Zima w Abruzji
Deus nobis haec otia fecit
W Abruzji są tylko dwie pory roku: lato i zima. Wiosna jest śnieżna i wietrzna jak zima, jesień zaś ciepła i jasna jak lato. Lato zaczyna się w czerwcu i kończy w listopadzie. Długie słoneczne dni na niskich wysuszonych wzgórzach, żółty pył drogi oraz czerwonka wśród dzieci się kończą i wtedy zaczyna się zima. Ludzie przestają żyć na ulicach, bose dzieciaki znikają z kościelnych schodów. Z miejscowości, o której mówię, prawie wszyscy mężczyźni wyjeżdżali po ostatnich zbiorach. Jechali pracować do Terni, Sulmony, Rzymu. To była miejscowość murarzy i niektóre tamtejsze domy miały pewien urok. Niczym w malutkich willach były w nich tarasy oraz kolumienki i budziły one zdziwienie, gdy przy samym wejściu ukazywały się wielkie ciemne kuchnie z wiszącymi szynkami oraz obszerne, ponure i puste pokoje. W kuchniach płonął ogień - a istniały różne jego rodzaje. Był potężny ogień z pni dębu, ogień z gałęzi i liści, ogień z patyków zebranych z drogi jeden po drugim. Wystarczyło spojrzeć na płomień, by odróżnić biednych od bogatych. W ten sposób łatwiej było to odgadnąć, niż gdy patrzyło się na domy i ludzi, ubrania i buty, u wszystkich mniej więcej takie same.
Kiedy przyjechałam do miejscowości, o której mówię, na początku wszystkie twarze wydawały mi się identyczne, wszystkie kobiety były do siebie podobne, bogate i biedne, młode i stare. Prawie wszystkie miały bezzębne usta. Tam kobiety tracą zęby w wieku trzydziestu lat przez wysiłek i złe odżywianie, przez wyczerpanie porodami i okresy karmienia piersią, które następują jeden po drugim, bez przerwy. Ale później powoli zaczęłam odróżniać Vincenzinę od Secondiny, zaczęłam wchodzić do każdego z tych domów i ogrzewać się przy tak różnych płomieniach.
Kiedy spadał pierwszy śnieg, ogarniał nas powolny smutek. To było nasze zesłanie. Nasze miasto było daleko, daleko zostali przyjaciele, książki oraz różnorodne i zmienne zdarzenia z prawdziwego życia. Paliliśmy w naszym zielonym piecu z długą rurą przebijającą sufit. Wszyscy gromadzili się w pokoju z piecem, tam się gotowało i jadło, mój mąż pisał przy dużym owalnym stole, dzieci rozrzucały na podłodze zabawki. Na suficie pokoju namalowany był orzeł, a ja patrzyłam na niego i myślałam, że to właśnie jest zesłanie. Zesłaniem były orzeł, brzęczący zielony piec, rozległa i cicha wieś, nieruchomy śnieg. O piątej rozbrzmiewały dzwony kościoła Świętej Marii, a kobiety o czerwonych twarzach szły w czarnych szalach po błogosławieństwo. Każdego wieczoru mój mąż i ja wychodziliśmy na spacer. Każdego wieczoru szliśmy pod rękę, zanurzając stopy w śniegu. Domy ciągnące się wzdłuż drogi były zamieszkane przez znajomych i przyjaciół. Wszyscy podchodzili do drzwi i mówili: "Obyście żyli w zdrowiu". Ktoś czasem zapytał: "Kiedy wracacie do siebie?". Mój mąż mówił: "Kiedy skończy się wojna". "A kiedy skończy się wojna? Ty, który jesteś profesorem i wiesz wszystko, powiedz, kiedy się skończy". Nazywali mojego męża profesorem, bo nie umieli wymówić jego nazwiska. I przybywali z daleka, żeby pytać go o wiele różnych rzeczy: o najlepszą porę na wyrywanie zębów, o zapomogi przyznawane przez gminę, o podatki i inne opłaty.
Zimą jakiś staruszek zmarł na zapalenie płuc. Dzwony biły na jego cześć, a stolarz Domenico Orecchia składał trumnę. Pewna kobieta oszalała, zawieziono ją do psychiatryka w Collemaggio i we wsi przez chwilę się o tym mówiło. Była młoda i czysta, najczystsza z całej wsi; mówili, że przydarzyło jej się to właśnie z powodu nadmiernej czystości. U Gigetta di Calcedonia urodziły się bliźniaczki. Wcześniej miał już w domu dwoje bliźniaków i urządził w gminie awanturę, ponieważ nie chciano dać mu zapomogi, jako że miał duże połacie ziemi i ogród wielki jak siedem miast. Rosie, woźnej ze szkoły, sąsiadka splunęła w oko, a ona chodziła z przepaską na tym oku, żeby wypłacono jej odszkodowanie. "Oko jest delikatne, a ślina jest słona", tłumaczyła. O tym również mówiono przez chwilę, do momentu, aż nie było już nic więcej do powiedzenia.
Każdego dnia narastała w nas tęsknota. Czasami była nawet przyjemna i lekko odurzająca, jak czuła towarzyszka. Przychodziły listy z naszego miasta, wieści o ślubach i śmierciach, z których byliśmy wyłączeni. Czasem ta tęsknota stawała się ostra i gorzka, zamieniała się w nienawiść. Wtedy nienawidziliśmy Domenica Orecchi, Gigetta di Calcedonia, Annunziatiny, dzwonów kościoła Świętej Marii. Trzymaliśmy tę niechęć w ukryciu, bo wydawała się nam nieodpowiednia. A nasz dom zawsze był pełen ludzi, którzy przychodzili prosić o przysługi lub je nam oferować. Czasem wpadała krawcowa, żeby zrobić nam sagnoccole1. Przepasywała sobie talię szmatką, ubijała jajka i wysyłała Crocettę na wieś w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby nam pożyczyć wystarczająco duży kociołek. Na jej czerwonej twarzy rysowało się skupienie, a oczy lśniły jakimś władczym pragnieniem. Była gotowa podpalić dom, żeby tylko jej sagnoccole wyszły dobre. Jej sukienka i włosy robiły się białe od mąki, a makaron rozkładała na owalnym stole, przy którym zwykle pisał mój mąż.
Crocetta była naszą panią służącą. Choć tak naprawdę nie była żadną panią, miała czternaście lat. To krawcowa nam ją znalazła. Krawcowa dzieliła ludzi na dwie grupy: tych, którzy się czeszą, i tych, którzy tego nie robią. Na nieuczesanych należy uważać, bo rzecz jasna mają wszy. Crocetta się czesała i dlatego przyszła do nas na służbę, i opowiadała dzieciom długie historie o zmarłych i o cmentarzach. Był kiedyś pewien chłopiec, któremu umarła matka. Jego ojciec wziął sobie drugą żonę, ale macocha nie kochała chłopca. Dlatego kiedy ojciec był w polu, zabiła chłopaka i zrobiła z niego potrawkę. Ojciec wraca do domu i je, a gdy już skończył, pozostałe na talerzu kości zaczynają śpiewać:
I moja smutna mateczka
Wrzuciła mnie do garneczka
A mój ojciec pod wąsem
Ze smakiem zjadł pyszny kąsek.
Wtedy ojciec zabija żonę kosą i wiesza ją na gwoździu przed domem. Czasem, ku mojemu zdziwieniu, mamroczę słowa tej piosenki i wówczas cała wioska jakby do mnie powraca, razem z charakterystycznym smakiem tamtych pór roku, z mroźnym podmuchem wiatru i dźwiękiem dzwonów.
Każdego ranka wychodziłam ze swoimi dziećmi, a ludzie dziwili się i oburzali, że wystawiam je na zimno i śnieg. "Czym te dzieciaki zawiniły?", mówili. "To nie czas na spacery, pszepani. Proszę wracać do domu". Długo chodziliśmy po wsi, a ci nieliczni, których spotykaliśmy, patrzyli na dzieci z politowaniem. "Czym one zawiniły?", powtarzali. Tam, jeżeli dziecko rodzi się zimą, nie wynosi się go na zewnątrz aż do wiosny. W południe mój mąż dołączał do mnie z pocztą i wszyscy razem wracaliśmy do domu.
Opowiadałam dzieciom o naszym mieście. Były malutkie, gdy wyjechaliśmy, i nie miały żadnych wspomnień z nim związanych. Tłumaczyłam im, że tamtejsze budynki miały wiele pięter, że było tam wiele domów, wiele dróg i wiele pięknych sklepów. "Ale tutaj też jest Gir?", mówiły wtedy dzieci.
Sklep Gir? znajdował się dokładnie przed naszym domem. Gir? wystawał w drzwiach jak stary puszczyk, a jego okrągłe i obojętne oczy wpatrywały się w drogę. Sprzedawał po trosze wszystkiego: miał artykuły spożywcze i świece, pocztówki, buty i pomarańcze. Kiedy przyjeżdżał towar i Gir? rozpakowywał skrzynie, dzieciaki zbiegały się, żeby zjeść nadpsute pomarańcze, które wyrzucał. W Boże Narodzenie przyjeżdżały też likiery, cukierki i torrone. A on nigdy ani trochę nie schodził z ceny. "Ależ ty jesteś wredny, Gir?", mówiły mu kobiety. Odpowiadał: "Tych dobrych pożerają psy". Na święta mężczyźni wracali z Terni, z Sulmony i z Rzymu, zostawali na parę dni i zarżnąwszy świnie, znowu wyjeżdżali. Przez kilka dni jadło się tylko sfrizzoli i kiełbaski wieprzowe i nie robiło się nic poza piciem. A później rozbrzmiewało kwiczenie nowych świnek.
W lutym powietrze stawało się wilgotne i miękkie. Po niebie snuły się szare i ciężkie chmury. Był taki rok, kiedy podczas odwilży popękały rynny, zaczęło więc padać do domu, a pokoje zamieniły się w prawdziwe bagna. Dotyczyło to całej wioski, nie ostał się ani jeden suchy dom. Kobiety opróżniały wiadra przez okna i wylewały wodę za drzwi. Niektórzy kładli się do łóżka z otwartym parasolem. Domenico Orecchia mówił, że to kara za jakieś grzechy. Trwało to ponad tydzień, a potem z dachów wreszcie zniknęły resztki śniegu i Aristide naprawił rynny.
Koniec zimy budził w nas niepokój. Może ktoś przyjedzie nas odwiedzić, może nareszcie coś mogłoby się wydarzyć. Nasze zesłanie musiało się wreszcie skończyć. Drogi, które oddzielały nas od świata, wydawały się krótsze, poczta przychodziła częściej. Pomału goiły się nasze odmrożenia.
Istnieje pewna nużąca spójność ludzkich losów. Nasze życia toczą się według starych i niezmiennych praw, według jednolitego i starego rytmu. Marzenia nigdy się nie spełniają i kiedy widzimy je roztrzaskane, w mig pojmujemy, że największe radości naszego życia są poza rzeczywistością. Kiedy widzimy je roztrzaskane, usychamy z tęsknoty za czasem, gdy jeszcze nas rozpalały. Nasz los przemija w splocie nadziei i tęsknot.
Mój mąż zmarł w Rzymie w więzieniu Regina Coeli, parę miesięcy przed tym, jak opuściliśmy wioskę. W obliczu potworności jego samotnej śmierci, a także niespokojnych wyborów, które ją poprzedziły, pytam samą siebie, czy to przydarzyło się właśnie nam. Nam, którzy kupowaliśmy pomarańcze u Gir?. Nam, którzy spacerowaliśmy w śniegu. Wierzyłam wtedy w łatwą i szczęśliwą przyszłość pełną zaspokojonych pragnień, doświadczeń i zwyczajnych spraw. Ale to był najlepszy czas mojego życia i dopiero teraz, kiedy uciekł mi na zawsze, dopiero teraz to wiem.