Małe cuda - Heather Gudenkauf

Reflow text when sidebars are open.
Przejmująco prawdziwa, historia niczym z nagłówków gazet.
"Publishers Weekly"
Proza Gudenkauf jest surowa w swym pięknie. Wstrząsająca i czuła, ta powieść ze swoim tempem narracji trafi do serc fanów Lisy Scottoline i Jodi Picoult.
Booklist
Dogłębnie poruszająca i niezwykle liryczna, to prawdziwa kuźnia powieści.
Tess Gerritsen
Fani Jodi Picoult po prostu pochłoną tę książkę.
"Red"
Pięknie napisana, opowiedziana z pasją i niezwykle pełna napięcia.
Diane Chamberlain
1
Kiedy ludzie dowiadują się, czym się zajmuję, zaraz zaczynają pytać o najstraszniejszy przypadek przemocy wobec dziecka, z jakim miałam do czynienia. Nieważne, czy jestem na grillu u znajomych, na imprezie sylwestrowej, w poczekalni u dentysty, czy na meczu bejsbolowym drużyny mojego męża. "Tyle się napatrzysz" - mówią, kręcąc głowami, i empatycznie ściągając usta, jakbym to ja była osobą, którą bito, przypalano papierosem, oblewano strumieniami nienawistnych słów. Oczywiście nie opowiadam szczegółów o moich podopiecznych i ich rodzinach. Dzieciom, które pojawiają się na mojej orbicie odebrano już tyle, że jedyne, co mogę zrobić, to uszanować ich prywatność. "No - nalegają - opowiedz coś. Nie jest wesoło, prawda?". Jakbym machała im przed oczami jakąś soczystą plotką. Jakbym milczała, dlatego że nie chcę obrazić ich wrażliwych uszu, wstrząsnąć ich idealnym światem, w którym dzieci dotyka się delikatnie, mówi do nich z czułością i kołysze do snu po sytej kolacji.
- Zamknij oczy - powiedziałam kiedyś do matki jednego z zawodników bejsbolowych i zrobiła to od razu, niemal drżąc w oczekiwaniu na krwawe szczegóły. Skinęła posłusznie, przechylając głowę w moją stronę, szykując się na to, co zaraz jej wyjawię. Czy opowiem jej o Mariah Crane, siedmiolatce, którą matka trzymała pod wodą, aż nie było szans, by uszkodzony mózg dziewczynki mógł kiedykolwiek dogonić rozwój jej ciała? Czy może o bliźniakach? Wszyscy słyszeli o "sprawie bliźniaków", jak nadal się ją nazywa. Wszyscy chcą wiedzieć o nich jak najwięcej.
- Teraz wyobraź sobie najpodlejsze rzeczy, jakie można zrobić drugiemu człowiekowi. - Pozwalam jej się przez chwilę zastanowić i widzę, jak po jej twarzy przebiega delikatny grymas obrzydzenia. - To właśnie widziałam. - Kobieta otwiera oczy, by sprawdzić, czy coś jeszcze dodam. Ale ja nie mam jej nic więcej do powiedzenia.
Jedynymi osobami, z którymi rozmawiam o "sprawie bliźniaków" są mój mąż i Joe Gaddey. Byłam wtedy świeżo upieczonym opiekunem socjalnym, tuż po studiach, i na nowo wprowadziłam się do mojej rodzinnej miejscowości, Cedar City, po Des Moines drugiego co do wielkości miasta w stanie Iowa, z populacją stu dziewięćdziesięciu pięciu tysięcy mieszkańców. Mój mąż przeniósł się do Cedar City, by uczyć historii w liceum i trenować drużynę bejsbolową, sam zresztą wychował się w maleńkim miasteczku o nazwie Broken Branch w Iowa, gdzie wszyscy są rodziną, jeśli nie przez więzy krwi, to przez małżeństwo. Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych i kiedy w końcu się pobraliśmy, byliśmy gotowi zmieniać świat. Wreszcie zaczęłam walczyć o to, by świat, w którym pracuję, nie zmienił mnie.
Adam i ja jeszcze się nie znaliśmy, kiedy przydzielono mnie do mojej pierwszej sprawy, która dotyczyła pary sześcioletnich bliźniaków, pięcioletniej dziewczynki, ich matki, ojca i kija bejsbolowego. Tylko jeden z chłopców przeżył. Rodzina nie była obca systemowi opieki społecznej. Odziedziczyłam tę sprawę po moim poprzedniku i przyjechałam do domu rodziny na pierwszą z umówionych wizyt w tym samym czasie, kiedy ratownicy medyczni wynosili pierwsze nosze. Przed drzwiami stał funkcjonariusz Joe Gaddey. Podeszłam do niego oszołomiona.
- Kim pani jest? - zapytał. Nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa, mogłam na niego tylko patrzeć. Błądząc wzrokiem po konturach jego potężnej sylwetki, starałam się zajrzeć do domu. W środku powitał mnie okropny widok. Zatoczyłam się i chwyciłam rękaw policjanta, by się nie przewrócić.
- Hola - powiedział, pomagając mi odzyskać równowagę. - Nie chce pani na to patrzeć.
- Jestem ich opiekunem socjalnym - powiedziałam cienkim głosem. - Co im się przytrafiło?
- Ich ojciec - odparł wtedy Joe cierpkim tonem, który z upływem lat zaczęłam bardzo doceniać. Przełknęłam żółć, która podeszła mi do gardła, starając się nie zwymiotować. Wiedziałam, że ten zawód jest trudny, że rozdziera serce, ale nic - nic - nie było w stanie mnie na to przygotować. Czułam na sobie wzrok policjanta. Był naprawdę wielki. Ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, dziewięćdziesiąt pięć kilogramów mięśni. Sześćdziesięciotrzyletniej o dziecięcej buzi i ciętym języku.
- Da sobie pani radę? - zapytał. Staliśmy tak przez chwilę. Kiwałam głową w górę i w dół jak piesek przy tylnej szybie samochodu, a policjant stał przy mnie w niezręcznym milczeniu. - Powinna pani zadzwonić do swoich przełożonych - powiedział w końcu, kiedy przez próg wyniesiono drugie, trzecie i czwarte nosze z czarnymi workami na zwłoki, z których dwa były dziecięcego rozmiaru.
- Chyba tak - odparłam, nadal kiwając głową.
Dzień po dniu, w tomach służbowych dokumentów, na niekończących się spotkaniach, podczas zeznań w sądzie rejestruję okropieństwa wyrządzane dzieciom. Już rzadko kiedy rozmawiam z mężem o moich podopiecznych. Widzi, jaki miałam dzień, po mojej minie, po tym, jak bezwładnie wiszą mi ramiona i tym, jak szybko sięgam po butelkę pinot grigio zarezerwowaną specjalnie na trudniejsze momenty. Adam rozumie, że nie chcę o tym mówić i delikatnie zabiera mi z rąk kieliszek, wkładając w nie naszą jedenastomiesięczną córeczkę. Avery obejmuje mnie wtedy za szyję swoimi pulchnymi rączkami i dociska swoje różowe jak płatki kwiatów usteczka do mojego policzka, aż czuję jej pachnący jabłkami oddech. Kiedy tylko pojawiam się w drzwiach, tak bardzo cieszy się na mój widok, jakby było Boże Narodzenie, jej urodziny i czwarty lipca jednocześnie. Powinno to być moim pokrzepieniem i jest, ale widzę tę samą rozkosz na twarzach dzieci, z którymi pracuję, a które właśnie wracają do mamy albo do taty. Tych samych, którzy wcześniej bili je tak mocno, że poluzowały im się zęby albo chwytali je tak gwałtownie, że połamali im kości. Widzę w Avery tę samą iskierkę, co w oczach takich dzieci, ten sam nagły i radosny uśmiech. Wiedziałam, że do mnie wrócisz - mówią ich buzie. Wiem, jakie mechanizmy za tym stoją, dlaczego maltretowane dziecko biegnie w ramiona oprawcy, i smuci mnie to.
Jest jedna sprawa, o której już nie mówię, sprawa, o której nie potrafię rozmawiać ani z Adamem, ani z Joem. Wiedziałam, że ta sprawa skończy się źle, czułam to w kościach, kiedy tylko weszłam do tamtego domu, i się nie pomyliłam.
Madalyn Olmstead nie miała łatwego życia. Urodziła się w szpitalu w Cedar City sześć lat temu i pierwsze dziesięć dni życia spędziła na noworodkowym oddziale intensywnej terapii ze względu na problemy z oddychaniem. Zaangażowałam się w sprawę, kiedy dziewczynka miała roczek. Pielęgniarka środowiskowa zadzwoniła do mojego przełożonego w Wydziale Służb Społecznych i zapytała, czy ktoś mógłby zająć się Madalyn i jej mamą. Sprawę przekazano mnie. Kiedy zapytałam o szczegóły, pielęgniarka zaczęła mówić ogólnikami.
- Madalyn powinna używać nebulizatora pompowego ze względu na astmę, ale jej matka z trudem zapamiętuje to, co do niej mówię. Wydaje mi się, że może mieć problemy z czytaniem, ale kiedy pokaże się jej, jak coś robić, szybko się uczy. Zdaje się dobrze sobie radzić z córką. - Pielęgniarka zamilkła na chwilę. - Szczerze mówiąc, to jej mąż mnie martwi. Kiedy pojawia się w domu, to jakby nagle zaczynało brakować tlenu. Matka dziewczynki robi się spięta i cała jej uwaga od razu skupia się na nim. A on zachowuje się jak zazdrosny braciszek. Madalyn go nie interesuje i tylko narzeka na to, ile to czasu żona poświęca dziecku. Wydaje się, że kobieta boi się go. Nie może pani po prostu tam pojechać i sprawdzić? Byłabym spokojniejsza.
Jako opiekun socjalny miałam obowiązek podjąć odpowiednie kroki, chociaż po słowach pielęgniarki nie wydawało mi się, bym miała natknąć się na cokolwiek, co wymagałoby reakcji z mojej strony. Ojciec wiedziałby przynajmniej, że ktoś zwraca uwagę na to, jak traktuje żonę i córkę. Trzy lata później dziewczynka już nie żyła, a ja wiedziałam, że zabił ją James Olmstead i nie poniósł za to kary.
Najczęściej myślę o Madalyn o świcie. Dzień i noc oddzielają się od siebie warstwą fioletu. Ma słodkie, jeszcze nie w pełni ukształtowane, dziecięce rysy twarzy, błyszczące szare oczy, osadzone głęboko nad okrągłymi, różowymi policzkami. Biorąc pod uwagę to, w jakim stanie ją znaleziono, nie była to najbardziej makabryczna śmierć z możliwych - jej ciałko szpeciła tylko odrobina krwi i kilka siniaków. To te ukryte, wewnętrzne obrażenia były przyczyną śmierci. Mimo wszystko, krótkie bytowanie Madalyn na ziemi rozpoczęło się gwałtownym wypchnięciem jej z łona matki w zimne, bezlitosne powietrze i zakończyło się równie gwałtownie. Nie dało się tylko tego udowodnić. Byłam jednak przekonana, że stało się inaczej, niż powszechnie uznano i myślę, że matka dziewczynki uważała podobnie, choć była zbyt zaślepiona i przerażona, by powiedzieć to głośno.
Kiedy budzę się w te poranki, gdy pod kołdrę do mnie i mojego chrapiącego męża dołączają wspomnienia o Madalyn, a moje dzieci śpią smacznie w swoich pokojach, raz za razem, bez ustanku próbuję dojść, jak to możliwe, że jej ojcu, Jamesowi Olmsteadowi, ta zbrodnia uszła na sucho.
Przez lata co jakiś czas pojawiałam się w domu Olmsteadów z powodu podejrzewanej przemocy domowej ze strony ojca. Ich sąsiedzi wzywali policję z powodu głośnych awantur, jakie odbywały się w domu. Madalyn dwa razy musiała być stamtąd zabrana, bo ojciec brutalnie pobił matkę. W obu przypadkach kobieta nie wniosła oskarżenia. Dwa razy Madalyn wróciła do domu. Ona też miała różne rany, ale zwykle takie, jakie mają wszystkie dzieci - obdarte kolana, posiniaczone łokcie, fioletowe guzy na czole. Wszystkie wytłumaczone przez jej matkę w ten sam sposób:
- Straszna z niej wiercipięta. Ma pani dzieci, prawda?
Miała rację, rzeczywiście mam dzieci. Tuż przed śmiercią Madalyn Lucas miał cztery lata, a Leah siedem i nosili takie same siniaki. Ale my, pracownicy socjalni, wiemy. Wiemy, w którym domu mieszkają narkomani i pijacy, drapieżcy, zwyrodnialcy. Nie jesteśmy tylko w stanie zawsze tego udowodnić.
Dwa lata temu, w piękne majowe popołudnie, Madalyn Olmstead wypadła z okna na trzecim piętrze. Jedyną osobą, która przebywała wtedy w mieszkaniu, był jej ojciec.
- Spuściłem ją z oka tylko na chwilę - twierdził. - Myślała, że umie latać - powiedział przekonująco przed kamerami reporterów. Podczas autopsji, poza śmiertelnym urazem głowy, biegły zauważył pewne podejrzane sińce na ciele dziewczynki, ale nie na tyle, by rozważyć morderstwo. Ojca Madalyn aresztowano za narażenie dziecka na utratę życia, za co mógł zostać skazany nawet na pięćdziesiąt lat więzienia.
Choć byłam pewna, że to nie wypadek, wtedy zadowolił mnie sam fakt, że James Olmstead stanie przed sądem z lżejszymi zarzutami, i usatysfakcjonowałoby mnie, gdyby tylko trafił do więzienia. Przygotowywałam się do zeznawania przeciw niemu. Nieustannie przeglądałam dokumentację z moich wizyt w domu Olmsteadów, trenowałam opisywanie obrażeń, jakie widziałam na matce Madalyn, podejrzanych siniaków, jakie zauważałam na dziewczynce. Ława przysięgłych nigdy nie usłyszała moich zeznań. Wprowadzenie przez prokuratora wcześniejszych dowodów przewinień oskarżonego do materiału dowodowego potrafi być bardzo problematyczne, a w tym wypadku sędzia uznał, że to mogłoby uprzedzić ławę przysięgłych. Naszą jedyną nadzieją było to, że obrona stworzy nam możliwość, wprowadzając do materiału dowodowego zeznania świadczące o tym, że charakter Jamesa jest zupełnie odmienny od tego, o co go oskarżano, że byłby niezdolny do skrzywdzenia córki. Wtedy moglibyśmy zaprzeczyć. Obrona nie ułatwiła nam jednak zadania i nie wychwalała moralnego kręgosłupa Jamesa, nie przesłuchała jego żony, współpracowników z fabryki ani też rodziców dzieci, które trenował w Bejsbolowej Lidze Szkrabów. Nie przesłuchała też samego Jamesa Olmsteada. W rezultacie przysięgli nie usłyszeli o jego haniebnych uczynkach. Został uniewinniony. "Zbyt dużo luk w materiale dowodowym" - powiedział reprezentant ławy przysięgłych po zakończonym procesie.
Trzy miesiące później James i jego żona pozwali właściciela budynku, w którym znajdowało się ich mieszkanie, o nieodpowiednie zabezpieczenie siatkowych ekranów w oknach. Wygrali spore odszkodowanie, co przypieczętowało tylko ich rolę ofiar w całym zdarzeniu.
Ja jednak wiedziałam, że James pobił swoją córkę i spanikował. Podświadomie czułam, że upozorował sytuację tak, jakby sama wdrapała się na parapet, wypadła przez ekran i wylądowała na chodniku dwa piętra niżej. Madalyn była bardzo strachliwym dzieckiem. Bała się wody, psów, obcych i najprawdopodobniej miała też lęk wysokości. Nie było takiej możliwości, by dziewczynka sama wdrapała się na parapet i wypchnęła ekran swoimi małymi rączkami. W czasie, który z nią spędziłam, ani razu nie powiedziała mi, że chciałaby być ptakiem albo chciałaby latać. Jedyne, czego byłam pewna, to tego, że Madalyn boi się swojego ojca.
Wiele miesięcy po zakończeniu procesu nikt, ani moja przełożona Carmen, ani Joe, ani nawet mój mąż nie chcieli słuchać tyrad na temat moich podejrzeń.
- Czy biegły nie powiedział, że jej obrażenia pasowały do nieszczęśliwego wypadku? - zapytał Adam, kiedy po raz milionowy zaczęłam wygłaszać moje wątpliwości. Próbowałam wyjaśnić, że biegły był w tamtym czasie przeładowany robotą, a ma reputację takiego, który lubi pójść na łatwiznę. Adam nie był mi przychylny.
- Ellen - powiedział - zadręczasz się. Musisz przestać się martwić tym dzieckiem. Jesteś chyba jedyną, która się nim przejmuje.
Brak zainteresowania ze strony Adama trochę mnie drażnił, ale lekceważenie ze strony Carmen i Joego naprawdę bolało. Zarówno w opiece socjalnej, jak i pracy policji często polega się nie tylko na faktach - czasem to instynktowne przeczucie skłania nas do działania. Myślałam, że wysłuchają moich wątpliwości i poprą propozycję rozpoczęcia nowego, dogłębnego dochodzenia w sprawie śmierci Madalyn. Byli pełni zrozumienia, wydawali z siebie odpowiednie westchnienia i pomrukiwania, kiedy przedstawiałam im swoje argumenty, ale ostatecznie powiedzieli, że są zadowoleni z wyroku ławy przysięgłych, a ja muszę dać sobie spokój.
Wreszcie zostaliśmy we troje: mężczyzna, który uniknął kary za morderstwo, kobieta, która zdecydowała się go chronić, i ja, pracownica opieki społecznej, bezsilnie próbująca chronić czteroletnią dziewczynkę imieniem Madalyn Olmstead, która na zawsze pozostanie "Ptaszyną - dziewczynką, która myślała, że umie latać".
2
Dziesięcioletnia Jenny Briard, która w gasnącym wieczornym świetle grzebała na kolanach w jałowej ziemi, nie miała swojego szczęśliwego amuletu, ale była zdeterminowana go odnaleźć przy najbliższej okazji. Może znajdzie czterolistną koniczynkę albo podkowę. Nawet zaśniedziała stara moneta by wystarczyła. Tydzień temu, w jednym ze swoich lepszych momentów, ojciec dał jej w prezencie na dziesiąte urodziny breloczek do kluczy z króliczą łapką. Choć wręczył jej go dwa tygodnie po czasie, Jenny i tak była gotowa czcić małą, jedwabistą łapkę. I choć bardzo się starała, to na myśl o tym, że królik oddał swoją łapkę, by zapewnić szczęście innym, coś gwałtownie wywracało się jej w żołądku.
- Co do diabła? Co ty tu robisz? - wymamrotał ojciec, kiedy stanął nad Jenny, próbującą zakopać króliczą łapkę pomiędzy krzakami za hotelem, w którym tymczasowo mieszkali. Jenny starała się ukryć za plecami scyzoryk, który zwinęła z kieszeni spodni taty, ale nie udało się.
- To mój scyzoryk. Oddaj. - Jenny próbowała szybko wyczyścić ostrze z ziemi, zanim przekaże je ojcu. Zerknął do płytkiej dziury. - Przecież to twój prezent urodzinowy! Co ty wyprawiasz? - krzyknął. Niedawno wstał i włosy nadal miał zmierzwione, a głos zaprawiony papierosowym dymem.
Jenny nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie chciała zranić uczuć ojca i wyjść na niewdzięcznicę, ale w ciągu pięciu pełnych dni odkąd dostała ten niby-szczęśliwy amulet, ojciec znowu stracił pracę, zostali eksmitowani, pikap zepsuł się na dobre, a ojciec, jak zwykł mówić, "uległ swojej słabości" aż dwa razy.
- Pomyślałam, że tak trzeba - powiedziała w końcu, nie będąc w stanie spojrzeć tacie w oczy.
Jej ojciec stał tak przez chwilę, patrząc na nią, poły jego koszuli, poruszane gorącym wiatrem Nebraski, trzepotały jak flaga, a dżinsy wisiały mu nisko na biodrach, ukazując gumę bokserek.
- Chyba nie mogę się kłócić z takim tokiem myślenia - powiedział w końcu, przykucając koło niej. - Tak sobie myślę, że to chyba nie był najlepszy prezent, co? Pewnie chciałaś nowe buty albo przekłuć sobie uszy. Czegoś, czego pragną dziewczynki.
- Nie, nie - zaprzeczyła Jenny. - To był świetny prezent, tylko... zrobiło mi się go trochę żal.
Oboje spojrzeli na niewielki dołek.
- No cóż, to może rozpoczniemy ceremonię, a potem zjemy kolację w Wesołych Naleśnikach? - zapytał tata, patrząc na nią zmarnowanymi, przekrwionymi oczami. Razem zasypali dołek, przykrywając łapkę warstwą suchej ziemi.
- Chcesz wygłosić parę słów? - zapytał tata poważnym głosem.
- Nigdy wcześniej nie byłam na pogrzebie - przyznała Jenny. - Nie wiem, co powinnam powiedzieć.
- Ja mam już kilka za sobą i na większości z nich było dużo modlenia się i płaczu. Możesz powiedzieć cokolwiek przyjdzie ci na myśl, i tak będzie w porządku.
Jenny zastanowiła się nad tym przez chwilę.
- Czy muszę mówić na głos? - zapytała.
- Nie. Czasem słowa, które znaczą najwięcej, płyną tylko tutaj. - Poklepał się z mądrością żółtymi od tytoniu palcami po piersi.
Jenny stała przez chwilę w milczeniu nad maleńkim grobem, po czym tata wziął ją za rękę i poszli razem do Wesołych Naleśników oddalonych o niemal pół kilometra. Oboje poszli do łazienki umyć ręce, kiedy kelnerka uniosła brew na widok ich brudnych od ziemi paznokci.
- "Wesoła porcja naleśników z czekoladą" kosztuje cztery dolary i dziewięćdziesiąt dziewięć centów, jeśli to nie za drogo - powiedziała Jenny z nadzieją w głosie, przeglądając ceny dań w karcie. - I jeśli chcesz, oddam ci mój bekon.
- Zamawiaj, co chcesz, Fistaszku. Dzisiaj świętujemy - powiedział tata lekkim tonem. Jenny zerknęła podejrzliwie na ojca zza plastikowych okładek menu. Zwykle za każdym razem, kiedy ojciec oznajmiał, że będą świętować, dodawał, że zaprosi tylko jednego gościa. Browarka. Jedynym pocieszeniem dziewczynki był fakt, że Wesołe Naleśniki zapewniały zdecydowanie rodzinną atmosferę, dopełnianą przez trzydzieści siedem rodzajów potraw i mężczyznę przebranego za uśmiechniętego naleśnika, który co niedzielę robił zwierzęta z balonów. Piwo i jemu podobne produkty znajdowały się daleko stąd.
- To w takim razie poproszę "Hawajską wesołą porcję" - postanowiła Jenny. Spróbowała już trzech z trzydziestu siedmiu rodzajów naleśników i była zdeterminowana przetestować wszystkie.
- Doskonały wybór, madame - odparł jej tata ze sztucznym akcentem francuskiego kelnera, na co dziewczynka zaczęła chichotać.
- To co świętujemy? - zapytała Jenny najbardziej poważnym głosem, na jaki było ją stać, kiedy już złożyli zamówienia i oboje pili ze szklanek spieniony sok pomarańczowy.
- Tylko nie spadnij z krzesła - zaczął tata i dziewczynka teatralnym gestem chwyciła się stołu. - Jedziemy na wycieczkę! - powiedział, podkreślając każde słowo uderzeniem w blat stołu.
- Jaką wycieczkę? - zapytała Jenny, zwężając powieki podejrzliwie i wspominając niebezpieczny czarny dym, jaki wydostał się spod maski ich pikapa ostatnim razem, kiedy tata próbował go odpalić.
- Zadzwonił do mnie mój stary kumpel Matthew - wyjaśnił ojciec, przerywając na chwilę, kiedy kelnerka pojawiła się z ich zamówieniami i postawiła przed Jenny stosik gorących naleśników posypanych ananasami, udekorowanych bitą śmietaną i parasolką. Poczekał, aż kelnerka się oddali, zanim wznowił temat. - Na pewno go nie pamiętasz. Byłaś malutka, kiedy ostatni raz go widziałaś. W każdym razie Matthew zadzwonił i powiedział, że szukają kogoś do pracy w fabryce John Deere w Iowa. - Spojrzał na córkę z nadzieją.
- To mi nie wygląda na wycieczkę - odparła Jenny pełnym żalu tonem, wpatrując się w naleśniki i bitą śmietanę, która spływała ze sterty, zamieniając się w obślizgłą papkę. Odsunęła talerz na środek stołu. - To wygląda na przeprowadzkę. - Nagle straciła apetyt.
- To nad rzeką Missisipi. Będziemy chodzić na ryby, a może nawet pewnego dnia kupimy sobie łódkę. Wyobraź sobie tylko, Fistaszku. - Ojciec wbił widelec w kawałek kiełbaski, uśmiechając się od ucha do ucha. - Jeśli tylko będziemy chcieli, moglibyśmy zamieszkać na łodzi.
To był ciekawy pomysł, Jenny jednak odsunęła go od siebie.
- Jak się nazywa to miasto? - zapytała pochmurnie, przyciągając talerz z powrotem i odrywając kawałeczek naleśnika palcami.
- Dubuque. A poza Missisipi jest tam psi tor wyścigowy i muzeum rzeczne z wydrami, aligatorami i innymi fajnymi rzeczami.
Jenny zaczęła po cichu jeść - nie mogła mieć pewności, kiedy następnym razem uda im się zjeść z tatą porządny posiłek. Za osiem godzin będą pewnie chrupać na spółkę paczkę chipsów i kawałki suszonego indyka. Jej żołądek wydawał się niepokojąco pełen, a język lepił się od syropu. Ojciec nie przestawał opowiadać o tym, jak wspaniale będzie im w Iowa, jak to w fabryce John Deere płacą piętnaście dolarów na godzinę i jak wprowadzą się do jakiegoś mieszkania, ale tylko na pewien czas. Kiedy już się urządzą, mogliby zamieszkać we własnym domu, gdzie Jenny miałaby swój pokój i ogródek. Dziewczynka chciała zapytać, czy będzie tam kącik śniadaniowy. Wydawał się taki przytulny i wygodny, mały fragment kuchni otoczony okiennicami, przez które wpada mnóstwo słońca. Ale bolał ją brzuch i nie chciała, żeby tata myślał, że w jakikolwiek sposób akceptuje jego plan. Oblizała jeden po drugim swoje oblane syropem palce.
- Kiedy wyjeżdżamy? - zapytała zrezygnowana.
- Może dziś wieczorem? - zapytał ojciec, uśmiechając się szeroko, a w jego prawym policzku pojawił się głęboki dołeczek, który tak bardzo podobał się kobietom. Potem, nachylając się do Jenny tak blisko, że poczuła zapach kiełbasy wymieszany z jego popołudniowym piwem, ściszył głos.
- Pobiegnij do domu i zacznij się pakować. Ja zapłacę i dogonię cię za kilka minut. O północy mamy autobus.
Jenny wiedziała, że ojciec nie ma zamiaru zapłacić za kolację, ale przynajmniej pozwalał jej wyjść z restauracji, żeby nie spłonęła ze wstydu. Tak okazywał jej troskę.
3
Skradam się korytarzem, a podłoga lekko skrzypi mi pod bosymi stopami. Zerkam do pokoju dzieci. Najpierw Leah, potem Lucasa. Leah schowała się pod namiotem z cienkiego białego prześcieradła, a swoją jaskraworóżową kołdrę w kolorowe pacyfki zepchnęła na koniec łóżka. Przez bawełnę przebija się lekka poświata i mam nadzieję, że ma tam pod spodem latarkę, z którą czyta książkę, tak jak ja miałam w zwyczaju, kiedy byłam mała. Ale znam moją córkę aż nazbyt dobrze. To jej minikonsola, którą rodzice Adama, Hank i Theresa, dali jej kilka miesięcy temu na dziewiąte urodziny. Zagmatwana gra, w której awatar cofa się w czasie, starając się ocalić uprowadzonego księcia i bezpiecznie zaprowadzić go do zaczarowanego królestwa.
- To bardzo przypomina twoją pracę, El - powiedział Hank z zadowoloną miną, kiedy Leah otworzyła swój prezent zapakowany w kolorowy papier, zaczęła piszczeć z radości i zadzwoniła do dziadków, żeby im podziękować.
To by dopiero była nadprzyrodzona moc - myślę sobie. Móc wsiąść do wehikułu czasu i przenieść się o tydzień, godzinę, minutę, sekundę zanim jakiemuś dziecku przydarzy się coś strasznego. Móc stanąć przed rodzicem wymachującym papierosem, ojczymem o upiornym, pożądliwym spojrzeniu, opiekunem z uniesioną pięścią i powiedzieć: "Naprawdę chcesz to zrobić?".
- Hej, Leah - szepczę, zamykając za sobą drzwi, żeby nie obudzić śpiącego po drugiej stronie korytarza Lucasa, który owinął się kocem niczym wełniana gąsienica, mimo że na zewnątrz jest dwadzieścia siedem stopni, a działanie naszej klimatyzacji pozostawia wiele do życzenia. Ani ja, ani Adam nie mieliśmy czasu wezwać kogoś do naprawy. Zaglądam pod prześcieradło i uśmiecham się do mojego najstarszego dziecka. Spogląda na mnie spod grzywki ciemnych, spoconych włosów przyklejonych do czoła z miną pełną poczucia winy.
- Już prawie północ, wyłącz to - karcę ją, wyciągając rękę po grę. Leah wciska jakiś guzik i nagle pogrążamy się w ciemności, którą rozprasza jedynie nocna lampka w kształcie gwiazdki wpięta do kontaktu obok łóżka.
- Ale nie mogę zasnąć - sprzeciwia się chropawym głosem.
- Pomasować cię po plecach? - pytam.
- Jest za gorąco - odpowiada pochmurnie.
- Zaśpiewać ci?
- Yyy... nie - odpowiada krótko. Nie dziwi mnie to. Mój śpiew to najstarszy żart w rodzinie. Mimo to nucę kilka taktów piosenki, którą ostatnio Leah lubi najbardziej, i trzęsę biodrami. Nawet w ciemności poznaję, że przewraca oczami.
- A może przyniosę ci mokry ręcznik na czoło i jeszcze jeden wentylator?
- Niech będzie - mówi, ziewając tak szeroko, że niemal wyskakuje jej żuchwa.
Kiedy wracam na górę, tachając za sobą obrotowy wentylator, z ręcznikiem zmoczonym zimną wodą, Leah smacznie śpi. Zarzucam sobie mokry ręcznik na spocony kark, włączam wentylator do kontaktu i ustawiam go tak, by zimne powietrze wiało prosto na śpiącą postać. Nachylam się i delikatnie całuję córkę w policzek, ale ona ani drgnie. Na paluszkach wchodzę do pokoju Lucasa i przyklękam, żeby pocałować go w czoło, na co on zamachuje się dłonią, jakby próbował odgonić natrętnego komara.
Ściągam z karku ręcznik, którego chłód zdążył już wyparować w kontakcie z moją skórą, i kiedy się odwracam, widzę sylwetkę mojego męża z zaspaną Avery w jego objęciach.
- Wszystko w porządku, Ellen? - szepcze Adam.
Przykładam palec do ust, wychodzę na korytarz i zamykam za sobą drzwi.
- Tak, tylko jest za gorąco, by spać. - Kładę mu dłoń na ramieniu i odgarniam Avery włosy z czoła, na co ona posyła mi zaspany uśmiech.
- Dziękuję, że przyszłaś dziś na mecz - mówi, kiedy razem idziemy korytarzem w stronę pokoju Avery.
- Lubię oglądać, jak grają twoi chłopcy. Widać postępy. - Adam jest trenerem reprezentacji bejsbolowej East High School.
- To prawda - odpowiada Adam z dumą.
Choć od niemal piętnastu lat pracuję w służbach społecznych, ciężar tego zawodu nadal mnie przytłacza. Zastanawiałam się, czy nie zamienić pracy na taką, w której nie będę słyszała krzyków dorosłych albo płaczu dzieci, które im zabrałam. Takiej, w której nie słyszałabym łkania dzieci przez sen. Ale oczywiście nie robię tego. Wiem, że moja praca jest ważna, wiem, że pomagam.
Adam wkłada mi Avery w objęcia i kiedy tak trzymam moją córkę, całuję delikatne, jedwabiste kosmyki jej ciemnych włosów na czubku jej głowy. Obejmuje mnie za szyję swoimi pulchnymi rączkami, a równe bicie jej serca jest metronomem uspokajającym galopujący łomot w mojej piersi. Odpycham wszelkie myśli o dzieciach, z którymi pracuję, i skupiam się na tym w moich ramionach oraz dwójce śpiących twardym snem kilka kroków dalej. Mimo tego, jakie życie potrafi być szalone, mimo tego, jak pędzi bez opamiętania, mimo długich godzin pracy, niekończących się spraw w domu i bezsennych nocy, na tę chwilę mój świat jest kompletny i jestem za to bardzo wdzięczna.
SPIS TREŚCI
Okładka
Karta tytułowa
Opinie o książce
Dedykacja
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
EPILOG
PODZIĘKOWANIA
Heather Gudenkauf
Reklama 1
Reklama 2
Reklama 3
Karta redakcyjna