Małe, duże - John Crowley

Kup ebooka

45.00 zł
37.29 zł (37,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Męż­czyźni to męż­czy­zni, ale Czło­wiek jest kobietą.

Che­ster­ton

Pew­nego dnia w czerwcu tysiąc dzie­więć­set któ­re­goś roku młody męż­czy­zna szedł pie­chotą na pół­noc od wiel­kiego City do mia­sta albo miej­sca zwa­nego Edge­wood, o któ­rym sły­szał, ale gdzie jesz­cze ni­gdy nie był. Nazy­wał się Smoky Bar­na­ble i szedł do Edge­wood, żeby się oże­nić. Fakt, że szedł na pie­chotę, a nie jechał, sta­no­wił jeden z warun­ków, aby w ogóle mógł się tam poja­wić.

Skądś do Dokądś Indziej

Cho­ciaż wyszedł ze swo­jego pokoju w City wcze­snym ran­kiem, docho­dziło już pra­wie połu­dnie, kiedy nie­mal pustym chod­ni­kiem prze­kro­czył ogromny most i ruszył ku miej­sco­wo­ściom na pół­noc­nym brzegu rzeki, z któ­rych wszyst­kie miały jakieś swoje nazwy, ale nie miały gra­nic. Całe popołu­dnie prze­dzie­rał się przez te indiań­sko brzmiące mia­sta, zazwy­czaj nie mogąc iść pro­stą trasą, bo wzdłuż tej nie­ustan­nie pły­nął ruch samo­cho­dów, z któ­rym nie było dys­ku­sji. Smoky Bar­na­ble mijał dziel­nicę za dziel­nicą, miej­sco­wość za miej­sco­wo­ścią, zaglą­da­jąc w uliczki i zer­ka­jąc do skle­pów. Widział nie­wielu pie­szych, nawet wśród rdzen­nych miesz­kań­ców, sporo dzie­cia­ków jeź­dziło za to na rowe­rach. Zasta­na­wiał się, jak im się żyje w takich miej­scach na pery­fe­riach, które jemu wydały się ponure, cho­ciaż mło­dzież była tu raczej uśmiech­nięta.

Regu­larna siatka alei ze skle­pami i ulic miesz­kal­nych zaczęła stop­niowo tra­cić rytm i prze­rze­dzała się jak skraj wiel­kiego lasu. Niczym leśne prze­sieki zaczęły ją prze­ci­nać zaro­śnięte działki. Od czasu do czasu przy­ku­rzony kar­ło­waty lasek albo zanie­dbana łąka ogła­szały, że można je prze­kształ­cić w zagłę­bie biu­row­ców, w park prze­my­słowy. Smoky przy­glą­dał się w myślach temu okre­śle­niu, bo wyda­wało się, że wła­śnie w takim miej­scu się znaj­do­wał, w parku prze­my­słowym, mię­dzy miej­ską pusty­nią a upraw­nymi polami.

Zatrzy­mał się przy ławce, w miej­scu, z któ­rego można było zła­pać auto­busy jadące Skądś do Dokądś Indziej. Usiadł, zdjął z ramion ple­ca­czek, wyjął z niego kanapkę, którą sam sobie zro­bił - kolejny waru­nek - i kupioną na sta­cji ben­zy­no­wej mapę dróg w kolo­rach kon­fetti. Nie był pewny, czy mapa jest dozwo­lona, ale prze­ka­zane mu wska­zówki, jak dostać się do Edge­wood, były mocno nie­pre­cy­zyjne, więc ją roz­ło­żył.

Dobrze. Ta nie­bie­ska linia była naj­wy­raź­niej popę­kaną asfal­tową drogą, która bie­gła wzdłuż opusz­czo­nych fabryk z czer­wo­nej cegły. Wła­śnie tą drogą szedł. Odwró­cił mapę tak, żeby nie­bie­ska linia bie­gła rów­no­le­gle do jego ławki, tak jak i droga (czy­ta­nie map nie było jego mocną stroną), i daleko po lewej stro­nie zna­lazł miej­sce, do któ­rego chciał dojść. Wła­ści­wie nazwa Edge­wood nie figu­ro­wała na mapie, ale to było gdzieś tutaj, w gru­pie pię­ciu miej­sco­wo­ści opi­sa­nych w legen­dzie znacz­kami naj­mniej waż­nej kate­go­rii. Czyli tak. W tamtą oko­licę docho­dziła też gruba podwójna czer­wona linia, dumna ze swo­ich zjaz­dów i wjaz­dów. Nie mógł nią pójść. Gruba nie­bie­ska linia (na tym modelu układu krwio­no­śnego Smoky wyobra­żał sobie, że nie­bie­skimi liniami cały ruch pły­nie na połu­dnie, do mia­sta, a w drugą stronę czer­wo­nymi) prze­bie­gała tro­chę bli­żej grupy pię­ciu miej­sco­wo­ści, umoż­li­wia­jąc krwin­kom dostęp do miast i mia­ste­czek wzdłuż trasy. Dużo cień­sza, przy­tkana miaż­dżycą nie­bie­ska linia, przy któ­rej sie­dział, docho­dziła do tej grub­szej. Praw­do­po­dob­nie tam prze­niósł się han­del, Zagłę­bie Narzę­dzi, Mia­sto Żyw­no­ści, Świat Mebli, Kra­ina Dywa­nów. Cóż... Ale była tam też pra­wie nie­do­strze­galna cienka czarna linia, którą mógł pójść. Począt­kowo myślał, że czarna linia pro­wa­dzi doni­kąd, ale nie, bie­gła naprzód, choć z pew­nym waha­niem. Naj­pierw wyda­wało się, że kar­to­graf zapo­mniał o niej wśród zwo­jów ner­wo­wych, ale potem linia pro­wa­dziła coraz wyraź­niej w roz­cią­ga­ją­cej się na pół­noc pustce, aż w końcu zaha­czała bar­dzo bli­sko o mia­sto, które według Smoky'ego leżało obok Edge­wood.

Czyli tędy. Droga wyda­wała się odpo­wied­nia dla pie­szych.

Zmie­rzył kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym odle­głość już prze­bytą i tę jesz­cze przed nim (dużo więk­szą), zarzu­cił ple­cak na ramię, nasu­nął głę­biej czapkę, żeby nie raziło go słońce, i ruszył dalej.

Szklanka chłod­nej wody w upalny dzień

Nie myślał o niej zbyt dużo, kiedy szedł, choć z pew­no­ścią cały czas była gdzieś w jego myślach przez ostat­nie nie­mal dwa lata, odkąd się w niej zako­chał. Do tam­tego pokoju, w któ­rym ją poznał, czę­sto w wyobraźni zaglą­dał, cza­sem z lękiem i drże­niem serca, które czuł wtedy, ostat­nio jed­nak czę­sto z poczu­ciem wdzięcz­no­ści i szczę­ścia. Tam­tego dnia zaj­rzał tam i zoba­czył, że Geo­rge Mouse poka­zuje mu z daleka szkla­neczkę, fajkę i dwie wyso­kie kuzynki: ją i jej nie­śmiałą sio­strę scho­waną za jej ple­cami.

To było w kamie­nicy Mouse'ów, w ostat­niej kamie­nicy czyn­szo­wej jesz­cze wynaj­mo­wa­nej loka­to­rom w tam­tej oko­licy, w biblio­tece na dru­gim pię­trze, gdzie szyby w sty­lo­wych oknach były sztu­ko­wane tek­turą, a ciemny wytarty dywan świe­cił bia­łymi nit­kami w przej­ściu od drzwi do barku i do okien. To się stało wła­śnie tam.

Była wysoka.

Miała pra­wie sześć stóp wzro­stu, czyli o kilka cali wię­cej niż on. Jej sio­stra wła­śnie skoń­czyła czter­na­ście lat i wzro­stem dorów­ny­wała Smoky'emu. Obie miały na sobie krót­kie, błysz­czące kok­taj­lowe sukienki, jej mie­niła się czer­wono, a jej sio­stry biało. Na ich nogach poły­ski­wały dłu­gie, dłu­gie poń­czo­chy. Co dziwne, mimo swo­jego wzro­stu obie dziew­czyny były nie­śmiałe, szcze­gól­nie młod­sza, która uśmiech­nęła się, ale nie chciała uści­snąć Smoky'emu dłoni i tylko scho­wała się głę­biej za plecy sio­stry.

Pło­chliwe wiel­ko­ludy. Star­sza spo­glą­dała na Geo­rge'a, który ich sobie przed­sta­wiał. Uśmie­chała się nie­pew­nie. Miała rudo­złote włosy, drobne sprę­żynki. Na imię miała, jak oznaj­mił Geo­rge, Daily Alice.

Ujął jej dłoń, pod­no­sząc wzrok na jej twarz.

- Jak szklanka chłod­nej wody w upalny dzień - powie­dział, a ona wybuch­nęła śmie­chem.

Jej sio­stra też się zaśmiała, a Geo­rge Mouse zgiął się w pół i kle­pał po kola­nie. Smoky, który nie wie­dział, dla­czego ten suchar oka­zał się taki śmieszny, patrzył roz­anie­lony to na jedno, to na dru­gie z idio­tycz­nym uśmie­chem, a ona na­dal trzy­mała jego dłoń.

To była naj­szczę­śliw­sza chwila w jego życiu.

Nie­wy­ra­zi­stość

Zanim poznał Daily Alice Drin­kwa­ter1 w biblio­tece w kamie­nicy Mouse'ów, nie zaznał w życiu zbyt wiele szczę­ścia. Ale tak się aku­rat zło­żyło, że było w tym życiu miej­sce na sta­ra­nia o czy­jąś rękę. Był jedy­nym dziec­kiem z dru­giego mał­żeń­stwa swo­jego ojca i kiedy się uro­dził, ojciec dobie­gał sześć­dzie­siątki. Gdy jego matka zdała sobie sprawę, że solidna for­tuna Bar­na­ble'ów w dużej mie­rze roze­szła się pod rzą­dami męża, zaczęła żało­wać, że w ogóle za niego wyszła, nie mówiąc już o uro­dze­niu mu dziecka, zosta­wiła więc ojca Smoky'ego w przy­pły­wie roz­go­ry­cze­nia. Dla Smoky'ego była to zła wia­do­mość, bo z całej rodziny matka była naj­mniej nie­wy­ra­zi­sta. W zasa­dzie była jedyną osobą z nim spo­krew­nioną, któ­rej twarz mógł na sta­rość natych­miast przy­wo­łać w wyobraźni, cho­ciaż kiedy ode­szła, był jesz­cze chłop­cem. Sam Smoky w dużej mie­rze rów­nież odzie­dzi­czył nie­wy­ra­zi­stość Bar­na­ble'ów i tylko nie­wielki rys kon­kret­no­ści po matce: ci, któ­rzy Smoky'ego znali, widzieli go jako smugę obec­no­ści oto­czoną mroczną poświatą jej braku.

Rodzinę mieli liczną. Jego ojciec spło­dził z pierw­szą żoną pię­cioro synów i córek. Wszy­scy miesz­kali na pozba­wio­nych wyrazu przed­mie­ściach miast w sta­nach, któ­rych nazwy zaczy­nają się od "I", i które dla zna­jo­mych Smoky'ego z City były nie­roz­róż­nialne. Smoky'emu też się cza­sem myliły. Ponie­waż według jego dzieci ojciec miał masę pie­nię­dzy i nie było jasne, co zamie­rza z nimi zro­bić, zawsze był mile widziany w ich domach. Dla­tego po odej­ściu żony posta­no­wił sprze­dać dom, w któ­rym uro­dził się Smoky, i jeź­dzić od jed­nego potomka do dru­giego ze swoim małym syn­kiem, z kolej­nymi pozba­wio­nymi wyrazu psami i z sied­mioma wyko­na­nymi na zamó­wie­nie skrzy­niami, w któ­rych mie­ściła się jego biblio­teka. Bar­na­ble był czło­wie­kiem wykształ­co­nym, cho­ciaż edu­ka­cja nie poma­gała mu w pro­wa­dze­niu roz­mów; spra­wiała, że był sztywny i nie­do­stępny, a poza tym w naj­mniej­szym stop­niu nie niwe­lo­wała jego natu­ral­nego braku wyrazu. Jego star­szych synów i córki kufry ojca zawsze wpra­wiały w pewne zakło­po­ta­nie, jak wtedy, gdy przez przy­pa­dek mie­szali w pra­niu skar­petki taty z wła­snymi.

(W póź­niej­szych latach Smoky nabrał nawyku porząd­ko­wa­nia przy­rod­niego rodzeń­stwa wraz z jego domami i przy­pi­sy­wa­nia ich do odpo­wied­nich miast oraz sta­nów, kiedy sie­dział w toa­le­cie. Może dla­tego, że to wła­śnie w ich toa­le­tach czuł się wcze­śniej naj­bar­dziej nie­wy­ra­zi­sty, tak nie­wy­ra­zi­sty, że aż nie­wi­dzialny. W każ­dym razie spę­dzał potem na sede­sie dużo czasu, tasu­jąc swo­ich braci, sio­stry i ich dzieci jak talię kart. Usi­ło­wał połą­czyć twarz z odpo­wied­nim gan­kiem, a ganek z traw­ni­kiem przed domem, aż w końcu, w póź­niej­szych latach życia, mógł już całą ich talię roz­da­wać. Miał przy tym taką samą ponurą satys­fak­cję jak przy roz­wią­zy­wa­niu krzy­żó­wek, a przy tym podobną wąt­pli­wość - a co, jeśli słowa, które odgadł, krzy­żują się popraw­nie, ale to nie te słowa autor miał na myśli? Tym­cza­sem w kolej­nym tygo­dniu gazeta z roz­wią­za­niem krzy­żówki prze­cież nie nad­cho­dziła).

Z powodu odej­ścia żony Bar­na­ble nie pogrą­żył się w smutku, ale stał się jesz­cze bar­dziej bez wyrazu. Kiedy wta­piał się w życie swo­ich star­szych dzieci, a potem z niego wypa­ro­wy­wał, wyda­wało się im, że ojciec ist­nieje w coraz mniej­szym stop­niu. Tylko Smoky'emu prze­ka­zał w darze jedyne, co miał kon­kret­nego: wykształ­ce­nie. Ponie­waż we dwóch bar­dzo czę­sto się prze­pro­wa­dzali, Smoky nie pobie­rał ni­gdzie zwy­kłej edu­ka­cji. A kiedy w końcu wła­dze któ­re­goś ze sta­nów na "I" odkryły, co ojciec wyczy­niał ze Smo­kym przez te wszyst­kie lata, chło­pak był już za duży, żeby go posłać do szkoły. I tak, w wieku lat szes­na­stu, Smoky znał łacinę - kla­syczną i śre­dnio­wieczną; grekę; nieco sta­ro­mod­nej mate­ma­tyki; i grał tro­chę na skrzyp­cach. Nie znał zapa­chu zbyt wielu ksią­żek poza opraw­nymi w skórę kla­sycz­nymi tomami ojca; potra­fił mniej wię­cej dokład­nie wyre­cy­to­wać dwie­ście wer­sów Wir­gi­liu­sza; i do per­fek­cji opa­no­wał kali­gra­fię.

Tam­tego roku ojciec umarł. Wyda­wało się, że przed śmier­cią skur­czył się i pomarsz­czył, prze­ka­zu­jąc synowi wszystko, co było w nim gęste i zawie­si­ste. Smoky przez kilka lat pod­trzy­my­wał ich oby­czaj podró­żo­wa­nia. Miał kło­pot ze zna­le­zie­niem pracy, bo nie miał żad­nego Dyplomu. W końcu nauczył się pisa­nia na maszy­nie w kiep­skiej szkole biz­nesu - póź­niej przy­pusz­czał, że to musiało być w South Bend - i został Urzęd­ni­kiem. Miesz­kał w nazy­wa­ją­cych się tak samo trzech pod­miej­skich dziel­ni­cach trzech róż­nych miast. W każ­dym z nich rodzina nazy­wała go ina­czej - jego wła­snym imie­niem, nazwi­skiem ojca i "Smoky". To ostat­nie tak paso­wało do jego ulot­no­ści, że je sobie zatrzy­mał. Kiedy skoń­czył dwa­dzie­ścia jeden lat, nie­znana zapo­bie­gaw­czość ojca rzu­ciła mu jakieś spóź­nione pie­nią­dze. Smoky wsiadł w auto­kar do City, natych­miast wyma­zu­jąc z pamięci wszyst­kie mia­sta swo­ich krew­nych, a także ich samych, po latach musiał więc ich odtwa­rzać, twarz po twa­rzy, traw­nik po traw­niku. A kiedy już dotarł do City, roz­to­pił się w nim cał­ko­wi­cie i z wdzięcz­no­ścią, jak kro­pla desz­czu, która spada do morza.

Nazwi­sko i numer

Wynaj­mo­wał pokój w budynku będą­cym daw­niej ple­ba­nią bar­dzo sta­rego kościoła, który stał na jej tyłach, otwarty dla wyznaw­ców i wan­dali. Z okna Smoky widział przy­ko­ścielny cmen­ta­rzyk, gdzie ludzie o holen­der­skich nazwi­skach wycią­gali się wygod­nie w swo­ich sta­rych łóż­kach. Rano znie­nacka budził go ruch samo­cho­dów - ni­gdy nie nauczył się prze­sy­piać tego momentu, jak wcze­śniej łoskotu pocią­gów jadą­cych na Środ­kowy Zachód - wsta­wał więc i szedł do pracy.

Pra­co­wał w sze­ro­kim, bia­łym pomiesz­cze­niu, w któ­rym tych nie­wiele dźwię­ków, jakie two­rzył razem z innymi, wzno­siło się do sufitu i opa­dało w dziw­nie zmie­nio­nej for­mie. Kiedy ktoś kasłał, miało się wra­że­nie, że kaszle sam sufit, prze­pra­sza­jąco, z zasło­nię­tymi ustami. Przez cały dzień Smoky prze­su­wał szkło powięk­sza­jące nad kolej­nymi kolum­nami drob­nego druku, uważ­nie czy­ta­jąc każde nazwi­sko oraz towa­rzy­szący mu adres i numer tele­fonu, i sta­wiał czer­wone sym­bole obok tych, które nie zga­dzały się z nazwi­skami, adre­sami i nume­rami tele­fo­nów wydru­ko­wa­nymi na kar­cie, któ­rych stosy co dzień przed nim sta­wiano.

Z początku odczy­ty­wane nazwi­ska nic dla niego nie zna­czyły, były rów­nie głę­boko ano­ni­mowe jak przy­pi­sane do nich numery tele­fo­nów. Jedyne, co wyróż­niało jakieś nazwi­sko, to przy­pad­kowe, a jed­nak bez­dy­sku­syjne miej­sce w porządku alfa­be­tycz­nym oraz wszel­kie idio­tyczne błędy, jakie mógł mu wymy­ślić kom­pu­ter - Smoky'emu pła­cono wła­śnie za ich wykry­wa­nie. (Fakt, że kom­pu­ter potra­fił popeł­niać tak nie­wiele błę­dów, robił na Smo­kym mniej­sze wra­że­nie niż dziwna tępota maszyny. Kom­pu­ter nie umiał na przy­kład odróż­nić, kiedy skrót "St." ozna­czał "ulica", a kiedy "święty" i przy roz­wi­ja­niu tych skró­tów bez cie­nia uśmie­chu pro­du­ko­wał grill-bar Siódmy Święty oraz Kościół Wszyst­kich Ulic). W miarę jed­nak, jak ula­ty­wały kolejne tygo­dnie, a Smoky wypeł­niał jałowe wie­czory bez­ce­lo­wym cho­dze­niem po City, ulica za ulicą (nie wie­dział, że więk­szość ludzi nie wycho­dzi z domów po zmroku), i w miarę jak zaczął pozna­wać dziel­nice, ich gra­nice, klasę spo­łeczną, ich bary i schodki przed domami - nagle nazwi­ska, które patrzyły na niego pod szkłem powięk­sza­ją­cym, zaczęły nabie­rać twa­rzy, wieku, zacho­wań. Ludzie, któ­rych widział w auto­bu­sach, pocią­gach i cukier­niach, ludzie, któ­rzy krzy­czeli do sie­bie przez wąskie podwórka kamie­nic, któ­rzy przy­sta­wali, żeby gapić się na wypadki samo­cho­dowe, któ­rzy kłó­cili się z kel­ne­rami i eks­pe­dient­kami, jak rów­nież sami kel­ne­rzy i eks­pe­dientki - wszy­scy zaczęli się prze­wi­jać przez leżące przed nim kartki cien­kiego papieru. Książka adre­sowa stała się wielką epo­peją o życiu w City, o miej­skim zgiełku, o tra­ge­diach i far­sach, opo­wie­ścią zmienną i pełną dra­ma­tycz­nych zwro­tów. Natra­fił na noszące stare holen­der­skie nazwi­ska, owdo­wiałe panie, które, jak wie­dział, miesz­kały w domach z wyso­kimi oknami przy sze­ro­kich ale­jach i zarzą­dzały Mająt­kami swo­ich mężów. Ich syno­wie nosili imiona Ste­ele i Eric, byli proj. wn. i miesz­kali w dziel­ni­cach arty­stycz­nej bohemy. Prze­czy­tał też w tej epo­pei o nie­zwy­kle licz­nej rodzi­nie noszą­cej prze­dziwne grecko brzmiące imiona, zamiesz­ka­łej w kilku kamie­nicach przy hała­śli­wej ulicy, którą raz prze­cho­dził. Za każ­dym razem, kiedy mijał tę rodzinę w alfa­be­cie, uby­wał jej albo przy­by­wał jakiś czło­nek - Cyga­nie, stwier­dził w końcu. Pozna­wał męż­czyzn, któ­rych żony i nasto­let­nie córki miały pry­watne tele­fony (przez które gru­chały ze swo­imi kochan­kami), a ich mężo­wie i ojco­wie w tym cza­sie pro­wa­dzili roz­mowy przez tele­fony firm finan­so­wych z ich wła­snym nazwi­skiem w nazwie. Nabrał podej­rzeń wobec męż­czyzn, któ­rzy uży­wali dru­giego imie­nia albo ini­cja­łów pierw­szego, bo odkrył, że wszy­scy są albo win­dy­ka­to­rami należ­no­ści, albo praw­ni­kami, któ­rych adr. służb. jest taki sam jak adr. zam., albo też straż­ni­kami miej­skimi, któ­rzy na boku sprze­dają uży­wane meble. Odkrył, że nie­mal każdy o nazwi­sku Sin­gle­ton i każdy o nazwi­sku Sin­gle­tary mieszka w pół­noc­nych czar­nych dziel­ni­cach, gdzie męż­czyźni noszą imiona jak nazwi­ska byłych pre­zy­den­tów, a kobiety imiona jak klej­noty, perły, rubiny i opale, z dum­nym tytu­łem Mrs. Wyobra­żał ich sobie: wiel­kich, ciem­nych, o lśnią­cej skó­rze, w małych miesz­kan­kach, z wielką liczbą czy­stych dzieci. Znał ich wszyst­kich - od dum­nego ślu­sa­rza z wie­loma Aaa w nazwie mikro­sko­pij­nego warsz­tatu, od któ­rego zaczął lek­turę, po Archi­me­desa Zzzy­an­dot­tie, figu­ru­ją­cego na samym końcu (leci­wego naukowca, który miesz­kał samot­nie i w obskur­nym miesz­ka­niu czy­ty­wał grec­kie gazety). Pod prze­su­wa­jącą się lupą maleń­kie nazwi­sko i numer wypły­wały na powierzch­nię jak szczątki roz­bi­tego statku wyrzu­cane przez fale na piach i opo­wia­dały swoją histo­rię. Smoky słu­chał, spo­glą­dał na kartę, odszu­ki­wał na niej iden­tyczne nazwi­ska i numery, po czym kartę odkła­dał, a w tym samym cza­sie jego defor­mu­jące szkło wyrzu­cało na brzeg kolejną opo­wieść. Aku­rat tego dnia korek­tor na sta­no­wi­sku obok dra­ma­tycz­nie wes­tchnął. Sufit zaka­słał. Sufit zaśmiał się gło­śno. Wszy­scy spoj­rzeli w górę.

Śmie­chem wybuch­nął młody czło­wiek, któ­rego dopiero co zatrud­niono.

- Wła­śnie odkry­łem jeden wpis - powie­dział. - Klub Strze­lecki Noisy Bridge2 - ledwo dokoń­czył, krztu­sząc się ze śmie­chu.

Smoky był zdu­miony, że nie uci­szyło go mil­cze­nie każ­dego innego korek­tora.

- Nie łapiesz? - zapy­tał Smoky'ego młody czło­wiek. - Na tym moście musi być naprawdę gło­śno.

Smoky nagle też się roze­śmiał, a śmie­chy ich obu wznio­sły się pod sufit i uści­snęły sobie dło­nie.

