Samotność leśnych ludzi
Nikt nie wie, gdzie się zaczyna i gdzie kończy się dym, myślę, kiedy powoli schodzę ze szczytu Kukli przez Tri kopce w stronę Piesku. Jest jak z wodą, przychodzi mi do głowy. To wieczne krążenie. Nasionko. Pień. Kłoda. Dym. A w końcu popiół. Ale gdzie jest ten nowy początek? Pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Po głowie krążą mi ostatnie resztki mglistych porannych myśli, ale muszę się już ocknąć, bo mamy dzień. W powietrzu roznoszą się coraz głośniejsze, ludzkie dźwięki, tak charakterystyczne dla leśnego biotopu Małych Karpat - sobotni warkot pił spalinowych. Czy to lament drzew? Czy też dziki rechot stali?
Zgrzytam zębami, czuję pomiędzy nimi piasek Sahary i ruszam dalej. Za każdym razem w lesie głowa mi się oczyszcza, a umysł z łatwością przejmuje każdy fragment piosenki czy wiersza. Następnie odbija się od ścian mojej czaszki niczym piłeczka pingpongowa i powraca na koniec języka w formie mantry. Ten cytat z wiersza Ivana Laučíka zmieścił mi się w sześciu krokach: "Piły spalinowe we własnym języku dziękują dzięciołom".
Z piłami mam moralny problem. Ich walka z lasem wydaje mi się nierówna. Dużo hałasu i dużo walących się na ziemię drzew. Kiedy patrzę na pozyskiwanie drewna, widzę właściwie masakrę. A przecież w tej wojnie piły spalinowe to tylko lekka, ręczna broń. Bywa gorzej, kiedy leśne kombajny gąsienicowe i różne inne kosmiczne agregaty wyrywają drzewa z ziemi niczym jakieś wątłe chwasty. Wydaje mi się, że straciliśmy już wszelkie szanse na to, żeby odczuć własną kruchość. I tylko wścibskie mrówki w leśnym półmroku badają zawartość pozostawionych opakowań po smarach. Bo mrówki zaciekawią się byle czym.
Dziś jednak mam wkroczyć w całkiem inne czasy. Taka dwuręczna piła stanowi w nich kamień milowy rozwoju. A siekiera to narzędzie całkiem oczywiste. "Dostojność jakaś bojarska jest w tym padaniu drzewa, w tym jego ukośnym locie w dół na tle nieba", pisał Edward Stachura.
Dziś cofnę się w czasie o sto lat, kiedy ukryte głęboko w górach samotne chaty zamieszkiwali pálffyowscy drwale zwani huncokarami.
Pierwszy raz zupełnym przypadkiem spotkałem ich pod Skleną hutą. Wyszedłem z lasu na rozległą, magiczną łąkę, a tam zaskoczyły mnie orzechy i stare jabłonie - znaki ludzkiego życia daleko od wszelkich okolicznych wiosek. Wdrapałem się wtedy na koronę jednej z jabłoni i wciąż pod wrażeniem tego odkrycia zjadłem dwa kwaśne jabłka. Potem próbowałem rozbić kamieniem niedojrzałego orzecha i wciąż jeszcze nie byłem w stanie pojąć tego, co zobaczyłem. Ale gdy wreszcie doszedłem do siebie i uspokoiło mi się serce, mogłem usłyszeć odległe echa ludzi, którzy kiedyś tutaj żyli: uderzenia siekierą w drzewo, czyli coś w rodzaju muzyki. W wielu miejscach nic po nich nie zostało, najwyżej kilka symboli czy trudnych do odczytania wiadomości. I jeszcze wzruszająca pustka, która tworzy tajemniczy genius loci. Na Holincie, Kolovrátku i Amonovej lúce. Już od ponad siedemdziesięciu lat natura odbiera tutaj wszystko to, co do niej należy. A co po nas zostanie? Drzewa owocowe? Stare orzechy? Oby tylko to i nic więcej.
W lesie nad Pieskiem natknąłem się też na blaszaną tablicę, która podpowiada drogę na cichy leśny cmentarz. Tabliczka pękła pośrodku, zaczęła rdzewieć i powolutku wrasta w rdzeń drzewa, pień już niemal całą ją pochłonął. Milknie, ginie. Ale cmentarz nie milczy. Potomkowie huncokarów osadzili na żywych grobach kopie oryginalnych drewnianych krzyży i małe, zwięzłe napisy. Które w ciszy leśnego cmentarza mówią nam nie tylko o tym, kto jest tam pochowany, ale również z kim łączyły go najbliższe więzy rodzinne. Martwi połączeni są między sobą cienkimi gałązkami, z którymi łączą się następne gałęzie skierowane w stronę żywych. Tak to się wszystko rozgałęzia i łączy. Od korzeni, przez pień, aż po najcieńsze gałązki. Tak jak w rosnącym drzewie.
Los huncokarów spokojnie mógłby być motywem przewodnim wielkiej powieści rozgrywającej się w Małych Karpatach. Byłaby to historia nie tylko ciekawa i nieco romantyczna, ale na pewno też symptomatyczna w kontekście dziejów całej Europy Środkowej, w której początkowo harmonijnie żyli obok siebie ludzie różnych wyznań i narodowości, a potem skończyło się to wywózkami i czystkami etnicznymi w najgorszych możliwych formach. Za każdym razem stosowano zasadę zbiorowej odpowiedzialności i winy - na podstawie jakiegoś jednego, decydującego kryterium. Czasem było nim wyznanie, kiedy indziej rasa albo przekonania polityczne. Tuż po II wojnie światowej w karpackich lasach najbardziej problematyczna stała się narodowość. Niemiecka.
Jaka jest więc historia huncokarów (lub hulcokarów, hulcogrów)? I jakie pozostawili ślady w literaturze?
Ich pojawienie się w regionie Małych Karpat związane jest przede wszystkim ze zmianami w gospodarce leśnej, jakie wprowadzono za czasów Marii Teresy[3]. Chodziło o tak zwany Terezjański Statut Leśny z 1769 roku, znany też jako Leśny Porządek albo - w zachodnio-słowackich gwarach - jako "Porządek Gór". Głównym celem nowego prawa leśnego było zachowanie lasów także dla przyszłych pokoleń i spowodowanie, by w gospodarce rozum wziął górę nad głupotą (dzisiaj, po upływie ponad dwustu pięćdziesięciu lat, znów byłby nam bardzo potrzebny). Wszystko to wymagało racjonalnego i fachowego podejścia do opieki nad lasami. Dlatego Pálffyowie, którzy byli właścicielami większości lasów zachodniej Słowacji, sprowadzili fachowców z podalpejskich regionów ówczesnej monarchii habsburskiej, głównie ze Styrii i Dolnej Austrii. Działo się to w połowie XVIII wieku. Od wtedy takie nazwy jak Geschwandtner, Graus, Hirner i Nietschneider stały się nieodłączną częścią nazewnictwa odległych zakątków Małych Karpat - obok Holintu, Sklenej huty, Vývratu, Piesku, Majdánu i wielu innych.
Dość śmieszne określenie przybyszów powstało z przekręcenia niemieckiego słowa Holzhacker (czyli drwal), ale oni sami woleli mówić na siebie Waldleute, czyli "leśni ludzie", co brzmi naprawdę czarodziejsko. Takie też, trochę magiczne, było właściwie całe ich życie. Gdy spojrzymy na mapę z wystawy na zamku Červený Kameň, zobaczymy, że każde z huncokarskich siedlisk znajdowało się stosunkowo daleko od wiosek podkarpackich. W czasach, kiedy po lasach nie poruszały się terenowe jeepy bez tablic rejestracyjnych ani zielone ciężarówki (te, o dziwo, z tablicami ze środkowej Słowacji), były to całkiem inne odległości niż dziś. Dlatego na ich odcięcie od otaczającego świata musimy patrzeć w zupełnie innym kontekście.
Kiedy ktoś mieszka głęboko w górach, może być odizolowany i samotny, ale to niekoniecznie musi być jakiś problem. Kontakt z ludźmi "z dołu" mieli tylko w niezbędnych sytuacjach, ale między sobą utrzymywali bardzo żywe więzi, dzięki czemu kultywowali nie tylko język, ale również wiele tradycji. W większości miejsc byli w Karpatach praktycznie samowystarczalni. Pracowali u Pálffych (albo zatrudniały ich wolne podkarpackie miasta, jak Pezinok czy Modra), więc otrzymali od nich do dyspozycji dom i niewielkie pole, na którym mogli uprawiać wszystko to, co im było potrzebne do życia. Ponadto mogli trzymać kilka krów, prosiąt czy drobiu, a z okolicznych lasów ściągać drewno na opał albo do budowy. Z całą pewnością był to żywot w symbiozie z naturą. Ludzie ci musieli rozumieć nie tylko las, ale też cały ekosystem, musieli znać jego zasady działania, przemiany i tajemnice. A ich żony były oczywiście znakomitymi zielarkami.
Naturalnie nie było to lekkie życie. Zajmowali się przede wszystkim eksploatacją drewna, ale także dbali o las i jego rozwój. W czasach, gdy w słowackich lasach jeszcze nie warczały agresywne piły łańcuchowe, profesja drwala należała do najcięższych.
Dlaczego jednak Pálffyowie ściągali ludzi z tak odległych miejsc? Zapewne istotną rolę odgrywała ich zręczność i profesjonalizm, ale zdaniem Dušana Dobrovodskiego - potomka rodów Weber i Gschill - właścicielom lasów chodziło też o to, żeby między leśnikami a ludźmi z okolicznych wiosek nie nawiązywały się przyjazne relacje, które mogłyby umożliwiać nielegalną sprzedaż drewna lub tolerancję dla złodziejstwa i kłusownictwa. Bo huncokarzy pełnili też funkcję strażników lasu. Oprócz flinty ich bronią była również bariera językowa.
Huncokarzy siedzą na ściętej jodle, lata trzydzieste XX wieku
Słowackie Muzeum Narodowe, Muzeum Kultury Niemców Karpackich (Slovenské národné múzeum, Múzeum kultury karpatských Nemcov)
W 1937 roku Franz J. Beranek z Břeclavia opublikował dość obszerny tekst poświęcony małokarpackim leśnym ludziom. Autor - członek NSDAP i SA[4] - nie ukrywał zachwytu z powodu odnalezienia niezwykłej, mówiącej po niemiecku, wspólnoty leśnych ludzi. Od razu było dla niego oczywiste, że zdecydowanie odróżniają się od innych Niemców, żyjących w wioskach położonych dużo niżej, zwłaszcza w Limbachu. Mimo stylu artykułu, który po latach sprawia wrażenie, jakby Beranek odkrył w Małych Karpatach jakieś nieznane, prymitywne plemię z lasów monsunowych, tekst przynosi jednak wiele cennych informacji nie tylko o życiu i pochodzeniu huncokarów, ale także o różnych, dziś już zapomnianych samotnych siedliskach drwali i o ich mieszkańcach. Autor w ciekawy sposób starał się również obliczyć ich ówczesną populację: "Pomyślmy tylko: osiemset dusz, czyli ludność jakiejś większej wioski, mieszka w rozproszeniu na obszarze większym niż czterdziestu wiosek. Mimo to jeden drugiego zna i wie wszystko o jego losie. Nie trzeba dodawać, że wszyscy są spokrewnieni albo skoligaceni".
W górskich samotniach Małych Karpat rodziły się i dorastały dzieci. Przyszły los miały wypisany jak na dłoni już dzięki swemu miejscu urodzenia, ale zdobycie podstawowego wykształcenia było konieczne. Do czasu wprowadzenia ośmioletniego obowiązku szkolnego w 1922 roku huncokarskie dzieci uczył tak zwany wędrowny nauczyciel. Nie był to żaden włóczęga, tylko przeszkolony huncokar, który w odpowiednim miejscu prowadził nauczanie dzieci z okolicznych samotni. Wspomniany Beranek też pisze o takim przypadku: "Przed kilku laty Nová Bohatá zorganizowała prywatne lekcje języka niemieckiego dla dzieci ze Starej i Novej Bohatej, z Nových Domów, z Pariny, Saskovej i z Polámanego. Naukę prowadził syn drwala, który dzięki grafini Pálffy wyuczył się na nauczyciela". Na późniejszym etapie dzieci musiały już schodzić na dół do wiosek, gdzie uczyły się w szkołach słowackich. Żeby mogły zdążyć na lekcje, musiały wcześnie rano godzinę albo i więcej schodzić do wioski, a po południu znów wspinać się do siebie na górę. W szkołach poznały jednak język słowacki, dzięki czemu przełamana została bariera między ludźmi z gór i z podgórskich wiosek. Konsekwencją tego były więc różne mieszane małżeństwa, a także opanowanie innych rzemiosł, nieprzydatnych w górskich samotniach.
Tak zwana niemiecka szkoła dla dzieci huncokarów powstała w Piesku nad Modrą i przez pewien czas uczyli w niej między innymi pisarze Fraňo Kráľ[5] i Ferdinand Dúbravský[6].
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.