Mała Słońce tom 1: Koronacja Cienia - Vran Kael

Kup ebooka

24.23 zł
20.11 zł (24,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog: Dziedzictwo korzeni i popiołu

Dżungla zawsze była domem Veyra, ale był to dom, który potrafił pożreć własne dzieci. Powietrze tu nie drgało od życia - ono gniło, nasycone wilgocią tak gęstą, że każdy oddech smakował jak mokra ziemia i stare żelazo. Veyr miał sześć lat, gdy Elder Thorne, jego ojciec, zabrał go na pierwszą lekcję przetrwania. Nie uczyli się tropić zwierzyny; uczyli się słuchać szeptów dżungli, która jako jedyna wiedziała, kto ma prawo do kolejnego świtu, a kto musi nakarmić korzenie swoją krwią.

- Shadowdepth to nie jest miasto, synu - mówił Elder Thorne, a w jego oczach czaił się blady odblask strachu, który przywiózł ze sobą, uciekając stamtąd jako chłopak. - To maszyna do pożerania ludzi. Tam "Cienie" nie wyrywają serc; oni wyrywają duszę, kawałek po kawałku, aż zostaje z ciebie tylko proch i echo. Jeśli niebo nad ich spopielałymi ziemiami robi się fioletowe, nie patrz za siebie. Biegnij, póki twoje nogi pamiętają drogę do korzeni.

Veyr wyrósł w cieniu tych opowieści, szkolony w sztuce znikania. Ale system Cienia nigdy nie zapomina o dłużnikach.

NOC PŁOMIENI I STUDNIA

Krzyk rozdarł świt jak rdzawy nóż. Wioska płonęła purpurowym ogniem, który śmierdział siarką i paloną trawa. Wojownicy Vrotha pod wodzą Shada - kata o uśmiechu mrożącym krew - nie przyszli po zapasy. Przyszli po ludzi. Veyr widział, jak Shad jednym płynnym ruchem podrzyna gardło jego ojcu, delektując się lepką krwią plamiącą ziemię.

Veyr walczył, ale maczugi zdruzgotały mu ramię. Resztką sił zepchnął żonę Lirę i przerażonego, milczącego syna Tarena do starej, zapomnianej studni, porośniętej korzeniami grubymi jak żyły ziemi. Taren trzymał się korzeni, patrząc na ojca wielkimi oczami, ucząc się najtrudniejszej lekcji - że w dżungli płacz przyciąga śmierć. Sam Veyr został pojmany i wleczony ku morzu, gdzie czekały upiorne okręty o kadłubach z drewna tak starego, że wyglądało na skamieniałe.

W wilgotnej ciszy studni, w samym sercu absolutnego zaćmienia, gdy świat na górze zgasł, Lira wydała na świat nowe życie. - Słońce... - szepnęła, dotykając główki córki. - Nazwiemy ją Słońce, bo przyszła, gdy światło zgasło.

Veyr uciekł z transportu, niesiony furią i dziwnym, ciepłym pulsowaniem w kościach, które biło od nowonarodzonej córki. Odnalazł ich. Przez kilka dni uciekali głębiej w gąszcz, szukając schronienia, które mogłoby ich ukryć przed wzrokiem Vorraka. Wycieńczeni, brudni od błota i krwi, znaleźli schronienie w pniu gigantycznego, spróchniałego baobabu. Veyr myślał, że dżungla znów ich ocali. Mylił się.

Rozdział 3: Szlak Popiołu

Przez kolejne dwa dni Veyr był tylko cieniem człowieka. Głos Małej Słońce, który usłyszał wewnątrz szklanego kadłuba, wypalił w jego umyśle piętno, którego nie potrafiła zmyć żadna praca, żaden ból. Mechanicznie przenosił wiadra z czarnym piaskiem, jadł szarą pulpę, nie czując jej smaku, i patrzył w niebo, które przestało mu cokolwiek obiecywać. Te dwa dni zlały się w jedną, gorączkową migawkę - syk pary z hut, zgrzyt łańcuchów i echo srebrzystego szeptu w uszach. Siódmego dnia jednak wszystko się zmieniło. Rytm Shadowdepth został przerwany.

Gdy świt rozdarł niebo fioletową pręgą, Veyr i Thul-Karn poczuli nerwowość strażników. Cieniści nie wydawali komend. Oni szeptali, ich maski obracały się gwałtownie w stronę południowego baraku. - Varkash neth... - syczeli między sobą, a ich długie palce drżały na drzewcach włóczni. - Kyreth drakos, Vorrak uul!

Z Baraku stojącego bliżej hut, wyprowadzono grupę jeńców. Byli w strasznym stanie, ich skóra przypominała pergamin naciągnięty na kości. Chwilę później ciężka sztaba odskoczyła od drzwi Baraku Veyra i Thul-Karna. - Bajgalam! - wrzasnął strażnik, wpadając do środka. - Valkor neth! Wyłazić, bydło!

Veyr, Thul-Karn i kilkudziesięciu innych zostało wypchniętych na czarny piach plaży. Ustawiono ich w równym szyku, ramię w ramię z jeńcami z pozostałych sektorów. Strażnicy, zamiast bić ich i poganiać, sami stanęli w nienaturalnym bezruchu. Wyglądali, jakby wstrzymali oddech, czekając na coś, co budziło lęk nawet w ich pustych sercach.

Wtedy nadszedł on.

Nie przyszedł drogą. Nie przypłynął statkiem. Pojawił się tak, jak pojawia się zaraza - nagle, jakby utkał się z wirującego pyłu, z zapachu siarki i z lodowatego podmuchu wiatru od morza. Vorrak Bezimienny zmaterializował się przed nimi, a powietrze wokół niego zdawało się pękać i ciemnieć. Jego postać była wyższa niż u zwykli Cieniści, a płaszcz, który nosił, nie był z materiału - to była płynna ciemność, która pożerała światło słoneczne.

Mała Słońce

- Widzieliście za dużo - głos Vorraka nie wydobywał się z gardła. On wibrował bezpośrednio w ich czaszkach, zimny jak stalowy sztylet. - Poznaliście strukturę naszych okrętów. Dotknęliście tkaniny naszych żagli. Ta wiedza czyni was niebezpiecznymi tutaj, ale użytecznymi tam, gdzie słońce nigdy nie dociera.

Zrobił krok w stronę Veyra, a piasek pod jego stopami natychmiast czerniał i kruszył się w popiół. - Czeka was długa droga. Nie będziemy czekać na słabych. Kto upadnie, zostanie karmą dla cieni.

Dzień Pierwszy: Przekleństwo Gęstwiny

Ruszyli na północny wschód, zostawiając huty i zapach palonego kwarcu za sobą. Kolumna jeńców, skuta długim, wspólnym łańcuchem, przypominała żelaznego węża pełznącego przez umierającą dżunglę. Pierwszy dzień był testem wytrzymałości. Strażnicy nie znali litości. Każde zwolnienie tempa kończyło się ciosem drzewca w nerki.