Nazy­wał się Geo­rge Mouse. Nosił sze­ro­kie spodnie na sze­ro­kich szel­kach, a po skoń­czo­nej pracy zarzu­cał na sie­bie wielki weł­niany płaszcz. Koł­nierz płasz­cza przy­gnia­tał jego dłu­gie czarne włosy, Geo­rge musiał więc się­gać dło­nią i wycią­gać je na wierzch jak dziew­czyna. Miał kape­lusz jak Sven­gali3 i oczy też takie jak on - z czarną obwódką, fra­pu­jące i roz­ba­wione. Nie­cały tydzień póź­niej go zwol­nili, co każda para dwu­ogni­sko­wych oku­la­rów w pokoju przy­jęła z ulgą, ale do tego czasu Geo­rge Mouse i Smoky - co chyba tylko Smoky jako jedyny na świe­cie umiał jesz­cze powie­dzieć z pełną powagą - zawarli wieczną przy­jaźń.

City Mouse

Z Geo­rge'em jako przy­ja­cie­lem Smoky zaczął się odda­wać łagod­nej roz­pu­ście, tro­chę pił, pró­bo­wał tro­chę nar­ko­ty­ków. Geo­rge zmie­nił spo­sób, w jaki Smoky się ubie­rał i w jaki mówił, na sty­lową kratkę koszul z City, oraz zapo­znał go z Dziew­czy­nami. W nie­dłu­gim cza­sie nie­wy­ra­zi­stość Smoky'ego zni­kła pod ubra­niem tak jak nie­wi­dzial­ność Nie­wi­dzial­nego Czło­wieka znika pod war­stwą ban­daży. Ludzie prze­stali wpa­dać na niego na ulicy i bez słowa "prze­pra­szam" sia­dać mu na kola­nach w auto­bu­sach - co wcze­śniej przy­pi­sy­wał swo­jemu bar­dzo mgli­stemu dla więk­szo­ści osób ist­nie­niu.

Dla rodziny Mouse'ów przy­naj­mniej ist­niał. Mouse'owie miesz­kali w ostat­niej kamie­nicy czyn­szo­wej w ciągu domów wybu­do­wa­nych przez pierw­szego City Mouse'a, które w więk­szo­ści na­dal do nich nale­żały. I bar­dziej niż za swój nowy kape­lusz i nowy spo­sób mówie­nia Smoky dzię­ko­wał Geo­rge'owi za tę rodzinę, która ist­niała bar­dzo wyraź­nie i kochała gło­śno. Przy ich kłót­niach, żar­tach, na przy­ję­ciach, przy wyj­ściach na ulicę w kap­ciach, pró­bach samo­bój­czych i gło­śnych pojed­na­niach sie­dział nie­zau­wa­żany godzi­nami. Aż nagle wujek Ray albo Franz, albo Mama patrzyli zdzi­wieni i mówili: "O, Smoky tu jest!", i się uśmie­chali.

- Macie rodzinę gdzieś za mia­stem? - zapy­tał raz Smoky Geo­rge'a, kiedy prze­cze­ki­wali śnieżną zadymkę przy kawie z brandy w sta­rym barze hote­lo­wym, ulu­bio­nym Geo­rge'a.

Ow­szem, mieli.

Od pierw­szego wej­rze­nia

- Są bar­dzo reli­gijne - zdra­dził Geo­rge, pusz­cza­jąc zna­cząco oko, kiedy pro­wa­dził go od roz­chi­cho­ta­nych dziew­czyn ku ich rodzi­com, dok­to­rowi Drin­kwa­te­rowi i jego mał­żonce, żeby przed­sta­wić im Smoky'ego.

- Nie pro­wa­dzę prak­tyki lekar­skiej - wyja­śnił Dok­tor. Miał twarz pełną zmarsz­czek, fale wło­sów na gło­wie i wyczu­wało się w nim nie­uśmiech­niętą weso­łość małego zwie­rzątka. Był niż­szy od swo­jej wyso­kiej żony, któ­rej jedwabny szal z gęstymi frędz­lami pod­ska­ki­wał ryt­micz­nie, kiedy ści­skała Smoky'emu dłoń i pro­siła, żeby mówił do niej po imie­niu, Sophie. Ona z kolei była niż­sza od swo­ich córek.

- Wszy­scy Dale'owie byli wysocy - wyja­śniła, spo­glą­da­jąc w górę i do wewnątrz, jakby widziała wszyst­kich Dale'ów gdzieś nad sobą, dla­tego uży­czyła swo­jego nazwi­ska obu wspa­nia­łym cór­kom, Alice Dale i Sophie Dale Drin­kwa­ter. Ale Mama była jedyną osobą, która tak je nazy­wała, oprócz tego, że w dzie­ciń­stwie jakieś dziecko powie­działo na Alice Dale Daily4 Alice i tak już zostało. Więc teraz była Daily Alice i zwy­kła Sophie, i nic nie można było na to pora­dzić, a każdy i tak już na pierw­szy rzut oka widział, że obie pocho­dzą z rodu Dale'ów. Wszy­scy odwró­cili się, żeby na nie spoj­rzeć.

Jaką­kol­wiek reli­gię wyzna­wały, naj­wy­raź­niej nie powstrzy­my­wała ich przed wspól­nym pale­niem fajki z Fran­zem Mouse'em, który sie­dział u ich stóp, bo we dwie zaj­mo­wały całą nie­wielką oto­manę. Ani przed sącze­niem pon­czu z rumem, któ­rym poczę­sto­wała je Mama. Ani przed śmia­niem się bar­dziej z tego, co we dwie szep­tały, zasła­nia­jąc usta dłońmi, niż z głu­pa­wych dow­ci­pów Franza. Ani przed poka­zy­wa­niem dłu­gich ud pod błysz­czą­cymi sukien­kami, kiedy zakła­dały nogę na nogę.

Smoky cały czas je obser­wo­wał. Mimo że Geo­rge Mouse nauczył go, jak być face­tem z City i nie bać się kobiet, wie­lo­let­nie nawyki trudno było poko­nać, więc przy­glą­dał się dalej. I dopiero po przy­zwo­itym odcze­ka­niu wielu para­li­żu­ją­cych, peł­nych nie­pew­no­ści minut zmu­sił się, żeby podejść do oto­many, na któ­rej sie­działy. Ponie­waż bar­dzo nie chciał być ponu­ra­kiem - "Nie bądź ponu­ra­kiem, na miłość boską", zawsze powta­rzał mu Geo­rge - usiadł przy nich na pod­ło­dze z przy­kle­jo­nym do twa­rzy uśmie­chem, w pozy­cji, która spra­wiała, że wyglą­dał dziw­nie łam­li­wie (i był dla Daily Alice widzialny, co ze zdu­mie­niem odkrył, kiedy odwró­ciła się, żeby na niego spoj­rzeć). Miał zwy­czaj krę­ce­nia szklanką trzy­maną w dwóch pal­cach, tak że kostki lodu zde­rzały się i chło­dziły drinka. Teraz też zawi­ro­wał szklanką i lód zadźwię­czał jak dzwo­nek, któ­rym ktoś domaga się uwagi. Zapa­dła cisza.

- Czę­sto tu bywasz? - zapy­tał.

- Nie - odparła spo­koj­nie. - Nie w City. Raz na jakiś czas, kiedy Tata jest tu służ­bowo albo... w innych spra­wach.

- Jest leka­rzem.

- Nie cał­kiem. Już nie. Jest pisa­rzem. - Uśmie­chała się, a Sophie obok niej znowu chi­cho­tała, Daily Alice mówiła jed­nak dalej, jakby jej celem było utrzy­ma­nie jak naj­dłu­żej kamien­nej twa­rzy. - Pisze opo­wia­da­nia o zwie­rzę­tach, dla dzieci.

- Aha.

- Jedno dzien­nie.

Smoky spoj­rzał w jej roze­śmiane piwne oczy, przej­rzy­ste i brą­zowe jak szkło butelki. Zdał sobie sprawę, że czuje się bar­dzo dziw­nie.

- To muszą być dość krót­kie opo­wia­da­nia - zauwa­żył i prze­łknął ślinę.

Co się działo? Oczy­wi­ście zako­chał się, i to od pierw­szego wej­rze­nia, ale już wcze­śniej bywał zako­chany, i zawsze od pierw­szego wej­rze­nia, a ni­gdy nie czuł się tak jak teraz, jakby coś w nim nie­po­wstrzy­ma­nie rosło.

- Pisze pod pseu­do­ni­mem Saun­ders - dodała Daily Alice.

Udał, że szuka tego nazwi­ska w pamięci, ale tak naprawdę szu­kał w sobie przy­czyny tego dziw­nego uczu­cia. Teraz czuł je rów­nież w dło­niach. Przyj­rzał im się badaw­czo. Leżały na jego odzia­nych w pepitkę kola­nach i wyglą­dały na bar­dzo cięż­kie. Z namasz­cze­niem splótł palce.

- Zadzi­wia­jące - powie­dział, a obie dziew­czyny par­sk­nęły śmie­chem.

On też się roze­śmiał, to uczu­cie spra­wiało, że chciało mu się śmiać. Na pewno nie wzięło się od jointa - kiedy palił, zawsze czuł, że jest bez­cie­le­sny i nie­wi­doczny. Teraz czuł coś dokład­nie prze­ciw­nego. Im dłu­żej na nią patrzył, tym sil­niej­sze było to uczu­cie, im dłu­żej ona patrzyła na niego, tym sil­niej czuł... co? Po pro­stu patrzyli na sie­bie w mil­cze­niu, a w gło­wie Smoky'ego zadźwię­czało, zagrzmiało zro­zu­mie­nie, zdał sobie sprawę, co się stało: nie tylko się w niej zako­chał, i to od pierw­szego wej­rze­nia, ale do tego ona od pierw­szego wej­rze­nia zako­chała się w nim. Co razem przy­nio­sło taki sku­tek, że wyle­czyło go z nie­wy­ra­zi­sto­ści. Nie scho­wało jej pod ubra­niem, jak pró­bo­wał to robić Geo­rge Mouse, ale grun­tow­nie go z niej wyle­czyło. Takie to było uczu­cie. Czuł, jakby go wymie­szała z kroch­ma­lem. Zaczął gęst­nieć.

Święty Miko­łaj w mło­do­ści

Zszedł wąskimi tyl­nymi scho­dami do jedy­nej dzia­ła­ją­cej ubi­ka­cji w całym domu i stał w tym wykła­da­nym kamie­niem pomiesz­cze­niu, patrząc w sze­ro­kie, upstrzone czar­nymi plam­kami lustro.

Cóż, kto by pomy­ślał? Z lustra patrzyła na niego twarz, niby zna­joma, ale jed­nak jakby widziana po raz pierw­szy. Okrą­gła, szczera twarz. Twarz, która wyglą­dała jak u Świę­tego Miko­łaja w mło­do­ści, z foto­gra­fii we wcze­snym okre­sie życia: nieco poważna, z ciem­nym wąsem, zaokrą­glo­nym nosem i kurzymi łap­kami w kąci­kach oczu, choć nie miał jesz­cze dwu­dzie­stu trzech lat. Ogól­nie rzecz bio­rąc, była to wesoła twarz z jakąś pustką w spoj­rze­niu, z czymś nie­zde­cy­do­wa­nym i bla­dym, z nie­obec­no­ścią, któ­rej, jak sądził, ni­gdy nie da się zapeł­nić. Ale twarz i tak wystar­czała. Wła­ści­wie była wręcz jakimś cudem. Kiw­nął głową, uśmiech­nął się do swo­jego nowego zna­jo­mego, a kiedy wycho­dził, posłał mu jesz­cze jedno spoj­rze­nie przez ramię.

Gdy wra­cał na górę tyl­nymi scho­dami, spo­tkał Daily Alice, która scho­dziła w dół. Wpadł na nią nagle, na pół­pię­trze. Teraz nie uśmie­chał się już idio­tycz­nie. Ona już nie chi­cho­tała. Zwol­nili, gdy się do sie­bie zbli­żali. A kiedy prze­ci­snęła się obok, nie poszła dalej w dół, tylko odwró­ciła się i spoj­rzała na niego. Smoky stał o sto­pień wyżej, ich głowy znaj­do­wały się więc wobec sie­bie w pozy­cji wyma­ga­nej przez fil­mowe poca­łunki. Z łomo­czą­cym ze stra­chu i sza­le­ją­cym w eufo­rii ser­cem, z poczu­ciem abso­lut­nej pew­no­ści, poca­ło­wał ją. Odpo­wie­działa poca­łunkiem, jakby miała tę samą pew­ność. Gdy Smoky czuł jej włosy, wargi i ramiona, któ­rymi go mocno obej­mo­wała, w swoim małym skła­dziku mądro­ści scho­wał nie­zwy­kle cenny skarb.

Wtedy dobiegł ich z góry jakiś odgłos i spło­szył ich. Na stop­niach wyżej stała Sophie, miała zdu­mione oczy, przy­gry­zała wargę.

- Muszę siu­siu - wyja­śniła i lek­kim, tanecz­nym kro­kiem wymi­nęła ich na scho­dach.

- Nie­długo pew­nie wra­casz do domu - ode­zwał się Smoky.

- Dziś wie­czo­rem.

- Kiedy przy­je­dziesz znowu?

- Nie wiem.

Przy­tu­lił ją jesz­cze raz, ten drugi uścisk był spo­kojny i pewny.

- Bałam się - powie­działa.

- Wiem - odparł, nie posia­da­jąc się ze szczę­ścia. Ależ była wysoka. Jak miał sobie z nią radzić bez schodka?

Wyspa na morzu

Ponie­waż Smoky dora­stał w nie­wy­ra­zi­sto­ści, zawsze myślał, że kobiety wybie­rają albo odrzu­cają męż­czyzn według kom­plet­nie nie­zna­nych mu kry­te­riów, kie­ru­jąc się kapry­sem jak monar­cho­wie albo wła­snym gustem jak kry­tycy. Zawsze zakła­dał, że kiedy kobieta doko­nuje wyboru - jego czy innego męż­czyzny - jest to wybór prze­są­dzony, nie­uchronny i natych­mia­stowy. Cze­kał więc w usłuż­nej goto­wo­ści jak dwo­rza­nin, cze­kał, aż go dostrzegą. Oka­zuje się, pomy­ślał, kiedy póź­nym wie­czo­rem tam­tego dnia stał na schod­kach przed kamie­nicą Mouse'ów, oka­zuje się, że to wcale nie tak. Kobietę - w każ­dym razie ją - zale­wają takie same fale uczuć i wąt­pli­wo­ści, ona też jest nie­śmiała i też ogar­nia ją pożą­da­nie, i tak samo waliło jej serce, zanim się obję­li­śmy, wiem, że tak.

Stał długo na schod­kach, obra­ca­jąc w myślach ten klej­not wie­dzy i wdy­cha­jąc wiatr, który zmie­nił kie­ru­nek, jak to się z rzadka zda­rza w City, i teraz wiał znad oce­anu. Smoky czuł zapach przy­pływu, plaży i wyrzu­ca­nych na brzeg glo­nów, słony, kwa­śny i słodko-gorzki. I uświa­do­mił sobie, że wiel­kie City było prze­cież wyspą na morzu, i do tego małą.

Wyspa na morzu. Można przez całe lata nie pamię­tać o tak pod­sta­wo­wym fak­cie, kiedy się tu mieszka. A jed­nak to fakt, zdu­mie­wa­jący, ale praw­dziwy. Zszedł ze schod­ków na ulicę, z pier­sią twardą i zwartą jak u posągu, a jego kroki dud­niły na chod­niku.

Kore­spon­den­cja

Jej adres brzmiał: "Edge­wood, to wszystko" - tak powie­dział Geo­rge - a tele­fonu nie mieli. Smoky'emu nie pozo­stało zatem nic innego, jak zasiąść do upra­wia­nia miło­ści listow­nej, co czy­nił ze skru­pu­lat­no­ścią, jakiej się już nie spo­tyka. Jego grube listy szły pocztą tam, do Edge­wood, a on cze­kał na odpo­wiedź, aż w końcu, kiedy już nie mógł cze­kać dłu­żej, pisał kolejny, więc ich listy mijały się w dro­dze jak listy wszyst­kich praw­dzi­wych kochan­ków. Ona zatrzy­my­wała każdy z nich i zwią­zy­wała je lawen­dową wstążką, a lata póź­niej jej wnuki zna­la­zły ten pakie­cik i czy­tały o trud­nej do uwie­rze­nia namięt­no­ści dwojga sta­rusz­ków.

"Odkry­łem taki park" - kre­ślił czarne litery szpi­cza­stym cha­rak­te­rem pisma, jakby pisał goblin - "gdzie na fila­rze przy wej­ściu wisi tabliczka z napi­sem "Mouse Drin­kwa­ter Stone 1900". Czy to wy? W tym parku jest mały pawi­lon Czte­rech Pór Roku i parę pomni­ków, a wszyst­kie alejki bie­gną po łuku tak, że nie można dojść pro­sto do środka. Czło­wiek idzie i idzie, i oka­zuje się, że już wyszedł z parku. Lato spra­wia tam wra­że­nie sędzi­wego (w mie­ście się tego nie zauważa, chyba że wła­śnie w par­kach), jest wąsate i pokryte kurzem, a sam park jest maleńki. Ale to wszystko przy­po­mina mi cie­bie", jakby wszystko inne mu nie przy­po­minało. "Zna­la­złam stos sta­rych gazet" - mówił jej list, który minął się z jego kopertą (pew­nego mgli­stego poranka kie­rowcy obu fur­go­ne­tek poma­chali do sie­bie z wyso­kich nie­bie­skich szo­fe­rek przy bram­kach auto­strady). "W jed­nej z nich był komiks o chłopcu, który śni sen. Cały komiks jest o tym śnie, o jego Kra­inie Snów. Kra­ina Snów jest piękna; pałace i parady albo kur­czą się i zni­kają w dali, albo rosną coraz więk­sze, ogromne, albo też, kiedy przyj­rzeć im się bli­żej, oka­zują się czymś innym, wiesz, jak w praw­dzi­wym śnie, tylko zawsze są piękne. Moja ciotka Cloud mówi, że zacho­wała te komiksy, bo ich autor nazy­wał się Stone i był archi­tek­tem w City, pra­co­wał z moim i Geo­rge'a pra­dziad­kiem! Two­rzyli pro­jekty w latach "beaux-arts". Kra­ina Snów jest bar­dzo "beaux-arts". Stone był pija­kiem - tak o nim mówi cio­cia Cloud. Chło­piec w snach zawsze wydaje się senny i jed­no­cze­śnie zdzi­wiony. Przy­po­mina mi cie­bie".

Po tych nie­śmia­łych począt­kach ich listy stały się w końcu tak bez­po­śred­nie, że kiedy osta­tecz­nie spo­tkali się znowu, w barze w sta­rym hotelu (a za oknem w oło­wianą kratkę padał śnieg), oboje zasta­na­wiali się, czy nie zaszła jakaś pomyłka, czy Jakimś Spo­so­bem nie wysy­łali cza­sem tych wszyst­kich listów do nie­wła­ści­wej osoby, do tego roz­ko­ja­rzo­nego i zde­ner­wo­wa­nego kogoś. To wra­że­nie bły­ska­wicz­nie minęło, ale przez jakiś czas mówili na zmianę, a ten, kto aku­rat miał głos, mówił długo, bo tylko taki spo­sób wza­jem­nej komu­ni­ka­cji znali. Kiedy pró­szący śnieg prze­szedł w zamieć, a ich kawy z brandy wysty­gły, któ­reś jej zda­nie padło zaraz po jego zda­niu, a jego zda­nie po jej, i z zachwy­tem, jakby wła­śnie oni pierwsi odkryli tę sztukę, zaczęli roz­ma­wiać.

- A czy... czy nie nudzisz się tam, cały czas tak zupeł­nie sama? - zapy­tał Smoky, kiedy ćwi­czyli roz­mowę już przez jakąś chwilę.

- Czy się nudzę? - Była zasko­czona. Wyda­wało się, że wcze­śniej w ogóle taka moż­li­wość nie przy­szła jej do głowy. - Nie. I nie jeste­śmy sami.

- To zna­czy... Nie cho­dziło mi... A co to za ludzie?

- Jacy ludzie?

- Ci ludzie... z któ­rymi nie jeste­ście sami.

- Kie­dyś było sporo far­me­rów. Począt­kowo imi­gran­tów ze Szko­cji. Mac­Do­nald. Mac­Gre­gor, Brown. Teraz nie ma aż tylu farm. Ale kilka zostało. Mnó­stwo tam­tej­szych ludzi to teraz nasi krewni, tak jakby. Wiesz, jak to jest.

Tak naprawdę nie wie­dział. Zapa­dła cisza... i roz­wiała się, kiedy oboje zaczęli mówić na raz... i zapa­dła znowu. Smoky zapy­tał:

- Macie duży dom?

Uśmiech­nęła się.

- Ogromny. - Jej piwne oczy błysz­czały szkli­ście w świe­tle lampy. - Spodoba ci się. Wszyst­kim się podoba. Nawet Geo­rge'owi, cho­ciaż mówi, że nie.

- Dla­czego?

- Bo zawsze się w nim gubi.

Smoky uśmiech­nął się na myśl o Geo­rge'u, tro­pi­cielu i zwia­dowcy, o Geo­rge'u, który nocą prze­ciera szlaki mocno podej­rza­nymi uli­cami i który gubi się w zwy­kłym domu. Usi­ło­wał przy­po­mnieć sobie, czy w któ­rymś liście zażar­to­wał o myszach z mia­sta i myszach polnych. Wtedy ona zapy­tała:

- Mogę ci coś powie­dzieć?

- Jasne. - Serce zabiło mu szybko, bez żad­nego wyraź­nego powodu.

- Zna­łam cię już, kiedy się spo­tka­li­śmy pierw­szy raz.

- Jak to?

- To zna­czy roz­po­zna­łam cię. - Opu­ściła gęste rudo­złote rzęsy, potem rzu­ciła mu szyb­kie spoj­rze­nie, a póź­niej rozej­rzała się po ospa­łym barze, jakby ktoś mógł ją pod­słu­chać. - Ktoś mi o tobie opo­wia­dał.

- Geo­rge.

- Nie, nie. Dawno temu. Kiedy byłam mała.

- O mnie?

- To zna­czy, nie do końca o tobie. A wła­ści­wie tak, o tobie, ale nie mogłam tego wie­dzieć, zanim cię nie pozna­łam. - Objęła dłońmi leżące na obru­sie w kratkę łok­cie i nachy­liła się. - Mia­łam wtedy dzie­więć lat. Albo dzie­sięć. Przez wiele dni padał deszcz. A potem któ­re­goś dnia rano, kiedy wypro­wa­dzi­łam Sparka na spa­cer po Parku...

- Kogo?

- Spark był naszym psem. A Park jest, wiesz, tere­nem wokół domu. Wiał lekki wiatr i zapo­wia­dało się, że prze­sta­nie padać. Wszy­scy byli­śmy prze­mo­czeni. Spoj­rza­łam na zachód, a na nie­bie była tęcza. Pamię­tam, że Mama powie­działa: "Tęcza na zacho­dzie sprzyja pięk­nej pogo­dzie".

Wyobra­ził ją sobie bar­dzo wyraź­nie, w żół­tym nie­prze­ma­kal­nym płasz­czu i wyso­kich kalo­szach, z wło­sami jesz­cze deli­kat­niej­szymi i bar­dziej skrę­co­nymi niż teraz. I zasta­na­wiał się, skąd wie­działa, gdzie jest zachód, bo on na­dal cza­sem miał z tym pro­blem.

- To była tęcza, ale taka świe­tli­sta, i wyglą­dała, jakby doty­kała ziemi... wiesz, gdzieś nie­da­leko, tuż-tuż. Widzia­łam, jak trawa mieni się każ­dym jej kolo­rem. Niebo nabrało takiej głębi, wiesz, jak wtedy, kiedy się w końcu prze­ciera po wielu dniach desz­czu, i wyda­wało się, że wszystko jest tak bli­sko. Miej­sce, gdzie tęcza doty­kała ziemi, też było bli­sko. I strasz­nie chcia­łam pójść, sta­nąć w tym miej­scu... i patrzeć w górę... i żebym miała na sobie wszyst­kie kolory tęczy.

Smoky roze­śmiał się.

- To trudne - powie­dział.

Ona też się zaśmiała, pochy­la­jąc głowę i zasła­nia­jąc usta wierz­chem dłoni w spo­sób, który wydał mu się roz­czu­la­jąco zna­jomy.

- Oj tak - potwier­dziła. - Zajęło to wieki.

- Chcesz powie­dzieć, że...

- Za każ­dym razem, kiedy wyda­wało się, że już jestem bli­sko, tęcza oka­zy­wała się tak samo daleko jak wcze­śniej, gdzieś w innym miej­scu. A kiedy tam docie­ra­łam, tęcza była z powro­tem tam, skąd przy­szłam, a mnie już gar­dło paliło od tego bie­ga­nia, choć nie pode­szłam ani tro­chę bli­żej. Ale wiesz, co się wtedy robi...?

- Odcho­dzi się w drugą stronę - odparł, zasko­czony wła­snym gło­sem, ale jakoś pewny, że to wła­ściwa odpo­wiedź.

- No wła­śnie. To nie takie pro­ste, jak się wydaje, ale...

- Domy­ślam się. - Prze­stał się śmiać.

- Ale jeśli się wszystko zrobi jak trzeba...

- Zaraz, chwi­leczkę - prze­rwał jej.

- ...wszystko jak trzeba...

- Prze­cież tęcze tak naprawdę nie doty­kają ziemi - powie­dział. - Nie doty­kają, to złu­dze­nie.

- Tutaj nie doty­kają - potwier­dziła. - Ale słu­chaj dalej. Poszłam za Spar­kiem. Zda­łam się na niego, bo jemu było wszystko jedno, a mnie nie. Zro­bi­łam dosłow­nie jeden krok, obró­ci­łam się i zgad­nij, co się stało.

- Nie mam poję­cia. Byłaś cała w kolo­rach tęczy.

- Nie. To nie tak. Patrząc na tęczę z zewnątrz, widzi się kolory w jej środku. A to zna­czy, że z wnę­trza tęczy...

- Widzi się kolory na zewnątrz.

- Tak. Cały świat jest kolo­rowy, jakby był z lan­dry­nek - nie, jakby był cały z tęczy. Cały świat w kolo­rach deli­kat­nych jak świa­tło, wszę­dzie wokół, gdzie­kol­wiek spoj­rzeć. Chce się bie­gać i oglą­dać. Ale bałam się zro­bić kroku, bo mogłam wszystko zepsuć, więc tylko patrzy­łam i patrzy­łam. I myśla­łam: "No, wresz­cie tra­fi­łam". - Zamy­śliła się. - Wresz­cie - powtó­rzyła cicho.

- Ale jak...? - Urwał, prze­łknął ślinę i zaczął znowu. - Ale jak ja się w tym wszyst­kim zna­la­złem? Mówi­łaś, że ktoś ci opo­wia­dał...

- Spark - odparła. - Albo ktoś do niego podobny.

Patrzyła na niego uważ­nie, a on sta­rał się opa­no­wać twarz, by wyra­żała spo­kój i zacie­ka­wie­nie.

- Spark to twój pies? - upew­nił się.

- Tak. - Wyda­wało się, że nie chce mówić dalej. Pod­nio­sła łyżeczkę i uważ­nie przy­glą­dała się wła­snemu wklę­słemu odbi­ciu, maleń­kiemu, do góry nogami. W końcu ją odło­żyła. - Albo ktoś, kto wyglą­dał jak on. Zresztą nie­ważne.

- Zaraz - powstrzy­mał ją.

- To trwało tylko minutę. Kiedy tam sta­li­śmy, myśla­łam - cią­gnęła ostroż­nie, nie patrząc na niego - myśla­łam, że Spark powie­dział... - Pod­nio­sła na niego wzrok. - Trudno ci w to uwie­rzyć?

- Raczej tak. Dość trudno mi w to uwie­rzyć.

- Nie sądzi­łam, że będzie ci trudno. Nie tobie.

- Dla­czego nie mnie?

- Bo... - odparła, pod­pie­ra­jąc poli­czek dło­nią z zasmu­coną, wręcz roz­cza­ro­waną miną, która cał­ko­wi­cie ode­brała mu mowę - bo to wła­śnie o tobie mówił Spark.

Zabawa w na niby

Praw­do­po­dob­nie tylko dla­tego, że w tam­tej chwili, a wła­ści­wie bez­po­śred­nio po tam­tej chwili Smoky nie miał już nic wię­cej do powie­dze­nia, padło z jego ust, w for­mie dale­kiej od per­fek­cji, trudne pyta­nie, czy też raczej sub­telna pro­po­zy­cja, z którą nosił się cały dzień.

- Tak - odparła, nie uno­sząc policzka z dłoni, ale nowy uśmiech roz­ja­śnił jej twarz jak tęcza o poranku na zacho­dzie. I tak oto, kiedy sztuczny brzask świa­teł City odsło­nił ich oczom ogromne zaspy świe­żut­kiego śniegu, który zale­gał grubą war­stwą nawet na para­pe­cie ich okna, oni leżeli zako­pani głę­boko w świe­żut­kiej pościeli, pod­cią­gnię­tej aż po szyję (nagły atak mrozu wyłą­czył w hotelu ogrze­wa­nie) i roz­ma­wiali. Nie zasnęli nawet na chwilę.

- O czym ty mówisz? - zapy­tał.

Zaśmiała się i pod­ku­liła palce u stóp, opie­ra­jąc całe stopy o jego ciało. Czuł się dziw­nie, roz­sa­dzała go ener­gia, ostatni raz tak się czuł jesz­cze przed okre­sem doj­rze­wa­nia, co go zasta­na­wiało. Ale tak się wła­śnie czuł teraz: miał poczu­cie, że coś go wypeł­nia tak cał­ko­wi­cie, że aż czuł mro­wie­nie w koniusz­kach pal­ców i w czubku głowy. Może wręcz świe­cił w tych miej­scach, spraw­dziłby to, gdyby mógł na sie­bie spoj­rzeć... Wszystko było moż­liwe.

- To taka zabawa, wszystko na niby, prawda? - zapy­tał, a ona odwró­ciła się z uśmie­chem na drugi bok i przy­tu­liła do niego, tak że razem two­rzyli teraz podwójne "S".

Zabawa w na niby. W dzie­ciń­stwie, kiedy on albo inni znaj­do­wali jakiś zako­pany przed­miot - szyjkę brą­zo­wej butelki, zaśnie­działą łyżkę, a nawet kamień, który nosił cień śladu po jakimś szpi­kulcu - uda­wali, że to pra­dawne zna­le­zi­sko. Że leżało przy­sy­pane zie­mią już za życia Jerzego Waszyng­tona. A nawet wcze­śniej. Że było bar­dzo, bar­dzo stare i nie­zwy­kle cenne. Wie­rzyli w to zbio­rową siłą woli, co jed­no­cze­śnie nawza­jem przed sobą ukry­wali: bawili się w na niby, tylko ina­czej.

- Ale widzisz... - ode­zwała się. - To wszystko wła­śnie tak miało być. Wie­dzia­łam.

- Ale skąd wiesz? - zapy­tał, zachwy­cony, cier­piąc katu­sze. - Skąd masz taką pew­ność?

- Bo to jest Opo­wieść. A Opo­wie­ści zawsze się spraw­dzają.

- Ale ja wcale nie jestem pewny, czy to jakaś opo­wieść.

- Ludzie z opo­wie­ści nie wie­dzą. Ni­gdy. Ale jest, jak jest.

Pew­nego roku zimą, kiedy był chłop­cem i dzie­lił wtedy pokój z przy­rod­nim bra­tem, umiar­ko­wa­nie reli­gij­nym, po raz pierw­szy zoba­czył halo wokół Księ­życa. Wpa­try­wał się w nie, olbrzy­mie, lodo­wate, wiel­kie na pół noc­nego nieba i nabrał pew­no­ści, że mogło ozna­czać wyłącz­nie Koniec Świata. W ogrom­nym pod­nie­ce­niu cze­kał w tym pod­miej­skim ogródku, aż w ciszę nocy wedrze się apo­ka­lipsa, cały czas wie­dząc przy tym, że tak się nie sta­nie: że na tym świe­cie nie ist­nieją żadne rze­czy wbrew natu­rze, żadne zasko­cze­nia. Tam­tej nocy śniło mu się Niebo: Niebo było mrocz­nym luna­par­kiem, nie­wiel­kim i ponu­rym, wła­ści­wie był tam tylko żela­zny dia­bel­ski młyn krę­cący się bez końca i ponury salon gier, roz­rywka dla wier­nych. Obu­dził się z poczu­ciem ulgi, a potem już ni­gdy nie wie­rzył w siłę swo­ich modlitw, cho­ciaż odma­wiał je z bra­tem bez szcze­gól­nej nie­chęci. Z nią też by odma­wiał, gdyby go o to popro­siła, i to z ochotą, ale ona nie zma­wiała przy nim żad­nych modlitw. Pro­siła go teraz za to, żeby uwie­rzył w coś tak dziw­nego, tak nie­po­ję­tego w jego świe­cie, tak... Zaśmiał się zdu­miony.

- Opo­wieść? - upew­nił się.

- No tak - przy­tak­nęła sen­nym gło­sem. Się­gnęła w tył po jego dłoń i oplo­tła się jego ramie­niem. - To zna­czy, jeśli masz ochotę.

Wie­dział, że będzie musiał uwie­rzyć, jeśli ma się zna­leźć tam, gdzie tra­fiła ona. Wie­dział, że jeśli uwie­rzy, będzie mógł tam się udać, nawet jeśli wszystko jest tylko zabawą w na niby. Prze­su­nął leżącą na niej dło­nią po jej dłu­gim ciele, a ona zamru­czała i przy­ci­snęła się do niego moc­niej. Szu­kał w sobie daw­nej siły woli, od tylu lat nie­uży­wa­nej. Jeśli ona tam ruszyła, nie chciał zosta­wać w tyle. Już ni­gdy nie chciał zna­leźć się od niej dalej niż w tej chwili.

Życie jest krót­kie. Albo dłu­gie

Był maj, a Daily Alice sie­działa w Edge­wood w mroku lasu na kra­wę­dzi lśnią­cej skały, która wysta­wała nad taflę głę­bo­kiej sadzawki, do któ­rej spa­dała woda ze szcze­liny w wyso­kich skal­nych ścia­nach. Stru­mień, który nie­prze­rwa­nie lał się ze skały do sadzawki, coś mówił, coś nie­ustan­nie powta­rzał, w kółko, ale zawsze cie­ka­wie. Daily Alice słu­chała, choć dobrze już znała tę opo­wieść. Wyglą­dała zupeł­nie jak dziew­czyna z butelki napoju, cho­ciaż nie była tak deli­katna i nie miała skrzy­deł.

- Dziadku Pstrągu! - zawo­łała w stronę sadzawki. A potem jesz­cze raz: - Dziadku Pstrągu. - Odcze­kała chwilę, a kiedy nic się jed­nak nie wyda­rzyło, wzięła dwa nie­wiel­kie kamyki, zanu­rzyła je w wodzie (zim­nej i gład­kiej, jaka może być tylko woda spa­da­jąca do skal­nej sadzawki) i stuk­nęła jed­nym o drugi. Stu­kot kamieni zagrzmiał w wodzie jak wystrzał odle­głych armat i pod powierzch­nią roz­cho­dził się dłu­żej niż dźwięki w powie­trzu. Wtedy z jakiejś zaro­śnię­tej wąsami glo­nów pod­wod­nej kry­jówki w skale wypły­nął wielki biały pstrąg, albi­nos bez cętek ani prąż­ków, o wiel­kim, poważ­nym, różo­wym oku. Za sprawą koli­stych zmarsz­czek, które wodo­spad nie­prze­rwa­nie słał po powierzchni, wyda­wało się, że po ciele pstrąga prze­bie­gają dresz­cze, a jego wiel­kie oko mruga, a może drży od łez. (Czy ryby potra­fią pła­kać?, zasta­na­wiała się, zresztą nie po raz pierw­szy).

Kiedy już czuła, że pstrąg jej słu­cha, zaczęła mu opo­wia­dać, jak jesie­nią poje­chała do City i jak poznała pew­nego chło­paka w domu Geo­rge'a Mouse'a, i jak z miej­sca wie­działa (a przy­naj­mniej bły­ska­wicz­nie posta­no­wiła), że to on będzie tym, któ­rego według prze­zna­cze­nia miała "zna­leźć lub wymy­ślić", jak powie­dział jej Spark.

- Kiedy ty zimą spa­łeś - mówiła nie­śmiało, gła­dząc pal­cem kwar­cowy muskuł skały, na któ­rej sie­działa, i uśmie­cha­jąc się, ale na pstrąga nie patrząc (ponie­waż opo­wia­dała o swoim uko­cha­nym) - my... my spo­tka­li­śmy się jesz­cze raz i coś sobie przy­rze­kli­śmy... no wiesz...

Widziała, jak pstrąg zama­chał wid­mo­wym ogo­nem. Była świa­doma, że to bole­sny temat. Wycią­gnęła się na brzu­chu na chłod­nej skale, oparła brodę na dło­niach i z roz­pro­mie­nio­nymi oczami opo­wie­działa mu o Smo­kym w samych ogól­ni­ko­wych pochleb­stwach, na co pstrąg nie zare­ago­wał entu­zja­zmem. Ona jed­nak nie zwra­cała na to uwagi. To musi być Smoky, ten z prze­zna­cze­nia, żaden inny.

- Nie uwa­żasz? Nie sądzisz, że tak? - Po czym dodała już ostroż­niej: - To ich zado­woli?

- Trudno powie­dzieć - odparł Dzia­dek Pstrąg ponuro. - Kto wie, co im sie­dzi w gło­wie.

- Ale mówi­łeś...

- Ja tylko przy­no­szę od nich wie­ści, córko. Nie ocze­kuj ode mnie niczego wię­cej.

- Cóż - odparła zga­szona. - Nie będę cze­kała wiecz­nie. Kocham go. A życie jest krót­kie.

- Życie - oznaj­mił Dzia­dek Pstrąg gło­sem jakby zdła­wio­nym łzami - jest dłu­gie. Za dłu­gie. - Uważ­nie obró­cił płe­twy i jed­nym ruchem ogona wśli­zgnął się z powro­tem do swo­jej kry­jówki.

- W każ­dym razie powiedz im, że przy­szłam - zawo­łała za nim, usi­łu­jąc prze­krzy­czeć wodo­spad. - Powiedz im, że zro­bi­łam, co do mnie nale­żało.

Ale jego już nie było.

Napi­sała do Smoky'ego: "Nie­długo wyjdę za mąż", a jemu serce zamarło w piersi przy skrzynce pocz­to­wej, aż w końcu zro­zu­miał, że miała na myśli jego. "Cio­cia Cloud bar­dzo uważ­nie posta­wiła karty, osobno na każdą oko­licz­ność, ślub ma się odbyć w noc let­niego prze­si­le­nia, a ty masz zro­bić nastę­pu­jąco. Bła­gam na wszystko, postę­puj bar­dzo dokład­nie według tych instruk­cji, bo ina­czej nie wiem, co może się stać".

I wła­śnie dla­tego Smoky zna­lazł się na dro­dze do Edge­wood, dokąd szedł pie­chotą, a nie jechał, ze ślub­nym gar­ni­tu­rem w sta­rym, a nie nowym ple­caku i z jedze­niem, które sam sobie zro­bił, a nie kupił. I wła­śnie dla­tego zaczął się roz­glą­dać za jakimś noc­le­giem, o który musiał popro­sić, ale nie mógł za niego zapła­cić.

Arkana w Edge­wood

Nie wie­dział, że park prze­my­słowy tak gwał­tow­nie się skoń­czy i zacznie się zie­leń. Było późne popo­łu­dnie, skrę­cił na zachód, a szosa stała się bar­dziej wybo­ista, z asfal­tem łata­nym ciem­niej­szymi pla­mami jak stary but. Po obu stro­nach szosy pola i farmy scho­dziły się dro­dze na spo­tka­nie. Szedł ani polem, ani drogą, pod opie­kuń­czymi drze­wami, które mia­rowo rzu­cały na niego róż­no­rodne cie­nie. Gro­mady towa­rzy­skich chwa­stów, wszę­do­byl­skich na pobo­czach dróg, pokry­tych kurzem, gru­bych i roz­czo­chra­nych, przy­ja­ciół ludzi i aut, kiwały gło­wami z przy­droż­nego rowu. Coraz rza­dziej sły­szał szum samo­chodu. Odgłos sil­nika ryt­micz­nie nara­stał, kiedy auto wjeż­dżało na pagórki i zjeż­dżało w dół, a potem nagle ata­ko­wał go z całą mocą, gdy zdzi­wiony samo­chód z rykiem go mijał, pełen wigoru, szybki, zosta­wia­jąc za sobą fur­kot chwa­stów, które przez chwilę wście­kle chi­cho­tały. Potem ryk rów­nie szybko znowu cichł do odle­głego szumu, a w końcu zani­kał zupeł­nie i jedyne dźwięki two­rzyła orkie­stra owa­dów oraz odgłos jego wła­snych kro­ków.

Przez długi czas szedł nie­znacz­nie pod górę, ale teraz doszedł do szczytu wznie­sie­nia i spoj­rzał na roz­le­głą prze­strzeń wiej­skiego let­niego kra­jo­brazu. Droga, na któ­rej stał, pro­wa­dziła dalej, przez łąki, przez pastwi­ska, okrą­żała poro­śnięte lasami wzgó­rza, zni­kała w doli­nie nie­opo­dal mia­steczka z wie­życą wyra­sta­jącą spo­śród buj­nej zie­leni, a potem poja­wiała się znowu cienką szarą kre­ską, wijąc się ku błę­kit­nym górom, gdzie w jed­nej z prze­łę­czy słońce zacho­dziło w oto­cze­niu pulch­niut­kich obłocz­ków.

Wła­śnie wtedy daleko na weran­dzie w Edge­wood pewna pani odkryła kartę arka­nów zwaną Podróżą. Był też Wędro­wiec, z toboł­kiem na ple­cach i gru­bym kostu­rem w dłoni, przed nim wiła się długa, kręta droga, którą miał jesz­cze poko­nać. Było też Słońce, cho­ciaż kobieta nie umiała stwier­dzić, czy wscho­dziło, czy chy­liło się ku zacho­dowi. Obok roz­kła­da­nej talii dymił na spodeczku brą­zowy papie­ros. Prze­sta­wiła tale­rzyk i w tym miej­scu poło­żyła kartę Podróży, a potem odkryła kolejną kartę. Był nią Gospo­darz.

Kiedy Smoky zszedł do pod­nóża pierw­szego z nani­za­nych na drogę fali­stych wzgórz, zna­lazł się w kotli­nie cie­nia, a słońce już zaszło.

Juni­pe­ro­wie

Gene­ral­nie miej­sce do spa­nia wolał sobie zna­leźć sam, niż pro­sić o noc­leg. Zabrał ze sobą dwa koce. Myślał nawet o zna­le­zie­niu sto­doły, żeby się prze­spać na sia­nie jak wędrowcy z ksią­żek (z jego ksią­żek), ale praw­dziwe sto­doły, które mijał, wyda­wały się nie tylko Wła­sno­ścią Pry­watną, ale do tego speł­nia­jącą na­dal swoje funk­cje - trzy­mano w nich masę dużych zwie­rząt. Tak naprawdę, kiedy zapa­dał coraz gęst­szy zmrok, a gra­nice pól się zacie­rały, zaczęła mu tro­chę doskwie­rać samot­ność, kiedy więc dotarł do chaty u pod­nóża pagórka, pod­szedł do płotu i zasta­na­wiał się, w jakie słowa ubrać tę dziwną, jak mu się wyda­wało, prośbę.

Chata była biała, otu­lały ją igla­ste krzewy. Świeżo roz­kwi­tłe róże pięły się po kra­cie przy zie­lo­nych holen­der­skich drzwiach, któ­rych górna połowa otwie­rała się nie­za­leż­nie od dol­nej. Pro­wa­dzącą od drzwi ścieżkę wyzna­czały po bokach bie­lone kamie­nie. Ze środka ciem­nie­ją­cego traw­nika patrzył na niego młody jelo­nek, stale zasko­czony w znie­ru­cho­mie­niu, a kra­snale sie­działy ze skrzy­żo­wa­nymi nogami na mucho­mo­rach albo prze­my­kały chył­kiem, ści­ska­jąc w rękach skarby. Na furtce wisiała drew­niana tabliczka z arty­stycz­nie wypa­lo­nym napi­sem: Juni­pe­ro­wie. Smoky odsu­nął sko­bel, a gdy pchnął drzwiczki, w ciszy roz­legł się dzwo­nek. Górna połowa holen­der­skich drzwi otwo­rzyła się i próg zalało żółte świa­tło lampy.

- Przy­ja­ciel czy wróg? - zapy­tał kobiecy głos i zaraz potem się roze­śmiał.

- Przy­ja­ciel - odparł Smoky i ruszył w stronę drzwi.

W powie­trzu uno­sił się wyraźny zapach jałowca. Kobieta, która opie­rała się o dolną połowę drzwi, nale­żała do osób, u któ­rych wiek średni trwa bar­dzo długo. Smoky nie potra­fił stwier­dzić, czy w jej wypadku wła­śnie się zaczął, czy już dobiega końca. Rzad­kie włosy mogła mieć siwe albo brą­zowe, nosiła oku­lary w "kocim" kształ­cie i uśmie­chała się, pre­zen­tu­jąc gar­ni­tur sztucz­nych zębów. Nie­dbale oparła o drzwi pie­go­wate ręce.

- Ale ja pana nie znam - stwier­dziła.

- Tak się zasta­na­wia­łem - zaczął Smoky - czy dobrze idę do miej­sco­wo­ści, która nazywa się Edge­wood?

- Nie mam poję­cia - odparła. - Jeff? Powiesz temu mło­demu czło­wie­kowi, jak dojść do Edge­wood? - Zacze­kała na odpo­wiedź z wnę­trza domu, któ­rej Smoky nie mógł dosły­szeć, po czym otwo­rzyła drzwi. - Niech pan wej­dzie - zapro­siła. - Zoba­czymy.

Dom był mały i czy­sty, ale pełen gra­tów. Leciwy pies z gatunku mio­teł do kurzu obwą­chał mu buty, sapiąc rado­śnie. Smoky wpadł na bam­bu­sową sza­feczkę, potrą­cił ramie­niem rega­lik z dro­bia­zgami, pośli­zgnął się na chod­niczku i przez wąskie przej­ście zwień­czone łukiem wpadł do salo­niku, w któ­rym pach­niało różami, zie­lem angiel­skim i zeszło­rocz­nym ogniem z kominka. Jeff, który czy­tał gazetę, z nogami w kap­ciach opar­tymi na pod­nóżku, odło­żył lek­turę i opu­ścił nogi na pod­łogę.

- Edge­wood? - zapy­tał, mam­ro­cząc do fajki.

- Edge­wood. Tak mi mniej wię­cej powie­dziano.

- Jechał pan auto­sto­pem? - Jeff otwo­rzył wąskie wargi jak ryba, żeby wypu­ścić dym, i zer­kał na Smoky'ego z powąt­pie­wa­niem.

- Nie, sze­dłem pie­chotą.

Nad komin­kiem wisiała makatka. Hafto­wany napis gło­sił:

Będę miesz­kać w Domu

Przy pobo­czu Drogi

W Przy­jaźni do Ludzi

Mar­ga­ret Juni­per 1 9 2 7

- Idę tam na swój ślub.

Wyda­wało się, że wes­tchnęli na to: "Aaaach".

- Dobrze. - Jeff wstał. - Marge, daj mapę.

Mapa była miej­scowa, dużo bar­dziej szcze­gó­łowa niż Smoky'ego. Zna­lazł na niej sta­ran­nie obry­so­waną kon­ste­la­cję miej­sco­wo­ści, któ­rych nazwy znał, ale Edge­wood ni­gdzie nie było.

- Powinno być gdzieś tutaj. - Jeff zna­lazł ogry­zek ołówka i pomru­ku­jąc "hm" i "zobaczmy", połą­czył środki tych pię­ciu miast w pię­cio­kąt jak gwiazda. Postu­kał ołów­kiem w figurę opi­saną jej pię­cioma wierz­choł­kami i pod­niósł jasne brwi na Smoky'ego. Stara tra­per­ska sztuczka, domy­ślił się Smoky. Dostrzegł cień prze­ci­na­ją­cej pię­cio­kąt drogi, łączą­cej się z tą, którą szedł, a która koń­czyła się na dobre tutaj, w Meadow­brook.

- Hm - powie­dział.

- Tyle mogę panu pomóc - stwier­dził Jeff, zwi­ja­jąc mapę z powro­tem.

- Zamie­rza pan iść całą noc? - zapy­tała Marge.

- Mam śpi­wór i koce.

Marge wydęła usta na widok mar­nych kocy­ków przy­tro­czo­nych do ple­caka.

- I pew­nie nie jadł pan cały dzień.

- O, wie pani, mam kanapki... i jabłko...

Tapeta w kuchni cała była w koszach nie­sa­mo­wi­cie soczy­stych owo­ców, gra­na­to­wych wino­gron, rumia­nych jabłek i krą­głych brzo­skwiń, które wysta­wiały spod tych zbio­rów małe, jędrne pupki. Marge sta­wiała na cera­to­wym obru­sie paru­jące dania, pół­mi­sek za pół­mi­skiem, a kiedy wszystko już zje­dli, Jeff nalał do małych rubi­no­wych kie­lisz­ków likier bana­nowy. To zała­twiło sprawę. Smoky prze­stał się już grzecz­no­ściowo wyma­wiać od noc­legu i Marge "roz­bro­iła wer­salkę". Smoky'ego poło­żono spać otu­lo­nego brą­zo­wym indiań­skim kocem.

Kiedy Juni­pe­ro­wie wyszli z salo­niku, Smoky przez chwilę leżał z otwar­tymi oczami, roz­glą­da­jąc się po pokoju. Jedy­nym źró­dłem świa­tła była włą­czana bez­po­śred­nio do gniazdka w ścia­nie nocna lampka w kształ­cie małego, obro­śnię­tego różami domku. W jej świe­tle widział fotel Jeffa z klo­no­wego drewna, taki, jakiego poma­rań­czowe pod­ło­kiet­niki zawsze wyda­wały mu się szcze­gól­nie smaczne, jak błysz­czące lan­drynki. Widział, jak fałdy zasłon falują poru­szane lek­kim wia­trem, nio­są­cym woń róż. Słu­chał, jak pies-mio­tła wzdy­cha przez sen. Odkrył kolejną makatkę. Ta gło­siła, choć nie był tego pewny:

Co nas uszczę­śli­wia,

uczy nas mądro­ści.

