I
Mężczyźni to mężczyzni, ale Człowiek jest kobietą.
Chesterton
Pewnego dnia w czerwcu tysiąc dziewięćset któregoś roku młody mężczyzna
szedł piechotą na północ od wielkiego City do miasta albo miejsca
zwanego Edgewood, o którym słyszał, ale gdzie jeszcze nigdy nie był.
Nazywał się Smoky Barnable i szedł do Edgewood, żeby się ożenić. Fakt,
że szedł na piechotę, a nie jechał, stanowił jeden z warunków, aby w ogóle mógł się tam pojawić.
Skądś do Dokądś Indziej
Chociaż wyszedł ze swojego pokoju w City wczesnym rankiem, dochodziło
już prawie południe, kiedy niemal pustym chodnikiem przekroczył ogromny
most i ruszył ku miejscowościom na północnym brzegu rzeki, z których
wszystkie miały jakieś swoje nazwy, ale nie miały granic. Całe
popołudnie przedzierał się przez te indiańsko brzmiące miasta, zazwyczaj
nie mogąc iść prostą trasą, bo wzdłuż tej nieustannie płynął ruch
samochodów, z którym nie było dyskusji. Smoky Barnable mijał dzielnicę
za dzielnicą, miejscowość za miejscowością, zaglądając w uliczki i zerkając do sklepów. Widział niewielu pieszych, nawet wśród rdzennych
mieszkańców, sporo dzieciaków jeździło za to na rowerach. Zastanawiał
się, jak im się żyje w takich miejscach na peryferiach, które jemu
wydały się ponure, chociaż młodzież była tu raczej uśmiechnięta.
Regularna siatka alei ze sklepami i ulic mieszkalnych zaczęła stopniowo
tracić rytm i przerzedzała się jak skraj wielkiego lasu. Niczym leśne
przesieki zaczęły ją przecinać zarośnięte działki. Od czasu do czasu
przykurzony karłowaty lasek albo zaniedbana łąka ogłaszały, że można je
przekształcić w zagłębie biurowców, w park przemysłowy. Smoky przyglądał
się w myślach temu określeniu, bo wydawało się, że właśnie w takim
miejscu się znajdował, w parku przemysłowym, między miejską pustynią a uprawnymi polami.
Zatrzymał się przy ławce, w miejscu, z którego można było złapać
autobusy jadące Skądś do Dokądś Indziej. Usiadł, zdjął z ramion
plecaczek, wyjął z niego kanapkę, którą sam sobie zrobił - kolejny
warunek - i kupioną na stacji benzynowej mapę dróg w kolorach konfetti.
Nie był pewny, czy mapa jest dozwolona, ale przekazane mu wskazówki, jak
dostać się do Edgewood, były mocno nieprecyzyjne, więc ją rozłożył.
Dobrze. Ta niebieska linia była najwyraźniej popękaną asfaltową drogą,
która biegła wzdłuż opuszczonych fabryk z czerwonej cegły. Właśnie tą
drogą szedł. Odwrócił mapę tak, żeby niebieska linia biegła równolegle
do jego ławki, tak jak i droga (czytanie map nie było jego mocną
stroną), i daleko po lewej stronie znalazł miejsce, do którego chciał
dojść. Właściwie nazwa Edgewood nie figurowała na mapie, ale to było
gdzieś tutaj, w grupie pięciu miejscowości opisanych w legendzie
znaczkami najmniej ważnej kategorii. Czyli tak. W tamtą okolicę
dochodziła też gruba podwójna czerwona linia, dumna ze swoich zjazdów i wjazdów. Nie mógł nią pójść. Gruba niebieska linia (na tym modelu układu
krwionośnego Smoky wyobrażał sobie, że niebieskimi liniami cały ruch
płynie na południe, do miasta, a w drugą stronę czerwonymi) przebiegała
trochę bliżej grupy pięciu miejscowości, umożliwiając krwinkom dostęp do
miast i miasteczek wzdłuż trasy. Dużo cieńsza, przytkana miażdżycą
niebieska linia, przy której siedział, dochodziła do tej grubszej.
Prawdopodobnie tam przeniósł się handel, Zagłębie Narzędzi, Miasto
Żywności, Świat Mebli, Kraina Dywanów. Cóż... Ale była tam też prawie
niedostrzegalna cienka czarna linia, którą mógł pójść. Początkowo
myślał, że czarna linia prowadzi donikąd, ale nie, biegła naprzód, choć
z pewnym wahaniem. Najpierw wydawało się, że kartograf zapomniał o niej
wśród zwojów nerwowych, ale potem linia prowadziła coraz wyraźniej w rozciągającej się na północ pustce, aż w końcu zahaczała bardzo blisko o miasto, które według Smoky'ego leżało obok Edgewood.
Czyli tędy. Droga wydawała się odpowiednia dla pieszych.
Zmierzył kciukiem i palcem wskazującym odległość już przebytą i tę
jeszcze przed nim (dużo większą), zarzucił plecak na ramię, nasunął
głębiej czapkę, żeby nie raziło go słońce, i ruszył dalej.
Szklanka chłodnej wody w upalny dzień
Nie myślał o niej zbyt dużo, kiedy szedł, choć z pewnością cały czas
była gdzieś w jego myślach przez ostatnie niemal dwa lata, odkąd się w niej zakochał. Do tamtego pokoju, w którym ją poznał, często w wyobraźni
zaglądał, czasem z lękiem i drżeniem serca, które czuł wtedy, ostatnio
jednak często z poczuciem wdzięczności i szczęścia. Tamtego dnia zajrzał
tam i zobaczył, że George Mouse pokazuje mu z daleka szklaneczkę, fajkę
i dwie wysokie kuzynki: ją i jej nieśmiałą siostrę schowaną za jej
plecami.
To było w kamienicy Mouse'ów, w ostatniej kamienicy czynszowej jeszcze
wynajmowanej lokatorom w tamtej okolicy, w bibliotece na drugim piętrze,
gdzie szyby w stylowych oknach były sztukowane tekturą, a ciemny wytarty
dywan świecił białymi nitkami w przejściu od drzwi do barku i do okien.
To się stało właśnie tam.
Była wysoka.
Miała prawie sześć stóp wzrostu, czyli o kilka cali więcej niż on. Jej
siostra właśnie skończyła czternaście lat i wzrostem dorównywała
Smoky'emu. Obie miały na sobie krótkie, błyszczące koktajlowe sukienki,
jej mieniła się czerwono, a jej siostry biało. Na ich nogach połyskiwały
długie, długie pończochy. Co dziwne, mimo swojego wzrostu obie
dziewczyny były nieśmiałe, szczególnie młodsza, która uśmiechnęła się,
ale nie chciała uścisnąć Smoky'emu dłoni i tylko schowała się głębiej za
plecy siostry.
Płochliwe wielkoludy. Starsza spoglądała na George'a, który ich sobie
przedstawiał. Uśmiechała się niepewnie. Miała rudozłote włosy, drobne
sprężynki. Na imię miała, jak oznajmił George, Daily Alice.
Ujął jej dłoń, podnosząc wzrok na jej twarz.
- Jak szklanka chłodnej wody w upalny dzień - powiedział, a ona
wybuchnęła śmiechem.
Jej siostra też się zaśmiała, a George Mouse zgiął się w pół i klepał po
kolanie. Smoky, który nie wiedział, dlaczego ten suchar okazał się taki
śmieszny, patrzył rozanielony to na jedno, to na drugie z idiotycznym
uśmiechem, a ona nadal trzymała jego dłoń.
To była najszczęśliwsza chwila w jego życiu.
Niewyrazistość
Zanim poznał Daily Alice Drinkwater1 w bibliotece w kamienicy Mouse'ów, nie zaznał w życiu zbyt wiele szczęścia. Ale tak się
akurat złożyło, że było w tym życiu miejsce na starania o czyjąś rękę.
Był jedynym dzieckiem z drugiego małżeństwa swojego ojca i kiedy się
urodził, ojciec dobiegał sześćdziesiątki. Gdy jego matka zdała sobie
sprawę, że solidna fortuna Barnable'ów w dużej mierze rozeszła się pod
rządami męża, zaczęła żałować, że w ogóle za niego wyszła, nie mówiąc
już o urodzeniu mu dziecka, zostawiła więc ojca Smoky'ego w przypływie
rozgoryczenia. Dla Smoky'ego była to zła wiadomość, bo z całej rodziny
matka była najmniej niewyrazista. W zasadzie była jedyną osobą z nim
spokrewnioną, której twarz mógł na starość natychmiast przywołać w wyobraźni, chociaż kiedy odeszła, był jeszcze chłopcem. Sam Smoky w dużej mierze również odziedziczył niewyrazistość Barnable'ów i tylko
niewielki rys konkretności po matce: ci, którzy Smoky'ego znali,
widzieli go jako smugę obecności otoczoną mroczną poświatą jej braku.
Rodzinę mieli liczną. Jego ojciec spłodził z pierwszą żoną pięcioro
synów i córek. Wszyscy mieszkali na pozbawionych wyrazu przedmieściach
miast w stanach, których nazwy zaczynają się od "I", i które dla
znajomych Smoky'ego z City były nierozróżnialne. Smoky'emu też się
czasem myliły. Ponieważ według jego dzieci ojciec miał masę pieniędzy i nie było jasne, co zamierza z nimi zrobić, zawsze był mile widziany w ich domach. Dlatego po odejściu żony postanowił sprzedać dom, w którym
urodził się Smoky, i jeździć od jednego potomka do drugiego ze swoim
małym synkiem, z kolejnymi pozbawionymi wyrazu psami i z siedmioma
wykonanymi na zamówienie skrzyniami, w których mieściła się jego
biblioteka. Barnable był człowiekiem wykształconym, chociaż edukacja nie
pomagała mu w prowadzeniu rozmów; sprawiała, że był sztywny i niedostępny, a poza tym w najmniejszym stopniu nie niwelowała jego
naturalnego braku wyrazu. Jego starszych synów i córki kufry ojca zawsze
wprawiały w pewne zakłopotanie, jak wtedy, gdy przez przypadek mieszali
w praniu skarpetki taty z własnymi.
(W późniejszych latach Smoky nabrał nawyku porządkowania przyrodniego
rodzeństwa wraz z jego domami i przypisywania ich do odpowiednich miast
oraz stanów, kiedy siedział w toalecie. Może dlatego, że to właśnie w ich toaletach czuł się wcześniej najbardziej niewyrazisty, tak
niewyrazisty, że aż niewidzialny. W każdym razie spędzał potem na
sedesie dużo czasu, tasując swoich braci, siostry i ich dzieci jak talię
kart. Usiłował połączyć twarz z odpowiednim gankiem, a ganek z trawnikiem przed domem, aż w końcu, w późniejszych latach życia, mógł
już całą ich talię rozdawać. Miał przy tym taką samą ponurą satysfakcję
jak przy rozwiązywaniu krzyżówek, a przy tym podobną wątpliwość - a co,
jeśli słowa, które odgadł, krzyżują się poprawnie, ale to nie te słowa
autor miał na myśli? Tymczasem w kolejnym tygodniu gazeta z rozwiązaniem
krzyżówki przecież nie nadchodziła).
Z powodu odejścia żony Barnable nie pogrążył się w smutku, ale stał się
jeszcze bardziej bez wyrazu. Kiedy wtapiał się w życie swoich starszych
dzieci, a potem z niego wyparowywał, wydawało się im, że ojciec istnieje
w coraz mniejszym stopniu. Tylko Smoky'emu przekazał w darze jedyne, co
miał konkretnego: wykształcenie. Ponieważ we dwóch bardzo często się
przeprowadzali, Smoky nie pobierał nigdzie zwykłej edukacji. A kiedy w końcu władze któregoś ze stanów na "I" odkryły, co ojciec wyczyniał ze
Smokym przez te wszystkie lata, chłopak był już za duży, żeby go posłać
do szkoły. I tak, w wieku lat szesnastu, Smoky znał łacinę - klasyczną i średniowieczną; grekę; nieco staromodnej matematyki; i grał trochę na
skrzypcach. Nie znał zapachu zbyt wielu książek poza oprawnymi w skórę
klasycznymi tomami ojca; potrafił mniej więcej dokładnie wyrecytować
dwieście wersów Wirgiliusza; i do perfekcji opanował kaligrafię.
Tamtego roku ojciec umarł. Wydawało się, że przed śmiercią skurczył się
i pomarszczył, przekazując synowi wszystko, co było w nim gęste i zawiesiste. Smoky przez kilka lat podtrzymywał ich obyczaj podróżowania.
Miał kłopot ze znalezieniem pracy, bo nie miał żadnego Dyplomu. W końcu
nauczył się pisania na maszynie w kiepskiej szkole biznesu - później
przypuszczał, że to musiało być w South Bend - i został Urzędnikiem.
Mieszkał w nazywających się tak samo trzech podmiejskich dzielnicach
trzech różnych miast. W każdym z nich rodzina nazywała go inaczej - jego
własnym imieniem, nazwiskiem ojca i "Smoky". To ostatnie tak pasowało do
jego ulotności, że je sobie zatrzymał. Kiedy skończył dwadzieścia jeden
lat, nieznana zapobiegawczość ojca rzuciła mu jakieś spóźnione
pieniądze. Smoky wsiadł w autokar do City, natychmiast wymazując z pamięci wszystkie miasta swoich krewnych, a także ich samych, po latach
musiał więc ich odtwarzać, twarz po twarzy, trawnik po trawniku. A kiedy
już dotarł do City, roztopił się w nim całkowicie i z wdzięcznością, jak
kropla deszczu, która spada do morza.
Nazwisko i numer
Wynajmował pokój w budynku będącym dawniej plebanią bardzo starego
kościoła, który stał na jej tyłach, otwarty dla wyznawców i wandali. Z okna Smoky widział przykościelny cmentarzyk, gdzie ludzie o holenderskich nazwiskach wyciągali się wygodnie w swoich starych
łóżkach. Rano znienacka budził go ruch samochodów - nigdy nie nauczył
się przesypiać tego momentu, jak wcześniej łoskotu pociągów jadących na
Środkowy Zachód - wstawał więc i szedł do pracy.
Pracował w szerokim, białym pomieszczeniu, w którym tych niewiele
dźwięków, jakie tworzył razem z innymi, wznosiło się do sufitu i opadało
w dziwnie zmienionej formie. Kiedy ktoś kasłał, miało się wrażenie, że
kaszle sam sufit, przepraszająco, z zasłoniętymi ustami. Przez cały
dzień Smoky przesuwał szkło powiększające nad kolejnymi kolumnami
drobnego druku, uważnie czytając każde nazwisko oraz towarzyszący mu
adres i numer telefonu, i stawiał czerwone symbole obok tych, które nie
zgadzały się z nazwiskami, adresami i numerami telefonów wydrukowanymi
na karcie, których stosy co dzień przed nim stawiano.
Z początku odczytywane nazwiska nic dla niego nie znaczyły, były równie
głęboko anonimowe jak przypisane do nich numery telefonów. Jedyne, co
wyróżniało jakieś nazwisko, to przypadkowe, a jednak bezdyskusyjne
miejsce w porządku alfabetycznym oraz wszelkie idiotyczne błędy, jakie
mógł mu wymyślić komputer - Smoky'emu płacono właśnie za ich wykrywanie.
(Fakt, że komputer potrafił popełniać tak niewiele błędów, robił na
Smokym mniejsze wrażenie niż dziwna tępota maszyny. Komputer nie umiał
na przykład odróżnić, kiedy skrót "St." oznaczał "ulica", a kiedy
"święty" i przy rozwijaniu tych skrótów bez cienia uśmiechu produkował
grill-bar Siódmy Święty oraz Kościół Wszystkich Ulic). W miarę jednak,
jak ulatywały kolejne tygodnie, a Smoky wypełniał jałowe wieczory
bezcelowym chodzeniem po City, ulica za ulicą (nie wiedział, że
większość ludzi nie wychodzi z domów po zmroku), i w miarę jak zaczął
poznawać dzielnice, ich granice, klasę społeczną, ich bary i schodki
przed domami - nagle nazwiska, które patrzyły na niego pod szkłem
powiększającym, zaczęły nabierać twarzy, wieku, zachowań. Ludzie,
których widział w autobusach, pociągach i cukierniach, ludzie, którzy
krzyczeli do siebie przez wąskie podwórka kamienic, którzy przystawali,
żeby gapić się na wypadki samochodowe, którzy kłócili się z kelnerami i ekspedientkami, jak również sami kelnerzy i ekspedientki - wszyscy
zaczęli się przewijać przez leżące przed nim kartki cienkiego papieru.
Książka adresowa stała się wielką epopeją o życiu w City, o miejskim
zgiełku, o tragediach i farsach, opowieścią zmienną i pełną
dramatycznych zwrotów. Natrafił na noszące stare holenderskie nazwiska,
owdowiałe panie, które, jak wiedział, mieszkały w domach z wysokimi
oknami przy szerokich alejach i zarządzały Majątkami swoich mężów. Ich
synowie nosili imiona Steele i Eric, byli proj. wn. i mieszkali w dzielnicach artystycznej bohemy. Przeczytał też w tej epopei o niezwykle
licznej rodzinie noszącej przedziwne grecko brzmiące imiona,
zamieszkałej w kilku kamienicach przy hałaśliwej ulicy, którą raz
przechodził. Za każdym razem, kiedy mijał tę rodzinę w alfabecie, ubywał
jej albo przybywał jakiś członek - Cyganie, stwierdził w końcu. Poznawał
mężczyzn, których żony i nastoletnie córki miały prywatne telefony
(przez które gruchały ze swoimi kochankami), a ich mężowie i ojcowie w tym czasie prowadzili rozmowy przez telefony firm finansowych z ich
własnym nazwiskiem w nazwie. Nabrał podejrzeń wobec mężczyzn, którzy
używali drugiego imienia albo inicjałów pierwszego, bo odkrył, że
wszyscy są albo windykatorami należności, albo prawnikami, których adr.
służb. jest taki sam jak adr. zam., albo też strażnikami miejskimi,
którzy na boku sprzedają używane meble. Odkrył, że niemal każdy o nazwisku Singleton i każdy o nazwisku Singletary mieszka w północnych
czarnych dzielnicach, gdzie mężczyźni noszą imiona jak nazwiska byłych
prezydentów, a kobiety imiona jak klejnoty, perły, rubiny i opale, z dumnym tytułem Mrs. Wyobrażał ich sobie: wielkich, ciemnych, o lśniącej
skórze, w małych mieszkankach, z wielką liczbą czystych dzieci. Znał ich
wszystkich - od dumnego ślusarza z wieloma Aaa w nazwie mikroskopijnego
warsztatu, od którego zaczął lekturę, po Archimedesa Zzzyandottie,
figurującego na samym końcu (leciwego naukowca, który mieszkał samotnie
i w obskurnym mieszkaniu czytywał greckie gazety). Pod przesuwającą się
lupą maleńkie nazwisko i numer wypływały na powierzchnię jak szczątki
rozbitego statku wyrzucane przez fale na piach i opowiadały swoją
historię. Smoky słuchał, spoglądał na kartę, odszukiwał na niej
identyczne nazwiska i numery, po czym kartę odkładał, a w tym samym
czasie jego deformujące szkło wyrzucało na brzeg kolejną opowieść.
Akurat tego dnia korektor na stanowisku obok dramatycznie westchnął.
Sufit zakasłał. Sufit zaśmiał się głośno. Wszyscy spojrzeli w górę.
Śmiechem wybuchnął młody człowiek, którego dopiero co zatrudniono.
- Właśnie odkryłem jeden wpis - powiedział. - Klub Strzelecki Noisy
Bridge2 - ledwo dokończył, krztusząc się ze śmiechu.
Smoky był zdumiony, że nie uciszyło go milczenie każdego innego
korektora.
- Nie łapiesz? - zapytał Smoky'ego młody człowiek. - Na tym moście musi
być naprawdę głośno.
Smoky nagle też się roześmiał, a śmiechy ich obu wzniosły się pod sufit
i uścisnęły sobie dłonie.
Nazywał się George Mouse. Nosił szerokie spodnie na szerokich szelkach,
a po skończonej pracy zarzucał na siebie wielki wełniany płaszcz.
Kołnierz płaszcza przygniatał jego długie czarne włosy, George musiał
więc sięgać dłonią i wyciągać je na wierzch jak dziewczyna. Miał
kapelusz jak Svengali3 i oczy też takie jak on - z czarną
obwódką, frapujące i rozbawione. Niecały tydzień później go zwolnili, co
każda para dwuogniskowych okularów w pokoju przyjęła z ulgą, ale do tego
czasu George Mouse i Smoky - co chyba tylko Smoky jako jedyny na świecie
umiał jeszcze powiedzieć z pełną powagą - zawarli wieczną przyjaźń.
