I
Historia, którą chcę wam opowiedzieć, zaczęła się na wschodnim wybrzeżu Papui-Nowej Gwinei. Siedziałam w gotowym do startu samolocie...
Nie, jednak nie. Tak naprawdę wszystko zaczęło się o wiele wcześniej. W Kansas City, w Missouri. Miałam może pięć lat. Wczesne lato. Wszędzie kwitły jeszcze błyszczące czerwone tulipany. Ptaki ćwierkały jak oszalałe i uczyły latać swoje pisklęta. Jedno z nich miało pecha: zamiast polecieć w górę, spadło prosto do naszego ogrodu.
Wbiegłam do domu.
- Mamo! - zawołałam. - Ptak jest w ogrodzie! Ptak spadł!
Mama składała ścierki kuchenne w równiutką kostkę. Bardzo lubiła składać rzeczy w kostkę, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Westchnęła:
- I?
- Trzeba mu pomóc! Na pewno złamał skrzydło!
- Jeśli złamał skrzydło, to nie można mu już pomóc. A teraz nakryj do stołu, Amelio.
Po obiedzie ptak zniknął.
- Mamo! - zawołałam. - Ptaka już nie ma!
- Może zjadł go lis - powiedziała mama i wyciągnęła z kredensu pościel, żeby poskładać ją w kostkę. Jak widać, miałam powody, by sądzić, że składanie sprawiało jej przyjemność.
A więc do ptaka podszedł lis. Może stał i długo się w niego wpatrywał; może ptak nawet przestał się go bać; w końcu był mały i nie znał się na lisach; może lis go oswoił - a potem zjadł, bez żadnego ostrzeżenia. Inne ptaki za to latały sobie po niebie jakby nigdy nic, a ja leżałam na trawie i się im przyglądałam. Jak to możliwe - myślałam - że te same skrzydła, które tak łatwo złamać, potrafią unieść ptaka wysoko w powietrze, daleko od lisów?
A gdyby skrzydeł nie dało się złamać - pomyślałam - to można by uniknąć każdego lisa. A gdyby skrzydła były zrobione na przykład z drewna albo lepiej - ze stali? Jak wysoko mogłyby unieść ptaka?
A jak wysoko mogłyby unieść... MNIE?
Tego wieczoru wzięłam starą deskę do krojenia i z wielkim trudem przybiłam do niej łopatkę do przewracania kotletów. Moje dzieło wyglądało mniej więcej tak:
Chwyciłam je i pobiegłam do salonu.
- Tato, patrz! - zawołałam.
- Uhm, co to? - zapytał znad gazety ojciec.
- Maszyna, która umie latać - powiedziałam. - Ziuuuu! - Zademonstrowałam możliwości mojego urządzenia, skacząc z nim po kanapie.
Ojciec z cichym syknięciem otworzył butelkę z piwem.
- Bzdura. Maszyny nie latają. Są za ciężkie. Złaź z kanapy.
- Na pewno da się zrobić taką, która lata - powiedziałam. - Wystarczy się uprzeć. I trzeba być sprytnym.
- Najlepiej udowodnisz, że jesteś sprytna, idąc spać - odparł ojciec, a mama dodała znad swojej pościeli:
- I kto wie, może przyśni ci się, że latasz?
- Po co mi sny o lataniu? Wolę latać naprawdę! - Tupnęłam, ale ojciec spojrzał na mnie tak, że chwyciłam swoją maszynę i pobiegłam na górę, gdzie siedziałam na łóżku do północy, nie zamierzając kłaść się spać.
Moja rodzina to banda lisów - mruczałam do siebie.
Mniej więcej rok później powstał pierwszy samolot. Kiedy rano poszłam zabrać gazetę z progu, zobaczyłam na okładce jego zdjęcie. Kiedy ojciec wrócił z pracy, od razu pobiegłam mu je pokazać.
- Widzisz? Zobacz! To maszyna! Maszyna, która umie latać!
Ojciec wzruszył ramionami.
- I co w tym ciekawego? To czysta fizyka.
Lisy zawsze mają rację i dlatego bardzo trudno je czymś zaskoczyć. Jak się później okazało, jest ich wszędzie całe mnóstwo. Są bardzo różne, ale mają jedną wspólną cechę: nie chcą, żebyś przypadkiem za wysoko poleciała. Wystarczy chwila nieuwagi i bach! Wpadasz im prosto w zęby: siedzisz na jakiejś kanapie i składasz im ścierki w równą kostkę. Nie było wyjścia - żeby ich uniknąć, musiałam nauczyć się latać.
Tak więc zostałam słynną pilotką. Zupełnie sama przeleciałam nad oceanem i nad wieloma innymi rzeczami. A teraz miałam udać się w podróż dookoła świata. To był bardzo ważny lot, ponieważ miałam być pierwszą dziewczyną, która dokona czegoś takiego. Pisano o tym w gazetach i magazynach.
Przeleciałam już ponad dwadzieścia tysięcy mil i byłam coraz bliżej zamknięcia pętli wokół planety. Jeden z moich ostatnich lotów miał się rozpocząć na wschodnim wybrzeżu Papui-Nowej Gwinei. Siedziałam w gotowym do startu samolocie. Zapięłam pasy, poprawiłam swoje lotnicze okulary. Położyłam dłonie na sterach. Fred, mój nawigator, rozłożył na kolanach mapę nieba.
- Śniło ci się kiedyś, że uda ci się zrobić coś takiego? - zapytał.
- Nie - powiedziałam.
Po co miało mi się to śnić? Wolałam to zrobić naprawdę.
Silnik zaryczał; skrzydła zatrzęsły się niecierpliwie. Toczyliśmy się po trawie szybciej, szybciej, szybciej, coraz szybciej. W końcu oderwaliśmy się od ziemi i niebo od razu nas połknęło, jak nieskończony, błękitny wieloryb.