Zasnął.

II

Zwró­ci­li­ście pew­nie uwagę, że mię­dzy tymi dwoma sło­wami nie sta­wiam myśl­nika. Piszę coun­try house, a nie coun­try-house. To zamie­rzony zabieg.

V. Sac­kville-West

Daily Alice obu­dziła się jak zawsze, kiedy słońce padło na nią przez wschod­nie okna, dźwię­cząc jak muzyka. Sko­pała z sie­bie wzo­rzy­stą koł­drę i przez pewien czas leżała naga w dłu­gich prę­gach słońca, budząc się doty­kiem, odnaj­du­jąc swoje oczy, kolana, piersi, rudo­złote włosy - wszystko na miej­scu, gdzie je zosta­wiła. Potem wstała, prze­cią­gnęła się, otarła resztki snu z twa­rzy i uklę­kła przy łóżku w kwa­dra­tach słońca. Jak co dzień rano, odkąd nauczyła się mówić, zmó­wiła modli­twę:

Wielki, piękny, cudny Świe­cie,

Niech cię zdobi cudne kwie­cie,

Niech Cię wody opły­wają,

W modrą suk­nię ubie­rają5.

Gotycka łazienka

Po odpra­wio­nych modłach nachy­liła wyso­kie sto­jące lustro, kie­dyś nale­żące do jej pra­babci, żeby mogła przej­rzeć się w nim od stóp do głów. Zadała mu to samo pyta­nie, co zwy­kle, i dziś rano dostała wła­ściwą odpo­wiedź. Cza­sami lustro odpo­wia­dało wymi­ja­jąco. Wło­żyła długi brą­zowy szla­frok, prze­wią­zała go paskiem, obró­ciła się szybko na pal­cach, tak że postrzę­pione brzegi szla­froka zatań­czyły jak frędzle, i wyszła ostroż­nie na jesz­cze chłodny kory­tarz. Minęła gabi­net ojca i słu­chała przez krótką chwilę, jak jego stary reming­ton wystu­kuje przy­gody myszy i kró­li­ków. Otwo­rzyła drzwi do pokoju swo­jej sio­stry, Sophie. Sophie leżała zagrze­bana w pościeli, z pasmem zło­tych wło­sów w roz­chy­lo­nych ustach, a jej śpiące dło­nie zaci­skały się w piąstki jak u nie­mow­laka. Poranne słońce aku­rat zaj­rzało do jej pokoju i Sophie poru­szyła się na łóżku, nie­za­do­wo­lona. Więk­szość ludzi, gdy śpi, wygląda dziw­nie, obco, jakby nie byli sobą. Śpiąca Sophie była bar­dzo sobą. Lubiła spać i mogła spać wszę­dzie, nawet na sto­jąco. Daily Alice stała tam chwilę i przy­glą­dała się sio­strze, zasta­na­wia­jąc się, jakie Sophie prze­żywa przy­gody. Choć i tak prze­cież póź­niej miała się dowie­dzieć ze szcze­gó­łami.

Na końcu zakrę­ca­ją­cego po kole kory­ta­rza znaj­do­wała się gotycka łazienka, jedyna w całym domu z wanną dosta­tecz­nie dla Alice długą. Do tego naroż­nika domu słońce jesz­cze nie dotarło, witra­żowe okna łazienki były cią­gle mroczne, a po zim­nych kafel­kach pod­łogi Daily Alice musiała przejść na pal­cach. Kran w kształ­cie gar­gulca zakasz­lał suchot­ni­czo, a sys­tem rur w całym domu odbył naradę, zanim pozwo­lił jej na tro­chę gorą­cej wody. Widok stru­mie­nia pły­ną­cego nagle z kranu oka­zał się zaraź­liwy - Daily Alice musiała pod­wi­nąć brą­zowe poły szla­froka, okrę­cić je wokół talii i usiąść na muszli przy­po­mi­na­ją­cej biskupi tron. Pod­parła pod­bró­dek dłońmi, obser­wo­wała, jak para unosi się znad gro­bow­co­wej wanny, i poczuła nagłą sen­ność.

Pocią­gnęła za łań­cu­szek, a kiedy gło­śny szum wody ucichł, roz­wią­zała pasek, zrzu­ciła szla­frok, zadrżała, po czym ostroż­nie weszła do wanny. Gotycka łazienka była już cała zapa­ro­wana. Gotyc­kość tych ścian miała wię­cej wspól­nego z mrocz­nym lasem niż z archi­tek­turą kościo­łów. Łuki skle­pie­nia bie­gły nad głową Alice i spla­tały się jak gałę­zie, a się­ga­jące wszę­dzie rzeź­bione blusz­cze, liście, wąsate pną­cza i wino­ro­śle two­rzyły wra­że­nie nie­cier­pli­wego ruchu żywej przy­rody. W wąskich witra­żo­wych oknach kro­ple rosy zbie­rały się na bajecz­nie kolo­ro­wych drze­wach, na zamglo­nych polach, które drzewa oka­lały, i na posta­ciach myśli­wych w oddali. A kiedy słońce w swoim leni­wym pocho­dzie roz­świe­tliło wszyst­kie dwa­na­ście okien, zmie­nia­jąc uno­szącą się nad wanną parę w błysz­czące klej­noty, Daily Alice zna­la­zła się w sadzawce w śre­dnio­wiecz­nym lesie. Tę łazienkę zapro­jek­to­wał jej pra­dzia­dek, ale kto inny był twórcą okien. Ten ktoś miał na imię Com­fort i Daily Alice wła­śnie tak się teraz czuła - kom­for­towo. Nawet zaczęła śpie­wać.

To w prawo, to w lewo

Kiedy szo­ro­wała się w wan­nie i śpie­wała, przy­szły pan młody szedł dalej, stopy miał całe w bąblach i był zdu­miony zacie­kłym odwe­tem mię­śni za wczo­raj­szy marsz. Kiedy ona jadła śnia­da­nie w dłu­giej naroż­nej kuchni i ukła­dała plany z krzą­ta­jącą się mamą, Smoky wspiął się na zalaną słoń­cem, pul­su­jącą bzy­kiem owa­dów górę, a potem zszedł w dolinę. Kiedy Daily Alice i Sophie wołały do sie­bie na krzy­żu­ją­cych się kory­ta­rzach, a Dok­tor wyglą­dał przez okno w poszu­ki­wa­niu natchnie­nia, Smoky dotarł do skrzy­żo­wa­nia dróg, gdzie cztery leciwe wiązy stały jak poważni starcy pochło­nięci roz­mową. Przy­drożna tablica gło­siła "EDGE­WOOD" i wska­zy­wała pal­cem wzdłuż polnej drogi, która wiła się w tunelu drzew. Gdy nią szedł, roz­glą­da­jąc się to w prawo, to w lewo, i zasta­na­wiał się co dalej, Daily Alice i Sophie sie­działy w pokoju star­szej sio­stry, przy­go­to­wu­jąc ubra­nie, które Alice miała naza­jutrz wło­żyć, a Sophie opo­wia­dała jej swój sen.

Sen Sophie

- Śniło mi się, że nauczy­łam się oszczę­dzać czas, odkła­dać go jak pie­nią­dze, i potem mia­łam go, kiedy był mi potrzebny. Na przy­kład minuty w pocze­kalni u leka­rza albo kiedy wra­casz skądś, gdzie ci się nie podo­bało, albo kiedy cze­kasz na auto­bus - te wszyst­kie bez­u­ży­teczne chwile. Cho­dziło o to, żeby je roz­ło­żyć pła­sko, jak stare pudła, żeby zaj­mo­wały mniej miej­sca. Kiedy już wie­dzia­łaś, że tak można, zabieg był cał­kiem pro­sty. Nikt się abso­lut­nie nie zdzi­wił, jak powie­dzia­łam, że się tego nauczy­łam. Mama tylko kiw­nęła głową i się uśmiech­nęła, jakby to było oczy­wi­ste, że każdy się tego uczy we wła­ści­wym wieku. Trzeba było po pro­stu zagiąć czas wzdłuż szwów, ostroż­nie, żeby niczego nie zmar­no­wać, a potem zło­żyć pła­sko. Tata dał mi taką wielką kopertę z papieru mar­mur­ko­wego, żebym tam wszystko wkła­dała, a ja przy­po­mnia­łam sobie, że widzia­łam u innych podobne koperty, i zasta­na­wia­łam się wtedy, po co im one. Śmieszne, że w snach można wymy­ślać wła­sne wspo­mnie­nia, żeby wyja­śniały wyda­rze­nia ze snu.

Kiedy opo­wia­dała, jej szyb­kie palce obszy­wały rąbek sukni, a Daily Alice nie zawsze rozu­miała, co Sophie mówi, bo opo­wia­dała, trzy­ma­jąc szpilki w ustach. Zresztą i tak w jej śnie można się było pogu­bić. Daily Alice natych­miast zapo­mi­nała, co się wła­śnie wyda­rzyło, jakby sama ten sen śniła. Pod­nio­sła teraz z pod­łogi parę saty­no­wych pan­to­fel­ków, ale zaraz posta­wiła je tam z powro­tem. Wyszła na maleńki bal­kon za oknem w wyku­szu.

- Wtedy się wystra­szy­łam - opo­wia­dała Sophie. - Mia­łam wielką, straszną kopertę wypchaną tym nie­szczę­snym cza­sem i nie wie­dzia­łam, jak mam jakąś jego część wyjąć i użyć bez wypusz­cza­nia z koperty całego okrop­nego cze­ka­nia. Stwier­dzi­łam, że chyba zbie­ra­nie czasu nie było naj­lep­szym pomy­słem. W każ­dym razie...

Daily Alice spoj­rzała w dół na fron­tową ścieżkę, na bru­natny pod­jazd z bie­gnącą pośrodku deli­katną linią chwa­stów, które drżały w cie­niu liści. Na końcu pod­jazdu z muru wyra­stały nagłym łukiem filary i brama, a każdy filar wień­czyła chro­po­wata kula jak szara kamienna poma­rań­cza. Aku­rat, kiedy Alice patrzyła, Wędro­wiec z waha­niem zatrzy­mał się przed bramą.

Myślała, że serce wysko­czy jej z piersi. Ponie­waż od rana była w takim pogod­nym, spo­koj­nym nastroju, stwier­dziła już, że Smoky dzi­siaj się nie zjawi, bo jej serce Jakimś Spo­so­bem wie, że on dziś nie przyj­dzie i że dla­tego nie ma po co cze­kać w ner­wach i robić sobie nadziei. A teraz jej serce spo­tkała nie­spo­dzianka.

- A potem wszystko się już pomie­szało. Wyda­wało się, że nie została ani odro­bina czasu nie­zło­żo­nego na pła­sko i nie­scho­wa­nego do koperty, że to już nawet nie ja ten czas zbie­ra­łam, tylko on sam się skła­dał. I zostały już tylko te okropne chwile, ten czas cho­dze­nia kory­ta­rzami, czas budze­nia się w nocy, czas nie­ro­bie­nia niczego...

Daily Alice pozwo­liła, żeby serce waliło jej w piersi, bo i tak nie wie­działa, co mia­łaby sercu powie­dzieć. Smoky tym­cza­sem pod­szedł bli­żej, powoli, jakby z nabożną czcią, choć nie miała poję­cia wobec czego. Ale kiedy widziała już, że ją dostrzegł, roz­wią­zała brą­zowy szla­frok i zrzu­ciła go z ramion. Szla­frok zsu­nął się po jej rękach do nad­garst­ków i poczuła, niczym dotyk chłod­nych i cie­płych dłoni, cie­nie liści i słońce na skó­rze.

Złe wska­zówki

W nogach czuł gorący prąd, który zaczy­nał się w pode­szwach stóp i biegł środ­kiem łydek, jakby roz­grza­nych tar­ciem przez długą podróż. W jego poką­sa­nej gło­wie huczało połu­dnie, a po wewnętrz­nej stro­nie pra­wego uda czuł ostry, kłu­jący ból. Ale stał w Edge­wood. Nie było co do tego wąt­pli­wo­ści. Kiedy pod­cho­dził ścieżką w stronę ogrom­nego domu, peł­nego zało­mów i wyku­szy, wie­dział, że nie zapyta star­szej pani na weran­dzie o drogę, bo nie potrze­bo­wał już żad­nych wska­zó­wek. Dotarł na miej­sce. A gdy pod­szedł do domu jesz­cze bli­żej, Daily Alice odsło­niła przed nim swoje ciało. Stał, wpa­tru­jąc się w nią. Ple­cak, cały w pla­mach potu, koły­sał się w jego dłoni. Smoky nie śmiał jej odpo­wie­dzieć - na weran­dzie sie­działa dama w pode­szłym wieku - nie potra­fił jed­nak odwró­cić wzroku.

- Pięk­nie, prawda? - ode­zwała się w końcu star­sza pani.

Smoky się zaru­mie­nił. Leciwa kobieta wypro­sto­wała się w fotelu z sze­ro­kim opar­ciem i uśmiech­nęła się do niego. Sie­działa przy małym sto­liku ze szkla­nym bla­tem. Sta­wiała pasjansa.

- Pięk­nie, powie­dzia­łam! - powtó­rzyła nieco gło­śniej.

- Tak!

- No wła­śnie... Prze­piękny widok. Cie­szę się, że wła­śnie to naj­pierw się widzi z alejki. Okna są nowe, ale bal­kon i wszyst­kie kamienne ele­wa­cje zacho­wa­li­śmy ory­gi­nalne. Nie wej­dzie pan na werandę? Z daleka trudno się roz­ma­wia.

Jesz­cze raz zer­k­nął w górę, ale Alice już znik­nęła. Teraz widział tylko fan­ta­zyjny dach malo­wany słoń­cem. Wszedł na zada­szoną werandę.

- Nazy­wam się Smoky Bar­na­ble.

- Tak. Nora Cloud. Może pan usią­dzie? - Wpraw­nym ruchem zebrała karty i wsu­nęła do aksa­mit­nego woreczka, a wore­czek scho­wała następ­nie do rzeź­bio­nej kasetki.

- Czyli to pani? - zapy­tał, sia­da­jąc w skrzy­pią­cym wikli­no­wym fotelu. - To pani posta­wiła mi te warunki, o gar­ni­tu­rze, o dro­dze pie­chotą?

- Och, nie - odparła. - Ja je tylko odkry­łam.

- Czy to jakaś próba?

- Być może. Nie wiem.

Wyda­wała się zasko­czona taką suge­stią. Z kie­szonki na piersi, do któ­rej przy­pięta była sta­ran­nie zło­żona, bez­u­ży­teczna chu­s­teczka, wyjęła brą­zo­wego papie­rosa i przy­pa­liła go zapałką potartą o pode­szwę buta. Miała na sobie lekką sukienkę we wzór łączki, jaki chęt­nie noszą star­sze panie, cho­ciaż Smoky jesz­cze ni­gdy nie widział sukni tak jaskra­wo­tur­ku­so­wej, ani też wzoru tak zawile, nie­praw­do­po­dob­nie wręcz splą­ta­nych liści, drob­nych kwiat­ków i pną­czy.

- W każ­dym razie to podej­ście zapo­bie­gaw­cze - dodała.

- Jak to?

- Dla pana bez­pie­czeń­stwa.

- Aha.

Przez chwilę sie­dzieli, nic nie mówiąc. Mil­cze­nie ciotki Cloud było pełne uśmie­chu, jego - wycze­ki­wa­nia. Zasta­na­wiał się, dla­czego nie zapro­szono go do środka, nie przed­sta­wiono. Czuł falę żaru bucha­jącą zza roz­chy­lo­nego koł­nie­rzyka koszuli. Uświa­do­mił sobie, że jest nie­dziela. Odchrząk­nął.

- Pań­stwo Drin­kwa­ter w kościele?

- W pew­nym sen­sie, tak. - Dziwne to było, spo­sób, w jaki odpo­wia­dała na wszystko, co mówił, jakby opo­wia­dał rze­czy, które ni­gdy nie przy­szły jej do głowy. - Jest pan wie­rzący?

Tego się oba­wiał.

- To zna­czy... - zaczął.

- Kobiety zwy­kle są bar­dziej reli­gijne, nie zauwa­żył pan?

- Chyba tak. Nikt w mojej rodzi­nie jakoś nie przej­mo­wał się zbyt­nio reli­gią.

- Wiara moja i mojej mamy była głęb­sza niż wiara ojca i braci. Cho­ciaż oni być może cier­pieli przez nią bar­dziej niż my.

Nie miał poję­cia, co na to odpo­wie­dzieć, i nie potra­fił oce­nić, czy jej badaw­czy wzrok był sygna­łem, że ocze­kuje odpo­wie­dzi, czy po pro­stu spoj­rze­niem krót­ko­wi­dza.

- Mój bra­ta­nek też... dok­tor Drin­kwa­ter... Ale oczy­wi­ście on poświęca wiele czasu i uwagi zwie­rzę­tom. Bar­dzo wiele czasu i uwagi. Reszta jakoś mu umyka.

- Czyli w takim razie jest pan­te­istą?

- O, nie. Nie jest aż tak nie­mą­dry. Tyle, że reszta świata - zakreś-liła papie­ro­sem gest w powie­trzu - po pro­stu go omija. A, kogo tu mamy?

Przez bramę wje­chała na rowe­rze kobieta w kape­lu­szu z bar­dzo sze­ro­kim ron­dem. Miała na sobie bluzkę we wzór podobny do sukienki pani Cloud, ale jesz­cze bar­dziej zawiły, oraz parę sze­ro­kich dżin­sów. Nie­wpraw­nie zsia­dła z roweru i z koszyka przy ramie wyjęła drew­niany cebrzyk. Kiedy zsu­nęła z czoła wielki kape­lusz, Smoky roz­po­znał panią Drin­kwa­ter. Pode­szła i ciężko usia­dła na stop­niach werandy.

- Cloud - powie­działa - już ni­gdy, przeni­gdy nie popro­szę cię o radę przy zbie­ra­niu jagód.

- Z panem Bar­na­ble'em - odparła Cloud wesoło - roz­ma­wia­li­śmy wła­śnie o reli­gii.

- Cloud - cią­gnęła pani Drin­kwa­ter, dra­piąc się w kostkę nad teni­sówką, prze­tartą na dużym palcu. - Cloud, dosta­łam złe wska­zówki.

- Wia­derko masz pełne.

- Dosta­łam złe wska­zówki. Pal licho wia­derko, nazbie­ra­łam do pełna w dzie­sięć minut.

- No więc o co cho­dzi?

- Nie mówi­łaś, że pobłą­dzę.

- Nie pyta­łam.

Nastą­piła chwila ciszy. Cloud zacią­gnęła się papie­ro­sem. Pani Drin­kwa­ter sen­nie dra­pała się w kostkę. Smoky (któ­remu nie prze­szka­dzało, że pani Drin­kwa­ter się z nim nie przy­wi­tała, bo tak naprawdę nawet tego nie zauwa­żył - efekt dora­sta­nia w nie­wy­ra­zi­sto­ści) miał czas się zdzi­wić, dla­czego Cloud nie odparła: "Nie pyta­łaś".

- A jeśli cho­dzi o reli­gię - ode­zwała się pani Drin­kwa­ter - naj­le­piej poroz­ma­wiać z Aube­ro­nem.

- A. Tak. Nie jest zbyt reli­gijny. - Po czym wyja­śniła Smoky'emu: - Mój star­szy brat.

- Ale myśli wyłącz­nie o tym - powie­działa pani Drin­kwa­ter.

- Tak - potwier­dziła Cloud - tak. Cóż, tak to już jest.

- A pan jest reli­gijny? - zapy­tała pani Drin­kwa­ter Smoky'ego.

- Nie jest - odpo­wie­działa Cloud. - Oczy­wi­ście był też August.

- W dzie­ciń­stwie reli­gia nie odgry­wała u mnie waż­nej roli - przy­znał Smoky. Uśmiech­nął się sze­roko. - Chyba wyzna­wa­łem coś w rodzaju poli­te­izmu.

- Co takiego? - zapy­tała pani Drin­kwa­ter.

- Pan­teon. Ode­bra­łem wykształ­ce­nie kla­syczne.

- Od cze­goś trzeba zacząć - odparła, wybie­ra­jąc listki i małe robaczki z wia­derka jagód. - To już chyba resztka tego paskudz­twa. Jutro let­nie prze­si­le­nie, na całe szczę­ście.

- Mój brat August - powie­działa Cloud - dzia­dek Alice, on może był reli­gijny. Ale... opu­ścił Edge­wood... nie wia­domo, dokąd się udał.

- Był misjo­na­rzem? - zapy­tał Smoky.

- Być może - odparła Cloud, znowu spra­wia­jąc wra­że­nie, jakby ten pomysł ją zasko­czył. - Tak, może i tak.

- Już pew­nie się ubrały - stwier­dziła pani Drin­kwa­ter. - Chyba możemy wejść.

Wyobra­żona sypial­nia

Drzwi z siatką na owady były stare i duże, ich drew­nianą ramę zdo­biły żło­bione wzory kwiet­nej łączki, a siatka mocno wybrzu­szała się na dole, wypchana przez wiele lat usil­nych prób wydo­sta­nia się za drzwi przez dzieci. Kiedy Smoky pocią­gnął por­ce­la­nową rączkę, zardze­wiała sprę­żyna jęk­nęła. Wszedł przez próg i zna­lazł się w środku.

Przed­sio­nek, wysoki, wyfro­te­ro­wany, pach­niał uwię­zio­nym chłod­nym powie­trzem nocy, ogniem palo­nym zimą w kominku, saszet­kami z lawendą w bie­liź­niarce z mosięż­nymi gał­kami, czym jesz­cze? Woskiem, słoń­cem, porami roku zla­nymi w jedną, które czerw­cowy dzień wpu­ścił do środka, gdy drzwi z siatki jęk­nęły i zatrza­snęły się za Smo­kym z gło­śnym klik­nię­ciem. Przed nim bie­gły w górę schody, zakrę­ca­jąc pół­ko­li­ście na pię­tro wyżej. Na pierw­szym pode­ście, w świe­tle, które wpa­dało przez zwień­czone ostrym łukiem okno, ubrana teraz w nie­mi­ło­sier­nie poła­tane dżinsy stała boso jego wybranka. Zza jej ple­ców wyglą­dała Sophie, w cien­kiej bia­łej sukience, z wie­loma pier­ścion­kami na pal­cach. Była już teraz o rok star­sza, ale na­dal nie doro­sła do wzro­stu sio­stry.

- Hej - przy­wi­tała go Daily Alice.

- Hej - odpo­wie­dział Smoky.

- Zabierz Smoky'ego na górę - pole­ciła pani Drin­kwa­ter. - Damy mu wyobra­żoną sypial­nię. I na pewno chce się obmyć.

Pokle­pała go po ramie­niu, a on posta­wił stopę na pierw­szym stop­niu. W póź­niej­szych latach zasta­na­wiał się - cza­sem bez emo­cji, cza­sem z udręką - czy potem kie­dy­kol­wiek naprawdę stąd wyszedł, kiedy już raz tu wszedł. Ale wtedy po pro­stu wspiął się na podest, na któ­rym stała, osza­lały ze szczę­ścia, że po tej dłu­giej, prze­dziw­nej podróży w końcu dotarł na miej­sce i że ona wita go z obiet­nicą w swo­ich piw­nych oczach (i może to był jedyny cel tej podróży, wła­śnie ta chwila szczę­ścia, a jeśli tak, to cel był dobry i on się na niego zga­dzał), że bie­rze od niego ple­cak, chwyta go za rękę i pro­wa­dzi na chłodne, wyż­sze pię­tra domu.

- Chęt­nie się umyję - przy­znał, lekko zdy­szany.

Wtedy nachy­liła swoją dużą głowę do jego ucha i szep­nęła:

- Wyliżę cię do czy­sta jak kot.

Sophie zachi­cho­tała za ich ple­cami.

- Kory­tarz - powie­działa Alice, prze­cią­ga­jąc dło­nią po ciem­nej boaze­rii. Kle­pała szklane gałki mija­nych drzwi: - Pokój mamy i taty. Gabi­net taty: bądź cichutko. Mój pokój. Widzisz?

Smoky zaj­rzał do środka i zoba­czył pra­wie wyłącz­nie sie­bie w wyso­kim lustrze.

- Wyobra­żona pra­cow­nia - cią­gnęła. - Stare pla­ne­ta­rium, w górę po scho­dach. I w lewo, w lewo.

Kory­tarz wyda­wał się biec spi­ral­nie i Smoky zasta­na­wiał się, jak tym wszyst­kim poko­jom uda­wało się od niego odcho­dzić.

- Tutaj - oznaj­miła.

Pokój był trud­nego do okre­śle­nia kształtu. Sufit ostro opa­dał ku naroż­ni­kowi, przez co jeden koniec sypialni był niż­szy niż prze­ciwny. Okna też były tu mniej­sze. Pokój wyda­wał się więk­szy, niż był w isto­cie, albo też był mniej­szy, niż się wyda­wał, Smoky nie mógł się zde­cy­do­wać. Alice rzu­ciła jego ple­cak na wąskie łóżko przy­kryte let­nią baweł­nianą narzutą w kropki.

- Łazienka jest w kory­ta­rzu - cią­gnęła. - Sophie, idź, nalej wody do wanny.

- Jest może prysz­nic? - zapy­tał, wyobra­ża­jąc sobie skok na główkę do zim­nej wody.

- Nie ma - odparła Sophie. - Chcemy prze­pro­wa­dzić remont insta­la­cji, ale nie możemy jej zna­leźć...

- Sophie.

Sophie zamknęła za sobą drzwi.

Naj­pierw chciała spró­bo­wać smak potu, od któ­rego błysz­czała jego szyja i deli­katny oboj­czyk. Potem on posta­no­wił roz­wią­zać poły jej koszuli, które skrę­ciła w węzeł pod biu­stem. Ale póź­niej oboje, nie­cier­pliwi, zapo­mnieli zaj­mo­wać się sobą na zmianę i zapa­mię­tale spie­rali się w mil­cze­niu, czyja kolej, jak piraci dzie­lący skarb, któ­rego tak długo wcze­śniej szu­kali, o któ­rym tyle marzyli, który tak długo nie był im dany.

W oto­czo­nym murem ogro­dzie

W połu­dnie jedli we dwoje kanapki z masłem orze­cho­wym i z gala­retką z jabłek w ogro­dzie od tyl­nego frontu, który ota­czał wysoki mur.

- Od tyl­nego frontu?

Roz­ro­śnięte drzewa spo­glą­dały przez szare kamienne ogro­dze­nie jak nie­ru­chomi widzo­wie wsparci na łok­ciach. Kamienny stół, przy któ­rym sie­dzieli w rogu pod roz­ło­ży­stym bukiem, nosił spi­ralne ślady gąsie­nic roz­gnia­ta­nych na nim przez kolejne lata. Na tym gru­bym bla­cie ich dwa wesołe papie­rowe tale­rzyki wyglą­dały efe­me­rycz­nie i fry­mu­śnie. Smoky usi­ło­wał oczy­ścić pod­nie­bie­nie z masła orze­cho­wego, zwy­kle go nie jadał.

- Kie­dyś to był front - wyja­śniła Daily Alice. - Potem powstał ogród i mur, więc to tył stał się fron­tem. W każ­dym razie jed­nym z fron­tów. I dzi­siaj tutaj jest tylny front.

Usia­dła okra­kiem na ławce i pod­nio­sła gałązkę, odgar­nia­jąc jed­no­cze­śnie pal­cem poje­dyn­czy lśniący włos, który wiatr zawiał pomię­dzy jej wargi. Szybko wydra­pała w ziemi pię­cio­kąt. Smoky patrzył na rysu­nek i na opięte dżinsy Daily Alice.

- To nie do końca tak - oce­niła, przy­glą­da­jąc się pię­cio­ką­towi z prze­chy­loną głową - ale mniej wię­cej. Widzisz, to są wszyst­kie fronty mode­lo­wego domu. Nasz dom powstał jako wzór. Pamię­tasz mojego pra­dziadka? Tego, o któ­rym ci pisa­łam? To on zbu­do­wał ten dom jako model, żeby ludzie mogli przy­jeż­dżać i mu się przy­glą­dać z dowol­nej strony, i wybrać, jaki rodzaj domu chcą. Dla­tego wewnątrz jest taki zwa­rio­wany. Bo ma w sobie upcha­nych wiele domów, które jakby się krzy­żują i prze­ni­kają, a ich fronty widać z zewnątrz.

- Że jak?

Od pew­nego czasu przy­glą­dał się jej, kiedy mówiła, ale nie słu­chał. Zauwa­żyła to po jego minie i roze­śmiała się.

- Patrz. Widzisz?

Smoky spoj­rzał, gdzie wska­zy­wała, na tylny front. Była tam surowa kla­syczna fasada, zła­go­dzona przez pnący się bluszcz. Jej szary kamień nosił ślady plam, jakby ciem­nych łez. Smoky widział wyso­kie łukowe okna. Syme­tryczne detale, w któ­rych roz­po­zna­wał kla­syczne porządki archi­tek­to­niczne. Rustyki, kolumny, plinty. Przez jedno z wyso­kich okien wyglą­dał ktoś melan­cho­lij­nie zamy­ślony.

- Chodź.

Ugry­zła duży kęs kanapki (dużymi zębami) i popro­wa­dziła Smoky'ego za rękę wzdłuż frontu, a kiedy prze­cho­dzili, wyda­wało się, że fasada zgina się i składa jak deko­ra­cje. To, co wyglą­dało na pła­skie, teraz wysta­wało, to, co wcze­śniej wysta­wało, teraz skła­dało się do środka. Filary zmie­niały się w pila­stry i zni­kały. Jak na dzie­cię­cych trój­wy­mia­ro­wych obraz­kach, które wystar­czy poru­szyć, żeby ponury gry­mas zmie­nił się w uśmiech, tak tutaj zmie­niał się tylny front, a kiedy dotarli do prze­ciw­le­głego muru i odwró­cili się, żeby spoj­rzeć raz jesz­cze, dom stał się wesołą imi­ta­cją stylu Tudo­rów, z głę­bo­kimi oka­pami i komi­nami zbi­tymi w gro­madki, wysta­ją­cymi z dachu jak śmieszne kape­lu­sze. Jedno z sze­ro­kich okien na pierw­szym pię­trze (wśród szy­bek w oło­wia­nych ram­kach poły­ski­wały jedna czy dwie z kolo­ro­wego szkła) otwo­rzyło się na oścież i zama­chała do nich Sophie.

- Smoky! - zawo­łała. - Kiedy skoń­czysz jeść lunch, masz pójść poroz­ma­wiać z tatą w biblio­tece.

Została w oknie z zało­żo­nymi na piersi rękami, opie­ra­jąc się o para­pet i patrząc na niego z uśmie­chem, jakby zado­wo­lona, że przy­nio­sła takie wie­ści.

- Aha, jasne! - odkrzyk­nął non­sza­lancko Smoky.

Pod­szedł z powro­tem do kamien­nego stołu, a dom powró­cił wtedy do kla­sycz­nej postaci. Daily Alice jadła jego kanapkę.

- Co mam mu powie­dzieć? - zapy­tał.

Z ustami peł­nymi chleba wzru­szyła ramio­nami.

- A jeśli zapyta: "Jakie ma pan per­spek­tywy i plany, młody czło­wieku?".

Daily Alice zaśmiała się, zakry­wa­jąc usta, tak jak wtedy, w biblio­tece Geo­rge'a Mouse'a.

- Prze­cież nie mogę mu powie­dzieć, że sczy­tuję książkę tele­fo­niczną.

Ogrom tego, na co się pory­wał, i spo­czy­wa­jąca na dok­to­rze Drin­kwa­te­rze oczy­wi­sta odpo­wie­dzial­ność uświa­do­mie­nia mu tego wszyst­kiego, osia­dła na jego bar­kach jak stadko pta­ków. Poczuł nagłe waha­nie i szu­kał źró­dła tych wąt­pli­wo­ści. Spoj­rzał na wielką postać swo­jej uko­cha­nej. Bo wła­ści­wie jakie miał per­spek­tywy? Czy mógł wyja­śnić Dok­to­rowi, że jego córka wyle­czyła go z nie­wy­ra­zi­sto­ści za jed­nym zama­chem - za jed­nym spoj­rze­niem - i że to wystar­czyło? Że po cere­mo­nii ślub­nej (i zło­że­niu wszel­kich reli­gij­nych zobo­wią­zań, jakich będą od niego wyma­gać) zamie­rzał po pro­stu żyć długo i szczę­śli­wie, jak inni?

Daily Alice wyjęła mały scy­zo­ryk i zaczęła obie­rać zie­lone jabłko, odkra­wa­jąc długą, spi­ralną wstążkę skórki. Ileż ona miała talen­tów! Na co on w ogóle był jej potrzebny?

- Lubisz dzieci? - zapy­tała, nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od jabłka.

Domy i ich histo­rie

W biblio­tece pano­wał pół­mrok, zgod­nie ze starą filo­zo­fią szczel­nego zamy­ka­nia domu w upalne let­nie dni, żeby utrzy­mać w nim chłód. W pomiesz­cze­niu było chłodno, ale nie było w nim dok­tora Drin­kwa­tera. Przez łukowe okna, w któ­rych po bokach wisiały zasłony, Smoky dostrzegł Daily Alice i Sophie, roz­ma­wia­jące przy kamien­nym stole w ogro­dzie, i poczuł się jak chło­piec trzy­many w domu, bo nabroił albo jest chory. Ziew­nął ner­wowo i przej­rzał tytuły z pierw­szej z brzegu półki. Wyglą­dało na to, że od bar­dzo dawna nikt nie wyj­mo­wał żad­nych ksią­żek z tych ugi­na­ją­cych się pod nimi rega­łów. Były tam zbiory kazań, tomy dzieł Geo­rge'a Mac­Do­nalda, Andrew Jack­sona Davisa, Swe­den­borga. Stało tam też kilka dobrych jar­dów opo­wia­dań dla dzieci autor­stwa Dok­tora, ład­nych, ale w lichej opra­wie i z powta­rzal­nymi tytu­łami. Było tam rów­nież sporo przy­jem­nie opra­wio­nych kla­sy­ków, opar­tych o popier­sie nie­zna­nego czło­wieka w wieńcu lau­ro­wym. Smoky zdjął Swe­to­niu­sza, a za nim prze­wró­ciła się jakaś wetknięta mię­dzy tomy bro­szurka. Była stara, popla­miona, z poza­gi­na­nymi rogami, ilu­stro­wana per­łową foto­gra­wiurą i zaty­tu­ło­wana Domy nowo­jor­skiej pro­win­cji oraz ich histo­rie. Ostroż­nie prze­wra­cał kartki, żeby nie naru­szyć kle­je­nia, patrzył na mroczne ogrody czar­nych kwia­tów, na zamek bez dachu wznie­siony na wyspie na rzece przez magnata branży tek­styl­nej, na dom z beczek piwa.

Prze­glą­dał bro­szurkę, odwra­ca­jąc kartki. Daily Alice i Sophie gdzieś poszły. Zdmuch­nięty wia­trem papie­rowy tale­rzyk spa­dał na zie­mię, wiru­jąc jak balet­nica.

Smoky natra­fił na foto­gra­fię dwojga ludzi sie­dzą­cych za jakimś kamien­nym sto­łem przy her­ba­cie. Męż­czy­zna wyglą­dał jak poeta Yeats, nosił jasny letni gar­ni­tur i cęt­ko­wany kra­wat, miał bujne, białe włosy, a słońce, które odbi­jało się w jego oku­la­rach, nie pozwa­lało dobrze doj­rzeć jego oczu. Kobieta była młod­sza, w sze­ro­kim bia­łym kape­lu­szu, jej ciemną twarz ocie­niało nakry­cie głowy, a rysy roz­ma­zy­wał być może nagły ruch. Za nimi widać było część tego samego domu, w któ­rym teraz stał Smoky, a obok tych dwojga, wycią­ga­jąc nie­wielką dłoń do kobiety, która może to dostrze­gła i poru­szyła się, by tę dłoń ująć, a może jed­nak wcale nie (trudno było stwier­dzić), stała postać, mała istota, ktoś wzro­stu mniej wię­cej jed­nej stopy, w szpi­cza­stym kape­lu­szu i trze­wi­kach z dłu­gim czub­kiem. Sze­roka twarz tego kogoś, która nie była twa­rzą czło­wieka, rów­nież wyda­wała się roz­ma­zana przez nagłe poru­sze­nie. Naj­wy­raź­niej postać miała też parę prze­zro­czy­stych owa­dzich skrzy­deł. Pod­pis gło­sił: "John Drin­kwa­ter z mał­żonką (Vio­let Bram­ble), elf. Edge­wood 1912". Pod zdję­ciem autor miał do powie­dze­nia, co nastę­puje:

"Naj­dziw­niej­szym z fan­ta­zyj­nych domów prze­łomu wie­ków jest być może Edge­wood Johna Drin­kwa­tera, choć w zamy­śle by­naj­mniej nie powsta­wał jako wytwór fan­ta­zji sza­leńca. Jego histo­ria zaczyna się naj­pew­niej wraz z pierw­szym wyda­niem Archi­tek­tury domów wiej­skich w 1880 roku. Wła­śnie dzięki temu przy­jem­nemu w lek­tu­rze, a do tego zna­czą­cemu kom­pen­dium wik­to­riań­skiej archi­tek­tury młody Drin­kwa­ter zyskał nazwi­sko, a póź­niej został wspól­ni­kiem w słyn­nym zespole archi­tek­tów kra­jo­brazu Mouse Stone. W 1894 roku Drin­kwa­ter zapro­jek­to­wał Edge­wood jako rodzaj kom­po­zytu ilu­stra­cji swo­jej gło­śnej książki, złą­cza­jąc w jedną budowlę kilka domów róż­nych roz­mia­rów i sty­lów w spo­sób cał­kiem dosłow­nie nie­moż­liwy do opi­sa­nia. Fakt, że dom przed­sta­wia pewien rodzaj (czy też rodzaje) logiki i porządku, nieco wzmoc­nił (słab­nący już) wpływ Drin­kwa­tera. W 1897 roku archi­tekt poślu­bił Vio­let Bram­ble, młodą Angielkę, córkę mistyka i kazno­dziei The­odore'a Burne'a Bram­ble'a i w trak­cie ich mał­żeń­stwa pozo­sta­wał cał­ko­wi­cie pod wpły­wem żony, spi­ry­tu­alistki o fascy­nu­ją­cej oso­bo­wo­ści. Jej myśl prze­nika póź­niejsze wyda­nia Archi­tek­tury domów wiej­skich, które Drin­kwa­ter nasy­cał coraz bar­dziej filo­zo­fią teo­zo­ficzną czy też ide­ali­styczną, nie usu­wa­jąc jed­nakże żad­nego frag­mentu ory­gi­nal­nego mate­riału. Szó­ste i ostat­nie wyda­nie (z 1910 roku) musiał opu­bli­ko­wać wła­snym sump­tem, ponie­waż wydawcy ryn­kowi nie byli już zain­te­re­so­wani. Nakład ten w dal­szym ciągu zawiera wszyst­kie ilu­stra­cje z wyda­nia z 1880 roku.

Drin­kwa­te­ro­wie w tam­tych latach zgro­ma­dzili wokół sie­bie grupę osób o podob­nych prze­ko­na­niach - arty­stów, este­tów i zmę­czone świa­tem "wraż­liwe dusze". Od samego początku sekta miała rys anglo­fil­ski, a nale­żeli do niej mię­dzy innymi poeta Yeats, J. M. Bar­rie, kil­koro dobrze zna­nych ilu­stra­to­rów oraz różne "poetyc­kie" oso­bo­wo­ści, które roz­kwi­tały w bez­tro­skich latach zmierz­chu przed pierw­szą wojną świa­tową, a które dzi­siaj znik­nęły w ostrym świe­tle dnia.

Nie należy zapo­mi­nać, że ludzie ci zręcz­nie wyko­rzy­stali powszechny odpływ lud­no­ści z oko­licz­nych farm w tam­tych latach. Rejon pię­ciu miast wokół Edge­wood był świad­kiem ucieczki zubo­ża­łych wła­ści­cieli rol­nych do City i na Zachód oraz napływu w ich miej­sce nija­kich poetów, ucie­ka­ją­cych przed eko­no­micz­nymi realiami, które zapu­kały, by prze­jąć ich domy. Zapewne nie dziwi fakt, że wszy­scy z tej nie­wiel­kiej grupy, któ­rzy jesz­cze zostali, "uni­kali służby woj­sko­wej ze względu na prze­ko­na­nia" w cza­sie, gdy ojczy­zna zna­la­zła się w wiel­kiej potrze­bie. Nie dziwi rów­nież, że dzi­siaj nie został nawet ślad po ich dzi­wacz­nych, pustych miste­riach.

Dom na­dal zamiesz­kują spad­ko­biercy Drin­kwa­tera. Podobno na tere­nie Edge­wood (nie­by­wale roz­le­głym) stoi rów­nież fan­ta­zyjny dom letni, ale ani dom, ani tereny wokół nie są dostępne dla zwie­dza­ją­cych".

Elf?

Porada dok­tora Drin­kwa­tera

- Czyli mamy odbyć poga­wędkę - zaczął dok­tor Drin­kwa­ter. - Gdzie chciałby pan usiąść?

Smoky wybrał piko­wany skó­rzany fotel. Dok­tor Drin­kwa­ter, który usiadł na wygod­nej kana­pie, prze­je­chał dło­nią po fali­stych wło­sach, przez chwilę cmo­kał i mla­skał, potem odkaszl­nął, jakby celem wstępu. Smoky cze­kał na pierw­sze pyta­nie.

- Lubi pan zwie­rzęta? - zapy­tał dok­tor Drin­kwa­ter.

- Cóż, nie mia­łem z nimi wiele do czy­nie­nia - przy­znał Smoky. - Mój ojciec lubił psy.

Dok­tor Drin­kwa­ter poki­wał głową, ale chyba był roz­cza­ro­wany.

- Zawsze miesz­ka­łem w mia­stach albo na przed­mie­ściach. Rano lubi­łem słu­chać pta­ków. - Smoky zamilkł na chwilę. - Czy­ta­łem pań­skie opo­wia­da­nia. Uwa­żam, że są... bar­dzo praw­dziwe, jak sądzę. - Uśmiech­nął się i natych­miast uświa­do­mił sobie, że jego uśmiech jest strasz­li­wie przy­milny, ale Dok­tor zda­wał się tego nie zauwa­żać. Wes­tchnął tylko głę­boko.

- Rozu­miem - powie­dział - że jesteś, chłop­cze, świa­dom, na co się piszesz.

Teraz to Smoky kaszl­nął celem wstępu.

- Oczy­wi­ście wiem, pro­szę pana, że nie potra­fię zapew­nić Alice... luk­susu i prze­py­chu, do jakich przy­wy­kła, przy­naj­mniej jesz­cze nie teraz. Jestem... na eta­pie poszu­ki­wań. Ode­bra­łem dobre wykształ­ce­nie, nie do końca for­malne, ale obmy­ślam wła­śnie spo­soby, jak mógł­bym wyko­rzy­stać moją wie­dzę. Mógł­bym uczyć.

- Uczyć?

- Lite­ra­tury kla­sycz­nej.

Dok­tor od paru chwil spo­glą­dał ku wyso­kim pół­kom, ugi­na­ją­cym się pod ciem­nymi tomami.

- Hm. W tym pomiesz­cze­niu prze­cho­dzą mnie ciarki - stwier­dził. - "Idź, poroz­ma­wiaj z chłop­cem w biblio­tece", każe mi mama. Jeśli nie muszę, ni­gdy tu nie przy­cho­dzę. A cze­góż takiego mógł­byś uczyć, powia­dasz?

- Nie wiem jesz­cze. Wła­śnie, hm, biorę to pod lupę.

- Umiesz pisać? W sen­sie... kali­gra­fo­wać? To bar­dzo ważne dla nauczy­ciela.

- O tak. Mam sta­ranny cha­rak­ter pisma. - Mil­cze­nie. - Dys­po­nuję pewną sumą pie­nię­dzy, spad­kiem...

- Och, pie­nią­dze. O to się nie mar­twmy. Jeste­śmy bogaci. - Uśmiech­nął się sze­roko do Smoky'ego. - Bogaci jak Kre­zus. - Dotknął ple­cami opar­cia kanapy, obej­mu­jąc kolano we fla­ne­lo­wych spodniach dziw­nie małymi dłońmi. - Głów­nie po moim dziadku. Był archi­tek­tem. No i ja też zara­biam, na opo­wia­da­niach. Zasię­gnę­li­śmy też dobrej porady. - Spoj­rzał na Smoky'ego dziw­nie, nie­mal ze współ­czu­ciem. - Na to zawsze możesz liczyć: na dobrą poradę. - Po czym, jakby sam udzie­lił wła­śnie Smoky'emu dobrej porady, roz­sta­wił nogi, pokle­pał się po kola­nach i wstał. - Cóż. Będę już szedł. Widzimy się na kola­cji? Świet­nie. Nie prze­mę­czaj się dzi­siaj zbyt­nio. Jutro czeka cię ciężki dzień. - Ostat­nie słowa powie­dział już za pro­giem, bo tak mu się śpie­szyło do wyj­ścia.

Archi­tek­tura domów wiej­skich

Zauwa­żył je za szkla­nymi drzwicz­kami biblio­teczki, z tyłu za kanapą, na któ­rej sie­dział dok­tor Drin­kwa­ter. Uklęk­nął na kana­pie, prze­krę­cił klucz w zamku i odsu­nął drzwiczki. Stały tam razem, wszyst­kie sześć. Tak jak mówiła bro­szura, kolejne wyda­nia były coraz grub­sze. Po obu stro­nach kom­pletu, oparte o sie­bie albo uło­żone poziomo, były też inne tomy, może z innych wydań. Wyjął naj­cień­szy tom, gruby może na cal. Archi­tek­tura domów wiej­skich. Przez wklę­sło­dru­kową okładkę bie­gła uko­śnie "rusty­kalna" wik­to­riań­ska typo­gra­fia, a z liter wyra­stały gałązki i listki w oliw­ko­wej bar­wie suchego listo­wia. Prze­rzu­cił cięż­kie kartki. Późny gotyk, w for­mie ory­gi­nal­nej lub czę­ściowo zmie­nio­nej. Willa w stylu wło­skim, odpo­wied­nia na rezy­den­cję na tere­nie pła­skim lub lekko pofał­do­wa­nym. Styl Tudo­rów i zmo­dy­fi­ko­wany styl neo­kla­syczny, cno­tli­wie na oddziel­nych stro­nach. Domek wiej­ski. Dwo­rek. Wszyst­kie obsa­dzone na ryci­nach topo­lami, sosnami, a w tle góry lub chmury. Do domów zmie­rzali w gościnę mali czarni ludzie, a może to dumni wła­ści­ciele szli, by ode­brać, co należy do nich? Pomy­ślał, że gdyby wszyst­kie te ilu­stra­cje były na szkle, mógłby pod­nieść je na raz i oglą­dać w zamiesz­ka­łej przez dro­biny kurzu smu­dze słońca, a wtedy Edge­wood uka­za­łoby się mu w całej oka­za­ło­ści. Prze­czy­tał frag­ment tek­stu, który poda­wał dokładne wymiary, opcje fan­ta­zyj­nych ele­men­tów, pełne i dość zabawne koszty budowy (dzie­sięć dola­rów tygo­dniowo dla kamie­nia­rzy, któ­rzy już dawno zabrali do grobu swoje umie­jęt­no­ści i taj­niki) oraz wyszcze­gól­niał, jaki rodzaj domu pasuje do róż­nych typów oso­bo­wo­ści i do róż­no­ra­kich pro­fe­sji. Smoky odło­żył książkę.

Następ­nie wycią­gnął tom pra­wie dwa razy grub­szy. Czwarte wyda­nie, gło­sił napis, Lit­tle, Brown, Boston, 1898. Na stro­nie sąsia­du­ją­cej z tytu­łową wid­niał ryso­wany ołów­kiem, miękką kre­ską, por­tret Drin­kwa­tera. Smoky nie­ja­sno roz­po­znał podwójne, pisane z myśl­ni­kiem nazwi­sko rysow­nika. Na zadru­ko­wa­nej od brzegu do brzegu stro­nie tytu­ło­wej wid­niało motto: "Powstaję i burzę od nowa". Shel­ley. Ilu­stra­cje były te same, choć wśród nich wid­niał rów­nież zestaw "Połą­cze­nia", z któ­rych wszyst­kie były pla­nami pię­ter i które pod­pi­sane były w spo­sób dla Smoky'ego kom­plet­nie nie­zro­zu­miały.

Szó­ste i ostat­nie wyda­nie, wiel­kie i cięż­kie, było prze­pięk­nie opra­wione w sece­syjny fio­let. Litery tytułu wycią­gały drżące członki i wysu­wały zawi­jane dolne linie, jakby chciały rosnąć. Całość spra­wiała wra­że­nie, jakby odbi­jała się w pomarsz­czo­nej tafli stawu z roz­kwi­tłymi liliami wod­nymi wie­czo­rową porą. Tutaj, na stro­nie sąsia­du­ją­cej z tytu­łową wid­niał nie Drin­kwa­ter, ale jego żona, na foto­gra­fii roz­ma­za­nej jak szkic węglem. Smoky stu­dio­wał jej nie­wy­raźne rysy twa­rzy. Być może to nie była kwe­stia sztuki - może Vio­let Bram­ble była, tak samo jak on, nie zawsze w pełni obecna, w pełni ist­nie­jąca. Była jed­nak uro­cza. Potem nastę­po­wały poetyc­kie dedy­ka­cje, epi­stoły i cały arse­nał Przed­mów, Wstę­pów oraz Wpro­wa­dzeń, dru­kiem czer­wo­nym i czar­nym. A potem znowu te małe domki jak wcze­śniej, tylko że teraz wyglą­dały sta­ro­mod­nie i dzi­wacz­nie, jak pospo­lite mia­steczko porwane manią nowo­cze­sno­ści. Zupeł­nie jakby sekre­tarka spi­su­jąca myśli Vio­let wal­czyła o resztki racjo­nal­no­ści na kolej­nych stro­nach, na któ­rych roiło się od pisa­nych wiel­kimi lite­rami ode­rwa­nych pojęć (czcionka zmniej­szała się, w miarę jak wyda­nia nabie­rały obję­to­ści), mniej wię­cej na co dru­giej stro­nie wid­niały przy­pisy na mar­gi­ne­sie, motta, nagłówki roz­dzia­łów i wszel­kie ele­menty zmie­nia­jące tekst w przed­miot, logiczny, pre­cy­zyj­nie wyra­żony, nie­da­jący się czy­tać. Na końcu przy­kle­jona do wyklejki okładki była mapa, kil­ka­krot­nie zło­żona, sta­no­wiąca w isto­cie cał­kiem gruby pakie­cik. Mapa była z cien­kiego papieru i Smoky z początku nie wie­dział, jak się zabrać do jej roz­kła­da­nia. Zaczął w jeden spo­sób, skrzy­wił się, sły­sząc jęk papieru, który przedarł się nie­znacz­nie na sta­rym zagię­ciu, i zaczął od nowa. Rzu­ca­jąc okiem na frag­menty, widział, że mapa jest w isto­cie jakimś ogrom­nym pla­nem, ale czego? W końcu zdo­łał ją całą roz­ło­żyć. Leżała, sze­lesz­cząc na jego kola­nach, zadru­ko­waną stroną do dołu. Musiał ją tylko odwró­cić. Zatrzy­mał się na tym, nie mając pew­no­ści, czy chce wie­dzieć, co mapa przed­sta­wia. "Rozu­miem - powie­dział Dok­tor - że jesteś świa­dom, na co się piszesz". Smoky pod­niósł jeden z brze­gów mapy. Sta­reńki, deli­katny papier uniósł się lekko jak skrzy­dełko ćmy. Prze­szył go snop słońca i Smoky dostrzegł zło­żone kształty z mnó­stwem opi­sów. Odwró­cił mapę, żeby dobrze się jej przyj­rzeć.

Aku­rat wtedy

- Czy ona pój­dzie, Cloud? - zapy­tała Mama, a Cloud odparła:

- Cóż, wygląda na to, że nie. - Ale nie chciała dodać nic wię­cej, tylko sie­działa przy dru­gim końcu kuchen­nego stołu. Dym z jej papie­rosa ula­ty­wał w pro­mie­nie słońca. Mama miała ręce po łok­cie w mące, ponie­waż była zajęta pie­cze­niem placka, co wcale nie było bez­myśl­nym zaję­ciem, choć tak to nazy­wała. W isto­cie, odkryła, że przy nim czę­sto myśli naj­pre­cy­zyj­niej, naj­ja­śniej. Kiedy jej ciało miało zaję­cie, potra­fiła robić to, co ina­czej zupeł­nie jej nie wycho­dziło, na przy­kład usta­wiać zmar­twie­nia w sze­regu, a dowódz­two nad każ­dym sze­re­giem prze­ka­zy­wać nadziei. Cza­sem przy goto­wa­niu przy­po­mi­nała sobie wier­sze, o któ­rych nie pamię­tała, że w ogóle je zna, albo mówiła języ­kami jej męża, dzieci, zmar­łego ojca, albo jej nie­na­ro­dzo­nych, widzia­nych wyraź­nie wnu­ków - trzech dziew­cząt, absol­wen­tek uni­wer­sy­tetu, i chu­dego, nie­szczę­śli­wego chłopca. W łok­ciach czuła pogodę i kiedy wsta­wiała teraz stare szklane formy z plac­kiem do pie­kar­nika, który ział na nią gorą­cym odde­chem, stwier­dziła, że idzie burza. Cloud nic na to nie powie­działa, tylko wes­tchnęła, zacią­gnęła się dymem i osu­szyła małą chu­s­teczką rosę, która zebrała się na jej pomarsz­czo­nej szyi. Chu­s­teczkę wetknęła potem sta­ran­nie w rękaw.

- Póź­niej się roz­po­go­dzi - zapo­wie­działa, wyszła powoli z kuchni i udała się kory­ta­rzem do swo­jego pokoju, żeby na chwilę zmru­żyć oczy, bo potem trzeba będzie zająć się kola­cją. Zanim poło­żyła się na sze­ro­kim łóżku, które przez kilka krót­kich lat dzie­liła z Hen­rym Clo­udem, spoj­rzała w stronę wzgórz i rze­czy­wi­ście, biały cumu­lus zaczął już się two­rzyć i pły­nąć w tę stronę, wzno­sząc się na nie­bie jak zapo­wiedź rychłego zwy­cię­stwa, bez wąt­pie­nia Sophie miała więc rację. Cloud leżała i myślała: przy­naj­mniej tu dotarł i nie zła­mał żad­nego z warun­ków. I tylko tyle mogła na razie powie­dzieć.

Aku­rat wtedy, tam, gdzie Stary Kamienny Mur oddziela Zie­loną Łąkę od Sta­rego Pastwi­ska, które w bzy­cze­niu owa­dów opada kamie­ni­ście nad brzeg Stawu z Liliami, dok­tor Drin­kwa­ter, w niskim kape­lu­szu z sze­ro­kim ron­dem, zatrzy­mał się, żeby zła­pać oddech po wędrówce wzno­szącą się drogą. Powoli szum krwi w jego uszach cichł i Dok­tor mógł znowu słu­chać sceny z pry­wat­nego słu­cho­wi­ska - nie­koń­czą­cych się roz­mów pta­ków, pół­to­nów cykad, sze­le­stów i tupo­tów tysiąca istot, które wcho­dziły na scenę i z niej scho­dziły. Zie­mia w tej oko­licy znała ludzką rękę, cho­ciaż w ostat­nich cza­sach czło­wiek tę rękę w dużej mie­rze cof­nął. Dok­tor Drin­kwa­ter patrzył na dach śpią­cej obory Browna, daleko za Sta­wem z Liliami. Wie­dział, że porzu­cone pastwi­sko nale­żało do gospo­dar­stwa sąsiada, a mur daw­niej sta­no­wił jego gra­nicę. Kra­jo­braz był tu róż­no­rodny - ludz­kie zabu­do­wa­nia, prze­strzeń pod wiele domów, małych i dużych, tu roz­le­gły mur, tam sło­neczne pastwi­sko, tutaj staw. Dla Dok­tora wła­śnie to wszystko było praw­dzi­wym zna­cze­niem słowa "eko­lo­gia", które od czasu do czasu widział źle uży­wane, gdy w gaze­cie z City czy­tał gęste kolumny sąsia­du­jące z pisaną przez niego kro­niką tego miej­sca. Kiedy tak sie­dział na cie­płym omsza­łym kamie­niu, sku­pia­jąc całą uwagę na tym kra­jo­bra­zie, Mały Pod­mu­szek przy­niósł mu wie­ści, że do wie­czora góra chmur roz­sy­pie się tu na kawałki.

Aku­rat wtedy w pokoju Sophie, na sze­ro­kim łóżku, gdzie przez wiele lat kła­dli się wspól­nie spać John Drin­kwa­ter i Vio­let Bram­ble, leżały ich dwie pra­wnuczki. Długa jasna suk­nia, którą następ­nego dnia miała wło­żyć Daily Alice, a następ­nie pew­nie ni­gdy cał­kiem jej nie zdjąć, wisiała na zacze­pio­nym o drzwi szafy wie­szaku i w lustrze na drzwiach odbi­jała drugą taką samą, z którą sty­kała się ple­cami. Poni­żej sukni i wokół niej znaj­do­wały się wszyst­kie rze­czy jej przy­na­leżne. W popo­łu­dnio­wym upale Sophie z sio­strą leżały nagie. Sophie prze­su­nęła dło­nią po wil­got­nym od potu bio­drze sio­stry. Daily Alice jęk­nęła:

- Oj, za gorąco. - A kiedy poczuła jesz­cze goręt­sze sio­strzane łzy na swoim ramie­niu, dodała: - Już nie­długo przyj­dzie twoja kolej, wybie­rzesz kogoś, albo może to cie­bie ktoś wybie­rze, i to ty będziesz czerw­cową panną młodą.

A Sophie odparła:

- Ni­gdy, prze­ni­gdy - i mówiła coś jesz­cze, ale Alice już nie mogła dosły­szeć, bo Sophie scho­wała twarz w ramie­niu sio­stry i jej słowa sta­piały się z szu­mem popo­łu­dnia. A mówiła: "On tego ni­gdy nie poj­mie ani nie dostrzeże, oni ni­gdy nie dadzą mu tego, co dali nam, będzie źle stą­pał, będzie patrzył, kiedy powi­nien odwra­cać wzrok, ni­gdy nie zauważy drzwi i nie będzie wie­dział, gdzie skrę­cić, sama zoba­czysz, pocze­kaj, a zoba­czysz", i o tym aku­rat wtedy myślała ciotka Cloud, o tym, co zoba­czą, jeśli pocze­kają. I o tym także roz­my­ślała matka Sophie i Alice, choć nie tyle była cie­kawa, ile raczej obser­wo­wała w myślach manewry całej armii Moż­li­wo­ści. I rów­nież Smoky, zosta­wiony w samot­no­ści na czas, jak rozu­miał, ogól­nej nie­dziel­nej sje­sty, chwil odpo­czynku, z wielką mapą roz­ło­żoną przed sobą w czar­nej, zaku­rzo­nej biblio­tece, aku­rat wtedy drżał nad tym, czujny i wypro­sto­wany jak pło­mień.

III

W chatce u stóp wzgó­rza Sta­ruszka żyła sobie. Pew­nie żyje na­dal, Bo nie ma jej w gro­bie.

Pew­nego pogod­nego lata pod koniec zeszłego wieku John Drin­kwa­ter, pod­czas pie­szej wędrówki po Anglii, rze­komo by oglą­dać domy, zna­lazł się któ­re­goś dnia o zmierz­chu pod furtką cegla­nego budynku ple­ba­nii w Che­shire. Zgu­bił drogę, jak rów­nież swój prze­wod­nik, nie­roz­waż­nie topiąc go w kanale młyń­skim, nad któ­rym wiele godzin wcze­śniej się posi­lał. Odczu­wał głód i choć angiel­ska pro­win­cja była bez­pieczna i uro­kliwa, czuł się nie­swojo.

Dziwne wnę­trza

W ogro­dzie ple­ba­nii, zaro­śnię­tym i zdzi­cza­łym, ćmy poły­ski­wały w kaska­dzie gęstych róża­nych krze­wów, a ptaki fru­wały i sze­le­ściły w sęka­tych gałę­ziach jabłoni, dyry­gu­ją­cych całym zakąt­kiem. W zagłę­bie­niu mię­dzy kona­rami ktoś sie­dział i pod­czas gdy Drin­kwa­ter patrzył, ten ktoś zapa­lił świeczkę. Świeczkę? Dziew­czyna w bia­łej sukience. Osła­niała pło­mień dłońmi. Świeczka zapło­nęła, przy­ga­sła, a potem roz­ja­rzyła się znowu. Dziew­czyna zadała pyta­nie, ale nie w jego stronę:

- O co cho­dzi?

Świeczka zga­sła.

- Prze­pra­szam naj­moc­niej? - ode­zwał się John Drin­kwa­ter.

Dziew­czyna zaczęła szybko i spraw­nie scho­dzić z drzewa, a on przy­sta­nął z dala od furtki, żeby nie wydać się natar­czywy ani wścib­ski, kiedy do niego podej­dzie. Ale nie pode­szła. Skądś, czy też zewsząd, dobiegł go śpiew sło­wika. Ucichł. Roz­legł się znowu.

Nieco wcze­śniej John Drin­kwa­ter zna­lazł się na roz­drożu (nie w sen­sie dosłow­nym, cho­ciaż w ciągu jego mie­sięcz­nej wędrówki wiele było i takich miejsc, gdzie musiał wybie­rać, czy pój­dzie górą, czy doliną, ale nie czuł, by wystar­cza­jąco uczyły go one poko­ny­wa­nia roz­droży życio­wych). Przez cały okropny rok pro­jek­to­wał gigan­tyczny Dra­pacz Chmur, który miał wyglą­dać jak kate­dra z trzy­na­stego wieku - na tyle, na ile pozwa­lał ogrom gma­chu i jego cele użyt­kowe. Wstępne szkice, które zapre­zen­to­wał klien­towi, miały być żar­tem, kapry­sem, nawet fał­szy­wym tro­pem, miały zostać odrzu­cone, ale klient tak tego nie zro­zu­miał. Chciał, żeby jego Dra­pacz Chmur tak wła­śnie wyglą­dał, i tym miał się osta­tecz­nie stać, Kate­drą Han­dlu. I żadne pomy­sły Johna Drin­kwa­tera - mosiężna skrzynka na listy w kształ­cie chrzciel­nicy, gro­te­skowe pła­sko­rzeźby w stylu klu­niac­kim z figu­rami kar­łów, które roz­ma­wiają przez tele­fon albo czy­tają kamienną taśmę tele­grafu, gar­gulce wysta­jące z ele­wa­cji na takiej wyso­ko­ści, że nikt by ich nawet nie dostrzegł, oraz mające, choć klient uda­wał, że nic mu to nie mówi, jego wła­sne wyłu­pia­ste oczy i poro­waty nos - nic nie było dla niego zbyt wielką prze­sadą i wszystko miało być wyko­nane wła­śnie tak, jak to wymy­ślił Drin­kwa­ter.

Pro­jekt się cią­gnął, a Johna Drin­kwa­tera pró­bo­wała dopaść zmiana. Pró­bo­wała, bo opie­rał się z całych sił. Zmiana była jakby nie­za­leżną od niego istotą, wie­dział nie­mal, jak ma na imię. Naj­pierw dostrzegł ją w tym, że w jego zor­ga­ni­zo­wany dzień zaczęły się wkra­dać dziwne wizje na jawie: abs­trak­cyjne słowa, które w jego wnę­trzu wypo­wia­dał nagle jakiś głos. Jed­nym z takich słów była "Wie­lo­ra­kość". Kolej­nym, innego dnia (kiedy sie­dział, patrząc przez wyso­kie okna klubu uni­wer­sy­tec­kiego na czarny od sadzy deszcz) były "Kom­bi­na­tory". Poję­cie raz wypo­wie­dziane zawład­nęło całym jego umy­słem, roz­lało się na jego miej­sce pracy i na finanse, aż w końcu czuł wyłącz­nie cał­ko­wity para­liż i nie potra­fił się zdo­być na wyko­na­nie kolej­nego, długo przy­go­to­wy­wa­nego i dosko­nale obmy­ślo­nego kroku w karie­rze, którą wszy­scy okre­ślali już jako "zawrotną".

Czuł, że zapada w długi sen, a może z jakie­goś się budzi? Cokol­wiek to było, nie chciał tego. Zain­te­re­so­wał się teo­lo­gią jako reme­dium mają­cym go ule­czyć (jak myślał). Czy­tał Swe­den­borga i Augu­styna. Święty Tomasz z Akwinu przy­no­sił mu uko­je­nie, czuł, jak Dok­tor Aniel­ski wznosi kamień po kamie­niu wielką kate­drę swo­jej Summy. Dowie­dział się wtedy, że pod koniec życia święty Tomasz uznał wszystko, co napi­sał, za "stertę słomy".

"Sterta słomy". Drin­kwa­ter sie­dział przy sze­ro­kiej desce kre­ślar­skiej pod sko­sem dachu w dłu­giej pra­cowni archi­tek­tów Mouse Drin­kwa­ter Stone, wpa­try­wał się w sepiowe foto­gra­fie wież, par­ków i willi, które stwo­rzył, i myślał: "sterta słomy". Jak pierw­szy, naj­bar­dziej nie­trwały domek, który zbu­do­wały Trzy Świnki z bajki. Musi ist­nieć jakieś trwal­sze schro­nie­nie, w któ­rym mógłby się ukryć przed czy­ha­ją­cym na niego wil­kiem, czym­kol­wiek bestia jest. Miał trzy­dzie­ści dzie­więć lat.

Jego part­ner, Mouse, odkrył, że po kilku mie­sią­cach sie­dze­nia przy desce kre­ślar­skiej Drin­kwa­ter nie posu­nął się w pra­cach nad Kate­drą Han­dlu. Zamiast tego godzi­nami bazgrał małe domki z dziw­nymi wnę­trzami. Wysłano go na jakiś czas za gra­nicę, żeby odpo­czął.

Dziwne wnę­trza... Przy ścieżce, która od furtki pro­wa­dziła do drzwi ple­ba­nii zwień­czo­nych pół­ko­li­stym okien­kiem, dostrzegł jakąś machinę czy może deko­ra­cję ogro­dową, białą kulę na postu­men­cie oto­czo­nym zardze­wia­łymi żela­znymi pałą­kami. Nie­które z nich dawno wypa­dły i leżały na ścieżce, zaro­śnięte chwa­stami. Furtka ustą­piła pod pchnię­ciem, gra­jąc krótką melo­dię na zawia­sach. W domu poru­szyło się źró­dło świa­tła i kiedy pod­szedł zaro­śniętą ścieżką, ktoś zatrzy­mał go od progu.

Bo to był on

- Nie jesteś tu mile widziany - powie­dział dok­tor Bram­ble (bo to był on). - Zupeł­nie się zmie­ni­łeś. Czy to ty, Fred? Będę musiał zamon­to­wać w furtce zamek, bo ludzie nie znają żad­nych zasad.

- Nie jestem Fred.

Na brzmie­nie jego akcentu dok­tor Bram­ble umilkł. Pod­niósł lampę.

- Kim pan jest w takim razie?

- Po pro­stu wędruję po oko­licy. Oba­wiam się, że zgu­bi­łem drogę. Nie ma pan tele­fonu?

- Oczy­wi­ście, że nie.

- Nie chcia­łem pana nacho­dzić.

- Pro­szę uwa­żać na tel­lu­rium. Całe się roz­pada, można zro­bić sobie krzywdę. Ame­ry­ka­nin?

- Tak.

- Dobrze, niech pan wej­dzie.

Dziew­czyna już znik­nęła.

Dziwne drogi skryte w cie­niu

Dwa lata póź­niej John Drin­kwa­ter sie­dział i przy­sy­piał w pół­mroku prze­grza­nych sal Towa­rzy­stwa Teo­zo­ficz­nego City (ni­gdy by się nie spo­dzie­wał, że któ­re­kol­wiek z jego roz­droży dopro­wa­dzi go wła­śnie tutaj, a jed­nak tak się stało). Aku­rat zbie­rano zapisy na cykl wykła­dów świa­tłych osób, eks­per­tów z róż­nych dzie­dzin i na liście spi­ry­tu­al­nych mediów oraz gym­no­so­fi­stów, któ­rzy cze­kali na decy­zję Towa­rzy­stwa, Drin­kwa­ter odna­lazł nazwi­sko dok­tora The­odore'a Burne'a Bram­ble'a, mają­cego wygło­sić wykład o Świa­tach Małych wewnątrz Świa­tów Dużych. Kiedy tylko prze­czy­tał to nazwi­sko, natych­miast przed oczami, nie­przy­wo­łana, sta­nęła mu dziew­czyna na jabłoni, osła­nia­jąca dło­nią słaby pło­mień świeczki. "O co cho­dzi?". We wspo­mnie­niach zoba­czył ją ponow­nie, kiedy wcho­dziła do mrocz­nego salo­niku wika­rego, który nie przed­sta­wił jej, bo nie mógł się zdo­być na prze­rwa­nie perory nawet na krótką chwilę, by zdra­dzić jej imię, tylko kiw­nął głową i odsu­nął na bok stos pokry­tych ple­śnią ksią­żek oraz kar­tek prze­wią­za­nych nie­bie­ską taśmą, żeby zro­bić miej­sce na ser­wis do her­baty, cały w zacie­kach, i na wyszczer­biony tale­rzyk z wędzo­nym śle­dziem. Mogła być córką, pod­opieczną, słu­żącą albo nie­wol­nicą - lub wręcz opie­kunką, bo prze­ko­na­nia dok­tora Bram­ble'a były dziwne i cho­ro­bliwe, mimo że wyra­żał je bez zacie­trze­wie­nia.

- Widzi pan, Para­cel­sus jest zda­nia... - powie­dział i umilkł, by przy­pa­lić fajkę. W tym cza­sie Drin­kwa­ter zdo­łał zapy­tać:

- Ta młoda dama to pań­ska córka?

Dok­tor spoj­rzał gdzieś za plecy Drin­kwa­tera, jakby jego gość dostrzegł nie­zna­nego mu członka rodziny. Następ­nie potwier­dził kiw­nię­ciem głowy i cią­gnął:

- Widzi pan, Para­cel­sus...

Dziew­czyna, nie­wzy­wana, przy­nio­sła porto, białe i ruby, a po wypi­ciu trunku dok­tor Bram­ble poczuł się dosta­tecz­nie roz­grzany, by zacząć wyle­wać oso­bi­ste żale - jak to ode­brano mu ambonę, ponie­waż gło­sił poznaną przez sie­bie prawdę, i jak to teraz nacho­dzą go, żeby go drę­czyć, jak przy­wią­zują puszki do ogona jego psu, biedne stwo­rze­nie! Dziew­czyna przy­nio­sła whi­skey i brandy, i w końcu Drin­kwa­te­rowi było już wszystko jedno: zapy­tał ją, jak ma na imię.

- Vio­let - odparła, nie patrząc na niego.

Dok­tor Bram­ble wresz­cie zapro­wa­dził go do sypialni, ale tylko dla­tego, że gdyby z nim nie poszedł, Drin­kwa­ter zna­la­złby się poza zasię­giem jego głosu. I tak jed­nak Drin­kwa­ter już dawno prze­stał rozu­mieć, co dok­tor Bram­ble opo­wiada.

- Domy stwo­rzone z domów wewnątrz domów stwo­rzo­nych z czasu - usły­szał swój wła­sny głos, kiedy tuż przed świ­tem z zaschnię­tym gar­dłem obu­dził się ze snu, w któ­rym oglą­dał dobro­tliwą twarz dok­tora Bram­ble'a. Gdy prze­chy­lił sto­jący przy łóżku dzba­nek na wodę, z wnę­trza wypełzł zdez­o­rien­to­wany pająk. Nie mogąc zaspo­koić pra­gnie­nia, Drin­kwa­ter sta­nął przy oknie i przy­ci­snął chłodną por­ce­lanę do policzka. Przy­glą­dał się wyspom mgły roz­pro­wa­dza­nym przez wiatr mię­dzy ażu­rem drzew i patrzył, jak ostat­nie świe­tliki gaszą ogieńki. Widział, jak dziew­czyna wraca z obory, boso, w jasnej sukience, z wia­der­kiem mleka w każ­dej dłoni, a z cebrzy­ków z każ­dym jej kro­kiem spa­dały na zie­mię białe kro­ple, choć stą­pała ostroż­nie. Wła­śnie w tam­tej chwili poczuł prze­ni­kliwą ostrość myśli i nagle zro­zu­miał, jak ma się zabrać do budo­wa­nia domu, który rok i kilka mie­sięcy póź­niej stał się domem w Edge­wood.

A teraz tutaj, w Nowym Jorku, znowu napo­tkał jej nazwi­sko, któ­rego nie spo­dzie­wał się jesz­cze kie­dy­kol­wiek zoba­czyć. Zapi­sał się na wykłady.

Wie­dział, że dziew­czyna będzie towa­rzy­szyć ojcu, wie­dział to, kiedy tylko prze­czy­tał nazwi­sko Bram­ble. Jakimś Spo­so­bem miał pew­ność, że będzie miała jesz­cze więk­szy urok i że jej ni­gdy nie­ści­nane włosy będą teraz o dwa lata dłuż­sze. Nie miał nato­miast poję­cia, że przy­je­dzie w trze­cim mie­siącu ciąży z Fre­dem Rey­nar­dem czy Oli­ve­rem Hawk­squ­il­lem, czy kimś innym nie­mile widzia­nym na pro­bo­stwie (ni­gdy nie zapy­tał o nazwi­sko). Nie przy­szło mu do głowy, że ona, tak jak i on, będzie dwa lata star­sza, i że będzie miała za sobą wła­sne dziwne drogi skryte w cie­niu.

Powiedzmy, drzwi

- Para­cel­sus jest zda­nia - wykła­dał dok­tor Bram­ble teo­zo­fi­stom - że wszech­świat pełen jest sił, duchów, które nie są do końca nie­ma­te­rialne, cokol­wiek to zna­czy. Być może są stwo­rzone z jakiejś sub­tel­niej­szej, mniej kon­kret­nej mate­rii niż nasz zwy­kły świat. Wypeł­niają powie­trze, wodę i tak dalej, ota­czają nas ze wszyst­kich stron, przy każ­dym więc ruchu - wyko­nał w powie­trzu gest dłu­gimi pal­cami, burząc spo­kój dymu z fajki - prze­su­wamy ich tysiące.

Sie­działa przy drzwiach, tuż poza krę­giem świa­tła lampy z czer­wo­nym aba­żu­rem, znu­dzona albo zde­ner­wo­wana, albo jedno i dru­gie. Pod­pie­rała poli­czek dło­nią, a świa­tło lampy bar­wiło ciemny puszek na jej rękach na kolor blond. Oczy miała głę­bo­kie, o zwie­rzę­cym spoj­rze­niu, a zro­śnięte brwi, nie­re­gu­lo­wane i grube, bie­gły przez całe czoło bez żad­nej prze­rwy. Nie patrzyła na niego, a jeśli nawet, to go nie widziała.

- Para­cel­sus dzieli je na nere­idy, driady, sylfy i sala­man­dry - cią­gnął dok­tor Bram­ble. - To zna­czy (jak my byśmy to ujęli) syreny, elfy, wróżki i gobliny czy też skrzaty. Jedna klasa duchów na każdy z czte­rech żywio­łów: syreny zwią­zane z wodą, elfy z zie­mią, wróżki z powie­trzem i gobliny z ogniem. W ten spo­sób powstaje okre­śle­nie na wszyst­kie te istoty: żywio­łaki. Kla­sy­fi­ka­cja bar­dzo przej­rzy­sta i ści­sła. Para­cel­sus lubił myśleć w spo­sób usys­te­ma­ty­zo­wany. W naszym myśle­niu popeł­niamy jed­nakże powszechny błąd - stary, poważny błąd, który leży u pod­staw całej histo­rii naszej nauki - a mia­no­wi­cie, że świat składa się z tych wła­śnie czte­rech żywio­łów: z ziemi, powie­trza, ognia i wody. Dzi­siaj wiemy oczy­wi­ście, że ist­nieje około dzie­więć­dzie­się­ciu żywio­łów, któ­rych te stare cztery sta­no­wią tylko część.

Jego słowa wywo­łały poru­sze­nie wśród bar­dziej rady­kal­nej czę­ści publicz­no­ści, różo­krzy­żow­ców, któ­rzy na­dal przy­wią­zy­wali wielką wagę do czte­rech żywio­łów. Dok­tor Bram­ble za wszelką cenę pra­gnął, by wystą­pie­nie przy­nio­sło mu suk­ces, napił się więc wody ze szklanki, odchrząk­nął i usi­ło­wał przejść do kolej­nej czę­ści wykładu, która dopiero miała przy­nieść sen­sa­cje i rewe­la­cje.

- Wła­ściwe pyta­nie brzmi nastę­pu­jąco - cią­gnął. - Jeśli żywio­łaki nie sta­no­wią kilku rodza­jów istot, tylko jeden, a sądzę, że tak wła­śnie jest, dla­czego zatem obja­wiają się w tak róż­nych for­mach? Bo fakt, że się nam obja­wiają, panie i pano­wie, nie ulega już wąt­pli­wo­ści.

Spoj­rzał zna­cząco na swoją córkę, a za nim wielu rów­nież skie­ro­wało na nią wzrok. Prze­cież to wła­śnie jej doświad­cze­nia pod­su­nęły dok­to­rowi Bram­ble'owi waż­kie reflek­sje. Dziew­czyna uśmiech­nęła się słabo. Spra­wiała wra­że­nie, jakby kuliła się pod ich wzro­kiem.

- Zatem - mówił dalej Dok­tor - gdy zesta­wimy różne doświad­cze­nia, zarówno te z mitów i podań, jak rów­nież te cał­kiem nie­dawne, dające się zwe­ry­fi­ko­wać bada­niami, odkry­wamy, że choć można doko­nać podziału żywio­ła­ków na dwie pod­sta­wowe postaci, wystę­pują one w kilku róż­nych roz­mia­rach i (jak to okre­ślamy) gęsto­ściach.

Podział na dwie odrębne posta­cie - z jed­nej strony na ete­ryczną, piękną, wznio­słą, a z dru­giej na cho­chli­ko­watą, ziem­ską, zło­śliwą, jest w isto­cie podzia­łem płcio­wym. Róż­nice płciowe są u tych istot znacz­nie wyraź­niej zary­so­wane niż u ludzi.

Róż­nice w ich roz­mia­rach nato­miast to jesz­cze inna sprawa. Jakież to są róż­nice? Gdy istoty te obja­wiają się w postaci sylfa lub cho­chlika, są nie więk­sze niż duże owady czy koli­ber. Mówi się, że zamiesz­kują lasy, koja­rzy się je z kwia­tami. Krążą zabawne opo­wie­ści o ich włócz­niach z kol­ców sza­rań­czy, o ich rydwa­nach z łupin orze­cha zaprzę­żo­nych w ważki i tak dalej. W innych nato­miast przy­pad­kach osią­gają od jed­nej do trzech stóp wzro­stu, są bez­skrzy­dłe i mają postać w pełni ukształ­to­wa­nych, choć nie­wiel­kich męż­czyzn oraz kobiet, prak­ty­ku­ją­cych ludz­kie oby­czaje. Wśród istot tych są też dziew­częta, które zdo­by­wają ludz­kie serca i naj­wy­raź­niej mogą dzie­lić z ludźmi łoże. Są one wzro­stu mło­dych kobiet gatunku ludz­kiego. Ist­nieją rów­nież wojow­nicy na wspa­nia­łych ruma­kach oraz strzygi, koboldy i ogry, które są ogromne, dużo więk­sze od ludzi.

Jak to wytłu­ma­czyć?

Wyja­śnie­nie brzmi: świat zamiesz­ki­wany przez te istoty nie jest tym, w któ­rym miesz­kamy my. To zupeł­nie inny świat, zawie­ra­jący się w naszym. Sta­nowi w pew­nym sen­sie wie­lo­aspek­towe, odda­la­jące się lustrzane odbi­cie naszego świata, o spe­cy­ficz­nej topo­gra­fii i o struk­tu­rze, którą muszę okre­ślić jako lejo­watą. - Dok­tor Bram­ble zawie­sił głos dla lep­szego efektu. - Rozu­miem przez to, że ten inny świat składa się z serii kon­cen­trycz­nych krę­gów, które, w miarę jak się zagłę­biamy, stają się coraz więk­sze. Im głę­biej się scho­dzi, tym szer­sze ten świat ma gra­nice. Każdy z tych kon­cen­trycz­nych krę­gów zawiera w sobie kolejny świat, więk­szy niż ten krąg, aż osta­tecz­nie świat w punk­cie cen­tral­nym, naj­głęb­szym, osiąga nie­skoń­czo­ność, a przy­naj­mniej jest bar­dzo, bar­dzo duży. - Bram­ble znowu napił się wody. Jak zawsze, kiedy przy­stę­po­wał do wyja­śnień, wszystko zaczy­nało mu się wymy­kać. Tra­cił dosko­nałą jasność wizji, ledwo pochwy­cony ide­alny para­doks, który cza­sem roz­brzmie­wał w nim czy­sto jak dzwon. To było takie trudne do wyra­że­nia - a może wręcz, na Boga, nie­moż­liwe. Publicz­ność cze­kała z kamien­nym wyra­zem twa­rzy. - Widzą pań­stwo, my, ludzie, zamiesz­ku­jemy prze­strzeń, która w isto­cie jest naj­roz­le­glej­szym, naj­skraj­niej­szym krę­giem tego leja, tego innego świata. Para­cel­sus ma rację: każ­demu naszemu ruchowi towa­rzy­szą owe inne istoty, ale my ich nie dostrze­gamy, nie dla­tego, że są nie­ma­te­rialne, ale dla­tego, że są zbyt małe, byśmy je widzieli!

Na wewnętrz­nej kra­wę­dzi tego kręgu, będą­cego naszym powsze­dnim świa­tem, znaj­duje się bar­dzo wiele przejść - powiedzmy, drzwi - któ­rymi możemy się dostać do kolej­nego, mniej­szego, a raczej więk­szego kręgu ich świata. Jego miesz­kańcy są wiel­ko­ści pta­ków-zjaw albo błęd­nych ogni­ków. Wła­śnie taką ich postać naj­czę­ściej widzimy, więk­szość ludzi prze­cho­dzi bowiem przez gra­nicę zale­d­wie tego pierw­szego kręgu, jeśli w ogóle zdoła się tam prze­do­stać. Następny krąg jest mniej­szy i dla­tego ma mniej­szą liczbę drzwi. Z tego powodu przy­pad­kowe przej­ście do tego kręgu jest mniej praw­do­po­dobne. Jego miesz­kańcy mają wiel­kość dzieci czy też Małych Ludzi, odpo­wied­nio rza­dziej obser­wo­waną. I ana­lo­gicz­nie w kolej­nych, głęb­szych świa­tach roz­le­głe wewnętrzne kręgi, któ­rych miesz­kańcy dora­stają do naszych peł­nych roz­mia­rów, są tak małe, że w naszym codzien­nym życiu kom­plet­nie ich nie zauwa­żamy i bez­wied­nie pomi­jamy je z każ­dym kro­kiem. Ni­gdy nie prze­kra­czamy ich gra­nicy, choć nie­wy­klu­czone, że w daw­nych hero­icz­nych wie­kach dostęp do tych miejsc był łatwiej­szy, stąd też wywo­dzi się wiele podań o czy­nach doko­ny­wa­nych w tych kra­inach. Na koniec krąg naj­więk­szy, nie­skoń­czony, punkt cen­tralny, gdzie, panie i pano­wie, herosi cwa­łują konno przez bez­miar ziem, żeglują bez­kre­snymi morzami i gdzie moż­li­wo­ściom nie ma końca. Ten krąg jest tak maleńki, że nie miesz­czą się w nim żadne drzwi.

Usiadł wyczer­pany.

- A więc tak. - Wsu­nął zga­słą fajkę mię­dzy zęby. - Zanim przejdę do przed­sta­wia­nia dowo­dów, pew­nych pre­zen­ta­cji, mate­ma­tycz­nych i topo­gra­ficz­nych - postu­kał dło­nią nie­równo uło­żony stos papie­rów i ksią­żek z wie­loma zakład­kami - powinni pań­stwo wie­dzieć, że ist­nieją osoby, któ­rym dany jest dar prze­ni­ka­nia wedle uzna­nia lub pra­wie wedle uzna­nia do tych małych świa­tów, które omó­wi­łem. Jeśli życzy­cie sobie nama­cal­nego dowodu przed­sta­wio­nych przeze mnie twier­dzeń, moja córka, panna Vio­let Bram­ble...

Wśród człon­ków Towa­rzy­stwa roz­legł się szmer szep­tów (prze­cież wła­śnie po to wszy­scy tu przy­szli). Zwró­cili się w stronę fotela, na któ­rym pod lampą z czer­wo­nym aba­żu­rem sie­działa wcze­śniej Vio­let.

Dziew­czyna znik­nęła.

Moż­li­wo­ściom nie ma końca

To Drin­kwa­ter zna­lazł ją sku­loną na pode­ście scho­dów pro­wa­dzą­cych z pomiesz­czeń Towa­rzy­stwa do kan­ce­la­rii praw­ni­czej pię­tro wyżej. Nie poru­szyła się, kiedy wcho­dził po stop­niach w jej stronę, tylko badaw­czo wodziła za nim wzro­kiem. Gdy chciał zapa­lić lampę gazową nad jej głową, dotknęła jego łydki.

- Nie.

- Panna chora?

- Nie.

- Prze­stra­szona?

Nie odpo­wie­działa. Usiadł obok niej i ujął jej dłoń.

- Już dobrze, moje dziecko - rzekł z ojcow­ską tro­ską, czu­jąc jed­nak dreszcz, jakiś prąd, który prze­biegł z jej ręki do jego. - Oni nie chcą zro­bić pani krzywdy, nie będą pani zadrę­czać...

- Nie jestem cyr­ko­wym dzi­wa­dłem - wyce­dziła powoli.

- Nie.

Ile mogła mieć lat? Pięt­na­ście, szes­na­ście? A jed­nak musiała tak żyć. Sie­dząc teraz bli­żej, zoba­czył, że dziew­czyna cicho pła­cze. Wiel­kie łzy zbie­rały się w ciem­nych orbi­tach jej oczu, drżały u nasady gęstych rzęs i jedna po dru­giej spa­dały na policzki.

- Żal mi go. Strasz­nie nie chce mi tego robić, a jed­nak musi. Dla­tego że jeste­śmy w despe­ra­cji. - Powie­działa to po pro­stu, jakby mówiła: "Dla­tego że jeste­śmy Angli­kami". Nie wyswo­bo­dziła ręki z jego dłoni. Może jej nie zauwa­żyła.

- Pro­szę pozwo­lić mi pomóc. - Takie słowa spły­nęły do jego warg, czuł jed­nak, że wszystko, co jej doty­czyło, nie jest już dla niego kwe­stią wyboru. Wydało mu się, że dwa lata próż­nych zma­gań, które minęły mię­dzy zmierz­chem, gdy ją ujrzał na jabłoni, a tą wła­śnie chwilą, kur­czą się teraz, zmie­niają w dro­binę pyłu i ula­tują. Musi ją chro­nić. Zabie­rze ją stąd tam, gdzie będzie bez­pieczna, tam, gdzie... Ona nie powie­działa już ani słowa, a on też nie potra­fił prze­mó­wić. Wie­dział, że jego skru­pu­lat­nie budo­wane życie, sta­ran­nie muro­wane i meblo­wane przez ponad czter­dzie­ści lat, nie oparło się wichu­rze roz­pę­ta­nej przez znu­że­nie i bez­siłę: czuł, jak się sypie, jak fun­da­menty się kru­szą, jak poja­wiają się wiel­kie pęk­nię­cia, jak cała budowla zapada się z wiel­kim hukiem, któ­rego echo sły­szy wręcz w uszach. Poca­łun­kami ocie­rał cie­płe słone łzy z jej policzka.

Prze­chadzka wokół domu

- Może macie ochotę na prze­chadzkę wokół domu? - zapy­tał John Drin­kwa­ter Vio­let, kiedy wszyst­kie ich kufry i skrzy­nie usta­wiono w progu, by zajęła się nimi służba, a dok­tora Bram­ble'a umiesz­czono w wygod­nym fotelu na sze­ro­kiej mar­mu­ro­wej weran­dzie.

Po zwę­ża­ją­cych się ku górze kolu­mien­kach werandy pięła się przy­cięta gli­cy­nia, jej krysz­ta­ło­wo­zie­lone liście, choć lato było jesz­cze młode, już teraz czę­ściowo prze­sła­niały sce­ne­rię, którą zapre­zen­to­wał gestem dłoni - sze­roki traw­nik i młode rośliny, widok na pawi­lon i taflę wody w oddali, nad którą biegł łuk pro­stego mostka w stylu antycz­nym.

Dok­tor Bram­ble odmó­wił i wycią­gnął z kie­szeni nie­wielką ksią­żeczkę. Vio­let cicho wyra­ziła chęć prze­chadzki (jakże skrę­po­wana musiała być teraz w tym wspa­nia­łym miej­scu. Spo­dzie­wała się chat z drewna i czer­wo­no­skó­rych Indian. Naprawdę nie­wiele świata znała). Ujęła ramię, które jej zapro­po­no­wał - silne ramię budow­ni­czego, pomy­ślała - i ruszyli przez nowy traw­nik, po żwi­ro­wej ścieżce mię­dzy kamien­nymi sfink­sami usta­wio­nymi w odstę­pach, by strze­gły drogi. (Sfinksy wyrzeź­bili jego zaprzy­jaź­nieni wło­scy kamie­nia­rze, ci sami, któ­rzy aku­rat w tej chwili szli­fo­wali gir­landy z kiści wino­gron i dzi­waczne twa­rze na sze­ro­kich fasa­dach budyn­ków jego part­nera Mouse'a w City. Cio­sali je szybko w mięk­kim kamie­niu, dla któ­rego czas miał się oka­zać nie­ła­skawy, ale dopiero póź­niej).

- Nale­gam, żeby zostali pań­stwo, jak długo chcą - zazna­czył wcze­śniej Drin­kwa­ter w restau­ra­cji Sherry's, dokąd ich zabrał, kiedy wykład zakoń­czył się wąt­pliwą kon­klu­zją. Wła­śnie wtedy pierw­szy raz ich zapro­sił, nie­śmiało, ale sta­now­czo. Zapro­sze­nie powtó­rzył w lobby obskur­nego, zatę­chłego hotelu, kiedy przy­szedł ich ode­brać, oraz na sta­cji Grand Cen­tral pod wiel­kim migo­czą­cym zodia­kiem, który (jak nie omiesz­kał zauwa­żyć dok­tor Bram­ble) po gra­na­to­wym jak nocne niebo sufi­cie prze­su­wał się w prze­ciwną stronę. A potem jesz­cze raz w pociągu, kiedy Vio­let zdrzem­nęła się pod jedwabną różyczką, rów­nież drze­miącą w kole­jo­wym wazo­niku.

Ale jak długo będzie chciała?

- Bar­dzo miło z pań­skiej strony - odparła.

"Będziesz miesz­kała w wielu domach" - powie­działa jej kie­dyś pani Under­hill. "Będziesz się błą­kać i miesz­kać w wielu domach". Vio­let roz­pła­kała się na te słowa, czy też raczej pła­kała póź­niej, kiedy myślała o nich w pocią­gach, na stat­kach i w pocze­kal­niach, nie wie­dząc, ile domów to wiele i jak długo będzie miesz­kać w każ­dym z nich. Na pewno miało to zająć całą wiecz­ność, bo odkąd pół roku wcze­śniej opu­ścili ple­ba­nię w Che­shire, miesz­kali tylko w hote­lach i na stan­cjach, i wyglą­dało na to, że tak już będzie. Jak długo?

Jakby ćwi­czyli musz­trę, poma­sze­ro­wali schludną kamienną ścieżką, skrę­cili w lewo, poma­sze­ro­wali kolejną. Drin­kwa­ter wstęp­nie chrząk­nął, aby oznaj­mić, że za chwilę prze­rwie ciszę, jaka mię­dzy nimi zapa­dła.

- Jestem nie­zwy­kle cie­kaw tych... pani doświad­czeń - powie­dział. - Nie zamie­rzam naci­skać, zada­wać nie­de­li­kat­nych pytań ani pani dener­wo­wać, jeśli roz­mowa o tym zabu­rza pani spo­kój. - Uniósł dłoń jak do przy­sięgi. - Po pro­stu bar­dzo mnie to inte­re­suje.

Nic nie odparła. Mogła mu tylko powie­dzieć, że to wszystko i tak nale­żało już do prze­szło­ści. Przez chwilę jej serce uro­sło i nabrzmiało, a on to chyba wyczuł, bo przy­ci­snął jej ramię, bar­dzo deli­kat­nie.

- Inne światy - powie­dział roz­ma­rzo­nym gło­sem. - Światy zawarte w świa­tach.

Zapro­wa­dził ją na jedną z wielu ławe­czek usta­wio­nych pod łukiem przy­cię­tego żywo­płotu z buksz­panu. Wydało się jej, że zło­żona fasada domu w oddali, jaśnie­jąca w słońcu póź­nego popo­łu­dnia, pozo­staje surowa, ale uśmie­cha się jak twarz Era­zma na ilu­stra­cji, którą zoba­czyła przez ramię ojca w jego książce.

- Cóż - ode­zwała się. - Te wyobra­że­nia, o świa­tach wewnątrz świa­tów i tak dalej, to są wyobra­że­nia ojca. Ja o nich nic nie wiem.

- Ale była tam pani.

- Tak mówi ojciec. - Skrzy­żo­wała nogi i sple­cio­nymi pal­cami zakryła starą, nie­da­jącą się sprać brą­zową plamkę na muśli­no­wej sukience. - Wie pan, ja ni­gdy nie sądzi­łam, że tak będzie. Opo­wie­dzia­łam mu tylko... wszystko, co mi się przy­da­rzyło, bo chcia­łam go pod­nieść na duchu. Powie­dzieć mu, że wszystko będzie dobrze, że nasze pro­blemy sta­no­wią część Opo­wie­ści.

- Opo­wie­ści?

Stała się ostrożna.

- To zna­czy, ni­gdy się tego nie spo­dzie­wa­łam. Że zosta­wię dom. Że zosta­wię... - "Ich", nie­mal dokoń­czyła, ale od tam­tego wie­czoru w Towa­rzy­stwie Teo­zo­ficz­nym - tej kro­pli, która prze­lała czarę gory­czy! - posta­no­wiła już wię­cej o nich nie wspo­mi­nać. Wystar­czyła ich bole­sna utrata.

- Panno Bram­ble - powie­dział. - Na miłość! Z całą pew­no­ścią ni­gdy bym nie nale­gał... aby zdra­dziła mi pani tę opo­wieść. - To nie była prawda. Opo­wieść go fascy­no­wała. Musiał ją poznać: musiał poznać, co kryje serce Vio­let. - Nie będę pani nie­po­koił. Może pani odpo­cząć. - Ręką wska­zał ku libań­skim cedrom, które zasa­dził na tym sta­ran­nie zapro­jek­to­wa­nym traw­niku. Wiatr w ich gałąz­kach gawo­rzył jak dziecko, słał wątłą zapo­wiedź dono­śnego, potęż­nego głosu, jaki będzie roz­brzmie­wał, gdy drzewa się w pełni roz­ro­sną. - Tutaj jest bez­piecz­nie. Po to to wszystko stwo­rzy­łem.

A ona rze­czy­wi­ście, mimo sztyw­no­ści obo­wią­zu­ją­cych tutaj form, czuła wewnętrzny spo­kój. Opo­wie­dze­nie o nich ojcu było strasz­nym błę­dem - tylko go wzbu­rzyło, a nie uspo­ko­iło, i wysłało ich oboje na tułaczkę jak parę wędrow­nych kazno­dziei albo raczej jak cygana z tań­czą­cym niedź­wie­dziem, żeby w ponu­rych salach wykła­do­wych i świe­tli­cach zara­biali na życie zaba­wia­niem sza­leń­ców i obse­sjo­na­tów (a potem prze­li­czali utarg, Boże drogi!). Dla­tego jeśli wresz­cie zna­leźli odpo­czy­nek i zapo­mnie­nie, nie mogło być lepiej, nie mogli sobie wyma­rzyć szczę­śliw­szego końca. Tylko...

Wstała, nie­spo­kojna, nie­po­go­dzona z czymś, i ruszyła sło­neczną ścieżką ku zwień­czo­nej łukami kolum­na­dzie, która niczym sce­niczna deko­ra­cja przy­le­gała do naroż­nika domu.

- Zbu­do­wa­łem to wszystko - sły­szała jego głos - tak naprawdę dla pani. W pew­nym sen­sie.

Prze­szła pod łukami, skrę­ciła za róg domu i nagle z koperty zwy­kłego skrzy­dła z kolum­nadą wypa­dła i roz­ło­żyła się przed jej oczami ukwie­cona kartka walen­tyn­kowa, bie­lona, ame­ry­kań­ska, z barw­nymi kwiet­ni­kami i ażu­rem wyrzy­na­nych w drew­nie wzo­rów. To było zupeł­nie inne miej­sce. Jakby surowy Erazm zakrył teraz usta dło­nią i chi­cho­tał. Zaśmiała się, po raz pierw­szy, odkąd na zawsze zamknęła za sobą furtkę do ogrodu w Anglii.

Dołą­czył do niej, nie­mal bie­gnąc, i uśmie­chał się na widok jej zasko­czo­nej miny. Zsu­nął słom­kowy kape­lusz na tył głowy i z oży­wie­niem opo­wia­dał o domu, o sobie samym. Przez jego twarz prze­su­wał się kalej­do­skop nastro­jów.

- To nie jest zwy­czajny dom, o, nie - śmiał się - nie ma w nim nic tuzin­ko­wego. Na przy­kład tutaj: to miał być, widzi pani, ogró­dek warzywny przy kuchni, każdy archi­tekt tutaj by taki zapla­no­wał, ale ja zapeł­ni­łem go kwia­tami. Kucharka nie będzie prze­cież upra­wiała ogrodu, a ogrod­nik co prawda świet­nie zna się na pie­lę­gna­cji kwia­tów, za to przy­znaje, że każdy pomi­dor mu usy­cha... - Teraz wska­zał bam­bu­sową laską na zgrabną pom­pow­nię. - Zupeł­nie taka - zazna­czył - jaka stała w ogro­dzie moich rodzi­ców, i do tego uży­teczna. - Potem poka­zał gięte woluty werandy, po któ­rych zaczęła już się piąć sze­ro­ko­listna wino­rośl. - Malwy - dodał, pro­wa­dząc ją, by podzi­wiała strze­li­ste kwiaty, w któ­rych uwi­jały się trzmiele. - Dla niektó­rych malwy to chwa­sty. Nie dla mnie.

- Uwaga na głowy! - krzyk­nął czyjś głos z wyraź­nym irlandz­kim akcen­tem. Poko­jówka na pię­trze otwo­rzyła okno i wytrzą­sała w słońcu mio­tełkę do kurzu.

- Świetna dziew­czyna - zazna­czył Drin­kwa­ter, wska­zu­jąc Irlandkę kciu­kiem. - Zna­ko­mita... - Spoj­rzał na Vio­let wzro­kiem na powrót roz­ma­rzo­nym, ona spoj­rzała na niego, a dro­binki kurzu opa­dały na nią w słońcu jak złoty deszcz na Danae. - Przy­pusz­czam - powie­dział poważ­nym tonem, a bam­bu­sowa laska koły­sała się za jego ple­cami jak waha­dło - przy­pusz­czam, że myśli pani, że jestem stary.

- Chce pan powie­dzieć, że to pan tak myśli.

- Nie jestem stary. Nie jestem.

- Ale podej­rzewa pan, że...

- To zna­czy, myślę, że...

- Powi­nien pan powie­dzieć "sądzę, że" - odparła, tupiąc i pod­no­sząc motyla z płat­ków goź­dzika. - Ame­ry­ka­nie zawsze mówią "sądzę", prawda? - Udała niski głos ame­ry­kań­skiego chłopka-roz­tropka: - "Sądzę, że pora spę­dzić krowy z pastwi­ska. Sądzę, że nie ma mowy o podat­kach bez man­da­tów w kon­gre­sie". Sam pan prze­cież wie.

Nachy­liła się, żeby pową­chać kwiaty, a on schy­lił się z nią. Słońce pra­żyło jej nie­osło­nięte ręce i kazało drę­czo­nym przez upał owa­dom bzy­czeć i brzę­czeć w ogro­dzie.

- Cóż - powie­dział, a ona wyczuła w jego gło­sie nagłą śmia­łość. - Sądzę, zatem. Sądzę, że panią kocham, Vio­let. Sądzę, że chcę, żeby została tu pani już na zawsze. Sądzę...

Ucie­kła od niego wyło­żoną płyt­kami ścieżką, wie­dząc, że w następ­nym kroku weź­mie ją w ramiona. Ucie­kła za kolejny róg domu. On pozwo­lił jej biec. Nie daj mi uciec, myślała.

Co się takiego stało? Zwol­niła, kiedy zna­la­zła się w mrocz­nej doli­nie. Była teraz w stre­fie cie­nia za domem. Traw­nik scho­dził pochyło ku cichemu stru­mie­niowi w dole, a zaraz za wodą wyra­stało nagle strome wzgó­rze, naje­żone ostrymi sosnami jak koł­czan strza­łami. Zatrzy­mała się pośród zasa­dzo­nych tam cisów. Nie wie­działa, w którą stronę się zwró­cić. Dom przed nią był szary jak cisy i rów­nie posępny. Na masyw­nych kamien­nych fila­rach, przy­tła­cza­ją­cych w swo­jej sile, wspie­rały się gzymsy, które, jak się wyda­wało, niczemu tam nie słu­żyły, a wyłącz­nie coś masko­wały. Co miała robić?

Wtedy dostrze­gła Drin­kwa­tera. W bia­łym gar­ni­tu­rze wyglą­dał jak blade widmo błą­ka­jące się po kamien­nym kruż­ganku. Sły­szała jego buty na pły­tach chod­nika. Wiatr zmie­nił kie­ru­nek i prze­chy­lił gałę­zie cisów w jego stronę, ale ona nie chciała tam patrzeć, zmie­szana stała w mil­cze­niu. On pod­szedł bli­żej.

- Nie wolno panu mówić takich rze­czy - powie­działa do ciem­nego Wzgó­rza, nie odwra­ca­jąc się do Drin­kwa­tera. - Nie zna mnie pan, nie zna...

- Nic, o czym nie wiem, nie ma zna­cze­nia - zapew­nił.

- Och - jęk­nęła. - Och... - Zadrżała, ale nie zimna, a od jego cie­pła, bo on sta­nął za nią i objął ją teraz ramio­nami, a ona oparła się o jego ciało i o jego siłę. Zeszli tak razem do wart­kiego stru­mie­nia, który pie­nił się, wpa­da­jąc do skal­nej groty w zbo­czu wzgó­rza, i tam zni­kał. Czuli wil­gotny, kamienny oddech pie­czary. On objął ją sil­niej, aby ochro­nić Vio­let przed biją­cym od skały chło­dem, myśląc, że to z zimna tak drży. A ona, w obję­ciu jego ramion, wyznała mu bez jed­nej łzy wszyst­kie sekrety.

- Ale czy go kochasz? - zapy­tał Drin­kwa­ter, kiedy skoń­czyła mówić. - Tego, który ci to wyrzą­dził? - To w jego oczach drżały teraz łzy.

- Nie. Nie kocha­łam go, ni­gdy. - Wcze­śniej to nie miało zna­cze­nia. Teraz zasta­na­wiała się, co zrani Johna moc­niej: że tego, który jej to wyrzą­dził, kochała, czy że go nie kochała (nie była nawet abso­lut­nie pewna, który to był, ale John ni­gdy, przeni­gdy nie mógł się tego dowie­dzieć). Grzech ją przy­gnia­tał. On tulił ją jak prze­ba­cze­nie.

- Bie­dac­two - powie­dział. - Zagu­bione bie­dac­two. Ale już koniec. Posłu­chaj mnie teraz. Jeśli... - Trzy­mał ją wycią­gnię­tymi ramio­nami, żeby patrzeć jej w oczy. Zro­śnięta brew i gęste rzęsy osła­niały jej twarz jak żalu­zje. - Jeśli­byś mnie przy­jęła... Widzisz, żadna skaza nie sprawi, że będę miał o tobie choć tro­chę gor­sze zda­nie. Na­dal nie będę cie­bie godny. Ale gdy­byś się zgo­dziła, przy­się­gam, że wycho­wam tutaj to dziecko jak swoje wła­sne. - Jego twarz, surowa i poważna, teraz zła­god­niała. Nie­mal się uśmiech­nął. - Jak nasze wła­sne, Vio­let. Jedno z wielu.

Do jej oczu napły­nęły w końcu łzy, łzy zachwytu nad jego dobro­cią. Wcze­śniej nie myślała o tym w ten spo­sób, nie uwa­żała, że zna­la­zła się w strasz­nym kło­po­cie, nie widziała tak tego. Teraz on pro­po­no­wał, że ją wyra­tuje z opre­sji. Jakaż dobroć! A ojciec nawet nic dotąd nie zauwa­żył.

Była jed­nak zagu­biona, ow­szem. To o sobie wie­działa. A czy mogłaby się tutaj odna­leźć? Wysu­nęła się z jego ramion i obe­szła kolejny róg domu, prze­cho­dząc pod gro­te­sko­wymi arka­dami i masyw­nymi blan­kami jak na murze zamku. Białe wstążki u jej kape­lu­sza, który teraz trzy­mała w dłoni, chło­nęły wil­goć ze szma­rag­do­wej trawy. Czuła, że on idzie za nią, utrzy­mu­jąc pełen sza­cunku dystans.

- Cie­kawe - powie­działa gło­śno, kiedy obe­szła róg. - Nie­zwy­kle cie­kawe.

Ele­wa­cja domu znowu się zmie­niła, nie była już szara i ponura, teraz two­rzyła ją wesoła cegła w żywych odcie­niach czer­wieni i brązu, zdo­biona tu i ówdzie bia­łymi ele­men­tami z drewna oraz wdzięcz­nymi meta­lo­wymi płyt­kami pokry­tymi ema­lią. Dotych­cza­sową neo­go­tycką cięż­kość roz­cią­gnięto tu, roz­po­starto, wypchnięto w górę, aż wybu­chła głę­bo­kimi łukami połaci dachu, wyso­kimi oka­pami, zabaw­nymi komi­nami, gru­bymi, nie­przy­dat­nymi wie­żami oraz prze­sa­dzo­nymi krzy­wi­znami spię­trzo­nej i usta­wio­nej pod kątem cegły. Tutaj słońce znowu świe­ciło, ska­cząc z cegły na cegłę, pusz­cza­jąc do niej oko, i wyda­wało się, że mroczna weranda, cichy stru­mień i senne cisy były tylko żar­tem.

- Ten dom to wiele domów, prawda? - zapy­tała Vio­let, kiedy John pod­szedł do niej, trzy­ma­jąc dło­nie sple­cione z tyłu.

- Wiele domów - odparł z uśmie­chem. - A każdy z nich dla cie­bie.

Przez drobny frag­ment łuku kruż­ganka widziała plecy ojca. Na­dal sie­dział umosz­czony w wikli­no­wym fotelu, na­dal spo­glą­dał przez zasłonę gli­cy­nii, naj­pew­niej na­dal widział aleję sfink­sów i libań­skich cedrów. Jego łysa głowa przy­po­mi­nała stąd głowę mni­cha drze­mią­cego w klasz­tor­nym ogro­dzie. Vio­let wybuch­nęła śmie­chem. "Będziesz się błą­kać i miesz­kać w wielu domach".

- Wiele domów! - Ujęła dłoń Johna Drin­kwa­tera. Chciała ją uca­ło­wać. Pod­nio­sła wzrok na jego roze­śmianą twarz, która, jak jej się wyda­wało, kryła w sobie wiele przy­jem­nych nie­spo­dzia­nek. - Wspa­niały figiel! - powie­działa. - I to nie jeden. Czy wewnątrz też jest wiele domów?

- W pew­nym sen­sie - odparł.

- Och, niech mi pan pokaże! - Pocią­gnęła go ku bia­łym, zwień­czo­nym łukiem drzwiom na gotyc­kich zawia­sach z mosięż­nych liter "E". Gdy w krót­kim, malo­wa­nym przed­sionku nagle wkro­czyli w ciem­ność, w przy­pły­wie wdzięcz­no­ści unio­sła do warg jego mocną dłoń.

Za przed­sion­kiem w głębi domu widać było liczne drzwi oraz dłu­gie ciągi łuków i belek, przez które nie­wi­dzialne okna rzu­cały malar­skie pasma świa­tła.

- Jak tu się można nie zgu­bić? - zapy­tała Vio­let, sta­jąc w progu.

- Cza­sem w isto­cie się gubię - odparł. - Wyka­za­łem, że w każ­dym pomiesz­cze­niu potrzeba wię­cej niż dwojga drzwi, ale za nic nie potra­fi­łem dowieść, że w któ­rym­kol­wiek wystar­czą tylko trzy. - Cze­kał, nie chcąc jej pośpie­szać.

- Może - powie­działa - któ­re­goś dnia tak się pan zamy­śli nad podob­nymi pro­ble­mami, że już wcale nie będzie pan umiał zna­leźć wyj­ścia?

Wodząc dłońmi po ścia­nach, bar­dzo powoli jak nie­wi­doma (ale jedy­nie pełna zachwytu), Vio­let Bram­ble wsia­dła do wydrą­żo­nej dyni, którą John Drin­kwa­ter przy­szy­ko­wał, by ją zatrzy­mać, a zmie­nił w złotą karocę, żeby ją zachwy­cić.

Chcę posłu­chać Opo­wie­ści

Po wscho­dzie księ­życa Vio­let prze­bu­dziła się w dużej nie­zna­nej sypialni pod doty­kiem chłod­nego świa­tła i na dźwięk głosu, który wołał jej imię. Długą chwilę leżała na wyso­kim łóżku, bez ruchu jak nie­żywa, wstrzy­mu­jąc oddech. Cze­kała, aż cichy głos zawoła ją znowu, ale nic już nie zakłó­cało ciszy. Vio­let zrzu­ciła koł­drę, wstała z łóżka i pode­szła do okna. Kiedy je otwo­rzyła, wydało jej się, że znowu sły­szy swoje imię.

Vio­let?

Do pokoju wpa­dły wonie lata i chmara cichych dźwię­ków, wśród któ­rych nie mogła odna­leźć tego głosu, jeśli rze­czy­wi­ście jakiś ją wołał. Z kufra, który wsta­wiono do jej pokoju, wyjęła obszerną pele­rynę i wyszła na pal­cach na kory­tarz. Jej białą per­ka­lową koszulę nocną wzdy­mał podmuch zatę­chłego powie­trza, który wio­nął od scho­dów, szu­ka­jąc zosta­wio­nego przez nią otwar­tego okna.

- Vio­let?

Ale to był tylko ojciec, może wołał ją przez sen. Minęła jego sypial­nię w mil­cze­niu.

Długo skra­dała się ostroż­nie (stopy jej zmar­zły na gołych posadz­kach kory­ta­rzy i na mar­mu­ro­wych scho­dach), żeby zna­leźć drogę na dół i przed dom. A kiedy w końcu odszu­kała drzwi - oskrzy­dlone oknami, w które zaglą­dała noc - uświa­do­miła sobie, że nie ma poję­cia, na którą stronę domu pro­wa­dzą. Ale czy to miało zna­cze­nie?

Była teraz w tym wiel­kim, sta­tecz­nym ogro­dzie. Sfinksy przy­glą­dały się, jak idzie w bla­dym bla­sku księ­życa, a ich iden­tyczne obli­cza pozo­sta­wały nie­prze­nik­nione. Znad brzegu sadzawki opo­wia­dała coś żaba, ale to nie ona wołała ją po imie­niu. Vio­let szła przed sie­bie, prze­szła po wid­mo­wym mostku i minęła rząd topoli, drze­wia­stych prze­stra­szo­nych głów z wło­sami sto­ją­cymi dęba. Dalej roz­cią­gało się pole, odgro­dzone nie tra­dy­cyj­nym żywo­pło­tem, tylko linią krza­ków, nie­wiel­kich wzdy­cha­ją­cych drze­wek oraz naj­prost­szym kamien­nym murem. Ruszyła wzdłuż tej gra­nicy, nie wie­dząc, dokąd idzie, i czu­jąc (jak wiele lat póź­niej miał się czuć Smoky Bar­na­ble), że wcale nie wyszła z domu, tylko skrę­ciła w jakiś jego ilu­zo­ryczny zewnętrzny kory­tarz.

Wyda­wało się jej, że idzie już bar­dzo długo. Miesz­kańcy żywo­płotu, kró­liki, gro­no­staje i jeże (czy mieli tu w ogóle takie stwo­rze­nia?), wcale się nie odzy­wały i Vio­let nie wie­działa, czy nie mają głosu, czy po pro­stu go nie uży­wają. Jej bose stopy jesz­cze bar­dziej zmar­zły od rosy, a potem cał­kiem zdrę­twiały z zimna. Choć noc była cie­pła, otu­liła się pele­ryną po czu­bek nosa, bo od księ­życa bił prze­ni­kliwy chłód. Nagle, nie wie­dząc nawet kiedy, poczuła, że jest w zna­jo­mym miej­scu. Spoj­rzała na księ­życ i po jego uśmie­chu poznała, że znaj­duje się gdzieś, gdzie jesz­cze ni­gdy nie była, ale zna to miej­sce - miej­sce gdzieś indziej. Przed nią roz­cią­gała się poro­śnięta turzycą, roz­gwież­dżona kwia­tami łąka, która wzno­siła się ku nie­wiel­kiemu pagór­kowi. Na nim, w czu­łych i nie­ro­ze­rwal­nych obję­ciach gałęzi, rosły obok sie­bie dąb i cier­ni­sty krzew. Przy­śpie­szyła kroku, jej serce też przy­śpie­szyło i już wie­działa, że dalej wokół pagórka pro­wa­dzić będzie ścieżka, którą doj­dzie aż do chatki pod wzgó­rzem.

- Vio­let?

W otwar­tym oknie świe­ciła się lampa, a twarz z mosią­dzu na okrą­głych drzwiach trzy­mała w zębach kołatkę, ale kiedy Vio­let pode­szła, drzwi otwo­rzyły się bez puka­nia.

- Pani Under­hill - powie­działa, czu­jąc w drżą­cym ciele jed­no­cze­śnie radość i żal - dla­czego nie powie­działa mi pani, że to wła­śnie tak będzie?

- Wejdź, dziecko, i mnie nie pytaj. Powie­dzia­ła­bym ci, gdy­bym wie­działa cokol­wiek wię­cej.

- Myśla­łam... - odparła Vio­let i urwała. Przez chwilę nie mogła wydo­być z sie­bie ani słowa, nie mogła powie­dzieć, że myślała, że już ni­gdy pani Under­hill nie zoba­czy, że już ni­gdy nie zoba­czy nikogo z nich, ani jed­nej świe­tli­stej osoby w mroku ogrodu, ani jed­nej tajem­nej twa­rzyczki, spi­ja­ją­cej sok wicio­krzewu. Trzy­mana przez gospo­dy­nię nie­wielka lampka oświe­tlała korze­nie drzewa i cier­ni­stego krzewu, w któ­rych gęstwie stał dom pani Under­hill, a kiedy Vio­let pod­nio­sła wzrok na ich zawiłe sploty i drżącą pier­sią zaczerp­nęła głę­boki oddech, aby powstrzy­mać się od pła­czu, poczuła czarną woń korzeni i ziemi. - Ale... jak...? - zapy­tała.

Drobna, zgar­biona pani Under­hill, na którą skła­dała się w zasa­dzie otu­lona sza­lem głowa i wiel­kie stopy w domo­wych pan­to­flach, pod­nio­sła upo­mi­na­jąco palec nie­mal tak długi, jak druty, na któ­rych dzier­gała.

- Nie pytaj mnie jak - odparła. - Ale wła­śnie tak.

Vio­let sie­działa u jej stóp. Na wszyst­kie pyta­nia albo znała już odpo­wiedź, albo nie miało to zna­cze­nia.

- Mogła mi pani powie­dzieć - stwier­dziła tylko, a w jej oczach lśniły łzy szczę­ścia - że te wszyst­kie domy, w któ­rych mam miesz­kać, znaj­dują się w jed­nym domu.

- Czyżby? - zapy­tała pani Under­hill. Dzier­gała na dru­tach i koły­sała się w buja­nym fotelu. Wie­lo­barwny szal szybko wydłu­żał się pod jej pal­cami. - Czas, który prze­mi­nął, czas, który nadej­dzie - powie­działa spo­koj­nie. - W Jakiś Spo­sób Opo­wieść się toczy.

- Chcę posłu­chać Opo­wie­ści. Niech mi pani opo­wie - popro­siła Vio­let.

- Ha, gdy­bym potra­fiła.

- Jest za długa?

- Naj­dłuż­sza ze wszyst­kich. Dawno by w ziemi pogrze­bali i cie­bie, dziecko, i twoje dzieci, i dzieci two­ich dzieci, zanim cała Opo­wieść dobie­głaby końca. - Pani Under­hill pokrę­ciła głową. - Wszy­scy o tym wie­dzą.

- A czy się koń­czy szczę­śli­wie? - zapy­tała Vio­let. Pytała o to wszystko już wcze­śniej. To nie były pyta­nia, tylko wymiany, jakby z panią Under­hill z nale­ży­tymi uprzej­mo­ściami prze­ka­zy­wały jedna dru­giej i z powro­tem ten sam dar, za każ­dym razem wyra­ża­jąc zasko­cze­nie i wdzięcz­ność.

- A któż to wie? - wes­tchnęła pani Under­hill. - Szal rósł coraz dłuż­szy, rzą­dek za rząd­kiem. - To Opo­wieść i tyle. Są opo­wie­ści krót­kie i dłu­gie. Twoja jest naj­dłuż­sza, jaką znam. - Coś, co nie było kotem, zaczęło roz­wi­jać gruby kłę­bek włóczki pani Under­hill. - Prze­stań, nic­po­niu! - skar­ciła stwo­rze­nie i ude­rzyła je dru­tem do włóczki, który wysu­nęła zza ucha. Pokrę­ciła głową. - Od wie­ków ani chwili spo­koju.

Vio­let wstała i przy­ło­żyła dło­nie do ucha pani Under­hill. Pani Under­hill nachy­liła się do niej z uśmie­chem, cie­kawa sekre­tów.

- Czy oni słu­chają? - zapy­tała szep­tem Vio­let.

Pani Under­hill poło­żyła palec na ustach.

- Chyba nie - powie­działa.

- To niech mi pani powie prawdę - popro­siła Vio­let. - Jak się tu pani zna­la­zła?

Pani Under­hill poru­szyła się zasko­czona.

- Ja? - zdzi­wiła się. - Jak to, moje dziecko? Ja byłam tu zawsze. To ty się prze­miesz­cza­łaś. - Ujęła z powro­tem roz­szep­tane druty. - Pomyśl dobrze.

Odchy­liła się na opar­cie w buja­nym fotelu. Coś zaplą­ta­nego w nić włóczki wrza­snęło, a pani Under­hill uśmiech­nęła się z zado­wo­le­niem.

- Ani chwili spo­koju - powtó­rzyła. - Od wie­ków.

Odpo­wie­dzi na wszyst­kie pyta­nia

Po ślu­bie John Drin­kwa­ter zaczął się coraz bar­dziej wyco­fy­wać z aktyw­nego życia archi­tekta, a raczej od niego odwra­cać. Gma­chy, które miał wzno­sić, nagle zaczęły mu się wyda­wać cięż­kie, bez fine­zji, bez życia, a jed­no­cze­śnie nie­trwałe. Co prawda pozo­stał w fir­mie, nie­ustan­nie kon­sul­to­wał pro­jekty, a jego pomy­sły oraz świetne szkice wstępne na­dal zmie­niały mia­sta na Wscho­dzie (po zre­du­ko­wa­niu ich do pospo­li­tej formy przez jego part­ne­rów wraz z inży­nie­rami), ale nie sta­no­wiły już dzieł jego życia.

Zaj­mo­wały go inne plany. Zapro­jek­to­wał nie­zwy­kle pomy­słowe skła­dane łóżko tak, że cała sypialna część pokoju uda­wała rodzaj gar­de­roby, czy też raczej skry­wała się w sza­fie, która bły­ska­wicz­nie - za jed­nym pocią­gnię­ciem mosięż­nych uchwy­tów i dźwi­gni pod­no­szą­cych masywną prze­ciw­wagę - sta­wała się łóż­kiem czy­nią­cym sypial­nię sypial­nią. Podo­bał mu się ten pomysł - sypial­nie wewnątrz sypialni - i nawet opa­ten­to­wał ten pro­jekt, ale jedy­nym klien­tem, jakiego zna­lazł, był jego part­ner Mouse, który (głów­nie jako przy­sługę) zain­sta­lo­wał kilka takich łóżek w swo­ich miesz­ka­niach w City. Był też Kosmo­op­ti­kon: Drin­kwa­ter poświę­cił mu cały rok pracy, nie­zwy­kle pasjo­nu­ją­cej, wraz z wyna­lazcą Hen­rym Clo­udem, jedy­nym zna­nym Joh­nowi Drin­kwa­terowi czło­wie­kiem, który potra­fił wyczuć ruch Ziemi wokół osi oraz jej ruch wokół Słońca. Kosmo­op­ti­kon był ogromną, absur­dal­nie kosz­towną kon­struk­cją ze szkła witra­żo­wego i kutego żelaza, przed­sta­wia­jącą znaki zodiaku oraz ich ruch po nie­bo­skło­nie, jak rów­nież ruchy pla­net pomię­dzy nimi. Zodiak rze­czy­wi­ście się poru­szał: wła­ści­ciel machiny mógł sie­dzieć w jej punk­cie cen­tral­nym w zie­lo­nym plu­szo­wym fotelu, a gdy opa­dały masywne cię­żarki, pusz­cza­jąc mecha­nizm w ruch, kopuła z barw­nych szkie­łek prze­su­wała się jak nie­bo­skłon w jego pozor­nym ruchu. Pewną miarą ode­rwa­nia Drin­kwa­tera od rze­czy­wi­sto­ści było prze­ko­na­nie, że znaj­dzie wśród zamoż­nych miesz­kań­ców City gotowy rynek zbytu na tę prze­dziwną zabawkę.

Co dziwne jed­nak, choć coraz bar­dziej usu­wał się ze świata, choć jego nowe pro­jekty pochła­niały mnó­stwo pie­nię­dzy, Drin­kwa­ter roz­kwi­tał i pro­spe­ro­wał. Jego inwe­sty­cje zwra­cały się ze sporą nawiązką, a jego for­tuna wręcz przy­ra­stała.

Vio­let twier­dziła, że ktoś trzyma nad nim pie­czę. Teraz John Drin­kwa­ter, pijąc her­batę przy kamien­nym stole, który umie­ścił tak, by móc patrzeć na Park, spoj­rzał w niebo. Wcze­śniej bar­dzo chciał czuć nad sobą czy­jąś pie­czę i teraz pró­bo­wał odna­leźć w niej spo­kój, spod opie­kuń­czych skrzy­deł, któ­rych ist­nie­nia Vio­let była pewna, pró­bo­wał śmiać się ze zmien­nej pogody świata. Ale w głębi serca czuł, że nikt nie trzyma nad nim żad­nej pie­czy, że jest pozo­sta­wiony sam sobie, bez ochrony.

Z upły­wem lat coraz bar­dziej przej­mo­wał się pogodą. Zbie­rał naukowe kom­pen­dia oraz inne alma­na­chy i codzien­nie stu­dio­wał pro­gnozy pogody w gaze­cie, którą regu­lar­nie czy­tał. Ale pro­gnozy te były jedy­nie prze­po­wied­niami księży i nie mógł im do końca ufać - mógł mieć tylko pozba­wioną pod­staw nadzieję, że się nie mylili, wró­żąc ładną pogodę, oraz że byli w błę­dzie, kiedy wiesz­czyli brzydką. Szcze­gól­nie przy­glą­dał się niebu latem. Jako cię­żar na wła­snych ple­cach odczu­wał każdą poja­wia­jącą się w oddali chmurę, która mogła prze­sło­nić słońce albo spro­wa­dzić za sobą kolejne chmury. Kiedy puszy­sty nie­groźny cumu­lus drep­tał po nie­bie jak owieczka, Drin­kwa­ter był spo­kojny, ale zacho­wy­wał czuj­ność. Cumu­lusy potra­fiły się rap­tow­nie łączyć w chmury burzowe, umiały zago­nić go do domu i kazać mu słu­chać tępego bęb­nie­nia kro­pel o dachy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki