0.
Carmen Clark natarczywie i wręcz obsesyjnie
skubała plaster na palcu wskazującym. Był brudny i lepki, choć
przykleiła go zaledwie parę godzin wcześniej. Odklejał się z jednej
strony, ale postanowiła, że go nie ściągnie. Przynajmniej dopóki nie
wróci do domu. Zdążył też do cna przemoknąć, podobnie jak jej ubrania,
kiedy w najgorszym deszczu czekała na pociąg, który jak zwykle nie
przyjechał na czas.
Spóźnił się pechowe trzynaście minut.
O godzinie dwudziestej cztery był wypełniony po brzegi. Ubrania
przemoczonych pasażerów parowały. Okna zostały uchylone, by wpuścić do
środka chociaż odrobinę rześkiego powietrza, a mimo to nad głowami wciąż
unosił się nieprzyjemny zapach mieszaniny najróżniejszych perfum,
papierosów i potu.
Była na siebie zła, może nawet wściekła za to, że rano nie zabrała
parasolki, chociaż zapowiadało się na oberwanie chmury. Czuła się tak,
jakby ktoś wylał na nią kubeł zimnej wody. Dżinsowe spodnie z wysokim
stanem jeszcze bardziej przylegały do ud, a biała bawełniana bluzka
stała się krępująco prześwitująca. Z tego powodu dociskała do piersi
czerwoną skórzaną torebkę, w której wciąż dzwonił i dzwonił telefon.
Carmen nie miała szans sprawdzić, kto tak bardzo chce się z nią
skontaktować. Ledwie sekundę po tym, jak z trudem wyciągnęła telefon,
pociąg zatrzymał się gwałtownie na przedostatniej stacji, przez co
komórka wyślizgnęła jej się z rąk. Pochyliła się niechętnie, przypadkowo
ocierając się przy tym o mężczyznę obok. Gdy posyłał Carmen
zdegustowane, oburzone spojrzenie, metalowe drzwi rozsunęły się z nieznośnym piskiem.
Stała do nich przodem, przez co zacinający deszcz uderzał w jej twarz.
Ludzie przepychali się, szturchali ją w ramiona, wymieniali niepochlebne
spojrzenia i przekleństwa, jednak nie zwracała na to uwagi - ponieważ
kiedy tylko ponownie się wyprostowała, dojrzała w oddali sylwetki trzech
mężczyzn. Stali w dość dyskretnym miejscu - tuż przy opuszczonych
kontenerach, dlatego na pierwszy rzut oka trudno było ich zauważyć. Może
z tego właśnie powodu spieszący się pasażerowie, którzy kręcili się po
stacji, nie zdołali ich dojrzeć. Ale Carmen niefortunnie spojrzała w tamtym kierunku.
Nie wiedziała, co mieli w sobie takiego, że nie potrafiła oderwać od
nich wzroku, choć naprawdę chciała. Może chodziło o tę ciemną aurę,
która się wokół nich unosiła i z którą, bądź co bądź, sama miała wiele
wspólnego. A może o fakt, że wydawali się znacznie ciekawsi niż
towarzystwo w pociągu. Byli podobnego wzrostu, ale jeden z nich się
wyróżniał, ponieważ był po prostu pełen mroku i zarazem bardzo wyraźny.
Jakby grał główną rolę. Pozostała dwójka odgrywała bohaterów
drugoplanowych.
Z zaciekawienia wytężyła wzrok i dostrzegła jeszcze jedną osobę. Ktoś w skulonej pozycji leżał na ziemi.
I wcale jej się to nie spodobało.
Serce Carmen momentalnie podeszło do gardła. Nie wiedziała, czy powinna
tylko stać w ciszy, czy zacząć rozpaczliwie wołać o pomoc. Dobiegł do
niej zniekształcony krzyk jednego z nich; tego, który najbardziej
przykuwał uwagę. Brzmiał groźnie, władczo i stanowczo. Widziała jego
twarz, ale było zbyt ciemno, a oni stali zbyt daleko, aby mogła dostrzec
więcej szczegółów.
Jedno było pewne - uśmiechał się, a uśmiech ten już na pierwszy rzut oka
wywoływał dreszcze w dole kręgosłupa i na zawsze zapadał w pamięć.
Białe, lśniące w nikłym świetle latarni kły szczerzyły się w najbardziej
arogancki sposób, jaki mogła sobie wyobrazić. Poruszał się z wrodzoną
pewnością siebie. Nawet gdy sięgał po coś zza paska spodni.
Źrenice Carmen rozszerzyły się nienaturalnie, jakby ktoś wstrzyknął do
jej organizmu adrenalinę, gdy ze znacznym opóźnieniem dotarło do niej,
że mężczyzna okręcał na wskazującym palcu pistolet. Wyglądał na kogoś,
kto wie, jak obchodzić się z bronią, kiedy przechadzał się wokół niczym
drapieżnik nad upolowaną ofiarą.
W końcu od niechcenia wycelował w leżącą postać.
Zamknęła oczy i instynktownie odwróciła głowę. Zakryła uszy, gotowa na
głośny dźwięk wystrzału, który mógłby zwalić ją z nóg, ale nic takiego
nie nadeszło. Wokół nadal panowała paraliżująca cisza, a jedynym
odgłosem były chaotyczne uderzenia jej przerażonego serca. Strach
tkwiący głęboko w niej podpowiadał, by nie otwierała oczu, by
przeczekała to tak, jakby nic się nie stało. Ze stresu żołądek skurczył
się do takiego stopnia, że Carmen miała ochotę zwymiotować.
Powtarzając sobie, że od dawna nie ma w niej tej przestraszonej
dziewczynki, którą była kiedyś, zdecydowała się otworzyć oczy.
Ktoś krzyczał.
Ktoś uderzał.
Ktoś się bronił.
Ktoś strzelał.
Wszystko działo się za szybko i zbyt intensywnie, by mogła zarejestrować
każdy ruch oraz osobę za niego odpowiedzialną. Była pewna tylko tego,
kto wystrzelił - facet, który wyglądem coraz bardziej przypominał diabła
w ludzkiej postaci, jakby stopniowo się w niego przeistaczał. Odwrócił
głowę, a spojrzenie jego pustych oczu obiegło jej sylwetkę od stóp do
głów, aż poczuła się całkowicie obnażona. Uśmiechnął się złowieszczo,
uniósł dłoń i pomachał w jej kierunku, falując palcami.
On też ją widział. Mogła łudzić się, że tak nie było, ale tym gestem
tylko to potwierdził.
Tak jak przypuszczała, to nie on brudził sobie ręce pospolitymi
sprawami. Szepnął coś do jednego z chłopaków, który momentalnie zaczął
biec w kierunku pociągu. To działo się naprawdę. Prywatny koszmar Carmen
Clark. Jakby w życiu brakowało jej nieszczęść.
Zalała ją fala słabości. Panikowała tak bardzo, że powoli traciła
umiejętność swobodnego oddychania. W głowie Carmen wszystko świeciło na
czerwono, wszystko krzyczało i wszystko zamieniało się w wykrzykniki. W ustach miała tylko jedno słowo. Nie! NIE! Nie, nie, nie i jeszcze raz
nie!
To nie mogło dziać się naprawdę. A jednak, gdy tylko dyskretnie
uszczypnęła się w rękę, wciąż miała przed sobą ten sam widok. Rozejrzała
się rozpaczliwie na boki i zorientowała się, że została sama w wagonie.
Modliła się w duchu, żeby konduktor zamknął te przeklęte drzwi, nim sama
dołączy do osoby wykrwawiającej się na chodniku.
Bacznie obserwowała sylwetkę chłopaka. Z każdą sekundą znajdował się
coraz bliżej. Instynktownie cofnęła się, przez co wpadła na okno po
drugiej stronie. Zacisnęła spocone ze stresu dłonie na metalowej
barierce, bo wydawało jej się, że za moment zemdleje. Kolana ugięły się
pod nią, nie mając siły dłużej utrzymywać ciężaru ciała. Krew w jej
uszach szumiała intensywnie, jakby czaszka miała eksplodować.
Cały czas na niego patrzyła. Był już tak blisko, niemal na wyciągnięcie
ręki...
I wtedy drzwi zaczęły się zasuwać. Odetchnęła z ulgą, jednak w powietrzu
wciąż unosił się niepokój. Nie czuła się bezpiecznie. Ani trochę. Nawet
jeśli dobiegł do drzwi w tej samej sekundzie, w której się zamknęły. Na
głowie miał kaptur, który przysłaniał połowę jego twarzy, przez co nie
widziała żadnych szczegółów. Prócz oczu. One błyszczały w ciemności. W przypływie złości uderzył pięścią w szybę, bezgłośnie krzycząc.
Ostatnią rzeczą, którą zobaczyła przed odjazdem, był krzyż na jego
dłoni.
Skrzypnięcie, zgrzyt i pisk - pociąg ruszył, a on zniknął jej z oczu.
Miała nadzieję, że już na zawsze.
1.
Nie kontrolowała się.
Nogi same zaprowadziły ją pod odpowiedni adres. Ręce drżały tak bardzo,
że z trudem udało jej się wcisnąć klucz w zamek i choć starała się nim
kręcić, coś było nie tak. W głowie Carmen kotłowało się tak wiele myśli,
że dopiero po upływie paru chwil zaczęła racjonalnie myśleć. Chwyciła
klamkę, by sprawdzić swoją teorię.
Otwarte.
Tylko jakim cudem? Zamykała je. Na pewno. Zawsze sprawdzała dwa razy.
Niepewnie pchnęła drzwi, zaglądając do środka. Korytarz był jak ciemna
próżnia, ale w jednym z pokoi paliło się nikłe światło, co potwierdzało
teorię, że ktoś jest w środku. Przełknęła nerwowo ślinę, która smakowała
strachem, i postawiła pierwszy niepewny krok. Z szafki na buty zgarnęła
doniczkę z uschniętym kwiatkiem.
Szła przed siebie z dumnie uniesionym podbródkiem. Była silną kobietą
wychowaną przez wpływowego mężczyznę. Odziedziczyła wiele jego cech,
głównie tych złych, ale dzięki temu jakoś radziła sobie w życiu. I zamierzała też stawić czoła czającym się w podświadomości lękom. Im
bliżej pokoju się znajdowała, tym wyraźniej słyszała, że ktoś kroczy w jej stronę.
Zatrzymała się i zamarła z uniesioną dłonią - gotowa do ataku. Doniczka
jednak wyślizgnęła jej się z dłoni i roztrzaskała się na panelach z nieprzyjemnym dla uszu dźwiękiem, w chwili, kiedy obok pojawiła się
męska sylwetka. Carmen zamrugała gwałtownie. Zamiast niepokojącego
uśmiechu, którego się spodziewała, dostrzegła lekko zadarte w łagodny
sposób kąciki ust, co pozwoliło jej odetchnąć z ulgą.
To nie był żaden z tych chłopaków.
Stał przed nią James Cameron Clark, jej brat, człowiek, który miał
nietypową zdolność - znikał z dnia na dzień, by powrócić w wielkim
stylu, kiedy brakowało mu pieniędzy na przeżycie. I chociaż usilnie
próbowała przypomnieć sobie, kiedy widziała go ostatni raz, nie
potrafiła. Może było to poprzedniej zimy, a może wcześniej. W każdym
razie uciekł na bardzo długo. Tak długo, że trudno było się przyzwyczaić
do jego nowego wyglądu, który sprawiał, że prezentował się bardziej
groźnie. Przez moment nawet nie widziała w nim własnego brata, tylko
zupełnie obcego faceta.
Przyglądała się więc uważnie wszystkim szczegółom, szukając w nim czegoś
znajomego. Ale wszystko wydawało się nowe - urosły mu włosy i w modnym
stylu wygolił je po bokach, ubierał się jakoś inaczej, stwierdziłaby, że
bardziej luzacko, jakby na dobre zwiał spod ręki ojca i tym samym
przestał być elegancikiem; miał też kolczyk w uchu symbolizujący bunt. W ciszy zastanawiała się, czy zmienił się również z charakteru. Wciąż był
lekkoduchem? Nadal dbał o nią pomimo drobnych konfliktów, czy kompletnie
o niej zapomniał? I przede wszystkim, czy w ogóle będą w stanie choć w niewielkim stopniu znów dogadywać się jak kiedyś?
On natomiast wlepiał w nią zielone oczy w kształcie migdałów. Ściągnął
zarośnięte brwi w jedną linię. Wiedział, że jest zła. Doskonale znał jej
reakcje - a teraz zaciskała mocno usta, aż skóra wokół nich zrobiła się
biała.
- Powitanie na miarę Clarków, robaczku - odezwał się jako pierwszy,
przeczuwając, że siostra nie jest w stanie wydusić choćby słowa,
ponieważ trwała w bezruchu z lekko rozchylonymi ustami i zdziwieniem
wymalowanym na twarzy. Nie spodziewała się go. Ani teraz, ani w ogóle.
Była pewna, że tym razem wyjechał na dobre.
Carmen też nie spuszczała z niego wzroku, jakby nie dowierzała, że to
naprawdę on.
- Nie cieszysz się na mój widok? - rzucił rozbawiony, po czym rozłożył
szeroko ramiona. Granatowa koszula w kratę, którą miał na sobie,
zafalowała pod wpływem tego ruchu. Czekał trzy sekundy, nim dotarło do
niego, że Carmen nie wpadnie mu w objęcia. Wzruszył więc ramionami i wcisnął dłonie w kieszenie dresów, żeby wyglądać bardziej luzacko.
Próbowała się uśmiechnąć, bo obecność Jamesa cieszyła ją jak nigdy
wcześniej, ale nie potrafiła. Wyszedł z tego tylko krzywy grymas. Po jej
policzkach spływał czarny tusz, a wilgotne ubrania nadal ciasno
przylegały do ciała. Była obrazem nędzy i rozpaczy i w niczym nie
przypominała już Carmen Clark, jaką zapamiętał.
- Carmen, co się dzieje? - W jego głosie pojawiła się szczera troska,
jakby już sam jej widok podpowiedział mu, że coś jest nie tak. Wzruszyła
ramionami. Spróbowała go wyminąć bez zbędnych słów, ale w porę uczepił
się jej ramienia. Byli podobnego wzrostu, kiedy nosiła szpilki, więc od
razu nawiązali kontakt wzrokowy. - Mów. Albo dzwonię do ojca.
Carmen parsknęła śmiechem, przekonana, że tylko żartuje, bo z tatą miał
mniej wspólnego niż ona - przecież zawsze sprawiał większe problemy,
pakował się w niewłaściwe towarzystwo i podejmował najgorsze dla siebie
decyzje. Dlatego częściej się kłócili, niż normalnie rozmawiali. Ale
James Cameron wydawał się zbyt poważny na żarty. Chyba naprawdę mógłby
na nią donieść. Uniósł brwi wyczekująco i jednocześnie wolną dłonią
poprawił kryształowy kolczyk w lewym uchu. Odchrząknął głośno.
Milczała. I milczeć chciała już do końca życia, bo huk wystrzału wciąż
odbijał się w jej głowie echem, przez co wszędzie było jej za głośno.
- Ktoś ci coś zrobił? - ciągnął temat. Potrząsnęła głową. Nie,
pomyślała. Ale komuś innemu stała się krzywda. A ona tylko patrzyła.
Szarpnęła ramieniem, dzięki czemu uścisk brata zelżał. Ruszyła do
kuchni, pozostawiając za sobą tylko stukot obcasów. - Kurwa, Carmen,
pogadaj ze mną.
- Teraz? - prychnęła z wyrzutem, czym całkowicie go zaskoczyła. Od razu
zrozumiał przekaz. Była na niego zła. Bo zniknął bez słowa. Bo przestał
się odzywać. Bo nie odbierał nawet telefonów. Bo ją zostawił, jakby nic
nie znaczyła.
Stanęła przy szafce, by wyciągnąć z niej butelkę whisky z logiem firmy
ojca. Sięgnęła również po kieliszek, napełniła go i prędko opróżniła.
Skrzywiła się tylko raz, choć alkohol palił jej przełyk. Odwróciła się i spojrzała na Jamesa, kiedy starając się rozładować atmosferę, rzucił z uśmiechem:
- Mnie już nie polejesz?
Spojrzenie Carmen było odpowiedzią na to pytanie - rozbawione i zarazem
ostre jak stłuczone szkło, o które mógłby się pokaleczyć.
- Teraz nie mamy już o czym rozmawiać - powiedziała tylko słabym głosem.
- Carmen...
- Spieprzyłeś, James! - warknęła z prawdziwym wyrzutem. Przez moment
wydawało mu się, że ten dźwięk zdoła go odepchnąć. - Gdzie byłeś?
Zapomniałeś, że masz rodzinę?
- Ja... Ehm... - dukał niepewnie, drapiąc się po karku. - Trochę nabroiłem,
okej?
Nic nowego, pomyślała. Ale co zrobił tym razem? Za mocno zabalował?
Rozbił czyjeś auto po pijaku? Pożyczył pieniądze od niewłaściwych ludzi?
Scenariuszy było wiele i w każdym z nich Cameron odegrałby świetną rolę
rozpieszczonego chłopca ze zbyt dobrym mniemaniem o sobie, bo tatuś ma
władzę oraz pieniądze, więc on również.
- Ale to naprawię. Obiecuję. Po prostu ze mną porozmawiaj, jeśli coś się
stało.
- W porządku - zgodziła się. - Pogadajmy o tym, że właśnie widziałam,
jak jakiś świr kogoś postrzelił, a potem wysłał po mnie swojego kolegę.
Pogadajmy o tym, że nie mam pojęcia, co z tym zrobić. I o tym, że... -
urwała. Zagryzła policzek do środka. Dopiero, kiedy wypowiedziała te
słowa na głos, zrozumiała, jak absurdalnie brzmiały. Speszyła się.
Również dlatego, że James patrzył na nią, jakby nie wierzył w to, co
słyszy.
"I o tym, że się boję", chciała powiedzieć, ale w zamian rzuciła tylko:
- Nieważne.
Machnęła ręką.
- Pamiętasz, jak wyglądali? - spytał. Nic więcej nie przyszło mu do
głowy. Carmen zmarszczyła brwi. Wahała się. Pamiętała aż za wiele.
Głównie jego. I ten uśmiech na miarę diabła, który na długo zapadał w pamięć. Ale uznała, że lepiej będzie zapomnieć. Wzruszyła obojętnie
ramionami. - Skup się. To ważne.
Zaskoczona uniosła wzrok i wydęła dolną wargę, gdy James chwycił ją za
ramię w taki sposób, jakby chciał wywrzeć na niej presję.
- Jeden z nich miał tatuaż na ręce - odpowiedziała. Ten obraz wciąż
nawiedzał ją za każdym razem, kiedy zamykała oczy. Jakby wytatuowała go
sobie na mózgu. - Krzyż. Gdybyś chciał wiedzieć.
James kiwnął głową. Do jego ust przykleił się dziwny uśmiech i może
nawet zbladł. Ale Carmen nie miała głowy, żeby to drążyć. Chciała
zostawić go w kuchni, ale gdy tylko się poruszyła, zatrzymał ją,
stawiając krok w bok.
- Pójdziesz z tym na policję? - spytał z nutą wątpliwości w głosie.
- Nie wiem - burknęła nieuprzejmie.
- Carmen - mruknął przejętym głosem. Patrzył na nią uważnie, jakby
starał się wedrzeć do jej głowy. Odniosła wrażenie, że wolałby
powiedzieć coś innego, ale ostatecznie powiedział: - W tym mieście
ludzie się nie zabijają.
- Czyżby? - Parsknęła śmiechem, niemal opluwając się jadem, którego
miała w sobie aż nadto. Kiwnęła jednak głową i wysiliła się na uśmiech.
Może miał rację. Może nie stało się nic wielkiego. Może tylko sobie coś
ubzdurała.
Wyszła z powrotem na korytarz. Kilka razy upewniła się, że zamknęła
drzwi, by nikt nie mógł przedostać się do środka bez zaproszenia. Miała
ochotę się rozpłakać, ale żeby do tego nie dopuścić, zacisnęła mocno
usta, oddychając przez nos. Chciała wyć i skamleć z bezradności.
Wiedziała jednak, że kiedy tylko rozchyli usta, krzyk ten nie będzie
miał końca.
Malachai Yordan utożsamiał się z pogodą. Porywczą i zmienną, zupełnie
jak on.
Zadarł głowę ku czarnemu niebu i pozwolił, by krople deszczu
roztrzaskały się na jego twarzy niczym łzy samego Boga, który opłakuje
utratę kolejnej duszy. Próbował wyglądać na niewzruszonego, choć w środku był najzwyczajniej zły. Wściekłość opanowała go od stóp do głów i nie chodziło już tylko o to, że męczył się we własnym ciele, a bardziej
o fakt, że nic nie poszło tak, jak planowali.
Odwrócił głowę, kiedy po krótkim truchcie dołączył do nich Holden, z którym niefortunnie dzielił tę samą krew. Nie wyglądali nawet podobnie.
Byli swoimi przeciwieństwami, które wcale się nie przyciągały. Jedyną
rzeczą, jaka naprawdę ich łączyła, był niebieski kolor oczu, choć
nieidentyczny. Oczy Kaia były ciemniejsze, jakby zasnute chmurami,
natomiast Holden chował w nich czyste niebo.
Holden jak zawsze miał to analizujące, powątpiewające spojrzenie, które
wbijał w twarz młodszego brata, przez co na środku jego czoła pojawiły
się dwie zmarszczki. Nic nie mówił, choć wydawało się, że do powiedzenia
ma najwięcej.
Kai wyminął brata, niby przypadkiem szturchając go w ramię. Na szybko
zlustrował sylwetkę trzeciego chłopaka, Cartera Evansa, który ze złością
zrzucił z głowy kaptur i potarł o siebie zmarznięte od niskiej
temperatury i stresu dłonie. Podobnie jak reszta miał na sobie czarne
ciuchy, a poza tym okulary w cienkich złotych oprawkach. Jego ścięte
przy skórze włosy, pofarbowane na jaskrawo biały kolor, kontrastowały z niebem pełnym chmur.
- Ja pierdolę - sapnął, beznamiętnie gapiąc się na asfalt, lśniący od
zabarwionej na czerwono wody. - Gratuluję, Kai. Spierdoliłeś kolejną
robotę.
Śmiał się, choć posiłek, który zjadł przed akcją, podchodził mu do
gardła. Nigdy nie był zwolennikiem przemocy, ale życie zmuszało go, by
czasami ją oglądał. Zerknął na przyjaciela i poklepał go po barku, nim
Malachai kucnął przy powiększającej się kałuży krwi. Nawet się nie
skrzywił, gdy umoczył w niej palce, a potem przybliżył je do twarzy,
obserwując, jak zastyga między liniami papilarnymi. Coraz
intensywniejszy wiatr targał jego ciemnymi włosami, które niemal zlewały
się z mrokiem, a oczy lśniły w blasku pojedynczych świateł.
- Super - westchnął ze znudzeniem, po czym przechylił głowę w kierunku
kolegi, obdarowując go spojrzeniem z dołu. - Gdzie moja nagroda?
Nie doczekał się odpowiedzi, ponieważ Holden wkroczył między nich,
próbując jak zawsze ratować kryzysową sytuację. Chwycił brata za kaptur
bluzy i siłą podciągnął go do pionu tak, że stanęli twarzą w twarz - on
śmiertelnie poważny oraz Malachai poważnie rozbawiony.
- Powiedz chociaż, że żyje. Nie chcę mieć kogoś na sumieniu - jęknął z boku Carter i choć zwracał się do Holdena, to Kai udzielił mu wyjaśnień.
- Nie, kurwa. Nie żyje. Zdechł. Trup. Widzisz? - wyrzucił cały zdyszany.
Nie znał więcej słów na oznajmienie im, że pozbawił kogoś życia. I nawet
się tym nie przejął. Mógł dopisać do listy kolejną rzecz, która
odróżniała go od dobrych ludzi. Śmierć innych go nie obchodziła, o ile
nie wpływała na jego życie.
Trącił czubkiem buta bezwładne ciało, wyginając usta w grymasie
obrzydzenia.
- Co to było, Kai?! Oszalałeś? - uniósł się Holden, choć w tej sytuacji
może nie powinien. Wplótł kościste palce między kosmyki przydługich
blond włosów i zaczął niespokojnie krążyć dookoła. Tylko on wykazywał
oznaki przejęcia.
Kai parsknął niekontrolowanie. Już dawno, pomyślał, ale tylko wzruszył
ramionami. Nie chciał się w to zagłębiać, bo to zawsze budziło jego
wewnętrzne demony, które nosiły imiona po największych lękach, jakie w sobie skrywał. Obojętność była lepszym wyjściem.
Holden przystanął tuż obok, tak, że mogli ponownie zajrzeć sobie w oczy,
choć Kai był o kilka centymetrów niższy. Kiedy stawali naprzeciwko
siebie, wyglądali jak anioł i diabeł. Obaj gotowi do ostatecznej walki
na śmierć i życie, byle tylko ocalić ludzkość lub pozostawić ją w zgliszczach ognia piekielnego.
- Broń nie miała być naładowana - stwierdził szatyn, licząc, że takie
wyjaśnienie wystarczy i Holden wreszcie przestanie tak karcąco mu się
przyglądać.
Carter wciąż stał przy aucie z rękoma schowanymi w kieszeniach ulubionej
luźnej bluzy.
- Miało nie być naboi. Prawda, Carter? - mruknął. W jego głosie pojawiło
się zdenerwowanie połączone z histerią i paniką. Może trochę się
przejął. Nie z powodu tego biedaka, który wciąż leżał u jego stóp niczym
manekin. Obawiał się tylko gniewu, jaki najpewniej na niego spadnie.
Podszedł do kolegi i szarpnął go za materiał bluzy, sprawiając tym
samym, że w końcu nawiązali kontakt wzrokowy. Widząc zmieszanie w zielonych oczach przyjaciela, wycofał się. Wyładowywał złość na
niewłaściwej osobie. To on był problemem, nie Carter. A Carter przecież
nie zasługiwał na takie traktowanie.
- Nie wiem - westchnął białowłosy, stawiając krok w tył. - Pogubiłem
się.
Kai zaśmiał się pod nosem i pokręcił głową.
- Co z podglądaczką? - rzucił w kierunku brata. Pochwycił jego
spojrzenie, przejęte, może trochę spanikowane na samą wzmiankę o dziewczynie. - Sporo widziała.
- A co ma być? - burknął Holden. Bał się tego, do czego zmierza
Malachai.
- Skoro sobie z nią nie poradziłeś, to chętnie sam ją znajdę -
odpowiedział natychmiast Kai, uśmiechając się w charakterystyczny
sposób, który zdradzał, że w jego głowie rodzi się złowieszczy plan.
Postawił krok w przód, dzięki czemu zbliżył się do brata tak, że niemal
stykali się nosami. Zadarł głowę, żeby ich spojrzenia się odnalazły. -
Przyda mi się rozrywka.
Tak jak przypuszczał, podziałało. Holden zacisnął usta w wąską linię,
napiął szczękę, a w jego niebieskich oczach pojawiła się iskierka
złości. Chwycił brata za przemoczoną koszulkę i odepchnął z łatwością na
odległość ramion. Kai zarechotał, dumny z tego, że wyprowadził go z równowagi.
- Ten bajzel - zaczął Holden, palcem zarysowując okrąg wokół nich i martwego mężczyzny - to twoja sprawka. Ona nie ma z tym nic wspólnego.
Daj jej spokój! - Jego zachrypły głos zawisł w powietrzu. Holden na nowo
stał się oazą spokoju. Pomimo tego, że czuł się tak, jakby przez
ostatnie minuty przybyło mu kilka lat.
- Poprawka - westchnął Kai. - Ona nie miała z tym nic wspólnego, dopóki
nie pojawiła się na naszej drodze. Teraz ma z tym wiele wspólnego, Hol.
I nie, nie zdam się na łut szczęścia, głupio licząc, że pójdzie
grzecznie spać.
- Daj jej spokój, Kai - wycedził Holden ze zdenerwowaniem, akcentując
każde słowo. W tej samej chwili kosmyk jasnych włosów zawirował w powietrzu, po czym opadł na lewą część twarzy, przesłaniając widok na
jego przejętą twarz.
- Oczywiście. Sorka. Zapomniałem, że masz dzisiaj bohaterską fryzurę -
ironizował Malachai, przewracając oczami. Zaśmiał się ponownie w taki
sposób, jakby nie stało się nic poważnego. Kątem oka zerknął na
przyjaciela, który wolał milczeć niż pakować się między dwie tykające
bomby, jakimi byli bracia Yordan. Ale Kai miał dla niego inny plan, więc
rzucił:
- Carter, ty też uważasz, że Holden jest naiwny?
- Carter, ty też uważasz, że Kai jest idiotą? - przedrzeźnił go brat,
starając się zabrzmieć bardziej komicznie. Nie mógł dłużej trzymać tego
w sobie, choć było to dla niego oczywiste, że tylko rozjuszy Kaia. I wcale się nie mylił. Oczy szatyna zmrużyły się groźnie. Próbował posłać
Holdenowi jedno ze swoich zadziornych spojrzeń, ale nie wywołało to
żadnej reakcji. Znał ten wzrok i zdążył nauczyć się skutecznie go
ignorować.
- Kretyn - prychnął pod nosem Malachai, a zaraz po tym uśmiechnął się
triumfalnie.
- Fiut.
- Cipa.
- Kutas.
Malachai rozchylił usta, szykując kolejne obraźliwe słowo, ale Carter
niespodziewanie opadł na jego bark, ciężko dysząc, jakby coś zwaliło go
z nóg. Twarz miał bledszą, niemal zlewała się z odcieniem włosów, a na
czole lśniło kilka kropel deszczu.
- Fajnie, że tak się kochacie, ale typ odstawia The Walking Dead.
Za te słowa otrzymał od kolegów zdezorientowane spojrzenia. Westchnął,
przewracając oczami z zażenowania. Czy naprawdę tak ciężko było się
domyślić, o co mu chodziło? Nie. Nawet dzieciaki z podstawówki
zrozumiałyby przekaz. Ale bracia Yordan jarzyli wolniej niż żarówki.
- On się, kurwa, rusza! - wyjaśnił piskliwym głosem, wskazując brodą na
umarlaka.
To wystarczyło, by wreszcie zaprzestali szczeniackiej kłótni, która nie
miała najmniejszego sensu. Odwrócili się synchronicznie. Razem spojrzeli
na postać na ziemi. I rzeczywiście, Carter się nie mylił. Mężczyzna
poruszał nieznacznie głową, mamrotał coś pod nosem i mrugał chaotycznie,
jakby próbował pojąć, co się wydarzyło.
Kai patrzył na niego jak zahipnotyzowany. To on miał teraz władzę,
trzymał życie mężczyzny w garści. Mógł o wszystkim zadecydować. I to go
zafascynowało. Przez jego młodą twarz nie przebiegł cień emocji, z wyjątkiem tego, że prawy kącik ust drgnął i uniósł się. Kai bez słowa
kucnął obok. Syknął przez zaciśnięte zęby, jakby to on miał w brzuchu
dziurę, gdy obiegł wzrokiem zmoczony i nasiąknięty krwią materiał
ubrania.
- Och, to musi boleć - powiedział miłym głosem i uśmiechnął się zupełnie
nie jak on, przypominając przyjaznego chłopaka, który wzbudza sympatię.
Końcówką pistoletu zadarł kawałek koszuli mężczyzny, dzięki czemu
zobaczył dokładnie symetryczną ranę po kuli. Tamten kiwnął głową na
potwierdzenie, kiedy Kai przytrzymał go za ramię, żeby więcej nie
wierzgał kończynami. - Pozwól, że ci ulżę.
Oczy nieznajomego zalały się paniką w tej samej chwili, w której Kai
przystawił lufę do jego czoła. Skamląc z przerażenia pod nosem, usiłował
ostatkiem sił chwycić nadgarstek swojego oprawcy. Malachai zawisł nad
nim i szepnął prosto w twarz:
- Ostatnia szansa. Gdzie nasza kasa?
Holden drgnął niespokojnie, gotowy interweniować, ale Kai zbył go
machnięciem ręki, jakby chciał zapewnić, że tylko się zgrywa, żeby
osiągnąć cel. Ku zaskoczeniu wszystkich ta taktyka zadziałała. Mężczyzna
kiwnął głową w stronę opuszczonego budynku za ich plecami, na co Kai
wyszczerzył się wygłodniale.
- Widzisz, jednak potrafisz współpracować - powiedział z udawaną
ekscytacją, klepiąc nieznajomego po ramieniu. Wyprostował nogi i wciąż
pochylając się nad ofiarą, wcisnął dwa palce w otwartą ranę. Minęła
prawie minuta w akompaniamencie niewyraźnych jęków, nim sięgnął kuli.
Wyciągnął ją i uniósł w kierunku lampy, żeby lepiej widzieć, a później
na pamiątkę wcisnął ją w kieszeń czarnych dżinsów.
Przekroczył wijące się z bólu ciało, by dołączyć do brata i przyjaciela.
Nie mógł jednak znieść agonalnych odgłosów za plecami. Docisnął palce do
uszu i zamknął oczy, ale to wcale nie pomogło. Zerknął przez ramię na
mężczyznę, po czym od niechcenia uderzył butem w bok jego brzucha,
wywołując tym samym kolejny wrzask.
- Ja pierdolę, stul pysk.
Miał wrażenie, że od tych nieznośnych hałasów za moment eksploduje mu
głowa. Atakowała go migrena. Nie mógł skupić się nawet na własnych
myślach, które były w morderczym nastroju. Dał mężczyźnie ostatnią
szansę, żeby się przymknął. Policzył od dziesięciu w dół i każda z tych
sekund była przepełniona żałosnym skamleniem. Z tego powodu wycofał się
tylko po to, by z półobrotu kopnąć mężczyznę w głowę.
Spodziewał się, że ujrzy krwawą miazgę w postaci kości czaszki i kawałków mózgu, ale ciało mężczyzny tylko uniosło się na ułamek sekundy,
a później z powrotem opadło na ziemię. Kai pochylił się nad nim i przy
tym nadepnął butem ranę. Od razu tego pożałował, ponieważ ofiara w ostatnim odruchu rozchyliła usta, wypluwając przed siebie sporą ilość
krwi.
Malachai zacisnął ze złości szczękę. Ręką starł z twarzy czerwoną maź i z wymuszonym uśmiechem odwrócił się do pozostałej dwójki. W samą porę,
by zobaczyć, jak sinozielony Carter wymiotuje pod swoje buty.
- Och, co za powrót do przeszłości - mruknął Kai rozbawiony i kolejny
raz, dla pewności, przejechał materiałem bluzy po policzkach, ustach i podbródku.
Właśnie wtedy w umyśle Holdena pojawił się obraz sprzed lat, jakby
przeżywał to kolejny raz. I może tak właśnie było, bo to wydarzenie
tkwiło w nim tak głęboko, że nie potrafił się od niego odciąć. Wizja
przerażająco bladej twarzy brata, z oczami bez wyrazu i krwią
rozbryzganą na młodej twarzy. Poczuł, jak nagle jego klatka piersiowa
się zapada. Coś na nowo się w nim stłukło. Przeszłość biła w nim niczym
drugie serce. Była nienaprawialna i nie mógł z nią nic zrobić.
Policzył do dziesięciu, by się uspokoić, chociaż jego dłonie bardzo
drżały.
Instynktownie złapał Kaia za ramiona i odciągnął daleko w tył. Mocno
przytrzymywał jego łokcie, kiedy on z całej siły próbował wydostać się z blokującego ruchy uścisku. Ale to właśnie cały Malachai Yordan - z nagłymi wybuchami złości, które są w stanie zniszczyć świat i z pokręconym charakterem nie do odgadnięcia. Raz słodki chłopiec, raz
dziki mężczyzna.
Nigdy nie był taki sam.
- Brawo! - krzyknął Holden, po czym zaczął klaskać tak głośno, że
zadźwięczało im w uszach. - Chcesz jeszcze coś doszczętnie spierdolić,
Malachai?
Specjalnie użył pełnej formy imienia brata, ponieważ wiedział, jak
bardzo go nienawidzi. Stali ramię w ramię, a ich nierówne oddechy się
mieszały.
- Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego rodzice mnie tak nazwali? - spytał
Kai, olewając wcześniejsze słowa. Odwrócił się twarzą do Holdena i spojrzał mu w oczy. - To tak, jakby oczekiwali ode mnie, że będę zły. I wiesz, braciszku, może mieli rację.
Mój anioł, pomyślał. Anioł śmierci.
Holden stał z otwartymi ustami, zastanawiając się, co powiedzieć. Kai
dopowiadał sobie historię, która nie była prawdą. To właśnie zamierzał
mu przekazać. Ale nie zdążył.
- Wiecie, że na świecie mamy siedem miliardów ludzi? - Kai zadał kolejne
pytanie, zbijając znajomego i brata z tropu. - Siedem. Miliardów. Ludzi.
A ty wariujesz, bo zabiliśmy jednego?
Tryknął starszego brata w bark.
- My? - parsknął załamany Holden. Spuścił głowę i zaczął masować palcami
powieki, żeby nieco się uspokoić. - Nie my. Tylko TY! Sam. Bo jak zawsze
robisz, co ci się podoba!
Blondyn stracił ostatnie resztki cierpliwości. W przypływie złości
popchnął brata, który zatoczył się i cudem uniknął bliskiego spotkania
ze zwłokami. Holden poczuł, jak przez każdy kawałek jego ciała
przechodzą ciarki, kiedy również zawiesił wzrok na trupie. Widok był
okropny, ale nie na tyle, by zastąpić wspomnienie zakrwawionego
Malachaia pomiędzy ciałami rodziców. Zamknął na moment oczy z nadzieją,
że to pomoże odsunąć wspomnienia w głąb umysłu.
Kai wyminął go, przewracając oczami w najbardziej ostentacyjny sposób.
- Gdzie ty się wybierasz? - syknął Holden, kiedy złapał Kaia za ramię,
żeby go powstrzymać. Czuł, jak wszystko w nim zaczyna wrzeć z bezradności, bo nie potrafi zapanować nad własnym bratem. Malachai
uniósł tylko brwi z rozbawieniem.
- Priorytety, Hol. Pamiętasz? - mruknął, a z jego ust wydostało się
znudzone ziewnięcie. - Przyszliśmy tu po kasę. Nie jesteśmy jebaną
fundacją, żeby je rozdawać.
- Mam gdzieś ten brudny szmal! - ryknął Holden na całą okolicę z nadzieją, że jakimś cudem dotrze do brata, do jego zdrowego rozsądku.
Złapał go za ramiona, spojrzał w mu oczy i potrząsnął nim. - Właśnie
zabiłeś człowieka, pieniądze nie mają teraz znaczenia!
Malachai miał na ten temat inne zdanie.
- Mieliśmy jedno zadanie. Zgarnąć pieniądze - zaczął spokojnie Kai,
jakby zwracał się do kogoś, kto mógłby nie zrozumieć. - Nie przypominam
sobie, żeby ktoś wspominał, że nie wolno nam zabijać.
- A Biblia? "Nie zabijaj" to jedno z przykazań!
Kai z trudem powstrzymał się, by nie parsknąć śmiechem w twarz brata.
- Sorka, Hol. Nie znam - westchnął Kai obojętnym tonem. Wzruszył
ramionami, podkreślając tym samym stosunek do słów wypowiedzianych przez
Holdena. Przekaz był jasny. Miał to wszystko gdzieś. Ogólnie
obowiązujące zasady go nie interesowały.
Łamał je i stwarzał własne.
Kai odwrócił się, wyciągnął z bagażnika baniak z benzyną i bez pośpiechu
rozlał ją dookoła, łącznie z drogą do opustoszałego budynku. Wpadł do
niego jak huragan. Po kilku minutach poszukiwań w ręce wpadło mu to,
czego szukał - skórzana walizka pełna kasy. Wybiegł na zewnątrz, unosząc
ją wysoko ponad głowę.
- Panowie, jesteśmy bogaci! - krzyknął. Jego entuzjazm podzielał tylko
Carter, który nagle się rozpromienił. - Znowu!
Opuścił ręce, by sięgnąć do kieszeni. Wyszukał w niej zapalniczkę, po
czym kucnął i podpalił fragment podłoża. Wyprostował się i szybko
dobiegł do pozostałych. Kiedy znalazł się wystarczająco blisko, złapał
ich za ramiona i szarpnął ku dołowi. Razem runęli na glebę. Carter zarył
skronią o asfalt, mamrocząc coś pod nosem. Holden natomiast poczuł, jak
skóra na jego dłoni zdziera się, szpecąc tatuaż w kształcie krzyża.
Otworzył usta, by nakrzyczeć na brata, ale w mgnieniu oka odebrało mu
mowę.
Wszyscy w tym samym momencie zobaczyli, jak budynek staje w płomieniach.
Ledwie parę sekund później wokół rozległ się hałas wybuchu, który ich
oszołomił. Dźwięki zaczęły zlewać się w całość i brzmiały jak melodia z zarysowanej płyty. Pomarańczowe jęzory ognia pochłaniały ściany oraz
gałęzie na drodze, skutecznie przedostając się w prostej linii do ciała
mężczyzny.
- O Jezu, ale smród! - jęknął Carter, dociskając twarz do asfaltu, bo
wilgotna od deszczu ziemia pachniała lepiej niż odór palonego mięsa.
Szczególnie jeśli przypomnieć sobie, że to ludzkie mięso.
Radosny rechot Kaia nie pasował do sytuacji. Rozłożył szeroko ramiona,
gdy przewrócił się na plecy. Znów gapił się w czarne niebo, które
utożsamiał z własną duszą. Odchrząknął, kiedy wreszcie zapanował nad
śmiechem i wciąż rozbawiony spytał:
- Zgłodniałem, a wy?
2.
Cisza panująca na korytarzu tylko
podkreślała ich grobowe nastroje.
Malachai krążył niespokojnie wzdłuż pomieszczenia - od prawej do lewej i z powrotem. Dla rozluźnienia wplątał palce w kosmyki ciemnych włosów,
szarpiąc za końcówki, aż odczuł przyjemny ból. Prawie nie mrugał, kiedy
uważnie obserwował stojącego pod ścianą Holdena oraz Cartera, który jako
jedyny z ich trójki siedział na krześle, wpatrując się w ekran telefonu.
Mijały sekundy, a następnie długie minuty, podczas których żaden z nich
się nie odzywał. Zupełnie tak, jakby nagle wszystkie wspólne tematy,
wspomnienia i żarty przestały istnieć. Jakby coś między nimi pękło i nieodwracalnie się zmieniło. Jakby nagle stali się nieznajomymi, bo ktoś
wymazał przeszłość.
Kai odniósł wrażenie, że minęła wieczność, zanim drzwi za jego plecami
się otworzyły. Automatycznie odwrócił się w samą porę, by zobaczyć
postawną sylwetkę wyłaniającą się z wnętrza klubu, którą na krótki
moment oświetliły kolorowe neonowe światła.
Mężczyzna poruszał się jak typowy bokser - był lekko zgarbiony, jakby
przerośnięte mięśnie na karku nie pozwalały mu się całkowicie
wyprostować, a mimo to kroczył dumnie z rękoma schowanymi w kieszeniach
płaszcza, bujając się przy tym na boki. Już z daleka biło od niego
zimno, a zaledwie jednym lodowatym spojrzeniem obniżył temperaturę w pomieszczeniu o kilka stopni. Przeszedł obok, zostawiając za sobą stukot
drogich mokasynów. Nawet nie zwrócił na nich uwagi. Jakby nic nie
znaczyli.
A w jego oczach Malachai Yordan chciał znaczyć wszystko.
Dlatego to on wystartował jako pierwszy, jakby całe jego życie od tego
zależało. Wpadł do pokoju jak nieprzewidywalny, silny podmuch wiatru.
Zatrzymał się dokładnie przed mężczyzną, czym zasłużył sobie na jego
obojętne spojrzenie. Poczuł się przez to ważny. Uśmiechnął się, choć
całym jego ciałem wstrząsnął dreszcz. I nawet go to nie dziwiło,
ponieważ to działo się niemal zawsze, kiedy w pobliżu zjawiał się były
bokser - Ivan Yordan.
Siedział już przy biurku. Ręce opierał na blacie, przez co napięty
materiał na ramionach sprawiał, że wyglądały jeszcze potężniej. Miał
zaczesane do tyłu włosy w odcieniu ciemnego blondu - zupełnie jak tata
Malachaia, i może właśnie dlatego tak często widział w Ivanie samego
siebie. W sposób naturalny współgrały z kilkudniowym zarostem nadającym
mężczyźnie nieco niedbały wygląd. Spod jego granatowej koszuli wystawał
złoty łańcuch i to właśnie na nim Kai zawiesił spojrzenie.
- Cześć, wujaszku - powiedział radośnie jak zawsze, by nie zdradzić od
razu, że nawalił. Wyprostował się, ściągając łopatki, bo nagle pod
wpływem ostrego spojrzenia Ivana poczuł się malutki jak mrówka, którą
każdy mógłby zgnieść. A on pragnął być wielki.
Ivan nie uraczył go nawet krótką odpowiedzią. Nie wysilił się również na
uśmiech. Obrócił się za to na krześle i przez ramię odpalił telewizor w kącie pomieszczenia, przez co Kai momentalnie zbladł. Dojrzał reportera,
który relacjonował sytuację z miejsca łudząco przypominającego to, w którym niedawno byli. Strażacy w tle wciąż gasili ostatnie płomienie, a na dolnym pasku pogrubione litery formowały się w jedno zdanie: "Uliczna
mafia znowu atakuje".
Malachai parsknął niekontrolowanie, czym przerwał ciszę.
- Och, błagam, mafia? - prychnął urażony. - Obrażają nas.
Ivan odkaszlnął porozumiewawczo, jakby chciał tym postawić go do pionu.
Pozwolił, by telewizor wciąż grał, ale na ekran już nie patrzył. W zamian przeniósł wzrok na sylwetkę bratanka i uniósł wyczekująco brwi.
Palcami lewej dłoni stukał w szkiełko zegarka zdobiącego prawy
nadgarstek. Tik-tak. Tik-tak. Tik-tak. Kai wręcz słyszał, jak wujek
odlicza mu sekundy.
- I tak nikt tego nie ogląda - dodał po chwili Kai, zupełnie
nieplanowanie, byle tylko uniknąć wyjaśnień. Zgarnął z blatu pilota i wyłączył wiadomości, choć reporter rozmawiał właśnie z policjantem
prowadzącym sprawę. W pokoju na nowo zapanowała nieprzyjemna cisza.
Malachai pragnął się jej prędko pozbyć, więc położył na biurku walizkę i przesunął w kierunku wujka.
- Twoja kasa - powiedział z dumą w głosie, żeby odciągnąć myśli Ivana od
tego, co przeskrobał. I chyba zadziałało, ponieważ na sam widok góry
pieniędzy usta mężczyzny zastygły w szerokim uśmiechu, a ledwie sekundę
później podobny wyraz zagościł również na twarzy Kaia. - Tak, jak
prosiłeś.
- Poważnie? - burknął nagle Holden.
Dopiero wtedy Kai przypomniał sobie, że brat stoi pod ścianą i obserwuje
wszystko z boku. Jakby był tam tylko ciałem, ale nie duszą. Ivan
odwrócił do niego głowę i zlustrował go spojrzeniem. Gestem ręki
nakazał, by kontynuował, więc Holden dodał bez zastanowienia:
- Tak po prostu odpuścisz mu to, że znowu wszystko skomplikował?
