Malarz smoków - Mary Mc Neil Fenollosa

Kup ebooka

15.36 zł
12.75 zł (13,06 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II

Dźwięki i widoki wielkiej stolicy były drogie And? Uchidzie. Czuł, że po pięciu latach harówki na wygnaniu w dalekich górach zasłużył wreszcie na odpoczynek i rozrywki.

Jego wizyta u starego Kan? nie tyle miała na celu odnowienie wartościowej znajomości, co uwolnienie umysłu od ciężaru samotnego rozważania tych niezwykłych zdarzeń, a rąk od pakunku, który przez całą podróż z Kiusiu do Tokio przyprawiał go o koszmary. And? wiedział, że skryte w nim obrazy są niezwykłe. Miał nadzieję, że stary przyjaciel potwierdzi jego osąd - i tak się właśnie stało. Gdy to nastąpiło tydzień temu, był zadowolony, a Kan? uniesiony. Teraz jednak And? żałował tej decyzji i na głos skarżył się, że gdyby wówczas mógł przewidzieć konsekwencje tej wizyty, nigdy nawet nie wspomniałby imienia Tatsu. Uchida bardzo liczył na czekające go w Edo rozrywki, a tymczasem niecierpliwy Kan? nachodził go co chwilę, bez względu na porę dnia i nocy - czy była to północ, czy blady świt. Raz po raz zadawał mu te same pytania, dzielił się z nim tymi samymi obawami i w marzeniach rysował tę samą wspaniałą przyszłość, aż w końcu And?, zbudzony między drugą a trzecią w nocy, przeniósł się do małego hotelu na przedmieściach, gdzie zatrzymując się pod fałszywym imieniem, na jakiś czas zaznał nieco spokoju.

Jeszcze tego samego dnia, gdy And? złożył wizytę Kan?, wysłali razem list do Tatsu z Kiusiu, załączając pieniądze na pokrycie kosztów podróży i prośbę, by jak szybko da radę, przybył do Tokio złożyć wizytę Kan? Indarze - jako że starzy mistrz sam nie był w stanie podjąć się tak długiej podróży. Wreszcie, po czasie, który niecierpliwemu autorowi listu (i w równym stopniu gnębionemu przez niego Uchidzie) wydawał się wiecznością, przyszła odpowiedź, lecz nie od Tatsu, a od mura osa, naczelnika wioski, który zawiadamiał, iż szalony malarz wyruszył od razu w drogę, nie zmieniwszy nawet odzieży. Którędy jednak jechał i kiedy można było spodziewać się jego przybycia, wiedzieli tylko bogowie.

Radość Kan? na te wieści była przelotna, bowiem zaraz zgasiły ją czarne myśli. A co jeśli chłopak nie dotrze? Jeżeli wsiądzie do jednego z tych obrzydliwych, zagranicznych pociągów, niechybnie przytrafi mu się coś złego. Z drugiej strony jednak, jeśli nie wybierze kolei, podróż zajmie mu tygodnie, a może nawet miesiące! A może przybędzie statkiem? Te za to często padają ofiarą wichrów i sztormów. Rozbudzoną wyobraźnię Kan? bezustannie nachodziły wizje tonącego Tatsu, Tatsu przygniecionego przez płonący wagon, Tatsu umierającego z głodu w leśnych ostępach, Tatsu napadniętego i zamordowanego przez rozbójników. To właśnie wtedy Uchida postanowił ukryć się i przybrać fałszywe nazwisko.

W kolejnym tygodniu łagodna Ume, zadręczana przez ojca, poczęła robić się stopniowo coraz bledsza i coraz bardziej milcząca. Mata bez ogródek twierdziła teraz, że chyba zaprosił do siebie demona we własnej osobie, skoro jeszcze nim się zjawił, potrafił zmienić ten dom w piekło. Odkąd Uchida przepadł, Kan? przebywał całe dnie w domu. Godzinami wystawał na wzgórzu w ogrodzie, patrząc to w jedną, to w drugą stronę biegnącej w dole ulicy, aż żal ściskał na jego widok. W domu zaś zamieniał się w słuch, wciąż zwracając ucho w stronę drzwi wejściowych. Jego nerwowość udzielała się obu kobietom; one również zaczęły nadsłuchiwać. Niejeden Bogu ducha winny gość przeraził się nie na żarty na widok tych trzech napiętych twarzy przy bramie i śledzących go zza niej trzech par oczu.

I wreszcie pewnego wieczoru pod koniec sierpnia przybył Tatsu. Po całym dniu niecierpliwego wyczekiwania Kan? właśnie zaczął przekonywać sam siebie, że jego nadzieje były próżne - Tatsu na pewno już nie żyje. Równie dobrze może wystawić dla niego ihai i zanosić modły za spokój jego duszy. Umeko, zmęczona upałem i nieustannym napięciem, leżała twarzą w dół na wyłożonej matami podłodze, słuchając ćwierkania świerszcza dochodzącego z malutkiej bambusowej klateczki nieopodal. Czyste dźwięki jego pieśni, przerywane regularnie przez pobrzękiwanie wietrznego dzwonka, działały na nią kojąco. Mata siedziała na kuchennym stopniu, przysypiając.

Nagle ten przelotny spokój przerwało głośne łomotanie. Kan? jednym susem rzucił się do wejścia. Mata, jako że była najbliżej, odsunęła bramę. Za nią stała istota przyodziana w obdartą niebieskawą szatę sięgającą ledwie do kolan, bosa, o nieujarzmionych włosach sterczących na wszystkie strony i oczach błyszczących jak u pantery.

- Czy to... czy to Tatsu? - zawołał starzec śpiesząc w stronę gościa.

- To jakiś szaleniec - oznajmiła służąca, chowając się za płotem.

Ume nic nie rzekła. Rzuciwszy okiem na twarz przybysza, wycofała się, sama przez niego niewidziana, w głąb domostwa.

- Jestem Tatsu z Kiusiu - przedstawiła się zjawa głosem o osobliwej głębi i słodyczy. - Czy to może dom Kan? Indary?

- Tak, jestem Kan? Indara - rzekł mistrz, niemalże czołgając się po ziemi. - Wejdź proszę, mój panie, musisz być zmęczony. Zechciej udać się za mną tędy, czcigodny młodzieńcze. Mata, przynieś herbatę do gościnnego pokoju.

Tatsu w milczeniu podążył za swoim impulsywnym gospodarzem. Gdy już dotarli do pokoju, Kan? wskazał mu poduszkę do siedzenia, gotowy zająć miejsce naprzeciw niego. Tatsu nagle opadł na kolana i począł sztywno kłaniać się raz po raz w sposób, w jaki od dawna już nie kłaniano się w nowoczesnym Edo.

- Zaniechaj proszę tych pokłonów - rzekł Kan?.

- Dlaczego? Czy tu się nie kłania?

- Owszem... do pewnego stopnia. Lecz między nami, drogi młodzieńcze, wszelkie ceremonie są zbędne.

- Dlaczego między nami są zbędne? - dociekał poważnie gość.

- Ponieważ obaj jesteśmy artystami, a więc jesteśmy braćmi - wyjaśnił Kan? przyjacielskim tonem.

Tatsu jednak zmarszczył brwi.

- Kim jesteś i po co mnie tu wezwałeś?

- Pytasz kim jestem? - powtórzył Kan?, nie wierząc własnym uszom.

- To właśnie chciałbym wiedzieć.

- Jestem Kan? Indara - starzec założył dumnie ramiona, spodziewając się, jakie wrażenie wywrze na gościu.

Tatsu poruszył się niecierpliwie na aksamitnej poduszce.

- No tak, to już wiem. Twoje imię było na tym skrawku papieru, przez który tu przybyłem.

- Czyżbyś nie wiedział, co kryje się za nazwiskiem Kan?? - spytał artysta z niedowierzaniem, a jego policzki poczerwieniały nieznacznie. Jego dziecinna próżność została właśnie zraniona.

- Jest w mojej wiosce jeden człowiek o tym nazwisku - odparł Tatsu. - To zamiatacz ulic. Często daje mi piękne, duże kawałki papieru.

Usta starego Kan? zadrżały.

- Nie jestem nikim w tym rodzaju. Ci, którzy mnie znają, nazywają mnie artystą.

- Ach, a więc artysta! Czy to znaczy, że malujesz smoki, jak ja?

- Rzeczywiście, wśród licznych rzeczy, które próbowałem malować, były też smoki - odrzekł Kan?.

- Ja maluję tylko je - oświadczył Tatsu i najwyraźniej stracił zainteresowanie rozmową.

Kan? spojrzał na niego podejrzliwie.

- Mówisz, że nie malujesz nic innego? - rzucił wyzywająco. - A czy to przypadkiem nie są twoje dzieła?

Tu wyciągnął zwój, który dostał od Uchidy. Ręce mu drżały, więc papiery wysunęły mu się z palców i potoczyły po podłodze, rozwijając się przy tym.

Ciemna twarz Tatsu od razu pojaśniała.

- Moje obrazy! Moje obrazy! - zawołał głośno, jak dziecko. - Zawsze uciekają mi z górskim wiatrem.

Kan? podniósł na chybił trafił jeden zwój. Przedstawiał górski staw skąpany w słońcu. Wokół jego brzegów w bezwietrznej ciszy pionowo w stronę nieba pięły się drzewa. Za nimi i ponad ich koronami wznosiło się kilka wysokich, smukłych i bladych pagórków, przecinających pustkę rozświetlonego nieboskłonu.

- Więc gdzie tu jest smok? - spytał oskarżycielskim tonem starzec.

- Śpi, pod taflą jeziora.

- A tu? - spytał szybko mistrz, starając się ukryć zmieszanie. Następny obraz przedstawiał chłostaną ulewą wioskę.

- Och, już wiem - sam sobie pospieszył z odpowiedzią, nim Tatsu zdążył choćby otworzyć usta. - Smok leży rozwinięty, wpół śpiąc, na tej deszczowej chmurze.

Tatsu ściągnął usta, lecz nic nie odpowiedział. Dłonie starca już przetrząsały nerwowo papiery.

- O, mam! Mistrzu malarzu, mam coś na ciebie! - zawołał z triumfem, podnosząc obraz z kołyszącą się na tle pochmurnego nieba smukłą sylwetką młodej dziewczyny. Cieniutki kontur jej szarego ubrania płynął delikatnie z jednej strony, unoszony wiatrem. Cała postać miała swobodę i lekkość zjawy, lecz w jej uśmiechu kryła się nieskończona ludzka czułość.

- Tu mi wskaż smoka - zażądał Kan?.

Tatsu wydawał się zakłopotany i po raz pierwszy uważnie przyjrzał się obliczu gospodarza.

- Czcigodny panie, jeśli jesteś malarzem, jak twierdzisz, twoje pytanie musi być próżne. Przyjrzyj się uważnie. Nie widzisz, na czym stoi ta dziewczyna?

- Oczywiście, że widzę - rzucił Kan?. - Stoi wśród skał i chaszczy i wygląda niesamowicie podobnie do... - tu urwał, uświadomiwszy sobie, że lepiej nie wymieniać imienia córki - ...lecz powtarzam, nie ma tu żadnego smoka!

Tatsu wyrwał mu z ręki obraz i podarł go na strzępy. Potem zerwał się na równe nogi.

- Bywaj - rzekł. - Wracam czym prędzej do siebie. Ty jesteś jednym z tych ślepców. Mój obraz przedstawiał Smoczą Dziewicę stojącą na szczycie świata. Całe życie jej szukam. Przez nią ludzie w mojej wiosce uznali mnie za szaleńca. Maluję, ponieważ nie mogę jej znaleźć. Żegnam.

- Żegnam? - powtórzył starzec. - Jak to? Co ty mówisz?

Kan? uświadomił sobie, w jakim jest niebezpieczeństwie. Serce zakołatało mu mocno w chudej piersi, po czym zamarło na chwilę. Tatsu lada moment może odejść na zawsze.

- Tatsu, czekaj! - zawołał stary mistrz. - Przecież nie możesz już wracać, dopiero co przyjechałeś! Siadaj, nalegam! Muszę z tobą porozmawiać.

- Nie mam o czym z tobą rozmawiać. Kiedy coś trzeba zrobić, najlepiej zrobić to szybko. Żegnam! - po tych słowach obrócił się na pięcie w stronę pogłębiających się ciemności nocy, a podarta i brudna szata przylgnęła do niego niczym do postaci jakiegoś pierwotnego boga.

- Tatsu! Tatsu! - wykrzyknął Kan? zdjęty strachem. - Zatrzymaj się! Rozkazuję ci!

Tatsu odwrócił się z groźną miną, a potem roześmiał się.

- Nie, nie miałem na myśli słowa "rozkazuję". Proszę cię, Tatsu, ponieważ ty jesteś młody, a ja stary, ponieważ cię potrzebuję. Drogi młodzieńcze, musisz być głodny i zmęczony. Pozostań tu przynajmniej na kolację.

- Nie chcę twojego jedzenia - odrzekł Tatsu. - Po co wzywasz mnie, skoro nie masz mi nic do powiedzenia? Nie jesteś artystą, a ja już tęsknię za górami!

- Skoro nie jestem artystą, zostań i naucz mnie malować. Tak, zechciej łaskawie mnie nauczyć. Z wdzięcznością przyjmuję twą reprymendę. Potrzebuję cię, Tatsu. Nie mam syna. Zostań tu i bądź moim synem.

W odpowiedzi Kan? znów usłyszał wybuch szyderczego śmiechu.

- Twoim synem?! Na co ci taki syn jak ja? Mieszkasz w kwadratowej klatce, nosisz miękkie, połyskliwe szaty. Jesz pozbawione smaku potrawy i sypiasz zawinięty w pościeli jak w kokonie. Moje życie należy do gór, moim jedzeniem są dzikie winogrona i jagody. Bażanty i dzikie koty są moimi przyjaciółmi. Duszę się tu, na nizinach. Nie mogę tu zostać. Muszę oddychać górskim powietrzem i tak, wśród wzgórz, pewnego dnia... pewnego dnia dotknę jej rękawa, rękawa Smoczej Dziewicy, której szukam. Daj mi spokój, starcze! Nie mam tu nic do roboty!

Tonący chwyta się brzytwy, więc w głowie Kan? zrodził się ostatni, szalony pomysł.

- Podejdź bliżej, Tatsu-san - szepnął, zmuszając się do grymasu przypominającego uśmiech. - Nachyl się tu do mnie. Jeszcze ci nie wyjawiłem prawdziwego powodu, dla którego cię tu wezwałem.

Zaniepokojony dziwnym wyglądem i zachowaniem gospodarza, Tatsu cofnął się o kilka kroków. W ciemnościach ogarniających pokój głos starca przybrał kuszące tony.

- W tym oto domu, pod moją skromną opieką śmiertelnika skrywa się Smocza Dziewica, której szukasz.

Tatsu zatoczył się w tył, po czym opadł na ziemię, starając się przeniknąć wzrokiem mrok, by dojrzeć twarz Kan? i znaleźć w niej potwierdzenie prawdziwości tych słów.

- Nie okłamałbyś mnie chyba w takiej sprawie, prawda? - spytał.

- Nie, Tatsu, zaklinam cię na dusze moich przodków, że ta dziewczyna mieszka w moim domu. Wkrótce ci ją pokażę. Musisz być tylko cierpliwy i zachowywać się spokojnie, a sama zjawi się przed tobą.

- Będę zatem cicho, Kan? Indaro.

Na to starzec, drżąc teraz dla odmiany z podekscytowania i ulgi, klasnął głośno w dłonie i zawołał służącą. Mata weszła, przezornie omijając "szaleńca" szerokim łukiem.

- Mata, patrz na mnie uważnie i słuchaj, co mówię - zaczął artysta. - Powiedz Smoczej Dziewicy, która mieszka w pokoju obok wielkiej śliwy, że ja, Kan? Indara, rozkazuję jej się tu pojawić. Musi mieć na sobie odpowiedni strój i ma tu przed nami zaśpiewać. To moje polecenie. Dopilnuj, aby wypełniła je co do joty. A teraz idź!

Jego przenikliwe spojrzenie ucięło wszelkie nasuwające się służącej pytania.

- Aha, jeszcze jedno! - zawołał za staruszką, która zatrzymała się w progu. - Przynieś nam tu zaraz grzanego sake, najlepszego jakie mamy, i uzupełniaj je na bieżąco w czasie kolacji.

- Kashikomarimashita [1] - wymamrotała Mata posłusznie. Ale w bezpiecznych czterech ścianach kuchni wybuchnęła stekiem przekleństw, wieszcząc pod nosem najgorsze fatum i lamentując nad tym, jak szalony demon z gór zniszczył bezpowrotnie spokój ich życia.

Tymczasem Tatsu, który słuchał uważnie poleceń Kan?, odchylił teraz głowę i wziął głęboki wdech.

"Żyłem dotąd jedynie wśród dzikich zwierząt" - rzekł do siebie. - "Jak mam osądzać szczerość ludzi? Czy mam uwierzyć, że w tej pustyni domostw znajdę prawdziwą Smoczą Dziewicę?"

Tu znów zwrócił błyszczące oczy na swojego gospodarza.

"Nie ufam ci, Kan? Indaro! Twoja chuda twarz przypomina mi pysk lisa wyglądającego ze swej nory. Jeśli mnie oszukasz, ja... ale nie, muszę tu zostać, bo jeśli jednak ona się zjawi..."

- Wkrótce sam się przekonasz, Smoczy Młodzieńcze... - powiedział gospodarz. W tej samej chwili weszła Mata, niosąc gorące sake.

- Idź stąd! Sami się obsłużymy! - Kan? zwrócił się do służącej, ku jej wielkiej uldze.

- Ja rzadko piję - zastrzegł Tatsu, patrząc, jak starzec napełnia swoją czarkę. - Już raz alkohol zrobił ze mnie głupca. Teraz jednak łyknę nieco, bo jestem bardzo zmęczony po długim dniu.

- Nie wątpię o tym, lecz dobry trunek po równo odświeża ciało i umysł - odparł Kan?. Trudno było mu nalewać sake trzęsącymi się dłońmi, a jeszcze trudniej odwracać wzrok od pięknego, pochmurnego oblicza gościa, lecz zdołał zmrużyć powieki na tyle, by ukryć nowo zrodzoną radość rozświetlającą jego źrenice. Patrząc na niezwykłą uległość Tatsu, stary artysta czuł, że nad jego nazwiskiem wschodzi nowe słońce.

___

[1] Kashikomarimashita - jap. Zrozumiałam! a. Tak jest!