Mała - Małgorzata Lisińska

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Czter­dzie­ści lat. Do wszyst­kich dia­błów! Czter­dzie­ści lat! Kiedy to się, do ja­snej cho­lery, stało?!

Spoj­rza­łam w lu­stro i skrzy­wi­łam się nie­mi­ło­sier­nie. Niby nic, dzień jak co dzień, a prze­cież po­winny chyba roz­brzmieć ja­kieś trąby aniel­skie - albo ra­czej pie­kielne. Może ja­kieś trzę­sie­nie ziemi, po­top czy coś... Co­kol­wiek, co pod­kre­śli­łoby po­wagę chwili! Niech to szlag! Skoń­czy­łam czter­dzie­ści lat! Niby fak­tycz­nie nic się od wczo­raj nie zmie­ni­łam, ale do łóżka kła­dła się jesz­cze trzy­dzie­sto­kil­ku­latka, a wstała czter­dziestka.

Przy­su­nę­łam się bli­żej, żeby do­kład­nie prze­stu­dio­wać oznaki sta­ro­ści, które MU­SIAŁY po­ja­wić się w ciągu tej nocy... Ja­kieś nowe zmarszczki? Zwiot­czała skóra? Mo­tylki? Albo i plamy wą­tro­bowe?

Nie, nic. Zdu­mie­wa­jące. Wciąż wy­glą­da­łam względ­nie nie­źle.

Ko­ja­rzy­cie tę aneg­dotę, w któ­rej żona po kłótni z mę­żem staje goła przed lu­strem, ogląda się ze wszyst­kich stron, a w końcu z sa­tys­fak­cją my­śli: "do­brze mu tak!". Ko­ja­rzy­cie? No, to ja nie mo­głam tego zro­bić. I nie, nie dla­tego, że An­drzej mnie nie wkur­wiał. By­li­śmy mał­żeń­stwem od dwu­dzie­stu lat, wkur­wiał mnie śred­nio dwa razy dzien­nie, a gdy się roz­hu­lał, by­wało jak przy po­sił­kach w zdro­wym od­ży­wia­niu: cztery do pię­ciu. Nie mo­głam tak po­my­śleć, bo w moim przy­padku naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie było się do czego przy­cze­pić. Bie­ga­łam trzy razy w ty­go­dniu na fit­ness, w week­endy po pro­stu bie­ga­łam, więc ciało i kon­dy­cję mia­łam bar­dziej niż okej. A że w na­szej ro­dzi­nie ko­biety sta­rzały się późno i z klasą, wciąż wy­glą­da­łam na nie wię­cej niż te trzy­dzie­ści kilka lat. Góra trzy. I tej wer­sji będę się trzy­mała. Roz­pacz­li­wie.

Mimo bło­go­sła­wio­nych ge­nów spę­dzi­łam przed lu­strem z do­bre dwa­dzie­ścia mi­nut dłu­żej niż każ­dego in­nego dnia. Geny ge­nami, ale nie ma jak ko­rek­tor, pod­kład, pu­der i cała reszta tych wspa­nia­łych wy­na­laz­ków, dzięki któ­rym prze­ciętny ka­sza­lot zmie­nia się w foczkę. Po­tem jesz­cze ku­rew­ska su­kienka i mogę iść do biura. I niech mi kto­kol­wiek przy­po­mni PE­SEL, to po­ża­łuje!

Wy­szłam z ła­zienki wy­pin­drzona, jak­bym się wy­bie­rała do klubu, a nie do pracy, i w drzwiach wpa­dłam na za­spa­nego An­drzeja. Na mój wi­dok za­marł, kom­plet­nie za­sko­czony. Fakt, nie wi­dział mnie w tej kiecce chyba od dzie­się­ciu lat. Krwi­sto­czer­wona ban­da­żówka opi­nała mnie jak druga skóra i koń­czyła się dzie­sięć cen­ty­me­trów po­ni­żej po­ślad­ków. No co? Nogi mia­łam dwu­dzie­sto­latki. I tak! Tego też będę się roz­pacz­li­wie trzy­mała.

An­drzej prze­su­nął po mnie wzro­kiem i zmarsz­czył brwi, jakby się nad czymś za­sta­na­wiał. Za­wsze miał pro­blem z za­pa­mię­ta­niem daty mo­ich uro­dzin. Od pię­ciu lat przy­po­mi­nała mu o nich Kama, ina­czej pew­nie by nie pa­mię­tał i by­łaby dzika awan­tura. Dzięki ci, Boże, za dzieci.

Nie­stety Ka­mila po­le­ciała z ko­le­żan­kami do Hisz­pa­nii, żeby uczcić przy­ję­cie na wy­ma­rzony kie­ru­nek na wy­ma­rzo­nym UJ-ocie. Mia­łam więc prze­ko­na­nie gra­ni­czące z pew­no­ścią, że pan Ko­wal­ski nie pa­mięta o ar­cy­waż­nym wy­da­rze­niu zwią­za­nym z jego mał­żonką.

- Gdzie ty się wy­bie­rasz? - za­py­tał ślubny, po­twier­dza­jąc moje po­dej­rze­nia.

- Na po­grzeb, kurwa mać - wark­nę­łam z wia­do­mej przy­czyny.

- Ubrana jak dziwka? - Tak! On NA­PRAWDĘ uwie­rzył w ten po­grzeb. An­drzej Ko­wal­ski, cho­dząca de­fi­ni­cja tek­stu: "jak se po­my­ślę, jaki ze mnie in­ży­nier, to boję się iść do le­ka­rza". Tyle że nie­stety pan Ko­wal­ski BYŁ le­ka­rzem.

Za­wa­ha­łam się. Z jed­nej strony... Chry­ste, ależ chcia­łam się z nim po­kłó­cić! Wy­drzeć się na dupka, a po­tem jesz­cze po­wrzesz­czeć i jesz­cze... Może by mi na­wet ulżyło. Oczy­ści­ła­bym at­mos­ferę i w ogóle. Tak, by­łoby faj­nie, ale nie mia­łam już na to czasu. Dla­tego tylko po­pa­trzy­łam na niego z wyż­szo­ścią i wy­mi­nę­łam bez słowa, obie­cu­jąc so­bie w my­ślach, że nie­długo do tego wrócę.

W prze­ci­wień­stwie do mo­jego mał­żonka ko­le­dzy w pracy sta­nęli na wy­so­ko­ści za­da­nia. Do­sta­łam ogromny kosz kwia­tów i sporą, pięk­nie za­pa­ko­waną paczkę. Od­śpie­wali mi Sto lat, a po­tem usta­wili się gę­siego, żeby już in­dy­wi­du­al­nie zło­żyć ży­cze­nia. Ni­czym się to w su­mie nie róż­niło od uro­dzin każ­dego in­nego pra­cow­nika, świę­to­wa­nych w na­szej fir­mie, ale i tak spra­wiło mi przy­jem­ność. Pra­wie też zrów­no­wa­żyło go­rycz, jaką przy­nio­sło za­cho­wa­nie pana Ko­wal­skiego.

Krzy­siek, je­dyny przy­stoj­niak w na­szym od­dziale, usta­wił się na końcu ko­lejki. Lu­bi­łam go nie tylko dla­tego, że pa­trze­nie na niego spra­wiało nie­małą przy­jem­ność. Faj­nie się też z nim ga­dało. Był mniej wię­cej w moim wieku, dużo po­dró­żo­wał, rów­nie sporo prze­żył i po­tra­fił o tym opo­wia­dać tak, że la­ski ga­piły się na niego co naj­mniej jak na Do­ro­ciń­skiego w la­tach świet­no­ści. Krzy­siek zaś naj­czę­ściej ra­czył ta­kimi opo­wie­ściami mnie. Gdy­bym wie­rzyła w przy­jaźń dam­sko-mę­ską, po­wie­dzia­ła­bym, że się przy­jaź­ni­li­śmy. No ale nie wie­rzy­łam.

Krzy­siek cmok­nął mnie w oba po­liczki, po czym przy­tu­la­jąc mocno, za­żar­to­wał:

- Trzy­dzie­ste?

- Tia­aaa, ja­sne. A na biurku stoi zdję­cie mo­jej sio­stry bliź­niaczki. - Wska­za­łam fotę ra­do­snej Kamy z ubie­gło­rocz­nych wa­ka­cji.

- Oj, nie prze­sa­dzajmy. - Uśmiech­nął się sze­roko. - Nie wy­glą­dasz aż tak młodo. Od razu wi­dać, że sio­stra jest jed­nak młod­sza o te pięć lat.

Par­sk­nę­łam śmie­chem i za­raz po­ca­ło­wa­łam go w po­li­czek. Krzy­siek bły­ska­wicz­nie sko­rzy­stał z sy­tu­acji i mocno mnie przy­tu­lił.

-Wiesz, że nam się przy­glą­dają? - za­py­tał z jed­no­znacz­nym bły­skiem w oku. - A ty wy­glą­dasz jak de­fi­ni­cja grze­chu.

- Lek­kiego czy cięż­kiego? - drą­ży­łam. - No wiesz, ta­kiego: "o jejku, ale ona słodka" czy: "cho­lera, mu­szę ją prze­le­cieć"?

Uniósł brew, na­stęp­nie od­su­nął mnie, nie wy­pusz­cza­jąc z ob­jęć, i prze­mknął po moim ciele spoj­rze­niem, które chyba po­winno spra­wić, że ze­chcę wy­sko­czyć z maj­tek. Do­bra, nie chyba.

- W tej kiecce? - wy­mru­czał ci­chu­teńko. - Śmier­tel­nego, ko­bieto. Ta­kiego: "kurwa, zdechnę, je­śli jej nie ze­rżnę".

- Cham. - Ro­ze­śmia­łam się rów­nie ci­cho, a po­tem od­su­nę­łam się od niego, bo fak­tycz­nie reszta ze­społu ga­piła się na nas z po­dej­rza­nymi wy­pie­kami na gę­bach.

- Tam za­raz cham. Je­stem po pro­stu szczery. To jak? Urwie­my się z pracy na dy­manko? Dla tej kiecki mogę na­wet wy­na­jąć apar­ta­ment w Pi­ra­mi­dzie.

Gra­li­śmy w tę grę od kilku mie­sięcy. On uda­wał, że my­śli je­dy­nie o tym, by za­cią­gnąć mnie do łóżka, ja - że go nie pra­gnę i ab­so­lut­nie nie mam ochoty się z nim pu­ścić. Fajna gra. Pod­nie­ca­jąca. Wy­obra­ża­łam so­bie jej fi­nał wie­lo­krot­nie, kiedy An­drzej usły­szał zew, na który ja ja­koś by­łam głu­cha. Ob­raz do­cho­dzą­cego we mnie Krzyśka re­gu­lar­nie po­ma­gał mo­jemu mał­żeń­stwu. I nie, nie czu­łam się przez to winna. Nie zdra­dzi­ła­bym męża. Ko­cha­łam capa. Na­wet je­śli nie pa­mię­tał o mo­ich uro­dzi­nach.

- Sorki, przy­stoj­niaku, ale ja bzy­kam się tylko z Ko­wal­skim.

- Cho­lera... Do­bra, la­ska, zmie­nię na­zwi­sko, a ty bę­dziesz mu­siała na­prawdę się po­sta­rać, żeby mi to wy­na­gro­dzić.

Śmia­łam się, pod­cho­dząc do za­ja­da­ją­cych się cia­stem ko­le­gów. Ze­brali się jak zwy­kle przy ta­kiej oka­zji w kon­fe­ren­cyj­nej, gdzie na dłu­gim stole przy­go­to­wa­łam po­czę­stu­nek dla ze­społu. Te­raz sie­dzieli przy nim i uda­wali, że wcale nie in­te­re­suje ich po­ten­cjalny biu­rowy ro­mans. Myśl, że ci wszy­scy lu­dzie uwa­żają, że mo­gła­bym sy­piać z naj­przy­stoj­niej­szym go­ściem w fir­mie, bły­ska­wicz­nie po­pra­wiła mi ten podły na­strój trzy­ma­jący mnie od rana. No i co z tego, że mi­nę­łam tę ma­giczną ba­rierę, za którą ko­biety stają się nie­wi­dzialne? Ja wciąż by­łam bar­dzo wi­dzialna.

- Pani Mał­go­siu... - Dy­rek­tor pod­szedł do mnie z lek­kim mar­sem na czole. - Nie do­sta­łem od pani tego ze­sta­wie­nia dla za­rządu.

Kurwa! Aku­rat te­raz mo­gła­bym być nie­wi­dzialna. Ze­sta­wie­nie było na pen­dri­vie, a ten wci­śnięty w port USB. W do­mo­wym lap­to­pie. I nie, nie by­łam na tyle mą­dra, aby zro­bić ko­pię w chmu­rze albo przy­naj­mniej, po sta­remu, wy­słać ją so­bie na e-ma­ila. Idiotka. Kom­pletna, nie­re­for­mo­walna idiotka.

- Prze­pra­szam, pa­nie dy­rek­to­rze - wy­mam­ro­ta­łam, uni­ka­jąc wzroku męż­czy­zny. - Zo­sta­wi­łam w domu.

W prze­ci­wień­stwie do mnie i Krzyśka dy­rek­tor Ża­biń­ski nie prze­kli­nał. Ni­gdy. Na­wet wów­czas, gdy jego ana­li­tyczka spie­przyła. Z tej przy­czyny tylko na mnie spoj­rzał, syk­nął, skrzy­wił się, a póź­niej oświad­czył chłodno:

- Nie­stety mu­szę go mieć naj­póź­niej za go­dzinę. Pro­szę po niego po­je­chać.

- Oczy­wi­ście, pa­nie dy­rek­to­rze - po­tak­nę­łam ocho­czo i na­tych­miast się­gnę­łam po to­rebkę, żeby wyjść. Po czym prak­tycz­nie wy­bie­głam z biura.

Krzy­siek do­go­nił mnie na par­kingu.

- Gośka!

Wsia­da­łam już do sa­mo­chodu, więc za­wi­słam roz­kro­czo­na, co w tej kiecce wy­glą­dało... ekhm... po­wiedzmy, że ak­tu­al­nie można było do­strzec prawdę słów Ko­wal­skiego sprzed kilku go­dzin.

- Co jest? - wark­nę­łam, wście­kła bar­dziej na sie­bie niż na Krzyśka.

- Nie za­bi­jaj wzro­kiem. - Za­śmiał się ner­wowo. - Wró­cisz jesz­cze?

- Jadę tylko po pen­drive. Żaba po­trze­buje ra­portu, który zo­sta­wi­łam w cha­cie. Będę za pół go­dziny - uspo­ko­iłam go. - A co? - za­in­te­re­so­wa­łam się, bo ładna buźka pana Smo­lo­rza wy­da­wała się dziw­nie spięta.

Przy­gryzł dolną wargę i mil­czał.

- Jezu, Krzy­siek! Spie­szy mi się!

- Chcia­łem cię za­brać na drinka po pracy - wy­mam­ro­tał w końcu.

Za­ga­pi­łam się na niego, kom­plet­nie za­sko­czona. I o to całe halo? Że­bym po­szła z nim na drinka? Po ta­kim wstę­pie można się było spo­dzie­wać co naj­mniej wy­zna­nia mi­ło­ści albo i uj wie czego. Niby rze­czy­wi­ście ter­min so­bie wy­brał gów­niany, bo na­wet je­śli mój uko­chany mał­żo­nek nie­ko­niecz­nie pa­mię­tał o uro­dzi­nach, mia­łam jesz­cze ro­dzi­ców, brata i córkę...

- Go­sia...

- Sorki, Krzy­siek. Dzięki, nie­stety moi ro­dzice wpadną wie­czo­rem.

- To może póź­niej. - Wbi­jał we mnie te swoje cudne oczęta. - Prze­cież nie zo­staną na noc.

Po­krę­ci­łam głową, zer­ka­jąc mi­mo­cho­dem na de­skę roz­dziel­czą i ze­gar na niej. Gu­zik na nim mo­głam zo­ba­czyć, bo na­dal nie od­pa­li­łam sil­nika.

- Na noc może i nie, pew­nie jed­nak przed dzie­siątą nie wyjdą.

- To po dzie­sią­tej. - Uśmiech­nął się ja­koś tak nie­pew­nie. - U mnie.

Że, kurwa, co?!

Roz­dzia­wi­łam usta, bo po pro­stu bra­kło mi słów. Fakt, flir­to­wa­li­śmy ze sobą od kilku mie­sięcy. Fakt, był cho­ler­nie przy­stojny, a pod za bar­dzo do­pa­so­wa­nymi ko­szu­lami grały cudne mię­śnie, które wy­pra­co­wał na si­łowni. I fakt, że do­szłam z jego ob­ra­zem pod po­wie­kami wię­cej razy, niż chcia­ła­bym się przy­znać... No ale, do cho­lery, mia­łam męża!

- Masz wy­raz twa­rzy, jak­bym ci oso­bi­ście za­je­bał ulu­bio­nego kró­liczka. - Znowu za­śmiał się ner­wowo.

Na­dal nie bar­dzo wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć, więc po­pa­trzy­łam po­nad głową Krzyśka, na okna ga­bi­netu Ża­biń­skiego. Taaa, stał tam, jak żywy wy­rzut su­mie­nia, że Ko­wal­ska za­miast za­pie­przać po jego su­per­ważny ra­port, roz­waża kon­se­kwen­cje ewen­tu­al­nego bzy­kanka.

Jezu, Gośka! O czym ty my­ślisz?!

- Po­tem po­ga­damy, okej? - Wy­bra­łam naj­lep­szą drogę na te­raz, czyli ucieczkę przed pod­ję­ciem de­cy­zji. - Ża­biń­ski nam się przy­gląda i pew­nie już drep­cze w miej­scu.

Wsia­dłam do sa­mo­chodu. Krzy­siek nie pu­ścił drzwi, więc nie mo­głam ich za­mknąć.

- Czyli nie mó­wisz nie? - do­py­ty­wał.

Do dia­bła, Ko­wal­ska! Po­wiedz nie!

- Krzy­siek! Cho­lera! Spie­szy mi się! Po­tem!

Pu­ścił, więc za­mknę­łam auto i ru­szy­łam z pi­skiem opon. Głów­nie z po­wodu pulch­nej syl­wetki Ża­biń­skiego w oknie jego ga­bi­netu, ale rów­nież przez... wy­bacz, Boże!... cho­ler­nie ku­szącą pro­po­zy­cję.

Pan Krzysz­tof Piękny Jak Ma­rze­nie Smo­lorz sie­dział w mo­jej gło­wie całą drogę do domu, czyli przez ko­lejne dwa­na­ście mi­nut. Nie po­tra­fi­łam my­śleć o ni­czym in­nym. To nie tak, że przez ostat­nich dwa­dzie­ścia lat ża­den fa­cet nie zwró­cił na mnie uwagi czy że nie sły­sza­łam dwu­znacz­nych pro­po­zy­cji. Zda­rzało się. Ba! An­drzej stra­cił jed­nego z kum­pli z tego po­wodu, bo żona ko­legi kiep­sko znio­sła fakt, że jej mał­żo­nek po pi­jaku wę­dro­wał łapą po moim udzie i żadne strą­ca­nie nie po­ma­gało. Nie­je­den gość ude­rzał też do mnie, kiedy wy­cho­dzi­ły­śmy z dziew­czy­nami do klubu, a kilku za­cze­piło na ulicy. Więc tak, zda­rzało się. Jed­nak to był Krzy­siek. Ko­lega, może na­wet przy­ja­ciel. Fa­cet świa­domy tego, że mam męża, któ­rego, mimo wszyst­kich zadr, ko­cham. Mi­lion razy mu mó­wi­łam, że tak jest. Rany, no! Kto po dwu­dzie­stu la­tach mał­żeń­stwa spija słowa z ust współ­mał­żonka?

Do­jeż­dża­łam już, gdy za­dzwo­nił te­le­fon i wy­rwał mnie z roz­my­ślań.

- Cześć, stara zdziro!!! - Ra­do­sny głos Tośki niósł się po sa­mo­cho­dzie. - Je­zu­uuu! Ba­aaabooo! Czter­dzie­cha! Chry­ste!

- Ta­aaa - pró­bo­wa­łam wejść jej w słowo.

- Ma­sa­kra! Kurwa! Czter­dzie­ści... Aż dziw, że tacy sta­rzy lu­dzie wciąż cho­dzą po tej ziemi. Pod­si­ku­jesz już czy jesz­cze dziel­nie trzy­masz? - Chi­cho­tała na ca­łego.

- Dzięki, Tośka - sark­nę­łam. - Trzy­mam. Miej­sca na cmen­ta­rzu też nie wy­ku­pi­łam, uprze­dza­jąc ko­lejne py­ta­nie.

- Nie?! Bo sły­sza­łam, że po czter­dzie­stce to już strasz­nie czuć od­dech ko­stu­chy.

- Po czter­dzie­stce to ja będę ju­tro, moja droga. I jak usły­szę kła­piące wieko trumny, nie omiesz­kam ci o tym do­nieść. A je­śli po­lecę wy­bie­rać miej­sce pod na­gro­bek, we­zmę od razu po są­siedzku dla cie­bie. W ja­kimś ład­nym za­kątku War­to­głowca. Szkoda, że koło Ryśka się nie da, bo pew­nie byś mnie wy­prze­dziła w za­wo­dach na tam­ten świat. - Bły­snę­łam zło­śli­wo­ścią. To­sia uwiel­biała Dżem i co roku cią­gała naj­bliż­szych na cmen­tarz w rocz­nicę śmierci ich front­mana.

- Nie no, te­raz to już nie. Młodo i tak w trum­nie nie będę wy­glą­dała, to wolę po­cze­kać do dzie­więć­dzie­siątki.

- Bez jaj. Ile?

- No, tak so­bie wy­kal­ku­lo­wa­łam. Wiesz: jesz­cze z rok czy dwa będę się dy­mać bez zo­bo­wią­zań, po­tem na ostatni dzwo­nek strzelę so­bie dzie­ciaka. Tak żeby uro­dzić smarka naj­póź­niej w twoim wieku... Wy­cho­wam gnojka na ego­istycz­nego skur­wy­syna, ta­kiego jak mój je­dyny do­tych­czas, od­ża­ło­wany już mę­żu­lek, na­stęp­nie zo­stanę taką samą su­czą te­ściową, jak moja była. Wiesz: spra­wie­dli­wo­ści dzie­jów musi stać się za­dość. I przy­naj­mniej do pięć­dzie­siątki sy­nalka będę za­tru­wać ży­cie jego żo­nie.

- Twoja za­tru­wała ci tylko przez pięć lat... - przy­po­mnia­łam jej uprzej­mie.

- Ale ja je­stem ła­god­niej­sza, nie po­tra­fię tak ku­mu­lo­wać, to mu­szę dłu­żej - par­sk­nęła. - Co ro­bisz? Po­głos masz, jak­byś ga­dała na gło­śnym.

- Ga­dam na gło­śnym. Pro­wa­dzę. Mu­sia­łam wró­cić do domu.

- To może wpad­niesz do mnie na kawę?

- Nie mam czasu, sorry.

- Sorry, srory. Wie­czo­rem pew­nie przyjdą twoi ro­dzice, a po­tem An­drzej bę­dzie prze­pra­szał, że znów za­po­mniał...

Cho­lera, ale ona mnie znała. Zna­czy mo­jego męża.

- Ju­tro też jest dzień.

- Ju­tro to ty już bę­dziesz przed pięć­dzie­siątką. Nie wiem, czy chcę się po­ka­zać na mie­ście z ta­kim di­no­zau­rem.

- Zo­sta­niemy w domu i nie bę­dziesz mu­siała - wark­nę­łam.

- Ale w moim, bo w twoim pan Ko­wal­ski gapi się na mecz.

- Na jaki znów, cho­lera, mecz?!

- Na ja­kiś na pewno. Za­wsze w so­botę gapi się na mecz z Pa­trycz­kiem Pe­do­fi­lem.

- Mó­wi­łam ci, że­byś go tak nie na­zy­wała.

- A niby jak mam go na­zy­wać? Fa­cet ma pra­wie pięć­dzie­siąt lat i bzyka dwu­dziestkę. Pe­do­fil jak, kurwa, nic!

Z tej per­spek­tywy dużo się nie my­liła, więc nie dys­ku­to­wa­łam dłu­żej. Adam jako praw­nik pew­nie udo­wod­niłby, że for­mal­nie ta­kiemu związ­kowi da­leko do pe­do­fi­lii. Ja mo­głam zgo­dzić się z Tośką, co mi tam. Tym bar­dziej że wła­śnie do­tar­łam na Pia­skową i zo­ba­czy­łam sa­mo­chód sto­jący przed na­szym do­mem. Ooo, o wilku mowa. Wielka czarna be­emka na­le­żała do Pa­tryka Strza­łow­skiego, or­dy­na­tora na od­dziale, na któ­rym pra­co­wał An­drzej, i prze­ło­żo­nego mo­jego naj­droż­szego mał­żonka. Tro­chę dziwne, że wpadł do nas w piąt­kowe przed­po­łu­dnie...

Na­gle przy­szło mi do głowy, że może się jed­nak po­my­li­łam i An­drzej pa­mię­tał o mo­ich uro­dzi­nach. Może za­pla­no­wał coś z ko­legą i dla­tego sie­dzieli te­raz ra­zem w domu, do­pra­co­wu­jąc nie­spo­dziankę. Cho­lera! A ja mu­szę tam wejść po pen­drive.

- Słu­chaj, Toś, sprawę mam - za­ga­iłam ci­cho, a jed­no­cześ­nie mi­nę­łam dom i za­par­ko­wa­łam po dru­giej stro­nie ulicy. - Mo­gła­byś do nas pod­je­chać?

- Nie zo­sta­wię sa­lonu, no co ty!

- Oj, la­ska, na pół go­dziny mo­żesz za­mknąć...

- Ale po co?!

- Przed moim do­mem stoi wóz Pa­tryka. My­ślę, że szy­kują z An­drze­jem nie­spo­dziankę dla mnie, więc ją ze­psuję, wcho­dząc, a po­trze­buję pen­drive'a z mo­jego kom­pu­tera. Wej­dziesz, za­bie­rzesz go i mi od­dasz.

- Po­pie­przyło cię?!!! - wrza­snęła. - Mam za­mknąć sa­lon, bo ci się ubz­du­rało, że Ko­wal­ski przy­go­to­wuje nie­spo­dziankę?! Zwa­rio­wa­łaś? Ile razy ten kre­tyn cię za­sko­czył?! I nie, jed­no­ra­zowa mi­netka na dwu­dzie­stą rocz­nicę się nie li­czy! Był na­rą­bany jak mes­ser­sch­mitt i na­wet tego nie pa­mięta!

Tak, o tym też jej po­wie­dzia­łam. Cho­lera!

- To­siaczku, ko­chana, ja to wiem - wy­mam­ro­ta­łam, wga­pia­jąc się w PA­TXXX na re­je­stra­cji be­emki. - Ale co, je­śli aku­rat się my­limy? Je­śli An­drzej pierw­szy raz robi dla mnie coś wiel­kiego? Pa­mię­tasz, jaką urzą­dzi­łam mu awan­turę dzie­sięć lat temu? Może tym ra­zem sta­nął na wy­so­ko­ści za­da­nia... Pro­szę, To­siek, ple­ase, ple­ase, ple­ase...

Na chwilę za­pa­dła ci­sza, aż wresz­cie przy­ja­ciółka wes­tchnęła te­atral­nie i wy­bur­czała:

- Wi­sisz mi. Będę za pięć mi­nut.

Pięć mi­nut póź­niej za­par­ko­wała na moim pod­jeź­dzie, wy­sia­dła i za­miast za­dzwo­nić albo za­pu­kać, po pro­stu wy­jęła z to­rebki klu­cze, które da­łam jej przed laty przy oka­zji ja­kie­goś wa­ka­cyj­nego wy­jazdu, i otwo­rzyła so­bie drzwi. Cóż, Tośka była wy­jąt­kową osobą, a mój dom trak­to­wała tro­chę jak wła­sny. Przy­jaź­ni­ły­śmy się od szes­na­stu lat, od kiedy pierw­szy raz zaj­rza­łam do sa­lonu fry­zjer­skiego, gdzie pra­co­wała, a ona, le­d­wie wtedy po ma­tu­rze, spoj­rzała na mnie i za­py­tała: "Któż cię tak skrzyw­dził, dzie­cinko?". Na­stęp­nie prze­far­bo­wała mnie na blond, który no­szę od tam­tego czasu, i zro­biła mi taką fry­zurę, że wszyst­kie zna­jome py­tały o ad­res sty­li­sty. Prze­szłam z nią wy­jąt­kowo pa­skudny roz­wód, a ona ze mną dwa po­ro­nie­nia. Gdy­bym miała sio­strę, chyba nie ko­cha­ła­bym jej bar­dziej.

Wła­śnie o tym my­śla­łam, kiedy przy­szedł SMS.

Wejdź po cichu na górę.

Okej. Co ta Tośka wy­kom­bi­no­wała? Do­bra, skoro prosi...

Pośpiesz się, cholera!

Prze­bie­głam szybko przez ulicę i, jak żą­dała przy­ja­ciółka, we­szłam na pa­lusz­kach do domu. W progu zdję­łam szpilki, żeby nie stu­kać na płyt­kach, skoro Tośka pod­kre­ślała, że mam być ci­cho. Gdzieś w głębi du­szy ocze­ki­wa­łam ja­kie­goś okrzyku: "NIE­SPO­DZIANKA!!!" i zna­jo­mych wy­ska­ku­ją­cych zza róż­nych me­bli. Nic ta­kiego nie na­stą­piło. Przez chwilę mia­łam za to dziwne wra­że­nie, że zna­la­złam się na pla­nie ja­kie­goś ka­ta­stro­ficz­nego filmu, bo te­le­wi­zor w sa­lo­nie był włą­czony, w kuchni grało ra­dio, na ku­chence coś bul­go­tało w garnku. I zero lu­dzi. Ni­ko­gu­sieńko.

We­szłam na pierw­szy sto­pień i na­gle to usły­sza­łam. Gło­śniej­sze niż te­le­wi­zor i ra­dio, i nie do po­my­le­nia z czym­kol­wiek.

- O Jezu! O kurwa! Tak, tak! O kurwa! - ję­czał mój uko­chany mał­żo­nek.

Upra­wia­łam z nim seks od dwu­dzie­stu lat, więc nie mia­łam pro­ble­mów ze zde­fi­nio­wa­niem tych dźwię­ków. Cho­ciaż, co nie­stety mu­szę przy­znać, przy mnie nie wy­da­wał ich z sie­bie aż tak en­tu­zja­stycz­nie.

Zro­bi­łam ko­lejne dwa kroki i zo­ba­czy­łam przy­ja­ciółkę sto­jącą przy drzwiach na­szej sy­pialni, z ko­mórką przy­ci­śniętą do nie­wiel­kiej szpary w drzwiach.

- O ja pier­dolę! Jesz­cze! Jesz­cze! Ooooo!

Do­bra, je­śli on się bzyka z Pa­trycz­kiem Pe­do­fi­lem, to się po­rzy­gam! Se­rio!

Tośka od­wró­ciła się i spoj­rzała na mnie. Miała przy tym dość dziwny wy­raz twa­rzy, jakby nie mo­gła się zde­cy­do­wać, czy czuje się winna, czy prze­ciw­nie, cho­ler­nie do­brze się bawi. Przy­gry­zała jed­nak usta, chyba pró­bu­jąc po­wstrzy­mać śmiech, więc po­dej­rze­wa­łam, że ra­czej to dru­gie. Od­su­nęła się lekko, kiedy po­de­szłam, i zro­biła mi miej­sce przy szpa­rze w drzwiach.

Gdy ży­jesz z kimś dwa­dzie­ścia lat, na­prawdę nie­wiele może cię za­sko­czyć. Se­rio. Jed­nakże wi­dok mo­jego ślub­nego, który po­su­wał od tyłu dwu­dzie­sto­let­nią na­rze­czoną swo­jego szefa, sam ma­jąc wci­śnię­tego w ty­łek sztucz­nego fal­lusa, po pro­stu zwa­lił mnie z nóg. Ga­pi­łam się na nich przez kilka kosz­mar­nie dłu­gich se­kund, czu­jąc taką nie­sa­mo­witą pustkę w gło­wie, jakby ja­kaś pie­przona wi­chura wy­mio­tła z niej wszyst­kie my­śli i emo­cje. Zni­kły gniew, żal, ból, roz­pacz. Zo­stała tylko próż­nia. I zdu­mie­nie.

Po­tem przy­szła myśl, że to chyba to dildo, które do­sta­łam od Tośki na trzy­dzie­ste piąte uro­dziny. I zro­biło mi się tro­chę żal. Cho­lera, ni­gdy go nie uży­łam i już nie użyję...

- Ku­pię ci nowe - wy­szep­tała przy­ja­ciółka, bez­błęd­nie zga­du­jąc, o czym po­my­śla­łam.

Po­ki­wa­łam smutno głową.

- Szyb­ciej! Szyb­ciej! Szyb­ciej! Ooooch, cia­putku! - za­pisz­czało dziew­czę wy­so­kim gło­si­kiem, a ja wła­śnie po­ję­łam, dla­czego Tośka na­zywa Pa­tryka pe­do­fi­lem.

- Ku­uuur­wa­aaa - jęk­nął prze­cią­gle An­drzej, naj­wy­raź­niej bar­dzo bli­ski szczytu.

Uzna­łam, że mam dość. Otwo­rzy­łam drzwi z roz­ma­chem, aż tra­fiły w ścianę, po czym we­szłam do po­koju.

- Nie prze­szka­dzaj­cie so­bie. - Uśmiech­nę­łam się pro­mien­nie do mo­jego oszo­ło­mio­nego nie­długo eks­męża. - Ja tylko po pen­drive.

Po­tem wy­ję­łam urzą­dze­nie z portu, scho­wa­łam do to­rebki i wy­szłam z sy­pialni.

Je­stem pra­wie pewna, że nowa se­kre­tarka Adama sur­fo­wała po in­ter­ne­cie, bo kiedy we­szłam, po­pa­trzyła na mnie spło­szona. Nie po­zna­ły­śmy się wcze­śniej. Nie od­wie­dza­łam kan­ce­la­rii od kilku ty­go­dni, panna na­to­miast pra­co­wała chyba od dwóch, od­kąd po­przed­nia asy­stentka po­szła na ma­cie­rzyń­ski. Adam przyj­mo­wał dziew­czyny we­dług sche­matu: dłu­gie nogi, dłu­gie włosy, duże cycki i by­strość na płyn­nej gra­nicy mię­dzy "kom­pletna blon­dynka" a "coś mi tam świta". Bły­ska­wicz­nie sko­ja­rzy­łam pannę z ostat­nią zdo­by­czą Pa­tryka, więc za­pa­ła­łam do niej or­ga­niczną nie­chę­cią.

- Nie pa­ni­kuj - burk­nę­łam - ja do me­ce­nasa. Jest ktoś u niego?

- Była pani umó­wiona?

Spoj­rza­łam na nią ostro.

- Słu­chaj, dziecko, mia­łam ku­rew­sko podły dzień, więc nie utrud­niaj. Adaś ma klienta czy mogę do niego wejść?

O tak, płynna gra­nica, jak nic. Dziew­czę wy­glą­dało ni­czym ośle­piona świa­tłami sa­renka na S1. Aż, cho­lera, żal serce ści­skał. Zna­czy ści­skałby, gdyby nie wia­doma sprawa.

- Ogłu­chłaś, dziew­czyno? - pod­nio­słam głos.

- Niech pani na mnie nie krzy­czy.

- A czy ja, kurwa, krzy­czę? - wark­nę­łam.

- Krzy­czysz, sio­stra. - Adam po­ja­wił się w drzwiach, szcze­rząc się jak idiota. - Nie stać mnie na te­ra­pię dla pra­cow­ni­ków, więc przy­sto­puj. Aniu - zwró­cił się do se­kre­tarki - zrób mi kawę, a Gosi za­parz me­lisę.

- Sam se, kurwa, pij me­lisę! - Mi­nę­łam młod­szego brata i we­szłam do jego ga­bi­netu.

Sia­dłam ciężko w ogrom­nym fo­telu i przez ja­kiś czas wo­dzi­łam wzro­kiem po po­miesz­cze­niu. Młody wy­wa­lił kosz­marną kasę na ten fi­ku­śny ga­bi­ne­cik. Dąb, skóra, chrom i szkło. Ele­gancko i z klasą. Nic dziw­nego, w jego za­wo­dzie wra­że­nie zro­bione na klien­tach mie­wało pierw­szo­rzędne zna­cze­nie.

- Ale wiesz, że nie za­po­mnia­łem o tej ża­ło­snej rocz­nicy? - Adam wciąż su­szył zęby, gdy sia­dał na­prze­ciwko mnie. - Za­mie­rza­łem wpaść wie­czo­rem ze sta­rymi.

Wzru­szy­łam ra­mio­nami, nie zni­ża­jąc się do ko­men­ta­rza, ale brat chyba w końcu po­jął, że coś nie gra, i prze­stał się uśmie­chać.

- Co się dzieje? - Zmarsz­czył brwi.

Po­pa­trzy­łam osten­ta­cyj­nie na otwarte drzwi, a on po­tak­nął w mil­cze­niu. Po­cze­ka­li­śmy, aż mało by­stra pa­nienka przy­nie­sie na­poje - tak, na­prawdę zro­biła pie­przoną me­lisę - a po­tem za­mknie drzwi.

- Co się dzieje? - po­wtó­rzył Adam.

Za­miast od­po­wie­dzieć, od­pa­li­łam film prze­słany mi przez Tośkę i po­ło­ży­łam te­le­fon na biurku przed bra­tem. W ci­szy ga­bi­netu roz­le­gły się zna­jome jęki, a mnie ko­lejny raz tego dnia ze­mdliło.

- O kurwa - sap­nął ci­cho młody i za­pau­zo­wał film.

- W su­mie masz ra­cję - wy­mam­ro­ta­łam. - Kurwa. A na do­da­tek dupa jego szefa.

- Pa­tryczka Pe­do­fila? - zdu­miał się młody. Ta­aaa, lu­bili się z Tośką.

Po­tak­nę­łam w mil­cze­niu.

- To chu­jek umo­czył - pod­su­mo­wał gładko Adam. Ni­gdy nie lu­bił An­drzeja. I z wza­jem­no­ścią. - Roz­wo­dzisz się?

- Nie, kurwa, wrócę do domu i ład­nie prze­pro­szę, że prze­szko­dzi­łam mu pie­przyć gów­niarę.

- A prze­szko­dzi­łaś?

- Zo­sta­wi­łam gwiz­dek z ra­por­tem dla szefa w sy­pialni. Uzna­łam, że skoro stra­ci­łam męża, po­win­nam przy­naj­mniej utrzy­mać ro­botę, więc tak. We­szłam, kiedy do­cho­dził.

Przez chwilę Adaś ga­pił się na mnie pra­wie jak ta jego nowa asy­stentka, a po­tem wy­dał z sie­bie dziwny dźwięk, coś po­mię­dzy krztu­szącą się kozą a du­szą­cym wa­ła­chem.

- Sio­stra - wy­char­czał, ze wszyst­kich sił pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad śmie­chem. - Pro­szę...

Prze­wró­ci­łam oczami.

- Jak prze­wi­niesz do końca, zo­ba­czysz wy­raz tej za­kłama­nej mordy. - Za­wa­hał się, a ja wes­tchnę­łam. - Spoko, nie krę­puj się.

Adam wal­czył ze sobą przez kilka se­kund, ale osta­tecz­nie nie uru­cho­mił od­twa­rza­nia. Za­pa­no­wał nad roz­ba­wie­niem, po czym za­czął ła­god­nie:

- Może po­win­naś to prze­my­śleć? No wiesz, na chłodno, prze­cze­kać kilka dni, osty­gnąć... Ro­zu­miesz: emo­cje i w ogóle. W końcu to dwa­dzie­ścia lat. Pół two­jego ży­cia.

Spoj­rza­łam na brata wła­ści­wie bez gniewu.

- Nie dam rady, Adek - oświad­czy­łam po­nuro. - My­śla­łam nad tym od dwóch go­dzin. Po­je­cha­łam do pracy, wy­sła­łam ra­port dy­rek­to­rowi, a po­tem wzię­łam wolne na resztę dnia i ła­zi­łam po Pa­pro­ca­nach. I my­śla­łam. A za każ­dym ra­zem, kiedy przy­cho­dziło mi do głowy, że to po­łowa mo­jego ży­cia, wra­cał ob­raz po­dry­gu­ją­cej dupy ko­cha­nego męża z wy­sta­ją­cym ni­czym świeczka na tor­cie dildo. No, kurwa, nie mogę, młody. Czas nic tu nie zmieni. Nie by­ła­bym w sta­nie pójść z nim do łóżka. Ba! Nie wiem, czy zdo­łam nor­mal­nie z nim roz­ma­wiać i nie wy­dra­pać mu oczu.

Adam słu­chał po­zor­nie spo­kojny, ale już wi­dzia­łam, że żal w moim gło­sie za­czyna go na­krę­cać. Mimo to pró­bo­wał nad sobą za­pa­no­wać. Wciąż wal­czył w nim brat z praw­ni­kiem. Ten drugi się za­in­te­re­so­wał:

- Skąd masz film?

Opo­wie­dzia­łam mu, jak było, a on nie prze­sta­wał krę­cić głową. Im dłu­żej jed­nak mó­wi­łam, tym bar­dziej wy­raz twa­rzy brata się zmie­niał. Cza­sami za­po­mi­na­łam, że to nie tylko gów­niarz, który pod­rzu­cił mi żabę do łóżka i pod­pie­przył u ro­dzi­ców, kiedy wró­ci­łam wsta­wiona z im­prezy. To przede wszyst­kim chło­pak, który zła­mał rękę jed­nemu osił­kowi, gdy ten mnie ude­rzył. Te­raz, kiedy usły­szał o spe­cy­ficz­nym pre­zen­cie, jaki mał­żo­nek ofia­ro­wał mi na uro­dziny, Adam przy­po­mi­nał tam­tego osiem­na­sto­latka z żyłą pul­su­jącą na czole.

- Mam cię re­pre­zen­to­wać? - za­py­tał po­zor­nie spo­koj­nym to­nem.

- A chcesz?

- Se­rio py­tasz? - Jego głos po­dej­rza­nie ścichł.

- Nie, żar­tuję. Ja­sne, że se­rio. Nie wiem na­wet, czy mo­żesz. Osta­tecz­nie to twój szwa­gier.

- Wkrótce były. I mogę. - Otwo­rzył swój lap­top. - Przy­go­tuję do­ku­menty. I za­raz się tym zajmę.

Przez chwilę pi­sał coś na kla­wia­tu­rze, ude­rza­jąc w nią z taką za­cie­kło­ścią, że za­czę­łam się bać, czy ta prze­trzyma. Na­gle jego palce za­wi­sły nad kla­wi­szami i Adam wbił we mnie spoj­rze­nie.

- Tata to wi­dział?

Też py­ta­nie, kre­tyn je­den.

- Ochu­ja­łeś? - za­py­ta­łam grzecz­nie. - Chcesz ojcu na Wi­gi­lię kar­pia do pier­dla za­no­sić, a z mo­jego dziecka zro­bić pół­sie­rotę?

Młody nie od­po­wie­dział, tylko po­ki­wał głową. Oboje wie­dzie­li­śmy, jak oj­ciec za­re­aguje na wieść, że jego je­dyna córka przy­ła­pała męża na zdra­dzie. Mimo upływu lat wciąż sie­dział w nim stary gli­niarz. Le­d­wie zniósł fakt, że syn sta­nął po dru­giej stro­nie ba­ry­kady. Kiedy Adam wy­bie­rał prawo, oj­ciec wie­rzył, że to ozna­cza ka­rierę w pro­ku­ra­tu­rze albo i w po­li­cji, jak w przy­padku ta­tu­sia. Do dzi­siaj miał żal, że stało się ina­czej. Do­brze przy­naj­mniej, że młody nie spe­cja­li­zo­wał się w pra­wie kar­nym, bo pew­nie na drzwiach ro­dzin­nego domu Mal­czy­ków wid­niałby za­kaz wstępu dla niego.

- Ale ge­ne­ral­nie za­mie­rzasz mu po­wie­dzieć? - Brat prze­rwał moje roz­my­śla­nia.

- A nie, skąd - sark­nę­łam. - Może przy oka­zji ślubu Kamy coś na­po­mknę, że od dzie­się­ciu lat je­stem po roz­wo­dzie. - Prze­wró­ci­łam oczami. - Ja­sne, że mu po­wiem. Na­wet dzi­siaj. Mu­szę im ja­koś wy­tłu­ma­czyć, dla­czego u nich no­cuję, nie?

- Za­wsze mo­żesz po­miesz­kać u mnie - za­pro­po­no­wał brat, ale bez en­tu­zja­zmu. Naj­wy­raź­niej prze­bo­lał już roz­pad swo­jego dłu­go­let­niego związku i w jego domu znowu by­wały jed­no­nocne panny, w kon­tak­tach z któ­rymi star­sza sio­stra ra­czej nie sprzy­jała.

- Nie, spoko. Za­trzy­mam się u ro­dzi­ców - stwier­dzi­łam, też bez za­chwytu.

I wła­śnie w tym mo­men­cie do mnie do­tarło, że fak­tycz­nie: skoro chcę u nich prze­no­co­wać, mu­szę im po­wie­dzieć, co się wy­da­rzyło. Oczy­wi­ście bez krwa­wych szcze­gó­łów, bo jak wspo­mnia­łam bratu, mimo wszystko nie chcia­łam, żeby Kama stra­ciła ojca.

Z tego po­wodu szyb­ciutko zmie­ni­łam na­sta­wie­nie z sar­do­nicz­nego na słod­kie i wbi­łam bła­galny wzrok w Adka.

- Co? - Nie od razu po­jął. Wy­glą­dało na to, że udzie­liła mu się by­strość no­wej asy­stentki.

- Po­je­dziesz tam ze mną? - po­pro­si­łam grzecz­nie. - Już uprze­dzi­łam, że plany się zmie­niły i to ja wpadnę do nich, ale wolę... no wiesz.

Uśmiech­nął się zło­śli­wie.

- Nie mów. A do czego ja ci je­stem po­trzebny, sio­strzyczko? - Roz­parł się w fo­telu. - Mam po­wstrzy­mać ojca przed za­mor­do­wa­niem An­drzeja czy mamę przed dwu­go­dzin­nym wy­kła­dem, że nie po­win­naś wy­cho­dzić z domu ubrana jak pro­sty­tutka?

A tak! Za­po­mnia­łam. Wciąż mia­łam na so­bie tę czer­woną ban­da­żówkę. Adam miał ra­cję: matka na sto pro­cent bar­dziej przej­mie się moim wy­glą­dem niż tym, że uko­chany zię­ciu­nio le­czył he­mo­ro­idy dupą dwu­dzie­sto­latki i dil­dem wła­snej żony. Jed­no­cze­śnie.

- Uro­dziny mam - wy­mam­ro­ta­łam nie­wy­raź­nie, czu­jąc się na­gle kom­plet­nie goła.

- Ja to wiem, ty to wiesz, ale dla ma­muni bę­dziesz upa­dłą ko­bietą zmie­rza­jącą pro­stą drogą w pie­kielne cze­lu­ści. Zwłasz­cza gdy jej po­wiesz o roz­wo­dzie. Jak nic uzna, że to twoja wina.

- Ja­sne! Bo to ja we­pchnę­łam fiuta męża w tę gów­niarę! - wark­nę­łam, ab­so­lut­nie świa­doma, że tym wła­śnie to­rem po­dąży mat­czyne ro­zu­mo­wa­nie.

Wciąż wy­szcze­rzony Adam tylko wzru­szył ra­mio­nami. Po­tem spoj­rzał na ze­ga­rek i prze­stał się uśmie­chać.

- Za kilka mi­nut mam spo­tka­nie - oświad­czył. - Mi­chał już pew­nie jest w dro­dze, więc nie zdążę od­wo­łać. Do ga­le­rii masz rzut ka­mie­niem. Sko­czysz po ja­kieś ciu­chy, prze­bie­rzesz się, a ja w tym cza­sie ob­ga­dam z nim sprawę. Póź­niej po­je­dziemy oświad­czyć na­szej matce, że jej naj­więk­sza duma spier­do­liła swoje mał­żeń­stwo, po­su­wa­jąc na­sto­latkę.

Może i po­win­nam z nim dys­ku­to­wać, tłu­ma­czyć, że to nie z An­drzeja, ale wła­śnie z niego mama jest naj­bar­dziej dumna, jed­nak po co? Adam był naj­mą­drzej­szym fa­ce­tem, ja­kiego zna­łam, i do­sko­nale wie­dział, że dla mamy bo­go­bojny le­karz w ro­dzi­nie, bie­ga­jący co ty­dzień do ko­ścioła i przy­jaź­niący się z pro­bosz­czem jed­nej z ty­skich pa­ra­fii, był znacz­nie więk­szym po­wo­dem do dumy niż praw­nik spe­cja­li­zu­jący się w spra­wach roz­wo­do­wych. Nie żeby nie ko­chała syna. Ko­chała. Mimo to o An­drzejku opo­wia­dała są­siad­kom, jego osią­gnię­ciami chwa­liła się na spo­tka­niach ro­dzin­nych i, co chyba naj­bar­dziej bo­lało Ada­sia, dla An­drzeja go­to­wała za­wsze ro­sół bez ce­buli, cho­ciaż jej syn uwiel­biał to wa­rzywo. Osta­tecz­nie prze­stała też ku­po­wać uko­chaną przy­prawę syna - maggi, bo An­drzej na­kładł jej do głowy, że jest nie­zdrowa. Pew­nie dla­tego mój brat tak nie zno­sił szwa­gra.

- Ona ma dwa­dzie­ścia je­den lat - wy­ja­śni­łam więc je­dy­nie.

- No! - Uśmiech­nął się krzywo. - To już cho­ler­nie wie­kowa dupa. Aż dziw, że Ję­dru­siowi sta­nął na jej wi­dok.

Przy­po­mnia­łam so­bie ciało dziew­czyny i w mil­cze­niu za­ci­snę­łam zęby. Młody w tym cza­sie wró­cił do pi­sa­nia na kla­wia­tu­rze. I znów wa­lił w nią za­cie­kle, aż wdu­sił ostat­nią kropkę, a dru­karka wy­pluła kartkę.

- Pod­pisz tu - wska­zał - i tu. Wie­czo­rem ob­ga­damy, co za­bie­rzesz gni­dzie. I wy­ślij mi ten fil­mik. - Scho­wał pod­pi­sane przeze mnie do­ku­menty, po czym pod­niósł się z fo­tela. - To­śce prze­każ, że ją ko­cham. Dzięki jej przy­tom­no­ści umy­słu to bę­dzie naj­szyb­szy roz­wód ever. Nie są­dzę, by dok­tor Ko­wal­ski ro­bił ci pod górkę. Pa­mię­tam, że Strza­łow­ski to ka­wał wy­jąt­ko­wego skur­wiela. Wy­jąt­ko­wego, nie­wy­ba­cza­ją­cego skur­wiela. Ję­druś odda ci wszystko, byle Pa­try­czek się nie do­wie­dział, że pod­władny ob­ra­biał mu na­rze­czoną.

Też się pod­nio­słam.

- Pa­tryk nie może się do­wie­dzieć - oświad­czy­łam spo­koj­nie. - Nikt nie może wie­dzieć, kim była ta la­ska, okej? Naj­le­piej, żeby nikt w ogóle nie wie­dział, dla­czego się roz­wo­dzimy. Oczy­wi­ście oprócz cie­bie, Tośki i ro­dzi­ców. Nikt. Zwłasz­cza Kama.

- Ale...

- Kama za­czyna stu­dia. I tak ma pod górkę. Nie chcę do­dat­kowo obar­czać córki zdra­dziec­kim ta­tu­siem, który sy­pia z dziew­czy­nami pra­wie w jej wieku - wes­tchnę­łam. - Ni­komu to nie po­służy. Niech są­dzi, że coś tam się wy­pa­liło, że się roz­sta­jemy w przy­jaźni... A cho­lera wie co. Jesz­cze wy­my­ślimy.

- Go­siek, ta­kich rze­czy się nie ukryje. W końcu wyjdą.

- To wyjdą, ale nie te­raz. Młoda i tak ma mnó­stwo na gło­wie. No i bę­dzie po­trze­bo­wała wspar­cia fi­nan­so­wego ojca. Je­śli się do­wie, weź­mie moją stronę, a An­drzej może ją od­ciąć od kasy. O ile bę­dzie miał ja­kąś kasę, bo Pa­tryk go znisz­czy, gdy po­zna prawdę.

Adam pod­szedł do mnie i po­ło­żył dło­nie na mo­ich ra­mio­nach.

- Kama ma bo­ga­tego wujka, a ten jest bez­dziet­nym sta­rym ka­wa­le­rem - mru­gnął - i stać go na utrzy­my­wa­nie sio­strze­nicy na stu­diach.

Otwie­ra­łam już drzwi, ale kiedy to po­wie­dział, cmok­nę­łam go wzru­szona w po­li­czek.

- Sin­glem, kre­ty­nie, nie sta­rym ka­wa­le­rem - po­pra­wi­łam brata drżą­cym gło­sem. Po czym ob­ję­łam i po­wie­dzia­łam coś, czego nie sły­szał zbyt czę­sto: - Ko­cham cię, Adek.

Młody, też wzru­szony, po­kle­pał mnie nie­po­rad­nie po ple­cach. Uśmiech­nę­łam się, wy­swo­ba­dza­jąc z jego ob­jęć i wy­szłam na ko­ry­tarz, do­da­jąc:

- Ale nie omiesz­kam wy­ko­rzy­stać, je­śli będę mu­siała.

- Ja też się zgła­szam - za­brzmiał ni­ski mę­ski głos. - Do tego wy­ko­rzy­sty­wa­nia.

Spoj­rza­łam w kie­runku mó­wią­cego. Wy­soki, szczu­pły męż­czy­zna, mniej wię­cej w wieku mo­jego brata, tak­so­wał mnie ty­powo sam­czym spoj­rze­niem. Jak­bym była głów­nym da­niem na jego pry­wat­nym ban­kie­cie. Nor­mal­nie może i by mi to po­chle­biło, chwi­lowo jed­nakże czu­łam awer­sję do wszyst­kich przed­sta­wi­cieli prze­ciw­nej płci. Wszyst­kich oprócz brata i ojca.

- Pan chce cię wy­ko­rzy­stać - zwró­ci­łam się do brata. - Sam po­wiesz, że wo­lisz la­ski, czy ja mam zła­mać mu serce?

- Nie mam serca, mała. - Męż­czy­zna wy­szcze­rzył zęby. - Za to inne or­gany chęt­nie od­dam w twoje ręce.

- Mi­chał - wark­nął Adam. - Je­steś za wcze­śnie.

- Tylko kilka mi­nut. - Gość bły­snął sze­ro­kim uśmie­chem. Skur­wiel był przy­stojny. W taki su­rowy, dra­pieżny spo­sób. - Warto było - do­dał, wbi­ja­jąc we mnie bez­czelne spoj­rze­nie.

No tak. Ta moja ku­rew­ska su­kienka. Szlag by to tra­fił. Co Krzy­siek mó­wił o śmier­tel­nym grze­chu...?

Sto­ją­cemu obok mnie Ada­mowi bły­ska­wicz­nie włą­czył się tryb ry­cer­skiego bra­ciszka. Nie by­łam tylko pewna, czy cho­dziło fak­tycz­nie o mnie, czy wy­czuł, jak mój po­ziom wkur­wie­nia ro­śnie pod su­fit i za chwilę eks­plo­duje wprost w uro­dziwą gębę jego klienta. Bez względu na po­wód, Adam sta­nął mię­dzy nami i nie spusz­cza­jąc wzroku z męż­czy­zny, zwró­cił się do mnie:

- Masz ja­kieś czter­dzie­ści mi­nut. Nie łaź za długo.

Przez chwilę sta­łam nie­zde­cy­do­wana, pra­gnąc wy­ła­do­wać cały gniew i fru­stra­cję, ja­kie czu­łam z po­wodu zdrady męża, na przy­stoj­nym bucu, któ­remu się wy­da­wało, że może oce­niać po wy­glą­dzie. O tak! To była prze­miła myśl. Wy­da­wał się wy­star­cza­jąco by­stry, że­bym mo­gła usku­tecz­nić na nim ję­zy­kową ostrą jazdę bez trzy­manki. Taaa, może by mi na­wet ulżyło, ale to klient Adama. I to ja­kiś bli­ski klient, bo brat ra­czej nie był ze wszyst­kimi, któ­rzy ko­rzy­stali z jego usług, po imie­niu. Ważny klient, a ja, w prze­ci­wień­stwie do ro­dzi­ców, sza­no­wa­łam pracę brata.

Dla­tego osta­tecz­nie ru­szy­łam do drzwi.

- Tylko wy­bierz ta­kie ciu­chy, żeby pa­so­wały do kółka ró­żań­co­wego - za­kpił Adam, kiedy już do­ty­ka­łam klamki.

- Spoko - burk­nę­łam. - Od­wie­dzę sklep, w któ­rym ty się ubie­rasz.

Obaj męż­czyźni par­sk­nęli jed­no­cze­śnie. Ob­da­rzy­łam ich peł­nym wyż­szo­ści uśmie­chem. Za­nim wy­szłam, doj­rza­łam jesz­cze wy­raz ślicz­nej buzi bra­cisz­ko­wej asy­stentki. Se­rio, płynna gra­nica.

Go­dzinę póź­niej, odziana w naj­bar­dziej nie moją su­kienkę ever, wcho­dzi­łam wraz z bra­tem do domu ro­dzi­ców. Tata, kiedy mnie zo­ba­czył, uniósł brwi w nie­mym py­ta­niu: "se­rio się tak prze­ję­łaś tą czter­dziestką?", ale grzecz­nie nie sko­men­to­wał. Za­pewne na wi­dok roz­klo­szo­wa­nej be­żo­wej kiecki w kratkę do po­łowy łydki uznał, że nie ko­pie się le­żą­cego.

Mama naj­wy­raź­niej nie ro­zu­miała pro­blemu:

- Śliczna su­kienka! - za­chwy­ciła się tym cho­ler­nym pa­skudz­twem. - W końcu za­czę­łaś się ubie­rać ade­kwat­nie do wieku!

Kurwa!

- A gdzie Ję­druś?

Kurwa po raz drugi.

- Nie ma - wark­nę­łam.

- Jak to nie ma? - Mama wy­glą­dała na szcze­rze roz­cza­ro­waną. - Tylko mi nie mów, że ma dy­żur w twoje uro­dziny? Ja wiem, że on jest bar­dzo za­jęty, ma na gło­wie szpi­tal i pa­cjen­tów, ale to w końcu twoje czter­dzie­ste uro­dziny. Ktoś inny mógłby prze­cież po­pro­wa­dzić tę ope­ra­cję...

- Jezu! Mamo! - pod­nio­słam głos. - An­drzej nie ope­ruje lu­dzi! Nie ma na gło­wie szpi­tala! Jest le­ka­rzem na od­dziale we­wnętrz­nym! Jed­nym z kil­ku­na­stu!

W ko­ry­ta­rzu za­pa­dła na­gła ci­sza. Matka spoj­rzała na mnie wzro­kiem peł­nym ura­żo­nej nie­win­no­ści prze­mie­sza­nej z tak wiel­kim roz­cza­ro­wa­niem, że choć­bym sta­wała na rzę­sach, chyba nie zdo­ła­ła­bym tego na­pra­wić. Dla­tego nie pró­bo­wa­łam. Po pro­stu we­szłam, wy­mi­nę­łam matkę oraz za­sko­czo­nego moim wy­bu­chem ojca, a po­tem za­trzy­ma­łam się na końcu wą­skiego ko­ry­ta­rza i cze­ka­łam, aż Adam za­mknie drzwi.

- Nie mu­sisz na mnie krzy­czeć - prze­rwała ci­szę mama.

- Prze­pra­szam. - Opu­ści­łam głowę. - Nie po­win­nam.

- Ano nie po­win­naś - przy­tak­nął oj­ciec. - Wejdź­cie do du­żego po­koju. Mama na­kryła do stołu. Jest ro­sół, klu­ski ślą­skie i ro­lada.

Adam skrzy­wił się przy ro­sole, ale zmil­czał. Żadne z nas nie lu­biło też ro­lady. Zgad­nij­cie, kto był fa­nem tego da­nia. An­drzej Cia­pu­tek Ko­wal­ski, ja­sne, że on. Skoro jed­nak raz już na­sko­czy­łam na matkę, uzna­łam, że wstrzy­mam się na ra­zie z ko­men­ta­rzami. I tak pa­skud­nie się czu­łam, a prze­cież za­mie­rza­łam zła­mać jej serce.

Za­sie­dli­śmy przy stole w kom­plet­nej ci­szy. Adam zer­kał na mnie co ja­kiś czas, chyba pró­bu­jąc do­dać mi od­wagi. Oj­ciec przy­glą­dał się nam ze zmarsz­czo­nymi brwiami, a mama nie­mal nie mo­gła ode­rwać roz­pacz­li­wie smut­nego wzroku od pu­stego krze­sła. Ja zaś z każdą chwilą czu­łam się go­rzej. A kiedy czu­łam się fa­tal­nie, by­wa­łam wy­jąt­kowo nie­sym­pa­tyczna. Mimo to na­dal trzy­ma­łam ję­zyk na wo­dzy.

Mdły ro­sół, we­dług re­cep­tury mo­jej te­ścio­wej, rósł mi w ustach. Adam czuł tak samo, lecz i tak jadł. Miał przy tym taki wy­raz twa­rzy, jakby bo­lał go każdy ząb. Mama zda­wała się tego nie za­uwa­żać, wpa­trzona w sto­łek, na któ­rym na ro­dzin­nych spo­tka­niach sia­dał mój mąż. Cho­lera, jak za­ko­cha­na na­sto­latka!

- Po­tem przy­je­dzie? - Nie wy­trzy­mała w końcu.

- Szcze­rze wąt­pię - wy­mam­ro­ta­łam. - He­mo­ro­idy le­czy.

Adam par­sk­nął śmie­chem, aż opluł ma­miny ob­rus na spe­cjalne oka­zje.

- He­mo­ro­idy?! - Mama pod­chwy­ciła te­mat. - Bie­du­lek! Nic nie mó­wił. A i dzi­wić się nie ma czemu. To tro­chę wsty­dliwy te­mat. I po­noć bar­dzo do­kucz­liwa przy­pa­dłość. Ja nie mia­łam, ale cio­cia Gra­żynka się na­cier­piała...

- No - przy­tak­nę­łam, pa­trząc na du­szą­cego się ze śmie­chu Adka. - An­drzej też się strasz­nie mę­czy. Ję­czał przy tym, że trudno za­po­mnieć.

- Gośka! - Mój brat char­czał.

- Ję­czał? - do­py­ty­wała mama.

- Aha. Adaśka za­py­taj. Nie mógł uwie­rzyć, że szwa­gier aż tak po­trafi.

- Gośka, kur...

- Adam! - po­wstrzy­mał go tata. W domu Mal­czy­ków ni­gdy się nie prze­kli­nało. Dziwne, kurwa, nie?

- Ja może cio­cię Gra­żynkę o tę maść, co to jej po­mo­gła, za­py­tam... - Nie­zra­żona mama już wsta­wała od stołu, żeby dzwo­nić do sio­stry.

- Nie, ma­muś, nie trzeba. - Uśmiech­nę­łam się nie­szcze­rze. - Pa­mię­tasz: An­drzej jest le­ka­rzem. Zna­lazł świetny ma­sa­żer na tę swoją do­le­gli­wość.

Adam bez słowa wstał od stołu i wy­szedł z po­koju.

Tata pa­trzył na mnie po­waż­nie. Oho! On się nie dał na­brać. Pie­przony glina.

- Co? - burk­nę­łam.

- Nie rób z tata wa­riata. - Po­krę­cił głową. - O co cho­dzi?

Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

- Dla­czego Adaś wy­szedł? - za­in­te­re­so­wała się mama. - Cho­dzi o te he­mo­ro­idy? Niby to nie te­mat do roz­mów przy stole, ale nie wie­dzia­łam, że sy­nuś taki wraż­liwy.

Oj­ciec wciąż wbi­jał we mnie ostre, po­li­cyjne spoj­rze­nie, od któ­rego sie­dzi­sko pod moim tył­kiem za­częło się je­żyć, wrzy­na­jąc cho­ler­nie ostre szpilki w tę szla­chetną część mo­jej osoby. Krę­ci­łam się na krze­śle, żeby ja­koś zni­we­lo­wać ten dys­kom­fort, ale oj­ciec nie od­pusz­czał. Wes­tchnę­łam i już otwie­ra­łam usta, by w końcu po­wie­dzieć, co się stało, gdy roz­brzmiał dzwo­nek do drzwi. Mama zer­k­nęła na mnie z na­dzieją i po­de­rwała się z krze­sła, bez­gło­śnie mó­wiąc coś, co po­dej­rza­nie przy­po­mi­nało: "Ję­druś".

Szcze­rze: też się wy­stra­szy­łam, że to ten du­pek, dla­tego po­bie­głam za nią. W ko­ry­ta­rzu wy­prze­dził mnie Adam, więc już we trójkę pę­dzi­li­śmy do wej­ścia, prze­py­cha­jąc się ni­czym dzieci do dar­mo­wych lo­dów. Dzwo­nek po­na­glał ner­wo­wym bzy­cze­niem, a ja mia­łam wra­że­nie, że robi to co­raz gło­śniej, cho­ciaż wie­dzia­łam, że to nie­moż­liwe. Matka albo też tak są­dziła, albo była naj­bar­dziej zde­ter­mi­no­wana, bo pierw­sza zła­pała za klamkę, po czym szarp­nęła gwał­tow­nie.

I tak. To był ten du­pek.

- Ję­druś!!! - wy­krzyk­nęła mama.

Cho­lera! Za­raz po­leci tek­stem z Po­topu!

- Wchodź, sy­nuś! Wchodź! - Jed­nak się po­wstrzy­mała.

- Nie! - wrza­snę­li­śmy jed­no­cze­śnie z Ada­mem.

An­drzej stał w progu z nie­zde­cy­do­wa­niem wy­ma­lo­wa­nym na twa­rzy. I se­rio, chcia­łam zo­ba­czyć w tej za­ka­za­nej mor­dzie wy­rzuty su­mie­nia albo przy­naj­mniej żal czy smu­tek, czy uj wie co, co­kol­wiek, co by su­ge­ro­wało, że te na­sze dwa­dzie­ścia wspól­nych lat miało zna­cze­nie, a to, co wi­dzia­łam rano, tylko mu się przy­tra­fiło, nie zaś na­le­żało do ry­tu­ału. Tak bar­dzo chcia­łam to zo­ba­czyć, że wbi­łam wzrok we wciąż jesz­cze męża.

No i, cho­lera, nie zo­ba­czy­łam.

- Słu­chaj, Gośka - za­czął An­drzej spo­koj­nym, rze­czo­wym to­nem, ja­kiego miał zwy­czaj uży­wać wo­bec pie­lę­gnia­rek na od­dziale. I to tych mniej by­strych, które po­tem, za ich ple­cami, okre­ślał "ćwierć tu­ma­nami". Sły­sza­łam to tyle razy, że mi się utrwa­liło. I okre­śle­nie, i ton. A że usły­sza­łam go w sto­sunku do sie­bie...

- Spier­da­laj - prze­rwa­łam mu rów­nie spo­koj­nym, rze­czo­wym to­nem.

- Mał­go­rzata! - Mama zła­pała się za serce.

- Gośka... - An­drzej zro­bił krok w moim kie­runku, więc cof­nę­łam się gwał­tow­nie, ale on nie prze­jął się tym spe­cjal­nie i zro­bił ko­lejny krok. - Mu­simy po­ga­dać.

- Sły­sza­łeś. - Adam sta­nął mię­dzy nami, za­sła­nia­jąc mnie tymi swo­imi stu osiem­dzie­się­cioma pię­cioma cen­ty­me­trami i zdu­mie­wa­jąco sze­ro­kimi ba­rami. Kurde, brat chyba ostat­nio ćwi­czył.

- Adam! Gośka! Rany bo­skie! - Ooooo, mama nad­uży­wała Bo­żego imie­nia. Było źle.

Tyle że ja mia­łam to chwi­lowo w du­pie. Ola­łam ro­dzi­cielkę i po­now­nie grzecz­nie sta­ra­łam się, żeby jej zię­ciu­nio po­czuł eks­cy­ta­cję z nad­cho­dzą­cej po­dróży:

- Spier­da­laj. - Wska­za­łam drzwi i od­wró­ci­łam się do gnoja ple­cami.

- Je­zus Ma­ria! - Znowu mama. - Sta­szek!

Przy­wo­łany oj­ciec po­ja­wił się w tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym mój nie­uczący się na błę­dach mał­żo­nek spró­bo­wał zła­pać mnie za ra­mię. Po­czu­łam tylko mu­śnię­cie, bo Adek wy­ka­zał się nie­sa­mo­wi­tym re­flek­sem. Ode­pchnął An­drzeja, też igno­ru­jąc świ­dru­jący krzyk matki.

- Spo­kój! - krzyk­nął oj­ciec.

Mama bły­ska­wicz­nie uci­chła.

Sta­łam twa­rzą do taty, więc zo­ba­czy­łam, jak przy­wdziewa tę swoją ma­skę. Po­zorna obo­jęt­ność. Dy­stans i chłód. Trzeba go było do­brze znać, żeby się zo­rien­to­wać, ja­kie emo­cje bu­zują pod tym ca­łym zim­nem. Bo bu­zo­wały. Wi­dzia­łam to w sza­rych oczach.

Mój tato był kie­dyś jed­nym z lep­szych gli­nia­rzy w ślą­skiej do­cho­dze­niówce. Jego ko­le­dzy ma­wiali, że miał nosa. In­stynkt, dzięki któ­remu bez­błęd­nie roz­wią­zał nie­jedną pra­wie nie­roz­wią­zy­walną sprawę. I cho­ciaż mi­nęło sporo lat, od­kąd od­szedł na eme­ry­turę, wciąż miał to coś. Coś, co w jed­nym mo­men­cie, w jed­nym tylko spoj­rze­niu po­zwo­liło mu do­strzec, że jego uko­chana, mała có­reczka, w któ­rej na­dal wi­dział tę dzie­wię­cio­latkę idącą w bia­łej kiecce do pierw­szej ko­mu­nii u Jana Chrzci­ciela... że ta mała có­reczka zo­stała skrzyw­dzona.

- Adam - zwró­cił się spo­koj­nie do syna. - Czy An­drzej ma prawo tu być?

Na chwilę za­pa­dła ci­sza. Na­wet ten kre­tyn, Ko­wal­ski, nie od­wa­żył się ode­zwać.

- Nie, tato - od­po­wie­dział po kilku se­kun­dach mój brat. - Pan Ko­wal­ski nie na­leży już do ro­dziny.

Mama sap­nęła zdu­miona. Tata nie. Tata mi­nął mnie, po czym zła­pał An­drzeja za ra­mię i wy­pchnął za drzwi.

A na­stęp­nie za­mknął je i ze spo­ko­jem zwró­cił się do mnie:

- Chodź, Mał­goś. Zdaje się, że masz nam sporo do opo­wie­dze­nia. A matka upie­kła cia­sto. Co prawda ser­nik, ale w obec­nej sy­tu­acji zjemy i to.

Nikt nic wię­cej nie po­wie­dział, bo ser­nik lu­bił w tej ro­dzi­nie tylko An­drzej Ko­wal­ski.