Jestem prawie pewna, że nowa sekretarka Adama surfowała po internecie, bo kiedy weszłam, popatrzyła na mnie spłoszona. Nie poznałyśmy się wcześniej. Nie odwiedzałam kancelarii od kilku tygodni, panna natomiast pracowała chyba od dwóch, odkąd poprzednia asystentka poszła na macierzyński. Adam przyjmował dziewczyny według schematu: długie nogi, długie włosy, duże cycki i bystrość na płynnej granicy między "kompletna blondynka" a "coś mi tam świta". Błyskawicznie skojarzyłam pannę z ostatnią zdobyczą Patryka, więc zapałałam do niej organiczną niechęcią.
- Nie panikuj - burknęłam - ja do mecenasa. Jest ktoś u niego?
- Była pani umówiona?
Spojrzałam na nią ostro.
- Słuchaj, dziecko, miałam kurewsko podły dzień, więc nie utrudniaj. Adaś ma klienta czy mogę do niego wejść?
O tak, płynna granica, jak nic. Dziewczę wyglądało niczym oślepiona światłami sarenka na S1. Aż, cholera, żal serce ściskał. Znaczy ściskałby, gdyby nie wiadoma sprawa.
- Ogłuchłaś, dziewczyno? - podniosłam głos.
- Niech pani na mnie nie krzyczy.
- A czy ja, kurwa, krzyczę? - warknęłam.
- Krzyczysz, siostra. - Adam pojawił się w drzwiach, szczerząc się jak idiota. - Nie stać mnie na terapię dla pracowników, więc przystopuj. Aniu - zwrócił się do sekretarki - zrób mi kawę, a Gosi zaparz melisę.
- Sam se, kurwa, pij melisę! - Minęłam młodszego brata i weszłam do jego gabinetu.
Siadłam ciężko w ogromnym fotelu i przez jakiś czas wodziłam wzrokiem po pomieszczeniu. Młody wywalił koszmarną kasę na ten fikuśny gabinecik. Dąb, skóra, chrom i szkło. Elegancko i z klasą. Nic dziwnego, w jego zawodzie wrażenie zrobione na klientach miewało pierwszorzędne znaczenie.
- Ale wiesz, że nie zapomniałem o tej żałosnej rocznicy? - Adam wciąż suszył zęby, gdy siadał naprzeciwko mnie. - Zamierzałem wpaść wieczorem ze starymi.
Wzruszyłam ramionami, nie zniżając się do komentarza, ale brat chyba w końcu pojął, że coś nie gra, i przestał się uśmiechać.
- Co się dzieje? - Zmarszczył brwi.
Popatrzyłam ostentacyjnie na otwarte drzwi, a on potaknął w milczeniu. Poczekaliśmy, aż mało bystra panienka przyniesie napoje - tak, naprawdę zrobiła pieprzoną melisę - a potem zamknie drzwi.
- Co się dzieje? - powtórzył Adam.
Zamiast odpowiedzieć, odpaliłam film przesłany mi przez Tośkę i położyłam telefon na biurku przed bratem. W ciszy gabinetu rozległy się znajome jęki, a mnie kolejny raz tego dnia zemdliło.
- O kurwa - sapnął cicho młody i zapauzował film.
- W sumie masz rację - wymamrotałam. - Kurwa. A na dodatek dupa jego szefa.
- Patryczka Pedofila? - zdumiał się młody. Taaaa, lubili się z Tośką.
Potaknęłam w milczeniu.
- To chujek umoczył - podsumował gładko Adam. Nigdy nie lubił Andrzeja. I z wzajemnością. - Rozwodzisz się?
- Nie, kurwa, wrócę do domu i ładnie przeproszę, że przeszkodziłam mu pieprzyć gówniarę.
- A przeszkodziłaś?
- Zostawiłam gwizdek z raportem dla szefa w sypialni. Uznałam, że skoro straciłam męża, powinnam przynajmniej utrzymać robotę, więc tak. Weszłam, kiedy dochodził.
Przez chwilę Adaś gapił się na mnie prawie jak ta jego nowa asystentka, a potem wydał z siebie dziwny dźwięk, coś pomiędzy krztuszącą się kozą a duszącym wałachem.
- Siostra - wycharczał, ze wszystkich sił próbując zapanować nad śmiechem. - Proszę...
