Miss Minchin mieszkała w Londynie, w bardzo obszernym,
ponurym, wysokim domu, na obszernym ponurym placu, gdzie wszystkie
domy były jednakowe i wszystkie wróble były jednakowe i gdzie
wszystkie klamki z jednakowym zamykały się trzaskiem, który to
trzask w dnie ciche i spokojne - prawie zaś wszystkie dnie były
takie - zdawał się rozbrzmiewać przez cały szereg domów obok siebie
stojących. Na drzwiach mieszkania Miss Minchin znajdowała się
mosiężna tabliczka. Na tabliczce owej mosiężnej wypisane było
czarnemi literami:
MISS MINCHIN.
PIERWSZORZĘDNY PENSYONAT DLA DYSTYNGOWANYCH PANIEN. Mała Sara Crewe odczytywała napis ów ilekroć z domu wychodziła lub
doń wchodziła i zastanawiała się nad nim głęboko. Sara miała
wówczas lat dwanaście i doszła do przekonania, że wszystkie troski
jej powstały z tej przyczyny, że - popierwsze nie jej miejsce było
w "pierwszorzędnym" pensyonacie - powtóre że nie była "dystyngowaną
panną". Kiedy miała lat ośm została przywieziona do Miss Minchin i
pozostawiona pod jej opieką. - Ojciec przywiózł ją był aż z
odległych Indyi. Mamusia jej umarła, kiedy Sara była jeszcze
niemowlęciem, ojciec zaś wychowywał ją przy sobie, jak tylko dało
się najdłużej. Potem jednak, decydując, że klimat nazbyt gorący
ujemnie wpływa na delikatne zdrowie dziecka, przywiózł ją do Anglii
i powierzył opiece Miss Minchin, pozostawiając w "pierwszorzędnym
pensyonacie dla dystyngowanych panien". Sara, która była zawsze
dzieckiem nader inteligentnem i bystrem, która pamięć miała
wyborną, przypominała sobie doskonale, jak ojciec jej mawiał, że
niema żadnych krewnych na świecie i że dla tej przyczyny umieścić
musiał córkę w pensyonacie, że o zakładzie Miss Minchin słyszał
zdania bardzo pochlebne. Tego samego zaraz dnia zabrał on z sobą
małą Sarę i nakupił jej mnóstwo prześlicznych sukienek i ubrań,
sukienek tak wspaniałych i zbytkownych, że tylko człowiek bardzo
młody i niedoświadczony mógł kupić tego rodzaju stroje dla małego
dziewczątka, które wychowane być miało na pensyi. Trzeba jednak
wiedzieć, że był to człowiek bardzo żywy, młody, niedoświadczony i
w danej chwili ogromnie smutny na myśl rozstania się ze swoją
pieszczotką, która wszak była wszystkiem, co mu pozostało po
śmierci żony, którą nad wszystko miłował. I dlatego tak pragnął,
aby córeczka jego miała wszystko, czego najszczęśliwsze dziecko
zapragnąć może; to też gdy uprzejme sprzedające zachęcały: "Oto
ostatnia nasza kreacya w kapeluszach; takie same pióra kupiła u nas
lady Diana Sincair..." kupował natychmiast przedmiot zachwalany i
płacił ile zażądano. Skutkiem tego mała Sara doszła do zupełnie
niezwykłej garderoby. Sukienki jej były jedwabne, aksamitne, lub z
kaszmirów indyjskich, kapelusze i czapeczki przybrane suto piórami
i wstążeczkami, bielizna i spódniczki przybrane przedziwnemi
koronkami, a w dodatku wróciła na pensyę Miss Minchin z lalką tak
prawie dużą jak ona sama i równie wspaniale ubraną.
Potem tatuś jej wręczył Miss Minchin pewną sumę pieniędzy i
odjechał, a mała Sara przez dni kilka ani tknąć nie chciała swej
lalki, ni śniadania, ni obiadu, ni kolacyi, siedziała tylko skulona
w kątku przy oknie i płakała. Płakała zaś tak bardzo, że się z tego
powodu pochorowała. Dziwne to było dziewczątko i o silnych,
głębokich uczuciach, o manierach dorosłej osoby. Ojca uwielbiała i
zrozumieć nie mogła, dlaczego Indye i pełen uroku domek drewniany
nie miały być milszem i odpowiedniejszem miejscem pobytu, niż
Londyn i "pierwszorzędny Pensyonat Miss Minchin dla dystyngowanych
panien". Z chwilą przestąpienia progu pensyi, poczuła wstręt do
Miss Minchin i poczęła lekceważyć Miss Amelię Minchin, która była
przysadkowata, niezbyt inteligentna, mówiła półgłosem i
najwidoczniej, jak ognia bała się starszej siostry. Miss Minchin
była wysoka i miała wielkie, zimne, rybie oczy i wielkie, zimne
ręce, które też miały coś rybiego, zawsze bowiem były wilgotne i
Sara dostawała gęsiej skóry, ilekroć się jej dotknęły, gdy Miss
Minchin odgarnywała jej włosy z czoła i mówiła:
- Śliczne i obiecujące dziecko, panie kapitanie. Będzie to
ulubiona wychowanka, napewno będzie faworytką wszystkich.
Przez pierwszy rok istotnie była ulubienicą; w każdym razie
traktowano ją nader pobłażliwie, wiele zanadto niż tego potrzeba
było dla jej dobra. A gdy "pierwszorzędny pensyonat" szedł na
spacer, Sarę ubierano w najspanialsze sukienki i Miss Minchin sama
ją za rękę prowadziła na czele sympatycznej gromadki. Kiedy zaś
przyjeżdżali rodzice której z dziewczynek, wtedy zaraz ubierano ją
ładnie i wprowadzono do salonu razem z lalką; słyszała też nieraz,
jak Miss Minchin mówiła, że ojciec jej jest wybitnym oficerem w
Indyach i że Sara będzie kiedyś dziedziczką wielkiej fortuny. O
tem, że ojciec jej odziedziczył był ogromny majątek, Sara już
przedtem słyszała; a także i to, że kiedyś to wszystko będzie jej
własnością i że ojciec jej nie będzie już długo służył w wojsku,
lecz osiędzie wraz z nią w Londynie. I ilekroć nadszedł list,
dziewczątko się łudziło, że może już donosi o swem przybyciu i że
już będą z sobą razem.
Tymczasem około połowy trzeciego roku jej pobytu na pensyi
nadszedł list przynoszący wszakże wieści bardzo odmienne. Ponieważ
kapitan Crewe sam nie znał się na interesach, przeto zarząd
majątkiem oddał w ręce przyjaciela, któremu ufał. Przyjaciel ten go
oszukał i ograbił. Cała fortuna przepadła, nikt nie wiedział jakim
sposobem, ten cios był tak silny i niespodziewany, że biedny
człowiek, taki młody i pełen życia, zapadłszy wkrótce potem na
żółtą febrę, nie miał dość siły odpornej i umarł, pozostawiając
biedną swoją córeczkę samą jedną bez żadnej opieki na świecie.
Nigdy zimne, rybie oczy Miss Minchin nie były tak zimne i rybie,
jak w chwili, gdy mała Sara, po którą posłano, weszła do saloniku w
kilka dni po otrzymaniu owego listu.
O żałobie nikt dziecku nie mówił, sama więc postanowiła wynaleźć
sobie czarne ubranie i rzeczywiście znalazła czarną welwetową
sukienkę, z której już była wyrosła i w nią ubrana weszła do
pokoju; miała przytem wygląd najdziwniejszego stworzonka na
świecie, a równocześnie czyniła wrażenie czegoś bezdennie smutnego.
Sukienka jej była krótka i ciasna, twarzyczka śmiertelnie blada,
oczy ciemne podkrężone, na ręku zaś dźwigała lalkę, otuloną w
kawałek starej krepy. Sara nie była ładna. Drobna była bardzo, o
zmęczonej lecz inteligentnej twarzyczce, z krótkiemi czarnemi
włosami i ogromnemi szaro zielonemi oczyma, ocienionemi długą
ciemną rzęsą.
- Jestem najbrzydsza na całej pensyi - powiedziała raz sama,
przyglądając się sobie w lustrze przez kilka minut.
Ale była też na pensyi inteligentna i poczciwa nauczycielka
Francuzka, która mówiła do nauczycielek muzyki:
- Ta mala Sahra! Tilko paczeć so to za dziecko! Taki brzidke
piękność. Te oghromne oczi; ta inteligentna buzia. Poczekać aż ona
będzie uhosnąć. Zobaczić, so to będzie!
Tego rana jednak, w ciasnej, krótkiej sukienczynie, wyglądała mała
Sara jeszcze chudsza i dziwniejsza niż zwykle, oczy jej utkwione
były z jakąś dziwną uporczywością w twarzy Miss Minchin, gdy wolno
szła przez salonik, przyciskając do siebie lalkę.
- Odłóż tę lalkę! - rzekła Miss Minchin.
- Nie, pani, - odparła dziewczynka - lalki nie odłożę; chcę ją
mieć przy sobie. To wszystko, co mam. Ona jedna nie opuszczała
mnie, odkąd umarł mój biedny tatuś.
Posłuszeństwem nie grzeszyła ona nigdy. Wolę swoją musiała mieć
zawsze od urodzenia i było w niej coś jakby wyraz cichej
zaciętości, od którego Miss Minchin robiło się zawsze nieswojo. I
godna dama czuła i teraz, że może lepiej będzie zbyt się przy
swojem żądaniu nie upierać. Spojrzała tylko na nią, jak mogła
najsurowiej.
- Nie będziesz teraz miała czasu na lalki, - rzekła; - będziesz
musiała pracować, będziesz musiała zmienić się i starać się być
użyteczną.
Sara utkwiła swoje wielkie, dziwne oczy w twarzy wychowawczyni i
milczała.
- Wogóle wszystko bardzo się zmieni na przyszłość, - ciągnęła
dalej Miss Minchin. - Posłałam po ciebie, aby z tobą pomówić i aby
cię dokładnie objaśnić o wszystkiem. Ojciec twój umarł; nie masz
przyjaciół, nie masz majątku, nie masz swego domu, nie masz nikogo
na świecie, ktoby o ciebie dbał.
Drobna, pobladła, śniada twarzyczka drgnęła kilka razy nerwowo,
lecz szaro-zielone oczy wpatrzone były nieruchomie w Miss Minchin i
Sara nie odezwała się ani jednem słowem.
- Dlaczegóż tak patrzysz? - spytała Miss Minchin ostro. - Czyś tak
nierozgarnięta, że nie rozumiesz, co do ciebie mówię? Powtarzam, że
jesteś zupełnie sama na świecie i nie masz nikogo, ktoby coś dla
ciebie mógł uczynić, o ile ja nie zechcę zatrzymać cię u siebie.
Jużto przyznać trzeba, że Miss Minchin w najokropniejszym była
humorze. Pozbawiona została nagle dużej sumy pieniędzy rocznie i
wychowanki na pokaz, natomiast na łasce jej została mała żebraczka;
nic dziwnego, że było to więcej złego naraz, niż Miss Minchin
znieść mogła.
- A teraz słuchaj, - ciągnęła dalej - i zapamiętaj dobrze, co
powiem. Jeśli ostro weźmiesz się do pracy i będziesz się starała
zostać mi użyteczną za lat kilka, to ci tu pozwolę pozostać. Jesteś
jeszcze dzieciak, ale sprytu masz dosyć i orjentujesz się dobrze i
pojmujesz rzeczy, których się nawet nie uczyłaś. Po francusku
mówisz bardzo dobrze i za jakiś rok będziesz mogła być pomocną przy
nauczaniu młodszych dziewczynek. Będziesz wtedy miała lat 15,
powinnaś już módz robić choć tyle.
- Po francuzku mówię lepiej od pani, - odezwała się Sara; - w
Indyach zawsze z tatusiem rozmawiałam po francuzku. - Nie było to
bardzo uprzejmie, ale było to przykro prawda, bowiem Miss Minchin
wcale nie umiała po francuzku i zresztą nie była wcale
inteligentna. Była jednak kobietą wyrachowaną i gdy minęło pierwsze
wstrząśnienie rozczarowania, zrozumiała, że bardzo małym kosztem
zdolne to i energiczne dziewczątko stać się może dla niej ogromnie
pożytecznem i oszczędzi jej wielkich pensyi wypłacanych
nauczycielom języków obcych.
- Nie bądź zuchwała, bo zostaniesz ukarana, - rzekła. - Trzeba
będzie koniecznie naprawić maniery, jeśli chcesz na kawałek chleba
zarobić. Przestajesz być pensyonarką. Pamiętaj, że jeśli zasłużysz
na moją niełaskę i jeżeli cię wydalę to nie będziesz miała innego
domu, prócz ulicy. Możesz teraz odejść.
Sara zwróciła się ku wyjściu.
- Stój! - zawołała Miss Minchin. -
- Czy nie masz zamiaru podziękować mi?
Sara zwróciła się ku niej. Na twarzy jej znów widoczne było
drganie nerwowe i widać było, że stara się je opanować.
- Za co? - spytała.
- Za moją dobroć dla ciebie, - odparła Miss Minchin. - Za dobroć
moją, że ci daję dach nad głową.
Sara przybliżyła się do niej o kilka kroków. Drobne jej piersi
podnosiły się i opadały i odezwała się dziwnym, nie dziecinnym
głosem.
- Pani nie jest dobra, - rzekła.
- Wcale pani nie jest dobra. - Poczem znów się odwróciła i wyszła
z pokoju, pozostawiając Miss Minchin z zatwardziałą jakąś złością
patrzącą za znikającą drobną figurką.
Dziewczątko weszło na schody, mocno przytulając lalkę do piersi.
Zamierzała wejść do swojej sypialni, lecz przy drzwiach spotkała ją
Miss Amelia.
- Nie wolno ci wchodzić tutaj, - rzekła. - Teraz to już nie twój
pokój.
- A gdzie mój pokój? - zapytała Sara.
- Będziesz sypiała w izdebce na strychu, obok pokoiku kucharki.
Sara poszła dalej. Wyszła o dwa piętra wyżej, doszła do drzwi
izdebki, otwarła je i weszła, zamykając je za sobą. Był to pokoik
pod dachem, z sufitem pochyłym, wapnem wybielony; był w nim kominek
z żelazną, zardzewianą kratą, żelazne proste łóżko i kilka starych
sprzętów, przyniesionych z lepszych pokoi na dole, gdzie stały
dotąd, dopóki nie uznano ich, że zbyt zniszczone. Pod okienkiem w
dachu, przez które widny był tylko podłużny skrawek szarego,
jesiennego nieba, stał odrapany, stary, czerwony obity fotel.
Sara podeszła bliżej i usiadła na nim. Dziwne to było dziecko, jak
już powiedziałam i zupełnie nie podobne do innych dzieci. Płakała
rzadko. Teraz nie płakała. Lalkę swą, Emilkę, położyła sobie na
kolanach i twarzyczkę oparła o nią, objęła ją rączkami i tak
siedziała z ciemną główką spoczywającą na czarnej krepie, nie
odzywając się ani jednem słowem, nie wydając jednego dźwięku.
***
Od tego dnia począwszy, życie małej Sary zmieniło się
najzupełniej. Czasami miewała uczucie, że to jest jakieś całkiem
odmienne istnienie - życie jakiegoś innego dziecka. Stała się teraz
popychadłem i wyrzutkiem; lekcyi udzielano jej w godzinach
niezwykłych i żądano by uczyła się nie będąc nauczaną; posyłano ją
po sprawunki i zakupy, a posyłały ją Miss Minchin i Miss Amelia i
kucharka. Nikt o nię nie dbał, nikt o niej nie pamiętał, chyba że
od niej czegoś potrzebowano. Nieraz dawano jej pracę na cały dzień,
wieczorem zaś posyłano do pustej sali szkolnej z pliką książek, aby
późnym wieczorem uczyła się i wprawiała. Z resztą uczennic nigdy
Sara nie była w stosunkach zażyłych, niebawem zaś tak już była
obdarta, że zestawiając razem dziwne jej sukienki z jej dziwnemi
manierami i sposobem bycia, koleżanki poczęły patrzeć na nią jak na
dziewczynkę nie ze swojej sfery. Pozatem uczenice Miss Minchin były
naogół niezbyt inteligentne, szablonowe panienki, przywykłe do
bogactwa i komfortu; Sara zaś ze swemi niezwykłemi zdolnościami, ze
swem opuszczeniem i z tym dziwnym sposobem uporczywego przyglądania
się im i odliczania im tym sposobem zwykłej pewności siebie, stała
się dla nich czemś niezwykłem.
- Ona tak patrzy zawsze, jakby na wylot każdego widziała,
- rzekła raz jedna z dziewczynek, która była przebiegła i stale
płatała psoty.
- Tak, widzę na wylot - odparła Sara prędko, gdy się o tem
dowiedziała. - I dlatego im się przyglądam. Lubię wiedzieć, co w
ludziach siedzi. Potem sobie o każdym rozmyślam.
Sama nigdy nie psociła, nigdy się z nikim nie wdawała.
Mówiła bardzo mało, robiła co jej kazano i ogromnie wiele myślała.
Nikt nie wiedział i naprawdę nikt nie dbał o to by wiedzieć, czy
dziewczynka szczęśliwa była czy nieszczęśliwa, za wyjątkiem chyba
Emilki, która mieszkała w pokoiku na strychu i sypiała na żelaznem
łóżku w nocy. Sarze zdawało się, że Emilka ją rozumie, choć to była
tylko lalka woskowa, lecz miała i ona zwyczaj takiego uporczywego
przyglądania się. Sara zwykła była wieczorami z nią rozmawiać.
- Tyś jedyną przyjaciółką moją na świecie, - mawiała do
niej. - Dlaczego nic nie mówisz? Czemu mi nic nie powiesz? Czasami
pewna jestem, że mogłabyś mówić, gdybyś spróbowała. Ta świadomość,
że jesteś wszystkiem co mam na świecie powinna sprawić to, żebyś
pragnęła spróbować mówić. Ja na twojem miejscu próbowałabym.
Dlaczego ty nie popróbujesz?
Dla Emilki miała dziewczynka istotnie dziwne jakieś
uczucie. Uczucie to powstało z jej osamotnienia. Nie lubiła
przyznawać przed sobą samą, że jedyna jej przyjaciółka, jedyna
towarzyszka nie może ani słyszeć, ani odczuwać. Pragnęła wierzyć,
albo udawać, że wierzy, że Emilka rozumie ją i potrafi ją odczuć;
że słyszy gdy do niej mówi, choć jej nie odpowiada. Czasami
usadzała ją na krześle, siadała naprzeciw niej, w czerwonym fotelu,
patrzała na nią i myślała i wyobrażała sobie o niej różne rzeczy,
dopóki jej własne źrenice nie poczęły rozszerzać się niby lękiem,
zwłaszcza wieczorem, gdy w izdebce panowała cisza zupełna, a
jedynym odgłosem był pisk i szmer szczurów za futrynami. W izdebce
były jamy szczurze, a Sara nie znosiła szczurów i rada była, że
Emilka była przy niej, gdy tak blizko słyszeć się dawał ich pisk,
szmer i bieganie. Sara "wyobrażała" sobie między innemi, że "niby
to" Emilka jest dobrą wróżką i że ją może obronić. Biedna, mała
Sara! Wszystko, co się jej tyczyło, było "na niby". Dziewczynka
posiadała bardzo bujną wyobraźnię; więcej w niej było wyobraźni,
niż istotnej Sary i całe dzieciństwo jej smutne, zaniedbane,
składało się z takich różnych "niby to". Tak długo wyobrażała sobie
"na niby" rozmaite rzeczy, że w końcu zaczynała w nie wierzyć i
wskutek tego nie byłyby jej zadziwiły najnieprawdopodobniejsze
zdarzenia. Tak też wmówiła w siebie, że Emilka rozumie jej troski i
że jest istotnie jej przyjaciółką prawdziwą.
- Co do odpowiadania - mawiała - to i ja często nie
odpowiadam. Nie odpowiadam nigdy, kiedy mogę tego uniknąć. Jak kto
wymyśla to niema nic lepszego, jak nie odezwać się ni słowem -
patrzeć tylko spokojnie w oczy i myśleć. Jak tak robię, to Miss
Minchin blednie z wściekłości, Miss Amelia jest wystraszona,
dziewczynkirównież wiedzą, żem silniejsza od nich, bowiem mam moc
opanowania mej złości, a one tej mocy nie mają, mówią
niedorzeczności, których potem żałują. Nic niema mocniejszego niż
złość, z wyjątkiem chyba tego, co daje moc opanowania jej - to
"coś" jest mocniejsze. Dobrze jest nie odpowiadać wrogom. Prawie
nigdy im nie nie odpowiadam. Może Emilka więcej wie, niż ja. Może
ona woli nie odpowiadać nawet przyjaciołom. Wszystko chowa w
serduszku.
Ale jakkolwiek Sara starała się uspokoić, zadowolić tego
rodzaju argumentami, nie przychodziło jej to jednak z łatwością.
Kiedy po długim, znojnym dniu, w ciągu którego posyłano ją tu i tam
nieraz na długie wędrówki na wicher, deszcz i zimno; i kiedy
wracała głodna i przemoknięta, a znów ją wysyłano, bo nikt nie
raczył nawet pomyśleć, że to jeszcze dziecko i że jej cienkie
drobne nożyny mogą być zmęczone, a drobne ciałko, ubrane w zbyt
krótkie i ciasne sukienczyny musi być przeziębłe; kiedy w nagrodę
otrzymywała tylko słowa ostre i szorstkie i chłodne, ukośne
spojrzenia; kiedy kucharka była grubiańska dla niej i zuchwała;
kiedy Miss Minchin w najgorszym bywała humorze, a dziewczynki
szeptały między sobą i chichotały i naśmiewały się z jej biednych
powyrastanych sukienek - wtedy o! wtedy Sara nie znajdowała w
Emilce tego, czego wrażliwe jej, dumne i osamotnione serduszko
łaknęło; Emilka siedziała na starem krześle i patrzała.
Pewnego takiego wieczoru, gdy wróciła do izdebki
zziębnięta, głodna, z burzą szalejącą w drobnej piersi, wydało jej
się spojrzenie Emilki takie bezmyślne, wypchane trocinami, nogi i
ręce takie bezradne i bez wyrazu, że Sara straciła panowanie nad
sobą.
- Teraz umrę chyba! - wyrzekła.
Emilka patrzała.
- Dłużej tego nie zniosę! - mówiło biedne dziecko, drżąc
całe. - Wiem, że umrę. Jestem przemarznięta, przemoczona, zmęczona
śmiertelnie. Tysiące mil dziś przebiegłam, a one tylko popychały
mnie i poszturchiwały od rana do wieczora. A dlatego, żem tej
ostatniej rzeczy, po którą mnie posłały, znaleźć nigdzie nie mogła,
nie chciały mi dać kęsa chleba nawet na kolacyę. Ludzie śmiali się
też ze mnie, gdym w podartych bucikach poślizgnęła się i w błoto
upadła. Pokryta cała jestem błotem. A ci się śmiali! Czy słyszysz?
Patrzała na wytrzeszczone, szklane oczy, na uprzejmie
uśmiechniętą twarz lalki i naraz opanowało ją uczucie niczem
niepowstrzymanej, rozpaczliwiej jakiejś wściekłości. Podniosła
rękę, porwała Emilkę z krzesła i rzuciła na ziemię, wybuchając
spazmatycznym płaczem,
- Nie jesteś niczem innem, tylko lalką! - wołała. -
Niczem, tylko lalką - lalką - lalką! O nic nie dbasz. Trocinami
jesteś wypchana. Nigdy nie miałaś serca. Nie możesz czuć. Lalka
tylko jesteś!
Emilka leżała na podłodze z nogami sromotnie zarzuconemi
przez głowę i z nowem spłaszczeniem na końcu nosa; wciąż jednak
była spokojna, nawet z odcieniem godności.
Sara ukryła twarz na ręku i szlochała. Szczury za ścianą
poczęły bić się z sobą i gryźć, skuczeć i piszczeć. Lecz, jak już
wspominałam, Sara nie miała zwyczaju płakać. Po chwili uspokoiła
się, a uspokoiwszy się spojrzała na Emilkę, która przez zgięcie pod
kolanem zdawała się jej przyglądać z rodzajem spokojnej sympatyi.
Dziewczynka pochyliła się i podniosła ją. Zaczęły ją gryźć wyrzuty
sumienia.
- Przecież tyś temu nie winna, żeś tylko lalka - rzekła,
wzdychając z rezygnacyą - tak samo jak te dziewczyny tam na dole
nie są winne, że w głowach brak im oleju. Nie jesteśmy podobne do
siebie. Może lepiej być trocinami wypchaną.
Z pensyonarek Miss Minchin żadna nie odznaczała się
błyszczącą inteligencyą; były one "dystyngowane", lecz niektóre
były tępe, niezdolne, inne chętne do nauki. Sara, która połykała
wprost naukę w najnieprawdopodobniejszych porach dnia z
porozrywanych i podartych książek i która odczuwała wprost głód
wszystkiego, co można było czytać, wydawała nieraz w myśli surowy
sąd o nich.
Tamte miały książki, których nigdy nie czytały; ona
książek nie miała. Gdyby była miała cośkolwiek do czytania, nie
byłaby tak samotna. Lubiła powieści, historye,poezye; czytać byłaby
chciała wszystko. W domu była sentymentalna pokojówka, która
kupowała tanie Gazety Codzienne i należała do okrężnej biblioteki,
z której otrzymywała zatłuszczone tomy, zawierające opowieści o
markizach i książętach, którzy stale i nieodmiennie zakochiwali się
w kwieciarkach i służących i czynili z nich dumne małżonki
ukoronowanych głów. Sara często wykonywała pracę owej pokojowej,
aby w nagrodę mieć prawo czytać owe romantyczne historye. A była
też na pensyi tłusta, tępa dziewczynka, nazwiskiem Ermengarda St.
John, która dostarczała Sarze książek. Ermengarda miała bardzo
mądrego ojca, który w rozpaczliwem wprost usiłowaniu rozbudzenia w
córce chęci do nauki, wciąż jej przysyłał wartościowe i zajmujące
dzieła, które były stałem źródłem jej utrapienia. Raz Sara zastała
ją płaczącą nad dużą paczką książek.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.