City Mouse
Z George'em jako przyjacielem Smoky zaczął się oddawać łagodnej
rozpuście, trochę pił, próbował trochę narkotyków. George zmienił
sposób, w jaki Smoky się ubierał i w jaki mówił, na stylową kratkę
koszul z City, oraz zapoznał go z Dziewczynami. W niedługim czasie
niewyrazistość Smoky'ego znikła pod ubraniem tak jak niewidzialność
Niewidzialnego Człowieka znika pod warstwą bandaży. Ludzie przestali
wpadać na niego na ulicy i bez słowa "przepraszam" siadać mu na kolanach
w autobusach - co wcześniej przypisywał swojemu bardzo mglistemu dla
większości osób istnieniu.
Dla rodziny Mouse'ów przynajmniej istniał. Mouse'owie mieszkali w ostatniej kamienicy czynszowej w ciągu domów wybudowanych przez
pierwszego City Mouse'a, które w większości nadal do nich należały. I bardziej niż za swój nowy kapelusz i nowy sposób mówienia Smoky
dziękował George'owi za tę rodzinę, która istniała bardzo wyraźnie i kochała głośno. Przy ich kłótniach, żartach, na przyjęciach, przy
wyjściach na ulicę w kapciach, próbach samobójczych i głośnych
pojednaniach siedział niezauważany godzinami. Aż nagle wujek Ray albo
Franz, albo Mama patrzyli zdziwieni i mówili: "O, Smoky tu jest!", i się
uśmiechali.
- Macie rodzinę gdzieś za miastem? - zapytał raz Smoky George'a, kiedy
przeczekiwali śnieżną zadymkę przy kawie z brandy w starym barze
hotelowym, ulubionym George'a.
Owszem, mieli.
Od pierwszego wejrzenia
- Są bardzo religijne - zdradził George, puszczając znacząco oko, kiedy
prowadził go od rozchichotanych dziewczyn ku ich rodzicom, doktorowi
Drinkwaterowi i jego małżonce, żeby przedstawić im Smoky'ego.
- Nie prowadzę praktyki lekarskiej - wyjaśnił Doktor. Miał twarz pełną
zmarszczek, fale włosów na głowie i wyczuwało się w nim nieuśmiechniętą
wesołość małego zwierzątka. Był niższy od swojej wysokiej żony, której
jedwabny szal z gęstymi frędzlami podskakiwał rytmicznie, kiedy ściskała
Smoky'emu dłoń i prosiła, żeby mówił do niej po imieniu, Sophie. Ona z kolei była niższa od swoich córek.
- Wszyscy Dale'owie byli wysocy - wyjaśniła, spoglądając w górę i do
wewnątrz, jakby widziała wszystkich Dale'ów gdzieś nad sobą, dlatego
użyczyła swojego nazwiska obu wspaniałym córkom, Alice Dale i Sophie
Dale Drinkwater. Ale Mama była jedyną osobą, która tak je nazywała,
oprócz tego, że w dzieciństwie jakieś dziecko powiedziało na Alice Dale
Daily4 Alice i tak już zostało. Więc teraz była Daily Alice i zwykła Sophie, i nic nie można było na to poradzić, a każdy i tak już na
pierwszy rzut oka widział, że obie pochodzą z rodu Dale'ów. Wszyscy
odwrócili się, żeby na nie spojrzeć.
Jakąkolwiek religię wyznawały, najwyraźniej nie powstrzymywała ich przed
wspólnym paleniem fajki z Franzem Mouse'em, który siedział u ich stóp,
bo we dwie zajmowały całą niewielką otomanę. Ani przed sączeniem ponczu
z rumem, którym poczęstowała je Mama. Ani przed śmianiem się bardziej z tego, co we dwie szeptały, zasłaniając usta dłońmi, niż z głupawych
dowcipów Franza. Ani przed pokazywaniem długich ud pod błyszczącymi
sukienkami, kiedy zakładały nogę na nogę.
Smoky cały czas je obserwował. Mimo że George Mouse nauczył go, jak być
facetem z City i nie bać się kobiet, wieloletnie nawyki trudno było
pokonać, więc przyglądał się dalej. I dopiero po przyzwoitym odczekaniu
wielu paraliżujących, pełnych niepewności minut zmusił się, żeby podejść
do otomany, na której siedziały. Ponieważ bardzo nie chciał być
ponurakiem - "Nie bądź ponurakiem, na miłość boską", zawsze powtarzał mu
George - usiadł przy nich na podłodze z przyklejonym do twarzy
uśmiechem, w pozycji, która sprawiała, że wyglądał dziwnie łamliwie (i był dla Daily Alice widzialny, co ze zdumieniem odkrył, kiedy odwróciła
się, żeby na niego spojrzeć). Miał zwyczaj kręcenia szklanką trzymaną w dwóch palcach, tak że kostki lodu zderzały się i chłodziły drinka. Teraz
też zawirował szklanką i lód zadźwięczał jak dzwonek, którym ktoś domaga
się uwagi. Zapadła cisza.
- Często tu bywasz? - zapytał.
- Nie - odparła spokojnie. - Nie w City. Raz na jakiś czas, kiedy Tata
jest tu służbowo albo... w innych sprawach.
- Jest lekarzem.
- Nie całkiem. Już nie. Jest pisarzem. - Uśmiechała się, a Sophie obok
niej znowu chichotała, Daily Alice mówiła jednak dalej, jakby jej celem
było utrzymanie jak najdłużej kamiennej twarzy. - Pisze opowiadania o zwierzętach, dla dzieci.
- Aha.
- Jedno dziennie.
Smoky spojrzał w jej roześmiane piwne oczy, przejrzyste i brązowe jak
szkło butelki. Zdał sobie sprawę, że czuje się bardzo dziwnie.
- To muszą być dość krótkie opowiadania - zauważył i przełknął ślinę.
Co się działo? Oczywiście zakochał się, i to od pierwszego wejrzenia,
ale już wcześniej bywał zakochany, i zawsze od pierwszego wejrzenia, a nigdy nie czuł się tak jak teraz, jakby coś w nim niepowstrzymanie
rosło.
- Pisze pod pseudonimem Saunders - dodała Daily Alice.
Udał, że szuka tego nazwiska w pamięci, ale tak naprawdę szukał w sobie
przyczyny tego dziwnego uczucia. Teraz czuł je również w dłoniach.
Przyjrzał im się badawczo. Leżały na jego odzianych w pepitkę kolanach i wyglądały na bardzo ciężkie. Z namaszczeniem splótł palce.
- Zadziwiające - powiedział, a obie dziewczyny parsknęły śmiechem.
On też się roześmiał, to uczucie sprawiało, że chciało mu się śmiać. Na
pewno nie wzięło się od jointa - kiedy palił, zawsze czuł, że jest
bezcielesny i niewidoczny. Teraz czuł coś dokładnie przeciwnego. Im
dłużej na nią patrzył, tym silniejsze było to uczucie, im dłużej ona
patrzyła na niego, tym silniej czuł... co? Po prostu patrzyli na siebie
w milczeniu, a w głowie Smoky'ego zadźwięczało, zagrzmiało zrozumienie,
zdał sobie sprawę, co się stało: nie tylko się w niej zakochał, i to od
pierwszego wejrzenia, ale do tego ona od pierwszego wejrzenia zakochała
się w nim. Co razem przyniosło taki skutek, że wyleczyło go z niewyrazistości. Nie schowało jej pod ubraniem, jak próbował to robić
George Mouse, ale gruntownie go z niej wyleczyło. Takie to było uczucie.
Czuł, jakby go wymieszała z krochmalem. Zaczął gęstnieć.
Święty Mikołaj w młodości
Zszedł wąskimi tylnymi schodami do jedynej działającej ubikacji w całym
domu i stał w tym wykładanym kamieniem pomieszczeniu, patrząc w szerokie, upstrzone czarnymi plamkami lustro.
Cóż, kto by pomyślał? Z lustra patrzyła na niego twarz, niby znajoma,
ale jednak jakby widziana po raz pierwszy. Okrągła, szczera twarz.
Twarz, która wyglądała jak u Świętego Mikołaja w młodości, z fotografii
we wczesnym okresie życia: nieco poważna, z ciemnym wąsem, zaokrąglonym
nosem i kurzymi łapkami w kącikach oczu, choć nie miał jeszcze
dwudziestu trzech lat. Ogólnie rzecz biorąc, była to wesoła twarz z jakąś pustką w spojrzeniu, z czymś niezdecydowanym i bladym, z nieobecnością, której, jak sądził, nigdy nie da się zapełnić. Ale twarz
i tak wystarczała. Właściwie była wręcz jakimś cudem. Kiwnął głową,
uśmiechnął się do swojego nowego znajomego, a kiedy wychodził, posłał mu
jeszcze jedno spojrzenie przez ramię.
Gdy wracał na górę tylnymi schodami, spotkał Daily Alice, która
schodziła w dół. Wpadł na nią nagle, na półpiętrze. Teraz nie uśmiechał
się już idiotycznie. Ona już nie chichotała. Zwolnili, gdy się do siebie
zbliżali. A kiedy przecisnęła się obok, nie poszła dalej w dół, tylko
odwróciła się i spojrzała na niego. Smoky stał o stopień wyżej, ich
głowy znajdowały się więc wobec siebie w pozycji wymaganej przez filmowe
pocałunki. Z łomoczącym ze strachu i szalejącym w euforii sercem, z poczuciem absolutnej pewności, pocałował ją. Odpowiedziała pocałunkiem,
jakby miała tę samą pewność. Gdy Smoky czuł jej włosy, wargi i ramiona,
którymi go mocno obejmowała, w swoim małym składziku mądrości schował
niezwykle cenny skarb.
Wtedy dobiegł ich z góry jakiś odgłos i spłoszył ich. Na stopniach wyżej
stała Sophie, miała zdumione oczy, przygryzała wargę.
- Muszę siusiu - wyjaśniła i lekkim, tanecznym krokiem wyminęła ich na
schodach.
- Niedługo pewnie wracasz do domu - odezwał się Smoky.
- Dziś wieczorem.
- Kiedy przyjedziesz znowu?
- Nie wiem.
Przytulił ją jeszcze raz, ten drugi uścisk był spokojny i pewny.
- Bałam się - powiedziała.
- Wiem - odparł, nie posiadając się ze szczęścia. Ależ była wysoka. Jak
miał sobie z nią radzić bez schodka?
Wyspa na morzu
Ponieważ Smoky dorastał w niewyrazistości, zawsze myślał, że kobiety
wybierają albo odrzucają mężczyzn według kompletnie nieznanych mu
kryteriów, kierując się kaprysem jak monarchowie albo własnym gustem jak
krytycy. Zawsze zakładał, że kiedy kobieta dokonuje wyboru - jego czy
innego mężczyzny - jest to wybór przesądzony, nieuchronny i natychmiastowy. Czekał więc w usłużnej gotowości jak dworzanin, czekał,
aż go dostrzegą. Okazuje się, pomyślał, kiedy późnym wieczorem tamtego
dnia stał na schodkach przed kamienicą Mouse'ów, okazuje się, że to
wcale nie tak. Kobietę - w każdym razie ją - zalewają takie same fale
uczuć i wątpliwości, ona też jest nieśmiała i też ogarnia ją pożądanie,
i tak samo waliło jej serce, zanim się objęliśmy, wiem, że tak.
Stał długo na schodkach, obracając w myślach ten klejnot wiedzy i wdychając wiatr, który zmienił kierunek, jak to się z rzadka zdarza w City, i teraz wiał znad oceanu. Smoky czuł zapach przypływu, plaży i wyrzucanych na brzeg glonów, słony, kwaśny i słodko-gorzki. I uświadomił
sobie, że wielkie City było przecież wyspą na morzu, i do tego małą.
Wyspa na morzu. Można przez całe lata nie pamiętać o tak podstawowym
fakcie, kiedy się tu mieszka. A jednak to fakt, zdumiewający, ale
prawdziwy. Zszedł ze schodków na ulicę, z piersią twardą i zwartą jak u posągu, a jego kroki dudniły na chodniku.
Korespondencja
Jej adres brzmiał: "Edgewood, to wszystko" - tak powiedział George - a telefonu nie mieli. Smoky'emu nie pozostało zatem nic innego, jak
zasiąść do uprawiania miłości listownej, co czynił ze skrupulatnością,
jakiej się już nie spotyka. Jego grube listy szły pocztą tam, do
Edgewood, a on czekał na odpowiedź, aż w końcu, kiedy już nie mógł
czekać dłużej, pisał kolejny, więc ich listy mijały się w drodze jak
listy wszystkich prawdziwych kochanków. Ona zatrzymywała każdy z nich i związywała je lawendową wstążką, a lata później jej wnuki znalazły ten
pakiecik i czytały o trudnej do uwierzenia namiętności dwojga
staruszków.
"Odkryłem taki park" - kreślił czarne litery szpiczastym charakterem
pisma, jakby pisał goblin - "gdzie na filarze przy wejściu wisi
tabliczka z napisem "Mouse Drinkwater Stone 1900". Czy to wy? W tym
parku jest mały pawilon Czterech Pór Roku i parę pomników, a wszystkie
alejki biegną po łuku tak, że nie można dojść prosto do środka. Człowiek
idzie i idzie, i okazuje się, że już wyszedł z parku. Lato sprawia tam
wrażenie sędziwego (w mieście się tego nie zauważa, chyba że właśnie w parkach), jest wąsate i pokryte kurzem, a sam park jest maleńki. Ale to
wszystko przypomina mi ciebie", jakby wszystko inne mu nie przypominało.
"Znalazłam stos starych gazet" - mówił jej list, który minął się z jego
kopertą (pewnego mglistego poranka kierowcy obu furgonetek pomachali do
siebie z wysokich niebieskich szoferek przy bramkach autostrady). "W jednej z nich był komiks o chłopcu, który śni sen. Cały komiks jest o tym śnie, o jego Krainie Snów. Kraina Snów jest piękna; pałace i parady
albo kurczą się i znikają w dali, albo rosną coraz większe, ogromne,
albo też, kiedy przyjrzeć im się bliżej, okazują się czymś innym, wiesz,
jak w prawdziwym śnie, tylko zawsze są piękne. Moja ciotka Cloud mówi,
że zachowała te komiksy, bo ich autor nazywał się Stone i był
architektem w City, pracował z moim i George'a pradziadkiem! Tworzyli
projekty w latach "beaux-arts". Kraina Snów jest bardzo "beaux-arts".
Stone był pijakiem - tak o nim mówi ciocia Cloud. Chłopiec w snach
zawsze wydaje się senny i jednocześnie zdziwiony. Przypomina mi ciebie".
Po tych nieśmiałych początkach ich listy stały się w końcu tak
bezpośrednie, że kiedy ostatecznie spotkali się znowu, w barze w starym
hotelu (a za oknem w ołowianą kratkę padał śnieg), oboje zastanawiali
się, czy nie zaszła jakaś pomyłka, czy Jakimś Sposobem nie wysyłali
czasem tych wszystkich listów do niewłaściwej osoby, do tego
rozkojarzonego i zdenerwowanego kogoś. To wrażenie błyskawicznie minęło,
ale przez jakiś czas mówili na zmianę, a ten, kto akurat miał głos,
mówił długo, bo tylko taki sposób wzajemnej komunikacji znali. Kiedy
prószący śnieg przeszedł w zamieć, a ich kawy z brandy wystygły, któreś
jej zdanie padło zaraz po jego zdaniu, a jego zdanie po jej, i z zachwytem, jakby właśnie oni pierwsi odkryli tę sztukę, zaczęli
rozmawiać.
- A czy... czy nie nudzisz się tam, cały czas tak zupełnie sama? -
zapytał Smoky, kiedy ćwiczyli rozmowę już przez jakąś chwilę.
- Czy się nudzę? - Była zaskoczona. Wydawało się, że wcześniej w ogóle
taka możliwość nie przyszła jej do głowy. - Nie. I nie jesteśmy sami.
- To znaczy... Nie chodziło mi... A co to za ludzie?
- Jacy ludzie?
- Ci ludzie... z którymi nie jesteście sami.
- Kiedyś było sporo farmerów. Początkowo imigrantów ze Szkocji.
MacDonald. MacGregor, Brown. Teraz nie ma aż tylu farm. Ale kilka
zostało. Mnóstwo tamtejszych ludzi to teraz nasi krewni, tak jakby.
Wiesz, jak to jest.
Tak naprawdę nie wiedział. Zapadła cisza... i rozwiała się, kiedy oboje
zaczęli mówić na raz... i zapadła znowu. Smoky zapytał:
- Macie duży dom?
Uśmiechnęła się.
- Ogromny. - Jej piwne oczy błyszczały szkliście w świetle lampy. -
Spodoba ci się. Wszystkim się podoba. Nawet George'owi, chociaż mówi, że
nie.
- Dlaczego?
- Bo zawsze się w nim gubi.
Smoky uśmiechnął się na myśl o George'u, tropicielu i zwiadowcy, o George'u, który nocą przeciera szlaki mocno podejrzanymi ulicami i który
gubi się w zwykłym domu. Usiłował przypomnieć sobie, czy w którymś
liście zażartował o myszach z miasta i myszach polnych. Wtedy ona
zapytała:
- Mogę ci coś powiedzieć?
- Jasne. - Serce zabiło mu szybko, bez żadnego wyraźnego powodu.
- Znałam cię już, kiedy się spotkaliśmy pierwszy raz.
- Jak to?
- To znaczy rozpoznałam cię. - Opuściła gęste rudozłote rzęsy, potem
rzuciła mu szybkie spojrzenie, a później rozejrzała się po ospałym
barze, jakby ktoś mógł ją podsłuchać. - Ktoś mi o tobie opowiadał.
- George.
- Nie, nie. Dawno temu. Kiedy byłam mała.
- O mnie?
- To znaczy, nie do końca o tobie. A właściwie tak, o tobie, ale nie
mogłam tego wiedzieć, zanim cię nie poznałam. - Objęła dłońmi leżące na
obrusie w kratkę łokcie i nachyliła się. - Miałam wtedy dziewięć lat.
Albo dziesięć. Przez wiele dni padał deszcz. A potem któregoś dnia rano,
kiedy wyprowadziłam Sparka na spacer po Parku...
- Kogo?
- Spark był naszym psem. A Park jest, wiesz, terenem wokół domu. Wiał
lekki wiatr i zapowiadało się, że przestanie padać. Wszyscy byliśmy
przemoczeni. Spojrzałam na zachód, a na niebie była tęcza. Pamiętam, że
Mama powiedziała: "Tęcza na zachodzie sprzyja pięknej pogodzie".
Wyobraził ją sobie bardzo wyraźnie, w żółtym nieprzemakalnym płaszczu i wysokich kaloszach, z włosami jeszcze delikatniejszymi i bardziej
skręconymi niż teraz. I zastanawiał się, skąd wiedziała, gdzie jest
zachód, bo on nadal czasem miał z tym problem.
- To była tęcza, ale taka świetlista, i wyglądała, jakby dotykała
ziemi... wiesz, gdzieś niedaleko, tuż-tuż. Widziałam, jak trawa mieni
się każdym jej kolorem. Niebo nabrało takiej głębi, wiesz, jak wtedy,
kiedy się w końcu przeciera po wielu dniach deszczu, i wydawało się, że
wszystko jest tak blisko. Miejsce, gdzie tęcza dotykała ziemi, też było
blisko. I strasznie chciałam pójść, stanąć w tym miejscu... i patrzeć w górę... i żebym miała na sobie wszystkie kolory tęczy.
Smoky roześmiał się.
- To trudne - powiedział.
Ona też się zaśmiała, pochylając głowę i zasłaniając usta wierzchem
dłoni w sposób, który wydał mu się rozczulająco znajomy.
- Oj tak - potwierdziła. - Zajęło to wieki.
- Chcesz powiedzieć, że...
- Za każdym razem, kiedy wydawało się, że już jestem blisko, tęcza
okazywała się tak samo daleko jak wcześniej, gdzieś w innym miejscu. A kiedy tam docierałam, tęcza była z powrotem tam, skąd przyszłam, a mnie
już gardło paliło od tego biegania, choć nie podeszłam ani trochę
bliżej. Ale wiesz, co się wtedy robi...?
- Odchodzi się w drugą stronę - odparł, zaskoczony własnym głosem, ale
jakoś pewny, że to właściwa odpowiedź.
- No właśnie. To nie takie proste, jak się wydaje, ale...
- Domyślam się. - Przestał się śmiać.
- Ale jeśli się wszystko zrobi jak trzeba...
- Zaraz, chwileczkę - przerwał jej.
- ...wszystko jak trzeba...
- Przecież tęcze tak naprawdę nie dotykają ziemi - powiedział. - Nie
dotykają, to złudzenie.
- Tutaj nie dotykają - potwierdziła. - Ale słuchaj dalej. Poszłam za
Sparkiem. Zdałam się na niego, bo jemu było wszystko jedno, a mnie nie.
Zrobiłam dosłownie jeden krok, obróciłam się i zgadnij, co się stało.
- Nie mam pojęcia. Byłaś cała w kolorach tęczy.
- Nie. To nie tak. Patrząc na tęczę z zewnątrz, widzi się kolory w jej
środku. A to znaczy, że z wnętrza tęczy...
- Widzi się kolory na zewnątrz.
- Tak. Cały świat jest kolorowy, jakby był z landrynek - nie, jakby był
cały z tęczy. Cały świat w kolorach delikatnych jak światło, wszędzie
wokół, gdziekolwiek spojrzeć. Chce się biegać i oglądać. Ale bałam się
zrobić kroku, bo mogłam wszystko zepsuć, więc tylko patrzyłam i patrzyłam. I myślałam: "No, wreszcie trafiłam". - Zamyśliła się. -
Wreszcie - powtórzyła cicho.
- Ale jak...? - Urwał, przełknął ślinę i zaczął znowu. - Ale jak ja się
w tym wszystkim znalazłem? Mówiłaś, że ktoś ci opowiadał...
- Spark - odparła. - Albo ktoś do niego podobny.
Patrzyła na niego uważnie, a on starał się opanować twarz, by wyrażała
spokój i zaciekawienie.
- Spark to twój pies? - upewnił się.
- Tak. - Wydawało się, że nie chce mówić dalej. Podniosła łyżeczkę i uważnie przyglądała się własnemu wklęsłemu odbiciu, maleńkiemu, do góry
nogami. W końcu ją odłożyła. - Albo ktoś, kto wyglądał jak on. Zresztą
nieważne.
- Zaraz - powstrzymał ją.
- To trwało tylko minutę. Kiedy tam staliśmy, myślałam - ciągnęła
ostrożnie, nie patrząc na niego - myślałam, że Spark powiedział... -
Podniosła na niego wzrok. - Trudno ci w to uwierzyć?
- Raczej tak. Dość trudno mi w to uwierzyć.
- Nie sądziłam, że będzie ci trudno. Nie tobie.
- Dlaczego nie mnie?
- Bo... - odparła, podpierając policzek dłonią z zasmuconą, wręcz
rozczarowaną miną, która całkowicie odebrała mu mowę - bo to właśnie o tobie mówił Spark.
Zabawa w na niby
Prawdopodobnie tylko dlatego, że w tamtej chwili, a właściwie
bezpośrednio po tamtej chwili Smoky nie miał już nic więcej do
powiedzenia, padło z jego ust, w formie dalekiej od perfekcji, trudne
pytanie, czy też raczej subtelna propozycja, z którą nosił się cały
dzień.
- Tak - odparła, nie unosząc policzka z dłoni, ale nowy uśmiech
rozjaśnił jej twarz jak tęcza o poranku na zachodzie. I tak oto, kiedy
sztuczny brzask świateł City odsłonił ich oczom ogromne zaspy
świeżutkiego śniegu, który zalegał grubą warstwą nawet na parapecie ich
okna, oni leżeli zakopani głęboko w świeżutkiej pościeli, podciągniętej
aż po szyję (nagły atak mrozu wyłączył w hotelu ogrzewanie) i rozmawiali. Nie zasnęli nawet na chwilę.
- O czym ty mówisz? - zapytał.
Zaśmiała się i podkuliła palce u stóp, opierając całe stopy o jego
ciało. Czuł się dziwnie, rozsadzała go energia, ostatni raz tak się czuł
jeszcze przed okresem dojrzewania, co go zastanawiało. Ale tak się
właśnie czuł teraz: miał poczucie, że coś go wypełnia tak całkowicie, że
aż czuł mrowienie w koniuszkach palców i w czubku głowy. Może wręcz
świecił w tych miejscach, sprawdziłby to, gdyby mógł na siebie
spojrzeć... Wszystko było możliwe.
- To taka zabawa, wszystko na niby, prawda? - zapytał, a ona odwróciła
się z uśmiechem na drugi bok i przytuliła do niego, tak że razem
tworzyli teraz podwójne "S".
Zabawa w na niby. W dzieciństwie, kiedy on albo inni znajdowali jakiś
zakopany przedmiot - szyjkę brązowej butelki, zaśniedziałą łyżkę, a nawet kamień, który nosił cień śladu po jakimś szpikulcu - udawali, że
to pradawne znalezisko. Że leżało przysypane ziemią już za życia Jerzego
Waszyngtona. A nawet wcześniej. Że było bardzo, bardzo stare i niezwykle
cenne. Wierzyli w to zbiorową siłą woli, co jednocześnie nawzajem przed
sobą ukrywali: bawili się w na niby, tylko inaczej.
- Ale widzisz... - odezwała się. - To wszystko właśnie tak miało być.
Wiedziałam.
- Ale skąd wiesz? - zapytał, zachwycony, cierpiąc katusze. - Skąd masz
taką pewność?
- Bo to jest Opowieść. A Opowieści zawsze się sprawdzają.
- Ale ja wcale nie jestem pewny, czy to jakaś opowieść.
- Ludzie z opowieści nie wiedzą. Nigdy. Ale jest, jak jest.
Pewnego roku zimą, kiedy był chłopcem i dzielił wtedy pokój z przyrodnim
bratem, umiarkowanie religijnym, po raz pierwszy zobaczył halo wokół
Księżyca. Wpatrywał się w nie, olbrzymie, lodowate, wielkie na pół
nocnego nieba i nabrał pewności, że mogło oznaczać wyłącznie Koniec
Świata. W ogromnym podnieceniu czekał w tym podmiejskim ogródku, aż w ciszę nocy wedrze się apokalipsa, cały czas wiedząc przy tym, że tak się
nie stanie: że na tym świecie nie istnieją żadne rzeczy wbrew naturze,
żadne zaskoczenia. Tamtej nocy śniło mu się Niebo: Niebo było mrocznym
lunaparkiem, niewielkim i ponurym, właściwie był tam tylko żelazny
diabelski młyn kręcący się bez końca i ponury salon gier, rozrywka dla
wiernych. Obudził się z poczuciem ulgi, a potem już nigdy nie wierzył w siłę swoich modlitw, chociaż odmawiał je z bratem bez szczególnej
niechęci. Z nią też by odmawiał, gdyby go o to poprosiła, i to z ochotą,
ale ona nie zmawiała przy nim żadnych modlitw. Prosiła go teraz za to,
żeby uwierzył w coś tak dziwnego, tak niepojętego w jego świecie, tak...
Zaśmiał się zdumiony.
- Opowieść? - upewnił się.
- No tak - przytaknęła sennym głosem. Sięgnęła w tył po jego dłoń i oplotła się jego ramieniem. - To znaczy, jeśli masz ochotę.
Wiedział, że będzie musiał uwierzyć, jeśli ma się znaleźć tam, gdzie
trafiła ona. Wiedział, że jeśli uwierzy, będzie mógł tam się udać, nawet
jeśli wszystko jest tylko zabawą w na niby. Przesunął leżącą na niej
dłonią po jej długim ciele, a ona zamruczała i przycisnęła się do niego
mocniej. Szukał w sobie dawnej siły woli, od tylu lat nieużywanej. Jeśli
ona tam ruszyła, nie chciał zostawać w tyle. Już nigdy nie chciał
znaleźć się od niej dalej niż w tej chwili.
Życie jest krótkie. Albo długie
Był maj, a Daily Alice siedziała w Edgewood w mroku lasu na krawędzi
lśniącej skały, która wystawała nad taflę głębokiej sadzawki, do której
spadała woda ze szczeliny w wysokich skalnych ścianach. Strumień, który
nieprzerwanie lał się ze skały do sadzawki, coś mówił, coś nieustannie
powtarzał, w kółko, ale zawsze ciekawie. Daily Alice słuchała, choć
dobrze już znała tę opowieść. Wyglądała zupełnie jak dziewczyna z butelki napoju, chociaż nie była tak delikatna i nie miała skrzydeł.
- Dziadku Pstrągu! - zawołała w stronę sadzawki. A potem jeszcze raz: -
Dziadku Pstrągu. - Odczekała chwilę, a kiedy nic się jednak nie
wydarzyło, wzięła dwa niewielkie kamyki, zanurzyła je w wodzie (zimnej i gładkiej, jaka może być tylko woda spadająca do skalnej sadzawki) i stuknęła jednym o drugi. Stukot kamieni zagrzmiał w wodzie jak wystrzał
odległych armat i pod powierzchnią rozchodził się dłużej niż dźwięki w powietrzu. Wtedy z jakiejś zarośniętej wąsami glonów podwodnej kryjówki
w skale wypłynął wielki biały pstrąg, albinos bez cętek ani prążków, o wielkim, poważnym, różowym oku. Za sprawą kolistych zmarszczek, które
wodospad nieprzerwanie słał po powierzchni, wydawało się, że po ciele
pstrąga przebiegają dreszcze, a jego wielkie oko mruga, a może drży od
łez. (Czy ryby potrafią płakać?, zastanawiała się, zresztą nie po raz
pierwszy).
Kiedy już czuła, że pstrąg jej słucha, zaczęła mu opowiadać, jak
jesienią pojechała do City i jak poznała pewnego chłopaka w domu
George'a Mouse'a, i jak z miejsca wiedziała (a przynajmniej
błyskawicznie postanowiła), że to on będzie tym, którego według
przeznaczenia miała "znaleźć lub wymyślić", jak powiedział jej Spark.
- Kiedy ty zimą spałeś - mówiła nieśmiało, gładząc palcem kwarcowy
muskuł skały, na której siedziała, i uśmiechając się, ale na pstrąga nie
patrząc (ponieważ opowiadała o swoim ukochanym) - my... my spotkaliśmy
się jeszcze raz i coś sobie przyrzekliśmy... no wiesz...
Widziała, jak pstrąg zamachał widmowym ogonem. Była świadoma, że to
bolesny temat. Wyciągnęła się na brzuchu na chłodnej skale, oparła brodę
na dłoniach i z rozpromienionymi oczami opowiedziała mu o Smokym w samych ogólnikowych pochlebstwach, na co pstrąg nie zareagował
entuzjazmem. Ona jednak nie zwracała na to uwagi. To musi być Smoky, ten
z przeznaczenia, żaden inny.
- Nie uważasz? Nie sądzisz, że tak? - Po czym dodała już ostrożniej: -
To ich zadowoli?
- Trudno powiedzieć - odparł Dziadek Pstrąg ponuro. - Kto wie, co im
siedzi w głowie.
- Ale mówiłeś...
- Ja tylko przynoszę od nich wieści, córko. Nie oczekuj ode mnie niczego
więcej.
- Cóż - odparła zgaszona. - Nie będę czekała wiecznie. Kocham go. A życie jest krótkie.
- Życie - oznajmił Dziadek Pstrąg głosem jakby zdławionym łzami - jest
długie. Za długie. - Uważnie obrócił płetwy i jednym ruchem ogona
wślizgnął się z powrotem do swojej kryjówki.
- W każdym razie powiedz im, że przyszłam - zawołała za nim, usiłując
przekrzyczeć wodospad. - Powiedz im, że zrobiłam, co do mnie należało.
Ale jego już nie było.
Napisała do Smoky'ego: "Niedługo wyjdę za mąż", a jemu serce zamarło w piersi przy skrzynce pocztowej, aż w końcu zrozumiał, że miała na myśli
jego. "Ciocia Cloud bardzo uważnie postawiła karty, osobno na każdą
okoliczność, ślub ma się odbyć w noc letniego przesilenia, a ty masz
zrobić następująco. Błagam na wszystko, postępuj bardzo dokładnie według
tych instrukcji, bo inaczej nie wiem, co może się stać".
I właśnie dlatego Smoky znalazł się na drodze do Edgewood, dokąd szedł
piechotą, a nie jechał, ze ślubnym garniturem w starym, a nie nowym
plecaku i z jedzeniem, które sam sobie zrobił, a nie kupił. I właśnie
dlatego zaczął się rozglądać za jakimś noclegiem, o który musiał
poprosić, ale nie mógł za niego zapłacić.
Arkana w Edgewood
Nie wiedział, że park przemysłowy tak gwałtownie się skończy i zacznie
się zieleń. Było późne popołudnie, skręcił na zachód, a szosa stała się
bardziej wyboista, z asfaltem łatanym ciemniejszymi plamami jak stary
but. Po obu stronach szosy pola i farmy schodziły się drodze na
spotkanie. Szedł ani polem, ani drogą, pod opiekuńczymi drzewami, które
miarowo rzucały na niego różnorodne cienie. Gromady towarzyskich
chwastów, wszędobylskich na poboczach dróg, pokrytych kurzem, grubych i rozczochranych, przyjaciół ludzi i aut, kiwały głowami z przydrożnego
rowu. Coraz rzadziej słyszał szum samochodu. Odgłos silnika rytmicznie
narastał, kiedy auto wjeżdżało na pagórki i zjeżdżało w dół, a potem
nagle atakował go z całą mocą, gdy zdziwiony samochód z rykiem go mijał,
pełen wigoru, szybki, zostawiając za sobą furkot chwastów, które przez
chwilę wściekle chichotały. Potem ryk równie szybko znowu cichł do
odległego szumu, a w końcu zanikał zupełnie i jedyne dźwięki tworzyła
orkiestra owadów oraz odgłos jego własnych kroków.
Przez długi czas szedł nieznacznie pod górę, ale teraz doszedł do
szczytu wzniesienia i spojrzał na rozległą przestrzeń wiejskiego
letniego krajobrazu. Droga, na której stał, prowadziła dalej, przez
łąki, przez pastwiska, okrążała porośnięte lasami wzgórza, znikała w dolinie nieopodal miasteczka z wieżycą wyrastającą spośród bujnej
zieleni, a potem pojawiała się znowu cienką szarą kreską, wijąc się ku
błękitnym górom, gdzie w jednej z przełęczy słońce zachodziło w otoczeniu pulchniutkich obłoczków.
Właśnie wtedy daleko na werandzie w Edgewood pewna pani odkryła kartę
arkanów zwaną Podróżą. Był też Wędrowiec, z tobołkiem na plecach i grubym kosturem w dłoni, przed nim wiła się długa, kręta droga, którą
miał jeszcze pokonać. Było też Słońce, chociaż kobieta nie umiała
stwierdzić, czy wschodziło, czy chyliło się ku zachodowi. Obok
rozkładanej talii dymił na spodeczku brązowy papieros. Przestawiła
talerzyk i w tym miejscu położyła kartę Podróży, a potem odkryła kolejną
kartę. Był nią Gospodarz.
Kiedy Smoky zszedł do podnóża pierwszego z nanizanych na drogę falistych
wzgórz, znalazł się w kotlinie cienia, a słońce już zaszło.
Juniperowie
Generalnie miejsce do spania wolał sobie znaleźć sam, niż prosić o nocleg. Zabrał ze sobą dwa koce. Myślał nawet o znalezieniu stodoły,
żeby się przespać na sianie jak wędrowcy z książek (z jego książek), ale
prawdziwe stodoły, które mijał, wydawały się nie tylko Własnością
Prywatną, ale do tego spełniającą nadal swoje funkcje - trzymano w nich
masę dużych zwierząt. Tak naprawdę, kiedy zapadał coraz gęstszy zmrok, a granice pól się zacierały, zaczęła mu trochę doskwierać samotność, kiedy
więc dotarł do chaty u podnóża pagórka, podszedł do płotu i zastanawiał
się, w jakie słowa ubrać tę dziwną, jak mu się wydawało, prośbę.
Chata była biała, otulały ją iglaste krzewy. Świeżo rozkwitłe róże pięły
się po kracie przy zielonych holenderskich drzwiach, których górna
połowa otwierała się niezależnie od dolnej. Prowadzącą od drzwi ścieżkę
wyznaczały po bokach bielone kamienie. Ze środka ciemniejącego trawnika
patrzył na niego młody jelonek, stale zaskoczony w znieruchomieniu, a krasnale siedziały ze skrzyżowanymi nogami na muchomorach albo
przemykały chyłkiem, ściskając w rękach skarby. Na furtce wisiała
drewniana tabliczka z artystycznie wypalonym napisem: Juniperowie. Smoky
odsunął skobel, a gdy pchnął drzwiczki, w ciszy rozległ się dzwonek.
Górna połowa holenderskich drzwi otworzyła się i próg zalało żółte
światło lampy.
- Przyjaciel czy wróg? - zapytał kobiecy głos i zaraz potem się
roześmiał.
- Przyjaciel - odparł Smoky i ruszył w stronę drzwi.
W powietrzu unosił się wyraźny zapach jałowca. Kobieta, która opierała
się o dolną połowę drzwi, należała do osób, u których wiek średni trwa
bardzo długo. Smoky nie potrafił stwierdzić, czy w jej wypadku właśnie
się zaczął, czy już dobiega końca. Rzadkie włosy mogła mieć siwe albo
brązowe, nosiła okulary w "kocim" kształcie i uśmiechała się,
prezentując garnitur sztucznych zębów. Niedbale oparła o drzwi piegowate
ręce.
- Ale ja pana nie znam - stwierdziła.
- Tak się zastanawiałem - zaczął Smoky - czy dobrze idę do miejscowości,
która nazywa się Edgewood?
- Nie mam pojęcia - odparła. - Jeff? Powiesz temu młodemu człowiekowi,
jak dojść do Edgewood? - Zaczekała na odpowiedź z wnętrza domu, której
Smoky nie mógł dosłyszeć, po czym otworzyła drzwi. - Niech pan wejdzie -
zaprosiła. - Zobaczymy.
Dom był mały i czysty, ale pełen gratów. Leciwy pies z gatunku mioteł do
kurzu obwąchał mu buty, sapiąc radośnie. Smoky wpadł na bambusową
szafeczkę, potrącił ramieniem regalik z drobiazgami, poślizgnął się na
chodniczku i przez wąskie przejście zwieńczone łukiem wpadł do saloniku,
w którym pachniało różami, zielem angielskim i zeszłorocznym ogniem z kominka. Jeff, który czytał gazetę, z nogami w kapciach opartymi na
podnóżku, odłożył lekturę i opuścił nogi na podłogę.
- Edgewood? - zapytał, mamrocząc do fajki.
- Edgewood. Tak mi mniej więcej powiedziano.
- Jechał pan autostopem? - Jeff otworzył wąskie wargi jak ryba, żeby
wypuścić dym, i zerkał na Smoky'ego z powątpiewaniem.
- Nie, szedłem piechotą.
Nad kominkiem wisiała makatka. Haftowany napis głosił:
Będę mieszkać w Domu
Przy poboczu Drogi
W Przyjaźni do Ludzi
Margaret Juniper 1 9 2 7
- Idę tam na swój ślub.
Wydawało się, że westchnęli na to: "Aaaach".
- Dobrze. - Jeff wstał. - Marge, daj mapę.
Mapa była miejscowa, dużo bardziej szczegółowa niż Smoky'ego. Znalazł na
niej starannie obrysowaną konstelację miejscowości, których nazwy znał,
ale Edgewood nigdzie nie było.
- Powinno być gdzieś tutaj. - Jeff znalazł ogryzek ołówka i pomrukując
"hm" i "zobaczmy", połączył środki tych pięciu miast w pięciokąt jak
gwiazda. Postukał ołówkiem w figurę opisaną jej pięcioma wierzchołkami i podniósł jasne brwi na Smoky'ego. Stara traperska sztuczka, domyślił się
Smoky. Dostrzegł cień przecinającej pięciokąt drogi, łączącej się z tą,
którą szedł, a która kończyła się na dobre tutaj, w Meadowbrook.
- Hm - powiedział.
- Tyle mogę panu pomóc - stwierdził Jeff, zwijając mapę z powrotem.
- Zamierza pan iść całą noc? - zapytała Marge.
- Mam śpiwór i koce.
Marge wydęła usta na widok marnych kocyków przytroczonych do plecaka.
- I pewnie nie jadł pan cały dzień.
- O, wie pani, mam kanapki... i jabłko...
Tapeta w kuchni cała była w koszach niesamowicie soczystych owoców,
granatowych winogron, rumianych jabłek i krągłych brzoskwiń, które
wystawiały spod tych zbiorów małe, jędrne pupki. Marge stawiała na
ceratowym obrusie parujące dania, półmisek za półmiskiem, a kiedy
wszystko już zjedli, Jeff nalał do małych rubinowych kieliszków likier
bananowy. To załatwiło sprawę. Smoky przestał się już grzecznościowo
wymawiać od noclegu i Marge "rozbroiła wersalkę". Smoky'ego położono
spać otulonego brązowym indiańskim kocem.
Kiedy Juniperowie wyszli z saloniku, Smoky przez chwilę leżał z otwartymi oczami, rozglądając się po pokoju. Jedynym źródłem światła
była włączana bezpośrednio do gniazdka w ścianie nocna lampka w kształcie małego, obrośniętego różami domku. W jej świetle widział fotel
Jeffa z klonowego drewna, taki, jakiego pomarańczowe podłokietniki
zawsze wydawały mu się szczególnie smaczne, jak błyszczące landrynki.
Widział, jak fałdy zasłon falują poruszane lekkim wiatrem, niosącym woń
róż. Słuchał, jak pies-miotła wzdycha przez sen. Odkrył kolejną makatkę.
Ta głosiła, choć nie był tego pewny:
Co nas uszczęśliwia,
uczy nas mądrości.
Zasnął.
II
Zwróciliście pewnie uwagę, że między tymi dwoma słowami nie stawiam
myślnika.
Piszę country house, a nie country-house. To zamierzony zabieg.
V. Sackville-West
Daily Alice obudziła się jak zawsze, kiedy słońce padło na nią przez
wschodnie okna, dźwięcząc jak muzyka. Skopała z siebie wzorzystą kołdrę
i przez pewien czas leżała naga w długich pręgach słońca, budząc się
dotykiem, odnajdując swoje oczy, kolana, piersi, rudozłote włosy -
wszystko na miejscu, gdzie je zostawiła. Potem wstała, przeciągnęła się,
otarła resztki snu z twarzy i uklękła przy łóżku w kwadratach słońca.
Jak co dzień rano, odkąd nauczyła się mówić, zmówiła modlitwę:
Wielki, piękny, cudny Świecie,
Niech cię zdobi cudne kwiecie,
Niech Cię wody opływają,
W modrą suknię ubierają5.
Gotycka łazienka
Po odprawionych modłach nachyliła wysokie stojące lustro, kiedyś
należące do jej prababci, żeby mogła przejrzeć się w nim od stóp do
głów. Zadała mu to samo pytanie, co zwykle, i dziś rano dostała właściwą
odpowiedź. Czasami lustro odpowiadało wymijająco. Włożyła długi brązowy
szlafrok, przewiązała go paskiem, obróciła się szybko na palcach, tak że
postrzępione brzegi szlafroka zatańczyły jak frędzle, i wyszła ostrożnie
na jeszcze chłodny korytarz. Minęła gabinet ojca i słuchała przez krótką
chwilę, jak jego stary remington wystukuje przygody myszy i królików.
Otworzyła drzwi do pokoju swojej siostry, Sophie. Sophie leżała
zagrzebana w pościeli, z pasmem złotych włosów w rozchylonych ustach, a jej śpiące dłonie zaciskały się w piąstki jak u niemowlaka. Poranne
słońce akurat zajrzało do jej pokoju i Sophie poruszyła się na łóżku,
niezadowolona. Większość ludzi, gdy śpi, wygląda dziwnie, obco, jakby
nie byli sobą. Śpiąca Sophie była bardzo sobą. Lubiła spać i mogła spać
wszędzie, nawet na stojąco. Daily Alice stała tam chwilę i przyglądała
się siostrze, zastanawiając się, jakie Sophie przeżywa przygody. Choć i tak przecież później miała się dowiedzieć ze szczegółami.
Na końcu zakręcającego po kole korytarza znajdowała się gotycka
łazienka, jedyna w całym domu z wanną dostatecznie dla Alice długą. Do
tego narożnika domu słońce jeszcze nie dotarło, witrażowe okna łazienki
były ciągle mroczne, a po zimnych kafelkach podłogi Daily Alice musiała
przejść na palcach. Kran w kształcie gargulca zakaszlał suchotniczo, a system rur w całym domu odbył naradę, zanim pozwolił jej na trochę
gorącej wody. Widok strumienia płynącego nagle z kranu okazał się
zaraźliwy - Daily Alice musiała podwinąć brązowe poły szlafroka, okręcić
je wokół talii i usiąść na muszli przypominającej biskupi tron. Podparła
podbródek dłońmi, obserwowała, jak para unosi się znad grobowcowej
wanny, i poczuła nagłą senność.
Pociągnęła za łańcuszek, a kiedy głośny szum wody ucichł, rozwiązała
pasek, zrzuciła szlafrok, zadrżała, po czym ostrożnie weszła do wanny.
Gotycka łazienka była już cała zaparowana. Gotyckość tych ścian miała
więcej wspólnego z mrocznym lasem niż z architekturą kościołów. Łuki
sklepienia biegły nad głową Alice i splatały się jak gałęzie, a sięgające wszędzie rzeźbione bluszcze, liście, wąsate pnącza i winorośle
tworzyły wrażenie niecierpliwego ruchu żywej przyrody. W wąskich
witrażowych oknach krople rosy zbierały się na bajecznie kolorowych
drzewach, na zamglonych polach, które drzewa okalały, i na postaciach
myśliwych w oddali. A kiedy słońce w swoim leniwym pochodzie
rozświetliło wszystkie dwanaście okien, zmieniając unoszącą się nad
wanną parę w błyszczące klejnoty, Daily Alice znalazła się w sadzawce w średniowiecznym lesie. Tę łazienkę zaprojektował jej pradziadek, ale kto
inny był twórcą okien. Ten ktoś miał na imię Comfort i Daily Alice
właśnie tak się teraz czuła - komfortowo. Nawet zaczęła śpiewać.
To w prawo, to w lewo
Kiedy szorowała się w wannie i śpiewała, przyszły pan młody szedł dalej,
stopy miał całe w bąblach i był zdumiony zaciekłym odwetem mięśni za
wczorajszy marsz. Kiedy ona jadła śniadanie w długiej narożnej kuchni i układała plany z krzątającą się mamą, Smoky wspiął się na zalaną
słońcem, pulsującą bzykiem owadów górę, a potem zszedł w dolinę. Kiedy
Daily Alice i Sophie wołały do siebie na krzyżujących się korytarzach, a Doktor wyglądał przez okno w poszukiwaniu natchnienia, Smoky dotarł do
skrzyżowania dróg, gdzie cztery leciwe wiązy stały jak poważni starcy
pochłonięci rozmową. Przydrożna tablica głosiła "EDGEWOOD" i wskazywała
palcem wzdłuż polnej drogi, która wiła się w tunelu drzew. Gdy nią
szedł, rozglądając się to w prawo, to w lewo, i zastanawiał się co
dalej, Daily Alice i Sophie siedziały w pokoju starszej siostry,
przygotowując ubranie, które Alice miała nazajutrz włożyć, a Sophie
opowiadała jej swój sen.
Sen Sophie
- Śniło mi się, że nauczyłam się oszczędzać czas, odkładać go jak
pieniądze, i potem miałam go, kiedy był mi potrzebny. Na przykład minuty
w poczekalni u lekarza albo kiedy wracasz skądś, gdzie ci się nie
podobało, albo kiedy czekasz na autobus - te wszystkie bezużyteczne
chwile. Chodziło o to, żeby je rozłożyć płasko, jak stare pudła, żeby
zajmowały mniej miejsca. Kiedy już wiedziałaś, że tak można, zabieg był
całkiem prosty. Nikt się absolutnie nie zdziwił, jak powiedziałam, że
się tego nauczyłam. Mama tylko kiwnęła głową i się uśmiechnęła, jakby to
było oczywiste, że każdy się tego uczy we właściwym wieku. Trzeba było
po prostu zagiąć czas wzdłuż szwów, ostrożnie, żeby niczego nie
zmarnować, a potem złożyć płasko. Tata dał mi taką wielką kopertę z papieru marmurkowego, żebym tam wszystko wkładała, a ja przypomniałam
sobie, że widziałam u innych podobne koperty, i zastanawiałam się wtedy,
po co im one. Śmieszne, że w snach można wymyślać własne wspomnienia,
żeby wyjaśniały wydarzenia ze snu.
Kiedy opowiadała, jej szybkie palce obszywały rąbek sukni, a Daily Alice
nie zawsze rozumiała, co Sophie mówi, bo opowiadała, trzymając szpilki w ustach. Zresztą i tak w jej śnie można się było pogubić. Daily Alice
natychmiast zapominała, co się właśnie wydarzyło, jakby sama ten sen
śniła. Podniosła teraz z podłogi parę satynowych pantofelków, ale zaraz
postawiła je tam z powrotem. Wyszła na maleńki balkon za oknem w wykuszu.
- Wtedy się wystraszyłam - opowiadała Sophie. - Miałam wielką, straszną
kopertę wypchaną tym nieszczęsnym czasem i nie wiedziałam, jak mam jakąś
jego część wyjąć i użyć bez wypuszczania z koperty całego okropnego
czekania. Stwierdziłam, że chyba zbieranie czasu nie było najlepszym
pomysłem. W każdym razie...
Daily Alice spojrzała w dół na frontową ścieżkę, na brunatny podjazd z biegnącą pośrodku delikatną linią chwastów, które drżały w cieniu liści.
Na końcu podjazdu z muru wyrastały nagłym łukiem filary i brama, a każdy
filar wieńczyła chropowata kula jak szara kamienna pomarańcza. Akurat,
kiedy Alice patrzyła, Wędrowiec z wahaniem zatrzymał się przed bramą.
Myślała, że serce wyskoczy jej z piersi. Ponieważ od rana była w takim
pogodnym, spokojnym nastroju, stwierdziła już, że Smoky dzisiaj się nie
zjawi, bo jej serce Jakimś Sposobem wie, że on dziś nie przyjdzie i że
dlatego nie ma po co czekać w nerwach i robić sobie nadziei. A teraz jej
serce spotkała niespodzianka.
- A potem wszystko się już pomieszało. Wydawało się, że nie została ani
odrobina czasu niezłożonego na płasko i nieschowanego do koperty, że to
już nawet nie ja ten czas zbierałam, tylko on sam się składał. I zostały
już tylko te okropne chwile, ten czas chodzenia korytarzami, czas
budzenia się w nocy, czas nierobienia niczego...
Daily Alice pozwoliła, żeby serce waliło jej w piersi, bo i tak nie
wiedziała, co miałaby sercu powiedzieć. Smoky tymczasem podszedł bliżej,
powoli, jakby z nabożną czcią, choć nie miała pojęcia wobec czego. Ale
kiedy widziała już, że ją dostrzegł, rozwiązała brązowy szlafrok i zrzuciła go z ramion. Szlafrok zsunął się po jej rękach do nadgarstków i poczuła, niczym dotyk chłodnych i ciepłych dłoni, cienie liści i słońce
na skórze.
Złe wskazówki
W nogach czuł gorący prąd, który zaczynał się w podeszwach stóp i biegł
środkiem łydek, jakby rozgrzanych tarciem przez długą podróż. W jego
pokąsanej głowie huczało południe, a po wewnętrznej stronie prawego uda
czuł ostry, kłujący ból. Ale stał w Edgewood. Nie było co do tego
wątpliwości. Kiedy podchodził ścieżką w stronę ogromnego domu, pełnego
załomów i wykuszy, wiedział, że nie zapyta starszej pani na werandzie o drogę, bo nie potrzebował już żadnych wskazówek. Dotarł na miejsce. A gdy podszedł do domu jeszcze bliżej, Daily Alice odsłoniła przed nim
swoje ciało. Stał, wpatrując się w nią. Plecak, cały w plamach potu,
kołysał się w jego dłoni. Smoky nie śmiał jej odpowiedzieć - na
werandzie siedziała dama w podeszłym wieku - nie potrafił jednak
odwrócić wzroku.
- Pięknie, prawda? - odezwała się w końcu starsza pani.
Smoky się zarumienił. Leciwa kobieta wyprostowała się w fotelu z szerokim oparciem i uśmiechnęła się do niego. Siedziała przy małym
stoliku ze szklanym blatem. Stawiała pasjansa.
- Pięknie, powiedziałam! - powtórzyła nieco głośniej.
- Tak!
- No właśnie... Przepiękny widok. Cieszę się, że właśnie to najpierw się
widzi z alejki. Okna są nowe, ale balkon i wszystkie kamienne elewacje
zachowaliśmy oryginalne. Nie wejdzie pan na werandę? Z daleka trudno się
rozmawia.
Jeszcze raz zerknął w górę, ale Alice już zniknęła. Teraz widział tylko
fantazyjny dach malowany słońcem. Wszedł na zadaszoną werandę.
- Nazywam się Smoky Barnable.
- Tak. Nora Cloud. Może pan usiądzie? - Wprawnym ruchem zebrała karty i wsunęła do aksamitnego woreczka, a woreczek schowała następnie do
rzeźbionej kasetki.
- Czyli to pani? - zapytał, siadając w skrzypiącym wiklinowym fotelu. -
To pani postawiła mi te warunki, o garniturze, o drodze piechotą?
- Och, nie - odparła. - Ja je tylko odkryłam.
- Czy to jakaś próba?
- Być może. Nie wiem.
Wydawała się zaskoczona taką sugestią. Z kieszonki na piersi, do której
przypięta była starannie złożona, bezużyteczna chusteczka, wyjęła
brązowego papierosa i przypaliła go zapałką potartą o podeszwę buta.
Miała na sobie lekką sukienkę we wzór łączki, jaki chętnie noszą starsze
panie, chociaż Smoky jeszcze nigdy nie widział sukni tak
jaskrawoturkusowej, ani też wzoru tak zawile, nieprawdopodobnie wręcz
splątanych liści, drobnych kwiatków i pnączy.
- W każdym razie to podejście zapobiegawcze - dodała.
- Jak to?
- Dla pana bezpieczeństwa.
- Aha.
Przez chwilę siedzieli, nic nie mówiąc. Milczenie ciotki Cloud było
pełne uśmiechu, jego - wyczekiwania. Zastanawiał się, dlaczego nie
zaproszono go do środka, nie przedstawiono. Czuł falę żaru buchającą zza
rozchylonego kołnierzyka koszuli. Uświadomił sobie, że jest niedziela.
Odchrząknął.
- Państwo Drinkwater w kościele?
- W pewnym sensie, tak. - Dziwne to było, sposób, w jaki odpowiadała na
wszystko, co mówił, jakby opowiadał rzeczy, które nigdy nie przyszły jej
do głowy. - Jest pan wierzący?
Tego się obawiał.
- To znaczy... - zaczął.
- Kobiety zwykle są bardziej religijne, nie zauważył pan?
- Chyba tak. Nikt w mojej rodzinie jakoś nie przejmował się zbytnio
religią.
- Wiara moja i mojej mamy była głębsza niż wiara ojca i braci. Chociaż
oni być może cierpieli przez nią bardziej niż my.
Nie miał pojęcia, co na to odpowiedzieć, i nie potrafił ocenić, czy jej
badawczy wzrok był sygnałem, że oczekuje odpowiedzi, czy po prostu
spojrzeniem krótkowidza.
- Mój bratanek też... doktor Drinkwater... Ale oczywiście on poświęca
wiele czasu i uwagi zwierzętom. Bardzo wiele czasu i uwagi. Reszta jakoś
mu umyka.
- Czyli w takim razie jest panteistą?
- O, nie. Nie jest aż tak niemądry. Tyle, że reszta świata - zakreś-liła
papierosem gest w powietrzu - po prostu go omija. A, kogo tu mamy?
Przez bramę wjechała na rowerze kobieta w kapeluszu z bardzo szerokim
rondem. Miała na sobie bluzkę we wzór podobny do sukienki pani Cloud,
ale jeszcze bardziej zawiły, oraz parę szerokich dżinsów. Niewprawnie
zsiadła z roweru i z koszyka przy ramie wyjęła drewniany cebrzyk. Kiedy
zsunęła z czoła wielki kapelusz, Smoky rozpoznał panią Drinkwater.
Podeszła i ciężko usiadła na stopniach werandy.
- Cloud - powiedziała - już nigdy, przenigdy nie poproszę cię o radę
przy zbieraniu jagód.
- Z panem Barnable'em - odparła Cloud wesoło - rozmawialiśmy właśnie o religii.
- Cloud - ciągnęła pani Drinkwater, drapiąc się w kostkę nad tenisówką,
przetartą na dużym palcu. - Cloud, dostałam złe wskazówki.
- Wiaderko masz pełne.
- Dostałam złe wskazówki. Pal licho wiaderko, nazbierałam do pełna w dziesięć minut.
- No więc o co chodzi?
- Nie mówiłaś, że pobłądzę.
- Nie pytałam.
Nastąpiła chwila ciszy. Cloud zaciągnęła się papierosem. Pani Drinkwater
sennie drapała się w kostkę. Smoky (któremu nie przeszkadzało, że pani
Drinkwater się z nim nie przywitała, bo tak naprawdę nawet tego nie
zauważył - efekt dorastania w niewyrazistości) miał czas się zdziwić,
dlaczego Cloud nie odparła: "Nie pytałaś".
- A jeśli chodzi o religię - odezwała się pani Drinkwater - najlepiej
porozmawiać z Auberonem.
- A. Tak. Nie jest zbyt religijny. - Po czym wyjaśniła Smoky'emu: - Mój
starszy brat.
- Ale myśli wyłącznie o tym - powiedziała pani Drinkwater.
- Tak - potwierdziła Cloud - tak. Cóż, tak to już jest.
- A pan jest religijny? - zapytała pani Drinkwater Smoky'ego.
- Nie jest - odpowiedziała Cloud. - Oczywiście był też August.
- W dzieciństwie religia nie odgrywała u mnie ważnej roli - przyznał
Smoky. Uśmiechnął się szeroko. - Chyba wyznawałem coś w rodzaju
politeizmu.
- Co takiego? - zapytała pani Drinkwater.
- Panteon. Odebrałem wykształcenie klasyczne.
- Od czegoś trzeba zacząć - odparła, wybierając listki i małe robaczki z wiaderka jagód. - To już chyba resztka tego paskudztwa. Jutro letnie
przesilenie, na całe szczęście.
- Mój brat August - powiedziała Cloud - dziadek Alice, on może był
religijny. Ale... opuścił Edgewood... nie wiadomo, dokąd się udał.
- Był misjonarzem? - zapytał Smoky.
- Być może - odparła Cloud, znowu sprawiając wrażenie, jakby ten pomysł
ją zaskoczył. - Tak, może i tak.
- Już pewnie się ubrały - stwierdziła pani Drinkwater. - Chyba możemy
wejść.
Wyobrażona sypialnia
Drzwi z siatką na owady były stare i duże, ich drewnianą ramę zdobiły
żłobione wzory kwietnej łączki, a siatka mocno wybrzuszała się na dole,
wypchana przez wiele lat usilnych prób wydostania się za drzwi przez
dzieci. Kiedy Smoky pociągnął porcelanową rączkę, zardzewiała sprężyna
jęknęła. Wszedł przez próg i znalazł się w środku.
Przedsionek, wysoki, wyfroterowany, pachniał uwięzionym chłodnym
powietrzem nocy, ogniem palonym zimą w kominku, saszetkami z lawendą w bieliźniarce z mosiężnymi gałkami, czym jeszcze? Woskiem, słońcem,
porami roku zlanymi w jedną, które czerwcowy dzień wpuścił do środka,
gdy drzwi z siatki jęknęły i zatrzasnęły się za Smokym z głośnym
kliknięciem. Przed nim biegły w górę schody, zakręcając półkoliście na
piętro wyżej. Na pierwszym podeście, w świetle, które wpadało przez
zwieńczone ostrym łukiem okno, ubrana teraz w niemiłosiernie połatane
dżinsy stała boso jego wybranka. Zza jej pleców wyglądała Sophie, w cienkiej białej sukience, z wieloma pierścionkami na palcach. Była już
teraz o rok starsza, ale nadal nie dorosła do wzrostu siostry.
- Hej - przywitała go Daily Alice.
- Hej - odpowiedział Smoky.
- Zabierz Smoky'ego na górę - poleciła pani Drinkwater. - Damy mu
wyobrażoną sypialnię. I na pewno chce się obmyć.
Poklepała go po ramieniu, a on postawił stopę na pierwszym stopniu. W późniejszych latach zastanawiał się - czasem bez emocji, czasem z udręką
- czy potem kiedykolwiek naprawdę stąd wyszedł, kiedy już raz tu wszedł.
Ale wtedy po prostu wspiął się na podest, na którym stała, oszalały ze
szczęścia, że po tej długiej, przedziwnej podróży w końcu dotarł na
miejsce i że ona wita go z obietnicą w swoich piwnych oczach (i może to
był jedyny cel tej podróży, właśnie ta chwila szczęścia, a jeśli tak, to
cel był dobry i on się na niego zgadzał), że bierze od niego plecak,
chwyta go za rękę i prowadzi na chłodne, wyższe piętra domu.
- Chętnie się umyję - przyznał, lekko zdyszany.
Wtedy nachyliła swoją dużą głowę do jego ucha i szepnęła:
- Wyliżę cię do czysta jak kot.
Sophie zachichotała za ich plecami.
- Korytarz - powiedziała Alice, przeciągając dłonią po ciemnej boazerii.
Klepała szklane gałki mijanych drzwi: - Pokój mamy i taty. Gabinet taty:
bądź cichutko. Mój pokój. Widzisz?
Smoky zajrzał do środka i zobaczył prawie wyłącznie siebie w wysokim
lustrze.
- Wyobrażona pracownia - ciągnęła. - Stare planetarium, w górę po
schodach. I w lewo, w lewo.
Korytarz wydawał się biec spiralnie i Smoky zastanawiał się, jak tym
wszystkim pokojom udawało się od niego odchodzić.
- Tutaj - oznajmiła.
Pokój był trudnego do określenia kształtu. Sufit ostro opadał ku
narożnikowi, przez co jeden koniec sypialni był niższy niż przeciwny.
Okna też były tu mniejsze. Pokój wydawał się większy, niż był w istocie,
albo też był mniejszy, niż się wydawał, Smoky nie mógł się zdecydować.
Alice rzuciła jego plecak na wąskie łóżko przykryte letnią bawełnianą
narzutą w kropki.
- Łazienka jest w korytarzu - ciągnęła. - Sophie, idź, nalej wody do
wanny.
- Jest może prysznic? - zapytał, wyobrażając sobie skok na główkę do
zimnej wody.
- Nie ma - odparła Sophie. - Chcemy przeprowadzić remont instalacji, ale
nie możemy jej znaleźć...
- Sophie.
Sophie zamknęła za sobą drzwi.
Najpierw chciała spróbować smak potu, od którego błyszczała jego szyja i delikatny obojczyk. Potem on postanowił rozwiązać poły jej koszuli,
które skręciła w węzeł pod biustem. Ale później oboje, niecierpliwi,
zapomnieli zajmować się sobą na zmianę i zapamiętale spierali się w milczeniu, czyja kolej, jak piraci dzielący skarb, którego tak długo
wcześniej szukali, o którym tyle marzyli, który tak długo nie był im
dany.
W otoczonym murem ogrodzie
W południe jedli we dwoje kanapki z masłem orzechowym i z galaretką z jabłek w ogrodzie od tylnego frontu, który otaczał wysoki mur.
- Od tylnego frontu?
Rozrośnięte drzewa spoglądały przez szare kamienne ogrodzenie jak
nieruchomi widzowie wsparci na łokciach. Kamienny stół, przy którym
siedzieli w rogu pod rozłożystym bukiem, nosił spiralne ślady gąsienic
rozgniatanych na nim przez kolejne lata. Na tym grubym blacie ich dwa
wesołe papierowe talerzyki wyglądały efemerycznie i frymuśnie. Smoky
usiłował oczyścić podniebienie z masła orzechowego, zwykle go nie jadał.
- Kiedyś to był front - wyjaśniła Daily Alice. - Potem powstał ogród i mur, więc to tył stał się frontem. W każdym razie jednym z frontów. I dzisiaj tutaj jest tylny front.
Usiadła okrakiem na ławce i podniosła gałązkę, odgarniając jednocześnie
palcem pojedynczy lśniący włos, który wiatr zawiał pomiędzy jej wargi.
Szybko wydrapała w ziemi pięciokąt. Smoky patrzył na rysunek i na opięte
dżinsy Daily Alice.
- To nie do końca tak - oceniła, przyglądając się pięciokątowi z przechyloną głową - ale mniej więcej. Widzisz, to są wszystkie fronty
modelowego domu. Nasz dom powstał jako wzór. Pamiętasz mojego
pradziadka? Tego, o którym ci pisałam? To on zbudował ten dom jako
model, żeby ludzie mogli przyjeżdżać i mu się przyglądać z dowolnej
strony, i wybrać, jaki rodzaj domu chcą. Dlatego wewnątrz jest taki
zwariowany. Bo ma w sobie upchanych wiele domów, które jakby się
krzyżują i przenikają, a ich fronty widać z zewnątrz.
- Że jak?
Od pewnego czasu przyglądał się jej, kiedy mówiła, ale nie słuchał.
Zauważyła to po jego minie i roześmiała się.
- Patrz. Widzisz?
Smoky spojrzał, gdzie wskazywała, na tylny front. Była tam surowa
klasyczna fasada, złagodzona przez pnący się bluszcz. Jej szary kamień
nosił ślady plam, jakby ciemnych łez. Smoky widział wysokie łukowe okna.
Symetryczne detale, w których rozpoznawał klasyczne porządki
architektoniczne. Rustyki, kolumny, plinty. Przez jedno z wysokich okien
wyglądał ktoś melancholijnie zamyślony.
- Chodź.
Ugryzła duży kęs kanapki (dużymi zębami) i poprowadziła Smoky'ego za
rękę wzdłuż frontu, a kiedy przechodzili, wydawało się, że fasada zgina
się i składa jak dekoracje. To, co wyglądało na płaskie, teraz
wystawało, to, co wcześniej wystawało, teraz składało się do środka.
Filary zmieniały się w pilastry i znikały. Jak na dziecięcych
trójwymiarowych obrazkach, które wystarczy poruszyć, żeby ponury grymas
zmienił się w uśmiech, tak tutaj zmieniał się tylny front, a kiedy
dotarli do przeciwległego muru i odwrócili się, żeby spojrzeć raz
jeszcze, dom stał się wesołą imitacją stylu Tudorów, z głębokimi okapami
i kominami zbitymi w gromadki, wystającymi z dachu jak śmieszne
kapelusze. Jedno z szerokich okien na pierwszym piętrze (wśród szybek w ołowianych ramkach połyskiwały jedna czy dwie z kolorowego szkła)
otworzyło się na oścież i zamachała do nich Sophie.
- Smoky! - zawołała. - Kiedy skończysz jeść lunch, masz pójść
porozmawiać z tatą w bibliotece.
Została w oknie z założonymi na piersi rękami, opierając się o parapet i patrząc na niego z uśmiechem, jakby zadowolona, że przyniosła takie
wieści.
- Aha, jasne! - odkrzyknął nonszalancko Smoky.
Podszedł z powrotem do kamiennego stołu, a dom powrócił wtedy do
klasycznej postaci. Daily Alice jadła jego kanapkę.
- Co mam mu powiedzieć? - zapytał.
Z ustami pełnymi chleba wzruszyła ramionami.
- A jeśli zapyta: "Jakie ma pan perspektywy i plany, młody człowieku?".
Daily Alice zaśmiała się, zakrywając usta, tak jak wtedy, w bibliotece
George'a Mouse'a.
- Przecież nie mogę mu powiedzieć, że sczytuję książkę telefoniczną.
Ogrom tego, na co się porywał, i spoczywająca na doktorze Drinkwaterze
oczywista odpowiedzialność uświadomienia mu tego wszystkiego, osiadła na
jego barkach jak stadko ptaków. Poczuł nagłe wahanie i szukał źródła
tych wątpliwości. Spojrzał na wielką postać swojej ukochanej. Bo
właściwie jakie miał perspektywy? Czy mógł wyjaśnić Doktorowi, że jego
córka wyleczyła go z niewyrazistości za jednym zamachem - za jednym
spojrzeniem - i że to wystarczyło? Że po ceremonii ślubnej (i złożeniu
wszelkich religijnych zobowiązań, jakich będą od niego wymagać)
zamierzał po prostu żyć długo i szczęśliwie, jak inni?
Daily Alice wyjęła mały scyzoryk i zaczęła obierać zielone jabłko,
odkrawając długą, spiralną wstążkę skórki. Ileż ona miała talentów! Na
co on w ogóle był jej potrzebny?
- Lubisz dzieci? - zapytała, nie odrywając spojrzenia od jabłka.
Domy i ich historie
W bibliotece panował półmrok, zgodnie ze starą filozofią szczelnego
zamykania domu w upalne letnie dni, żeby utrzymać w nim chłód. W pomieszczeniu było chłodno, ale nie było w nim doktora Drinkwatera.
Przez łukowe okna, w których po bokach wisiały zasłony, Smoky dostrzegł
Daily Alice i Sophie, rozmawiające przy kamiennym stole w ogrodzie, i poczuł się jak chłopiec trzymany w domu, bo nabroił albo jest chory.
Ziewnął nerwowo i przejrzał tytuły z pierwszej z brzegu półki. Wyglądało
na to, że od bardzo dawna nikt nie wyjmował żadnych książek z tych
uginających się pod nimi regałów. Były tam zbiory kazań, tomy dzieł
George'a MacDonalda, Andrew Jacksona Davisa, Swedenborga. Stało tam też
kilka dobrych jardów opowiadań dla dzieci autorstwa Doktora, ładnych,
ale w lichej oprawie i z powtarzalnymi tytułami. Było tam również sporo
przyjemnie oprawionych klasyków, opartych o popiersie nieznanego
człowieka w wieńcu laurowym. Smoky zdjął Swetoniusza, a za nim
przewróciła się jakaś wetknięta między tomy broszurka. Była stara,
poplamiona, z pozaginanymi rogami, ilustrowana perłową fotograwiurą i zatytułowana Domy nowojorskiej prowincji oraz ich historie. Ostrożnie
przewracał kartki, żeby nie naruszyć klejenia, patrzył na mroczne ogrody
czarnych kwiatów, na zamek bez dachu wzniesiony na wyspie na rzece przez
magnata branży tekstylnej, na dom z beczek piwa.
Przeglądał broszurkę, odwracając kartki. Daily Alice i Sophie gdzieś
poszły. Zdmuchnięty wiatrem papierowy talerzyk spadał na ziemię, wirując
jak baletnica.
Smoky natrafił na fotografię dwojga ludzi siedzących za jakimś kamiennym
stołem przy herbacie. Mężczyzna wyglądał jak poeta Yeats, nosił jasny
letni garnitur i cętkowany krawat, miał bujne, białe włosy, a słońce,
które odbijało się w jego okularach, nie pozwalało dobrze dojrzeć jego
oczu. Kobieta była młodsza, w szerokim białym kapeluszu, jej ciemną
twarz ocieniało nakrycie głowy, a rysy rozmazywał być może nagły ruch.
Za nimi widać było część tego samego domu, w którym teraz stał Smoky, a obok tych dwojga, wyciągając niewielką dłoń do kobiety, która może to
dostrzegła i poruszyła się, by tę dłoń ująć, a może jednak wcale nie
(trudno było stwierdzić), stała postać, mała istota, ktoś wzrostu mniej
więcej jednej stopy, w szpiczastym kapeluszu i trzewikach z długim
czubkiem. Szeroka twarz tego kogoś, która nie była twarzą człowieka,
również wydawała się rozmazana przez nagłe poruszenie. Najwyraźniej
postać miała też parę przezroczystych owadzich skrzydeł. Podpis głosił:
"John Drinkwater z małżonką (Violet Bramble), elf. Edgewood 1912". Pod
zdjęciem autor miał do powiedzenia, co następuje:
"Najdziwniejszym z fantazyjnych domów przełomu wieków jest być może
Edgewood Johna Drinkwatera, choć w zamyśle bynajmniej nie powstawał jako
wytwór fantazji szaleńca. Jego historia zaczyna się najpewniej wraz z pierwszym wydaniem Architektury domów wiejskich w 1880 roku. Właśnie
dzięki temu przyjemnemu w lekturze, a do tego znaczącemu kompendium
wiktoriańskiej architektury młody Drinkwater zyskał nazwisko, a później
został wspólnikiem w słynnym zespole architektów krajobrazu Mouse Stone.
W 1894 roku Drinkwater zaprojektował Edgewood jako rodzaj kompozytu
ilustracji swojej głośnej książki, złączając w jedną budowlę kilka domów
różnych rozmiarów i stylów w sposób całkiem dosłownie niemożliwy do
opisania. Fakt, że dom przedstawia pewien rodzaj (czy też rodzaje)
logiki i porządku, nieco wzmocnił (słabnący już) wpływ Drinkwatera. W 1897 roku architekt poślubił Violet Bramble, młodą Angielkę, córkę
mistyka i kaznodziei Theodore'a Burne'a Bramble'a i w trakcie ich
małżeństwa pozostawał całkowicie pod wpływem żony, spirytualistki o fascynującej osobowości. Jej myśl przenika późniejsze wydania
Architektury domów wiejskich, które Drinkwater nasycał coraz bardziej
filozofią teozoficzną czy też idealistyczną, nie usuwając jednakże
żadnego fragmentu oryginalnego materiału. Szóste i ostatnie wydanie (z 1910 roku) musiał opublikować własnym sumptem, ponieważ wydawcy rynkowi
nie byli już zainteresowani. Nakład ten w dalszym ciągu zawiera
wszystkie ilustracje z wydania z 1880 roku.
Drinkwaterowie w tamtych latach zgromadzili wokół siebie grupę osób o podobnych przekonaniach - artystów, estetów i zmęczone światem "wrażliwe
dusze". Od samego początku sekta miała rys anglofilski, a należeli do
niej między innymi poeta Yeats, J. M. Barrie, kilkoro dobrze znanych
ilustratorów oraz różne "poetyckie" osobowości, które rozkwitały w beztroskich latach zmierzchu przed pierwszą wojną światową, a które
dzisiaj zniknęły w ostrym świetle dnia.
Nie należy zapominać, że ludzie ci zręcznie wykorzystali powszechny
odpływ ludności z okolicznych farm w tamtych latach. Rejon pięciu miast
wokół Edgewood był świadkiem ucieczki zubożałych właścicieli rolnych do
City i na Zachód oraz napływu w ich miejsce nijakich poetów,
uciekających przed ekonomicznymi realiami, które zapukały, by przejąć
ich domy. Zapewne nie dziwi fakt, że wszyscy z tej niewielkiej grupy,
którzy jeszcze zostali, "unikali służby wojskowej ze względu na
przekonania" w czasie, gdy ojczyzna znalazła się w wielkiej potrzebie.
Nie dziwi również, że dzisiaj nie został nawet ślad po ich dziwacznych,
pustych misteriach.
Dom nadal zamieszkują spadkobiercy Drinkwatera. Podobno na terenie
Edgewood (niebywale rozległym) stoi również fantazyjny dom letni, ale
ani dom, ani tereny wokół nie są dostępne dla zwiedzających".
Elf?
Porada doktora Drinkwatera
- Czyli mamy odbyć pogawędkę - zaczął doktor Drinkwater. - Gdzie
chciałby pan usiąść?
Smoky wybrał pikowany skórzany fotel. Doktor Drinkwater, który usiadł na
wygodnej kanapie, przejechał dłonią po falistych włosach, przez chwilę
cmokał i mlaskał, potem odkaszlnął, jakby celem wstępu. Smoky czekał na
pierwsze pytanie.
- Lubi pan zwierzęta? - zapytał doktor Drinkwater.
- Cóż, nie miałem z nimi wiele do czynienia - przyznał Smoky. - Mój
ojciec lubił psy.
Doktor Drinkwater pokiwał głową, ale chyba był rozczarowany.
- Zawsze mieszkałem w miastach albo na przedmieściach. Rano lubiłem
słuchać ptaków. - Smoky zamilkł na chwilę. - Czytałem pańskie
opowiadania. Uważam, że są... bardzo prawdziwe, jak sądzę. - Uśmiechnął
się i natychmiast uświadomił sobie, że jego uśmiech jest straszliwie
przymilny, ale Doktor zdawał się tego nie zauważać. Westchnął tylko
głęboko.
- Rozumiem - powiedział - że jesteś, chłopcze, świadom, na co się
piszesz.
Teraz to Smoky kaszlnął celem wstępu.
- Oczywiście wiem, proszę pana, że nie potrafię zapewnić Alice...
luksusu i przepychu, do jakich przywykła, przynajmniej jeszcze nie
teraz. Jestem... na etapie poszukiwań. Odebrałem dobre wykształcenie,
nie do końca formalne, ale obmyślam właśnie sposoby, jak mógłbym
wykorzystać moją wiedzę. Mógłbym uczyć.
- Uczyć?
- Literatury klasycznej.
Doktor od paru chwil spoglądał ku wysokim półkom, uginającym się pod
ciemnymi tomami.
- Hm. W tym pomieszczeniu przechodzą mnie ciarki - stwierdził. - "Idź,
porozmawiaj z chłopcem w bibliotece", każe mi mama. Jeśli nie muszę,
nigdy tu nie przychodzę. A czegóż takiego mógłbyś uczyć, powiadasz?
- Nie wiem jeszcze. Właśnie, hm, biorę to pod lupę.
- Umiesz pisać? W sensie... kaligrafować? To bardzo ważne dla
nauczyciela.
- O tak. Mam staranny charakter pisma. - Milczenie. - Dysponuję pewną
sumą pieniędzy, spadkiem...
- Och, pieniądze. O to się nie martwmy. Jesteśmy bogaci. - Uśmiechnął
się szeroko do Smoky'ego. - Bogaci jak Krezus. - Dotknął plecami oparcia
kanapy, obejmując kolano we flanelowych spodniach dziwnie małymi dłońmi.
- Głównie po moim dziadku. Był architektem. No i ja też zarabiam, na
opowiadaniach. Zasięgnęliśmy też dobrej porady. - Spojrzał na Smoky'ego
dziwnie, niemal ze współczuciem. - Na to zawsze możesz liczyć: na dobrą
poradę. - Po czym, jakby sam udzielił właśnie Smoky'emu dobrej porady,
rozstawił nogi, poklepał się po kolanach i wstał. - Cóż. Będę już szedł.
Widzimy się na kolacji? Świetnie. Nie przemęczaj się dzisiaj zbytnio.
Jutro czeka cię ciężki dzień. - Ostatnie słowa powiedział już za
progiem, bo tak mu się śpieszyło do wyjścia.
Architektura domów wiejskich
Zauważył je za szklanymi drzwiczkami biblioteczki, z tyłu za kanapą, na
której siedział doktor Drinkwater. Uklęknął na kanapie, przekręcił klucz
w zamku i odsunął drzwiczki. Stały tam razem, wszystkie sześć. Tak jak
mówiła broszura, kolejne wydania były coraz grubsze. Po obu stronach
kompletu, oparte o siebie albo ułożone poziomo, były też inne tomy, może
z innych wydań. Wyjął najcieńszy tom, gruby może na cal. Architektura
domów wiejskich. Przez wklęsłodrukową okładkę biegła ukośnie
"rustykalna" wiktoriańska typografia, a z liter wyrastały gałązki i listki w oliwkowej barwie suchego listowia. Przerzucił ciężkie kartki.
Późny gotyk, w formie oryginalnej lub częściowo zmienionej. Willa w stylu włoskim, odpowiednia na rezydencję na terenie płaskim lub lekko
pofałdowanym. Styl Tudorów i zmodyfikowany styl neoklasyczny, cnotliwie
na oddzielnych stronach. Domek wiejski. Dworek. Wszystkie obsadzone na
rycinach topolami, sosnami, a w tle góry lub chmury. Do domów zmierzali
w gościnę mali czarni ludzie, a może to dumni właściciele szli, by
odebrać, co należy do nich? Pomyślał, że gdyby wszystkie te ilustracje
były na szkle, mógłby podnieść je na raz i oglądać w zamieszkałej przez
drobiny kurzu smudze słońca, a wtedy Edgewood ukazałoby się mu w całej
okazałości. Przeczytał fragment tekstu, który podawał dokładne wymiary,
opcje fantazyjnych elementów, pełne i dość zabawne koszty budowy
(dziesięć dolarów tygodniowo dla kamieniarzy, którzy już dawno zabrali
do grobu swoje umiejętności i tajniki) oraz wyszczególniał, jaki rodzaj
domu pasuje do różnych typów osobowości i do różnorakich profesji. Smoky
odłożył książkę.
Następnie wyciągnął tom prawie dwa razy grubszy. Czwarte wydanie, głosił
napis, Little, Brown, Boston, 1898. Na stronie sąsiadującej z tytułową
widniał rysowany ołówkiem, miękką kreską, portret Drinkwatera. Smoky
niejasno rozpoznał podwójne, pisane z myślnikiem nazwisko rysownika. Na
zadrukowanej od brzegu do brzegu stronie tytułowej widniało motto:
"Powstaję i burzę od nowa". Shelley. Ilustracje były te same, choć wśród
nich widniał również zestaw "Połączenia", z których wszystkie były
planami pięter i które podpisane były w sposób dla Smoky'ego kompletnie
niezrozumiały.
Szóste i ostatnie wydanie, wielkie i ciężkie, było przepięknie oprawione
w secesyjny fiolet. Litery tytułu wyciągały drżące członki i wysuwały
zawijane dolne linie, jakby chciały rosnąć. Całość sprawiała wrażenie,
jakby odbijała się w pomarszczonej tafli stawu z rozkwitłymi liliami
wodnymi wieczorową porą. Tutaj, na stronie sąsiadującej z tytułową
widniał nie Drinkwater, ale jego żona, na fotografii rozmazanej jak
szkic węglem. Smoky studiował jej niewyraźne rysy twarzy. Być może to
nie była kwestia sztuki - może Violet Bramble była, tak samo jak on, nie
zawsze w pełni obecna, w pełni istniejąca. Była jednak urocza. Potem
następowały poetyckie dedykacje, epistoły i cały arsenał Przedmów,
Wstępów oraz Wprowadzeń, drukiem czerwonym i czarnym. A potem znowu te
małe domki jak wcześniej, tylko że teraz wyglądały staromodnie i dziwacznie, jak pospolite miasteczko porwane manią nowoczesności.