Malachai zaśmiał się cicho pod nosem, choć w rzeczywistości poczuł się
tak, jakby Holden wbił mu szpilkę w serce.
- Zamknij się, Hol! - jęknął tylko, posyłając bratu groźne spojrzenie,
gdy ten na nowo odpalił telewizor. Na szczęście sceneria się zmieniła.
Obskurna, ciemna uliczka ustąpiła miejsca klimatycznej destylarni,
reportera oraz gliniarza zastąpił dumny przedsiębiorca, a nagłówek
głosił: "Clark to od lat marka premium".
Ostry głos Ivana przeciął powietrze między nimi, gdy wypowiedział jedno
imię: Carter. Zwracał się do Cartera, choć ten starał się za wszelką
cenę w tej rozmowie nie uczestniczyć. Dlatego z wrażenia wypuścił
telefon z dłoni, który spadł ekranem do dołu. Skrzywił się, modląc się w duchu, by szyba przeżyła to starcie z podłogą, po czym uniósł głowę.
- Może ty opowiesz o tym, co się stało? - spytał Ivan nadzwyczaj
łagodnym tonem.
Carter wzruszył ramionami. Wolał się w to nie mieszać, bo wyszedłby na
tym najgorzej. Milczenie było w porządku, kiedy w grę wchodziła rodzina
Yordanów.
- Kai zabił twojego klienta! - wypalił Holden na jednym wydechu, za co
Carter był mu wdzięczny. Ale tylko przez parę sekund, nim dotarło do
niego, z czym to się wiąże. Wycofał się w cień, przeczuwając, że starszy
z braci odbezpieczył właśnie granat.
- Nie "zabiłem" - odpowiedział natychmiast Kai i nakreślił w powietrzu
cudzysłów. - Bardziej "dobiłem". A potem posprzątałem, więc dlaczego w ogóle o tym gadamy?
- Może dlatego, że ciągle zwracasz na nas uwagę? - warknął Holden. -
Ktoś wreszcie się do nas przyczepi.
- O co ta afera? Wszystkie dowody zniknęły - zapewnił szatyn. Patrzył na
wujka, na jego zmrużone oczy i napięte mięśnie twarzy, przeczuwając
kłopoty. Po chwili spojrzał wymownie na brata. Uśmiechnął się
triumfalnie w ten wyróżniający go sposób, a to nie oznaczało nic
dobrego. - Prawie.
- Co to znaczy "prawie"? - rzucił twardo Ivan i podniósł się do pionu w taki sposób, jakby zamierzał jednym ruchem ręki zrzucić wszystkie
przedmioty z biurka. Kai wzdrygnął się i odruchowo się cofnął, żeby
zwiększyć dystans.
- Mieliśmy podglądaczkę - wyjaśnił od razu Malachai. Cały czas wlepiał
rozbawione spojrzenie w spiętą twarz brata, który aż poczerwieniał od
zaciskania szczęki. - Zwiała, bo nasz Hol wciąż jest dobrym chłopcem i ratuje dziewczyny przed kłopotami. Brzmi znajomo?
Kai wiedział, co powiedzieć, by bez podawania szczegółów trafić prosto w brata. Holden zrobił duży krok w przód, chcąc zrównać się z bratem.
Otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale Carter na czas chwycił go za
kaptur bluzy i zrezygnowany pokręcił głową.
- Dlaczego więc nadal tu stoisz, Kai? - odezwał się Ivan, wbijając w bratanka przenikliwe spojrzenie. Oparł dłonie na krawędziach biurka i pochylił się w jego stronę. - No, już! Zajmij się nią. Tylko tym razem
bądź grzeczny.
- Ale... - wybełkotał Holden. Wiedział jednak, że został zepchnięty na
przegraną pozycję i nic nie wskazywało na to, że jeszcze wysunie się na
prowadzenie.
- Z ogromną przyjemnością, wujaszku - odpowiedział Kai i dla zabawy
stanął na baczność.
Na jego ustach zakwitł cwaniacki uśmieszek. Odwrócił się tak, że stanął
twarzą w twarz z bratem. Zacisnął palce na jego barku, wręcz boleśnie,
ale udawał, że to tylko przyjacielski gest, nie żadna zaczepka. Nachylił
się do ucha Holdena i wyszeptał:
- Sprawdzimy, kto znajdzie ją pierwszy?
- Nie bawię się w twoje chore gierki! - uniósł się Holden i w przypływie
złości zrzucił z siebie dłoń młodszego brata. Wzajemnie zmierzyli się
spojrzeniami, które balansowały na granicy utraty kontroli. Jak zwykle
odpuścił jako pierwszy. Skierował się do wyjścia, jednak nieustępliwy
Kai chwycił go jeszcze za nadgarstek.
- Dam ci trochę przewagi, Hol - mruknął zachęcająco, po czym zarzucił
bark na jego ramię. - Tym razem będę za tobą!
Holden zdecydował się na niego spojrzeć. I już wiedział, że nadchodziły
kłopoty, ponieważ Kai wyglądał tak, jakby w głowie szukał wszelkich
możliwych sposobów, które pomogą mu odnaleźć dziewczynę i sprawić, że
jej życie stanie się koszmarem.
A w tym Malachai Yordan nie miał sobie równych.
Poprawił daszek czapki, żeby skuteczniej ochronić się przed deszczem.
Kolejny dzień z rzędu rozpętała się ogromna ulewa, a on stał pod gołym
niebem w dżinsowej kurtce, która zdążyła przemoknąć do ostatniej nitki i przez to stała się znacznie cięższa. Nie był sam, bo towarzyszył mu
Carter. Nie z własnej woli. Został do tego zmuszony.
- Kurwa, Kai. Może sobie odpuścimy, co? - mruknął białowłosy i naciągnął
szczelniej kaptur na głowę, jednak to już nie pomagało. Obserwował z krzywą miną, jak woda kapie z materiału tuż przed jego nosem. Z każdą
sekundą odczuwał coraz większy wewnętrzny chłód, więc przestępował z nogi na nogę, żeby trochę się rozgrzać. Malachai w odpowiedzi posłał mu
tylko szybkie, pogardliwe spojrzenie na znak, że nie zgadza się na ten
pomysł. Stąpnął przed siebie, bo w oddali dostrzegł oślepiające światła
nadjeżdżającego pociągu. Spuścił głowę, żeby daszkiem osłonić twarz
przed blaskiem lamp. Zignorował fakt, że niezadowolony z takiego obrotu
spraw przyjaciel westchnął pod nosem i trącił go pięścią w rękę.
- Jedziemy! - powiedział Kai, podekscytowany wycieczką, jaka ich
czekała. By podkreślić swoje dobre nastawienie, klasnął w dłonie.
Cieszył się tylko on. Złapał Cartera za ramiona i popychając go w przód,
ruszył za nim, jakby byli jedną osobą.
Pociąg zatrzymał się z nieznośnym piskiem, wywołując niewielki podmuch
powietrza. Kai obserwował uważnie numery na drzwiach, by żadnego nie
przeoczyć. Wagon ósmy - to właśnie jego szukał. I okazało się, że
niefortunnie znajdował się mniej więcej w środku, a to nieco kolidowało
z jego pomysłem.
Wskoczyli wraz z Carterem do środka, przepychając się w drzwiach z nieznajomymi osobami, a kiedy ktoś komentował ich niekulturalne
zachowanie, zgodnie pokazywali środkowe palce. Kai rozejrzał się - raz w lewo, raz w prawo, próbując objąć spojrzeniem cały ciasny wagon. Ludzi
było bardzo dużo, a mimo to nie dostrzegł wśród ich twarzy tej, której
szukał.
- Trzeci dzień ciągasz mnie po tym zasranym, śmierdzącym pociągu i nadal
się łudzisz, że ją spotkamy? - prychnął Carter, stając przy koledze. Kai
zbył go machnięciem ręki. Przeszedł się po całym wagonie, a kiedy
dotarło do niego, że tu jej nie znajdzie, zawołał Cartera.
Przenieśli się do siódemki, ale tam też nie zauważyli nikogo choć w niewielkim stopniu podobnego do osoby, której szukali. Później była
szóstka i piątka, w której pojawiła się iskierka nadziei. W drugim
rzędzie, tuż przy oknie miejsce zajmowała dziewczyna. Przyciągnęła uwagę
Kaia, ponieważ miała długie rude włosy, a to głównie one zapadły mu w pamięć.
Serce Malachaia przyśpieszyło niespodziewanie, co było dla niego dość
nietypowym zjawiskiem. Zwykle biło wolno, jakby powoli umierało. Ale
adrenalina i nutka podniecenia w żyłach zrobiły swoje. Znów poczuł, że
żyje. Zaszumiało mu w głowie od nadmiaru doznań.
Ruszył przed siebie zbyt gwałtownie, by Carter zdołał go powstrzymać. Z obrzydzeniem na twarzy przecisnął się między stojącymi pasażerami. W tamtej chwili nie przejmował się zbytnio zapachem ludzkiego potu, który
wdzierał się do nozdrzy, ani tym, że odbijał się od przypadkowych ciał
niczym piłeczka kauczukowa.
Zmniejszył dzielący go od dziewczyny dystans. Zrobił to w przeciągu paru
sekund. Zawahał się, kiedy stał już tak blisko, że miał ją na
wyciągnięcie ręki. Mógłby bez problemu chwycić między palce jej ładne
włosy i wyprowadzić na zewnątrz, by zająć się nią tak, jak prosił Ivan.
Zamiast tego położył tylko dłoń na ramieniu nieznajomej.
Zdziwiona odwróciła do niego twarz, a on natychmiast poczuł, jak ulatnia
się z niego cały entuzjazm. To nie była ona. Nie była nawet trochę
podobna. Kiedy stał tak blisko, zauważył, że nawet kolor włosów się nie
zgadza. Pofarbowała je, żeby udawać rudzielca. Uśmiechnął się krzywo
zaraz po tym, jak z jego ust wymsknęło się westchnienie.
- Sorka - burknął, jakby był obrażony, bo nieznajoma przyglądała mu się,
wyraźnie oczekując wyjaśnień. - Pomyłka. W dodatku fatalna.
Zebrał tyłek i ze spuszczoną głową wrócił do Cartera.
- Jeśli nie jest głupia, to już tu nie wróci - stwierdził Carter, widząc
zawiedzioną minę Kaia, która rzadko pojawiała się na jego twarzy.
Poklepał go po ramieniu, żeby dodać mu otuchy. Wystarczyło jedno
spojrzenie w niebieskie oczy Kaia, by dotarło do niego, że nie zamierza
odpuścić. Wręcz przeciwnie, dopiero się rozkręcał.
Bez słowa ruszył w przeciwną stronę, ponownie przeszukując wagony, w których już byli. Wrócili do ósemki. Kai przystanął w pół kroku.
Podobnie jak Carter, z tą różnicą, że on zatrzymał się, ponieważ wdepnął
nowymi butami w kałużę tuż przy toalecie, a zaraz po tym zza drzwi
wyłonił się obleśny, spocony mężczyzna z ulanym brzuchem na wierzchu.
- Kurwa - sapnął białowłosy. - Wpadłem w siura.
Carter uniósł stopę i lekko się pochylił, oglądając dokładnie podeszwę
buta, żeby oszacować szkody. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo nagle
Kai szarpnął jego ramię, przez co poleciał w tył, odbijając się boleśnie
od przesuwanych drzwi.
- Słyszałeś?! - podniósł głos. Szarpnął przyjaciela za rękaw, by ten
zwrócił na niego uwagę, bo Kai wbijał tępy, ale jednocześnie błyszczący
wzrok w odległy punkt. - Wpadłem przez ciebie w siura! Wisisz mi nowe
buty.
- Kupię ci nawet dwie pary. Tylko się ucisz, skarbeczku! - polecił
szatyn, dociskając palec wskazujący do ust.
Nie bez powodu starał się zachowywać normalnie i bezgłośnie. Mrugając
chaotycznie, wbijał palące spojrzenie w dziewczynę, która właśnie
wsiadła do pociągu. Poruszała się dość szybko, z wrodzonym wdziękiem
omijając pasażerów. Nie patrzyła im w oczy. Jedynie omiatała wzrokiem
kolejne twarze, jakby je prześwietlała. Był niemal pewny, że czegoś lub
kogoś wypatruje. Miał nadzieję, że chodzi o niego. Prędko spuścił głowę,
dzięki czemu skrył twarz pod daszkiem czapki. Odczekał dziesięć sekund,
nim ponownie zadarł podbródek.
Siedziała blisko. Zbyt blisko. A miejsce za jej plecami było puste,
jakby na niego czekało.
- To ona - wyszeptał drżącym głosem, choć nie miał pewności, czy Carter
w ogóle to zrozumiał. Nie skupiał się już na otaczającym świecie, bo
liczyło się tylko to, że wreszcie ją znalazł. Swoją upragnioną ofiarę.
- Jesteś pewny? - spytał Carter.
Oczywiście, że tak! Bardziej niż kiedykolwiek w swoim życiu. Był pewny
tych rudych włosów, które spięła w wysoką kitkę, nietypowych rysów
twarzy i czerwonej szminki na ustach. Nie odpowiedział. Zostawiając
kolegę w tyle, czmychnął obok niej zwinnie jak kot i opadł na miejsce za
nią.
Do jego nozdrzy wdarł się zapach jej perfum. Łagodny, ale jednocześnie z pazurem. A zaraz po tym usłyszał dźwięk telefonu - klasyczny dzwonek
łączący wszystkich posiadaczy iPhone'a, który znał aż za dobrze.
Przechylił głowę w bok, dzięki czemu dojrzał, jak dziewczyna grzebie w przewieszonej przez ramię saszetce, by znaleźć źródło zamieszania.
Wyciągnęła komórkę, ale wtedy nieświadomie upuściła brelok.
Kai przydepnął go butem i przysunął bliżej siebie. Skrzyżował ramiona
przed sobą i słuchał uważnie, by nie pominąć żadnego szczegółu rozmowy,
który mógłby się później przydać. Dziewczyna nie wyglądała na
zadowoloną. Bardziej na poirytowaną i zmęczoną. Ta rozmowa chyba
prowadziła do kłótni, bo ciągle podnosiła głos. A Malachai rozmyślał
tylko nad jednym: "Kim jesteś, Cam? Facetem? Koleżanką? Kimś z rodziny?", ponieważ to imię cały czas padało z jej ust, jakby było
słowem kluczem. Za każdym razem jej głos brzmiał jadowicie, z czego
wywnioskował, że chyba nie przepadała za rozmówcą. Rozłączyła się w tej
samej chwili, w której głos z głośników oznajmił, że zbliżają się do
ostatniej stacji. Podniosła się gwałtownie, wciskając telefon do tylnej
kieszeni dżinsów.
Kai ponownie spuścił głowę i zjechał tyłkiem w dół, próbując w ten
sposób się schować.
To nie był jeszcze odpowiedni moment, by się poznali. Czekał na lepszą
okazję. Ich pierwsze spotkanie powinno być wyjątkowe. Musiała zapamiętać
je na dobre. Aż do słodkiej śmierci, która prędko otuli ją ramionami.
Drgnął, kiedy w pośpiechu dotknęła nogą jego zgiętego kolana, rzucając
przy tym ciche "przepraszam". Poczuł, jak całym jego ciałem wstrząsa
piorunujący dreszcz, a nawet na niego nie spojrzała. Tylko machnęła ręką
w przepraszającym geście i zniknęła w mroku na zewnątrz. Dopiero gdy
stracił ją z pola widzenia, schylił się po breloczek i wstał.
Przyjrzał się dokładnie zawieszce. Podrzucił ją w powietrzu, a kiedy
ponownie wylądowała w jego dłoni, wyszczerzył się zwycięsko.
Był o jeden krok bliżej.
I wciąż o jeden krok za daleko.
3.
Carmen siedziała w gabinecie terapeutki i przez ostatnie kilka minut zastanawiała się nad tym, czy naprawdę tam
jest, czy uczestniczy w życiu jak każdy inny człowiek, czy może tylko
udaje, żeby zlać się z tłumem. Beznamiętnym wzrokiem wpatrywała się w czarne wskazówki zegara, które poruszały się leniwie i nadzwyczaj wolno,
jakby złośliwie czas strasznie się wydłużył. Myślała tylko o tym, jak
bardzo nienawidziła tego miejsca.
Bardzo. Bardzo. Bardzo.
Bardzo. Podobnie jak siebie.
Słysząc swoje imię, wreszcie spojrzała na kobietę po czterdziestce,
która przed nią siedziała. Na jej wysuszone od rozjaśniania końcówki
włosów, na źle spiłowane paznokcie w nudnym, brązowym jak fotel kolorze
i okropną marynarkę w kratę. Wzdrygnęła się na ten widok, choć starała
się nie dać tego po sobie poznać.
- W porządku. - Westchnęła Amanda Lloyd, dostrzegając, że i tym razem
będzie trudno wyciągnąć coś sensownego z pacjentki. Stuknęła długopisem
o krawędź grubego zeszytu w kratkę. - Zacznijmy od czegoś prostego.
Podobno wrócił twój brat. Dogadaliście się?
- Nie jest wart tego, by o nim rozmawiać.
Amanda przyjęła to niemiłe burknięcie z nadzwyczajną obojętnością.
- W takim razie o czym wolałabyś dziś porozmawiać?
Carmen stłumiła w sobie prychnięcie. Pochyliła się do przodu i oparła
łokcie na kolanach, wbijając w terapeutkę obojętne, chłodne spojrzenie
pozbawione emocji.
O nim, pomyślała. O jego wyjątkowym uśmiechu, który najpewniej powstał
w piekle. O tych pustych oczach i ciemnych włosach przypominających
mroczną aureolę. O tym, że nie potrafiła wyrzucić go z głowy, choć
naprawdę się starała. O tym, że bezustannie o nim myślała, nawet jeśli
nie chciała. I o tym, że widziała go za każdym razem, kiedy zamykała
oczy.
A minął już tydzień. Albo tylko tydzień.
Opadła z powrotem na oparcie niewygodnego fotela i zarzuciła nogę na
nogę.
- Istnieją tysiące miejsc, w których wolałabym właśnie być - powiedziała
w końcu, gdy udało jej się zepchnąć w dalsze zakamarki umysłu
wspomnienia związane z tym przerażającym mężczyzną. - Na przykład
Karaiby. Impreza. Moje mieszkanie. Nawet dom rodzinny. Wszędzie, byle
nie tu.
Amanda uśmiechnęła się, unosząc tylko lewy kącik ust.
- To zrozumiałe - odpowiedziała natychmiast łagodnym tonem dobrej osoby,
po czym przełożyła zeszyt do drugiej ręki. - Niestety los nas związał i to twoja jedyna szansa, żeby sobie pomóc. Niedługo muszę przedstawić
wyniki terapii. Wiesz, że sporo od tego zależy.
Oczywiście, że wiedziała. Nawet za dobrze. Cała jej przyszłość została
położona na szali. To, jak miało dalej potoczyć się życie Carmen,
zależało w ogromnej mierze od słów terapeutki. Mogła ją uratować lub
całkowicie zniszczyć. Dlatego Carmen tak często przed nią grała,
pokazując, że ma się świetnie. Nie mogła przecież odkryć, jak źle jej z samą sobą, że tak naprawdę silna kobieta, którą udaje, jest zaledwie
maską kryjącą złamaną przez życie dziewczynę.
To jednak nie sprawiało, że Carmen miała ochotę opowiadać obcej osobie o tym, co zrobiła. Nie chciała wracać do najgorszych chwil swojego
krótkiego życia. Nie mogła sobie na to pozwolić, ponieważ kolejny raz
sprowadziłaby na siebie lawinę poczucia winy, smutku oraz żalu. Samo
wspomnienie tamtego wydarzenia wywoływało dreszcze i sprawiało, że miała
ochotę zwymiotować z nerwów.
- Ja... Po prostu... - zaczęła niepewnie, gubiąc się we własnych myślach.
Przejechała dłonią po zmęczonej od zmartwień twarzy i ponownie spojrzała
na Amandę. - Wiem. I opowiem o tym. Potrzebuję tylko czasu. Ciężko
zrzucić taką bombę.
Kobieta kiwnęła głową na znak zgody, po czym obie przypieczętowały tę
niepisaną umowę nikłymi uśmiechami. Carmen poczuła jednak, że wcale tego
starcia nie wygrała, gdy Amanda bez słowa wyrwała ze środka zeszytu
kartkę, którą później podała dziewczynie wraz z eleganckim długopisem.
Carmen okręciła go w dłoni. Automatycznie przewróciła oczami,
dostrzegając niewielki napis "Clark" oraz logo firmy.
Typowa zagrywka jej ojca.
- Pozwól, że jednak zostaniemy trochę w tym temacie.
Oczywiście, pomyślała Carmen. Jakżeby mogła nie pozwolić?
- Napisz na kartce wszystkie uczucia, jakie towarzyszyły ci tamtego
dnia.
Wiele wtedy czuła. Głównie procenty szumiące w głowie. A poza tym złość.
Zbyt dużo złości jak na tak drobne ciało. Może odrobinę zazdrości. I jak
zawsze ogromną potrzebę ratowania kogoś, na kim jej zależało.
Westchnęła, niepotrzebnie zgadzając się na wykonanie zadania. Założyła
pasmo rudych włosów za ucho, zacisnęła wargi i pochyliła się nad kartką.
Nagle odniosła dziwne wrażenie, że wyrzuciło ją z rzeczywistości, jakby
była błędem. Czuła się w świecie jak intruz. Widziała tylko biały
papier, na którym niezgrabnie rysowała pionowe kreski, a to z niezrozumiałego powodu strasznie ją zmęczyło, więc przymrużyła na moment
powieki. Kiedy po upływie kilku sekund na nowo otworzyła oczy, wciąż
siedziała w tym samym miejscu, ale powietrze wydawało się znacznie
chłodniejsze, choć słońce zaglądało do środka przez uchylone okno.
Zamrugała szybciej, zaskoczona faktem, że jakimś cudem udało jej się
zapełnić całą kartkę. Przekrzywiła szyję, żeby lepiej widzieć, ponieważ
na papierze powtarzało się osiem liter.
Razem łączyły się w wyraz, którego nigdy dotąd nie znała, więc nie
potrafiła go rozszyfrować. Brzmiał jak magiczne zaklęcie zwiastujące
przekleństwo.
Malachai.
Czy to możliwe, że sama to napisała? Bez niczyjej pomocy? Bez znajomości
znaczenia tego słowa? Już je gdzieś widziała czy wymyśliła? Przeszedł ją
dreszcz. Zupełnie tak, jakby jakaś niewidzialna siła chwyciła ją za
ramię, pozostawiając po sobie tylko paraliżujące uczucie mrozu. Z wrażenia upuściła długopis i prędko rzuciła spojrzeniem za siebie.
Pusto. Tylko kot z obrazu na ścianie bacznie ją obserwował.
- Przepraszam - mruknęła do kobiety, po czym w ułamku sekundy podniosła
się do pionu. Musiała stamtąd jak najszybciej wyjść, bo chyba powoli
traciła zmysły. Czuła się w tym miejscu coraz gorzej. Jakby tam nie
pasowała. Jakby jej tam nie chciano. Albo gorzej - jakby ktoś
przywoływał ją ku sobie.
Amanda powiodła za nią zaskoczonym wzrokiem, gdy Carmen zgarniała z podłogi swoją czerwoną torebkę.
- Muszę już iść - oznajmiła słabym głosem. - Właśnie sobie o czymś
przypomniałam.
Kłamała, nietrudno było to zauważyć. Wiedziała o tym zarówno Carmen, jak
i terapeutka, która mimo to pozwoliła jej wyjść. Carmen odetchnęła z ulgą, chwytając za klamkę. Otworzyła drzwi, postawiła zaledwie jeden
krok i momentalnie się cofnęła, odbijając się od czegoś twardego.
Zadarła podbródek, by dojrzeć, co stanowi przeszkodę.
A raczej "kto".
Serce podeszło jej do gardła - chciała je wyciągnąć i wyrzucić z całym
tym strachem, którym ociekało. Stał przed nią. Dokładnie tak, jak go
zapamiętała. Nie dostrzegła zbyt wielu szczegółów mogących bardziej
zobrazować jego twarz, jakby się przed nią chował. Ale widziała
dokładnie te pamiętliwe oczy lśniące każdym odcieniem grzechu oraz
uśmiech, który momentalnie zmroził ją całą.
Patrzył na nią jak na jedną ze swoich ofiar. Wygłodniale. To było tak
intensywne doznanie, że aż poczuła gwałtowny ścisk żołądka. Spróbowała
uciec w głąb pomieszczenia, ale błyskawicznie zacisnął palce na jej
nadgarstku, ciągnąc ją w swoją stronę. Ten uścisk palił żywym ogniem.
Była pewna, że zostawi po sobie mroczne znamię. Poczuła na skórze zły
dotyk.
Dotyk samej śmierci.
Pisnęła cicho, kuląc się w sobie. Zacisnęła szczelnie powieki z nadzieją, że w ten sposób przed nim ucieknie. I nagle solidny niczym
kajdanki uchwyt zelżał. Wokół zrobiło się spokojniej, a jej serce
przestało odbijać się od żeber, chcąc popełnić samobójstwo. Rozchyliła
usta, nabierając w płuca więcej powietrza. Odliczyła w myślach do trzech
i otworzyła oczy.
Carmen Clark nadal siedziała na krześle przed swoją terapeutką,
ściskając w spoconej i sztywnej dłoni długopis.
Nie rozumiała, co się stało. Jakim cudem to wydawało się tak realne? I dlaczego wciąż czuła na nadgarstku niepokojący ból? Śladu nie było, ale
dla pewności i tak przejechała opuszkami palców po miejscu, które
rzekomo ściskał tamten chłopak. Zjechała wzrokiem na kartkę. Wciąż
widniał na niej ten sam napis. I właśnie wtedy coś do niej dotarło.
Czy to możliwe, aby to było jego imię?
Czy jej najgorszy koszmar właśnie tak się nazywał?
Carmen nie znała odpowiedzi na pytania, które zaczęły szturmować jej
umysł. W tamtej chwili była pewna jedynie tego, że to wcale nie koniec.
Ponieważ był to zaledwie początek jej końca.
Końca, jakiego nigdy dotąd sobie nie wyobrażała.
To była długa sesja. Wydawała się trwać znacznie dłużej niż zwykle, choć
na zegarze odliczyło się równe sześćdziesiąt minut. I kiedy Carmen
wreszcie opuściła gabinet, poczuła, jak bardzo jest zmęczona. Odniosła
wrażenie, że przez palce przeleciało jej kilka lat. Dla upewnienia się,
że wciąż jest starą, złą sobą, spuściła głowę i wbiła wzrok w rude
kosmyki włosów, sprawdzając, czy przypadkiem nie osiwiała.
Ruszyła żwawym krokiem i cudem wysiliła się na przyjazny uśmiech do
recepcjonistki. Stukot jej szpilek rozbrzmiewał na korytarzu, mieszając
się z dźwiękami dochodzącymi ze źle nastawionego radia. Przystanęła, bo
przez bałagan w głowie przebiły się dwa znaczące słowa, które niemal
wbiły ją w ziemię.
Morderstwo.
Podpalenie.
Świat nagle zawirował. Uleciało z niej powietrze, więc przytrzymała się
lady, by nie paść na ziemię. Przycisnęła dłoń do czoła, które wydało się
rozpalone. Odczekała paręnaście sekund i unikając ciekawskich spojrzeń,
wyszła z budynku. Patrzyła pod nogi, nie przed siebie, idąc w prostej
linii. Była tak skupiona na swoich chaotycznych myślach oraz na kolejnej
fali pytań, jaka pojawiła się w głowie, że nie zorientowała się nawet, w którym momencie ktoś do niej dołączył.
Wzdrygnęła się, czując na ramieniu czyjś dotyk.
Odruchowo zamachnęła się torbą, która z hukiem odbiła się od obcego
ciała. W odpowiedzi usłyszała stłumiony jęk, a zaraz po tym radosny
śmiech. Brzmiał znajomo.
- Jezu, co ty taka nerwowa ostatnio? - sapnął Cameron, rozmasowując
dłonią bok brzucha, co świadczyło o tym, że właśnie w to miejsce trafiła
Carmen. Nie umiała go przeprosić, choć czuła, że powinna. Na szczęście
nie wyglądał na obrażonego. Jego zielone, kocie oczy zaszły łzami
rozbawienia, od których ładnie lśniły, a usta formowały się w szczerym
uśmiechu.
Wzruszyła tylko ramionami w ramach odpowiedzi.
- Co tu robisz, Cam? - westchnęła i rozejrzała się podejrzliwie wokół.
Stali przy parkingu; od razu oślepiły ją światła jego czerwonego auta. -
Nie szlajasz się z kumplami jak zawsze?
James machnął ręką, wydymając dolną wargę, jakby go tymi słowami
uraziła.
- Pomyślałem, że cię odbiorę, żebyś nie musiała tłuc się pociągiem -
oznajmił, szczerząc się od ucha do ucha. Nie poznawała go. Czym sobie na
to zasłużyła? Nie miała pojęcia, ale wydawało jej się, że James nie
robił tego bezinteresownie. Był od niej starszy zaledwie o trzy lata,
więc zdążyła go rozpracować. Nauczyła się o nim przede wszystkim tego,
że jeśli wyciągał do kogoś pomocną dłoń, zazwyczaj liczył, że otrzyma
coś w zamian. Ale co tym razem mogła mu ofiarować? Nie zamierzała jednak
w tym grzebać. Gdy gestem dłoni zasugerował, by się ruszyła, wsiadła do
samochodu, a on tuż za nią.
Nie odezwała się słowem nawet wtedy, kiedy ruszyli wąskimi ulicami
miasta. Czuła na sobie palące spojrzenie brata, które powoli
doprowadzało ją do szału, więc odwróciła do niego twarz i uniosła
wyczekująco brwi.
- Pomogło? - spytał, najpewniej nawiązując do wizyty u terapeutki. Tylko
ją tym wzburzył, więc na moment zacisnęła usta w wąską linię, by
uspokoić myśli, nim się odezwie.
- Nie. Nie pomogło - westchnęła załamana. Oparła głowę o szybę, tępo
wpatrując się w uciekający krajobraz. Jak na złość w tym temacie tylko
on mógł ją zrozumieć. - Jak mam o tym opowiedzieć, Cam?
Naprawdę chciała poznać rozwiązanie tej zagadki, której nie potrafiła
rozwikłać od miesięcy. Może wtedy byłoby jej znacznie łatwiej.
Tym razem to ona przyglądała się prawemu profilowi twarzy brata. Był
całkowicie skupiony na drodze, przez co spinał szczękę. Brązowe włosy
odstawały w każdą możliwą stronę, tworząc artystyczny nieład, a srebrny
kolczyk w uchu lśnił w ostatnich promieniach słońca. Był młodszą kopią
ich ojca. James Cameron Clark był całkowitym przeciwieństwem Carmen,
która przy nim czuła się po prostu zimna i nijaka.
- Jakby to nie była nasza historia - odpowiedział ze stoickim spokojem,
poruszając przy tym szczupłymi ramionami. - Wiem, że cię to męczy.
- A ciebie, Cam? - spytała natychmiast. - Zachowujesz się tak, jakby...
- Widzisz, robaczku, jeśli o czymś nie myślisz, nie musisz się tym
zamartwiać - przerwał siostrze. Wolał zgasić tę rozmowę niż znów
odtwarzać w głowie przebieg tamtej feralnej nocy, która zmieniła ich na
zawsze.
Carmen roześmiała się nerwowo. To było idealne hasło pasujące do Jamesa
- mogłoby stanowić jego definicję, bo zazwyczaj mało się czymkolwiek
przejmował. Nawet ważnymi sprawami. Na co dzień wolał je olewać z nadzieją, że jeśli będzie robił to wystarczająco długo - znikną. Jak w jego pamięci.
- ...jakby nie była twoją dziewczyną - dodała mimochodem, żeby sprawdzić
jego reakcję.
James przymknął usta.
- Bo nią nie była - burknął z irytacją, torpedując Carmen ostrym
wzrokiem. - Chciała odejść, pamiętasz? Do innego.
Postanowiła zamilknąć, bo co mogłaby odpowiedzieć? Że dał Selene sporo
powodów, by zostawić go w cholerę? Wyciągnęła telefon i pośpiesznie
wpisała w wyszukiwarkę zlepek ośmiu liter, które nie chciały wylecieć
jej z głowy. Szukała znaczenia - najpierw natknęła się na informację, że
to imię proroka, później znalazła coś ciekawszego. "Mój anioł" głosiła
najprostsza definicja.
Anioł śmierci, dodała w myślach.
Uniosła głowę i spięła się momentalnie, gdy dotarło do niej, że wcale
nie wracają do domu. Samochód skręcił w dzielnicę, w której widziała
tamtą straszną scenę, więc automatycznie wcisnęła się mocniej w fotel.
Rozpaczliwie rzucała spojrzeniem po ulicach, szukając w przypadkowych
osobach znaków szczególnych tamtych trzech chłopaków. Nerwy zalały ją
całą, wypierając umiejętność racjonalnego myślenia. Serce podeszło jej
do gardła, a żołądek zawiązał się w ciasny supeł bólu.
- Co tu robimy? - spytała szybko, oblizując usta, które nagle stały się
suche, jakby cała woda z jej organizmu wyparowała. Odruchowo zablokowała
drzwi i choć narobiła przy tym niezłego hałasu, James nie odwrócił
wzroku od drogi.
- Mój kumpel tu pracuje. Chciałem go odwiedzić - wyjaśnił, zerkając
przelotnie na niewielką, wyblakłą już literkę "C", która zdobiła jego
środkowy palec. Carmen miała dokładnie taką samą. Podobnie jak ich
ojciec. Ten tatuaż był jak znak rozpoznawczy Clarków. - Mówiłem ci o tym, pamiętasz?
Nie pamiętała, bo przez ostatnie dni obawiała się własnego cienia, przez
co była nieobecna jak nigdy wcześniej.
- Nie? - Zdziwiła się. - Nie mówiłeś.
- Nie? - powtórzył za nią. - To mówię teraz.
- A jestem ci do tego potrzebna, bo...? - mruknęła zdziwiona i jednocześnie zrezygnowana.
- Bo zrobiłaś się straszną nudziarą. Wyjdź do ludzi, Carmen! Oni nie
gryzą!
Oni tylko połykają w całości, pomyślała. Wcisnęła się w fotel i milczała, dopóki nie dojechali na miejsce. Wmawiała sobie, że może
Cameron ma rację. Zdziczała, odkąd pojawiła się po zmroku w nieodpowiednim miejscu. Unikała kontaktu z innymi, tylko zamykała się w swoim pokoju, bo był bezpieczną przystanią wolną od potworów.
Kiedy wysiadła z samochodu, na dworze było już ciemno, a jedyne źródło
światła stanowiła latarnia, której żarówka cały czas mrugała, przywodząc
na myśl mrożące krew w żyłach sceny z horrorów. Z każdej strony otaczały
ją obskurne, nieodświeżone kamienice oraz mury ozdobione graffiti. Na
jednym z nich widniało hasło pobudzające wyobraźnię - "piekło jest
puste, a wszystkie bestie są tutaj". Po ulicy echem niosły się doniosłe
głosy mężczyzn zmieszane ze śmiechem, choć Carmen nie dostrzegła w okolicy nikogo.
Miała ochotę wziąć nogi za pas i uciekać w siną dal, jednak zmusiła się
do tego, by ruszyć za bratem. James otworzył przed nią drzwi, ale nim
przekroczyła próg, zajrzała do środka przez dużą szybę, która
eksponowała wszystko, co działo się w środku.
W salonie były tylko dwie osoby. I w oczy Carmen od razu rzucił się
jeden z chłopaków. Akurat wciągał na siebie śnieżnobiałą koszulkę, a następnie bardzo powoli narzucił na barki ciemnobrązową skórę, uważając
przy tym, by nie podrażnić świeżego tatuażu na ramieniu. W ułamku
sekundy zauważyła gumkę od bokserek, która wystawała spod zwisających z tyłka jasnych dżinsów. Chłopak szybko podciągnął je za szlufki, poprawił
pasek ze złotą klamrą, a później nasunął na nos okulary z ciemnymi
szkłami, chociaż słońce już dawno zaszło.
James sprowadził ją z powrotem na ziemię, gdy delikatnie szarpnął ją za
ramię. Zamrugała mocno z nadzieją, że to pomoże jej się ogarnąć. Weszła
do środka tuż za bratem, choć w przeciwieństwie do niego nie zrobiła
tego w tak spektakularny sposób, bo on wszedł do lokalu jak stały
bywalec. Nie wiedziała, jak powinna się zachować, więc tylko przystanęła
przy Cameronie z krzywym uśmiechem.
Chłopak przeglądał się w lustrze, podziwiając nowy tatuaż. Z tej
odległości mogła dojrzeć, że był to zgrabny, prosty napis, który głosił
"family first". Niesforne kosmyki jasnych włosów chłopaka opadały,
przysłaniając lewą część surowej twarzy. Odwrócił głowę, kiedy tylko
drzwi za Carmen się zamknęły. Nie widziała jego oczu, ale czuła, że
patrzył prosto na nią.
Zdecydowanie za długo.
- Nie pierdol, że wróciłeś! - odezwał się obcy głos.
Carmen przesunęła wzrokiem po pomieszczeniu, lokalizując właściciela
tego przyjemnego głosu. Siedział na obrotowym krzesełku bez oparcia,
trzymając w dłoni maszynkę do robienia tatuaży, którą powoli czyścił.
Jego włosy były krótko przystrzyżone, zaledwie na milimetry, i miały
niemal platynowy odcień współgrający z jasną cerą. Rękawy ciemnoszarej
bluzy podciągnął pod łokcie, eksponując wytatuowane ramiona.
- Wow. Myślałem, że tym razem wcięło cię na dobre - dodał jeszcze ze
szczerym uśmiechem, nim James zdążył zareagować. - Przyszedłeś znów
wkraść się w łaski...
James, który w tym czasie usiadł na krześle naprzeciwko kolegi,
zarzucając nogę na nogę, szturchnął Cartera w kolano na znak, żeby nie
kończył. Później, by nie dać po sobie poznać, że nieco się zdenerwował,
pochylił się, by móc zerknąć na wzorniki i kolorowe tusze. Oderwał się
od tej czynności, kiedy usłyszał za plecami wymowne chrząknięcie
siostry.
- Racja - mruknął bardziej do siebie niż do nich. Odwrócił się przez
ramię i wskazał dłonią na Carmen, zachęcając ją tym samym, by podeszła
bliżej. Wolała jednak bacznie im się przyglądać, jakby dzięki temu mogła
rozpracować tę dziwną rozmowę. - Wcześniej chyba nie było okazji,
żebyście się poznali. To moja siostra - wyjaśnił, po czym przeniósł rękę
w kierunku kolegi - a to Carter.
Carmen uśmiechnęła się krzywo, machając ręką na powitanie, choć zrobiła
to bez entuzjazmu. W tej samej sekundzie Carter zadarł głowę, dzięki
czemu ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy. Nie rozumiała tej
nagłej zmiany w jego zachowaniu. W mgnieniu oka przestał się uśmiechać,
a na wąskie usta wypełznął nieprzyjazny grymas. Patrzył na nią
intensywnie, niemal jak zahipnotyzowany, i niekontrolowanym ruchem
trącił przedmioty na stoliku.
W momencie, w którym czarny tusz wylał się na jego szare, dresowe
spodnie, jęknął:
- O cholera!
Nie wiedziała, czy była to reakcja na ubrudzenie ciuchów, czy na jej
widok. Nie zastanawiała się nad tym, ponieważ tuż obok niej zjawił się
blondyn w okularach zaalarmowany dziwnym zachowaniem kolegi. Minął ją z obojętną miną. Oparł tyłek o parapet, ponownie poprawił klamrę paska i skrzyżował ramiona na torsie. Czuła, jak przy tym skanował ją wzrokiem,
jakby była wybiegowym zwierzakiem.
- Powinnaś stąd wyjść. - Dobiegł do niej beznamiętny, zachrypły głos i wiedziała, że nie należał ani do Jamesa, ani do Cartera. Miała wrażenie,
że tylko ona usłyszała te słowa i przez krótki moment była w stanie
uwierzyć, że sobie to wymyśliła. Dopóki ponownie się nie odezwał równie
niskim tonem:
- To nie miejsce dla dziewczyn takich jak ty.
Czyli jakich?, pomyślała, tłumiąc w sobie śmiech. Zepsutych?
- Słucham? - spytała oburzona, kiedy powróciła do niej pewność siebie. W przypływie śmiałości odwróciła się i spojrzała na niego, mrużąc powieki.
Linia jego szczęki była perfekcyjnie zarysowana i wydawało się, że
przecięłaby papier. Policzki nieznajomego lekko się zapadały, przez co
twarz przypominała trochę podobizny wyryte w skałach. Włosy nadal
opadały mu na twarz, ale mimo tego dostrzegła cień uśmiechu na ustach.
- Wybacz, Holden czasami nie potrafi się zachować - odezwał się Carter,
zwracając na siebie uwagę. Znów wyglądał na miłego chłopaka, choć w jego
zielonych oczach tliła się niepewność. Holden rzucił mu wymowne
spojrzenie, jakby chciał bez słów wymienić się z nim spostrzeżeniami.
Carter wiedział doskonale, co zaprzątało Holdenowi głowę. Ale nie mógł
nic zrobić, ponieważ na działanie było już za późno.
Drzwi wejściowe otworzyły się szeroko, odbijając się ze skrzypnięciem od
ściany, pozwalając, by do środka dostało się chłodne powietrze. A wraz z nim przez próg przeleciało bezwładne ciało, które poturlało się aż pod
nogi Jamesa, który momentalnie podniósł się do pionu. Minęło kilka
sekund w przerażającej ciszy, zanim wokół rozległ się stukot butów, a zaraz po tym w pomieszczeniu pojawiła się jeszcze jedna osoba, na widok
której Holden rzucił pod nosem wiązankę przekleństw.
Nowo przybyły najpierw zacisnął zakrwawione palce na futrynie,
pozostawiając po sobie czerwone ślady, a dopiero później wyłonił się z cienia. Pewnym, ciężkim krokiem ruszył w głąb pomieszczenia, bujając się
na boki, jakby odtwarzał w głowie jakąś melodię. Zatrzymał się niecały
metr od ledwie przytomnej postaci. Postawił jedną nogę w tył z zamiarem
wymierzenia kopniaka.
- Przestań! - krzyknął Carter drżącym głosem, zagradzając mu drogę.
Stanął przed nim sztywno z uniesionymi ku górze dłońmi, po czym szepnął:
- Nie jesteśmy sami.
To wystarczyło, by go pohamować. I przy okazji zbić z tropu.
Niechętnie oderwał tępe spojrzenie od ofiary i rzucił nim dookoła, aż
jego niebieskie oczy spoczęły na twarzy Carmen, która próbowała
pohamować drżenie brody. Dokładnie przyglądała się niemal czarnym,
potarganym włosom, pustym ślepiom bez cienia emocji i ustom, które jak
na zawołanie wygięły się w chłopięcym uśmiechu. Ale nie to było
najgorsze. Najbardziej sparaliżował ją widok śladów krwi na młodej,
oliwkowej twarzy. Gapiła się w niewielkie rozmazane kropelki, jakby
mogła tym wzrokiem sprawić, że wyryją się w skórze na dobre. A on
najwyraźniej to wyczuł, bo przejechał po policzkach rękawem bluzy, która
również miała na sobie czerwone smugi.
- Sorka - mruknął. - Tylko się zgrywamy.
Carmen pragnęła jak najszybciej uciekać, ale jej nogi odmawiały
posłuszeństwa, jakby nie miała nad nimi kontroli. Dlatego tylko stała
jak zaklęta i obserwowała z zafascynowaniem, jak pochylał się nad
nieznajomym, po czym złapał go za fraki i siłą podniósł do pionu.
Poklepał mężczyznę po ramieniu w kumpelskim geście i od niechcenia
odstawił go na wolne miejsce obok Jamesa. Więcej się nie odezwał.
Skończył lustrować ją gorącym spojrzeniem i kiwnął porozumiewawczo głową
do Holdena, nie zapominając przy tym uśmiechnąć się w charakterystyczny
sposób. Na ten widok Carmen poczuła mdłości. Zauważyła jeszcze, że
puścił oczko do jej brata, co całkowicie ją zaskoczyło. Zupełnie tak,
jakby nieźle się znali.
Holden jak na polecenie odepchnął się od parapetu i ruszył za szatynem.
Nim jednak dorównał mu kroku, zatrzymał się przy dziewczynie. Zsunął
okulary do połowy nosa i spojrzał na nią oczami ciemnymi jak atramentowe
niebo.
- Uciekaj - szepnął z troską.
Spuściła wzrok i dopiero wtedy dojrzała tatuaż w kształcie krzyża na
jego dłoni. To był ostatni element, który pozwolił jej ułożyć w całość
układankę. To byli oni. Wszystko wewnątrz niej doskonale o tym
wiedziało, ale próbowała temu przeczyć. Dłużej nie mogła ciągnąć
oszukiwania samej siebie. Miała przed sobą dowód.
Holden wyminął ją, a ona wciąż stała jak słup soli. Nie mogła ruszyć
nawet palcem - tak bardzo sparaliżował ją strach. Do tego czasu lubiła
myśleć, że niczego się nie boi, że jest twarda i bez serca, jednak wtedy
zrozumiała, że jej największym lękiem był chłopak, który jednym groźnym
uśmiechem niszczył ją tak, jak jeszcze nigdy nie była zniszczona.
I jak na złość w całym tym roztargnieniu wyhaczyła jego spojrzenie, nim
zniknął w drugim pomieszczeniu razem z Holdenem. To było jak ostatnie
ostrzeżenie.
- Ja... Ehm... Muszę wyjść - wydusiła tylko łamiącym się głosem. Nawet nie
spojrzała na brata. Odwróciła się i wybiegła na zewnątrz, jakby brała
udział w wyścigu. Przez chwilę słyszała za sobą jego wołanie i prośby,
by zaczekała, ale nie chciała go dłużej słuchać. Nogi same prowadziły ją
w nieznanym kierunku. Rozejrzała się rozpaczliwie po okolicy, której
nawet nie kojarzyła, a co za tym idzie, nie czuła się w niej ani trochę
bezpiecznie. Wręcz przeciwnie, miała niepokojące wrażenie, że utknęła w pułapce bez wyjścia. Wszystkie światła w kamienicach były wyłączone,
jakby całe miasto nagle w strachu poszło spać. Chciała się rozpłakać z bezradności, jednak z całej siły próbowała tego uniknąć.
Carmen Clark uwielbiała tłumić w sobie emocje.
Zaczęła biec w nieznanym kierunku, a w międzyczasie bombardowała brata
niezliczoną ilością wiadomości, które nie miały najmniejszego sensu.
Zatrzymała się na rogu dwóch ulic, by James mógł ją bez problemu
znaleźć. Wydawało jej się, że uciekła wystarczająco daleko, dlatego
pozwoliła sobie wreszcie odetchnąć z ulgą. Docisnęła dłoń do drżącej
piersi, łapiąc w płuca spore ilości powietrza.
Słysząc niepokojący szelest, ponownie rzuciła spanikowanym spojrzeniem
wokół. Czuła strach, który bił w niej niczym drugie serce, gdy
wsłuchiwała się w towarzyszącą jej ciszę. Słyszała dokładnie swój
oddech, który zaczął się urywać, gdy ujrzała na horyzoncie wyłaniającą
się z mroku postać. Zupełnie tak, jakby ciemność oddała światu swoje
potomstwo o ludzkich kształtach. Nie dało się go nie zauważyć -
mężczyzny, który dorobił się charakteru. A do tego miał w sobie ten
ukryty smutek.
Zamknęła oczy i pokręciła głową.
Powtarzała w myślach, że to tylko sen lub nierealna wizja, która za
moment minie.
Ale nic takiego się nie stało, ponieważ był to jej najgorszy koszmar,
który dział się naprawdę, a ona odgrywała jedną z dwóch głównych ról.
4.
Wszystko w głowie Carmen krzyczało, że to
on.
Koszmar w ludzkiej skórze, z którym musiała się wreszcie zmierzyć.
Nabrała w płuca gwałtowny haust powietrza, jakby to był pierwszy i zarazem ostatni oddech, na jaki zasłużyła. Strach paraliżował każdy jej
zmysł, przez co znowu nie mogła się poruszyć. Odniosła wrażenie, że
wrosła w ziemię już na dobre, zapuszczając korzenie tak głęboko, jak
stare drzewo, którego nie da się przesadzić. W ciszy i bezruchu
obserwowała, jak dystans między nimi zmniejszał się w zastraszającym
tempie, aż wreszcie chłopak znalazł się tak blisko, że bez problemu
mógłby ją złapać.
Ale tego nie zrobił.
Smuga światła z mieszkania jednej z kamienic padła prosto na jego twarz,
tworząc na niej szachownicę światła i cienia. I wcale nie wyglądał tak
strasznie, jak zapamiętała. A może tylko sprawiał takie wrażenie. Ciemne
włosy pozostawił w nieładzie, jakby niedawno zmierzwił je w roztargnieniu ręką. Tym razem uśmiechał się - niegroźnie, wręcz
chłopięco, dzięki czemu w policzkach formowały się ledwie zauważalne
dołeczki. Przypominał upadłego anioła. Był niemal nienaturalnie
przystojny, niezapominany. Tylko w jego oczach wciąż pozostawało coś
niepokojącego. Coś, co idealnie nadawało się do odegrania roli sadysty,
mordercy, a przede wszystkim samego Lucyfera.
Z pewnością był jak przedwczesna zapowiedź śmierci. Już jednym
spojrzeniem sprawił, że przez głowę przeleciały jej wszystkie klatki z nędznego życia, a potem zobaczyła w odbiciu niebieskich oczu swoje
martwe ciało w kałuży krwi. Tyle miało po niej pozostać.
Z tą okropną wizją Carmen przymknęła powieki, zebrała się w sobie i zrobiła krok w tył.
- Twój samochód stoi po drugiej stronie budynku - odezwał się nagle,
burząc grubą ścianę milczenia, która stanowiła ostatnią przeszkodę
między nimi. Brzmiał nieco inaczej, niż sobie to wyobrażała. Znacznie
łagodniej i spokojniej, a jego głos nie był przesiąknięty złowieszczą
chrypą.
Kiwnęła głową na znak, że zrozumiała.
- Czekam na kogoś - mruknęła zbywająco, po czym zerknęła przez ramię z nadzieją, że na horyzoncie pojawi się jej brat. Niestety natknęła się
tylko na swój cień, na którym było widać, jak bardzo się trzęsła. Nie
wiedziała, czy to przez mróz, który ją przeszył, czy po prostu ze
strachu. Splotła ramiona pod piersiami, kuląc się w sobie, jakby dzięki
temu miała zniknąć. W odpowiedzi chłopak wyszczerzył się, ukazując
rządek zębów, z których jeden szczególnie się wyróżniał, bo przypominał
kieł brutalnego zwierzęcia. Mógłby z łatwością rozciąć aortę.
- Ja też - odpowiedział, poruszając swobodnie ramionami, a w myślach
dodał: na ciebie. Ale o tym nie musiała wiedzieć. Jeszcze. Wsunął
dłonie do kieszeni dżinsów, szukając breloczka, który zgubiła. -
Poczekamy razem?
Carmen zwróciła oczy ku czarnemu niebu. Za jakie grzechy?, miała
ochotę wydzierać się do osoby na górze, ale odpowiedź była oczywista.
Miała na sumieniu wiele, w tym jeden poważny grzech, i powoli
uświadamiała sobie, że może on, ten mroczny chłopak, był adekwatną do
tego uczynku karą.
- Sorka. Gdzie moje maniery? - kontynuował, drapiąc się po czubku głowy,
jakby było mu głupio, że popełnił taką wtopę. Później docisnął dłoń do
mostka i dorzucił wesoło: - Cześć, jestem Kai.
Ponownie uleciało z niej całe powietrze, gdy te trzy literki składające
się na jego imię wbiły się do umysłu niczym gwoździe do trumny. Było w nich coś owianego tajemnicą, przez co nie potrafiła skupić się na niczym
innym. Analizowała je długo, bo brzmiały dość znajomo, nim wpadła na
rozwiązanie zagadki.
- Kai jak... Malachai? - Niemal wypluła te słowa, jakby były trucizną,
którą przez przypadek połknęła. Miała wrażenie, że wyobraźnia płata jej
figle, że utknęła w serialu lub filmie, grając bohaterkę z nadprzyrodzonymi mocami. Bo jaka była szansa na to, że w głowie Carmen
to imię pojawi się zupełnie znienacka?
Skrzywił się, słysząc to, w jaki sposób wypowiedziała zlepek ośmiu
liter.
- Wystarczy Kai - burknął, przy czym zabrzmiał znacznie mroczniej. Mimo
tego kulturalnie wyciągnął do niej dłoń, ale nie była w stanie jej
uścisnąć. Na jego twarzy pojawił się grymas, a w oczach zalśnił cień
rozczarowania. Odniosła wrażenie, że staje się coraz bardziej
roztargniony i zirytowany.
Zapadła krępująca cisza.
Carmen czuła, jak ślizgał się wzrokiem po jej sylwetce, jakby była
ofiarą, którą zamierzał pożreć. Widziała to w jego oczach. Ten
niepohamowany głód i chęć dominacji, a oprócz tego wrodzoną pewność
siebie, która mogłaby zawładnąć całym światem. Obserwował długie,
ogniste włosy, które z powiewem wiatru wpadały jej do ust i plątały się
na rzęsach. Usta podkreślone czerwoną szminką. Zielone tęczówki pełne
lęku, który dawał mu poczucie przewagi.
Ona natomiast ponownie rozejrzała się niecierpliwie na boki, bo zabrakło
jej śmiałości, by dłużej mu się przyglądać - jakby jego widok mógł
wypalić oczy. W oddali zarysowała się męska sylwetka, która truchtem
zmierzała w ich kierunku. Gapiła się w to jedno miejsce z nadzieją, że
przyśpieszy czas. Pozwoliła sobie odetchnąć z ulgą, kiedy dotarło do
niej, że to Holden.
Zjawił się niczym anioł stróż.
- Ładnie cię proszę, Kai, jeden krok w tył! - rzucił w przestrzeń na
moment przed tym, jak sam wcisnął się między nich, udając ścianę. Dla
pewności ulokował dłoń na ramieniu brata, żeby w razie potrzeby łatwo go
powstrzymać. Dyszał ciężko, jakby przebiegł znacznie dłuższy dystans niż
w rzeczywistości, a kosmyki blond włosów niemal całkowicie przysłoniły
jego surową, wygiętą w grymasie niezadowolenia twarz. Odgarnął je do
tyłu wolną ręką.
Malachai posłusznie wykonał polecenie brata i bawiąc się w najlepsze,
uniósł dłonie na wysokość piersi w aktorskim popisie.
- Wyluzuj, Hol - mruknął, po czym strzepnął z siebie dłoń blondyna.
Kiedy sięgał do kieszeni spodni, patrzył prosto w oczy brata tak, jakby
chciał odczytać jego następne ruchy. Natrafił na foliowe papierki,
opakowanie gum do żucia i klucze do domu, nim poczuł między palcami
breloczek. - Chciałem tylko zwrócić jej własność.
Dyskretnym kiwnięciem brody wskazał na Carmen, która przyglądała im się
z szeroko otwartymi oczami. Podrzucił breloczek w powietrzu, kierując go
prosto w dłonie dziewczyny i z nonszalanckim uśmiechem spytał:
- To twoje, prawda?
Carmen chwyciła zawieszkę w ostatniej chwili. Obróciła przedmiot w dłoniach, przyjrzała mu się z każdej strony i z wrażenia otworzyła usta.
W tamtej chwili nie przejęła się nawet czerwoną smugą na krawędzi,
ponieważ w głowie miała tylko jedno pytanie.
Jakim cudem to trafiło w jego ręce?
Nie potrafiła się jednak odezwać, choć pragnęła poznać odpowiedź. Z błyskiem lęku w wąskich źrenicach zerknęła na równie zdezorientowanego
Holdena. On najwyraźniej też nie rozumiał, jak do tego doszło.
- Och, zapomniałem - odezwał się ponownie Kai. Zrobił krok w przód,
zmniejszając dzielący go od brata dystans, dzięki czemu mógł zacisnąć
palce na jego ramieniu, wbijając je boleśnie w ciało. Poczekał na
moment, w którym Holden obdarzy go spojrzeniem. Dopiero wtedy pochylił
się do niego tak, że ich twarze znajdowały się na tym samym poziomie i szepnął:
- Wiadomość z ostatniej chwili: prześcignąłem cię.
Holden patrzył na Kaia w taki sposób, jakby nie docierało do niego nic
prócz bicia serca.
- Sorka, Hol - westchnął z udawanym smutkiem. - Jest moja.
Jednym niesamowicie szybkim i sprawnym ruchem odepchnął brata tak, że
ten całkowicie nieprzygotowany na taki obrót wydarzeń zatoczył się w tył. Kai zyskał przewagę. Miał krótką drogę, na końcu której czekała na
niego słodka nagroda. Ruszył prosto na Carmen. Było w nim coś
nieludzkiego, kiedy sunął w jej kierunku niczym najstraszniejsza zjawa.
Instynktownie zaczęła się cofać. I jak na potwierdzenie jej domysłów,
wszechświat udowodnił, jak bardzo jej nienawidził. Patrząc prosto w oczy, które zdawały się płonąć gniewem, zahaczyła obcasem o nierówną
nawierzchnię. Runęła na asfalt, zdzierając skórę na dłoniach.
Kai syknął przez zaciśnięte zęby, jakby odczuł za nią ten ból.
- Pomogę ci wstać - zaproponował grzecznie. - Szkoda twoich pięknych
rączek.
Zaraz po tym na jego ustach ponownie zagościł uśmiech, który pochodził
prosto z piekła. Był już blisko. Wystarczyło, by się pochylił, złapał ją
i rzeczywiście pomógł podnieść się do pionu, choć nie była pewna, czy w tych okolicznościach ustoi o własnych siłach. Ale Holden jak zawsze
popsuł mu całą zabawę, ciągnąc go w tył. Później wyskoczył przed brata i naparł na niego, by zmusić go do ruszenia z miejsca, bo wydawało się, że
zastygł jak przepiękny posąg.
- Idziemy - wycedził blondyn, a następnie zerknął za siebie na
przerażoną dziewczynę. Była przesiąknięta strachem do tego stopnia, że
choć powinna się podnieść i zwiać, nie mogła się do tego zmusić.
Malachai w odpowiedzi zarechotał - histerycznie, głośno i gardłowo, co
tylko przyprawiło zmarznięte ciało Carmen o kolejne dreszcze. Z sercem
podchodzącym do gardła i tętnem wysoko ponad normą obserwowała pełne zła
oczy mężczyzny, które wbijały się w nią niczym sztylet.
- Możesz uciekać, ale przede mną się nie ukryjesz!
Jego głos niósł się po cichej okolicy. Słowa te utknęły w umyśle Carmen,
gdzie odbijały się echem. Zupełnie tak, jakby już zawsze miała je
pamiętać.
- Nie istnieje żaden sposób, byś zniknęła gdzieś, gdzie cię nie znajdę.
Zaśmiał się, ciężko oddychając. Bo chociaż stawiał niewielkie kroczki w tył, tak, jak chciał tego Holden, to wciąż napierał na brata, jakby za
moment miał mu się wyrwać i dokończyć swoje dzieło. Widziała nadal jego
zadowoloną twarz, choć stopniowo chowała się w cieniu, kiedy się
oddalali. Z każdą sekundą ich sylwetki się zmniejszały, a mimo to
wzdrygnęła się, gdy ciszę wokół przerwał niepokojący szept, odbijający
się od ścian budynków.
- Dogonię cię, kochanie.
A kiedy to zrobię, pomyślał rozmarzony, przepadniesz. Na zawsze.
Zamknęła oczy, odcinając się od tych wydarzeń. Otworzyła je po paru
sekundach, wmawiając sobie, że jest już zupełnie inną osobą - silną i nieustraszoną. Przewróciła się na kolana i powoli podniosła do pionu, bo
nie mogła wstać w inny sposób. Kiedy w kącikach oczu zalśniły jej
pierwsze łzy, oślepiło ją jasne światło. Odruchowo zakryła twarz ręką,
gotowa bronić się przed jego atakiem.
- Wsiadaj, robaczku. - Słysząc znajomy głos, przejechała wierzchem dłoni
po twarzy, ścierając z niej ostatnie oznaki po swoich słabościach.
Robiła wiele, byle nie wyglądać na przestraszoną, choć jej białka nadal
były zaczerwienione.
Gdy przyzwyczaiła się do światła, dostrzegła, że za kierownicą siedział
Cameron.
Chciała odetchnąć z ulgą, ale ze stresu powietrze wciąż stawało jej w gardle. Pośpiesznie zajęła miejsce pasażera i zatrzasnęła za sobą drzwi.
Trzy razy upewniła się, czy aby na pewno nikt z zewnątrz nie będzie w stanie ich otworzyć. Czekała, aż ruszą z miejsca, ale auto wciąż stało.
James wrzucił bieg na luz, posyłając jej niepewne spojrzenie.
- Jedno pytanie. Szczera odpowiedź. Dobra? - mruknął bez przekonania.
Kiwnęła głową, chociaż nie miała ochoty opowiadać, dlaczego jest w takim
stanie. - Wpakowałaś się znowu w jakieś gówno?
Uniósł się. Może niepotrzebnie, ale wmawiał sobie, że po prostu się
martwi. Postanowił się uspokoić, gdy ujrzał jej zaszklone oczy.
Uśmiechnął się pokrzepiająco z nadzieją, że Carmen to odwzajemni. Nie
doczekał się tego. Potrząsnęła natychmiast głową, bo nie potrafiła się
odezwać, jakby niewidzialna siła ściskała ją za gardło.
- Dlaczego więc jesteś na celowniku Kaia Yordana?
Zastanawiała się, jakim cudem znało go całe miasto z wyjątkiem jej. Ona
nie miała pojęcia o jego istnieniu, dopóki przypadkiem nie stanęła mu na
drodze. Mogłaby nazywać to przeznaczeniem.
- Znasz go? - krzyknęła zupełnie nieplanowanie. Nagle uderzyła w nią
fala gorąca, a serce na nowo zaczęło niespokojnie odbijać się od żeber,
jakby planowało je połamać.
- Tylko z opowieści - westchnął słabo, naginając prawdę. - Krąży wiele
historii...
Carmen wolała o nich nie słuchać, więc machnęła ręką na znak, że ich
rozmowa dobiegła końca. Wcisnęła się mocniej w fotel. Mętnym wzrokiem
wpatrywała się w krajobraz, który zmieniał się za szybą, zastanawiając
się, czy kiedykolwiek uda jej się uwolnić. Po dłuższej chwili wraz z bólem głowy wniosek nasunął się sam.
Nie podda się bez walki.
Drzwi od salonu tatuażu ponownie otworzyły się z upiornym skrzypnięciem,
a już sekundę po tym do środka wpadł Malachai. Zachwiał się na nogach,
ale dzięki temu, że przytrzymał się ściany, nie upadł na kolana.
Odwrócił się przez ramię, poprawiając jednocześnie wygnieciony materiał
bluzy, i posłał bratu gniewne spojrzenie.
Holden deptał mu po piętach, jakby zmienił się w jego cień.
Napięcie niczym deszczowe chmury wisiało nad nimi już od dawna, ale w tamtej chwili Carter Evans odniósł wrażenie, że za moment zaleje ich
śmiertelny deszcz w kolorze krwi. Odczuł kłopoty w kościach, a ich opary
osiadły na jego płucach. Zerknął na kolegów z uniesionymi brwiami,
oczekując wyjaśnień.
Niewiele sobie z tego zrobili. Olali go, jakby był tylko powietrzem.
Wciąż stali w przejściu, mierząc się wzrokiem, a z ich jasnych oczu
niemal leciały iskry, które mogłyby podpalić cały budynek.
Odchrząknął, jednak to też nie sprawiło, że zwrócili na niego uwagę.
- Wyglądacie tak, jakbyście chcieli się pozabijać - stwierdził
oczywistość. Nie było w tym nic nowego. Tacy już byli. Raz na jakiś czas
musieli skoczyć sobie do gardeł, żeby później skakać za sobą w ogień.
Podniósł się z obrotowego krzesełka. Pchnął je nogą, przez co przesunęło
się parę centymetrów w bok. Najpierw przyjrzał się Kaiowi. Jego zmrużone
oczy i zaciśnięte usta nie zwiastowały nic dobrego. Zawsze tak wyglądał,
gdy rozsadzał go gniew. Carter przeniósł spojrzenie na starszego z braci
- na napięte mięśnie twarzy i gwałtownie unoszącą się, a następnie
ciężko opadającą klatkę piersiową. To była rzadko spotykana odsłona
Holdena, która wskazywała na to, że Malachai przekroczył granice jego
opanowania. To Holden jako pierwszy odwrócił wzrok. Kai momentalnie
uczynił to samo, jakby próbował naśladować ruchy brata.
- Czy zabicie członka rodziny za utrudnianie zadania jest legalne? -
zastanawiał się na głos Malachai. Holden z bezradności docisnął dłonie
do twarzy i odchylił ją w tył. Carter natomiast zdołał jedynie cichutko
wydusić imię przyjaciela w upominający sposób. - Nie? A powinno być.
Kai potrząsnął głową na boki, po czym trącił Holdena w bark.
- To była ona! - jęknął. - Znalazłem ją!
- Nie! - ryknął Holden, a swoim podniesionym tonem zbił pozostałą dwójkę
z tropu. Rzadko tak bardzo się unosił. Zazwyczaj następowało to w sytuacjach, gdy Kai porządnie zalazł mu za skórę. - To ona niefortunnie
znalazła ciebie! Miała pecha, bo ze wszystkich miejsc w tym gównianym
mieście wybrała akurat to, w którym się pojawiłeś!
Malachai westchnął ze znudzenia. Odchylił głowę na lewo tak, jakby
zamierzał oprzeć ją o bark. Spojrzał ku górze, aż jego białka zadrżały.
Rozważał, czy drzemka będzie odpowiednim wyjściem, bo wszystko
wskazywało na to, że monolog Holdena pełen wyrzutów może potrwać jeszcze
długo. A on naprawdę miał już dość tych pouczających wywodów. Zawsze
brzmiały bardzo podobnie.
- Nazwałbym to...
- Błagam, tylko nie pierdol o przeznaczeniu - westchnął załamany Holden,
nim Kai zdołał dokończyć swoją wypowiedź. Ale to właśnie miał na myśli.
To słowo idealnie tłumaczyło to, że los ponownie splątał ich drogi.
- Dlaczego ci tak zależy, Hol? - spytał Kai, wyrzucając z siebie to, co
krążyło mu po głowie. Nie rozumiał motywacji brata względem obcej
dziewczyny. Zmrużył oczy i wbił analityczne spojrzenie w twarz Holdena.
Patrzył na niego w milczeniu, próbując połączyć kropki, dopóki nie
drgnęła mu powieka. A to było niemal jak niemy okrzyk "Bingo!". - Och,
serduszko zabiło mocniej? Jest w twoim typie. Wygląda trochę jak...
- Nie wymawiaj tego imienia - wtrącił Holden, a wraz z ostatnim słowem
jego dotąd pewny głos najzwyczajniej się załamał. Niebieskie oczy
zamieniły się w ocean smutku. Wbijał w brata błagające spojrzenie, choć
doskonale wiedział, że niewiele tym zdziała.
- Jak jej było? - mruknął Kai, robiąc zamyśloną minę. Zerknął na
Cartera, jakby oczekiwał, że mu podpowie, ale ten tylko odwrócił wzrok.
Nie chciał się w to mieszać, to był zakazany temat. Poza tym atmosfera i bez tego była już gęsta, a z każdą kolejną sekundą odnosił dziwaczne
wrażenie, że ściany budynku zaczynają się do nich przybliżać.
- Selene, no tak! - krzyknął Malachai, klaszcząc z podekscytowania w dłonie. - Szkoda, że spotka ją podobny los.
To wystarczyło, aby Holden stracił resztki cierpliwości. Nim zdążył
pomyśleć, stał już pod ścianą, dociskając drżące ze śmiechu ciało Kaia
do ściany. To była prowokacja. Wiedział to doskonale, a jednak dał się
podejść. Kiedy nieco oprzytomniał, postawił krok w tył, luzując uścisk
na ubraniach brata. W zamian zacisnął dłonie w pięści tak mocno, że
poczuł paznokcie wbijające się w skórę.
- Myślisz, że ona też wpadnie ci do łóżka, jak ją obronisz? - prychnął
ciemnowłosy, spinając łopatki, bo po zderzeniu ze ścianą trochę
rozbolały go plecy.
- Odpuść, Kai - szepnął z boku Carter, postanawiając, że to odpowiedni
moment, by przerwać tę bezsensowną kłótnię. Stał w bezruchu i starał się
nawet na ułamek sekundy nie spuszczać ich z oka. Obawiał się, że jeśli
przestanie na nich patrzeć, to prędko wywołają kolejną wojnę światową.
Właściwie nie wiedział, co powinien o tym wszystkim myśleć. Był
pośrodku. Żaden wybór nie wydawał się odpowiedni.
Dlatego, odkąd pamiętał, tkwił między "dobrym Holdenem" a "złym
Malachaiem".
- Nie tak mieliśmy się nią zająć, braciszku - zadrwił Kai, trącając
brata w ramię. Holden pokręcił głową, zagryzając usta. Powtarzał sobie,
że w tej sytuacji tylko spokój go uratuje, ale do spokoju miał już za
daleko.
- A jak chciałeś się nią zająć? - rzucił z irytacją w głosie. -
Malachai?
Wypowiedzenie tego imienia zadziałało tak, jak przypuszczał. Kai zadarł
głowę i wbił w niego spojrzenie pełne pogardy. Zacisnął zęby na dolnej
wardze, tłumiąc w sobie złowieszczy pomruk, i napiął szczękę tak, jakby
sprawdzał, jak długo wytrzyma pod naciskiem.
- Srak.
Kai nie byłby sobą, gdyby nie wyszczerzył się triumfalnie. Spojrzał na
starszego brata, ale nie mógł zbyt długo na niego patrzeć, ponieważ coś
zaczęło piec go w klatce piersiowej. Zerwał się gwałtownie z miejsca.
Zrobił pierwszy krok, a potem kolejny i kolejny, jednak Holden nie
zamierzał tak łatwo go puścić. W ostatniej chwili uczepił się jego
nadgarstka.
Kai zatrzymał się, ale nie potrafił się odwrócić.
- Gdzie idziesz? - spytał Holden tonem zapożyczonym od ich ojca.
- Po nią - odpowiedział natychmiast, jakby tylko na to czekał. Dopiero
wtedy zerknął za siebie, żeby ujrzeć reakcję brata. Jego uśmiech rósł
proporcjonalnie do tego, jak usta Holdena opadały w smutny łuk. Kai
zaśmiał się z nadzieją, że rozładuje tym atmosferę i wymruczał:
- Żartowałem. Teraz twoja kolej.
Klepnął Holdena w ramię, jakby niemo chciał przekazać "Dasz radę".
Wyszedł na zewnątrz. Nie był ani smutny, ani szczęśliwy.
Po prostu był i ta myśl go niszczyła.
5.
Malachai Yordan uwielbiał być w centrum
uwagi, bo czuł się wtedy niezniszczalny.
Z tego powodu miał w klubie szczególne miejsce: prywatną lożę nad
głowami imprezowiczów, z której mógł w spokoju nadzorować wszystko to,
co działo się pod jego nosem. Z obojętną miną obserwował wirujący do
głośnej muzyki tłum. To była nudna impreza. Nie niosła za sobą żadnych
doznań, więc postanowił, że rozrywkę zafunduje sobie sam.
Uderzając podeszwą buta o czarne płytki, wystukiwał rytm piosenki.
Kręcił głową na boki, poszukując wśród nieznajomych ludzi odpowiedniej
osoby. Nie mogło paść na byle kogo. Musiał mieć chociaż najbardziej
błahy powód, by działać. Niewinnych nie tykał, bo to byłoby nudne.
Wodził uważnym wzrokiem po całej sali. Mijały sekundy, które zmieniały
się w minuty, doprowadzając go niemal do szaleństwa.
I wtedy ich zobaczył - dwóch szarpiących się małolatów. To mu
wystarczyło. Lepsza okazja tego wieczoru mogła się nie trafić.
Wsunął dłoń do szarych dżinsów i uśmiechnął się rozanielony, wyczuwając
pod palcami nóż. Jego wyobraźnia zaczynała pracować na najwyższych
obrotach, podkręcając w nim ekscytację. Odwrócił się na pięcie, ruszając
w stronę drzwi, ale momentalnie się zatrzymał, bo ktoś już stał w ich
progu. Dziewczyna. Szczupła i zgrabna, o oliwkowej karnacji, ciemnych
oczach i czarnych, falujących włosach, które opadały na piersi.
- Masz gościa, kotek - oznajmiła uprzejmie Sybil. - Strasznie
niecierpliwy.
Trochę go tym zainteresowała.
Zaczął zastanawiać się, kto był na tyle bezczelny, by mu przerywać.
- Zaskocz mnie - mruknął bez ekscytacji, po czym zrezygnowany opadł na
kanapę. Przyglądał się w milczeniu, jak jej opięte skórzanymi spodniami
biodra kołysały się, a pasma włosów podskakiwały, kiedy poruszała się z gracją, nim zniknęła na korytarzu.
Rozłożył szeroko ramiona na oparciu kanapy. Odchylił głowę, dzięki czemu
mógł obserwować mieniące się na suficie światła w najróżniejszych
kolorach. Czekał, choć czekać nienawidził. Udało mu się doliczyć do
trzynastu i właśnie wtedy w pomieszczeniu na powrót rozległ się
charakterystyczny stukot szpilek.
Sybil szła jako pierwsza, ciągnąc za sobą cherlawego chłopaka.
Wystarczyło jedno spojrzenie. Poznał go od razu po mozolnym chodzie,
irytującym szuraniu butów, jakby nie miał siły unosić stóp, oraz po
rezygnacji malującej się na młodej twarzy. Czerwono-zielona koszula w kratę falowała z każdym ruchem, a kolczyk w uchu przechwytywał światła.
Malachai był pod wrażeniem jego odwagi. Tego, że po tym wszystkim był
gotowy stanąć z nim twarzą w twarz, a to mógł już uznać za wyczyn. Innym
rzadko się to udawało.
- James, James, James - westchnął, powtarzając to imię, jakby miało
specjalne znaczenie. Potrząsnął głową z uznaniem i wygiął usta w grymas
pełen zachwytu. Klasnął nawet w dłonie, by podkreślić, jak bardzo
uradowało go to spotkanie. - Zastanawiałem się, kiedy mnie odwiedzisz.
Wróciłeś z moją kasą?
Chłopak zaprzeczył ruchem głowy. Sam nie wiedział, skąd wziął w sobie
odwagę, by dobrowolnie stawić się jak na zawołanie u samego diabła,
wisząc mu sporą sumkę za narkotyki, które obiecał opchnąć po znajomych,
a które w zamian wylądowały w toalecie, gdy wpadły w ręce Michaela
Clarka. Dlatego wiedział, że ratunku u ojca nie znajdzie. Pozostała mu
tylko Carmen.
- Szkoda - rzucił z udawanym przejęciem Kai. - Teraz będę musiał zrobić
ci krzywdę.
Słysząc te słowa, James wbił w niego zlęknione spojrzenie. W jego
zielonych oczach pojawiła się jeszcze większa panika, gdy dojrzał, że
Kai ze znudzeniem obraca w dłoni nóż, choć wciąż nawiązywali kontakt
wzrokowy. Przełknął powoli ślinę, która parzyła przełyk. Powtarzając
sobie, że da radę, odsunął gwałtownie puf i usadowił się na nim.
- Przegadajmy to - powiedział z pewnością w głosie, której sam się po
sobie nie spodziewał. Kaia też to zaskoczyło, bo momentalnie zaprzestał
zabawy z ostrym narzędziem i odłożył je na stół. Pochylił się do Jamesa,
opierając łokcie na kolanach, i złączył dłonie.
- Minuta - stwierdził Malachai. - Ty gadasz, ja słucham.
James kiwnął głową, a na jego twarzy pojawiła się ulga, dlatego Kai
dorzucił z powagą:
- Potem pozwolę ci zdecydować, jak chcesz pocierpieć.
Mina chłopaka momentalnie zrzedła, a nikły uśmiech rozpłynął się w trymiga.
- Nawaliłem. Wiem - zaczął drżącym głosem. Zupełnie bez przekonania.
Z tego powodu Kai przestał zwracać na niego większą uwagę. Zerknął na
dziewczynę, która przyglądała im się z boku i skinieniem głowy zachęcił
ją, by podeszła bliżej. Sybil usiadła przy nim, kładąc dłoń na jego
kolanie. Zarzuciła nogę na nogę i również obserwowała chłopaka, który z każdą sekundą wyglądał na coraz bardziej zestresowanego.
Ta publika go peszyła. Liczył na spotkanie z jedną osobą. Więcej gapiów
nie potrzebował.
- Wiesz, że straciłem towar. Nie mam twojej kasy - przerwał,
dostrzegając, jak Kai niecierpliwie zerka na zegarek zdobiący
nadgarstek. Nudził się. Widział to w jego jasnych oczach. I jak na
potwierdzenie tego z ust Malachaia wydostało się ziewnięcie, które choć
pozornie niewinne, okazało się zwiastunem kłopotów.
Już sekundę później James niemal wyłożył się na stole, gdy Kai pociągnął
go ku sobie za rękę. Jedną dłonią podsunął rękaw koszuli chłopaka do
łokcia, a drugą stabilnie i mocno dociskał do blatu, utrudniając
jakikolwiek ruch. Zgarnął swój nóż motylkowy i dla zabawy zaczął wciskać
ostrze w szpary między palcami Camerona.
James zerknął na Sybil, szukając w niej ratunku, ale tylko wzruszyła
ramionami.
- Który palec? - zastanawiał się na głos Kai. Posłał spojrzenie
dziewczynie obok, czym oddał decyzję w jej ręce. Uśmiechnęła się, po
czym przycisnęła się bardziej do jego boku i zerknęła na stół. Wydęła
usta, udając zamyślenie, gdy Kai stukał płaską częścią noża o każdy
palec po kolei, jakby prezentował wszystkie opcje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki