Malczewski. Obrazy i słowa - Dorota Kudelska

-
Proszę czekać

Wstęp

Ni­niej­sza książ­ka jest nową wer­sją Duk­tu pi­sma i pędz­la. Bio­gra­fii in­te­lek­tu­al­nej Jac­ka Mal­czew­skie­go (Lu­blin 2008). Zmia­ny mają róż­ny cha­rak­ter. Z jed­nej stro­ny uję­łam nie­co ma­te­ria­łu do­ku­men­ta­cyj­ne­go, któ­ry za­miast li­te­ral­nych przy­to­czeń za­pre­zen­to­wa­łam w krót­kich omó­wie­niach (zo­sta­wia­jąc od­sy­ła­cze bi­blio­gra­ficz­ne). Z dru­giej zaś, dzię­ki dal­szym po­szu­ki­wa­niom wła­snym i ży­wej re­cep­cji czy­tel­ni­ków Duk­tu, do­da­łam wie­le no­wych, istot­nych in­for­ma­cji. Cho­dzi na przy­kład o za­ska­ku­ją­ce spo­so­by two­rze­nia ob­ra­zów (jak choć­by Ukrzy­żo­wań), iden­ty­fi­ka­cję kil­ku dzieł i wy­ja­śnie­nie źró­deł przy­ta­cza­nych wcze­śniej do­ku­men­tów (na przy­kład ta­jem­ni­cze­go dy­plo­mu dla Mal­czew­skie­go jako fil­hel­le­na). Po­pra­wi­łam też do­strze­żo­ne błę­dy re­dak­cyj­ne, uzu­peł­ni­łam bi­blio­gra­fię o tek­sty, któ­re po­przed­nio były tyl­ko za­po­wie­dzia­ne jako ma­te­ria­ły w dru­ku, i o nowe - roz­wi­ja­ją­ce istot­ne dla ma­lar­stwa Mal­czew­skie­go kwe­stie (do­ty­czą­ce na przy­kład ro­dza­ju jego sym­bo­li­zmu na tle ma­lar­stwa eu­ro­pej­skie­go).

 

Do za­ję­cia się bio­gra­fią Jac­ka Mal­czew­skie­go, ar­ty­sty zna­ne­go, "opi­sa­ne­go" w tak licz­nych, że trud­nych do ogar­nię­cia w peł­nej licz­bie książ­kach, ar­ty­ku­łach, re­cen­zjach i przy­czyn­kach, a przy tym cią­gle bę­dą­ce­go waż­nym ak­cen­tem w dzi­siej­szym wi­dze­niu sztu­ki Mo­der­ni­zmu koń­ca XIX wie­ku, skło­ni­ła mnie swe­go ro­dza­ju dys­pro­por­cja po­znaw­cza.

O ile in­ter­pre­ta­cja jego dzieł cią­gle po­sze­rza ob­sza­ry ba­dań, zmie­nia się, opa­li­zu­je no­wy­mi spo­so­ba­mi wi­dze­nia, o tyle wie­dza o lo­sach ma­la­rza, o jego roz­wo­ju emo­cjo­nal­nym, du­cho­wym i in­te­lek­tu­al­nym, o ży­ciu pry­wat­nym - o dzie­jach jego przy­jaź­ni i mi­ło­ści - wresz­cie o udzia­le w ży­ciu ar­ty­stycz­nym współ­cze­sne­go mu Kra­ko­wa wła­ści­wie pra­wie się nie zmie­nia od 1968 roku, czy­li od uka­za­nia się mo­no­gra­fii Ja­dwi­gi Pu­cia­ty-Paw­łow­skiej (Ja­cek Mal­czew­ski, Wro­cław 1968) i prze­ło­mo­wej w re­cep­cji dzieł Mal­czew­skie­go po­znań­skiej wy­sta­wy mo­no­gra­ficz­nej z tego sa­me­go roku. A bio­rąc pod uwa­gę za­cho­wa­ny i w ogrom­nej więk­szo­ści nie­wy­ko­rzy­sta­ny ma­te­riał ar­chi­wal­ny, utrzy­mu­ją­ce się cią­gle za­chwia­nie rów­no­wa­gi ba­daw­czej wy­da­je się tym wy­raź­niej­sze.

Ży­cie Jac­ka Mal­czew­skie­go nie było do­tąd opi­sy­wa­ne ani w zgo­dzie z mo­de­lem nie­zro­zu­mia­ne­go przez epo­kę ge­niu­sza, ani skan­da­li­zu­ją­ce­go człon­ka bo­he­my ar­ty­stycz­nej czy choć­by kon­te­sta­to­ra miesz­czań­skich kon­we­nan­sów to­wa­rzy­skich. Jego bio­gra­fia od­po­wia­da w znacz­nej czę­ści po­rząd­ko­wi, jaki na­rzu­ca mo­del, w któ­rym szla­chet­ność dzie­ła (tak te­ma­tów, jak i for­my) od­po­wia­dać musi etycz­nym za­le­tom cha­rak­te­ru ar­ty­sty (i od­wrot­nie), a po­stę­po­wa­nie ar­ty­sty za­wsze pod­po­rząd­ko­wa­ne jest wy­so­kim, ide­ali­stycz­nie poj­mo­wa­nym ce­lom (tu ma­rze­niu o Pol­sce). Ele­men­ty, któ­re nie pa­su­ją do ta­kiej nar­ra­cji, jak prze­bły­sku­ją­ce cza­sa­mi po­czu­cie wyż­szo­ści nad ko­le­ga­mi, nie­wier­ność żo­nie, ła­twość ko­rzy­sta­nia z po­świę­ce­nia bli­skich mu osób, co nie za­wsze od­wza­jem­niał, wiel­ka am­bi­cja za­wo­do­wa, pe­wien ro­dzaj zmę­cze­nia na­ro­do­wy­mi po­win­no­ścia­mi przy­da­rza­ją się wie­lu oso­bom. W przy­pad­ku Mal­czew­skie­go albo nie są za­uwa­ża­ne, albo są uspra­wie­dli­wia­ne w spo­sób, któ­ry prze­ko­nać może tyl­ko na­iw­nych czy­tel­ni­ków, lub - co chy­ba dzie­je się czę­ściej - przyj­mo­wa­ne są bez­re­flek­syj­nie, jako zgod­ne z ra­ma­mi tego mo­de­lu bio­gra­fii twór­cy.

Od ja­kie­goś cza­su kon­tek­sty, w ja­kich po­ja­wia­ją się dzie­ła Mal­czew­skie­go, zmie­nia­ją nie­co cha­rak­ter, po­sze­rza­jąc wie­dzę o jego twór­czo­ści i moż­li­wo­ści in­ter­pre­ta­cyj­ne. Do wąt­ku hi­sto­rycz­no-pa­trio­tycz­ne­go (pod­kre­śla­ne­go, jak są­dzę, nad­mier­nie, ze szko­dą dla in­nych tre­ści) i czę­stej eks­po­zy­cji por­tre­tów do­łą­cza­ją stop­nio­wo ko­lej­ne - jak pró­ba okre­śle­nia jego oso­bli­we­go sto­sun­ku do mi­to­lo­gii i ero­ty­ki, do pej­za­żu czy szki­ce i akwa­re­le po­ka­zu­ją­ce, że Mal­czew­ski miał tak­że "oko", je­śli tak moż­na po­wie­dzieć, re­por­ta­żo­wo spraw­nie re­je­stru­ją­ce co­dzien­ność, po­tra­fił też od­dać hu­mor sy­tu­acyj­ny.

O roz­wo­ju in­te­lek­tu­al­nym, za­in­te­re­so­wa­niach i na­tu­rze ro­sną­cej eru­dy­cji Mal­czew­skie­go wia­do­mo wie­le w od­nie­sie­niu do lat szkol­nych. Jego póź­niej­sze sa­mo­dziel­ne lek­tu­ry nie cie­szą się za­in­te­re­so­wa­niem, mimo że po­trze­bę taką wy­raź­nie od­sło­ni­ły na przy­kład wy­sta­wy do­ku­men­tu­ją­ce, jak bar­dzo waż­nym te­ma­tem są w jego twór­czo­ści wąt­ki an­tycz­ne. W naj­gor­szej sy­tu­acji, je­śli cho­dzi o omó­wie­nia, są dzie­ła, któ­rych nie moż­na lub któ­re trud­no wpro­wa­dzić na wy­sta­wy - jak fryz na gma­chu To­wa­rzy­stwa Przy­ja­ciół Sztuk Pięk­nych czy szki­cow­ni­ki. Po­dob­nie jest z pro­ble­ma­ty­ką czyn­ne­go udzia­łu Mal­czew­skie­go w ży­ciu ar­ty­stycz­nym, i to nie wy­łącz­nie Kra­ko­wa, przy czym mowa tu nie tyl­ko o udzia­le w wy­sta­wach.

Wresz­cie dzię­ki szcze­gó­ło­wym usta­le­niom chro­no­lo­gicz­nym na pod­sta­wie do­ku­men­tów moż­na uzu­peł­nić lub, co za­ska­ku­ją­ce wo­bec tak znacz­nej li­te­ra­tu­ry, spro­sto­wać in­for­ma­cje bę­dą­ce pod­sta­wą wie­lu in­ter­pre­ta­cji ob­ra­zów. Bar­dzo dużo nie­po­ro­zu­mień na­ro­sło na przy­kład wo­kół związ­ku Mal­czew­skie­go z Ma­rią Ba­lo­wą, oko­licz­no­ści wy­jaz­du i po­by­tu ar­ty­sty w cza­sie pierw­szej woj­ny świa­to­wej w Wied­niu i ów­cze­sne­go za­an­ga­żo­wa­nia po­li­tycz­ne­go czy miesz­ka­nia w Lu­sła­wi­cach u swo­ich sióstr. Nie­któ­re usta­le­nia, mam na­dzie­ję, pod­wa­żą też ste­reo­ty­po­we opi­nie o rze­ko­mo obo­jęt­nym sto­sun­ku Mal­czew­skie­go do za­gad­nień tech­no­lo­gicz­nych, któ­ry­mi po­dob­no nie zaj­mo­wał się na­wet w pra­cy ze stu­den­ta­mi ASP. Wy­da­rze­nia zwią­za­ne z pró­ba­mi zmian w tej in­sty­tu­cji uka­zu­ją też Mal­czew­skie­go jako czło­wie­ka cza­sem ostre­go, nie­prze­bie­ra­ją­ce­go w sło­wach i uczyn­kach wo­bec ko­le­gów pro­fe­so­rów.

Wie­le ob­sza­rów in­ter­pre­ta­cyj­nych, czę­sto z wy­raź­ny­mi od­nie­sie­nia­mi w ob­ra­zach, po­sze­rza­ją za­cho­wa­ne li­sty, ofi­cjal­ne do­ku­men­ty w aka­de­mii, no­tat­ki, brud­no­pi­sy wy­stą­pień pu­blicz­nych, wspo­mnie­nia bli­skich mu osób, za­po­mnia­ne ar­ty­ku­ły pra­so­we.

Czy jed­nak jest to z punk­tu wi­dze­nia hi­sto­rii sztu­ki do­sta­tecz­nie istot­ny po­wód do za­ję­cia się ży­ciem ar­ty­sty, z któ­re­go pod­sta­wo­we fak­ty są zna­ne? Czy wie­dza o nim współ­cze­sne­mu od­bior­cy jest jesz­cze do cze­go­kol­wiek po­trzeb­na? Czy bio­gra­fia ar­ty­sty, jako ga­tu­nek, może się zmie­nić we­wnętrz­nie? Są­dzę, że moż­na na wszyst­kie po­sta­wio­ne wy­żej py­ta­nia od­po­wie­dzieć twier­dzą­co, pod pew­ny­mi wszak­że wa­run­ka­mi.

Po pierw­sze, w od­nie­sie­niu do kon­kret­ne­go ar­ty­sty musi ist­nieć wy­star­cza­ją­ca licz­ba opra­co­wań po­da­ją­cych dane pod­sta­wo­we. W przy­pad­ku Jac­ka Mal­czew­skie­go dłu­go­let­nia pra­ca wie­lu ba­da­czy, szcze­gól­nie zaś Agniesz­ki Ław­ni­cza­ko­wej, po­zwo­li­ła zgro­ma­dzić tak dużą o nim wie­dzę, iż moż­na stwier­dzić, że jest ona po­wszech­nie do­stęp­na, prze­two­rzo­na przez dzie­siąt­ki słow­ni­ków i po­pu­lar­nych, naj­czę­ściej rze­tel­nych kom­pen­diów pod­sta­wo­wych, nie jest za­tem ko­niecz­ne po­wta­rza­nie chro­no­lo­gicz­ne­go ukła­du ży­cia twór­cy. Dla ele­men­tar­nej tyl­ko orien­ta­cji do­da­ję na koń­cu ka­len­da­rium ży­cia ar­ty­sty.

Po dru­gie, musi ist­nieć duży ze­spół nie­prze­ba­da­nych do­ku­men­tów, któ­ry po­zwa­la po­sze­rzyć pole ob­ser­wa­cji, daje moż­li­wość sku­pie­nia uwa­gi na tych ele­men­tach bio­gra­fii ar­ty­sty, któ­re były do­tych­czas mniej eks­po­no­wa­ne lub nie po­strze­ga­no ich jako istot­nych dla jego twór­czej wy­obraź­ni. Opis typu emo­cjo­nal­no­ści i roz­wo­ju ar­ty­stycz­nej wraż­li­wo­ści w dzie­ciń­stwie Jac­ka Mal­czew­skie­go opie­ra się na nie­wiel­kiej par­tii cy­to­wa­nych li­stów z tego cza­su, na­to­miast do­ku­men­ty do­ty­czą­ce okre­su doj­rza­ło­ści twór­czej ma­la­rza, choć to za­ska­ku­ją­ce, wy­ko­rzy­sta­ne są w mi­ni­mal­nym stop­niu. Uwa­żam, że zgro­ma­dzo­ny prze­ze mnie ma­te­riał po­zwa­la znacz­nie po­głę­bić wie­dzę o zda­rze­niach przy­pa­da­ją­cych na doj­rza­łe lata ma­la­rza. W li­te­ra­tu­rze przed­mio­tu wy­ko­rzy­sty­wa­nych jest nie wię­cej niż trzy­dzie­ści li­stów z za­cho­wa­nej ko­re­spon­den­cji ar­ty­sty, tym­cza­sem po kwe­ren­dzie w zbio­rach pu­blicz­nych i pry­wat­nych zgro­ma­dzi­łam ich po­nad ty­siąc (do i od ar­ty­sty oraz mię­dzy przy­ja­ciół­mi w jego spra­wie). Do­cho­dzą do tego jesz­cze wspo­mnie­nie z Wiel­gie­go oraz wier­sze.

Po trze­cie, z tak za­ry­so­wa­nych uwa­run­ko­wań ba­daw­czych wy­ni­ka moż­li­wość zmia­ny kla­sycz­ne­go ukła­du bio­gra­fii, pod­po­rząd­ko­wa­ne­go cią­gło­ści ży­cia ar­ty­sty. Cha­rak­ter ze­bra­ne­go ma­te­ria­łu skło­nił mnie do sku­pie­nia uwa­gi na oso­bach i miej­scach, z któ­ry­mi i w któ­rych to­czy­ło się ży­cie ar­ty­sty. Osob­ne miej­sce zaj­mu­ją roz­dzia­ły do­ty­czą­ce sze­ro­ko ro­zu­mia­ne­go warsz­ta­tu twór­cy, po­nie­waż po­szcze­gól­ne jego czę­ści peł­nią w więk­szym stop­niu rolę słu­żeb­ną wo­bec in­nych. Do­ty­czy to spo­so­bów po­ja­wia­nia się w za­pi­sach ar­ty­sty re­kwi­zy­tów ma­lar­sko istot­nych, jak "szy­nel" i "zbro­ja", czy za­gad­nie­nia sto­sun­ku do mo­de­la w pra­cow­ni. Po­zwa­la to na unik­nię­cie po­wta­rza­nia uza­sad­nień nie­co od­mien­ne­go ich trak­to­wa­nia przez ar­ty­stę w tek­stach, niż tra­dy­cyj­nie przy­ję­to w in­ter­pre­ta­cjach ob­ra­zów, co wie­lo­krot­nie tu po­wra­ca.

Dzię­ki temu szczę­śli­we­mu zbie­go­wi oko­licz­no­ści mo­głam pod­jąć pró­bę wska­za­nia no­wych związ­ków mię­dzy ży­ciem i dzie­łem Mal­czew­skie­go, któ­rą przed­sta­wiam czy­tel­ni­ko­wi. O jed­nych za­gad­nie­niach mogę po­wie­dzieć wię­cej, o in­nych mniej, co w spo­sób nie­unik­nio­ny za­bu­rza pro­por­cje ana­liz.

Dzię­ki za­cho­wa­nym szki­cow­ni­kom cza­sem moż­na ob­ser­wo­wać ze­sta­wie­nia słów mó­wią­cych o co­dzien­no­ści, o wy­jąt­ko­wym wzru­sze­niu lub o ko­lo­ry­sty­ce pro­jek­to­wa­nych ob­ra­zów, za­pi­sa­nych słow­nie na ry­sun­kach. Bywa, że nie­sio­ne w tych dwu for­mach tre­ści są so­bie bli­skie, cza­sem oka­zu­ją się wzglę­dem sie­bie obo­jęt­ne, a cza­sem za­ska­ku­ją wza­jem­ną nie­przy­sta­wal­no­ścią opi­su - jak w szki­cow­ni­ku z wło­skiej po­dró­ży, gdzie wiersz opo­wia­da o ota­cza­ją­cym ar­ty­stę świe­cie przy­ro­dy, a szki­ce są nim jak­by nie­za­in­te­re­so­wa­ne.

W nie­któ­rych wy­pad­kach po­zo­sta­je je­dy­nie świa­do­mość do­tkli­we­go bra­ku waż­nych świa­dectw, jak na przy­kład li­stów Mal­czew­skie­go do ser­decz­ne­go przy­ja­cie­la Kon­stan­te­go Ma­rii Gór­skie­go, zna­ne­go wszyst­kim mi­ło­śni­kom no­wo­cze­snej sztu­ki prze­ło­mu wie­ków, wier­szy Ho­ra­ce­go i Fran­cisz­ka Kar­piń­skie­go. Zbiór prze­trwał dru­gą woj­nę świa­to­wą i za­gi­nął w ta­jem­ni­czych oko­licz­no­ściach "mię­dzy" ale­ja­mi Trzech Wiesz­czów a Bi­blio­te­ką Ja­giel­loń­ską w dru­giej po­ło­wie lat pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku. Po­dob­nie nie­po­we­to­wa­ną szko­dą jest utra­ta li­stów Ka­ro­la Po­tkań­skie­go do Bro­ni­sła­wy Mal­czew­skiej i in­nych osób do tego zna­ne­go hi­sto­ry­ka, stąd ich od­na­le­zie­niem by­li­by nie­wąt­pli­wie za­in­te­re­so­wa­ni tak­że hi­sto­ry­cy sen­su stric­to. Ta ta­jem­ni­cza hi­sto­ria ro­ze­gra­ła się, o ile mo­głam usta­lić, mię­dzy Kra­ko­wem a Za­ko­pa­nem i To­ru­niem w dru­giej po­ło­wie lat sześć­dzie­sią­tych XX wie­ku.

Po Mal­czew­skim zo­sta­ły też dzie­siąt­ki wier­szy, za­pi­sy­wa­nych na skraw­kach pa­pie­ru, na li­stach eg­za­mi­na­cyj­nych stu­den­tów, na pu­deł­kach pa­pie­ro­sów. Nie za­wsze są naj­wyż­sze­go lotu. Jed­nak poza uzu­peł­nie­niem fak­to­gra­fii do­da­ją one ko­lo­ry­tu i, co rów­nie waż­ne, po­zwa­la­ją przez ce­chy ję­zy­ka, ho­ry­zon­ty od­nie­sień sty­li­stycz­nych i li­te­rac­kich, przez ro­dzaj dow­ci­pu po­głę­bić cha­rak­te­ry­sty­kę ar­ty­sty.

Duża część ko­re­spon­den­cji jest świa­dec­twem nie­zwy­kłej mi­ło­ści Jac­ka Mal­czew­skie­go do Ma­rii Kin­gi Ba­lo­wej, któ­ra na­praw­dę mia­ła inne, mniej ory­gi­nal­ne wów­czas imię, a Mal­czew­ski by­najm­niej nie był jej je­dy­nym i ostat­nim wiel­bi­cie­lem ze świa­ta sztu­ki. Wagi tego na­mięt­ne­go uczu­cia, wspar­te­go na ja­kiejś wspól­no­cie in­te­lek­tu­al­nej i du­cho­wej, i form, ja­ki­mi się mie­ni­ło, nie spo­sób po­mi­nąć przy oma­wia­niu sa­mo­oce­ny ar­ty­sty. Mal­czew­ski pi­sał: ona "sto­pi­ła moje re­li­kwia­rze", ale też "skru­szy­ła wszyst­ko", kie­dy za­koń­czy­ła ich kil­ku­na­sto­let­ni ro­mans.

W tej de­li­kat­nej ma­te­rii związ­ku pry­wat­no­ści ar­ty­sty z jego dzie­łem nie moż­na okre­ślić ści­słej gra­ni­cy, nie moż­na też ich sztucz­nie zu­peł­nie roz­dzie­lić, bo kie­dy dzie­ło sta­je się przed­mio­tem in­ter­pre­ta­cji, pod­da­ne jest pu­blicz­ne­mu oglą­do­wi, wcią­ga w sfe­rę pu­blicz­ną tak­że oso­bę au­to­ra. Ra­zem na­le­żą do sfe­ry "kra­jo­bra­zu ar­ty­stycz­ne­go", na któ­rym śla­dy zo­sta­wia­ją na­war­stwia­ją­ce się zmia­ny hi­sto­rycz­ne.

Ni­niej­sza książ­ka, otwar­ta na ko­lej­ne uzu­peł­nie­nia, jest jed­ną z wie­lu moż­li­wych prób opi­sa­nia bio­gra­fii jako bíos Jac­ka Mal­czew­skie­go.

O wza­jem­nej nie­uf­no­ści ży­cia i me­tod jego opi­su

Za­pro­po­no­wa­ny prze­ze mnie kształt bio­gra­fii Jac­ka Mal­czew­skie­go opie­ra się na kil­ku za­ło­że­niach, któ­re po­zwa­la­ją zdy­stan­so­wać się od tra­dy­cyj­nej for­my tego ga­tun­ku, bu­do­wa­nej za­zwy­czaj na ty­pie nar­ra­cji wszech­wie­dzą­cej, pre­ten­du­ją­cej do ab­so­lut­nej obiek­tyw­no­ści i stwa­rza­ją­cej wra­że­nie jed­na­ko­we­go stop­nia do­stę­pu i moż­li­wo­ści opi­su wszyst­kich okre­sów i aspek­tów ży­cia ar­ty­sty. Me­to­do­lo­gicz­nie bli­ska jest mi myśl o nie­ro­ze­rwal­no­ści re­la­cji mię­dzy au­to­rem a dzie­łem oraz pew­ność wła­snych ogra­ni­czeń jako ba­da­cza, stąd pod­kre­śla­nie miejsc nie­jed­no­znacz­nych in­ter­pre­ta­cyj­nie, nie­do­okre­ślo­nych przez do­ku­men­ty itp. Sko­ro nie jest moż­li­we ob­ję­cie uwa­gą wszyst­kich kon­tek­stów, bo i w sze­ro­kiej, i w wą­skiej per­spek­ty­wie dys­po­nu­je­my tyl­ko mia­rą en­tro­pii, to nie­unik­nio­na frag­men­ta­rycz­ność i wza­jem­ne uzu­peł­nie­nia przed­sta­wia­nej hi­sto­rii ar­ty­sty mo­men­ta­mi ogar­nia­ją tak­że for­mę, w ja­kiej rzecz jest pre­zen­to­wa­na. Mam na­dzie­ję, że ten układ uka­że nowe punk­ty wi­dze­nia, po­zwo­li za­dać ży­ciu i dzie­łom Jac­ka Mal­czew­skie­go nowe py­ta­nia.

Stan ba­dań

Za­sób ksią­żek i roz­praw, do któ­rych moż­na się­gnąć po pod­sta­wo­we dane o Jac­ku Mal­czew­skim, jest - w po­rów­na­niu z ma­te­ria­ła­mi do­ty­czą­cy­mi in­nych pol­skich ma­la­rzy - bar­dzo duży. Jed­nak prac opar­tych na źró­dłach pi­sa­nych wska­zu­ją­cych śla­dy, punk­ty wią­żą­ce w istot­ny spo­sób świat przed­sta­wio­ny na płót­nach z ży­wym świa­tem ich twór­cy jest sto­sun­ko­wo nie­wie­le.

Chro­no­lo­gicz­nie naj­star­szą mo­no­gra­fią jest nie­wiel­ka ksią­żecz­ka Ta­de­usza Szy­dłow­skie­go, dru­ga to ob­szer­ne opra­co­wa­nie Ada­ma Hey­dla.1 Obaj au­to­rzy ko­rzy­sta­ją z do­mo­we­go ar­chi­wum ar­ty­sty, z tą róż­ni­cą, że Hey­del jest człon­kiem ro­dzi­ny - co ma wpływ na cha­rak­ter nar­ra­cji i spo­sób uży­cia do­ku­men­tów, a poza tym pi­sze już po śmier­ci ma­la­rza. Obaj au­to­rzy opu­bli­ko­wa­li tak­że, czer­piąc z nie­wy­ko­rzy­sta­nych ma­te­ria­łów, uzu­peł­nia­ją­ce ar­ty­ku­ły.2

Hey­del przed­sta­wił wier­sze ar­ty­sty, w więk­szo­ści pi­sa­ne dla Wan­dy Kar­czew­skiej i dla przy­szłej żony, Ma­rii Gra­lew­skiej. Wy­brał tek­sty, któ­re po pierw­sze mia­ły naj­bar­dziej po­praw­ne, jego zda­niem, rytm i rymy, a po dru­gie ta­kie, któ­rych pu­bli­ka­cja, i tak nie­uchron­nie gwał­cąc pry­wat­ność ma­la­rza, uczy­ni to, we­dług au­to­ra ar­ty­ku­łu, w naj­mniej­szym stop­niu. Zga­dza­jąc się z tym, że cza­sem trze­ba z kil­ku zmie­nia­ją­cych się za­pi­sów tego sa­me­go wier­sza wy­brać naj­lep­szy, mu­szę jed­nak stwier­dzić na pod­sta­wie lek­tu­ry in­nych utwo­rów ma­la­rza, że Hey­del pre­zen­tu­je znacz­nie zu­bo­żo­ną wer­sję po­etyc­kiej wy­obraź­ni Mal­czew­skie­go.

W ar­ty­ku­le Ze wspo­mnień o Jac­ku Mal­czew­skim Hey­del pod­kre­śla gra­ni­cę mię­dzy tym, co jest skład­ni­kiem do­mo­wej le­gen­dy, w któ­rej wy­ra­stał, a póź­niej­szy­mi wła­sny­mi ob­ser­wa­cja­mi. Ten krót­ki tekst przy­no­si otwar­te stwier­dze­nie, że mimo ła­two­ści kon­tak­tów z ludź­mi Ja­cek Mal­czew­ski miał na­tu­rę na­der skom­pli­ko­wa­ną. Szko­da, że au­tor w ża­den spo­sób nie uza­sad­nia prze­ko­na­nia o po­czu­ciu tra­gicz­nej, dum­nej sa­mot­no­ści Mal­czew­skie­go, któ­re to uczu­cie to­wa­rzy­szy­ło ar­ty­ście, mimo wszel­kich suk­ce­sów, przez nie­mal całe ży­cie. Ta­kie­go re­flek­syj­ne­go i mi­no­ro­we­go tonu tak­że próż­no szu­kać w je­dy­nej mo­no­gra­fii po­świę­co­nej Jac­ko­wi Mal­czew­skie­mu, na­pi­sa­nej już po jego śmier­ci.

W książ­ce Ja­cek Mal­czew­ski. Czło­wiek i ar­ty­sta Hey­del w mniej­szym stop­niu ak­cen­tu­je w nar­ra­cji ton oso­bi­sty (co nie zna­czy, że jest mniej su­biek­tyw­ny); ca­łość tchnie osta­tecz­nie opty­mi­zmem do­brze speł­nio­ne­go ży­cia. Do nie­wąt­pli­wych za­let za­li­czyć moż­na na­sy­ce­nie jej pierw­szej czę­ści li­sta­mi ma­la­rza (w prze­ci­wień­stwie do par­tii opi­su­ją­cej póź­niej­szy okres ży­cia ar­ty­sty), in­for­ma­cje o znacz­nej licz­bie ob­ra­zów, spo­śród któ­rych o wie­lu dziś nic nie wia­do­mo, wresz­cie pierw­szą pró­bę re­la­cji o zmie­nia­ją­cych się za­kre­sach za­in­te­re­so­wań te­ma­tycz­nych i for­mal­nych Mal­czew­skie­go. Jed­nak prze­ni­ka­nie się bio­gra­fii ba­da­cza i cha­rak­te­ry­zo­wa­ne­go bo­ha­te­ra spra­wia dużą trud­ność psy­cho­lo­gicz­ną pi­szą­ce­mu, kom­pli­ku­je sy­tu­ację i po­win­no skła­niać czy­tel­ni­ka do ostroż­no­ści.

Li­sty Jac­ka Mal­czew­skie­go cy­to­wa­ne przez Hey­dla w zna­ko­mi­tej więk­szo­ści za­cho­wa­ły się w ory­gi­na­łach. Na pod­sta­wie kon­fron­ta­cji ca­łych ich ze­spo­łów mogę stwier­dzić, że wie­le z nich, istot­nych w re­la­cji ży­cia i twór­czo­ści, zo­sta­ło po­mi­nię­tych - za­pew­ne tak­że z po­wo­du za­sto­so­wa­nia ostre­go kry­te­rium roz­dzie­le­nia spraw pry­wat­nych i twór­czo­ści - w nie­któ­rych przy­pad­kach ze szko­dą dla wa­lo­rów po­znaw­czych. Z punk­tu wi­dze­nia dzi­siej­sze­go ba­da­cza jest to naj­bar­dziej do­tkli­we tam, gdzie au­tor cy­tu­je wy­pi­sy z waż­nych, za­gi­nio­nych w czę­ści, li­stów Ju­lia­na Mal­czew­skie­go do syna i zu­peł­nie dziś nie­do­stęp­nej ko­re­spon­den­cji Jac­ka Mal­czew­skie­go z Kon­stan­tym Ma­rią Gór­skim czy Mar­ce­lim Czar­to­ry­skim. Hey­del nie tyl­ko nie opa­tru­je cy­ta­tów przy­pi­sa­mi, lecz czę­sto nie okre­śla wła­ści­cie­la do­ku­men­tu ani na­wet jego daty, cho­ciaż w nie­któ­rych za­cho­wa­nych li­stach ta­kie in­for­ma­cje są.3 Opu­bli­ko­wa­na część ko­re­spon­den­cji ar­ty­sty spo­za ka­no­nu usta­lo­ne­go przez Hey­dla nie zo­sta­ła do­strze­żo­na przez ba­da­czy.4

Przy­kła­dem in­stru­men­tal­ne­go trak­to­wa­nia do­ku­men­tu, utrwa­lo­ne­go w li­te­ra­tu­rze przed­mio­tu, jest spo­sób wy­ko­rzy­sta­nia przez Hey­dla Luź­nych kar­tek - wspo­mnień z dzie­ciń­stwa. Mo­no­gra­fi­sta okre­śla je jako "pa­mięt­nik" i cha­rak­te­ry­zu­je na­stę­pu­ją­co: "Na­zwał te no­tat­ki Luź­ne kart­ki. Nie nadał im skoń­czo­nej for­my. Są w nich wspo­mnie­nia wsi, wy­bu­chy li­rycz­ne zwią­za­ne z pierw­szą mi­ło­ścią, re­flek­sje fi­lo­zo­ficz­ne"5. Przy czym nie da­tu­je rę­ko­pi­su, jak dłu­go ko­rzy­sta z nie­go, od­no­sząc go do lat dzie­ciń­stwa, co wraz z okre­śle­niem "pa­mięt­nik" od­wra­ca uwa­gę czy­tel­ni­ka od dy­stan­su cza­so­we­go dzie­lą­ce­go wy­da­rze­nia i ich za­pis, a tym sa­mym od ich do­bo­ru i spe­cy­ficz­nej sty­li­sty­ki.

Wszy­scy ko­lej­ni au­to­rzy, któ­rym po­trzeb­ne były ja­kieś na­wią­za­nia do dzie­ciń­stwa Mal­czew­skie­go w Wiel­giem i w Gar­dzie­ni­cach, ko­rzy­sta­ją wy­łącz­nie z tych wy­pi­sów, tym­cza­sem w Mu­zeum Na­ro­do­wym w Po­zna­niu prze­cho­wy­wa­ny jest ory­gi­nał.6 Tekst o cha­rak­te­rze wy­raź­nie przy­po­mi­na­ją­cym so­li­lo­kwium ma zna­czą­co inną i jak są­dzę - mimo ty­tu­ło­wej su­ge­stii, że jest to frag­ment - peł­ną nar­ra­cyj­ną ramę li­te­rac­ką. Szka­tuł­ko­wo kry­je od­nie­sie­nia do dwu wy­da­rzeń w prze­szło­ści i te­raź­niej­szo­ści (naj­praw­do­po­dob­niej roku 1883), co sta­ram się da­lej wy­ka­zać. Hey­del w mo­no­gra­fii dzie­li rę­ko­pis na małe, kil­kuz­da­nio­we frag­men­ty, obej­mu­ją­ce tyl­ko czas prze­szły "dzie­ciń­stwa w Wiel­giem" (lata 1867-1871). Po­mi­ja zaś istot­ne zda­nia zwią­za­ne z cza­sem te­raź­niej­szym za­pi­su, in­for­mu­je tyl­ko, że Mal­czew­ski ma wów­czas dwa­dzie­ścia osiem lat. Opusz­czo­nych frag­men­tów, w ca­ło­ści nie­mal do­ty­czą­cych sy­tu­acji ży­cio­wej ar­ty­sty mię­dzy grud­niem 1881 a sierp­niem 1882 roku, Hey­del nie wy­ko­rzy­stu­je tak­że w roz­dzia­łach przed­sta­wia­ją­cych póź­niej­sze losy bo­ha­te­ra swej książ­ki. Skró­cił tekst, co wpraw­dzie za­zna­cza, ale nie okre­śla ska­li in­ge­ren­cji, a jest to jed­na trze­cia ob­ję­to­ści (z 33 za­pi­sa­nych stron od­rzu­cił 11,5). Au­tor pierw­szej mo­no­gra­fii ar­ty­sty po­zo­sta­wia poza świa­do­mo­ścią czy­tel­ni­ka peł­ną smut­ku i roz­cza­ro­wa­nia wi­zy­tę w sta­rym dwo­rze w roku 1881 oraz koń­co­we re­flek­sje ar­ty­sty o wła­snym ży­ciu po roku 1878, po­czy­nio­ne zimą na prze­ło­mie 1882 i 1883 roku. Nie są to dla ma­la­rza ła­twe cza­sy. Mal­czew­ski nie po­da­je kon­kre­tów, ale wy­raź­nie oba­wia się ży­cio­wej i ar­ty­stycz­nej klę­ski. Pi­sze też w pod­nio­słym to­nie o ja­kichś cięż­kich grze­chach, mo­ral­nym upad­ku, za któ­ry ma do sie­bie wiel­kie pre­ten­sje. Ten wła­śnie gwał­tow­ny przy­pływ uczuć i nie­po­ko­je ar­ty­sty w trud­nych po­cząt­kach sa­mo­dziel­ne­go ży­cia w Kra­ko­wie Hey­del okre­śla "wy­bu­cha­mi uczuć", któ­re trze­ba po­mi­nąć. Tym­cza­sem w ta­kiej we­wnętrz­nej nar­ra­cyj­nej ra­mie od­le­głe już dzie­ciń­stwo, przez kon­trast, sta­je się ra­jem w stop­niu więk­szym niż za­zwy­czaj we wspo­mnie­niach. Emo­cje prze­szło­ści, owia­ne - jak pi­sze ar­ty­sta - "ró­żo­wą mgłą", ła­god­nie­ją.

Spo­sób po­trak­to­wa­nia przez Hey­dla w Luź­nych kart­kach "ob­ra­zu wsi" lu­bia­nej przez ar­ty­stę i stwo­rze­nie swo­iste­go kształ­tu jej pa­mię­ci jest źró­dłem bez­re­flek­syj­nie po­wta­rza­nej kal­ki in­ter­pre­ta­cyj­nej: "Mal­czew­ski był czło­wie­kiem wsi" - w opo­zy­cji do ja­kie­goś do­myśl­ne­go "czło­wie­ka mia­sta"7.

Au­tor oma­wia­nej książ­ki ba­ga­te­li­zu­je tak­że zna­cze­nie pierw­szej mi­ło­ści Mal­czew­skie­go, spro­wa­dza­jąc ją do nie­zbyt waż­ne­go epi­zo­du.8 Tym­cza­sem ten za­wód mi­ło­sny miał po­waż­ne skut­ki, za­rów­no dla jego póź­niej­szych kon­tak­tów z ko­bie­ta­mi, jak i dla zmia­ny spo­so­bu ży­cia w Kra­ko­wie bez­po­śred­nio po po­wro­cie z fe­ral­nych wa­ka­cji, co przy­spo­rzy­ło mu póź­niej, choć już jak sam pi­sze po­nie­wcza­sie, wy­rzu­tów su­mie­nia.

Ko­lej­ni ba­da­cze przy­ję­li tę wer­sję "ży­cia ar­ty­sty", jaką po­dał Hey­del, nie do­cho­dząc szcze­gó­łów: frag­men­ty do­ku­men­tów wy­bra­ne przez Hey­dla przy­wo­łu­je nie­mal każ­da pu­bli­ka­cja po­świę­co­na Mal­czew­skie­mu, zo­sta­ły one na­wet po­trak­to­wa­ne jako kom­plet­ny zbiór i tak opu­bli­ko­wa­ne, bez po­da­nia in­for­ma­cji o ist­nie­niu rę­ko­pi­su.9

W roku 1933 - kie­dy wy­da­no mo­no­gra­fię Hey­dla - więk­szość osób bli­skich ma­la­rzo­wi w dzie­ciń­stwie i u pro­gu mło­do­ści już nie żyła. Licz­ba cy­ta­tów z li­stów od­no­szą­cych się do doj­rza­łe­go ży­cia ar­ty­sty gwał­tow­nie się zmniej­sza. Po­rzu­ce­nie za­sa­dy przy­wo­ły­wa­nia ob­szer­nej ko­re­spon­den­cji po­zwa­la tu oma­wiać draż­li­we kwe­stie bez przy­po­mi­na­nia szcze­gó­łów, co jest prze­cież zro­zu­mia­łe. Sprzy­ja to ide­ali­zo­wa­niu cha­rak­te­ry­zo­wa­nej po­sta­ci i po­wo­du­je nie­mal zu­peł­ny za­nik in­for­ma­cji ze sfe­ry pry­wat­nej. Spe­cy­ficz­ne "przy­ci­na­nie" cy­ta­tów lub bra­ki w ko­men­ta­rzach od­wra­ca­ją uwa­gę czy­tel­ni­ka od czę­ści fak­tów (w ra­mach stra­te­gii bu­do­wa­nia wi­ze­run­ku przez bio­gra­fa) lub po­zwa­la­ją je lek­ce­wa­żyć, a to bywa szko­dli­we nie tyl­ko dla wie­dzy hi­sto­rycz­nej, ale i dla in­ter­pre­ta­cji dzieł. Nie do­wia­du­je­my się ni­cze­go istot­ne­go o ży­ciu we­wnętrz­nym z cza­sów doj­rza­łych wy­bo­rów ży­cio­wych Mal­czew­skie­go, któ­re Hey­del pre­zen­tu­je jako ze­staw dat ofi­cjal­nych: ślub, na­ro­dzi­ny dzie­ci (je­dy­ne wy­znacz­ni­ki ży­cia ro­dzin­ne­go), przy­zna­wa­nie ko­lej­nych na­gród, za­trud­nie­nie i re­zy­gna­cja z pra­cy w ASP itd. Nie ma na­wet mowy o tych upodo­ba­niach, któ­re w opi­sie wcze­śniej­szych lat jego ży­cia były wska­zy­wa­ne jako źró­dło przy­szłych suk­ce­sów, na przy­kład wiel­ka po­trze­ba lek­tu­ry, dys­ku­sji ar­ty­stycz­nych, sta­ran­ne do­bie­ra­nie na ogół star­szych przy­ja­ciół.

Ów brak dy­stan­su po­wo­du­je nie­moż­ność usta­le­nia pod­sta­wo­wych od­nie­sień nie tyl­ko w in­te­lek­tu­al­nej, ale i pu­blicz­nej sfe­rze ży­cia ma­la­rza. Świa­to­po­glą­do­we mo­der­ni­stycz­ne spo­ry z prze­ło­mu wie­ków w per­spek­ty­wie mo­no­gra­fii Hey­dla jak­by Mal­czew­skie­go nie do­ty­czą. Bar­dzo uprosz­czo­ny i jed­no­znacz­ny jest też typ pa­trio­ty­zmu ma­la­rza - jego sztu­ka ma nie­mal wzy­wać do dzia­łań na rzecz od­zy­ska­nia wol­no­ści, funk­cjo­nu­je jako służ­ba wo­bec idei nie­pod­le­gło­ścio­wej, od­no­si się do je­dy­ne­go wzor­ca, któ­ry każe uro­dzo­ne­mu i wy­cho­wa­ne­mu w nie­wo­li pol­skie­mu ar­ty­ście po­świę­cić wie­le (je­śli nie wszyst­ko) dla oj­czy­zny, przy­najm­niej we wzo­ro­wym ży­wo­cie.

Tym­cza­sem Mal­czew­ski jest nie­wąt­pli­wie co naj­mniej bacz­nym ob­ser­wa­to­rem - je­śli nie kimś wię­cej - no­wych kon­cep­cji hi­sto­rii (któ­re wa­run­ko­wa­ły w pew­nym stop­niu po­pu­lar­ność Sło­wac­kie­go) i róż­no­rod­nych prób wal­ki Mo­der­ni­stów o pra­wa wy­bit­nej jed­nost­ki - ar­ty­sty, któ­ry nie­ko­niecz­nie musi (lub chce) stać na cze­le ja­kiej­kol­wiek frak­cji pa­trio­tycz­nej.

W oma­wia­nej mo­no­gra­fii swo­ista li­cen­tia po­eti­ca w co­dzien­nym ży­ciu przy­słu­gu­je Mal­czew­skie­mu je­dy­nie w upodo­ba­niu do dziw­nych ko­lo­ry­stycz­nie stro­jów, co - po­dob­nie jak na­iw­ność fi­nan­so­wa ma­la­rza - jest trak­to­wa­ne z po­bła­ża­niem. Na tle bo­he­my ar­ty­stycz­nej Mal­czew­ski żyje jak spe­cy­ficz­nie kra­kow­ski miesz­cza­nin (bo tu miesz­cza­nie to czę­sto szlach­ta i ary­sto­kra­cja), nie wcho­dzi w kon­flik­ty, nie draż­ni fi­li­strów ani skan­da­la­mi ro­dzin­ny­mi, ani za­wo­do­wy­mi, nie prze­szka­dza mu gor­set fa­sa­do­wych za­cho­wań. Jego ży­cie oso­bi­ste jest nie­mal wzo­ro­we z punk­tu wi­dze­nia ów­cze­snych ofi­cjal­nych po­jęć mo­ral­no-praw­nych i przy­ję­tych form ży­cia to­wa­rzy­skie­go. Nie­mal, bo na­wet Hey­dlo­wi w ża­den spo­sób nie uda­ło się po­mi­nąć oso­by Ma­rii Ba­lo­wej - wiel­kiej mi­ło­ści Mal­czew­skie­go, któ­ra spo­glą­da na wi­dzów ze zbyt wie­lu płó­cien mi­strza, aby moż­na było prze­mil­czeć jej rolę w ży­ciu ma­la­rza.10

Hey­del wy­zna­czył na dłu­gie lata wzór opi­su cha­rak­te­ru tego związ­ku i ocen de­cy­zji po­dej­mo­wa­nych przez Mal­czew­skie­go. Od­rzu­ce­nie wier­szy zwią­za­nych z Ba­lo­wą, szcze­gól­nie z lat 1913-1918, bez wzglę­du na po­wo­dy, do­pro­wa­dzi­ło do po­my­le­nia przy­czyn i skut­ków po­stę­po­wa­nia ar­ty­sty oraz nie­ści­sło­ści w ana­li­zach kil­ku ob­ra­zów z wąt­ka­mi an­tycz­ny­mi, na­ma­lo­wa­nych oko­ło 1918 roku (cho­dzi o se­rię Or­fe­usz i Eu­ry­dy­ka).

Hey­del, zgod­nie z mo­de­lem ro­man­tycz­no-po­wstań­czym speł­nia­nia pa­trio­tycz­ne­go obo­wiąz­ku i ko­niecz­no­ścią kształ­to­wa­nia od­bior­ców przez po­zy­tyw­ne wzor­ce, nie ma wąt­pli­wo­ści, że Mal­czew­ski he­ro­icz­nie po­świę­cił swą mi­łość jako ofia­rę dla od­ra­dza­ją­cej się Pol­ski, co ma nie­mal me­sja­ni­stycz­ny pod­tekst. I po­now­nie żad­ne do­wo­dy, daty czy od­nie­sie­nia do ceny tej ofia­ry nie są istot­ne. Nie może być na­wet cie­nia wąt­pli­wo­ści, że to od ar­ty­sty wy­szła ini­cja­ty­wa za­koń­cze­nia związ­ku, wska­za­nie na okres "od­zy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści" po­zwa­la ła­two prze­nieść na ten gest po­zy­tyw­ne na­ce­cho­wa­nie pa­trio­tycz­nej ak­tyw­no­ści. Poza fak­ta­mi, za któ­ry­mi kry­je się wiel­ka doza cier­pie­nia, to uprosz­czo­ne wy­ni­ka­nie go­dzi w szcze­rość uczuć ar­ty­sty do Ma­rii Ba­lo­wej i w wiel­kość tego po­świę­ce­nia (sko­ro roz­sta­nie przy­cho­dzi mu tak ła­two), czy­ni też z ar­ty­sty czło­wie­ka na­iw­nie i bez­dusz­nie (nie in­te­re­su­je go los uko­cha­nej) tar­gu­ją­ce­go się z Opatrz­no­ścią. Je­śli po­mi­nąć świa­dec­twa głę­bo­ko skry­wa­nych uczuć, do któ­rych ar­ty­sta funk­cjo­nu­ją­cy z po­zo­ru nor­mal­nie w sfe­rze ro­dzin­no-to­wa­rzy­skich zo­bo­wią­zań, po pro­stu nie mógł i nie chciał się przy­znać, to na­su­wa się wnio­sek, że Mal­czew­ski po­sta­no­wił pod­nieść się z mo­ral­ne­go upad­ku. Tym­cza­sem tu po­rząd­ki oso­bi­stej i wiel­kiej hi­sto­rii na­ło­ży­ły się na sie­bie, jak rzad­ko w ży­ciu ma­la­rza, nie­zwy­kle for­tun­nie dla Po­la­ka pa­trio­ty, ale też dość oso­bli­wie wo­bec ro­man­tycz­no-po­wstań­cze­go wzor­ca. Daw­niej bo­ha­ter, po­świę­ca­jąc mi­łość dla do­bra ogó­łu, opusz­czał uko­cha­ną ko­bie­tę, by jako żoł­nierz lub kon­spi­ra­tor ry­zy­ko­wać ży­cie. Su­ge­ro­wa­nie, że ta for­ma ofia­ry do­ty­czy Mal­czew­skie­go, zo­sta­wia pe­wien "nie­do­syt", trą­ci na­iw­no­ścią i sta­wia go w dwu­znacz­nej sy­tu­acji uzur­pa­to­ra w po­rów­na­niu, już na­wet nie ze śmier­cią mło­dych le­gio­ni­stów, co choć­by z po­stę­po­wa­niem Woj­cie­cha Kos­sa­ka czy Ju­lia­na Fa­ła­ta. O cza­sie spę­dzo­nym przez ma­la­rza w wo­jen­nym Wied­niu do­wie­my się z książ­ki Hey­dla bar­dzo nie­wie­le, po­dob­nie jak o tym, co dzia­ło się z ar­ty­stą po po­wro­cie do Kra­ko­wa.

Ów me­cha­nizm obron­ne­go prze­nie­sie­nia uczuć, na­da­ją­ce­go sens oso­bi­stej tra­ge­dii ma­la­rza, i tej, któ­rą głę­bo­ko ukry­wał, i tej, któ­ra oto­czy­ła go okru­cień­stwem woj­ny, jest jed­nak bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny, pod­bu­do­wa­ny re­li­gij­no-teo­zo­ficz­ną re­flek­sją, po­zwa­la­ją­cą od­szu­kać uni­wer­sal­ny sens cier­pie­nia. Wier­sze od­rzu­co­ne przez Hey­dla ob­ra­zu­ją, jak na po­cząt­ku roz­pacz, a po­tem wie­le mie­się­cy trwa­ją­cy stan otę­pie­nia po utra­co­nej mi­ło­ści zy­ska­ły sens, prze­ra­dza­jąc się stop­nio­wo w myśl o po­świę­ce­niu. Hey­del nie zaj­mu­je się tą kwe­stią głę­biej w pla­nie oso­bi­stym, za­tem i re­li­gij­nym, przyj­mu­jąc też jako oczy­wi­stość szczę­śli­we za­koń­cze­nie. We­dług mo­no­gra­fi­sty ma­larz pod­jął tę de­cy­zję na po­cząt­ku woj­ny, w roku 1914, do­cze­kał wy­zwo­le­nia oj­czy­zny i spo­ko­ju we­wnętrz­ne­go. Tak jed­nak nie było.

Koń­cząc ten wą­tek, jesz­cze raz zwró­cę uwa­gę na nie­do­strze­ga­nie przez póź­niej­szych ba­da­czy (choć Hey­del uczci­wie robi przy­pis) ma­ni­pu­la­cji do­ku­men­ta­mi. Do­wo­dząc uświa­do­mie­nia so­bie przez ar­ty­stę wła­sne­go upad­ku mo­ral­ne­go i słusz­no­ści po­wro­tu do żony w 1914 roku, jako uza­sad­nie­nie cy­tu­je jego sa­mo­kry­tycz­ne sło­wa sprzed po­nad trzy­dzie­stu lat (!):

 

Na­głe za­ła­ma­nie się "dźwi­gni", jaką mia­ła być jego pierw­sza mi­łość, pchnę­ło go, przez re­ak­cję, tam, gdzie w jego mnie­ma­niu był upa­dek i bło­to.

"Grze­szy­łem za­wsze, ale w grze­chu nig­dy nie ko­cha­łem się... Wy­stęp­ki dla mnie były ko­lą­cą ob­ro­żą szyi mo­jej, ale ob­ro­ży tej zdjąć nie mia­łem siły, choć mnie ra­ni­ła i krwa­wi­ła ser­ce".11

 

Tu do­pie­ro Hey­del po­da­je w przy­pi­sie do­mnie­ma­ną datę po­wsta­nia Luź­nych kar­tek (1882), ale wo­bec zda­nia wpro­wa­dza­ją­ce­go cy­tat po­stę­po­wa­nie to ma wszel­kie zna­mio­na ma­ni­pu­la­cji, któ­rej nikt z ko­rzy­sta­ją­cych licz­nie z jego wy­pi­sów nie za­zna­czył. A prze­cież w Luź­nych kart­kach ar­ty­sta nie ża­ło­wał związ­ku z Ma­rią Ba­lo­wą, ale ja­kichś nie­cnych po­stęp­ków w 1881 roku.

Z ko­lei czy­ta­jąc Wiel­kie­go ter­cja­rza Mi­cha­li­ny Ja­no­szan­ki, trze­ba od­dzie­lić nie­zno­śną eg­zal­ta­cję mi­to­lo­gi­zu­ją­cą oso­bę ar­ty­sty od kon­kret­nych in­for­ma­cji, szcze­gól­nie do­ty­czą­cych póź­ne­go okre­su jego ży­cia. Nie moż­na tu­taj li­czyć na po­głę­bio­ne ana­li­zy dzieł, ale moż­na czę­sto na pod­sta­wie opi­su zi­den­ty­fi­ko­wać płót­na lub do­wie­dzieć się cze­goś o ob­ra­zach za­gi­nio­nych.12 Kre­acyj­no­ści świa­ta do­mo­we­go ar­ty­sty przed­sta­wio­ne­go w tej książ­ce dra­ma­tycz­nie do­wo­dzą nie­opu­bli­ko­wa­ne ma­szy­no­pi­sy Ja­no­szan­ki - wspo­mnie­nia spi­sa­ne po śmier­ci Ju­lii Mey­zne­ro­wej. O swo­im Wiel­kim ter­cja­rzu pi­sze, iż książ­ka jest "[...] tyl­ko uchy­le­niem bo­le­snej za­sło­ny - bo by­łam bli­sko [...]"13.

Dru­ga woj­na świa­to­wa, a na­stęp­nie zmia­na gu­stów ar­ty­stycz­nych spo­wo­do­wa­ły, że Ja­cek Mal­czew­ski dość dłu­go nie miał więk­szej wy­sta­wy in­dy­wi­du­al­nej, choć jego twór­czość nie znik­nę­ła z pola wi­dze­nia ba­da­czy, ale też nie po­świę­co­no mu ob­szer­nej i zna­czą­cej po­zy­cji o cha­rak­te­rze mo­no­gra­ficz­nym. Zde­cy­do­wa­ną zmia­nę przy­niósł rok 1968. Wów­czas Ja­dwi­ga Pu­cia­ta-Paw­łow­ska wy­da­ła mo­no­gra­fię Ja­cek Mal­czew­ski; przy­go­to­wu­jąc ją, nie mo­gła jesz­cze ko­rzy­stać z bo­gac­twa ob­ra­zów zgro­ma­dzo­nych na wy­sta­wie urzą­dzo­nej na prze­ło­mie 1968 i 1969 roku w Mu­zeum Na­ro­do­wym w Po­zna­niu. Tym bar­dziej więc na uzna­nie za­słu­gu­je ob­fi­tość ma­te­ria­łu ilu­stra­cyj­ne­go, jaki au­tor­ka ze­bra­ła i za­na­li­zo­wa­ła w pu­bli­ka­cji.

Z punk­tu wi­dze­nia ni­niej­szych roz­wa­żań waż­ny jest spo­sób pre­zen­ta­cji roz­dzia­łu pierw­sze­go, za­wie­ra­ją­ce­go pod­sta­wo­we in­for­ma­cje bio­gra­ficz­ne - w nim zaś spo­ty­ka­my naj­wię­cej skró­tów i uprosz­czeń. Jego za­war­tość au­tor­ka za­po­wia­da we wstę­pie na­stę­pu­ją­co:

 

Ko­le­je ży­cia ar­ty­sty zo­sta­ły omó­wio­ne dość po­bież­nie, po­nie­waż au­tor­ka wy­szła z za­ło­że­nia, że szcze­gó­ły są, choć roz­pro­szo­ne, do­stęp­ne w in­nych opra­co­wa­niach wska­za­nych we wstę­pie do mo­no­gra­fii.14

 

Po­dob­nie jak u Hey­dla, naj­ob­szer­niej przed­sta­wio­ne jest dzie­ciń­stwo i wcze­sna mło­dość ma­la­rza, na­le­ży jed­nak przy­znać, że Paw­łow­ska jest pierw­szą au­tor­ką, któ­ra wpro­wa­dzi­ła nowe do­ku­men­ty do ży­cio­ry­su ar­ty­sty, choć w bar­dzo ogra­ni­czo­nym wy­bo­rze (li­sty do żony, do przy­ja­ciół i je­den od Ma­rii Kin­gi Ba­lo­wej15). Cy­tu­je je nie tyl­ko w roz­dzia­le okre­ślo­nym jako bio­gra­ficz­ny, lecz w ca­łej książ­ce, co wy­raź­nie wzbo­ga­ca in­ter­pre­ta­cję, ale do­wo­dzi też nie­moż­no­ści utrzy­ma­nia za­po­wie­dzia­ne­go we wstę­pie sche­ma­tu ostre­go od­dzie­le­nia ży­cia i ana­li­zy dzieł. Pole ba­daw­cze po­sze­rza też od­wo­ła­nie się do kry­ty­ki pra­so­wej i po­rów­na­nie z po­ezją.

Choć au­tor­ka wpro­wa­dza dane z ży­cia ar­ty­sty in­a­czej niż Hey­del, ana­li­zu­je też nie­co głę­biej róż­no­rod­ny cha­rak­ter związ­ków Mal­czew­skie­go z ro­dzi­ną i przy­ja­ciół­mi, to tak­że wie­lo­krot­nie za­trzy­mu­je się "na pro­gu domu" ar­ty­sty, cza­sem pra­cow­ni, bywa, że uchy­la za­le­d­wie rąb­ka ta­jem­ni­cy, przy­ta­cza­jąc wspo­mnie­nia osób trze­cich - a wszyst­ko to mo­ty­wu­je nie­chę­cią do pod­da­wa­nia ma­la­rza oce­nie etycz­nej i ujaw­nie­nia ta­jem­ni­cy. Ro­dzi to sy­tu­ację pa­ra­dok­sal­ną, kie­dy we­dług ba­dacz­ki za­gi­nię­cie li­stów ma po­zy­tyw­ne skut­ki. Na przy­kład po za­cy­to­wa­niu je­dy­ne­go zna­ne­go wów­czas li­stu Ma­rii Kin­gi Ba­lo­wej do Jac­ka Mal­czew­skie­go, świad­czą­ce­go o du­żym stop­niu za­ży­ło­ści mię­dzy nimi, Paw­łow­ska, kon­sta­tu­jąc fia­sko po­szu­ki­wań po­zo­sta­łych li­stów Ba­lo­wej, pi­sze:

 

Umknę­ła nit­ka, któ­ra zda­wa­ła się na ich ślad na­pro­wa­dzać. Ze­rwa­ła ją może czuj­na Par­ka, aby je uchro­nić przed na­szy­mi ocza­mi. Może i le­piej, że wszyst­ko, co by bru­tal­nie de­ma­sko­wa­ło, ob­na­ża­ło bez­li­to­śnie fak­ty i sło­wa, od­da­jąc je pod nasz sąd nie­po­trzeb­ny, zo­sta­nie w ukry­ciu, nie­zna­ne, odej­mu­jąc tej spra­wie po­smak sen­sa­cji. Może i le­piej, że do­peł­nie­niem wi­ze­run­ku tej po­sta­ci ko­bie­cej, utrwa­la­nej przez ar­ty­stę w tylu jego ob­ra­zach i szki­cach, są sło­wa je­dy­nie jej po­świę­co­ne we Wspo­mnie­niach ży­cia, któ­re Mal­czew­ski skre­ślił w roku 1915.16

 

Wspo­mnie­nia, je­śli się weź­mie pod uwa­gę ca­łość tek­stu, mają w od­nie­sie­niu do ko­cha­nej daw­niej ko­bie­ty cha­rak­ter stę­sk­nio­ne­go spoj­rze­nia z od­da­li, są pró­bą szu­ka­nia uko­je­nia, wej­ścia w to samo świa­tło, kie­dy już nie ma na­dziei na zmia­nę, są szu­ka­niem sen­su po­go­dze­nia się z tą sy­tu­acją. Po­dob­nie jak u Hey­dla od­wró­ce­nie kie­run­ku na­pię­cia emo­cjo­nal­ne­go tej prze­mia­ny (tu tak­że bez śla­du dra­ma­ty­zmu pi­sa­nych rów­no­cze­śnie in­nych wier­szy, znaj­du­ją­cych się w zbio­rach bi­blio­te­ki kra­kow­skiej Pol­skiej Aka­de­mii Umie­jęt­no­ści pod tą samą sy­gna­tu­rą) po­zwa­la au­tor­ce na sfor­mu­ło­wa­nie wnio­sku: ar­ty­sta nie za­znał szczę­ścia, lecz jego ułu­dy, i wię­cej cier­piał w po­za­mał­żeń­skim związ­ku, niż czer­pał z nie­go ra­do­ści. Jed­nak to cier­pie­nie jest cha­rak­te­ry­stycz­nie ogra­ni­czo­ne, tak by wy­do­być wy­łącz­nie eks­pia­cyj­ny cha­rak­ter póź­niej cy­to­wa­nych tek­stów:

 

Cier­piał jako męż­czy­zna, któ­ry zni­we­czył spo­kój swej ro­dzi­ny, cier­piał jako ar­ty­sta, od­cho­dząc od te­ma­ty­ki pa­trio­tycz­nej, któ­rą uwa­żał za swe po­wo­ła­nie.17

 

Gra­ni­ca ob­ser­wa­cji sty­ku pry­wat­no­ści i dzie­ła zo­sta­ła wpraw­dzie, w po­rów­na­niu z mo­no­gra­fią Hey­dla, przez Paw­łow­ską prze­su­nię­ta, ale tyl­ko w nie­wiel­kim stop­niu.

Bar­dzo waż­ną rolę dla za­in­te­re­so­wa­nia twór­czo­ścią Mal­czew­skie­go ba­da­czy i sze­ro­kiej pu­blicz­no­ści ode­gra­ła wspo­mnia­na już po­znań­ska wy­sta­wa z 1968 roku. To­wa­rzy­szył jej nie­zwy­kle sta­ran­nie opra­co­wa­ny ka­ta­log18, z pierw­szym ka­len­da­rium ży­cia (spo­rzą­dzo­nym przez Je­rze­go No­wa­kow­skie­go) i szki­cem o twór­czo­ści ma­la­rza pió­ra Agniesz­ki Ław­ni­cza­ko­wej.

Ka­len­da­rium po raz pierw­szy ze­sta­wia tak dużą licz­bę fak­tów, wpro­wa­dza­jąc dane do­ty­czą­ce zmian pra­cow­ni (co jest cen­ne mimo pew­nych bra­ków lub po­my­łek). Ław­ni­cza­ko­wa w tek­ście Z pro­ble­ma­ty­ki twór­czo­ści Jac­ka Mal­czew­skie­go przed­sta­wia roz­wój in­te­lek­tu­al­ny i ar­ty­stycz­ny au­to­ra Me­lan­cho­lii, zwra­ca uwa­gę na in­spi­ru­ją­cą dla jego ma­lar­stwa rolę wie­lu zna­jo­mych twór­cy i to­czo­nych wspól­nie dys­ku­sji. Pod­no­si też ko­niecz­ność włą­cze­nia twór­czo­ści ar­ty­sty w nie­co szer­szy kon­tekst współ­cze­snej mu sztu­ki i prą­dów umy­sło­wych epo­ki.

Książ­ka An­drze­ja Ja­ki­mo­wi­cza Ja­cek Mal­czew­ski i jego epo­ka19 jest, po­dob­nie jak po­przed­nio pre­zen­to­wa­na mo­no­gra­fia Ja­dwi­gi Pu­cia­ty-Paw­łow­skiej, ze­spo­łem stu­diów po­gru­po­wa­nych pro­ble­mo­wo, z tą jed­nak za­sad­ni­czą róż­ni­cą, że układ roz­dzia­łów wy­zna­cza­ją nie tyl­ko czę­sto po­wta­rza­ją­ce się te­ma­ty. Ży­cie ar­ty­sty (mimo że ty­tuł su­ge­ru­je moż­li­wość zwró­ce­nia na nie więk­szej uwa­gi) jest tu tak­że spy­cha­ne na mar­gi­nes, cza­sem na­wet wbrew lo­gi­ce wy­wo­du (do cze­go jesz­cze po­wró­cę). Ja­ki­mo­wicz (tak jak wcze­śniej Paw­łow­ska) wprost uza­sad­nia taki spo­sób po­stę­po­wa­nia ist­nie­niem, jego zda­niem, licz­nych źró­deł szcze­gó­ło­wych, co upra­wo­moc­nia do­da­nie je­dy­nie koń­co­we­go Ka­len­da­rium ży­cia i twór­czo­ści. Tu zaś dane o twór­czo­ści Mal­czew­skie­go przy­tła­cza­ją dane do­ty­czą­ce jego ży­cia, zwy­kle uzna­wa­ne za dwie od­ręb­ne czę­ści.20 Jak moż­na do­mnie­my­wać, po­wo­dem ta­kie­go po­stę­po­wa­nia jest tak­że pa­nu­ją­cy w cza­sie pi­sa­nia książ­ki "kli­mat me­to­do­lo­gicz­ny", któ­re­go ce­chą nie­zmien­nie po­żą­da­ną mia­ła być ana­li­za da­ją­ca obiek­tyw­ną in­ter­pre­ta­cję dzieł, a za je­den z pod­sta­wo­wych wa­run­ków osią­gnię­cia tego celu uzna­no od­rzu­ce­nie su­biek­tyw­no­ści bio­gra­fi­zmu.

An­drzej Ja­ki­mo­wicz nie pod­da­je się ro­sną­cej mi­to­lo­gi­za­cji oso­by Mal­czew­skie­go i idą­cej za tym rów­nie wy­so­kiej oce­nie wszel­kich dzieł ar­ty­sty, ma do nich trzeź­wy sto­su­nek (wi­dzi na przy­kład ba­nał i ła­twi­znę nie­któ­rych ma­lar­skich po­wtó­rzeń, "nie­miec­ką ckli­wość" li­stow­nych wi­nie­tek dla Do­brzań­skie­go, na­zy­wa po imie­niu ego­cen­tryzm, wska­zu­je nie­do­stat­ki for­my itd.21). Na­le­ży to do­ce­nić przy czę­stym bra­ku ja­kiej­kol­wiek obiek­tyw­no­ści wo­bec ob­ra­zów au­to­ra Me­lan­cho­lii, zwłasz­cza, choć nie tyl­ko, w opra­co­wa­niach po­pu­lar­nych.

Jed­nak pro­gra­mo­we po­rzu­ce­nie do­cie­kań bio­gra­ficz­nych, tak­że przy szcze­gó­ło­wej ana­li­zie wy­bra­nych przez au­to­ra te­ma­tów, do­pro­wa­dza do nie­po­ro­zu­mień lub na­wet za­fał­szo­wań. Ja­ki­mo­wi­czo­wi nie jest po­trzeb­ny ani je­den cy­tat z li­stów czy za­pi­sków Mal­czew­skie­go lub in­nych osób na jego te­mat, mimo że już w pierw­szym roz­dzia­le o au­to­por­tre­cie bu­du­je ob­raz oso­bo­wo­ści ma­la­rza. Tra­cą na tym nie­któ­re ana­li­zy, po­nie­waż wpro­wa­dze­nie szcze­gó­łów z ży­cia ar­ty­sty zna­ko­mi­cie wspar­ło­by wnio­sko­wa­nie au­to­ra. Tak się dzie­je na przy­kład w przy­pad­ku wska­za­nia na upodo­ba­nie ar­ty­sty do te­atra­li­za­cji jako spo­so­bu za­ba­wia­nia to­wa­rzy­stwa, a tak­że jej spe­cy­ficz­ne­go wy­ko­rzy­sty­wa­nia w kom­po­zy­cjach ma­lar­skich.22 Mal­czew­ski był bo­wiem rze­czy­wi­ście mi­ło­śni­kiem te­atru - przede wszyst­kim za­wo­do­we­go, ale nie gar­dził przed­sta­wie­nia­mi ama­tor­ski­mi, a raz na­wet sam wy­stą­pił w roli re­ży­se­ra ży­wych ob­ra­zów. Nie­wąt­pli­wie za­tem sce­no­gra­ficz­ny ro­dzaj eks­po­zy­cji bli­ski był jego wy­obraź­ni.

Wie­dza o ży­ciu ar­ty­sty po­zwa­la po­dać w wąt­pli­wość cel­ność roz­po­znań Ja­ki­mo­wi­cza. Od­no­si się to do ob­ra­zów Mal­czew­skie­go o te­ma­ty­ce re­li­gij­nej. Na­wet roz­pa­tru­jąc je wy­łącz­nie w kon­tek­ście au­to­por­tre­tu (więc naj­bli­żej jak moż­na po­wią­za­ne z twór­cą), ba­dacz nie pod­no­si kwe­stii sto­sun­ku ar­ty­sty do re­li­gii: jego prze­ko­nań, prak­ty­ki, lek­tur, wresz­cie wy­bo­ru mo­ty­wów iko­no­gra­ficz­nych, tak prze­cież nie­zwy­kłych. Zno­wu - jak po­przed­nio - do in­ter­pre­ta­cji wie­le mo­gły­by wnieść ma­te­ria­ły bio­gra­ficz­ne.

Ja­ki­mo­wicz nie pre­cy­zu­je, ja­kie gra­ni­ce sta­wia i jak ro­zu­mie zna­cze­nie ty­tu­ło­we­go sfor­mu­ło­wa­nia: "epo­ka Jac­ka Mal­czew­skie­go". Je­śli przy­jąć, że są to po pro­stu lata ży­cia twór­cy, to wy­raź­nie bra­ku­je od­nie­sień do jego in­te­lek­tu­al­nych przy­jaź­ni (sa­me­mu ar­ty­ście au­tor od­ma­wia głęb­szej re­flek­sji nad ota­cza­ją­cym go świa­tem) czy po­le­mik za­wo­do­wych.

We­dług Ja­ki­mo­wi­cza roz­sze­rze­nie pola ob­ser­wa­cji nie ma więk­sze­go sen­su, bo ar­ty­sta nie był in­te­lek­tu­ali­stą, po­nie­waż "li­te­ra­tu­rą fi­lo­zo­ficz­ną się nie kar­mił", a jego wraż­li­wość je­dy­nie "[...] prze­ka­zy­wa­ła świa­do­mo­ści do­sta­tecz­nie wy­ra­zi­ste sy­gna­ły ze spo­so­bu by­cia, z at­mos­fe­ry i "kli­ma­tu" śro­do­wi­ska, ze współ­cze­snej po­ezji [...], jed­nym sło­wem ze sfe­ry zja­wisk po­chod­nych, a nie ze źró­dła". Dla­te­go też, we­dług au­to­ra oma­wia­nej książ­ki, nie ma sen­su ana­li­zo­wa­nie jego po­sta­wy z po­zy­cji "fi­lo­zo­ficz­nych i li­te­rac­kich prze­sła­nek"23.

Tak­że w peł­nym in­te­re­su­ją­cych spo­strze­żeń o pej­za­żach roz­dzia­le Kra­jo­bra­zy, kra­jo­wi­dy, pej­za­że Ja­ki­mo­wicz, opi­su­jąc od­nie­sie­nia Mal­czew­skie­go do współ­cze­snych mu me­tod upra­wia­nia tego ga­tun­ku, czy­ni to tak, że nie­ła­two się zo­rien­to­wać, jaki krąg po­jęć o sztu­ce uwa­ża za naj­bliż­szy au­to­ro­wi Kra­jo­bra­zu z To­bia­szem. Jest tu zresz­tą dość oso­bli­we od­wró­ce­nie za­in­te­re­so­wa­nia. Za bar­dzo waż­ną dla funk­cjo­no­wa­nia każ­de­go ar­ty­sty w spo­łecz­no­ści ba­dacz uzna­je "le­gen­dę per­so­nal­ną", bu­do­wa­ną przez sła­bost­ki, od­mien­ność wy­glą­du i spo­so­bu za­cho­wa­nia się ar­ty­sty, wraz ze skłon­no­ścią pu­blicz­no­ści do przyj­mo­wa­nia no­wi­nek ar­ty­stycz­nych. Za­ska­ku­ją­ce jest jed­nak to, że Ja­ki­mo­wicz ten ro­dzaj atrak­cyj­no­ści twór­cy za­rów­no w śro­do­wi­sku ar­ty­stów, jak i wśród pu­blicz­no­ści (co może wpły­wać na przy­kład na chęć za­ku­pu dzieł) oma­wia nie na przy­kła­dzie ży­cia ty­tu­ło­we­go bo­ha­te­ra książ­ki, lecz... Jana Sta­ni­sław­skie­go.24 O ile ana­li­za zmian spo­so­bu kre­owa­nia pej­za­żu przez au­to­ra W tu­ma­nie oraz umiesz­cze­nie ich na tle ro­dzi­mych osią­gnięć tego ga­tun­ku jest in­te­re­su­ją­ca i nowa w sto­sun­ku do ba­dań po­przed­ni­ków Ja­ki­mo­wi­cza, o tyle do­mi­na­cja Sta­ni­sław­skie­go w czę­ści do­ty­czą­cej psy­cho­lo­gii twór­czo­ści jest nie­po­ro­zu­mie­niem. Nie od­po­wia­da mu bo­wiem, na­wet w naj­mniej­szym stop­niu, po­dob­ne psy­cho­lo­gicz­no-so­cjo­lo­gicz­nie wraż­li­we omó­wie­nie "le­gen­dy per­so­nal­nej" Jac­ka Mal­czew­skie­go.

W 1972 roku uka­za­ła się książ­ka Mie­czy­sła­wa Pasz­kie­wi­cza Ja­cek Mal­czew­ski. W Azji Mniej­szej i w Roz­do­le25, opa­trzo­na licz­ny­mi ilu­stra­cja­mi (ry­sun­ki znaj­du­ją­ce się w Fun­da­cji z Brze­zia Lanc­ko­roń­skich). Ty­tu­ło­wa wy­pra­wa zo­sta­ła opi­sa­na z od­nie­sie­nia­mi do mo­nu­men­tal­nej pu­bli­ka­cji Mia­sta Pam­fi­lii i Pi­zy­dii26, wy­da­nej sump­tem hra­bie­go, bę­dą­cej na­uko­wym efek­tem ba­dań wów­czas pro­wa­dzo­nych. Przed­sta­wio­ne tam zo­sta­ły oko­licz­no­ści i tra­sa po­dró­ży, miej­sca, w któ­rych prze­by­wa­no lub or­ga­ni­zo­wa­no po­sto­je i ba­da­nia. Wszyst­kim eta­pom wy­pra­wy od­po­wia­da­ją re­pro­duk­cje ry­sun­ków ar­ty­sty, a te, któ­re nie zo­sta­ły za­miesz­czo­ne, au­tor wy­mie­nia w za­łą­czo­nym do­kład­nym spi­sie mal­cze­wia­nów w zbio­rach Lanc­ko­roń­skich. In­for­ma­cje i ko­men­ta­rze do tej po­dró­ży znaj­du­ją się we wszyst­kich ob­szer­niej­szych roz­pra­wach po­świę­co­nych Mal­czew­skie­mu. Rzad­ko roz­wa­ża­ny jest jed­nak cha­rak­ter jej związ­ku z twór­czo­ścią ar­ty­sty. We­dług Pu­cia­ty-Paw­łow­skiej był to dla ar­ty­sty je­dy­nie nie­wie­le zna­czą­cy epi­zod, bo wy­pra­wa "nie uwol­ni­ła go od te­ma­ty­ki zwią­za­nej z mar­ty­ro­lo­gią pol­ską, do któ­rej po­wró­cił za­raz po przy­jeź­dzie do kra­ju"27. An­drzej Ja­ki­mo­wicz i Ka­ta­rzy­na No­wa­kow­ska-Sito uwa­ża­ją, że wy­pra­wa ta mia­ła duży wpływ na za­in­te­re­so­wa­nie ma­la­rza sztu­ką grec­ką. Ja­ki­mo­wicz pod­kre­śla, że nie cho­dzi tu o obec­ność re­por­ta­żo­wych spra­woz­dań, ale o bez­po­śred­nie ze­tknię­cie się spe­cy­ficz­nej oso­bo­wo­ści ar­ty­sty z grec­ki­mi bo­ga­mi, któ­rzy po­zba­wie­ni swej wła­ści­wej roli ("ode­bra­na im zo­sta­ła waż­kość, cięż­kość"), sta­li się je­dy­nie zna­ka­mi "ty­czą­cy­mi pew­nych spraw kul­tu­ry". De­cy­du­jąc się jed­nak na wzię­cie pod uwa­gę dys­po­zy­cji psy­cho­lo­gicz­nych ma­la­rza, au­tor za­zna­cza z dy­stan­sem, że czy­ni tak dla­te­go, iż in­ter­pre­ta­cyj­nie nie dało się ich w żad­nym wy­pad­ku po­mi­nąć. No­wa­kow­ska-Sito przy­wo­łu­je tak­że opi­nie Kon­stan­te­go M. Gór­skie­go i Agniesz­ki Ław­ni­cza­ko­wej do­wo­dzą­ce ewo­lu­cyj­nych, nie re­wo­lu­cyj­nych, zmian w twór­czo­ści ar­ty­sty.28

Zga­dzam się z opi­nia­mi tych dwoj­ga ba­da­czy. Uzu­peł­nia­jąc ich uza­sad­nie­nia w dal­szej czę­ści pra­cy, po­sze­rzam za­kres od­nie­sień poza same ob­ra­zy, wy­ko­rzy­stu­jąc roz­wa­ża­nia Mal­czew­skie­go o źró­dłach sztu­ki.

Wąt­ki te po­dej­mu­je też Te­re­sa Grzyb­kow­ska we wstę­pach do ka­ta­lo­gów wy­staw Mal­czew­skie­go, któ­re or­ga­ni­zo­wa­ła, i w wie­lu pu­bli­ka­cjach, w któ­rych ar­ty­sta jest głów­nym lub jed­nym z kil­ku bo­ha­te­rów.29 Au­tor­ka roz­wi­ja zwłasz­cza te­mat związ­ku ob­ra­zów Mal­czew­skie­go z grec­ką mi­to­lo­gią, do­cho­dząc do wnio­sku, że był on jed­nym z naj­wy­bit­niej­szych twór­ców swo­je­go cza­su, ma­la­rzem, któ­ry ko­rzy­sta­jąc ze sta­ro­żyt­nej tra­dy­cji, po­łą­czył "skoń­czo­ność ludz­kie­go by­to­wa­nia z nie­śmier­tel­nym świa­tem bo­gów"30. Szcze­gól­nie pod­kre­śla­ne są wąt­ki łą­czo­ne z Dio­ni­zo­sem i Her­me­sem, co owo­cu­je moż­li­wo­ścią bu­do­wa­nia tak­że au­to­bio­gra­ficz­nych od­nie­sień do in­stynk­tów, do ciem­nej stro­ny ludz­kiej na­tu­ry, do groź­nych skut­ków sa­mo­wie­dzy w znacz­nie więk­szym stop­niu niż do kla­sycz­nej Gre­cji Winc­kel­man­na.

Grzyb­kow­ska pod­kre­śla, że oso­bli­wy i twór­czy w sto­sun­ku do sztu­ki swe­go cza­su spo­sób trans­po­zy­cji mo­ty­wów mi­to­lo­gicz­nych przez Mal­czew­skie­go skry­wa w grun­cie rze­czy jego au­to­bio­gra­fię.31 Wnio­sko­wa­niu temu słu­ży tak­że za­ak­cen­to­wa­nie wy­bra­nych wąt­ków, któ­re, wy­raź­niej złą­czo­ne ze zna­cze­nia­mi pod­sta­wo­wy­mi dla sta­ro­żyt­no­ści, wy­do­by­wa­ją in­te­re­su­ją­ce na prze­ło­mie XIX i XX wie­ku tro­py in­ter­pre­ta­cyj­ne. I tak po­wsta­ją od­nie­sie­nia do zna­czeń dziś już nie­oczy­wi­stych, ale czy­tel­nych dla wie­lu ów­cze­snych od­bior­ców o so­lid­nym kla­sycz­nym wy­kształ­ce­niu. Na­wią­zu­jąc do mi­tów w mniej zna­nych wa­rian­tach, au­tor­ka do­ty­ka kwe­stii na­le­żą­cych do bio­gra­ficz­ne­go tabu oby­cza­jo­we­go, któ­re cał­ko­wi­cie już prze­sta­ło obej­mo­wać ro­mans z Ma­rią Ba­lo­wą, ale nadal obej­mu­je mę­skie przy­jaź­nie w oto­cze­niu ma­la­rza. Grzyb­kow­ska po­dej­mu­je ten wą­tek, pi­sząc o ty­pach kla­sycz­ne­go por­tre­tu mi­strza i ucznia, o iko­no­gra­ficz­nych prze­kształ­ce­niach mo­ty­wów łą­czo­nych z pla­toń­skim wąt­kiem eros so­cra­ti­cus (na przy­kład po­ja­wia­ją­cych się cza­sem mię­dzy in­ny­mi w kon­tek­ście To­bia­sza).

In­te­re­su­ją­cych da­nych o kon­tak­tach Mal­czew­skie­go (bez­po­śred­nio wią­żą­cych go ze współ­cze­sną mu li­te­ra­tu­rą) do­star­czył Bog­dan Bur­dziej w In­nym świe­cie ludz­kiej na­dziei32. Bo­ha­te­rem tej książ­ki i no­wym zna­jo­mym ar­ty­sty jest Adam Szy­mań­ski (1852-1916), au­tor Szki­ców (Pe­ters­burg 1887 i 1890, ostat­nie wy­da­nie 1927), ze­sła­ny na Sy­bir za pa­trio­tycz­ną kon­spi­ra­cję, dziś po­stać zu­peł­nie za­po­mnia­na, po­dob­nie jak jego twór­czość li­te­rac­ka. O ile jego pro­za wie­le za­wdzię­cza Mal­czew­skie­mu, to ob­ra­zy ma­la­rza, jak się wy­da­je, tak­że sko­rzy­sta­ły na opo­wia­da­niach i roz­mo­wach z au­to­rem roz­pra­wy et­no­gra­ficz­nej o lu­dach Sy­be­rii.

Na zu­peł­nie osob­ne miej­sce, wień­czą­ce ob­szer­ne omó­wie­nia twór­czo­ści Jac­ka Mal­czew­skie­go, za­słu­gu­ją opra­co­wa­nia Agniesz­ki Ław­ni­cza­ko­wej, któ­re zresz­tą już nie­jed­no­krot­nie były tu przy­wo­ły­wa­ne. Usta­wia­ją one po­przecz­kę po­zio­mu na­uko­we­go tek­stów wpro­wa­dza­ją­cych i ko­men­ta­rzy ka­ta­lo­gów nie­zwy­kle wy­so­ko. Wpraw­dzie do za­sad­ni­cze­go zrę­bu pod­sta­wo­wych da­nych bio­gra­ficz­nych w ka­len­da­rium Ka­ta­lo­gu 1968 w ko­lej­nych opra­co­wa­niach Ław­ni­cza­ko­wa do­da­je tyl­ko in­for­ma­cje o wy­sta­wach, na któ­re ar­ty­sta wy­sy­łał swo­je dzie­ła, ale ko­lej­ne noty o ob­ra­zach znacz­nie po­sze­rza­ją wie­dzę o jego ży­ciu i twór­czo­ści. O zmie­nia­ją­cych się w cza­sie za­in­te­re­so­wa­niach Mal­czew­skie­go, o jego lek­tu­rach, ja­kie do­strze­ga za kom­po­zy­cja­mi sym­bo­licz­ny­mi, czy o spo­so­bach bu­do­wa­nia pla­stycz­nych re­la­cji z na­tu­rą do­wia­du­je­my się z jej ksią­żek bar­dzo wie­le. Przy czym au­tor­ka ma wy­jąt­ko­wą zdol­ność ta­kie­go pi­sa­nia o ma­la­rzu i jego dzie­łach, że po­wta­rza­jąc in­for­ma­cje pod­sta­wo­we, nie­zbęd­ne w ka­ta­lo­gach choć­by dla młod­szych od­bior­ców, wie­lo­stron­nie kon­ty­nu­uje wąt­ki in­ter­pre­ta­cyj­ne i do­da­je nowe, tak że wier­ny czy­tel­nik też znaj­dzie dla sie­bie za każ­dym ra­zem coś cie­ka­we­go. Nie­zwy­kle waż­ny w kon­tek­ście bio­gra­fii ar­ty­sty jest ka­ta­log z po­znań­skiej wy­sta­wy w 1990 roku, obej­mu­ją­cy ob­ra­zy z lat 1890-1926.33 Ob­szer­ne stu­dium wstęp­ne i po­świę­co­ne po­szcze­gól­nym ob­ra­zom noty skła­da­ją się na wy­jąt­ko­wo in­te­re­su­ją­cy ko­men­tarz - ra­zem są ro­dza­jem prze­wod­ni­ka po roz­wi­ja­ją­cej się la­ta­mi wy­obraź­ni ar­ty­sty. Po raz pierw­szy au­tor­ka tak wy­raź­nie łą­czy zmia­ny w spo­so­bach bu­do­wa­nia ob­ra­zów z ar­ty­stycz­no-fi­lo­zo­ficz­ny­mi prą­da­mi prze­ło­mu wie­ków w Pol­sce i Eu­ro­pie. Po­ja­wia­ją się tam rów­nież ob­szer­ne wzmian­ki o ów­cze­snej my­śli teo­zo­ficz­nej i jej aspek­tach wy­raź­nie kie­ru­ją­cych wąt­ki re­li­gij­ne i pa­trio­tycz­ne ku uni­wer­sal­no­ści my­śli hi­sto­rio­zo­ficz­nej i re­flek­sji o kon­dy­cji ar­ty­sty. Być może o pew­nej od­mien­no­ści ukształ­to­wa­nia i opi­sa­nia tej wy­sta­wy za­de­cy­do­wał fakt przy­go­to­wy­wa­nia jej dla in­nej niż pol­ska pu­blicz­no­ści (co au­tor­ka za­zna­cza w przed­mo­wie). Spo­wo­do­wa­ło to "uwol­nie­nie", "od­cią­że­nie" in­ter­pre­ta­cji od spoj­rze­nia na ma­lar­stwo Mal­czew­skie­go przez pry­zmat wą­sko ro­zu­mia­ne­go pa­trio­ty­zmu (choć te wąt­ki są w na­tu­ral­ny spo­sób sta­le obec­ne). Zmia­na per­spek­ty­wy po­zwo­li­ła au­tor­ce zwró­cić uwa­gę na spo­sób uczest­ni­cze­nia Mal­czew­skie­go w kul­tu­rze in­te­lek­tu­al­nej jego epo­ki. Opi­nie i ana­li­zy z tego ka­ta­lo­gu będą czę­sto wra­cać w ni­niej­szej książ­ce jako istot­ne roz­po­zna­nia ba­daw­cze, cza­sem tak­że w for­mie dia­lo­gu lub po­le­mi­ki.

Spe­cy­fi­ka za­pi­su pa­mięt­ni­ków i wspo­mnień

W związ­ku z pra­cą nad bio­gra­fią Jac­ka Mal­czew­skie­go przej­rza­łam bar­dzo wie­le pu­bli­ko­wa­nych i rę­ko­pi­śmien­nych dzien­ni­ków, wspo­mnień i pa­mięt­ni­ków - do­ty­czą­cych szcze­gól­nie kra­kow­skie­go i lwow­skie­go śro­do­wi­ska kul­tu­ral­ne­go, zna­jo­mych, przy­ja­ciół ar­ty­sty - z któ­rych bez­po­śred­nio ko­rzy­stam tu w nie­wiel­kiej czę­ści. Daty rę­ko­pi­sów i wy­dań tek­stów się­ga­ją wstecz do 1850 roku.

Do za­pi­sków sa­me­go ar­ty­sty, cy­ta­tów z jego wy­po­wie­dzi we wspo­mnie­niach współ­cze­snych, bez­po­śred­nich czy za­sły­sza­nych od in­nych, trze­ba pod­cho­dzić oczy­wi­ście nie­zwy­kle ostroż­nie. Wy­po­wie­dzi au­to­te­ma­tycz­ne za­wsze na­le­ży trak­to­wać jako tekst do in­ter­pre­ta­cji. Skłon­no­ści do au­to­kre­acji (któ­rych ar­ty­ści nie są prze­cież po­zba­wie­ni) ujaw­nia­ją się w nich w róż­nym stop­niu i w róż­ny spo­sób, a i kon­tekst śro­do­wi­sko­wy za­pi­su mie­wa zna­cze­nie. Kwe­stie te od­no­szą się tak­że do li­stów, gdzie trze­ba wziąć pod uwa­gę zmia­nę sty­li­sty­ki pi­sa­nia i obo­wią­zu­ją­cych po­wszech­nie form grzecz­no­ścio­wych. Nie­do­strze­że­nie tych niu­an­sów nie po­zwa­la traf­nie oce­nić stop­nia za­ży­ło­ści łą­czą­cej pi­szą­cych. Na przy­kład z jed­nej stro­ny po­wszech­ne było uży­wa­nie zwro­tów "Pan", "Pani" w li­stach tak­że wte­dy, gdy ko­re­spon­den­ci w bez­po­śred­nim kon­tak­cie zwra­ca­li się do sie­bie po imie­niu, z dru­giej zaś - for­my wy­ra­ża­nia uczuć przy­jaź­ni i przy­wią­za­nia, na­wet w sto­sun­ku do osób mniej so­bie bli­skich, by­wa­ły w słow­nic­twie zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wy­lew­ne, niż dziś jest to po­wszech­nie przy­ję­te.

Wspo­mnie­nia współ­cze­snych Mal­czew­skie­mu, po­mi­ja­jąc już to, czy były pi­sa­ne z za­mia­rem pu­bli­ka­cji, czy nie, tak­że mają róż­ny sto­pień wia­ry­god­no­ści. Naj­ła­twiej wy­chwy­cić naj­czę­ściej po­wta­rza­ją­cą się ce­chę tych pi­sa­nych ex post, a mia­no­wi­cie trak­to­wa­nie każ­dej to­wa­rzy­skiej for­my zna­jo­mo­ści z ar­ty­stą jako przy­jaź­ni, co w za­mie­rze­niu nie­wąt­pli­wie no­bi­li­tu­je pi­szą­cych, ale licz­ba przy­ja­ciół, ską­di­nąd to­wa­rzy­skie­go ma­la­rza, ro­śnie tym spo­so­bem do dzie­sią­tek osób. Zda­rza­ją się też oczy­wi­ście błę­dy fak­to­gra­ficz­ne ma­ją­ce przy­czy­nę w nie­do­stat­kach pa­mię­ci au­to­rów, któ­re moż­na cza­sem spro­sto­wać, opie­ra­jąc się na in­nych źró­dłach. Ist­nie­je jed­nak sfe­ra nie­wia­do­mych wy­ni­ka­ją­ca z nie­do­po­wie­dzeń, po­nie­cha­nych in­for­ma­cji i ukry­tych sen­sów, trud­nych do okre­śle­nia i wska­za­nia. Tym bar­dziej że do­ty­czy to nie­mal wszyst­kich istot­nych tu tek­stów o cha­rak­te­rze wspo­mnie­nio­wym. Jak są­dzę, wy­jąt­kiem są nie­pu­bli­ko­wa­ne, pro­wa­dzo­ne w cią­gu co naj­mniej dwu­dzie­stu lat, za­pi­ski Mar­ci­na Sam­lic­kie­go i ma­ją­ce kształt roz­mo­wy o prze­szło­ści (pro­wa­dzo­nej z Pio­trem Kło­czow­skim) wspo­mnie­nia Jó­ze­fa Czap­skie­go.34

No­tat­ki Sam­lic­kie­go po­sia­da­ją tę rzad­ką w pol­skim pi­śmien­nic­twie ce­chę, jaką jest wy­raź­ne ak­cen­to­wa­nie su­biek­tyw­no­ści opi­su. Owo zde­cy­do­wa­nie mniej skrę­po­wa­ne "ja", przy wiel­kiej i szcze­rej aten­cji, jaką ży­wił dla swe­go "maj­stra" nar­ra­tor wspo­mnień, po­zwa­la mu na dy­stans wo­bec spo­so­bów "ka­no­ni­zo­wa­nia" wiel­kie­go ma­la­rza w pa­mię­ci czy­tel­ni­ków, co sta­le czu­je się, w mniej­szym lub więk­szym stop­niu, we wspo­mnie­niach o nim in­nych uczniów. Dla­te­go nie­któ­re wzmian­ki Sam­lic­kie­go z jed­nej stro­ny wła­śnie w opi­sie drob­nych, co­dzien­nych zda­rzeń po­zwa­la­ją do­strzec trud­no uchwyt­ne gdzie in­dziej rysy sty­lu by­cia i spo­so­bu za­cho­wa­nia Mal­czew­skie­go w wy­bra­nym ka­wiar­nia­nym to­wa­rzy­stwie, z dru­giej zaś są śmia­łe w roz­po­zna­wa­niu wła­snych uczuć i na­stro­jów przez au­to­ra.

W więk­szo­ści in­nych źró­deł naj­trud­niej do­trzeć do tego, co zo­sta­ło po­wszech­nie po­mi­nię­te, co prze­mil­cza­no jako wia­do­me w da­nym śro­do­wi­sku, ale nie­moż­li­we do wy­po­wie­dze­nia. Udzia­łu w tej, je­śli moż­na tak po­wie­dzieć, "zmo­wie mil­cze­nia", pa­mięt­ni­karz so­bie nie uświa­da­mia.

Owe po­mi­nię­cia i prze­mil­cze­nia są w ja­kiś spo­sób zro­zu­mia­łe w tek­stach do­ty­czą­cych ro­dzi­ny. Nie­ła­two jed­nak zro­zu­mieć ta­kie po­stę­po­wa­nie, gdy cho­dzi o za­pis zu­peł­nie pry­wat­ny, do­ty­czą­cy osób po­stron­nych, nie­prze­zna­czo­ny do dru­ku, lub od­wrot­nie - o za­miar stwo­rze­nia, za­po­wie­dzia­ne­go na wstę­pie, pa­mięt­ni­kar­skie­go lub li­te­rac­kie­go ob­ra­zu epo­ki, wów­czas two­rzy się ob­raz za­mglo­ny albo fał­szy­wy. Tę trud­ną do zde­fi­nio­wa­nia wła­ści­wość wy­chwy­ci­ła Do­ro­ta Si­wic­ka i okre­śli­ła ją mia­nem "za­sa­dy wy­co­fy­wa­nia "ja"", czy­li ta­kie­go sty­lu my­śle­nia (wy­wo­dzo­ne­go przez Si­wic­ką z ro­dzi­me­go Ro­man­ty­zmu, a trwa­ją­ce­go w za­sa­dzie aż do Gom­bro­wi­cza), w któ­rym nad wszel­kie­go typu wspo­mnie­niem i dia­riu­szem do­mi­nu­ją hi­sto­ria i wspól­ny los. Pol­skie XIX-wiecz­ne pa­mięt­ni­ki "[...] są więc przede wszyst­kim za­pi­sem do­świad­cze­nia zbio­ro­we­go. "Ja - sam" i "Ja - sama" zo­sta­ją usu­nię­te z pierw­sze­go pla­nu. Mniej waż­ne sta­ją się zbyt oso­bi­ste szcze­gó­ły bio­gra­fii. Mniej waż­na jest po­za­hi­sto­rycz­na, po­za­ko­lek­tyw­na eg­zy­sten­cja"35.

W pa­mięt­ni­kach od­bi­ja­ją się wy­raź­nie zmia­ny gra­nic tabu, któ­re od po­ło­wy XIX wie­ku znacz­nie się prze­mie­ści­ły - o wie­lu rze­czach moż­na już gło­śno mó­wić, o wie­lu wię­cej niż daw­niej. Do­ty­czy to zwłasz­cza sto­sun­ku do zdra­dy mał­żeń­skiej i roz­wo­dów, ho­mo­sek­su­ali­zmu, eman­cy­pa­cji ko­biet, al­ko­ho­li­zmu, cho­rób we­ne­rycz­nych i wresz­cie kwe­stii spo­rów ra­so­wych i na­ro­do­wo­ścio­wych.

Mię­dzy peł­ną jaw­no­ścią a mil­cze­niem w ujaw­nia­niu in­for­ma­cji, tak­że w utwo­rach li­te­rac­kich za­wie­ra­ją­cych wspo­mnie­nia o kon­kret­nych oso­bach i kli­mat epo­ki, jest jesz­cze wyj­ście po­śred­nie - prze­ka­za­nie przez au­to­ra pew­nej wie­dzy ję­zy­kiem ezo­po­wym. Słu­ży temu ak­cen­to­wa­nie opi­sów przed­mio­tów zna­czą­cych, miejsc i zda­rzeń w spo­sób głę­bo­ko alu­zyj­ny dla póź­niej­szych o kil­ka po­ko­leń od­bior­ców. W ta­kim wy­pad­ku "po­dwój­ne dno", choć bar­dzo rzad­ko, moż­na od­kryć tyl­ko z po­mo­cą ko­goś, kto na przy­kład przez pa­mięć ro­dzin­ną łą­czy epo­ki i ze­chce uchy­lić rąb­ka ta­jem­ni­cy.36

W bio­gra­fii Jac­ka Mal­czew­skie­go z tru­dem i w spo­sób w du­żej mie­rze alu­zyj­ny prze­bi­ja się kwe­stia ro­man­su z Ma­rią Ba­lo­wą, któ­ry we wspo­mnie­niach z epo­ki tak­że nie­mal nie ist­nie­je. A wy­da­wa­ło­by się, że to dość wy­raź­nie ma­ni­fe­sto­wa­ne w płót­nach upodo­ba­nie, któ­re tym sa­mym wy­szło z dość za­mknię­te­go krę­gu to­wa­rzy­skie­go, sta­nie się ła­ko­mym ką­skiem dla ko­men­ta­rzy w roz­ma­itych za­pi­skach - tak się jed­nak nie sta­ło. W star­szych tek­stach Ki­nia Bal pra­wie nie ist­nie­je, do­pie­ro w na­pi­sa­nych po la­tach wspo­mnie­niach Ali­ny Da­wi­do­wi­czo­wej (z domu Chwi­stek) po­ja­wia się taka cha­rak­te­ry­sty­ka kra­kow­sko-lwow­skich sto­sun­ków to­wa­rzy­skich i świa­ta ar­ty­stycz­ne­go, w któ­rej jed­nym z ele­men­tów wpły­wa­ją­cych na cha­rak­ter dys­ku­sji o sztu­ce, a i na same dzie­ła, są emo­cje i sil­ne uczu­cia, nie­pod­da­ją­ce się w peł­ni ry­go­rom kon­we­nan­su.37 Być może wpływ na to miał rów­nież dy­stans i zmia­ny oby­cza­jo­we, ja­kie za­szły od cza­su opi­sy­wa­nych wy­da­rzeń. Au­tor­ka kre­śli mię­dzy in­ny­mi syl­wet­kę Ma­rii Ba­lo­wej (któ­rej nota bene nie da­rzy zbyt wiel­ką sym­pa­tią) i jej dwu wiel­bi­cie­li, Jac­ka Mal­czew­skie­go i Edwar­da Ra­czyń­skie­go (co prze­cież nie po­zo­sta­je bez związ­ku z nie­któ­ry­mi za­ku­pa­mi do ro­ga­liń­skiej ko­lek­cji).

Ko­rzy­sta­jąc z do­rob­ku zna­ko­mi­tych po­przed­ni­ków w mia­rę moż­li­wo­ści wie­le in­for­ma­cji w przed­sta­wia­nej mo­no­gra­fii uzu­peł­niam, jed­nak wie­le też re­in­ter­pre­tu­ję.

Luźne kartki

Bru­lion Luź­nych kar­tek w więk­szo­ści jest czy­sto­pi­sem (są tyl­ko po­je­dyn­cze skre­śle­nia, żad­nych prze­ró­bek zdań, pi­smo bar­dzo rów­ne), z wy­jąt­kiem kil­ku ostat­nich stron, któ­re są za­pi­sem pierw­sze­go rzu­tu tek­stu, o czym świad­czy dukt pi­sma.142

Adam Hey­del w mo­no­gra­fii po­mi­ja istot­ne zda­nia od­no­szą­ce się do cza­su te­raź­niej­sze­go, in­for­mu­je tyl­ko, że Mal­czew­ski ma wów­czas dwa­dzie­ścia osiem lat. Opusz­czo­nych frag­men­tów mo­no­gra­fi­sta nie wy­ko­rzy­stu­je tak­że w roz­dzia­łach, przed­sta­wia­jąc losy bo­ha­te­ra, w pew­nym sen­sie za­war­te tam in­for­ma­cje de­pre­cjo­nu­je: "Na­zwał te no­tat­ki Luź­ne kart­ki. Nie nadał im skoń­czo­nej for­my. Są w nich wspo­mnie­nia wsi, wy­bu­chy li­rycz­ne zwią­za­ne z pierw­szą mi­ło­ścią, re­flek­sje fi­lo­zo­ficz­ne [...]"143.

Hey­del, pi­sząc o czte­rech la­tach (od je­sie­ni 1867 do wio­sny roku 1871) spę­dzo­nych przez Jac­ka na wsi, uży­wa okre­śle­nia "pa­mięt­nik", co jest my­lą­ce, bliż­sze for­mie za­pi­su by­ło­by "wspo­mnie­nie".

Au­tor do­kład­nie opi­su­je losy przy­szłe­go ar­ty­sty w Wiel­giem w la­tach szkol­nych, ak­cen­tu­jąc do­brą opie­kę ro­dzi­ny i Adol­fa Dy­ga­siń­skie­go, wa­lo­ry po­znaw­cze wiej­skie­go by­to­wa­nia i głę­bo­ki zwią­zek emo­cjo­nal­ny chłop­ca z pej­za­żem oko­li­cy. Hey­del nie wy­ko­rzy­stu­je po­zo­sta­łych par­tii tek­stu dla ilu­stra­cji dzie­jów ma­la­rza w la­tach 1881-1883, któ­rych one do­ty­czą. Hey­del, mó­wiąc o pod­nio­sło­ści uczuć i o bru­tal­nym zra­nie­niu ich przez Fe­lik­sa Kar­czew­skie­go, pod­kre­śla na­iw­ność wia­ry mło­dzień­ca w sta­łość pan­ny. Był na­iw­ny, sko­ro my­ślał, że ten zwią­zek ma ja­ką­kol­wiek przy­szłość, po­nie­waż z ra­cjo­nal­ne­go punk­tu wi­dze­nia ojca ro­dzi­ny uczu­cie to nie mia­ło szans.144 We­dług au­to­ra mo­no­gra­fii uczu­cia Wan­dy Kar­czew­skiej i Jac­ka Mal­czew­skie­go były to pierw­sze, krót­ko­trwa­łe, nie­win­ne unie­sie­nia. Wuj uniósł się ho­no­rem, a pan­na, mimo przy­siąg, nie była za­an­ga­żo­wa­na aż tak po­waż­nie, oka­za­ła się po­słusz­na woli ojca i szyb­ko o ca­łym in­cy­den­cie za­po­mnia­ła.

Ko­lej­ność zda­rzeń i na­ra­sta­nia uczuć w tym od­rzu­co­nym frag­men­cie trud­no upo­rząd­ko­wać. Na­strój przy­gnę­bie­nia cza­su współ­cze­sne­go dla za­pi­su tek­stu "udzie­la się" tak­że środ­ko­wej czę­ści Luź­nych kar­tek, od­no­szą­cej się do dzie­ciń­stwa w Wiel­giem. Za­pew­ne dla­te­go nie ma w tym ob­ra­zie opi­su żad­nej za­ba­wy, żad­nej pso­ty ani wzmian­ki o przy­jem­no­ści po­zna­wa­nia no­wych lek­tur czy o drob­nych ra­do­ściach, któ­rych wie­le zo­sta­ło wspo­mnia­nych w li­stach do Ra­do­mia (jak choć­by wy­pra­wy w pola, ustę­po­wa­nie zi­mo­wych śnie­gów, ob­ser­wa­cja pta­szar­ni, ocze­ki­wa­nie na Wi­gi­lię itd.). Od­da­le­nie od ro­dzi­ny ujaw­ni­ło nie tyl­ko nie­zwy­kły u trzy­na­sto­let­nie­go chłop­ca zmysł ob­ser­wa­cji i zdol­ność przy­glą­da­nia się kie­run­ko­wi wła­snych my­śli. Pięk­ne opi­sy kra­jo­bra­zów wo­kół dwo­ru są w Luź­nych kart­kach w ta­kim sa­mym stop­niu świa­dec­twem pla­stycz­nej wraż­li­wo­ści na kształ­ty przy­ro­dy, zdol­no­ści li­te­rac­kich, jak też zdol­no­ści sa­mo­ob­ser­wa­cji i traf­nych nad nimi re­flek­sji. Jed­nak ar­ty­sta z dy­stan­su nie ide­ali­zu­je swo­jej umie­jęt­no­ści ma­lar­skie­go po­strze­ga­nia świa­ta w dzie­ciń­stwie, uwia­ry­god­nia­ją go sta­re li­sty pi­sa­ne z Wiel­gie­go.145

Po­dob­na wraż­li­wość prze­ja­wia się w za­pi­sie w Luź­nych kart­kach:

 

Je­sień mia­no­wi­cie wle­wa­ła we mnie dziw­ny smu­tek i dziw­ny spo­kój jak na dziec­ko. Go­dzi­na­mi sia­dy­wa­łem w tra­wie zro­szo­nej szro­nem i słu­cha­łem je­sien­nych wsi od­gło­sów, wte­dy ser­ce mi ro­sło wzbie­ra­ła pierś i płacz czu­łem w gar­dle mo­jem. Mimo woli wte­dy się mo­dli­łem jak do­tąd się mo­dlę i wzno­sząc oczy w górę wśród sza­rych ob­ło­ków szu­ka­łem pana i stwór­cy by mu dzię­ko­wać za ży­cie za to co mnie ota­cza.

Go­dzi­na taka była mi exta­zą nie­bem na zie­mi.146

 

W Luź­nych kart­kach do­mi­na­cja dy­stan­su cza­so­we­go prze­ja­wia się w uży­ciu cza­su i w przy­ję­tym od­da­lo­nym punk­cie wi­dze­nia, w ope­ro­wa­niu ta­ki­mi wła­sno­ścia­mi optycz­ny­mi opi­sy­wa­nych przed­mio­tów (plam barw­nych i form ru­chu), któ­re spra­wia­ją, że je­dy­ną porą roku, jaka zda­je się pa­no­wać w Wiel­giem, jest póź­na je­sień, a prze­cież to kra­ina dzie­ciń­stwa.

Po na­głym wy­jeź­dzie we wrze­śniu 1878 roku Mal­czew­ski przy­był do Wiel­gie­go w związ­ku z za­rę­czy­na­mi sio­stry z Wa­cła­wem Kar­czew­skim na Wiel­ka­noc 1881 roku (przy­pa­da­ła 17 kwiet­nia). Po­tem po­ja­wił się tam w to­wa­rzy­stwie Ka­zi­mie­rza Kar­czew­skie­go w mar­cu 1882 roku - kie­dy to nie za­stał ni­ko­go we dwo­rze, jak do­no­si Bro­ni­sła­wa Mal­czew­ska sio­strze He­le­nie.147 Sko­ro więc w Luź­nych kart­kach za­zna­cza, że pi­sze zimą i ma dwa­dzie­ścia osiem lat oraz "Przed ro­kiem by­łem u Ka­zia [...]"148, to naj­praw­do­po­dob­niej pi­sze wspo­mnie­nia na po­cząt­ku 1883 roku. Nie po­je­chaw­szy na Boże Na­ro­dze­nie do ro­dzi­ców, spę­dza dłu­gie wie­czo­ry, jak do­no­si w li­ście ojcu, sa­mot­nie, w nie naj­lep­szym na­stro­ju.

Za ro­kiem 1883, jako datą za­pi­su, prze­ma­wia też wspo­mnie­nie Kon­stan­te­go Ma­rii Gór­skie­go z [No­ta­tek i wy­kła­dów], nie­po­wtó­rzo­ne w Za­ry­sie mo­no­gra­fii po­świę­co­nej Jac­ko­wi Mal­czew­skie­mu, za­no­to­wa­ne na kart­ce wy­rwa­nej przez Ta­de­usza Szy­dłow­skie­go z no­tat­ni­ka Gór­skie­go:

 

Ja­cek Mal­czew­ski ko­cha się w pan­nie Wan­dzie Kar­czew­skiej z Gar­dzie­nic, ku­zyn­ce, u ojca któ­rej jest na wa­ka­cy­ach. Oj­ciec na balu w są­siedz­twie: Świ­dziń­ski (St.) pyta się go czy cór­ki nie przy­wiózł, bo ją za­cho­wu­je dla ma­la­rza? - Rano bu­dzą Jac­ka - wy­jazd jego na­gły - wszyst­ko to koło 78, 79 r. - Por­tret pan­ny jako El­le­nai idą­ca doić reny, ob­raz był wła­sno­ścią Ta­de­usza Mi­cha­łow­skie­go, jest wł. Lu­dwi­ka Mi­cha­łow­skie­go. (Nosi [jed­no sło­wo nie­czy­tel­ne - skr.; 1878 - skr.] na­pis: J[acek - skr.] Mal­czew­ski 1878 r.). - A l'éte­ra­ité mówi mu pan­na, jak się że­gna­li. - Za mie­siąc za­po­mnia­ła, po 2 la­tach uj­rzał ją Ja­cek na cmen­ta­rzu ca­łu­ją­cą na­rze­czo­ne­go p. Ho­ro­cha, sy­now­ca p. Ka­lik­sta. - Ona go nie wi­dzia­ła. - Do Gar­dzie­nic (?Gar­dzie­lic?) po­je­chać nie chciał.149

 

Ciąg dal­szy już z ze­szy­tu Gór­skie­go:

 

Chciał so­bie cza­sem w łeb strze­lić. No­ca­mi nie­raz pła­kał. Kil­ka ład­nych wier­szy. Wi­dział ją za ostat­nim po­by­tem w domu, kie­dy ma­lo­wał Śmierć wy­gnan­ki (I), ale nie w domu ro­dzi­ców lecz na ob­cem miej­scu. Ona pew­no my­śli, że jej za­wdzię­cza ta­lent. Py­ta­nie wuja Po­la­now­skie­go czy nie jest za­ra­żo­ny? w mie­siąc po ze­rwa­niu. Oj­ciec pan­ny ża­ło­wał po­tem ze­rwa­nia i dzi­wił się nie­sta­ło­ści pan­ny, któ­ra mu była po­wie­dzia­ła, gdy wró­cił z balu, że boso pój­dzie za Jac­kiem. Por­tret u Mi­cha­łow­skich ro­bio­ny w Pa­ry­żu [? - skr.]. Oj­ciec pan­ny i mat­ka Jac­ka ro­dzeń­stwo [stry­jecz­ne/cio­tecz­ne - oba wy­ra­zy skr.] cio­tecz­ne. (Mat­ka Jac­ka Szy­ma­now­ska). 25/V [18]83.150

 

W tej nie­do­szli­fo­wa­nej sty­li­stycz­nie re­ka­pi­tu­la­cji wspo­mnie­nia ma­la­rza jest po­mył­ka. Dwa lata od wrze­śnia 1878 roku wy­pa­da­ją w roku 1880, tym­cza­sem ar­ty­sta przy­je­chał po raz pierw­szy do Ra­do­mia i do Wiel­gie­go do­pie­ro na za­rę­czy­ny sio­stry w kwiet­niu 1881 roku. Albo wi­dział ca­łu­ją­cą się parę w cza­sie wio­sen­nej wi­zy­ty 1881 roku i do­pie­ro ja­kiś czas po­tem dru­gi raz zo­ba­czył Wan­dę pod­czas dłu­gie­go po­by­tu w Ra­do­miu (przy­je­chał do ro­dzi­ców na świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia już na po­cząt­ku grud­nia i zo­stał do koń­ca sierp­nia 1882 roku) - co wy­da­je się naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne. Albo oba wy­da­rze­nia mia­ły miej­sce w cza­sie owe­go kil­ku­mie­sięcz­ne­go po­miesz­ki­wa­nia u ro­dzi­ców. Na prze­ło­mie lu­te­go i mar­ca 1882 roku od­wie­dza Wiel­gie i cmen­tarz w Cie­pie­lo­wie. Może wte­dy (lub pod­czas ja­kiejś in­nej wi­zy­ty) wi­dział tam ca­łu­ją­cą się parę? Wbrew de­kla­ra­cjom, do­pó­ki na­ocz­nie się nie prze­ko­nał, że Wan­da Kar­czew­ska o nim na­wet nie my­śli, miał jesz­cze ja­kieś ci­che na­dzie­je na zwią­zek. Rok póź­niej, zimą, na po­cząt­ku 1883 roku, sa­mot­ny i smut­ny pi­sze w Kra­ko­wie Luź­ne kart­ki.

Wra­że­nie z wi­zy­ty w kra­inie dzie­ciń­stwa w 1882 roku jest przy­gnę­bia­ją­ce dla ar­ty­sty. Zo­sta­ła tyl­ko sta­ra Ka­ro­lo­wa - jak daw­niej wi­ta­ją­ca go ser­decz­nie i ma­ją­ca wzgląd na "sa­mot­ne dziec­ko", ja­kim był Ja­cek w Wiel­giem. Naj­wol­niej, we­dług ma­la­rza, zmie­nia się pej­zaż - to on łą­czy fi­zycz­nie i w nar­ra­cji dzie­ciń­stwo z cza­sem od­wie­dzin po la­tach. W nim naj­dłu­żej trwa hi­sto­ria miej­sca i za­gnież­dża się pa­mięć, a przez in­ten­syw­ność ob­ser­wa­cji moż­na do­tknąć nie­mal mi­stycz­ne­go ze­spo­le­nia z wiecz­nym trwa­niem, związ­ku prze­szło­ści z przy­szło­ścią. Mal­czew­ski pi­sał, że nie zmie­nił się w Wiel­giem tyl­ko pej­zaż o za­cho­dzie słoń­ca nad sta­wem, któ­ry na­stra­jał go wy­jąt­ko­wo re­flek­syj­nie i daw­niej na­kła­niał do mo­dli­twy, szcze­gól­nie je­sie­nią:

 

Za lat parę ze­drą ta­pe­ty [sta­re - skr.] wy­nio­są gra­ty sta­re prze­sta­rza­łe i nie mod­ne, szy­by ta­flo­we za­stą­pią zie­lo­ne kwa­dra­ty w oknach po­mur­sza­łych. Ka­ro­lo­wa spo­cznie na cmen­ta­rzu ko­ściół­ka świę­te­go Woj­cie­cha pod brzo­za­mi i wśród ru­mian­ków i ma­ków. Nic mnie tu już dro­gie­go i ko­cha­ją­ce­go nie przy­wi­ta, oprócz pej­za­żu, któ­ry tak pręd­ko się nie zmie­nia i może oprócz tej gip­so­wej ręki, któ­rą gdzieś od­szu­kaw­szy może po­mię­dzy ru­pie­cia­mi wy­rzu­co­ne­mi na górę, od­bio­rę, za­wie­szę w mo­jej pra­cow­ni, gdzieś na wiel­kim świe­cie.151

 

Dla póź­niej­szych ma­lar­skich re­mi­ni­scen­cji z dwo­ru w Wiel­giem istot­nych wy­da­je mi się kil­ka sfor­mu­ło­wań opi­su­ją­cych kra­jo­braz i miej­sce, w ja­kim lo­ku­je się opi­su­ją­cy go ar­ty­sta. Pierw­sze do­ty­czy sko­ja­rze­nia sza­ro­ści wa­pien­nych ścian tego dwo­ru z nie­obec­no­ścią wła­ści­wych do­mow­ni­ków, Kar­czew­skich, i - co naj­waż­niej­sze - z nie­od­wra­cal­no­ścią prze­mi­ja­nia, co ty­le­kroć wi­dać w Po­wro­tach i co nio­są ze sobą zda­nia:

 

I ja mia­łem łzy w oczach, cały ten dwór wiel­ki zdał mi się pust­ką, ży­cie prze­brzmia­ło i od­bie­gło z nie­go na za­wsze.

[...] Sza­re fale sta­wu po­bli­skie­go pie­ni­ły się le­ni­wo prze­cią­gle ospa­le z plu­skiem ude­rza­ły w fi­la­ry dziw­nie dłu­gie­go mo­stu i kadź z ry­ba­mi i czół­no wśród ta­ta­ra­ków opusz­czo­ne. [...] Nad tym sta­wem, na tym gan­ku, na tym mo­ście i w tym dwo­rze co wa­pien­ną ścia­ną od­rzy­na [się] na tle drzew zie­lo­nych spę­dzi­łem ży­cie moje od lat 14 do 18. Nic dziw­ne­go że każ­da ścia­na każ­den ko­ry­ta­rzyk, każ­den ką­cik jest mi zna­ny i dro­gi.152

 

Ra­do­ści wspo­mnień próż­no tak­że szu­kać w se­rii ma­lar­skich Po­wro­tów Mal­czew­skie­go, po­wta­rza się w nich jed­nak pust­ka, brak do­mow­ni­ków i istot­na ko­lo­ry­stycz­nie do­mi­nan­ta, ak­cen­to­wa­na tak­że w po­etyc­kich pej­za­żach w doj­rza­łych wier­szach Mal­czew­skie­go, swo­isty świetl­ny filtr zga­szo­ne­go różu.

"Ró­żo­we szkła dzie­ciń­stwa po­zo­sta­ły dla tego miej­sca aż po dziś dzień w mo­ich oczach i przez te same tyl­ko na nie pa­trzę"153. Ró­żo­wa to­na­cja ob­ra­zów to istot­ny kom­po­zy­cyj­nie ele­ment wpro­wa­dza­ją­cy re­flek­sję o prze­szło­ści, czę­sto po­łą­czo­ny z wy­so­kim punk­tem wi­dze­nia, tak­że zna­czą­co uży­tym w opi­sie oma­wia­ne­go wspo­mnie­nia. Swo­ją sy­tu­ację ży­cio­wą, po­trze­bę prze­my­śle­nia prze­szło­ści Mal­czew­ski me­ta­fo­rycz­nie przed­sta­wia tu przez to­pos dro­gi i czło­wie­ka, któ­ry wszedł­szy na górę, spo­glą­da za sie­bie:

 

Tym­cza­sem jak po­dróż­ny co zro­biw­szy ka­wał dro­gi po stro­mej gó­rze od­pocz­nie i okiem prze­mie­rzy roz­pa­dli­ny i urwi­ska po któ­rych się dra­pał aby dojść do upra­gnio­ne­go celu, tak ja może już w po­ło­wie dro­gi, może do­pie­ro w ja­kiejś czwar­tej i rzu­cam spoj­rze­nie ostat­nie na ubie­głe ży­cia ko­le­je i przej­ścia roz­ma­ite.

Rwa­łem się bar­dzo na­mięt­nie w górę mało zwa­ża­łem na wszyst­ko i wszyst­kich. Spo­koj­niej te­raz spo­koj­niej iść trze­ba, re­zy­gna­cyi wię­cej, re­zy­gna­cyi!

Niech wró­ci za­tem wia­ra dzie­cin­na wia­ra w opatrz­ność co nami kie­ru­je i zresz­tą bez­wied­ność dziec­ka pro­ste­go co pra­cu­je cią­gle i po­wo­li, a w koń­cu się wy­kształ­ca i na­ucza nie czu­jąc zno­ju w pra­cy ani zmę­cze­nia w umy­śle.

Sie­dząc za­tem wie­czo­ra­mi zi­mo­we­mi tu­taj przez te zimę kre­ślić so­bie będę wią­zan­ki ob­ra­zów z wspo­mnień mo­ich [...].154

 

Naj­bliż­szy na­stro­jo­wi z Luź­nych kar­tek jest ob­raz Ja­cek nad sta­wem w Wiel­giem155, bę­dą­cy czę­ścią tryp­ty­ku Moje ży­cie. Ró­żo­we świa­tło spo­wi­ja w nim świat w od­wró­co­nej per­spek­ty­wie, ry­su­ją­cy mały chło­piec z bliż­sze­go pla­nu zdo­mi­no­wa­ny jest przez sza­rą ścia­nę nie­in­te­re­su­ją­ce­go ar­chi­tek­to­nicz­nie dwo­ru i wspa­nia­ły świat fan­ta­stycz­nej przy­ro­dy ogro­du, otwie­ra­ją­ce­go się ma­lar­sko po pra­wej stro­nie płót­na. Jest sa­mot­ny, nie to­wa­rzy­szą mu inni miesz­kań­cy. Spoj­rze­niu wstecz od­po­wia­da wi­dok z góry - jak w wie­lu "ró­żo­wych" ob­ra­zach z pej­za­żem (il. 3).

W koń­co­wej par­tii tek­stu, na­wią­zu­ją­cej do uczu­cia do Wan­dy Kar­czew­skiej, Mal­czew­ski jako naj­bar­dziej do­tkli­we wspo­mi­na cier­pie­nia du­cho­we w pod­świa­do­mo­ści - w snach, nad któ­ry­mi nie moż­na za­pa­no­wać.156 Ta część tek­stu róż­ni się zde­cy­do­wa­nie od po­przed­nich nie­rów­nym pi­smem i wie­lo­ma skre­śle­nia­mi, co wska­zu­je na ży­wość i siłę emo­cji, choć w 1883 roku nie miał już na­dziei. Ar­ty­sta do­wo­dzi re­la­cji mię­dzy cia­łem a du­chem, wzmian­ku­jąc roz­po­zna­nie pro­ce­sów fi­zjo­lo­gicz­nych, któ­re prze­cho­wu­ją pa­mięć uczuć i zde­ner­wo­wa­nia:

 

[...] te ner­wy po­tem nie­raz dzia­ła­jąc na mózg bu­dzą w niem ima­gi­na­cyą prze­klę­tych cier­pień i bó­lów po­wtór­nie [...]. [i nie­raz - skr.].

Dzie­je się to we śnie mia­no­wi­cie, [czu­je się jesz­cze tak cho­ry - skr.] czło­wiek przy­siągł­by że jest cho­ry i cier­pią­cy a zbu­dze­nie do­pie­ro [wita - skr.] z błę­du ją wy­pro­wa­dza i ra­dość od­zy­sku­je [...].157

 

Wan­da Kar­czew­ska, przy­czy­na uczu­cio­wych unie­sień, była ide­ałem nie tyl­ko dla uro­dy, ale tak­że przez jej wiel­ką wraż­li­wość. Do­wo­dem siły mi­ło­ści ar­ty­sty jest to, że ma­jąc o so­bie prze­cież wy­so­kie mnie­ma­nie, prze­ko­na­ny był o jej du­cho­wej wyż­szo­ści nad sobą. Za­wód mi­ło­sny uru­cho­mił swe­go ro­dza­ju me­cha­nizm obron­ny - bez­piecz­niej jest być stro­ną mniej za­an­ga­żo­wa­ną w związ­ku, po­zwo­lić się ko­chać, za­cho­wać pe­wien dy­stans, po­zo­stać mia­rą dla sa­me­go sie­bie. Dość buń­czucz­nie za­po­wie­dział:

 

Nie będę więc cze­kać po­sta­ci nie­wie­ściej, aby żyć praw­dzi­wie sam się w ide­ał za­mie­nię. Do­sko­na­lić będę du­cha mego jak naj­wy­żej z po­mo­cą Bożą. My­śli te po­wiem otwar­cie któ­re mi od nie­ja­kie­go cza­su gło­wę za­przą­ta­ją, za­wdzię­czam za­po­zna­niu się z mło­dą oso­bą któ­ra mi się po­do­ba­ła sza­le­nie. Ale za ide­ał ją nie sta­wiam wi­dząc tyl­ko jak Bóg stwa­rza isto­ty mło­de pięk­ne i czy­ste, pod­nio­sło mnie to i umoc­ni­ło.158

 

Ale to ostat­nie zda­nie au­tor sam uznał za ra­czej mało praw­dzi­we wo­bec klam­ry re­flek­sji z pierw­szej i ostat­niej stro­ny, jaką za­mknął Luź­ne kart­ki:

 

My­śli te cią­gle snu­ją mi się po gło­wie, nie­do­sta­tecz­na może zro­zu­mia­łość obo­wiąz­ków czło­wie­ka doj­rza­łe­go tra­pi mnie. Tak trud­no być ca­ło­ścią skoń­czo­ną i do­sko­na­łem za­okrą­gle­niem har­mo­nii. Może to tyl­ko po­czą­tek taki trud­ny a może brak cze­goś w du­chu mo­jem, może brak uczuć święt­szych i ide­al­nych.

Za­pał któ­ry jak oska­ra uczy­ni fan­ta­zyą moją że ręka do­ści­gnąć my­śli nie może i upo­sta­cić, a po­tem chwi­le znie­chę­ce­nia i apa­tyi go­dzą­cej się z kre­sem i z ludź­mi nie­raz niż­szy­mi mo­ral­nie od­mnie i próż­nia w gło­wie i nie­moc ręki.159

 

Do­pie­ro Luź­ne kart­ki są osta­tecz­nym po­że­gna­niem z mi­ło­ścią do Wan­dy Kar­czew­skiej i wszyst­ki­mi ży­wy­mi uczu­cia­mi, do­bry­mi i zły­mi, ja­kie mu to­wa­rzy­szy­ły. Ar­ty­sta utwier­dził się w prze­ko­na­niu, że war­to za­cho­wać dy­stans, "nie być na­iw­nym". To zaś zna­czy, że ten ba­ga­te­li­zo­wa­ny jako mło­dzień­czy afekt dłu­żej de­ter­mi­no­wał po­stę­po­wa­nie Jac­ka Mal­czew­skie­go wo­bec ko­biet, niż przy­ję­to są­dzić. Miał wpływ na jego zwią­zek z Ma­rią Mal­czew­ską i w pew­nym sen­sie tak­że z Ma­rią Ba­lo­wą (tu za­sko­czy­ło go to wła­śnie, że nie mógł za­pa­no­wać nad uczu­ciem i na­brać dy­stan­su).

Jacek Malczewski i ojciec

W pra­cach po­świę­co­nych twór­czo­ści Jac­ka Mal­czew­skie­go pierw­sze lata jego stu­diów w Szko­le Sztuk Pięk­nych były wie­lo­krot­nie opi­sy­wa­ne i ana­li­zo­wa­ne, sto­sun­ko­wo nie­wie­le wia­do­mo na­to­miast o lo­sach ar­ty­sty mię­dzy la­ta­mi 1878 a 1884, kie­dy tuż po No­wym Roku umie­ra jego oj­ciec. Tym­cza­sem jest to nie­zwy­kle burz­li­wy czas w ży­ciu za­wo­do­wym i pry­wat­nym mło­de­go ma­la­rza.

Dla osta­tecz­ne­go bun­tu Jac­ka Mal­czew­skie­go prze­ciw­ko Ma­tej­ce naj­więk­sze zna­cze­nie mia­ła pa­ry­ska lek­cja kształ­ce­nia aka­de­mic­kie­go i do­zna­na tam swo­bo­da twór­cza we wła­snej pra­cow­ni, bez pod­po­rząd­ko­wy­wa­nia się ja­kie­mu­kol­wiek na­uczy­cie­lo­wi. Po po­wro­cie, jak wia­do­mo, ar­ty­sta za­pi­sał się jesz­cze raz do "maj­ster­szu­li" - wró­cił do pra­cow­ni na sta­rych za­sa­dach, ale pi­sał o nie­za­do­wo­le­niu i nie­chę­ci do ma­lo­wa­nia na­rzu­co­nych te­ma­tów hi­sto­rycz­nych. Ju­lian Mal­czew­ski był co­raz bar­dziej za­nie­po­ko­jo­ny. Dla nich obu ja­sne sta­wa­ło się, że jaw­ny bunt prze­ciw­ko Ma­tej­ce zna­czył tak­że bunt prze­ciw­ko woli ojca.

Mal­czew­ski przy­je­chał z Fran­cji w czerw­cu 1877 roku ze świa­do­mo­ścią, że pla­ny wy­jaz­du tam na na­stęp­ny rok aka­de­mic­ki, mimo po­czy­nio­nych kro­ków i zo­sta­wie­nia czę­ści rze­czy, są nie do zre­ali­zo­wa­nia. Wo­bec trud­no­ści fi­nan­so­wych ojca, któ­rych jesz­cze w peł­ni nie znał, ar­ty­sta ko­rzy­stał chęt­nie z go­ścin­no­ści Mar­ce­le­go Czar­to­ry­skie­go - naj­pierw w pod­kra­kow­skiej Woli Ju­stow­skiej, po­tem w Pod­haj­cach. Na ja­kiś czas, z po­wo­du ślu­bu ku­zyn­ki, od­wie­dził tak­że ro­dzi­nę Po­la­now­skich w Mosz­ko­wie, gdzie po­wró­ci­ły wspo­mnie­nia spę­dza­nych tam wie­lu Wi­gi­lii i świąt wiel­ka­noc­nych w cza­sie kra­kow­skiej na­uki. Tam spo­ty­kał, przy­by­łą też na ślub, Wan­dę Kar­czew­ską, któ­rą po­wi­tał z drże­niem ser­ca. Był to pierw­szy tak dłu­gi okres, kie­dy nie wi­dział ca­łej ro­dzi­ny w Ra­do­miu (w su­mie od paź­dzier­ni­ka 1876 do koń­ca sierp­nia 1877 roku).

Ju­lian Mal­czew­ski, przy­byw­szy do Kra­ko­wa, żeby po­wi­tać wra­ca­ją­ce­go z za­gra­ni­cy "je­dy­na­ka", jak go cały czas w li­stach na­zy­wa, od­wie­dzał jego wy­pró­bo­wa­nych przy­ja­ciół. Nie tyl­ko Flo­ria­na Cyn­ka i Pio­tra Hu­bal-Do­brzań­skie­go, ale w pierw­szej ko­lej­no­ści wy­brał się na Wolę, by po­znać księ­cia Mar­ce­le­go Czar­to­ry­skie­go, któ­ry jesz­cze przed wy­jaz­dem do Pa­ry­ża miał, pod­trzy­ma­ny tak­że nad Se­kwa­ną, bar­dzo duży wpływ na syna. Przy oka­zji kil­ka­krot­nych wi­zyt nie omiesz­kał za­po­znać się z tam­tej­szą bi­blio­te­ką, skąd po­ży­czył fran­cu­skie pi­sma ar­che­olo­gicz­ne.

W paź­dzier­ni­ku 1877 roku Mal­czew­ski wró­cił do szko­ły, do­stał też osob­ną pra­cow­nię. Jed­nak sto­sun­ki z Ma­tej­ką, któ­re po­cząt­ko­wo moż­na okre­ślić jako neu­tral­ne, za­czę­ły się szyb­ko psuć. Ja­cek zno­wu pi­sał do ojca z prze­ko­na­niem o ko­niecz­no­ści wy­rwa­nia się spod ku­ra­te­li mi­strza. Tym­cza­sem Ju­lian Mal­czew­ski na­pi­sał do pro­fe­so­ra list w kon­wen­cji imie­ni­no­wych ży­czeń, świad­czą­cy o wiel­kiej chę­ci za­ła­go­dze­nia nie­na­zwa­ne­go po imie­niu kon­flik­tu. Pod­kre­ślał swo­ją wdzięcz­ność, mimo że - jak za­zna­czał - Ma­tej­ko w nią być może nie wie­rzy.61

Tym­cza­sem Ja­cek Mal­czew­ski bun­to­wał się po po­wro­cie z Pa­ry­ża prze­ciw Ma­tej­ce i już nie pro­sił ojca (jak wcze­śniej) - "nie mów sio­strom". Pi­sał te­raz bez więk­szych opo­rów o swo­im nie­za­do­wo­le­niu, ale też nie in­for­mo­wał od razu o tym, jak za­cho­wu­je się w aka­de­mii, ani o swo­ich za­mia­rach na przy­szłość.

Po­rzu­ce­nie aka­de­mii od­po­wia­da tu jed­ne­mu z waż­niej­szych wę­złów kla­sycz­nej bio­gra­fii ar­ty­sty, któ­rej tak oba­wiał się oj­ciec. Nie­chęć w od­nie­sie­niu do ma­lar­stwa i me­tod na­ucza­nia Ma­tej­ki mia­ła wie­le z cech bun­tu po­ko­le­nio­we­go: prze­ciw tłam­sze­niu in­dy­wi­du­al­no­ści, nie­zro­zu­mie­niu i wy­mu­sza­niu po­słu­szeń­stwa. Nie był to jed­nak ty­po­wy bunt - je­śli przez to ro­zu­mieć ostre wy­po­wie­dze­nie po­słu­szeń­stwa, ja­kąś roz­mo­wę, choć­by i nie­grzecz­ną, to jed­nak z otwar­tą przy­łbi­cą. Osta­tecz­nie ze­rwa­nie sto­sun­ków mię­dzy uczniem a mi­strzem na­stą­pi­ło w spo­sób, któ­re­go Ju­lian Mal­czew­ski, je­śli­by o nim wie­dział ze szcze­gó­ła­mi, na pew­no by nie po­chwa­lił.

Prze­bieg zda­rzeń zna­ny był do­tąd tyl­ko z prze­ka­zów zna­jo­mych Jac­ka Mal­czew­skie­go, czy­li ta­kiej wer­sji, jaką on sam im przed­sta­wił lub jaka krą­ży­ła wśród in­nych uczniów. Mal­czew­ski miał, za­miast szki­cu olej­ne­go ob­ra­zu na za­da­ny te­mat: Śmierć Lud­gar­dy, żony Prze­my­sła­wa udu­szo­nej przez nie­wia­sty słu­żeb­ne, w ostat­niej chwi­li wy­ko­ny­wać je­dy­nie szkic wę­glem na ścia­nie. Hey­del po­da­je, że w koń­cu prze­wa­ży­ła "zło­śli­wa i im­per­ty­nenc­ka" ka­ry­ka­tu­ra pro­fe­so­ra, na­ry­so­wa­na na ścia­nie w pra­cow­ni Mal­czew­skie­go przez któ­re­goś z ko­le­gów. "Ma­tej­ko wszedł do pra­cow­ni Mal­czew­skie­go, pod jego nie­obec­ność [...] - my­śląc że ją Ja­cek na­ry­so­wał, ob­ra­ził się osta­tecz­nie"62.

Jed­nak jak wy­ni­ka z za­cho­wa­ne­go, do­tąd nie­pu­bli­ko­wa­ne­go, brud­no­pi­su ofi­cjal­nej noty na­pi­sa­nej przez Gorz­kow­skie­go, z oso­bi­sty­mi po­praw­ka­mi Ma­tej­ki, moż­na za­koń­cze­nie tej hi­sto­rii przed­sta­wić nie­co in­a­czej, udzie­la­jąc gło­su dru­giej stro­nie kon­flik­tu. Ma­tej­ko, zde­ner­wo­wa­ny kil­ka­krot­ną nie­obec­no­ścią stu­den­ta w pra­cow­ni pod­czas ru­ty­no­wej ko­rek­ty, ka­zał zo­sta­wić w drzwiach pra­cow­ni Jac­ka Mal­czew­skie­go upo­mnie­nie, spo­rzą­dzo­ne przez se­kre­ta­rza w kan­ce­la­rii, z ofi­cjal­nym na­głów­kiem: "Dy­rek­cy­ja CK Szko­ły Sztuk pięk­nych w Kra­ko­wie" do "Pana Jac­ka Mal­czew­skie­go Ucznia od­dzia­łu kom­po­zy­cyj­ne­go CK Szko­ły Sztuk pięk­nych w Kra­ko­wie":

 

Po­nie­waż w cza­sie kil­ka­krot­ne­go po­by­tu mego w pra­cow­ni pana w go­dzi­nach prze­zna­czo­nych dla prac ar­ty­stycz­nych ob­ję­tych re­gu­la­mi­nem szkol­nym, nie za­sta­łem pana [nig­dy - skr.] przy jego obo­wiąz­ko­wem za­trud­nie­niu, prze­to wzy­wam pana byś pan w dniach znaj­dy­wał się nie­odmien­nie w pra­cow­ni swo­jej dla oso­bi­ste­go [na le­wym mar­gi­ne­sie, na wy­so­ko­ści "przy jego obo­wiąz­ko­wem za­trud­nie­niu":] co na­pro­wa­dza na do­mysł umyśl­ne­go omi­ja­nia ze­tknię­cia się z uwa­ga­mi dy­rek­cji, prze­to [da­lej pod ostat­nią li­nią za­pi­sa­ną przez Gorz­kow­skie­go:] [zwra­cam - skr.] zwra­ca się uwa­gę, że we Czwart­ki lub So­bo­ty, prze­gląd sal szkol­nych od­by­wam. W tym ty­go­dniu zwy­cza­ju przy­ję­te­go trzy­mać się będę.63

 

No­tat­ka nie­wąt­pli­wie zo­sta­ła na­pi­sa­na po ja­kichś wcze­śniej­szych zaj­ściach, stąd ofi­cjal­ny ton. Mal­czew­ski oka­zał mi­strzo­wi lek­ce­wa­że­nie nie tyl­ko przez nie­wy­ko­na­nie ob­ra­zu, ale też przez nie­ele­ganc­ki, żeby nie po­wie­dzieć tchórz­li­wy, spo­sób za­cho­wa­nia, któ­ry mu­siał moc­no ura­zić mi­strza. Wi­dać to choć­by w sty­li­sty­ce tek­stu - w zmie­nia­niu for­mu­ło­wa­nia pre­ten­sji w pierw­szej oso­bie na bez­oso­bo­wy ton urzę­du­ją­ce­go dy­rek­to­ra i po­wrót do nar­ra­cyj­ne­go ja.

Obaj ar­ty­ści wie­dzie­li, że w nie­wiel­kim śro­do­wi­sku kra­kow­skim będą się nadal spo­ty­kać. Jed­nak to Ma­tej­ko pierw­szy, przy­cho­dząc do pra­cow­ni zdol­ne­go ucznia po wy­sta­wie jego dzieł, oka­zał wiel­ko­dusz­ność i za­wo­do­we za­in­te­re­so­wa­nie. Przy­ta­cza­ne póź­niej­sze opi­nie Mal­czew­skie­go o twór­cy Bi­twy pod Grun­wal­dem były skraj­nie róż­ne - od przy­zna­ją­cych mu wiel­kość, po ne­gu­ją­ce ar­ty­stycz­ne za­słu­gi - co w pew­nym stop­niu za­le­ża­ło tak­że od prze­ko­nań jego roz­mów­ców.64

Póź­ne wa­ka­cje, któ­re na­stą­pi­ły po ze­rwa­niu z Ma­tej­ką, tak­że nie uspo­ko­iły ner­wów ar­ty­sty; w sierp­niu 1878 roku, po po­ta­jem­nych za­rę­czy­nach Mal­czew­skie­go z ku­zyn­ką Wan­dą Kar­czew­ską, oj­ciec pan­ny, wuj Fe­liks, wy­rzu­cił go z domu. Je­sie­nią tego roku ar­ty­sta oznaj­mił ro­dzi­com, że za­czy­na ży­cie na wła­sny ra­chu­nek. Na po­czą­tek zgo­dził się jed­nak przyj­mo­wać jesz­cze nie­wiel­ką po­moc ze stro­ny ojca. W mo­no­gra­fii Hey­dla (a za nim i u in­nych ba­da­czy) jest to punkt, od któ­re­go po­ja­wia się co­raz mniej do­ku­men­tów opi­su­ją­cych szcze­gó­ły pra­cow­nia­nej i to­wa­rzy­skiej co­dzien­no­ści ar­ty­sty. Nar­ra­cja oma­wia­nej po­zy­cji w re­la­cjo­no­wa­niu wy­da­rzeń od je­sie­ni 1878 do po­cząt­ku 1884 roku prze­cho­dzi me­to­do­lo­gicz­nie od uza­sad­nień tez przez bar­dzo licz­ne cy­ta­ty z ko­re­spon­den­cji, do ich zu­peł­ne­go nie­mal po­rzu­ce­nia jako ma­te­ria­łu do­wo­do­we­go. A był to czas nie­zwy­kle burz­li­wy dla wy­bi­ja­ją­ce­go się na sa­mo­dziel­ność ar­ty­sty, czas, któ­re­go scha­rak­te­ry­zo­wa­nie w du­żej mie­rze umoż­li­wia­ją wła­śnie li­sty do ojca, sióstr i przy­ja­ciół oraz wspo­mnia­na rama nar­ra­cji Luź­nych kar­tek.

Z do­ku­men­tów wy­ni­ka, że Mal­czew­ski cią­gle szu­kał miesz­ka­nia, snuł pla­ny wy­jaz­du za gra­ni­cę, nadal głę­bo­ko cier­piał nie tyle z po­wo­du re­ak­cji wuja, ile od­rzu­ce­nia przez Wan­dę, któ­ra przy­sta­ła na wa­run­ki ro­dzi­ców i nie da­wa­ła zna­ku ży­cia. W po­ło­wie paź­dzier­ni­ka 1878 roku ma­larz wra­ca do Kra­ko­wa, by po dwu ty­go­dniach wy­je­chać (od­wie­dza­jąc po dro­dze na kil­ka dni Do­brzań­skie­go we Lwo­wie) do Pod­ha­jec, do Mar­ce­le­go Czar­to­ry­skie­go. W li­sto­pa­dzie 1878 roku miesz­kał u daw­ne­go szkol­ne­go ko­le­gi, hra­bie­go Win­cen­te­go Ło­sia, w du­żej wil­li w Dęb­ni­kach, w grud­niu już przy uli­cy Brac­kiej 10, u Lu­dwi­ka Mi­cha­łow­skie­go. Bli­scy mu lu­dzie wy­mie­nia­li w jego spra­wach li­sty, szcze­rze się o nie­go nie­po­ko­ili, wie­dzie­li, jak bar­dzo do­ku­cza mu za­leż­ność fi­nan­so­wa, ale też ar­ty­sta pi­sy­wał dość ob­ce­so­wo do nie­mo­gą­ce­go już wy­sy­łać pie­nię­dzy ojca, jak na przy­kład w stycz­niu 1879 roku:

 

Nie dziw się, że tak daw­no nie pi­sa­łem do Was i ra­chu­bę So­bot­nich li­stów cał­kiem stra­ci­łem, ale kło­po­ty dro­gi Oj­cze no­wo­rocz­ne cał­kiem mnie hu­mor ode­bra­ły. Pi­sa­łeś mnie, że na Nowy Rok przy­ślesz 100 ru­bli, wy­glą­da­łem jak i wy­glą­dam, ale na­próż­no, w fał­szy­wej po­zy­cyi je­stem do­syć. Nie trze­ba było tego pi­sać je­że­li do­trzy­mać nie mo­głeś. Z Wy­sta­wy War­szaw­skiej mam otrzy­mać 75 ru­bli, ale o sprze­da­ży Ka­by­la65 za 100 ru­bli nic a nic nie wiem.

Tym­cza­sem prze­nio­słem się do domu pana Lu­dwi­ka Mi­cha­łow­skie­go, za­pła­cić za miesz­ka­nie nie mo­głem i tak do­tych­czas miesz­kam. Mam bar­dzo ład­ny po­kój wid­ny i cie­pły, daw­na pra­cow­nia [Mar­ce­le­go] Guy­skie­go.

 

[...] Ja nic in­ne­go nie mogę Wam do­nieść jak chy­ba to żem zdrów i że je­stem w ocze­ki­wa­niu pie­nię­dzy czy od Cie­bie, czy z War­sza­wy. Te­le­gra­fo­wa­łem dwa dni temu ale tak­że nic nie od­po­wia­dasz.

Ści­skam Cię dro­gi Oj­cze, przy­kro mnie wy­znać, ale na­wet hu­mo­ru nie mam do Was pi­sać, tak pią­te przez dzie­sią­te od­po­wia­dać ra­czy­cie. Ja tu sam sie­dzę, a Was jest czwo­ro. Chy­ba się roz­ry­wa­cie przy Kar­na­wa­le

Ja­cek Mal­czew­ski66

 

Od Mi­cha­łow­skie­go wy­pro­wa­dził się w lu­tym 1879 roku (nie wia­do­mo do­kąd, być może po­miesz­ku­je w pra­cow­ni przy uli­cy Lu­bicz 39), by wró­cić tam już na po­cząt­ku kwiet­nia. Nadal ko­rzy­stał z po­mo­cy fi­nan­so­wej ojca, po­ma­gał mu też Do­brzań­ski i Mi­cha­łow­ski. Mimo prze­pro­wa­dzek dużo pra­co­wał. W stycz­niu 1880 roku wy­na­jął sa­mo­dziel­ną pra­cow­nię (przy uli­cy Gór­nych Mły­nów 1), za­miesz­kał na­to­miast w domu Kry­wul­ta przy Flo­riań­skiej (jak wy­ni­ka z ad­re­sów nadaw­cy na ko­per­tach li­stów do ro­dzi­ców). Smut­ny, ale pe­łen na­dziei na roz­wój wła­snej sztu­ki, po­sta­no­wił upo­rząd­ko­wać swój świat przez sku­pie­nie we­wnętrz­ne, de­kla­ro­wał od­su­nię­cie się od to­wa­rzy­stwa. Do­no­sił ro­dzi­com o odło­że­niu po­dró­ży do Ita­lii i po­zy­ska­niu na ten cel pie­nię­dzy dzię­ki sty­pen­dium So­bań­skie­go, co jed­nak na pew­no nie star­czy, dla­te­go do Gre­cji Czar­to­ry­ski po­je­chał sam.67

W lu­tym pi­sał, że daje już so­bie radę, że "wziął się w kupę" i że dużo pra­cu­je, a cier­pie­nia du­cho­we mają go uszla­chet­niać.68 Jed­nak nikt nic nie ku­po­wał, uka­za­ła się pierw­sza z ne­ga­tyw­nych re­cen­zji Hen­ry­ka Stru­ve­go69, Mal­czew­ski, nie mo­gąc opła­cić miesz­ka­nia, prze­pro­wa­dził się zno­wu do nie­ogrze­wa­nej pra­cow­ni, a na­stęp­nie (naj­praw­do­po­dob­niej w po­ło­wie mar­ca), z ulgą, przy­jął pro­po­zy­cję za­miesz­ka­nia u księ­dza Jana Sie­mień­skie­go70. Kon­stan­ty M. Gór­ski pi­sał o kry­ty­ko­wa­nych ob­ra­zach:

 

Dwie dziew­czy­ny wiej­skie, któ­re na­stęp­nie zro­bił znisz­czy­ły jego do­bre imię. Jed­na była rze­czy­wi­ście obrzy­dli­wa, była naj­po­twor­niej­szym owo­cem re­ali­zmu. Dru­ga, mniej brzyd­ka, nie mia­ła już owej po­ezyi, któ­rą Mal­czew­ski po­sia­da w ży­ciu, a któ­rą daw­niej umiał nada­wać swym ob­ra­zom. Oby­dwa te płót­na do­sta­ły się mimo woli au­to­ra na wy­sta­wę, a to w spo­sób na­stę­pu­ją­cy. Zro­biw­szy te ob­ra­zy chciał je Mal­czew­ski u sie­bie za­cho­wać, ale brak pie­nię­dzy zmu­sił go do uda­nia się do P. Alek­san­dra Kry­wul­ta, któ­ry ma­la­rzom ram do płó­cien do­star­cza a za­ra­zem, zna­jąc stan każ­dej ar­ty­stycz­nej kie­sze­ni, zwykł w kry­tycz­nych dla ma­la­rza oko­licz­no­ściach ku­po­wać dzie­ła jego pra­cy i na­tchnie­nia za mar­ny pie­niądz. Z tych dwóch przy­czyn "opraw­cą ma­la­rzy" go zwą. Zmu­szo­ny sprze­dać p. Kry­wul­to­wi owe dwie dziew­czy­ny (jed­na z sier­pem na ra­mie­niu, pod­par­ta pod boki, dru­ga z ko­szem ja­rzyn na gło­wie), pro­sił przy­najm­niej do­bro­dusz­ny ar­ty­sta, aby się nie uka­za­ły na wy­sta­wie. Wię­cej o in­te­res niż o sła­wę ma­la­rza dba­ły ku­piec nie zwa­żał na jego proś­bę. Wy­sta­wio­ne na wi­dok pu­blicz­ny ze­psu­ły te płót­na to, co so­bie Mal­czew­ski ta­len­tem i pra­cą zdo­był. Za­czę­ło się ka­mie­no­wa­nie mło­de­go ar­ty­sty.

Wte­dy to za­brał go do sie­bie ks. Sie­mień­ski i w jego to miesz­ka­niu na trze­cim pię­trze w Pa­ła­cu Pu­sze­ta, przy Sta­ro­wiśl­nej uli­cy, w miesz­ka­niu owem peł­nem ksiąg i kwia­tów, z roz­le­głym wi­do­kiem na Za­mek Wa­wel­ski, Kar­pa­ty i Po­gó­rze, po­zna­łem po raz dru­gi i wi­dy­wa­łem Jac­ka.71

 

U księ­dza spę­dził też świę­ta wiel­ka­noc­ne 1880 roku - przy­pa­da­ły na 28, 29 mar­ca - prze­pro­wa­dził się do nie­go naj­póź­niej oko­ło po­ło­wy tego mie­sią­ca.

Z tym nie­zwy­kłym du­chow­nym Mal­czew­ski za­przy­jaź­nił się już wcze­śniej, ja­da­jąc u nie­go w cza­sach stu­denc­kich obia­dy, a póź­niej z przy­jem­no­ścią cha­dza­jąc na jego in­te­lek­tu­al­ne wie­czo­ry li­te­rac­kie; nić tej zna­jo­mo­ści nie zo­sta­ła ze­rwa­na zu­peł­nie na­wet wów­czas, gdy ksiądz prze­niósł się w 1886 roku do Lwo­wa. Sie­mień­ski ra­dził Jac­ko­wi, aby się oże­nił, na co ma­larz od­po­wia­dał: "te­raz albo naj­da­lej za dwa lata, ła­two to mó­wić, ale trud­no się oże­nić. Zda­je mi się jed­nak za­wsze, że z mi­ło­ści chy­ba tyl­ko się oże­nię albo wca­le [...]"72. O księ­dzu Sie­mień­skim przy­ja­ciel ar­ty­sty, Kon­stan­ty M. Gór­ski, pi­sał, że ża­den mło­dy duch w Kra­ko­wie nie był mu obcy, "[...] zaj­mo­wał się za­rów­no sztu­ką, jak na­uką i przy­ro­dą, ota­czał się chęt­nie ar­ty­sta­mi i ludź­mi na­uki, wziął Mal­czew­skie­go w tem więk­szą ku­ra­te­lę, że był jego krew­nym da­le­kim. Wy­rwał go on z pra­cow­ni, gdzie sy­piał w nie­zdro­wej at­mos­fe­rze farb i ole­ju, ugo­ścił u sie­bie i za­jął się nim tro­skli­wie"73.

Gór­ski wspo­mi­na, że na owym wie­czo­rze li­te­rac­kim na cześć Odyń­ca byli też Asnyk, Za­they, Łuszcz­kie­wicz i ksiądz Sto­ja­łow­ski. To wów­czas szcze­gól­nie zbli­ży­li się z Mal­czew­skim, bo byli naj­młod­si w gro­nie, a przy tym jako nie­licz­ni "czci­li w tym kół­ku Sło­wac­kie­go" i "bro­ni­li go przed Sie­mień­skim, któ­ry tyl­ko Kra­siń­skie­go uzna­wał"74.

Miesz­ka­jąc u księ­dza, ar­ty­sta nadal ma­rzy, by stać się nie­za­leż­nym, ma po­trze­bę osob­no­ści i sku­pie­nia, dla­te­go w maju pi­sze do Ra­do­mia dość za­wi­le:

 

Zmie­ni­łem miesz­ka­nie, za­tem pro­szę ad­re­so­wać: uli­ca Lu­bicz, dom pana Opi­da. Tam bo­wiem jest moja pra­cow­nia i tam prze­sia­du­ję. [...] Miesz­kam u X. Jana Sie­mień­skie­go, któ­re­go szcze­rze ko­cham.75

 

Ar­ty­sta na­rze­kał na zbyt duże za­in­te­re­so­wa­nie ro­dzi­ny, skry­wa­ną po­moc i ko­re­spon­den­cję ojca i przy­ja­ciół za jego ple­ca­mi, a w jego spra­wie. Pi­sał:

 

[...] już wiem mniej wię­cej co mi po­trze­ba i cze­go szu­kam, ła­ski ludz­kiej naj­mniej przy­jaź­ni i serc naj­wię­cej, pra­cy szcze­gól­niej, owo­ce pra­cy zro­bią pro­tek­cye więk­sze jak prze­ma­wia­nie pana D. [Pio­tra Do­brzań­skie­go] lub sty­pen­dy­um pana F. S. [Fe­lik­sa So­bań­skie­go].76

 

Była to zresz­tą praw­da; oj­ciec, oprócz li­stow­ne­go na­ga­by­wa­nia Cyn­ka, spi­sko­wał z Do­brzań­skim w kwe­stii fi­nan­sów ar­ty­sty, a ten zno­wu nie miał pie­nię­dzy na opła­ce­nie pra­cow­ni, przed pla­no­wa­nym wy­jaz­dem do Ita­lii ra­zem z księ­ciem Mar­ce­lim Czar­to­ry­skim, któ­ry, jak się wy­da­je, przy­najm­niej czę­ścio­wo ufun­do­wał mu tę po­dróż. 20 maja Ja­cek Mal­czew­ski wy­ru­szył z księ­ciem Mar­ce­lim Czar­to­ry­skim na upra­gnio­ną, pla­no­wa­ną od roku, wy­pra­wę do Włoch. Po­mysł wy­jaz­du do Gre­cji prze­padł z po­wo­dów fi­nan­so­wych. Wę­dro­wa­li przez kil­ka­na­ście, z górą dwa­dzie­ścia dni, co oma­wiam da­lej.

Wró­cił pe­łen wra­żeń i opty­mi­zmu, cho­ciaż po­byt w Ita­lii trwał kró­cej, niż prze­wi­dy­wał. Osiadł znów u nie­za­wod­ne­go księ­dza Sie­mień­skie­go, skąd po ja­kimś cza­sie prze­niósł się na resz­tę lata do Flo­ria­na Cyn­ka, któ­re­go żona wy­je­cha­ła na wa­ka­cje. Bar­dzo za­nie­po­ko­jo­ny tą sy­tu­acją, Ju­lian Mal­czew­ski zwąt­pił w sens swo­ich wy­rze­czeń i ma­rzeń o ka­rie­rze syna. 2 maja 1880 roku na­pi­sał do Cyn­ka, u któ­re­go przed laty tak­że miesz­kał, od­wie­dza­jąc syna w Kra­ko­wie, i któ­re­go nie­raz o nie­go wy­py­ty­wał:

 

Ja­cek ma ta­lent pi­sa­nia ta­kich li­stów, z któ­rych nic dojść nie mo­że­my. [...] Jak są­dzisz czy Ja­cek po­tra­fi zdo­być so­bie sta­no­wi­sko na dro­dze któ­rą ob­rał? cze­go mu ko­niecz­nie po­trze­ba, czy on się nie znie­chę­ca, czy nie upa­da na du­chu. Ta­kiej praw­dy tyl­ko po Two­jej przy­jaź­ni spo­dzie­wać się mogę i o nią Cię bła­gam [...].

 

Da­lej skar­ży się na sy­tu­ację, w któ­rej się zna­lazł: lu­dzie go "wy­kie­ro­wa­li tak, że nie może po­móc je­dy­na­ko­wi ani doń po­je­chać". Pyta wresz­cie, za­nie­po­ko­jo­ny ar­ty­stycz­ny­mi po­my­sła­mi syna:

 

A w jego pra­cach ostat­nich czy znać po­stęp, czy znać co wyż­sze­go nad po­spo­li­tość? Jak wy­pa­da Po­ca­łu­nek Ju­da­sza? Czy­byś Pa­nie Flo­ria­nie nie mógł tak­że wy­bić Jac­ko­wi z gło­wy owych po­my­słów na­gie­go Sło­wiań­stwa, nie wiem skąd u nie­go na­le­cia­łych. Nie­chże pa­mię­ta, że Sło­wia­nie przy­wę­dro­wa­li do Eu­ro­py z cie­plej­szych stron Azyi, i w zim­niej­szy kli­mat nie prze­nie­śli się pra­wie nago, to by byli wy­mar­li co do nogi. W Azyi Noe już nie cho­dził nago Cham na­śmie­wał się, że się przez sen nie­przy­stoj­nie od­sło­nił.77

 

Dia­me­tral­ne ro­zej­ście się ocze­ki­wań ojca z nie­prze­strze­ga­ją­cy­mi po­zy­ty­wi­stycz­no-re­ali­stycz­nych re­guł ma­lar­stwa hi­sto­rycz­ne­go po­my­sła­mi mło­de­go ma­la­rza nie było je­dy­nym nie­bez­pie­czeń­stwem ar­ty­stycz­ne­go ży­wo­ta wie­dzio­ne­go z dala od ro­dzi­ny i dwu star­szych, wy­pró­bo­wa­nych przy­ja­ciół: Dy­ga­siń­skie­go, miesz­ka­ją­ce­go już w War­sza­wie, i Do­brzań­skie­go, któ­ry osiadł w Tar­no­wie. Do­brzań­ski 11 lip­ca 1880 roku na­pi­sał alar­mu­ją­cy list do Ju­lia­na Mal­czew­skie­go:

 

[...] Ja­cek ma do ukoń­cze­nia ob­raz, któ­ry zwró­ci na nie­go uwa­gę po­waż­nej kry­ty­ki - Po­ca­łu­nek Ju­da­sza, do któ­re­go szkic Pan zna, zresz­tą Cynk Panu po­dob­no o nim pi­sał. Te­raz jed­nak nie ma czem pła­cić mo­de­li, co może bar­dzo fa­tal­nie wpły­nąć na jego uspo­so­bie­nie. Ja mu w tej chwi­li nie mogę przyjść na po­moc, bo sam cze­kam na pie­nią­dze i na­wet bie­li­zny jesz­czem so­bie nie mógł ob­sta­lo­wać. Cynk tak­że jest w bie­dzie. Trze­ba ko­niecz­nie, żeby Pan Jac­ko­wi za­raz po­słał 50 ru­bli. Ja­cek wpraw­dzie ma am­bi­cję już w tym roku bez po­mo­cy Ro­dzi­ców, ale te­raz jest chwi­la kry­tycz­na. Niech Pan weź­mie skąd­kol­wiek i niech Pan te 50 ru­bli po­ży­czy, je­że­li ich Pan dać nie może. Ja­cek nie może się kła­niać i łapy li­zać róż­nym głu­pim me­ce­na­si­skom. Niech mu Pan te­raz jesz­cze raz rękę poda. A za­dzi­wi się Pan i ucie­szy skut­ka­mi naj­da­lej za mie­siąc [...].78

 

List Hu­ba­la od­niósł sku­tek; za­si­lo­ny fi­nan­so­wo na proś­bę przy­ja­cie­la przez ojca i za­pew­ne nie­świa­do­my jego in­ter­wen­cji, Mal­czew­ski mógł da­lej ma­lo­wać. 31 sierp­nia pi­sał do ro­dzi­ców:

 

[...] Ja jesz­cze Ju­da­sza nie wy­sła­łem, bo cze­kam na ramy, inne ob­ra­zy mam po­za­czy­na­ne, jak Fan­ta­zję wio­sen­ną i Ze­schnię­te li­ście, zo­ba­czy­cie to kie­dyś w War­sza­wie, dużo pra­cy nad sobą, to wszyst­ko. Resz­ta się znaj­dzie. Ju­dasz tak­że pój­dzie do War­sza­wy, cena nie­du­ża i po­rząd­ny ob­raz (bo nic wię­cej), to może kto tam i kupi [...].79

 

Do­brzań­ski do­pi­sał w póź­niej­szym li­ście Jac­ka do ojca, że syn jest:

 

[...] zdrów i pra­cu­je ogrom­nie za­czął duży ob­raz Po­ca­łu­nek Ju­da­sza, czte­ry fi­gu­ry na­tu­ral­nej wiel­ko­ści do ko­lan. Za ja­kie sześć mie­się­cy skoń­czy go i po­śle ob­raz od razu do Wied­nia bo tam roz­sąd­na i bez­stron­na kry­ty­ka, przy tem ma­lu­je mały ob­ra­zek za któ­ry za ja­kie sześć ty­go­dni bę­dzie mógł do­stać z ja­kie dwie­ście flo­re­nów. Ob­raz Za póź­no z pie­śnią mam prze­ko­na­nie, że za­ku­pi To­wa­rzy­stwo może za pięć­set reń­skich.80

 

Tym­cza­sem pod ko­niec lata 1880 roku Kry­wult wy­sta­wił w war­szaw­skim Ra­tu­szu płót­na Mal­czew­skie­go, któ­ry­mi ar­ty­sta pła­cił jesz­cze przed prze­pro­wadz­ką do War­sza­wy "opraw­cy ma­la­rzy". Nie były to do­bre ob­ra­zy, któ­rych - we­dług Gór­skie­go - ar­ty­sta sam nie zde­cy­do­wał­by się wy­sta­wić ("ład­niej­sza dziew­czy­na z ko­szem [...], ob­raz pt. Ko­nik po­lny i mrów­ka oraz dwa ma­lo­wi­dła stro­po­we jego pędz­la Lato i Wio­sna"). W war­szaw­skiej pra­sie uka­za­ły się nie­ko­rzyst­ne re­cen­zje.81

Mal­czew­ski nadal miał am­bi­cję sa­mo­dziel­ne­go utrzy­ma­nia się w Kra­ko­wie. Na po­cząt­ku wrze­śnia 1880 roku wy­na­jął po­wtór­nie pra­cow­nię przy uli­cy Lu­bicz 36, w domu Opi­da, tym ra­zem z miesz­ka­niem obok.82 W paź­dzier­ni­ku prze­wi­dy­wał cięż­ką zimę, za­mie­rzał ku­pić ko­żu­szek i wy­so­kie buty, mar­twił się o opał, ale po­sta­no­wił zo­stać w Kra­ko­wie do wio­sny, choć­by i w pra­cow­ni. Tym­cza­sem brak kup­ców i wspo­mnia­ne przez Gór­skie­go gło­sy kry­ty­ki przy­gnę­bi­ły ma­la­rza tak bar­dzo, że mimo iż nie chciał mar­twić ro­dzi­ny, nie uda­ło mu się ukryć smut­ku pod iro­nią:

 

Ko­cha­ni Ro­dzi­ce!

Cóż tak mil­czy­cie upo­rnie i nic mi nie od­pi­su­je­cie. Aby was uka­rać pi­szę zno­wu. Pią­tek, sie­dzę w pra­cow­ni, koń­czę ob­raz dru­gi, a ma­lu­ję trze­ci za­czę­ty, ja­kaś ma­nia ma­lo­wa­nia mnie na­pa­dła je ne fars qui, kto to tyl­ko ku­po­wać bę­dzie. Ale nie mar­twię się tyl­ko sta­nę za sto­łem w bu­dzie na ryn­ku kra­kow­skiem i cze­kać będę na prze­chod­niów krzy­cząc cien­kim gło­sem: Pa­nie! Pa­nie! rzecz nie­sły­cha­na, ob­ra­zy ma­ją­ce wszyst­kie za­le­ty ar­cy­dzieł (?)! roz­ma­itej wiel­ko­ści i mia­ry, sztu­ka­mi po­je­dyn­czo lub w więk­szej licz­bie, a na łok­ciu dro­żej bo ło­kieć np. po 30 cen­ti­mów i 1/2 (to dla spusz­cze­nia przy tar­go­wa­niu). I to ja­koś pój­dzie uwa­ża­jąc że sztu­ka te­raz we­szła w modę. Ale cho­dzi bez bu­tów. I że jak tu w Kra­ko­wie czę­sto kawę pije gar­dząc in­nem po­kar­mem.

 

Da­lej kpi z mitu ar­ty­stów wy­klę­tych, któ­rzy pro­wa­dząc ka­wiar­nia­ny ży­wot, nie mogą ma­lo­wać ob­ra­zów, więc bez­sku­tecz­nie po­szu­ki­wać ich będą za trzy­sta lat ama­to­rzy i es­te­ty­cy py­ta­ją­cy o sens sztu­ki.

 

Za­tem z tego co jest ciesz­my się w mia­rę i wy­żej się wzno­śmy niż kry­ty­ki echa pana Zaw[o]dziń­skie­go lub Stru­ve­go.83

Od­pisz­cie cze­kam nie­cier­pli­wie. Chry­stus z Ju­da­szem do­syć się po­do­ba­ją, mło­dy jed­nak ma­larz i mło­da ręka to ro­bi­ła, tak ja so­bie mó­wię. Zdrów je­stem i we­sół cze­kam od­po­wie­dzi co do mych pro­po­zy­cyi z nie­cier­pli­wo­ścią. [...]

O prak­tycz­nej stro­nie ży­cia coś mó­wiąc. Pra­cow­nię mam bar­dzo do­brą dużą. Tro­chę za da­le­ko od mia­sta, ale to mniej­sza, opał mnie dużo kosz­to­wać bę­dzie i to jest rzecz głów­na. Jed­nak ko­niecz­nie przy niej utrzy­mać się za­mie­rzam przez całą zimę i da­lej. Wola niech mnie świ­cą to mi się uda. Chciał­bym tyl­ko wie­dzieć czy przy­sła­nie od cza­su do cza­su 15 ru­bli [...] 25 rs ojcu jaką róż­ni­cę zro­bić może? [...]

 

Ma­larz li­czy na za­kup Ju­da­sza i któ­re­goś "z dwóch pan­ne­aux Ra­nek let­ni i Zwię­dłe li­ście" (może na­wet w Wied­niu). Pi­sze, że za­czy­na "Śmierć El­le­nai w na­tu­ral­nej wiel­ko­ści" bez "wy­si­lań i exces­sów". Czy to bę­dzie do­bry ob­raz:

 

[...] to osą­dzi Sa­lon pa­ry­ski po­ślę tam ob­raz je­śli go pan Bóg da skoń­czyć. Więc cho­dzi mi o upew­nie­nie się w wie­le rze­czy na ten prze­ciąg sze­ściu mie­się­cy.

Sty­pen­dy­um F.[elik­sa] So­bań­skie­go mam, ale w Rzy­mie i 300 ru­bli, bez wię­cej pie­nię­dzy bez sto­sun­ków utar­tych bez kre­dy­tu, krót­ko po­wie­dziaw­szy jest za małe a wdzięcz­no­ści może [mo­rze - D.K.] mnie za nie wy­ma­ga. Tu­taj więc zo­sta­ję [...].

 

Za­po­wia­da też, że "ob­raz któ­ry od­nie­sie suk­ces" na pa­ry­skim Sa­lo­nie, pod­pi­sze "par Hy­acin­the l'él?ve de Mon­sieur Leh­man [na­ma­lo­wa­ny przez Jac­ka ucznia Pana Leh­ma­na]"84. I na ko­niec, zno­wu, po raz ko­lej­ny obie­cu­je so­len­nie przy­jazd na świę­ta.

Wy­czu­wal­ne oba­wy o wła­sne ma­te­rial­ne i ar­ty­stycz­ne po­wo­dze­nie, ukry­wa­ne w pierw­szej czę­ści li­stu za wy­nio­słą iro­nią sta­wia­ją­cą wła­sną sztu­kę po­nad gust pu­blicz­no­ści i kry­ty­ki, ustę­pu­ją pod ko­niec but­nej pew­no­ści szyb­kie­go udo­wod­nie­nia swo­ich ra­cji i nie­roz­po­zna­nia przez od­bior­ców ta­len­tu. Pre­zen­ta­cja na naj­waż­niej­szym, po­wszech­nie uzna­wa­nym, pa­ry­skim fo­rum wy­da­wa­ła się ar­ty­ście re­al­na, co nie­pod­wa­żal­nie po­twier­dzi­ło­by za­sad­ność jego wy­so­kich aspi­ra­cji. By­ło­by to tyle do­wo­dem ar­ty­zmu, ile bra­ku wła­ści­wej mia­ry i sądu nie tyl­ko wśród "ryn­ko­wej" pu­blicz­no­ści, ale i wśród ro­dzi­mych znaw­ców czy na­uczy­cie­li w kra­ju. Stąd koń­co­wa za­po­wiedź wdzięcz­no­ści dla Leh­ma­na, a nie dla Ma­tej­ki. Moż­na by po­wie­dzieć, że to na­iw­na prze­ko­ra mło­do­ści, ale jak się oka­że kil­ka­na­ście lat póź­niej, Mal­czew­ski sta­ra­jąc się o po­sa­dę pro­fe­so­ra Szko­ły Sztuk Pięk­nych, w pi­sa­nym na spół­kę ze Ma­ria­nem Gorz­kow­skim wła­snym ar­ty­stycz­nym ży­cio­ry­sie po­twier­dzi to mło­dzień­cze roz­po­zna­nie.

Na ra­zie mło­dy ar­ty­sta mu­siał jed­nak jesz­cze za­pew­ne wy­słu­chi­wać ja­kichś uwag, oka­zy­wać wdzięcz­ność - może tak­że oso­bom, któ­re po­mo­gły mu uzy­skać wspo­mnia­ne sty­pen­dium - co uwa­żał za cenę zbyt dużą. Uzna­nie chciał za­wdzię­czać swo­jej pra­cy, a nie pro­tek­cji i po­ucze­niom. 11 paź­dzier­ni­ka z po­wo­du zim­na i bra­ku pie­nię­dzy pi­sał mię­dzy in­ny­mi o ko­lej­nej zmia­nie miesz­ka­nia (może do tego przy pra­cow­ni wca­le się nie wpro­wa­dził?):

 

[...] W pra­cow­ni mu­szę tej sa­mej sie­dzieć aż do no­we­go roku bo już tak uga­da­na i za­pła­co­na, ale tak bar­dzo sie­dzieć jak zim­na będą nie będę. Tym­cza­sem miesz­kam u mego przy­ja­cie­la Na­pier­kow­skie­go któ­ry ma do­sko­na­łe miesz­ka­nie, na uli­cy Flo­ry­ań­skiej N. 7.

Bar­dzo mnie tu bę­dzie u nie­go do­brze. Kwia­tów i pta­ków mas­sa, cie­pło i wy­god­nie.

Co da­lej bę­dzie na­pi­szę za ja­kiś ty­dzień, te­raz gdy się nic nie sprze­da to przed no­wym Ro­kiem za­wi­tam do Was [...].85

 

Na Boże Na­ro­dze­nie, mimo po­wta­rza­nych jesz­cze w li­sto­pa­dzie ra­do­snych za­po­wie­dzi (z proś­bą, żeby pa­nien z Gar­dzie­nic nie mu­siał wi­dzieć)86, do Ra­do­mia nie przy­je­chał. Zo­stał w Kra­ko­wie i nie za­wia­do­mił na czas cze­ka­ją­cych ro­dzi­ców i sióstr. Za­cho­ro­wał po­waż­nie - o czym, jak wy­ni­ka z li­stów, tak­że nie dał znać bli­skim od razu, w ogó­le rzad­ko pi­sał li­sty (dzie­li je pra­wie mie­sięcz­na prze­rwa, jak moż­na są­dzić z tre­ści, nie­wy­ni­ka­ją­ca z za­gu­bie­nia kart), co przy zwy­cza­ju pi­sy­wa­nia na­wet co­dzien­nie, naj­da­lej co kil­ka dni, jest zna­czą­ce. Pierw­sza wia­do­mość o cho­ro­bie (po­da­na zresz­tą w ba­ga­te­li­zu­ją­cej po­wa­gę sy­tu­acji for­mie) po­cho­dzi z koń­ca stycz­nia 1881 roku:

 

Nie dziw­cie się ani nie na­rze­kaj­cie, że nie pi­su­ję ani nie przy­jeż­dżam [...]. O brak pa­mię­ci albo o brak ser­ca po­dej­rze­wać mnie nie wol­no i nie po­win­ni­ście nig­dy. Ale sto­sun­ki i prze­szko­dy nad­spo­dzie­wa­ne nie po­zwa­la­ją mi aż do­pie­ro w samą Wiel­ka­noc tj. na Świę­ta Wiel­ka­noc­ne zje­chać do Was i dłuż­szy czas za­ba­wić.

A z tą my­ślą po­go­dzić się mu­si­cie nie chcąc mnie na­ra­żać na za­zię­bie­nie lub roz­wi­nię­cie się ja­kiej groź­niej­szej cho­ro­by, za­po­mnia­łem bo­wiem Wam do­nieść, że dłuż­szy czas cho­ro­wa­łem na lek­kie za­pa­le­nie i go­rącz­kę ty­fo­idal­ną i to było po­wo­dem żem do Was nie za­wi­tał na Boże Na­ro­dze­nie, wia­do­mo­ścią tą nie chcia­łem Was tyl­ko prze­ra­żać, te­raz gdy wszyst­ko jest do­brze już cał­kiem, do­pie­ro na Wiel­ka­noc sam się je­chać de­cy­du­ję jak ła­two poj­mie­cie.

Zresz­tą coś wię­cej Wam do­nio­sę, oto że już wy­cho­dzę, by­wam mię­dzy ludź­mi.87

 

Przez na­stęp­nych kil­ka mie­się­cy 1881 roku w li­stach do ro­dzi­ny po­ja­wia­ją się in­for­ma­cje i proś­by o pie­nią­dze w związ­ku z re­kon­wa­le­scen­cją ("mu­szę brać ką­pie­le"), po­le­ga­ją­cą mię­dzy in­ny­mi na re­gu­lar­nych za­bie­gach. Tym­cza­sem "kwi­than­de­rzy [go] ka­ro­tu­ją i nie­raz dy­abel­nie ob­ra­żą". Wie­dział za­pew­ne, że nie uspo­ka­ja ro­dzi­ny, pi­sząc: "We­so­ły je­stem mimo tego, cho­ciaż z Xię­ciem [Mar­ce­lim Czar­to­ry­skim] Dan­te­go czy­tu­je­my [...]"88.

Stop­nio­wo też przy­go­to­wy­wał ro­dzi­nę na to, że wy­ły­siał - naj­pierw pi­sał: "wło­sy jesz­cze mi nie od­ro­sły" i "boję się, że was prze­stra­szę", po­tem, że tro­chę wy­ły­siał, na­stęp­nie pro­sił Ka­ro­la Po­tkań­skie­go, ja­dą­ce­go do domu przez Ra­dom, żeby im opo­wie­dział, jak na­praw­dę wy­glą­da.

Na kło­po­ty zdro­wot­ne na­kła­da­ją się od po­cząt­ku roku przy­gnę­bia­ją­ce re­cen­zje pra­so­we. En­tu­zjazm Do­brzań­skie­go dla Po­ca­łun­ku Ju­da­sza nie zna­lazł po­twier­dze­nia w opi­nii Hen­ry­ka Stru­ve­go, któ­ry na­pi­sał, że ob­raz jest przy­kła­dem bez­dusz­ne­go ko­pio­wa­nia mo­de­li, że brak mu po­lo­tu i pod­nio­sło­ści. Jest też źle na­ma­lo­wa­ny (Chry­stus - "mar­two­ta zu­peł­na", Ju­dasz - któ­ry po­wi­nien uosa­biać dra­ma­tyzm sy­tu­acji - ma "wy­krzy­wio­ne ru­chy" ca­łej po­sta­ci i gło­wy, do tego ry­su­nek i ko­lo­ryt "gru­by"). Wpraw­dzie pew­na "ener­gia na­tu­ra­li­stycz­na" i "za­ma­szy­stość" świad­czą o "ory­gi­nal­nym uzdol­nie­niu ar­ty­sty", ale eks­po­no­wa­nie brzy­do­ty Ju­da­sza na tle Chry­stu­sa w tym kształ­cie ca­ło­ści do­wo­dzi, że "ten chy­ba nie bę­dzie nig­dy ma­la­rzem re­li­gij­nym w pod­nio­ślej­szym zna­cze­niu". Za­przy­jaź­nio­na z Ju­lia­nem Mal­czew­skim Mar­re­né Morz­kow­ska tak­że kry­tycz­nie od­nio­sła się do wy­sta­wio­nych w War­sza­wie z Ju­da­szem Fan­ta­zji89, a i ro­dzi­na nie była za­chwy­co­na wy­sła­ny­mi fo­to­gra­fia­mi. Ja­cek Mal­czew­ski jest za­tem in­nym ar­ty­stą, niż chcia­ła­by go wi­dzieć kry­ty­ka, lecz jest też in­nym ar­ty­stą, niż chciał­by wi­dzieć go oj­ciec. Tuż przed 8 lu­te­go 1881 roku ma­larz na­pi­sał do nie­go imie­ni­no­wy list. Pró­bo­wał, wy­my­ka­jąc się kon­wen­cji oka­zjo­nal­nych ży­czeń, wska­zać po­wód co­raz więk­szej trud­no­ści w szcze­rym pi­sa­niu do ojca o źró­dłach i prak­tycz­nych, kom­po­zy­cyj­nych pro­ble­mach swo­ich ob­ra­zów. Zda­wał so­bie już bez cie­nia wąt­pli­wo­ści spra­wę z tego, że od­mien­nie poj­mu­ją cele sztu­ki. Dra­mat tej róż­ni­cy prze­kła­dał się na ich uczu­cia, za­bi­jał daw­ną har­mo­nię, bez­względ­ne za­ufa­nie. Punk­tem od­nie­sie­nia dla syna jest wy­ide­ali­zo­wa­ne przy­po­mnie­nie daw­nej ko­mu­nii dusz ze snu o dzie­ciń­stwie, w któ­rym słu­cha zno­wu wie­czo­rem ba­jek o Zło­tym Wil­ku, otu­la­ny koł­der­ką chro­ni się przed zły­mi sna­mi w no­gach łóż­ka ojca. Chciał­by od­zy­skać jed­ność głę­bo­kiej pod­świa­do­mo­ści z re­al­nym świa­tem:

 

[...] pod okiem Two­im o wiel­kich kom­po­zy­cy­ach spo­koj­nych i po­waż­nych, i niech przez sen za­le­d­wie mó­wią­cy wszyst­kim zro­zu­mia­nym będę. Jak Ty ro­zu­mia­łeś wszyst­kie gwa­ry mo­jej dzie­cin­nej głów­ki, jak kształ­to­wa­łeś ser­ce i ro­zum tak [jak] roz­bu­dza­łeś ima­gi­na­cyą i od­czu­cia dziec­ka, tak ja Ci z mo­jej stro­ny przy­no­szę dziś w ofie­rze wszyst­kie pło­dy mej ima­gi­na­cyi, wszyst­kie roz­rzu­co­ne pro­jek­ta, wszyst­kie spo­koj­ne i świę­te ma­rze­nia, wszyst­kie łzy prze­la­ne za do­mem fa­mi­lią ro­dzi­ną, bo To­bie je za­wdzię­czam, boś Ty je roz­wi­nął [...].

 

Jed­nak oj­ciec nie był w sta­nie po­śred­ni­czyć w tłu­ma­cze­niu ję­zy­ka prze­żyć i sztu­ki syna, choć życz­li­wy, nie ro­zu­miał go. Dla syna już sama świa­do­mość tej du­cho­wej i in­te­lek­tu­al­nej roz­łą­ki z nim jest bo­le­snym do­świad­cze­niem. Pi­sał da­lej:

 

[...] ale tak Dro­gi Oj­cze nie bę­dziesz miał mnie ca­łe­go na nie­szczę­ście moje i na nie­szczę­ście wie­ku na­sze­go. Nic przy­nieść Ci nie mogę, [prócz] zwąt­pień i roz­pa­czy, boś Ty mnie wie­rzyć tyl­ko na­uczył, choć nie­raz wąt­pi­łeś, nie mogę Ci przy­nieść chwil sza­łu upo­je­nia i za­pa­mię­ta­nia, boś Ty mnie uczył być spo­koj­nym i roz­waż­nym i du­cho­wym, choć nie­raz tar­ga­łeś się z ży­ciem. Nie mogę Ci przy­nieść tak­że chwil sza­mo­tań z uro­jo­ne­mi ma­ra­mi baj­ro­nicz­nych my­śli o spo­łe­czeń­stwie, nie­wdzięcz­no­ści do lu­dzi, boś tyl­ko uśmie­chał się do nas i do ota­cza­ją­cych, a uf­ność sobą opro­mie­ni­łeś. Więc czyż po­ło­wą tyl­ko mam do Cie­bie przy­cho­dzić, do Cie­bie na­le­żeć, To­bie być po­dob­nym. Więc o po­ło­wę mniej­szy je­stem od Ojca mo­je­go je­że­li nie prze­ci­wień­stwem jego. Ale to nie­po­dob­na i Ty mieć mu­sia­łeś chwi­le smut­ków, roz­pa­czy o przy­szłość, nie­spo­koj­no­ści, nie­wia­ry wśród zwąt­pień, zło­rze­czeń wśród nie­spra­wie­dli­wo­ści i nie­szczęść. Chy­ba, że mia­łeś wię­cej wia­ry w sa­me­go sie­bie, w Boga i w do­broć jego, więk­szą otu­chę w ludz­kość i lu­dzi. Ale za­wsze bło­go­sła­wię imię Two­je Oj­cze i nogi Two­je łza­mi ob­my­wam, żeś nie dał po­zo­ru nie­praw­dzie, żeś mnie nie po­zwo­lił wy­nieść [...] z swej Twa­rzy, nig­dy zna­ków Tych ułom­no­ści po­wszech­no­ludz­kich, żeś był spo­ko­jem wśród burz nie­po­ko­ju, osto­jem w roz­stro­ju dla Dzie­ci Two­ich. Dziś więc Dro­gi Oj­cze, gdy klę­kam przed Tobą i opie­ram gło­wę swo­ją na Two­ich ko­la­nach szep­nij mi sło­wo po­cie­chy, na­ucz tych taj­ni­ków ży­cia i praw­dy, któ­re daje dłu­ga i wy­trwa­ła pra­ca nad sobą sa­mym, a uści­skaw­szy mnie szcze­rze, do­daj otu­chy na nowe boje, na nowe pró­by ognia [...] i spo­ko­ju na nowe nie­po­ko­je, bu­rze i sza­mo­ta­nia.90

 

Skłon­ność do sa­mot­no­ści, zwąt­pień, "roz­stro­jów", do "nie­obli­czal­nych po­ry­wów" - to ta część oso­bo­wo­ści Jac­ka Mal­czew­skie­go, któ­ra już wcze­śniej nie znaj­do­wa­ła apro­ba­ty u ojca. Ostrze­gał syna przed uko­cha­nym przez nich obu Sło­wac­kim. Wi­dział w po­ecie, co cha­rak­te­ry­stycz­ne dla po­zy­ty­wi­stycz­nej re­cep­cji, roz­dziel­nie au­to­ra ge­nial­nych po­ezji, słu­żą­cych na­ro­do­wi (jak wia­do­mo, nie wszyst­kie utwo­ry były tak kwa­li­fi­ko­wa­ne), i de­struk­cyj­ną, ego­istycz­ną oso­bo­wość. Prze­strze­gał też przed wy­jaz­dem do Pa­ry­ża w 1875 roku; od­po­wia­da­jąc na list Jac­ka, "pe­łen ja­kiejś cho­ro­bli­wej iry­ta­cji i symp­to­ma­tów nie­do­brych", pi­sał:

 

Rad­bym byś od­po­czy­wać dał nie­kie­dy umy­sło­wi i wy­obraź­ni w gro­nie lu­dzi ukształ­co­nych, przy­jem­nych, do­brze wy­cho­wa­nych byś się przy­uczył do pew­nych wzglę­dem świa­ta obo­wiąz­ków, byś mi nie wy­szedł na dzi­wa­ka, jak np. Sło­wac­ki, na czło­wie­ka co wszyst­kie­mu przy­ga­nia, co nie ma w du­szy wy­ro­zu­mie­nia, na py­szał­ka i sa­mo­lu­ba, draż­nią­ce­go się sam swe­mi przy­wi­dze­nia­mi i pre­ten­sja­mi.91

 

Nie­zro­zu­mia­ła była dla ojca chęć "ucie­ka­nia gdzieś po nie­zna­ne, po nie­pew­ne", sko­ro syn miał w Kra­ko­wie mi­strza i przy­ja­ciół. Ma­nie­ra, któ­rej się syn oba­wiał, jest we­dług ojca mniej­szym nie­bez­pie­czeń­stwem niż pęd do ory­gi­nal­no­ści, któ­ry zwich­nął już nie­je­den ta­lent i nie­je­den cha­rak­ter, le­piej za­tem po­stę­po­wać po­wo­li, ucząc się u współ­cze­snych au­to­ry­te­tów. Bli­sko stąd do dys­kre­dy­tu­ją­cej po­sta­wy "mary baj­ro­nicz­nych my­śli o spo­łe­czeń­stwie, nie­wdzięcz­no­ści do lu­dzi" - z cy­to­wa­ne­go imie­ni­no­we­go li­stu syna. Bio­gra­fia By­ro­na, po­dob­nie jak Sło­wac­kie­go, była w po­wszech­nym od­bio­rze nie­wła­ści­wa z punk­tu wi­dze­nia pe­da­go­gi­ki spo­łecz­nej. Bun­tow­nik i ży­cio­wy eks­pe­ry­men­ta­tor, prze­kra­czał tabu praw, oby­cza­jów i kon­we­nan­sów to­wa­rzy­skich. W pol­skich in­ter­pre­ta­cjach i spo­rach o Ro­man­tyzm w dru­giej po­ło­wie XIX wie­ku By­ron i zwią­za­ne z nim po­zy­tyw­ne ko­no­ta­cje w prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści nie na­le­ża­ły do re­per­tu­aru cech słu­żą­cych pa­trio­ty­zmo­wi.92 Im bli­żej prze­ło­mu wie­ków, tym czę­ściej ak­cen­to­wa­no in­dy­wi­du­alizm i trud­ną, nie­ak­cep­to­wa­ną po­wszech­nie "dzi­wacz­ność" for­my ar­ty­stycz­nej jako cenę i ce­chę oso­bo­wo­ści wy­bit­ne­go ar­ty­sty. Mal­czew­ski przez to sfor­mu­ło­wa­nie do­ty­ka pro­ble­mu, z któ­rym przyj­dzie mu się całe ży­cie bo­ry­kać - uświa­da­mia so­bie cha­rak­ter wła­snej od­ręb­no­ści w związ­kach z na­ro­dem, ze spo­łecz­no­ścią.

Po­glą­dy Ju­lia­na Mal­czew­skie­go nie­wie­le się za­pew­ne zmie­ni­ły od roku 1875, ale w roku 1881 Ja­cek Mal­czew­ski wie­dział już, że nie może speł­nić wy­ma­gań ojca, nie za­tra­ca­jąc sie­bie. Nie pi­sał o tym jed­nak wprost.

O tym, że Ja­cek Mal­czew­ski z tru­dem przyj­mo­wał nie­wy­god­ne fak­ty do wia­do­mo­ści i ła­two po­pa­dał w przy­gnę­bie­nie, świad­czy wie­le li­stów, mię­dzy in­ny­mi jed­na z próśb nie­za­wod­nie czu­wa­ją­ce­go nad nim Pio­tra Do­brzań­skie­go, skie­ro­wa­na do ojca ar­ty­sty, z 11 lip­ca 1880 roku:

 

Prze­pra­szam Pana, że się mie­szam w te spra­wy, ale kie­dym się już roz­ma­chał, to mu­szę Pana pro­sić, żeby Pan w li­stach do Jac­ka nie na­rze­kał na żad­ne nie­po­wo­dze­nia, bo mu od tego omdle­wa­ją skrzy­dła.

Co się da, to Pan zro­bi, wiem, jak go Pan ko­cha, pew­no wię­cej ode mnie. Niech Pan do nie­go za­wsze pi­sze we­so­ło, ru­basz­nie! [...].93

 

Oj­ciec jak zwy­kle go po­ra­to­wał, ale kiep­skie re­cen­zje i brak po­wo­dze­nia fi­nan­so­we­go ura­zi­ły am­bi­cję ma­la­rza do ży­we­go, co go bar­dzo przy­bi­ło. Swo­ją wolę wal­ki, tak jak pi­sał w cy­to­wa­nym li­ście do mat­ki, ma­ni­fe­sto­wał w zmia­nie stro­ju z ele­ganc­kie­go na uła­twia­ją­cy prze­trwa­nie w trud­nych wa­run­kach, jak prze­wi­dy­wał, zimą w nie­ogrze­wa­nej pra­cow­ni. Gór­ski tak o tym wspo­mi­nał:

 

Mój ba­zgracz po­smut­niał i cho­dzi po­nu­ry w bur­ce i w wy­so­kich bu­tach po ryn­ku kra­kow­skim. Ja cze­kam wio­sny, by się roz­po­go­dził.94

 

Na prze­ło­mie lu­te­go i mar­ca 1881 roku zda­rzy­ła się jed­nak w ży­ciu przy­gnę­bio­ne­go ar­ty­sty ra­do­sna nie­spo­dzian­ka. Przy­je­chał doń w od­wie­dzi­ny Wa­cław Kar­czew­ski, nie­wi­dzia­ny od nie­szczę­snych za­rę­czyn; "ser­decz­nie i po bra­ter­sku" przy­wi­taw­szy się z ku­zy­nem, za­py­tał, czy wo­bec za­szło­ści z Wan­dą Kar­czew­ską (jed­nak w re­la­cjo­nu­ją­cym li­ście nie pada jej imię ani tym bar­dziej ja­kie­kol­wiek o jej los py­ta­nie) może sta­rać się o rękę He­le­ny Mal­czew­skiej. Wzru­szo­ny tą ro­dzin­ną lo­jal­no­ścią Ja­cek za­de­kla­ro­wał za­po­mnie­nie krzyw­dy i zo­sta­wił de­cy­zję sio­strze.95 Na­pi­sał też za­raz list do ciot­ki Hey­del, któ­ra nig­dy nie po­dzie­la­ła za­pal­czy­wo­ści Fe­lik­sa Kar­czew­skie­go i na­kła­nia­ła go do umiar­ko­wa­nia. Spo­tka­nie w Gar­dzie­ni­cach - gdzie miesz­ka­ły pan­ny, w tym i Wan­da - wy­da­wa­ło się pew­ne. W każ­dym ko­lej­nym li­ście ar­ty­sta cie­szył się na roz­mo­wę z naj­bliż­szy­mi, na po­wrót daw­nych za­baw i na wi­zy­tę w kra­ju lat dzie­cin­nych.96

We­dług Hey­dla świa­dec­twem tej wi­zy­ty są Luź­ne kart­ki; był­by to za­tem ja­kiś czas tuż po Wiel­ka­no­cy, przy­pa­da­ją­cej w 1881 roku w kwiet­niu. Jed­nak kon­fron­ta­cja z peł­nym za­pi­sem (łącz­nie z opusz­czo­ny­mi przez Hey­dla frag­men­ta­mi do­ku­men­tu) i ze wspo­mnie­niem roz­mo­wy z ar­ty­stą za­pi­sa­nej w [No­tat­kach i wy­kła­dach] Kon­stan­te­go Ma­rii Gór­skie­go (któ­rej au­tor nie po­wta­rza w Za­ry­sie mo­no­gra­fii Jac­ka Mal­czew­skie­go) stwa­rza pew­ne wąt­pli­wo­ści co do daty rocz­nej po­wsta­nia na­pi­sa­nych na pew­no zimą zwie­rzeń ar­ty­sty. Są­dzę, że tekst po­wstał póź­niej, zimą na prze­ło­mie 1882 i 1883 roku. W dość skom­pli­ko­wa­nym ukła­dzie nar­ra­cji mogą świad­czyć o tym za­rów­no od­nie­sie­nia do ca­łe­go okre­su - od rej­te­ra­dy z Wiel­gie­go (ko­niec 1878 po po­czą­tek 1883 roku) - jak tyl­ko do tego dzie­lą­ce­go wi­zy­tę i jej opis (kwie­cień 1881 - po­czą­tek 1883 roku).

Po po­wro­cie do Kra­ko­wa ze świąt nie­wie­le się zmie­ni­ło. Nie wia­do­mo, gdzie ar­ty­sta spę­dził wa­ka­cje, na po­cząt­ku je­sie­ni pi­sał do sio­stry He­le­ny, że ma­lu­je w pra­cow­ni, ale miesz­ka "u zna­jo­mych na Flo­riań­skiej". W koń­cu jed­nak uciekł z Kra­ko­wa pod skrzy­dła ro­dzi­ców na świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia, gdzie za­mie­rzał po­zo­stać "ja­kiś" czas. Bę­dąc zda­nym na zu­peł­ną za­leż­ność ma­te­rial­ną od ojca i za­pew­ne wy­słu­chu­jąc jego ma­rzeń o swo­jej przy­szło­ści, ma­larz sta­rał się za­po­biec po­ten­cjal­nej pro­tek­cji i za­ocz­nym de­cy­zjom ro­dzi­ca. Szes­na­ste­go grud­nia 1881 roku pi­sał do Pio­tra Do­brzań­skie­go:

 

Cóż o To­bie sły­chać, nie pi­su­jesz, ale i ja tak samo ro­bię, sie­dzę w Ra­do­miu, ma­lu­ję dużo i pra­cu­ję nie na żar­ty, przed No­wym Ro­kiem będę w Kra­ko­wie, czy do Cie­bie przy­ja­dę, czy Ty przy­je­dziesz, jak uwa­żasz. Mam Ci dużo rze­czy po­wie­dzieć. Nie martw się, mój dro­gi, że tu w domu tak dłu­go sie­dzę, wie­rzaj, że mi to na do­bre wyj­dzie i wy­szło już, uspo­ko­iłem się i wy­do­brza­łem bar­dzo, za­tem ko­chaj mnie i nie rzu­caj Ana­the­mu na moją gło­wę.

Mię­dzy moim Oj­cem a bra­tem Two­im, pa­nem Hen­ry­kiem, jest ja­kaś czy była ja­kaś ko­re­spon­den­cja ty­czą­ca się mnie, ale ja o tem nic nie wiem, ale je­śli cho­dzi o ja­kie pro­tek­cye lub po­par­cie pry­wat­ne, to bądź prze­ko­na­ny, że z jed­nej nie sko­rzy­stam, a dru­gie­go nie przyj­mę. Już wła­sne­mi si­ła­mi iść będę i iść po­wi­nie­nem. Tak mój Dro­gi i to sta­now­czo Ci mó­wię.97

 

Po­byt w Ra­do­miu znacz­nie się prze­cią­gał, Mal­czew­ski wy­jeż­dżał do po­bli­skie­go Oroń­ska, ja­cyś mło­dzi ma­la­rze od­wie­dza­ją­cy tam Jó­ze­fa Brand­ta przy­je­cha­li do nie­go. Jak świad­czą li­sty Bro­ni­sła­wy Mal­czew­skiej do sio­stry He­le­ny, prze­by­wa­ją­cej wów­czas dłuż­szy czas u ro­dzi­ny pod Lwo­wem, peł­no było w domu ra­do­ści i za­baw. Nikt z do­mow­ni­ków nie na­rze­kał na za dłu­gą go­ści­nę ar­ty­sty. Gdzieś jed­nak tlił się żal, po­bu­dza­ny za­pew­ne przez uwa­gi oto­cze­nia, o czym dziś świad­czy je­den tyl­ko list, na­pi­sa­ny przez sio­strę ma­la­rza He­le­nę, o któ­rej on sam mó­wił, że zna go naj­le­piej. Bro­ni­sła­wa, opo­wia­da­jąc jej, jak żyją w kom­ple­cie z Jac­kiem i ro­dzi­ca­mi, pod ko­niec lu­te­go 1882 roku do­no­si­ła wpraw­dzie, że oj­ciec nie­do­ma­ga, ale brat nie za­mie­rza z tego po­wo­du wy­jeż­dżać czy pod­jąć ja­kieś dzia­ła­nia w kie­run­ku po­zy­ska­nia za­mó­wień. He­le­na po jesz­cze jed­nym li­ście od bra­ta, opi­su­ją­cym jego kar­na­wa­ło­we eska­pa­dy do oko­licz­nych dwo­rów, na­pi­sa­ła w koń­cu do nie­go, za­się­gnąw­szy po­ra­dy dal­szej ro­dzi­ny i Pio­tra Do­brzań­skie­go:

 

2/3 Mar­ca Mosz­ków [18]82

[...] Tro­chę za­zdrość mnie bra­ła przy opi­sie za­baw któ­rych wy­tań­czy­ło się moje ro­dzeń­stwo, ale ta za­zdrość była chwi­lo­wą tyl­ko. Pi­szesz dro­gi bra­cie że te­raz dla cie­bie tyl­ko pra­ca i pra­ca, a wiesz co tu ko­le­dzy twoi i przy­ja­cie­le zu­peł­nie in­a­czej za­pa­tru­ją się na ten twój po­byt w Ra­do­miu, na­zy­wa­ją to le­ni­stwem i źle ro­zu­mią mi­łość ro­dzin­ną. Wuj Staś któ­ry wró­cił w po­nie­dzia­łek ze Lwo­wa gdzie ba­wił kil­ka dni, mó­wił mi że wi­dział się z Pa­nem Pio­trem98 któ­ry jest obu­rzo­ny na Cie­bie że Ty nie wra­casz i nie wie jak so­bie tło­ma­czyć Twój po­byt w Ra­do­miu.

Mó­wił wu­jo­wi, że ma dla Cie­bie prze­szło 200 reń­skich, któ­re Cię tu cze­ka­ją i któ­rych nie my­śli ode­słać Ci na zmar­no­wa­nie do Ra­do­mia. Że kup­cy two­ich ob­ra­zów kra­kow­skich nie skoń­czo­nych, nie­spo­koj­ni za­gnie­wa­ni. Zy­bli­kie­wicz py­tał się o Cie­bie, chciał­by abyś jego por­tret ma­lo­wał a taki por­tret co naj­mniej przy­niósł­by Ci 400 reń­skich. Sądź sam mój dro­gi rób na­tu­ral­nie co chcesz, ale mnie się zda­je że mógł­byś Twój smut­ny i we­so­ły ob­raz [brak jed­ne­go sło­wa] i wy­je­chać na szer­szy świat jak nasz ko­cha­ny Ra­dom, a ta­kich pa­nien jak pan­na Szmith i p. Mar­co­ni99 wszę­dzie do­syć a to cią­głe od­cią­ga­nie wy­jaz­du od świąt do świąt Bóg wie jak dłu­go cią­gnąć się może. Nie miej mi za złe mój dro­gi że ci to pi­szę, je­stem za­wsze Two­im ad­wo­ka­tem ale w oczy mogę Ci śmia­ło po­wie­dzieć co my­ślę. A my­ślę że lu­dzie mają po tro­chu ra­cję a ty zno­wu się nie gnie­waj co mó­wią o To­bie, mają pra­wo spo­dzie­wać się po To­bie wiel­kich rze­czy, albo za­wo­du.

Mój dro­gi prze­bacz, że Ci ta­kie nie­mi­łe rze­czy ga­dam ale ko­cham Cię bar­dzo i chcia­ła­bym być dum­ną z Cie­bie. By­waj zdrów, te sło­wa niech mię­dzy nami zo­sta­ną. Tyl­ko mię­dzy nami. Co zaś do owe­go pro­jek­tu Zy­bli­kie­wi­cza nie chwal się i nie roz­gła­szaj bo­byś wszyst­ko po­psuł. [...]

He­le­na100

 

Młod­sza sio­stra na­pi­sa­ła mu za­tem wprost, że sie­dze­nie na gar­nusz­ku u ojca to rej­te­ra­da, że zna­jo­mi my­ślą tak jak ona, iż żyje na cu­dzy ra­chu­nek. Nic nie wia­do­mo o od­po­wie­dzi na ten list, ale na pew­no nie od­niósł szyb­kie­go i po­żą­da­ne­go przez He­le­nę skut­ku - w Ra­do­miu nadal trwa­ły za­ba­wy, mło­dy ma­larz wy­je­chał do Kra­ko­wa do­pie­ro pod sam ko­niec sierp­nia lub na po­cząt­ku wrze­śnia 1882 roku. Por­tret Zy­bli­kie­wi­cza na­ma­lo­wał Woj­ciech Kos­sak (obec­nie wła­sność Mu­zeum Na­ro­do­we­go w Kra­ko­wie). Wcze­śniej, jesz­cze pod ko­niec kar­na­wa­łu (prze­łom lu­te­go i mar­ca), Mal­czew­ski po­je­chał do Wiel­gie­go, gdzie ni­ko­go nie za­stał, o czym Bro­ni­sła­wa wspo­mi­na w ko­lej­nym li­ście do He­le­ny101, a ar­ty­sta w Luź­nych kart­kach. Ma­lo­wał w Ra­do­miu por­tre­ty ja­kichś pa­nien, por­tret Bro­ni­sła­wy i Śmierć wy­gnan­ki. Być może im­pul­sem po­wro­tu do Kra­ko­wa był ja­kiś pierw­szy suk­ces - może po­chwa­ła lub za­kup ob­ra­zu?102

W li­sto­pa­dzie Mal­czew­ski przy­pusz­czal­nie na krót­ko po­je­chał do Lwo­wa. Okres Bo­że­go Na­ro­dze­nia roku 1882 i No­we­go Roku 1883 spę­dzał w Kra­ko­wie (wów­czas naj­praw­do­po­dob­niej na­pi­sał Luź­ne kart­ki). Wte­dy w grę mo­gło wcho­dzić "nowe to­wa­rzy­stwo", o ja­kim ma­larz wspo­mi­na w li­stach do Ra­do­mia, nie zwa­ża­jąc na to, jak bar­dzo jego wia­do­mo­ści kon­tra­stu­ją z trud­no­ścia­mi fi­nan­so­wy­mi ojca, o któ­rych prze­cież już na pew­no wie­dział. 7 li­sto­pa­da 1882 roku pi­sał:

 

Za Wy­gnan­kę dają mi 1000 flo­re­nów, zda­je mi się, że się tar­go­wać nie będę i ob­raz pal­nę w świat, a dru­gi przez ten czas w pra­cow­ni. Więc na­pisz czy Ci te­raz nie po­słać Oj­cze po sprze­da­ży ob­ra­zu z 500 flo­re­nów. [...] Zdrów je­stem, wszyst­kich za­chwy­cam zdro­wiem i we­so­ło­ścią, lu­dzie mnie cią­gle lu­bią do­syć i po­wa­ża­ją!!!...? Mam pysz­ne fu­tro, buty, gar­de­ro­bę od pierw­szych kraw­ców. Za­pi­su­ję się do klu­bu, ale to trosz­kę póź­niej, a ma­lu­ję za­wzię­cie. [...] Za­po­mnia­łem o imie­ni­nach Bab­ci [Ka­ro­li­ny Mal­czew­skiej] i Ka­ro­la [Po­tkań­skie­go] ale niech wy­ba­czą, czas mi leci jak strza­ła i chwi­lę tyl­ko póź­no wie­czo­rem mam wol­ną. I tak ich ści­skam i ca­łu­ję choć w okta­wę.

Ma­mu­si rącz­ki ca­łu­ję i nóż­ki, po­le­cam się ser­cu i pa­mię­ci, już przy obia­dach nikt nie gde­ra, może tak i le­piej! [...]

Ja­cek103

 

Mło­de­go ma­la­rza suk­ces ob­ra­zu na­ma­lo­wa­ne­go w Ra­do­miu pod­niósł na du­chu, za­czę­ło mu się le­piej po­wo­dzić fi­nan­so­wo, ale nie­wie­le da się po­wie­dzieć o za­ję­ciach, ja­kim się wów­czas od­da­wał. Po­czy­nił ko­lej­ny krok na dro­dze do nie­za­leż­no­ści. Na­ra­sta­ją­cą siłę tych am­bi­cji wi­dać w ko­lej­nej se­kwen­cji li­stów, któ­re jed­nak nie­po­ko­ją ojca. Trud­ne do przy­ję­cia dla Ju­lia­na Mal­czew­skie­go mu­sia­ły być nie tyl­ko wzmian­ki o bez­sen­sie in­for­mo­wa­nia go o spra­wach co­dzien­ne­go ży­cia. Przede wszyst­kim bo­la­ło wy­łą­cze­nie go z gro­na tych, z któ­ry­mi syn chciał dys­ku­to­wać o za­gad­nie­niach zwią­za­nych z ma­lo­wa­ny­mi wła­śnie ob­ra­za­mi. W stycz­niu 1883 roku, kie­dy kło­po­ty fi­nan­so­we scho­ro­wa­ne­go Ju­lia­na Mal­czew­skie­go się­ga­ły ze­ni­tu, syn pro­sił:

 

A Wy je­że­li mnie ko­cha­cie, chce­cie abym do­brze pra­co­wał, to mi smut­nych rze­czy nie pisz­cie ani li­stów Le­opar­do­we­nich, ale tak szcze­rze i po sta­ro­pol­sku i po­god­nie choć­by o zmar­twie­niach, bo taki duch mnie nie po­gnę­bia.104

 

Póź­niej, od­po­wia­da­jąc na py­ta­nia ojca o jego tryb ży­cia i przed­się­wzię­cia ar­ty­stycz­ne, re­ka­pi­tu­lo­wał dłuż­szy czas i wspo­mi­nał we wrze­śniu 1883 roku rocz­ni­cę swe­go przy­jaz­du z Ra­do­mia do Kra­ko­wa:

 

Przy­najm­niej to je­dy­na rzecz co mnie krze­pi i w bu­rzach i ogniach zim­nym czy­ni, to to, że stro­na ma­te­ry­al­na da­le­ko lep­sza jak daw­niej, że już z bie­dy nie za­mie­ram i że Wam po­ma­gać mogę i będę i sio­strom kie­dyś wro­ta domu mo­je­go na sze­rzej otwo­rzę.

O ob­ra­zach nie pi­szę, o co­dzien­nych rze­czach i spra­wach i wy­da­wa­niach tak­że nie, bo i po cóż? Zdrów je­stem i do­sko­na­le wy­glą­dam. Gdzie by­wam i co ro­bię tak­że nie, bo co Wam z tego przyj­dzie.105

 

Zmia­na tonu, ser­decz­ne­go w kon­wen­cjo­nal­nych grzecz­no­ściach w po­zo­sta­łej czę­ści li­stu, przy ostrym za­mknię­ciu gra­ni­cy pry­wat­no­ści i spraw ar­ty­stycz­nie waż­nych dla Jac­ka Mal­czew­skie­go przed oj­cem, bę­dą­cym przez całe lata dla nie­go au­to­ry­te­tem, jest tu ude­rza­ją­ca. Skąd ta szorst­kość, je­śli nie lek­ce­wa­że­nie? Jest to chy­ba efekt ja­kie­goś dłuż­sze­go pro­ce­su od­da­la­nia się, wcho­dze­nia na inną dro­gę niż ta, któ­rą oj­ciec go­tów był za­apro­bo­wać. Być może nie cho­dzi­ło tyl­ko o te­ma­ty i for­mę ob­ra­zów, ale o ja­kieś nie­wła­ści­we oby­cza­jo­wo kon­tak­ty z bo­he­mą ar­ty­stycz­ną?

Nie­co in­for­ma­cji o tym mniej zna­nym kra­kow­skim krę­gu to­wa­rzy­skim Mal­czew­skie­go, przy­najm­niej o ja­kiejś jego czę­ści, do­star­cza­ją nie­oce­nio­ne no­tat­ki Gór­skie­go. Od­po­wied­nie tu tek­sty trzech czę­ści dzien­ni­ka przy­ja­cie­la ar­ty­sty obej­mu­ją lata 1881-1883, z prze­rwą na po­byt ma­la­rza w Ra­do­miu. Ude­rza nie­sły­cha­na ilość spo­tkań obu przy­ja­ciół (Gór­ski wów­czas nie pod­szedł do żad­ne­go z eg­za­mi­nów na pod­ję­tych stu­diach praw­ni­czych). O ile nie wy­jeż­dża­li wów­czas z mia­sta, wła­ści­wie wi­dy­wa­li się co­dzien­nie, rzad­ko kie­dy nie je­dli wspól­nie przy­najm­niej jed­ne­go po­sił­ku, po nie­któ­rych ko­la­cjach, wie­czo­rach mu­zycz­no-li­te­rac­kich lub te­atral­nych zo­sta­wa­li ra­zem w więk­szym gro­nie na­wet do śnia­da­nia. Na pod­sta­wie tej lek­tu­ry moż­na stwier­dzić, że Mal­czew­ski ob­ra­cał się wów­czas w dwu krę­gach zna­jo­mych, któ­rzy, choć nie two­rzy­li zbio­rów cał­ko­wi­cie roz­łącz­nych, nie spo­ty­ka­li się w iden­tycz­nym gro­nie, a przy­najm­niej nie za­wsze w tych sa­mych miej­scach, na­stro­jach i ce­lach.

Je­śli wspo­mnieć, że Mal­czew­ski opi­sy­wał w li­stach do ro­dzi­ny swo­je losy przez pierw­szy rok po za­wo­dzie mi­ło­snym i nie­co póź­niej, kie­dy jesz­cze li­czył, że Wan­da opo­wie się po jego stro­nie, jako asce­tycz­ne to­wa­rzy­sko, to nie jest to cała praw­da. Przy wszyst­kich trud­no­ściach, ja­kie przed­sta­wiał ar­ty­sta, z in­nych do­ku­men­tów wy­ni­ka, że co naj­mniej od roku 1880 po­ja­wi­ła się w jego ży­ciu nie­bez­piecz­na, ale i peł­na ak­tyw­no­ści ścież­ka pra­cow­nia­nej eg­zy­sten­cji, o któ­rej nie pi­sał ro­dzi­com. To o tej dro­dze wspo­mi­nał we wpro­wa­dze­niu i w za­koń­cze­niu Luź­nych kar­tek, miał tu do sie­bie wie­le pre­ten­sji, choć w pew­nym sen­sie uspra­wie­dli­wiał się też lo­so­wy­mi nie­po­wo­dze­nia­mi.

 

[...] grzesz­nym pa­nie jest, ale stwo­rzy­łeś mnie sła­bym i w trud­ny czas, więc szcze­li­ny mam i nad­pa­le­nia na du­szy mo­jej a wiek zwąt­pie­nia wy­ci­snął śla­dy na mnie.

Błą­dzi­łem za­wsze przez ser­ce i przez sła­bość cha­rak­te­ru i przez mi­zer­ność cia­ła mo­je­go, ale w grze­chu nig­dy nie ko­cha­łem się choć też nig­dy z nich się nie pod­nio­słem. Wy­stęp­ki były dla mnie ko­lą­cą ob­ro­żą szy­ji mo­jej, ale ob­ro­ży tej zdjąć nie mia­łem siły, choć mnie ra­ni­ła i krwa­wi­ła ser­ce. [...]

Więc po chwi­lo­wej udu­cho­wie­nia [u] isto­ty mo­jej na­sta­ła re­ak­cya roz­pa­czy i cia­ła zgu­bi­łem się.106

 

Nad ca­ło­ścią tych par­tii tek­stu, od­no­szą­cych się do sto­sun­ko­wo nie­od­le­głej prze­szło­ści au­to­ra, do­mi­nu­je po­czu­cie winy, prze­ko­na­nie o ko­niecz­no­ści ra­chun­ku su­mie­nia, o nie­zbęd­no­ści zdy­stan­so­wa­nia się od emo­cji to­wa­rzy­szą­cych mu do­tąd, o ko­niecz­no­ści po­wro­tu do dzie­cię­cej uf­no­ści w Opatrz­ność. Pi­sze tu wy­raź­nie o uczu­ciu do ko­bie­ty, nie­wy­mie­nio­nej ani z imie­nia, ani z na­zwi­ska, któ­ra mu się po­do­ba, przy­pusz­cza jed­nak, że się jesz­cze nie­raz za­ko­cha szcze­rze. W związ­ku z tym prze­wi­dy­wa­niem Mal­czew­ski od­sła­nia też za­mia­ry na przy­szłość, wy­ni­ka­ją­ce z do­świad­cze­nia za­wie­dzio­nej mi­ło­ści i zra­nie­nia dumy wła­snej oraz z przy­ję­cia do wia­do­mo­ści (choć bez en­tu­zja­zmu), że po­wszech­nie za istot­ne uzna­wa­ne są kwe­stie ma­te­rial­ne. Chce też w więk­szym stop­niu kon­tro­lo­wać swo­je uczu­cia, nie an­ga­żo­wać się bez resz­ty.

Le­czył się z tych ran i ide­ałów w kra­kow­skiej so­cje­cie. Naj­czę­ściej ba­da­cze wspo­mi­na­ją gro­no in­te­lek­tu­ali­stów, w któ­rym ob­ra­cał się Mal­czew­ski. To krąg sa­lo­nów kul­tu­ral­nych Kra­ko­wa: pań Ma­ła­chow­skich, Lu­dwi­ka Mi­cha­łow­skie­go, księ­dza Sie­mień­skie­go oraz Czar­to­ry­skich w ich Woli Ju­stow­skiej lub w ka­mie­ni­cy przy Sław­kow­skiej. Wa­lo­ry tych spo­tkań (poza czy­sto to­wa­rzy­ski­mi) były na pew­no duże, nie mó­wiąc już o skut­kach prak­tycz­nych w po­sta­ci za­mó­wień na por­tre­ty.107

W li­te­ra­tu­rze do­ty­czą­cej Mal­czew­skie­go nie­mal nie wzmian­ku­je się na­to­miast spo­tkań w jego pra­cow­ni, kie­dy miesz­kał u Lu­dwi­ka Mi­cha­łow­skie­go i księ­dza Jana Sie­mień­skie­go, a ma­lo­wał dłuż­szy czas przy uli­cy Lu­bicz 36 i krót­ko u Mar­ce­le­go Guy­skie­go. Kon­stan­ty M. Gór­ski (zwa­ny po­wszech­nie Ko­cio­gór­skim) i Ka­rol Po­tkań­ski na­le­że­li do tych, któ­rzy by­wa­li w nie­dzie­le u Lu­dwi­ka Mi­cha­łow­skie­go; rów­nie do­brze czu­li się tu w wy­so­kiej pró­by dys­ku­sjach o sztu­ce w to­wa­rzy­stwie Asny­ka, Klacz­ki czy pro­fe­so­rów uni­wer­sy­te­tu, jak i w skrom­nej, zim­nej nie­raz pra­cow­ni, gdzie po­dej­mo­wa­li rów­nież kwe­stie ar­ty­stycz­ne, ale w zde­cy­do­wa­nie lżej­szej kon­wen­cji. Gro­no zna­jo­mych pod­czas tych, naj­czę­ściej spon­ta­nicz­nych, spo­tkań by­wa­ło mie­sza­ne, po­ja­wia­ją się mo­del­ki (na Brac­kiej ko­bie­ty nie by­wa­ły, u Czar­to­ry­skich były rów­no­praw­ny­mi uczest­nicz­ka­mi dys­ku­sji, pre­zen­to­wa­ły praw­dzi­we ar­ty­stycz­ne ta­len­ty mu­zycz­ne). Przy uli­cy Lu­bicz by­wa­ją czę­sto: Ta­de­usz Za­le­ski, Lu­dwik Dę­bic­ki, Ar­tur Po­toc­ki, Zyg­munt Pa­pie­ski, Lu­do­mir Be­ne­dyk­to­wicz, Wło­dzi­mierz Tet­ma­jer, cza­sem tyl­ko An­to­ni Pio­trow­ski i Ka­zi­mierz Po­chwal­ski, a tak­że Mar­ce­li Czar­to­ry­ski. Za­no­to­wa­ne przez Gór­skie­go wąt­ki lek­kich roz­mów do­ty­czy­ły mo­de­lek, czę­sto po­zu­ją­cych w ko­lej­nych za­przy­jaź­nio­nych pra­cow­niach, fry­wol­ność wi­dać tu w sty­li­sty­ce za­pi­su, w te­ma­tach i nie­do­mó­wie­niach, za­zna­cza­nych wie­lo­krop­ka­mi i cią­gły­mi kre­ska­mi.

Co ta­kie­go się dzia­ło mię­dzy zimą 1878 a prze­ło­mem lat 1882 i 1883 za­pew­ne w tym gro­nie nie­co mniej zna­nych to­wa­rzy­szy Mal­czew­skie­go? Jaką tu pan­nę lub "oso­bę" (jak ją okre­śla ma­larz) miał na my­śli, nie wia­do­mo. Są­dzę, że wła­śnie owo "coś" za­nie­po­ko­iło bar­dzo tak­że ser­decz­ne­go, spraw­dzo­ne­go przy­ja­cie­la ar­ty­sty - Pio­tra Hu­bal-Do­brzań­skie­go, któ­ry pró­bo­wał in­ter­we­nio­wać. Na nie­zna­ny dziś, nie­wąt­pli­wie ostry list przy­ja­cie­la Mal­czew­ski od­pi­sał naj­praw­do­po­dob­niej na po­cząt­ku 1883 roku:

 

Dro­gi Pio­trze.

Uwa­gi Two­je za­wsze pły­ną z ser­ca, ale nie za­wsze są miłe i ju­ste a pro­pos. Cóż Ci wra­ca z daw­nych gde­rań na mnie.

I pi­szesz głup­stwa o ja­kichś sal­tim­bal­lach i ru­iach, dzi­wię się, jak mo­żesz ta­kie rze­czy na­wet przy­pusz­czać.

Je­że­li ze mnie nic wię­cej nie bę­dzie, to nie bę­dzie [wina] to mo­ich przy­ja­ciół, ani też, że u mnie jest to, co jest, nie jest ich za­słu­gą. Przy­jaźń jest rze­czą do­brą, ani nie po­ma­ga, ani nie do­da­je bodź­ca. Sa­me­go sie­bie za­wsze w so­bie szu­kać na­le­ży.

Panu Lu­dwi­ko­wi [Mi­cha­łow­skie­mu?] jak tyl­ko pie­nią­dze do­sta­niesz, to na­pisz i ode­ślij, a na­pi­sać było aż nad­to. Ści­skam Cię dro­gi Pio­trze i nie bierz mi za złe, że za szcze­rość szcze­ro­ścią pła­cę. [...]

Bar­dzo dużo na­ma­lo­wa­łem, tyl­ko mam skoń­czyć kil­ka rze­czy za­czę­tych. Bądź zdrów.

Adieu. Ja­cek108

 

Swo­bod­ny tryb pra­cow­nia­ne­go ży­cia za­nie­po­ko­ił na­wet Pio­tra Do­brzań­skie­go, a cóż do­pie­ro ojca ar­ty­sty. Jest to je­dy­ny uchwyt­ny na pod­sta­wie zna­nych ar­chi­wa­liów okres, kie­dy Mal­czew­ski żył po­dob­nie jak bo­he­ma. Je­śli uwzględ­nić kło­po­ty zdro­wot­ne ma­la­rza pod ko­niec 1880 roku, wzmian­kę o "roz­pa­czy cia­ła", moż­na przy­pusz­czać, że to naj­praw­do­po­dob­niej do tego cza­su od­no­szą się sło­wa nie­wąt­pli­wie do­brze po­in­for­mo­wa­ne­go Woj­cie­cha Kos­sa­ka, po la­tach wspo­mi­na­ją­ce­go mło­dość, kie­dy ten "fan­ta­sta ko­cha­ny" za­ra­ził się tą "strasz­ną cho­ro­bą" od ko­biet "tego ga­tun­ku".109

Mu­siał to być ja­kiś krót­ki czas za­po­mnie­nia, od­su­nię­cia na bok moc­no uwew­nętrz­nio­nych za­sad mo­ral­nych, być może stąd tak sil­ny ton re­ak­cji i dą­że­nia do no­we­go ładu, miej­sca­mi prze­bi­ja­ją­cy w Luź­nych kart­kach, na koń­cu jed­nak za­bar­wio­ny go­ry­czą do­świad­cze­nia ma­te­rial­no­ści świa­ta.

Nie­któ­rzy mło­dzi by­wal­cy spo­tkań w pra­cow­ni, jak Gór­ski i Po­tkań­ski, mimo że byli stu­den­ta­mi, dys­po­no­wa­li wów­czas wy­star­cza­ją­cym ka­pi­ta­łem i żyli na przy­zwo­itej sto­pie. Nie­któ­rzy - jak więk­szość wy­mie­nio­nych ma­la­rzy czy cięż­ko cho­ry Guy­ski - praw­dzi­wie bie­do­wa­li. Ja­cek Mal­czew­ski, przy nie­ustan­nych już kło­po­tach fi­nan­so­wych ojca, czę­stych po­życz­kach, nie­jed­no­krot­nym ko­rzy­sta­niu z dłu­giej go­ści­ny u Czar­to­ry­skich, nig­dy nie do­szedł prze­cież na­wet do gra­ni­cy praw­dzi­wej nę­dzy. Za­wsze miał w kimś opar­cie, a oj­ciec dłu­go go nie za­wiódł.

Roz­luź­nie­nie wię­zi mło­de­go ma­la­rza z do­mem było dla Ju­lia­na Mal­czew­skie­go bar­dzo bo­le­sne. Być może z per­spek­ty­wy Kra­ko­wa, do któ­re­go Ja­cek Mal­czew­ski wró­cił z ra­dom­skie­go ma­tecz­ni­ka w 1882 roku, ży­cie ro­dzi­ny bie­gło jesz­cze cią­gle utar­tym, da­ją­cym po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa try­bem. Kie­dy Ju­lian Mal­czew­ski po­czuł się osa­czo­ny, po­cząt­ko­wo dys­kret­nie wspo­mi­nał o trud­no­ściach fi­nan­so­wych w li­stach do syna, ale nie obu­dzi­ło to jego czuj­no­ści. Ju­lian Mal­czew­ski tym­cza­sem zu­peł­nie się za­ła­mał, de­pre­sja opa­no­wa­ła go cał­ko­wi­cie.110 Do­pie­ro li­sty do­no­szą­ce o szyb­kim po­gar­sza­niu się sta­nu zdro­wia ojca i jego przy­po­mnie­nia o nie­unik­nio­nym te­raz prze­ję­ciu od­po­wie­dzial­no­ści za ro­dzi­nę uświa­do­mi­ły ar­ty­ście ko­niecz­ność szyb­kiej po­mo­cy fi­nan­so­wej, co sta­rał się uczy­nić.

Wresz­cie sy­tu­acja sta­ła się tak zła, że Ju­lian Mal­czew­ski na­pi­sał sy­no­wi o szcze­gó­łach. Ten zaś 8 grud­nia 1883 roku za­le­cał prze­dłu­ża­nie for­mal­no­ści przy za­cią­ga­niu moc­no ob­cią­żo­nej pro­cen­ta­mi no­wej po­życz­ki w Ra­do­miu, bo sam zna­lazł inną moż­li­wość zdo­by­cia pie­nię­dzy na do­god­nych wa­run­kach. Z nie­zna­nych po­wo­dów pro­sił jed­nak, by przy­ja­cio­łom po­ma­ga­ją­cym ojcu w for­mal­no­ściach (na­wet Ka­ro­lo­wi Po­tkań­skie­mu) po­wie­dzieć o tym za­mia­rze do­pie­ro w osta­tecz­no­ści, kie­dy zde­cy­du­ją się już nie­odwo­łal­nie pod­pi­sać umo­wę ("wte­dy im to ob­wie­ścić mo­żesz"111). Oj­ciec tak naj­praw­do­po­dob­niej zro­bił, sta­wia­jąc na sza­li swo­je do­bre imię i wia­rę w sens po­świę­ce­nia dla syna, a ten zno­wu nie przy­je­chał do domu, na­wet na Wi­gi­lię. Ju­lian Mal­czew­ski na­pi­sał:

 

Jac­ku mój naj­mil­szy! coś ty z nami zro­bił? Obie­ca­łeś przy­je­chać... my cze­ka­my dnie i noce. Cie­bie nie­ma i nie­ma. Ja od so­bo­ty nocy jed­nej spać nie mogę, a od wi­gi­lij­nej wie­cze­rzy w nie­po­ko­jach i trwo­gach żyję. Jac­ku, ta­kich za­wo­dów nie go­dzi się do­pusz­czać wzglę­dem stę­sk­nio­nych, sta­rych ro­dzi­ców! Ty­sią­ce smut­nych przy­pusz­czeń ci­śnie nam się do gło­wy - Boże! oby one były uro­je­nia­mi. Na wszyst­ko pro­szę - daj znać za­raz, ale to za­raz, co się z Tobą dzie­je. O mój synu, mój Jac­ku - mnie się już w gło­wie mąci - jam tak pra­gnął i tak był już pe­wien Cie­bie spo­tkać!... Całe to­wa­rzy­stwo po­je­cha­ło do ko­ścio­ła - ja i mo­dlić się nie mogę, póki nie uko­isz trwóg mo­ich.112

 

Ju­lian Mal­czew­ski zmarł z po­wo­du wy­le­wu krwi do mó­zgu 5 stycz­nia 1884 roku w Gar­dzie­ni­cach, po­cho­wa­no go na cmen­ta­rzu w po­bli­skim Cie­pie­lo­wie. Zo­sta­ły po nim za­le­głe we­ksle i ra­chun­ki (sku­tek po­ży­czek i nie­tra­fio­nych in­we­sty­cji) - i to nie­ma­łe - któ­re prze­ra­zi­ły syna. Gro­zę sy­tu­acji ma­te­rial­nej, ska­lę sa­mot­no­ści i doj­mu­ją­ce po­czu­cie opusz­cze­nia, któ­re­go przed śmier­cią do­świad­czył Ju­lian Mal­czew­ski, uprzy­tom­nił sy­no­wi do­pie­ro wgląd w do­ku­men­ty po po­grze­bie. Ma­larz spła­cił dłu­gi mniej wię­cej w cią­gu dwu lat.

Śmierć ojca w na­tu­ral­ny spo­sób za­mknę­ła ten etap ży­cia ar­ty­sty, w któ­rym z oso­by chro­nio­nej, ma­ją­cej opar­cie w ro­dzi­cu sta­je się oso­bą od­po­wie­dzial­ną za in­nych. Ja­cek Mal­czew­ski wie­dział, że po­wi­nien za­jąć się po­zo­sta­ły­mi człon­ka­mi ro­dzi­ny. W tam­tych wa­run­kach ozna­cza­ło to utrzy­ma­nie mat­ki i nie­za­męż­nych sióstr.113

 

Nie za­cho­wał się ża­den kla­sycz­ny por­tret Ju­lia­na Mal­czew­skie­go pędz­la syna. Czy w ogó­le ist­niał, sko­ro Hey­del mu­siał za­do­wo­lić się je­dy­nie ry­sun­kiem (il. 1)? Jed­nak moż­na zna­leźć kil­ka ukry­tych wi­ze­run­ków ojca ar­ty­sty, je­den z nich wpi­sa­ny w sce­nę Na eta­pie, z 1883 roku114, w po­stać star­sze­go męż­czy­zny, pa­trzą­ce­go na za­ła­ma­ne­go mło­dzień­ca sie­dzą­ce­go na krze­śle. Ob­raz ten, zgod­nie z ty­tu­łem, włą­cza­ny był w ko­lej­nych eks­po­zy­cjach w ciąg ze­sta­wień pa­trio­tycz­nych - i związ­ku z tym nur­tem nie moż­na kwe­stio­no­wać. Jed­nak jest w nim coś nie­po­ko­ją­co róż­ne­go od in­nych tego typu wi­ze­run­ków Mal­czew­skie­go. Przede wszyst­kim zwra­ca uwa­gę nie­wiel­ki­mi roz­mia­ra­mi, nie­cią­gło­ścią zi­mo­wej prze­strze­ni z bez­sen­sow­nie (je­śli trzy­mać się re­ali­zmu zda­rzeń) otwar­ty­mi drzwia­mi, pil­no­wa­ny­mi przez ro­syj­skie­go żoł­nie­rza, i ja­kimś nie­do­pa­so­wa­niem pierw­szo­pla­no­wej gru­py trzech męż­czyzn do po­zo­sta­łych aresz­tan­tów, usze­re­go­wa­nych pod ścia­ną. O ich od­ręb­no­ści sta­no­wi moc­ny ak­cent ko­lo­ry­stycz­ny, opar­ty na ciem­nych brą­zach, któ­ry­mi ar­ty­sta opi­sał ich sta­ran­niej­sze, cie­plej­sze niż u po­zo­sta­łych więź­niów ubra­nia oraz wy­so­kie buty do kon­nej jaz­dy. Prze­strzen­nie wpi­sa­ni są w sys­tem trój­ką­tów, mię­dzy in­ny­mi wy­zna­cza­ny przez ukła­dy stóp i nóg po­sta­ci w cen­trum, oraz ramy opar­cia spe­cy­ficz­nie usta­wio­ne­go krze­sła. Oso­bli­wość tego ostat­nie­go re­kwi­zy­tu w sali wię­zien­ne­go eta­pu była przed­mio­tem roz­wa­żań Woj­cie­cha Su­choc­kie­go, któ­ry pod­kre­ślił jego nie­do­pa­so­wa­nie do cha­rak­te­ru wnę­trza i to, że zwra­ca uwa­gę spo­so­bem usta­wie­nia.115 Ba­dacz za­zna­czył też za­sta­na­wia­ją­cą nie­po­rad­ność ma­lar­ską w pro­por­cji łań­cu­cha i oko­wów na no­dze sie­dzą­ce­go naj­bli­żej wi­dza mło­dzień­ca.

Do­dać tu moż­na kil­ka uwag, któ­re owe dość za­ska­ku­ją­ce ze­sta­wie­nia wy­ja­śnią. Za­czy­na­jąc od kwe­stii kom­po­zy­cyj­nych, na­le­ży za­zna­czyć, że spe­cy­ficz­ne usta­wie­nie krze­sła (lub in­ne­go me­bla z po­dob­nie pre­zen­to­wa­nym na­roż­ni­kiem) zro­bi­ło szcze­gól­ną ka­rie­rę w ob­ra­zach przed­sta­wia­ją­cych sce­ny we wnę­trzu w ma­lar­stwie fran­cu­skim ostat­niej ćwier­ci XIX wie­ku.116 Mal­czew­ski po­lu­bił tę for­mę or­ga­ni­za­cji prze­strze­ni szcze­gól­nie w por­tre­tach, gdzie krze­sło (da­ją­ce w skró­cie rzu­tu pio­no­we­go kształt bli­ski rom­bu) po­zwa­la ze­spo­lić warsz­ta­to­wą geo­me­trię ob­ra­zu z ukła­dem przed­mio­tów w bu­do­wa­nej prze­strze­ni, cza­sem w spo­sób bar­dzo in­te­re­su­ją­cy (na przy­kład przez wpro­wa­dze­nie mięk­ko gię­te­go tho­ne­ta). W oma­wia­nym ob­ra­zie mamy do czy­nie­nia z au­to­por­tre­tem, choć nie tyle fi­zycz­nym, ile emo­cjo­nal­nym. Sto­ją­cy nad skry­wa­ją­cym twarz w ge­ście roz­pa­czy mło­dzień­cem star­szy męż­czy­zna, o ry­sach Ju­lia­na Mal­czew­skie­go, pa­trzy po­nad jego gło­wą, nie­co w bok, za­sę­pio­nym wzro­kiem. Chło­pak zaś ma na so­bie wspo­mnia­ne wy­so­kie buty, zna­czą­cy ele­ment cy­to­wa­nej au­to­cha­rak­te­ry­sty­ki ma­la­rza w li­stach do ojca, po­ja­wia­ją­cy się też w opi­sach wy­sy­ła­nych do Ra­do­mia przez za­tro­ska­ne­go sta­nem du­cha przy­ja­cie­la, Pio­tra Do­brzań­skie­go, i w no­tat­ce Kon­stan­te­go M. Gór­skie­go. Ku­pił je je­sie­nią 1881 roku wraz z szu­bą, aby ochro­nić się przed ko­lej­ną zimą w nie­ogrze­wa­nej pra­cow­ni. Ten dziw­ny na kra­kow­skim ryn­ku strój (przy­najm­niej dla in­te­li­gen­ta przed cza­sa­mi chło­po­ma­nii, co za­uwa­żył Hu­bal) był swo­istą ma­ni­fe­sta­cją bo­jo­we­go du­cha po­cząt­ku­ją­ce­go ar­ty­sty. Rok 1883 to już inny okres - przed­tem był czas rej­te­ra­dy ra­dom­skiej i na­ra­sta­ją­ce z li­stu na list mię­dzy oj­cem a sy­nem obu­stron­ne po­czu­cie bra­ku po­ro­zu­mie­nia w kwe­stiach sztu­ki. Oj­ciec nie­za­do­wo­lo­ny z po­stę­pów syna, nie prze­ko­nał go do typu ma­lar­stwa hi­sto­rycz­ne­go, ja­kie sam ce­nił, i zwąt­pił w sens swe­go po­świę­ce­nia dla "je­dy­na­ka". Zry­wa­ły się ich głę­bo­kie wię­zi. Zwa­żyw­szy na do dziś ist­nie­ją­cą ogrom­ną licz­bę wcze­śniej­szych li­stów świad­czą­cych o głę­bo­kiej du­cho­wej jed­no­ści i bez­gra­nicz­nym wza­jem­nym za­ufa­niu, mu­sia­ło to być dla nich obu bo­le­sne. Ja­cek Mal­czew­ski zda­wał so­bie już spra­wę z nie­uchron­no­ści róż­nic i nie­moż­no­ści wza­jem­ne­go ich zro­zu­mie­nia czy też apro­ba­ty ze stro­ny ojca. Nie wia­do­mo, czy na­ma­lo­wa­ny mło­dzie­niec za­wi­nił, czy i ja­kie sta­rzec (oj­ciec?) ma pra­wo kar­cić go pre­ten­sja­mi i czy czy­ni to słusz­nie? Zna­kiem ży­cio­wych ko­niecz­no­ści i cier­pień ar­ty­sty jest, poza ge­stem, ów nie­funk­cjo­nal­ny, re­ali­stycz­nie rzecz bio­rąc, łań­cuch, któ­ry tra­ci odro­bi­nę ze swej nie­na­tu­ral­no­ści (a może ma­lar­skiej nie­po­rad­no­ści), je­śli weź­mie się pod uwa­gę te­atral­ność pu­deł­ko­wej sce­ny, sta­no­wią­cej ramę uję­cia.

Ja­kaś część tre­ści tego ob­ra­zu mówi o ów­cze­snej sy­tu­acji ar­ty­sty.

Ojciec i "jedynak"

Dom ro­dzin­ny Jac­ka Mal­czew­skie­go, w któ­rym przy­szedł na świat 15 lip­ca 1854 roku, i dom, w któ­rym on sam był oj­cem, to dwa pod żad­nym wzglę­dem nie­po­dob­ne do sie­bie świa­ty. Bo­wiem ani ar­ty­sta nie był oj­cem nie­zwy­kle dba­ją­cym o wszech­stron­ny roz­wój syna po­dob­nym do Ju­lia­na Mal­czew­skie­go, ani też at­mos­fe­ra i rytm ży­cia Jac­ków Mal­czew­skich w ni­czym nie przy­po­mi­na­ły ra­dom­skiej, przez lata ta­kiej sa­mej, co­dzien­no­ści, cie­pła i wie­czor­nych za­baw, tań­ców z przy­ja­ciół­mi. Szer­sza wspól­no­ta ro­dzin­na, jak­kol­wiek ist­nia­ła, była jed­nak roz­sąd­nie ogra­ni­czo­na. W Ra­do­miu wszyst­kim kie­ro­wał Ju­lian Mal­czew­ski.

Przy­czy­ny od­mien­nej sy­tu­acji w kra­kow­skim domu ar­ty­sty tkwi­ły za­rów­no w jego oso­bo­wo­ści (może na­wet przede wszyst­kim), jak i w oko­licz­no­ściach ze­wnętrz­nych, w róż­nych po­trze­bach i zwy­cza­jach mał­żon­ki i jej ro­dzi­ny. Ar­ty­sta na pew­no zda­wał so­bie spra­wę z tego, że zaj­mu­je tu inną po­zy­cję niż daw­niej jego oj­ciec i że nie jest dla żony w naj­mniej­szym stop­niu ta­kim au­to­ry­te­tem jak Ju­lian Mal­czew­ski dla jego mat­ki. Od­czu­wał to bo­le­śnie jako "nie­do­ro­śnię­cie" do roli opie­ku­na ro­dzi­ny, ro­zu­mia­nej tra­dy­cyj­nie, a więc tak­że jako opie­ku­na mat­ki i sio­stry Bro­ni­sła­wy po śmier­ci ojca. Ar­ty­sta po­wie­rzył żo­nie, czy może ra­czej sce­do­wał na nią nie­mal cał­ko­wi­cie wy­cho­wa­nie Ju­lii i Ra­fa­ła. Na­pa­wa­ło go to, wo­bec jej su­ro­wo­ści i lek­ce­wa­że­nia od­mien­no­ści cha­rak­te­rów i za­in­te­re­so­wań dzie­ci (szcze­gól­nie w sto­sun­ku do cór­ki), wie­lo­ma oba­wa­mi, jak się osta­tecz­nie oka­za­ło - słusz­ny­mi.

Naj­waż­niej­szą po­sta­cią w dzie­ciń­stwie, mło­do­ści, aż po pierw­sze pró­by sa­mo­dziel­no­ści Jac­ka Mal­czew­skie­go był jego oj­ciec. Ge­ne­ral­ny se­kre­tarz To­wa­rzy­stwa Kre­dy­to­we­go Ziem­skie­go w gu­ber­ni ra­dom­skiej nie odzie­dzi­czył żad­nych dóbr, bo na­le­żał do dru­gie­go już po­ko­le­nia w tej ro­dzi­nie, któ­re mimo szla­chec­kich ko­rze­ni nie miesz­ka­ło we wła­snym ma­jąt­ku.38 Za­wo­do­wo na pew­no in­te­re­so­wał się eko­no­mią, choć nie wia­do­mo, czy miał w tym kie­run­ku wy­kształ­ce­nie. Był oso­bą o bar­dzo sze­ro­kich ho­ry­zon­tach i wraż­li­wo­ści hu­ma­ni­stycz­nej, co wy­ni­ka z lek­tu­ry za­cho­wa­nej ko­re­spon­den­cji i co do­bit­nie pod­kre­ślił Adam Hey­del.39

Ju­lian Mal­czew­ski to nie­wąt­pli­wie po­stać nie­tu­zin­ko­wa nie tyl­ko na ska­lę ów­cze­sne­go, pro­win­cjo­nal­ne­go Ra­do­mia. Dość za­sob­na bi­blio­te­ka do­mo­wa, pre­nu­me­ra­ta "Re­vue des deux mon­des" (na spół­kę z ciot­ką Świ­dziń­ską) za­pew­nia­ły mu naj­śwież­sze in­for­ma­cje. Do gro­na jego zna­jo­mych i ko­re­spon­den­tów na­le­że­li oczy­wi­ście świa­tli ra­do­mia­nie, ale też Jó­zef Brandt z po­bli­skie­go Oroń­ska czy Wa­le­ria Mar­re­né Morz­kow­ska, pi­sar­ka, pu­bli­cyst­ka - ucho­dzą­ca za rzad­ki wów­czas typ ko­bie­ty grun­tow­nie i wszech­stron­nie wy­kształ­co­nej.40 Spo­śród osób mniej zna­nych waż­ną in­te­lek­tu­al­nie dla obu Mal­czew­skich, za­rów­no dla Ju­lia­na, jak i dla Jac­ka, po­sta­cią była Bona ze Świ­dziń­skich Kar­czew­ska, cio­tecz­na bab­ka ar­ty­sty. Ko­re­spon­do­wa­ła z Ju­lia­nem przez wie­le lat, po­ru­sza­jąc nie tyl­ko kwe­stie ro­dzin­ne, pi­sy­wa­li i roz­ma­wia­li tak­że wie­le o li­te­ra­tu­rze. To ona była ini­cja­tor­ką kształ­ce­nia Jac­ka ra­zem z ku­zy­na­mi w Wiel­giem i po­no­si­ła część kosz­tów tego przed­się­wzię­cia. Z Jac­kiem mu­sia­ła pro­wa­dzić dłu­gie i po­waż­ne roz­mo­wy o sztu­ce, chy­ba tak­że pod­czas przy­jaz­dów wa­ka­cyj­nych już z Kra­ko­wa, o czym świad­czy, nie­ste­ty, je­den tyl­ko za­cho­wa­ny, ale za to nie­zwy­kle in­te­re­su­ją­cy, wie­lo­stro­ni­co­wy list pod­opiecz­ne­go, wy­sła­ny do niej z Ita­lii.41 Z kon­tek­stu wy­ni­ka, że jesz­cze przed wy­jaz­dem na sta­łe do Kra­ko­wa, a więc w gim­na­zjum, Ja­cek Mal­czew­ski był w sta­nie pod­jąć z ciot­ką roz­mo­wę o tym, jaki styl w sztu­ce po­do­ba mu się naj­bar­dziej, oraz wska­zy­wać róż­ni­ce, ja­kie dzie­lą ich upodo­ba­nia. Mu­siał mieć wgląd w ilu­stra­cje dzieł sztu­ki i od­po­wied­ni ko­men­tarz, sko­ro kon­fron­ta­cja z za­byt­ka­mi We­ne­cji po­twier­dzi­ła wcze­śniej ukształ­to­wa­ne po­glą­dy. Je­dy­ną oso­bą, któ­ra mo­gła wy­po­sa­żyć przy­szłe­go ma­la­rza w taką wie­dzę, był jego oj­ciec, któ­ry "[...] po­tra­fił go­dzi­na­mi opo­wia­dać o wło­skich za­byt­kach"42.

 

Ju­lian Mal­czew­ski nie był apo­dyk­tycz­nym we­dług ów­cze­snej mia­ry oj­cem, zgod­nie z XIX-wiecz­nym wzor­cem ro­dzi­ny pa­triar­chal­nej; da­jąc, wpraw­dzie skrom­ną, pod­sta­wę eko­no­micz­ną, nad wy­raz moc­no dbał o kształ­to­wa­nie cha­rak­te­ru i in­te­lek­tu dzie­ci (tak­że dziew­czy­nek, cze­go do­wo­dzi ko­re­spon­den­cja). Wła­ści­wie moż­na po­wie­dzieć, że wcho­dził nie­co w tę część kom­pe­ten­cji pe­da­go­gicz­nych, któ­ra była wów­czas tra­dy­cyj­nie za­re­zer­wo­wa­na dla ko­biet, bo ob­ser­wo­wał z uwa­gą roz­wój dzie­ci od naj­młod­szych lat. Jak wia­do­mo z li­stów ojca i syna cy­to­wa­nych przez Hey­dla, to on za­szcze­pił Jac­ko­wi mi­łość do po­ezji Sło­wac­kie­go. Sta­ran­nie do­bie­rał mu lek­tu­ry pol­skie i obce, dbał o na­ukę fran­cu­skie­go, an­giel­skie­go i ła­ci­ny, nie za­nie­dby­wał też przed­mio­tów ści­słych. To­wa­rzy­szy­ło temu, opar­te na lek­tu­rze Bi­blii i we­wnętrz­nej pra­cy nad sobą, po­głę­bia­nie wia­ry, w czym po­ma­ga­ły ma­la­rzo­wi kon­tak­ty z ciot­ką Wan­dą Mal­czew­ską (dziś kan­dy­dat­ką na oł­ta­rze) i nie­co de­wo­cyj­na po­boż­ność mat­ki.

Ko­re­spon­den­cja ro­dzi­ców ar­ty­sty uka­zu­je tro­skę ojca nie tyl­ko o edu­ka­cję i przy­szłość ma­te­rial­ną syna, ale rów­nież o jego zdol­no­ści i du­cho­wość. Li­sty Ju­lia­na do żony są świa­dec­twem po­czu­cia wiel­kiej od­po­wie­dzial­no­ści za wy­bo­ry do­ko­ny­wa­ne w imię do­bra dzie­ci, tro­ski o przy­szłe efek­ty po­dej­mo­wa­nych de­cy­zji, o to, by nie wy­wie­rać nie­po­trzeb­nej pre­sji i po­zwo­lić na peł­ny roz­wój ta­len­tów, ale też zdra­dza­ją oba­wy, czy wska­zy­wa­ne szla­chet­ne ide­ały nie przy­nio­są im w ży­ciu cier­pie­nia. W tym nie­zwy­kłym sta­ra­niu o ukształ­to­wa­nie chłop­ca jest jed­nak coś nie­po­ko­ją­ce­go, coś na gra­ni­cy chę­ci cał­ko­wi­te­go pa­no­wa­nia, okre­śle­nia jak naj­lep­sze­go kie­run­ku dla każ­de­go, z góry prze­wi­dy­wa­ne­go drgnie­nia uczuć czy roz­wo­ju my­śli przy­szłe­go ar­ty­sty. Na­wet je­śli ta­kiej chę­ci ogar­nię­cia ca­łej oso­bo­wo­ści dziec­ka przy­świe­ca je­dy­nie mi­łość i pra­gnie­nie jego ochro­ny przed wszel­ki­mi po­ku­sa­mi i cier­pie­niem, musi ona bu­dzić pew­ne oba­wy.

Pierw­szą przy­czy­ną mo­gą­cą spo­wo­do­wać ową tro­skli­wość, zwłasz­cza, ale prze­cież nie tyl­ko ojca, lecz tak­że mat­ki i sióstr, były nie­zwy­kle cięż­kie pró­by, ja­kie pań­stwo Mal­czew­scy prze­ży­li w związ­ku ze śmier­cią dwóch sy­nów, a nie jed­ne­go jak do nie­daw­na są­dzo­no.43 W ten spo­sób Ja­cek Mal­czew­ski stał się je­dy­nym mę­skim po­tom­kiem i mimo że nie był prze­cież je­dy­nym dziec­kiem, za­wsze bę­dzie w roz­mo­wach i li­stach ro­dzi­ców i sióstr na­zy­wa­ny "je­dy­na­kiem". Oto­czo­ny szcze­gól­ną tro­ską - o zdro­wie, o wy­kształ­ce­nie, o wy­bór za­wo­du zgod­ny z jego za­mi­ło­wa­niem - wi­dząc pod­po­rząd­ko­wa­nie wszel­kich do­mo­wych po­trzeb wła­snej edu­ka­cji, co po­tra­fił do­ce­nić, czuł się też wy­jąt­ko­wo od­po­wie­dzial­ny za po­wo­dze­nie owych sta­rań. Przyj­mu­jąc wiel­kie od­da­nie i mi­łość ro­dzi­ców, jak mógł, speł­niał ich am­bit­ne ocze­ki­wa­nia. Z jed­nej stro­ny cią­gle oba­wiał się, czy po­do­ła, czy nie za­wie­dzie, czy dość się sta­ra, z dru­giej zaś - cią­gle chwa­lo­ny, mu­siał się czuć bez­piecz­nie, wciąż sku­piał na so­bie uwa­gę, dłu­go re­ali­zo­wał wszyst­kie po­kła­da­ne w nim na­dzie­je, cel dro­gi wy­da­wał się iden­tycz­ny. Do­pie­ro w kil­ka lat po ukoń­cze­niu aka­de­mii oka­za­ło się, że wspól­no­ta szla­chet­nych dą­żeń może pro­wa­dzić do bar­dzo róż­nej ich re­ali­za­cji, a uświa­da­mia­nie so­bie tego było, dla obu stron, dłu­gim i bo­le­snym pro­ce­sem.

 

Te wiel­kie am­bi­cje wo­bec "je­dy­na­ka" prze­ja­wia­ły się w cza­sach gim­na­zjum i na po­cząt­ku stu­diów mię­dzy in­ny­mi cią­głym ukła­da­niem mu przez ojca pla­nów wi­zyt u kra­kow­skich zna­ko­mi­to­ści - na­uko­wych i ary­sto­kra­tycz­nych. Cza­sem pre­tek­stem mia­ła być ko­re­spon­den­cja od ojca, a cza­sem kla­sycz­ne li­sty po­le­ca­ją­ce do ob­cych osób. Stwier­dze­nie, że nie­zna­ny sze­rzej, skrom­nie ży­ją­cy, nie by­wa­ły w świe­cie ra­do­mia­nin miał tak zwa­ne do­bre na­zwi­sko i dla­te­go był przyj­mo­wa­ny, nie wy­da­wa­ło mi się wy­star­cza­ją­ce. Po­dob­ną za­gad­ką, nie­roz­wią­za­ną przez Hey­dla, była świet­na orien­ta­cja Ju­lia­na Mal­czew­skie­go w za­byt­kach Ita­lii - jak­by wie­le miejsc wi­dział na wła­sne oczy.

Obie nie­wia­do­me wy­ja­śnia zno­wu ko­re­spon­den­cja Ju­lia­na i Ma­rii Mal­czew­skich (da­to­wa­na od po­cząt­ku li­sto­pa­da 1858 roku do koń­ca lu­te­go 1859 roku).

Ju­lian Mal­czew­ski 20 li­sto­pa­da 1858 roku, opie­ku­jąc się cho­rym krew­nym, Lu­cja­nem, któ­re­go na­zwi­ska nie usta­li­łam, roz­po­czął kil­ku­mie­sięcz­ną wy­pra­wę na koszt pod­opiecz­ne­go.44 Po­dró­żo­wa­li do Włoch przez Wie­deń i Triest, a na­stęp­nie po pierw­szej w ich ży­ciu "za­chwy­ca­ją­cej mor­skiej po­dró­ży" sta­nę­li w We­ne­cji. Tu stan Lu­cja­na po­gor­szył się i dwa i pół mie­sią­ca póź­niej cho­ry zmarł. Za­nim to na­stą­pi­ło, Ju­lian Mal­czew­ski dzie­lił czas mię­dzy czu­wa­nie przy nim a sys­te­ma­tycz­ne zwie­dza­nie mia­sta. Cho­dził do we­nec­kich ga­le­rii ma­lar­stwa, ro­bił za­pi­ski, opa­trzo­ne nie­jed­no­krot­nie ry­sun­ka­mi, szli­fo­wał zna­jo­mość ję­zy­ka. Po­cho­waw­szy krew­ne­go, ru­szył do Rzy­mu, bo tam do­pie­ro mógł ode­brać ban­ko­we cze­ki po­dróż­ne, umoż­li­wia­ją­ce po­wrót do Ra­do­mia. Po­dró­żo­wał przez Li­vor­no i Pizę (gdzie ogrom­ne wra­że­nie zro­bi­ło na nim Cam­po San­to). 6 lu­te­go 1859 roku za­chwy­co­ny do­no­sił z Rzy­mu: "[...] z py­łem hi­sto­rii pod no­ga­mi, zwie­dzam na­mięt­nie"45. Rzym prze­wyż­szył wszyst­ko, co do­tąd wi­dział, więc zda­wał żo­nie re­la­cje. O ile to­wa­rzy­stwo pol­skie w We­ne­cji po­cząt­ko­wo okre­ślał jako nie­cie­ka­we (do­pie­ro pod ko­niec po­by­tu po­znał hra­biów Ko­mo­row­skie­go, Ko­ry­tow­skie­go, Ło­sia, Umiń­skie­go, "Ga­li­cjan­kę Sie­mień­ską", hra­bi­nę Ja­bło­now­ską z Ba­wo­row­skich, "i in­nych kil­ku hra­biów i ba­ro­nów"), to Rzym pod wzglę­dem wi­zyt i kon­tak­tów z Po­la­ka­mi go za­uro­czył. Do pol­skich do­mów ary­sto­kra­tycz­nych wpro­wa­dził go stryj żony, ge­ne­rał Jó­zef Kor­win-Szy­ma­now­ski, oso­bi­sty gwar­dzi­sta pa­pie­ski (je­dy­ny nie-Szwaj­car), zna­ją­cy wszyst­kie per­so­ny w Wa­ty­ka­nie, po­stać nie­zwy­kle barw­na i in­try­gu­ją­ca na­wet wy­glą­dem: wiel­ką po­stu­rą, dłu­go nie­strzy­żo­ną bro­dą. O wy­so­kiej po­zy­cji tego krew­ne­go żony świad­czy też to, że Mal­czew­ski dwu­krot­nie był dzię­ki nie­mu na au­dien­cji u pa­pie­ża Piu­sa IX.46 Po­znał tak­że księ­ży Kaj­sie­wi­cza i Se­me­nen­kę (pierw­szy na­wet go od­wie­dził), Teo­fi­la Le­nar­to­wi­cza i To­ma­sza "So­snow­skie­go rzeź­bia­rza (au­to­ra słyn­ne­go Chry­stu­sa w War­sza­wie u Kar­me­li­tów)". W bez­po­śred­nim kon­tak­cie in­te­li­gen­cja i ogła­da Ju­lia­na Mal­czew­skie­go nie­wąt­pli­wie wy­star­cza­ła za hra­biow­skie ty­tu­ły. Po­byt w Rzy­mie oka­zał się tak atrak­cyj­ny, że dwu­krot­nie pro­si on żonę, by mógł go prze­dłu­żyć; po czte­rech mie­sią­cach wró­cił via Ge­nua, z prze­sył­ka­mi dla róż­nych krew­nych po­zna­nych za gra­ni­cą ary­sto­kra­tów. Być może za­dzierz­gnię­te w Ita­lii zna­jo­mo­ści roz­bu­dzi­ły póź­niej ape­tyt na ary­sto­kra­tycz­ne kon­tak­ty dla syna, a z pew­no­ścią wła­śnie dla­te­go bi­let wi­zy­to­wy Ju­lia­na Mal­czew­skie­go otwie­rał Jac­ko­wi wie­le drzwi. Oj­ciec był bar­dzo nie­za­do­wo­lo­ny z jego nie­chę­ci do by­wa­nia we wska­zy­wa­nych do­mach. Przy­szły ma­larz jed­nak te wi­zy­ty prę­dzej czy póź­niej od­by­wał, cza­sem za­pew­ne, jak w wy­pad­ku domu pań­stwa Po­pie­lów, wpro­wa­dza­ny przez Dy­ga­siń­skie­go. Hey­del nie­wąt­pli­wie ma ra­cję, pi­sząc, że żą­da­nia i aspi­ra­cje to­wa­rzy­skie Ju­lia­na Mal­czew­skie­go były nie­co na wy­rost, ale oj­ciec uwa­żał, że oprócz wie­dzy i wy­kształ­ce­nia ar­ty­stycz­ne­go ma­la­rzo­wi po­trzeb­ne są tak­że do­bre sto­sun­ki z wy­so­ko po­sta­wio­ny­mi oso­bi­sto­ścia­mi. We­dług Hey­dla Mal­czew­ski pi­sy­wał do nie­zna­nych so­bie osób li­sty, któ­re mo­gły mieć cha­rak­ter "dziś uwa­ża­ny za dwo­rac­ki"47.

Owo­cem tej je­dy­nej dłuż­szej za­gra­nicz­nej po­dró­ży Ju­lia­na Mal­czew­skie­go były jed­nak nie tyl­ko zna­jo­mo­ści, lecz tak­że wie­le przy­wie­zio­nych do domu tek gra­ficz­nych ilu­stra­cji, przed­sta­wia­ją­cych ma­lar­stwo i ar­chi­tek­tu­rę, któ­re po­ja­wia­ją się jako punk­ty od­nie­sie­nia w li­stach mię­dzy ro­dzeń­stwem, przy opi­sach dzieł sztu­ki i zwy­kłych przed­mio­tów. Za­pew­ne Ja­cek nie­raz oglą­dał je wspól­nie z sio­stra­mi, słu­cha­jąc ko­men­ta­rzy ojca, co zo­sta­wi­ło nie­za­tar­ty ślad w pa­mię­ci, wy­obraź­ni i wy­zna­czy­ło pierw­szy ho­ry­zont ar­ty­stycz­nych po­rów­nań przy­szłe­go ma­la­rza, cze­go nie spo­sób prze­ce­nić. So­lid­na wie­dza Ju­lia­na Mal­czew­skie­go na te­mat ma­lar­stwa no­wo­żyt­ne­go po­zwa­la­ła mu tak­że na póź­niej­sze dys­ku­sje ar­ty­stycz­ne z sy­nem.

Ju­lian Mal­czew­ski chciał kie­ro­wać wy­kształ­ce­niem je­dy­ne­go syna w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, sta­wiał bar­dzo wy­so­ko po­przecz­kę - ale tak, żeby nie zgnieść jego in­dy­wi­du­al­no­ści. Taką szan­sę da­wa­ło mu wy­sła­nie syna do Wiel­gie­go, gdzie ten miał się uczyć po okiem pry­wat­ne­go gu­wer­ne­ra i po pol­sku, za­miast w zru­sy­fi­ko­wa­nym gim­na­zjum pu­blicz­nym w mie­ście. Roz­wa­ża­jąc tę kwe­stię w sierp­niu 1866 roku, pi­sał do naj­star­szej cór­ki Bro­ni­sła­wy:

 

[...] Ja­cek bar­dzo cię ko­cha i czę­sto wspo­mi­na, do­bra chłop­czy­na, ale jesz­cze dzie­ciak strasz­ny i dziw­nie draż­li­wej na­tu­ry. Jak go edu­ko­wać da­lej? to naj­waż­niej­sze za­ję­cie mej my­śli. Może mnie Bóg jesz­cze na­tchnie ja­koś do­brze przed wa­ka­cy­ami.

 

I pra­wie rok póź­niej, w czerw­cu 1867 roku:

 

[...] Z jed­ne­go może naj­do­tkliw­sze­go udrę­cze­nia mu­szę ci się zwie­rzyć moje dziec­ko! Z Jac­kiem co da­lej po­cznę? oto myśl co mi sy­piać nie daje. Chłop­czy­na to nie­po­spo­li­tych zdol­no­ści i ta­len­tów i na­de­szła chwi­la żeby go ko­niecz­nie trze­ba już od­dać w do­bre ręce, do­mo­wa edu­ka­cya nie wy­star­cza albo mnie nie stać na nią, do szkół tu­tej­szych mam wstręt nie­zwy­cię­żo­ny i bie­dzę się i nic wy­my­ślić nie mogę. Mam prze­czu­cie że szko­ły zwich­ną mi go, że ucze­niem na nic nie przy­dat­nych rze­czy albo znie­chę­cą do na­uki, albo przy­tę­pią zdol­no­ści, je­śli będę zmu­szo­ny tu go od­dać, to mi tak bę­dzie bo­le­śnie jak­bym go w po­ło­wie utra­cił, a jed­nak ja bym go­tów roz­łą­czyć się z nim na dłu­go na­wet, go­tów­bym naj­więk­sze po­nieść ofia­ry, by tyl­ko moż­na go gdzieś umie­ścić po mo­jej my­śli i dać mu spo­sob­ność ukształ­ce­nia się na czło­wie­ka i roz­wi­nię­cia w nim hoj­nych da­rów Bo­żych.48

 

Aby móc się uczyć, przy­szły ar­ty­sta mu­siał wy­je­chać do nie­od­le­głej wpraw­dzie wsi, do zna­nych miejsc i życz­li­wych osób, ale dla dziec­ka, bar­dzo zwią­za­ne­go emo­cjo­nal­nie z ro­dzi­ną, mu­sia­ło to być cięż­kie prze­ży­cie. Tym bar­dziej że - jak moż­na są­dzić z li­stów Ju­lia­na Mal­czew­skie­go i Bony Kar­czew­skiej, a tak­że z póź­niej­szych wspo­mnień sa­me­go ucznia - wszy­scy wie­dzie­li, iż po­wo­dem tej de­cy­zji był nie­do­sta­tek ma­te­rial­ny. Pa­mięć o tym dźwię­czy w na­pi­sa­nych po la­tach Luź­nych kart­kach. Adam Hey­del wy­ko­rzy­stał je tak, by po­ka­zać sie­lan­kę dzie­ciń­stwa, tu przy­po­mnę za­nie­cha­ne przez mo­no­gra­fi­stę aspek­ty za­pi­sków. W opusz­czo­nym przez Hey­dla frag­men­cie Mal­czew­ski pi­sał:

 

Je­dy­nak za­tem psu­ty może w domu, od lat 12 [14 - skr.] tu by­łem już poza do­mem, aby do nie­go nie za­jeż­dżać jak tyl­ko w go­ści­nę. Psuć nic mnie za­tem nie mo­gło już wię­cej od lat 12 i dzię­ku­ję Bogu że się tak sta­ło. Świat bo­wiem naj­le­piej uczy i od­ucza.49

 

Przede wszyst­kim w Wiel­giem zo­ba­czył, że re­la­cje mię­dzy do­ro­sły­mi i dzieć­mi w domu nie mu­szą być tak bli­skie i peł­ne wy­ro­zu­mia­ło­ści jak w Ra­do­miu. Ja­cek do­ce­nił tam po­czu­cie wię­zi i cie­pła w ro­dzi­nie Ju­lia­na i Ma­rii Mal­czew­skich, gdzie dzie­ci mia­ły nie­ogra­ni­czo­ny do­stęp do ro­dzi­ców. W sto­sun­ko­wo nie­wiel­kich, kil­ka­krot­nie zmie­nia­nych, ra­dom­skich miesz­ka­niach pań­stwa Mal­czew­skich czę­sto or­ga­ni­zo­wa­no ze zna­jo­my­mi te­atrzy­ki, roz­ma­ite gry do­mo­we, a i "wie­czor­ki tań­cu­ją­ce", nie tyl­ko przy oka­zji kar­na­wa­łu. Udział dzie­ci, a po­tem mło­dzie­ży, w tych spo­tka­niach był oczy­wi­sty, a Ja­cek na­pi­sał na­wet drob­ną scen­kę moż­li­wą do wy­sta­wie­nia w sa­lo­nie: Stryj przy­je­chał.50 U krew­nych na wsi pa­no­wa­ły inne, nie­co chłod­niej­sze, zde­cy­do­wa­nie hie­rar­chicz­ne re­la­cje, na co nie­wąt­pli­wie wpływ mia­ła śmierć mat­ki ku­zy­no­stwa. Wspól­ny był obiad, po­zo­sta­łe po­sił­ki wy­da­wa­no z za­sa­dy od­dziel­nie, dom i obej­ście były więk­sze, wię­cej za­jęć poza nimi, chęt­niej zda­wa­no się na gu­wer­ne­ra, więc w za­sa­dzie z in­ny­mi do­ro­sły­mi chłop­cy wi­dy­wa­li się rzad­ko. Mimo szcze­rej życz­li­wo­ści ciot­ki Bony, tak­że do niej nie moż­na było przyjść bez uprze­dze­nia, gosz­cze­nie u niej było swe­go ro­dza­ju świę­tem, je­dy­nie dla naj­star­sze­go z chłop­ców, Wa­cła­wa, była to co­dzien­ność. Tyl­ko ge­sty i sło­wa sta­rej słu­żą­cej Ka­ro­lu­ni, jak ją czu­le na­zy­wał Ja­cek, któ­ra w nim "wi­dzia­ła sie­ro­tę losu i obce dziec­ko ro­dzi­ny", da­wa­ły przy­szłe­mu ma­la­rzo­wi czu­łość i apro­ba­tę, któ­rych tak bar­dzo po­trze­bo­wał.

Na wsi Mal­czew­ski stał się jed­nym z kil­ku chłop­ców i w oczy­wi­sty spo­sób stra­cił wy­jąt­ko­wą po­zy­cję, jak to bywa tak­że z ro­dzeń­stwem; za­rów­no mię­dzy ku­zy­na­mi, jak i mię­dzy nim a po­szcze­gól­ny­mi do­mow­ni­ka­mi za­wią­zy­wa­ły się nici więk­szej lub mniej­szej sym­pa­tii, ja­kieś ak­tu­al­ne na kró­cej lub dłu­żej so­ju­sze. Ja­cek, mimo że ra­czej nie oma­wia­no przy nim wa­run­ków prze­pro­wadz­ki, od­czu­wał swo­ją sy­tu­ację jako ro­dzaj za­leż­no­ści, do­cie­ra­ły doń za­pew­ne też uwa­gi wy­mie­nia­ne wśród do­ro­słych, któ­rych wo­lał­by nie sły­szeć. Pod for­ma­mi grzecz­no­ści i roz­wa­gi po­nad wiek kry­ła się duma, o któ­rej pi­sał, ale i po­sta­wa de­fen­syw­na - nie wal­czył "o swo­je" w oba­wie przed upo­ko­rze­niem de­cy­zją do­ro­słych, mo­gą­cych prze­cież roz­są­dzić spór na rzecz ku­zy­nów. Ci zaś, jak wy­ni­ka ze wspo­mnie­nia, cza­sem po­tra­fi­li wy­ko­rzy­sty­wać swo­ją na­tu­ral­ną prze­wa­gę. Mimo ota­cza­ją­cej go życz­li­wo­ści przy­szły ma­larz czę­sto czuł się w Wiel­giem sa­mot­ny:

 

Uczy­łem się pil­nie na­uczy­cie­le mnie lu­bi­li, ku­zy­ni ko­cha­li. Wuj i Bab­ka róż­ni­cy żad­nej nie ro­bi­li, a dziw­na rzecz, że dziec­kiem czu­łem już dziw­ność moją nad oto­cze­niem, ale to oto­cze­nie ko­cha­łem, bo wie­dzia­łem, że z lat tych mo­ich uro­snę i za­słu­żę so­bie na wyż­sze uzna­nie i wyż­sze przy­wią­za­nie.

Całą za­wsze na­dzie­ję po­kła­da­łem w so­bie, przy Bo­żej po­mo­cy i od ni­ko­go nic nie żą­da­łem ani nie pra­gną­łem. Do­bro­dziej­stwu ser­cem moim pła­ci­łem i pła­cę, ale wdzięcz­no­ści nie czu­łem wte­dy bę­dąc dziec­kiem. Duma tyl­ko czy­ni­ła mnie dziec­kiem po­tul­nem w domu ro­dzi­ny i ofiar dla dumy mo­jej oszczę­dze­nia ro­bi­łem jak na dziec­ko mnó­stwo.

Ale to war­te do za­pa­mię­ta­nia, z tego po­wo­du, że sa­mot­ność, któ­ra mnie do roz­my­ślań skła­nia­ła czę­sto po­cho­dzi­ła z dumy, aby nie za­wdzię­czać, aby obec­no­ścią swo­ją się nie na­przy­krzać, aby od­stą­pić jeż­dże­nie kon­no któ­re­mu z ku­zy­nów aby nie prze­ry­wać roz­mów po­uf­nych i też być ich świad­kiem.51

 

Je­sien­na pora, kie­dy miał jesz­cze w pa­mię­ci let­ni po­byt w ra­dom­skim domu, za­chę­ca­ła chłop­ca do roz­my­ślań, ujaw­nia­ją­cych poza no­stal­gią nie­zwy­kłą wraż­li­wość pla­stycz­ną (cho­ciaż pa­mię­tać trze­ba, że Luź­ne kart­ki to tekst pi­sa­ny kil­ka­na­ście lat póź­niej i z ja­kąś for­mą kre­acji dzie­ciń­stwa przy­szłe­go ma­la­rza nie­wąt­pli­wie mamy tu do czy­nie­nia).

Po­cząt­ko­wo na­uczy­cie­le bra­ci Kar­czew­skich (Ka­zi­mie­rza i Wa­cła­wa) oraz Jac­ka Mal­czew­skie­go się zmie­nia­li, aż do mo­men­tu, w któ­rym Ju­lian Mal­czew­ski po­le­cił na tę po­sa­dę Adol­fa Dy­ga­siń­skie­go. Cel­ność tego wy­bo­ru jest oczy­wi­sta, pa­trząc z dy­stan­su, kie­dy zna­ne są póź­niej­sze do­ko­na­nia pi­sa­rza, lecz praw­dzi­wie do­ce­nić moż­na tę de­cy­zję do­pie­ro wte­dy, gdy pa­mię­ta się, że po­cząt­ko­wo Ju­lian Mal­czew­ski mu­siał po­le­gać tyl­ko na wła­snych roz­po­zna­niach i in­tu­icji ojca.52 Przy wspól­nych po­glą­dach pe­da­go­gicz­nych, opie­ku­nów Jac­ka dzie­li­ło wie­le w kwe­stiach poj­mo­wa­nia de­mo­kra­cji i ro­zu­mie­nia roli au­to­ry­te­tów w pro­ce­sie kształ­ce­nia i ży­ciu co­dzien­nym, co jed­nak w peł­ni uwy­dat­ni­ło się do­pie­ro w Kra­ko­wie, do cze­go po­wró­cę.

W cza­sach Wiel­gie­go kon­sul­to­wa­li oso­bi­ście de­cy­zje co do wy­bo­ru pod­ręcz­ni­ków (po­rów­ny­wa­li na­wet książ­ki uży­wa­ne do na­uki ła­ci­ny w róż­nych za­bo­rach). Ja­cek mógł czuć się tym wy­róż­nio­ny, bo oj­ciec jego ku­zy­nów, nie­za­in­te­re­so­wa­ny ani for­mą, ani pro­ce­sem na­ucza­nia, tym bar­dziej nie był w sta­nie pod­jąć szcze­gó­ło­wej dys­ku­sji o pod­ręcz­ni­kach. Na­uka ku­zy­nów od­by­wa­ła się więc pod dyk­tan­do po­trzeb Jac­ka, co im zresz­tą rów­nie do­brze słu­ży­ło.

Pierw­szą ze­wnętrz­ną pró­bą wy­kształ­ce­nia chłop­ców - któ­rej wszy­scy ocze­ki­wa­li z nie­po­ko­jem - był eg­za­min do kra­kow­skie­go Gim­na­zjum św. Jac­ka (na po­cząt­ku wrze­śnia 1871 roku). Jak wia­do­mo, chłop­cy zda­li eg­za­min nie tak, jak so­bie wy­obra­ża­no, dla­te­go Dy­ga­siń­ski zde­cy­do­wał o za­pi­sa­niu ich do kla­sy V, a nie do VI, jak pla­no­wa­no. Ju­lian Mal­czew­ski był z tego bar­dzo nie­za­do­wo­lo­ny, de­cy­zję na­uczy­cie­la uzna­wał za sa­mo­wol­ną i nie­traf­ną, choć osta­tecz­nie dał się prze­ko­nać.53 Ja­cek Mal­czew­ski w tej ze­wnętrz­nej pró­bie nie oka­zał się wca­le lep­szy od ku­zy­nów. Bio­rąc pod uwa­gę wiel­kie am­bi­cje, było to nie­wąt­pli­wie nie­przy­jem­ne zde­rze­nie z rze­czy­wi­sto­ścią. Stąd przy­to­czo­ne przez Hey­dla sło­wa Jac­ka - wy­po­wie­dzia­ne do ko­le­gi z kla­sy na po­cząt­ku na­uki: "ja tu te­raz ko­le­go będę vo­rzu­giem" - wpi­su­ją się w kon­tekst wie­lu li­stów nie tyl­ko in­for­mu­ją­cych o tym, jak prze­bie­ga­ła na­uka, ale też nie­ustan­ne­go do­wo­dze­nia swo­jej sta­ran­no­ści, chę­ci speł­nia­nia po­kła­da­nych w nim na­dziei, któ­re po­win­ny przy­no­sić tyl­ko naj­lep­sze re­zul­ta­ty. Wy­czu­wal­ne już po­czu­cie wyż­szo­ści przy­szłe­go ar­ty­sty nie mie­sza się tu jesz­cze z ukry­tą oba­wą przed klę­ską.

Po wy­jeź­dzie do Kra­ko­wa Ju­lian Mal­czew­ski, mimo za­ufa­nia, nie­ustan­nie spraw­dzał po­czy­na­nia Dy­ga­siń­skie­go, miał po­czu­cie utra­ty kon­tro­li nad chłop­cem i na­uczy­cie­lem, choć ten nadal in­for­mo­wał go rów­nie szcze­gó­ło­wo o pla­no­wa­nych i po­dej­mo­wa­nych ini­cja­ty­wach do­dat­ko­we­go kształ­ce­nia pu­pi­la. Jed­nak oj­ciec sta­rał się mieć jesz­cze jed­no źró­dło in­for­ma­cji - Jana Kan­te­go Wen­t­zla, swe­go kra­kow­skie­go peł­no­moc­ni­ka fi­nan­so­we­go, przez któ­re­go kil­ka lat prze­ka­zy­wał fun­du­sze dla syna. Od cza­su do cza­su pro­sił też Wen­t­zla o oso­bi­ste spraw­dze­nie sy­tu­acji (ten zaś lu­stro­wał stan­cję tak­że pod nie­obec­ność go­spo­da­rza in­ter­na­tu), co Dy­ga­siń­ski uznał za wiel­ce nie­wła­ści­we i nie­spra­wie­dli­we wo­bec jego, do­wie­dzio­nej prze­cież, uczci­wo­ści i wiel­kie­go przy­wią­za­nia do pod­opiecz­ne­go.54

Od po­cząt­ku po­by­tu w Kra­ko­wie Ja­cek Mal­czew­ski brał lek­cje ry­sun­ku poza szko­łą - w mu­zeum (u Le­ona Pic­car­da), a wie­czo­ra­mi w Szko­le Sztuk Pięk­nych (u Flo­ria­na Cyn­ka), po­nie­waż było już w za­sa­dzie po­sta­no­wio­ne, że po zda­niu ma­tu­ry bę­dzie stu­dio­wał w Szko­le Sztuk Pięk­nych. Dy­ga­siń­ski, naj­pierw prze­ciw­ny prze­rwa­niu na­uki w gim­na­zjum, po kon­sul­ta­cjach i roz­mo­wach u Jana Ma­tej­ki zmie­nił zda­nie i wspie­rał za­mysł re­zy­gna­cji z ma­tu­ry, co przed­sta­wił Ju­lia­no­wi Mal­czew­skie­mu, po­dob­nie jak Piotr Hu­bal-Do­brzań­ski. Zo­bo­wią­zał się po­ma­gać ucznio­wi w zdo­by­wa­niu wie­dzy ogól­nej poza szko­łą. Ja­cek jesz­cze po kil­ku la­tach pi­sał o czy­ta­nych książ­kach i o sta­ra­niach, "aby głu­pim nie zo­stać". Tu jed­nak uwi­docz­nia się wspo­mnia­na już róż­ni­ca mię­dzy Adol­fem Dy­ga­siń­skim a Ju­lia­nem Mal­czew­skim w kwe­stii sto­sun­ku do au­to­ry­te­tów na­uko­wych. Na­uczy­cie­lo­wi nie cho­dzi­ło tyl­ko o zbyt­nią uni­żo­ność wo­bec Sta­ni­sła­wa Tar­now­skie­go, ary­sto­kra­ty, ale i pro­fe­so­ra uni­wer­sy­te­tu. In­ten­cja sa­mo­dziel­no­ści dla au­to­ra Bel­don­ka obej­mo­wa­ła fak­tycz­ne, a nie tyl­ko de­kla­ro­wa­ne wy­kształ­ce­nie sa­mo­dziel­ne­go my­śle­nia, po­trze­by wła­snej, nie­za­leż­nej od au­to­ry­te­tów, kry­tycz­nej in­ter­pre­ta­cji. Dla­te­go za­le­cał ogra­ni­cze­nie za­jęć uni­wer­sy­tec­kich do ar­che­olo­gii i pa­le­ogra­fii i prze­strze­gał przed uczęsz­cza­niem wła­śnie na wy­kła­dy cie­szą­ce­go się wiel­kim po­wa­ża­niem Tar­now­skie­go, bo mło­dzie­niec mógł­by "uwie­rzyć zby­tecz­nie in ver­ba ma­gi­stri" i zbyt ulec pięk­nej ich for­mie. Dy­ga­siń­ski w jed­nym z li­stów pi­sał do Ju­lia­na Mal­czew­skie­go:

 

Nie­chaj sam bada, grze­bie, ślę­czy, a prę­dzej może do­pa­trzy się pięk­na po­trzeb­ne­go ar­ty­ście, ani­że­li­by miał zbli­żyć się do utwo­ru li­te­rac­kie­go z go­to­wym, na­rzu­co­nym mu są­dem.55

 

Ju­lian Mal­czew­ski w na­tu­ral­ny spo­sób za­czął tra­cić moż­li­wość tak sil­ne­go jak daw­niej kształ­to­wa­nia roz­wo­ju oso­bo­wo­ści syna. Jako au­to­ry­tet - z jed­nej stro­ny da­ją­cy gwa­ran­cję utrzy­ma­nia spo­łecz­ne­go sza­cun­ku (w ry­zy­kow­nym jed­nak etycz­nie za­wo­dzie ar­ty­sty ma­la­rza), z dru­giej po­wo­dze­nia ar­ty­stycz­ne­go - sta­wia Jac­ko­wi Jana Ma­tej­kę. Opi­nie na te­mat spo­so­bu edu­ka­cji uczniów Szko­ły Sztuk Pięk­nych to pierw­szy po­wód obo­pól­ne­go uświa­do­mie­nia so­bie "osob­no­ści" są­dów ar­ty­stycz­nych, a tym sa­mym róż­nic w oce­nach ży­cio­wych wy­bo­rów ojca i syna, któ­rzy do­tąd byli nie­mal jed­no­myśl­ni.

Ju­lian Mal­czew­ski, je­śli nie od razu po wy­jeź­dzie Jac­ka z domu do Kra­ko­wa, to już nie­dłu­go póź­niej, zdał so­bie spra­wę z tego, że utrzy­ma­nie go na uzna­nej za od­po­wied­nią, dość wy­so­kiej sto­pie ży­cio­wej jest dla ro­dzi­ny wła­ści­wie nie­moż­li­we. Szcze­gól­nie dra­ma­tycz­ne jest ze­sta­wie­nie li­stów syna do ojca i ojca do naj­star­szej cór­ki Bro­ni­sła­wy w cią­gu kil­ku lat. Do niej, bo to ją se­nior rodu uczy­nił swą po­wier­ni­cą, pi­sał w 1877 lub 1878 roku:

 

O moja Bron­ko, ty wiesz tyl­ko w czę­ści jak mi trud­no po­ra­dzić so­bie w tym wzglę­dzie to co ja ro­bię dla Jac­ka, jest wię­cej jak mogę, ro­bię z tą w Bogu na­dzie­ją że on Wam i [jed­no sło­wo nie­czy­tel­ne] kie­dyś po­mo­że. Ro­bię nie my­śląc o ju­trze zo­sta­wia­jąc to mi­ło­sier­dziu Bo­że­mu, jak pra­cu­ję, jak na wszyst­kie stro­ny chcę za­ro­bić coś, by so­bie do­bra przy­spo­rzyć, ty sama naj­lep­szyś świa­dek, to wszyst­ko mało. Pła­cić zno­wu 400 reń­skich, spra­wić wy­praw­kę, czyż ja temu po­do­łam.56

 

Ja­cek miał za­pew­nio­ne do­bre lek­cje pry­wat­ne (łącz­nie z fech­tun­kiem, żeby nie za­nie­dby­wać cia­ła), nie­wąt­pli­wie bar­dzo przy­zwo­ite wy­ży­wie­nie (co wo­bec śmier­ci dwu bra­ci było kwe­stią istot­ną), ale też nie­ba­ga­tel­nym wy­dat­kiem by­wa­ły jego ubra­nia (z roz­róż­nie­niem na fu­tro, któ­re "na­da­je się jesz­cze w Kra­ko­wie", ale "do Ra­do­mia to już nie"). Niby mia­ło być skrom­nie - syn za­wsze pi­sze, że już wszyst­ko "wy­darł", że się miar­ku­je - mie­wał z tym jed­nak kło­po­ty. Po­byt w Pa­ry­żu za­czął od kup­na srebr­ne­go ze­gar­ka, któ­ry się za­raz ze­psuł, ko­niecz­nie chciał so­bie coś uszyć u tam­tej­szych kraw­ców i pod­po­wia­dał ojcu, w jaki spo­sób mógł­by mu po­rę­czyć kre­dyt lub do­star­czyć go­tów­kę. W każ­dym ra­zie no­we­go se­zo­nu bez uzu­peł­nie­nia gar­de­ro­by, łącz­nie z rę­ka­wicz­ka­mi, chy­ba so­bie nie wy­obra­żał. Wy­da­je się też, że ła­two wpa­dał w pu­łap­kę chę­ci do­rów­ny­wa­nia w tym wzglę­dzie to­wa­rzy­stwu - co spo­wo­do­wa­ło fa­tal­ne dłu­gi, gdy za­miesz­kał u hra­bie­go Win­cen­te­go Ło­sia. Nie­wie­le po­ma­ga­ły chwi­lo­we wy­rzu­ty su­mie­nia - za­wsze zna­la­zła się ja­kaś oka­zja, by o nich za­po­mnieć. Za­ku­py i inne wy­dat­ki Mal­czew­skie­go nie były ja­kąś wy­jąt­ko­wą ma­ni­fe­sta­cją bo­gac­twa, jed­nak dys­kret­na ele­gan­cja tak­że kosz­to­wa­ła. Ar­ty­sta czę­sto pi­sał o oszczęd­no­ściach i sta­ra­niach o za­ro­bek, ale w cza­sach aka­de­mii nie­wie­le z tego wy­cho­dzi­ło.57 W spo­so­bie po­dej­mo­wa­nia li­stow­ne­go dia­lo­gu na te­mat fi­nan­sów mię­dzy oj­cem a sy­nem moż­na do­strzec pew­ną grę. Bar­dzo dłu­go ma­larz był przez ojca chro­nio­ny, po­nad gra­ni­cę roz­sąd­ku, przed praw­dą. Z ko­lei syn przy­jął kon­wen­cję: "wiem, ale jak­bym do koń­ca nie wie­dział". Cią­głe­go bra­ku pie­nię­dzy w domu, może w od­ru­chu sa­mo­obro­ny i przy szcze­rych prze­cież za­pew­nie­niach o sy­now­skiej wdzięcz­no­ści, Ja­cek nie od­bie­rał jako na­praw­dę trud­ne­go pro­ble­mu. Była to ra­czej duża nie­do­god­ność a nie stan za­gro­że­nia. Sy­tu­acja sta­wa­ła się co­raz po­waż­niej­sza, w koń­cu, kie­dy już wie­dział, że jest tak cięż­ko, iż sio­stry mu­szą so­bie szu­kać miej­sca na zimę u dal­szych krew­nych, pró­bo­wał, buń­czucz­nie to za­po­wia­da­jąc, utrzy­mać się sam.

Dla­cze­go więc, ma­jąc świa­do­mość trud­no­ści re­ali­za­cji za­my­słu kształ­ce­nia aku­rat pla­stycz­nych zdol­no­ści syna, Ju­lian Mal­czew­ski zde­cy­do­wał się na to? Ja­kie były dla Jac­ka inne re­al­ne per­spek­ty­wy za­wo­do­we, któ­re gwa­ran­to­wa­ły­by mu sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cą po­zy­cję spo­łecz­ną?

Nie­wąt­pli­wie dla swe­go uko­cha­ne­go i wy­jąt­ko­we­go "je­dy­na­ka" ży­cia po­dob­ne­go do tego, ja­kie sam wiódł, nie chciał. Nie miał ka­pi­ta­łu wła­sne­go, nie po­mno­żył go przez oże­nek58, z du­żym tru­dem utrzy­my­wał ro­dzi­nę z je­dy­nej moż­li­wej w Ra­do­miu pra­cy biu­ro­wej, w któ­rej nie był urzęd­ni­kiem ro­syj­skie­go apa­ra­tu ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go. Per­spek­tyw na awans nie da­wał mu sta­tut To­wa­rzy­stwa Kre­dy­to­we­go, bo nie po­sia­dał ma­jąt­ku ziem­skie­go. Cie­szył się po­wszech­nym uzna­niem, ale jego am­bi­cje w sto­sun­ku do Jac­ka w na­tu­ral­ny spo­sób były więk­sze i, co waż­ne, zdo­łał je roz­bu­dzić rów­nież w nim.

Oj­ciec do­strze­gał tak­że inną, re­al­ną dro­gę ży­cia syna, któ­rą z punk­tu od­rzu­cał, a mia­no­wi­cie ukoń­cze­nie szko­ły go­spo­dar­stwa wiej­skie­go, umoż­li­wia­ją­cej dzier­ża­wie­nie cu­dze­go ma­jąt­ku. Wspo­mi­nał o tym w li­ście peł­nym obu­rze­nia na "ma­zga­je­nie się" syna w spra­wie "nie­war­tej tak dłu­giej pa­mię­ci", czy­li mi­ło­ści do ku­zyn­ki Wan­dy Kar­czew­skiej. Wy­raź­nie zi­ry­to­wa­ny, pi­sał, że po­zo­sta­jąc w tym zie­miań­skim śro­do­wi­sku (wśród "istot ota­cza­ją­cych Wan­dę"), w parę lat zo­stał­by "[...] eko­no­mem lub pach­cia­rzem. Sza­now­ne za­pew­ne i te za­wo­dy, ale dla ka­stra­tów du­cho­wych"59. Za tymi sło­wa­mi kry­je się nie tyl­ko go­rycz chwi­li, lecz tak­że ob­ser­wa­cja so­cjo­lo­gicz­na. Z bra­ku bo­wiem wła­sne­go ma­jąt­ku mło­dy Mal­czew­ski, go­spo­da­ru­jąc "na cu­dzym", po­zo­stał­by w śro­do­wi­sku, po­nad któ­re, je­śli cho­dzi o wraż­li­wość, zdol­no­ści i wy­kształ­ce­nie, nie­wąt­pli­wie by wy­ra­stał. Dba­łość Ju­lia­na Mal­czew­skie­go o od­po­wied­nie in­te­lek­tu­al­ne kon­tak­ty syna w Kra­ko­wie (tak jak je po­strze­gał z da­le­ka) wy­ni­ka­ła z jego wła­snej sy­tu­acji w śro­do­wi­sku, w któ­rym przy­szło mu żyć.

Nie­zwy­kła, je­śli nie nad­mier­na tro­ska Ju­lia­na Mal­czew­skie­go, wy­kra­cza­ją­ca poza zwy­cza­je i jego moż­li­wo­ści, była po­wo­dem nie­jed­nej cierp­kiej uwa­gi oto­cze­nia. Oba­wę przed nie­po­wo­dze­niem Ju­lian Mal­czew­ski opa­no­wy­wał, prze­kształ­ca­jąc ją w dumę i po­czu­cie wyż­szo­ści, bio­rą­ce się z nie­za­chwia­nej wia­ry w to, że syna cze­ka wy­jąt­ko­wa przy­szłość. Pi­sał do Bro­ni­sła­wy Mal­czew­skiej:

 

Wiem od wszyst­kich, że Ja­cek pra­cu­je z za­pa­łem i wy­trwa­ło­ścią nie­zmier­ną, je­stem więc do­brej na­dziei o jego przy­szłość, przy ta­kich przy­mio­tach i zdol­no­ściach ja­kie mu Bóg dał, czas się wy­bić nad po­wsze­dnich lu­dzi. To du­sza nie tu­zin­ko­wa! Czcić go jesz­cze będą ci co go dziś lek­ce­wa­żą! Jam pew­ny tego, pew­ny i Ma­tej­ko! proś­by tyl­ko ślij­my do Nie­ba o zdro­wie dla nie­go i ła­skę wy­trwa­nia przy do­tych­cza­so­wej jego wie­rze i mi­ło­ści pięk­na i do­bra!60

 

Co za­tem we­dług Ju­lia­na Mal­czew­skie­go zna­czy­ło być ma­la­rzem: mieć pew­ny czy nie­pew­ny los? Ja­kiej sztu­ki ocze­ki­wał?

Ar­ty­sta był, a przy­najm­niej po­wi­nien być, czło­wie­kiem wy­jąt­ko­wym, ale w po­wszech­nej opi­nii, opar­tej na zna­jo­mo­ści cięż­kie­go losu, bie­dy i nie­zro­zu­mie­nia, nie miał przed sobą świet­nej przy­szło­ści. Ko­lo­ro­we ży­cie bo­he­my, iden­ty­fi­ko­wa­ne przez Ju­lia­na Mal­czew­skie­go z de­ge­ne­ra­cją i próż­niac­twem, tak­że re­al­nie za­gra­ża­ło w tym za­wo­dzie. Od­nie­sie­niem ocze­ki­wań Ju­lia­na Mal­czew­skie­go wo­bec syna była po­zy­cja i twór­czość Jó­ze­fa Brand­ta (i krę­gu ar­ty­stów by­wa­ją­cych w Oroń­sku, któ­rych do­brze znał) i oczy­wi­ście - słyn­ne­go w ca­łym kra­ju z po­dej­mo­wa­nia pa­trio­tycz­nych te­ma­tów Jana Ma­tej­ki. Ci twór­cy cie­szy­li się sza­cun­kiem spo­łecz­nym, byli za­moż­ni, pro­wa­dzi­li ży­cie ro­dzin­ne zgod­ne i spo­koj­ne, bez skan­da­li, tak czę­stych wśród ar­ty­stów. A tego ostat­nie­go oj­ciec Jac­ka Mal­czew­skie­go za­pew­ne się oba­wiał.

W sztu­ce nie ocze­ki­wał ory­gi­nal­no­ści - wo­lał aka­de­mic­kie kie­run­ki re­ko­men­do­wa­ne przez spraw­dzo­nych mi­strzów, stąd dłu­go przy­chy­lał się do de­cy­zji Ma­tej­ki i za­bra­niał sy­no­wi wy­jaz­du do Pa­ry­ża (po co? - ma­wiał - sko­ro "masz mi­strza na miej­scu").

Siostry i Lusławice

Losy ro­dzeń­stwa Mal­czew­skich spla­ta­ją się po­now­nie w Lu­sła­wi­cach. Być może oka­zją do spo­tka­nia i na­wią­za­nia kon­tak­tu z Adol­fem Vay­hin­ge­rem, wła­ści­cie­lem tam­tej­sze­go dwo­ru, był ślub i prze­pro­wadz­ka cór­ki ar­ty­sty do Cha­rze­wic? Jej mąż, Fe­liks Mey­zner, po­sia­dał tak­że kil­ka in­nych fol­war­ków w oko­li­cy, le­żą­cych po dru­giej stro­nie Du­naj­ca.160

W do­stęp­nej dziś ko­re­spon­den­cji ar­ty­sty Lu­sła­wi­ce po­ja­wia­ją się po raz pierw­szy w li­ście do Zyg­mun­ta Ziem­bic­kie­go z 9 sierp­nia 1919 roku; od tej daty do osta­tecz­ne­go roz­sta­nia się z tym miej­scem (przed świę­ta­mi Bo­że­go Na­ro­dze­nia 1926 roku) po­by­ty na wsi są co­raz dłuż­sze, da­le­ko wy­kra­cza­ją poza czas w na­tu­ral­ny spo­sób sprzy­ja­ją­cy ma­lo­wa­niu w pej­za­żu czy też w ogro­do­wej bu­dzie, zwa­nej nie­co na wy­rost pra­cow­nią.161

Nie zna­la­złam żad­nych do­ku­men­tów świad­czą­cych o spo­so­bie uisz­cza­nia opłat za wy­na­ję­cie kil­ku po­koi w lu­sła­wic­kim dwo­rze. Ro­dzi­na Vay­hin­ge­rów prze­cho­wy­wa­ła ob­ra­zy Mal­czew­skie­go - ale było ich nie­wie­le162, za­tem praw­do­po­dob­nie za­pła­ta była naj­czę­ściej uisz­cza­na go­tów­ką. Jed­nak py­ta­nie, kto pła­cił, wo­bec nie­re­gu­lar­nych przy­cho­dów, utrzy­my­wa­nia rów­no­cze­śnie du­że­go miesz­ka­nia w Kra­ko­wie163 i fi­nan­so­wa­nia Ra­fa­ła i jego ro­dzi­ny w Za­ko­pa­nem, nie jest bez zna­cze­nia. He­le­na Kar­czew­ska, a tym bar­dziej Bro­ni­sła­wa Mal­czew­ska nie dys­po­no­wa­ły sta­ły­mi przy­cho­da­mi ani so­lid­nym za­bez­pie­cze­niem ka­pi­ta­ło­wym. W li­te­ra­tu­rze przed­mio­tu wciąż po­ja­wia­ją się sfor­mu­ło­wa­nia nie­po­zo­sta­wia­ją­ce żad­nych wąt­pli­wo­ści, że to "Ja­cek Mal­czew­ski prze­by­wał u sióstr", "miesz­kał u sióstr", ar­ty­sta sam zresz­tą z rzad­ka uży­wał tego zwro­tu.164 Je­śli­by to on utrzy­my­wał sio­stry, to wresz­cie miał­by po­czu­cie speł­nio­ne­go obo­wiąz­ku, a nic o tym nie świad­czy. Okre­śle­nie "gosz­czę u sióstr" po­zwa­la­ło też od­su­nąć na bok in­for­ma­cję o kło­po­tach do­mo­wych i, przy ca­łej przy­jem­no­ści ob­co­wa­nia z przy­ro­dą, o co­raz wy­raź­niej­szym zry­wa­niu wię­zi z kra­kow­skim ży­ciem i przy­ja­ciół­mi, co wraz z pro­ble­ma­mi zdro­wot­ny­mi przy­gnę­bia­ło ar­ty­stę. Z cza­sem dla wszyst­kich zna­jo­mych sta­ło się ja­sne, że co­raz dłuż­sze po­by­ty w Lu­sła­wi­cach nie były zu­peł­nie wol­nym wy­bo­rem ar­ty­sty. Za­wsze mówi się też o wy­na­ję­ciu dwo­ru, pod­czas gdy fak­tycz­nie wy­naj­mo­wa­no tyl­ko trzy dość duże po­ko­je.

Nie miesz­ka­ła z nimi pani Mal­czew­ska, a na­wet je­śli przy­jeż­dża­ła tam, to z rzad­ka i za­zwy­czaj na krót­ko165, a sio­stry bar­dzo go ko­cha­ły i oka­zy­wa­ły mu to na każ­dym kro­ku.

Nie­do­ma­ga­nia zdro­wot­ne Mal­czew­skie­go, po­cząt­ko­wo ustę­pu­ją­ce nie­co po pew­nym cza­sie, spra­wia­ły, że Lu­sła­wi­ce, na­wet kie­dy nie mógł spa­ce­ro­wać, przez ra­dość bez­po­śred­nie­go kon­tak­tu z na­tu­rą da­wa­ły uko­je­nie. W sierp­niu 1923 roku pi­sał do daw­ne­go ucznia:

 

Ja sie­dzę już na wsi, po­wo­li wra­ca­ją mnie siły i spo­kój wo­bec na­tu­ry i wi­do­ków nie­ba i ról roz­ło­żo­nych sze­ro­ko, aż do ho­ry­zon­tów da­le­kich.166

 

Te ko­lej­ne mie­sią­ce z sio­stra­mi sta­no­wi­ły też na­miast­kę ja­kie­goś "by­cia u sie­bie we dwo­rze", co prze­cież nie było do­słow­nie ro­zu­mia­nym wspo­mnie­niem z dzie­ciń­stwa, bo nig­dy nie do­świad­czy­li ta­kie­go ży­cia we wła­snym ma­tecz­ni­ku jako ro­dzi­na. Jed­nak w pa­mię­ci wspól­nej, choć­by przez wspo­mnie­nia o ma­jąt­ku dziad­ka czy Prę­do­cin­ku Po­tkań­skich, Wiel­giem Kar­czew­skich, Gar­dzie­ni­cach Hey­dlów, trwa­ły ob­ra­zy daw­ne­go bez­pie­czeń­stwa i świet­no­ści oby­cza­jów. Jed­nak włą­cza­ła się w tę per­spek­ty­wę tak­że świa­do­mość prze­mi­ja­nia i utra­ty - tak uczuć i osób, jak i ma­jąt­ków zbied­nia­łych, wy­lud­nio­nych, sprze­da­wa­nych czy le­d­wie eg­zy­stu­ją­cych. Lu­sła­wic­ki dwór i tryb ży­cia były wo­bec tego na­miast­ką, za­trzy­ma­niem ko­lo­rów i kształ­tów prze­szłe­go cza­su. Los tej sie­dzi­by był ty­po­wy dla za­cho­dzą­cych zmian eko­no­micz­nych po pierw­szej woj­nie świa­to­wej - dwór z ogro­dem, odłą­czo­ny od zie­mi i go­spo­dar­stwa rol­ne­go (lub dzie­lą­cy z nimi los kry­zy­sów zbo­żo­wych), prze­stał być gwa­ran­cją do­stat­ku ma­te­rial­ne­go i osto­ją pol­sko­ści. Stał się do­mem let­ni­sko­wym, jak­by stra­cił po­wa­gę wła­ści­wą ży­cio­we­mu punk­to­wi od­nie­sie­nia dla wie­lu po­ko­leń Po­la­ków. W no­wej rze­czy­wi­sto­ści funk­cjo­no­wał dzię­ki za­po­bie­gli­wo­ści miesz­cza­ni­na - upra­wia­ją­ce­go wol­ny za­wód praw­ni­ka. Od­czu­cia te zna­la­zły po­śred­nio wy­raz w po­etyc­kich ży­cze­niach ślub­nych wy­sła­nych 21 sierp­nia 1924 roku cór­ce przy­ja­cie­la, Wła­dy­sła­wa Na­tan­so­na. Mal­czew­ski pi­sze, że miesz­ka u "sióstr sta­ru­szek" i w "ich" sta­rym domu ra­tu­je zdro­wie. W re­la­cji ar­ty­sty to miej­sce ma kon­kret­ny ad­res, jest geo­gra­ficz­nie okre­ślo­ne, ale w grun­cie rze­czy jego isto­ta oka­zu­je się nie­ma­te­rial­na. Bo też nie było tu obo­wiąz­ków zwią­za­nych z pro­wa­dze­niem praw­dzi­we­go go­spo­dar­stwa przy dwo­rze, chłop­skich obejść z ich bie­dą. Ar­ty­sta, łą­czą­cy dwa świa­ty - daw­ny i współ­cze­sny - opi­sał tę nie­re­al­ność, przy­wo­łu­jąc pa­mięć Ka­ro­la Po­tkań­skie­go, wy­jąt­ko­we­go przy­ja­cie­la tak­że dla Na­tan­so­na, nie­kon­wen­cjo­nal­ne­go ba­da­cza pre­hi­sto­rii pol­skich ziem.

Lu­sła­wi­ce były miej­scem na tyle uro­kli­wym, że pań­stwo Mal­czew­scy w 1920 roku bra­li pod uwa­gę kup­no dwo­ru, co jed­nak nie do­szło do skut­ku z po­wo­du wy­co­fa­nia ofer­ty przez Vay­hin­ge­rów.167 Obec­ność go­spo­da­rzy i wła­snych go­ści skut­ko­wa­ła w naj­lep­szych do ma­lo­wa­nia mie­sią­cach let­nich spo­rym, a dla ar­ty­sty na­wet zbyt du­żym, za­gęsz­cze­niem osób i wy­da­rzeń. 3 lip­ca 1920 roku Mal­czew­ski pi­sał:

 

Tu­taj Moja Żono Dro­ga już się skoń­czy­ły dla mnie ma­lo­wa­nia do­bre cza­sy, przy­je­cha­li Go­spo­da­rze więc bar­dzo i gwar­no i we­so­ło a mnie tak trze­ba za­mknię­cia i ci­szy bym mógł ro­bić. Więc po­sta­no­wi­łem jesz­cze sie­dzieć tu­taj przez Li­piec, do­cze­kać się tu­taj Ra­fa­łów i Krzy­sia, z nimi ra­zem po­sie­dzieć czas ja­kiś, a po­tem na sier­pień wró­cić do Kra­ko­wa. Bo ta­kie próż­niac­two i ruch bar­dzo by mnie zde­mo­ra­li­zo­wał i zde­ner­wo­wał.168

 

Ar­ty­sta jed­nak zo­stał na wsi i na pro­gu je­sie­ni, 8 wrze­śnia 1920 roku, do­no­sił żo­nie:

 

Ra­fa­ło­wie wy­jeż­dża­ją dziś o 4ej, Vay­hin­ge­ro­wie wy­je­cha­li dziś o 8mej do Kro­sna. Po za­mię­sza­niu na­sta­je ci­sza. Zim­no się zbli­ża i smu­tek je­sien­ny. I ja chciał­bym wró­cić do Cie­bie i do pra­cow­ni, bar­dzo zmę­czo­ny i tem i owem.169

 

Sio­strza­na mi­łość, mimo do­mo­wej co­dzien­no­ści, oka­zy­wa­ła się je­dy­nym pew­nym le­kar­stwem na znie­cier­pli­wie­nie ar­ty­sty. Dzie­ci, cho­ro­wi­te, za­ję­te swo­imi ro­dzi­na­mi, żona, na­wet je­śli obec­na, to nie­do­stęp­na emo­cjo­nal­nie - nie do­da­wa­ły mu sił w tym stop­niu, co "sio­stry sta­rusz­ki".

W li­ście do Zyg­mun­ta Ziem­bic­kie­go z re­zy­gna­cją na­pi­sał:

 

Otóż je­stem nie zdrów na ser­ce i ner­wy, sie­dzę w Lu­sła­wi­cach jesz­cze cho­ciaż zim­no, smut­no i ciem­no ale ser­ca ko­cha­ją­ce sióstr mnie do­da­ją siły, aby módz żyć, jesz­cze czas ja­kiś.170

 

Z la­ta­mi na­ra­sta­ły roz­ma­ite nie­do­god­no­ści w Lu­sła­wi­cach, jak pi­sał: "spra­wy draż­li­we i prze­wrot­ne" mię­dzy człon­ka­mi ro­dzi­ny, szcze­gól­nie nie­moż­ność po­ro­zu­mie­nia z żoną i cho­ro­by do­ku­cza­ją ar­ty­ście co­raz bar­dziej. Nie jest to ob­raz po­god­nej, po­go­dzo­nej z bi­lan­sem uczuć i osią­gnięć sta­ro­ści. Ko­re­spon­den­cja tego cza­su nie ob­fi­tu­je w zda­nia wie­le mó­wią­ce o emo­cjach ar­ty­sty, naj­czę­ściej prze­wi­ja­ją się wzmian­ki o smut­ku nie­wia­do­me­go po­cho­dze­nia i me­lan­cho­lii, któ­rą - jak za­zna­cza - nie chce mę­czyć swo­ich bli­skich i zna­jo­mych, nie chce też do­no­sić o so­bie, o wła­snych "ego­istycz­nych ba­bra­niach". W pi­sa­nych do Ma­rii Mal­czew­skiej i ocen­zu­ro­wa­nych przez nią li­stach czę­sto po­ja­wia­ją się po­dob­ne sfor­mu­ło­wa­nia:

 

Ci­cho tu i smut­no, sio­stry dba­ją o mnie i ru­sza­ją się, nie­raz zmę­czo­ne i krze­pią mnie jak mogą bym nie tra­cił ostat­nich sił. A ja się mar­twię naj­pierw jak zdro­wie Two­je? i co sły­chać u Cie­bie? po­tem jak z dzieć­mi, z Julą, z Ra­fa­łem, jak się mają i co ro­bią?

W Cha­rze­wi­cach Fe­liks zdrów i dzie­ci tak­że do­brze się uczą i tę­sk­nią za mat­ką. To wszyst­ko, dzień za dniem mija jak sen przy­kry i jak wy­peł­nie­nie ostat­niej cza­ry, bło­go­sła­wio­ny mo­dli­twą u stóp krzy­ża.

Pisz do mnie i nie za­po­mi­naj, nie za­po­mi­naj o ser­cu mo­jem, któ­re tak po­trze­bu­je mi­ło­ści.

Ca­łu­ję ręce Two­je [...]

twój Ja­cek171

 

Kie­dy in­dziej, w mar­cu 1926 roku, pi­sał z Lu­sła­wic do Kra­ko­wa: "Ze zdro­wiem niby do­brze, ale ja się czu­ję sła­by i cią­gle me­lan­cho­lia mnie drę­czy"172. Ślad tych smut­ków przy­brał szcze­gól­ną po­stać po­ru­sza­ją­ce­go zwię­zło­ścią i for­mą za­pi­su - na urwa­nym brze­gu kar­ty szki­cow­ni­ka na­kre­ślo­ny ulu­bio­ną ciem­no­nie­bie­ską, mięk­ką kred­ką, ja­kiej ar­ty­sta czę­sto uży­wał do ry­so­wa­nia:

Matka i siostry w Radomiu

Mat­ka Jac­ka Mal­czew­skie­go, Ma­ria z Szy­ma­now­skich Mal­czew­ska (zmar­ła po 25 mar­ca 1898 roku), jako osie­ro­co­ne dziec­ko wy­cho­wa­na przez dal­szych krew­nych, była ci­cha, cał­ko­wi­cie od­da­na ro­dzi­nie. Jej ho­ry­zont in­te­lek­tu­al­ny trud­no okre­ślić, wy­da­je się, że pre­zen­to­wa­ła prze­cięt­ny po­ziom wy­kształ­ce­nia, uzna­ne­go wów­czas za od­po­wied­ni dla ko­biet, ale była oso­bą wraż­li­wą i otwar­tą na nie­ma­te­rial­ną, du­cho­wą sfe­rę bytu, któ­rej po­szu­ki­wa­ła głów­nie w lek­tu­rze re­li­gij­nej i mo­dli­twie. Głę­bo­ką po­trze­bę har­mo­nii we­wnętrz­nej za­spo­ka­ja­ła przez co­dzien­ną prak­ty­kę ży­cia, o czym świad­czą li­sty do có­rek. Nic nie wia­do­mo o jej roz­ryw­kach i upodo­ba­niach poza tymi zwią­za­ny­mi z dzieć­mi (il. 2). Li­sty Jac­ka Mal­czew­skie­go pi­sa­ne do niej są peł­ne ser­decz­no­ści i choć nie ma w nich tylu do­nie­sień o ar­ty­stycz­nych suk­ce­sach i nie­po­ko­jach, co w li­stach do ojca, nie są ich cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ne.

Ma­ria Mal­czew­ska chęt­nie pod­trzy­my­wa­ła kon­tak­ty ro­dzin­ne, tak­że z da­le­ką i bar­dzo da­le­ką ro­dzi­ną. In­for­ma­cji o ko­nek­sjach naj­wię­cej jest w li­stach Jac­ka Mal­czew­skie­go wła­śnie do niej. Pa­ra­dok­sal­nie, wy­raź­ną ce­zu­rą roz­luź­nia­ją­cą ich kon­tak­ty jest śmierć ojca ar­ty­sty; od­tąd zde­cy­do­wa­nie rza­dziej przy­cho­dzi­ły li­sty z Kra­ko­wa do Gar­dzie­nic, a może tyl­ko mniej ich się za­cho­wa­ło? Ja­cek Mal­czew­ski po­cząt­ko­wo na pew­no nie mógł za­brać Ma­rii Mal­czew­skiej i sióstr do sie­bie, do Kra­ko­wa, nie miał bo­wiem usta­bi­li­zo­wa­nej sy­tu­acji fi­nan­so­wej, sam miesz­kał cza­sa­mi u zna­jo­mych, po uzgod­nie­niach za­tem z ro­dzi­ną zo­sta­wił je jako re­zy­dent­ki w Gar­dzie­ni­cach. Przy­jeż­dżał tam już bar­dzo rzad­ko. Za­raz po śmier­ci ojca wró­cił do Kra­ko­wa, lato spę­dził u Ka­ro­la Lanc­ko­roń­skie­go w Roz­do­le, na po­cząt­ku wrze­śnia wy­je­chał z nim na opi­sa­ną przez Mie­czy­sła­wa Pasz­kie­wi­cza wy­pra­wę do Azji Mniej­szej.117 Do mat­ki i sio­stry Bro­ni­sła­wy na­pi­sał stam­tąd trzy lub naj­wy­żej czte­ry li­sty, w któ­rych wy­mie­niał pod­sta­wo­we punk­ty orien­ta­cyj­ne po­dró­ży, do­no­sił przede wszyst­kim o spra­wach by­to­wych i o do­brym zdro­wiu ("cho­le­ra mi nie gro­zi", "tyl­ko ba­ra­ni­ną ży­je­my na roz­ma­ite spo­so­by, naj­wię­cej z po­mi­do­ra­mi"). Za­po­wia­dał wie­lo­krot­nie swo­je przy­jaz­dy, wspól­ne miesz­ka­nie ("Może też być, że zo­sta­nę z Wami ja­kie parę mie­się­cy i ci­cho w Ra­do­miu pra­co­wać będę"), ale do­py­ty­wał też nie­zbyt tak­tow­nie: "Bar­dzo je­stem cie­ka­wy co tam u Was sły­chać, jak stoi z eme­ry­tu­rą Mat­ki i jej zdro­wiem, czy ma­cie pie­nią­dze czy ży­je­cie kre­dy­tem"118.

Wzmian­ki o eme­ry­tu­rze i kre­dy­cie świad­czą o tym, że Ma­ria i Bro­ni­sła­wa Mal­czew­skie, miesz­ka­jąc u ro­dzi­ny, po­kry­wa­ły przy­najm­niej część kosz­tów swo­je­go utrzy­ma­nia. Po śmier­ci mat­ki po­zba­wio­na ja­kie­go­kol­wiek do­cho­du nie­za­męż­na sio­stra mu­sia­ła szu­kać in­ne­go miej­sca u ro­dzi­ny w za­mian za pra­cę w go­spo­dar­stwie.

Po po­wro­cie z wy­pra­wy z Lanc­ko­roń­skim ma­larz nie przy­je­chał do Ra­do­mia (za­miesz­kał zno­wu u Mi­cha­łow­skie­go), nie wia­do­mo, gdzie spę­dził świę­ta. Za­alar­mo­wa­ny li­stem sio­stry z 2 stycz­nia 1885 roku, pi­sał z Kra­ko­wa (za­zna­czał, żeby ad­re­so­wać li­sty: "Kra­ków, Uli­ca Ba­to­re­go, Dom Stry­jeń­skie­go"), że po­dzie­li się z nimi dwo­ma ty­sią­ca­mi reń­skich, za­ro­bio­nych u Lanc­ko­roń­skie­go. Było mu przy­kro, że nie jest z nimi, ale skła­dał to na karb ko­niecz­no­ści za­ro­bie­nia pie­nię­dzy.119

Od 28 maja 1885 roku Mal­czew­ski go­ścił oko­ło dwóch ty­go­dni w Wied­niu, u Ka­ro­la Lanc­ko­roń­skie­go, po­tem przez całe lato prze­kła­dał przy­jazd do Gar­dzie­nic, mo­ty­wu­jąc to pra­cą nie­zbęd­ną dla zwro­tu dłu­gów, aż 27 paź­dzier­ni­ka 1885 roku na­pi­sał:

 

[...] jadę do Mo­na­chium na parę mie­się­cy. Za­pra­co­waw­szy so­bie przez lato i uciu­ław­szy grosz ja­kiś aby spo­koj­nie módz pra­co­wać czas ja­kiś i od­świe­żyć się w at­mos­fe­rze ar­ty­stycz­nej, sze­rzej roz­wi­nąć skrzy­dła i po­czuć się sa­mo­ist­niej­szym w róż­no­rod­nych kie­run­kach.120

 

Był na ślu­bie He­le­ny z Wa­cła­wem Kar­czew­skim w stycz­niu 1887 roku, na­to­miast ani mat­ka, ani żad­na z sióstr nie przy­je­cha­ła na jego ślub w kra­kow­skim ko­ście­le Ma­riac­kim. Ro­dzi­ce Ma­rii Gra­lew­skiej - jego przy­szłej żony - jesz­cze przed ofi­cjal­ny­mi za­rę­czy­na­mi wy­ra­ża­li swo­je oba­wy o cór­kę, wią­żą­cą się z ar­ty­stą, a więc czło­wie­kiem o nie­pew­nym fi­nan­so­wo za­wo­dzie, a może na­wet nie­chę­ci do tego mał­żeń­stwa. Jak moż­na wnio­sko­wać z póź­niej­sze­go li­stu z prze­pro­si­na­mi za ja­kieś wcze­śniej­sze nie­sto­sow­ne wąt­pli­wo­ści, nie ukry­wa­li ich ani przed ka­wa­le­rem, ani przed jego ro­dzi­ną. Od­po­wie­dzi Ma­rii Mal­czew­skiej nie za­cho­wa­ły się, trud­no więc stwier­dzić, czy ra­cję ma Adam Hey­del, in­for­mu­jąc, że nie­obec­ność mat­ki na ślu­bie wy­nik­nę­ła tyl­ko z po­wo­du krót­kie­go cza­su od pod­ję­cia de­cy­zji do daty jego ożen­ku, przez co nie zdą­ży­ła wy­ro­bić od­po­wied­nich do­ku­men­tów po­dró­ży. Rze­czy­wi­ście, naj­częst­sza przy­czy­na trud­no­ści w oso­bi­stych kon­tak­tach mię­dzy człon­ka­mi ro­dzi­ny Mal­czew­skich roz­dzie­lo­nych gra­ni­cą pań­stwo­wą były fi­nan­se i uciąż­li­wa po­dróż. Ale nie było to prze­cież wy­da­rze­nie zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­ne - okres na­rze­czeń­ski trwał pra­wie rok (od li­sto­pa­da 1886 do 29 paź­dzier­ni­ka 1887 roku), a wo­bec po­waż­nych za­strze­żeń przy­szłych te­ściów, o któ­rych mo­no­gra­fi­sta nie wspo­mi­na, zna­czą­ce jest, że w za­stęp­stwie mat­ki u boku pana mło­de­go wy­stą­pi­ła w ko­ście­le księż­na Mar­ce­li­na Czar­to­ry­ska.121 Nie­wąt­pli­wie za­im­po­no­wa­ło to ro­dzi­nie For­tu­na­ta Gra­lew­skie­go, jed­ne­go z naj­bar­dziej zna­nych ap­te­ka­rzy kra­kow­skich, cze­mu bez­po­śred­ni wy­raz dano tak­że w li­ście do mat­ki ar­ty­sty.

Ma­ria z Gra­lew­skich Mal­czew­ska zo­sta­ła przed­sta­wio­na ro­dzi­nie męża do­pie­ro w Boże Na­ro­dze­nie 1888 roku. Wi­dy­wa­li się rzad­ko, jesz­cze tyl­ko dwa razy przy pre­zen­ta­cji wnu­ków. Na prze­ło­mie sierp­nia i wrze­śnia 1891 roku żona ar­ty­sty z cór­ką skła­da­ją wi­zy­tę w Chwa­ło­wi­cach (u Ada­ma i Wan­dy z Kar­czew­skich Ho­ro­chów), gdzie bawi też sio­stra ma­la­rza He­le­na. Mal­czew­ski za­bie­ra je stam­tąd i w dro­dze po­wrot­nej naj­praw­do­po­dob­niej od­wie­dza­ją mat­kę ar­ty­sty w Gar­dzie­ni­cach. Dru­gi raz przy­jeż­dża­ją obo­je z Ju­lią i Ra­fa­łem we wrze­śniu 1895 roku. Przez ko­lej­ne lata Ja­cek Mal­czew­ski róż­nie tłu­ma­czy mat­ce, dla­cze­go do niej nie przy­jeż­dża:

 

[Kra­ków] 14 Lip­ca 1892

Naj­droż­sza Mat­ko ju­tro moje uro­dzi­ny, koń­czę już nie po­wiem któ­ry rok i tak mało jesz­cze po­cie­chy i pod­po­ry ze mnie! ale tego nie po­wiesz Dro­ga Mat­ko żem nie wal­czył i nie wal­czę i nie idę na­przód, wszyst­ko to po­wo­li, bar­dzo po­wo­li i może ni­ko­mu się nie zda, tyl­ko dzie­ciom moim, ale ta­kie cza­sy i ta­kie oko­licz­no­ści trud­ne w któ­rych wzro­słem i roz­wi­ja­łem się.122

 

Rok póź­niej, 5 grud­nia 1893 roku:

 

Nie ob­wi­niaj mnie, żem do Cie­bie wy­brać się nie mógł i to już od tak daw­na. Ale wię­zy i sznu­ry krę­pu­ją mnie ze stron wsze­la­kich, jak tyl­ko zwol­nie­ją, ja po­le­cę do Cie­bie. Wzią­łem się ostro do pra­cy, albo sta­ro­sta albo ka­pu­cyn, albo zro­bię dużo pie­nię­dzy, albo jak do­tych­czas żyć będę w tym ma­raź­mie nie­do­bo­rów, nie­wy­gód i nie­moż­no­ści peł­nie­nia naj­ser­decz­niej­szych obo­wiąz­ków. Prze­ko­ny­wam się, że świat nie dla ta­kich lu­dzi, jak ja, i ka­ry­era fi­nan­so­wa nie dla ta­kich. Uzna­ją mnie może kie­dyś, ale gdy już bę­dzie póź­no i dla mnie i dla mo­ich. Trze­ba wal­czyć inną bro­nią jak sztu­ka, na­wet ar­ty­stom trze­ba mieć gębę i cho­ro­wać na wiel­kość.123

 

Te rzad­kie wi­zy­ty były w ja­kimś stop­niu po­wo­dem nie­po­ro­zu­mień mię­dzy Mal­czew­skim a jego żoną. Wi­dać to choć­by w li­ście do niej wy­sła­nym 3 lu­te­go 1895 roku z Kra­ko­wa do No­we­go Są­cza, peł­nym nie­po­ko­ju i żalu po ja­kichś dłu­go­trwa­łych kon­flik­tach, za­po­wia­da­ją­cym wza­jem­ne roz­li­cze­nia win. Ma­larz z cie­niem pre­ten­sji pi­sał:

 

A już wy­jazd do Mat­ki mo­jej to musi przyjść do skut­ku ko­niecz­nie. [...]

Ja Ci nie będę pi­sał dużo o so­bie bo cóż Ci mam pi­sać, cho­ro­ba na ja­kiś czas ka­za­ła mi próż­no­wać, cho­ro­ba trzy­ma mnie jesz­cze w domu. A my­śli moje są za­wsze przy To­bie i przy dzie­ciach lub w Wiel­giem przy Mat­ce i sio­strze lub przy tej sie­ro­cie Ge­ne­ral­skiej, a te­raź­niej­szość przy tem wy­glą­da cią­gle jak czas przej­ścia, jak czas cięż­kie­go snu, któ­ry się prze­cież skoń­czyć musi. Na tej czar­nej ma­to­wej szy­bie smut­nej te­raź­niej­szo­ści prze­su­wa­ją się do­pie­ro ob­raz za ob­ra­zem w mo­jej bied­nej gło­wie, i prze­cho­dzą jak dymy jak opa­ry, le­d­wie dzie­sią­ty, le­d­wie set­ny utrwa­lo­ny jako tako.124

 

Ten frag­ment li­stu jest waż­ny ze wzglę­du na zwią­zek mię­dzy pa­mię­cią a rolą ma­lar­skiej wy­obraź­ni Jac­ka Mal­czew­skie­go. Prze­mi­ja­nie, prze­kła­da­ne na po­wol­ny ruch ob­ra­zów, pod­da­je je przy­gnę­bia­ją­cej te­raź­niej­szo­ści (czerń, mat, szy­ba, brak ożyw­czych im­pul­sów). Ar­ty­sta nie ma wpły­wu na opa­no­wu­ją­cy go ciąg ob­ra­zów, nie wie, po co się ja­wią, nie ma świa­do­mo­ści osta­tecz­ne­go ich celu, nie bu­du­je pro­gra­mu. Po­stać mat­ki na­le­ży tu wy­łącz­nie do prze­szło­ści, prze­szło­ści w pa­mię­ci, ale już nie­ko­niecz­nie w kon­kret­no­ści kształ­tu. Pod­kre­śle­nie owe­go sie­ro­ce­go opusz­cze­nia nie­wąt­pli­wie od­no­si się za­rów­no do jej dzie­ciń­stwa, jak i te­raź­niej­szo­ści - od­da­le­nia i opusz­cze­nia przez syna o "bied­nej gło­wie".

Gwał­tow­nej i krót­kiej cho­ro­by, a w jej wy­ni­ku śmier­ci Ma­rii z Szy­ma­now­skich Mal­czew­skiej nic nie za­po­wia­da­ło - zmar­ła po­dob­nie jak mąż na wy­lew krwi do mó­zgu. Przy­byw­szy do Wiel­gie­go 15 mar­ca 1898 roku (po dro­dze spo­tkał "rzeź­bia­rza Lang­ma­na"125), Mal­czew­ski był po­ru­szo­ny cier­pli­wo­ścią i wy­sił­kiem opie­ku­ją­cej się mat­ką sio­stry Bro­ni­sła­wy, o czym pi­sał w li­ście do żony.

Pra­wie mie­sięcz­ny po­byt w Wiel­giem ar­ty­sta tłu­ma­czy żo­nie po­gor­sze­niem się zdro­wia mat­ki, a w koń­cu ko­niecz­no­ścią za­ła­twie­nia for­mal­no­ści po­grze­bo­wych i ocze­ki­wa­niem na He­le­nę, któ­ra nie zdą­ży­ła do­je­chać ze Szwaj­ca­rii na po­grzeb.126

Żad­ne ze zna­nych świa­dectw nie po­zwa­la dziś oży­wić ima­gi­no­wa­ne­go por­tre­tu Ma­rii z Szy­ma­now­skich Mal­czew­skiej ja­kim­kol­wiek wy­ra­zi­stym ko­lo­rem, wszyst­kie ce­chy jej oso­bo­wo­ści zda­ją się mie­ścić w po­zy­tyw­nym wzor­cu za­cho­wań prze­cięt­nej Po­lki w dru­giej po­ło­wie XIX wie­ku. Nie ma też in­te­re­su­ją­cych por­tre­tów ma­lar­skich mat­ki - dwa z nich przed­sta­wia­ją gład­ko ucze­sa­ną, kor­pu­lent­ną, ubra­ną w czerń ko­bie­tę, bez ja­kich­kol­wiek ozdób, nie­zwra­ca­ją­cą na sie­bie uwa­gi naj­drob­niej­szym ele­men­tem wy­glą­du. Drew­nia­na dzwon­ni­ca w Wiel­giem, bę­dą­ca tłem po­śmiert­ne­go, ca­ło­po­sta­cio­we­go jej wi­ze­run­ku, jest je­dy­nym czyn­ni­kiem bu­du­ją­cym dla niej (do­mi­nu­ją­cy zresz­tą pro­por­cjo­nal­nie) kon­tekst w prze­strze­ni ob­ra­zu. Ten mo­dli­tew­no-ko­me­mo­ra­tyw­ny cha­rak­ter przed­sta­wie­nia, za­cie­ra­ją­cy jej in­dy­wi­du­al­ność, oprócz pła­skie­go pro­fi­lo­we­go uję­cia, pod­kre­śla zresz­tą ty­tuł ob­ra­zu: Na­sza mat­ka127.

Kon­stan­ty M. Gór­ski, wy­li­cza­jąc ob­ra­zy we frag­men­cie no­ta­tek za­ty­tu­ło­wa­nym Pra­cow­nia Jac­ka w d. 25/V 83, jako po­zy­cję nu­mer 16 po­da­je Na­bo­żeń­stwo ma­jo­we - "Oj­ciec, mat­ka, dwie sio­stry, Ja­cek koło sta­tu­et­ki M. Bo­skiej. Ba­lu­stra­da. Nie­bo, tło"128. Jest to je­dy­ny ślad po ma­lar­skiej cha­rak­te­ry­sty­ce ro­dzi­ny. Por­tret Ma­rii Mal­czew­skiej, jaki wy­zie­ra z ko­re­spon­den­cji, wzbo­ga­ca upodo­ba­nie do wy­sta­wia­nia sztuk te­atral­nych, czę­sto w ko­mi­ty­wie ze zna­jo­my­mi. Wy­ma­ga­ło to wie­lu prób i za­bie­gów sce­no­gra­ficz­nych. W tych roz­ryw­kach chęt­nie bra­ła udział star­sza sio­stra Jac­ka Mal­czew­skie­go, Bro­ni­sła­wa.

Sio­stry ar­ty­sty mia­ły zde­cy­do­wa­nie od­mien­ne cha­rak­te­ry, obie bar­dzo ko­cha­ły bra­ta i, co naj­waż­niej­sze, po­dzi­wia­ły, do­ce­nia­ły jego wy­sił­ki i osią­gnię­cia od pierw­szych prób ma­lar­skich. Star­sza, Bro­ni­sła­wa (1850-1929), całe ży­cie po­zo­sta­wa­ła za­leż­na fi­nan­so­wo od ro­dzi­ny, była z naj­bliż­szy­mi - z ro­dzi­ca­mi i ro­dzeń­stwem - nie­zwy­kle sil­nie zwią­za­na. Nig­dy nie wy­szła za mąż, ale nie za­de­cy­do­wał o tym tyl­ko przy­pa­dek. Bę­dąc jesz­cze na war­szaw­skiej pen­sji, pi­sa­ła do bra­ta w grud­niu 1866 roku o po­sta­no­wie­niu zo­sta­nia na za­wsze przy ro­dzi­cach.129

Ro­dzi­ce pró­bo­wa­li ją wpro­wa­dzić w świat, wy­sy­ła­li do cio­tek do War­sza­wy, raz na­wet dzię­ki ja­kiejś krew­nej wy­je­cha­ła do Karls­ba­du jako dama do to­wa­rzy­stwa, nie wpły­nę­ło to jed­nak w ni­czym na jej po­sta­no­wie­nie. Póki żyli obo­je ro­dzi­ce, a po­tem mat­ka, któ­rą się opie­ko­wa­ła w Gar­dzie­ni­cach, był to za­pew­ne los, ja­kie­go się spo­dzie­wa­ła - bez wzglę­du na trud­no­ści - skrom­ne, spo­koj­ne ży­cie. Jed­nak po śmier­ci Ma­rii Mal­czew­skiej ja­ki­kol­wiek ślad po jej ko­re­spon­den­cji z bra­tem za­ni­ka - jak­by prze­sta­ła ist­nieć. Na pod­sta­wie do­ku­men­tów za­cho­wa­nych w ro­dzi­nie Hey­dlów moż­na się zo­rien­to­wać, że przez lata, ko­lej­no (od 1898 roku) zmie­nia­jąc domy krew­nych, bar­dzo cięż­ko pra­co­wa­ła, pro­wa­dząc tak zwa­ną ko­bie­cą część du­żych przy­dwor­skich go­spo­darstw (mię­dzy in­ny­mi u Po­la­now­skich pod Lwo­wem).130 Mal­czew­ski nie­wąt­pli­wie zda­wał so­bie spra­wę z tru­du i sa­mot­no­ści, ja­kie były jej udzia­łem, choć za­pew­ne sama Bro­ni­sła­wa nie ob­cią­ża­ła go uty­ski­wa­niem, wie­dział też, że to on po­wi­nien za­pew­nić jej dach nad gło­wą. Moż­na są­dzić, że po­waż­nie za­sta­na­wiał się nad tym w Wiel­giem, po po­grze­bie mat­ki, lecz nie za­brał Bro­ni­sła­wy do Kra­ko­wa.131

Pań­stwo Mal­czew­scy za­trud­nia­li w domu kil­ku­oso­bo­wą służ­bę, dla­cze­go, choć­by w opie­ce nad dzieć­mi, nie mo­gła po­ma­gać im Bro­ni­sła­wa? Nie wia­do­mo. Star­sza sio­stra nie­odmien­nie cze­ka­ła na każ­dy znak ży­cia, na każ­dy list od Jac­ka, ko­cha­ła go, po­dob­nie jak mat­ka, ab­so­lut­nie bez­wa­run­ko­wo, w na­tu­ral­ny spo­sób prze­cho­dząc od opie­ki nad młod­szym bra­tem do uzna­nia jego wy­jąt­ko­wych ta­len­tów i spo­koj­ne­go przy­ję­cia wy­ni­ka­ją­cych stąd jego za­nie­chań w opie­ce nad naj­bliż­szy­mi.

He­le­na, naj­młod­sza z ży­ją­ce­go ro­dzeń­stwa, była we­so­ła i ener­gicz­na. Pa­sjo­no­wa­ła się mu­zy­ką, jak się wy­da­je gra­ła na for­te­pia­nie le­piej niż prze­cięt­nie, nie opusz­cza­ła też żad­nej oka­zji słu­cha­nia pu­blicz­nych kon­cer­tów, skrzęt­nie wy­ła­wia­jąc pra­so­we in­for­ma­cje o war­szaw­skich no­wo­ściach w tej dzie­dzi­nie.132 Wi­dać to zresz­tą w por­tre­tach, na któ­rych pia­ni­no lub for­te­pian to­wa­rzy­szą jej czę­sto, wła­ści­wie są zna­ka­mi jej obec­no­ści.133 Mal­czew­ski pi­sał do niej o swo­ich roz­ter­kach ma­lar­skich:

 

[...] w sztu­ce roz­są­dek nie za­wsze do­bry do­rad­ca, a trzeź­wość za­wsze na koń­cu się znaj­dzie jako osta­tecz­ny śro­dek. [...] mój li­te­rac­ki kie­ru­nek w sztu­ce [...] to cho­ro­ba gło­wy, ręka za­wsze szu­ka to­nów i form, a o sła­wę moją się nie trosz­czy.134

 

Ko­cha­jąc bra­ta, sko­ro już o tym mowa, nie była wo­bec nie­go bez­kry­tycz­na i nie ta­iła nie­mi­łych dla nie­go, a za­słu­żo­nych opi­nii - wła­snych i zna­jo­mych.

Bro­ni­sła­wa 1 kwiet­nia 1882 roku wspo­mi­na o ko­lej­nych za­ba­wach bra­ta ("Ja­cek tań­cu­je do 2-giej w nocy, mimo trwa­ją­ce­go już po­stu"). Wy­sta­wia­li sztu­kę Mor­der­ca, Ja­cek grał rolę ogrod­ni­ka i zro­bił świet­ne de­ko­ra­cje ("wi­dzów ze 40 osób, mniej zna­jo­mi i Ro­sja­nie ro­ze­szli się po przed­sta­wie­niu a ak­to­rzy [...] zo­sta­li na ko­la­cyi"). Wspo­mi­na jed­nak kil­ka­krot­nie z po­dzi­wem o jego trud­nej i za­ska­ku­ją­co dłu­giej dla niej pra­cy nad ob­ra­zem ("przez te dwa ty­go­dnie w dzień ma­lo­wał cią­gle a jed­nak ob­raz po­stę­pu­je po­wo­li bo przy wy­koń­cze­niu mas­sę jest ro­bo­ty"135).

He­le­na po po­wro­cie z war­szaw­skiej pen­sji usi­ło­wa­ła od­cią­żyć ojca i zna­leźć so­bie ja­kieś "miej­sce na zimę" (co za­zwy­czaj ozna­cza­ło dar­mo­wą pra­cę w za­mian za utrzy­ma­nie lub z nie­wiel­kim wy­na­gro­dze­niem za pro­wa­dze­nie domu czy udzie­la­nie lek­cji dzie­ciom, cza­sem po pro­stu do­trzy­my­wa­nie to­wa­rzy­stwa). Pro­szo­ny o po­moc w tej ma­te­rii, Ja­cek na­pi­sał ze Lwo­wa 27 paź­dzier­ni­ka 1883 roku, że nie może jej wes­przeć, ale obie­cał, że jak tyl­ko bę­dzie mógł ją za­brać do sie­bie, kupi jej upra­gnio­ny for­te­pian.136

Młod­sza sio­stra w wy­ni­ku za­lo­tów Jac­ka do Wan­dy Kar­czew­skiej, jej naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki, zna­la­zła się w bar­dzo nie­zręcz­nej sy­tu­acji - wła­ści­wie po­dwój­nie nie­zręcz­nej. Jak cała ro­dzi­na Mal­czew­skich, cier­pia­ła po­cząt­ko­wo z po­wo­du ostra­cy­zmu, jaki pró­bo­wał sze­rzyć wuj, Fe­liks Kar­czew­ski. Nie mo­gła kon­tak­to­wać się z Wan­dą - uko­cha­ną bra­ta. Po­nad­to nie­dłu­go po tych nie­szczę­snych per­tur­ba­cjach mię­dzy nią a Wa­cła­wem Kar­czew­skim (bra­tem Wan­dy) za­kwi­tła mi­łość, my­śle­li o mał­żeń­stwie, o czym już była mowa. Od pierw­szej wia­do­mo­ści o tym, że mło­dzi mają po­waż­ne za­mia­ry, do wy­zna­cze­nia daty ślu­bu mi­nę­ło spo­ro cza­su (stan­dar­do­we na­rze­czeń­stwo trwa­ło oko­ło roku), gdyż ślub He­le­ny z Wa­cła­wem Kar­czew­skim od­był się do­pie­ro 20 stycz­nia 1887 roku. Wpraw­dzie w stycz­niu 1884 roku Mal­czew­scy po­cho­wa­li ojca, ale nie tłu­ma­czy to tak dłu­gie­go trwa­nia na­rze­czeń­stwa. Na prze­szko­dzie sta­ły, jak się wy­da­je, fi­nan­se - Wa­cław Kar­czew­ski sły­nął z upodo­ba­nia do za­baw, na­le­żał do tak zwa­nej zło­tej mło­dzie­ży, we­dług Hey­dla, w mło­do­ści był utra­cju­szem i lek­ko­du­chem.137 Jak moż­na są­dzić z za­pi­sków ro­dzin­nych, roz­trwo­nił przy­pa­da­ją­cą mu część ma­jąt­ku, lecz dzię­ki temu mu­siał się za­jąć za­ra­bia­niem pie­nię­dzy na utrzy­ma­nie w inny niż rol­nic­two spo­sób. Za­czął, po­cząt­ko­wo z umiar­ko­wa­nym po­wo­dze­niem, pi­sać ar­ty­ku­ły i utwo­ry li­te­rac­kie.138 He­le­na oka­za­ła się za­rad­ną i dziel­ną pa­nią domu, co nie było ła­twe przy cha­rak­te­rze męża i jego skłon­no­ści do al­ko­ho­lu. Pro­wa­dzi­ła pen­sjo­nat (noc­le­gi z wy­ży­wie­niem) dla uczniów war­szaw­skich szkół. Jej cięż­ka cho­ro­ba, za­gra­ża­ją­ca ży­ciu, w 1893 roku spro­wa­dzi­ła do War­sza­wy Bro­ni­sła­wę Mal­czew­ską i żonę Jac­ka.

Sy­tu­acja znacz­nie się po­pra­wi­ła w 1894 roku, kie­dy Kar­czew­scy wy­je­cha­li do Ge­ne­wy, gdzie Wa­cław zo­stał sta­łym ko­re­spon­den­tem kil­ku pism war­szaw­skich i pe­ters­bur­skich (tam ukoń­czył W Wiel­giem). W 1900 roku ob­jął po­sa­dę w Bi­blio­te­ce Pol­skiej w Rap­per­swi­lu, gdzie usys­te­ma­ty­zo­wał ka­ta­log i pro­wa­dził wie­le dzia­łań na rzecz za­cho­wa­nia pol­skich pa­mią­tek w Szwaj­ca­rii.139 W 1910 roku pod­jął pró­bę zre­for­mo­wa­nia bi­blio­te­ki, na­ra­ża­jąc się na licz­ne szy­ka­ny i nie­przy­jem­no­ści (wspie­rał go mię­dzy in­ny­mi Ste­fan Że­rom­ski), na­stęp­nie zo­stał zdy­mi­sjo­no­wa­ny i cięż­ko za­cho­ro­wał. Kar­czew­scy po­sta­no­wi­li wró­cić do kra­ju - pi­sarz zmarł za­raz po przy­jeź­dzie do Kra­ko­wa, 24 li­sto­pa­da 1911 roku.

W Szwaj­ca­rii, a szcze­gól­nie w Rap­per­swi­lu, Kar­czew­scy wie­lo­krot­nie go­ści­li Po­la­ków przy­by­wa­ją­cych z oj­czy­zny. Na od­wie­dzi­ny u nich mie­li też ocho­tę pań­stwo Mal­czew­scy, o czym żona ar­ty­sty pi­sa­ła w li­ście do te­ścio­wej. Wy­pra­wa jed­nak nig­dy nie do­szła do skut­ku, a było to jed­no z kil­ku nie­speł­nio­nych ma­rzeń Ma­rii Mal­czew­skiej.

Dzię­ki za­bie­gom He­le­ny Kar­czew­skiej za­so­by ra­per­swil­skiej bi­blio­te­ki wzbo­ga­ci­ły się o prze­ka­za­ne tam przez jej bra­ta szki­cow­ni­ki, ry­sun­ki i ob­ra­zy.

Bro­ni­sła­wa, He­le­na i Ja­cek Mal­czew­scy po po­grze­bie ich mat­ki wi­dy­wa­li się rzad­ko. Być może wszy­scy tro­je spo­tka­li się do­pie­ro na po­grze­bie Ka­ro­la Po­tkań­skie­go (zmarł 16 sierp­nia 1907 roku), mimo że Kar­czew­ska przy­jeż­dża­ła do Pol­ski (mię­dzy in­ny­mi do Kra­ko­wa) ze Szwaj­ca­rii kil­ka­krot­nie. W cza­sie woj­ny He­le­na zo­sta­ła za­mel­do­wa­na przy uli­cy Krup­ni­czej w Kra­ko­wie. Nie wia­do­mo, co dzia­ło się przez kil­ka lat wo­jen­nej za­wie­ru­chy z Bro­ni­sła­wą Mal­czew­ską.140

Por­tre­ty sióstr ar­ty­sty z cza­sów ra­dom­skiej mło­do­ści są jed­nym z pierw­szych eta­pów do­cho­dze­nia do mi­strzo­stwa. O wie­le czę­ściej ich wi­ze­run­ki w róż­nych kon­tek­stach po­ja­wia­ją się po pierw­szej woj­nie świa­to­wej, szcze­gól­nie w cza­sie wspól­ne­go miesz­ka­nia w Lu­sła­wi­cach.

In­te­re­su­ją­cy w przed­sta­wio­nym kon­tek­ście ro­dzin­nym jest Au­to­por­tret z He­le­ną i ery­nia­mi.141 Ka­ta­rzy­na No­wa­kow­ska-Sito wpro­wa­dza tu jako wska­zów­kę in­ter­pre­ta­cyj­ną po­wrót Kar­czew­skich do kra­ju po prze­gra­nej ba­ta­lii o bi­blio­te­kę ra­per­swil­ską i śmierć Ja­sień­czy­ka (paź­dzier­nik 1911 roku), co uza­sad­nia smu­tek He­le­ny Kar­czew­skiej i obec­ność ery­nii. Au­tor­ka wska­zu­je na róż­ni­cę mię­dzy spo­so­bem przed­sta­wie­nia sio­stry ar­ty­sty i ery­nii. Nie­ma­te­rial­na fan­ta­stycz­ność bo­giń ze­msty nie chro­ni moc­no ko­lo­ry­stycz­nie uję­tej syl­wet­ki He­le­ny Kar­czew­skiej przed okrut­ną ze­mstą, uosa­bia­ną przez te mi­tycz­ne stwo­ry. Do­dać trze­ba, że po­stać ar­ty­sty na­le­ży do tej sa­mej sfe­ry bytu co ery­nie, jest im bliż­sza ma­lar­sko, po­dob­nie kon­tra­stu­je z ciem­ną syl­wet­ką Kar­czew­skiej. Na­le­żąc zaś do zja­wi­sko­wej stro­ny rze­czy­wi­sto­ści, lo­ku­je się po stro­nie nie­przy­ja­znych jej ery­nii. Kar­czew­skie­go, ata­ko­wa­ne­go tak­że na ła­mach pra­sy kra­jo­wej, po­pie­ra­ło pu­blicz­nie wie­le zna­mie­ni­tych osób, lecz nie było wśród nich Mal­czew­skie­go, któ­ry spra­wę nie­wąt­pli­wie znał. Przez za­nie­cha­nie by­ła­by to więc for­ma swo­istej "winy ro­dzin­nej", za któ­rą ze szcze­gól­nym za­pa­łem ści­ga­ły eu­me­ni­dy. Czy wo­bec śmier­ci Kar­czew­skie­go czu­ją się na­sy­co­ne?

Ro­dzeń­stwa na płót­nie nie łą­czą żad­ne ge­sty, le­d­wie scho­dzą się gdzieś w prze­strze­ni przed­sta­wio­nej ich za­my­ślo­ne, nie­wraż­li­we na oto­cze­nie spoj­rze­nia. Ma­larz i jego sio­stra są tyl­ko rów­nie sa­mot­ni i smut­ni.