Zupełnie jakby sekretarka spisująca myśli Violet walczyła o resztki
racjonalności na kolejnych stronach, na których roiło się od pisanych
wielkimi literami oderwanych pojęć (czcionka zmniejszała się, w miarę
jak wydania nabierały objętości), mniej więcej na co drugiej stronie
widniały przypisy na marginesie, motta, nagłówki rozdziałów i wszelkie
elementy zmieniające tekst w przedmiot, logiczny, precyzyjnie wyrażony,
niedający się czytać. Na końcu przyklejona do wyklejki okładki była
mapa, kilkakrotnie złożona, stanowiąca w istocie całkiem gruby pakiecik.
Mapa była z cienkiego papieru i Smoky z początku nie wiedział, jak się
zabrać do jej rozkładania. Zaczął w jeden sposób, skrzywił się, słysząc
jęk papieru, który przedarł się nieznacznie na starym zagięciu, i zaczął
od nowa. Rzucając okiem na fragmenty, widział, że mapa jest w istocie
jakimś ogromnym planem, ale czego? W końcu zdołał ją całą rozłożyć.
Leżała, szeleszcząc na jego kolanach, zadrukowaną stroną do dołu. Musiał
ją tylko odwrócić. Zatrzymał się na tym, nie mając pewności, czy chce
wiedzieć, co mapa przedstawia. "Rozumiem - powiedział Doktor - że jesteś
świadom, na co się piszesz". Smoky podniósł jeden z brzegów mapy.
Stareńki, delikatny papier uniósł się lekko jak skrzydełko ćmy. Przeszył
go snop słońca i Smoky dostrzegł złożone kształty z mnóstwem opisów.
Odwrócił mapę, żeby dobrze się jej przyjrzeć.
Akurat wtedy
- Czy ona pójdzie, Cloud? - zapytała Mama, a Cloud odparła:
- Cóż, wygląda na to, że nie. - Ale nie chciała dodać nic więcej, tylko
siedziała przy drugim końcu kuchennego stołu. Dym z jej papierosa
ulatywał w promienie słońca. Mama miała ręce po łokcie w mące, ponieważ
była zajęta pieczeniem placka, co wcale nie było bezmyślnym zajęciem,
choć tak to nazywała. W istocie, odkryła, że przy nim często myśli
najprecyzyjniej, najjaśniej. Kiedy jej ciało miało zajęcie, potrafiła
robić to, co inaczej zupełnie jej nie wychodziło, na przykład ustawiać
zmartwienia w szeregu, a dowództwo nad każdym szeregiem przekazywać
nadziei. Czasem przy gotowaniu przypominała sobie wiersze, o których nie
pamiętała, że w ogóle je zna, albo mówiła językami jej męża, dzieci,
zmarłego ojca, albo jej nienarodzonych, widzianych wyraźnie wnuków -
trzech dziewcząt, absolwentek uniwersytetu, i chudego, nieszczęśliwego
chłopca. W łokciach czuła pogodę i kiedy wstawiała teraz stare szklane
formy z plackiem do piekarnika, który ział na nią gorącym oddechem,
stwierdziła, że idzie burza. Cloud nic na to nie powiedziała, tylko
westchnęła, zaciągnęła się dymem i osuszyła małą chusteczką rosę, która
zebrała się na jej pomarszczonej szyi. Chusteczkę wetknęła potem
starannie w rękaw.
- Później się rozpogodzi - zapowiedziała, wyszła powoli z kuchni i udała
się korytarzem do swojego pokoju, żeby na chwilę zmrużyć oczy, bo potem
trzeba będzie zająć się kolacją. Zanim położyła się na szerokim łóżku,
które przez kilka krótkich lat dzieliła z Henrym Cloudem, spojrzała w stronę wzgórz i rzeczywiście, biały cumulus zaczął już się tworzyć i płynąć w tę stronę, wznosząc się na niebie jak zapowiedź rychłego
zwycięstwa, bez wątpienia Sophie miała więc rację. Cloud leżała i myślała: przynajmniej tu dotarł i nie złamał żadnego z warunków. I tylko
tyle mogła na razie powiedzieć.
Akurat wtedy, tam, gdzie Stary Kamienny Mur oddziela Zieloną Łąkę od
Starego Pastwiska, które w bzyczeniu owadów opada kamieniście nad brzeg
Stawu z Liliami, doktor Drinkwater, w niskim kapeluszu z szerokim
rondem, zatrzymał się, żeby złapać oddech po wędrówce wznoszącą się
drogą. Powoli szum krwi w jego uszach cichł i Doktor mógł znowu słuchać
sceny z prywatnego słuchowiska - niekończących się rozmów ptaków,
półtonów cykad, szelestów i tupotów tysiąca istot, które wchodziły na
scenę i z niej schodziły. Ziemia w tej okolicy znała ludzką rękę,
chociaż w ostatnich czasach człowiek tę rękę w dużej mierze cofnął.
Doktor Drinkwater patrzył na dach śpiącej obory Browna, daleko za Stawem
z Liliami. Wiedział, że porzucone pastwisko należało do gospodarstwa
sąsiada, a mur dawniej stanowił jego granicę. Krajobraz był tu
różnorodny - ludzkie zabudowania, przestrzeń pod wiele domów, małych i dużych, tu rozległy mur, tam słoneczne pastwisko, tutaj staw. Dla
Doktora właśnie to wszystko było prawdziwym znaczeniem słowa "ekologia",
które od czasu do czasu widział źle używane, gdy w gazecie z City czytał
gęste kolumny sąsiadujące z pisaną przez niego kroniką tego miejsca.
Kiedy tak siedział na ciepłym omszałym kamieniu, skupiając całą uwagę na
tym krajobrazie, Mały Podmuszek przyniósł mu wieści, że do wieczora góra
chmur rozsypie się tu na kawałki.
Akurat wtedy w pokoju Sophie, na szerokim łóżku, gdzie przez wiele lat
kładli się wspólnie spać John Drinkwater i Violet Bramble, leżały ich
dwie prawnuczki. Długa jasna suknia, którą następnego dnia miała włożyć
Daily Alice, a następnie pewnie nigdy całkiem jej nie zdjąć, wisiała na
zaczepionym o drzwi szafy wieszaku i w lustrze na drzwiach odbijała
drugą taką samą, z którą stykała się plecami. Poniżej sukni i wokół niej
znajdowały się wszystkie rzeczy jej przynależne. W popołudniowym upale
Sophie z siostrą leżały nagie. Sophie przesunęła dłonią po wilgotnym od
potu biodrze siostry. Daily Alice jęknęła:
- Oj, za gorąco. - A kiedy poczuła jeszcze gorętsze siostrzane łzy na
swoim ramieniu, dodała: - Już niedługo przyjdzie twoja kolej, wybierzesz
kogoś, albo może to ciebie ktoś wybierze, i to ty będziesz czerwcową
panną młodą.
A Sophie odparła:
- Nigdy, przenigdy - i mówiła coś jeszcze, ale Alice już nie mogła
dosłyszeć, bo Sophie schowała twarz w ramieniu siostry i jej słowa
stapiały się z szumem popołudnia. A mówiła: "On tego nigdy nie pojmie
ani nie dostrzeże, oni nigdy nie dadzą mu tego, co dali nam, będzie źle
stąpał, będzie patrzył, kiedy powinien odwracać wzrok, nigdy nie zauważy
drzwi i nie będzie wiedział, gdzie skręcić, sama zobaczysz, poczekaj, a zobaczysz", i o tym akurat wtedy myślała ciotka Cloud, o tym, co
zobaczą, jeśli poczekają. I o tym także rozmyślała matka Sophie i Alice,
choć nie tyle była ciekawa, ile raczej obserwowała w myślach manewry
całej armii Możliwości. I również Smoky, zostawiony w samotności na
czas, jak rozumiał, ogólnej niedzielnej sjesty, chwil odpoczynku, z wielką mapą rozłożoną przed sobą w czarnej, zakurzonej bibliotece,
akurat wtedy drżał nad tym, czujny i wyprostowany jak płomień.
III
W chatce u stóp wzgórza
Staruszka żyła sobie.
Pewnie żyje nadal,
Bo nie ma jej w grobie.
Pewnego pogodnego lata pod koniec zeszłego wieku John Drinkwater,
podczas pieszej wędrówki po Anglii, rzekomo by oglądać domy, znalazł się
któregoś dnia o zmierzchu pod furtką ceglanego budynku plebanii w Cheshire. Zgubił drogę, jak również swój przewodnik, nierozważnie topiąc
go w kanale młyńskim, nad którym wiele godzin wcześniej się posilał.
Odczuwał głód i choć angielska prowincja była bezpieczna i urokliwa,
czuł się nieswojo.
Dziwne wnętrza
W ogrodzie plebanii, zarośniętym i zdziczałym, ćmy połyskiwały w kaskadzie gęstych różanych krzewów, a ptaki fruwały i szeleściły w sękatych gałęziach jabłoni, dyrygujących całym zakątkiem. W zagłębieniu
między konarami ktoś siedział i podczas gdy Drinkwater patrzył, ten ktoś
zapalił świeczkę. Świeczkę? Dziewczyna w białej sukience. Osłaniała
płomień dłońmi. Świeczka zapłonęła, przygasła, a potem rozjarzyła się
znowu. Dziewczyna zadała pytanie, ale nie w jego stronę:
- O co chodzi?
Świeczka zgasła.
- Przepraszam najmocniej? - odezwał się John Drinkwater.
Dziewczyna zaczęła szybko i sprawnie schodzić z drzewa, a on przystanął
z dala od furtki, żeby nie wydać się natarczywy ani wścibski, kiedy do
niego podejdzie. Ale nie podeszła. Skądś, czy też zewsząd, dobiegł go
śpiew słowika. Ucichł. Rozległ się znowu.
Nieco wcześniej John Drinkwater znalazł się na rozdrożu (nie w sensie
dosłownym, chociaż w ciągu jego miesięcznej wędrówki wiele było i takich
miejsc, gdzie musiał wybierać, czy pójdzie górą, czy doliną, ale nie
czuł, by wystarczająco uczyły go one pokonywania rozdroży życiowych).
Przez cały okropny rok projektował gigantyczny Drapacz Chmur, który miał
wyglądać jak katedra z trzynastego wieku - na tyle, na ile pozwalał
ogrom gmachu i jego cele użytkowe. Wstępne szkice, które zaprezentował
klientowi, miały być żartem, kaprysem, nawet fałszywym tropem, miały
zostać odrzucone, ale klient tak tego nie zrozumiał. Chciał, żeby jego
Drapacz Chmur tak właśnie wyglądał, i tym miał się ostatecznie stać,
Katedrą Handlu. I żadne pomysły Johna Drinkwatera - mosiężna skrzynka na
listy w kształcie chrzcielnicy, groteskowe płaskorzeźby w stylu
kluniackim z figurami karłów, które rozmawiają przez telefon albo
czytają kamienną taśmę telegrafu, gargulce wystające z elewacji na
takiej wysokości, że nikt by ich nawet nie dostrzegł, oraz mające, choć
klient udawał, że nic mu to nie mówi, jego własne wyłupiaste oczy i porowaty nos - nic nie było dla niego zbyt wielką przesadą i wszystko
miało być wykonane właśnie tak, jak to wymyślił Drinkwater.
Projekt się ciągnął, a Johna Drinkwatera próbowała dopaść zmiana.
Próbowała, bo opierał się z całych sił. Zmiana była jakby niezależną od
niego istotą, wiedział niemal, jak ma na imię. Najpierw dostrzegł ją w tym, że w jego zorganizowany dzień zaczęły się wkradać dziwne wizje na
jawie: abstrakcyjne słowa, które w jego wnętrzu wypowiadał nagle jakiś
głos. Jednym z takich słów była "Wielorakość". Kolejnym, innego dnia
(kiedy siedział, patrząc przez wysokie okna klubu uniwersyteckiego na
czarny od sadzy deszcz) były "Kombinatory". Pojęcie raz wypowiedziane
zawładnęło całym jego umysłem, rozlało się na jego miejsce pracy i na
finanse, aż w końcu czuł wyłącznie całkowity paraliż i nie potrafił się
zdobyć na wykonanie kolejnego, długo przygotowywanego i doskonale
obmyślonego kroku w karierze, którą wszyscy określali już jako
"zawrotną".
Czuł, że zapada w długi sen, a może z jakiegoś się budzi? Cokolwiek to
było, nie chciał tego. Zainteresował się teologią jako remedium mającym
go uleczyć (jak myślał). Czytał Swedenborga i Augustyna. Święty Tomasz z Akwinu przynosił mu ukojenie, czuł, jak Doktor Anielski wznosi kamień po
kamieniu wielką katedrę swojej Summy. Dowiedział się wtedy, że pod
koniec życia święty Tomasz uznał wszystko, co napisał, za "stertę
słomy".
"Sterta słomy". Drinkwater siedział przy szerokiej desce kreślarskiej
pod skosem dachu w długiej pracowni architektów Mouse Drinkwater Stone,
wpatrywał się w sepiowe fotografie wież, parków i willi, które stworzył,
i myślał: "sterta słomy". Jak pierwszy, najbardziej nietrwały domek,
który zbudowały Trzy Świnki z bajki. Musi istnieć jakieś trwalsze
schronienie, w którym mógłby się ukryć przed czyhającym na niego
wilkiem, czymkolwiek bestia jest. Miał trzydzieści dziewięć lat.
Jego partner, Mouse, odkrył, że po kilku miesiącach siedzenia przy desce
kreślarskiej Drinkwater nie posunął się w pracach nad Katedrą Handlu.
Zamiast tego godzinami bazgrał małe domki z dziwnymi wnętrzami. Wysłano
go na jakiś czas za granicę, żeby odpoczął.
Dziwne wnętrza... Przy ścieżce, która od furtki prowadziła do drzwi
plebanii zwieńczonych półkolistym okienkiem, dostrzegł jakąś machinę czy
może dekorację ogrodową, białą kulę na postumencie otoczonym
zardzewiałymi żelaznymi pałąkami. Niektóre z nich dawno wypadły i leżały
na ścieżce, zarośnięte chwastami. Furtka ustąpiła pod pchnięciem, grając
krótką melodię na zawiasach. W domu poruszyło się źródło światła i kiedy
podszedł zarośniętą ścieżką, ktoś zatrzymał go od progu.
Bo to był on
- Nie jesteś tu mile widziany - powiedział doktor Bramble (bo to był
on). - Zupełnie się zmieniłeś. Czy to ty, Fred? Będę musiał zamontować w furtce zamek, bo ludzie nie znają żadnych zasad.
- Nie jestem Fred.
Na brzmienie jego akcentu doktor Bramble umilkł. Podniósł lampę.
- Kim pan jest w takim razie?
- Po prostu wędruję po okolicy. Obawiam się, że zgubiłem drogę. Nie ma
pan telefonu?
- Oczywiście, że nie.
- Nie chciałem pana nachodzić.
- Proszę uważać na tellurium. Całe się rozpada, można zrobić sobie
krzywdę. Amerykanin?
- Tak.
- Dobrze, niech pan wejdzie.
Dziewczyna już zniknęła.
Dziwne drogi skryte w cieniu
Dwa lata później John Drinkwater siedział i przysypiał w półmroku
przegrzanych sal Towarzystwa Teozoficznego City (nigdy by się nie
spodziewał, że którekolwiek z jego rozdroży doprowadzi go właśnie tutaj,
a jednak tak się stało). Akurat zbierano zapisy na cykl wykładów
światłych osób, ekspertów z różnych dziedzin i na liście spirytualnych
mediów oraz gymnosofistów, którzy czekali na decyzję Towarzystwa,
Drinkwater odnalazł nazwisko doktora Theodore'a Burne'a Bramble'a,
mającego wygłosić wykład o Światach Małych wewnątrz Światów Dużych.
Kiedy tylko przeczytał to nazwisko, natychmiast przed oczami,
nieprzywołana, stanęła mu dziewczyna na jabłoni, osłaniająca dłonią
słaby płomień świeczki. "O co chodzi?". We wspomnieniach zobaczył ją
ponownie, kiedy wchodziła do mrocznego saloniku wikarego, który nie
przedstawił jej, bo nie mógł się zdobyć na przerwanie perory nawet na
krótką chwilę, by zdradzić jej imię, tylko kiwnął głową i odsunął na bok
stos pokrytych pleśnią książek oraz kartek przewiązanych niebieską
taśmą, żeby zrobić miejsce na serwis do herbaty, cały w zaciekach, i na
wyszczerbiony talerzyk z wędzonym śledziem. Mogła być córką,
podopieczną, służącą albo niewolnicą - lub wręcz opiekunką, bo
przekonania doktora Bramble'a były dziwne i chorobliwe, mimo że wyrażał
je bez zacietrzewienia.
- Widzi pan, Paracelsus jest zdania... - powiedział i umilkł, by
przypalić fajkę. W tym czasie Drinkwater zdołał zapytać:
- Ta młoda dama to pańska córka?
Doktor spojrzał gdzieś za plecy Drinkwatera, jakby jego gość dostrzegł
nieznanego mu członka rodziny. Następnie potwierdził kiwnięciem głowy i ciągnął:
- Widzi pan, Paracelsus...
Dziewczyna, niewzywana, przyniosła porto, białe i ruby, a po wypiciu
trunku doktor Bramble poczuł się dostatecznie rozgrzany, by zacząć
wylewać osobiste żale - jak to odebrano mu ambonę, ponieważ głosił
poznaną przez siebie prawdę, i jak to teraz nachodzą go, żeby go
dręczyć, jak przywiązują puszki do ogona jego psu, biedne stworzenie!
Dziewczyna przyniosła whiskey i brandy, i w końcu Drinkwaterowi było już
wszystko jedno: zapytał ją, jak ma na imię.
- Violet - odparła, nie patrząc na niego.
Doktor Bramble wreszcie zaprowadził go do sypialni, ale tylko dlatego,
że gdyby z nim nie poszedł, Drinkwater znalazłby się poza zasięgiem jego
głosu. I tak jednak Drinkwater już dawno przestał rozumieć, co doktor
Bramble opowiada.
- Domy stworzone z domów wewnątrz domów stworzonych z czasu - usłyszał
swój własny głos, kiedy tuż przed świtem z zaschniętym gardłem obudził
się ze snu, w którym oglądał dobrotliwą twarz doktora Bramble'a. Gdy
przechylił stojący przy łóżku dzbanek na wodę, z wnętrza wypełzł
zdezorientowany pająk. Nie mogąc zaspokoić pragnienia, Drinkwater stanął
przy oknie i przycisnął chłodną porcelanę do policzka. Przyglądał się
wyspom mgły rozprowadzanym przez wiatr między ażurem drzew i patrzył,
jak ostatnie świetliki gaszą ogieńki. Widział, jak dziewczyna wraca z obory, boso, w jasnej sukience, z wiaderkiem mleka w każdej dłoni, a z cebrzyków z każdym jej krokiem spadały na ziemię białe krople, choć
stąpała ostrożnie. Właśnie w tamtej chwili poczuł przenikliwą ostrość
myśli i nagle zrozumiał, jak ma się zabrać do budowania domu, który rok
i kilka miesięcy później stał się domem w Edgewood.
A teraz tutaj, w Nowym Jorku, znowu napotkał jej nazwisko, którego nie
spodziewał się jeszcze kiedykolwiek zobaczyć. Zapisał się na wykłady.
Wiedział, że dziewczyna będzie towarzyszyć ojcu, wiedział to, kiedy
tylko przeczytał nazwisko Bramble. Jakimś Sposobem miał pewność, że
będzie miała jeszcze większy urok i że jej nigdy nieścinane włosy będą
teraz o dwa lata dłuższe. Nie miał natomiast pojęcia, że przyjedzie w trzecim miesiącu ciąży z Fredem Reynardem czy Oliverem Hawksquillem, czy
kimś innym niemile widzianym na probostwie (nigdy nie zapytał o nazwisko). Nie przyszło mu do głowy, że ona, tak jak i on, będzie dwa
lata starsza, i że będzie miała za sobą własne dziwne drogi skryte w cieniu.
Powiedzmy, drzwi
- Paracelsus jest zdania - wykładał doktor Bramble teozofistom - że
wszechświat pełen jest sił, duchów, które nie są do końca niematerialne,
cokolwiek to znaczy. Być może są stworzone z jakiejś subtelniejszej,
mniej konkretnej materii niż nasz zwykły świat. Wypełniają powietrze,
wodę i tak dalej, otaczają nas ze wszystkich stron, przy każdym więc
ruchu - wykonał w powietrzu gest długimi palcami, burząc spokój dymu z fajki - przesuwamy ich tysiące.
Siedziała przy drzwiach, tuż poza kręgiem światła lampy z czerwonym
abażurem, znudzona albo zdenerwowana, albo jedno i drugie. Podpierała
policzek dłonią, a światło lampy barwiło ciemny puszek na jej rękach na
kolor blond. Oczy miała głębokie, o zwierzęcym spojrzeniu, a zrośnięte
brwi, nieregulowane i grube, biegły przez całe czoło bez żadnej przerwy.
Nie patrzyła na niego, a jeśli nawet, to go nie widziała.
- Paracelsus dzieli je na nereidy, driady, sylfy i salamandry - ciągnął
doktor Bramble. - To znaczy (jak my byśmy to ujęli) syreny, elfy, wróżki
i gobliny czy też skrzaty. Jedna klasa duchów na każdy z czterech
żywiołów: syreny związane z wodą, elfy z ziemią, wróżki z powietrzem i gobliny z ogniem. W ten sposób powstaje określenie na wszystkie te
istoty: żywiołaki. Klasyfikacja bardzo przejrzysta i ścisła. Paracelsus
lubił myśleć w sposób usystematyzowany. W naszym myśleniu popełniamy
jednakże powszechny błąd - stary, poważny błąd, który leży u podstaw
całej historii naszej nauki - a mianowicie, że świat składa się z tych
właśnie czterech żywiołów: z ziemi, powietrza, ognia i wody. Dzisiaj
wiemy oczywiście, że istnieje około dziewięćdziesięciu żywiołów, których
te stare cztery stanowią tylko część.
Jego słowa wywołały poruszenie wśród bardziej radykalnej części
publiczności, różokrzyżowców, którzy nadal przywiązywali wielką wagę do
czterech żywiołów. Doktor Bramble za wszelką cenę pragnął, by
wystąpienie przyniosło mu sukces, napił się więc wody ze szklanki,
odchrząknął i usiłował przejść do kolejnej części wykładu, która dopiero
miała przynieść sensacje i rewelacje.
- Właściwe pytanie brzmi następująco - ciągnął. - Jeśli żywiołaki nie
stanowią kilku rodzajów istot, tylko jeden, a sądzę, że tak właśnie
jest, dlaczego zatem objawiają się w tak różnych formach? Bo fakt, że
się nam objawiają, panie i panowie, nie ulega już wątpliwości.
Spojrzał znacząco na swoją córkę, a za nim wielu również skierowało na
nią wzrok. Przecież to właśnie jej doświadczenia podsunęły doktorowi
Bramble'owi ważkie refleksje. Dziewczyna uśmiechnęła się słabo.
Sprawiała wrażenie, jakby kuliła się pod ich wzrokiem.
- Zatem - mówił dalej Doktor - gdy zestawimy różne doświadczenia,
zarówno te z mitów i podań, jak również te całkiem niedawne, dające się
zweryfikować badaniami, odkrywamy, że choć można dokonać podziału
żywiołaków na dwie podstawowe postaci, występują one w kilku różnych
rozmiarach i (jak to określamy) gęstościach.
Podział na dwie odrębne postacie - z jednej strony na eteryczną, piękną,
wzniosłą, a z drugiej na chochlikowatą, ziemską, złośliwą, jest w istocie podziałem płciowym. Różnice płciowe są u tych istot znacznie
wyraźniej zarysowane niż u ludzi.
Różnice w ich rozmiarach natomiast to jeszcze inna sprawa. Jakież to są
różnice? Gdy istoty te objawiają się w postaci sylfa lub chochlika, są
nie większe niż duże owady czy koliber. Mówi się, że zamieszkują lasy,
kojarzy się je z kwiatami. Krążą zabawne opowieści o ich włóczniach z kolców szarańczy, o ich rydwanach z łupin orzecha zaprzężonych w ważki i tak dalej. W innych natomiast przypadkach osiągają od jednej do trzech
stóp wzrostu, są bezskrzydłe i mają postać w pełni ukształtowanych, choć
niewielkich mężczyzn oraz kobiet, praktykujących ludzkie obyczaje. Wśród
istot tych są też dziewczęta, które zdobywają ludzkie serca i najwyraźniej mogą dzielić z ludźmi łoże. Są one wzrostu młodych kobiet
gatunku ludzkiego. Istnieją również wojownicy na wspaniałych rumakach
oraz strzygi, koboldy i ogry, które są ogromne, dużo większe od ludzi.
Jak to wytłumaczyć?
Wyjaśnienie brzmi: świat zamieszkiwany przez te istoty nie jest tym, w którym mieszkamy my. To zupełnie inny świat, zawierający się w naszym.
Stanowi w pewnym sensie wieloaspektowe, oddalające się lustrzane odbicie
naszego świata, o specyficznej topografii i o strukturze, którą muszę
określić jako lejowatą. - Doktor Bramble zawiesił głos dla lepszego
efektu. - Rozumiem przez to, że ten inny świat składa się z serii
koncentrycznych kręgów, które, w miarę jak się zagłębiamy, stają się
coraz większe. Im głębiej się schodzi, tym szersze ten świat ma granice.
Każdy z tych koncentrycznych kręgów zawiera w sobie kolejny świat,
większy niż ten krąg, aż ostatecznie świat w punkcie centralnym,
najgłębszym, osiąga nieskończoność, a przynajmniej jest bardzo, bardzo
duży. - Bramble znowu napił się wody. Jak zawsze, kiedy przystępował do
wyjaśnień, wszystko zaczynało mu się wymykać. Tracił doskonałą jasność
wizji, ledwo pochwycony idealny paradoks, który czasem rozbrzmiewał w nim czysto jak dzwon. To było takie trudne do wyrażenia - a może wręcz,
na Boga, niemożliwe. Publiczność czekała z kamiennym wyrazem twarzy. -
Widzą państwo, my, ludzie, zamieszkujemy przestrzeń, która w istocie
jest najrozleglejszym, najskrajniejszym kręgiem tego leja, tego innego
świata. Paracelsus ma rację: każdemu naszemu ruchowi towarzyszą owe inne
istoty, ale my ich nie dostrzegamy, nie dlatego, że są niematerialne,
ale dlatego, że są zbyt małe, byśmy je widzieli!
Na wewnętrznej krawędzi tego kręgu, będącego naszym powszednim światem,
znajduje się bardzo wiele przejść - powiedzmy, drzwi - którymi możemy
się dostać do kolejnego, mniejszego, a raczej większego kręgu ich
świata. Jego mieszkańcy są wielkości ptaków-zjaw albo błędnych ogników.
Właśnie taką ich postać najczęściej widzimy, większość ludzi przechodzi
bowiem przez granicę zaledwie tego pierwszego kręgu, jeśli w ogóle zdoła
się tam przedostać. Następny krąg jest mniejszy i dlatego ma mniejszą
liczbę drzwi. Z tego powodu przypadkowe przejście do tego kręgu jest
mniej prawdopodobne. Jego mieszkańcy mają wielkość dzieci czy też Małych
Ludzi, odpowiednio rzadziej obserwowaną. I analogicznie w kolejnych,
głębszych światach rozległe wewnętrzne kręgi, których mieszkańcy
dorastają do naszych pełnych rozmiarów, są tak małe, że w naszym
codziennym życiu kompletnie ich nie zauważamy i bezwiednie pomijamy je z każdym krokiem. Nigdy nie przekraczamy ich granicy, choć niewykluczone,
że w dawnych heroicznych wiekach dostęp do tych miejsc był łatwiejszy,
stąd też wywodzi się wiele podań o czynach dokonywanych w tych krainach.
Na koniec krąg największy, nieskończony, punkt centralny, gdzie, panie i panowie, herosi cwałują konno przez bezmiar ziem, żeglują bezkresnymi
morzami i gdzie możliwościom nie ma końca. Ten krąg jest tak maleńki, że
nie mieszczą się w nim żadne drzwi.
Usiadł wyczerpany.
- A więc tak. - Wsunął zgasłą fajkę między zęby. - Zanim przejdę do
przedstawiania dowodów, pewnych prezentacji, matematycznych i topograficznych - postukał dłonią nierówno ułożony stos papierów i książek z wieloma zakładkami - powinni państwo wiedzieć, że istnieją
osoby, którym dany jest dar przenikania wedle uznania lub prawie wedle
uznania do tych małych światów, które omówiłem. Jeśli życzycie sobie
namacalnego dowodu przedstawionych przeze mnie twierdzeń, moja córka,
panna Violet Bramble...
Wśród członków Towarzystwa rozległ się szmer szeptów (przecież właśnie
po to wszyscy tu przyszli). Zwrócili się w stronę fotela, na którym pod
lampą z czerwonym abażurem siedziała wcześniej Violet.
Dziewczyna zniknęła.
Możliwościom nie ma końca
To Drinkwater znalazł ją skuloną na podeście schodów prowadzących z pomieszczeń Towarzystwa do kancelarii prawniczej piętro wyżej. Nie
poruszyła się, kiedy wchodził po stopniach w jej stronę, tylko badawczo
wodziła za nim wzrokiem. Gdy chciał zapalić lampę gazową nad jej głową,
dotknęła jego łydki.
- Nie.
- Panna chora?
- Nie.
- Przestraszona?
Nie odpowiedziała. Usiadł obok niej i ujął jej dłoń.
- Już dobrze, moje dziecko - rzekł z ojcowską troską, czując jednak
dreszcz, jakiś prąd, który przebiegł z jej ręki do jego. - Oni nie chcą
zrobić pani krzywdy, nie będą pani zadręczać...
- Nie jestem cyrkowym dziwadłem - wycedziła powoli.
- Nie.
Ile mogła mieć lat? Piętnaście, szesnaście? A jednak musiała tak żyć.
Siedząc teraz bliżej, zobaczył, że dziewczyna cicho płacze. Wielkie łzy
zbierały się w ciemnych orbitach jej oczu, drżały u nasady gęstych rzęs
i jedna po drugiej spadały na policzki.
- Żal mi go. Strasznie nie chce mi tego robić, a jednak musi. Dlatego że
jesteśmy w desperacji. - Powiedziała to po prostu, jakby mówiła:
"Dlatego że jesteśmy Anglikami". Nie wyswobodziła ręki z jego dłoni.
Może jej nie zauważyła.
- Proszę pozwolić mi pomóc. - Takie słowa spłynęły do jego warg, czuł
jednak, że wszystko, co jej dotyczyło, nie jest już dla niego kwestią
wyboru. Wydało mu się, że dwa lata próżnych zmagań, które minęły między
zmierzchem, gdy ją ujrzał na jabłoni, a tą właśnie chwilą, kurczą się
teraz, zmieniają w drobinę pyłu i ulatują. Musi ją chronić. Zabierze ją
stąd tam, gdzie będzie bezpieczna, tam, gdzie... Ona nie powiedziała już
ani słowa, a on też nie potrafił przemówić. Wiedział, że jego
skrupulatnie budowane życie, starannie murowane i meblowane przez ponad
czterdzieści lat, nie oparło się wichurze rozpętanej przez znużenie i bezsiłę: czuł, jak się sypie, jak fundamenty się kruszą, jak pojawiają
się wielkie pęknięcia, jak cała budowla zapada się z wielkim hukiem,
którego echo słyszy wręcz w uszach. Pocałunkami ocierał ciepłe słone łzy
z jej policzka.
Przechadzka wokół domu
- Może macie ochotę na przechadzkę wokół domu? - zapytał John Drinkwater
Violet, kiedy wszystkie ich kufry i skrzynie ustawiono w progu, by
zajęła się nimi służba, a doktora Bramble'a umieszczono w wygodnym
fotelu na szerokiej marmurowej werandzie.
Po zwężających się ku górze kolumienkach werandy pięła się przycięta
glicynia, jej kryształowozielone liście, choć lato było jeszcze młode,
już teraz częściowo przesłaniały scenerię, którą zaprezentował gestem
dłoni - szeroki trawnik i młode rośliny, widok na pawilon i taflę wody w oddali, nad którą biegł łuk prostego mostka w stylu antycznym.
Doktor Bramble odmówił i wyciągnął z kieszeni niewielką książeczkę.
Violet cicho wyraziła chęć przechadzki (jakże skrępowana musiała być
teraz w tym wspaniałym miejscu. Spodziewała się chat z drewna i czerwonoskórych Indian. Naprawdę niewiele świata znała). Ujęła ramię,
które jej zaproponował - silne ramię budowniczego, pomyślała - i ruszyli
przez nowy trawnik, po żwirowej ścieżce między kamiennymi sfinksami
ustawionymi w odstępach, by strzegły drogi. (Sfinksy wyrzeźbili jego
zaprzyjaźnieni włoscy kamieniarze, ci sami, którzy akurat w tej chwili
szlifowali girlandy z kiści winogron i dziwaczne twarze na szerokich
fasadach budynków jego partnera Mouse'a w City. Ciosali je szybko w miękkim kamieniu, dla którego czas miał się okazać niełaskawy, ale
dopiero później).
- Nalegam, żeby zostali państwo, jak długo chcą - zaznaczył wcześniej
Drinkwater w restauracji Sherry's, dokąd ich zabrał, kiedy wykład
zakończył się wątpliwą konkluzją. Właśnie wtedy pierwszy raz ich
zaprosił, nieśmiało, ale stanowczo. Zaproszenie powtórzył w lobby
obskurnego, zatęchłego hotelu, kiedy przyszedł ich odebrać, oraz na
stacji Grand Central pod wielkim migoczącym zodiakiem, który (jak nie
omieszkał zauważyć doktor Bramble) po granatowym jak nocne niebo suficie
przesuwał się w przeciwną stronę. A potem jeszcze raz w pociągu, kiedy
Violet zdrzemnęła się pod jedwabną różyczką, również drzemiącą w kolejowym wazoniku.
Ale jak długo będzie chciała?
- Bardzo miło z pańskiej strony - odparła.
"Będziesz mieszkała w wielu domach" - powiedziała jej kiedyś pani
Underhill. "Będziesz się błąkać i mieszkać w wielu domach". Violet
rozpłakała się na te słowa, czy też raczej płakała później, kiedy
myślała o nich w pociągach, na statkach i w poczekalniach, nie wiedząc,
ile domów to wiele i jak długo będzie mieszkać w każdym z nich. Na pewno
miało to zająć całą wieczność, bo odkąd pół roku wcześniej opuścili
plebanię w Cheshire, mieszkali tylko w hotelach i na stancjach, i wyglądało na to, że tak już będzie. Jak długo?
Jakby ćwiczyli musztrę, pomaszerowali schludną kamienną ścieżką,
skręcili w lewo, pomaszerowali kolejną. Drinkwater wstępnie chrząknął,
aby oznajmić, że za chwilę przerwie ciszę, jaka między nimi zapadła.
- Jestem niezwykle ciekaw tych... pani doświadczeń - powiedział. - Nie
zamierzam naciskać, zadawać niedelikatnych pytań ani pani denerwować,
jeśli rozmowa o tym zaburza pani spokój. - Uniósł dłoń jak do przysięgi.
- Po prostu bardzo mnie to interesuje.
Nic nie odparła. Mogła mu tylko powiedzieć, że to wszystko i tak
należało już do przeszłości. Przez chwilę jej serce urosło i nabrzmiało,
a on to chyba wyczuł, bo przycisnął jej ramię, bardzo delikatnie.
- Inne światy - powiedział rozmarzonym głosem. - Światy zawarte w światach.
Zaprowadził ją na jedną z wielu ławeczek ustawionych pod łukiem
przyciętego żywopłotu z bukszpanu. Wydało się jej, że złożona fasada
domu w oddali, jaśniejąca w słońcu późnego popołudnia, pozostaje surowa,
ale uśmiecha się jak twarz Erazma na ilustracji, którą zobaczyła przez
ramię ojca w jego książce.
- Cóż - odezwała się. - Te wyobrażenia, o światach wewnątrz światów i tak dalej, to są wyobrażenia ojca. Ja o nich nic nie wiem.
- Ale była tam pani.
- Tak mówi ojciec. - Skrzyżowała nogi i splecionymi palcami zakryła
starą, niedającą się sprać brązową plamkę na muślinowej sukience. - Wie
pan, ja nigdy nie sądziłam, że tak będzie. Opowiedziałam mu tylko...
wszystko, co mi się przydarzyło, bo chciałam go podnieść na duchu.
Powiedzieć mu, że wszystko będzie dobrze, że nasze problemy stanowią
część Opowieści.
- Opowieści?
Stała się ostrożna.
- To znaczy, nigdy się tego nie spodziewałam. Że zostawię dom. Że
zostawię... - "Ich", niemal dokończyła, ale od tamtego wieczoru w Towarzystwie Teozoficznym - tej kropli, która przelała czarę goryczy! -
postanowiła już więcej o nich nie wspominać. Wystarczyła ich bolesna
utrata.
- Panno Bramble - powiedział. - Na miłość! Z całą pewnością nigdy bym
nie nalegał... aby zdradziła mi pani tę opowieść. - To nie była prawda.
Opowieść go fascynowała. Musiał ją poznać: musiał poznać, co kryje serce
Violet. - Nie będę pani niepokoił. Może pani odpocząć. - Ręką wskazał ku
libańskim cedrom, które zasadził na tym starannie zaprojektowanym
trawniku. Wiatr w ich gałązkach gaworzył jak dziecko, słał wątłą
zapowiedź donośnego, potężnego głosu, jaki będzie rozbrzmiewał, gdy
drzewa się w pełni rozrosną. - Tutaj jest bezpiecznie. Po to to wszystko
stworzyłem.
A ona rzeczywiście, mimo sztywności obowiązujących tutaj form, czuła
wewnętrzny spokój. Opowiedzenie o nich ojcu było strasznym błędem -
tylko go wzburzyło, a nie uspokoiło, i wysłało ich oboje na tułaczkę jak
parę wędrownych kaznodziei albo raczej jak cygana z tańczącym
niedźwiedziem, żeby w ponurych salach wykładowych i świetlicach
zarabiali na życie zabawianiem szaleńców i obsesjonatów (a potem
przeliczali utarg, Boże drogi!). Dlatego jeśli wreszcie znaleźli
odpoczynek i zapomnienie, nie mogło być lepiej, nie mogli sobie wymarzyć
szczęśliwszego końca. Tylko...
Wstała, niespokojna, niepogodzona z czymś, i ruszyła słoneczną ścieżką
ku zwieńczonej łukami kolumnadzie, która niczym sceniczna dekoracja
przylegała do narożnika domu.
- Zbudowałem to wszystko - słyszała jego głos - tak naprawdę dla pani. W pewnym sensie.
Przeszła pod łukami, skręciła za róg domu i nagle z koperty zwykłego
skrzydła z kolumnadą wypadła i rozłożyła się przed jej oczami ukwiecona
kartka walentynkowa, bielona, amerykańska, z barwnymi kwietnikami i ażurem wyrzynanych w drewnie wzorów. To było zupełnie inne miejsce.
Jakby surowy Erazm zakrył teraz usta dłonią i chichotał. Zaśmiała się,
po raz pierwszy, odkąd na zawsze zamknęła za sobą furtkę do ogrodu w Anglii.
Dołączył do niej, niemal biegnąc, i uśmiechał się na widok jej
zaskoczonej miny. Zsunął słomkowy kapelusz na tył głowy i z ożywieniem
opowiadał o domu, o sobie samym. Przez jego twarz przesuwał się
kalejdoskop nastrojów.
- To nie jest zwyczajny dom, o, nie - śmiał się - nie ma w nim nic
tuzinkowego. Na przykład tutaj: to miał być, widzi pani, ogródek
warzywny przy kuchni, każdy architekt tutaj by taki zaplanował, ale ja
zapełniłem go kwiatami. Kucharka nie będzie przecież uprawiała ogrodu, a ogrodnik co prawda świetnie zna się na pielęgnacji kwiatów, za to
przyznaje, że każdy pomidor mu usycha... - Teraz wskazał bambusową laską
na zgrabną pompownię. - Zupełnie taka - zaznaczył - jaka stała w ogrodzie moich rodziców, i do tego użyteczna. - Potem pokazał gięte
woluty werandy, po których zaczęła już się piąć szerokolistna winorośl.
- Malwy - dodał, prowadząc ją, by podziwiała strzeliste kwiaty, w których uwijały się trzmiele. - Dla niektórych malwy to chwasty. Nie dla
mnie.
- Uwaga na głowy! - krzyknął czyjś głos z wyraźnym irlandzkim akcentem.
Pokojówka na piętrze otworzyła okno i wytrząsała w słońcu miotełkę do
kurzu.
- Świetna dziewczyna - zaznaczył Drinkwater, wskazując Irlandkę
kciukiem. - Znakomita... - Spojrzał na Violet wzrokiem na powrót
rozmarzonym, ona spojrzała na niego, a drobinki kurzu opadały na nią w słońcu jak złoty deszcz na Danae. - Przypuszczam - powiedział poważnym
tonem, a bambusowa laska kołysała się za jego plecami jak wahadło -
przypuszczam, że myśli pani, że jestem stary.
- Chce pan powiedzieć, że to pan tak myśli.
- Nie jestem stary. Nie jestem.
- Ale podejrzewa pan, że...
- To znaczy, myślę, że...
- Powinien pan powiedzieć "sądzę, że" - odparła, tupiąc i podnosząc
motyla z płatków goździka. - Amerykanie zawsze mówią "sądzę", prawda? -
Udała niski głos amerykańskiego chłopka-roztropka: - "Sądzę, że pora
spędzić krowy z pastwiska. Sądzę, że nie ma mowy o podatkach bez
mandatów w kongresie". Sam pan przecież wie.
Nachyliła się, żeby powąchać kwiaty, a on schylił się z nią. Słońce
prażyło jej nieosłonięte ręce i kazało dręczonym przez upał owadom
bzyczeć i brzęczeć w ogrodzie.
- Cóż - powiedział, a ona wyczuła w jego głosie nagłą śmiałość. - Sądzę,
zatem. Sądzę, że panią kocham, Violet. Sądzę, że chcę, żeby została tu
pani już na zawsze. Sądzę...
Uciekła od niego wyłożoną płytkami ścieżką, wiedząc, że w następnym
kroku weźmie ją w ramiona. Uciekła za kolejny róg domu. On pozwolił jej
biec. Nie daj mi uciec, myślała.
Co się takiego stało? Zwolniła, kiedy znalazła się w mrocznej dolinie.
Była teraz w strefie cienia za domem. Trawnik schodził pochyło ku
cichemu strumieniowi w dole, a zaraz za wodą wyrastało nagle strome
wzgórze, najeżone ostrymi sosnami jak kołczan strzałami. Zatrzymała się
pośród zasadzonych tam cisów. Nie wiedziała, w którą stronę się zwrócić.
Dom przed nią był szary jak cisy i równie posępny. Na masywnych
kamiennych filarach, przytłaczających w swojej sile, wspierały się
gzymsy, które, jak się wydawało, niczemu tam nie służyły, a wyłącznie
coś maskowały. Co miała robić?
Wtedy dostrzegła Drinkwatera. W białym garniturze wyglądał jak blade
widmo błąkające się po kamiennym krużganku. Słyszała jego buty na
płytach chodnika. Wiatr zmienił kierunek i przechylił gałęzie cisów w jego stronę, ale ona nie chciała tam patrzeć, zmieszana stała w milczeniu. On podszedł bliżej.
- Nie wolno panu mówić takich rzeczy - powiedziała do ciemnego Wzgórza,
nie odwracając się do Drinkwatera. - Nie zna mnie pan, nie zna...
- Nic, o czym nie wiem, nie ma znaczenia - zapewnił.
- Och - jęknęła. - Och... - Zadrżała, ale nie zimna, a od jego ciepła,
bo on stanął za nią i objął ją teraz ramionami, a ona oparła się o jego
ciało i o jego siłę. Zeszli tak razem do wartkiego strumienia, który
pienił się, wpadając do skalnej groty w zboczu wzgórza, i tam znikał.
Czuli wilgotny, kamienny oddech pieczary. On objął ją silniej, aby
ochronić Violet przed bijącym od skały chłodem, myśląc, że to z zimna
tak drży. A ona, w objęciu jego ramion, wyznała mu bez jednej łzy
wszystkie sekrety.
- Ale czy go kochasz? - zapytał Drinkwater, kiedy skończyła mówić. -
Tego, który ci to wyrządził? - To w jego oczach drżały teraz łzy.
- Nie. Nie kochałam go, nigdy. - Wcześniej to nie miało znaczenia. Teraz
zastanawiała się, co zrani Johna mocniej: że tego, który jej to
wyrządził, kochała, czy że go nie kochała (nie była nawet absolutnie
pewna, który to był, ale John nigdy, przenigdy nie mógł się tego
dowiedzieć). Grzech ją przygniatał. On tulił ją jak przebaczenie.
- Biedactwo - powiedział. - Zagubione biedactwo. Ale już koniec.
Posłuchaj mnie teraz. Jeśli... - Trzymał ją wyciągniętymi ramionami,
żeby patrzeć jej w oczy. Zrośnięta brew i gęste rzęsy osłaniały jej
twarz jak żaluzje. - Jeślibyś mnie przyjęła... Widzisz, żadna skaza nie
sprawi, że będę miał o tobie choć trochę gorsze zdanie. Nadal nie będę
ciebie godny. Ale gdybyś się zgodziła, przysięgam, że wychowam tutaj to
dziecko jak swoje własne. - Jego twarz, surowa i poważna, teraz
złagodniała. Niemal się uśmiechnął. - Jak nasze własne, Violet. Jedno z wielu.
Do jej oczu napłynęły w końcu łzy, łzy zachwytu nad jego dobrocią.
Wcześniej nie myślała o tym w ten sposób, nie uważała, że znalazła się w strasznym kłopocie, nie widziała tak tego. Teraz on proponował, że ją
wyratuje z opresji. Jakaż dobroć! A ojciec nawet nic dotąd nie zauważył.
Była jednak zagubiona, owszem. To o sobie wiedziała. A czy mogłaby się
tutaj odnaleźć? Wysunęła się z jego ramion i obeszła kolejny róg domu,
przechodząc pod groteskowymi arkadami i masywnymi blankami jak na murze
zamku. Białe wstążki u jej kapelusza, który teraz trzymała w dłoni,
chłonęły wilgoć ze szmaragdowej trawy. Czuła, że on idzie za nią,
utrzymując pełen szacunku dystans.
- Ciekawe - powiedziała głośno, kiedy obeszła róg. - Niezwykle ciekawe.
Elewacja domu znowu się zmieniła, nie była już szara i ponura, teraz
tworzyła ją wesoła cegła w żywych odcieniach czerwieni i brązu, zdobiona
tu i ówdzie białymi elementami z drewna oraz wdzięcznymi metalowymi
płytkami pokrytymi emalią. Dotychczasową neogotycką ciężkość
rozciągnięto tu, rozpostarto, wypchnięto w górę, aż wybuchła głębokimi
łukami połaci dachu, wysokimi okapami, zabawnymi kominami, grubymi,
nieprzydatnymi wieżami oraz przesadzonymi krzywiznami spiętrzonej i ustawionej pod kątem cegły. Tutaj słońce znowu świeciło, skacząc z cegły
na cegłę, puszczając do niej oko, i wydawało się, że mroczna weranda,
cichy strumień i senne cisy były tylko żartem.
- Ten dom to wiele domów, prawda? - zapytała Violet, kiedy John podszedł
do niej, trzymając dłonie splecione z tyłu.
- Wiele domów - odparł z uśmiechem. - A każdy z nich dla ciebie.
Przez drobny fragment łuku krużganka widziała plecy ojca. Nadal siedział
umoszczony w wiklinowym fotelu, nadal spoglądał przez zasłonę glicynii,
najpewniej nadal widział aleję sfinksów i libańskich cedrów. Jego łysa
głowa przypominała stąd głowę mnicha drzemiącego w klasztornym ogrodzie.
Violet wybuchnęła śmiechem. "Będziesz się błąkać i mieszkać w wielu
domach".
- Wiele domów! - Ujęła dłoń Johna Drinkwatera. Chciała ją ucałować.
Podniosła wzrok na jego roześmianą twarz, która, jak jej się wydawało,
kryła w sobie wiele przyjemnych niespodzianek. - Wspaniały figiel! -
powiedziała. - I to nie jeden. Czy wewnątrz też jest wiele domów?
- W pewnym sensie - odparł.
- Och, niech mi pan pokaże! - Pociągnęła go ku białym, zwieńczonym
łukiem drzwiom na gotyckich zawiasach z mosiężnych liter "E". Gdy w krótkim, malowanym przedsionku nagle wkroczyli w ciemność, w przypływie
wdzięczności uniosła do warg jego mocną dłoń.
Za przedsionkiem w głębi domu widać było liczne drzwi oraz długie ciągi
łuków i belek, przez które niewidzialne okna rzucały malarskie pasma
światła.
- Jak tu się można nie zgubić? - zapytała Violet, stając w progu.
- Czasem w istocie się gubię - odparł. - Wykazałem, że w każdym
pomieszczeniu potrzeba więcej niż dwojga drzwi, ale za nic nie
potrafiłem dowieść, że w którymkolwiek wystarczą tylko trzy. - Czekał,
nie chcąc jej pośpieszać.
- Może - powiedziała - któregoś dnia tak się pan zamyśli nad podobnymi
problemami, że już wcale nie będzie pan umiał znaleźć wyjścia?
Wodząc dłońmi po ścianach, bardzo powoli jak niewidoma (ale jedynie
pełna zachwytu), Violet Bramble wsiadła do wydrążonej dyni, którą John
Drinkwater przyszykował, by ją zatrzymać, a zmienił w złotą karocę, żeby
ją zachwycić.
Chcę posłuchać Opowieści
Po wschodzie księżyca Violet przebudziła się w dużej nieznanej sypialni
pod dotykiem chłodnego światła i na dźwięk głosu, który wołał jej imię.
Długą chwilę leżała na wysokim łóżku, bez ruchu jak nieżywa, wstrzymując
oddech. Czekała, aż cichy głos zawoła ją znowu, ale nic już nie
zakłócało ciszy. Violet zrzuciła kołdrę, wstała z łóżka i podeszła do
okna. Kiedy je otworzyła, wydało jej się, że znowu słyszy swoje imię.
Violet?
Do pokoju wpadły wonie lata i chmara cichych dźwięków, wśród których nie
mogła odnaleźć tego głosu, jeśli rzeczywiście jakiś ją wołał. Z kufra,
który wstawiono do jej pokoju, wyjęła obszerną pelerynę i wyszła na
palcach na korytarz. Jej białą perkalową koszulę nocną wzdymał podmuch
zatęchłego powietrza, który wionął od schodów, szukając zostawionego
przez nią otwartego okna.
- Violet?
Ale to był tylko ojciec, może wołał ją przez sen. Minęła jego sypialnię
w milczeniu.
Długo skradała się ostrożnie (stopy jej zmarzły na gołych posadzkach
korytarzy i na marmurowych schodach), żeby znaleźć drogę na dół i przed
dom. A kiedy w końcu odszukała drzwi - oskrzydlone oknami, w które
zaglądała noc - uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia, na którą stronę
domu prowadzą. Ale czy to miało znaczenie?
Była teraz w tym wielkim, statecznym ogrodzie. Sfinksy przyglądały się,
jak idzie w bladym blasku księżyca, a ich identyczne oblicza pozostawały
nieprzeniknione. Znad brzegu sadzawki opowiadała coś żaba, ale to nie
ona wołała ją po imieniu. Violet szła przed siebie, przeszła po widmowym
mostku i minęła rząd topoli, drzewiastych przestraszonych głów z włosami
stojącymi dęba. Dalej rozciągało się pole, odgrodzone nie tradycyjnym
żywopłotem, tylko linią krzaków, niewielkich wzdychających drzewek oraz
najprostszym kamiennym murem. Ruszyła wzdłuż tej granicy, nie wiedząc,
dokąd idzie, i czując (jak wiele lat później miał się czuć Smoky
Barnable), że wcale nie wyszła z domu, tylko skręciła w jakiś jego
iluzoryczny zewnętrzny korytarz.
Wydawało się jej, że idzie już bardzo długo. Mieszkańcy żywopłotu,
króliki, gronostaje i jeże (czy mieli tu w ogóle takie stworzenia?),
wcale się nie odzywały i Violet nie wiedziała, czy nie mają głosu, czy
po prostu go nie używają. Jej bose stopy jeszcze bardziej zmarzły od
rosy, a potem całkiem zdrętwiały z zimna. Choć noc była ciepła, otuliła
się peleryną po czubek nosa, bo od księżyca bił przenikliwy chłód.
Nagle, nie wiedząc nawet kiedy, poczuła, że jest w znajomym miejscu.
Spojrzała na księżyc i po jego uśmiechu poznała, że znajduje się gdzieś,
gdzie jeszcze nigdy nie była, ale zna to miejsce - miejsce gdzieś
indziej. Przed nią rozciągała się porośnięta turzycą, rozgwieżdżona
kwiatami łąka, która wznosiła się ku niewielkiemu pagórkowi. Na nim, w czułych i nierozerwalnych objęciach gałęzi, rosły obok siebie dąb i ciernisty krzew. Przyśpieszyła kroku, jej serce też przyśpieszyło i już
wiedziała, że dalej wokół pagórka prowadzić będzie ścieżka, którą
dojdzie aż do chatki pod wzgórzem.
- Violet?
W otwartym oknie świeciła się lampa, a twarz z mosiądzu na okrągłych
drzwiach trzymała w zębach kołatkę, ale kiedy Violet podeszła, drzwi
otworzyły się bez pukania.
- Pani Underhill - powiedziała, czując w drżącym ciele jednocześnie
radość i żal - dlaczego nie powiedziała mi pani, że to właśnie tak
będzie?
- Wejdź, dziecko, i mnie nie pytaj. Powiedziałabym ci, gdybym wiedziała
cokolwiek więcej.
- Myślałam... - odparła Violet i urwała. Przez chwilę nie mogła wydobyć
z siebie ani słowa, nie mogła powiedzieć, że myślała, że już nigdy pani
Underhill nie zobaczy, że już nigdy nie zobaczy nikogo z nich, ani
jednej świetlistej osoby w mroku ogrodu, ani jednej tajemnej twarzyczki,
spijającej sok wiciokrzewu. Trzymana przez gospodynię niewielka lampka
oświetlała korzenie drzewa i ciernistego krzewu, w których gęstwie stał
dom pani Underhill, a kiedy Violet podniosła wzrok na ich zawiłe sploty
i drżącą piersią zaczerpnęła głęboki oddech, aby powstrzymać się od
płaczu, poczuła czarną woń korzeni i ziemi. - Ale... jak...? - zapytała.
Drobna, zgarbiona pani Underhill, na którą składała się w zasadzie
otulona szalem głowa i wielkie stopy w domowych pantoflach, podniosła
upominająco palec niemal tak długi, jak druty, na których dziergała.
- Nie pytaj mnie jak - odparła. - Ale właśnie tak.
Violet siedziała u jej stóp. Na wszystkie pytania albo znała już
odpowiedź, albo nie miało to znaczenia.
- Mogła mi pani powiedzieć - stwierdziła tylko, a w jej oczach lśniły
łzy szczęścia - że te wszystkie domy, w których mam mieszkać, znajdują
się w jednym domu.
- Czyżby? - zapytała pani Underhill. Dziergała na drutach i kołysała się
w bujanym fotelu. Wielobarwny szal szybko wydłużał się pod jej palcami.
- Czas, który przeminął, czas, który nadejdzie - powiedziała spokojnie.
- W Jakiś Sposób Opowieść się toczy.
- Chcę posłuchać Opowieści. Niech mi pani opowie - poprosiła Violet.
- Ha, gdybym potrafiła.
- Jest za długa?
- Najdłuższa ze wszystkich. Dawno by w ziemi pogrzebali i ciebie,
dziecko, i twoje dzieci, i dzieci twoich dzieci, zanim cała Opowieść
dobiegłaby końca. - Pani Underhill pokręciła głową. - Wszyscy o tym
wiedzą.
- A czy się kończy szczęśliwie? - zapytała Violet. Pytała o to wszystko
już wcześniej. To nie były pytania, tylko wymiany, jakby z panią
Underhill z należytymi uprzejmościami przekazywały jedna drugiej i z powrotem ten sam dar, za każdym razem wyrażając zaskoczenie i wdzięczność.
- A któż to wie? - westchnęła pani Underhill. - Szal rósł coraz dłuższy,
rządek za rządkiem. - To Opowieść i tyle. Są opowieści krótkie i długie.
Twoja jest najdłuższa, jaką znam. - Coś, co nie było kotem, zaczęło
rozwijać gruby kłębek włóczki pani Underhill. - Przestań, nicponiu! -
skarciła stworzenie i uderzyła je drutem do włóczki, który wysunęła zza
ucha. Pokręciła głową. - Od wieków ani chwili spokoju.
Violet wstała i przyłożyła dłonie do ucha pani Underhill. Pani Underhill
nachyliła się do niej z uśmiechem, ciekawa sekretów.
- Czy oni słuchają? - zapytała szeptem Violet.
Pani Underhill położyła palec na ustach.
- Chyba nie - powiedziała.
- To niech mi pani powie prawdę - poprosiła Violet. - Jak się tu pani
znalazła?
Pani Underhill poruszyła się zaskoczona.
- Ja? - zdziwiła się. - Jak to, moje dziecko? Ja byłam tu zawsze. To ty
się przemieszczałaś. - Ujęła z powrotem rozszeptane druty. - Pomyśl
dobrze.
Odchyliła się na oparcie w bujanym fotelu. Coś zaplątanego w nić włóczki
wrzasnęło, a pani Underhill uśmiechnęła się z zadowoleniem.
- Ani chwili spokoju - powtórzyła. - Od wieków.
Odpowiedzi na wszystkie pytania
Po ślubie John Drinkwater zaczął się coraz bardziej wycofywać z aktywnego życia architekta, a raczej od niego odwracać. Gmachy, które
miał wznosić, nagle zaczęły mu się wydawać ciężkie, bez finezji, bez
życia, a jednocześnie nietrwałe. Co prawda pozostał w firmie,
nieustannie konsultował projekty, a jego pomysły oraz świetne szkice
wstępne nadal zmieniały miasta na Wschodzie (po zredukowaniu ich do
pospolitej formy przez jego partnerów wraz z inżynierami), ale nie
stanowiły już dzieł jego życia.
Zajmowały go inne plany. Zaprojektował niezwykle pomysłowe składane
łóżko tak, że cała sypialna część pokoju udawała rodzaj garderoby, czy
też raczej skrywała się w szafie, która błyskawicznie - za jednym
pociągnięciem mosiężnych uchwytów i dźwigni podnoszących masywną
przeciwwagę - stawała się łóżkiem czyniącym sypialnię sypialnią. Podobał
mu się ten pomysł - sypialnie wewnątrz sypialni - i nawet opatentował
ten projekt, ale jedynym klientem, jakiego znalazł, był jego partner
Mouse, który (głównie jako przysługę) zainstalował kilka takich łóżek w swoich mieszkaniach w City. Był też Kosmooptikon: Drinkwater poświęcił
mu cały rok pracy, niezwykle pasjonującej, wraz z wynalazcą Henrym
Cloudem, jedynym znanym Johnowi Drinkwaterowi człowiekiem, który
potrafił wyczuć ruch Ziemi wokół osi oraz jej ruch wokół Słońca.
Kosmooptikon był ogromną, absurdalnie kosztowną konstrukcją ze szkła
witrażowego i kutego żelaza, przedstawiającą znaki zodiaku oraz ich ruch
po nieboskłonie, jak również ruchy planet pomiędzy nimi. Zodiak
rzeczywiście się poruszał: właściciel machiny mógł siedzieć w jej
punkcie centralnym w zielonym pluszowym fotelu, a gdy opadały masywne
ciężarki, puszczając mechanizm w ruch, kopuła z barwnych szkiełek
przesuwała się jak nieboskłon w jego pozornym ruchu. Pewną miarą
oderwania Drinkwatera od rzeczywistości było przekonanie, że znajdzie
wśród zamożnych mieszkańców City gotowy rynek zbytu na tę przedziwną
zabawkę.
Co dziwne jednak, choć coraz bardziej usuwał się ze świata, choć jego
nowe projekty pochłaniały mnóstwo pieniędzy, Drinkwater rozkwitał i prosperował. Jego inwestycje zwracały się ze sporą nawiązką, a jego
fortuna wręcz przyrastała.
Violet twierdziła, że ktoś trzyma nad nim pieczę. Teraz John Drinkwater,
pijąc herbatę przy kamiennym stole, który umieścił tak, by móc patrzeć
na Park, spojrzał w niebo. Wcześniej bardzo chciał czuć nad sobą czyjąś
pieczę i teraz próbował odnaleźć w niej spokój, spod opiekuńczych
skrzydeł, których istnienia Violet była pewna, próbował śmiać się ze
zmiennej pogody świata. Ale w głębi serca czuł, że nikt nie trzyma nad
nim żadnej pieczy, że jest pozostawiony sam sobie, bez ochrony.
Z upływem lat coraz bardziej przejmował się pogodą. Zbierał naukowe
kompendia oraz inne almanachy i codziennie studiował prognozy pogody w gazecie, którą regularnie czytał. Ale prognozy te były jedynie
przepowiedniami księży i nie mógł im do końca ufać - mógł mieć tylko
pozbawioną podstaw nadzieję, że się nie mylili, wróżąc ładną pogodę,
oraz że byli w błędzie, kiedy wieszczyli brzydką. Szczególnie przyglądał
się niebu latem. Jako ciężar na własnych plecach odczuwał każdą
pojawiającą się w oddali chmurę, która mogła przesłonić słońce albo
sprowadzić za sobą kolejne chmury. Kiedy puszysty niegroźny cumulus
dreptał po niebie jak owieczka, Drinkwater był spokojny, ale zachowywał
czujność. Cumulusy potrafiły się raptownie łączyć w chmury burzowe,
umiały zagonić go do domu i kazać mu słuchać tępego bębnienia kropel o dachy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki