Malczewski. Obrazy i słowa - Dorota Kudelska

Reflow text when sidebars are open.
Niniejsza książka jest nową wersją Duktu pisma i pędzla. Biografii intelektualnej Jacka Malczewskiego (Lublin 2008). Zmiany mają różny charakter. Z jednej strony ujęłam nieco materiału dokumentacyjnego, który zamiast literalnych przytoczeń zaprezentowałam w krótkich omówieniach (zostawiając odsyłacze bibliograficzne). Z drugiej zaś, dzięki dalszym poszukiwaniom własnym i żywej recepcji czytelników Duktu, dodałam wiele nowych, istotnych informacji. Chodzi na przykład o zaskakujące sposoby tworzenia obrazów (jak choćby Ukrzyżowań), identyfikację kilku dzieł i wyjaśnienie źródeł przytaczanych wcześniej dokumentów (na przykład tajemniczego dyplomu dla Malczewskiego jako filhellena). Poprawiłam też dostrzeżone błędy redakcyjne, uzupełniłam bibliografię o teksty, które poprzednio były tylko zapowiedziane jako materiały w druku, i o nowe - rozwijające istotne dla malarstwa Malczewskiego kwestie (dotyczące na przykład rodzaju jego symbolizmu na tle malarstwa europejskiego).
Do zajęcia się biografią Jacka Malczewskiego, artysty znanego, "opisanego" w tak licznych, że trudnych do ogarnięcia w pełnej liczbie książkach, artykułach, recenzjach i przyczynkach, a przy tym ciągle będącego ważnym akcentem w dzisiejszym widzeniu sztuki Modernizmu końca XIX wieku, skłoniła mnie swego rodzaju dysproporcja poznawcza.
O ile interpretacja jego dzieł ciągle poszerza obszary badań, zmienia się, opalizuje nowymi sposobami widzenia, o tyle wiedza o losach malarza, o jego rozwoju emocjonalnym, duchowym i intelektualnym, o życiu prywatnym - o dziejach jego przyjaźni i miłości - wreszcie o udziale w życiu artystycznym współczesnego mu Krakowa właściwie prawie się nie zmienia od 1968 roku, czyli od ukazania się monografii Jadwigi Puciaty-Pawłowskiej (Jacek Malczewski, Wrocław 1968) i przełomowej w recepcji dzieł Malczewskiego poznańskiej wystawy monograficznej z tego samego roku. A biorąc pod uwagę zachowany i w ogromnej większości niewykorzystany materiał archiwalny, utrzymujące się ciągle zachwianie równowagi badawczej wydaje się tym wyraźniejsze.
Życie Jacka Malczewskiego nie było dotąd opisywane ani w zgodzie z modelem niezrozumianego przez epokę geniusza, ani skandalizującego członka bohemy artystycznej czy choćby kontestatora mieszczańskich konwenansów towarzyskich. Jego biografia odpowiada w znacznej części porządkowi, jaki narzuca model, w którym szlachetność dzieła (tak tematów, jak i formy) odpowiadać musi etycznym zaletom charakteru artysty (i odwrotnie), a postępowanie artysty zawsze podporządkowane jest wysokim, idealistycznie pojmowanym celom (tu marzeniu o Polsce). Elementy, które nie pasują do takiej narracji, jak przebłyskujące czasami poczucie wyższości nad kolegami, niewierność żonie, łatwość korzystania z poświęcenia bliskich mu osób, co nie zawsze odwzajemniał, wielka ambicja zawodowa, pewien rodzaj zmęczenia narodowymi powinnościami przydarzają się wielu osobom. W przypadku Malczewskiego albo nie są zauważane, albo są usprawiedliwiane w sposób, który przekonać może tylko naiwnych czytelników, lub - co chyba dzieje się częściej - przyjmowane są bezrefleksyjnie, jako zgodne z ramami tego modelu biografii twórcy.
Od jakiegoś czasu konteksty, w jakich pojawiają się dzieła Malczewskiego, zmieniają nieco charakter, poszerzając wiedzę o jego twórczości i możliwości interpretacyjne. Do wątku historyczno-patriotycznego (podkreślanego, jak sądzę, nadmiernie, ze szkodą dla innych treści) i częstej ekspozycji portretów dołączają stopniowo kolejne - jak próba określenia jego osobliwego stosunku do mitologii i erotyki, do pejzażu czy szkice i akwarele pokazujące, że Malczewski miał także "oko", jeśli tak można powiedzieć, reportażowo sprawnie rejestrujące codzienność, potrafił też oddać humor sytuacyjny.
O rozwoju intelektualnym, zainteresowaniach i naturze rosnącej erudycji Malczewskiego wiadomo wiele w odniesieniu do lat szkolnych. Jego późniejsze samodzielne lektury nie cieszą się zainteresowaniem, mimo że potrzebę taką wyraźnie odsłoniły na przykład wystawy dokumentujące, jak bardzo ważnym tematem są w jego twórczości wątki antyczne. W najgorszej sytuacji, jeśli chodzi o omówienia, są dzieła, których nie można lub które trudno wprowadzić na wystawy - jak fryz na gmachu Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych czy szkicowniki. Podobnie jest z problematyką czynnego udziału Malczewskiego w życiu artystycznym, i to nie wyłącznie Krakowa, przy czym mowa tu nie tylko o udziale w wystawach.
Wreszcie dzięki szczegółowym ustaleniom chronologicznym na podstawie dokumentów można uzupełnić lub, co zaskakujące wobec tak znacznej literatury, sprostować informacje będące podstawą wielu interpretacji obrazów. Bardzo dużo nieporozumień narosło na przykład wokół związku Malczewskiego z Marią Balową, okoliczności wyjazdu i pobytu artysty w czasie pierwszej wojny światowej w Wiedniu i ówczesnego zaangażowania politycznego czy mieszkania w Lusławicach u swoich sióstr. Niektóre ustalenia, mam nadzieję, podważą też stereotypowe opinie o rzekomo obojętnym stosunku Malczewskiego do zagadnień technologicznych, którymi podobno nie zajmował się nawet w pracy ze studentami ASP. Wydarzenia związane z próbami zmian w tej instytucji ukazują też Malczewskiego jako człowieka czasem ostrego, nieprzebierającego w słowach i uczynkach wobec kolegów profesorów.
Wiele obszarów interpretacyjnych, często z wyraźnymi odniesieniami w obrazach, poszerzają zachowane listy, oficjalne dokumenty w akademii, notatki, brudnopisy wystąpień publicznych, wspomnienia bliskich mu osób, zapomniane artykuły prasowe.
Czy jednak jest to z punktu widzenia historii sztuki dostatecznie istotny powód do zajęcia się życiem artysty, z którego podstawowe fakty są znane? Czy wiedza o nim współczesnemu odbiorcy jest jeszcze do czegokolwiek potrzebna? Czy biografia artysty, jako gatunek, może się zmienić wewnętrznie? Sądzę, że można na wszystkie postawione wyżej pytania odpowiedzieć twierdząco, pod pewnymi wszakże warunkami.
Po pierwsze, w odniesieniu do konkretnego artysty musi istnieć wystarczająca liczba opracowań podających dane podstawowe. W przypadku Jacka Malczewskiego długoletnia praca wielu badaczy, szczególnie zaś Agnieszki Ławniczakowej, pozwoliła zgromadzić tak dużą o nim wiedzę, iż można stwierdzić, że jest ona powszechnie dostępna, przetworzona przez dziesiątki słowników i popularnych, najczęściej rzetelnych kompendiów podstawowych, nie jest zatem konieczne powtarzanie chronologicznego układu życia twórcy. Dla elementarnej tylko orientacji dodaję na końcu kalendarium życia artysty.
Po drugie, musi istnieć duży zespół nieprzebadanych dokumentów, który pozwala poszerzyć pole obserwacji, daje możliwość skupienia uwagi na tych elementach biografii artysty, które były dotychczas mniej eksponowane lub nie postrzegano ich jako istotnych dla jego twórczej wyobraźni. Opis typu emocjonalności i rozwoju artystycznej wrażliwości w dzieciństwie Jacka Malczewskiego opiera się na niewielkiej partii cytowanych listów z tego czasu, natomiast dokumenty dotyczące okresu dojrzałości twórczej malarza, choć to zaskakujące, wykorzystane są w minimalnym stopniu. Uważam, że zgromadzony przeze mnie materiał pozwala znacznie pogłębić wiedzę o zdarzeniach przypadających na dojrzałe lata malarza. W literaturze przedmiotu wykorzystywanych jest nie więcej niż trzydzieści listów z zachowanej korespondencji artysty, tymczasem po kwerendzie w zbiorach publicznych i prywatnych zgromadziłam ich ponad tysiąc (do i od artysty oraz między przyjaciółmi w jego sprawie). Dochodzą do tego jeszcze wspomnienie z Wielgiego oraz wiersze.
Po trzecie, z tak zarysowanych uwarunkowań badawczych wynika możliwość zmiany klasycznego układu biografii, podporządkowanego ciągłości życia artysty. Charakter zebranego materiału skłonił mnie do skupienia uwagi na osobach i miejscach, z którymi i w których toczyło się życie artysty. Osobne miejsce zajmują rozdziały dotyczące szeroko rozumianego warsztatu twórcy, ponieważ poszczególne jego części pełnią w większym stopniu rolę służebną wobec innych. Dotyczy to sposobów pojawiania się w zapisach artysty rekwizytów malarsko istotnych, jak "szynel" i "zbroja", czy zagadnienia stosunku do modela w pracowni. Pozwala to na uniknięcie powtarzania uzasadnień nieco odmiennego ich traktowania przez artystę w tekstach, niż tradycyjnie przyjęto w interpretacjach obrazów, co wielokrotnie tu powraca.
Dzięki temu szczęśliwemu zbiegowi okoliczności mogłam podjąć próbę wskazania nowych związków między życiem i dziełem Malczewskiego, którą przedstawiam czytelnikowi. O jednych zagadnieniach mogę powiedzieć więcej, o innych mniej, co w sposób nieunikniony zaburza proporcje analiz.
Dzięki zachowanym szkicownikom czasem można obserwować zestawienia słów mówiących o codzienności, o wyjątkowym wzruszeniu lub o kolorystyce projektowanych obrazów, zapisanych słownie na rysunkach. Bywa, że niesione w tych dwu formach treści są sobie bliskie, czasem okazują się względem siebie obojętne, a czasem zaskakują wzajemną nieprzystawalnością opisu - jak w szkicowniku z włoskiej podróży, gdzie wiersz opowiada o otaczającym artystę świecie przyrody, a szkice są nim jakby niezainteresowane.
W niektórych wypadkach pozostaje jedynie świadomość dotkliwego braku ważnych świadectw, jak na przykład listów Malczewskiego do serdecznego przyjaciela Konstantego Marii Górskiego, znanego wszystkim miłośnikom nowoczesnej sztuki przełomu wieków, wierszy Horacego i Franciszka Karpińskiego. Zbiór przetrwał drugą wojnę światową i zaginął w tajemniczych okolicznościach "między" alejami Trzech Wieszczów a Biblioteką Jagiellońską w drugiej połowie lat pięćdziesiątych XX wieku. Podobnie niepowetowaną szkodą jest utrata listów Karola Potkańskiego do Bronisławy Malczewskiej i innych osób do tego znanego historyka, stąd ich odnalezieniem byliby niewątpliwie zainteresowani także historycy sensu stricto. Ta tajemnicza historia rozegrała się, o ile mogłam ustalić, między Krakowem a Zakopanem i Toruniem w drugiej połowie lat sześćdziesiątych XX wieku.
Po Malczewskim zostały też dziesiątki wierszy, zapisywanych na skrawkach papieru, na listach egzaminacyjnych studentów, na pudełkach papierosów. Nie zawsze są najwyższego lotu. Jednak poza uzupełnieniem faktografii dodają one kolorytu i, co równie ważne, pozwalają przez cechy języka, horyzonty odniesień stylistycznych i literackich, przez rodzaj dowcipu pogłębić charakterystykę artysty.
Duża część korespondencji jest świadectwem niezwykłej miłości Jacka Malczewskiego do Marii Kingi Balowej, która naprawdę miała inne, mniej oryginalne wówczas imię, a Malczewski bynajmniej nie był jej jedynym i ostatnim wielbicielem ze świata sztuki. Wagi tego namiętnego uczucia, wspartego na jakiejś wspólnocie intelektualnej i duchowej, i form, jakimi się mieniło, nie sposób pominąć przy omawianiu samooceny artysty. Malczewski pisał: ona "stopiła moje relikwiarze", ale też "skruszyła wszystko", kiedy zakończyła ich kilkunastoletni romans.
W tej delikatnej materii związku prywatności artysty z jego dziełem nie można określić ścisłej granicy, nie można też ich sztucznie zupełnie rozdzielić, bo kiedy dzieło staje się przedmiotem interpretacji, poddane jest publicznemu oglądowi, wciąga w sferę publiczną także osobę autora. Razem należą do sfery "krajobrazu artystycznego", na którym ślady zostawiają nawarstwiające się zmiany historyczne.
Niniejsza książka, otwarta na kolejne uzupełnienia, jest jedną z wielu możliwych prób opisania biografii jako bíos Jacka Malczewskiego.
O wzajemnej nieufności życia i metod jego opisu
Zaproponowany przeze mnie kształt biografii Jacka Malczewskiego opiera się na kilku założeniach, które pozwalają zdystansować się od tradycyjnej formy tego gatunku, budowanej zazwyczaj na typie narracji wszechwiedzącej, pretendującej do absolutnej obiektywności i stwarzającej wrażenie jednakowego stopnia dostępu i możliwości opisu wszystkich okresów i aspektów życia artysty. Metodologicznie bliska jest mi myśl o nierozerwalności relacji między autorem a dziełem oraz pewność własnych ograniczeń jako badacza, stąd podkreślanie miejsc niejednoznacznych interpretacyjnie, niedookreślonych przez dokumenty itp. Skoro nie jest możliwe objęcie uwagą wszystkich kontekstów, bo i w szerokiej, i w wąskiej perspektywie dysponujemy tylko miarą entropii, to nieunikniona fragmentaryczność i wzajemne uzupełnienia przedstawianej historii artysty momentami ogarniają także formę, w jakiej rzecz jest prezentowana. Mam nadzieję, że ten układ ukaże nowe punkty widzenia, pozwoli zadać życiu i dziełom Jacka Malczewskiego nowe pytania.
Stan badań
Zasób książek i rozpraw, do których można sięgnąć po podstawowe dane o Jacku Malczewskim, jest - w porównaniu z materiałami dotyczącymi innych polskich malarzy - bardzo duży. Jednak prac opartych na źródłach pisanych wskazujących ślady, punkty wiążące w istotny sposób świat przedstawiony na płótnach z żywym światem ich twórcy jest stosunkowo niewiele.
Chronologicznie najstarszą monografią jest niewielka książeczka Tadeusza Szydłowskiego, druga to obszerne opracowanie Adama Heydla.1 Obaj autorzy korzystają z domowego archiwum artysty, z tą różnicą, że Heydel jest członkiem rodziny - co ma wpływ na charakter narracji i sposób użycia dokumentów, a poza tym pisze już po śmierci malarza. Obaj autorzy opublikowali także, czerpiąc z niewykorzystanych materiałów, uzupełniające artykuły.2
Heydel przedstawił wiersze artysty, w większości pisane dla Wandy Karczewskiej i dla przyszłej żony, Marii Gralewskiej. Wybrał teksty, które po pierwsze miały najbardziej poprawne, jego zdaniem, rytm i rymy, a po drugie takie, których publikacja, i tak nieuchronnie gwałcąc prywatność malarza, uczyni to, według autora artykułu, w najmniejszym stopniu. Zgadzając się z tym, że czasem trzeba z kilku zmieniających się zapisów tego samego wiersza wybrać najlepszy, muszę jednak stwierdzić na podstawie lektury innych utworów malarza, że Heydel prezentuje znacznie zubożoną wersję poetyckiej wyobraźni Malczewskiego.
W artykule Ze wspomnień o Jacku Malczewskim Heydel podkreśla granicę między tym, co jest składnikiem domowej legendy, w której wyrastał, a późniejszymi własnymi obserwacjami. Ten krótki tekst przynosi otwarte stwierdzenie, że mimo łatwości kontaktów z ludźmi Jacek Malczewski miał naturę nader skomplikowaną. Szkoda, że autor w żaden sposób nie uzasadnia przekonania o poczuciu tragicznej, dumnej samotności Malczewskiego, które to uczucie towarzyszyło artyście, mimo wszelkich sukcesów, przez niemal całe życie. Takiego refleksyjnego i minorowego tonu także próżno szukać w jedynej monografii poświęconej Jackowi Malczewskiemu, napisanej już po jego śmierci.
W książce Jacek Malczewski. Człowiek i artysta Heydel w mniejszym stopniu akcentuje w narracji ton osobisty (co nie znaczy, że jest mniej subiektywny); całość tchnie ostatecznie optymizmem dobrze spełnionego życia. Do niewątpliwych zalet zaliczyć można nasycenie jej pierwszej części listami malarza (w przeciwieństwie do partii opisującej późniejszy okres życia artysty), informacje o znacznej liczbie obrazów, spośród których o wielu dziś nic nie wiadomo, wreszcie pierwszą próbę relacji o zmieniających się zakresach zainteresowań tematycznych i formalnych Malczewskiego. Jednak przenikanie się biografii badacza i charakteryzowanego bohatera sprawia dużą trudność psychologiczną piszącemu, komplikuje sytuację i powinno skłaniać czytelnika do ostrożności.
Listy Jacka Malczewskiego cytowane przez Heydla w znakomitej większości zachowały się w oryginałach. Na podstawie konfrontacji całych ich zespołów mogę stwierdzić, że wiele z nich, istotnych w relacji życia i twórczości, zostało pominiętych - zapewne także z powodu zastosowania ostrego kryterium rozdzielenia spraw prywatnych i twórczości - w niektórych przypadkach ze szkodą dla walorów poznawczych. Z punktu widzenia dzisiejszego badacza jest to najbardziej dotkliwe tam, gdzie autor cytuje wypisy z ważnych, zaginionych w części, listów Juliana Malczewskiego do syna i zupełnie dziś niedostępnej korespondencji Jacka Malczewskiego z Konstantym Marią Górskim czy Marcelim Czartoryskim. Heydel nie tylko nie opatruje cytatów przypisami, lecz często nie określa właściciela dokumentu ani nawet jego daty, chociaż w niektórych zachowanych listach takie informacje są.3 Opublikowana część korespondencji artysty spoza kanonu ustalonego przez Heydla nie została dostrzeżona przez badaczy.4
Przykładem instrumentalnego traktowania dokumentu, utrwalonego w literaturze przedmiotu, jest sposób wykorzystania przez Heydla Luźnych kartek - wspomnień z dzieciństwa. Monografista określa je jako "pamiętnik" i charakteryzuje następująco: "Nazwał te notatki Luźne kartki. Nie nadał im skończonej formy. Są w nich wspomnienia wsi, wybuchy liryczne związane z pierwszą miłością, refleksje filozoficzne"5. Przy czym nie datuje rękopisu, jak długo korzysta z niego, odnosząc go do lat dzieciństwa, co wraz z określeniem "pamiętnik" odwraca uwagę czytelnika od dystansu czasowego dzielącego wydarzenia i ich zapis, a tym samym od ich doboru i specyficznej stylistyki.
Wszyscy kolejni autorzy, którym potrzebne były jakieś nawiązania do dzieciństwa Malczewskiego w Wielgiem i w Gardzienicach, korzystają wyłącznie z tych wypisów, tymczasem w Muzeum Narodowym w Poznaniu przechowywany jest oryginał.6 Tekst o charakterze wyraźnie przypominającym solilokwium ma znacząco inną i jak sądzę - mimo tytułowej sugestii, że jest to fragment - pełną narracyjną ramę literacką. Szkatułkowo kryje odniesienia do dwu wydarzeń w przeszłości i teraźniejszości (najprawdopodobniej roku 1883), co staram się dalej wykazać. Heydel w monografii dzieli rękopis na małe, kilkuzdaniowe fragmenty, obejmujące tylko czas przeszły "dzieciństwa w Wielgiem" (lata 1867-1871). Pomija zaś istotne zdania związane z czasem teraźniejszym zapisu, informuje tylko, że Malczewski ma wówczas dwadzieścia osiem lat. Opuszczonych fragmentów, w całości niemal dotyczących sytuacji życiowej artysty między grudniem 1881 a sierpniem 1882 roku, Heydel nie wykorzystuje także w rozdziałach przedstawiających późniejsze losy bohatera swej książki. Skrócił tekst, co wprawdzie zaznacza, ale nie określa skali ingerencji, a jest to jedna trzecia objętości (z 33 zapisanych stron odrzucił 11,5). Autor pierwszej monografii artysty pozostawia poza świadomością czytelnika pełną smutku i rozczarowania wizytę w starym dworze w roku 1881 oraz końcowe refleksje artysty o własnym życiu po roku 1878, poczynione zimą na przełomie 1882 i 1883 roku. Nie są to dla malarza łatwe czasy. Malczewski nie podaje konkretów, ale wyraźnie obawia się życiowej i artystycznej klęski. Pisze też w podniosłym tonie o jakichś ciężkich grzechach, moralnym upadku, za który ma do siebie wielkie pretensje. Ten właśnie gwałtowny przypływ uczuć i niepokoje artysty w trudnych początkach samodzielnego życia w Krakowie Heydel określa "wybuchami uczuć", które trzeba pominąć. Tymczasem w takiej wewnętrznej narracyjnej ramie odległe już dzieciństwo, przez kontrast, staje się rajem w stopniu większym niż zazwyczaj we wspomnieniach. Emocje przeszłości, owiane - jak pisze artysta - "różową mgłą", łagodnieją.
Sposób potraktowania przez Heydla w Luźnych kartkach "obrazu wsi" lubianej przez artystę i stworzenie swoistego kształtu jej pamięci jest źródłem bezrefleksyjnie powtarzanej kalki interpretacyjnej: "Malczewski był człowiekiem wsi" - w opozycji do jakiegoś domyślnego "człowieka miasta"7.
Autor omawianej książki bagatelizuje także znaczenie pierwszej miłości Malczewskiego, sprowadzając ją do niezbyt ważnego epizodu.8 Tymczasem ten zawód miłosny miał poważne skutki, zarówno dla jego późniejszych kontaktów z kobietami, jak i dla zmiany sposobu życia w Krakowie bezpośrednio po powrocie z feralnych wakacji, co przysporzyło mu później, choć już jak sam pisze poniewczasie, wyrzutów sumienia.
Kolejni badacze przyjęli tę wersję "życia artysty", jaką podał Heydel, nie dochodząc szczegółów: fragmenty dokumentów wybrane przez Heydla przywołuje niemal każda publikacja poświęcona Malczewskiemu, zostały one nawet potraktowane jako kompletny zbiór i tak opublikowane, bez podania informacji o istnieniu rękopisu.9
W roku 1933 - kiedy wydano monografię Heydla - większość osób bliskich malarzowi w dzieciństwie i u progu młodości już nie żyła. Liczba cytatów z listów odnoszących się do dojrzałego życia artysty gwałtownie się zmniejsza. Porzucenie zasady przywoływania obszernej korespondencji pozwala tu omawiać drażliwe kwestie bez przypominania szczegółów, co jest przecież zrozumiałe. Sprzyja to idealizowaniu charakteryzowanej postaci i powoduje niemal zupełny zanik informacji ze sfery prywatnej. Specyficzne "przycinanie" cytatów lub braki w komentarzach odwracają uwagę czytelnika od części faktów (w ramach strategii budowania wizerunku przez biografa) lub pozwalają je lekceważyć, a to bywa szkodliwe nie tylko dla wiedzy historycznej, ale i dla interpretacji dzieł. Nie dowiadujemy się niczego istotnego o życiu wewnętrznym z czasów dojrzałych wyborów życiowych Malczewskiego, które Heydel prezentuje jako zestaw dat oficjalnych: ślub, narodziny dzieci (jedyne wyznaczniki życia rodzinnego), przyznawanie kolejnych nagród, zatrudnienie i rezygnacja z pracy w ASP itd. Nie ma nawet mowy o tych upodobaniach, które w opisie wcześniejszych lat jego życia były wskazywane jako źródło przyszłych sukcesów, na przykład wielka potrzeba lektury, dyskusji artystycznych, staranne dobieranie na ogół starszych przyjaciół.
Ów brak dystansu powoduje niemożność ustalenia podstawowych odniesień nie tylko w intelektualnej, ale i publicznej sferze życia malarza. Światopoglądowe modernistyczne spory z przełomu wieków w perspektywie monografii Heydla jakby Malczewskiego nie dotyczą. Bardzo uproszczony i jednoznaczny jest też typ patriotyzmu malarza - jego sztuka ma niemal wzywać do działań na rzecz odzyskania wolności, funkcjonuje jako służba wobec idei niepodległościowej, odnosi się do jedynego wzorca, który każe urodzonemu i wychowanemu w niewoli polskiemu artyście poświęcić wiele (jeśli nie wszystko) dla ojczyzny, przynajmniej we wzorowym żywocie.
Tymczasem Malczewski jest niewątpliwie co najmniej bacznym obserwatorem - jeśli nie kimś więcej - nowych koncepcji historii (które warunkowały w pewnym stopniu popularność Słowackiego) i różnorodnych prób walki Modernistów o prawa wybitnej jednostki - artysty, który niekoniecznie musi (lub chce) stać na czele jakiejkolwiek frakcji patriotycznej.
W omawianej monografii swoista licentia poetica w codziennym życiu przysługuje Malczewskiemu jedynie w upodobaniu do dziwnych kolorystycznie strojów, co - podobnie jak naiwność finansowa malarza - jest traktowane z pobłażaniem. Na tle bohemy artystycznej Malczewski żyje jak specyficznie krakowski mieszczanin (bo tu mieszczanie to często szlachta i arystokracja), nie wchodzi w konflikty, nie drażni filistrów ani skandalami rodzinnymi, ani zawodowymi, nie przeszkadza mu gorset fasadowych zachowań. Jego życie osobiste jest niemal wzorowe z punktu widzenia ówczesnych oficjalnych pojęć moralno-prawnych i przyjętych form życia towarzyskiego. Niemal, bo nawet Heydlowi w żaden sposób nie udało się pominąć osoby Marii Balowej - wielkiej miłości Malczewskiego, która spogląda na widzów ze zbyt wielu płócien mistrza, aby można było przemilczeć jej rolę w życiu malarza.10
Heydel wyznaczył na długie lata wzór opisu charakteru tego związku i ocen decyzji podejmowanych przez Malczewskiego. Odrzucenie wierszy związanych z Balową, szczególnie z lat 1913-1918, bez względu na powody, doprowadziło do pomylenia przyczyn i skutków postępowania artysty oraz nieścisłości w analizach kilku obrazów z wątkami antycznymi, namalowanych około 1918 roku (chodzi o serię Orfeusz i Eurydyka).
Heydel, zgodnie z modelem romantyczno-powstańczym spełniania patriotycznego obowiązku i koniecznością kształtowania odbiorców przez pozytywne wzorce, nie ma wątpliwości, że Malczewski heroicznie poświęcił swą miłość jako ofiarę dla odradzającej się Polski, co ma niemal mesjanistyczny podtekst. I ponownie żadne dowody, daty czy odniesienia do ceny tej ofiary nie są istotne. Nie może być nawet cienia wątpliwości, że to od artysty wyszła inicjatywa zakończenia związku, wskazanie na okres "odzyskania niepodległości" pozwala łatwo przenieść na ten gest pozytywne nacechowanie patriotycznej aktywności. Poza faktami, za którymi kryje się wielka doza cierpienia, to uproszczone wynikanie godzi w szczerość uczuć artysty do Marii Balowej i w wielkość tego poświęcenia (skoro rozstanie przychodzi mu tak łatwo), czyni też z artysty człowieka naiwnie i bezdusznie (nie interesuje go los ukochanej) targującego się z Opatrznością. Jeśli pominąć świadectwa głęboko skrywanych uczuć, do których artysta funkcjonujący z pozoru normalnie w sferze rodzinno-towarzyskich zobowiązań, po prostu nie mógł i nie chciał się przyznać, to nasuwa się wniosek, że Malczewski postanowił podnieść się z moralnego upadku. Tymczasem tu porządki osobistej i wielkiej historii nałożyły się na siebie, jak rzadko w życiu malarza, niezwykle fortunnie dla Polaka patrioty, ale też dość osobliwie wobec romantyczno-powstańczego wzorca. Dawniej bohater, poświęcając miłość dla dobra ogółu, opuszczał ukochaną kobietę, by jako żołnierz lub konspirator ryzykować życie. Sugerowanie, że ta forma ofiary dotyczy Malczewskiego, zostawia pewien "niedosyt", trąci naiwnością i stawia go w dwuznacznej sytuacji uzurpatora w porównaniu, już nawet nie ze śmiercią młodych legionistów, co choćby z postępowaniem Wojciecha Kossaka czy Juliana Fałata. O czasie spędzonym przez malarza w wojennym Wiedniu dowiemy się z książki Heydla bardzo niewiele, podobnie jak o tym, co działo się z artystą po powrocie do Krakowa.
Ów mechanizm obronnego przeniesienia uczuć, nadającego sens osobistej tragedii malarza, i tej, którą głęboko ukrywał, i tej, która otoczyła go okrucieństwem wojny, jest jednak bardziej skomplikowany, podbudowany religijno-teozoficzną refleksją, pozwalającą odszukać uniwersalny sens cierpienia. Wiersze odrzucone przez Heydla obrazują, jak na początku rozpacz, a potem wiele miesięcy trwający stan otępienia po utraconej miłości zyskały sens, przeradzając się stopniowo w myśl o poświęceniu. Heydel nie zajmuje się tą kwestią głębiej w planie osobistym, zatem i religijnym, przyjmując też jako oczywistość szczęśliwe zakończenie. Według monografisty malarz podjął tę decyzję na początku wojny, w roku 1914, doczekał wyzwolenia ojczyzny i spokoju wewnętrznego. Tak jednak nie było.
Kończąc ten wątek, jeszcze raz zwrócę uwagę na niedostrzeganie przez późniejszych badaczy (choć Heydel uczciwie robi przypis) manipulacji dokumentami. Dowodząc uświadomienia sobie przez artystę własnego upadku moralnego i słuszności powrotu do żony w 1914 roku, jako uzasadnienie cytuje jego samokrytyczne słowa sprzed ponad trzydziestu lat (!):
Nagłe załamanie się "dźwigni", jaką miała być jego pierwsza miłość, pchnęło go, przez reakcję, tam, gdzie w jego mniemaniu był upadek i błoto.
"Grzeszyłem zawsze, ale w grzechu nigdy nie kochałem się... Występki dla mnie były kolącą obrożą szyi mojej, ale obroży tej zdjąć nie miałem siły, choć mnie raniła i krwawiła serce".11
Tu dopiero Heydel podaje w przypisie domniemaną datę powstania Luźnych kartek (1882), ale wobec zdania wprowadzającego cytat postępowanie to ma wszelkie znamiona manipulacji, której nikt z korzystających licznie z jego wypisów nie zaznaczył. A przecież w Luźnych kartkach artysta nie żałował związku z Marią Balową, ale jakichś niecnych postępków w 1881 roku.
Z kolei czytając Wielkiego tercjarza Michaliny Janoszanki, trzeba oddzielić nieznośną egzaltację mitologizującą osobę artysty od konkretnych informacji, szczególnie dotyczących późnego okresu jego życia. Nie można tutaj liczyć na pogłębione analizy dzieł, ale można często na podstawie opisu zidentyfikować płótna lub dowiedzieć się czegoś o obrazach zaginionych.12 Kreacyjności świata domowego artysty przedstawionego w tej książce dramatycznie dowodzą nieopublikowane maszynopisy Janoszanki - wspomnienia spisane po śmierci Julii Meyznerowej. O swoim Wielkim tercjarzu pisze, iż książka jest "[...] tylko uchyleniem bolesnej zasłony - bo byłam blisko [...]"13.
Druga wojna światowa, a następnie zmiana gustów artystycznych spowodowały, że Jacek Malczewski dość długo nie miał większej wystawy indywidualnej, choć jego twórczość nie zniknęła z pola widzenia badaczy, ale też nie poświęcono mu obszernej i znaczącej pozycji o charakterze monograficznym. Zdecydowaną zmianę przyniósł rok 1968. Wówczas Jadwiga Puciata-Pawłowska wydała monografię Jacek Malczewski; przygotowując ją, nie mogła jeszcze korzystać z bogactwa obrazów zgromadzonych na wystawie urządzonej na przełomie 1968 i 1969 roku w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Tym bardziej więc na uznanie zasługuje obfitość materiału ilustracyjnego, jaki autorka zebrała i zanalizowała w publikacji.
Z punktu widzenia niniejszych rozważań ważny jest sposób prezentacji rozdziału pierwszego, zawierającego podstawowe informacje biograficzne - w nim zaś spotykamy najwięcej skrótów i uproszczeń. Jego zawartość autorka zapowiada we wstępie następująco:
Koleje życia artysty zostały omówione dość pobieżnie, ponieważ autorka wyszła z założenia, że szczegóły są, choć rozproszone, dostępne w innych opracowaniach wskazanych we wstępie do monografii.14
Podobnie jak u Heydla, najobszerniej przedstawione jest dzieciństwo i wczesna młodość malarza, należy jednak przyznać, że Pawłowska jest pierwszą autorką, która wprowadziła nowe dokumenty do życiorysu artysty, choć w bardzo ograniczonym wyborze (listy do żony, do przyjaciół i jeden od Marii Kingi Balowej15). Cytuje je nie tylko w rozdziale określonym jako biograficzny, lecz w całej książce, co wyraźnie wzbogaca interpretację, ale dowodzi też niemożności utrzymania zapowiedzianego we wstępie schematu ostrego oddzielenia życia i analizy dzieł. Pole badawcze poszerza też odwołanie się do krytyki prasowej i porównanie z poezją.
Choć autorka wprowadza dane z życia artysty inaczej niż Heydel, analizuje też nieco głębiej różnorodny charakter związków Malczewskiego z rodziną i przyjaciółmi, to także wielokrotnie zatrzymuje się "na progu domu" artysty, czasem pracowni, bywa, że uchyla zaledwie rąbka tajemnicy, przytaczając wspomnienia osób trzecich - a wszystko to motywuje niechęcią do poddawania malarza ocenie etycznej i ujawnienia tajemnicy. Rodzi to sytuację paradoksalną, kiedy według badaczki zaginięcie listów ma pozytywne skutki. Na przykład po zacytowaniu jedynego znanego wówczas listu Marii Kingi Balowej do Jacka Malczewskiego, świadczącego o dużym stopniu zażyłości między nimi, Pawłowska, konstatując fiasko poszukiwań pozostałych listów Balowej, pisze:
Umknęła nitka, która zdawała się na ich ślad naprowadzać. Zerwała ją może czujna Parka, aby je uchronić przed naszymi oczami. Może i lepiej, że wszystko, co by brutalnie demaskowało, obnażało bezlitośnie fakty i słowa, oddając je pod nasz sąd niepotrzebny, zostanie w ukryciu, nieznane, odejmując tej sprawie posmak sensacji. Może i lepiej, że dopełnieniem wizerunku tej postaci kobiecej, utrwalanej przez artystę w tylu jego obrazach i szkicach, są słowa jedynie jej poświęcone we Wspomnieniach życia, które Malczewski skreślił w roku 1915.16
Wspomnienia, jeśli się weźmie pod uwagę całość tekstu, mają w odniesieniu do kochanej dawniej kobiety charakter stęsknionego spojrzenia z oddali, są próbą szukania ukojenia, wejścia w to samo światło, kiedy już nie ma nadziei na zmianę, są szukaniem sensu pogodzenia się z tą sytuacją. Podobnie jak u Heydla odwrócenie kierunku napięcia emocjonalnego tej przemiany (tu także bez śladu dramatyzmu pisanych równocześnie innych wierszy, znajdujących się w zbiorach biblioteki krakowskiej Polskiej Akademii Umiejętności pod tą samą sygnaturą) pozwala autorce na sformułowanie wniosku: artysta nie zaznał szczęścia, lecz jego ułudy, i więcej cierpiał w pozamałżeńskim związku, niż czerpał z niego radości. Jednak to cierpienie jest charakterystycznie ograniczone, tak by wydobyć wyłącznie ekspiacyjny charakter później cytowanych tekstów:
Cierpiał jako mężczyzna, który zniweczył spokój swej rodziny, cierpiał jako artysta, odchodząc od tematyki patriotycznej, którą uważał za swe powołanie.17
Granica obserwacji styku prywatności i dzieła została wprawdzie, w porównaniu z monografią Heydla, przez Pawłowską przesunięta, ale tylko w niewielkim stopniu.
Bardzo ważną rolę dla zainteresowania twórczością Malczewskiego badaczy i szerokiej publiczności odegrała wspomniana już poznańska wystawa z 1968 roku. Towarzyszył jej niezwykle starannie opracowany katalog18, z pierwszym kalendarium życia (sporządzonym przez Jerzego Nowakowskiego) i szkicem o twórczości malarza pióra Agnieszki Ławniczakowej.
Kalendarium po raz pierwszy zestawia tak dużą liczbę faktów, wprowadzając dane dotyczące zmian pracowni (co jest cenne mimo pewnych braków lub pomyłek). Ławniczakowa w tekście Z problematyki twórczości Jacka Malczewskiego przedstawia rozwój intelektualny i artystyczny autora Melancholii, zwraca uwagę na inspirującą dla jego malarstwa rolę wielu znajomych twórcy i toczonych wspólnie dyskusji. Podnosi też konieczność włączenia twórczości artysty w nieco szerszy kontekst współczesnej mu sztuki i prądów umysłowych epoki.
Książka Andrzeja Jakimowicza Jacek Malczewski i jego epoka19 jest, podobnie jak poprzednio prezentowana monografia Jadwigi Puciaty-Pawłowskiej, zespołem studiów pogrupowanych problemowo, z tą jednak zasadniczą różnicą, że układ rozdziałów wyznaczają nie tylko często powtarzające się tematy. Życie artysty (mimo że tytuł sugeruje możliwość zwrócenia na nie większej uwagi) jest tu także spychane na margines, czasem nawet wbrew logice wywodu (do czego jeszcze powrócę). Jakimowicz (tak jak wcześniej Pawłowska) wprost uzasadnia taki sposób postępowania istnieniem, jego zdaniem, licznych źródeł szczegółowych, co uprawomocnia dodanie jedynie końcowego Kalendarium życia i twórczości. Tu zaś dane o twórczości Malczewskiego przytłaczają dane dotyczące jego życia, zwykle uznawane za dwie odrębne części.20 Jak można domniemywać, powodem takiego postępowania jest także panujący w czasie pisania książki "klimat metodologiczny", którego cechą niezmiennie pożądaną miała być analiza dająca obiektywną interpretację dzieł, a za jeden z podstawowych warunków osiągnięcia tego celu uznano odrzucenie subiektywności biografizmu.
Andrzej Jakimowicz nie poddaje się rosnącej mitologizacji osoby Malczewskiego i idącej za tym równie wysokiej ocenie wszelkich dzieł artysty, ma do nich trzeźwy stosunek (widzi na przykład banał i łatwiznę niektórych malarskich powtórzeń, "niemiecką ckliwość" listownych winietek dla Dobrzańskiego, nazywa po imieniu egocentryzm, wskazuje niedostatki formy itd.21). Należy to docenić przy częstym braku jakiejkolwiek obiektywności wobec obrazów autora Melancholii, zwłaszcza, choć nie tylko, w opracowaniach popularnych.
Jednak programowe porzucenie dociekań biograficznych, także przy szczegółowej analizie wybranych przez autora tematów, doprowadza do nieporozumień lub nawet zafałszowań. Jakimowiczowi nie jest potrzebny ani jeden cytat z listów czy zapisków Malczewskiego lub innych osób na jego temat, mimo że już w pierwszym rozdziale o autoportrecie buduje obraz osobowości malarza. Tracą na tym niektóre analizy, ponieważ wprowadzenie szczegółów z życia artysty znakomicie wsparłoby wnioskowanie autora. Tak się dzieje na przykład w przypadku wskazania na upodobanie artysty do teatralizacji jako sposobu zabawiania towarzystwa, a także jej specyficznego wykorzystywania w kompozycjach malarskich.22 Malczewski był bowiem rzeczywiście miłośnikiem teatru - przede wszystkim zawodowego, ale nie gardził przedstawieniami amatorskimi, a raz nawet sam wystąpił w roli reżysera żywych obrazów. Niewątpliwie zatem scenograficzny rodzaj ekspozycji bliski był jego wyobraźni.
Wiedza o życiu artysty pozwala podać w wątpliwość celność rozpoznań Jakimowicza. Odnosi się to do obrazów Malczewskiego o tematyce religijnej. Nawet rozpatrując je wyłącznie w kontekście autoportretu (więc najbliżej jak można powiązane z twórcą), badacz nie podnosi kwestii stosunku artysty do religii: jego przekonań, praktyki, lektur, wreszcie wyboru motywów ikonograficznych, tak przecież niezwykłych. Znowu - jak poprzednio - do interpretacji wiele mogłyby wnieść materiały biograficzne.
Jakimowicz nie precyzuje, jakie granice stawia i jak rozumie znaczenie tytułowego sformułowania: "epoka Jacka Malczewskiego". Jeśli przyjąć, że są to po prostu lata życia twórcy, to wyraźnie brakuje odniesień do jego intelektualnych przyjaźni (samemu artyście autor odmawia głębszej refleksji nad otaczającym go światem) czy polemik zawodowych.
Według Jakimowicza rozszerzenie pola obserwacji nie ma większego sensu, bo artysta nie był intelektualistą, ponieważ "literaturą filozoficzną się nie karmił", a jego wrażliwość jedynie "[...] przekazywała świadomości dostatecznie wyraziste sygnały ze sposobu bycia, z atmosfery i "klimatu" środowiska, ze współczesnej poezji [...], jednym słowem ze sfery zjawisk pochodnych, a nie ze źródła". Dlatego też, według autora omawianej książki, nie ma sensu analizowanie jego postawy z pozycji "filozoficznych i literackich przesłanek"23.
Także w pełnym interesujących spostrzeżeń o pejzażach rozdziale Krajobrazy, krajowidy, pejzaże Jakimowicz, opisując odniesienia Malczewskiego do współczesnych mu metod uprawiania tego gatunku, czyni to tak, że niełatwo się zorientować, jaki krąg pojęć o sztuce uważa za najbliższy autorowi Krajobrazu z Tobiaszem. Jest tu zresztą dość osobliwe odwrócenie zainteresowania. Za bardzo ważną dla funkcjonowania każdego artysty w społeczności badacz uznaje "legendę personalną", budowaną przez słabostki, odmienność wyglądu i sposobu zachowania się artysty, wraz ze skłonnością publiczności do przyjmowania nowinek artystycznych. Zaskakujące jest jednak to, że Jakimowicz ten rodzaj atrakcyjności twórcy zarówno w środowisku artystów, jak i wśród publiczności (co może wpływać na przykład na chęć zakupu dzieł) omawia nie na przykładzie życia tytułowego bohatera książki, lecz... Jana Stanisławskiego.24 O ile analiza zmian sposobu kreowania pejzażu przez autora W tumanie oraz umieszczenie ich na tle rodzimych osiągnięć tego gatunku jest interesująca i nowa w stosunku do badań poprzedników Jakimowicza, o tyle dominacja Stanisławskiego w części dotyczącej psychologii twórczości jest nieporozumieniem. Nie odpowiada mu bowiem, nawet w najmniejszym stopniu, podobne psychologiczno-socjologicznie wrażliwe omówienie "legendy personalnej" Jacka Malczewskiego.
W 1972 roku ukazała się książka Mieczysława Paszkiewicza Jacek Malczewski. W Azji Mniejszej i w Rozdole25, opatrzona licznymi ilustracjami (rysunki znajdujące się w Fundacji z Brzezia Lanckorońskich). Tytułowa wyprawa została opisana z odniesieniami do monumentalnej publikacji Miasta Pamfilii i Pizydii26, wydanej sumptem hrabiego, będącej naukowym efektem badań wówczas prowadzonych. Przedstawione tam zostały okoliczności i trasa podróży, miejsca, w których przebywano lub organizowano postoje i badania. Wszystkim etapom wyprawy odpowiadają reprodukcje rysunków artysty, a te, które nie zostały zamieszczone, autor wymienia w załączonym dokładnym spisie malczewianów w zbiorach Lanckorońskich. Informacje i komentarze do tej podróży znajdują się we wszystkich obszerniejszych rozprawach poświęconych Malczewskiemu. Rzadko rozważany jest jednak charakter jej związku z twórczością artysty. Według Puciaty-Pawłowskiej był to dla artysty jedynie niewiele znaczący epizod, bo wyprawa "nie uwolniła go od tematyki związanej z martyrologią polską, do której powrócił zaraz po przyjeździe do kraju"27. Andrzej Jakimowicz i Katarzyna Nowakowska-Sito uważają, że wyprawa ta miała duży wpływ na zainteresowanie malarza sztuką grecką. Jakimowicz podkreśla, że nie chodzi tu o obecność reportażowych sprawozdań, ale o bezpośrednie zetknięcie się specyficznej osobowości artysty z greckimi bogami, którzy pozbawieni swej właściwej roli ("odebrana im została ważkość, ciężkość"), stali się jedynie znakami "tyczącymi pewnych spraw kultury". Decydując się jednak na wzięcie pod uwagę dyspozycji psychologicznych malarza, autor zaznacza z dystansem, że czyni tak dlatego, iż interpretacyjnie nie dało się ich w żadnym wypadku pominąć. Nowakowska-Sito przywołuje także opinie Konstantego M. Górskiego i Agnieszki Ławniczakowej dowodzące ewolucyjnych, nie rewolucyjnych, zmian w twórczości artysty.28
Zgadzam się z opiniami tych dwojga badaczy. Uzupełniając ich uzasadnienia w dalszej części pracy, poszerzam zakres odniesień poza same obrazy, wykorzystując rozważania Malczewskiego o źródłach sztuki.
Wątki te podejmuje też Teresa Grzybkowska we wstępach do katalogów wystaw Malczewskiego, które organizowała, i w wielu publikacjach, w których artysta jest głównym lub jednym z kilku bohaterów.29 Autorka rozwija zwłaszcza temat związku obrazów Malczewskiego z grecką mitologią, dochodząc do wniosku, że był on jednym z najwybitniejszych twórców swojego czasu, malarzem, który korzystając ze starożytnej tradycji, połączył "skończoność ludzkiego bytowania z nieśmiertelnym światem bogów"30. Szczególnie podkreślane są wątki łączone z Dionizosem i Hermesem, co owocuje możliwością budowania także autobiograficznych odniesień do instynktów, do ciemnej strony ludzkiej natury, do groźnych skutków samowiedzy w znacznie większym stopniu niż do klasycznej Grecji Winckelmanna.
Grzybkowska podkreśla, że osobliwy i twórczy w stosunku do sztuki swego czasu sposób transpozycji motywów mitologicznych przez Malczewskiego skrywa w gruncie rzeczy jego autobiografię.31 Wnioskowaniu temu służy także zaakcentowanie wybranych wątków, które, wyraźniej złączone ze znaczeniami podstawowymi dla starożytności, wydobywają interesujące na przełomie XIX i XX wieku tropy interpretacyjne. I tak powstają odniesienia do znaczeń dziś już nieoczywistych, ale czytelnych dla wielu ówczesnych odbiorców o solidnym klasycznym wykształceniu. Nawiązując do mitów w mniej znanych wariantach, autorka dotyka kwestii należących do biograficznego tabu obyczajowego, które całkowicie już przestało obejmować romans z Marią Balową, ale nadal obejmuje męskie przyjaźnie w otoczeniu malarza. Grzybkowska podejmuje ten wątek, pisząc o typach klasycznego portretu mistrza i ucznia, o ikonograficznych przekształceniach motywów łączonych z platońskim wątkiem eros socraticus (na przykład pojawiających się czasem między innymi w kontekście Tobiasza).
Interesujących danych o kontaktach Malczewskiego (bezpośrednio wiążących go ze współczesną mu literaturą) dostarczył Bogdan Burdziej w Innym świecie ludzkiej nadziei32. Bohaterem tej książki i nowym znajomym artysty jest Adam Szymański (1852-1916), autor Szkiców (Petersburg 1887 i 1890, ostatnie wydanie 1927), zesłany na Sybir za patriotyczną konspirację, dziś postać zupełnie zapomniana, podobnie jak jego twórczość literacka. O ile jego proza wiele zawdzięcza Malczewskiemu, to obrazy malarza, jak się wydaje, także skorzystały na opowiadaniach i rozmowach z autorem rozprawy etnograficznej o ludach Syberii.
Na zupełnie osobne miejsce, wieńczące obszerne omówienia twórczości Jacka Malczewskiego, zasługują opracowania Agnieszki Ławniczakowej, które zresztą już niejednokrotnie były tu przywoływane. Ustawiają one poprzeczkę poziomu naukowego tekstów wprowadzających i komentarzy katalogów niezwykle wysoko. Wprawdzie do zasadniczego zrębu podstawowych danych biograficznych w kalendarium Katalogu 1968 w kolejnych opracowaniach Ławniczakowa dodaje tylko informacje o wystawach, na które artysta wysyłał swoje dzieła, ale kolejne noty o obrazach znacznie poszerzają wiedzę o jego życiu i twórczości. O zmieniających się w czasie zainteresowaniach Malczewskiego, o jego lekturach, jakie dostrzega za kompozycjami symbolicznymi, czy o sposobach budowania plastycznych relacji z naturą dowiadujemy się z jej książek bardzo wiele. Przy czym autorka ma wyjątkową zdolność takiego pisania o malarzu i jego dziełach, że powtarzając informacje podstawowe, niezbędne w katalogach choćby dla młodszych odbiorców, wielostronnie kontynuuje wątki interpretacyjne i dodaje nowe, tak że wierny czytelnik też znajdzie dla siebie za każdym razem coś ciekawego. Niezwykle ważny w kontekście biografii artysty jest katalog z poznańskiej wystawy w 1990 roku, obejmujący obrazy z lat 1890-1926.33 Obszerne studium wstępne i poświęcone poszczególnym obrazom noty składają się na wyjątkowo interesujący komentarz - razem są rodzajem przewodnika po rozwijającej się latami wyobraźni artysty. Po raz pierwszy autorka tak wyraźnie łączy zmiany w sposobach budowania obrazów z artystyczno-filozoficznymi prądami przełomu wieków w Polsce i Europie. Pojawiają się tam również obszerne wzmianki o ówczesnej myśli teozoficznej i jej aspektach wyraźnie kierujących wątki religijne i patriotyczne ku uniwersalności myśli historiozoficznej i refleksji o kondycji artysty. Być może o pewnej odmienności ukształtowania i opisania tej wystawy zadecydował fakt przygotowywania jej dla innej niż polska publiczności (co autorka zaznacza w przedmowie). Spowodowało to "uwolnienie", "odciążenie" interpretacji od spojrzenia na malarstwo Malczewskiego przez pryzmat wąsko rozumianego patriotyzmu (choć te wątki są w naturalny sposób stale obecne). Zmiana perspektywy pozwoliła autorce zwrócić uwagę na sposób uczestniczenia Malczewskiego w kulturze intelektualnej jego epoki. Opinie i analizy z tego katalogu będą często wracać w niniejszej książce jako istotne rozpoznania badawcze, czasem także w formie dialogu lub polemiki.
Specyfika zapisu pamiętników i wspomnień
W związku z pracą nad biografią Jacka Malczewskiego przejrzałam bardzo wiele publikowanych i rękopiśmiennych dzienników, wspomnień i pamiętników - dotyczących szczególnie krakowskiego i lwowskiego środowiska kulturalnego, znajomych, przyjaciół artysty - z których bezpośrednio korzystam tu w niewielkiej części. Daty rękopisów i wydań tekstów sięgają wstecz do 1850 roku.
Do zapisków samego artysty, cytatów z jego wypowiedzi we wspomnieniach współczesnych, bezpośrednich czy zasłyszanych od innych, trzeba podchodzić oczywiście niezwykle ostrożnie. Wypowiedzi autotematyczne zawsze należy traktować jako tekst do interpretacji. Skłonności do autokreacji (których artyści nie są przecież pozbawieni) ujawniają się w nich w różnym stopniu i w różny sposób, a i kontekst środowiskowy zapisu miewa znaczenie. Kwestie te odnoszą się także do listów, gdzie trzeba wziąć pod uwagę zmianę stylistyki pisania i obowiązujących powszechnie form grzecznościowych. Niedostrzeżenie tych niuansów nie pozwala trafnie ocenić stopnia zażyłości łączącej piszących. Na przykład z jednej strony powszechne było używanie zwrotów "Pan", "Pani" w listach także wtedy, gdy korespondenci w bezpośrednim kontakcie zwracali się do siebie po imieniu, z drugiej zaś - formy wyrażania uczuć przyjaźni i przywiązania, nawet w stosunku do osób mniej sobie bliskich, bywały w słownictwie zdecydowanie bardziej wylewne, niż dziś jest to powszechnie przyjęte.
Wspomnienia współczesnych Malczewskiemu, pomijając już to, czy były pisane z zamiarem publikacji, czy nie, także mają różny stopień wiarygodności. Najłatwiej wychwycić najczęściej powtarzającą się cechę tych pisanych ex post, a mianowicie traktowanie każdej towarzyskiej formy znajomości z artystą jako przyjaźni, co w zamierzeniu niewątpliwie nobilituje piszących, ale liczba przyjaciół, skądinąd towarzyskiego malarza, rośnie tym sposobem do dziesiątek osób. Zdarzają się też oczywiście błędy faktograficzne mające przyczynę w niedostatkach pamięci autorów, które można czasem sprostować, opierając się na innych źródłach. Istnieje jednak sfera niewiadomych wynikająca z niedopowiedzeń, poniechanych informacji i ukrytych sensów, trudnych do określenia i wskazania. Tym bardziej że dotyczy to niemal wszystkich istotnych tu tekstów o charakterze wspomnieniowym. Jak sądzę, wyjątkiem są niepublikowane, prowadzone w ciągu co najmniej dwudziestu lat, zapiski Marcina Samlickiego i mające kształt rozmowy o przeszłości (prowadzonej z Piotrem Kłoczowskim) wspomnienia Józefa Czapskiego.34
Notatki Samlickiego posiadają tę rzadką w polskim piśmiennictwie cechę, jaką jest wyraźne akcentowanie subiektywności opisu. Owo zdecydowanie mniej skrępowane "ja", przy wielkiej i szczerej atencji, jaką żywił dla swego "majstra" narrator wspomnień, pozwala mu na dystans wobec sposobów "kanonizowania" wielkiego malarza w pamięci czytelników, co stale czuje się, w mniejszym lub większym stopniu, we wspomnieniach o nim innych uczniów. Dlatego niektóre wzmianki Samlickiego z jednej strony właśnie w opisie drobnych, codziennych zdarzeń pozwalają dostrzec trudno uchwytne gdzie indziej rysy stylu bycia i sposobu zachowania Malczewskiego w wybranym kawiarnianym towarzystwie, z drugiej zaś są śmiałe w rozpoznawaniu własnych uczuć i nastrojów przez autora.
W większości innych źródeł najtrudniej dotrzeć do tego, co zostało powszechnie pominięte, co przemilczano jako wiadome w danym środowisku, ale niemożliwe do wypowiedzenia. Udziału w tej, jeśli można tak powiedzieć, "zmowie milczenia", pamiętnikarz sobie nie uświadamia.
Owe pominięcia i przemilczenia są w jakiś sposób zrozumiałe w tekstach dotyczących rodziny. Niełatwo jednak zrozumieć takie postępowanie, gdy chodzi o zapis zupełnie prywatny, dotyczący osób postronnych, nieprzeznaczony do druku, lub odwrotnie - o zamiar stworzenia, zapowiedzianego na wstępie, pamiętnikarskiego lub literackiego obrazu epoki, wówczas tworzy się obraz zamglony albo fałszywy. Tę trudną do zdefiniowania właściwość wychwyciła Dorota Siwicka i określiła ją mianem "zasady wycofywania "ja"", czyli takiego stylu myślenia (wywodzonego przez Siwicką z rodzimego Romantyzmu, a trwającego w zasadzie aż do Gombrowicza), w którym nad wszelkiego typu wspomnieniem i diariuszem dominują historia i wspólny los. Polskie XIX-wieczne pamiętniki "[...] są więc przede wszystkim zapisem doświadczenia zbiorowego. "Ja - sam" i "Ja - sama" zostają usunięte z pierwszego planu. Mniej ważne stają się zbyt osobiste szczegóły biografii. Mniej ważna jest pozahistoryczna, pozakolektywna egzystencja"35.
W pamiętnikach odbijają się wyraźnie zmiany granic tabu, które od połowy XIX wieku znacznie się przemieściły - o wielu rzeczach można już głośno mówić, o wielu więcej niż dawniej. Dotyczy to zwłaszcza stosunku do zdrady małżeńskiej i rozwodów, homoseksualizmu, emancypacji kobiet, alkoholizmu, chorób wenerycznych i wreszcie kwestii sporów rasowych i narodowościowych.
Między pełną jawnością a milczeniem w ujawnianiu informacji, także w utworach literackich zawierających wspomnienia o konkretnych osobach i klimat epoki, jest jeszcze wyjście pośrednie - przekazanie przez autora pewnej wiedzy językiem ezopowym. Służy temu akcentowanie opisów przedmiotów znaczących, miejsc i zdarzeń w sposób głęboko aluzyjny dla późniejszych o kilka pokoleń odbiorców. W takim wypadku "podwójne dno", choć bardzo rzadko, można odkryć tylko z pomocą kogoś, kto na przykład przez pamięć rodzinną łączy epoki i zechce uchylić rąbka tajemnicy.36
W biografii Jacka Malczewskiego z trudem i w sposób w dużej mierze aluzyjny przebija się kwestia romansu z Marią Balową, który we wspomnieniach z epoki także niemal nie istnieje. A wydawałoby się, że to dość wyraźnie manifestowane w płótnach upodobanie, które tym samym wyszło z dość zamkniętego kręgu towarzyskiego, stanie się łakomym kąskiem dla komentarzy w rozmaitych zapiskach - tak się jednak nie stało. W starszych tekstach Kinia Bal prawie nie istnieje, dopiero w napisanych po latach wspomnieniach Aliny Dawidowiczowej (z domu Chwistek) pojawia się taka charakterystyka krakowsko-lwowskich stosunków towarzyskich i świata artystycznego, w której jednym z elementów wpływających na charakter dyskusji o sztuce, a i na same dzieła, są emocje i silne uczucia, niepoddające się w pełni rygorom konwenansu.37 Być może wpływ na to miał również dystans i zmiany obyczajowe, jakie zaszły od czasu opisywanych wydarzeń. Autorka kreśli między innymi sylwetkę Marii Balowej (której nota bene nie darzy zbyt wielką sympatią) i jej dwu wielbicieli, Jacka Malczewskiego i Edwarda Raczyńskiego (co przecież nie pozostaje bez związku z niektórymi zakupami do rogalińskiej kolekcji).
Korzystając z dorobku znakomitych poprzedników w miarę możliwości wiele informacji w przedstawianej monografii uzupełniam, jednak wiele też reinterpretuję.
Brulion Luźnych kartek w większości jest czystopisem (są tylko pojedyncze skreślenia, żadnych przeróbek zdań, pismo bardzo równe), z wyjątkiem kilku ostatnich stron, które są zapisem pierwszego rzutu tekstu, o czym świadczy dukt pisma.142
Adam Heydel w monografii pomija istotne zdania odnoszące się do czasu teraźniejszego, informuje tylko, że Malczewski ma wówczas dwadzieścia osiem lat. Opuszczonych fragmentów monografista nie wykorzystuje także w rozdziałach, przedstawiając losy bohatera, w pewnym sensie zawarte tam informacje deprecjonuje: "Nazwał te notatki Luźne kartki. Nie nadał im skończonej formy. Są w nich wspomnienia wsi, wybuchy liryczne związane z pierwszą miłością, refleksje filozoficzne [...]"143.
Heydel, pisząc o czterech latach (od jesieni 1867 do wiosny roku 1871) spędzonych przez Jacka na wsi, używa określenia "pamiętnik", co jest mylące, bliższe formie zapisu byłoby "wspomnienie".
Autor dokładnie opisuje losy przyszłego artysty w Wielgiem w latach szkolnych, akcentując dobrą opiekę rodziny i Adolfa Dygasińskiego, walory poznawcze wiejskiego bytowania i głęboki związek emocjonalny chłopca z pejzażem okolicy. Heydel nie wykorzystuje pozostałych partii tekstu dla ilustracji dziejów malarza w latach 1881-1883, których one dotyczą. Heydel, mówiąc o podniosłości uczuć i o brutalnym zranieniu ich przez Feliksa Karczewskiego, podkreśla naiwność wiary młodzieńca w stałość panny. Był naiwny, skoro myślał, że ten związek ma jakąkolwiek przyszłość, ponieważ z racjonalnego punktu widzenia ojca rodziny uczucie to nie miało szans.144 Według autora monografii uczucia Wandy Karczewskiej i Jacka Malczewskiego były to pierwsze, krótkotrwałe, niewinne uniesienia. Wuj uniósł się honorem, a panna, mimo przysiąg, nie była zaangażowana aż tak poważnie, okazała się posłuszna woli ojca i szybko o całym incydencie zapomniała.
Kolejność zdarzeń i narastania uczuć w tym odrzuconym fragmencie trudno uporządkować. Nastrój przygnębienia czasu współczesnego dla zapisu tekstu "udziela się" także środkowej części Luźnych kartek, odnoszącej się do dzieciństwa w Wielgiem. Zapewne dlatego nie ma w tym obrazie opisu żadnej zabawy, żadnej psoty ani wzmianki o przyjemności poznawania nowych lektur czy o drobnych radościach, których wiele zostało wspomnianych w listach do Radomia (jak choćby wyprawy w pola, ustępowanie zimowych śniegów, obserwacja ptaszarni, oczekiwanie na Wigilię itd.). Oddalenie od rodziny ujawniło nie tylko niezwykły u trzynastoletniego chłopca zmysł obserwacji i zdolność przyglądania się kierunkowi własnych myśli. Piękne opisy krajobrazów wokół dworu są w Luźnych kartkach w takim samym stopniu świadectwem plastycznej wrażliwości na kształty przyrody, zdolności literackich, jak też zdolności samoobserwacji i trafnych nad nimi refleksji. Jednak artysta z dystansu nie idealizuje swojej umiejętności malarskiego postrzegania świata w dzieciństwie, uwiarygodniają go stare listy pisane z Wielgiego.145
Podobna wrażliwość przejawia się w zapisie w Luźnych kartkach:
Jesień mianowicie wlewała we mnie dziwny smutek i dziwny spokój jak na dziecko. Godzinami siadywałem w trawie zroszonej szronem i słuchałem jesiennych wsi odgłosów, wtedy serce mi rosło wzbierała pierś i płacz czułem w gardle mojem. Mimo woli wtedy się modliłem jak dotąd się modlę i wznosząc oczy w górę wśród szarych obłoków szukałem pana i stwórcy by mu dziękować za życie za to co mnie otacza.
Godzina taka była mi extazą niebem na ziemi.146
W Luźnych kartkach dominacja dystansu czasowego przejawia się w użyciu czasu i w przyjętym oddalonym punkcie widzenia, w operowaniu takimi własnościami optycznymi opisywanych przedmiotów (plam barwnych i form ruchu), które sprawiają, że jedyną porą roku, jaka zdaje się panować w Wielgiem, jest późna jesień, a przecież to kraina dzieciństwa.
Po nagłym wyjeździe we wrześniu 1878 roku Malczewski przybył do Wielgiego w związku z zaręczynami siostry z Wacławem Karczewskim na Wielkanoc 1881 roku (przypadała 17 kwietnia). Potem pojawił się tam w towarzystwie Kazimierza Karczewskiego w marcu 1882 roku - kiedy to nie zastał nikogo we dworze, jak donosi Bronisława Malczewska siostrze Helenie.147 Skoro więc w Luźnych kartkach zaznacza, że pisze zimą i ma dwadzieścia osiem lat oraz "Przed rokiem byłem u Kazia [...]"148, to najprawdopodobniej pisze wspomnienia na początku 1883 roku. Nie pojechawszy na Boże Narodzenie do rodziców, spędza długie wieczory, jak donosi w liście ojcu, samotnie, w nie najlepszym nastroju.
Za rokiem 1883, jako datą zapisu, przemawia też wspomnienie Konstantego Marii Górskiego z [Notatek i wykładów], niepowtórzone w Zarysie monografii poświęconej Jackowi Malczewskiemu, zanotowane na kartce wyrwanej przez Tadeusza Szydłowskiego z notatnika Górskiego:
Jacek Malczewski kocha się w pannie Wandzie Karczewskiej z Gardzienic, kuzynce, u ojca której jest na wakacyach. Ojciec na balu w sąsiedztwie: Świdziński (St.) pyta się go czy córki nie przywiózł, bo ją zachowuje dla malarza? - Rano budzą Jacka - wyjazd jego nagły - wszystko to koło 78, 79 r. - Portret panny jako Ellenai idąca doić reny, obraz był własnością Tadeusza Michałowskiego, jest wł. Ludwika Michałowskiego. (Nosi [jedno słowo nieczytelne - skr.; 1878 - skr.] napis: J[acek - skr.] Malczewski 1878 r.). - A l'éteraité mówi mu panna, jak się żegnali. - Za miesiąc zapomniała, po 2 latach ujrzał ją Jacek na cmentarzu całującą narzeczonego p. Horocha, synowca p. Kaliksta. - Ona go nie widziała. - Do Gardzienic (?Gardzielic?) pojechać nie chciał.149
Ciąg dalszy już z zeszytu Górskiego:
Chciał sobie czasem w łeb strzelić. Nocami nieraz płakał. Kilka ładnych wierszy. Widział ją za ostatnim pobytem w domu, kiedy malował Śmierć wygnanki (I), ale nie w domu rodziców lecz na obcem miejscu. Ona pewno myśli, że jej zawdzięcza talent. Pytanie wuja Polanowskiego czy nie jest zarażony? w miesiąc po zerwaniu. Ojciec panny żałował potem zerwania i dziwił się niestałości panny, która mu była powiedziała, gdy wrócił z balu, że boso pójdzie za Jackiem. Portret u Michałowskich robiony w Paryżu [? - skr.]. Ojciec panny i matka Jacka rodzeństwo [stryjeczne/cioteczne - oba wyrazy skr.] cioteczne. (Matka Jacka Szymanowska). 25/V [18]83.150
W tej niedoszlifowanej stylistycznie rekapitulacji wspomnienia malarza jest pomyłka. Dwa lata od września 1878 roku wypadają w roku 1880, tymczasem artysta przyjechał po raz pierwszy do Radomia i do Wielgiego dopiero na zaręczyny siostry w kwietniu 1881 roku. Albo widział całującą się parę w czasie wiosennej wizyty 1881 roku i dopiero jakiś czas potem drugi raz zobaczył Wandę podczas długiego pobytu w Radomiu (przyjechał do rodziców na święta Bożego Narodzenia już na początku grudnia i został do końca sierpnia 1882 roku) - co wydaje się najbardziej prawdopodobne. Albo oba wydarzenia miały miejsce w czasie owego kilkumiesięcznego pomieszkiwania u rodziców. Na przełomie lutego i marca 1882 roku odwiedza Wielgie i cmentarz w Ciepielowie. Może wtedy (lub podczas jakiejś innej wizyty) widział tam całującą się parę? Wbrew deklaracjom, dopóki naocznie się nie przekonał, że Wanda Karczewska o nim nawet nie myśli, miał jeszcze jakieś ciche nadzieje na związek. Rok później, zimą, na początku 1883 roku, samotny i smutny pisze w Krakowie Luźne kartki.
Wrażenie z wizyty w krainie dzieciństwa w 1882 roku jest przygnębiające dla artysty. Została tylko stara Karolowa - jak dawniej witająca go serdecznie i mająca wzgląd na "samotne dziecko", jakim był Jacek w Wielgiem. Najwolniej, według malarza, zmienia się pejzaż - to on łączy fizycznie i w narracji dzieciństwo z czasem odwiedzin po latach. W nim najdłużej trwa historia miejsca i zagnieżdża się pamięć, a przez intensywność obserwacji można dotknąć niemal mistycznego zespolenia z wiecznym trwaniem, związku przeszłości z przyszłością. Malczewski pisał, że nie zmienił się w Wielgiem tylko pejzaż o zachodzie słońca nad stawem, który nastrajał go wyjątkowo refleksyjnie i dawniej nakłaniał do modlitwy, szczególnie jesienią:
Za lat parę zedrą tapety [stare - skr.] wyniosą graty stare przestarzałe i nie modne, szyby taflowe zastąpią zielone kwadraty w oknach pomurszałych. Karolowa spocznie na cmentarzu kościółka świętego Wojciecha pod brzozami i wśród rumianków i maków. Nic mnie tu już drogiego i kochającego nie przywita, oprócz pejzażu, który tak prędko się nie zmienia i może oprócz tej gipsowej ręki, którą gdzieś odszukawszy może pomiędzy rupieciami wyrzuconemi na górę, odbiorę, zawieszę w mojej pracowni, gdzieś na wielkim świecie.151
Dla późniejszych malarskich reminiscencji z dworu w Wielgiem istotnych wydaje mi się kilka sformułowań opisujących krajobraz i miejsce, w jakim lokuje się opisujący go artysta. Pierwsze dotyczy skojarzenia szarości wapiennych ścian tego dworu z nieobecnością właściwych domowników, Karczewskich, i - co najważniejsze - z nieodwracalnością przemijania, co tylekroć widać w Powrotach i co niosą ze sobą zdania:
I ja miałem łzy w oczach, cały ten dwór wielki zdał mi się pustką, życie przebrzmiało i odbiegło z niego na zawsze.
[...] Szare fale stawu pobliskiego pieniły się leniwo przeciągle ospale z pluskiem uderzały w filary dziwnie długiego mostu i kadź z rybami i czółno wśród tataraków opuszczone. [...] Nad tym stawem, na tym ganku, na tym moście i w tym dworze co wapienną ścianą odrzyna [się] na tle drzew zielonych spędziłem życie moje od lat 14 do 18. Nic dziwnego że każda ściana każden korytarzyk, każden kącik jest mi znany i drogi.152
Radości wspomnień próżno także szukać w serii malarskich Powrotów Malczewskiego, powtarza się w nich jednak pustka, brak domowników i istotna kolorystycznie dominanta, akcentowana także w poetyckich pejzażach w dojrzałych wierszach Malczewskiego, swoisty świetlny filtr zgaszonego różu.
"Różowe szkła dzieciństwa pozostały dla tego miejsca aż po dziś dzień w moich oczach i przez te same tylko na nie patrzę"153. Różowa tonacja obrazów to istotny kompozycyjnie element wprowadzający refleksję o przeszłości, często połączony z wysokim punktem widzenia, także znacząco użytym w opisie omawianego wspomnienia. Swoją sytuację życiową, potrzebę przemyślenia przeszłości Malczewski metaforycznie przedstawia tu przez topos drogi i człowieka, który wszedłszy na górę, spogląda za siebie:
Tymczasem jak podróżny co zrobiwszy kawał drogi po stromej górze odpocznie i okiem przemierzy rozpadliny i urwiska po których się drapał aby dojść do upragnionego celu, tak ja może już w połowie drogi, może dopiero w jakiejś czwartej i rzucam spojrzenie ostatnie na ubiegłe życia koleje i przejścia rozmaite.
Rwałem się bardzo namiętnie w górę mało zważałem na wszystko i wszystkich. Spokojniej teraz spokojniej iść trzeba, rezygnacyi więcej, rezygnacyi!
Niech wróci zatem wiara dziecinna wiara w opatrzność co nami kieruje i zresztą bezwiedność dziecka prostego co pracuje ciągle i powoli, a w końcu się wykształca i naucza nie czując znoju w pracy ani zmęczenia w umyśle.
Siedząc zatem wieczorami zimowemi tutaj przez te zimę kreślić sobie będę wiązanki obrazów z wspomnień moich [...].154
Najbliższy nastrojowi z Luźnych kartek jest obraz Jacek nad stawem w Wielgiem155, będący częścią tryptyku Moje życie. Różowe światło spowija w nim świat w odwróconej perspektywie, rysujący mały chłopiec z bliższego planu zdominowany jest przez szarą ścianę nieinteresującego architektonicznie dworu i wspaniały świat fantastycznej przyrody ogrodu, otwierającego się malarsko po prawej stronie płótna. Jest samotny, nie towarzyszą mu inni mieszkańcy. Spojrzeniu wstecz odpowiada widok z góry - jak w wielu "różowych" obrazach z pejzażem (il. 3).
W końcowej partii tekstu, nawiązującej do uczucia do Wandy Karczewskiej, Malczewski jako najbardziej dotkliwe wspomina cierpienia duchowe w podświadomości - w snach, nad którymi nie można zapanować.156 Ta część tekstu różni się zdecydowanie od poprzednich nierównym pismem i wieloma skreśleniami, co wskazuje na żywość i siłę emocji, choć w 1883 roku nie miał już nadziei. Artysta dowodzi relacji między ciałem a duchem, wzmiankując rozpoznanie procesów fizjologicznych, które przechowują pamięć uczuć i zdenerwowania:
[...] te nerwy potem nieraz działając na mózg budzą w niem imaginacyą przeklętych cierpień i bólów powtórnie [...]. [i nieraz - skr.].
Dzieje się to we śnie mianowicie, [czuje się jeszcze tak chory - skr.] człowiek przysiągłby że jest chory i cierpiący a zbudzenie dopiero [wita - skr.] z błędu ją wyprowadza i radość odzyskuje [...].157
Wanda Karczewska, przyczyna uczuciowych uniesień, była ideałem nie tylko dla urody, ale także przez jej wielką wrażliwość. Dowodem siły miłości artysty jest to, że mając o sobie przecież wysokie mniemanie, przekonany był o jej duchowej wyższości nad sobą. Zawód miłosny uruchomił swego rodzaju mechanizm obronny - bezpieczniej jest być stroną mniej zaangażowaną w związku, pozwolić się kochać, zachować pewien dystans, pozostać miarą dla samego siebie. Dość buńczucznie zapowiedział:
Nie będę więc czekać postaci niewieściej, aby żyć prawdziwie sam się w ideał zamienię. Doskonalić będę ducha mego jak najwyżej z pomocą Bożą. Myśli te powiem otwarcie które mi od niejakiego czasu głowę zaprzątają, zawdzięczam zapoznaniu się z młodą osobą która mi się podobała szalenie. Ale za ideał ją nie stawiam widząc tylko jak Bóg stwarza istoty młode piękne i czyste, podniosło mnie to i umocniło.158
Ale to ostatnie zdanie autor sam uznał za raczej mało prawdziwe wobec klamry refleksji z pierwszej i ostatniej strony, jaką zamknął Luźne kartki:
Myśli te ciągle snują mi się po głowie, niedostateczna może zrozumiałość obowiązków człowieka dojrzałego trapi mnie. Tak trudno być całością skończoną i doskonałem zaokrągleniem harmonii. Może to tylko początek taki trudny a może brak czegoś w duchu mojem, może brak uczuć świętszych i idealnych.
Zapał który jak oskara uczyni fantazyą moją że ręka doścignąć myśli nie może i upostacić, a potem chwile zniechęcenia i apatyi godzącej się z kresem i z ludźmi nieraz niższymi moralnie odmnie i próżnia w głowie i niemoc ręki.159
Dopiero Luźne kartki są ostatecznym pożegnaniem z miłością do Wandy Karczewskiej i wszystkimi żywymi uczuciami, dobrymi i złymi, jakie mu towarzyszyły. Artysta utwierdził się w przekonaniu, że warto zachować dystans, "nie być naiwnym". To zaś znaczy, że ten bagatelizowany jako młodzieńczy afekt dłużej determinował postępowanie Jacka Malczewskiego wobec kobiet, niż przyjęto sądzić. Miał wpływ na jego związek z Marią Malczewską i w pewnym sensie także z Marią Balową (tu zaskoczyło go to właśnie, że nie mógł zapanować nad uczuciem i nabrać dystansu).
W pracach poświęconych twórczości Jacka Malczewskiego pierwsze lata jego studiów w Szkole Sztuk Pięknych były wielokrotnie opisywane i analizowane, stosunkowo niewiele wiadomo natomiast o losach artysty między latami 1878 a 1884, kiedy tuż po Nowym Roku umiera jego ojciec. Tymczasem jest to niezwykle burzliwy czas w życiu zawodowym i prywatnym młodego malarza.
Dla ostatecznego buntu Jacka Malczewskiego przeciwko Matejce największe znaczenie miała paryska lekcja kształcenia akademickiego i doznana tam swoboda twórcza we własnej pracowni, bez podporządkowywania się jakiemukolwiek nauczycielowi. Po powrocie, jak wiadomo, artysta zapisał się jeszcze raz do "majsterszuli" - wrócił do pracowni na starych zasadach, ale pisał o niezadowoleniu i niechęci do malowania narzuconych tematów historycznych. Julian Malczewski był coraz bardziej zaniepokojony. Dla nich obu jasne stawało się, że jawny bunt przeciwko Matejce znaczył także bunt przeciwko woli ojca.
Malczewski przyjechał z Francji w czerwcu 1877 roku ze świadomością, że plany wyjazdu tam na następny rok akademicki, mimo poczynionych kroków i zostawienia części rzeczy, są nie do zrealizowania. Wobec trudności finansowych ojca, których jeszcze w pełni nie znał, artysta korzystał chętnie z gościnności Marcelego Czartoryskiego - najpierw w podkrakowskiej Woli Justowskiej, potem w Podhajcach. Na jakiś czas, z powodu ślubu kuzynki, odwiedził także rodzinę Polanowskich w Moszkowie, gdzie powróciły wspomnienia spędzanych tam wielu Wigilii i świąt wielkanocnych w czasie krakowskiej nauki. Tam spotykał, przybyłą też na ślub, Wandę Karczewską, którą powitał z drżeniem serca. Był to pierwszy tak długi okres, kiedy nie widział całej rodziny w Radomiu (w sumie od października 1876 do końca sierpnia 1877 roku).
Julian Malczewski, przybywszy do Krakowa, żeby powitać wracającego z zagranicy "jedynaka", jak go cały czas w listach nazywa, odwiedzał jego wypróbowanych przyjaciół. Nie tylko Floriana Cynka i Piotra Hubal-Dobrzańskiego, ale w pierwszej kolejności wybrał się na Wolę, by poznać księcia Marcelego Czartoryskiego, który jeszcze przed wyjazdem do Paryża miał, podtrzymany także nad Sekwaną, bardzo duży wpływ na syna. Przy okazji kilkakrotnych wizyt nie omieszkał zapoznać się z tamtejszą biblioteką, skąd pożyczył francuskie pisma archeologiczne.
W październiku 1877 roku Malczewski wrócił do szkoły, dostał też osobną pracownię. Jednak stosunki z Matejką, które początkowo można określić jako neutralne, zaczęły się szybko psuć. Jacek znowu pisał do ojca z przekonaniem o konieczności wyrwania się spod kurateli mistrza. Tymczasem Julian Malczewski napisał do profesora list w konwencji imieninowych życzeń, świadczący o wielkiej chęci załagodzenia nienazwanego po imieniu konfliktu. Podkreślał swoją wdzięczność, mimo że - jak zaznaczał - Matejko w nią być może nie wierzy.61
Tymczasem Jacek Malczewski buntował się po powrocie z Paryża przeciw Matejce i już nie prosił ojca (jak wcześniej) - "nie mów siostrom". Pisał teraz bez większych oporów o swoim niezadowoleniu, ale też nie informował od razu o tym, jak zachowuje się w akademii, ani o swoich zamiarach na przyszłość.
Porzucenie akademii odpowiada tu jednemu z ważniejszych węzłów klasycznej biografii artysty, której tak obawiał się ojciec. Niechęć w odniesieniu do malarstwa i metod nauczania Matejki miała wiele z cech buntu pokoleniowego: przeciw tłamszeniu indywidualności, niezrozumieniu i wymuszaniu posłuszeństwa. Nie był to jednak typowy bunt - jeśli przez to rozumieć ostre wypowiedzenie posłuszeństwa, jakąś rozmowę, choćby i niegrzeczną, to jednak z otwartą przyłbicą. Ostatecznie zerwanie stosunków między uczniem a mistrzem nastąpiło w sposób, którego Julian Malczewski, jeśliby o nim wiedział ze szczegółami, na pewno by nie pochwalił.
Przebieg zdarzeń znany był dotąd tylko z przekazów znajomych Jacka Malczewskiego, czyli takiej wersji, jaką on sam im przedstawił lub jaka krążyła wśród innych uczniów. Malczewski miał, zamiast szkicu olejnego obrazu na zadany temat: Śmierć Ludgardy, żony Przemysława uduszonej przez niewiasty służebne, w ostatniej chwili wykonywać jedynie szkic węglem na ścianie. Heydel podaje, że w końcu przeważyła "złośliwa i impertynencka" karykatura profesora, narysowana na ścianie w pracowni Malczewskiego przez któregoś z kolegów. "Matejko wszedł do pracowni Malczewskiego, pod jego nieobecność [...] - myśląc że ją Jacek narysował, obraził się ostatecznie"62.
Jednak jak wynika z zachowanego, dotąd niepublikowanego, brudnopisu oficjalnej noty napisanej przez Gorzkowskiego, z osobistymi poprawkami Matejki, można zakończenie tej historii przedstawić nieco inaczej, udzielając głosu drugiej stronie konfliktu. Matejko, zdenerwowany kilkakrotną nieobecnością studenta w pracowni podczas rutynowej korekty, kazał zostawić w drzwiach pracowni Jacka Malczewskiego upomnienie, sporządzone przez sekretarza w kancelarii, z oficjalnym nagłówkiem: "Dyrekcyja CK Szkoły Sztuk pięknych w Krakowie" do "Pana Jacka Malczewskiego Ucznia oddziału kompozycyjnego CK Szkoły Sztuk pięknych w Krakowie":
Ponieważ w czasie kilkakrotnego pobytu mego w pracowni pana w godzinach przeznaczonych dla prac artystycznych objętych regulaminem szkolnym, nie zastałem pana [nigdy - skr.] przy jego obowiązkowem zatrudnieniu, przeto wzywam pana byś pan w dniach znajdywał się nieodmiennie w pracowni swojej dla osobistego [na lewym marginesie, na wysokości "przy jego obowiązkowem zatrudnieniu":] co naprowadza na domysł umyślnego omijania zetknięcia się z uwagami dyrekcji, przeto [dalej pod ostatnią linią zapisaną przez Gorzkowskiego:] [zwracam - skr.] zwraca się uwagę, że we Czwartki lub Soboty, przegląd sal szkolnych odbywam. W tym tygodniu zwyczaju przyjętego trzymać się będę.63
Notatka niewątpliwie została napisana po jakichś wcześniejszych zajściach, stąd oficjalny ton. Malczewski okazał mistrzowi lekceważenie nie tylko przez niewykonanie obrazu, ale też przez nieelegancki, żeby nie powiedzieć tchórzliwy, sposób zachowania, który musiał mocno urazić mistrza. Widać to choćby w stylistyce tekstu - w zmienianiu formułowania pretensji w pierwszej osobie na bezosobowy ton urzędującego dyrektora i powrót do narracyjnego ja.
Obaj artyści wiedzieli, że w niewielkim środowisku krakowskim będą się nadal spotykać. Jednak to Matejko pierwszy, przychodząc do pracowni zdolnego ucznia po wystawie jego dzieł, okazał wielkoduszność i zawodowe zainteresowanie. Przytaczane późniejsze opinie Malczewskiego o twórcy Bitwy pod Grunwaldem były skrajnie różne - od przyznających mu wielkość, po negujące artystyczne zasługi - co w pewnym stopniu zależało także od przekonań jego rozmówców.64
Późne wakacje, które nastąpiły po zerwaniu z Matejką, także nie uspokoiły nerwów artysty; w sierpniu 1878 roku, po potajemnych zaręczynach Malczewskiego z kuzynką Wandą Karczewską, ojciec panny, wuj Feliks, wyrzucił go z domu. Jesienią tego roku artysta oznajmił rodzicom, że zaczyna życie na własny rachunek. Na początek zgodził się jednak przyjmować jeszcze niewielką pomoc ze strony ojca. W monografii Heydla (a za nim i u innych badaczy) jest to punkt, od którego pojawia się coraz mniej dokumentów opisujących szczegóły pracownianej i towarzyskiej codzienności artysty. Narracja omawianej pozycji w relacjonowaniu wydarzeń od jesieni 1878 do początku 1884 roku przechodzi metodologicznie od uzasadnień tez przez bardzo liczne cytaty z korespondencji, do ich zupełnego niemal porzucenia jako materiału dowodowego. A był to czas niezwykle burzliwy dla wybijającego się na samodzielność artysty, czas, którego scharakteryzowanie w dużej mierze umożliwiają właśnie listy do ojca, sióstr i przyjaciół oraz wspomniana rama narracji Luźnych kartek.
Z dokumentów wynika, że Malczewski ciągle szukał mieszkania, snuł plany wyjazdu za granicę, nadal głęboko cierpiał nie tyle z powodu reakcji wuja, ile odrzucenia przez Wandę, która przystała na warunki rodziców i nie dawała znaku życia. W połowie października 1878 roku malarz wraca do Krakowa, by po dwu tygodniach wyjechać (odwiedzając po drodze na kilka dni Dobrzańskiego we Lwowie) do Podhajec, do Marcelego Czartoryskiego. W listopadzie 1878 roku mieszkał u dawnego szkolnego kolegi, hrabiego Wincentego Łosia, w dużej willi w Dębnikach, w grudniu już przy ulicy Brackiej 10, u Ludwika Michałowskiego. Bliscy mu ludzie wymieniali w jego sprawach listy, szczerze się o niego niepokoili, wiedzieli, jak bardzo dokucza mu zależność finansowa, ale też artysta pisywał dość obcesowo do niemogącego już wysyłać pieniędzy ojca, jak na przykład w styczniu 1879 roku:
Nie dziw się, że tak dawno nie pisałem do Was i rachubę Sobotnich listów całkiem straciłem, ale kłopoty drogi Ojcze noworoczne całkiem mnie humor odebrały. Pisałeś mnie, że na Nowy Rok przyślesz 100 rubli, wyglądałem jak i wyglądam, ale napróżno, w fałszywej pozycyi jestem dosyć. Nie trzeba było tego pisać jeżeli dotrzymać nie mogłeś. Z Wystawy Warszawskiej mam otrzymać 75 rubli, ale o sprzedaży Kabyla65 za 100 rubli nic a nic nie wiem.
Tymczasem przeniosłem się do domu pana Ludwika Michałowskiego, zapłacić za mieszkanie nie mogłem i tak dotychczas mieszkam. Mam bardzo ładny pokój widny i ciepły, dawna pracownia [Marcelego] Guyskiego.
[...] Ja nic innego nie mogę Wam donieść jak chyba to żem zdrów i że jestem w oczekiwaniu pieniędzy czy od Ciebie, czy z Warszawy. Telegrafowałem dwa dni temu ale także nic nie odpowiadasz.
Ściskam Cię drogi Ojcze, przykro mnie wyznać, ale nawet humoru nie mam do Was pisać, tak piąte przez dziesiąte odpowiadać raczycie. Ja tu sam siedzę, a Was jest czworo. Chyba się rozrywacie przy Karnawale
Jacek Malczewski66
Od Michałowskiego wyprowadził się w lutym 1879 roku (nie wiadomo dokąd, być może pomieszkuje w pracowni przy ulicy Lubicz 39), by wrócić tam już na początku kwietnia. Nadal korzystał z pomocy finansowej ojca, pomagał mu też Dobrzański i Michałowski. Mimo przeprowadzek dużo pracował. W styczniu 1880 roku wynajął samodzielną pracownię (przy ulicy Górnych Młynów 1), zamieszkał natomiast w domu Krywulta przy Floriańskiej (jak wynika z adresów nadawcy na kopertach listów do rodziców). Smutny, ale pełen nadziei na rozwój własnej sztuki, postanowił uporządkować swój świat przez skupienie wewnętrzne, deklarował odsunięcie się od towarzystwa. Donosił rodzicom o odłożeniu podróży do Italii i pozyskaniu na ten cel pieniędzy dzięki stypendium Sobańskiego, co jednak na pewno nie starczy, dlatego do Grecji Czartoryski pojechał sam.67
W lutym pisał, że daje już sobie radę, że "wziął się w kupę" i że dużo pracuje, a cierpienia duchowe mają go uszlachetniać.68 Jednak nikt nic nie kupował, ukazała się pierwsza z negatywnych recenzji Henryka Struvego69, Malczewski, nie mogąc opłacić mieszkania, przeprowadził się znowu do nieogrzewanej pracowni, a następnie (najprawdopodobniej w połowie marca), z ulgą, przyjął propozycję zamieszkania u księdza Jana Siemieńskiego70. Konstanty M. Górski pisał o krytykowanych obrazach:
Dwie dziewczyny wiejskie, które następnie zrobił zniszczyły jego dobre imię. Jedna była rzeczywiście obrzydliwa, była najpotworniejszym owocem realizmu. Druga, mniej brzydka, nie miała już owej poezyi, którą Malczewski posiada w życiu, a którą dawniej umiał nadawać swym obrazom. Obydwa te płótna dostały się mimo woli autora na wystawę, a to w sposób następujący. Zrobiwszy te obrazy chciał je Malczewski u siebie zachować, ale brak pieniędzy zmusił go do udania się do P. Aleksandra Krywulta, który malarzom ram do płócien dostarcza a zarazem, znając stan każdej artystycznej kieszeni, zwykł w krytycznych dla malarza okolicznościach kupować dzieła jego pracy i natchnienia za marny pieniądz. Z tych dwóch przyczyn "oprawcą malarzy" go zwą. Zmuszony sprzedać p. Krywultowi owe dwie dziewczyny (jedna z sierpem na ramieniu, podparta pod boki, druga z koszem jarzyn na głowie), prosił przynajmniej dobroduszny artysta, aby się nie ukazały na wystawie. Więcej o interes niż o sławę malarza dbały kupiec nie zważał na jego prośbę. Wystawione na widok publiczny zepsuły te płótna to, co sobie Malczewski talentem i pracą zdobył. Zaczęło się kamienowanie młodego artysty.
Wtedy to zabrał go do siebie ks. Siemieński i w jego to mieszkaniu na trzecim piętrze w Pałacu Puszeta, przy Starowiślnej ulicy, w mieszkaniu owem pełnem ksiąg i kwiatów, z rozległym widokiem na Zamek Wawelski, Karpaty i Pogórze, poznałem po raz drugi i widywałem Jacka.71
U księdza spędził też święta wielkanocne 1880 roku - przypadały na 28, 29 marca - przeprowadził się do niego najpóźniej około połowy tego miesiąca.
Z tym niezwykłym duchownym Malczewski zaprzyjaźnił się już wcześniej, jadając u niego w czasach studenckich obiady, a później z przyjemnością chadzając na jego intelektualne wieczory literackie; nić tej znajomości nie została zerwana zupełnie nawet wówczas, gdy ksiądz przeniósł się w 1886 roku do Lwowa. Siemieński radził Jackowi, aby się ożenił, na co malarz odpowiadał: "teraz albo najdalej za dwa lata, łatwo to mówić, ale trudno się ożenić. Zdaje mi się jednak zawsze, że z miłości chyba tylko się ożenię albo wcale [...]"72. O księdzu Siemieńskim przyjaciel artysty, Konstanty M. Górski, pisał, że żaden młody duch w Krakowie nie był mu obcy, "[...] zajmował się zarówno sztuką, jak nauką i przyrodą, otaczał się chętnie artystami i ludźmi nauki, wziął Malczewskiego w tem większą kuratelę, że był jego krewnym dalekim. Wyrwał go on z pracowni, gdzie sypiał w niezdrowej atmosferze farb i oleju, ugościł u siebie i zajął się nim troskliwie"73.
Górski wspomina, że na owym wieczorze literackim na cześć Odyńca byli też Asnyk, Zathey, Łuszczkiewicz i ksiądz Stojałowski. To wówczas szczególnie zbliżyli się z Malczewskim, bo byli najmłodsi w gronie, a przy tym jako nieliczni "czcili w tym kółku Słowackiego" i "bronili go przed Siemieńskim, który tylko Krasińskiego uznawał"74.
Mieszkając u księdza, artysta nadal marzy, by stać się niezależnym, ma potrzebę osobności i skupienia, dlatego w maju pisze do Radomia dość zawile:
Zmieniłem mieszkanie, zatem proszę adresować: ulica Lubicz, dom pana Opida. Tam bowiem jest moja pracownia i tam przesiaduję. [...] Mieszkam u X. Jana Siemieńskiego, którego szczerze kocham.75
Artysta narzekał na zbyt duże zainteresowanie rodziny, skrywaną pomoc i korespondencję ojca i przyjaciół za jego plecami, a w jego sprawie. Pisał:
[...] już wiem mniej więcej co mi potrzeba i czego szukam, łaski ludzkiej najmniej przyjaźni i serc najwięcej, pracy szczególniej, owoce pracy zrobią protekcye większe jak przemawianie pana D. [Piotra Dobrzańskiego] lub stypendyum pana F. S. [Feliksa Sobańskiego].76
Była to zresztą prawda; ojciec, oprócz listownego nagabywania Cynka, spiskował z Dobrzańskim w kwestii finansów artysty, a ten znowu nie miał pieniędzy na opłacenie pracowni, przed planowanym wyjazdem do Italii razem z księciem Marcelim Czartoryskim, który, jak się wydaje, przynajmniej częściowo ufundował mu tę podróż. 20 maja Jacek Malczewski wyruszył z księciem Marcelim Czartoryskim na upragnioną, planowaną od roku, wyprawę do Włoch. Pomysł wyjazdu do Grecji przepadł z powodów finansowych. Wędrowali przez kilkanaście, z górą dwadzieścia dni, co omawiam dalej.
Wrócił pełen wrażeń i optymizmu, chociaż pobyt w Italii trwał krócej, niż przewidywał. Osiadł znów u niezawodnego księdza Siemieńskiego, skąd po jakimś czasie przeniósł się na resztę lata do Floriana Cynka, którego żona wyjechała na wakacje. Bardzo zaniepokojony tą sytuacją, Julian Malczewski zwątpił w sens swoich wyrzeczeń i marzeń o karierze syna. 2 maja 1880 roku napisał do Cynka, u którego przed laty także mieszkał, odwiedzając syna w Krakowie, i którego nieraz o niego wypytywał:
Jacek ma talent pisania takich listów, z których nic dojść nie możemy. [...] Jak sądzisz czy Jacek potrafi zdobyć sobie stanowisko na drodze którą obrał? czego mu koniecznie potrzeba, czy on się nie zniechęca, czy nie upada na duchu. Takiej prawdy tylko po Twojej przyjaźni spodziewać się mogę i o nią Cię błagam [...].
Dalej skarży się na sytuację, w której się znalazł: ludzie go "wykierowali tak, że nie może pomóc jedynakowi ani doń pojechać". Pyta wreszcie, zaniepokojony artystycznymi pomysłami syna:
A w jego pracach ostatnich czy znać postęp, czy znać co wyższego nad pospolitość? Jak wypada Pocałunek Judasza? Czybyś Panie Florianie nie mógł także wybić Jackowi z głowy owych pomysłów nagiego Słowiaństwa, nie wiem skąd u niego naleciałych. Niechże pamięta, że Słowianie przywędrowali do Europy z cieplejszych stron Azyi, i w zimniejszy klimat nie przenieśli się prawie nago, to by byli wymarli co do nogi. W Azyi Noe już nie chodził nago Cham naśmiewał się, że się przez sen nieprzystojnie odsłonił.77
Diametralne rozejście się oczekiwań ojca z nieprzestrzegającymi pozytywistyczno-realistycznych reguł malarstwa historycznego pomysłami młodego malarza nie było jedynym niebezpieczeństwem artystycznego żywota wiedzionego z dala od rodziny i dwu starszych, wypróbowanych przyjaciół: Dygasińskiego, mieszkającego już w Warszawie, i Dobrzańskiego, który osiadł w Tarnowie. Dobrzański 11 lipca 1880 roku napisał alarmujący list do Juliana Malczewskiego:
[...] Jacek ma do ukończenia obraz, który zwróci na niego uwagę poważnej krytyki - Pocałunek Judasza, do którego szkic Pan zna, zresztą Cynk Panu podobno o nim pisał. Teraz jednak nie ma czem płacić modeli, co może bardzo fatalnie wpłynąć na jego usposobienie. Ja mu w tej chwili nie mogę przyjść na pomoc, bo sam czekam na pieniądze i nawet bielizny jeszczem sobie nie mógł obstalować. Cynk także jest w biedzie. Trzeba koniecznie, żeby Pan Jackowi zaraz posłał 50 rubli. Jacek wprawdzie ma ambicję już w tym roku bez pomocy Rodziców, ale teraz jest chwila krytyczna. Niech Pan weźmie skądkolwiek i niech Pan te 50 rubli pożyczy, jeżeli ich Pan dać nie może. Jacek nie może się kłaniać i łapy lizać różnym głupim mecenasiskom. Niech mu Pan teraz jeszcze raz rękę poda. A zadziwi się Pan i ucieszy skutkami najdalej za miesiąc [...].78
List Hubala odniósł skutek; zasilony finansowo na prośbę przyjaciela przez ojca i zapewne nieświadomy jego interwencji, Malczewski mógł dalej malować. 31 sierpnia pisał do rodziców:
[...] Ja jeszcze Judasza nie wysłałem, bo czekam na ramy, inne obrazy mam pozaczynane, jak Fantazję wiosenną i Zeschnięte liście, zobaczycie to kiedyś w Warszawie, dużo pracy nad sobą, to wszystko. Reszta się znajdzie. Judasz także pójdzie do Warszawy, cena nieduża i porządny obraz (bo nic więcej), to może kto tam i kupi [...].79
Dobrzański dopisał w późniejszym liście Jacka do ojca, że syn jest:
[...] zdrów i pracuje ogromnie zaczął duży obraz Pocałunek Judasza, cztery figury naturalnej wielkości do kolan. Za jakie sześć miesięcy skończy go i pośle obraz od razu do Wiednia bo tam rozsądna i bezstronna krytyka, przy tem maluje mały obrazek za który za jakie sześć tygodni będzie mógł dostać z jakie dwieście florenów. Obraz Za późno z pieśnią mam przekonanie, że zakupi Towarzystwo może za pięćset reńskich.80
Tymczasem pod koniec lata 1880 roku Krywult wystawił w warszawskim Ratuszu płótna Malczewskiego, którymi artysta płacił jeszcze przed przeprowadzką do Warszawy "oprawcy malarzy". Nie były to dobre obrazy, których - według Górskiego - artysta sam nie zdecydowałby się wystawić ("ładniejsza dziewczyna z koszem [...], obraz pt. Konik polny i mrówka oraz dwa malowidła stropowe jego pędzla Lato i Wiosna"). W warszawskiej prasie ukazały się niekorzystne recenzje.81
Malczewski nadal miał ambicję samodzielnego utrzymania się w Krakowie. Na początku września 1880 roku wynajął powtórnie pracownię przy ulicy Lubicz 36, w domu Opida, tym razem z mieszkaniem obok.82 W październiku przewidywał ciężką zimę, zamierzał kupić kożuszek i wysokie buty, martwił się o opał, ale postanowił zostać w Krakowie do wiosny, choćby i w pracowni. Tymczasem brak kupców i wspomniane przez Górskiego głosy krytyki przygnębiły malarza tak bardzo, że mimo iż nie chciał martwić rodziny, nie udało mu się ukryć smutku pod ironią:
Kochani Rodzice!
Cóż tak milczycie upornie i nic mi nie odpisujecie. Aby was ukarać piszę znowu. Piątek, siedzę w pracowni, kończę obraz drugi, a maluję trzeci zaczęty, jakaś mania malowania mnie napadła je ne fars qui, kto to tylko kupować będzie. Ale nie martwię się tylko stanę za stołem w budzie na rynku krakowskiem i czekać będę na przechodniów krzycząc cienkim głosem: Panie! Panie! rzecz niesłychana, obrazy mające wszystkie zalety arcydzieł (?)! rozmaitej wielkości i miary, sztukami pojedynczo lub w większej liczbie, a na łokciu drożej bo łokieć np. po 30 centimów i 1/2 (to dla spuszczenia przy targowaniu). I to jakoś pójdzie uważając że sztuka teraz weszła w modę. Ale chodzi bez butów. I że jak tu w Krakowie często kawę pije gardząc innem pokarmem.
Dalej kpi z mitu artystów wyklętych, którzy prowadząc kawiarniany żywot, nie mogą malować obrazów, więc bezskutecznie poszukiwać ich będą za trzysta lat amatorzy i estetycy pytający o sens sztuki.
Zatem z tego co jest cieszmy się w miarę i wyżej się wznośmy niż krytyki echa pana Zaw[o]dzińskiego lub Struvego.83
Odpiszcie czekam niecierpliwie. Chrystus z Judaszem dosyć się podobają, młody jednak malarz i młoda ręka to robiła, tak ja sobie mówię. Zdrów jestem i wesół czekam odpowiedzi co do mych propozycyi z niecierpliwością. [...]
O praktycznej stronie życia coś mówiąc. Pracownię mam bardzo dobrą dużą. Trochę za daleko od miasta, ale to mniejsza, opał mnie dużo kosztować będzie i to jest rzecz główna. Jednak koniecznie przy niej utrzymać się zamierzam przez całą zimę i dalej. Wola niech mnie świcą to mi się uda. Chciałbym tylko wiedzieć czy przysłanie od czasu do czasu 15 rubli [...] 25 rs ojcu jaką różnicę zrobić może? [...]
Malarz liczy na zakup Judasza i któregoś "z dwóch panneaux Ranek letni i Zwiędłe liście" (może nawet w Wiedniu). Pisze, że zaczyna "Śmierć Ellenai w naturalnej wielkości" bez "wysilań i excessów". Czy to będzie dobry obraz:
[...] to osądzi Salon paryski poślę tam obraz jeśli go pan Bóg da skończyć. Więc chodzi mi o upewnienie się w wiele rzeczy na ten przeciąg sześciu miesięcy.
Stypendyum F.[eliksa] Sobańskiego mam, ale w Rzymie i 300 rubli, bez więcej pieniędzy bez stosunków utartych bez kredytu, krótko powiedziawszy jest za małe a wdzięczności może [morze - D.K.] mnie za nie wymaga. Tutaj więc zostaję [...].
Zapowiada też, że "obraz który odniesie sukces" na paryskim Salonie, podpisze "par Hyacinthe l'él?ve de Monsieur Lehman [namalowany przez Jacka ucznia Pana Lehmana]"84. I na koniec, znowu, po raz kolejny obiecuje solennie przyjazd na święta.
Wyczuwalne obawy o własne materialne i artystyczne powodzenie, ukrywane w pierwszej części listu za wyniosłą ironią stawiającą własną sztukę ponad gust publiczności i krytyki, ustępują pod koniec butnej pewności szybkiego udowodnienia swoich racji i nierozpoznania przez odbiorców talentu. Prezentacja na najważniejszym, powszechnie uznawanym, paryskim forum wydawała się artyście realna, co niepodważalnie potwierdziłoby zasadność jego wysokich aspiracji. Byłoby to tyle dowodem artyzmu, ile braku właściwej miary i sądu nie tylko wśród "rynkowej" publiczności, ale i wśród rodzimych znawców czy nauczycieli w kraju. Stąd końcowa zapowiedź wdzięczności dla Lehmana, a nie dla Matejki. Można by powiedzieć, że to naiwna przekora młodości, ale jak się okaże kilkanaście lat później, Malczewski starając się o posadę profesora Szkoły Sztuk Pięknych, w pisanym na spółkę ze Marianem Gorzkowskim własnym artystycznym życiorysie potwierdzi to młodzieńcze rozpoznanie.
Na razie młody artysta musiał jednak jeszcze zapewne wysłuchiwać jakichś uwag, okazywać wdzięczność - może także osobom, które pomogły mu uzyskać wspomniane stypendium - co uważał za cenę zbyt dużą. Uznanie chciał zawdzięczać swojej pracy, a nie protekcji i pouczeniom. 11 października z powodu zimna i braku pieniędzy pisał między innymi o kolejnej zmianie mieszkania (może do tego przy pracowni wcale się nie wprowadził?):
[...] W pracowni muszę tej samej siedzieć aż do nowego roku bo już tak ugadana i zapłacona, ale tak bardzo siedzieć jak zimna będą nie będę. Tymczasem mieszkam u mego przyjaciela Napierkowskiego który ma doskonałe mieszkanie, na ulicy Floryańskiej N. 7.
Bardzo mnie tu będzie u niego dobrze. Kwiatów i ptaków massa, ciepło i wygodnie.
Co dalej będzie napiszę za jakiś tydzień, teraz gdy się nic nie sprzeda to przed nowym Rokiem zawitam do Was [...].85
Na Boże Narodzenie, mimo powtarzanych jeszcze w listopadzie radosnych zapowiedzi (z prośbą, żeby panien z Gardzienic nie musiał widzieć)86, do Radomia nie przyjechał. Został w Krakowie i nie zawiadomił na czas czekających rodziców i sióstr. Zachorował poważnie - o czym, jak wynika z listów, także nie dał znać bliskim od razu, w ogóle rzadko pisał listy (dzieli je prawie miesięczna przerwa, jak można sądzić z treści, niewynikająca z zagubienia kart), co przy zwyczaju pisywania nawet codziennie, najdalej co kilka dni, jest znaczące. Pierwsza wiadomość o chorobie (podana zresztą w bagatelizującej powagę sytuacji formie) pochodzi z końca stycznia 1881 roku:
Nie dziwcie się ani nie narzekajcie, że nie pisuję ani nie przyjeżdżam [...]. O brak pamięci albo o brak serca podejrzewać mnie nie wolno i nie powinniście nigdy. Ale stosunki i przeszkody nadspodziewane nie pozwalają mi aż dopiero w samą Wielkanoc tj. na Święta Wielkanocne zjechać do Was i dłuższy czas zabawić.
A z tą myślą pogodzić się musicie nie chcąc mnie narażać na zaziębienie lub rozwinięcie się jakiej groźniejszej choroby, zapomniałem bowiem Wam donieść, że dłuższy czas chorowałem na lekkie zapalenie i gorączkę tyfoidalną i to było powodem żem do Was nie zawitał na Boże Narodzenie, wiadomością tą nie chciałem Was tylko przerażać, teraz gdy wszystko jest dobrze już całkiem, dopiero na Wielkanoc sam się jechać decyduję jak łatwo pojmiecie.
Zresztą coś więcej Wam doniosę, oto że już wychodzę, bywam między ludźmi.87
Przez następnych kilka miesięcy 1881 roku w listach do rodziny pojawiają się informacje i prośby o pieniądze w związku z rekonwalescencją ("muszę brać kąpiele"), polegającą między innymi na regularnych zabiegach. Tymczasem "kwithanderzy [go] karotują i nieraz dyabelnie obrażą". Wiedział zapewne, że nie uspokaja rodziny, pisząc: "Wesoły jestem mimo tego, chociaż z Xięciem [Marcelim Czartoryskim] Dantego czytujemy [...]"88.
Stopniowo też przygotowywał rodzinę na to, że wyłysiał - najpierw pisał: "włosy jeszcze mi nie odrosły" i "boję się, że was przestraszę", potem, że trochę wyłysiał, następnie prosił Karola Potkańskiego, jadącego do domu przez Radom, żeby im opowiedział, jak naprawdę wygląda.
Na kłopoty zdrowotne nakładają się od początku roku przygnębiające recenzje prasowe. Entuzjazm Dobrzańskiego dla Pocałunku Judasza nie znalazł potwierdzenia w opinii Henryka Struvego, który napisał, że obraz jest przykładem bezdusznego kopiowania modeli, że brak mu polotu i podniosłości. Jest też źle namalowany (Chrystus - "martwota zupełna", Judasz - który powinien uosabiać dramatyzm sytuacji - ma "wykrzywione ruchy" całej postaci i głowy, do tego rysunek i koloryt "gruby"). Wprawdzie pewna "energia naturalistyczna" i "zamaszystość" świadczą o "oryginalnym uzdolnieniu artysty", ale eksponowanie brzydoty Judasza na tle Chrystusa w tym kształcie całości dowodzi, że "ten chyba nie będzie nigdy malarzem religijnym w podnioślejszym znaczeniu". Zaprzyjaźniona z Julianem Malczewskim Marrené Morzkowska także krytycznie odniosła się do wystawionych w Warszawie z Judaszem Fantazji89, a i rodzina nie była zachwycona wysłanymi fotografiami. Jacek Malczewski jest zatem innym artystą, niż chciałaby go widzieć krytyka, lecz jest też innym artystą, niż chciałby widzieć go ojciec. Tuż przed 8 lutego 1881 roku malarz napisał do niego imieninowy list. Próbował, wymykając się konwencji okazjonalnych życzeń, wskazać powód coraz większej trudności w szczerym pisaniu do ojca o źródłach i praktycznych, kompozycyjnych problemach swoich obrazów. Zdawał sobie już bez cienia wątpliwości sprawę z tego, że odmiennie pojmują cele sztuki. Dramat tej różnicy przekładał się na ich uczucia, zabijał dawną harmonię, bezwzględne zaufanie. Punktem odniesienia dla syna jest wyidealizowane przypomnienie dawnej komunii dusz ze snu o dzieciństwie, w którym słucha znowu wieczorem bajek o Złotym Wilku, otulany kołderką chroni się przed złymi snami w nogach łóżka ojca. Chciałby odzyskać jedność głębokiej podświadomości z realnym światem:
[...] pod okiem Twoim o wielkich kompozycyach spokojnych i poważnych, i niech przez sen zaledwie mówiący wszystkim zrozumianym będę. Jak Ty rozumiałeś wszystkie gwary mojej dziecinnej główki, jak kształtowałeś serce i rozum tak [jak] rozbudzałeś imaginacyą i odczucia dziecka, tak ja Ci z mojej strony przynoszę dziś w ofierze wszystkie płody mej imaginacyi, wszystkie rozrzucone projekta, wszystkie spokojne i święte marzenia, wszystkie łzy przelane za domem familią rodziną, bo Tobie je zawdzięczam, boś Ty je rozwinął [...].
Jednak ojciec nie był w stanie pośredniczyć w tłumaczeniu języka przeżyć i sztuki syna, choć życzliwy, nie rozumiał go. Dla syna już sama świadomość tej duchowej i intelektualnej rozłąki z nim jest bolesnym doświadczeniem. Pisał dalej:
[...] ale tak Drogi Ojcze nie będziesz miał mnie całego na nieszczęście moje i na nieszczęście wieku naszego. Nic przynieść Ci nie mogę, [prócz] zwątpień i rozpaczy, boś Ty mnie wierzyć tylko nauczył, choć nieraz wątpiłeś, nie mogę Ci przynieść chwil szału upojenia i zapamiętania, boś Ty mnie uczył być spokojnym i rozważnym i duchowym, choć nieraz targałeś się z życiem. Nie mogę Ci przynieść także chwil szamotań z urojonemi marami bajronicznych myśli o społeczeństwie, niewdzięczności do ludzi, boś tylko uśmiechał się do nas i do otaczających, a ufność sobą opromieniłeś. Więc czyż połową tylko mam do Ciebie przychodzić, do Ciebie należeć, Tobie być podobnym. Więc o połowę mniejszy jestem od Ojca mojego jeżeli nie przeciwieństwem jego. Ale to niepodobna i Ty mieć musiałeś chwile smutków, rozpaczy o przyszłość, niespokojności, niewiary wśród zwątpień, złorzeczeń wśród niesprawiedliwości i nieszczęść. Chyba, że miałeś więcej wiary w samego siebie, w Boga i w dobroć jego, większą otuchę w ludzkość i ludzi. Ale zawsze błogosławię imię Twoje Ojcze i nogi Twoje łzami obmywam, żeś nie dał pozoru nieprawdzie, żeś mnie nie pozwolił wynieść [...] z swej Twarzy, nigdy znaków Tych ułomności powszechnoludzkich, żeś był spokojem wśród burz niepokoju, ostojem w rozstroju dla Dzieci Twoich. Dziś więc Drogi Ojcze, gdy klękam przed Tobą i opieram głowę swoją na Twoich kolanach szepnij mi słowo pociechy, naucz tych tajników życia i prawdy, które daje długa i wytrwała praca nad sobą samym, a uściskawszy mnie szczerze, dodaj otuchy na nowe boje, na nowe próby ognia [...] i spokoju na nowe niepokoje, burze i szamotania.90
Skłonność do samotności, zwątpień, "rozstrojów", do "nieobliczalnych porywów" - to ta część osobowości Jacka Malczewskiego, która już wcześniej nie znajdowała aprobaty u ojca. Ostrzegał syna przed ukochanym przez nich obu Słowackim. Widział w poecie, co charakterystyczne dla pozytywistycznej recepcji, rozdzielnie autora genialnych poezji, służących narodowi (jak wiadomo, nie wszystkie utwory były tak kwalifikowane), i destrukcyjną, egoistyczną osobowość. Przestrzegał też przed wyjazdem do Paryża w 1875 roku; odpowiadając na list Jacka, "pełen jakiejś chorobliwej irytacji i symptomatów niedobrych", pisał:
Radbym byś odpoczywać dał niekiedy umysłowi i wyobraźni w gronie ludzi ukształconych, przyjemnych, dobrze wychowanych byś się przyuczył do pewnych względem świata obowiązków, byś mi nie wyszedł na dziwaka, jak np. Słowacki, na człowieka co wszystkiemu przygania, co nie ma w duszy wyrozumienia, na pyszałka i samoluba, drażniącego się sam swemi przywidzeniami i pretensjami.91
Niezrozumiała była dla ojca chęć "uciekania gdzieś po nieznane, po niepewne", skoro syn miał w Krakowie mistrza i przyjaciół. Maniera, której się syn obawiał, jest według ojca mniejszym niebezpieczeństwem niż pęd do oryginalności, który zwichnął już niejeden talent i niejeden charakter, lepiej zatem postępować powoli, ucząc się u współczesnych autorytetów. Blisko stąd do dyskredytującej postawy "mary bajronicznych myśli o społeczeństwie, niewdzięczności do ludzi" - z cytowanego imieninowego listu syna. Biografia Byrona, podobnie jak Słowackiego, była w powszechnym odbiorze niewłaściwa z punktu widzenia pedagogiki społecznej. Buntownik i życiowy eksperymentator, przekraczał tabu praw, obyczajów i konwenansów towarzyskich. W polskich interpretacjach i sporach o Romantyzm w drugiej połowie XIX wieku Byron i związane z nim pozytywne konotacje w przeważającej większości nie należały do repertuaru cech służących patriotyzmowi.92 Im bliżej przełomu wieków, tym częściej akcentowano indywidualizm i trudną, nieakceptowaną powszechnie "dziwaczność" formy artystycznej jako cenę i cechę osobowości wybitnego artysty. Malczewski przez to sformułowanie dotyka problemu, z którym przyjdzie mu się całe życie borykać - uświadamia sobie charakter własnej odrębności w związkach z narodem, ze społecznością.
Poglądy Juliana Malczewskiego niewiele się zapewne zmieniły od roku 1875, ale w roku 1881 Jacek Malczewski wiedział już, że nie może spełnić wymagań ojca, nie zatracając siebie. Nie pisał o tym jednak wprost.
O tym, że Jacek Malczewski z trudem przyjmował niewygodne fakty do wiadomości i łatwo popadał w przygnębienie, świadczy wiele listów, między innymi jedna z próśb niezawodnie czuwającego nad nim Piotra Dobrzańskiego, skierowana do ojca artysty, z 11 lipca 1880 roku:
Przepraszam Pana, że się mieszam w te sprawy, ale kiedym się już rozmachał, to muszę Pana prosić, żeby Pan w listach do Jacka nie narzekał na żadne niepowodzenia, bo mu od tego omdlewają skrzydła.
Co się da, to Pan zrobi, wiem, jak go Pan kocha, pewno więcej ode mnie. Niech Pan do niego zawsze pisze wesoło, rubasznie! [...].93
Ojciec jak zwykle go poratował, ale kiepskie recenzje i brak powodzenia finansowego uraziły ambicję malarza do żywego, co go bardzo przybiło. Swoją wolę walki, tak jak pisał w cytowanym liście do matki, manifestował w zmianie stroju z eleganckiego na ułatwiający przetrwanie w trudnych warunkach, jak przewidywał, zimą w nieogrzewanej pracowni. Górski tak o tym wspominał:
Mój bazgracz posmutniał i chodzi ponury w burce i w wysokich butach po rynku krakowskim. Ja czekam wiosny, by się rozpogodził.94
Na przełomie lutego i marca 1881 roku zdarzyła się jednak w życiu przygnębionego artysty radosna niespodzianka. Przyjechał doń w odwiedziny Wacław Karczewski, niewidziany od nieszczęsnych zaręczyn; "serdecznie i po bratersku" przywitawszy się z kuzynem, zapytał, czy wobec zaszłości z Wandą Karczewską (jednak w relacjonującym liście nie pada jej imię ani tym bardziej jakiekolwiek o jej los pytanie) może starać się o rękę Heleny Malczewskiej. Wzruszony tą rodzinną lojalnością Jacek zadeklarował zapomnienie krzywdy i zostawił decyzję siostrze.95 Napisał też zaraz list do ciotki Heydel, która nigdy nie podzielała zapalczywości Feliksa Karczewskiego i nakłaniała go do umiarkowania. Spotkanie w Gardzienicach - gdzie mieszkały panny, w tym i Wanda - wydawało się pewne. W każdym kolejnym liście artysta cieszył się na rozmowę z najbliższymi, na powrót dawnych zabaw i na wizytę w kraju lat dziecinnych.96
Według Heydla świadectwem tej wizyty są Luźne kartki; byłby to zatem jakiś czas tuż po Wielkanocy, przypadającej w 1881 roku w kwietniu. Jednak konfrontacja z pełnym zapisem (łącznie z opuszczonymi przez Heydla fragmentami dokumentu) i ze wspomnieniem rozmowy z artystą zapisanej w [Notatkach i wykładach] Konstantego Marii Górskiego (której autor nie powtarza w Zarysie monografii Jacka Malczewskiego) stwarza pewne wątpliwości co do daty rocznej powstania napisanych na pewno zimą zwierzeń artysty. Sądzę, że tekst powstał później, zimą na przełomie 1882 i 1883 roku. W dość skomplikowanym układzie narracji mogą świadczyć o tym zarówno odniesienia do całego okresu - od rejterady z Wielgiego (koniec 1878 po początek 1883 roku) - jak tylko do tego dzielącego wizytę i jej opis (kwiecień 1881 - początek 1883 roku).
Po powrocie do Krakowa ze świąt niewiele się zmieniło. Nie wiadomo, gdzie artysta spędził wakacje, na początku jesieni pisał do siostry Heleny, że maluje w pracowni, ale mieszka "u znajomych na Floriańskiej". W końcu jednak uciekł z Krakowa pod skrzydła rodziców na święta Bożego Narodzenia, gdzie zamierzał pozostać "jakiś" czas. Będąc zdanym na zupełną zależność materialną od ojca i zapewne wysłuchując jego marzeń o swojej przyszłości, malarz starał się zapobiec potencjalnej protekcji i zaocznym decyzjom rodzica. Szesnastego grudnia 1881 roku pisał do Piotra Dobrzańskiego:
Cóż o Tobie słychać, nie pisujesz, ale i ja tak samo robię, siedzę w Radomiu, maluję dużo i pracuję nie na żarty, przed Nowym Rokiem będę w Krakowie, czy do Ciebie przyjadę, czy Ty przyjedziesz, jak uważasz. Mam Ci dużo rzeczy powiedzieć. Nie martw się, mój drogi, że tu w domu tak długo siedzę, wierzaj, że mi to na dobre wyjdzie i wyszło już, uspokoiłem się i wydobrzałem bardzo, zatem kochaj mnie i nie rzucaj Anathemu na moją głowę.
Między moim Ojcem a bratem Twoim, panem Henrykiem, jest jakaś czy była jakaś korespondencja tycząca się mnie, ale ja o tem nic nie wiem, ale jeśli chodzi o jakie protekcye lub poparcie prywatne, to bądź przekonany, że z jednej nie skorzystam, a drugiego nie przyjmę. Już własnemi siłami iść będę i iść powinienem. Tak mój Drogi i to stanowczo Ci mówię.97
Pobyt w Radomiu znacznie się przeciągał, Malczewski wyjeżdżał do pobliskiego Orońska, jacyś młodzi malarze odwiedzający tam Józefa Brandta przyjechali do niego. Jak świadczą listy Bronisławy Malczewskiej do siostry Heleny, przebywającej wówczas dłuższy czas u rodziny pod Lwowem, pełno było w domu radości i zabaw. Nikt z domowników nie narzekał na za długą gościnę artysty. Gdzieś jednak tlił się żal, pobudzany zapewne przez uwagi otoczenia, o czym dziś świadczy jeden tylko list, napisany przez siostrę malarza Helenę, o której on sam mówił, że zna go najlepiej. Bronisława, opowiadając jej, jak żyją w komplecie z Jackiem i rodzicami, pod koniec lutego 1882 roku donosiła wprawdzie, że ojciec niedomaga, ale brat nie zamierza z tego powodu wyjeżdżać czy podjąć jakieś działania w kierunku pozyskania zamówień. Helena po jeszcze jednym liście od brata, opisującym jego karnawałowe eskapady do okolicznych dworów, napisała w końcu do niego, zasięgnąwszy porady dalszej rodziny i Piotra Dobrzańskiego:
2/3 Marca Moszków [18]82
[...] Trochę zazdrość mnie brała przy opisie zabaw których wytańczyło się moje rodzeństwo, ale ta zazdrość była chwilową tylko. Piszesz drogi bracie że teraz dla ciebie tylko praca i praca, a wiesz co tu koledzy twoi i przyjaciele zupełnie inaczej zapatrują się na ten twój pobyt w Radomiu, nazywają to lenistwem i źle rozumią miłość rodzinną. Wuj Staś który wrócił w poniedziałek ze Lwowa gdzie bawił kilka dni, mówił mi że widział się z Panem Piotrem98 który jest oburzony na Ciebie że Ty nie wracasz i nie wie jak sobie tłomaczyć Twój pobyt w Radomiu.
Mówił wujowi, że ma dla Ciebie przeszło 200 reńskich, które Cię tu czekają i których nie myśli odesłać Ci na zmarnowanie do Radomia. Że kupcy twoich obrazów krakowskich nie skończonych, niespokojni zagniewani. Zyblikiewicz pytał się o Ciebie, chciałby abyś jego portret malował a taki portret co najmniej przyniósłby Ci 400 reńskich. Sądź sam mój drogi rób naturalnie co chcesz, ale mnie się zdaje że mógłbyś Twój smutny i wesoły obraz [brak jednego słowa] i wyjechać na szerszy świat jak nasz kochany Radom, a takich panien jak panna Szmith i p. Marconi99 wszędzie dosyć a to ciągłe odciąganie wyjazdu od świąt do świąt Bóg wie jak długo ciągnąć się może. Nie miej mi za złe mój drogi że ci to piszę, jestem zawsze Twoim adwokatem ale w oczy mogę Ci śmiało powiedzieć co myślę. A myślę że ludzie mają po trochu rację a ty znowu się nie gniewaj co mówią o Tobie, mają prawo spodziewać się po Tobie wielkich rzeczy, albo zawodu.
Mój drogi przebacz, że Ci takie niemiłe rzeczy gadam ale kocham Cię bardzo i chciałabym być dumną z Ciebie. Bywaj zdrów, te słowa niech między nami zostaną. Tylko między nami. Co zaś do owego projektu Zyblikiewicza nie chwal się i nie rozgłaszaj bobyś wszystko popsuł. [...]
Helena100
Młodsza siostra napisała mu zatem wprost, że siedzenie na garnuszku u ojca to rejterada, że znajomi myślą tak jak ona, iż żyje na cudzy rachunek. Nic nie wiadomo o odpowiedzi na ten list, ale na pewno nie odniósł szybkiego i pożądanego przez Helenę skutku - w Radomiu nadal trwały zabawy, młody malarz wyjechał do Krakowa dopiero pod sam koniec sierpnia lub na początku września 1882 roku. Portret Zyblikiewicza namalował Wojciech Kossak (obecnie własność Muzeum Narodowego w Krakowie). Wcześniej, jeszcze pod koniec karnawału (przełom lutego i marca), Malczewski pojechał do Wielgiego, gdzie nikogo nie zastał, o czym Bronisława wspomina w kolejnym liście do Heleny101, a artysta w Luźnych kartkach. Malował w Radomiu portrety jakichś panien, portret Bronisławy i Śmierć wygnanki. Być może impulsem powrotu do Krakowa był jakiś pierwszy sukces - może pochwała lub zakup obrazu?102
W listopadzie Malczewski przypuszczalnie na krótko pojechał do Lwowa. Okres Bożego Narodzenia roku 1882 i Nowego Roku 1883 spędzał w Krakowie (wówczas najprawdopodobniej napisał Luźne kartki). Wtedy w grę mogło wchodzić "nowe towarzystwo", o jakim malarz wspomina w listach do Radomia, nie zważając na to, jak bardzo jego wiadomości kontrastują z trudnościami finansowymi ojca, o których przecież już na pewno wiedział. 7 listopada 1882 roku pisał:
Za Wygnankę dają mi 1000 florenów, zdaje mi się, że się targować nie będę i obraz palnę w świat, a drugi przez ten czas w pracowni. Więc napisz czy Ci teraz nie posłać Ojcze po sprzedaży obrazu z 500 florenów. [...] Zdrów jestem, wszystkich zachwycam zdrowiem i wesołością, ludzie mnie ciągle lubią dosyć i poważają!!!...? Mam pyszne futro, buty, garderobę od pierwszych krawców. Zapisuję się do klubu, ale to troszkę później, a maluję zawzięcie. [...] Zapomniałem o imieninach Babci [Karoliny Malczewskiej] i Karola [Potkańskiego] ale niech wybaczą, czas mi leci jak strzała i chwilę tylko późno wieczorem mam wolną. I tak ich ściskam i całuję choć w oktawę.
Mamusi rączki całuję i nóżki, polecam się sercu i pamięci, już przy obiadach nikt nie gdera, może tak i lepiej! [...]
Jacek103
Młodego malarza sukces obrazu namalowanego w Radomiu podniósł na duchu, zaczęło mu się lepiej powodzić finansowo, ale niewiele da się powiedzieć o zajęciach, jakim się wówczas oddawał. Poczynił kolejny krok na drodze do niezależności. Narastającą siłę tych ambicji widać w kolejnej sekwencji listów, które jednak niepokoją ojca. Trudne do przyjęcia dla Juliana Malczewskiego musiały być nie tylko wzmianki o bezsensie informowania go o sprawach codziennego życia. Przede wszystkim bolało wyłączenie go z grona tych, z którymi syn chciał dyskutować o zagadnieniach związanych z malowanymi właśnie obrazami. W styczniu 1883 roku, kiedy kłopoty finansowe schorowanego Juliana Malczewskiego sięgały zenitu, syn prosił:
A Wy jeżeli mnie kochacie, chcecie abym dobrze pracował, to mi smutnych rzeczy nie piszcie ani listów Leopardowenich, ale tak szczerze i po staropolsku i pogodnie choćby o zmartwieniach, bo taki duch mnie nie pognębia.104
Później, odpowiadając na pytania ojca o jego tryb życia i przedsięwzięcia artystyczne, rekapitulował dłuższy czas i wspominał we wrześniu 1883 roku rocznicę swego przyjazdu z Radomia do Krakowa:
Przynajmniej to jedyna rzecz co mnie krzepi i w burzach i ogniach zimnym czyni, to to, że strona materyalna daleko lepsza jak dawniej, że już z biedy nie zamieram i że Wam pomagać mogę i będę i siostrom kiedyś wrota domu mojego na szerzej otworzę.
O obrazach nie piszę, o codziennych rzeczach i sprawach i wydawaniach także nie, bo i po cóż? Zdrów jestem i doskonale wyglądam. Gdzie bywam i co robię także nie, bo co Wam z tego przyjdzie.105
Zmiana tonu, serdecznego w konwencjonalnych grzecznościach w pozostałej części listu, przy ostrym zamknięciu granicy prywatności i spraw artystycznie ważnych dla Jacka Malczewskiego przed ojcem, będącym przez całe lata dla niego autorytetem, jest tu uderzająca. Skąd ta szorstkość, jeśli nie lekceważenie? Jest to chyba efekt jakiegoś dłuższego procesu oddalania się, wchodzenia na inną drogę niż ta, którą ojciec gotów był zaaprobować. Być może nie chodziło tylko o tematy i formę obrazów, ale o jakieś niewłaściwe obyczajowo kontakty z bohemą artystyczną?
Nieco informacji o tym mniej znanym krakowskim kręgu towarzyskim Malczewskiego, przynajmniej o jakiejś jego części, dostarczają nieocenione notatki Górskiego. Odpowiednie tu teksty trzech części dziennika przyjaciela artysty obejmują lata 1881-1883, z przerwą na pobyt malarza w Radomiu. Uderza niesłychana ilość spotkań obu przyjaciół (Górski wówczas nie podszedł do żadnego z egzaminów na podjętych studiach prawniczych). O ile nie wyjeżdżali wówczas z miasta, właściwie widywali się codziennie, rzadko kiedy nie jedli wspólnie przynajmniej jednego posiłku, po niektórych kolacjach, wieczorach muzyczno-literackich lub teatralnych zostawali razem w większym gronie nawet do śniadania. Na podstawie tej lektury można stwierdzić, że Malczewski obracał się wówczas w dwu kręgach znajomych, którzy, choć nie tworzyli zbiorów całkowicie rozłącznych, nie spotykali się w identycznym gronie, a przynajmniej nie zawsze w tych samych miejscach, nastrojach i celach.
Jeśli wspomnieć, że Malczewski opisywał w listach do rodziny swoje losy przez pierwszy rok po zawodzie miłosnym i nieco później, kiedy jeszcze liczył, że Wanda opowie się po jego stronie, jako ascetyczne towarzysko, to nie jest to cała prawda. Przy wszystkich trudnościach, jakie przedstawiał artysta, z innych dokumentów wynika, że co najmniej od roku 1880 pojawiła się w jego życiu niebezpieczna, ale i pełna aktywności ścieżka pracownianej egzystencji, o której nie pisał rodzicom. To o tej drodze wspominał we wprowadzeniu i w zakończeniu Luźnych kartek, miał tu do siebie wiele pretensji, choć w pewnym sensie usprawiedliwiał się też losowymi niepowodzeniami.
[...] grzesznym panie jest, ale stworzyłeś mnie słabym i w trudny czas, więc szczeliny mam i nadpalenia na duszy mojej a wiek zwątpienia wycisnął ślady na mnie.
Błądziłem zawsze przez serce i przez słabość charakteru i przez mizerność ciała mojego, ale w grzechu nigdy nie kochałem się choć też nigdy z nich się nie podniosłem. Występki były dla mnie kolącą obrożą szyji mojej, ale obroży tej zdjąć nie miałem siły, choć mnie raniła i krwawiła serce. [...]
Więc po chwilowej uduchowienia [u] istoty mojej nastała reakcya rozpaczy i ciała zgubiłem się.106
Nad całością tych partii tekstu, odnoszących się do stosunkowo nieodległej przeszłości autora, dominuje poczucie winy, przekonanie o konieczności rachunku sumienia, o niezbędności zdystansowania się od emocji towarzyszących mu dotąd, o konieczności powrotu do dziecięcej ufności w Opatrzność. Pisze tu wyraźnie o uczuciu do kobiety, niewymienionej ani z imienia, ani z nazwiska, która mu się podoba, przypuszcza jednak, że się jeszcze nieraz zakocha szczerze. W związku z tym przewidywaniem Malczewski odsłania też zamiary na przyszłość, wynikające z doświadczenia zawiedzionej miłości i zranienia dumy własnej oraz z przyjęcia do wiadomości (choć bez entuzjazmu), że powszechnie za istotne uznawane są kwestie materialne. Chce też w większym stopniu kontrolować swoje uczucia, nie angażować się bez reszty.
Leczył się z tych ran i ideałów w krakowskiej socjecie. Najczęściej badacze wspominają grono intelektualistów, w którym obracał się Malczewski. To krąg salonów kulturalnych Krakowa: pań Małachowskich, Ludwika Michałowskiego, księdza Siemieńskiego oraz Czartoryskich w ich Woli Justowskiej lub w kamienicy przy Sławkowskiej. Walory tych spotkań (poza czysto towarzyskimi) były na pewno duże, nie mówiąc już o skutkach praktycznych w postaci zamówień na portrety.107
W literaturze dotyczącej Malczewskiego niemal nie wzmiankuje się natomiast spotkań w jego pracowni, kiedy mieszkał u Ludwika Michałowskiego i księdza Jana Siemieńskiego, a malował dłuższy czas przy ulicy Lubicz 36 i krótko u Marcelego Guyskiego. Konstanty M. Górski (zwany powszechnie Kociogórskim) i Karol Potkański należeli do tych, którzy bywali w niedziele u Ludwika Michałowskiego; równie dobrze czuli się tu w wysokiej próby dyskusjach o sztuce w towarzystwie Asnyka, Klaczki czy profesorów uniwersytetu, jak i w skromnej, zimnej nieraz pracowni, gdzie podejmowali również kwestie artystyczne, ale w zdecydowanie lżejszej konwencji. Grono znajomych podczas tych, najczęściej spontanicznych, spotkań bywało mieszane, pojawiają się modelki (na Brackiej kobiety nie bywały, u Czartoryskich były równoprawnymi uczestniczkami dyskusji, prezentowały prawdziwe artystyczne talenty muzyczne). Przy ulicy Lubicz bywają często: Tadeusz Zaleski, Ludwik Dębicki, Artur Potocki, Zygmunt Papieski, Ludomir Benedyktowicz, Włodzimierz Tetmajer, czasem tylko Antoni Piotrowski i Kazimierz Pochwalski, a także Marceli Czartoryski. Zanotowane przez Górskiego wątki lekkich rozmów dotyczyły modelek, często pozujących w kolejnych zaprzyjaźnionych pracowniach, frywolność widać tu w stylistyce zapisu, w tematach i niedomówieniach, zaznaczanych wielokropkami i ciągłymi kreskami.
Co takiego się działo między zimą 1878 a przełomem lat 1882 i 1883 zapewne w tym gronie nieco mniej znanych towarzyszy Malczewskiego? Jaką tu pannę lub "osobę" (jak ją określa malarz) miał na myśli, nie wiadomo. Sądzę, że właśnie owo "coś" zaniepokoiło bardzo także serdecznego, sprawdzonego przyjaciela artysty - Piotra Hubal-Dobrzańskiego, który próbował interweniować. Na nieznany dziś, niewątpliwie ostry list przyjaciela Malczewski odpisał najprawdopodobniej na początku 1883 roku:
Drogi Piotrze.
Uwagi Twoje zawsze płyną z serca, ale nie zawsze są miłe i juste a propos. Cóż Ci wraca z dawnych gderań na mnie.
I piszesz głupstwa o jakichś saltimballach i ruiach, dziwię się, jak możesz takie rzeczy nawet przypuszczać.
Jeżeli ze mnie nic więcej nie będzie, to nie będzie [wina] to moich przyjaciół, ani też, że u mnie jest to, co jest, nie jest ich zasługą. Przyjaźń jest rzeczą dobrą, ani nie pomaga, ani nie dodaje bodźca. Samego siebie zawsze w sobie szukać należy.
Panu Ludwikowi [Michałowskiemu?] jak tylko pieniądze dostaniesz, to napisz i odeślij, a napisać było aż nadto. Ściskam Cię drogi Piotrze i nie bierz mi za złe, że za szczerość szczerością płacę. [...]
Bardzo dużo namalowałem, tylko mam skończyć kilka rzeczy zaczętych. Bądź zdrów.
Adieu. Jacek108
Swobodny tryb pracownianego życia zaniepokoił nawet Piotra Dobrzańskiego, a cóż dopiero ojca artysty. Jest to jedyny uchwytny na podstawie znanych archiwaliów okres, kiedy Malczewski żył podobnie jak bohema. Jeśli uwzględnić kłopoty zdrowotne malarza pod koniec 1880 roku, wzmiankę o "rozpaczy ciała", można przypuszczać, że to najprawdopodobniej do tego czasu odnoszą się słowa niewątpliwie dobrze poinformowanego Wojciecha Kossaka, po latach wspominającego młodość, kiedy ten "fantasta kochany" zaraził się tą "straszną chorobą" od kobiet "tego gatunku".109
Musiał to być jakiś krótki czas zapomnienia, odsunięcia na bok mocno uwewnętrznionych zasad moralnych, być może stąd tak silny ton reakcji i dążenia do nowego ładu, miejscami przebijający w Luźnych kartkach, na końcu jednak zabarwiony goryczą doświadczenia materialności świata.
Niektórzy młodzi bywalcy spotkań w pracowni, jak Górski i Potkański, mimo że byli studentami, dysponowali wówczas wystarczającym kapitałem i żyli na przyzwoitej stopie. Niektórzy - jak większość wymienionych malarzy czy ciężko chory Guyski - prawdziwie biedowali. Jacek Malczewski, przy nieustannych już kłopotach finansowych ojca, częstych pożyczkach, niejednokrotnym korzystaniu z długiej gościny u Czartoryskich, nigdy nie doszedł przecież nawet do granicy prawdziwej nędzy. Zawsze miał w kimś oparcie, a ojciec długo go nie zawiódł.
Rozluźnienie więzi młodego malarza z domem było dla Juliana Malczewskiego bardzo bolesne. Być może z perspektywy Krakowa, do którego Jacek Malczewski wrócił z radomskiego matecznika w 1882 roku, życie rodziny biegło jeszcze ciągle utartym, dającym poczucie bezpieczeństwa trybem. Kiedy Julian Malczewski poczuł się osaczony, początkowo dyskretnie wspominał o trudnościach finansowych w listach do syna, ale nie obudziło to jego czujności. Julian Malczewski tymczasem zupełnie się załamał, depresja opanowała go całkowicie.110 Dopiero listy donoszące o szybkim pogarszaniu się stanu zdrowia ojca i jego przypomnienia o nieuniknionym teraz przejęciu odpowiedzialności za rodzinę uświadomiły artyście konieczność szybkiej pomocy finansowej, co starał się uczynić.
Wreszcie sytuacja stała się tak zła, że Julian Malczewski napisał synowi o szczegółach. Ten zaś 8 grudnia 1883 roku zalecał przedłużanie formalności przy zaciąganiu mocno obciążonej procentami nowej pożyczki w Radomiu, bo sam znalazł inną możliwość zdobycia pieniędzy na dogodnych warunkach. Z nieznanych powodów prosił jednak, by przyjaciołom pomagającym ojcu w formalnościach (nawet Karolowi Potkańskiemu) powiedzieć o tym zamiarze dopiero w ostateczności, kiedy zdecydują się już nieodwołalnie podpisać umowę ("wtedy im to obwieścić możesz"111). Ojciec tak najprawdopodobniej zrobił, stawiając na szali swoje dobre imię i wiarę w sens poświęcenia dla syna, a ten znowu nie przyjechał do domu, nawet na Wigilię. Julian Malczewski napisał:
Jacku mój najmilszy! coś ty z nami zrobił? Obiecałeś przyjechać... my czekamy dnie i noce. Ciebie niema i niema. Ja od soboty nocy jednej spać nie mogę, a od wigilijnej wieczerzy w niepokojach i trwogach żyję. Jacku, takich zawodów nie godzi się dopuszczać względem stęsknionych, starych rodziców! Tysiące smutnych przypuszczeń ciśnie nam się do głowy - Boże! oby one były urojeniami. Na wszystko proszę - daj znać zaraz, ale to zaraz, co się z Tobą dzieje. O mój synu, mój Jacku - mnie się już w głowie mąci - jam tak pragnął i tak był już pewien Ciebie spotkać!... Całe towarzystwo pojechało do kościoła - ja i modlić się nie mogę, póki nie ukoisz trwóg moich.112
Julian Malczewski zmarł z powodu wylewu krwi do mózgu 5 stycznia 1884 roku w Gardzienicach, pochowano go na cmentarzu w pobliskim Ciepielowie. Zostały po nim zaległe weksle i rachunki (skutek pożyczek i nietrafionych inwestycji) - i to niemałe - które przeraziły syna. Grozę sytuacji materialnej, skalę samotności i dojmujące poczucie opuszczenia, którego przed śmiercią doświadczył Julian Malczewski, uprzytomnił synowi dopiero wgląd w dokumenty po pogrzebie. Malarz spłacił długi mniej więcej w ciągu dwu lat.
Śmierć ojca w naturalny sposób zamknęła ten etap życia artysty, w którym z osoby chronionej, mającej oparcie w rodzicu staje się osobą odpowiedzialną za innych. Jacek Malczewski wiedział, że powinien zająć się pozostałymi członkami rodziny. W tamtych warunkach oznaczało to utrzymanie matki i niezamężnych sióstr.113
Nie zachował się żaden klasyczny portret Juliana Malczewskiego pędzla syna. Czy w ogóle istniał, skoro Heydel musiał zadowolić się jedynie rysunkiem (il. 1)? Jednak można znaleźć kilka ukrytych wizerunków ojca artysty, jeden z nich wpisany w scenę Na etapie, z 1883 roku114, w postać starszego mężczyzny, patrzącego na załamanego młodzieńca siedzącego na krześle. Obraz ten, zgodnie z tytułem, włączany był w kolejnych ekspozycjach w ciąg zestawień patriotycznych - i związku z tym nurtem nie można kwestionować. Jednak jest w nim coś niepokojąco różnego od innych tego typu wizerunków Malczewskiego. Przede wszystkim zwraca uwagę niewielkimi rozmiarami, nieciągłością zimowej przestrzeni z bezsensownie (jeśli trzymać się realizmu zdarzeń) otwartymi drzwiami, pilnowanymi przez rosyjskiego żołnierza, i jakimś niedopasowaniem pierwszoplanowej grupy trzech mężczyzn do pozostałych aresztantów, uszeregowanych pod ścianą. O ich odrębności stanowi mocny akcent kolorystyczny, oparty na ciemnych brązach, którymi artysta opisał ich staranniejsze, cieplejsze niż u pozostałych więźniów ubrania oraz wysokie buty do konnej jazdy. Przestrzennie wpisani są w system trójkątów, między innymi wyznaczany przez układy stóp i nóg postaci w centrum, oraz ramy oparcia specyficznie ustawionego krzesła. Osobliwość tego ostatniego rekwizytu w sali więziennego etapu była przedmiotem rozważań Wojciecha Suchockiego, który podkreślił jego niedopasowanie do charakteru wnętrza i to, że zwraca uwagę sposobem ustawienia.115 Badacz zaznaczył też zastanawiającą nieporadność malarską w proporcji łańcucha i okowów na nodze siedzącego najbliżej widza młodzieńca.
Dodać tu można kilka uwag, które owe dość zaskakujące zestawienia wyjaśnią. Zaczynając od kwestii kompozycyjnych, należy zaznaczyć, że specyficzne ustawienie krzesła (lub innego mebla z podobnie prezentowanym narożnikiem) zrobiło szczególną karierę w obrazach przedstawiających sceny we wnętrzu w malarstwie francuskim ostatniej ćwierci XIX wieku.116 Malczewski polubił tę formę organizacji przestrzeni szczególnie w portretach, gdzie krzesło (dające w skrócie rzutu pionowego kształt bliski rombu) pozwala zespolić warsztatową geometrię obrazu z układem przedmiotów w budowanej przestrzeni, czasem w sposób bardzo interesujący (na przykład przez wprowadzenie miękko giętego thoneta). W omawianym obrazie mamy do czynienia z autoportretem, choć nie tyle fizycznym, ile emocjonalnym. Stojący nad skrywającym twarz w geście rozpaczy młodzieńcem starszy mężczyzna, o rysach Juliana Malczewskiego, patrzy ponad jego głową, nieco w bok, zasępionym wzrokiem. Chłopak zaś ma na sobie wspomniane wysokie buty, znaczący element cytowanej autocharakterystyki malarza w listach do ojca, pojawiający się też w opisach wysyłanych do Radomia przez zatroskanego stanem ducha przyjaciela, Piotra Dobrzańskiego, i w notatce Konstantego M. Górskiego. Kupił je jesienią 1881 roku wraz z szubą, aby ochronić się przed kolejną zimą w nieogrzewanej pracowni. Ten dziwny na krakowskim rynku strój (przynajmniej dla inteligenta przed czasami chłopomanii, co zauważył Hubal) był swoistą manifestacją bojowego ducha początkującego artysty. Rok 1883 to już inny okres - przedtem był czas rejterady radomskiej i narastające z listu na list między ojcem a synem obustronne poczucie braku porozumienia w kwestiach sztuki. Ojciec niezadowolony z postępów syna, nie przekonał go do typu malarstwa historycznego, jakie sam cenił, i zwątpił w sens swego poświęcenia dla "jedynaka". Zrywały się ich głębokie więzi. Zważywszy na do dziś istniejącą ogromną liczbę wcześniejszych listów świadczących o głębokiej duchowej jedności i bezgranicznym wzajemnym zaufaniu, musiało to być dla nich obu bolesne. Jacek Malczewski zdawał sobie już sprawę z nieuchronności różnic i niemożności wzajemnego ich zrozumienia czy też aprobaty ze strony ojca. Nie wiadomo, czy namalowany młodzieniec zawinił, czy i jakie starzec (ojciec?) ma prawo karcić go pretensjami i czy czyni to słusznie? Znakiem życiowych konieczności i cierpień artysty jest, poza gestem, ów niefunkcjonalny, realistycznie rzecz biorąc, łańcuch, który traci odrobinę ze swej nienaturalności (a może malarskiej nieporadności), jeśli weźmie się pod uwagę teatralność pudełkowej sceny, stanowiącej ramę ujęcia.
Jakaś część treści tego obrazu mówi o ówczesnej sytuacji artysty.
Dom rodzinny Jacka Malczewskiego, w którym przyszedł na świat 15 lipca 1854 roku, i dom, w którym on sam był ojcem, to dwa pod żadnym względem niepodobne do siebie światy. Bowiem ani artysta nie był ojcem niezwykle dbającym o wszechstronny rozwój syna podobnym do Juliana Malczewskiego, ani też atmosfera i rytm życia Jacków Malczewskich w niczym nie przypominały radomskiej, przez lata takiej samej, codzienności, ciepła i wieczornych zabaw, tańców z przyjaciółmi. Szersza wspólnota rodzinna, jakkolwiek istniała, była jednak rozsądnie ograniczona. W Radomiu wszystkim kierował Julian Malczewski.
Przyczyny odmiennej sytuacji w krakowskim domu artysty tkwiły zarówno w jego osobowości (może nawet przede wszystkim), jak i w okolicznościach zewnętrznych, w różnych potrzebach i zwyczajach małżonki i jej rodziny. Artysta na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że zajmuje tu inną pozycję niż dawniej jego ojciec i że nie jest dla żony w najmniejszym stopniu takim autorytetem jak Julian Malczewski dla jego matki. Odczuwał to boleśnie jako "niedorośnięcie" do roli opiekuna rodziny, rozumianej tradycyjnie, a więc także jako opiekuna matki i siostry Bronisławy po śmierci ojca. Artysta powierzył żonie, czy może raczej scedował na nią niemal całkowicie wychowanie Julii i Rafała. Napawało go to, wobec jej surowości i lekceważenia odmienności charakterów i zainteresowań dzieci (szczególnie w stosunku do córki), wieloma obawami, jak się ostatecznie okazało - słusznymi.
Najważniejszą postacią w dzieciństwie, młodości, aż po pierwsze próby samodzielności Jacka Malczewskiego był jego ojciec. Generalny sekretarz Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego w guberni radomskiej nie odziedziczył żadnych dóbr, bo należał do drugiego już pokolenia w tej rodzinie, które mimo szlacheckich korzeni nie mieszkało we własnym majątku.38 Zawodowo na pewno interesował się ekonomią, choć nie wiadomo, czy miał w tym kierunku wykształcenie. Był osobą o bardzo szerokich horyzontach i wrażliwości humanistycznej, co wynika z lektury zachowanej korespondencji i co dobitnie podkreślił Adam Heydel.39
Julian Malczewski to niewątpliwie postać nietuzinkowa nie tylko na skalę ówczesnego, prowincjonalnego Radomia. Dość zasobna biblioteka domowa, prenumerata "Revue des deux mondes" (na spółkę z ciotką Świdzińską) zapewniały mu najświeższe informacje. Do grona jego znajomych i korespondentów należeli oczywiście światli radomianie, ale też Józef Brandt z pobliskiego Orońska czy Waleria Marrené Morzkowska, pisarka, publicystka - uchodząca za rzadki wówczas typ kobiety gruntownie i wszechstronnie wykształconej.40 Spośród osób mniej znanych ważną intelektualnie dla obu Malczewskich, zarówno dla Juliana, jak i dla Jacka, postacią była Bona ze Świdzińskich Karczewska, cioteczna babka artysty. Korespondowała z Julianem przez wiele lat, poruszając nie tylko kwestie rodzinne, pisywali i rozmawiali także wiele o literaturze. To ona była inicjatorką kształcenia Jacka razem z kuzynami w Wielgiem i ponosiła część kosztów tego przedsięwzięcia. Z Jackiem musiała prowadzić długie i poważne rozmowy o sztuce, chyba także podczas przyjazdów wakacyjnych już z Krakowa, o czym świadczy, niestety, jeden tylko zachowany, ale za to niezwykle interesujący, wielostronicowy list podopiecznego, wysłany do niej z Italii.41 Z kontekstu wynika, że jeszcze przed wyjazdem na stałe do Krakowa, a więc w gimnazjum, Jacek Malczewski był w stanie podjąć z ciotką rozmowę o tym, jaki styl w sztuce podoba mu się najbardziej, oraz wskazywać różnice, jakie dzielą ich upodobania. Musiał mieć wgląd w ilustracje dzieł sztuki i odpowiedni komentarz, skoro konfrontacja z zabytkami Wenecji potwierdziła wcześniej ukształtowane poglądy. Jedyną osobą, która mogła wyposażyć przyszłego malarza w taką wiedzę, był jego ojciec, który "[...] potrafił godzinami opowiadać o włoskich zabytkach"42.
Julian Malczewski nie był apodyktycznym według ówczesnej miary ojcem, zgodnie z XIX-wiecznym wzorcem rodziny patriarchalnej; dając, wprawdzie skromną, podstawę ekonomiczną, nad wyraz mocno dbał o kształtowanie charakteru i intelektu dzieci (także dziewczynek, czego dowodzi korespondencja). Właściwie można powiedzieć, że wchodził nieco w tę część kompetencji pedagogicznych, która była wówczas tradycyjnie zarezerwowana dla kobiet, bo obserwował z uwagą rozwój dzieci od najmłodszych lat. Jak wiadomo z listów ojca i syna cytowanych przez Heydla, to on zaszczepił Jackowi miłość do poezji Słowackiego. Starannie dobierał mu lektury polskie i obce, dbał o naukę francuskiego, angielskiego i łaciny, nie zaniedbywał też przedmiotów ścisłych. Towarzyszyło temu, oparte na lekturze Biblii i wewnętrznej pracy nad sobą, pogłębianie wiary, w czym pomagały malarzowi kontakty z ciotką Wandą Malczewską (dziś kandydatką na ołtarze) i nieco dewocyjna pobożność matki.
Korespondencja rodziców artysty ukazuje troskę ojca nie tylko o edukację i przyszłość materialną syna, ale również o jego zdolności i duchowość. Listy Juliana do żony są świadectwem poczucia wielkiej odpowiedzialności za wybory dokonywane w imię dobra dzieci, troski o przyszłe efekty podejmowanych decyzji, o to, by nie wywierać niepotrzebnej presji i pozwolić na pełny rozwój talentów, ale też zdradzają obawy, czy wskazywane szlachetne ideały nie przyniosą im w życiu cierpienia. W tym niezwykłym staraniu o ukształtowanie chłopca jest jednak coś niepokojącego, coś na granicy chęci całkowitego panowania, określenia jak najlepszego kierunku dla każdego, z góry przewidywanego drgnienia uczuć czy rozwoju myśli przyszłego artysty. Nawet jeśli takiej chęci ogarnięcia całej osobowości dziecka przyświeca jedynie miłość i pragnienie jego ochrony przed wszelkimi pokusami i cierpieniem, musi ona budzić pewne obawy.
Pierwszą przyczyną mogącą spowodować ową troskliwość, zwłaszcza, ale przecież nie tylko ojca, lecz także matki i sióstr, były niezwykle ciężkie próby, jakie państwo Malczewscy przeżyli w związku ze śmiercią dwóch synów, a nie jednego jak do niedawna sądzono.43 W ten sposób Jacek Malczewski stał się jedynym męskim potomkiem i mimo że nie był przecież jedynym dzieckiem, zawsze będzie w rozmowach i listach rodziców i sióstr nazywany "jedynakiem". Otoczony szczególną troską - o zdrowie, o wykształcenie, o wybór zawodu zgodny z jego zamiłowaniem - widząc podporządkowanie wszelkich domowych potrzeb własnej edukacji, co potrafił docenić, czuł się też wyjątkowo odpowiedzialny za powodzenie owych starań. Przyjmując wielkie oddanie i miłość rodziców, jak mógł, spełniał ich ambitne oczekiwania. Z jednej strony ciągle obawiał się, czy podoła, czy nie zawiedzie, czy dość się stara, z drugiej zaś - ciągle chwalony, musiał się czuć bezpiecznie, wciąż skupiał na sobie uwagę, długo realizował wszystkie pokładane w nim nadzieje, cel drogi wydawał się identyczny. Dopiero w kilka lat po ukończeniu akademii okazało się, że wspólnota szlachetnych dążeń może prowadzić do bardzo różnej ich realizacji, a uświadamianie sobie tego było, dla obu stron, długim i bolesnym procesem.
Te wielkie ambicje wobec "jedynaka" przejawiały się w czasach gimnazjum i na początku studiów między innymi ciągłym układaniem mu przez ojca planów wizyt u krakowskich znakomitości - naukowych i arystokratycznych. Czasem pretekstem miała być korespondencja od ojca, a czasem klasyczne listy polecające do obcych osób. Stwierdzenie, że nieznany szerzej, skromnie żyjący, nie bywały w świecie radomianin miał tak zwane dobre nazwisko i dlatego był przyjmowany, nie wydawało mi się wystarczające. Podobną zagadką, nierozwiązaną przez Heydla, była świetna orientacja Juliana Malczewskiego w zabytkach Italii - jakby wiele miejsc widział na własne oczy.
Obie niewiadome wyjaśnia znowu korespondencja Juliana i Marii Malczewskich (datowana od początku listopada 1858 roku do końca lutego 1859 roku).
Julian Malczewski 20 listopada 1858 roku, opiekując się chorym krewnym, Lucjanem, którego nazwiska nie ustaliłam, rozpoczął kilkumiesięczną wyprawę na koszt podopiecznego.44 Podróżowali do Włoch przez Wiedeń i Triest, a następnie po pierwszej w ich życiu "zachwycającej morskiej podróży" stanęli w Wenecji. Tu stan Lucjana pogorszył się i dwa i pół miesiąca później chory zmarł. Zanim to nastąpiło, Julian Malczewski dzielił czas między czuwanie przy nim a systematyczne zwiedzanie miasta. Chodził do weneckich galerii malarstwa, robił zapiski, opatrzone niejednokrotnie rysunkami, szlifował znajomość języka. Pochowawszy krewnego, ruszył do Rzymu, bo tam dopiero mógł odebrać bankowe czeki podróżne, umożliwiające powrót do Radomia. Podróżował przez Livorno i Pizę (gdzie ogromne wrażenie zrobiło na nim Campo Santo). 6 lutego 1859 roku zachwycony donosił z Rzymu: "[...] z pyłem historii pod nogami, zwiedzam namiętnie"45. Rzym przewyższył wszystko, co dotąd widział, więc zdawał żonie relacje. O ile towarzystwo polskie w Wenecji początkowo określał jako nieciekawe (dopiero pod koniec pobytu poznał hrabiów Komorowskiego, Korytowskiego, Łosia, Umińskiego, "Galicjankę Siemieńską", hrabinę Jabłonowską z Baworowskich, "i innych kilku hrabiów i baronów"), to Rzym pod względem wizyt i kontaktów z Polakami go zauroczył. Do polskich domów arystokratycznych wprowadził go stryj żony, generał Józef Korwin-Szymanowski, osobisty gwardzista papieski (jedyny nie-Szwajcar), znający wszystkie persony w Watykanie, postać niezwykle barwna i intrygująca nawet wyglądem: wielką posturą, długo niestrzyżoną brodą. O wysokiej pozycji tego krewnego żony świadczy też to, że Malczewski dwukrotnie był dzięki niemu na audiencji u papieża Piusa IX.46 Poznał także księży Kajsiewicza i Semenenkę (pierwszy nawet go odwiedził), Teofila Lenartowicza i Tomasza "Sosnowskiego rzeźbiarza (autora słynnego Chrystusa w Warszawie u Karmelitów)". W bezpośrednim kontakcie inteligencja i ogłada Juliana Malczewskiego niewątpliwie wystarczała za hrabiowskie tytuły. Pobyt w Rzymie okazał się tak atrakcyjny, że dwukrotnie prosi on żonę, by mógł go przedłużyć; po czterech miesiącach wrócił via Genua, z przesyłkami dla różnych krewnych poznanych za granicą arystokratów. Być może zadzierzgnięte w Italii znajomości rozbudziły później apetyt na arystokratyczne kontakty dla syna, a z pewnością właśnie dlatego bilet wizytowy Juliana Malczewskiego otwierał Jackowi wiele drzwi. Ojciec był bardzo niezadowolony z jego niechęci do bywania we wskazywanych domach. Przyszły malarz jednak te wizyty prędzej czy później odbywał, czasem zapewne, jak w wypadku domu państwa Popielów, wprowadzany przez Dygasińskiego. Heydel niewątpliwie ma rację, pisząc, że żądania i aspiracje towarzyskie Juliana Malczewskiego były nieco na wyrost, ale ojciec uważał, że oprócz wiedzy i wykształcenia artystycznego malarzowi potrzebne są także dobre stosunki z wysoko postawionymi osobistościami. Według Heydla Malczewski pisywał do nieznanych sobie osób listy, które mogły mieć charakter "dziś uważany za dworacki"47.
Owocem tej jedynej dłuższej zagranicznej podróży Juliana Malczewskiego były jednak nie tylko znajomości, lecz także wiele przywiezionych do domu tek graficznych ilustracji, przedstawiających malarstwo i architekturę, które pojawiają się jako punkty odniesienia w listach między rodzeństwem, przy opisach dzieł sztuki i zwykłych przedmiotów. Zapewne Jacek nieraz oglądał je wspólnie z siostrami, słuchając komentarzy ojca, co zostawiło niezatarty ślad w pamięci, wyobraźni i wyznaczyło pierwszy horyzont artystycznych porównań przyszłego malarza, czego nie sposób przecenić. Solidna wiedza Juliana Malczewskiego na temat malarstwa nowożytnego pozwalała mu także na późniejsze dyskusje artystyczne z synem.
Julian Malczewski chciał kierować wykształceniem jedynego syna w najdrobniejszych szczegółach, stawiał bardzo wysoko poprzeczkę - ale tak, żeby nie zgnieść jego indywidualności. Taką szansę dawało mu wysłanie syna do Wielgiego, gdzie ten miał się uczyć po okiem prywatnego guwernera i po polsku, zamiast w zrusyfikowanym gimnazjum publicznym w mieście. Rozważając tę kwestię w sierpniu 1866 roku, pisał do najstarszej córki Bronisławy:
[...] Jacek bardzo cię kocha i często wspomina, dobra chłopczyna, ale jeszcze dzieciak straszny i dziwnie drażliwej natury. Jak go edukować dalej? to najważniejsze zajęcie mej myśli. Może mnie Bóg jeszcze natchnie jakoś dobrze przed wakacyami.
I prawie rok później, w czerwcu 1867 roku:
[...] Z jednego może najdotkliwszego udręczenia muszę ci się zwierzyć moje dziecko! Z Jackiem co dalej pocznę? oto myśl co mi sypiać nie daje. Chłopczyna to niepospolitych zdolności i talentów i nadeszła chwila żeby go koniecznie trzeba już oddać w dobre ręce, domowa edukacya nie wystarcza albo mnie nie stać na nią, do szkół tutejszych mam wstręt niezwyciężony i biedzę się i nic wymyślić nie mogę. Mam przeczucie że szkoły zwichną mi go, że uczeniem na nic nie przydatnych rzeczy albo zniechęcą do nauki, albo przytępią zdolności, jeśli będę zmuszony tu go oddać, to mi tak będzie boleśnie jakbym go w połowie utracił, a jednak ja bym gotów rozłączyć się z nim na długo nawet, gotówbym największe ponieść ofiary, by tylko można go gdzieś umieścić po mojej myśli i dać mu sposobność ukształcenia się na człowieka i rozwinięcia w nim hojnych darów Bożych.48
Aby móc się uczyć, przyszły artysta musiał wyjechać do nieodległej wprawdzie wsi, do znanych miejsc i życzliwych osób, ale dla dziecka, bardzo związanego emocjonalnie z rodziną, musiało to być ciężkie przeżycie. Tym bardziej że - jak można sądzić z listów Juliana Malczewskiego i Bony Karczewskiej, a także z późniejszych wspomnień samego ucznia - wszyscy wiedzieli, iż powodem tej decyzji był niedostatek materialny. Pamięć o tym dźwięczy w napisanych po latach Luźnych kartkach. Adam Heydel wykorzystał je tak, by pokazać sielankę dzieciństwa, tu przypomnę zaniechane przez monografistę aspekty zapisków. W opuszczonym przez Heydla fragmencie Malczewski pisał:
Jedynak zatem psuty może w domu, od lat 12 [14 - skr.] tu byłem już poza domem, aby do niego nie zajeżdżać jak tylko w gościnę. Psuć nic mnie zatem nie mogło już więcej od lat 12 i dziękuję Bogu że się tak stało. Świat bowiem najlepiej uczy i oducza.49
Przede wszystkim w Wielgiem zobaczył, że relacje między dorosłymi i dziećmi w domu nie muszą być tak bliskie i pełne wyrozumiałości jak w Radomiu. Jacek docenił tam poczucie więzi i ciepła w rodzinie Juliana i Marii Malczewskich, gdzie dzieci miały nieograniczony dostęp do rodziców. W stosunkowo niewielkich, kilkakrotnie zmienianych, radomskich mieszkaniach państwa Malczewskich często organizowano ze znajomymi teatrzyki, rozmaite gry domowe, a i "wieczorki tańcujące", nie tylko przy okazji karnawału. Udział dzieci, a potem młodzieży, w tych spotkaniach był oczywisty, a Jacek napisał nawet drobną scenkę możliwą do wystawienia w salonie: Stryj przyjechał.50 U krewnych na wsi panowały inne, nieco chłodniejsze, zdecydowanie hierarchiczne relacje, na co niewątpliwie wpływ miała śmierć matki kuzynostwa. Wspólny był obiad, pozostałe posiłki wydawano z zasady oddzielnie, dom i obejście były większe, więcej zajęć poza nimi, chętniej zdawano się na guwernera, więc w zasadzie z innymi dorosłymi chłopcy widywali się rzadko. Mimo szczerej życzliwości ciotki Bony, także do niej nie można było przyjść bez uprzedzenia, goszczenie u niej było swego rodzaju świętem, jedynie dla najstarszego z chłopców, Wacława, była to codzienność. Tylko gesty i słowa starej służącej Karoluni, jak ją czule nazywał Jacek, która w nim "widziała sierotę losu i obce dziecko rodziny", dawały przyszłemu malarzowi czułość i aprobatę, których tak bardzo potrzebował.
Na wsi Malczewski stał się jednym z kilku chłopców i w oczywisty sposób stracił wyjątkową pozycję, jak to bywa także z rodzeństwem; zarówno między kuzynami, jak i między nim a poszczególnymi domownikami zawiązywały się nici większej lub mniejszej sympatii, jakieś aktualne na krócej lub dłużej sojusze. Jacek, mimo że raczej nie omawiano przy nim warunków przeprowadzki, odczuwał swoją sytuację jako rodzaj zależności, docierały doń zapewne też uwagi wymieniane wśród dorosłych, których wolałby nie słyszeć. Pod formami grzeczności i rozwagi ponad wiek kryła się duma, o której pisał, ale i postawa defensywna - nie walczył "o swoje" w obawie przed upokorzeniem decyzją dorosłych, mogących przecież rozsądzić spór na rzecz kuzynów. Ci zaś, jak wynika ze wspomnienia, czasem potrafili wykorzystywać swoją naturalną przewagę. Mimo otaczającej go życzliwości przyszły malarz często czuł się w Wielgiem samotny:
Uczyłem się pilnie nauczyciele mnie lubili, kuzyni kochali. Wuj i Babka różnicy żadnej nie robili, a dziwna rzecz, że dzieckiem czułem już dziwność moją nad otoczeniem, ale to otoczenie kochałem, bo wiedziałem, że z lat tych moich urosnę i zasłużę sobie na wyższe uznanie i wyższe przywiązanie.
Całą zawsze nadzieję pokładałem w sobie, przy Bożej pomocy i od nikogo nic nie żądałem ani nie pragnąłem. Dobrodziejstwu sercem moim płaciłem i płacę, ale wdzięczności nie czułem wtedy będąc dzieckiem. Duma tylko czyniła mnie dzieckiem potulnem w domu rodziny i ofiar dla dumy mojej oszczędzenia robiłem jak na dziecko mnóstwo.
Ale to warte do zapamiętania, z tego powodu, że samotność, która mnie do rozmyślań skłaniała często pochodziła z dumy, aby nie zawdzięczać, aby obecnością swoją się nie naprzykrzać, aby odstąpić jeżdżenie konno któremu z kuzynów aby nie przerywać rozmów poufnych i też być ich świadkiem.51
Jesienna pora, kiedy miał jeszcze w pamięci letni pobyt w radomskim domu, zachęcała chłopca do rozmyślań, ujawniających poza nostalgią niezwykłą wrażliwość plastyczną (chociaż pamiętać trzeba, że Luźne kartki to tekst pisany kilkanaście lat później i z jakąś formą kreacji dzieciństwa przyszłego malarza niewątpliwie mamy tu do czynienia).
Początkowo nauczyciele braci Karczewskich (Kazimierza i Wacława) oraz Jacka Malczewskiego się zmieniali, aż do momentu, w którym Julian Malczewski polecił na tę posadę Adolfa Dygasińskiego. Celność tego wyboru jest oczywista, patrząc z dystansu, kiedy znane są późniejsze dokonania pisarza, lecz prawdziwie docenić można tę decyzję dopiero wtedy, gdy pamięta się, że początkowo Julian Malczewski musiał polegać tylko na własnych rozpoznaniach i intuicji ojca.52 Przy wspólnych poglądach pedagogicznych, opiekunów Jacka dzieliło wiele w kwestiach pojmowania demokracji i rozumienia roli autorytetów w procesie kształcenia i życiu codziennym, co jednak w pełni uwydatniło się dopiero w Krakowie, do czego powrócę.
W czasach Wielgiego konsultowali osobiście decyzje co do wyboru podręczników (porównywali nawet książki używane do nauki łaciny w różnych zaborach). Jacek mógł czuć się tym wyróżniony, bo ojciec jego kuzynów, niezainteresowany ani formą, ani procesem nauczania, tym bardziej nie był w stanie podjąć szczegółowej dyskusji o podręcznikach. Nauka kuzynów odbywała się więc pod dyktando potrzeb Jacka, co im zresztą równie dobrze służyło.
Pierwszą zewnętrzną próbą wykształcenia chłopców - której wszyscy oczekiwali z niepokojem - był egzamin do krakowskiego Gimnazjum św. Jacka (na początku września 1871 roku). Jak wiadomo, chłopcy zdali egzamin nie tak, jak sobie wyobrażano, dlatego Dygasiński zdecydował o zapisaniu ich do klasy V, a nie do VI, jak planowano. Julian Malczewski był z tego bardzo niezadowolony, decyzję nauczyciela uznawał za samowolną i nietrafną, choć ostatecznie dał się przekonać.53 Jacek Malczewski w tej zewnętrznej próbie nie okazał się wcale lepszy od kuzynów. Biorąc pod uwagę wielkie ambicje, było to niewątpliwie nieprzyjemne zderzenie z rzeczywistością. Stąd przytoczone przez Heydla słowa Jacka - wypowiedziane do kolegi z klasy na początku nauki: "ja tu teraz kolego będę vorzugiem" - wpisują się w kontekst wielu listów nie tylko informujących o tym, jak przebiegała nauka, ale też nieustannego dowodzenia swojej staranności, chęci spełniania pokładanych w nim nadziei, które powinny przynosić tylko najlepsze rezultaty. Wyczuwalne już poczucie wyższości przyszłego artysty nie miesza się tu jeszcze z ukrytą obawą przed klęską.
Po wyjeździe do Krakowa Julian Malczewski, mimo zaufania, nieustannie sprawdzał poczynania Dygasińskiego, miał poczucie utraty kontroli nad chłopcem i nauczycielem, choć ten nadal informował go równie szczegółowo o planowanych i podejmowanych inicjatywach dodatkowego kształcenia pupila. Jednak ojciec starał się mieć jeszcze jedno źródło informacji - Jana Kantego Wentzla, swego krakowskiego pełnomocnika finansowego, przez którego kilka lat przekazywał fundusze dla syna. Od czasu do czasu prosił też Wentzla o osobiste sprawdzenie sytuacji (ten zaś lustrował stancję także pod nieobecność gospodarza internatu), co Dygasiński uznał za wielce niewłaściwe i niesprawiedliwe wobec jego, dowiedzionej przecież, uczciwości i wielkiego przywiązania do podopiecznego.54
Od początku pobytu w Krakowie Jacek Malczewski brał lekcje rysunku poza szkołą - w muzeum (u Leona Piccarda), a wieczorami w Szkole Sztuk Pięknych (u Floriana Cynka), ponieważ było już w zasadzie postanowione, że po zdaniu matury będzie studiował w Szkole Sztuk Pięknych. Dygasiński, najpierw przeciwny przerwaniu nauki w gimnazjum, po konsultacjach i rozmowach u Jana Matejki zmienił zdanie i wspierał zamysł rezygnacji z matury, co przedstawił Julianowi Malczewskiemu, podobnie jak Piotr Hubal-Dobrzański. Zobowiązał się pomagać uczniowi w zdobywaniu wiedzy ogólnej poza szkołą. Jacek jeszcze po kilku latach pisał o czytanych książkach i o staraniach, "aby głupim nie zostać". Tu jednak uwidocznia się wspomniana już różnica między Adolfem Dygasińskim a Julianem Malczewskim w kwestii stosunku do autorytetów naukowych. Nauczycielowi nie chodziło tylko o zbytnią uniżoność wobec Stanisława Tarnowskiego, arystokraty, ale i profesora uniwersytetu. Intencja samodzielności dla autora Beldonka obejmowała faktyczne, a nie tylko deklarowane wykształcenie samodzielnego myślenia, potrzeby własnej, niezależnej od autorytetów, krytycznej interpretacji. Dlatego zalecał ograniczenie zajęć uniwersyteckich do archeologii i paleografii i przestrzegał przed uczęszczaniem właśnie na wykłady cieszącego się wielkim poważaniem Tarnowskiego, bo młodzieniec mógłby "uwierzyć zbytecznie in verba magistri" i zbyt ulec pięknej ich formie. Dygasiński w jednym z listów pisał do Juliana Malczewskiego:
Niechaj sam bada, grzebie, ślęczy, a prędzej może dopatrzy się piękna potrzebnego artyście, aniżeliby miał zbliżyć się do utworu literackiego z gotowym, narzuconym mu sądem.55
Julian Malczewski w naturalny sposób zaczął tracić możliwość tak silnego jak dawniej kształtowania rozwoju osobowości syna. Jako autorytet - z jednej strony dający gwarancję utrzymania społecznego szacunku (w ryzykownym jednak etycznie zawodzie artysty malarza), z drugiej powodzenia artystycznego - stawia Jackowi Jana Matejkę. Opinie na temat sposobu edukacji uczniów Szkoły Sztuk Pięknych to pierwszy powód obopólnego uświadomienia sobie "osobności" sądów artystycznych, a tym samym różnic w ocenach życiowych wyborów ojca i syna, którzy dotąd byli niemal jednomyślni.
Julian Malczewski, jeśli nie od razu po wyjeździe Jacka z domu do Krakowa, to już niedługo później, zdał sobie sprawę z tego, że utrzymanie go na uznanej za odpowiednią, dość wysokiej stopie życiowej jest dla rodziny właściwie niemożliwe. Szczególnie dramatyczne jest zestawienie listów syna do ojca i ojca do najstarszej córki Bronisławy w ciągu kilku lat. Do niej, bo to ją senior rodu uczynił swą powiernicą, pisał w 1877 lub 1878 roku:
O moja Bronko, ty wiesz tylko w części jak mi trudno poradzić sobie w tym względzie to co ja robię dla Jacka, jest więcej jak mogę, robię z tą w Bogu nadzieją że on Wam i [jedno słowo nieczytelne] kiedyś pomoże. Robię nie myśląc o jutrze zostawiając to miłosierdziu Bożemu, jak pracuję, jak na wszystkie strony chcę zarobić coś, by sobie dobra przysporzyć, ty sama najlepszyś świadek, to wszystko mało. Płacić znowu 400 reńskich, sprawić wyprawkę, czyż ja temu podołam.56
Jacek miał zapewnione dobre lekcje prywatne (łącznie z fechtunkiem, żeby nie zaniedbywać ciała), niewątpliwie bardzo przyzwoite wyżywienie (co wobec śmierci dwu braci było kwestią istotną), ale też niebagatelnym wydatkiem bywały jego ubrania (z rozróżnieniem na futro, które "nadaje się jeszcze w Krakowie", ale "do Radomia to już nie"). Niby miało być skromnie - syn zawsze pisze, że już wszystko "wydarł", że się miarkuje - miewał z tym jednak kłopoty. Pobyt w Paryżu zaczął od kupna srebrnego zegarka, który się zaraz zepsuł, koniecznie chciał sobie coś uszyć u tamtejszych krawców i podpowiadał ojcu, w jaki sposób mógłby mu poręczyć kredyt lub dostarczyć gotówkę. W każdym razie nowego sezonu bez uzupełnienia garderoby, łącznie z rękawiczkami, chyba sobie nie wyobrażał. Wydaje się też, że łatwo wpadał w pułapkę chęci dorównywania w tym względzie towarzystwu - co spowodowało fatalne długi, gdy zamieszkał u hrabiego Wincentego Łosia. Niewiele pomagały chwilowe wyrzuty sumienia - zawsze znalazła się jakaś okazja, by o nich zapomnieć. Zakupy i inne wydatki Malczewskiego nie były jakąś wyjątkową manifestacją bogactwa, jednak dyskretna elegancja także kosztowała. Artysta często pisał o oszczędnościach i staraniach o zarobek, ale w czasach akademii niewiele z tego wychodziło.57 W sposobie podejmowania listownego dialogu na temat finansów między ojcem a synem można dostrzec pewną grę. Bardzo długo malarz był przez ojca chroniony, ponad granicę rozsądku, przed prawdą. Z kolei syn przyjął konwencję: "wiem, ale jakbym do końca nie wiedział". Ciągłego braku pieniędzy w domu, może w odruchu samoobrony i przy szczerych przecież zapewnieniach o synowskiej wdzięczności, Jacek nie odbierał jako naprawdę trudnego problemu. Była to raczej duża niedogodność a nie stan zagrożenia. Sytuacja stawała się coraz poważniejsza, w końcu, kiedy już wiedział, że jest tak ciężko, iż siostry muszą sobie szukać miejsca na zimę u dalszych krewnych, próbował, buńczucznie to zapowiadając, utrzymać się sam.
Dlaczego więc, mając świadomość trudności realizacji zamysłu kształcenia akurat plastycznych zdolności syna, Julian Malczewski zdecydował się na to? Jakie były dla Jacka inne realne perspektywy zawodowe, które gwarantowałyby mu satysfakcjonującą pozycję społeczną?
Niewątpliwie dla swego ukochanego i wyjątkowego "jedynaka" życia podobnego do tego, jakie sam wiódł, nie chciał. Nie miał kapitału własnego, nie pomnożył go przez ożenek58, z dużym trudem utrzymywał rodzinę z jedynej możliwej w Radomiu pracy biurowej, w której nie był urzędnikiem rosyjskiego aparatu administracyjnego. Perspektyw na awans nie dawał mu statut Towarzystwa Kredytowego, bo nie posiadał majątku ziemskiego. Cieszył się powszechnym uznaniem, ale jego ambicje w stosunku do Jacka w naturalny sposób były większe i, co ważne, zdołał je rozbudzić również w nim.
Ojciec dostrzegał także inną, realną drogę życia syna, którą z punktu odrzucał, a mianowicie ukończenie szkoły gospodarstwa wiejskiego, umożliwiającej dzierżawienie cudzego majątku. Wspominał o tym w liście pełnym oburzenia na "mazgajenie się" syna w sprawie "niewartej tak długiej pamięci", czyli miłości do kuzynki Wandy Karczewskiej. Wyraźnie zirytowany, pisał, że pozostając w tym ziemiańskim środowisku (wśród "istot otaczających Wandę"), w parę lat zostałby "[...] ekonomem lub pachciarzem. Szanowne zapewne i te zawody, ale dla kastratów duchowych"59. Za tymi słowami kryje się nie tylko gorycz chwili, lecz także obserwacja socjologiczna. Z braku bowiem własnego majątku młody Malczewski, gospodarując "na cudzym", pozostałby w środowisku, ponad które, jeśli chodzi o wrażliwość, zdolności i wykształcenie, niewątpliwie by wyrastał. Dbałość Juliana Malczewskiego o odpowiednie intelektualne kontakty syna w Krakowie (tak jak je postrzegał z daleka) wynikała z jego własnej sytuacji w środowisku, w którym przyszło mu żyć.
Niezwykła, jeśli nie nadmierna troska Juliana Malczewskiego, wykraczająca poza zwyczaje i jego możliwości, była powodem niejednej cierpkiej uwagi otoczenia. Obawę przed niepowodzeniem Julian Malczewski opanowywał, przekształcając ją w dumę i poczucie wyższości, biorące się z niezachwianej wiary w to, że syna czeka wyjątkowa przyszłość. Pisał do Bronisławy Malczewskiej:
Wiem od wszystkich, że Jacek pracuje z zapałem i wytrwałością niezmierną, jestem więc dobrej nadziei o jego przyszłość, przy takich przymiotach i zdolnościach jakie mu Bóg dał, czas się wybić nad powszednich ludzi. To dusza nie tuzinkowa! Czcić go jeszcze będą ci co go dziś lekceważą! Jam pewny tego, pewny i Matejko! prośby tylko ślijmy do Nieba o zdrowie dla niego i łaskę wytrwania przy dotychczasowej jego wierze i miłości piękna i dobra!60
Co zatem według Juliana Malczewskiego znaczyło być malarzem: mieć pewny czy niepewny los? Jakiej sztuki oczekiwał?
Artysta był, a przynajmniej powinien być, człowiekiem wyjątkowym, ale w powszechnej opinii, opartej na znajomości ciężkiego losu, biedy i niezrozumienia, nie miał przed sobą świetnej przyszłości. Kolorowe życie bohemy, identyfikowane przez Juliana Malczewskiego z degeneracją i próżniactwem, także realnie zagrażało w tym zawodzie. Odniesieniem oczekiwań Juliana Malczewskiego wobec syna była pozycja i twórczość Józefa Brandta (i kręgu artystów bywających w Orońsku, których dobrze znał) i oczywiście - słynnego w całym kraju z podejmowania patriotycznych tematów Jana Matejki. Ci twórcy cieszyli się szacunkiem społecznym, byli zamożni, prowadzili życie rodzinne zgodne i spokojne, bez skandali, tak częstych wśród artystów. A tego ostatniego ojciec Jacka Malczewskiego zapewne się obawiał.
W sztuce nie oczekiwał oryginalności - wolał akademickie kierunki rekomendowane przez sprawdzonych mistrzów, stąd długo przychylał się do decyzji Matejki i zabraniał synowi wyjazdu do Paryża (po co? - mawiał - skoro "masz mistrza na miejscu").
Losy rodzeństwa Malczewskich splatają się ponownie w Lusławicach. Być może okazją do spotkania i nawiązania kontaktu z Adolfem Vayhingerem, właścicielem tamtejszego dworu, był ślub i przeprowadzka córki artysty do Charzewic? Jej mąż, Feliks Meyzner, posiadał także kilka innych folwarków w okolicy, leżących po drugiej stronie Dunajca.160
W dostępnej dziś korespondencji artysty Lusławice pojawiają się po raz pierwszy w liście do Zygmunta Ziembickiego z 9 sierpnia 1919 roku; od tej daty do ostatecznego rozstania się z tym miejscem (przed świętami Bożego Narodzenia 1926 roku) pobyty na wsi są coraz dłuższe, daleko wykraczają poza czas w naturalny sposób sprzyjający malowaniu w pejzażu czy też w ogrodowej budzie, zwanej nieco na wyrost pracownią.161
Nie znalazłam żadnych dokumentów świadczących o sposobie uiszczania opłat za wynajęcie kilku pokoi w lusławickim dworze. Rodzina Vayhingerów przechowywała obrazy Malczewskiego - ale było ich niewiele162, zatem prawdopodobnie zapłata była najczęściej uiszczana gotówką. Jednak pytanie, kto płacił, wobec nieregularnych przychodów, utrzymywania równocześnie dużego mieszkania w Krakowie163 i finansowania Rafała i jego rodziny w Zakopanem, nie jest bez znaczenia. Helena Karczewska, a tym bardziej Bronisława Malczewska nie dysponowały stałymi przychodami ani solidnym zabezpieczeniem kapitałowym. W literaturze przedmiotu wciąż pojawiają się sformułowania niepozostawiające żadnych wątpliwości, że to "Jacek Malczewski przebywał u sióstr", "mieszkał u sióstr", artysta sam zresztą z rzadka używał tego zwrotu.164 Jeśliby to on utrzymywał siostry, to wreszcie miałby poczucie spełnionego obowiązku, a nic o tym nie świadczy. Określenie "goszczę u sióstr" pozwalało też odsunąć na bok informację o kłopotach domowych i, przy całej przyjemności obcowania z przyrodą, o coraz wyraźniejszym zrywaniu więzi z krakowskim życiem i przyjaciółmi, co wraz z problemami zdrowotnymi przygnębiało artystę. Z czasem dla wszystkich znajomych stało się jasne, że coraz dłuższe pobyty w Lusławicach nie były zupełnie wolnym wyborem artysty. Zawsze mówi się też o wynajęciu dworu, podczas gdy faktycznie wynajmowano tylko trzy dość duże pokoje.
Nie mieszkała z nimi pani Malczewska, a nawet jeśli przyjeżdżała tam, to z rzadka i zazwyczaj na krótko165, a siostry bardzo go kochały i okazywały mu to na każdym kroku.
Niedomagania zdrowotne Malczewskiego, początkowo ustępujące nieco po pewnym czasie, sprawiały, że Lusławice, nawet kiedy nie mógł spacerować, przez radość bezpośredniego kontaktu z naturą dawały ukojenie. W sierpniu 1923 roku pisał do dawnego ucznia:
Ja siedzę już na wsi, powoli wracają mnie siły i spokój wobec natury i widoków nieba i ról rozłożonych szeroko, aż do horyzontów dalekich.166
Te kolejne miesiące z siostrami stanowiły też namiastkę jakiegoś "bycia u siebie we dworze", co przecież nie było dosłownie rozumianym wspomnieniem z dzieciństwa, bo nigdy nie doświadczyli takiego życia we własnym mateczniku jako rodzina. Jednak w pamięci wspólnej, choćby przez wspomnienia o majątku dziadka czy Prędocinku Potkańskich, Wielgiem Karczewskich, Gardzienicach Heydlów, trwały obrazy dawnego bezpieczeństwa i świetności obyczajów. Jednak włączała się w tę perspektywę także świadomość przemijania i utraty - tak uczuć i osób, jak i majątków zbiedniałych, wyludnionych, sprzedawanych czy ledwie egzystujących. Lusławicki dwór i tryb życia były wobec tego namiastką, zatrzymaniem kolorów i kształtów przeszłego czasu. Los tej siedziby był typowy dla zachodzących zmian ekonomicznych po pierwszej wojnie światowej - dwór z ogrodem, odłączony od ziemi i gospodarstwa rolnego (lub dzielący z nimi los kryzysów zbożowych), przestał być gwarancją dostatku materialnego i ostoją polskości. Stał się domem letniskowym, jakby stracił powagę właściwą życiowemu punktowi odniesienia dla wielu pokoleń Polaków. W nowej rzeczywistości funkcjonował dzięki zapobiegliwości mieszczanina - uprawiającego wolny zawód prawnika. Odczucia te znalazły pośrednio wyraz w poetyckich życzeniach ślubnych wysłanych 21 sierpnia 1924 roku córce przyjaciela, Władysława Natansona. Malczewski pisze, że mieszka u "sióstr staruszek" i w "ich" starym domu ratuje zdrowie. W relacji artysty to miejsce ma konkretny adres, jest geograficznie określone, ale w gruncie rzeczy jego istota okazuje się niematerialna. Bo też nie było tu obowiązków związanych z prowadzeniem prawdziwego gospodarstwa przy dworze, chłopskich obejść z ich biedą. Artysta, łączący dwa światy - dawny i współczesny - opisał tę nierealność, przywołując pamięć Karola Potkańskiego, wyjątkowego przyjaciela także dla Natansona, niekonwencjonalnego badacza prehistorii polskich ziem.
Lusławice były miejscem na tyle urokliwym, że państwo Malczewscy w 1920 roku brali pod uwagę kupno dworu, co jednak nie doszło do skutku z powodu wycofania oferty przez Vayhingerów.167 Obecność gospodarzy i własnych gości skutkowała w najlepszych do malowania miesiącach letnich sporym, a dla artysty nawet zbyt dużym, zagęszczeniem osób i wydarzeń. 3 lipca 1920 roku Malczewski pisał:
Tutaj Moja Żono Droga już się skończyły dla mnie malowania dobre czasy, przyjechali Gospodarze więc bardzo i gwarno i wesoło a mnie tak trzeba zamknięcia i ciszy bym mógł robić. Więc postanowiłem jeszcze siedzieć tutaj przez Lipiec, doczekać się tutaj Rafałów i Krzysia, z nimi razem posiedzieć czas jakiś, a potem na sierpień wrócić do Krakowa. Bo takie próżniactwo i ruch bardzo by mnie zdemoralizował i zdenerwował.168
Artysta jednak został na wsi i na progu jesieni, 8 września 1920 roku, donosił żonie:
Rafałowie wyjeżdżają dziś o 4ej, Vayhingerowie wyjechali dziś o 8mej do Krosna. Po zamięszaniu nastaje cisza. Zimno się zbliża i smutek jesienny. I ja chciałbym wrócić do Ciebie i do pracowni, bardzo zmęczony i tem i owem.169
Siostrzana miłość, mimo domowej codzienności, okazywała się jedynym pewnym lekarstwem na zniecierpliwienie artysty. Dzieci, chorowite, zajęte swoimi rodzinami, żona, nawet jeśli obecna, to niedostępna emocjonalnie - nie dodawały mu sił w tym stopniu, co "siostry staruszki".
W liście do Zygmunta Ziembickiego z rezygnacją napisał:
Otóż jestem nie zdrów na serce i nerwy, siedzę w Lusławicach jeszcze chociaż zimno, smutno i ciemno ale serca kochające sióstr mnie dodają siły, aby módz żyć, jeszcze czas jakiś.170
Z latami narastały rozmaite niedogodności w Lusławicach, jak pisał: "sprawy drażliwe i przewrotne" między członkami rodziny, szczególnie niemożność porozumienia z żoną i choroby dokuczają artyście coraz bardziej. Nie jest to obraz pogodnej, pogodzonej z bilansem uczuć i osiągnięć starości. Korespondencja tego czasu nie obfituje w zdania wiele mówiące o emocjach artysty, najczęściej przewijają się wzmianki o smutku niewiadomego pochodzenia i melancholii, którą - jak zaznacza - nie chce męczyć swoich bliskich i znajomych, nie chce też donosić o sobie, o własnych "egoistycznych babraniach". W pisanych do Marii Malczewskiej i ocenzurowanych przez nią listach często pojawiają się podobne sformułowania:
Cicho tu i smutno, siostry dbają o mnie i ruszają się, nieraz zmęczone i krzepią mnie jak mogą bym nie tracił ostatnich sił. A ja się martwię najpierw jak zdrowie Twoje? i co słychać u Ciebie? potem jak z dziećmi, z Julą, z Rafałem, jak się mają i co robią?
W Charzewicach Feliks zdrów i dzieci także dobrze się uczą i tęsknią za matką. To wszystko, dzień za dniem mija jak sen przykry i jak wypełnienie ostatniej czary, błogosławiony modlitwą u stóp krzyża.
Pisz do mnie i nie zapominaj, nie zapominaj o sercu mojem, które tak potrzebuje miłości.
Całuję ręce Twoje [...]
twój Jacek171
Kiedy indziej, w marcu 1926 roku, pisał z Lusławic do Krakowa: "Ze zdrowiem niby dobrze, ale ja się czuję słaby i ciągle melancholia mnie dręczy"172. Ślad tych smutków przybrał szczególną postać poruszającego zwięzłością i formą zapisu - na urwanym brzegu karty szkicownika nakreślony ulubioną ciemnoniebieską, miękką kredką, jakiej artysta często używał do rysowania:
Matka Jacka Malczewskiego, Maria z Szymanowskich Malczewska (zmarła po 25 marca 1898 roku), jako osierocone dziecko wychowana przez dalszych krewnych, była cicha, całkowicie oddana rodzinie. Jej horyzont intelektualny trudno określić, wydaje się, że prezentowała przeciętny poziom wykształcenia, uznanego wówczas za odpowiedni dla kobiet, ale była osobą wrażliwą i otwartą na niematerialną, duchową sferę bytu, której poszukiwała głównie w lekturze religijnej i modlitwie. Głęboką potrzebę harmonii wewnętrznej zaspokajała przez codzienną praktykę życia, o czym świadczą listy do córek. Nic nie wiadomo o jej rozrywkach i upodobaniach poza tymi związanymi z dziećmi (il. 2). Listy Jacka Malczewskiego pisane do niej są pełne serdeczności i choć nie ma w nich tylu doniesień o artystycznych sukcesach i niepokojach, co w listach do ojca, nie są ich całkowicie pozbawione.
Maria Malczewska chętnie podtrzymywała kontakty rodzinne, także z daleką i bardzo daleką rodziną. Informacji o koneksjach najwięcej jest w listach Jacka Malczewskiego właśnie do niej. Paradoksalnie, wyraźną cezurą rozluźniającą ich kontakty jest śmierć ojca artysty; odtąd zdecydowanie rzadziej przychodziły listy z Krakowa do Gardzienic, a może tylko mniej ich się zachowało? Jacek Malczewski początkowo na pewno nie mógł zabrać Marii Malczewskiej i sióstr do siebie, do Krakowa, nie miał bowiem ustabilizowanej sytuacji finansowej, sam mieszkał czasami u znajomych, po uzgodnieniach zatem z rodziną zostawił je jako rezydentki w Gardzienicach. Przyjeżdżał tam już bardzo rzadko. Zaraz po śmierci ojca wrócił do Krakowa, lato spędził u Karola Lanckorońskiego w Rozdole, na początku września wyjechał z nim na opisaną przez Mieczysława Paszkiewicza wyprawę do Azji Mniejszej.117 Do matki i siostry Bronisławy napisał stamtąd trzy lub najwyżej cztery listy, w których wymieniał podstawowe punkty orientacyjne podróży, donosił przede wszystkim o sprawach bytowych i o dobrym zdrowiu ("cholera mi nie grozi", "tylko baraniną żyjemy na rozmaite sposoby, najwięcej z pomidorami"). Zapowiadał wielokrotnie swoje przyjazdy, wspólne mieszkanie ("Może też być, że zostanę z Wami jakie parę miesięcy i cicho w Radomiu pracować będę"), ale dopytywał też niezbyt taktownie: "Bardzo jestem ciekawy co tam u Was słychać, jak stoi z emeryturą Matki i jej zdrowiem, czy macie pieniądze czy żyjecie kredytem"118.
Wzmianki o emeryturze i kredycie świadczą o tym, że Maria i Bronisława Malczewskie, mieszkając u rodziny, pokrywały przynajmniej część kosztów swojego utrzymania. Po śmierci matki pozbawiona jakiegokolwiek dochodu niezamężna siostra musiała szukać innego miejsca u rodziny w zamian za pracę w gospodarstwie.
Po powrocie z wyprawy z Lanckorońskim malarz nie przyjechał do Radomia (zamieszkał znowu u Michałowskiego), nie wiadomo, gdzie spędził święta. Zaalarmowany listem siostry z 2 stycznia 1885 roku, pisał z Krakowa (zaznaczał, żeby adresować listy: "Kraków, Ulica Batorego, Dom Stryjeńskiego"), że podzieli się z nimi dwoma tysiącami reńskich, zarobionych u Lanckorońskiego. Było mu przykro, że nie jest z nimi, ale składał to na karb konieczności zarobienia pieniędzy.119
Od 28 maja 1885 roku Malczewski gościł około dwóch tygodni w Wiedniu, u Karola Lanckorońskiego, potem przez całe lato przekładał przyjazd do Gardzienic, motywując to pracą niezbędną dla zwrotu długów, aż 27 października 1885 roku napisał:
[...] jadę do Monachium na parę miesięcy. Zapracowawszy sobie przez lato i uciuławszy grosz jakiś aby spokojnie módz pracować czas jakiś i odświeżyć się w atmosferze artystycznej, szerzej rozwinąć skrzydła i poczuć się samoistniejszym w różnorodnych kierunkach.120
Był na ślubie Heleny z Wacławem Karczewskim w styczniu 1887 roku, natomiast ani matka, ani żadna z sióstr nie przyjechała na jego ślub w krakowskim kościele Mariackim. Rodzice Marii Gralewskiej - jego przyszłej żony - jeszcze przed oficjalnymi zaręczynami wyrażali swoje obawy o córkę, wiążącą się z artystą, a więc człowiekiem o niepewnym finansowo zawodzie, a może nawet niechęci do tego małżeństwa. Jak można wnioskować z późniejszego listu z przeprosinami za jakieś wcześniejsze niestosowne wątpliwości, nie ukrywali ich ani przed kawalerem, ani przed jego rodziną. Odpowiedzi Marii Malczewskiej nie zachowały się, trudno więc stwierdzić, czy rację ma Adam Heydel, informując, że nieobecność matki na ślubie wyniknęła tylko z powodu krótkiego czasu od podjęcia decyzji do daty jego ożenku, przez co nie zdążyła wyrobić odpowiednich dokumentów podróży. Rzeczywiście, najczęstsza przyczyna trudności w osobistych kontaktach między członkami rodziny Malczewskich rozdzielonych granicą państwową były finanse i uciążliwa podróż. Ale nie było to przecież wydarzenie zupełnie nieoczekiwane - okres narzeczeński trwał prawie rok (od listopada 1886 do 29 października 1887 roku), a wobec poważnych zastrzeżeń przyszłych teściów, o których monografista nie wspomina, znaczące jest, że w zastępstwie matki u boku pana młodego wystąpiła w kościele księżna Marcelina Czartoryska.121 Niewątpliwie zaimponowało to rodzinie Fortunata Gralewskiego, jednego z najbardziej znanych aptekarzy krakowskich, czemu bezpośredni wyraz dano także w liście do matki artysty.
Maria z Gralewskich Malczewska została przedstawiona rodzinie męża dopiero w Boże Narodzenie 1888 roku. Widywali się rzadko, jeszcze tylko dwa razy przy prezentacji wnuków. Na przełomie sierpnia i września 1891 roku żona artysty z córką składają wizytę w Chwałowicach (u Adama i Wandy z Karczewskich Horochów), gdzie bawi też siostra malarza Helena. Malczewski zabiera je stamtąd i w drodze powrotnej najprawdopodobniej odwiedzają matkę artysty w Gardzienicach. Drugi raz przyjeżdżają oboje z Julią i Rafałem we wrześniu 1895 roku. Przez kolejne lata Jacek Malczewski różnie tłumaczy matce, dlaczego do niej nie przyjeżdża:
[Kraków] 14 Lipca 1892
Najdroższa Matko jutro moje urodziny, kończę już nie powiem który rok i tak mało jeszcze pociechy i podpory ze mnie! ale tego nie powiesz Droga Matko żem nie walczył i nie walczę i nie idę naprzód, wszystko to powoli, bardzo powoli i może nikomu się nie zda, tylko dzieciom moim, ale takie czasy i takie okoliczności trudne w których wzrosłem i rozwijałem się.122
Rok później, 5 grudnia 1893 roku:
Nie obwiniaj mnie, żem do Ciebie wybrać się nie mógł i to już od tak dawna. Ale więzy i sznury krępują mnie ze stron wszelakich, jak tylko zwolnieją, ja polecę do Ciebie. Wziąłem się ostro do pracy, albo starosta albo kapucyn, albo zrobię dużo pieniędzy, albo jak dotychczas żyć będę w tym maraźmie niedoborów, niewygód i niemożności pełnienia najserdeczniejszych obowiązków. Przekonywam się, że świat nie dla takich ludzi, jak ja, i karyera finansowa nie dla takich. Uznają mnie może kiedyś, ale gdy już będzie późno i dla mnie i dla moich. Trzeba walczyć inną bronią jak sztuka, nawet artystom trzeba mieć gębę i chorować na wielkość.123
Te rzadkie wizyty były w jakimś stopniu powodem nieporozumień między Malczewskim a jego żoną. Widać to choćby w liście do niej wysłanym 3 lutego 1895 roku z Krakowa do Nowego Sącza, pełnym niepokoju i żalu po jakichś długotrwałych konfliktach, zapowiadającym wzajemne rozliczenia win. Malarz z cieniem pretensji pisał:
A już wyjazd do Matki mojej to musi przyjść do skutku koniecznie. [...]
Ja Ci nie będę pisał dużo o sobie bo cóż Ci mam pisać, choroba na jakiś czas kazała mi próżnować, choroba trzyma mnie jeszcze w domu. A myśli moje są zawsze przy Tobie i przy dzieciach lub w Wielgiem przy Matce i siostrze lub przy tej sierocie Generalskiej, a teraźniejszość przy tem wygląda ciągle jak czas przejścia, jak czas ciężkiego snu, który się przecież skończyć musi. Na tej czarnej matowej szybie smutnej teraźniejszości przesuwają się dopiero obraz za obrazem w mojej biednej głowie, i przechodzą jak dymy jak opary, ledwie dziesiąty, ledwie setny utrwalony jako tako.124
Ten fragment listu jest ważny ze względu na związek między pamięcią a rolą malarskiej wyobraźni Jacka Malczewskiego. Przemijanie, przekładane na powolny ruch obrazów, poddaje je przygnębiającej teraźniejszości (czerń, mat, szyba, brak ożywczych impulsów). Artysta nie ma wpływu na opanowujący go ciąg obrazów, nie wie, po co się jawią, nie ma świadomości ostatecznego ich celu, nie buduje programu. Postać matki należy tu wyłącznie do przeszłości, przeszłości w pamięci, ale już niekoniecznie w konkretności kształtu. Podkreślenie owego sierocego opuszczenia niewątpliwie odnosi się zarówno do jej dzieciństwa, jak i teraźniejszości - oddalenia i opuszczenia przez syna o "biednej głowie".
Gwałtownej i krótkiej choroby, a w jej wyniku śmierci Marii z Szymanowskich Malczewskiej nic nie zapowiadało - zmarła podobnie jak mąż na wylew krwi do mózgu. Przybywszy do Wielgiego 15 marca 1898 roku (po drodze spotkał "rzeźbiarza Langmana"125), Malczewski był poruszony cierpliwością i wysiłkiem opiekującej się matką siostry Bronisławy, o czym pisał w liście do żony.
Prawie miesięczny pobyt w Wielgiem artysta tłumaczy żonie pogorszeniem się zdrowia matki, a w końcu koniecznością załatwienia formalności pogrzebowych i oczekiwaniem na Helenę, która nie zdążyła dojechać ze Szwajcarii na pogrzeb.126
Żadne ze znanych świadectw nie pozwala dziś ożywić imaginowanego portretu Marii z Szymanowskich Malczewskiej jakimkolwiek wyrazistym kolorem, wszystkie cechy jej osobowości zdają się mieścić w pozytywnym wzorcu zachowań przeciętnej Polki w drugiej połowie XIX wieku. Nie ma też interesujących portretów malarskich matki - dwa z nich przedstawiają gładko uczesaną, korpulentną, ubraną w czerń kobietę, bez jakichkolwiek ozdób, niezwracającą na siebie uwagi najdrobniejszym elementem wyglądu. Drewniana dzwonnica w Wielgiem, będąca tłem pośmiertnego, całopostaciowego jej wizerunku, jest jedynym czynnikiem budującym dla niej (dominujący zresztą proporcjonalnie) kontekst w przestrzeni obrazu. Ten modlitewno-komemoratywny charakter przedstawienia, zacierający jej indywidualność, oprócz płaskiego profilowego ujęcia, podkreśla zresztą tytuł obrazu: Nasza matka127.
Konstanty M. Górski, wyliczając obrazy we fragmencie notatek zatytułowanym Pracownia Jacka w d. 25/V 83, jako pozycję numer 16 podaje Nabożeństwo majowe - "Ojciec, matka, dwie siostry, Jacek koło statuetki M. Boskiej. Balustrada. Niebo, tło"128. Jest to jedyny ślad po malarskiej charakterystyce rodziny. Portret Marii Malczewskiej, jaki wyziera z korespondencji, wzbogaca upodobanie do wystawiania sztuk teatralnych, często w komitywie ze znajomymi. Wymagało to wielu prób i zabiegów scenograficznych. W tych rozrywkach chętnie brała udział starsza siostra Jacka Malczewskiego, Bronisława.
Siostry artysty miały zdecydowanie odmienne charaktery, obie bardzo kochały brata i, co najważniejsze, podziwiały, doceniały jego wysiłki i osiągnięcia od pierwszych prób malarskich. Starsza, Bronisława (1850-1929), całe życie pozostawała zależna finansowo od rodziny, była z najbliższymi - z rodzicami i rodzeństwem - niezwykle silnie związana. Nigdy nie wyszła za mąż, ale nie zadecydował o tym tylko przypadek. Będąc jeszcze na warszawskiej pensji, pisała do brata w grudniu 1866 roku o postanowieniu zostania na zawsze przy rodzicach.129
Rodzice próbowali ją wprowadzić w świat, wysyłali do ciotek do Warszawy, raz nawet dzięki jakiejś krewnej wyjechała do Karlsbadu jako dama do towarzystwa, nie wpłynęło to jednak w niczym na jej postanowienie. Póki żyli oboje rodzice, a potem matka, którą się opiekowała w Gardzienicach, był to zapewne los, jakiego się spodziewała - bez względu na trudności - skromne, spokojne życie. Jednak po śmierci Marii Malczewskiej jakikolwiek ślad po jej korespondencji z bratem zanika - jakby przestała istnieć. Na podstawie dokumentów zachowanych w rodzinie Heydlów można się zorientować, że przez lata, kolejno (od 1898 roku) zmieniając domy krewnych, bardzo ciężko pracowała, prowadząc tak zwaną kobiecą część dużych przydworskich gospodarstw (między innymi u Polanowskich pod Lwowem).130 Malczewski niewątpliwie zdawał sobie sprawę z trudu i samotności, jakie były jej udziałem, choć zapewne sama Bronisława nie obciążała go utyskiwaniem, wiedział też, że to on powinien zapewnić jej dach nad głową. Można sądzić, że poważnie zastanawiał się nad tym w Wielgiem, po pogrzebie matki, lecz nie zabrał Bronisławy do Krakowa.131
Państwo Malczewscy zatrudniali w domu kilkuosobową służbę, dlaczego, choćby w opiece nad dziećmi, nie mogła pomagać im Bronisława? Nie wiadomo. Starsza siostra nieodmiennie czekała na każdy znak życia, na każdy list od Jacka, kochała go, podobnie jak matka, absolutnie bezwarunkowo, w naturalny sposób przechodząc od opieki nad młodszym bratem do uznania jego wyjątkowych talentów i spokojnego przyjęcia wynikających stąd jego zaniechań w opiece nad najbliższymi.
Helena, najmłodsza z żyjącego rodzeństwa, była wesoła i energiczna. Pasjonowała się muzyką, jak się wydaje grała na fortepianie lepiej niż przeciętnie, nie opuszczała też żadnej okazji słuchania publicznych koncertów, skrzętnie wyławiając prasowe informacje o warszawskich nowościach w tej dziedzinie.132 Widać to zresztą w portretach, na których pianino lub fortepian towarzyszą jej często, właściwie są znakami jej obecności.133 Malczewski pisał do niej o swoich rozterkach malarskich:
[...] w sztuce rozsądek nie zawsze dobry doradca, a trzeźwość zawsze na końcu się znajdzie jako ostateczny środek. [...] mój literacki kierunek w sztuce [...] to choroba głowy, ręka zawsze szuka tonów i form, a o sławę moją się nie troszczy.134
Kochając brata, skoro już o tym mowa, nie była wobec niego bezkrytyczna i nie taiła niemiłych dla niego, a zasłużonych opinii - własnych i znajomych.
Bronisława 1 kwietnia 1882 roku wspomina o kolejnych zabawach brata ("Jacek tańcuje do 2-giej w nocy, mimo trwającego już postu"). Wystawiali sztukę Morderca, Jacek grał rolę ogrodnika i zrobił świetne dekoracje ("widzów ze 40 osób, mniej znajomi i Rosjanie rozeszli się po przedstawieniu a aktorzy [...] zostali na kolacyi"). Wspomina jednak kilkakrotnie z podziwem o jego trudnej i zaskakująco długiej dla niej pracy nad obrazem ("przez te dwa tygodnie w dzień malował ciągle a jednak obraz postępuje powoli bo przy wykończeniu massę jest roboty"135).
Helena po powrocie z warszawskiej pensji usiłowała odciążyć ojca i znaleźć sobie jakieś "miejsce na zimę" (co zazwyczaj oznaczało darmową pracę w zamian za utrzymanie lub z niewielkim wynagrodzeniem za prowadzenie domu czy udzielanie lekcji dzieciom, czasem po prostu dotrzymywanie towarzystwa). Proszony o pomoc w tej materii, Jacek napisał ze Lwowa 27 października 1883 roku, że nie może jej wesprzeć, ale obiecał, że jak tylko będzie mógł ją zabrać do siebie, kupi jej upragniony fortepian.136
Młodsza siostra w wyniku zalotów Jacka do Wandy Karczewskiej, jej najlepszej przyjaciółki, znalazła się w bardzo niezręcznej sytuacji - właściwie podwójnie niezręcznej. Jak cała rodzina Malczewskich, cierpiała początkowo z powodu ostracyzmu, jaki próbował szerzyć wuj, Feliks Karczewski. Nie mogła kontaktować się z Wandą - ukochaną brata. Ponadto niedługo po tych nieszczęsnych perturbacjach między nią a Wacławem Karczewskim (bratem Wandy) zakwitła miłość, myśleli o małżeństwie, o czym już była mowa. Od pierwszej wiadomości o tym, że młodzi mają poważne zamiary, do wyznaczenia daty ślubu minęło sporo czasu (standardowe narzeczeństwo trwało około roku), gdyż ślub Heleny z Wacławem Karczewskim odbył się dopiero 20 stycznia 1887 roku. Wprawdzie w styczniu 1884 roku Malczewscy pochowali ojca, ale nie tłumaczy to tak długiego trwania narzeczeństwa. Na przeszkodzie stały, jak się wydaje, finanse - Wacław Karczewski słynął z upodobania do zabaw, należał do tak zwanej złotej młodzieży, według Heydla, w młodości był utracjuszem i lekkoduchem.137 Jak można sądzić z zapisków rodzinnych, roztrwonił przypadającą mu część majątku, lecz dzięki temu musiał się zająć zarabianiem pieniędzy na utrzymanie w inny niż rolnictwo sposób. Zaczął, początkowo z umiarkowanym powodzeniem, pisać artykuły i utwory literackie.138 Helena okazała się zaradną i dzielną panią domu, co nie było łatwe przy charakterze męża i jego skłonności do alkoholu. Prowadziła pensjonat (noclegi z wyżywieniem) dla uczniów warszawskich szkół. Jej ciężka choroba, zagrażająca życiu, w 1893 roku sprowadziła do Warszawy Bronisławę Malczewską i żonę Jacka.
Sytuacja znacznie się poprawiła w 1894 roku, kiedy Karczewscy wyjechali do Genewy, gdzie Wacław został stałym korespondentem kilku pism warszawskich i petersburskich (tam ukończył W Wielgiem). W 1900 roku objął posadę w Bibliotece Polskiej w Rapperswilu, gdzie usystematyzował katalog i prowadził wiele działań na rzecz zachowania polskich pamiątek w Szwajcarii.139 W 1910 roku podjął próbę zreformowania biblioteki, narażając się na liczne szykany i nieprzyjemności (wspierał go między innymi Stefan Żeromski), następnie został zdymisjonowany i ciężko zachorował. Karczewscy postanowili wrócić do kraju - pisarz zmarł zaraz po przyjeździe do Krakowa, 24 listopada 1911 roku.
W Szwajcarii, a szczególnie w Rapperswilu, Karczewscy wielokrotnie gościli Polaków przybywających z ojczyzny. Na odwiedziny u nich mieli też ochotę państwo Malczewscy, o czym żona artysty pisała w liście do teściowej. Wyprawa jednak nigdy nie doszła do skutku, a było to jedno z kilku niespełnionych marzeń Marii Malczewskiej.
Dzięki zabiegom Heleny Karczewskiej zasoby raperswilskiej biblioteki wzbogaciły się o przekazane tam przez jej brata szkicowniki, rysunki i obrazy.
Bronisława, Helena i Jacek Malczewscy po pogrzebie ich matki widywali się rzadko. Być może wszyscy troje spotkali się dopiero na pogrzebie Karola Potkańskiego (zmarł 16 sierpnia 1907 roku), mimo że Karczewska przyjeżdżała do Polski (między innymi do Krakowa) ze Szwajcarii kilkakrotnie. W czasie wojny Helena została zameldowana przy ulicy Krupniczej w Krakowie. Nie wiadomo, co działo się przez kilka lat wojennej zawieruchy z Bronisławą Malczewską.140
Portrety sióstr artysty z czasów radomskiej młodości są jednym z pierwszych etapów dochodzenia do mistrzostwa. O wiele częściej ich wizerunki w różnych kontekstach pojawiają się po pierwszej wojnie światowej, szczególnie w czasie wspólnego mieszkania w Lusławicach.
Interesujący w przedstawionym kontekście rodzinnym jest Autoportret z Heleną i eryniami.141 Katarzyna Nowakowska-Sito wprowadza tu jako wskazówkę interpretacyjną powrót Karczewskich do kraju po przegranej batalii o bibliotekę raperswilską i śmierć Jasieńczyka (październik 1911 roku), co uzasadnia smutek Heleny Karczewskiej i obecność erynii. Autorka wskazuje na różnicę między sposobem przedstawienia siostry artysty i erynii. Niematerialna fantastyczność bogiń zemsty nie chroni mocno kolorystycznie ujętej sylwetki Heleny Karczewskiej przed okrutną zemstą, uosabianą przez te mityczne stwory. Dodać trzeba, że postać artysty należy do tej samej sfery bytu co erynie, jest im bliższa malarsko, podobnie kontrastuje z ciemną sylwetką Karczewskiej. Należąc zaś do zjawiskowej strony rzeczywistości, lokuje się po stronie nieprzyjaznych jej erynii. Karczewskiego, atakowanego także na łamach prasy krajowej, popierało publicznie wiele znamienitych osób, lecz nie było wśród nich Malczewskiego, który sprawę niewątpliwie znał. Przez zaniechanie byłaby to więc forma swoistej "winy rodzinnej", za którą ze szczególnym zapałem ścigały eumenidy. Czy wobec śmierci Karczewskiego czują się nasycone?
Rodzeństwa na płótnie nie łączą żadne gesty, ledwie schodzą się gdzieś w przestrzeni przedstawionej ich zamyślone, niewrażliwe na otoczenie spojrzenia. Malarz i jego siostra są tylko równie samotni i smutni.