MALACHAI. Malachai: Ofiara - Karolina Dominiak

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (34,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

0.

Carmen Clark natar­czy­wie i wręcz obse­syj­nie sku­bała pla­ster na palcu wska­zu­ją­cym. Był brudny i lepki, choć przy­kle­iła go zale­d­wie parę godzin wcze­śniej. Odkle­jał się z jed­nej strony, ale posta­no­wiła, że go nie ścią­gnie. Przy­naj­mniej dopóki nie wróci do domu. Zdą­żył też do cna prze­mok­nąć, podob­nie jak jej ubra­nia, kiedy w naj­gor­szym desz­czu cze­kała na pociąg, który jak zwy­kle nie przy­je­chał na czas.

Spóź­nił się pechowe trzy­na­ście minut.

O godzi­nie dwu­dzie­stej cztery był wypeł­niony po brzegi. Ubra­nia prze­mo­czo­nych pasa­że­rów paro­wały. Okna zostały uchy­lone, by wpu­ścić do środka cho­ciaż odro­binę rześ­kiego powie­trza, a mimo to nad gło­wami wciąż uno­sił się nie­przy­jemny zapach mie­sza­niny naj­róż­niej­szych per­fum, papie­ro­sów i potu.

Była na sie­bie zła, może nawet wście­kła za to, że rano nie zabrała para­solki, cho­ciaż zapo­wia­dało się na obe­rwa­nie chmury. Czuła się tak, jakby ktoś wylał na nią kubeł zim­nej wody. Dżin­sowe spodnie z wyso­kim sta­nem jesz­cze bar­dziej przy­le­gały do ud, a biała baweł­niana bluzka stała się krę­pu­jąco prze­świ­tu­jąca. Z tego powodu doci­skała do piersi czer­woną skó­rzaną torebkę, w któ­rej wciąż dzwo­nił i dzwo­nił tele­fon.

Car­men nie miała szans spraw­dzić, kto tak bar­dzo chce się z nią skon­tak­to­wać. Led­wie sekundę po tym, jak z tru­dem wycią­gnęła tele­fon, pociąg zatrzy­mał się gwał­tow­nie na przed­ostat­niej sta­cji, przez co komórka wyśli­zgnęła jej się z rąk. Pochy­liła się nie­chęt­nie, przy­pad­kowo ocie­ra­jąc się przy tym o męż­czy­znę obok. Gdy posy­łał Car­men zde­gu­sto­wane, obu­rzone spoj­rze­nie, meta­lowe drzwi roz­su­nęły się z nie­zno­śnym piskiem.

Stała do nich przo­dem, przez co zaci­na­jący deszcz ude­rzał w jej twarz. Ludzie prze­py­chali się, sztur­chali ją w ramiona, wymie­niali nie­po­chlebne spoj­rze­nia i prze­kleń­stwa, jed­nak nie zwra­cała na to uwagi - ponie­waż kiedy tylko ponow­nie się wypro­sto­wała, doj­rzała w oddali syl­wetki trzech męż­czyzn. Stali w dość dys­kret­nym miej­scu - tuż przy opusz­czo­nych kon­te­ne­rach, dla­tego na pierw­szy rzut oka trudno było ich zauwa­żyć. Może z tego wła­śnie powodu spie­szący się pasa­że­ro­wie, któ­rzy krę­cili się po sta­cji, nie zdo­łali ich doj­rzeć. Ale Car­men nie­for­tun­nie spoj­rzała w tam­tym kie­runku.

Nie wie­działa, co mieli w sobie takiego, że nie potra­fiła ode­rwać od nich wzroku, choć naprawdę chciała. Może cho­dziło o tę ciemną aurę, która się wokół nich uno­siła i z którą, bądź co bądź, sama miała wiele wspól­nego. A może o fakt, że wyda­wali się znacz­nie cie­kawsi niż towa­rzy­stwo w pociągu. Byli podob­nego wzro­stu, ale jeden z nich się wyróż­niał, ponie­waż był po pro­stu pełen mroku i zara­zem bar­dzo wyraźny. Jakby grał główną rolę. Pozo­stała dwójka odgry­wała boha­te­rów dru­go­pla­no­wych.

Z zacie­ka­wie­nia wytę­żyła wzrok i dostrze­gła jesz­cze jedną osobę. Ktoś w sku­lo­nej pozy­cji leżał na ziemi.

I wcale jej się to nie spodo­bało.

Serce Car­men momen­tal­nie pode­szło do gar­dła. Nie wie­działa, czy powinna tylko stać w ciszy, czy zacząć roz­pacz­li­wie wołać o pomoc. Dobiegł do niej znie­kształ­cony krzyk jed­nego z nich; tego, który naj­bar­dziej przy­ku­wał uwagę. Brzmiał groź­nie, wład­czo i sta­now­czo. Widziała jego twarz, ale było zbyt ciemno, a oni stali zbyt daleko, aby mogła dostrzec wię­cej szcze­gó­łów.

Jedno było pewne - uśmie­chał się, a uśmiech ten już na pierw­szy rzut oka wywo­ły­wał dresz­cze w dole krę­go­słupa i na zawsze zapa­dał w pamięć. Białe, lśniące w nikłym świe­tle latarni kły szcze­rzyły się w naj­bar­dziej aro­gancki spo­sób, jaki mogła sobie wyobra­zić. Poru­szał się z wro­dzoną pew­no­ścią sie­bie. Nawet gdy się­gał po coś zza paska spodni.

Źre­nice Car­men roz­sze­rzyły się nie­na­tu­ral­nie, jakby ktoś wstrzyk­nął do jej orga­ni­zmu adre­na­linę, gdy ze znacz­nym opóź­nie­niem dotarło do niej, że męż­czy­zna okrę­cał na wska­zu­ją­cym palcu pisto­let. Wyglą­dał na kogoś, kto wie, jak obcho­dzić się z bro­nią, kiedy prze­cha­dzał się wokół niczym dra­pież­nik nad upo­lo­waną ofiarą.

W końcu od nie­chce­nia wyce­lo­wał w leżącą postać.

Zamknęła oczy i instynk­tow­nie odwró­ciła głowę. Zakryła uszy, gotowa na gło­śny dźwięk wystrzału, który mógłby zwa­lić ją z nóg, ale nic takiego nie nade­szło. Wokół na­dal pano­wała para­li­żu­jąca cisza, a jedy­nym odgło­sem były cha­otyczne ude­rze­nia jej prze­ra­żo­nego serca. Strach tkwiący głę­boko w niej pod­po­wia­dał, by nie otwie­rała oczu, by prze­cze­kała to tak, jakby nic się nie stało. Ze stresu żołą­dek skur­czył się do takiego stop­nia, że Car­men miała ochotę zwy­mio­to­wać.

Powta­rza­jąc sobie, że od dawna nie ma w niej tej prze­stra­szo­nej dziew­czynki, którą była kie­dyś, zde­cy­do­wała się otwo­rzyć oczy.

Ktoś krzy­czał.

Ktoś ude­rzał.

Ktoś się bro­nił.

Ktoś strze­lał.

Wszystko działo się za szybko i zbyt inten­syw­nie, by mogła zare­je­stro­wać każdy ruch oraz osobę za niego odpo­wie­dzialną. Była pewna tylko tego, kto wystrze­lił - facet, który wyglą­dem coraz bar­dziej przy­po­mi­nał dia­bła w ludz­kiej postaci, jakby stop­niowo się w niego prze­ista­czał. Odwró­cił głowę, a spoj­rze­nie jego pustych oczu obie­gło jej syl­wetkę od stóp do głów, aż poczuła się cał­ko­wi­cie obna­żona. Uśmiech­nął się zło­wiesz­czo, uniósł dłoń i poma­chał w jej kie­runku, falu­jąc pal­cami.

On też ją widział. Mogła łudzić się, że tak nie było, ale tym gestem tylko to potwier­dził.

Tak jak przy­pusz­czała, to nie on bru­dził sobie ręce pospo­li­tymi spra­wami. Szep­nął coś do jed­nego z chło­pa­ków, który momen­tal­nie zaczął biec w kie­runku pociągu. To działo się naprawdę. Pry­watny kosz­mar Car­men Clark. Jakby w życiu bra­ko­wało jej nie­szczęść.

Zalała ją fala sła­bo­ści. Pani­ko­wała tak bar­dzo, że powoli tra­ciła umie­jęt­ność swo­bod­nego oddy­cha­nia. W gło­wie Car­men wszystko świe­ciło na czer­wono, wszystko krzy­czało i wszystko zamie­niało się w wykrzyk­niki. W ustach miała tylko jedno słowo. Nie! NIE! Nie, nie, nie i jesz­cze raz nie!

To nie mogło dziać się naprawdę. A jed­nak, gdy tylko dys­kret­nie uszczyp­nęła się w rękę, wciąż miała przed sobą ten sam widok. Rozej­rzała się roz­pacz­li­wie na boki i zorien­to­wała się, że została sama w wago­nie. Modliła się w duchu, żeby kon­duk­tor zamknął te prze­klęte drzwi, nim sama dołą­czy do osoby wykrwa­wia­ją­cej się na chod­niku.

Bacz­nie obser­wo­wała syl­wetkę chło­paka. Z każdą sekundą znaj­do­wał się coraz bli­żej. Instynk­tow­nie cof­nęła się, przez co wpa­dła na okno po dru­giej stro­nie. Zaci­snęła spo­cone ze stresu dło­nie na meta­lo­wej barierce, bo wyda­wało jej się, że za moment zemdleje. Kolana ugięły się pod nią, nie mając siły dłu­żej utrzy­my­wać cię­żaru ciała. Krew w jej uszach szu­miała inten­syw­nie, jakby czaszka miała eks­plo­do­wać.

Cały czas na niego patrzyła. Był już tak bli­sko, nie­mal na wycią­gnię­cie ręki...

I wtedy drzwi zaczęły się zasu­wać. Ode­tchnęła z ulgą, jed­nak w powie­trzu wciąż uno­sił się nie­po­kój. Nie czuła się bez­piecz­nie. Ani tro­chę. Nawet jeśli dobiegł do drzwi w tej samej sekun­dzie, w któ­rej się zamknęły. Na gło­wie miał kap­tur, który przy­sła­niał połowę jego twa­rzy, przez co nie widziała żad­nych szcze­gó­łów. Prócz oczu. One błysz­czały w ciem­no­ści. W przy­pły­wie zło­ści ude­rzył pię­ścią w szybę, bez­gło­śnie krzy­cząc.

Ostat­nią rze­czą, którą zoba­czyła przed odjaz­dem, był krzyż na jego dłoni.

Skrzyp­nię­cie, zgrzyt i pisk - pociąg ruszył, a on znik­nął jej z oczu.

Miała nadzieję, że już na zawsze.

1.

Nie kon­tro­lo­wała się.

Nogi same zapro­wa­dziły ją pod odpo­wiedni adres. Ręce drżały tak bar­dzo, że z tru­dem udało jej się wci­snąć klucz w zamek i choć sta­rała się nim krę­cić, coś było nie tak. W gło­wie Car­men kotło­wało się tak wiele myśli, że dopiero po upły­wie paru chwil zaczęła racjo­nal­nie myśleć. Chwy­ciła klamkę, by spraw­dzić swoją teo­rię.

Otwarte.

Tylko jakim cudem? Zamy­kała je. Na pewno. Zawsze spraw­dzała dwa razy. Nie­pew­nie pchnęła drzwi, zaglą­da­jąc do środka. Kory­tarz był jak ciemna próż­nia, ale w jed­nym z pokoi paliło się nikłe świa­tło, co potwier­dzało teo­rię, że ktoś jest w środku. Prze­łknęła ner­wowo ślinę, która sma­ko­wała stra­chem, i posta­wiła pierw­szy nie­pewny krok. Z szafki na buty zgar­nęła doniczkę z uschnię­tym kwiat­kiem.

Szła przed sie­bie z dum­nie unie­sio­nym pod­bród­kiem. Była silną kobietą wycho­waną przez wpły­wo­wego męż­czy­znę. Odzie­dzi­czyła wiele jego cech, głów­nie tych złych, ale dzięki temu jakoś radziła sobie w życiu. I zamie­rzała też sta­wić czoła cza­ją­cym się w pod­świa­do­mo­ści lękom. Im bli­żej pokoju się znaj­do­wała, tym wyraź­niej sły­szała, że ktoś kro­czy w jej stronę.

Zatrzy­mała się i zamarła z unie­sioną dło­nią - gotowa do ataku. Doniczka jed­nak wyśli­zgnęła jej się z dłoni i roz­trza­skała się na pane­lach z nie­przy­jem­nym dla uszu dźwię­kiem, w chwili, kiedy obok poja­wiła się męska syl­wetka. Car­men zamru­gała gwał­tow­nie. Zamiast nie­po­ko­ją­cego uśmie­chu, któ­rego się spo­dzie­wała, dostrze­gła lekko zadarte w łagodny spo­sób kąciki ust, co pozwo­liło jej ode­tchnąć z ulgą.

To nie był żaden z tych chło­pa­ków.

Stał przed nią James Came­ron Clark, jej brat, czło­wiek, który miał nie­ty­pową zdol­ność - zni­kał z dnia na dzień, by powró­cić w wiel­kim stylu, kiedy bra­ko­wało mu pie­nię­dzy na prze­ży­cie. I cho­ciaż usil­nie pró­bo­wała przy­po­mnieć sobie, kiedy widziała go ostatni raz, nie potra­fiła. Może było to poprzed­niej zimy, a może wcze­śniej. W każ­dym razie uciekł na bar­dzo długo. Tak długo, że trudno było się przy­zwy­czaić do jego nowego wyglądu, który spra­wiał, że pre­zen­to­wał się bar­dziej groź­nie. Przez moment nawet nie widziała w nim wła­snego brata, tylko zupeł­nie obcego faceta.

Przy­glą­dała się więc uważ­nie wszyst­kim szcze­gó­łom, szu­ka­jąc w nim cze­goś zna­jo­mego. Ale wszystko wyda­wało się nowe - uro­sły mu włosy i w mod­nym stylu wygo­lił je po bokach, ubie­rał się jakoś ina­czej, stwier­dzi­łaby, że bar­dziej luzacko, jakby na dobre zwiał spod ręki ojca i tym samym prze­stał być ele­gan­ci­kiem; miał też kol­czyk w uchu sym­bo­li­zu­jący bunt. W ciszy zasta­na­wiała się, czy zmie­nił się rów­nież z cha­rak­teru. Wciąż był lek­ko­du­chem? Na­dal dbał o nią pomimo drob­nych kon­flik­tów, czy kom­plet­nie o niej zapo­mniał? I przede wszyst­kim, czy w ogóle będą w sta­nie choć w nie­wiel­kim stop­niu znów doga­dy­wać się jak kie­dyś?

On nato­miast wle­piał w nią zie­lone oczy w kształ­cie mig­da­łów. Ścią­gnął zaro­śnięte brwi w jedną linię. Wie­dział, że jest zła. Dosko­nale znał jej reak­cje - a teraz zaci­skała mocno usta, aż skóra wokół nich zro­biła się biała.

- Powi­ta­nie na miarę Clar­ków, robaczku - ode­zwał się jako pierw­szy, prze­czu­wa­jąc, że sio­stra nie jest w sta­nie wydu­sić choćby słowa, ponie­waż trwała w bez­ru­chu z lekko roz­chy­lo­nymi ustami i zdzi­wie­niem wyma­lo­wa­nym na twa­rzy. Nie spo­dzie­wała się go. Ani teraz, ani w ogóle. Była pewna, że tym razem wyje­chał na dobre.

Car­men też nie spusz­czała z niego wzroku, jakby nie dowie­rzała, że to naprawdę on.

- Nie cie­szysz się na mój widok? - rzu­cił roz­ba­wiony, po czym roz­ło­żył sze­roko ramiona. Gra­na­towa koszula w kratę, którą miał na sobie, zafa­lo­wała pod wpły­wem tego ruchu. Cze­kał trzy sekundy, nim dotarło do niego, że Car­men nie wpad­nie mu w obję­cia. Wzru­szył więc ramio­nami i wci­snął dło­nie w kie­sze­nie dre­sów, żeby wyglą­dać bar­dziej luzacko.

Pró­bo­wała się uśmiech­nąć, bo obec­ność Jamesa cie­szyła ją jak ni­gdy wcze­śniej, ale nie potra­fiła. Wyszedł z tego tylko krzywy gry­mas. Po jej policz­kach spły­wał czarny tusz, a wil­gotne ubra­nia na­dal cia­sno przy­le­gały do ciała. Była obra­zem nędzy i roz­pa­czy i w niczym nie przy­po­mi­nała już Car­men Clark, jaką zapa­mię­tał.

- Car­men, co się dzieje? - W jego gło­sie poja­wiła się szczera tro­ska, jakby już sam jej widok pod­po­wie­dział mu, że coś jest nie tak. Wzru­szyła ramio­nami. Spró­bo­wała go wymi­nąć bez zbęd­nych słów, ale w porę ucze­pił się jej ramie­nia. Byli podob­nego wzro­stu, kiedy nosiła szpilki, więc od razu nawią­zali kon­takt wzro­kowy. - Mów. Albo dzwo­nię do ojca.

Car­men par­sk­nęła śmie­chem, prze­ko­nana, że tylko żar­tuje, bo z tatą miał mniej wspól­nego niż ona - prze­cież zawsze spra­wiał więk­sze pro­blemy, pako­wał się w nie­wła­ściwe towa­rzy­stwo i podej­mo­wał naj­gor­sze dla sie­bie decy­zje. Dla­tego czę­ściej się kłó­cili, niż nor­mal­nie roz­ma­wiali. Ale James Came­ron wyda­wał się zbyt poważny na żarty. Chyba naprawdę mógłby na nią donieść. Uniósł brwi wycze­ku­jąco i jed­no­cze­śnie wolną dło­nią popra­wił krysz­ta­łowy kol­czyk w lewym uchu. Odchrząk­nął gło­śno.

Mil­czała. I mil­czeć chciała już do końca życia, bo huk wystrzału wciąż odbi­jał się w jej gło­wie echem, przez co wszę­dzie było jej za gło­śno.

- Ktoś ci coś zro­bił? - cią­gnął temat. Potrzą­snęła głową. Nie, pomy­ślała. Ale komuś innemu stała się krzywda. A ona tylko patrzyła. Szarp­nęła ramie­niem, dzięki czemu uścisk brata zelżał. Ruszyła do kuchni, pozo­sta­wia­jąc za sobą tylko stu­kot obca­sów. - Kurwa, Car­men, poga­daj ze mną.

- Teraz? - prych­nęła z wyrzu­tem, czym cał­ko­wi­cie go zasko­czyła. Od razu zro­zu­miał prze­kaz. Była na niego zła. Bo znik­nął bez słowa. Bo prze­stał się odzy­wać. Bo nie odbie­rał nawet tele­fo­nów. Bo ją zosta­wił, jakby nic nie zna­czyła.

Sta­nęła przy szafce, by wycią­gnąć z niej butelkę whi­sky z logiem firmy ojca. Się­gnęła rów­nież po kie­li­szek, napeł­niła go i prędko opróż­niła. Skrzy­wiła się tylko raz, choć alko­hol palił jej prze­łyk. Odwró­ciła się i spoj­rzała na Jamesa, kiedy sta­ra­jąc się roz­ła­do­wać atmos­ferę, rzu­cił z uśmie­chem:

- Mnie już nie pole­jesz?

Spoj­rze­nie Car­men było odpo­wie­dzią na to pyta­nie - roz­ba­wione i zara­zem ostre jak stłu­czone szkło, o które mógłby się poka­le­czyć.

- Teraz nie mamy już o czym roz­ma­wiać - powie­działa tylko sła­bym gło­sem.

- Car­men...

- Spie­przy­łeś, James! - wark­nęła z praw­dzi­wym wyrzu­tem. Przez moment wyda­wało mu się, że ten dźwięk zdoła go ode­pchnąć. - Gdzie byłeś? Zapo­mnia­łeś, że masz rodzinę?

- Ja... Ehm... - dukał nie­pew­nie, dra­piąc się po karku. - Tro­chę nabro­iłem, okej?

Nic nowego, pomy­ślała. Ale co zro­bił tym razem? Za mocno zaba­lo­wał? Roz­bił czy­jeś auto po pijaku? Poży­czył pie­nią­dze od nie­wła­ści­wych ludzi? Sce­na­riu­szy było wiele i w każ­dym z nich Came­ron ode­grałby świetną rolę roz­piesz­czo­nego chłopca ze zbyt dobrym mnie­ma­niem o sobie, bo tatuś ma wła­dzę oraz pie­nią­dze, więc on rów­nież.

- Ale to napra­wię. Obie­cuję. Po pro­stu ze mną poroz­ma­wiaj, jeśli coś się stało.

- W porządku - zgo­dziła się. - Poga­dajmy o tym, że wła­śnie widzia­łam, jak jakiś świr kogoś postrze­lił, a potem wysłał po mnie swo­jego kolegę. Poga­dajmy o tym, że nie mam poję­cia, co z tym zro­bić. I o tym, że... - urwała. Zagry­zła poli­czek do środka. Dopiero, kiedy wypo­wie­działa te słowa na głos, zro­zu­miała, jak absur­dal­nie brzmiały. Spe­szyła się. Rów­nież dla­tego, że James patrzył na nią, jakby nie wie­rzył w to, co sły­szy.

"I o tym, że się boję", chciała powie­dzieć, ale w zamian rzu­ciła tylko: - Nie­ważne.

Mach­nęła ręką.

- Pamię­tasz, jak wyglą­dali? - spy­tał. Nic wię­cej nie przy­szło mu do głowy. Car­men zmarsz­czyła brwi. Wahała się. Pamię­tała aż za wiele. Głów­nie jego. I ten uśmiech na miarę dia­bła, który na długo zapa­dał w pamięć. Ale uznała, że lepiej będzie zapo­mnieć. Wzru­szyła obo­jęt­nie ramio­nami. - Skup się. To ważne.

Zasko­czona unio­sła wzrok i wydęła dolną wargę, gdy James chwy­cił ją za ramię w taki spo­sób, jakby chciał wywrzeć na niej pre­sję.

- Jeden z nich miał tatuaż na ręce - odpo­wie­działa. Ten obraz wciąż nawie­dzał ją za każ­dym razem, kiedy zamy­kała oczy. Jakby wyta­tu­owała go sobie na mózgu. - Krzyż. Gdy­byś chciał wie­dzieć.

James kiw­nął głową. Do jego ust przy­kleił się dziwny uśmiech i może nawet zbladł. Ale Car­men nie miała głowy, żeby to drą­żyć. Chciała zosta­wić go w kuchni, ale gdy tylko się poru­szyła, zatrzy­mał ją, sta­wia­jąc krok w bok.

- Pój­dziesz z tym na poli­cję? - spy­tał z nutą wąt­pli­wo­ści w gło­sie.

- Nie wiem - burk­nęła nie­uprzej­mie.

- Car­men - mruk­nął prze­ję­tym gło­sem. Patrzył na nią uważ­nie, jakby sta­rał się wedrzeć do jej głowy. Odnio­sła wra­że­nie, że wolałby powie­dzieć coś innego, ale osta­tecz­nie powie­dział: - W tym mie­ście ludzie się nie zabi­jają.

- Czyżby? - Par­sk­nęła śmie­chem, nie­mal oplu­wa­jąc się jadem, któ­rego miała w sobie aż nadto. Kiw­nęła jed­nak głową i wysi­liła się na uśmiech. Może miał rację. Może nie stało się nic wiel­kiego. Może tylko sobie coś ubz­du­rała.

Wyszła z powro­tem na kory­tarz. Kilka razy upew­niła się, że zamknęła drzwi, by nikt nie mógł prze­do­stać się do środka bez zapro­sze­nia. Miała ochotę się roz­pła­kać, ale żeby do tego nie dopu­ścić, zaci­snęła mocno usta, oddy­cha­jąc przez nos. Chciała wyć i skam­leć z bez­rad­no­ści.

Wie­działa jed­nak, że kiedy tylko roz­chyli usta, krzyk ten nie będzie miał końca.

Mala­chai Yor­dan utoż­sa­miał się z pogodą. Poryw­czą i zmienną, zupeł­nie jak on.

Zadarł głowę ku czar­nemu niebu i pozwo­lił, by kro­ple desz­czu roz­trza­skały się na jego twa­rzy niczym łzy samego Boga, który opła­kuje utratę kolej­nej duszy. Pró­bo­wał wyglą­dać na nie­wzru­szo­nego, choć w środku był naj­zwy­czaj­niej zły. Wście­kłość opa­no­wała go od stóp do głów i nie cho­dziło już tylko o to, że męczył się we wła­snym ciele, a bar­dziej o fakt, że nic nie poszło tak, jak pla­no­wali.

Odwró­cił głowę, kiedy po krót­kim truch­cie dołą­czył do nich Hol­den, z któ­rym nie­for­tun­nie dzie­lił tę samą krew. Nie wyglą­dali nawet podob­nie. Byli swo­imi prze­ci­wień­stwami, które wcale się nie przy­cią­gały. Jedyną rze­czą, jaka naprawdę ich łączyła, był nie­bie­ski kolor oczu, choć nie­iden­tyczny. Oczy Kaia były ciem­niej­sze, jakby zasnute chmu­rami, nato­miast Hol­den cho­wał w nich czy­ste niebo.

Hol­den jak zawsze miał to ana­li­zu­jące, powąt­pie­wa­jące spoj­rze­nie, które wbi­jał w twarz młod­szego brata, przez co na środku jego czoła poja­wiły się dwie zmarszczki. Nic nie mówił, choć wyda­wało się, że do powie­dze­nia ma naj­wię­cej.

Kai wymi­nął brata, niby przy­pad­kiem sztur­cha­jąc go w ramię. Na szybko zlu­stro­wał syl­wetkę trze­ciego chło­paka, Car­tera Evansa, który ze zło­ścią zrzu­cił z głowy kap­tur i potarł o sie­bie zmar­z­nięte od niskiej tem­pe­ra­tury i stresu dło­nie. Podob­nie jak reszta miał na sobie czarne ciu­chy, a poza tym oku­lary w cien­kich zło­tych opraw­kach. Jego ścięte przy skó­rze włosy, pofar­bo­wane na jaskrawo biały kolor, kon­tra­sto­wały z nie­bem peł­nym chmur.

- Ja pier­dolę - sap­nął, bez­na­mięt­nie gapiąc się na asfalt, lśniący od zabar­wio­nej na czer­wono wody. - Gra­tu­luję, Kai. Spier­do­li­łeś kolejną robotę.

Śmiał się, choć posi­łek, który zjadł przed akcją, pod­cho­dził mu do gar­dła. Ni­gdy nie był zwo­len­ni­kiem prze­mocy, ale życie zmu­szało go, by cza­sami ją oglą­dał. Zer­k­nął na przy­ja­ciela i pokle­pał go po barku, nim Mala­chai kuc­nął przy powięk­sza­ją­cej się kałuży krwi. Nawet się nie skrzy­wił, gdy umo­czył w niej palce, a potem przy­bli­żył je do twa­rzy, obser­wu­jąc, jak zastyga mię­dzy liniami papi­lar­nymi. Coraz inten­syw­niej­szy wiatr tar­gał jego ciem­nymi wło­sami, które nie­mal zle­wały się z mro­kiem, a oczy lśniły w bla­sku poje­dyn­czych świa­teł.

- Super - wes­tchnął ze znu­dze­niem, po czym prze­chy­lił głowę w kie­runku kolegi, obda­ro­wu­jąc go spoj­rze­niem z dołu. - Gdzie moja nagroda?

Nie docze­kał się odpo­wie­dzi, ponie­waż Hol­den wkro­czył mię­dzy nich, pró­bu­jąc jak zawsze rato­wać kry­zy­sową sytu­ację. Chwy­cił brata za kap­tur bluzy i siłą pod­cią­gnął go do pionu tak, że sta­nęli twa­rzą w twarz - on śmier­tel­nie poważny oraz Mala­chai poważ­nie roz­ba­wiony.

- Powiedz cho­ciaż, że żyje. Nie chcę mieć kogoś na sumie­niu - jęk­nął z boku Car­ter i choć zwra­cał się do Hol­dena, to Kai udzie­lił mu wyja­śnień.

- Nie, kurwa. Nie żyje. Zdechł. Trup. Widzisz? - wyrzu­cił cały zdy­szany. Nie znał wię­cej słów na oznaj­mie­nie im, że pozba­wił kogoś życia. I nawet się tym nie prze­jął. Mógł dopi­sać do listy kolejną rzecz, która odróż­niała go od dobrych ludzi. Śmierć innych go nie obcho­dziła, o ile nie wpły­wała na jego życie.

Trą­cił czub­kiem buta bez­władne ciało, wygi­na­jąc usta w gry­ma­sie obrzy­dze­nia.

- Co to było, Kai?! Osza­la­łeś? - uniósł się Hol­den, choć w tej sytu­acji może nie powi­nien. Wplótł kości­ste palce mię­dzy kosmyki przy­dłu­gich blond wło­sów i zaczął nie­spo­koj­nie krą­żyć dookoła. Tylko on wyka­zy­wał oznaki prze­ję­cia.

Kai par­sk­nął nie­kon­tro­lo­wa­nie. Już dawno, pomy­ślał, ale tylko wzru­szył ramio­nami. Nie chciał się w to zagłę­biać, bo to zawsze budziło jego wewnętrzne demony, które nosiły imiona po naj­więk­szych lękach, jakie w sobie skry­wał. Obo­jęt­ność była lep­szym wyj­ściem.

Hol­den przy­sta­nął tuż obok, tak, że mogli ponow­nie zaj­rzeć sobie w oczy, choć Kai był o kilka cen­ty­me­trów niż­szy. Kiedy sta­wali naprze­ciwko sie­bie, wyglą­dali jak anioł i dia­beł. Obaj gotowi do osta­tecz­nej walki na śmierć i życie, byle tylko oca­lić ludz­kość lub pozo­sta­wić ją w zglisz­czach ognia pie­kiel­nego.

- Broń nie miała być nała­do­wana - stwier­dził sza­tyn, licząc, że takie wyja­śnie­nie wystar­czy i Hol­den wresz­cie prze­sta­nie tak kar­cąco mu się przy­glą­dać.

Car­ter wciąż stał przy aucie z rękoma scho­wa­nymi w kie­sze­niach ulu­bio­nej luź­nej bluzy.

- Miało nie być naboi. Prawda, Car­ter? - mruk­nął. W jego gło­sie poja­wiło się zde­ner­wo­wa­nie połą­czone z histe­rią i paniką. Może tro­chę się prze­jął. Nie z powodu tego bie­daka, który wciąż leżał u jego stóp niczym mane­kin. Oba­wiał się tylko gniewu, jaki naj­pew­niej na niego spad­nie.

Pod­szedł do kolegi i szarp­nął go za mate­riał bluzy, spra­wia­jąc tym samym, że w końcu nawią­zali kon­takt wzro­kowy. Widząc zmie­sza­nie w zie­lo­nych oczach przy­ja­ciela, wyco­fał się. Wyła­do­wy­wał złość na nie­wła­ści­wej oso­bie. To on był pro­ble­mem, nie Car­ter. A Car­ter prze­cież nie zasłu­gi­wał na takie trak­to­wa­nie.

- Nie wiem - wes­tchnął bia­ło­włosy, sta­wia­jąc krok w tył. - Pogu­bi­łem się.

Kai zaśmiał się pod nosem i pokrę­cił głową.

- Co z pod­glą­daczką? - rzu­cił w kie­runku brata. Pochwy­cił jego spoj­rze­nie, prze­jęte, może tro­chę spa­ni­ko­wane na samą wzmiankę o dziew­czy­nie. - Sporo widziała.

- A co ma być? - burk­nął Hol­den. Bał się tego, do czego zmie­rza Mala­chai.

- Skoro sobie z nią nie pora­dzi­łeś, to chęt­nie sam ją znajdę - odpo­wie­dział natych­miast Kai, uśmie­cha­jąc się w cha­rak­te­ry­styczny spo­sób, który zdra­dzał, że w jego gło­wie rodzi się zło­wiesz­czy plan. Posta­wił krok w przód, dzięki czemu zbli­żył się do brata tak, że nie­mal sty­kali się nosami. Zadarł głowę, żeby ich spoj­rze­nia się odna­la­zły. - Przyda mi się roz­rywka.

Tak jak przy­pusz­czał, podzia­łało. Hol­den zaci­snął usta w wąską linię, napiął szczękę, a w jego nie­bie­skich oczach poja­wiła się iskierka zło­ści. Chwy­cił brata za prze­mo­czoną koszulkę i ode­pchnął z łatwo­ścią na odle­głość ramion. Kai zare­cho­tał, dumny z tego, że wypro­wa­dził go z rów­no­wagi.

- Ten baj­zel - zaczął Hol­den, pal­cem zary­so­wu­jąc okrąg wokół nich i mar­twego męż­czy­zny - to twoja sprawka. Ona nie ma z tym nic wspól­nego. Daj jej spo­kój! - Jego zachry­pły głos zawisł w powie­trzu. Hol­den na nowo stał się oazą spo­koju. Pomimo tego, że czuł się tak, jakby przez ostat­nie minuty przy­było mu kilka lat.

- Poprawka - wes­tchnął Kai. - Ona nie miała z tym nic wspól­nego, dopóki nie poja­wiła się na naszej dro­dze. Teraz ma z tym wiele wspól­nego, Hol. I nie, nie zdam się na łut szczę­ścia, głu­pio licząc, że pój­dzie grzecz­nie spać.

- Daj jej spo­kój, Kai - wyce­dził Hol­den ze zde­ner­wo­wa­niem, akcen­tu­jąc każde słowo. W tej samej chwili kosmyk jasnych wło­sów zawi­ro­wał w powie­trzu, po czym opadł na lewą część twa­rzy, prze­sła­nia­jąc widok na jego prze­jętą twarz.

- Oczy­wi­ście. Sorka. Zapo­mnia­łem, że masz dzi­siaj boha­ter­ską fry­zurę - iro­ni­zo­wał Mala­chai, prze­wra­ca­jąc oczami. Zaśmiał się ponow­nie w taki spo­sób, jakby nie stało się nic poważ­nego. Kątem oka zer­k­nął na przy­ja­ciela, który wolał mil­czeć niż pako­wać się mię­dzy dwie tyka­jące bomby, jakimi byli bra­cia Yor­dan. Ale Kai miał dla niego inny plan, więc rzu­cił:

- Car­ter, ty też uwa­żasz, że Hol­den jest naiwny?

- Car­ter, ty też uwa­żasz, że Kai jest idiotą? - prze­drzeź­nił go brat, sta­ra­jąc się zabrzmieć bar­dziej komicz­nie. Nie mógł dłu­żej trzy­mać tego w sobie, choć było to dla niego oczy­wi­ste, że tylko roz­ju­szy Kaia. I wcale się nie mylił. Oczy sza­tyna zmru­żyły się groź­nie. Pró­bo­wał posłać Hol­de­nowi jedno ze swo­ich zadzior­nych spoj­rzeń, ale nie wywo­łało to żad­nej reak­cji. Znał ten wzrok i zdą­żył nauczyć się sku­tecz­nie go igno­ro­wać.

- Kre­tyn - prych­nął pod nosem Mala­chai, a zaraz po tym uśmiech­nął się trium­fal­nie.

- Fiut.

- Cipa.

- Kutas.

Mala­chai roz­chy­lił usta, szy­ku­jąc kolejne obraź­liwe słowo, ale Car­ter nie­spo­dzie­wa­nie opadł na jego bark, ciężko dysząc, jakby coś zwa­liło go z nóg. Twarz miał bled­szą, nie­mal zle­wała się z odcie­niem wło­sów, a na czole lśniło kilka kro­pel desz­czu.

- Faj­nie, że tak się kocha­cie, ale typ odsta­wia The Wal­king Dead.

Za te słowa otrzy­mał od kole­gów zdez­o­rien­to­wane spoj­rze­nia. Wes­tchnął, prze­wra­ca­jąc oczami z zaże­no­wa­nia. Czy naprawdę tak ciężko było się domy­ślić, o co mu cho­dziło? Nie. Nawet dzie­ciaki z pod­sta­wówki zro­zu­mia­łyby prze­kaz. Ale bra­cia Yor­dan jarzyli wol­niej niż żarówki.

- On się, kurwa, rusza! - wyja­śnił piskli­wym gło­sem, wska­zu­jąc brodą na umar­laka.

To wystar­czyło, by wresz­cie zaprze­stali szcze­niac­kiej kłótni, która nie miała naj­mniej­szego sensu. Odwró­cili się syn­chro­nicz­nie. Razem spoj­rzeli na postać na ziemi. I rze­czy­wi­ście, Car­ter się nie mylił. Męż­czy­zna poru­szał nie­znacz­nie głową, mam­ro­tał coś pod nosem i mru­gał cha­otycz­nie, jakby pró­bo­wał pojąć, co się wyda­rzyło.

Kai patrzył na niego jak zahip­no­ty­zo­wany. To on miał teraz wła­dzę, trzy­mał życie męż­czy­zny w gar­ści. Mógł o wszyst­kim zade­cy­do­wać. I to go zafa­scy­no­wało. Przez jego młodą twarz nie prze­biegł cień emo­cji, z wyjąt­kiem tego, że prawy kącik ust drgnął i uniósł się. Kai bez słowa kuc­nął obok. Syk­nął przez zaci­śnięte zęby, jakby to on miał w brzu­chu dziurę, gdy obiegł wzro­kiem zmo­czony i nasiąk­nięty krwią mate­riał ubra­nia.

- Och, to musi boleć - powie­dział miłym gło­sem i uśmiech­nął się zupeł­nie nie jak on, przy­po­mi­na­jąc przy­ja­znego chło­paka, który wzbu­dza sym­pa­tię. Koń­cówką pisto­letu zadarł kawa­łek koszuli męż­czy­zny, dzięki czemu zoba­czył dokład­nie syme­tryczną ranę po kuli. Tam­ten kiw­nął głową na potwier­dze­nie, kiedy Kai przy­trzy­mał go za ramię, żeby wię­cej nie wierz­gał koń­czy­nami. - Pozwól, że ci ulżę.

Oczy nie­zna­jo­mego zalały się paniką w tej samej chwili, w któ­rej Kai przy­sta­wił lufę do jego czoła. Skam­ląc z prze­ra­że­nia pod nosem, usi­ło­wał ostat­kiem sił chwy­cić nad­gar­stek swo­jego oprawcy. Mala­chai zawisł nad nim i szep­nął pro­sto w twarz:

- Ostat­nia szansa. Gdzie nasza kasa?

Hol­den drgnął nie­spo­koj­nie, gotowy inter­we­nio­wać, ale Kai zbył go mach­nię­ciem ręki, jakby chciał zapew­nić, że tylko się zgrywa, żeby osią­gnąć cel. Ku zasko­cze­niu wszyst­kich ta tak­tyka zadzia­łała. Męż­czy­zna kiw­nął głową w stronę opusz­czo­nego budynku za ich ple­cami, na co Kai wyszcze­rzył się wygłod­niale.

- Widzisz, jed­nak potra­fisz współ­pra­co­wać - powie­dział z uda­waną eks­cy­ta­cją, kle­piąc nie­zna­jo­mego po ramie­niu. Wypro­sto­wał nogi i wciąż pochy­la­jąc się nad ofiarą, wci­snął dwa palce w otwartą ranę. Minęła pra­wie minuta w akom­pa­nia­men­cie nie­wy­raź­nych jęków, nim się­gnął kuli. Wycią­gnął ją i uniósł w kie­runku lampy, żeby lepiej widzieć, a póź­niej na pamiątkę wci­snął ją w kie­szeń czar­nych dżin­sów.

Prze­kro­czył wijące się z bólu ciało, by dołą­czyć do brata i przy­ja­ciela. Nie mógł jed­nak znieść ago­nal­nych odgło­sów za ple­cami. Doci­snął palce do uszu i zamknął oczy, ale to wcale nie pomo­gło. Zer­k­nął przez ramię na męż­czy­znę, po czym od nie­chce­nia ude­rzył butem w bok jego brzu­cha, wywo­łu­jąc tym samym kolejny wrzask.

- Ja pier­dolę, stul pysk.

Miał wra­że­nie, że od tych nie­zno­śnych hała­sów za moment eks­plo­duje mu głowa. Ata­ko­wała go migrena. Nie mógł sku­pić się nawet na wła­snych myślach, które były w mor­der­czym nastroju. Dał męż­czyź­nie ostat­nią szansę, żeby się przy­mknął. Poli­czył od dzie­się­ciu w dół i każda z tych sekund była prze­peł­niona żało­snym skam­le­niem. Z tego powodu wyco­fał się tylko po to, by z pół­ob­rotu kop­nąć męż­czy­znę w głowę.

Spo­dzie­wał się, że ujrzy krwawą mia­zgę w postaci kości czaszki i kawał­ków mózgu, ale ciało męż­czy­zny tylko unio­sło się na uła­mek sekundy, a póź­niej z powro­tem opa­dło na zie­mię. Kai pochy­lił się nad nim i przy tym nadep­nął butem ranę. Od razu tego poża­ło­wał, ponie­waż ofiara w ostat­nim odru­chu roz­chy­liła usta, wyplu­wa­jąc przed sie­bie sporą ilość krwi.

Mala­chai zaci­snął ze zło­ści szczękę. Ręką starł z twa­rzy czer­woną maź i z wymu­szo­nym uśmie­chem odwró­cił się do pozo­sta­łej dwójki. W samą porę, by zoba­czyć, jak sino­zie­lony Car­ter wymio­tuje pod swoje buty.

- Och, co za powrót do prze­szło­ści - mruk­nął Kai roz­ba­wiony i kolejny raz, dla pew­no­ści, prze­je­chał mate­ria­łem bluzy po policz­kach, ustach i pod­bródku.

Wła­śnie wtedy w umy­śle Hol­dena poja­wił się obraz sprzed lat, jakby prze­ży­wał to kolejny raz. I może tak wła­śnie było, bo to wyda­rze­nie tkwiło w nim tak głę­boko, że nie potra­fił się od niego odciąć. Wizja prze­ra­ża­jąco bla­dej twa­rzy brata, z oczami bez wyrazu i krwią roz­bry­zganą na mło­dej twa­rzy. Poczuł, jak nagle jego klatka pier­siowa się zapada. Coś na nowo się w nim stłu­kło. Prze­szłość biła w nim niczym dru­gie serce. Była nie­na­pra­wialna i nie mógł z nią nic zro­bić.

Poli­czył do dzie­się­ciu, by się uspo­koić, cho­ciaż jego dło­nie bar­dzo drżały.

Instynk­tow­nie zła­pał Kaia za ramiona i odcią­gnął daleko w tył. Mocno przy­trzy­my­wał jego łok­cie, kiedy on z całej siły pró­bo­wał wydo­stać się z blo­ku­ją­cego ruchy uści­sku. Ale to wła­śnie cały Mala­chai Yor­dan - z nagłymi wybu­chami zło­ści, które są w sta­nie znisz­czyć świat i z pokrę­co­nym cha­rak­te­rem nie do odgad­nię­cia. Raz słodki chło­piec, raz dziki męż­czy­zna.

Ni­gdy nie był taki sam.

- Brawo! - krzyk­nął Hol­den, po czym zaczął kla­skać tak gło­śno, że zadźwię­czało im w uszach. - Chcesz jesz­cze coś doszczęt­nie spier­do­lić, Mala­chai?

Spe­cjal­nie użył peł­nej formy imie­nia brata, ponie­waż wie­dział, jak bar­dzo go nie­na­wi­dzi. Stali ramię w ramię, a ich nie­równe odde­chy się mie­szały.

- Zasta­na­wia­łeś się kie­dyś, dla­czego rodzice mnie tak nazwali? - spy­tał Kai, ole­wa­jąc wcze­śniej­sze słowa. Odwró­cił się twa­rzą do Hol­dena i spoj­rzał mu w oczy. - To tak, jakby ocze­ki­wali ode mnie, że będę zły. I wiesz, bra­ciszku, może mieli rację.

Mój anioł, pomy­ślał. Anioł śmierci.

Hol­den stał z otwar­tymi ustami, zasta­na­wia­jąc się, co powie­dzieć. Kai dopo­wia­dał sobie histo­rię, która nie była prawdą. To wła­śnie zamie­rzał mu prze­ka­zać. Ale nie zdą­żył.

- Wie­cie, że na świe­cie mamy sie­dem miliar­dów ludzi? - Kai zadał kolejne pyta­nie, zbi­ja­jąc zna­jo­mego i brata z tropu. - Sie­dem. Miliar­dów. Ludzi. A ty wariu­jesz, bo zabi­li­śmy jed­nego?

Tryk­nął star­szego brata w bark.

- My? - par­sk­nął zała­many Hol­den. Spu­ścił głowę i zaczął maso­wać pal­cami powieki, żeby nieco się uspo­koić. - Nie my. Tylko TY! Sam. Bo jak zawsze robisz, co ci się podoba!

Blon­dyn stra­cił ostat­nie resztki cier­pli­wo­ści. W przy­pły­wie zło­ści popchnął brata, który zato­czył się i cudem unik­nął bli­skiego spo­tka­nia ze zwło­kami. Hol­den poczuł, jak przez każdy kawa­łek jego ciała prze­cho­dzą ciarki, kiedy rów­nież zawie­sił wzrok na tru­pie. Widok był okropny, ale nie na tyle, by zastą­pić wspo­mnie­nie zakrwa­wio­nego Mala­chaia pomię­dzy cia­łami rodzi­ców. Zamknął na moment oczy z nadzieją, że to pomoże odsu­nąć wspo­mnie­nia w głąb umy­słu.

Kai wymi­nął go, prze­wra­ca­jąc oczami w naj­bar­dziej osten­ta­cyjny spo­sób.

- Gdzie ty się wybie­rasz? - syk­nął Hol­den, kiedy zła­pał Kaia za ramię, żeby go powstrzy­mać. Czuł, jak wszystko w nim zaczyna wrzeć z bez­rad­no­ści, bo nie potrafi zapa­no­wać nad wła­snym bra­tem. Mala­chai uniósł tylko brwi z roz­ba­wie­niem.

- Prio­ry­tety, Hol. Pamię­tasz? - mruk­nął, a z jego ust wydo­stało się znu­dzone ziew­nię­cie. - Przy­szli­śmy tu po kasę. Nie jeste­śmy jebaną fun­da­cją, żeby je roz­da­wać.

- Mam gdzieś ten brudny szmal! - ryk­nął Hol­den na całą oko­licę z nadzieją, że jakimś cudem dotrze do brata, do jego zdro­wego roz­sądku. Zła­pał go za ramiona, spoj­rzał w mu oczy i potrzą­snął nim. - Wła­śnie zabi­łeś czło­wieka, pie­nią­dze nie mają teraz zna­cze­nia!

Mala­chai miał na ten temat inne zda­nie.

- Mie­li­śmy jedno zada­nie. Zgar­nąć pie­nią­dze - zaczął spo­koj­nie Kai, jakby zwra­cał się do kogoś, kto mógłby nie zro­zu­mieć. - Nie przy­po­mi­nam sobie, żeby ktoś wspo­mi­nał, że nie wolno nam zabi­jać.

- A Biblia? "Nie zabi­jaj" to jedno z przy­ka­zań!

Kai z tru­dem powstrzy­mał się, by nie par­sk­nąć śmie­chem w twarz brata.

- Sorka, Hol. Nie znam - wes­tchnął Kai obo­jęt­nym tonem. Wzru­szył ramio­nami, pod­kre­śla­jąc tym samym sto­su­nek do słów wypo­wie­dzia­nych przez Hol­dena. Prze­kaz był jasny. Miał to wszystko gdzieś. Ogól­nie obo­wią­zu­jące zasady go nie inte­re­so­wały.

Łamał je i stwa­rzał wła­sne.

Kai odwró­cił się, wycią­gnął z bagaż­nika baniak z ben­zyną i bez pośpie­chu roz­lał ją dookoła, łącz­nie z drogą do opu­sto­sza­łego budynku. Wpadł do niego jak hura­gan. Po kilku minu­tach poszu­ki­wań w ręce wpa­dło mu to, czego szu­kał - skó­rzana walizka pełna kasy. Wybiegł na zewnątrz, uno­sząc ją wysoko ponad głowę.

- Pano­wie, jeste­śmy bogaci! - krzyk­nął. Jego entu­zjazm podzie­lał tylko Car­ter, który nagle się roz­pro­mie­nił. - Znowu!

Opu­ścił ręce, by się­gnąć do kie­szeni. Wyszu­kał w niej zapal­niczkę, po czym kuc­nął i pod­pa­lił frag­ment pod­łoża. Wypro­sto­wał się i szybko dobiegł do pozo­sta­łych. Kiedy zna­lazł się wystar­cza­jąco bli­sko, zła­pał ich za ramiona i szarp­nął ku dołowi. Razem runęli na glebę. Car­ter zarył skro­nią o asfalt, mam­ro­cząc coś pod nosem. Hol­den nato­miast poczuł, jak skóra na jego dłoni zdziera się, szpe­cąc tatuaż w kształ­cie krzyża. Otwo­rzył usta, by nakrzy­czeć na brata, ale w mgnie­niu oka ode­brało mu mowę.

Wszy­scy w tym samym momen­cie zoba­czyli, jak budy­nek staje w pło­mie­niach. Led­wie parę sekund póź­niej wokół roz­legł się hałas wybu­chu, który ich oszo­ło­mił. Dźwięki zaczęły zle­wać się w całość i brzmiały jak melo­dia z zary­so­wa­nej płyty. Poma­rań­czowe jęzory ognia pochła­niały ściany oraz gałę­zie na dro­dze, sku­tecz­nie prze­do­sta­jąc się w pro­stej linii do ciała męż­czy­zny.

- O Jezu, ale smród! - jęk­nął Car­ter, doci­ska­jąc twarz do asfaltu, bo wil­gotna od desz­czu zie­mia pach­niała lepiej niż odór palo­nego mięsa. Szcze­gól­nie jeśli przy­po­mnieć sobie, że to ludz­kie mięso.

Rado­sny rechot Kaia nie paso­wał do sytu­acji. Roz­ło­żył sze­roko ramiona, gdy prze­wró­cił się na plecy. Znów gapił się w czarne niebo, które utoż­sa­miał z wła­sną duszą. Odchrząk­nął, kiedy wresz­cie zapa­no­wał nad śmie­chem i wciąż roz­ba­wiony spy­tał:

- Zgłod­nia­łem, a wy?

2.

Cisza panu­jąca na kory­ta­rzu tylko pod­kre­ślała ich gro­bowe nastroje.

Mala­chai krą­żył nie­spo­koj­nie wzdłuż pomiesz­cze­nia - od pra­wej do lewej i z powro­tem. Dla roz­luź­nie­nia wplą­tał palce w kosmyki ciem­nych wło­sów, szar­piąc za koń­cówki, aż odczuł przy­jemny ból. Pra­wie nie mru­gał, kiedy uważ­nie obser­wo­wał sto­ją­cego pod ścianą Hol­dena oraz Car­tera, który jako jedyny z ich trójki sie­dział na krze­śle, wpa­tru­jąc się w ekran tele­fonu.

Mijały sekundy, a następ­nie dłu­gie minuty, pod­czas któ­rych żaden z nich się nie odzy­wał. Zupeł­nie tak, jakby nagle wszyst­kie wspólne tematy, wspo­mnie­nia i żarty prze­stały ist­nieć. Jakby coś mię­dzy nimi pękło i nie­od­wra­cal­nie się zmie­niło. Jakby nagle stali się nie­zna­jo­mymi, bo ktoś wyma­zał prze­szłość.

Kai odniósł wra­że­nie, że minęła wiecz­ność, zanim drzwi za jego ple­cami się otwo­rzyły. Auto­ma­tycz­nie odwró­cił się w samą porę, by zoba­czyć postawną syl­wetkę wyła­nia­jącą się z wnę­trza klubu, którą na krótki moment oświe­tliły kolo­rowe neo­nowe świa­tła.

Męż­czy­zna poru­szał się jak typowy bok­ser - był lekko zgar­biony, jakby prze­ro­śnięte mię­śnie na karku nie pozwa­lały mu się cał­ko­wi­cie wypro­sto­wać, a mimo to kro­czył dum­nie z rękoma scho­wa­nymi w kie­sze­niach płasz­cza, buja­jąc się przy tym na boki. Już z daleka biło od niego zimno, a zale­d­wie jed­nym lodo­wa­tym spoj­rze­niem obni­żył tem­pe­ra­turę w pomiesz­cze­niu o kilka stopni. Prze­szedł obok, zosta­wia­jąc za sobą stu­kot dro­gich moka­sy­nów. Nawet nie zwró­cił na nich uwagi. Jakby nic nie zna­czyli.

A w jego oczach Mala­chai Yor­dan chciał zna­czyć wszystko.

Dla­tego to on wystar­to­wał jako pierw­szy, jakby całe jego życie od tego zale­żało. Wpadł do pokoju jak nie­prze­wi­dy­walny, silny podmuch wia­tru. Zatrzy­mał się dokład­nie przed męż­czy­zną, czym zasłu­żył sobie na jego obo­jętne spoj­rze­nie. Poczuł się przez to ważny. Uśmiech­nął się, choć całym jego cia­łem wstrzą­snął dreszcz. I nawet go to nie dzi­wiło, ponie­waż to działo się nie­mal zawsze, kiedy w pobliżu zja­wiał się były bok­ser - Ivan Yor­dan.

Sie­dział już przy biurku. Ręce opie­rał na bla­cie, przez co napięty mate­riał na ramio­nach spra­wiał, że wyglą­dały jesz­cze potęż­niej. Miał zacze­sane do tyłu włosy w odcie­niu ciem­nego blondu - zupeł­nie jak tata Mala­chaia, i może wła­śnie dla­tego tak czę­sto widział w Iva­nie samego sie­bie. W spo­sób natu­ralny współ­grały z kil­ku­dnio­wym zaro­stem nada­ją­cym męż­czyź­nie nieco nie­dbały wygląd. Spod jego gra­na­to­wej koszuli wysta­wał złoty łań­cuch i to wła­śnie na nim Kai zawie­sił spoj­rze­nie.

- Cześć, wujaszku - powie­dział rado­śnie jak zawsze, by nie zdra­dzić od razu, że nawa­lił. Wypro­sto­wał się, ścią­ga­jąc łopatki, bo nagle pod wpły­wem ostrego spoj­rze­nia Ivana poczuł się malutki jak mrówka, którą każdy mógłby zgnieść. A on pra­gnął być wielki.

Ivan nie ura­czył go nawet krótką odpo­wie­dzią. Nie wysi­lił się rów­nież na uśmiech. Obró­cił się za to na krze­śle i przez ramię odpa­lił tele­wi­zor w kącie pomiesz­cze­nia, przez co Kai momen­tal­nie zbladł. Doj­rzał repor­tera, który rela­cjo­no­wał sytu­ację z miej­sca łudząco przy­po­mi­na­ją­cego to, w któ­rym nie­dawno byli. Stra­żacy w tle wciąż gasili ostat­nie pło­mie­nie, a na dol­nym pasku pogru­bione litery for­mo­wały się w jedno zda­nie: "Uliczna mafia znowu ata­kuje".

Mala­chai par­sk­nął nie­kon­tro­lo­wa­nie, czym prze­rwał ciszę.

- Och, bła­gam, mafia? - prych­nął ura­żony. - Obra­żają nas.

Ivan odkaszl­nął poro­zu­mie­waw­czo, jakby chciał tym posta­wić go do pionu. Pozwo­lił, by tele­wi­zor wciąż grał, ale na ekran już nie patrzył. W zamian prze­niósł wzrok na syl­wetkę bra­tanka i uniósł wycze­ku­jąco brwi. Pal­cami lewej dłoni stu­kał w szkiełko zegarka zdo­bią­cego prawy nad­gar­stek. Tik-tak. Tik-tak. Tik-tak. Kai wręcz sły­szał, jak wujek odli­cza mu sekundy.

- I tak nikt tego nie ogląda - dodał po chwili Kai, zupeł­nie nie­pla­no­wa­nie, byle tylko unik­nąć wyja­śnień. Zgar­nął z blatu pilota i wyłą­czył wia­do­mo­ści, choć repor­ter roz­ma­wiał wła­śnie z poli­cjan­tem pro­wa­dzą­cym sprawę. W pokoju na nowo zapa­no­wała nie­przy­jemna cisza. Mala­chai pra­gnął się jej prędko pozbyć, więc poło­żył na biurku walizkę i prze­su­nął w kie­runku wujka.

- Twoja kasa - powie­dział z dumą w gło­sie, żeby odcią­gnąć myśli Ivana od tego, co prze­skro­bał. I chyba zadzia­łało, ponie­waż na sam widok góry pie­nię­dzy usta męż­czy­zny zasty­gły w sze­ro­kim uśmie­chu, a led­wie sekundę póź­niej podobny wyraz zago­ścił rów­nież na twa­rzy Kaia. - Tak, jak pro­si­łeś.

- Poważ­nie? - burk­nął nagle Hol­den.

Dopiero wtedy Kai przy­po­mniał sobie, że brat stoi pod ścianą i obser­wuje wszystko z boku. Jakby był tam tylko cia­łem, ale nie duszą. Ivan odwró­cił do niego głowę i zlu­stro­wał go spoj­rze­niem. Gestem ręki naka­zał, by kon­ty­nu­ował, więc Hol­den dodał bez zasta­no­wie­nia:

- Tak po pro­stu odpu­ścisz mu to, że znowu wszystko skom­pli­ko­wał?

Mala­chai zaśmiał się cicho pod nosem, choć w rze­czy­wi­sto­ści poczuł się tak, jakby Hol­den wbił mu szpilkę w serce.

- Zamknij się, Hol! - jęk­nął tylko, posy­ła­jąc bratu groźne spoj­rze­nie, gdy ten na nowo odpa­lił tele­wi­zor. Na szczę­ście sce­ne­ria się zmie­niła. Obskurna, ciemna uliczka ustą­piła miej­sca kli­ma­tycz­nej desty­larni, repor­tera oraz gli­nia­rza zastą­pił dumny przed­się­biorca, a nagłó­wek gło­sił: "Clark to od lat marka pre­mium".

Ostry głos Ivana prze­ciął powie­trze mię­dzy nimi, gdy wypo­wie­dział jedno imię: Car­ter. Zwra­cał się do Car­tera, choć ten sta­rał się za wszelką cenę w tej roz­mo­wie nie uczest­ni­czyć. Dla­tego z wra­że­nia wypu­ścił tele­fon z dłoni, który spadł ekra­nem do dołu. Skrzy­wił się, modląc się w duchu, by szyba prze­żyła to star­cie z pod­łogą, po czym uniósł głowę.

- Może ty opo­wiesz o tym, co się stało? - spy­tał Ivan nad­zwy­czaj łagod­nym tonem.

Car­ter wzru­szył ramio­nami. Wolał się w to nie mie­szać, bo wyszedłby na tym naj­go­rzej. Mil­cze­nie było w porządku, kiedy w grę wcho­dziła rodzina Yor­da­nów.

- Kai zabił two­jego klienta! - wypa­lił Hol­den na jed­nym wyde­chu, za co Car­ter był mu wdzięczny. Ale tylko przez parę sekund, nim dotarło do niego, z czym to się wiąże. Wyco­fał się w cień, prze­czu­wa­jąc, że star­szy z braci odbez­pie­czył wła­śnie gra­nat.

- Nie "zabi­łem" - odpo­wie­dział natych­miast Kai i nakre­ślił w powie­trzu cudzy­słów. - Bar­dziej "dobi­łem". A potem posprzą­ta­łem, więc dla­czego w ogóle o tym gadamy?

- Może dla­tego, że cią­gle zwra­casz na nas uwagę? - wark­nął Hol­den. - Ktoś wresz­cie się do nas przy­czepi.

- O co ta afera? Wszyst­kie dowody znik­nęły - zapew­nił sza­tyn. Patrzył na wujka, na jego zmru­żone oczy i napięte mię­śnie twa­rzy, prze­czu­wa­jąc kło­poty. Po chwili spoj­rzał wymow­nie na brata. Uśmiech­nął się trium­fal­nie w ten wyróż­nia­jący go spo­sób, a to nie ozna­czało nic dobrego. - Pra­wie.

- Co to zna­czy "pra­wie"? - rzu­cił twardo Ivan i pod­niósł się do pionu w taki spo­sób, jakby zamie­rzał jed­nym ruchem ręki zrzu­cić wszyst­kie przed­mioty z biurka. Kai wzdry­gnął się i odru­chowo się cof­nął, żeby zwięk­szyć dystans.

- Mie­li­śmy pod­glą­daczkę - wyja­śnił od razu Mala­chai. Cały czas wle­piał roz­ba­wione spoj­rze­nie w spiętą twarz brata, który aż poczer­wie­niał od zaci­ska­nia szczęki. - Zwiała, bo nasz Hol wciąż jest dobrym chłop­cem i ratuje dziew­czyny przed kło­po­tami. Brzmi zna­jomo?

Kai wie­dział, co powie­dzieć, by bez poda­wa­nia szcze­gó­łów tra­fić pro­sto w brata. Hol­den zro­bił duży krok w przód, chcąc zrów­nać się z bra­tem. Otwo­rzył usta, aby coś powie­dzieć, ale Car­ter na czas chwy­cił go za kap­tur bluzy i zre­zy­gno­wany pokrę­cił głową.

- Dla­czego więc na­dal tu sto­isz, Kai? - ode­zwał się Ivan, wbi­ja­jąc w bra­tanka prze­ni­kliwe spoj­rze­nie. Oparł dło­nie na kra­wę­dziach biurka i pochy­lił się w jego stronę. - No, już! Zaj­mij się nią. Tylko tym razem bądź grzeczny.

- Ale... - wybeł­ko­tał Hol­den. Wie­dział jed­nak, że został zepchnięty na prze­graną pozy­cję i nic nie wska­zy­wało na to, że jesz­cze wysu­nie się na pro­wa­dze­nie.

- Z ogromną przy­jem­no­ścią, wujaszku - odpo­wie­dział Kai i dla zabawy sta­nął na bacz­ność.

Na jego ustach zakwitł cwa­niacki uśmie­szek. Odwró­cił się tak, że sta­nął twa­rzą w twarz z bra­tem. Zaci­snął palce na jego barku, wręcz bole­śnie, ale uda­wał, że to tylko przy­ja­ciel­ski gest, nie żadna zaczepka. Nachy­lił się do ucha Hol­dena i wyszep­tał:

- Spraw­dzimy, kto znaj­dzie ją pierw­szy?

- Nie bawię się w twoje chore gierki! - uniósł się Hol­den i w przy­pły­wie zło­ści zrzu­cił z sie­bie dłoń młod­szego brata. Wza­jem­nie zmie­rzyli się spoj­rze­niami, które balan­so­wały na gra­nicy utraty kon­troli. Jak zwy­kle odpu­ścił jako pierw­szy. Skie­ro­wał się do wyj­ścia, jed­nak nie­ustę­pliwy Kai chwy­cił go jesz­cze za nad­gar­stek.

- Dam ci tro­chę prze­wagi, Hol - mruk­nął zachę­ca­jąco, po czym zarzu­cił bark na jego ramię. - Tym razem będę za tobą!

Hol­den zde­cy­do­wał się na niego spoj­rzeć. I już wie­dział, że nad­cho­dziły kło­poty, ponie­waż Kai wyglą­dał tak, jakby w gło­wie szu­kał wszel­kich moż­li­wych spo­so­bów, które pomogą mu odna­leźć dziew­czynę i spra­wić, że jej życie sta­nie się kosz­ma­rem.

A w tym Mala­chai Yor­dan nie miał sobie rów­nych.

Popra­wił daszek czapki, żeby sku­tecz­niej ochro­nić się przed desz­czem. Kolejny dzień z rzędu roz­pę­tała się ogromna ulewa, a on stał pod gołym nie­bem w dżin­so­wej kurtce, która zdą­żyła prze­mok­nąć do ostat­niej nitki i przez to stała się znacz­nie cięż­sza. Nie był sam, bo towa­rzy­szył mu Car­ter. Nie z wła­snej woli. Został do tego zmu­szony.

- Kurwa, Kai. Może sobie odpu­ścimy, co? - mruk­nął bia­ło­włosy i nacią­gnął szczel­niej kap­tur na głowę, jed­nak to już nie poma­gało. Obser­wo­wał z krzywą miną, jak woda kapie z mate­riału tuż przed jego nosem. Z każdą sekundą odczu­wał coraz więk­szy wewnętrzny chłód, więc prze­stę­po­wał z nogi na nogę, żeby tro­chę się roz­grzać. Mala­chai w odpo­wie­dzi posłał mu tylko szyb­kie, pogar­dliwe spoj­rze­nie na znak, że nie zga­dza się na ten pomysł. Stąp­nął przed sie­bie, bo w oddali dostrzegł ośle­pia­jące świa­tła nad­jeż­dża­ją­cego pociągu. Spu­ścił głowę, żeby dasz­kiem osło­nić twarz przed bla­skiem lamp. Zigno­ro­wał fakt, że nie­za­do­wo­lony z takiego obrotu spraw przy­ja­ciel wes­tchnął pod nosem i trą­cił go pię­ścią w rękę.

- Jedziemy! - powie­dział Kai, pod­eks­cy­to­wany wycieczką, jaka ich cze­kała. By pod­kre­ślić swoje dobre nasta­wie­nie, kla­snął w dło­nie. Cie­szył się tylko on. Zła­pał Car­tera za ramiona i popy­cha­jąc go w przód, ruszył za nim, jakby byli jedną osobą.

Pociąg zatrzy­mał się z nie­zno­śnym piskiem, wywo­łu­jąc nie­wielki podmuch powie­trza. Kai obser­wo­wał uważ­nie numery na drzwiach, by żad­nego nie prze­oczyć. Wagon ósmy - to wła­śnie jego szu­kał. I oka­zało się, że nie­for­tun­nie znaj­do­wał się mniej wię­cej w środku, a to nieco koli­do­wało z jego pomy­słem.

Wsko­czyli wraz z Car­te­rem do środka, prze­py­cha­jąc się w drzwiach z nie­zna­jo­mymi oso­bami, a kiedy ktoś komen­to­wał ich nie­kul­tu­ralne zacho­wa­nie, zgod­nie poka­zy­wali środ­kowe palce. Kai rozej­rzał się - raz w lewo, raz w prawo, pró­bu­jąc objąć spoj­rze­niem cały cia­sny wagon. Ludzi było bar­dzo dużo, a mimo to nie dostrzegł wśród ich twa­rzy tej, któ­rej szu­kał.

- Trzeci dzień cią­gasz mnie po tym zasra­nym, śmier­dzą­cym pociągu i na­dal się łudzisz, że ją spo­tkamy? - prych­nął Car­ter, sta­jąc przy kole­dze. Kai zbył go mach­nię­ciem ręki. Prze­szedł się po całym wago­nie, a kiedy dotarło do niego, że tu jej nie znaj­dzie, zawo­łał Car­tera.

Prze­nie­śli się do sió­demki, ale tam też nie zauwa­żyli nikogo choć w nie­wiel­kim stop­niu podob­nego do osoby, któ­rej szu­kali. Póź­niej była szóstka i piątka, w któ­rej poja­wiła się iskierka nadziei. W dru­gim rzę­dzie, tuż przy oknie miej­sce zaj­mo­wała dziew­czyna. Przy­cią­gnęła uwagę Kaia, ponie­waż miała dłu­gie rude włosy, a to głów­nie one zapa­dły mu w pamięć.

Serce Mala­chaia przy­śpie­szyło nie­spo­dzie­wa­nie, co było dla niego dość nie­ty­po­wym zja­wi­skiem. Zwy­kle biło wolno, jakby powoli umie­rało. Ale adre­na­lina i nutka pod­nie­ce­nia w żyłach zro­biły swoje. Znów poczuł, że żyje. Zaszu­miało mu w gło­wie od nad­miaru doznań.

Ruszył przed sie­bie zbyt gwał­tow­nie, by Car­ter zdo­łał go powstrzy­mać. Z obrzy­dze­niem na twa­rzy prze­ci­snął się mię­dzy sto­ją­cymi pasa­że­rami. W tam­tej chwili nie przej­mo­wał się zbyt­nio zapa­chem ludz­kiego potu, który wdzie­rał się do noz­drzy, ani tym, że odbi­jał się od przy­pad­ko­wych ciał niczym piłeczka kau­czu­kowa.

Zmniej­szył dzie­lący go od dziew­czyny dystans. Zro­bił to w prze­ciągu paru sekund. Zawa­hał się, kiedy stał już tak bli­sko, że miał ją na wycią­gnię­cie ręki. Mógłby bez pro­blemu chwy­cić mię­dzy palce jej ładne włosy i wypro­wa­dzić na zewnątrz, by zająć się nią tak, jak pro­sił Ivan. Zamiast tego poło­żył tylko dłoń na ramie­niu nie­zna­jo­mej.

Zdzi­wiona odwró­ciła do niego twarz, a on natych­miast poczuł, jak ulat­nia się z niego cały entu­zjazm. To nie była ona. Nie była nawet tro­chę podobna. Kiedy stał tak bli­sko, zauwa­żył, że nawet kolor wło­sów się nie zga­dza. Pofar­bo­wała je, żeby uda­wać rudzielca. Uśmiech­nął się krzywo zaraz po tym, jak z jego ust wymsknęło się wes­tchnie­nie.

- Sorka - burk­nął, jakby był obra­żony, bo nie­zna­joma przy­glą­dała mu się, wyraź­nie ocze­ku­jąc wyja­śnień. - Pomyłka. W dodatku fatalna.

Zebrał tyłek i ze spusz­czoną głową wró­cił do Car­tera.

- Jeśli nie jest głu­pia, to już tu nie wróci - stwier­dził Car­ter, widząc zawie­dzioną minę Kaia, która rzadko poja­wiała się na jego twa­rzy. Pokle­pał go po ramie­niu, żeby dodać mu otu­chy. Wystar­czyło jedno spoj­rze­nie w nie­bie­skie oczy Kaia, by dotarło do niego, że nie zamie­rza odpu­ścić. Wręcz prze­ciw­nie, dopiero się roz­krę­cał.

Bez słowa ruszył w prze­ciwną stronę, ponow­nie prze­szu­ku­jąc wagony, w któ­rych już byli. Wró­cili do ósemki. Kai przy­sta­nął w pół kroku. Podob­nie jak Car­ter, z tą róż­nicą, że on zatrzy­mał się, ponie­waż wdep­nął nowymi butami w kałużę tuż przy toa­le­cie, a zaraz po tym zza drzwi wyło­nił się oble­śny, spo­cony męż­czy­zna z ula­nym brzu­chem na wierz­chu.

- Kurwa - sap­nął bia­ło­włosy. - Wpa­dłem w siura.

Car­ter uniósł stopę i lekko się pochy­lił, oglą­da­jąc dokład­nie pode­szwę buta, żeby osza­co­wać szkody. Nie trwało to jed­nak zbyt długo, bo nagle Kai szarp­nął jego ramię, przez co pole­ciał w tył, odbi­ja­jąc się bole­śnie od prze­su­wa­nych drzwi.

- Sły­sza­łeś?! - pod­niósł głos. Szarp­nął przy­ja­ciela za rękaw, by ten zwró­cił na niego uwagę, bo Kai wbi­jał tępy, ale jed­no­cze­śnie błysz­czący wzrok w odle­gły punkt. - Wpa­dłem przez cie­bie w siura! Wisisz mi nowe buty.

- Kupię ci nawet dwie pary. Tylko się ucisz, skar­beczku! - pole­cił sza­tyn, doci­ska­jąc palec wska­zu­jący do ust.

Nie bez powodu sta­rał się zacho­wy­wać nor­mal­nie i bez­gło­śnie. Mru­ga­jąc cha­otycz­nie, wbi­jał palące spoj­rze­nie w dziew­czynę, która wła­śnie wsia­dła do pociągu. Poru­szała się dość szybko, z wro­dzo­nym wdzię­kiem omi­ja­jąc pasa­że­rów. Nie patrzyła im w oczy. Jedy­nie omia­tała wzro­kiem kolejne twa­rze, jakby je prze­świe­tlała. Był nie­mal pewny, że cze­goś lub kogoś wypa­truje. Miał nadzieję, że cho­dzi o niego. Prędko spu­ścił głowę, dzięki czemu skrył twarz pod dasz­kiem czapki. Odcze­kał dzie­sięć sekund, nim ponow­nie zadarł pod­bró­dek.

Sie­działa bli­sko. Zbyt bli­sko. A miej­sce za jej ple­cami było puste, jakby na niego cze­kało.

- To ona - wyszep­tał drżą­cym gło­sem, choć nie miał pew­no­ści, czy Car­ter w ogóle to zro­zu­miał. Nie sku­piał się już na ota­cza­ją­cym świe­cie, bo liczyło się tylko to, że wresz­cie ją zna­lazł. Swoją upra­gnioną ofiarę.

- Jesteś pewny? - spy­tał Car­ter.

Oczy­wi­ście, że tak! Bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek w swoim życiu. Był pewny tych rudych wło­sów, które spięła w wysoką kitkę, nie­ty­po­wych rysów twa­rzy i czer­wo­nej szminki na ustach. Nie odpo­wie­dział. Zosta­wia­jąc kolegę w tyle, czmych­nął obok niej zwin­nie jak kot i opadł na miej­sce za nią.

Do jego noz­drzy wdarł się zapach jej per­fum. Łagodny, ale jed­no­cze­śnie z pazu­rem. A zaraz po tym usły­szał dźwięk tele­fonu - kla­syczny dzwo­nek łączący wszyst­kich posia­da­czy iPhone'a, który znał aż za dobrze. Prze­chy­lił głowę w bok, dzięki czemu doj­rzał, jak dziew­czyna grze­bie w prze­wie­szo­nej przez ramię saszetce, by zna­leźć źró­dło zamie­sza­nia. Wycią­gnęła komórkę, ale wtedy nie­świa­do­mie upu­ściła bre­lok.

Kai przy­dep­nął go butem i przy­su­nął bli­żej sie­bie. Skrzy­żo­wał ramiona przed sobą i słu­chał uważ­nie, by nie pomi­nąć żad­nego szcze­gółu roz­mowy, który mógłby się póź­niej przy­dać. Dziew­czyna nie wyglą­dała na zado­wo­loną. Bar­dziej na poiry­to­waną i zmę­czoną. Ta roz­mowa chyba pro­wa­dziła do kłótni, bo cią­gle pod­no­siła głos. A Mala­chai roz­my­ślał tylko nad jed­nym: "Kim jesteś, Cam? Face­tem? Kole­żanką? Kimś z rodziny?", ponie­waż to imię cały czas padało z jej ust, jakby było sło­wem klu­czem. Za każ­dym razem jej głos brzmiał jado­wi­cie, z czego wywnio­sko­wał, że chyba nie prze­pa­dała za roz­mówcą. Roz­łą­czyła się w tej samej chwili, w któ­rej głos z gło­śni­ków oznaj­mił, że zbli­żają się do ostat­niej sta­cji. Pod­nio­sła się gwał­tow­nie, wci­ska­jąc tele­fon do tyl­nej kie­szeni dżin­sów.

Kai ponow­nie spu­ścił głowę i zje­chał tył­kiem w dół, pró­bu­jąc w ten spo­sób się scho­wać.

To nie był jesz­cze odpo­wiedni moment, by się poznali. Cze­kał na lep­szą oka­zję. Ich pierw­sze spo­tka­nie powinno być wyjąt­kowe. Musiała zapa­mię­tać je na dobre. Aż do słod­kiej śmierci, która prędko otuli ją ramio­nami.

Drgnął, kiedy w pośpie­chu dotknęła nogą jego zgię­tego kolana, rzu­ca­jąc przy tym ciche "prze­pra­szam". Poczuł, jak całym jego cia­łem wstrząsa pio­ru­nu­jący dreszcz, a nawet na niego nie spoj­rzała. Tylko mach­nęła ręką w prze­pra­sza­ją­cym geście i znik­nęła w mroku na zewnątrz. Dopiero gdy stra­cił ją z pola widze­nia, schy­lił się po bre­lo­czek i wstał.

Przyj­rzał się dokład­nie zawieszce. Pod­rzu­cił ją w powie­trzu, a kiedy ponow­nie wylą­do­wała w jego dłoni, wyszcze­rzył się zwy­cię­sko.

Był o jeden krok bli­żej.

I wciąż o jeden krok za daleko.

3.

Carmen sie­działa w gabi­ne­cie tera­peutki i przez ostat­nie kilka minut zasta­na­wiała się nad tym, czy naprawdę tam jest, czy uczest­ni­czy w życiu jak każdy inny czło­wiek, czy może tylko udaje, żeby zlać się z tłu­mem. Bez­na­mięt­nym wzro­kiem wpa­try­wała się w czarne wska­zówki zegara, które poru­szały się leni­wie i nad­zwy­czaj wolno, jakby zło­śli­wie czas strasz­nie się wydłu­żył. Myślała tylko o tym, jak bar­dzo nie­na­wi­dziła tego miej­sca.

Bar­dzo. Bar­dzo. Bar­dzo.

Bar­dzo. Podob­nie jak sie­bie.

Sły­sząc swoje imię, wresz­cie spoj­rzała na kobietę po czter­dzie­stce, która przed nią sie­działa. Na jej wysu­szone od roz­ja­śnia­nia koń­cówki wło­sów, na źle spi­ło­wane paznok­cie w nud­nym, brą­zo­wym jak fotel kolo­rze i okropną mary­narkę w kratę. Wzdry­gnęła się na ten widok, choć sta­rała się nie dać tego po sobie poznać.

- W porządku. - Wes­tchnęła Amanda Lloyd, dostrze­ga­jąc, że i tym razem będzie trudno wycią­gnąć coś sen­sow­nego z pacjentki. Stuk­nęła dłu­go­pi­sem o kra­wędź gru­bego zeszytu w kratkę. - Zacznijmy od cze­goś pro­stego. Podobno wró­cił twój brat. Doga­da­li­ście się?

- Nie jest wart tego, by o nim roz­ma­wiać.

Amanda przy­jęła to nie­miłe burk­nię­cie z nad­zwy­czajną obo­jęt­no­ścią.

- W takim razie o czym wola­ła­byś dziś poroz­ma­wiać?

Car­men stłu­miła w sobie prych­nię­cie. Pochy­liła się do przodu i oparła łok­cie na kola­nach, wbi­ja­jąc w tera­peutkę obo­jętne, chłodne spoj­rze­nie pozba­wione emo­cji.

O nim, pomy­ślała. O jego wyjąt­ko­wym uśmie­chu, który naj­pew­niej powstał w pie­kle. O tych pustych oczach i ciem­nych wło­sach przy­po­mi­na­ją­cych mroczną aure­olę. O tym, że nie potra­fiła wyrzu­cić go z głowy, choć naprawdę się sta­rała. O tym, że bez­u­stan­nie o nim myślała, nawet jeśli nie chciała. I o tym, że widziała go za każ­dym razem, kiedy zamy­kała oczy.

A minął już tydzień. Albo tylko tydzień.

Opa­dła z powro­tem na opar­cie nie­wy­god­nego fotela i zarzu­ciła nogę na nogę.

- Ist­nieją tysiące miejsc, w któ­rych wola­ła­bym wła­śnie być - powie­działa w końcu, gdy udało jej się zepchnąć w dal­sze zaka­marki umy­słu wspo­mnie­nia zwią­zane z tym prze­ra­ża­ją­cym męż­czy­zną. - Na przy­kład Kara­iby. Impreza. Moje miesz­ka­nie. Nawet dom rodzinny. Wszę­dzie, byle nie tu.

Amanda uśmiech­nęła się, uno­sząc tylko lewy kącik ust.

- To zro­zu­miałe - odpo­wie­działa natych­miast łagod­nym tonem dobrej osoby, po czym prze­ło­żyła zeszyt do dru­giej ręki. - Nie­stety los nas zwią­zał i to twoja jedyna szansa, żeby sobie pomóc. Nie­długo muszę przed­sta­wić wyniki tera­pii. Wiesz, że sporo od tego zależy.

Oczy­wi­ście, że wie­działa. Nawet za dobrze. Cała jej przy­szłość została poło­żona na szali. To, jak miało dalej poto­czyć się życie Car­men, zale­żało w ogrom­nej mie­rze od słów tera­peutki. Mogła ją ura­to­wać lub cał­ko­wi­cie znisz­czyć. Dla­tego Car­men tak czę­sto przed nią grała, poka­zu­jąc, że ma się świet­nie. Nie mogła prze­cież odkryć, jak źle jej z samą sobą, że tak naprawdę silna kobieta, którą udaje, jest zale­d­wie maską kry­jącą zła­maną przez życie dziew­czynę.

To jed­nak nie spra­wiało, że Car­men miała ochotę opo­wia­dać obcej oso­bie o tym, co zro­biła. Nie chciała wra­cać do naj­gor­szych chwil swo­jego krót­kiego życia. Nie mogła sobie na to pozwo­lić, ponie­waż kolejny raz spro­wa­dzi­łaby na sie­bie lawinę poczu­cia winy, smutku oraz żalu. Samo wspo­mnie­nie tam­tego wyda­rze­nia wywo­ły­wało dresz­cze i spra­wiało, że miała ochotę zwy­mio­to­wać z ner­wów.

- Ja... Po pro­stu... - zaczęła nie­pew­nie, gubiąc się we wła­snych myślach. Prze­je­chała dło­nią po zmę­czo­nej od zmar­twień twa­rzy i ponow­nie spoj­rzała na Amandę. - Wiem. I opo­wiem o tym. Potrze­buję tylko czasu. Ciężko zrzu­cić taką bombę.

Kobieta kiw­nęła głową na znak zgody, po czym obie przy­pie­czę­to­wały tę nie­pi­saną umowę nikłymi uśmie­chami. Car­men poczuła jed­nak, że wcale tego star­cia nie wygrała, gdy Amanda bez słowa wyrwała ze środka zeszytu kartkę, którą póź­niej podała dziew­czy­nie wraz z ele­ganc­kim dłu­go­pi­sem. Car­men okrę­ciła go w dłoni. Auto­ma­tycz­nie prze­wró­ciła oczami, dostrze­ga­jąc nie­wielki napis "Clark" oraz logo firmy.

Typowa zagrywka jej ojca.

- Pozwól, że jed­nak zosta­niemy tro­chę w tym tema­cie.

Oczy­wi­ście, pomy­ślała Car­men. Jak­żeby mogła nie pozwo­lić?

- Napisz na kartce wszyst­kie uczu­cia, jakie towa­rzy­szyły ci tam­tego dnia.

Wiele wtedy czuła. Głów­nie pro­centy szu­miące w gło­wie. A poza tym złość. Zbyt dużo zło­ści jak na tak drobne ciało. Może odro­binę zazdro­ści. I jak zawsze ogromną potrzebę rato­wa­nia kogoś, na kim jej zale­żało. Wes­tchnęła, nie­po­trzeb­nie zga­dza­jąc się na wyko­na­nie zada­nia. Zało­żyła pasmo rudych wło­sów za ucho, zaci­snęła wargi i pochy­liła się nad kartką.

Nagle odnio­sła dziwne wra­że­nie, że wyrzu­ciło ją z rze­czy­wi­sto­ści, jakby była błę­dem. Czuła się w świe­cie jak intruz. Widziała tylko biały papier, na któ­rym nie­zgrab­nie ryso­wała pio­nowe kre­ski, a to z nie­zro­zu­mia­łego powodu strasz­nie ją zmę­czyło, więc przy­mru­żyła na moment powieki. Kiedy po upły­wie kilku sekund na nowo otwo­rzyła oczy, wciąż sie­działa w tym samym miej­scu, ale powie­trze wyda­wało się znacz­nie chłod­niej­sze, choć słońce zaglą­dało do środka przez uchy­lone okno. Zamru­gała szyb­ciej, zasko­czona fak­tem, że jakimś cudem udało jej się zapeł­nić całą kartkę. Prze­krzy­wiła szyję, żeby lepiej widzieć, ponie­waż na papie­rze powta­rzało się osiem liter.

Razem łączyły się w wyraz, któ­rego ni­gdy dotąd nie znała, więc nie potra­fiła go roz­szy­fro­wać. Brzmiał jak magiczne zaklę­cie zwia­stu­jące prze­kleń­stwo.

Mala­chai.

Czy to moż­liwe, że sama to napi­sała? Bez niczy­jej pomocy? Bez zna­jo­mo­ści zna­cze­nia tego słowa? Już je gdzieś widziała czy wymy­śliła? Prze­szedł ją dreszcz. Zupeł­nie tak, jakby jakaś nie­wi­dzialna siła chwy­ciła ją za ramię, pozo­sta­wia­jąc po sobie tylko para­li­żu­jące uczu­cie mrozu. Z wra­że­nia upu­ściła dłu­go­pis i prędko rzu­ciła spoj­rze­niem za sie­bie. Pusto. Tylko kot z obrazu na ścia­nie bacz­nie ją obser­wo­wał.

- Prze­pra­szam - mruk­nęła do kobiety, po czym w ułamku sekundy pod­nio­sła się do pionu. Musiała stam­tąd jak naj­szyb­ciej wyjść, bo chyba powoli tra­ciła zmy­sły. Czuła się w tym miej­scu coraz gorzej. Jakby tam nie paso­wała. Jakby jej tam nie chciano. Albo gorzej - jakby ktoś przy­wo­ły­wał ją ku sobie.

Amanda powio­dła za nią zasko­czo­nym wzro­kiem, gdy Car­men zgar­niała z pod­łogi swoją czer­woną torebkę.

- Muszę już iść - oznaj­miła sła­bym gło­sem. - Wła­śnie sobie o czymś przy­po­mnia­łam.

Kła­mała, nie­trudno było to zauwa­żyć. Wie­działa o tym zarówno Car­men, jak i tera­peutka, która mimo to pozwo­liła jej wyjść. Car­men ode­tchnęła z ulgą, chwy­ta­jąc za klamkę. Otwo­rzyła drzwi, posta­wiła zale­d­wie jeden krok i momen­tal­nie się cof­nęła, odbi­ja­jąc się od cze­goś twar­dego. Zadarła pod­bró­dek, by doj­rzeć, co sta­nowi prze­szkodę.

A raczej "kto".

Serce pode­szło jej do gar­dła - chciała je wycią­gnąć i wyrzu­cić z całym tym stra­chem, któ­rym ocie­kało. Stał przed nią. Dokład­nie tak, jak go zapa­mię­tała. Nie dostrze­gła zbyt wielu szcze­gó­łów mogą­cych bar­dziej zobra­zo­wać jego twarz, jakby się przed nią cho­wał. Ale widziała dokład­nie te pamię­tliwe oczy lśniące każ­dym odcie­niem grze­chu oraz uśmiech, który momen­tal­nie zmro­ził ją całą.

Patrzył na nią jak na jedną ze swo­ich ofiar. Wygłod­niale. To było tak inten­sywne dozna­nie, że aż poczuła gwał­towny ścisk żołądka. Spró­bo­wała uciec w głąb pomiesz­cze­nia, ale bły­ska­wicz­nie zaci­snął palce na jej nad­garstku, cią­gnąc ją w swoją stronę. Ten uścisk palił żywym ogniem. Była pewna, że zostawi po sobie mroczne zna­mię. Poczuła na skó­rze zły dotyk.

Dotyk samej śmierci.

Pisnęła cicho, kuląc się w sobie. Zaci­snęła szczel­nie powieki z nadzieją, że w ten spo­sób przed nim uciek­nie. I nagle solidny niczym kaj­danki uchwyt zelżał. Wokół zro­biło się spo­koj­niej, a jej serce prze­stało odbi­jać się od żeber, chcąc popeł­nić samo­bój­stwo. Roz­chy­liła usta, nabie­ra­jąc w płuca wię­cej powie­trza. Odli­czyła w myślach do trzech i otwo­rzyła oczy.

Car­men Clark na­dal sie­działa na krze­śle przed swoją tera­peutką, ści­ska­jąc w spo­co­nej i sztyw­nej dłoni dłu­go­pis.

Nie rozu­miała, co się stało. Jakim cudem to wyda­wało się tak realne? I dla­czego wciąż czuła na nad­garstku nie­po­ko­jący ból? Śladu nie było, ale dla pew­no­ści i tak prze­je­chała opusz­kami pal­ców po miej­scu, które rze­komo ści­skał tam­ten chło­pak. Zje­chała wzro­kiem na kartkę. Wciąż wid­niał na niej ten sam napis. I wła­śnie wtedy coś do niej dotarło.

Czy to moż­liwe, aby to było jego imię?

Czy jej naj­gor­szy kosz­mar wła­śnie tak się nazy­wał?

Car­men nie znała odpo­wie­dzi na pyta­nia, które zaczęły sztur­mo­wać jej umysł. W tam­tej chwili była pewna jedy­nie tego, że to wcale nie koniec.

Ponie­waż był to zale­d­wie począ­tek jej końca.

Końca, jakiego ni­gdy dotąd sobie nie wyobra­żała.

To była długa sesja. Wyda­wała się trwać znacz­nie dłu­żej niż zwy­kle, choć na zega­rze odli­czyło się równe sześć­dzie­siąt minut. I kiedy Car­men wresz­cie opu­ściła gabi­net, poczuła, jak bar­dzo jest zmę­czona. Odnio­sła wra­że­nie, że przez palce prze­le­ciało jej kilka lat. Dla upew­nie­nia się, że wciąż jest starą, złą sobą, spu­ściła głowę i wbiła wzrok w rude kosmyki wło­sów, spraw­dza­jąc, czy przy­pad­kiem nie osi­wiała.

Ruszyła żwa­wym kro­kiem i cudem wysi­liła się na przy­ja­zny uśmiech do recep­cjo­nistki. Stu­kot jej szpi­lek roz­brzmie­wał na kory­ta­rzu, mie­sza­jąc się z dźwię­kami docho­dzą­cymi ze źle nasta­wio­nego radia. Przy­sta­nęła, bo przez bała­gan w gło­wie prze­biły się dwa zna­czące słowa, które nie­mal wbiły ją w zie­mię.

Mor­der­stwo.

Pod­pa­le­nie.

Świat nagle zawi­ro­wał. Ule­ciało z niej powie­trze, więc przy­trzy­mała się lady, by nie paść na zie­mię. Przy­ci­snęła dłoń do czoła, które wydało się roz­pa­lone. Odcze­kała parę­na­ście sekund i uni­ka­jąc cie­kaw­skich spoj­rzeń, wyszła z budynku. Patrzyła pod nogi, nie przed sie­bie, idąc w pro­stej linii. Była tak sku­piona na swo­ich cha­otycz­nych myślach oraz na kolej­nej fali pytań, jaka poja­wiła się w gło­wie, że nie zorien­to­wała się nawet, w któ­rym momen­cie ktoś do niej dołą­czył.

Wzdry­gnęła się, czu­jąc na ramie­niu czyjś dotyk.

Odru­chowo zamach­nęła się torbą, która z hukiem odbiła się od obcego ciała. W odpo­wie­dzi usły­szała stłu­miony jęk, a zaraz po tym rado­sny śmiech. Brzmiał zna­jomo.

- Jezu, co ty taka ner­wowa ostat­nio? - sap­nął Came­ron, roz­ma­so­wu­jąc dło­nią bok brzu­cha, co świad­czyło o tym, że wła­śnie w to miej­sce tra­fiła Car­men. Nie umiała go prze­pro­sić, choć czuła, że powinna. Na szczę­ście nie wyglą­dał na obra­żo­nego. Jego zie­lone, kocie oczy zaszły łzami roz­ba­wie­nia, od któ­rych ład­nie lśniły, a usta for­mo­wały się w szcze­rym uśmie­chu.

Wzru­szyła tylko ramio­nami w ramach odpo­wie­dzi.

- Co tu robisz, Cam? - wes­tchnęła i rozej­rzała się podejrz­li­wie wokół. Stali przy par­kingu; od razu ośle­piły ją świa­tła jego czer­wo­nego auta. - Nie szla­jasz się z kum­plami jak zawsze?

James mach­nął ręką, wydy­ma­jąc dolną wargę, jakby go tymi sło­wami ura­ziła.

- Pomy­śla­łem, że cię odbiorę, żebyś nie musiała tłuc się pocią­giem - oznaj­mił, szcze­rząc się od ucha do ucha. Nie pozna­wała go. Czym sobie na to zasłu­żyła? Nie miała poję­cia, ale wyda­wało jej się, że James nie robił tego bez­in­te­re­sow­nie. Był od niej star­szy zale­d­wie o trzy lata, więc zdą­żyła go roz­pra­co­wać. Nauczyła się o nim przede wszyst­kim tego, że jeśli wycią­gał do kogoś pomocną dłoń, zazwy­czaj liczył, że otrzyma coś w zamian. Ale co tym razem mogła mu ofia­ro­wać? Nie zamie­rzała jed­nak w tym grze­bać. Gdy gestem dłoni zasu­ge­ro­wał, by się ruszyła, wsia­dła do samo­chodu, a on tuż za nią.

Nie ode­zwała się sło­wem nawet wtedy, kiedy ruszyli wąskimi uli­cami mia­sta. Czuła na sobie palące spoj­rze­nie brata, które powoli dopro­wa­dzało ją do szału, więc odwró­ciła do niego twarz i unio­sła wycze­ku­jąco brwi.

- Pomo­gło? - spy­tał, naj­pew­niej nawią­zu­jąc do wizyty u tera­peutki. Tylko ją tym wzbu­rzył, więc na moment zaci­snęła usta w wąską linię, by uspo­koić myśli, nim się ode­zwie.

- Nie. Nie pomo­gło - wes­tchnęła zała­mana. Oparła głowę o szybę, tępo wpa­tru­jąc się w ucie­ka­jący kra­jo­braz. Jak na złość w tym tema­cie tylko on mógł ją zro­zu­mieć. - Jak mam o tym opo­wie­dzieć, Cam?

Naprawdę chciała poznać roz­wią­za­nie tej zagadki, któ­rej nie potra­fiła roz­wi­kłać od mie­sięcy. Może wtedy byłoby jej znacz­nie łatwiej.

Tym razem to ona przy­glą­dała się pra­wemu pro­fi­lowi twa­rzy brata. Był cał­ko­wi­cie sku­piony na dro­dze, przez co spi­nał szczękę. Brą­zowe włosy odsta­wały w każdą moż­liwą stronę, two­rząc arty­styczny nie­ład, a srebrny kol­czyk w uchu lśnił w ostat­nich pro­mie­niach słońca. Był młod­szą kopią ich ojca. James Came­ron Clark był cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem Car­men, która przy nim czuła się po pro­stu zimna i nijaka.

- Jakby to nie była nasza histo­ria - odpo­wie­dział ze sto­ic­kim spo­ko­jem, poru­sza­jąc przy tym szczu­płymi ramio­nami. - Wiem, że cię to męczy.

- A cie­bie, Cam? - spy­tała natych­miast. - Zacho­wu­jesz się tak, jakby...

- Widzisz, robaczku, jeśli o czymś nie myślisz, nie musisz się tym zamar­twiać - prze­rwał sio­strze. Wolał zga­sić tę roz­mowę niż znów odtwa­rzać w gło­wie prze­bieg tam­tej feral­nej nocy, która zmie­niła ich na zawsze.

Car­men roze­śmiała się ner­wowo. To było ide­alne hasło pasu­jące do Jamesa - mogłoby sta­no­wić jego defi­ni­cję, bo zazwy­czaj mało się czym­kol­wiek przej­mo­wał. Nawet waż­nymi spra­wami. Na co dzień wolał je ole­wać z nadzieją, że jeśli będzie robił to wystar­cza­jąco długo - znikną. Jak w jego pamięci.

- ...jakby nie była twoją dziew­czyną - dodała mimo­cho­dem, żeby spraw­dzić jego reak­cję.

James przy­mknął usta.

- Bo nią nie była - burk­nął z iry­ta­cją, tor­pe­du­jąc Car­men ostrym wzro­kiem. - Chciała odejść, pamię­tasz? Do innego.

Posta­no­wiła zamilk­nąć, bo co mogłaby odpo­wie­dzieć? Że dał Selene sporo powo­dów, by zosta­wić go w cho­lerę? Wycią­gnęła tele­fon i pośpiesz­nie wpi­sała w wyszu­ki­warkę zle­pek ośmiu liter, które nie chciały wyle­cieć jej z głowy. Szu­kała zna­cze­nia - naj­pierw natknęła się na infor­ma­cję, że to imię pro­roka, póź­niej zna­la­zła coś cie­kaw­szego. "Mój anioł" gło­siła naj­prost­sza defi­ni­cja.

Anioł śmierci, dodała w myślach.

Unio­sła głowę i spięła się momen­tal­nie, gdy dotarło do niej, że wcale nie wra­cają do domu. Samo­chód skrę­cił w dziel­nicę, w któ­rej widziała tamtą straszną scenę, więc auto­ma­tycz­nie wci­snęła się moc­niej w fotel. Roz­pacz­li­wie rzu­cała spoj­rze­niem po uli­cach, szu­ka­jąc w przy­pad­ko­wych oso­bach zna­ków szcze­gól­nych tam­tych trzech chło­pa­ków. Nerwy zalały ją całą, wypie­ra­jąc umie­jęt­ność racjo­nal­nego myśle­nia. Serce pode­szło jej do gar­dła, a żołą­dek zawią­zał się w cia­sny supeł bólu.

- Co tu robimy? - spy­tała szybko, obli­zu­jąc usta, które nagle stały się suche, jakby cała woda z jej orga­ni­zmu wypa­ro­wała. Odru­chowo zablo­ko­wała drzwi i choć naro­biła przy tym nie­złego hałasu, James nie odwró­cił wzroku od drogi.

- Mój kum­pel tu pra­cuje. Chcia­łem go odwie­dzić - wyja­śnił, zer­ka­jąc prze­lot­nie na nie­wielką, wybla­kłą już literkę "C", która zdo­biła jego środ­kowy palec. Car­men miała dokład­nie taką samą. Podob­nie jak ich ojciec. Ten tatuaż był jak znak roz­po­znaw­czy Clar­ków. - Mówi­łem ci o tym, pamię­tasz?

Nie pamię­tała, bo przez ostat­nie dni oba­wiała się wła­snego cie­nia, przez co była nie­obecna jak ni­gdy wcze­śniej.

- Nie? - Zdzi­wiła się. - Nie mówi­łeś.

- Nie? - powtó­rzył za nią. - To mówię teraz.

- A jestem ci do tego potrzebna, bo...? - mruk­nęła zdzi­wiona i jed­no­cze­śnie zre­zy­gno­wana.

- Bo zro­bi­łaś się straszną nudziarą. Wyjdź do ludzi, Car­men! Oni nie gryzą!

Oni tylko poły­kają w cało­ści, pomy­ślała. Wci­snęła się w fotel i mil­czała, dopóki nie doje­chali na miej­sce. Wma­wiała sobie, że może Came­ron ma rację. Zdzi­czała, odkąd poja­wiła się po zmroku w nie­od­po­wied­nim miej­scu. Uni­kała kon­taktu z innymi, tylko zamy­kała się w swoim pokoju, bo był bez­pieczną przy­sta­nią wolną od potwo­rów.

Kiedy wysia­dła z samo­chodu, na dwo­rze było już ciemno, a jedyne źró­dło świa­tła sta­no­wiła latar­nia, któ­rej żarówka cały czas mru­gała, przy­wo­dząc na myśl mro­żące krew w żyłach sceny z hor­ro­rów. Z każ­dej strony ota­czały ją obskurne, nie­od­świe­żone kamie­nice oraz mury ozdo­bione graf­fiti. Na jed­nym z nich wid­niało hasło pobu­dza­jące wyobraź­nię - "pie­kło jest puste, a wszyst­kie bestie są tutaj". Po ulicy echem nio­sły się donio­słe głosy męż­czyzn zmie­szane ze śmie­chem, choć Car­men nie dostrze­gła w oko­licy nikogo.

Miała ochotę wziąć nogi za pas i ucie­kać w siną dal, jed­nak zmu­siła się do tego, by ruszyć za bra­tem. James otwo­rzył przed nią drzwi, ale nim prze­kro­czyła próg, zaj­rzała do środka przez dużą szybę, która eks­po­no­wała wszystko, co działo się w środku.

W salo­nie były tylko dwie osoby. I w oczy Car­men od razu rzu­cił się jeden z chło­pa­ków. Aku­rat wcią­gał na sie­bie śnież­no­białą koszulkę, a następ­nie bar­dzo powoli narzu­cił na barki ciem­no­brą­zową skórę, uwa­ża­jąc przy tym, by nie podraż­nić świe­żego tatu­ażu na ramie­niu. W ułamku sekundy zauwa­żyła gumkę od bok­se­rek, która wysta­wała spod zwi­sa­ją­cych z tyłka jasnych dżin­sów. Chło­pak szybko pod­cią­gnął je za szlufki, popra­wił pasek ze złotą klamrą, a póź­niej nasu­nął na nos oku­lary z ciem­nymi szkłami, cho­ciaż słońce już dawno zaszło.

James spro­wa­dził ją z powro­tem na zie­mię, gdy deli­kat­nie szarp­nął ją za ramię. Zamru­gała mocno z nadzieją, że to pomoże jej się ogar­nąć. Weszła do środka tuż za bra­tem, choć w prze­ci­wień­stwie do niego nie zro­biła tego w tak spek­ta­ku­larny spo­sób, bo on wszedł do lokalu jak stały bywa­lec. Nie wie­działa, jak powinna się zacho­wać, więc tylko przy­sta­nęła przy Came­ro­nie z krzy­wym uśmie­chem.

Chło­pak prze­glą­dał się w lustrze, podzi­wia­jąc nowy tatuaż. Z tej odle­gło­ści mogła doj­rzeć, że był to zgrabny, pro­sty napis, który gło­sił "family first". Nie­sforne kosmyki jasnych wło­sów chło­paka opa­dały, przy­sła­nia­jąc lewą część suro­wej twa­rzy. Odwró­cił głowę, kiedy tylko drzwi za Car­men się zamknęły. Nie widziała jego oczu, ale czuła, że patrzył pro­sto na nią.

Zde­cy­do­wa­nie za długo.

- Nie pier­dol, że wró­ci­łeś! - ode­zwał się obcy głos.

Car­men prze­su­nęła wzro­kiem po pomiesz­cze­niu, loka­li­zu­jąc wła­ści­ciela tego przy­jem­nego głosu. Sie­dział na obro­to­wym krze­sełku bez opar­cia, trzy­ma­jąc w dłoni maszynkę do robie­nia tatu­aży, którą powoli czy­ścił. Jego włosy były krótko przy­strzy­żone, zale­d­wie na mili­me­try, i miały nie­mal pla­ty­nowy odcień współ­gra­jący z jasną cerą. Rękawy ciem­no­sza­rej bluzy pod­cią­gnął pod łok­cie, eks­po­nu­jąc wyta­tu­owane ramiona.

- Wow. Myśla­łem, że tym razem wcięło cię na dobre - dodał jesz­cze ze szcze­rym uśmie­chem, nim James zdą­żył zare­ago­wać. - Przy­sze­dłeś znów wkraść się w łaski...

James, który w tym cza­sie usiadł na krze­śle naprze­ciwko kolegi, zarzu­ca­jąc nogę na nogę, szturch­nął Car­tera w kolano na znak, żeby nie koń­czył. Póź­niej, by nie dać po sobie poznać, że nieco się zde­ner­wo­wał, pochy­lił się, by móc zer­k­nąć na wzor­niki i kolo­rowe tusze. Ode­rwał się od tej czyn­no­ści, kiedy usły­szał za ple­cami wymowne chrząk­nię­cie sio­stry.

- Racja - mruk­nął bar­dziej do sie­bie niż do nich. Odwró­cił się przez ramię i wska­zał dło­nią na Car­men, zachę­ca­jąc ją tym samym, by pode­szła bli­żej. Wolała jed­nak bacz­nie im się przy­glą­dać, jakby dzięki temu mogła roz­pra­co­wać tę dziwną roz­mowę. - Wcze­śniej chyba nie było oka­zji, żeby­ście się poznali. To moja sio­stra - wyja­śnił, po czym prze­niósł rękę w kie­runku kolegi - a to Car­ter.

Car­men uśmiech­nęła się krzywo, macha­jąc ręką na powi­ta­nie, choć zro­biła to bez entu­zja­zmu. W tej samej sekun­dzie Car­ter zadarł głowę, dzięki czemu ich spoj­rze­nia spo­tkały się po raz pierw­szy. Nie rozu­miała tej nagłej zmiany w jego zacho­wa­niu. W mgnie­niu oka prze­stał się uśmie­chać, a na wąskie usta wypeł­znął nie­przy­ja­zny gry­mas. Patrzył na nią inten­syw­nie, nie­mal jak zahip­no­ty­zo­wany, i nie­kon­tro­lo­wa­nym ruchem trą­cił przed­mioty na sto­liku.

W momen­cie, w któ­rym czarny tusz wylał się na jego szare, dre­sowe spodnie, jęk­nął:

- O cho­lera!

Nie wie­działa, czy była to reak­cja na ubru­dze­nie ciu­chów, czy na jej widok. Nie zasta­na­wiała się nad tym, ponie­waż tuż obok niej zja­wił się blon­dyn w oku­la­rach zaalar­mo­wany dziw­nym zacho­wa­niem kolegi. Minął ją z obo­jętną miną. Oparł tyłek o para­pet, ponow­nie popra­wił klamrę paska i skrzy­żo­wał ramiona na tor­sie. Czuła, jak przy tym ska­no­wał ją wzro­kiem, jakby była wybie­go­wym zwie­rza­kiem.

- Powin­naś stąd wyjść. - Dobiegł do niej bez­na­miętny, zachry­pły głos i wie­działa, że nie nale­żał ani do Jamesa, ani do Car­tera. Miała wra­że­nie, że tylko ona usły­szała te słowa i przez krótki moment była w sta­nie uwie­rzyć, że sobie to wymy­śliła. Dopóki ponow­nie się nie ode­zwał rów­nie niskim tonem:

- To nie miej­sce dla dziew­czyn takich jak ty.

Czyli jakich?, pomy­ślała, tłu­miąc w sobie śmiech. Zepsu­tych?

- Słu­cham? - spy­tała obu­rzona, kiedy powró­ciła do niej pew­ność sie­bie. W przy­pły­wie śmia­ło­ści odwró­ciła się i spoj­rzała na niego, mru­żąc powieki. Linia jego szczęki była per­fek­cyj­nie zary­so­wana i wyda­wało się, że prze­cię­łaby papier. Policzki nie­zna­jo­mego lekko się zapa­dały, przez co twarz przy­po­mi­nała tro­chę podo­bi­zny wyryte w ska­łach. Włosy na­dal opa­dały mu na twarz, ale mimo tego dostrze­gła cień uśmie­chu na ustach.

- Wybacz, Hol­den cza­sami nie potrafi się zacho­wać - ode­zwał się Car­ter, zwra­ca­jąc na sie­bie uwagę. Znów wyglą­dał na miłego chło­paka, choć w jego zie­lo­nych oczach tliła się nie­pew­ność. Hol­den rzu­cił mu wymowne spoj­rze­nie, jakby chciał bez słów wymie­nić się z nim spo­strze­że­niami.

Car­ter wie­dział dosko­nale, co zaprzą­tało Hol­de­nowi głowę. Ale nie mógł nic zro­bić, ponie­waż na dzia­ła­nie było już za późno.

Drzwi wej­ściowe otwo­rzyły się sze­roko, odbi­ja­jąc się ze skrzyp­nię­ciem od ściany, pozwa­la­jąc, by do środka dostało się chłodne powie­trze. A wraz z nim przez próg prze­le­ciało bez­władne ciało, które potur­lało się aż pod nogi Jamesa, który momen­tal­nie pod­niósł się do pionu. Minęło kilka sekund w prze­ra­ża­ją­cej ciszy, zanim wokół roz­legł się stu­kot butów, a zaraz po tym w pomiesz­cze­niu poja­wiła się jesz­cze jedna osoba, na widok któ­rej Hol­den rzu­cił pod nosem wią­zankę prze­kleństw.

Nowo przy­były naj­pierw zaci­snął zakrwa­wione palce na futry­nie, pozo­sta­wia­jąc po sobie czer­wone ślady, a dopiero póź­niej wyło­nił się z cie­nia. Pew­nym, cięż­kim kro­kiem ruszył w głąb pomiesz­cze­nia, buja­jąc się na boki, jakby odtwa­rzał w gło­wie jakąś melo­dię. Zatrzy­mał się nie­cały metr od led­wie przy­tom­nej postaci. Posta­wił jedną nogę w tył z zamia­rem wymie­rze­nia kop­niaka.

- Prze­stań! - krzyk­nął Car­ter drżą­cym gło­sem, zagra­dza­jąc mu drogę. Sta­nął przed nim sztywno z unie­sio­nymi ku górze dłońmi, po czym szep­nął: - Nie jeste­śmy sami.

To wystar­czyło, by go poha­mo­wać. I przy oka­zji zbić z tropu.

Nie­chęt­nie ode­rwał tępe spoj­rze­nie od ofiary i rzu­cił nim dookoła, aż jego nie­bie­skie oczy spo­częły na twa­rzy Car­men, która pró­bo­wała poha­mo­wać drże­nie brody. Dokład­nie przy­glą­dała się nie­mal czar­nym, potar­ga­nym wło­som, pustym śle­piom bez cie­nia emo­cji i ustom, które jak na zawo­ła­nie wygięły się w chło­pię­cym uśmie­chu. Ale nie to było naj­gor­sze. Naj­bar­dziej spa­ra­li­żo­wał ją widok śla­dów krwi na mło­dej, oliw­ko­wej twa­rzy. Gapiła się w nie­wiel­kie roz­ma­zane kro­pelki, jakby mogła tym wzro­kiem spra­wić, że wyryją się w skó­rze na dobre. A on naj­wy­raź­niej to wyczuł, bo prze­je­chał po policz­kach ręka­wem bluzy, która rów­nież miała na sobie czer­wone smugi.

- Sorka - mruk­nął. - Tylko się zgry­wamy.

Car­men pra­gnęła jak naj­szyb­ciej ucie­kać, ale jej nogi odma­wiały posłu­szeń­stwa, jakby nie miała nad nimi kon­troli. Dla­tego tylko stała jak zaklęta i obser­wo­wała z zafa­scy­no­wa­niem, jak pochy­lał się nad nie­zna­jo­mym, po czym zła­pał go za fraki i siłą pod­niósł do pionu. Pokle­pał męż­czy­znę po ramie­niu w kum­pel­skim geście i od nie­chce­nia odsta­wił go na wolne miej­sce obok Jamesa. Wię­cej się nie ode­zwał.

Skoń­czył lustro­wać ją gorą­cym spoj­rze­niem i kiw­nął poro­zu­mie­waw­czo głową do Hol­dena, nie zapo­mi­na­jąc przy tym uśmiech­nąć się w cha­rak­te­ry­styczny spo­sób. Na ten widok Car­men poczuła mdło­ści. Zauwa­żyła jesz­cze, że puścił oczko do jej brata, co cał­ko­wi­cie ją zasko­czyło. Zupeł­nie tak, jakby nie­źle się znali.

Hol­den jak na pole­ce­nie ode­pchnął się od para­petu i ruszył za sza­ty­nem. Nim jed­nak dorów­nał mu kroku, zatrzy­mał się przy dziew­czy­nie. Zsu­nął oku­lary do połowy nosa i spoj­rzał na nią oczami ciem­nymi jak atra­men­towe niebo.

- Ucie­kaj - szep­nął z tro­ską.

Spu­ściła wzrok i dopiero wtedy doj­rzała tatuaż w kształ­cie krzyża na jego dłoni. To był ostatni ele­ment, który pozwo­lił jej uło­żyć w całość ukła­dankę. To byli oni. Wszystko wewnątrz niej dosko­nale o tym wie­działo, ale pró­bo­wała temu prze­czyć. Dłu­żej nie mogła cią­gnąć oszu­ki­wa­nia samej sie­bie. Miała przed sobą dowód.

Hol­den wymi­nął ją, a ona wciąż stała jak słup soli. Nie mogła ruszyć nawet pal­cem - tak bar­dzo spa­ra­li­żo­wał ją strach. Do tego czasu lubiła myśleć, że niczego się nie boi, że jest twarda i bez serca, jed­nak wtedy zro­zu­miała, że jej naj­więk­szym lękiem był chło­pak, który jed­nym groź­nym uśmie­chem nisz­czył ją tak, jak jesz­cze ni­gdy nie była znisz­czona.

I jak na złość w całym tym roz­tar­gnie­niu wyha­czyła jego spoj­rze­nie, nim znik­nął w dru­gim pomiesz­cze­niu razem z Hol­de­nem. To było jak ostat­nie ostrze­że­nie.

- Ja... Ehm... Muszę wyjść - wydu­siła tylko łamią­cym się gło­sem. Nawet nie spoj­rzała na brata. Odwró­ciła się i wybie­gła na zewnątrz, jakby brała udział w wyścigu. Przez chwilę sły­szała za sobą jego woła­nie i prośby, by zacze­kała, ale nie chciała go dłu­żej słu­chać. Nogi same pro­wa­dziły ją w nie­zna­nym kie­runku. Rozej­rzała się roz­pacz­li­wie po oko­licy, któ­rej nawet nie koja­rzyła, a co za tym idzie, nie czuła się w niej ani tro­chę bez­piecz­nie. Wręcz prze­ciw­nie, miała nie­po­ko­jące wra­że­nie, że utknęła w pułapce bez wyj­ścia. Wszyst­kie świa­tła w kamie­ni­cach były wyłą­czone, jakby całe mia­sto nagle w stra­chu poszło spać. Chciała się roz­pła­kać z bez­rad­no­ści, jed­nak z całej siły pró­bo­wała tego unik­nąć.

Car­men Clark uwiel­biała tłu­mić w sobie emo­cje.

Zaczęła biec w nie­zna­nym kie­runku, a w mię­dzy­cza­sie bom­bar­do­wała brata nie­zli­czoną ilo­ścią wia­do­mo­ści, które nie miały naj­mniej­szego sensu. Zatrzy­mała się na rogu dwóch ulic, by James mógł ją bez pro­blemu zna­leźć. Wyda­wało jej się, że ucie­kła wystar­cza­jąco daleko, dla­tego pozwo­liła sobie wresz­cie ode­tchnąć z ulgą. Doci­snęła dłoń do drżą­cej piersi, łapiąc w płuca spore ilo­ści powie­trza.

Sły­sząc nie­po­ko­jący sze­lest, ponow­nie rzu­ciła spa­ni­ko­wa­nym spoj­rze­niem wokół. Czuła strach, który bił w niej niczym dru­gie serce, gdy wsłu­chi­wała się w towa­rzy­szącą jej ciszę. Sły­szała dokład­nie swój oddech, który zaczął się ury­wać, gdy ujrzała na hory­zon­cie wyła­nia­jącą się z mroku postać. Zupeł­nie tak, jakby ciem­ność oddała światu swoje potom­stwo o ludz­kich kształ­tach. Nie dało się go nie zauwa­żyć - męż­czy­zny, który doro­bił się cha­rak­teru. A do tego miał w sobie ten ukryty smu­tek.

Zamknęła oczy i pokrę­ciła głową.

Powta­rzała w myślach, że to tylko sen lub nie­re­alna wizja, która za moment minie.

Ale nic takiego się nie stało, ponie­waż był to jej naj­gor­szy kosz­mar, który dział się naprawdę, a ona odgry­wała jedną z dwóch głów­nych ról.

4.

Wszystko w gło­wie Car­men krzy­czało, że to on.

Kosz­mar w ludz­kiej skó­rze, z któ­rym musiała się wresz­cie zmie­rzyć.

Nabrała w płuca gwał­towny haust powie­trza, jakby to był pierw­szy i zara­zem ostatni oddech, na jaki zasłu­żyła. Strach para­li­żo­wał każdy jej zmysł, przez co znowu nie mogła się poru­szyć. Odnio­sła wra­że­nie, że wro­sła w zie­mię już na dobre, zapusz­cza­jąc korze­nie tak głę­boko, jak stare drzewo, któ­rego nie da się prze­sa­dzić. W ciszy i bez­ru­chu obser­wo­wała, jak dystans mię­dzy nimi zmniej­szał się w zastra­sza­ją­cym tem­pie, aż wresz­cie chło­pak zna­lazł się tak bli­sko, że bez pro­blemu mógłby ją zła­pać.

Ale tego nie zro­bił.

Smuga świa­tła z miesz­ka­nia jed­nej z kamie­nic padła pro­sto na jego twarz, two­rząc na niej sza­chow­nicę świa­tła i cie­nia. I wcale nie wyglą­dał tak strasz­nie, jak zapa­mię­tała. A może tylko spra­wiał takie wra­że­nie. Ciemne włosy pozo­sta­wił w nie­ła­dzie, jakby nie­dawno zmierz­wił je w roz­tar­gnie­niu ręką. Tym razem uśmie­chał się - nie­groź­nie, wręcz chło­pięco, dzięki czemu w policz­kach for­mo­wały się led­wie zauwa­żalne dołeczki. Przy­po­mi­nał upa­dłego anioła. Był nie­mal nie­na­tu­ral­nie przy­stojny, nie­za­po­mi­nany. Tylko w jego oczach wciąż pozo­sta­wało coś nie­po­ko­ją­cego. Coś, co ide­al­nie nada­wało się do ode­gra­nia roli sady­sty, mor­dercy, a przede wszyst­kim samego Lucy­fera.

Z pew­no­ścią był jak przed­wcze­sna zapo­wiedź śmierci. Już jed­nym spoj­rze­niem spra­wił, że przez głowę prze­le­ciały jej wszyst­kie klatki z nędz­nego życia, a potem zoba­czyła w odbi­ciu nie­bie­skich oczu swoje mar­twe ciało w kałuży krwi. Tyle miało po niej pozo­stać.

Z tą okropną wizją Car­men przy­mknęła powieki, zebrała się w sobie i zro­biła krok w tył.

- Twój samo­chód stoi po dru­giej stro­nie budynku - ode­zwał się nagle, burząc grubą ścianę mil­cze­nia, która sta­no­wiła ostat­nią prze­szkodę mię­dzy nimi. Brzmiał nieco ina­czej, niż sobie to wyobra­żała. Znacz­nie łagod­niej i spo­koj­niej, a jego głos nie był prze­siąk­nięty zło­wiesz­czą chrypą.

Kiw­nęła głową na znak, że zro­zu­miała.

- Cze­kam na kogoś - mruk­nęła zby­wa­jąco, po czym zer­k­nęła przez ramię z nadzieją, że na hory­zon­cie pojawi się jej brat. Nie­stety natknęła się tylko na swój cień, na któ­rym było widać, jak bar­dzo się trzę­sła. Nie wie­działa, czy to przez mróz, który ją prze­szył, czy po pro­stu ze stra­chu. Splo­tła ramiona pod pier­siami, kuląc się w sobie, jakby dzięki temu miała znik­nąć. W odpo­wie­dzi chło­pak wyszcze­rzył się, uka­zu­jąc rzą­dek zębów, z któ­rych jeden szcze­gól­nie się wyróż­niał, bo przy­po­mi­nał kieł bru­tal­nego zwie­rzę­cia. Mógłby z łatwo­ścią roz­ciąć aortę.

- Ja też - odpo­wie­dział, poru­sza­jąc swo­bod­nie ramio­nami, a w myślach dodał: na cie­bie. Ale o tym nie musiała wie­dzieć. Jesz­cze. Wsu­nął dło­nie do kie­szeni dżin­sów, szu­ka­jąc bre­loczka, który zgu­biła. - Pocze­kamy razem?

Car­men zwró­ciła oczy ku czar­nemu niebu. Za jakie grze­chy?, miała ochotę wydzie­rać się do osoby na górze, ale odpo­wiedź była oczy­wi­sta. Miała na sumie­niu wiele, w tym jeden poważny grzech, i powoli uświa­da­miała sobie, że może on, ten mroczny chło­pak, był ade­kwatną do tego uczynku karą.

- Sorka. Gdzie moje maniery? - kon­ty­nu­ował, dra­piąc się po czubku głowy, jakby było mu głu­pio, że popeł­nił taką wtopę. Póź­niej doci­snął dłoń do mostka i dorzu­cił wesoło: - Cześć, jestem Kai.

Ponow­nie ule­ciało z niej całe powie­trze, gdy te trzy literki skła­da­jące się na jego imię wbiły się do umy­słu niczym gwoź­dzie do trumny. Było w nich coś owia­nego tajem­nicą, przez co nie potra­fiła sku­pić się na niczym innym. Ana­li­zo­wała je długo, bo brzmiały dość zna­jomo, nim wpa­dła na roz­wią­za­nie zagadki.

- Kai jak... Mala­chai? - Nie­mal wypluła te słowa, jakby były tru­ci­zną, którą przez przy­pa­dek połknęła. Miała wra­że­nie, że wyobraź­nia płata jej figle, że utknęła w serialu lub fil­mie, gra­jąc boha­terkę z nad­przy­ro­dzo­nymi mocami. Bo jaka była szansa na to, że w gło­wie Car­men to imię pojawi się zupeł­nie znie­nacka?

Skrzy­wił się, sły­sząc to, w jaki spo­sób wypo­wie­działa zle­pek ośmiu liter.

- Wystar­czy Kai - burk­nął, przy czym zabrzmiał znacz­nie mrocz­niej. Mimo tego kul­tu­ral­nie wycią­gnął do niej dłoń, ale nie była w sta­nie jej uści­snąć. Na jego twa­rzy poja­wił się gry­mas, a w oczach zalśnił cień roz­cza­ro­wa­nia. Odnio­sła wra­że­nie, że staje się coraz bar­dziej roz­tar­gniony i ziry­to­wany.

Zapa­dła krę­pu­jąca cisza.

Car­men czuła, jak śli­zgał się wzro­kiem po jej syl­wetce, jakby była ofiarą, którą zamie­rzał pożreć. Widziała to w jego oczach. Ten nie­po­ha­mo­wany głód i chęć domi­na­cji, a oprócz tego wro­dzoną pew­ność sie­bie, która mogłaby zawład­nąć całym świa­tem. Obser­wo­wał dłu­gie, ogni­ste włosy, które z powie­wem wia­tru wpa­dały jej do ust i plą­tały się na rzę­sach. Usta pod­kre­ślone czer­woną szminką. Zie­lone tęczówki pełne lęku, który dawał mu poczu­cie prze­wagi.

Ona nato­miast ponow­nie rozej­rzała się nie­cier­pli­wie na boki, bo zabra­kło jej śmia­ło­ści, by dłu­żej mu się przy­glą­dać - jakby jego widok mógł wypa­lić oczy. W oddali zary­so­wała się męska syl­wetka, która truch­tem zmie­rzała w ich kie­runku. Gapiła się w to jedno miej­sce z nadzieją, że przy­śpie­szy czas. Pozwo­liła sobie ode­tchnąć z ulgą, kiedy dotarło do niej, że to Hol­den.

Zja­wił się niczym anioł stróż.

- Ład­nie cię pro­szę, Kai, jeden krok w tył! - rzu­cił w prze­strzeń na moment przed tym, jak sam wci­snął się mię­dzy nich, uda­jąc ścianę. Dla pew­no­ści ulo­ko­wał dłoń na ramie­niu brata, żeby w razie potrzeby łatwo go powstrzy­mać. Dyszał ciężko, jakby prze­biegł znacz­nie dłuż­szy dystans niż w rze­czy­wi­sto­ści, a kosmyki blond wło­sów nie­mal cał­ko­wi­cie przy­sło­niły jego surową, wygiętą w gry­ma­sie nie­za­do­wo­le­nia twarz. Odgar­nął je do tyłu wolną ręką.

Mala­chai posłusz­nie wyko­nał pole­ce­nie brata i bawiąc się w naj­lep­sze, uniósł dło­nie na wyso­kość piersi w aktor­skim popi­sie.

- Wylu­zuj, Hol - mruk­nął, po czym strzep­nął z sie­bie dłoń blon­dyna. Kiedy się­gał do kie­szeni spodni, patrzył pro­sto w oczy brata tak, jakby chciał odczy­tać jego następne ruchy. Natra­fił na foliowe papierki, opa­ko­wa­nie gum do żucia i klu­cze do domu, nim poczuł mię­dzy pal­cami bre­lo­czek. - Chcia­łem tylko zwró­cić jej wła­sność.

Dys­kret­nym kiw­nię­ciem brody wska­zał na Car­men, która przy­glą­dała im się z sze­roko otwar­tymi oczami. Pod­rzu­cił bre­lo­czek w powie­trzu, kie­ru­jąc go pro­sto w dło­nie dziew­czyny i z non­sza­lanc­kim uśmie­chem spy­tał:

- To twoje, prawda?

Car­men chwy­ciła zawieszkę w ostat­niej chwili. Obró­ciła przed­miot w dło­niach, przyj­rzała mu się z każ­dej strony i z wra­że­nia otwo­rzyła usta. W tam­tej chwili nie prze­jęła się nawet czer­woną smugą na kra­wę­dzi, ponie­waż w gło­wie miała tylko jedno pyta­nie.

Jakim cudem to tra­fiło w jego ręce?

Nie potra­fiła się jed­nak ode­zwać, choć pra­gnęła poznać odpo­wiedź. Z bły­skiem lęku w wąskich źre­ni­cach zer­k­nęła na rów­nie zdez­o­rien­to­wa­nego Hol­dena. On naj­wy­raź­niej też nie rozu­miał, jak do tego doszło.

- Och, zapo­mnia­łem - ode­zwał się ponow­nie Kai. Zro­bił krok w przód, zmniej­sza­jąc dzie­lący go od brata dystans, dzięki czemu mógł zaci­snąć palce na jego ramie­niu, wbi­ja­jąc je bole­śnie w ciało. Pocze­kał na moment, w któ­rym Hol­den obda­rzy go spoj­rze­niem. Dopiero wtedy pochy­lił się do niego tak, że ich twa­rze znaj­do­wały się na tym samym pozio­mie i szep­nął:

- Wia­do­mość z ostat­niej chwili: prze­ści­gną­łem cię.

Hol­den patrzył na Kaia w taki spo­sób, jakby nie docie­rało do niego nic prócz bicia serca.

- Sorka, Hol - wes­tchnął z uda­wa­nym smut­kiem. - Jest moja.

Jed­nym nie­sa­mo­wi­cie szyb­kim i spraw­nym ruchem ode­pchnął brata tak, że ten cał­ko­wi­cie nie­przy­go­to­wany na taki obrót wyda­rzeń zato­czył się w tył. Kai zyskał prze­wagę. Miał krótką drogę, na końcu któ­rej cze­kała na niego słodka nagroda. Ruszył pro­sto na Car­men. Było w nim coś nie­ludz­kiego, kiedy sunął w jej kie­runku niczym naj­strasz­niej­sza zjawa.

Instynk­tow­nie zaczęła się cofać. I jak na potwier­dze­nie jej domy­słów, wszech­świat udo­wod­nił, jak bar­dzo jej nie­na­wi­dził. Patrząc pro­sto w oczy, które zda­wały się pło­nąć gnie­wem, zaha­czyła obca­sem o nie­równą nawierzch­nię. Runęła na asfalt, zdzie­ra­jąc skórę na dło­niach.

Kai syk­nął przez zaci­śnięte zęby, jakby odczuł za nią ten ból.

- Pomogę ci wstać - zapro­po­no­wał grzecz­nie. - Szkoda two­ich pięk­nych rączek.

Zaraz po tym na jego ustach ponow­nie zago­ścił uśmiech, który pocho­dził pro­sto z pie­kła. Był już bli­sko. Wystar­czyło, by się pochy­lił, zła­pał ją i rze­czy­wi­ście pomógł pod­nieść się do pionu, choć nie była pewna, czy w tych oko­licz­no­ściach ustoi o wła­snych siłach. Ale Hol­den jak zawsze popsuł mu całą zabawę, cią­gnąc go w tył. Póź­niej wysko­czył przed brata i naparł na niego, by zmu­sić go do rusze­nia z miej­sca, bo wyda­wało się, że zastygł jak prze­piękny posąg.

- Idziemy - wyce­dził blon­dyn, a następ­nie zer­k­nął za sie­bie na prze­ra­żoną dziew­czynę. Była prze­siąk­nięta stra­chem do tego stop­nia, że choć powinna się pod­nieść i zwiać, nie mogła się do tego zmu­sić.

Mala­chai w odpo­wie­dzi zare­cho­tał - histe­rycz­nie, gło­śno i gar­dłowo, co tylko przy­pra­wiło zmar­z­nięte ciało Car­men o kolejne dresz­cze. Z ser­cem pod­cho­dzą­cym do gar­dła i tęt­nem wysoko ponad normą obser­wo­wała pełne zła oczy męż­czy­zny, które wbi­jały się w nią niczym szty­let.

- Możesz ucie­kać, ale przede mną się nie ukry­jesz!

Jego głos niósł się po cichej oko­licy. Słowa te utknęły w umy­śle Car­men, gdzie odbi­jały się echem. Zupeł­nie tak, jakby już zawsze miała je pamię­tać.

- Nie ist­nieje żaden spo­sób, byś znik­nęła gdzieś, gdzie cię nie znajdę.

Zaśmiał się, ciężko oddy­cha­jąc. Bo cho­ciaż sta­wiał nie­wiel­kie kroczki w tył, tak, jak chciał tego Hol­den, to wciąż napie­rał na brata, jakby za moment miał mu się wyrwać i dokoń­czyć swoje dzieło. Widziała na­dal jego zado­wo­loną twarz, choć stop­niowo cho­wała się w cie­niu, kiedy się odda­lali. Z każdą sekundą ich syl­wetki się zmniej­szały, a mimo to wzdry­gnęła się, gdy ciszę wokół prze­rwał nie­po­ko­jący szept, odbi­ja­jący się od ścian budyn­ków.

- Dogo­nię cię, kocha­nie.

A kiedy to zro­bię, pomy­ślał roz­ma­rzony, prze­pad­niesz. Na zawsze.

Zamknęła oczy, odci­na­jąc się od tych wyda­rzeń. Otwo­rzyła je po paru sekun­dach, wma­wia­jąc sobie, że jest już zupeł­nie inną osobą - silną i nie­ustra­szoną. Prze­wró­ciła się na kolana i powoli pod­nio­sła do pionu, bo nie mogła wstać w inny spo­sób. Kiedy w kąci­kach oczu zalśniły jej pierw­sze łzy, ośle­piło ją jasne świa­tło. Odru­chowo zakryła twarz ręką, gotowa bro­nić się przed jego ata­kiem.

- Wsia­daj, robaczku. - Sły­sząc zna­jomy głos, prze­je­chała wierz­chem dłoni po twa­rzy, ście­ra­jąc z niej ostat­nie oznaki po swo­ich sła­bo­ściach. Robiła wiele, byle nie wyglą­dać na prze­stra­szoną, choć jej białka na­dal były zaczer­wie­nione.

Gdy przy­zwy­cza­iła się do świa­tła, dostrze­gła, że za kie­row­nicą sie­dział Came­ron.

Chciała ode­tchnąć z ulgą, ale ze stresu powie­trze wciąż sta­wało jej w gar­dle. Pośpiesz­nie zajęła miej­sce pasa­żera i zatrza­snęła za sobą drzwi. Trzy razy upew­niła się, czy aby na pewno nikt z zewnątrz nie będzie w sta­nie ich otwo­rzyć. Cze­kała, aż ruszą z miej­sca, ale auto wciąż stało. James wrzu­cił bieg na luz, posy­ła­jąc jej nie­pewne spoj­rze­nie.

- Jedno pyta­nie. Szczera odpo­wiedź. Dobra? - mruk­nął bez prze­ko­na­nia. Kiw­nęła głową, cho­ciaż nie miała ochoty opo­wia­dać, dla­czego jest w takim sta­nie. - Wpa­ko­wa­łaś się znowu w jakieś gówno?

Uniósł się. Może nie­po­trzeb­nie, ale wma­wiał sobie, że po pro­stu się mar­twi. Posta­no­wił się uspo­koić, gdy ujrzał jej zaszklone oczy. Uśmiech­nął się pokrze­pia­jąco z nadzieją, że Car­men to odwza­jemni. Nie docze­kał się tego. Potrzą­snęła natych­miast głową, bo nie potra­fiła się ode­zwać, jakby nie­wi­dzialna siła ści­skała ją za gar­dło.

- Dla­czego więc jesteś na celow­niku Kaia Yor­dana?

Zasta­na­wiała się, jakim cudem znało go całe mia­sto z wyjąt­kiem jej. Ona nie miała poję­cia o jego ist­nie­niu, dopóki przy­pad­kiem nie sta­nęła mu na dro­dze. Mogłaby nazy­wać to prze­zna­cze­niem.

- Znasz go? - krzyk­nęła zupeł­nie nie­pla­no­wa­nie. Nagle ude­rzyła w nią fala gorąca, a serce na nowo zaczęło nie­spo­koj­nie odbi­jać się od żeber, jakby pla­no­wało je poła­mać.

- Tylko z opo­wie­ści - wes­tchnął słabo, nagi­na­jąc prawdę. - Krąży wiele histo­rii...

Car­men wolała o nich nie słu­chać, więc mach­nęła ręką na znak, że ich roz­mowa dobie­gła końca. Wci­snęła się moc­niej w fotel. Męt­nym wzro­kiem wpa­try­wała się w kra­jo­braz, który zmie­niał się za szybą, zasta­na­wia­jąc się, czy kie­dy­kol­wiek uda jej się uwol­nić. Po dłuż­szej chwili wraz z bólem głowy wnio­sek nasu­nął się sam.

Nie podda się bez walki.

Drzwi od salonu tatu­ażu ponow­nie otwo­rzyły się z upior­nym skrzyp­nię­ciem, a już sekundę po tym do środka wpadł Mala­chai. Zachwiał się na nogach, ale dzięki temu, że przy­trzy­mał się ściany, nie upadł na kolana. Odwró­cił się przez ramię, popra­wia­jąc jed­no­cze­śnie wygnie­ciony mate­riał bluzy, i posłał bratu gniewne spoj­rze­nie.

Hol­den dep­tał mu po pię­tach, jakby zmie­nił się w jego cień.

Napię­cie niczym desz­czowe chmury wisiało nad nimi już od dawna, ale w tam­tej chwili Car­ter Evans odniósł wra­że­nie, że za moment zaleje ich śmier­telny deszcz w kolo­rze krwi. Odczuł kło­poty w kościach, a ich opary osia­dły na jego płu­cach. Zer­k­nął na kole­gów z unie­sio­nymi brwiami, ocze­ku­jąc wyja­śnień.

Nie­wiele sobie z tego zro­bili. Olali go, jakby był tylko powie­trzem. Wciąż stali w przej­ściu, mie­rząc się wzro­kiem, a z ich jasnych oczu nie­mal leciały iskry, które mogłyby pod­pa­lić cały budy­nek.

Odchrząk­nął, jed­nak to też nie spra­wiło, że zwró­cili na niego uwagę.

- Wyglą­da­cie tak, jak­by­ście chcieli się poza­bi­jać - stwier­dził oczy­wi­stość. Nie było w tym nic nowego. Tacy już byli. Raz na jakiś czas musieli sko­czyć sobie do gar­deł, żeby póź­niej ska­kać za sobą w ogień.

Pod­niósł się z obro­to­wego krze­sełka. Pchnął je nogą, przez co prze­su­nęło się parę cen­ty­me­trów w bok. Naj­pierw przyj­rzał się Kaiowi. Jego zmru­żone oczy i zaci­śnięte usta nie zwia­sto­wały nic dobrego. Zawsze tak wyglą­dał, gdy roz­sa­dzał go gniew. Car­ter prze­niósł spoj­rze­nie na star­szego z braci - na napięte mię­śnie twa­rzy i gwał­tow­nie uno­szącą się, a następ­nie ciężko opa­da­jącą klatkę pier­siową. To była rzadko spo­ty­kana odsłona Hol­dena, która wska­zy­wała na to, że Mala­chai prze­kro­czył gra­nice jego opa­no­wa­nia. To Hol­den jako pierw­szy odwró­cił wzrok. Kai momen­tal­nie uczy­nił to samo, jakby pró­bo­wał naśla­do­wać ruchy brata.

- Czy zabi­cie członka rodziny za utrud­nia­nie zada­nia jest legalne? - zasta­na­wiał się na głos Mala­chai. Hol­den z bez­rad­no­ści doci­snął dło­nie do twa­rzy i odchy­lił ją w tył. Car­ter nato­miast zdo­łał jedy­nie cichutko wydu­sić imię przy­ja­ciela w upo­mi­na­jący spo­sób. - Nie? A powinno być.

Kai potrzą­snął głową na boki, po czym trą­cił Hol­dena w bark.

- To była ona! - jęk­nął. - Zna­la­złem ją!

- Nie! - ryk­nął Hol­den, a swoim pod­nie­sio­nym tonem zbił pozo­stałą dwójkę z tropu. Rzadko tak bar­dzo się uno­sił. Zazwy­czaj nastę­po­wało to w sytu­acjach, gdy Kai porząd­nie zalazł mu za skórę. - To ona nie­for­tun­nie zna­la­zła cie­bie! Miała pecha, bo ze wszyst­kich miejsc w tym gów­nia­nym mie­ście wybrała aku­rat to, w któ­rym się poja­wi­łeś!

Mala­chai wes­tchnął ze znu­dze­nia. Odchy­lił głowę na lewo tak, jakby zamie­rzał oprzeć ją o bark. Spoj­rzał ku górze, aż jego białka zadrżały. Roz­wa­żał, czy drzemka będzie odpo­wied­nim wyj­ściem, bo wszystko wska­zy­wało na to, że mono­log Hol­dena pełen wyrzu­tów może potrwać jesz­cze długo. A on naprawdę miał już dość tych poucza­ją­cych wywo­dów. Zawsze brzmiały bar­dzo podob­nie.

- Nazwał­bym to...

- Bła­gam, tylko nie pier­dol o prze­zna­cze­niu - wes­tchnął zała­many Hol­den, nim Kai zdo­łał dokoń­czyć swoją wypo­wiedź. Ale to wła­śnie miał na myśli. To słowo ide­al­nie tłu­ma­czyło to, że los ponow­nie splą­tał ich drogi.

- Dla­czego ci tak zależy, Hol? - spy­tał Kai, wyrzu­ca­jąc z sie­bie to, co krą­żyło mu po gło­wie. Nie rozu­miał moty­wa­cji brata wzglę­dem obcej dziew­czyny. Zmru­żył oczy i wbił ana­li­tyczne spoj­rze­nie w twarz Hol­dena. Patrzył na niego w mil­cze­niu, pró­bu­jąc połą­czyć kropki, dopóki nie drgnęła mu powieka. A to było nie­mal jak niemy okrzyk "Bingo!". - Och, ser­duszko zabiło moc­niej? Jest w twoim typie. Wygląda tro­chę jak...

- Nie wyma­wiaj tego imie­nia - wtrą­cił Hol­den, a wraz z ostat­nim sło­wem jego dotąd pewny głos naj­zwy­czaj­niej się zała­mał. Nie­bie­skie oczy zamie­niły się w ocean smutku. Wbi­jał w brata bła­ga­jące spoj­rze­nie, choć dosko­nale wie­dział, że nie­wiele tym zdziała.

- Jak jej było? - mruk­nął Kai, robiąc zamy­śloną minę. Zer­k­nął na Car­tera, jakby ocze­ki­wał, że mu pod­po­wie, ale ten tylko odwró­cił wzrok. Nie chciał się w to mie­szać, to był zaka­zany temat. Poza tym atmos­fera i bez tego była już gęsta, a z każdą kolejną sekundą odno­sił dzi­waczne wra­że­nie, że ściany budynku zaczy­nają się do nich przy­bli­żać.

- Selene, no tak! - krzyk­nął Mala­chai, klasz­cząc z pod­eks­cy­to­wa­nia w dło­nie. - Szkoda, że spo­tka ją podobny los.

To wystar­czyło, aby Hol­den stra­cił resztki cier­pli­wo­ści. Nim zdą­żył pomy­śleć, stał już pod ścianą, doci­ska­jąc drżące ze śmie­chu ciało Kaia do ściany. To była pro­wo­ka­cja. Wie­dział to dosko­nale, a jed­nak dał się podejść. Kiedy nieco oprzy­tom­niał, posta­wił krok w tył, luzu­jąc uścisk na ubra­niach brata. W zamian zaci­snął dło­nie w pię­ści tak mocno, że poczuł paznok­cie wbi­ja­jące się w skórę.

- Myślisz, że ona też wpad­nie ci do łóżka, jak ją obro­nisz? - prych­nął ciem­no­włosy, spi­na­jąc łopatki, bo po zde­rze­niu ze ścianą tro­chę roz­bo­lały go plecy.

- Odpuść, Kai - szep­nął z boku Car­ter, posta­na­wia­jąc, że to odpo­wiedni moment, by prze­rwać tę bez­sen­sowną kłót­nię. Stał w bez­ru­chu i sta­rał się nawet na uła­mek sekundy nie spusz­czać ich z oka. Oba­wiał się, że jeśli prze­sta­nie na nich patrzeć, to prędko wywo­łają kolejną wojnę świa­tową. Wła­ści­wie nie wie­dział, co powi­nien o tym wszyst­kim myśleć. Był pośrodku. Żaden wybór nie wyda­wał się odpo­wiedni.

Dla­tego, odkąd pamię­tał, tkwił mię­dzy "dobrym Hol­de­nem" a "złym Mala­cha­iem".

- Nie tak mie­li­śmy się nią zająć, bra­ciszku - zadrwił Kai, trą­ca­jąc brata w ramię. Hol­den pokrę­cił głową, zagry­za­jąc usta. Powta­rzał sobie, że w tej sytu­acji tylko spo­kój go ura­tuje, ale do spo­koju miał już za daleko.

- A jak chcia­łeś się nią zająć? - rzu­cił z iry­ta­cją w gło­sie. - Mala­chai?

Wypo­wie­dze­nie tego imie­nia zadzia­łało tak, jak przy­pusz­czał. Kai zadarł głowę i wbił w niego spoj­rze­nie pełne pogardy. Zaci­snął zęby na dol­nej war­dze, tłu­miąc w sobie zło­wiesz­czy pomruk, i napiął szczękę tak, jakby spraw­dzał, jak długo wytrzyma pod naci­skiem.

- Srak.

Kai nie byłby sobą, gdyby nie wyszcze­rzył się trium­fal­nie. Spoj­rzał na star­szego brata, ale nie mógł zbyt długo na niego patrzeć, ponie­waż coś zaczęło piec go w klatce pier­sio­wej. Zerwał się gwał­tow­nie z miej­sca. Zro­bił pierw­szy krok, a potem kolejny i kolejny, jed­nak Hol­den nie zamie­rzał tak łatwo go puścić. W ostat­niej chwili ucze­pił się jego nad­garstka.

Kai zatrzy­mał się, ale nie potra­fił się odwró­cić.

- Gdzie idziesz? - spy­tał Hol­den tonem zapo­ży­czo­nym od ich ojca.

- Po nią - odpo­wie­dział natych­miast, jakby tylko na to cze­kał. Dopiero wtedy zer­k­nął za sie­bie, żeby ujrzeć reak­cję brata. Jego uśmiech rósł pro­por­cjo­nal­nie do tego, jak usta Hol­dena opa­dały w smutny łuk. Kai zaśmiał się z nadzieją, że roz­ła­duje tym atmos­ferę i wymru­czał:

- Żar­to­wa­łem. Teraz twoja kolej.

Klep­nął Hol­dena w ramię, jakby niemo chciał prze­ka­zać "Dasz radę". Wyszedł na zewnątrz. Nie był ani smutny, ani szczę­śliwy.

Po pro­stu był i ta myśl go nisz­czyła.

5.

Mala­chai Yor­dan uwiel­biał być w cen­trum uwagi, bo czuł się wtedy nie­znisz­czalny.

Z tego powodu miał w klu­bie szcze­gólne miej­sce: pry­watną lożę nad gło­wami impre­zo­wi­czów, z któ­rej mógł w spo­koju nad­zo­ro­wać wszystko to, co działo się pod jego nosem. Z obo­jętną miną obser­wo­wał wiru­jący do gło­śnej muzyki tłum. To była nudna impreza. Nie nio­sła za sobą żad­nych doznań, więc posta­no­wił, że roz­rywkę zafun­duje sobie sam.

Ude­rza­jąc pode­szwą buta o czarne płytki, wystu­ki­wał rytm pio­senki. Krę­cił głową na boki, poszu­ku­jąc wśród nie­zna­jo­mych ludzi odpo­wied­niej osoby. Nie mogło paść na byle kogo. Musiał mieć cho­ciaż naj­bar­dziej błahy powód, by dzia­łać. Nie­win­nych nie tykał, bo to byłoby nudne. Wodził uważ­nym wzro­kiem po całej sali. Mijały sekundy, które zmie­niały się w minuty, dopro­wa­dza­jąc go nie­mal do sza­leń­stwa.

I wtedy ich zoba­czył - dwóch szar­pią­cych się mało­la­tów. To mu wystar­czyło. Lep­sza oka­zja tego wie­czoru mogła się nie tra­fić.

Wsu­nął dłoń do sza­rych dżin­sów i uśmiech­nął się roz­anie­lony, wyczu­wa­jąc pod pal­cami nóż. Jego wyobraź­nia zaczy­nała pra­co­wać na naj­wyż­szych obro­tach, pod­krę­ca­jąc w nim eks­cy­ta­cję. Odwró­cił się na pię­cie, rusza­jąc w stronę drzwi, ale momen­tal­nie się zatrzy­mał, bo ktoś już stał w ich progu. Dziew­czyna. Szczu­pła i zgrabna, o oliw­ko­wej kar­na­cji, ciem­nych oczach i czar­nych, falu­ją­cych wło­sach, które opa­dały na piersi.

- Masz gościa, kotek - oznaj­miła uprzej­mie Sybil. - Strasz­nie nie­cier­pliwy.

Tro­chę go tym zain­te­re­so­wała.

Zaczął zasta­na­wiać się, kto był na tyle bez­czelny, by mu prze­ry­wać.

- Zaskocz mnie - mruk­nął bez eks­cy­ta­cji, po czym zre­zy­gno­wany opadł na kanapę. Przy­glą­dał się w mil­cze­niu, jak jej opięte skó­rza­nymi spodniami bio­dra koły­sały się, a pasma wło­sów pod­ska­ki­wały, kiedy poru­szała się z gra­cją, nim znik­nęła na kory­ta­rzu.

Roz­ło­żył sze­roko ramiona na opar­ciu kanapy. Odchy­lił głowę, dzięki czemu mógł obser­wo­wać mie­niące się na sufi­cie świa­tła w naj­róż­niej­szych kolo­rach. Cze­kał, choć cze­kać nie­na­wi­dził. Udało mu się doli­czyć do trzy­na­stu i wła­śnie wtedy w pomiesz­cze­niu na powrót roz­legł się cha­rak­te­ry­styczny stu­kot szpi­lek.

Sybil szła jako pierw­sza, cią­gnąc za sobą cher­la­wego chło­paka. Wystar­czyło jedno spoj­rze­nie. Poznał go od razu po mozol­nym cho­dzie, iry­tu­ją­cym szu­ra­niu butów, jakby nie miał siły uno­sić stóp, oraz po rezy­gna­cji malu­ją­cej się na mło­dej twa­rzy. Czer­wono-zie­lona koszula w kratę falo­wała z każ­dym ruchem, a kol­czyk w uchu prze­chwy­ty­wał świa­tła.

Mala­chai był pod wra­że­niem jego odwagi. Tego, że po tym wszyst­kim był gotowy sta­nąć z nim twa­rzą w twarz, a to mógł już uznać za wyczyn. Innym rzadko się to uda­wało.

- James, James, James - wes­tchnął, powta­rza­jąc to imię, jakby miało spe­cjalne zna­cze­nie. Potrzą­snął głową z uzna­niem i wygiął usta w gry­mas pełen zachwytu. Kla­snął nawet w dło­nie, by pod­kre­ślić, jak bar­dzo ura­do­wało go to spo­tka­nie. - Zasta­na­wia­łem się, kiedy mnie odwie­dzisz. Wró­ci­łeś z moją kasą?

Chło­pak zaprze­czył ruchem głowy. Sam nie wie­dział, skąd wziął w sobie odwagę, by dobro­wol­nie sta­wić się jak na zawo­ła­nie u samego dia­bła, wisząc mu sporą sumkę za nar­ko­tyki, które obie­cał opchnąć po zna­jo­mych, a które w zamian wylą­do­wały w toa­le­cie, gdy wpa­dły w ręce Micha­ela Clarka. Dla­tego wie­dział, że ratunku u ojca nie znaj­dzie. Pozo­stała mu tylko Car­men.

- Szkoda - rzu­cił z uda­wa­nym prze­ję­ciem Kai. - Teraz będę musiał zro­bić ci krzywdę.

Sły­sząc te słowa, James wbił w niego zlęk­nione spoj­rze­nie. W jego zie­lo­nych oczach poja­wiła się jesz­cze więk­sza panika, gdy doj­rzał, że Kai ze znu­dze­niem obraca w dłoni nóż, choć wciąż nawią­zy­wali kon­takt wzro­kowy. Prze­łknął powoli ślinę, która parzyła prze­łyk. Powta­rza­jąc sobie, że da radę, odsu­nął gwał­tow­nie puf i usa­do­wił się na nim.

- Prze­ga­dajmy to - powie­dział z pew­no­ścią w gło­sie, któ­rej sam się po sobie nie spo­dzie­wał. Kaia też to zasko­czyło, bo momen­tal­nie zaprze­stał zabawy z ostrym narzę­dziem i odło­żył je na stół. Pochy­lił się do Jamesa, opie­ra­jąc łok­cie na kola­nach, i złą­czył dło­nie.

- Minuta - stwier­dził Mala­chai. - Ty gadasz, ja słu­cham.

James kiw­nął głową, a na jego twa­rzy poja­wiła się ulga, dla­tego Kai dorzu­cił z powagą:

- Potem pozwolę ci zde­cy­do­wać, jak chcesz pocier­pieć.

Mina chło­paka momen­tal­nie zrze­dła, a nikły uśmiech roz­pły­nął się w try­miga.

- Nawa­li­łem. Wiem - zaczął drżą­cym gło­sem. Zupeł­nie bez prze­ko­na­nia.

Z tego powodu Kai prze­stał zwra­cać na niego więk­szą uwagę. Zer­k­nął na dziew­czynę, która przy­glą­dała im się z boku i ski­nie­niem głowy zachę­cił ją, by pode­szła bli­żej. Sybil usia­dła przy nim, kła­dąc dłoń na jego kola­nie. Zarzu­ciła nogę na nogę i rów­nież obser­wo­wała chło­paka, który z każdą sekundą wyglą­dał na coraz bar­dziej zestre­so­wa­nego.

Ta publika go peszyła. Liczył na spo­tka­nie z jedną osobą. Wię­cej gapiów nie potrze­bo­wał.

- Wiesz, że stra­ci­łem towar. Nie mam two­jej kasy - prze­rwał, dostrze­ga­jąc, jak Kai nie­cier­pli­wie zerka na zega­rek zdo­biący nad­gar­stek. Nudził się. Widział to w jego jasnych oczach. I jak na potwier­dze­nie tego z ust Mala­chaia wydo­stało się ziew­nię­cie, które choć pozor­nie nie­winne, oka­zało się zwia­stu­nem kło­po­tów.

Już sekundę póź­niej James nie­mal wyło­żył się na stole, gdy Kai pocią­gnął go ku sobie za rękę. Jedną dło­nią pod­su­nął rękaw koszuli chło­paka do łok­cia, a drugą sta­bil­nie i mocno doci­skał do blatu, utrud­nia­jąc jaki­kol­wiek ruch. Zgar­nął swój nóż motyl­kowy i dla zabawy zaczął wci­skać ostrze w szpary mię­dzy pal­cami Came­rona.

James zer­k­nął na Sybil, szu­ka­jąc w niej ratunku, ale tylko wzru­szyła ramio­nami.

- Który palec? - zasta­na­wiał się na głos Kai. Posłał spoj­rze­nie dziew­czy­nie obok, czym oddał decy­zję w jej ręce. Uśmiech­nęła się, po czym przy­ci­snęła się bar­dziej do jego boku i zer­k­nęła na stół. Wydęła usta, uda­jąc zamy­śle­nie, gdy Kai stu­kał pła­ską czę­ścią noża o każdy palec po kolei, jakby pre­zen­to­wał wszyst­kie opcje.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki