnicy lubią wiedzieć, jak kto wygląda, wykorzystamy ten moment do skreślenia krótkiej charakterystyki czterech sióstr, które właśnie robią na drutach w zapadającym mroku. Pokój jest wygodnie urządzony i panuje w nim prawdziwie domowa, spokojna atmosfera. Na podłodze leży podniszczony dywan, a meble są całkiem zwyczajne, na ścianach wisi kilka dobrych obrazów, na wbudowanych półkach tłoczą się książki, a w oknach kwitną chryzantemy i ciemierniki, zwane też "różami Bożego Narodzenia".
Najstarsza z czterech sióstr, szesnastoletnia Margaret, była ładnie zaokrągloną panienką o dużych oczach, gęstych brązowych włosach, słodkich ustach i białych dłoniach, które stanowiły przedmiot jej dumy.
Młodsza o rok Jo, smagła, szczupła i bardzo wysoka, przypominała trochę źrebaka, gdyż wciąż jej stały na przeszkodzie nieproporcjonalnie długie ręce i nogi. Miała stanowczą linię ust, komiczny nosek i bystre szare oczy, które zdawały się widzieć wszystko i bywały czasem groźne, to znów wesołe lub zamyślone. Długie i gęste włosy były jednym z jej największych atutów, ale kierując się wygodą, upychała je zwykle do siatki. Przy swoich zaokrąglonych ramionach, dużych dłoniach i stopach oraz braku dbałości o ubranie wyglądała dość niezgrabnie, jak podlotek, który nagle i ku swemu niezadowoleniu zmienił się w kobietę.
Elizabeth, czyli Beth, jak ją nazywano, była dość nieśmiałą trzynastoletnią różanolicą dziewczynką o gładkich włosach i błyszczących oczach. Mówiła cichym głosikiem, a na jej twarzy malował się wewnętrzny spokój, z rzadka tylko zakłócany. Ojciec nazywał ją "Ciszką" i świetnie to do niej pasowało. Dziewczynka zdawała się żyć we własnym, szczęśliwym świecie. Opuszczała go wyłącznie dla kilku drogich jej osób, którym ufała.
Amy, chociaż najmłodsza, była - we własnym mniemaniu - najważniejszą osobą w rodzinie. Szczupła i blada, z niebieskimi oczami i opadającymi na ramiona blond lokami, przypominała śnieżynkę. Zachowywała się zawsze jak mała dama i dużą wagę przywiązywała do dobrych manier.
Z cechami charakteru czterech sióstr zapoznamy się w trakcie dalszej lektury.
Zegar wybił szóstą. Beth zmiotła popiół i postawiła przy ogniu stare pantofle do wygrzania. Na ich widok dziewczęta wyraźnie poweselały; to znak, że zaraz przyjdzie mama! Meg przestała prawić morały i zapaliła lampę, Amy bez przypominania zwolniła fotel, a Jo, zapomniawszy o zmęczeniu, siadła przy ogniu, żeby potrzymać pantofle blisko płomienia.
- Są całkiem zniszczone. Mamisia powinna sprawić sobie nowe.
- Myślałam, że jej kupię za mojego dolara - rzekła Beth.
- O, nie, to ja jej kupię! - wykrzyknęła Amy.
- Ja jestem najstarsza - zaczęła Meg, ale Jo nie pozwoliła jej skończyć.
- Pod nieobecność tatusia ja jestem jedynym mężczyzną w tej rodzinie, więc ja kupię te pantofle. Tatuś prosił mnie specjalnie, żebym opiekowała się mamą.
- Już wiem! - zawołała Beth. - My możemy się obejść bez prezentów gwiazdkowych, ale każda podaruje coś mamie.
- To pomysł w sam raz w twoim stylu - zauważyła Jo. - A co jej kupimy?
Zastanawiały się przez jakiś czas, w końcu Meg obwieściła swój zamiar, do którego natchnął ją chyba widok własnych ślicznych dłoni:
- Ja kupię ładne rękawiczki.
- Porządne pantofle! - zdecydowała Jo.
- Kilka ładnie obrębionych chusteczek - powiedziała Beth.
- A ja flakonik wody kolońskiej. Mama ją lubi, i zostanie mi jeszcze trochę pieniędzy na kredki - dodała Amy.
- Jak jej to damy? - spytała Meg.
- Położymy wszystko na stole, a potem zawołamy mamę i będziemy patrzeć, jak otwiera paczuszki - odparła Jo. - Nie pamiętasz, jak to było na nasze urodziny?
- Zawsze tak bardzo się bałam, kiedy to ja miałam zasiąść w dużym fotelu z koroną na głowie i patrzeć, jak defilujecie kolejno z prezentami, żeby mnie pocałować. Lubiłam uściski i podarki, ale potem nadchodził ten straszny moment, kiedy musiałam je rozpakowywać na oczach wszystkich - wyznała Beth, rumieniąc chleb, a przy okazji własną buzię.
- Będziemy udawały, że robimy zakupy dla siebie, żeby mamisia miała niespodziankę. Meg, jutro po południu idziemy do sklepów. I jest jeszcze tyle roboty przy przedstawieniu gwiazdkowym. - Jo chodziła tam i z powrotem z założonymi rękami i zadartą głową.
- Ja już nie będę więcej występować. To mój ostatni raz, robię się za stara na takie rzeczy - zauważyła Meg, chociaż przy przebierankach zawsze bawiła się jak dziecko.
- Będziesz, będziesz, zobaczysz! - Jo zaśmiała się. - Dobrze wiem, jak lubisz paradować z rozpuszczonymi włosami w białej sukni i biżuterii ze złotego papieru. Jesteś naszą najlepszą aktorką, jeśli opuścisz pokład, to koniec! Słuchajcie, trzeba dziś zrobić próbę. Chodź tu, Amy, przećwiczmy scenę omdlenia, bo jesteś w niej sztywna, jakbyś kij połknęła.
- Nic na to nie poradzę. Nigdy nie widziałam, jak ktoś mdleje i nie zamierzam na zawołanie sinieć ani rzucać się na ziemię. Jeśli uda mi się opaść powoli, to w porządku, a jeśli nie - to najwyżej osunę się wdzięcznie na fotel. Niech sobie Hugo wygraża pistoletem, ile chce, nic mnie to nie obchodzi - wykłócała się Amy, która wprawdzie nie miała zdolności aktorskich, ale była na tyle drobna, że czarny charakter mógł ją unieść.
- Zrób tak: załam ręce i przejdź chwiejnym krokiem przez pokój, wrzeszcząc co sił w płucach: "Roderigo! Ratuj mnie, ratuj!". - I Jo pokazała sama tę scenę z prawdziwie dramatycznym zacięciem.
Amy próbowała ją naśladować, ale kiedy z wyciągniętymi sztywno rękami posuwała się naprzód, robiła wrażenie nakręcanej kukły, a w jej okrzykach było tyleż strachu i bólu, co w pisku dziecka ukłutego szpilką.
Jo wydała jęk rozpaczy, Meg wręcz się roześmiała, a Beth przyglądała się zabawie z taką ciekawością, że aż przypaliła chleb.
- To na nic! Zrób, co możesz na przedstawieniu, a jeśli publiczność ryknie śmiechem, nie miej do mnie pretensji. Meg, teraz ty!
Dalej wszystko potoczyło się gładko. Don Pedro bez zająknienia wyzywał cały świat w dwustronicowym przemówieniu, wiedźma Hagar mruczała swoje brzemienne w skutki zaklęcia nad bulgoczącym kociołkiem z ropuchami, Roderigo mężnie rwał okowy, a skruszony, otruty arszenikiem Hugo konał w bólach z dzikim "Ha! Ha!" na ustach.
- To nasza najlepsza sztuka! - orzekła Meg, kiedy martwy bandyta usiadł i zaczął rozcierać łokcie.
- Nie pojmuję, Jo, skąd ty umiesz pisać i odgrywać takie wspaniałe sztuki. Zupełnie jak Szekspir! - zachwycała się Beth.
- Niezupełnie - odparła skromnie Jo. - Klątwa wiedźmy, czyli opera tragiczna to miła sztuczka, ale chciałabym spróbować Makbeta... gdybyśmy tylko miały zapadnię dla Banqua. Zawsze marzyłam o roli zabójcy. "Cóż to majaczy przede mną? To sztylet?"[2]- mamrotała pod nosem, przewracając oczami i zaciskając puste pięści, jak to widziała w teatrze.
- Nie, to tylko widelec ze starym kapciem zamiast chleba. Spójrzcie na tę miłośniczkę teatru! - zawołała Meg i próba zakończyła się ogólnym wybuchem śmiechu.
- Miło mi, że tak wam wesoło, moje panny - rozległ się od drzwi pogodny głos.
Aktorki i publiczność odwróciły się, by powitać wysoką panią o macierzyńskim wyglądzie, która całą swoją postawą zdawała się pytać: "Czym mogę służyć?". Choć niezbyt elegancko ubrana, robiła nobliwe wrażenie, a dziewczęta i tak uważały, że pod szarym płaszczem i niemodnym kapeluszem kryje się najcudowniejsza z matek.
- No, moje kochane, jak wam minął dzień? Tyle było roboty przy przygotowywaniu paczek na jutro, że nie mogłam przyjść do domu na obiad. Czy ktoś was odwiedził, Beth? Meg, jak tam twoje przeziębienie? Jo, wyglądasz na śmiertelnie zmęczoną. Chodź, pocałuj mnie, dziecinko.
Zadając te rzeczowe pytania, pani March ściągnęła z siebie mokre rzeczy, włożyła ogrzane pantofle i usiadła w fotelu z Amy na kolanach, gotowa rozkoszować się najmilszą godziną swego pracowitego dnia. Dziewczęta krzątały się koło niej, starając się, każda na swój sposób, przyczynić się do wygody matki. Meg nakryła do podwieczorku, Jo przyniosła szczapki i ustawiła krzesła, upuszczając z łoskotem i przewracając wszystko, co znalazło się na jej drodze. Beth cicho i pracowicie dreptała między kuchnią a pokojem, Amy natomiast siedziała z założonymi rękami, pouczając wszystkich dookoła.
Kiedy zgromadziły się już przy stole, pani March zapowiedziała z dziwnie rozradowaną miną:
- Po kolacji mam dla was niespodziankę.
Szybki, jasny uśmiech przemknął po wszystkich twarzach niczym promień słońca. Beth klasnęła w ręce, nie bacząc na trzymanego biszkopta, a Jo podrzuciła serwetkę, wołając:
- List! List! Brawa dla tatusia!
- Owszem - przyznała pani March. - Długi, miły list. Tatuś czuje się dobrze i przypuszcza, że przetrwa okres chłodów lepiej, niż się spodziewał. Przesyła najlepsze życzenia świąteczne, a dla was ma specjalne przesłanie.
- Pośpieszcie się z jedzeniem! Amy, przestań wyginać mały palec i nie uśmiechaj się tak głupio nad talerzem - poganiała siostry Jo, krztusząc się herbatą i upuszczając na dywan kromkę chleba masłem do dołu.
Beth nie jadła już więcej, tylko usiadła w swoim ciemnym kąciku i czekała, pełna cichej radości, aż siostry skończą posiłek.
- Myślę, że tatuś wspaniale postąpił, zaciągając się jako kapelan, skoro nie powołano go do wojska ze względu na wiek i zły stan zdrowia - odezwała się z czułością Meg.
- Ach, przecież tak bardzo chciałam zaciągnąć się choćby jako dobosz albo pielęgniarka, żeby być pod ręką i pomagać mu w razie czego - wyrzekała Jo.
- To musi być okropne! - Amy westchnęła. - Spać w namiocie, jeść różne paskudztwa i pić z blaszanego kubka...
- Kiedy on wróci, mamisiu? - spytała Beth trochę drżącym głosikiem.
- Dopiero po wielu miesiącach... chyba że zachoruje. Pozostanie na swoim posterunku, póki będzie mógł, a my nie poprosimy go o skrócenie służby nawet o minutę. No chodźcie, przeczytam wam list.
Przybliżyły się do ognia. Matka siedziała w fotelu z Beth u stóp, Meg i Amy przycupnęły na poręczach, a Jo stanęła z tyłu, żeby w razie czego nikt nie zauważył jej wzruszenia. W owych ciężkich czasach mało który list nie poruszał czytających do głębi, zwłaszcza jeśli pochodził od ojca rodziny. Ten, o którym mówimy, nie rozwodził się nad trudami ani niebezpieczeństwami, nie dawał też wyrazu tęsknocie za domem. Był to wesoły, krzepiący list, pełen żywych opisów życia w obozie, marszów i wojskowych nowinek. Dopiero pod koniec ojciec rodziny przelał na papier parę serdecznych słów, świadczących o tym, jak bardzo tęskni do swoich dziewczynek.
Ucałuj je ode mnie i przekaż wyrazy miłości. Powiedz, że codziennie o nich myślę, co wieczór się za nie modlę, że przez cały czas są moją największą pociechą. Rok to bardzo długi okres, ale niech sobie czekanie umilają pracą, a wówczas te trudne dni nie pójdą na marne. Wiem, że będą pamiętać wszystko, co im powiedziałem, że dla ciebie będą kochającymi córkami, że wiernie spełnią swój obowiązek, że pokonają dzielnie wewnętrznych wrogów. A kiedy w pięknym stylu zwyciężą same siebie, ja po powrocie będę jeszcze bardziej niż dotąd dumny z moich małych kobietek.
Po tych słowach wszystkie dziewczynki zaczęły pociągać nosami; Jo nie powstydziła się nawet wielkiej łzy, która kapnęła z czubka jej nosa, Amy, nie przejmując się wyglądem swych loków, ukryła buzię na ramieniu matki i łkała: "Jestem taką egoistką! Ale spróbuję się poprawić, żeby tylko tatuś się na mnie nie zawiódł!".
- Wszystkie się postaramy! - wykrzyknęła żarliwie Meg. - Ja za dużo myślę o swoim wyglądzie i nie znoszę pracować, ale zrobię, co w mojej mocy, żeby to zmienić.
- Spróbuję stać się "małą kobietką", jak on uwielbia mnie nazywać, przestanę być szorstka i nieokrzesana. Zajmę się tym, co do mnie należy tutaj, zamiast dumać, co mogłabym robić gdzie indziej - oświadczyła Jo w przekonaniu, że trzymanie własnego temperamentu na wodzy jest znacznie trudniejszym zadaniem niż stawienie czoła kilku rebeliantom Południa.
Beth nic nie powiedziała, tylko otarła łzy niebieską wojskową skarpetką i zaczęła energicznie machać drutami. Nie traciła ani chwili, tylko wykonywała pierwsze lepsze zadanie, postanawiając w głębi serca, że gdy ojciec po roku szczęśliwie wróci do domu, zastanie ją taką, jaka sobie wymarzył.
Pani March przerwała wesoło ciszę, która zapadła po słowach Jo:
- Pamiętacie, jak w dzieciństwie lubiłyście odgrywać Wędrówkę pielgrzyma?[3] Przywiązywałam wam na plecach worki jako brzemię, dawałam wam kapelusze, kije i zwoje papieru, a potem wędrowałyście po całym domu od piwnic, czyli Miasta Zagłady, aż na sam szczyt, gdzie gromadziłyście wszystko, co najśliczniejsze, żeby zbudować Niebiański Gród. Żadna inna zabawa nie sprawiała wam takiej przyjemności.
- Ach, ileż to było uciechy! - wykrzyknęła Jo. - Szczególnie przejście koło lwów, walka z Apollyonem[4], a potem pokonywanie Doliny Cienia Śmierci z tymi wszystkimi straszydłami!
- Mnie podobało się to miejsce, w którym tobołki spadały nam z ramion i turlały się ze schodów - stwierdziła Meg.
- A ja najbardziej lubiłam, jak wychodziłyśmy na dach, gdzie miałyśmy kwiaty, altanki i tyle ładnych rzeczy, a potem śpiewałyśmy z radości, stojąc w słońcu. - Beth uśmiechnęła się, wspominając miłe chwile.
- Ja mało co pamiętam, poza tym, że bałam się piwnicy i ciemnego wejścia. I zawsze lubiłam, jak na górze dostawałyśmy mleko i ciasto. Gdyby nie to, że jestem już za duża na takie rzeczy, chętnie zabawiłabym się w to jeszcze raz - rzekła Amy, która w poważnym wieku dwunastu lat zaczęła odżegnywać się od dziecinnych zabaw.
- Moja kochana, na to nigdy się nie jest za dużą. To zabawa, która w taki czy inny sposób ciągnie się przez całe życie. Nasze brzemiona są tutaj, droga rozpościera się przed nami, a tęsknota za dobrem i szczęściem prowadzi nas wśród wielu trosk i błędów do Niebiańskiego Grodu. A więc, moi mali pielgrzymi, proponuję, żebyśmy zaczęły od nowa, ale na serio, nie na niby. Zobaczymy, dokąd nas to doprowadzi, zanim tatuś wróci do domu.
- Naprawdę, mamisiu? A gdzie nasze tobołki? - zapytała Amy, która wszystko brała bardzo dosłownie.
- Każda z was już powiedziała, jakie dźwiga brzemię, z wyjątkiem Beth. Ona chyba nie ma żadnego - odrzekła matka.
- Owszem, mam: zmywanie i odkurzanie. I czasem zazdroszczę dziewczynkom, które mają porządne pianina. No i to, że tak się boję obcych...
Chociaż brzemię Beth wydało się wszystkim zupełnie niepoważne, żadna z sióstr się nie roześmiała, żeby nie zranić jej uczuć.
- A więc zaczynajmy - powiedziała Meg z namysłem. - Wędrówka pielgrzyma to tylko inne określenie pracy nad sobą. Ta opowieść może nam w tym pomóc, bo czasem zapominamy, czasem nie przykładamy się, jak należy...
- Dziś tkwimy w Bagnie Rozterki, a mama przyjdzie nas wyciągnąć, jako Pomoc. Powinnyśmy mieć zwoje ze wskazówkami jak Chrześcijanin, skąd je weźmiemy? - spytała Jo, zachwycona pomysłem, dzięki któremu nudne obowiązki zabarwią się odrobiną fantazji.
- W świąteczny poranek zajrzyjcie pod poduszki, a znajdziecie wasze przewodniki - odrzekła pani March.
Omawiały projekt jeszcze jakiś czas, ale gdy stara Hanna sprzątnęła ze stołu, wyciągnęły koszyki do robót i zajęły się szyciem prześcieradeł dla ciotki March. Igły śmigały żwawo i chociaż praca nie należała do interesujących, nikt nie narzekał. Jo wymyśliła, aby długie szwy podzielić na cztery części i nazwać je Europą, Azją, Afryką i Ameryką, a reszta sióstr przystała na to z ochotą. Wędrując ściegami przez różne kontynenty, umilały sobie czas pogawędkami o dalekich krajach.
O dziewiątej przerwały szycie i jak zwykle przed nocnym spoczynkiem zaśpiewały. Tylko jedna Beth potrafiła wydobyć jakiś dźwięk ze starego pianina. Miała swoje sposoby: delikatnie dotykała pożółkłych klawiszy, dobierając miły akompaniament do prostych piosenek. Meg miała głosik melodyjny niczym tony fletu, toteż ona wraz z matką prowadziła chórek. Amy ćwierkała jak świerszczyk, a Jo robiła z melodiami, co jej się podobało, zawsze zjeżdżając z właściwej nutki i niemiłosiernie fałszując. Zwyczaju wspólnego śpiewu przestrzegały od niepamiętnych czasów, odkąd sepleniącymi głosikami ciągnęły "Mlugaj, mlugaj, gwiaźdko mała"; wprowadziła go matka, która była urodzoną artystką. Dziewczynki budził rano jej śpiew, a potem słyszały go przez cały dzień przy domowej krzątaninie. Wieczorem zawsze śpiewały razem tę samą kołysankę i wcale nie uważały, że są na nią za duże.
W dzień Bożego Narodzenia pierwsza obudziła się Jo - już o szarym brzasku. Przy kominku nie wisiała żadna pończocha i dziewczynka przez chwilę poczuła taki zawód, jak wiele lat temu, kiedy jej skarpetka spadła na podłogę, bo nie wytrzymała ciężaru prezentów. Potem Jo przypomniała sobie obietnicę matki. Szybko sięgnęła pod poduszkę i wyciągnęła stamtąd niewielką książkę w pąsowej okładce. Znała ją doskonale. Była to owa piękna stara opowieść o najlepiej przeżytym życiu, prawdziwy przewodnik dla każdego pielgrzyma udającego się w daleką drogę. Jo obudziła Meg życzeniami "Wesołych Świąt" i przypomniała jej o podarunku pod poduszką. Książka Meg miała zieloną okładkę, a w środku taki sam obrazek wraz z kilkoma słowami wypisanymi ręką matki, dzięki czemu prezent stał się jeszcze cenniejszy. Niebawem Beth i Amy ocknęły się także ze snu i poszperawszy pod poduszką, znalazły swoje egzemplarze: pierwsza w kolorze gołębim, a druga w błękitnym. Zaraz też wszystkie zaczęły dzielić się wrażeniami i oglądać swoje skarby, póki niebo za oknem nie poróżowiało, zwiastując nadejście dnia.
Pomimo pewnej próżności Margaret miała dobre, litościwe serce i bezwiednie wywierała znaczny wpływ na siostry. Szczególnie Jo kochała ją czule i chętnie słuchała, bo Meg udzielała rad cichym, łagodnym tonem.
- Dziewczęta - odezwała się poważnie, wodząc spojrzeniem od rozczochranej głowy przy swoim boku do dwóch małych, w nocnych czepeczkach w pokoju naprzeciwko. - Mama życzy sobie, abyśmy czytały tę książkę, kochały ją i żyły jej treścią. Zawsze byłyśmy wierne tej powiastce, ale odkąd tatuś wyjechał, a wojna zburzyła nasze dotychczasowe życie, zaniedbałyśmy wiele spraw. Zrobicie, jak zechcecie, ale ja zamierzam trzymać mój egzemplarz na nocnym stoliku i co rano, zaraz po przebudzeniu, czytać choćby kilka wierszy. Wiem, że to dobrze na mnie wpłynie i doda sił na cały dzień.
Otworzyła książkę i zaczęła czytać. Jo objęła siostrę ramieniem i przycisnąwszy policzek do jej policzka, także pogrążyła się w lekturze z dziwnym wyrazem spokoju na swej tak żywej zwykle twarzy.
- Jaka ta Meg jest dobra! Wiesz co, Amy, weźmy z nich przykład. Pomogę ci z trudniejszymi słowami, a jeśli czegoś nie zrozumiemy, one chętnie nam wytłumaczą - szeptała Beth, zafascynowana nową książką i zachowaniem starszych sióstr.
- Cieszę się, że moja jest niebieska - stwierdziła Amy, po czym w obu pokojach zapadła cisza, niezakłócana nawet szelestem przewracanych stron. Promyki zimowego słońca wpełzły cichutko przez okno i musnęły poważne buzie świątecznym pocałunkiem.
- Gdzie jest mama? - spytała Meg, kiedy pół godziny później zbiegły razem z Jo na dół, żeby podziękować za prezenty.
- Bóg raczy wiedzieć. Zapukała jakiś żebrak i wasza mama poszedła z nim, zobaczyć, co jest potrzeba. Nie widziałam jeszcze taka kobieta! Żeby tak rozdawać na prawo i lewo jeść, pić i opał - burczała Hanna, która mieszkała z rodziną Marchów od urodzenia Meg i uważana była bardziej za przyjaciółkę niż służącą.
- Pewnie niedługo wróci, więc smaż placki i trzymaj wszystko w pogotowiu - rzekła Meg, spoglądając na koszyk z prezentami wepchnięty pod sofę w oczekiwaniu na odpowiedni moment. - A gdzie się podziała woda kolońska od Amy? - dodała, widząc, że flakonik gdzieś zniknął.
- Amy zabrała ją przed chwilą, żeby zawiązać wstążeczkę czy coś dopisać - odparła Jo, tańcząc po pokoju, żeby trochę rozchodzić mamie nowe pantofle.
- Jak ładnie wyglądają te moje chusteczki, prawda? - dopytywała się Beth, wodząc dumnym wzrokiem po nieco nierównych literach, które kosztowały ją tyle pracy. - Hanna uprała mi je i uprasowała, ale ja sama poznaczyłam.
- A niech tę małą Pan Bóg kocha! - Jo roześmiała się nagle, unosząc jedną chustkę. - Wyszyła wszędzie "Mama" zamiast "M. March"! Jak śmiesznie!
- To źle? Nie chciałam, żeby pomyliły się z chusteczkami Meg, bo ona też ma inicjały "M. M."...
- Nic nie szkodzi, dziecinko, to bardzo dobry i rozsądny pomysł. Mama na pewno bardzo się ucieszy - przekonywała siostrzyczkę Meg, patrząc z wyrzutem na Jo.
Wtem trzasnęły drzwi, a z holu dobiegł odgłos kroków.
- Idzie! Szybko, schowajcie koszyk! - zawołała Jo.
Ale do pokoju wbiegła tylko Amy, lekko speszona widokiem wszystkich sióstr.
- Gdzieś ty była? I co tam chowasz? - pytała Meg ze zdziwieniem, poznając po płaszczu i kapturku, że opieszała zwykle dziewczynka zdążyła już wyjść z domu mimo wczesnej godziny.
- Nie śmiej się ze mnie, Jo! Myślałam, że nikt nie powinien wiedzieć, zanim nadejdzie pora. Ja tylko chciałam zamienić ten mały flakonik na duży i przeznaczyłam na to wszystkie pieniądze, i naprawdę staram się wyzbyć egoizmu...
To mówiąc, Amy wydobyła okazałą butlę wody kolońskiej, zamiast poprzedniej, tańszej. Była przy tym tak pełna pokory i tak starała się umniejszyć własną zasługę, że Meg natychmiast ją uściskała, Jo mruknęła: "zuch dziewczyna!", a Beth pobiegła do okna i zerwała najpiękniejszy kwiatek, żeby ozdobić butelkę.
- Bo widzicie - tłumaczyła się Amy - po tych porannych rozmowach i czytaniu zawstydziłam się takiego marnego prezentu, więc jak tylko wstałam, zaraz pobiegłam do sklepu i poprosiłam o zamianę. Ach, taka jestem szczęśliwa! Teraz mój prezent jest najwspanialszy!
Znowu trzasnęły drzwi i kosz ponownie znalazł się pod sofą, a dziewczęta skupiły się przy stole, z niecierpliwością wyczekując śniadania.
- Wesołych Świąt, mamisiu! I wielu następnych! Dziękujemy za książki, już trochę przeczytałyśmy i zamierzamy to robić codziennie - wołały jedna przez drugą.
- Wszystkiego najlepszego, córuchny! Cieszę się, że zaczęłyście od razu, obyście tylko wytrwały w postanowieniu. Zanim usiądziemy, chcę wam coś jeszcze powiedzieć. Niedaleko stąd leży biedna kobieta z nowo narodzonym maleństwem. Sześcioro dzieci tłoczy się na jednym łóżku dla ochrony przed zimnem, bo brakuje opału. Nie mają też nic do jedzenia. Najstarszy chłopiec przyszedł mnie zawiadomić, że wszyscy są głodni i zmarznięci. Słuchajcie, moje panny, może byśmy oddały im nasze śniadanie w gwiazdkowym podarunku?
Były tak strasznie głodne! Czekały przecież na śniadanie prawie godzinę... Przez chwilę - ale tylko przez chwilę - panowało milczenie, po czym Jo wykrzyknęła impulsywnie:
- Jak to dobrze, że nie zaczęłyśmy jeszcze!
- Czy mogę pomóc ci nieść rzeczy dla tych biednych dzieci? - zapytała z zapałem Beth.
- Ja zabiorę śmietankę i bułeczki - podjęła się bohatersko Amy, wybierając to, co najbardziej lubiła.
Meg przykrywała tymczasem kaszę i wyjmowała chleb na duży talerz.
- Wiedziałam, że mogę na was liczyć! - Matka uśmiechnęła się z zadowoleniem. - Pójdziemy wszystkie razem, po powrocie zjemy chleb z mlekiem, a powetujemy to sobie przy obiedzie.
Niedługo wszystko było gotowe i mała procesja ruszyła w drogę. Pora była wczesna, a że szły bocznymi uliczkami, prawie nikt ich nie widział i nikt się z nich nie wyśmiewał.
Niebawem znalazły się w nędznej, zimnej norze z popękanymi szybami, gdzie wśród łachmanów siedziała chora matka z kwilącym niemowlęciem. Obok kilkoro bladych, wygłodniałych dzieci kuliło się pod jedną starą kołdrą.
Jakże te wielkie oczy rozbłysły na widok przybyłych, jak rozchyliły się w uśmiechu zsiniałe wargi!
- O mein Gott! Oto nadchodzą dobrzy aniołowie! - wykrzyknęła radośnie biedna kobieta.
- Ładni aniołowie, nie ma co! W kapturkach i rękawiczkach - odezwała się Jo, wzbudzając śmiech.
Po kilku minutach naprawdę ktoś mógłby pomyśleć, że jakieś dobre duchy zabrały się tam do roboty. Hanna, która przyniosła drwa, rozpaliła ogień, uszczelniła pęknięte szyby starymi kapeluszami i własnym płaszczem. Pani March podała matce rodziny herbatę i kleik, pocieszyła ją obietnicą pomocy, wreszcie ubrała maleństwo z taką delikatnością, jakby było jej własne. Tymczasem dziewczynki nakryły stół, usadowiły dzieci przy ogniu i karmiły je niczym głodne pisklęta, żartując, przemawiając do nich i próbując zrozumieć ich kulawą, zabawną angielszczyznę.
- Das ist gut! Die-Engel-kinder! - wołały biedne istotki, już najedzone, grzejąc czerwone rączki przy ogniu.
Dziewcząt nikt jeszcze nie nazywał "anielskimi dziećmi". Uznały, że to bardzo miłe, szczególnie Jo, która od urodzenia uchodziła za "Sancza". Śniadanie upłynęło im bardzo miło, chociaż żadna nawet niczego nie spróbowała, a kiedy już wyszły, zostawiając za sobą radość, nie było chyba w całym mieście weselszej gromadki niż głodne siostry, które oddały swój świąteczny posiłek, kontentując się chlebem i mlekiem.
- Pokazałyśmy, że kochamy naszych sąsiadów bardziej niż siebie, i tak powinno być! - stwierdziła Meg przy układaniu prezentów, gdy pani March pakowała na górze odzież dla biednych Hummlów.
Nie wyglądało to bardzo imponująco, ale do każdego z pakiecików dołączyły ogromnie dużo miłości, a wysoki wazon pełen czerwonych ciemierników, białych chryzantem i ozdobnych pnączy, ustawiony pośrodku stołu, prezentował się naprawdę elegancko.
- Idzie! Graj, Beth! Otwórz drzwi, Amy! Trzy razy hurra dla naszej mamisi! - Jo miotała się po pokoju, podczas gdy Meg pośpieszyła do drzwi, aby podprowadzić matkę do honorowego miejsca. Beth zagrała najweselszego ze znanych sobie marszów, Amy otworzyła z impetem drzwi, a Meg wystąpiła w charakterze świty. Pani March, zdumiona, a zarazem wzruszona, uśmiechała się z oczami pełnymi łez, oglądając prezenty i odczytując załączone do nich bileciki. Pantofle od razu powędrowały na nogi, nowa chusteczka - skropiona wodą kolońską - do kieszeni, ciemiernik znalazł miejsce przy staniku sukni, a rękawiczki doczekały się pochwały za "idealny rozmiar".
Było mnóstwo śmiechu, pocałunków i prostych, czułych słów, które zawsze dają tyle radości podczas domowych świąt, a później, po powrocie do codziennej szarzyzny, zapewniają miłe wspomnienia. Potem wszyscy raźno zabrali się do pracy.
Poranna wizyta u biedaków i późniejsze świąteczne rytuały zajęły tyle czasu, że resztę dnia poświęcono na przygotowania do wieczornych uroczystości.
Dziewczęta nie dysponowały wielkimi zasobami na domowe przedstawienia, musiały więc zaprząc do roboty własne głowy, a że potrzeba jest matką wynalazków, wszystko zostało zapięte na ostatni guzik. Niektóre rzeczy wymyśliły bardzo sprytnie - na przykład tekturowe gitary, antyczne lampy ze staroświeckich sosjerek owiniętych w srebrny papier, olśniewające toalety z perkalu połyskujące blaszanymi cekinami z puszek po marynatach, zbroje pokryte takimiż pożytecznymi błyskotkami w kształcie rombów, które zostały po wycięciu z arkusza blachy wieczek do słoików. Meble poprzestawiano do góry nogami, a duża wnęka stała się sceną wielu niewinnych swawoli.
Do udziału w przedstawieniu nie dopuszczono żadnych panów, więc Jo - ku swej wielkiej radości - odgrywała sama wszystkie role męskie. Z dużą przyjemnością paradowała w wysokich butach z rdzawej skóry, podarowanych przez jedną z przyjaciółek. Te właśnie buty, stary floret i pocięty kubrak - użyte kiedyś przez jakiegoś artystę do innego przedstawienia - należały do ukochanych skarbów Jo i pojawiały się przy różnych tego rodzaju okazjach. Z powodu znikomej liczby aktorów dwie odtwórczynie głównych ról musiały odgrywać też kilka mniej ważnych postaci. Z pewnością zasłużyły na duże uznanie za swą ciężką pracę przy opanowaniu dodatkowych ról, za błyskawiczną zmianę kostiumów i reżyserię całości. Było to świetne ćwiczenie dla ich pamięci, a jednocześnie nieszkodliwa zabawa i zajęcie na długie godziny, które inaczej zostałyby spędzone na leniuchowaniu w samotności lub w mniej wartościowym towarzystwie.
W świąteczny wieczór dwanaście dziewcząt w nastroju życzliwego wyczekiwania stłoczyło się na łóżku, pełniącym funkcję pierwszego rzędu widowni, przed niebiesko-żółtą płachtą perkalu. Zza kurtyny dobiegały liczne szepty i szelesty, czuć było odrobinę dymu z lampy, a czasem rozlegał się chichot Amy, która w ekscytujących momentach wpadała zwykle w histerię. Niebawem uderzono w gong, rozsunięto kurtynę i rozpoczęła się "opera tragiczna".
Ciemny las - jak głosił afisz - składał się z kilku roślin w doniczkach, zielonego rypsu na podłodze i na dalszym planie - pieczary. Miała ona dach ze stojaka do wietrzenia bielizny, a ściany z biurek. W środku urządzono małe palenisko, przy którym nad czarnym kociołkiem pochylała się wiedźma. Scena była ciemna i żar z paleniska dawał pożądany efekt, zwłaszcza że z kociołka - kiedy czarownica zdjęła pokrywkę - unosiła się prawdziwa para. Po chwili, gdy opadł pierwszy dreszcz emocji, na scenę wkroczył, pobrzękując mieczem u boku, czarnobrody bandyta Hugo w kapeluszu z wywiniętym rondem, czarnym płaszczu i wysokich butach. Przez jakiś czas chodził tam i z powrotem, bardzo czymś poruszony, potem palnął się w czoło, wreszcie wybuchnął dziką, dramatyczną pieśnią o swej nienawiści do Roderiga i miłości do Zary. Na końcu oznajmił stanowczą decyzję zabicia pierwszej z wymienionych osób oraz pozyskania wzajemności drugiej. Tubalny głos Huga, przechodzący niekiedy w krzyk, robił duże wrażenie i po pierwszej przerwie dla zaczerpnięcia tchu widownia nagrodziła go brawami. On zaś skłonił się nisko z miną aktora przywykłego do publicznych aplauzów, po czym wśliznął się do pieczary i przywołał gromko wiedźmę:
- Hej, sługo! Bywaj no do mnie!
Ze środka wyszła Meg ze zwisającymi wokół twarzy siwymi kudłami z końskiego włosia, ubrana w czerwono-czarną szatę. W ręku miała laskę, a na jej płaszczu widniały kabalistyczne znaki. Hugo zażądał napoju miłosnego dla Zary oraz trucizny dla Roderiga. Wiedźma Hagar w pięknej, dramatycznej arii obiecała spełnić obydwa życzenia i zaczęła przyzywać duszka z napojem miłosnym:
Tutaj, ach, tutaj na me wezwanie
Niech zwinny duszek przede mną stanie!
Zrodzony z róży, pojony rosą,
Możesz-li napój uwarzyć nocą?
O, przynieś szybko niczym elf zwiewny
Napój miłosny, jakże potrzebny!
Słodkim go uczyń i daj mu moc!
Odpowiedz, duszku, w tę ciemną noc!
Zabrzmiały mocne akordy muzyki i w tyle pieczary ukazała się drobna figurka w chmurze bieli, z pozłacanymi skrzydełkami, złotymi włosami i girlandą z róż. Skinęła różdżką i zaśpiewała:
Oto przybywam,
Z chmurki białej spływam
W srebrnej księżyca krainie;
Używaj daru
Do dobrego czaru,
Inaczej moc szybko zginie!
I porzuciwszy u stóp wiedźmy mały złocony flakonik, duszek zniknął. Następna pieśń Hagar przywołała inną zjawę - bynajmniej nie miłą dla oka. Z głośnym brzękiem wyskoczył brzydki czarny chochlik. Wyskrzeczawszy swą odpowiedź, cisnął w Huga ciemną buteleczką i przepadł z szyderczym śmiechem. Rozbójnik wyśpiewał podziękowania, schował obie buteleczki w butach i odszedł. Wtedy Hagar poinformowała publiczność, że dawno temu Hugo zabił kilku jej przyjaciół, za co ona rzuciła nań klątwę i poprzysięgła zemstę, toteż teraz zamierza pokrzyżować jego plany. Potem kurtyna opadła. Publiczność mogła odpocząć i podyskutować o sztuce, krzepiąc się słodyczami.
Zanim ogłoszono koniec przerwy, dosyć długo stukały młotki, ale gdy kurtyna znów się rozsunęła, oczom widzów ukazały się tak mistrzowskie dekoracje, że nikt nie narzekał na opóźnienie. Było to naprawdę coś wspaniałego! Wieża sięgała aż do sufitu. Na połowie wysokości było okno oświetlone lampą. Wkrótce zza białej zasłony ukazała się tam Zara. Ubrana w piękną błękitno-srebrną suknię, czekała na Roderiga. Przybył on niebawem wspaniale przyodziany, w kapeluszu z piórem, spod którego opadały kasztanowe kędziory, w czerwonym płaszczu i oczywiście wysokich butach i z gitarą w ręku. Ukląkłszy u podnóża wieży, zaśpiewał melodyjną serenadę. Zara mu odpowiedziała i po krótkim śpiewanym dialogu zgodziła się na ucieczkę. Wtedy nastąpił kluczowy moment sztuki: Roderigo wyciągnął sznurową drabinę z pięcioma stopniami i rzuciwszy Zarze jeden koniec, nakłonił ją do zejścia. Ta bojaźliwie wysunęła się z okna, oparła dłoń na ramieniu Roderiga i właśnie miała z wdziękiem zeskoczyć, ale - niestety, ach niestety! - zapomniała o trenie, który uwiązł na górze. Wieża zachwiała się, wychyliła do przodu i runęła z trzaskiem, grzebiąc w ruinach nieszczęsnych kochanków!
Przy piskach widowni z rumowiska przepchnęły się po rozpaczliwej walce rdzawe buty, a potem wyłoniła się z jękiem złota główka.
- A nie mówiłam? Wiedziałam, że tak będzie!
Ale wtedy Don Pedro ze zdumiewającą przytomnością umysłu wtargnął na scenę, odciągnął swą córkę na bok i szepnął jej do ucha:
- Nie śmiej się! Graj jak gdyby nigdy nic!
Potem kazał Roderigowi wstać i obrzuciwszy go wyzwiskami, wygnał na zbity łeb z królestwa. Ale szlachetny ów rycerz, chociaż wstrząśnięty wypadkiem, zbuntował się i oświadczył, że nigdzie nie pójdzie. Zachęcona jego odwagą Zara również odmówiła ojcu posłuszeństwa, wskutek czego oboje zostali wtrąceni do najgłębszego lochu. Na scenie zjawił się bardzo wystraszony mały sługa z kajdanami i wyprowadził kochanków, najwyraźniej zapominając, co miał powiedzieć.
Akt trzeci rozgrywał się w zamkowej sali, gdzie pojawiła się Hagar z zamiarem uwolnienia zakochanych i wykończenia Huga. Słysząc nadchodzącego bandytę, ukryła się w kącie i patrzyła stamtąd, jak Hugo wlewa obydwa napoje do kielichów i wydaje rozkaz wystraszonemu słudze:
- Zanieś to więźniom i powiedz, że niebawem przyjdę.
Sługa wziął Huga na stronę i coś mu szeptał do ucha, a tymczasem Hagar zamieniła kielichy na dwa inne z nieszkodliwym płynem. Ferdinando, czyli ów sługa, wyniósł je, a wtedy Hagar podstawiła z powrotem kielich z trucizną przeznaczoną dla Roderiga. Hugo, spragniony po długim śpiewie, wypił napój, zachwiał się i po dłuższym miotaniu się po scenie padł wreszcie na wznak i skonał, podczas gdy Hagar we wspaniałej arii informowała go o swym postępku.
Była to naprawdę wstrząsająca scena, chociaż niektóre osoby mogłyby sądzić, że nagłe opadnięcie fali długich włosów popsuło efekt śmierci bandyty. Wywołany przed kurtynę, Hugo pojawił się - bardzo stosownie - razem z Hagar, której śpiew uznano za piękniejszy niż całe przedstawienie razem wzięte.
W czwartym akcie zrozpaczony Roderigo zamierzał przebić się sztyletem, gdyż powiedziano mu, że Zara się go wyrzekła. Sztylet już dotykał jego piersi, kiedy pod okienkiem rozległa się prześliczna pieśń, z której więzień dowiedział się, iż Zara jest mu wierna, ale grozi jej niebezpieczeństwo i tylko on może ją ocalić. Jednocześnie ktoś wrzucił do lochu klucz. Roderigo w nagłym przypływie sił rozerwał kajdany i ruszył na pomoc ukochanej.
Akt piąty rozpoczął się burzliwą sceną, w której Don Pedro nakazuje córce wstąpić do klasztoru. Zara nie chce o tym słyszeć. Po wyśpiewaniu wzruszającej, błagalnej arii była bliska omdlenia, lecz wtedy wkroczył Roderigo i poprosił o jej rękę. Don Pedro odmówił, gdyż wiedział, że konkurent jest ubogi. Wszyscy zaczęli wrzeszczeć i machać wściekle rękami, ale do zgody nie doszło. Roderigo już miał wynieść osłabłą Zarę, gdy mały sługa przyniósł list i jakiś worek od Hagar, która gdzieś tajemniczo zniknęła. Z listu wynikało, że przeznacza ona niewypowiedziane bogactwa dla młodej pary, a jeśli Don Pedro stanie na drodze do szczęścia kochanków, to ona, Hagar, rzuci na niego przekleństwo. Po otwarciu worka wysypał się deszcz monet i pokrył scenę grubą warstwą złota. Wtedy srogi ojciec zmiękł ostatecznie, wszyscy złączyli swe głosy w radosnym finale, zakochani klękli do rodzicielskiego błogosławieństwa i kurtyna opadła.
Podniósł się huragan oklasków, który jednak został gwałtownie przerwany, gdyż łóżko zamienione w pierwszy rząd złożyło się z trzaskiem, gasząc entuzjazm publiczności. Roderigo z Don Pedrem pośpieszyli na pomoc i nic się nikomu nie stało, choć wiele dziewcząt nie mogło mówić ze śmiechu. Nie zdążyły jeszcze opaść emocje, gdy zjawiła się Hanna i w imieniu pani March poprosiła panienki "na kolacja".
Była to niespodzianka nawet dla aktorek, ale jeszcze większą sprawił im widok stołu. Owszem, to podobne do mamisi, że pomyślała o poczęstunku, ale tylu wyszukanych przysmaków dziewczęta nie widziały w tym domu od dawno minionych dobrych czasów. Były tam lody - nawet dwa gatunki: różowe i białe - ciasto, owoce, wspaniałe francuskie cukierki, a pośrodku stały cztery bukiety cieplarnianych kwiatów!
Dziewczynkom zaparło dech z zachwytu. Długo wpatrywały się to w stół, to w matkę, która wyglądała na ogromnie szczęśliwą.
- Czyżby odwiedziły nas dobre wróżki? - spytała Amy.
- To święty Mikołaj! - wykrzyknęła Beth.
- Nie święty Mikołaj, tylko mama - stwierdziła z najpiękniejszym uśmiechem Meg.
- Ciotka March miała przypływ dobrego humoru - domyśliła się Jo.
- Żadna z was nie zgadła - oświadczyła pani March. - Wszystko to przysłał stary pan Laurence.
- Dziadek tego chłopca! Skąd mu to przyszło do głowy? Nawet go nie znamy - dziwiła się Meg.
- Hanna wygadała się przed jedną z jego służących o naszym śniadaniu. Ten pan jest zdziwaczałym staruszkiem, ale wasz postępek mu się spodobał. Wiele lat temu pan Laurence znał mojego ojca, a dziś po południu przesłał mi uprzejmy bilecik. Prosił, abym pozwoliła mu dać wyraz życzliwości, jaką żywi wobec moich dzieci, i przesłać im parę drobnostek dla uczczenia świątecznego dnia. Nie mogłam odmówić i oto za skromne śniadanie macie na kolację prawdziwą ucztę!
- To wnuk go namówił! Na pewno! To świetny chłopak i marzę, żeby go poznać. On też chyba ma ochotę na znajomość z nami, ale się wstydzi, a Meg jest taka zasadnicza, że nie pozwala mi się pierwszej odezwać, kiedy koło niego przechodzimy - paplała Jo, gdy tymczasem lody szybko znikały z talerzyków wśród pełnych zachwytu ochów i achów.
- Mówisz o mieszkańcach tego dużego domu w sąsiedztwie? - spytała jedna z koleżanek. - Moja mama zna pana Laurence'a. Podobno jest bardzo dumny i nie chce nawiązywać kontaktów sąsiedzkich. Trzyma swojego wnuka w ryzach, pozwala mu tylko na spacery i jazdę konną pod opieką guwernera i każe ciągle się uczyć. Kiedyś zaprosiłyśmy tego chłopca na przyjęcie, ale nie przyszedł. Mama mówi, że jest bardzo miły, tylko nigdy nie rozmawia z dziewczynkami.
- Kiedyś uciekła nam kotka, a on ją odniósł - przypomniała sobie Jo. - Rozmawialiśmy chwilę przez żywopłot o krykiecie i tak dalej. Świetnie nam szło, ale jak tylko zobaczył Meg, poszedł sobie. Zamierzam go poznać pewnego dnia, bo jestem pewna, że potrzebuje rozrywki.
- Jest dobrze wychowany i wygląda jak mały dżentelmen, więc nie mam nic przeciwko temu, żebyście się poznali przy jakiejś okazji. Te kwiaty przyniósł osobiście i pewnie bym go zaprosiła, tylko nie wiedziałam, co się dzieje na górze. Był taki smutny, kiedy odchodził, słysząc wasze śmiechy! Wyraźnie nie ma z kim pożartować.
- Całe szczęście, żeś go nie zaprosiła! - Jo roześmiała się. - Ale kiedy wystawimy następną sztukę, kto wie? Może sam z nami zagra... czy to nie zabawny pomysł?
- Nigdy dotąd nie dostałam tak pięknego bukietu! Co za śliczne kwiaty! - zachwycała się Meg.
- Rzeczywiście są piękne. Ale ja wolę te od Beth - stwierdziła pani March, wąchając na pół zwiędły kwiatek przy sukni.
Beth przytuliła się do niej i szepnęła:
- Ach, żeby tak posłać tatusiowi jakiś bukiecik! On na pewno nie ma tak wesołych świąt jak my!
- Jo! Jo! Gdzie jesteś? - wołała Meg u podnóża schodów na poddasze.
- Tutaj - odpowiedział ochrypły głos z góry.
Meg wbiegła na schody i zastała siostrę otuloną szalem na starej sofie o trzech nogach, pod słonecznym oknem. Jo chrupała jabłka i zalewając się łzami, czytała Dziedzica Redclyffe'u. To miejsce było jej ulubioną kryjówką. Uwielbiała tam uciekać z paroma jabłkami i dobrą książką, by rozkoszować się ciszą i towarzystwem szczura, który mieszkał w pobliżu i wcale się jej nie bał. Kiedy pojawiła się Meg, Skrobek umknął do dziury, a Jo otarła łzy i czekała, co powie siostra.
- Ach, jak cudownie! Spójrz tylko: oficjalne zaproszenie od pani Gardiner na jutrzejszy wieczór! - Meg wymachiwała cennym kartonikiem. - Pani Gardiner ma zaszczyt zaprosić pannę March i pannę Josephine na skromne przyjęcie w wigilię Nowego Roku - czytała.[5] Mamisia pozwoliła, tylko w czym my pójdziemy?
- I po co pytać? Przecież wiesz, że w popelinowych sukienkach, bo nie mamy nic innego - odparła Jo z pełnymi ustami.
- Gdybym tak miała jedwabną! - Meg westchnęła. - Mama mówi, że może jak skończę osiemnaście lat... ale dwa lata to cała wieczność!
- Te popelinowe wcale nie są gorsze. Twoja wygląda jak nowa, ale zapomniałam, że moja jest rozdarta i przypalona. Co tu robić? Plamy bardzo rażą, a nie umiem ich usunąć.
- Musisz siedzieć spokojnie i nie odwracać się do nikogo plecami, przód jest w porządku. Zawiążę włosy nową wstążką, a mamisia pożyczy mi szpilkę z perełką... Moje nowe pantofelki są prześliczne, rękawiczki też ujdą w tłoku, choć mogłyby być ładniejsze...
- Ja poplamiłam swoje lemoniadą, a że o nowych nie mam co marzyć, w ogóle obejdę się bez rękawiczek - oznajmiła Jo, która nigdy specjalnie nie dbała o stroje.
- Ależ musisz mieć rękawiczki, inaczej ja nie idę! - wykrzyknęła z mocą Meg. - Rękawiczki są najważniejsze! Czułabym się strasznie upokorzona, gdybyś ich nie miała!
- No to zostanę w domu.
- Nie możesz prosić mamy o nowe, są okropnie drogie, a ty tak nie dbasz o rzeczy! Powiedziała, że jeśli je zniszczysz, nie dostaniesz nowej pary aż do wiosny. Nic się nie da zrobić? - denerwowała się Meg.
- Mogę je miąć w rękach i nikt nie zobaczy, że są poplamione, nic lepszego nie wymyślę... Albo wiesz co? Każda z nas włoży jedną czystą, a tę zabrudzoną będzie trzymać w ręku, rozumiesz?
- Masz większe dłonie od moich, okropnie mi porozciągasz - martwiła się Meg, ogromnie czuła na punkcie rękawiczek.
- Więc nie włożę żadnych, nic mnie nie obchodzi, co powiedzą - zdecydowała Jo i wzięła z powrotem książkę.
- Dobrze, już dobrze, możesz wziąć moją, tylko mi nie poplam i zachowuj się przyzwoicie. Nie zakładaj rąk za siebie, nie wytrzeszczaj oczu i nie wykrzykuj: "Niech to kule biją!", zgoda?
- Nie martw się, będę sztywna, jakbym kij połknęła i nie wdam się w żadną awanturę. Teraz idź odpowiedzieć na bilecik i pozwól mi skończyć tę pasjonującą książkę.
Meg wróciła więc na dół, aby odpisać, że zaproszenie "przyjmują z podziękowaniem", obejrzeć dokładnie sukienkę i zacerować ze śpiewem na ustach swój jedyny żabot z prawdziwej koronki. Jo tymczasem skończyła książkę i jabłka, a potem zaczęła się bawić ze Skrobkiem.
W wigilię Nowego Roku bawialnia opustoszała, gdyż dwie młodsze dziewczynki pełniły funkcję garderobianych, a starsze całkowicie pochłaniała ważna czynność przygotowywania się do wyjścia. Mimo skromności toalet było mnóstwo biegania z góry na dół, śmiechów i paplaniny, aż w pewnym momencie w całym domu rozszedł się silny zapach przypalonych włosów. Meg chciała mieć wokół twarzy kilka loczków, więc Jo uznała za stosowne ścisnąć jej zakręcone na papiloty włosy gorącymi szczypcami.
- Czy powinny tak się dymić? - spytała siedząca na łóżku Beth.
- To dlatego, że były jeszcze wilgotne - odparła Jo.
- Co za dziwny zapach, zupełnie jak palonego pierza - zauważyła Amy, dotykając z wyższością swoich ślicznych loków.
- No, zaraz zdejmę papiloty i zobaczycie burzę kędziorków - obwieściła Jo, odkładając szczypce.
Ale choć rzeczywiście zdjęła papiloty, żadne kędziorki się nie ukazały, bo włosy odpadły razem z papierem, a niedoszła fryzjerka ze zgrozą w oczach położyła przed swą ofiarą rządek przyżółconych zwitków.
- Och, och, och! Coś ty mi zrobiła! Wszystko zepsułaś! Nie mogę iść! Oooch, moje włosy, moje włosy! - lamentowała Meg, patrząc z rozpaczą na wystrzępioną grzywkę.
- Taki już mój pech; nie powinnaś mnie prosić, ja zawsze wszystko psuję. Tak mi przykro, ale szczypce były za gorące i dlatego... - jęczała Jo, spoglądając przez łzy na czarne placki.
- Nie masz zniszczonych włosów; po prostu je podkręć i zawiąż wstążkę tak, żeby końce opadały na czoło. To ostatni krzyk mody - rzekła pojednawczo Amy.
- Dobrze mi tak, po co się mizdrzyłam! Powinnam zostawić włosy w spokoju! - narzekała zirytowana Meg.
- Ja też żałuję, były takie ładne i gładkie. Ale na pewno szybko odrosną. - Beth podeszła, by ucałować i pocieszyć "ostrzyżoną owieczkę".
Wreszcie po paru drobniejszych incydentach Meg dokończyła toalety, a dzięki połączonym wysiłkom całej rodziny udało się też ubrać Jo i upiąć jej włosy. Obie siostry wyglądały bardzo ładnie w swych prostych kreacjach - Meg w srebrzystobrunatnej, z błękitną aksamitką, koronkowym żabotem i szpilką z perełką, Jo w kasztanowej ze sztywnym płóciennym kołnierzykiem, o surowej linii i ozdobionej tylko kilkoma chryzantemami. Każda z dziewcząt włożyła jedną czystą rękawiczkę, a w drugiej ręce trzymała poplamioną. Wszyscy uznali, że wygląda to całkiem ładnie i naturalnie. Ciasne pantofle na wysokich obcasach uwierały Meg, która jednak za nic by się do tego nie przyznała, a Jo miała wrażenie, że dziewiętnaście szpilek we włosach przewierca jej głowę na wylot, ale - mój Boże! - czegóż się nie robi dla elegancji!
- Bawcie się dobrze, moje kochane - pożegnała je pani March przy wyjściu. - Nie jedzcie za dużo i wyjdźcie o jedenastej, przyślę po was Hannę.
Kiedy zatrzasnęły za sobą furtkę, dobiegł je jeszcze głos z okna:
- Dziewczęta, dziewczęta! Czy na pewno macie czyste chusteczki?
- Tak, białe jak śnieg, a Meg skropiła swoją wodą kolońską! - odkrzyknęła Jo i dodała ze śmiechem: - Zapytałaby o to, nawet gdybyśmy uciekały przed trzęsieniem ziemi.
- To świadczy o jej arystokratycznych nawykach, zresztą bardzo odpowiednich, bo prawdziwą damę poznaje się po wypolerowanych pantoflach, świeżych rękawiczkach i czystej chusteczce - odparła Meg, która miała znacznie więcej tego rodzaju przyzwyczajeń.
- Pamiętaj o zasłanianiu poplamionego klina. Czy nie mam przekrzywionej szarfy? I czy moje włosy wyglądają b a r d z o źle? - spytała Meg, odwracając się od lustra w garderobie pani Gardiner po długich zabiegach przy swej fryzurze.
- Na pewno zapomnę. Jeśli zobaczysz, że robię coś niewłaściwego, po prostu mrugnij do mnie, dobrze? - prosiła Jo, szarpiąc kołnierzyk i energicznie szczotkując włosy.
- Nie, damy nigdy nie mrugają. Uniosę brwi, gdy coś będzie nie w porządku, albo skinę głową na znak aprobaty. Trzymaj plecy prosto i poruszaj się małymi kroczkami. No i nie potrząsaj niczyją ręką przy powitaniu, tak się nie robi.
- Skąd ty to wszystko wiesz? Ja nigdy się nie nauczę. Ach, jaka skoczna muzyka!
Zeszły na dół, troszkę onieśmielone, gdyż rzadko bywały na przyjęciach, a choć nie była to oficjalna uroczystość, dla nich stanowiła wielkie wydarzenie. Pani Gardiner, stateczna starsza dama, przywitała je uprzejmie i oddała pod opiekę najstarszej ze swych sześciu córek. Meg znała Sallie i szybko wyzbyła się skrępowania, ale Jo, która nie przepadała za towarzystwem dziewcząt i nie gustowała w ploteczkach, stała sztywno, oparta o ścianę i czuła się tak obco jak słoń w składzie porcelany. W drugim końcu pokoju z pół tuzina rozbawionych młodzianów gawędziło o ślizgawce i Jo marzyła, by do nich podejść, gdyż jazda na łyżwach należała do jej ulubionych rozrywek. Zapytała na migi Meg, ale brwi siostry natychmiast uniosły się na taką wysokość, że nie odważyła się ruszyć. Nikt do niej nie podchodził, nikt z nią nie rozmawiał, a z najbliższej grupki ciągle ktoś ubywał i w końcu została sama. Nie mogła szwędać się po pokoju w poszukiwaniu rozrywki, bo pamiętała o nieszczęsnym klinie, więc przyglądała się zebranym z daleka, póki nie rozpoczęły się tańce. Meg natychmiast ktoś poprosił i jej ciasne pantofelki śmigały po podłodze tak zwinnie, że nikomu nie przyszłoby na myśl, jakie cierpienia znosi z uśmiechem ich właścicielka. Jo dostrzegła wysokiego rudzielca, który zmierzał do jej kąta i w obawie, by nie poprosił jej do tańca, wśliznęła się do osłoniętej storą wnęki. Zamierzała podglądać stamtąd tańczące pary i świetnie się przy tym bawić, ale na nieszczęście ktoś inny wcześniej wpadł na ten sam pomysł i Jo stanęła oko w oko z młodym Laurence'em.
- Ojejku! Nie wiedziałam, że ktoś tu jest! - wyjąkała Jo i już miała umknąć, ale chłopiec, chociaż wyraźnie stropiony, uśmiechnął się miło.
- Nie przejmuj się mną. Zostań, jeśli masz ochotę.
- A... nie będę przeszkadzać?
- Ani trochę. Schowałem się tutaj, bo nie znam prawie nikogo, i rozumiesz... czułem się trochę obco.
- To tak jak ja. Nie odchodź, proszę, chyba że wolisz.
Chłopiec usiadł znowu i patrzył w milczeniu na swoje lakierki. Wreszcie Jo, chcąc wykazać się uprzejmością i swobodnym obejściem, powiedziała:
- Chyba miałam już przyjemność widzieć cię przedtem. Mieszkasz blisko nas, prawda?
- W sąsiednim domu. - Podniósł wzrok i wybuchnął śmiechem, rozbawiony oficjalnym tonem Jo. Przecież pamiętał, jak miło gawędzili o krykiecie, kiedy odnosił jej kota.
Jo zaraz poczuła się swobodniej.
- Miałyśmy takie wspaniałe Boże Narodzenie, dzięki waszym prezentom! - powiedziała serdecznie.
- Dziadek to wszystko posłał.
- Ale ty go namówiłeś, prawda?
- Jak się miewa kotek, panno March? - zmienił temat chłopiec. Starał się zachować powagę, ale w jego ciemnych oczach błyskały iskierki wesołości.
- Nieźle, dziękuję, panie Laurence, ale nie jestem żadną panną March, tylko Jo.
- A ja nie jestem pan Laurence, tylko po prostu Laurie.
- Laurie Laurence? Jak dziwnie!
- Na imię mi Teodor, ale chłopaki wołali na mnie "Dora", więc wolę już "Laurie".
- Ja też nie cierpię mojego imienia, jest takie sentymentalne! Jak to się stało, że przestali nazywać cię Dorą?
- A sprałem jednego z drugim, to przestali.
- No tak. Niestety, ja nie mogę sprać ciotki March... - Jo westchnęła z rezygnacją, a po chwili spytała: - Lubisz przyjęcia z tańcami?
- Czasami. Widzisz, spędziłem wiele lat za granicą i nie bywałem zbyt często w tutejszym towarzystwie, więc nie znam waszych tańców.
- Za granicą?! Och, opowiedz mi o tym! Uwielbiam słuchać opowieści o podróżach!
Laurie nie bardzo wiedział, od czego zacząć, ale pomogły mu niecierpliwe pytania Jo. Opowiedział jej o szkole w Vevay, gdzie chłopcy nie noszą kapeluszy, o flotylli łódek na jeziorze, o wakacjach spędzanych z kolegami i wychowawcami na pieszych wycieczkach po Szwajcarii.
- Ach, jakże chciałabym tak wędrować! - gorączkowała się Jo. - A byłeś w Paryżu?
- Spędziliśmy tam ostatnią zimę.
- Mówisz po francusku?
- W Vevay wolno mówić tylko po francusku.
- Więc powiedz coś! Ja umiem czytać, ale gorzej z wymową.
- Quel nom a cette jeune demoiselle en les pantoufles jolis? - spytał płynną francuszczyzną Laurie.
- Jak ładnie! Zaraz, zaraz... Powiedziałeś: "Kim jest ta panienka w ładnych pantofelkach?".
- Oui, mademoiselle.
- To moja siostra Margaret i świetnie o tym wiesz! Uważasz ją za ładną?
- Tak, przypomina mi niemieckie dziewczęta. Wygląda tak świeżo, tyle ma w sobie spokoju...
Jo aż pojaśniała z radości i postanowiła koniecznie powtórzyć to Meg. Potem wspólnie z Lauriem zerkali zza zasłony, wymieniali krytyczne uwagi i gawędzili, aż poczuli się jak starzy znajomi. Nieśmiałość chłopca szybko znikła, bo sztywne z początku zachowanie dziewczyny rozbawiło go, Jo zaś wróciła do swej zwykłej wesołości, bo nikt nie zwracał uwagi na jej suknię ani nie unosił brwi pod jej adresem. Młodego Laurence'a serdecznie polubiła i ładnych parę razy przyjrzała mu się ukradkiem, żeby móc opisać go później dziewczętom. Ponieważ nie miały rodzonych braci i zaledwie kilku kuzynów, chłopcy byli dla nich prawie nieznanym rodzajem istot ludzkich.
"Kędzierzawe czarne włosy - wbijała sobie w pamięć - śniada karnacja, duże ciemne oczy, zgrabny nos, ładne zęby, drobne dłonie i stopy. Wyższy ode mnie... Bardzo grzeczny jak na chłopaka, a zarazem wesoły. Ciekawe, ile może mieć lat?".
Miała to pytanie na końcu języka, ale zreflektowała się na czas i niezwykle taktownie próbowała kluczyć wokół tematu.
- Pewnie niedługo idziesz do college'u? Widziałam, jak zakuwasz... to znaczy, ciężko pracujesz... - Jo się zaczerwieniła. Że też musiało jej się wypsnąć to "zakuwasz"!
Laurie jednak wcale się nie zgorszył, tylko z uśmiechem wzruszył ramionami.
- Dopiero za rok albo i dwa. Na pewno nie przed ukończeniem siedemnastu lat.
- Czyżbyś miał dopiero piętnaście? - zdziwiła się Jo, gdyż sądziła, że tak wysoki chłopiec już ma siedemnaście.
- W przyszłym miesiącu kończę szesnaście.
- Ach, jak chciałabym iść do college'u! Ty nie wyglądasz, jakbyś się do tego palił.
- Nienawidzę tego! Nic tylko kucie i głupie wybryki. W ogóle nie podobają mi się obyczaje w tym kraju.
- A co ci się podoba?
- Życie we Włoszech i spędzanie czasu na mój własny sposób.
Jo bardzo chciała wiedzieć, jaki to sposób, ale Laurie tak groźnie zmarszczył czarne brwi, że wolała zmienić temat, zresztą nogi same podrygiwały jej do tańca.
- Jak świetnie ktoś tam gra! Nie chcesz zatańczyć?
- Owszem, ale tylko z tobą - odrzekł chłopiec z lekkim ukłonem.
- Nie mogę... obiecałam Meg, że nie będę, bo... - Jo urwała, nie wiedząc, czy wyznać prawdę, czy się roześmiać.
- Bo co? - dopytywał się Laurie ciekawie.
- Nie powiesz nikomu?
- Nigdy!
- Wiesz, mam taki głupi zwyczaj stawania przy ogniu i ciągle przypalam sukienki. Tę także osmaliłam i chociaż jest ładnie naprawiona, widać plamę, więc Meg kazała mi siedzieć bez ruchu, żeby nikt nie zobaczył. Proszę bardzo, możesz się śmiać, sama wiem, że to śmieszne.
Ale Laurie się nie roześmiał. Spuścił na chwilę oczy, a potem powiedział łagodnie z tak zagadkowym wyrazem twarzy, że zaintrygowało to Jo:
- Nie przejmuj się tym. Idziemy? Proszę!
Jo podziękowała i z przyjemnością się zgodziła, choć na widok nieskazitelnych, perłowych rękawiczek swego partnera poczuła ukłucie w sercu. Ach, żeby tak mieć przynajmniej dwie czyste!
Kiedy muzyka ucichła, usiedli. Laurie był właśnie w połowie relacji ze szkolnego festiwalu w Heidelbergu, gdy zjawiła się Meg w poszukiwaniu siostry. Przywołana gestem Jo niechętnie udała się za nią do bocznego pokoju. Meg siedziała na sofie i z pobladłą twarzą trzymała się za stopę.
- Przez ten wysoki obcas zwichnęłam nogę w kostce. Tak mnie boli, że nie mogę ustać i nie wiem, jak się dostanę do domu - lamentowała Meg, kiwając się w przód i w tył.
- Wiedziałam, że tak się skończy z tymi głupimi butami. Przykro mi, ale nie wiem, co robić. Można tylko postarać się o powóz albo zostać tu na noc - odparła Jo, masując jej nieszczęsną kostkę.
- Powóz kosztuje majątek. Zresztą skąd go weźmiemy? Wszyscy przyjechali własnymi, do stajni kawał drogi i nie ma kogo posłać...
- Ja pójdę.
- Wykluczone. Już po dziewiątej i ciemno jak w studni. I nie mogę tu zostać, bo nie ma miejsca, Sallie zaprosiła na noc kilka koleżanek. Posiedzę tu do przyjścia Hanny, a potem jakoś to będzie.
- Poproszę Lauriego, na pewno chętnie pójdzie.
- Nie, na miłość boską! Nikogo nie proś i w ogóle nic nie mów. Przynieś mi kalosze, a te pantofle dołącz do naszych rzeczy. Zaraz po kolacji wyglądaj Hanny i powiedz mi, gdy tylko przyjdzie.
- Właśnie wszyscy idą do jadalni. Lepiej zostanę z tobą.
- Przeciwnie, moja droga, idź i przynieś mi trochę kawy. Jestem taka zmęczona, że nie mogę się ruszyć.
Meg wyciągnęła się wygodnie, ukrywszy dobrze kalosze, a Jo popędziła do jadalni. Najpierw jednak wpadła niechcący do schowka z porcelaną, a potem do pokoju, w którym starszy pan Gardiner pokrzepiał się czymś skrycie. Odnalazłszy wreszcie jadalnię, rzuciła się do stołu po kawę, którą natychmiast rozlała. Teraz przód jej sukni nie różnił się niczym od tyłu.
- O Boże, co za oferma! - wykrzyknęła z rozpaczą i odruchowo wytarła się rękawiczką Meg.
- Mogę cię obsłużyć? - odezwał się z boku przyjazny głos.
Był to Laurie z filiżanką w jednej ręce i talerzykiem lodów w drugiej.
- Chciałam zanieść coś Meg, bo jest bardzo zmęczona, i ktoś mnie potrącił, no i popatrz tylko, jak wyglądam! - odparła Jo, spoglądając ze zgrozą to na sukienkę, to na rękawiczkę, która przybrała kolor kawy.
- Co za pech! Właśnie zastanawiałem się, komu to dać, więc może zaniosę twojej siostrze?
- Och, dziękuję! Nie proponuję, że sama to zrobię, bo wpadłabym w następną kabałę.
I poszła przodem, Laurie zaś - jakby całe życie usługiwał damom - przysunął mały stoliczek, przyniósł drugą filiżankę kawy i lody dla Jo, słowem, zachowywał się z taką galanterią, że nawet wymagająca Meg uznała go za "miłego chłopca". Nadeszło jeszcze kilka młodych osób i wszystkim czas wesoło płynął przy cukierkach i czekoladkach ze złotymi myślami, gdy nagle w samym środku spokojnej gry "w plotki" zjawiła się Hanna. Meg, która zdążyła zapomnieć o nodze, zerwała się z pośpiechem, lecz zaraz z okrzykiem bólu musiała przytrzymać się Jo.
- Cicho! Ani mru-mru - szepnęła siostrze, głośno zaś dodała: - To nic! Skręciłam troszkę nogę, i tyle.
I pokuśtykała po swoje rzeczy.
Hanna gderała, Meg roniła łzy, a Jo nie wiedziała, co począć. Wreszcie zdecydowała, że sama musi zapanować nad sytuacją. Wymknęła się po cichu z pokoju, zbiegła na dół, odnalazła służącego i zapytała, czy nie sprowadziłby powozu. Niestety był to tylko wynajęty kelner i nie orientował się w okolicy. Jo rozglądała się bezradnie, gdy podszedł Laurie. Tak się złożyło, że słyszał rozmowę, a właśnie zajechał po niego powóz dziadka, więc może pozwolą się odwieźć?
- Przecież jeszcze za wcześnie! Naprawdę chcesz już wyjść? - spytała z niedowierzaniem Jo, której wprawdzie kamień spadł z serca, ale wahała się, czy może skorzystać z propozycji.
- Ja zawsze wychodzę wcześnie. Naprawdę! Proszę, zgódź się, to przecież po drodze i podobno pada deszcz.
To przesądziło sprawę i Jo z wdzięcznością przyjęła pomoc. Zaraz pobiegła na górę, by sprowadzić siostrę wraz z Hanną. Ta ostatnia nie znosiła deszczu niczym kot, więc nie robiła trudności i całe towarzystwo odjechało wkrótce paradnym powozem, rozkoszując się atmosferą zbytku. Laurie usiadł na koźle, więc Meg mogła trzymać nogę w górze i swobodnie gawędzić z siostrą o przyjęciu.
- Cudownie się bawiłam. A ty? - spytała Jo, czochrając sobie włosy i wyciągając się wygodnie.
- Ja też, do wypadku. Wyraźnie przypadłam do gustu Annie Moffat, przyjaciółce Sallie, bo zaprosiła i ją, i mnie na cały tydzień. Sallie wybiera się do niej na wiosnę, kiedy przyjedzie opera, i wszystko zapowiada się wspaniale, żeby tylko mama mnie puściła... - Meg rozpromieniła się na samo wspomnienie.
- Widziałam cię z tym rudzielcem, od którego uciekłam. Miły jest?
- Och, tak! I jego włosy wcale nie są rude, tylko kasztanowate. Jest doskonale wychowany.
- Skakał jak rozszalały konik polny. Laurie i ja pękaliśmy ze śmiechu. Nie słyszałaś nas?
- Nie, ale to bardzo nieładnie. A właściwie gdzie ukrywaliście się cały czas?
Jo opowiedziała jej o swej przygodzie, a gdy skończyła, znalazły się przed domem. Po licznych podziękowaniach powiedziały "dobranoc" i wśliznęły się do domu, w nadziei, że nikogo nie obudzą. Ale gdy tylko zaskrzypiały drzwi ich pokoju, z sąsiedniej sypialni wyjrzały dwie główki w nocnych czepeczkach i dwa zaspane, lecz przejęte głosiki zażądały chórem:
- Opowiadajcie!
Jo zdołała schować dla małych trochę słodyczy (co Meg uznała za "wielki brak wychowania"), toteż po wysłuchaniu krótkiej relacji z najbardziej ekscytujących wypadków dziewczynki wycofały się do łóżek.
- Myślę, że czuję się zupełnie jak wytworna młoda dama, która po przyjęciu wróciła do domu powozem i teraz siedzi w peniuarze, obsługiwana przez pokojówkę - oświadczyła Meg, kiedy Jo nacierała jej nogę arniką i rozczesywała włosy.
- Nie wierzę, żeby wytworne damy bawiły się lepiej od nas pomimo przypalonych włosów, starych sukienek, jednej pary rękawiczek na spółkę i ciasnych pantofli, które wykręcają nogi, skoro ktoś jest na tyle głupi, by je wkładać.
- No i koniec! Znów trzeba zarzucić tobołek na plecy i ruszać w drogę - rzekła z westchnieniem Meg następnego ranka. Święta się skończyły, a po pełnym rozrywek tygodniu niełatwo jej było się pogodzić z obowiązkami, których nigdy nie lubiła.
- Ja bym chciała, żeby święta nigdy się nie kończyły - rzekła Jo, ziewając. - Zabawnie by było, co?
- Ale wtedy nie cieszyłyby nas tak jak teraz. Chociaż to miło, kiedy przysyłają ci różne przysmaki i bukiety, zapraszają na przyjęcia, odwożą do domu powozem. I można do woli czytać i odpoczywać, i nie trzeba pracować... Niektórzy mają to na co dzień. Wiesz, zawsze zazdrościłam bogatym dziewczynkom, tak bardzo lubię przepych! - narzekała Meg, zastanawiając się, która z dwóch sfatygowanych sukien jest mniej zniszczona.
- No cóż, skoro my tego nie mamy, to nie ma co jęczeć, tylko brać tobołki na plecy i z pieśnią na ustach iść dalej, jak to robi mamisia. Jestem pewna, że ciotka March to mój Starzec z Morza, ale może gdy nauczę się ją dźwigać bez narzekania, to pewnego dnia poturla się sama albo stanie się lekka jak piórko.
Ta myśl pobudziła fantazję Jo i wprawiła ją w dobry humor, ale Meg się nie rozchmurzyła. Jej brzemię, złożone z czwórki rozpuszczonych dzieci, wydawało się jeszcze cięższe niż dotąd, więc nawet nie zawiązała sobie jak zwykle niebieskiej aksamitki na szyi i nie pomyślała o ładnej fryzurze.
- Po co mam ładnie wyglądać, skoro i tak nie zobaczy mnie nikt poza tymi złośliwymi karzełkami? Komu na mnie zależy? - burczała, zamykając z trzaskiem szufladę. - Będę harować całe życie jak wół i tylko od czasu do czasu zaznam jakiejś rozrywki. Ani się obejrzę, jak będę stara, brzydka i zgorzkniała, a to wszystko dlatego, że jestem biedna i nie mogę cieszyć się życiem jak inne dziewczęta. To okropne!
Tak więc Meg zeszła na dół z urażoną miną i przy śniadaniu także humor jej się nie poprawił. Wszystkie zresztą były dziś w podłym nastroju. Beth leżała na sofie z bólem głowy, próbując pocieszyć się towarzystwem kotki i trzech kociąt. Amy miała nieczyste sumienie z powodu nieodrobionych lekcji i nie mogła znaleźć kaloszy. Jo gwizdała i robiła straszny harmider przy ubieraniu. Pani March próbowała dokończyć list, który zaraz należało wysłać, a Hanna była w gderliwym nastroju, bo poprzedniego dnia za późno poszła spać, a bardzo tego nie lubiła.
- Boże, co za kłótliwa rodzinka! - zawołała Jo, która dopiero co stłukła kałamarz, urwała obydwa sznurowadła i usiadła na kapeluszu.
- Sama najwięcej się wykłócasz - przycięła jej Amy, zmywając łzami tabliczkę z błędnym wynikiem dodawania.
- Beth, jeśli nie będziesz trzymać tych przebrzydłych kotów w piwnicy, to je potopię! - wybuchnęła Meg, daremnie próbując dosięgnąć kociaka, który gramolił się po jej plecach.
Jo się śmiała, Meg gderała, Beth usiłowała ją przebłagać, a Amy jęczała, bo nie mogła sobie przypomnieć, ile jest dziewięć razy dwanaście.
- Dziewczęta! Bądźcie przez chwilę cicho! Muszę to wysłać poranną pocztą, a wy ciągle mnie rozpraszacie! - uniosła się wreszcie pani March po wykreśleniu trzeciego już zdania.
Nastąpił moment spokoju, ale zaraz wkroczyła Hanna. Postawiła na stole dwa gorące paszteciki i zaraz wyszła takim samym sztywnym krokiem. Paszteciki należały do tradycji; dziewczęta nazywały je "mufkami", bo nic tak nie rozgrzewało rąk w chłodne poranki. Hanna nigdy nie zapominała ich upiec, choćby była w najgorszym humorze. Wiedziała, że jej panienki czekał długi spacer po zimnie; biedactwa nie dostaną żadnego obiadu, a wrócą nie wcześniej niż o drugiej.
- No, Beth, utul tę swoją kociarnię i niech cię już głowa nie boli. Do widzenia, mamisiu, byłyśmy dziś bandą łobuzic, ale wrócimy grzeczne jak aniołki. Meg, idziemy!
I Jo wymaszerowała z domu, świadoma, że pielgrzymi zasłużyli dziś na naganę.
Zanim skręciły za róg, zawsze oglądały się za siebie, bo matka patrzyła z okna, uśmiechając się i machając ręką na pożegnanie. Wydawało im się, że nie poradzą sobie bez tego z trudami dnia, bo bez względu na smutki i zły humor widok matczynej twarzy działał jak promień słońca.
- Zasłużyłyśmy dziś, żeby mamisia pogroziła nam pięścią, zamiast posyłać całusa, bo bardziej niewdzięcznych potworów świat nie widział! - wykrzyknęła Jo ze skruchą, brnąc dzielnie przez śnieg wśród porywistego wiatru.
- Nie używaj takich okropnych wyrażeń - ofuknęła ją Meg, ukryta za woalką niczym zakonnica, której obrzydł świat.
- Lubię mocne, jednoznaczne słowa - odparła Jo, łapiąc kapelusz, który sfrunął jej z głowy, gotów poszybować w daleki świat.
- Nazywaj siebie, jak chcesz, ale ja nie jestem ani łobuzicą, ani potworem i nie życzę sobie, by tak do mnie mówiono.
- Jesteś zawiedzionym stworzeniem, które zdecydowanie wstało dziś lewą nogą, a wszystko dlatego, że nie tarzasz się w luksusie. Biedactwo! Poczekaj, aż dorobię się fortuny, to będziesz rozbijać się powozami, opychać lodami, chodzić w pantoflach na najwyższych obcasach i codziennie dostawać bukiety, a różni rudzielcy będą się pchali na wyścigi, żebyś ich zaszczyciła rozmową.
- Żartujesz sobie, Jo - burknęła Meg, ale roześmiała się mimo woli.
- I bardzo dobrze, bo gdybym przybierała skwaszone miny i wpędzała się w chandrę tak jak ty, ładnie byśmy wyglądały! Na szczęście zawsze potrafię wynaleźć coś śmiesznego, to mnie trzyma przy życiu. Przestań już jęczeć i wróć do domu wesoła!
Jo klepnęła siostrę w ramię, po czym rozstały się na resztę dnia. Każda ściskała swój ciepły pasztecik i próbowała się uśmiechać, pomimo zimowej pogody, ciężkiej pracy i niezaspokojonych marzeń o przyjemnościach młodego wieku.
Kiedy pan March utracił majątek, próbując ratować z kłopotów przyjaciela, dwie starsze dziewczynki poprosiły, by pozwolono im zarabiać przynajmniej na ich własne potrzeby. Wierząc, że nigdy nie jest za wcześnie na rozwijanie inicjatywy i samodzielności, rodzice wyrazili zgodę, i tak obie panny poszły do pracy. Dzięki dobrym chęciom szybko pokonały początkowe trudności. Margaret znalazła posadę guwernantki i mimo skromnego wynagrodzenia poczuła się bogata. Jak sama przyznawała, "uwielbiała luksus", a jej głównym zmartwieniem było ubóstwo. Znosiła je gorzej niż pozostałe dziewczęta, gdyż pamiętała czasy, kiedy dom wyglądał pięknie, życie składało się z przyjemności i nikomu nie śniło się o niedostatkach. Próbowała nie być zazdrosna i nie okazywać niezadowolenia, ale to przecież naturalne, że młoda dziewczyna marzy o ładnych rzeczach, wesołym towarzystwie, sukcesach i szczęśliwym życiu. To wszystko, czego pragnęła, widywała codziennie u Kingów, gdyż dzieci miały starsze siostry na wydaniu i trudno było nie dostrzegać olśniewających toalet i bukietów, nie słyszeć uwag na temat wypraw do teatrów, na koncerty, przejażdżek saniami i różnych innych uciech, o wielkich sumach pieniędzy trwonionych na drobiazgi, które wydawały się jej tak cenne. Biedna Meg skarżyła się rzadko, ale poczucie niesprawiedliwości sprawiało czasem, że wszystkich traktowała wrogo. Niestety nie wiedziała jeszcze, jak bardzo jest bogata w jedyne wartości, które zapewniają szczęśliwe życie.
Tak się złożyło, że ciotka March, która kulała, a więc wymagała pomocy, upodobała sobie Jo. Kiedy rodzina wpadła w kłopoty, bezdzietna starsza pani chciała adoptować dziewczynkę i poczuła się bardzo dotknięta odmową. Znajomi tłumaczyli Marchom, że tracą ostatnią szansę na zapis w testamencie bogatej krewniaczki, ale oni na wszelkie argumenty mieli tylko jedną niefrasobliwą odpowiedź:
- Nie oddalibyśmy naszych dziewcząt za żadne skarby świata. Biedni czy bogaci, będziemy trzymać się razem, bo to jest nasze szczęście.
Ciotka nie rozmawiała z nimi przez jakiś czas, ale kiedyś u wspólnych znajomych natknęła się na Jo. Komiczne miny dziewczynki i jej swobodny, bezpośredni sposób bycia wzbudziły sympatię starszej pani, która zaproponowała jej posadę płatnej towarzyszki. Jo zupełnie to nie odpowiadało, ale zgodziła się, bo nic lepszego nie miała na widoku. Ku zaskoczeniu wszystkich, jej stosunki z nerwową krewną ułożyły się wyjątkowo dobrze. Owszem, zdarzały się burze, raz nawet Jo wmaszerowała w środku dnia do domu, oświadczając, że dłużej nie wytrzyma, ale ciotka nigdy nie złościła się długo, a potem tak usilnie domagała się powrotu dziewczynki, że ta nie potrafiła odmówić, bo w głębi serca miała słabość do starej zrzędy.
Przypuszczam jednak, że tym, co naprawdę przyciągało ją do domu ciotki, była ogromna biblioteka, od śmierci wuja Marcha pozostawiona na łasce kurzu i pająków. Jo pamiętała tego miłego starszego pana, który budował jej tory kolejowe i tunele z dużych słowników, opowiadał historyjki na temat dziwnych ilustracji w łacińskich księgach i przy każdym spotkaniu na ulicy kupował pierniczki. Mroczny zakurzony pokój z rzeźbionymi głowami spoglądającymi z wysokich półek, wygodne fotele, globusy, a przede wszystkim nieznany świat książek, w których mogła do woli buszować, miały dla Jo urok krainy baśni. Gdy tylko ciotka zapadała w drzemkę albo po prostu znudziła się towarzyszką, dziewczynka biegła do tego tchnącego spokojem miejsca i zwinięta w fotelu, pochłaniała poezje, romanse, książki historyczne, podróżnicze, albumy z gorliwością prawdziwego mola książkowego. Ale - jak wszystko, co dobre - nie trwało to nigdy długo, bo zwykle w samym środku najpiękniejszego wiersza czy w najciekawszym miejscu powieści, gdy bohaterowi groziło najstraszliwsze niebezpieczeństwo - rozlegał się świdrujący w uszach głos: "Josephiiine! Josephiiine!" i trzeba było wracać z raju do zwijania włóczki, kąpania pudla i czytania na głos esejów Belshama.
Jo miała ambicję, by stać się znakomitością w jakiejś dziedzinie. W jakiej - tego jeszcze nie wiedziała, ale uważała, że czas jej to podpowie. Tymczasem cierpiała męki, bo nie mogła czytać, biegać i jeździć konno tak często, jak by chciała. Niecierpliwość, ostry języczek i niespokojny duch ciągle wpędzały Jo w tarapaty. Jej życie składało się z serii wzlotów i upadków, tyleż komicznych, co dramatycznych. Ale szkoła ciotki March okazała się bardzo pożyteczna, a myśl o własnych zarobkach pomagała cierpliwie znosić to wieczne "Josephiiine!".
Beth bardzo bała się obcych i z tego powodu nie chodziła do szkoły. Wszystkie próby spełzły na niczym, bo dziewczynka przeżywała takie męki, że wreszcie pozwolono jej uczyć się w domu pod kierunkiem ojca. Po jego wyjeździe matka wszystkie siły poświęciła Stowarzyszeniu Pomocy Żołnierzom, ale Beth uparcie brnęła sama przez podręczniki, starając się posiąść jak najwięcej wiedzy. Jako urodzona mała gosposia pomagała Hannie utrzymywać dom w porządku i wyręczała w tym pracujące siostry, w zamian oczekując jedynie miłości. Podczas długich, monotonnych dni nie czuła się samotna, bo swój mały światek zaludniała wyimaginowanymi postaciami i niczym pracowita pszczółka zawsze wynajdywała sobie jakieś zajęcie. Miała sześć lalek, które każdego ranka ubierała, gdyż nie wyrosła jeszcze z dziecinnych zabaw i kochała swoje ulubienice zawsze tak samo. Nie było wśród nich ani jednej naprawdę ładnej lub nieuszkodzonej, wszystkie trafiły do Beth w spadku po dorastających siostrach, bo Amy odrzucała ze wstrętem wszystko, co stare czy brzydkie. Beth przeciwnie - otaczała je tym większą czułością i nawet założyła szpital dla chorych lalek. Nigdy nie wbijała szpilek w ich wypchane watą brzuszki, nigdy nie odzywała się do nich szorstko ani ich nie biła. Nawet największa pokraka nie miała powodu uskarżać się na zaniedbanie, wszystkie były karmione, ubierane, pielęgnowane i pieszczone z bezgraniczną wprost miłością.
Jedna lalka z tego "sierocińca", istny obraz nędzy i rozpaczy, należała kiedyś do Jo. Po dość burzliwych losach została wyrzucona do worka ze ścinkami, skąd Beth ją wygrzebała i zabrała do swego azylu. Zniszczony czubek głowy osłoniła nowym czepeczkiem, a brak rąk i nóg ukryła, zawijając tułów w kocyk. Przydzieliła też kalece najlepsze łóżeczko. Każdy, kto widział, z jaką czułością Beth pielęgnuje ową laleczkę, musiał się wzruszyć, choćby nawet wydawało mu się to śmieszne. Przynosiła jej kwiatki, czytała książeczki, wynosiła na powietrze, otulała płaszczykiem, śpiewała kołysanki i nigdy nie położyła się spać, nie ucałowawszy brudnej buzi lalki i nie szepnąwszy jej do ucha: "Śpij spokojnie, moje kochane biedactwo".
Podobnie jak reszta sióstr, Beth także miała swoje kłopoty. Nie będąc aniołkiem, tylko dziewczynką z krwi i kości, często ucinała sobie małą "popłakankę", a martwiło ją głównie to, że nie mogła brać lekcji muzyki i nie miała porządnego fortepianu. Tak bardzo kochała muzykę, z takim uporem próbowała uczyć się sama, tak cierpliwie ćwiczyła palcówki na rozklekotanym starym instrumencie! Wydawało się więc, że ktoś - na przykład ciotka March - powinien jej pomóc, ale nikt się jakoś nie kwapił i nikt też nie widział, jak Beth w samotności polewa łzami pożółkłe, nietrzymające stroju klawisze. Zawsze przy pracy śpiewała jak skowroneczek, nigdy nie była zbyt zmęczona, by zagrać dla matki lub sióstr, i dzień po dniu powtarzała sobie z nadzieją: "Wiem, że jeśli zasłużę, zacznę kiedyś brać lekcje".
Wiele jest na świecie takich dziewczynek jak Beth - cichych i nieśmiałych, czekających w kątku, gotowych na każde skinienie, poświęcających się dla innych tak radośnie, że nikt się tego nie domyśla. Aż wreszcie pewnego dnia świerszczyk za kominem przestaje cykać i małe, kochane słoneczko znika, zostawiając po sobie ciszę i cień.
Gdyby ktoś spytał Amy o największe utrapienie jej życia, odpowiedziałaby bez wahania: "Nos". Kiedyś, gdy była jeszcze niemowlęciem, Jo upuściła ją do wiadra na węgiel i Amy uparcie twierdziła, że ów niefortunny wypadek zniszczył na zawsze jej profil. Nos nie był wprawdzie ani duży, ani czerwony, jak u klowna, tylko trochę spłaszczony i żadne wyciąganie nie mogło mu nadać arystokratycznego kształtu. Nikt poza samą Amy nie zwracał na to uwagi, bo też jej nos prezentował się całkiem nieźle, ale ona bardzo głęboko przeżywała, że nie jest "grecki" i na pociechę rysowała całe arkusze piękniejszych profilów.
"Mały Rafael", jak nazywały ją siostry, miał bezsprzecznie talent do rysunków. Amy była najszczęśliwsza, gdy mogła malować kwiaty, wróżki, i ilustrować powiastki, uprawiając dość dziwny rodzaj sztuki. Nauczyciele skarżyli się, że zamiast odrabiać słupki, pokrywała tabliczkę rysunkami zwierząt. Puste strony atlasu służyły za miejsce do kopiowania map, a z książek w najbardziej nieodpowiednich momentach wypadały prześmieszne karykatury. Jakoś jednak dawała sobie radę z lekcjami i udawało się jej unikać kar dzięki wzorowemu zachowaniu. Cieszyła się wielką popularnością wśród koleżanek, gdyż była pogodnego usposobienia i umiała się podobać bez specjalnych starań. Podziwiano jej minki i wdzięk, a także osiągnięcia, bo poza tym, że pięknie rysowała, potrafiła zagrać dwanaście melodii, szydełkować i czytać po francusku, wymawiając niepoprawnie raptem dwie trzecie słów. Miała zwyczaj mawiać zbolałym głosikiem: "Kiedy tatuś był bogaty, robiliśmy to a to", co zawsze wywoływało współczucie, a długie wyrazy, jakich używała, uważano w klasie za "szczyt elegancji".
Amy była na najlepszej drodze do zepsucia. Wszyscy jej pobłażali, więc skłonność do próżności i egoizmu rosła z każdym dniem. Istniała jednak pewna okoliczność, która wpływała na zahamowanie pierwszej z tych brzydkich cech: Amy musiała nosić rzeczy po swojej kuzynce. Matka owej Florence miała nie najlepszy gust, więc Amy przeżywała istne męki, gdy dostawała czerwony kapelusik zamiast niebieskiego, źle dobrane sukienki i przesadnie zdobione fartuszki. Wszystko było w dobrym gatunku, starannie uszyte i mało znoszone, ale artystyczna dusza Amy cierpiała, zwłaszcza tej zimy - otrzymała bowiem fioletową sukienkę w żółte kropki bez żadnego przybrania.
- Pocieszam się tylko tym - żaliła się najstarszej siostrze ze łzami w oczach - że nasza mama nie skraca mi sukienek za karę, tak jak mama Marii Park. Mój Boże, jakie to straszne! Czasem, jeśli Maria jest bardzo niegrzeczna, nie może pokazać się w szkole, bo sukienka ledwie sięga jej kolan. Kiedy pomyślę o takiej d e g r a n d a c j i, czuję, że mogłabym znieść nawet płaski nos i fioletową sukienkę w ogromne żółte grochy!
Meg była powiernicą Amy, podobnie jak na zasadzie przyciągania kontrastów Jo wyjątkowo czule opiekowała się Beth. Nieśmiałe dziecko tylko jej zwierzało się ze swych myśli, bezwiednie wywierając na roztrzepaną siostrę większy wpływ niż ktokolwiek z rodziny. Dwie starsze dziewczynki bardzo do siebie lgnęły, ale każda roztaczała szczególną opiekę nad jedną z młodszych, odgrywając rolę "mateczki" z instynktem właściwym małym kobietkom, jak dawniej wobec lalek.
- Może któraś coś opowie? Ten dzień był tak okropny, że zaraz umrę, jeśli nie usłyszę czegoś zabawnego - skarżyła się Meg, kiedy wieczorem zasiadły do szycia.
- Spędziłam u ciotki przedziwny dzień, a ponieważ ja wyszłam na tym najlepiej, chętnie wam opowiem - zaczęła Jo, która uwielbiała opowiadać. - Czytałam jej tego nieśmiertelnego Belshama, monotonnie jak zawsze, bo wtedy ciotka zasypia, a ja mogę wziąć się do jakiejś naprawdę ciekawej powieści. Ale tym razem poczułam senność wcześniej niż ciotka i tak ziewałam, że zapytała mnie, czy zamierzam połknąć całą książkę naraz.
"Chciałabym, przynajmniej byłby z nią koniec" - odparłam, starając się, żeby to nie zabrzmiało zuchwale.
Wtedy ciotka palnęła mi kazanie na temat moich grzechów i poleciła mi je przemyśleć, podczas gdy ona zdrzemnie się na chwilkę. Ta chwilka zwykle trwa dość długo, więc gdy tylko zobaczyłam, że jej czepek opada niczym przekwitająca dalia, wyciągnęłam z kieszeni Plebana z Wakefieldu[6] i pogrążyłam się w lekturze, zerkając od czasu do czasu na ciotkę. Doszłam właśnie do miejsca, kiedy wszyscy wpadli do wody, na śmierć zapomniałam, gdzie jestem, i głośno się roześmiałam. Ciotka się obudziła, ale jak to po drzemce, była w dobrodusznym nastroju, więc kazała mi przeczytać kawałek. Chciała wiedzieć, jaką to frywolną powieść przekładam nad pouczającego Belshama. Starałam się jak mogłam i nawet się jej spodobało, ale powiedziała tylko tyle:
"Nic z tego nie rozumiem. Zacznij od początku, moje dziecko".
Wróciłam więc do początku i wychodziłam ze skóry, żeby ją zainteresować losami Primrose'ów. Raz umyślnie przerwałam w najciekawszym miejscu i powiedziałam grzecznie: "Obawiam się, że to ciocię nudzi, więc może na tym skończymy?". Na to ona złapała robótkę, która wcześniej wypadła jej z rąk, rzuciła mi ostre spojrzenie zza okularów i fuknęła gniewnie: "Skończ rozdział i nie bądź bezczelna, moja panno".
- Czy przyznała, że jej się podobało? - spytała Meg.
- Skądże znowu! Ale zostawiła starego Belshama w spokoju, a kiedy po południu wróciłam po zapomniane rękawiczki, siedziała z nosem w Plebanie, tak zaczytana, że nawet nie słyszała, jak pękam ze śmiechu w holu, tańcząc z radości w nadziei na dobre czasy. Jak przyjemnie mogłaby pędzić życie, gdyby tylko zechciała! Nawet jej specjalnie nie zazdroszczę, pomimo tych wielkich pieniędzy, bo przecież bogaci mają też swoje zmartwienia, podobnie jak biedni.
- To mi przypomina - rzekła Meg - że też chcę wam coś opowiedzieć. Ta historia wcale nie jest śmieszna, ale dała mi wiele do myślenia. Dziś u Kingów było wielkie zamieszanie. Jedno z dzieci powiedziało mi, że ich brat zrobił coś okropnego i ojciec wysłał go z domu. Słyszałam, jak pani King płakała, a jej mąż mówił podniesionym głosem. Grace i Ellen, przechodząc koło mnie, odwracały twarze, żebym nie widziała ich zaczerwienionych oczu. Oczywiście o nic nie pytałam, ale było mi ich bardzo żal. Jak to dobrze, że nie mamy żadnych niedobrych braci, którzy przynosiliby wstyd rodzinie!
- Myślę, że jeszcze gorzej jest okryć się wstydem w szkole - oznajmiła Amy, kręcąc główką, jakby życie ją głęboko doświadczyło. - Susie Perkins miała dziś na palcu śliczny pierścionek z krwawnikiem. Tak bardzo mi się podobał, że cały czas marzyłam, aby być na jej miejscu. No i co? Susie narysowała karykaturę pana Davisa. Miał monstrualny nos, garb, a z ust wychodził mu napis: "Mam was na oku, moje panny!". Krztusiłyśmy się ze śmiechu, ale nagle pan Davis naprawdę zwrócił na nas swe oko i kazał Susie przynieść tabliczkę. O mało nie zemdlała ze strachu, ale poszła i - och! Wiecie, co on zrobił? Złapał ją za ucho! ZA UCHO! Co za hańba! A potem kazał jej stanąć na podium i trzymać przez pół godziny tabliczkę, tak, żeby wszyscy widzieli.
- I dziewczynki się śmiały? - spytała Jo, zachwycona tą historią.
- Coś ty, żadna nawet się nie uśmiechnęła. Siedziały cicho jak myszki, a Susie zalewała się łzami. Już wcale jej nie zazdrościłam, bo nawet miliony pierścionków z krwawnikami nie mogłyby mnie pocieszyć. Nigdy w życiu nie chciałabym przeżyć tak roz-dzie-ra-ją-ce-go upokorzenia.
I Amy zabrała się do pracy, dumna z własnej cnoty i z tego, że wypowiedziała jednym tchem dwa bardzo długie słowa.
- Widziałam dziś coś ciekawego i zamierzałam opowiedzieć o tym przy kolacji, ale zapomniałam - oznajmiła Beth, ustawiając porządnie przewrócony do góry nogami koszyk Jo. - Kiedy wyszłam kupić trochę ostryg dla Hanny, zastałam w rybnym sklepie pana Laurence'a, ale on mnie nie widział, bo rozmawiał ze sprzedawcą, panem Cutterem, a ja byłam schowana za beczką. Nagle weszła jakaś biedna kobieta z wiadrem i ścierką. Zapytała pana Cuttera, czy pozwoli jej posprzątać w zamian za kawałek ryby, bo nie znalazła dziś żadnej pracy i nie ma obiadu dla dzieci. Pan Cutter śpieszył się i odprawił ją szorstko, a wtedy pan Laurence zahaczył laską wielką rybę i przysunął ją tej kobiecie. Była taka szczęśliwa, że przytuliła rybę do piersi i rozpłynęła się w podziękowaniach. Pan Laurence kazał jej iść i zająć się obiadem, więc wyszła czym prędzej, bardzo zadowolona. Czyż nie zachował się wspaniale? Och, jaka ona była śmieszna z tą wielką, śliską rybą w objęciach! Żebyście słyszały, jak wyrażała nadzieję, że pan Laurence otrzyma w niebie "usłane puchem łoże"!
Kiedy otarły łzy śmiechu po historii Beth, poprosiły matkę, aby i ona coś opowiedziała. Po krótkim namyśle odezwała się z powagą:
- Przykrawałam dziś kurtki z niebieskiej flaneli[7] i tak bardzo niepokoiłam się o waszego ojca! Myślałam, jakie byłybyśmy samotne i bezradne, gdyby coś mu się stało. To nie było mądre zachowanie, ale nie przestawałam się martwić, dopóki nie wszedł jakiś staruszek z zamówieniem na kilka sztuk odzieży. Usiadł blisko mnie i zaczęłam z nim rozmawiać, bo wyglądał na ubogiego, zmęczonego i zdenerwowanego.
"Ma pan synów w wojsku?" - zapytałam, gdyż notatka, którą przyniósł, nie była przeznaczona dla mnie.
"Tak, proszę pani - odrzekł ze spokojem. - Miałem czterech, ale dwóch poległo, jeden jest w niewoli, a ja mam właśnie jechać do ostatniego, który leży, ciężko chory, w waszyngtońskim szpitalu".
"Zrobił pan bardzo wiele dla naszego kraju" - powiedziałam, czując teraz szacunek zamiast litości.
"Tylko tyle, ile powinienem, proszę szanownej pani. Poszedłbym sam, ale co ze mnie za pożytek? No to posłałem chłopaków i niczego za to nie żądam".
Mówił to tak lekko i szczerze, z takim zadowoleniem ze swego postępku, że się zawstydziłam. Ja dałam tylko jednego mężczyznę, a i tak uważałam, że to za dużo, a on aż czterech, bez żadnych pretensji! Ja mam w domu na pociechę wszystkie swoje córeczki, a jego ostatni syn czeka - może na łożu śmierci - tyle mil stąd! Poczułam się nagle taka bogata, taka szczęśliwa, że przygotowałam mu porządną paczkę, dałam trochę pieniędzy i serdecznie podziękowałam za lekcję, jakiej mi udzielił.
- Opowiedz coś jeszcze, mamisiu! Jeszcze jedną historyjkę z morałem! Lubię rozmyślać o nich później, jeśli są prawdziwe i nie przypominają kazań - poprosiła Jo po chwili ciszy.
Pani March uśmiechnęła się i zaczęła od razu. W końcu od tylu lat opowiadała różne historie przed tą publicznością, że wiedziała, jak ją zadowolić.
- Dawno, dawno temu były sobie cztery dziewczynki, które miały pod dostatkiem jedzenia, picia, ubrań, wygód i różnych przyjemności. Nie brakowało im przyjaciółek, rodzice kochali je czule, a jednak dziewczynkom to nie wystarczało. - Tu słuchaczki spojrzały ukradkiem po sobie i gorliwie pochyliły się nad szyciem. - Naprawdę bardzo chciały być dobre i podejmowały wspaniałe postanowienia, ale ich nie dotrzymywały i wciąż powtarzały: "Gdybyśmy tylko miały to a to" albo: "Gdybyśmy mogły robić to a to", zupełnie nie pamiętając o tym, co już posiadały i jak wiele przyjemnych rzeczy mogły robić. Raz zapytały pewną staruszkę, jakie zaklęcie mogłoby zapewnić im szczęście. Ta odpowiedziała: "Kiedy czujecie się niezadowolone, pomyślcie o dobrodziejstwach, jakie już wam przypadły, i bądźcie wdzięczne". - Tu Jo podniosła gwałtownym ruchem głowę, jakby chciała coś powiedzieć, ale po chwili się rozmyśliła, widząc, że jeszcze nie koniec. - Dziewczynki były dość rozsądne, toteż postanowiły posłuchać rady i wkrótce nie posiadały się ze zdumienia, jak dobrze im się powodzi. Jedna przekonała się, że pieniądze nie potrafią uchronić bogatych ludzi od hańby i kłopotów. Druga odkryła, o ileż jest szczęśliwsza, będąc młodą, zdrową i wesołą, od pewnej słabej i nerwowej staruszki, która nie potrafi cieszyć się swym bogactwem. Trzecia zrozumiała, że choć kupowanie produktów na obiad nie jest zbyt przyjemne, jeszcze gorzej mają ci, którzy zmuszeni są żebrać. Czwarta zaś - że nawet pierścionki z krwawnikami nie są tak cenne, jak dobre zachowanie. Potem wszystkie umówiły się, że przestaną narzekać, będą cieszyć się posiadanymi dobrami i spróbują je chronić, gdyż pewnego dnia mogą wszystko utracić. A ja wierzę, iż nigdy nie zaznają rozczarowania i nie pożałują, że posłuchały rady starej kobiety.
- No, mamisiu, to było bardzo chytre! - wykrzyknęła Meg. - Obróciłaś przeciwko nam nasze własne historie i zamiast romantycznej opowieści palnęłaś niezłe kazanie!
- A ja lubię ten rodzaj kazań. Tatuś też nam takie wygłaszał - powiedziała Beth w zamyśleniu, wbijając igły w poduszeczkę Jo.
- Wcale nie narzekam tyle co inne, a teraz będę się jeszcze bardziej pilnować. Przypadek Susie stanowił dobrą przestrogę - stwierdziła mentorskim tonem Amy.
- Potrzebowałyśmy tej lekcji i nigdy jej nie zapomnimy. A jeśli się to zdarzy, powiedz po prostu tak, jak stara Chloe w Chacie wuja Toma: "Myślcie o waszych łaskach, dzieci, myślcie o waszych łaskach!"[8]- dodała Jo, która za nic w świecie nie wyrzekłaby się żarciku, chociaż wzięła sobie do serca matczyną opowieść nie mniej niż siostry.