Przewróciłam oczami.
- Jak przewiniesz do końca, zobaczysz wyraz tej zakłamanej mordy. - Zawahał się, a ja westchnęłam. - Spoko, nie krępuj się.
Adam walczył ze sobą przez kilka sekund, ale ostatecznie nie uruchomił odtwarzania. Zapanował nad rozbawieniem, po czym zaczął łagodnie:
- Może powinnaś to przemyśleć? No wiesz, na chłodno, przeczekać kilka dni, ostygnąć... Rozumiesz: emocje i w ogóle. W końcu to dwadzieścia lat. Pół twojego życia.
Spojrzałam na brata właściwie bez gniewu.
- Nie dam rady, Adek - oświadczyłam ponuro. - Myślałam nad tym od dwóch godzin. Pojechałam do pracy, wysłałam raport dyrektorowi, a potem wzięłam wolne na resztę dnia i łaziłam po Paprocanach. I myślałam. A za każdym razem, kiedy przychodziło mi do głowy, że to połowa mojego życia, wracał obraz podrygującej dupy kochanego męża z wystającym niczym świeczka na torcie dildo. No, kurwa, nie mogę, młody. Czas nic tu nie zmieni. Nie byłabym w stanie pójść z nim do łóżka. Ba! Nie wiem, czy zdołam normalnie z nim rozmawiać i nie wydrapać mu oczu.
Adam słuchał pozornie spokojny, ale już widziałam, że żal w moim głosie zaczyna go nakręcać. Mimo to próbował nad sobą zapanować. Wciąż walczył w nim brat z prawnikiem. Ten drugi się zainteresował:
- Skąd masz film?
Opowiedziałam mu, jak było, a on nie przestawał kręcić głową. Im dłużej jednak mówiłam, tym bardziej wyraz twarzy brata się zmieniał. Czasami zapominałam, że to nie tylko gówniarz, który podrzucił mi żabę do łóżka i podpieprzył u rodziców, kiedy wróciłam wstawiona z imprezy. To przede wszystkim chłopak, który złamał rękę jednemu osiłkowi, gdy ten mnie uderzył. Teraz, kiedy usłyszał o specyficznym prezencie, jaki małżonek ofiarował mi na urodziny, Adam przypominał tamtego osiemnastolatka z żyłą pulsującą na czole.
- Mam cię reprezentować? - zapytał pozornie spokojnym tonem.
- A chcesz?
- Serio pytasz? - Jego głos podejrzanie ścichł.
- Nie, żartuję. Jasne, że serio. Nie wiem nawet, czy możesz. Ostatecznie to twój szwagier.
- Wkrótce były. I mogę. - Otworzył swój laptop. - Przygotuję dokumenty. I zaraz się tym zajmę.
Przez chwilę pisał coś na klawiaturze, uderzając w nią z taką zaciekłością, że zaczęłam się bać, czy ta przetrzyma. Nagle jego palce zawisły nad klawiszami i Adam wbił we mnie spojrzenie.
- Tata to widział?
Też pytanie, kretyn jeden.
- Ochujałeś? - zapytałam grzecznie. - Chcesz ojcu na Wigilię karpia do pierdla zanosić, a z mojego dziecka zrobić półsierotę?
Młody nie odpowiedział, tylko pokiwał głową. Oboje wiedzieliśmy, jak ojciec zareaguje na wieść, że jego jedyna córka przyłapała męża na zdradzie. Mimo upływu lat wciąż siedział w nim stary gliniarz. Ledwie zniósł fakt, że syn stanął po drugiej stronie barykady. Kiedy Adam wybierał prawo, ojciec wierzył, że to oznacza karierę w prokuraturze albo i w policji, jak w przypadku tatusia. Do dzisiaj miał żal, że stało się inaczej. Dobrze przynajmniej, że młody nie specjalizował się w prawie karnym, bo pewnie na drzwiach rodzinnego domu Malczyków widniałby zakaz wstępu dla niego.
- Ale generalnie zamierzasz mu powiedzieć? - Brat przerwał moje rozmyślania.
- A nie, skąd - sarknęłam. - Może przy okazji ślubu Kamy coś napomknę, że od dziesięciu lat jestem po rozwodzie. - Przewróciłam oczami. - Jasne, że mu powiem. Nawet dzisiaj. Muszę im jakoś wytłumaczyć, dlaczego u nich nocuję, nie?
- Zawsze możesz pomieszkać u mnie - zaproponował brat, ale bez entuzjazmu. Najwyraźniej przebolał już rozpad swojego długoletniego związku i w jego domu znowu bywały jednonocne panny, w kontaktach z którymi starsza siostra raczej nie sprzyjała.
- Nie, spoko. Zatrzymam się u rodziców - stwierdziłam, też bez zachwytu.
I właśnie w tym momencie do mnie dotarło, że faktycznie: skoro chcę u nich przenocować, muszę im powiedzieć, co się wydarzyło. Oczywiście bez krwawych szczegółów, bo jak wspomniałam bratu, mimo wszystko nie chciałam, żeby Kama straciła ojca.
Z tego powodu szybciutko zmieniłam nastawienie z sardonicznego na słodkie i wbiłam błagalny wzrok w Adka.
- Co? - Nie od razu pojął. Wyglądało na to, że udzieliła mu się bystrość nowej asystentki.
- Pojedziesz tam ze mną? - poprosiłam grzecznie. - Już uprzedziłam, że plany się zmieniły i to ja wpadnę do nich, ale wolę... no wiesz.
Uśmiechnął się złośliwie.
- Nie mów. A do czego ja ci jestem potrzebny, siostrzyczko? - Rozparł się w fotelu. - Mam powstrzymać ojca przed zamordowaniem Andrzeja czy mamę przed dwugodzinnym wykładem, że nie powinnaś wychodzić z domu ubrana jak prostytutka?
A tak! Zapomniałam. Wciąż miałam na sobie tę czerwoną bandażówkę. Adam miał rację: matka na sto procent bardziej przejmie się moim wyglądem niż tym, że ukochany zięciunio leczył hemoroidy dupą dwudziestolatki i dildem własnej żony. Jednocześnie.
- Urodziny mam - wymamrotałam niewyraźnie, czując się nagle kompletnie goła.
- Ja to wiem, ty to wiesz, ale dla mamuni będziesz upadłą kobietą zmierzającą prostą drogą w piekielne czeluści. Zwłaszcza gdy jej powiesz o rozwodzie. Jak nic uzna, że to twoja wina.
- Jasne! Bo to ja wepchnęłam fiuta męża w tę gówniarę! - warknęłam, absolutnie świadoma, że tym właśnie torem podąży matczyne rozumowanie.
Wciąż wyszczerzony Adam tylko wzruszył ramionami. Potem spojrzał na zegarek i przestał się uśmiechać.
- Za kilka minut mam spotkanie - oświadczył. - Michał już pewnie jest w drodze, więc nie zdążę odwołać. Do galerii masz rzut kamieniem. Skoczysz po jakieś ciuchy, przebierzesz się, a ja w tym czasie obgadam z nim sprawę. Później pojedziemy oświadczyć naszej matce, że jej największa duma spierdoliła swoje małżeństwo, posuwając nastolatkę.
Może i powinnam z nim dyskutować, tłumaczyć, że to nie z Andrzeja, ale właśnie z niego mama jest najbardziej dumna, jednak po co? Adam był najmądrzejszym facetem, jakiego znałam, i doskonale wiedział, że dla mamy bogobojny lekarz w rodzinie, biegający co tydzień do kościoła i przyjaźniący się z proboszczem jednej z tyskich parafii, był znacznie większym powodem do dumy niż prawnik specjalizujący się w sprawach rozwodowych. Nie żeby nie kochała syna. Kochała. Mimo to o Andrzejku opowiadała sąsiadkom, jego osiągnięciami chwaliła się na spotkaniach rodzinnych i, co chyba najbardziej bolało Adasia, dla Andrzeja gotowała zawsze rosół bez cebuli, chociaż jej syn uwielbiał to warzywo. Ostatecznie przestała też kupować ukochaną przyprawę syna - maggi, bo Andrzej nakładł jej do głowy, że jest niezdrowa. Pewnie dlatego mój brat tak nie znosił szwagra.
- Ona ma dwadzieścia jeden lat - wyjaśniłam więc jedynie.
- No! - Uśmiechnął się krzywo. - To już cholernie wiekowa dupa. Aż dziw, że Jędrusiowi stanął na jej widok.
Przypomniałam sobie ciało dziewczyny i w milczeniu zacisnęłam zęby. Młody w tym czasie wrócił do pisania na klawiaturze. I znów walił w nią zaciekle, aż wdusił ostatnią kropkę, a drukarka wypluła kartkę.
- Podpisz tu - wskazał - i tu. Wieczorem obgadamy, co zabierzesz gnidzie. I wyślij mi ten filmik. - Schował podpisane przeze mnie dokumenty, po czym podniósł się z fotela. - Tośce przekaż, że ją kocham. Dzięki jej przytomności umysłu to będzie najszybszy rozwód ever. Nie sądzę, by doktor Kowalski robił ci pod górkę. Pamiętam, że Strzałowski to kawał wyjątkowego skurwiela. Wyjątkowego, niewybaczającego skurwiela. Jędruś odda ci wszystko, byle Patryczek się nie dowiedział, że podwładny obrabiał mu narzeczoną.
Też się podniosłam.
- Patryk nie może się dowiedzieć - oświadczyłam spokojnie. - Nikt nie może wiedzieć, kim była ta laska, okej? Najlepiej, żeby nikt w ogóle nie wiedział, dlaczego się rozwodzimy. Oczywiście oprócz ciebie, Tośki i rodziców. Nikt. Zwłaszcza Kama.
- Ale...
- Kama zaczyna studia. I tak ma pod górkę. Nie chcę dodatkowo obarczać córki zdradzieckim tatusiem, który sypia z dziewczynami prawie w jej wieku - westchnęłam. - Nikomu to nie posłuży. Niech sądzi, że coś tam się wypaliło, że się rozstajemy w przyjaźni... A cholera wie co. Jeszcze wymyślimy.
- Gosiek, takich rzeczy się nie ukryje. W końcu wyjdą.
- To wyjdą, ale nie teraz. Młoda i tak ma mnóstwo na głowie. No i będzie potrzebowała wsparcia finansowego ojca. Jeśli się dowie, weźmie moją stronę, a Andrzej może ją odciąć od kasy. O ile będzie miał jakąś kasę, bo Patryk go zniszczy, gdy pozna prawdę.
Adam podszedł do mnie i położył dłonie na moich ramionach.
- Kama ma bogatego wujka, a ten jest bezdzietnym starym kawalerem - mrugnął - i stać go na utrzymywanie siostrzenicy na studiach.
Otwierałam już drzwi, ale kiedy to powiedział, cmoknęłam go wzruszona w policzek.
- Singlem, kretynie, nie starym kawalerem - poprawiłam brata drżącym głosem. Po czym objęłam i powiedziałam coś, czego nie słyszał zbyt często: - Kocham cię, Adek.
Młody, też wzruszony, poklepał mnie nieporadnie po plecach. Uśmiechnęłam się, wyswobadzając z jego objęć i wyszłam na korytarz, dodając:
- Ale nie omieszkam wykorzystać, jeśli będę musiała.
- Ja też się zgłaszam - zabrzmiał niski męski głos. - Do tego wykorzystywania.
Spojrzałam w kierunku mówiącego. Wysoki, szczupły mężczyzna, mniej więcej w wieku mojego brata, taksował mnie typowo samczym spojrzeniem. Jakbym była głównym daniem na jego prywatnym bankiecie. Normalnie może i by mi to pochlebiło, chwilowo jednakże czułam awersję do wszystkich przedstawicieli przeciwnej płci. Wszystkich oprócz brata i ojca.
- Pan chce cię wykorzystać - zwróciłam się do brata. - Sam powiesz, że wolisz laski, czy ja mam złamać mu serce?
- Nie mam serca, mała. - Mężczyzna wyszczerzył zęby. - Za to inne organy chętnie oddam w twoje ręce.
- Michał - warknął Adam. - Jesteś za wcześnie.
- Tylko kilka minut. - Gość błysnął szerokim uśmiechem. Skurwiel był przystojny. W taki surowy, drapieżny sposób. - Warto było - dodał, wbijając we mnie bezczelne spojrzenie.
No tak. Ta moja kurewska sukienka. Szlag by to trafił. Co Krzysiek mówił o śmiertelnym grzechu...?
Stojącemu obok mnie Adamowi błyskawicznie włączył się tryb rycerskiego braciszka. Nie byłam tylko pewna, czy chodziło faktycznie o mnie, czy wyczuł, jak mój poziom wkurwienia rośnie pod sufit i za chwilę eksploduje wprost w urodziwą gębę jego klienta. Bez względu na powód, Adam stanął między nami i nie spuszczając wzroku z mężczyzny, zwrócił się do mnie:
- Masz jakieś czterdzieści minut. Nie łaź za długo.
Przez chwilę stałam niezdecydowana, pragnąc wyładować cały gniew i frustrację, jakie czułam z powodu zdrady męża, na przystojnym bucu, któremu się wydawało, że może oceniać po wyglądzie. O tak! To była przemiła myśl. Wydawał się wystarczająco bystry, żebym mogła uskutecznić na nim językową ostrą jazdę bez trzymanki. Taaa, może by mi nawet ulżyło, ale to klient Adama. I to jakiś bliski klient, bo brat raczej nie był ze wszystkimi, którzy korzystali z jego usług, po imieniu. Ważny klient, a ja, w przeciwieństwie do rodziców, szanowałam pracę brata.
Dlatego ostatecznie ruszyłam do drzwi.
- Tylko wybierz takie ciuchy, żeby pasowały do kółka różańcowego - zakpił Adam, kiedy już dotykałam klamki.
- Spoko - burknęłam. - Odwiedzę sklep, w którym ty się ubierasz.
Obaj mężczyźni parsknęli jednocześnie. Obdarzyłam ich pełnym wyższości uśmiechem. Zanim wyszłam, dojrzałam jeszcze wyraz ślicznej buzi braciszkowej asystentki. Serio, płynna granica.
Godzinę później, odziana w najbardziej nie moją sukienkę ever, wchodziłam wraz z bratem do domu rodziców. Tata, kiedy mnie zobaczył, uniósł brwi w niemym pytaniu: "serio się tak przejęłaś tą czterdziestką?", ale grzecznie nie skomentował. Zapewne na widok rozkloszowanej beżowej kiecki w kratkę do połowy łydki uznał, że nie kopie się leżącego.
Mama najwyraźniej nie rozumiała problemu:
- Śliczna sukienka! - zachwyciła się tym cholernym paskudztwem. - W końcu zaczęłaś się ubierać adekwatnie do wieku!
Kurwa!
- A gdzie Jędruś?
Kurwa po raz drugi.
- Nie ma - warknęłam.
- Jak to nie ma? - Mama wyglądała na szczerze rozczarowaną. - Tylko mi nie mów, że ma dyżur w twoje urodziny? Ja wiem, że on jest bardzo zajęty, ma na głowie szpital i pacjentów, ale to w końcu twoje czterdzieste urodziny. Ktoś inny mógłby przecież poprowadzić tę operację...
- Jezu! Mamo! - podniosłam głos. - Andrzej nie operuje ludzi! Nie ma na głowie szpitala! Jest lekarzem na oddziale wewnętrznym! Jednym z kilkunastu!
W korytarzu zapadła nagła cisza. Matka spojrzała na mnie wzrokiem pełnym urażonej niewinności przemieszanej z tak wielkim rozczarowaniem, że choćbym stawała na rzęsach, chyba nie zdołałabym tego naprawić. Dlatego nie próbowałam. Po prostu weszłam, wyminęłam matkę oraz zaskoczonego moim wybuchem ojca, a potem zatrzymałam się na końcu wąskiego korytarza i czekałam, aż Adam zamknie drzwi.
- Nie musisz na mnie krzyczeć - przerwała ciszę mama.
- Przepraszam. - Opuściłam głowę. - Nie powinnam.
- Ano nie powinnaś - przytaknął ojciec. - Wejdźcie do dużego pokoju. Mama nakryła do stołu. Jest rosół, kluski śląskie i rolada.
Adam skrzywił się przy rosole, ale zmilczał. Żadne z nas nie lubiło też rolady. Zgadnijcie, kto był fanem tego dania. Andrzej Ciaputek Kowalski, jasne, że on. Skoro jednak raz już naskoczyłam na matkę, uznałam, że wstrzymam się na razie z komentarzami. I tak paskudnie się czułam, a przecież zamierzałam złamać jej serce.
Zasiedliśmy przy stole w kompletnej ciszy. Adam zerkał na mnie co jakiś czas, chyba próbując dodać mi odwagi. Ojciec przyglądał się nam ze zmarszczonymi brwiami, a mama niemal nie mogła oderwać rozpaczliwie smutnego wzroku od pustego krzesła. Ja zaś z każdą chwilą czułam się gorzej. A kiedy czułam się fatalnie, bywałam wyjątkowo niesympatyczna. Mimo to nadal trzymałam język na wodzy.
Mdły rosół, według receptury mojej teściowej, rósł mi w ustach. Adam czuł tak samo, lecz i tak jadł. Miał przy tym taki wyraz twarzy, jakby bolał go każdy ząb. Mama zdawała się tego nie zauważać, wpatrzona w stołek, na którym na rodzinnych spotkaniach siadał mój mąż. Cholera, jak zakochana nastolatka!
- Potem przyjedzie? - Nie wytrzymała w końcu.
- Szczerze wątpię - wymamrotałam. - Hemoroidy leczy.
Adam parsknął śmiechem, aż opluł maminy obrus na specjalne okazje.
- Hemoroidy?! - Mama podchwyciła temat. - Biedulek! Nic nie mówił. A i dziwić się nie ma czemu. To trochę wstydliwy temat. I ponoć bardzo dokuczliwa przypadłość. Ja nie miałam, ale ciocia Grażynka się nacierpiała...
- No - przytaknęłam, patrząc na duszącego się ze śmiechu Adka. - Andrzej też się strasznie męczy. Jęczał przy tym, że trudno zapomnieć.
- Gośka! - Mój brat charczał.
- Jęczał? - dopytywała mama.
- Aha. Adaśka zapytaj. Nie mógł uwierzyć, że szwagier aż tak potrafi.
- Gośka, kur...
- Adam! - powstrzymał go tata. W domu Malczyków nigdy się nie przeklinało. Dziwne, kurwa, nie?
- Ja może ciocię Grażynkę o tę maść, co to jej pomogła, zapytam... - Niezrażona mama już wstawała od stołu, żeby dzwonić do siostry.
- Nie, mamuś, nie trzeba. - Uśmiechnęłam się nieszczerze. - Pamiętasz: Andrzej jest lekarzem. Znalazł świetny masażer na tę swoją dolegliwość.
Adam bez słowa wstał od stołu i wyszedł z pokoju.
Tata patrzył na mnie poważnie. Oho! On się nie dał nabrać. Pieprzony glina.
- Co? - burknęłam.
- Nie rób z tata wariata. - Pokręcił głową. - O co chodzi?
Wzruszyłam ramionami.
- Dlaczego Adaś wyszedł? - zainteresowała się mama. - Chodzi o te hemoroidy? Niby to nie temat do rozmów przy stole, ale nie wiedziałam, że synuś taki wrażliwy.
Ojciec wciąż wbijał we mnie ostre, policyjne spojrzenie, od którego siedzisko pod moim tyłkiem zaczęło się jeżyć, wrzynając cholernie ostre szpilki w tę szlachetną część mojej osoby. Kręciłam się na krześle, żeby jakoś zniwelować ten dyskomfort, ale ojciec nie odpuszczał. Westchnęłam i już otwierałam usta, by w końcu powiedzieć, co się stało, gdy rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Mama zerknęła na mnie z nadzieją i poderwała się z krzesła, bezgłośnie mówiąc coś, co podejrzanie przypominało: "Jędruś".
Szczerze: też się wystraszyłam, że to ten dupek, dlatego pobiegłam za nią. W korytarzu wyprzedził mnie Adam, więc już we trójkę pędziliśmy do wejścia, przepychając się niczym dzieci do darmowych lodów. Dzwonek ponaglał nerwowym bzyczeniem, a ja miałam wrażenie, że robi to coraz głośniej, chociaż wiedziałam, że to niemożliwe. Matka albo też tak sądziła, albo była najbardziej zdeterminowana, bo pierwsza złapała za klamkę, po czym szarpnęła gwałtownie.
I tak. To był ten dupek.
- Jędruś!!! - wykrzyknęła mama.
Cholera! Zaraz poleci tekstem z Potopu!
- Wchodź, synuś! Wchodź! - Jednak się powstrzymała.
- Nie! - wrzasnęliśmy jednocześnie z Adamem.
Andrzej stał w progu z niezdecydowaniem wymalowanym na twarzy. I serio, chciałam zobaczyć w tej zakazanej mordzie wyrzuty sumienia albo przynajmniej żal czy smutek, czy uj wie co, cokolwiek, co by sugerowało, że te nasze dwadzieścia wspólnych lat miało znaczenie, a to, co widziałam rano, tylko mu się przytrafiło, nie zaś należało do rytuału. Tak bardzo chciałam to zobaczyć, że wbiłam wzrok we wciąż jeszcze męża.
No i, cholera, nie zobaczyłam.
- Słuchaj, Gośka - zaczął Andrzej spokojnym, rzeczowym tonem, jakiego miał zwyczaj używać wobec pielęgniarek na oddziale. I to tych mniej bystrych, które potem, za ich plecami, określał "ćwierć tumanami". Słyszałam to tyle razy, że mi się utrwaliło. I określenie, i ton. A że usłyszałam go w stosunku do siebie...
- Spierdalaj - przerwałam mu równie spokojnym, rzeczowym tonem.
- Małgorzata! - Mama złapała się za serce.
- Gośka... - Andrzej zrobił krok w moim kierunku, więc cofnęłam się gwałtownie, ale on nie przejął się tym specjalnie i zrobił kolejny krok. - Musimy pogadać.
- Słyszałeś. - Adam stanął między nami, zasłaniając mnie tymi swoimi stu osiemdziesięcioma pięcioma centymetrami i zdumiewająco szerokimi barami. Kurde, brat chyba ostatnio ćwiczył.
- Adam! Gośka! Rany boskie! - Ooooo, mama nadużywała Bożego imienia. Było źle.
Tyle że ja miałam to chwilowo w dupie. Olałam rodzicielkę i ponownie grzecznie starałam się, żeby jej zięciunio poczuł ekscytację z nadchodzącej podróży:
- Spierdalaj. - Wskazałam drzwi i odwróciłam się do gnoja plecami.
- Jezus Maria! - Znowu mama. - Staszek!
Przywołany ojciec pojawił się w tym samym momencie, w którym mój nieuczący się na błędach małżonek spróbował złapać mnie za ramię. Poczułam tylko muśnięcie, bo Adek wykazał się niesamowitym refleksem. Odepchnął Andrzeja, też ignorując świdrujący krzyk matki.
- Spokój! - krzyknął ojciec.
Mama błyskawicznie ucichła.
Stałam twarzą do taty, więc zobaczyłam, jak przywdziewa tę swoją maskę. Pozorna obojętność. Dystans i chłód. Trzeba go było dobrze znać, żeby się zorientować, jakie emocje buzują pod tym całym zimnem. Bo buzowały. Widziałam to w szarych oczach.
Mój tato był kiedyś jednym z lepszych gliniarzy w śląskiej dochodzeniówce. Jego koledzy mawiali, że miał nosa. Instynkt, dzięki któremu bezbłędnie rozwiązał niejedną prawie nierozwiązywalną sprawę. I chociaż minęło sporo lat, odkąd odszedł na emeryturę, wciąż miał to coś. Coś, co w jednym momencie, w jednym tylko spojrzeniu pozwoliło mu dostrzec, że jego ukochana, mała córeczka, w której nadal widział tę dziewięciolatkę idącą w białej kiecce do pierwszej komunii u Jana Chrzciciela... że ta mała córeczka została skrzywdzona.
- Adam - zwrócił się spokojnie do syna. - Czy Andrzej ma prawo tu być?
Na chwilę zapadła cisza. Nawet ten kretyn, Kowalski, nie odważył się odezwać.
- Nie, tato - odpowiedział po kilku sekundach mój brat. - Pan Kowalski nie należy już do rodziny.
Mama sapnęła zdumiona. Tata nie. Tata minął mnie, po czym złapał Andrzeja za ramię i wypchnął za drzwi.
A następnie zamknął je i ze spokojem zwrócił się do mnie:
- Chodź, Małgoś. Zdaje się, że masz nam sporo do opowiedzenia. A matka upiekła ciasto. Co prawda sernik, ale w obecnej sytuacji zjemy i to.
Nikt nic więcej nie powiedział, bo sernik lubił w tej rodzinie tylko Andrzej Kowalski.