Mała czarna i perły - Helen Weinzweig

Kup ebooka

37.91 zł
30.27 zł (30,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Noc w tro­pi­kach przy­cho­dzi znie­nacka. Nie ma zmierz­chu, nie ma żad­nych przy­go­to­wań do znik­nię­cia świa­tła. W jed­nym mo­men­cie trzeba chro­nić oczy przed bez­li­to­snym słoń­cem, a już w na­stęp­nym wszyst­kie kształty jakby roz­ta­piały się w noc­nej czerni. W Ti­kal nie mo­głam spać. Kiedy tylko za­pa­dła ciem­ność, psy z ca­łej pa­ra­fii za­częły uja­dać i szcze­kały przez ca­lutką noc, aż do pierw­szych prze­bły­sków dnia - wtedy prze­rwały ja­zgot tak samo na­gle, jak go za­częły. Tego dnia, wcze­śnie rano, od­by­łam turę po ru­inach. W grupce tu­ry­stów, uda­jąc, że do nich na­leżę, ale przez cały czas trzy­ma­jąc się tro­chę na ubo­czu, go­towa, by na dany sy­gnał na­tych­miast się odłą­czyć. Uważ­nie słu­cha­łam, co mówi lo­kalny prze­wod­nik, któ­rego an­gielsz­czy­zna była zdu­mie­wa­jąco do­bra. Czy to jest mój uko­chany? Prze­miesz­cza­łam się ra­zem ze wszyst­kimi, wy­czu­lona jed­nak na ewen­tu­alne znaki, któ­rych na­uczy­łam się na pa­mięć z "Na­tio­nal Geo­gra­phic", rocz­nik 148, nu­mer 6, za­ty­tu­ło­wany "Ma­jo­wie".

Co­en­raad i ja uma­wiamy się na spo­tka­nia przy po­mocy szy­fru opar­tego na in­ter­pre­ta­cji słowa pi­sa­nego zgod­nie z pew­nymi wzo­rami ma­te­ma­tycz­nymi. Na­sze bez­pie­czeń­stwo za­leży od re­gu­lar­no­ści sys­te­mów stron i li­ni­jek, na­stę­pu­ją­cych po so­bie w pro­stych nu­me­rycz­nych se­kwen­cjach, na przy­kład "li­nijka dwa na­stę­pu­jąca po stro­nie dwa", "li­nijka cztery na­stę­pu­jąca po stro­nie cztery", a cza­sami w se­kwen­cjach liczb nie­pa­rzy­stych. Te pro­ste usta­le­nia, w po­łą­cze­niu z pew­nym po­zio­mem wy­obraźni, mogą zmy­lić na­wet naj­wy­traw­niej­szego agenta. Nikt nie jest przy­go­to­wany na oczy­wi­sto­ści. Dzięki szy­frowi umiem też spraw­dzić, czy od­po­wied­niego dnia je­stem w od­po­wied­nim miej­scu; a także czy oko­licz­no­ści sprzy­jają na­szemu ren­dez-vous. Oto przy­kład: dwa lata temu w Wa­szyng­to­nie, w ho­telu May­fair, wrę­czono mi rocz­nik 144, nu­mer 2 "Geo­gra­phic". Z ar­ty­kułu o ko­mi­nach ter­micz­nych, prze­czy­taw­szy mię­dzy wier­szami trzy, pięć i sie­dem na stro­nie 246, że "szy­bowce wzno­szą się w nich, krą­żąc", wy­wnio­sko­wa­łam, że po­win­nam być świa­doma dzia­łań "ko­min­ternu" w sto­licy, a mój uko­chany bę­dzie mu­siał "wzno­sić się, krą­żąc", aby się ze mną spo­tkać. W więk­szo­ści przy­pad­ków ten szyfr się spraw­dza.

Uważ­niej przyj­rza­łam się prze­wod­ni­kowi. Wzro­stem i syl­wetką przy­po­mi­nał mo­jego ko­chanka. Fakt, że oczy miał brą­zowe, pod­czas gdy oczy Co­en­ra­ada są sta­lo­wo­szare, wcale nie zbił mnie z tropu. Ko­lor wło­sów, skóry czy oczu można w dzi­siej­szych cza­sach zmie­niać tak ła­two, że już dawno nie sta­no­wią one klu­cza do toż­sa­mo­ści. Kiedy do­tar­li­śmy do szczytu sze­ro­kich ka­mien­nych scho­dów Świą­tyni Wiel­kiego Ja­gu­ara, prze­wod­nik od­wró­cił się, by prze­li­czyć grupkę. Po­wie­dział, że jego ma­jań­scy przod­ko­wie byli bie­gli w na­ukach ma­te­ma­tycz­nych. Wzmo­głam czuj­ność.

Prze­szłość i przy­szłość, do­dał, były dla nich nie­roz­róż­nialne.

Czy to było do mnie?

Po zej­ściu, na Wiel­kim Placu, wy­cieczka za­koń­czyła się w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym się roz­po­częła - przy gro­bowcu po­tęż­nego Pa­kala. Prze­wod­nik wska­zał ogromną ka­mienną płytę przed sar­ko­fa­giem. Po­wie­dział: A kiedy cień Ku­kul­kana pada sko­śnie na oł­tarz, ar­cy­ka­płan znie­wala dzie­wicę. Grupka roz­pro­szyła się w chłod­nym cie­niu przy ba­rze. Ja po­zo­sta­łam z tyłu. Ale to jed­nak nie był Co­en­raad: ten męż­czy­zna nie stał w taki spo­sób, w jaki stoi mój uko­chany, pro­sto, ze sto­pami zde­cy­do­wa­nie wbi­tymi w zie­mię. Kiedy wi­dzę tę po­stawę Co­en­ra­ada, opusz­czają mnie wszyst­kie lęki: dzieci nie umie­rają, sa­mo­chody się nie zde­rzają, sa­mo­loty do­la­tują do celu, cich­nie mu­zyczka w tle, rzą­dzi pew­ność. W ten spo­sób roz­po­znaję na­szą mi­łość: po jego po­sta­wie, po swoim po­czu­ciu.

W nocy ta od­wieczna nie­zno­śna tę­sk­nota. Nie mogę jej wy­trzy­mać. Czę­sto od­wra­cam się na lewy bok, od­kąd od­kry­łam, że dzięki temu z głowy zni­kają mi bo­le­sne ob­razy. Bez­sprzecz­nie lewa strona po­zwala po­ra­dzić so­bie z tym, co moż­liwe, po­li­tyka le­wej strony, gdzie zni­kają złu­dze­nia, a fakty na­bie­rają nie­za­prze­czal­no­ści. W Ti­kal ceny były wy­so­kie. Po­win­nam była prze­li­czyć pie­nią­dze. Ale moja lewa strona mnie za­wio­dła. Ze­wsząd ota­czały mnie su­che, dra­piące od­głosy in­sek­tów i za­czę­łam roz­my­ślać o tym ra­zie w Ce­laya, kie­dy­śmy szyb­ciutko prze­chy­trzyli ka­ra­lu­chy, prze­no­sząc się do ha­maka. Jak tylko po­ra­dzi­li­śmy so­bie z ha­ma­ko­wymi nie­bez­pie­czeń­stwami, uło­żyw­szy się w nim na skos, noc oka­zała się jedną z naj­bar­dziej sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cych nocy w moim ży­ciu. Te­raz jed­nak uświa­do­mi­łam so­bie ja­sno, że wia­do­mość, która ka­zała mi je­chać do Gwa­te­mali, była przed­ostat­nia, a ostat­nia do­piero na­dej­dzie. Ku­siło mnie, żeby się ob­ró­cić na prawy bok i nie pró­bo­wać roz­wią­zy­wać tego pro­blemu. Ale osta­tecz­nie po­ło­ży­łam się na ple­cach w na­dziei, że ta po­zy­cja okaże się kom­pro­mi­sem mię­dzy pra­gnie­niami a rze­czy­wi­sto­ścią. Na­su­nęła mi się myśl, że cze­ka­jąc na Co­en­ra­ada, mo­gła­bym wy­ko­rzy­stać czas i za­po­znać się z miej­sco­wym rę­ko­dzie­łem.

Na­tych­miast psy się uci­szyły, a owady prze­rwały chro­bo­ta­nie. Wie­działy, że coś się wy­da­rzy. Kiedy roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi, sko­czy­łam na równe nogi i po­bie­głam otwo­rzyć. Przy­szedł po mnie chudy chło­piec. Za młody na noc­nego re­cep­cjo­ni­stę. Ale jego pełne zre­zy­gno­wa­nia ciemne oczy były pra­stare. W ma­leń­kim holu na dole wska­zał na te­le­fon - słu­chawka le­żała na bla­cie z la­mi­natu - i wró­cił na swoją że­la­zną pry­czę przy drzwiach wej­ścio­wych. Za­nim zdą­ży­łam po­wie­dzieć do te­le­fonu "sí?" - już spał jak ka­mień. Naj­pierw te­le­fo­nistki miały so­bie bar­dzo dużo do po­wie­dze­nia w sza­le­nie roz­e­mo­cjo­no­wa­nej hisz­pańsz­czyź­nie, a do­piero po­tem Co­en­raad i ja zo­sta­li­śmy do­pusz­czeni do roz­mowy.

- Słu­chaj uważ­nie, za­po­mnij tę wia­do­mość.

- Co się dzieje? Zła­mali nasz szyfr?

- Nie, chce go do­stać mój prze­ło­żony.

- Niech so­bie stwo­rzy wła­sny, do­sko­na­li­li­śmy go la­tami.

- To mój szef, nie mam wy­boru.

- Ja go nie od­dam.

- Nie mam już nad tym wła­dzy.

- Po co czło­wie­kowi na ta­kim sta­no­wi­sku szyfr z dru­giej ręki?

- Po­znał pa­nią z dru­giej ręki.

- We are not amu­sed.

- Nie ob­ra­żaj się...

- Mie­li­śmy to opra­co­wane na­ukowo...

- Za­wnio­skuję o prze­nie­sie­nie do "The Ame­ri­can Scho­lar".

- Zbyt pro­win­cjo­nalne.

- Je­śli za­mie­rzasz krę­cić no­sem...

- Nie, nie. Zgoda na co­kol­wiek dru­ko­wa­nego.

- Znaj­dziesz in­struk­cje w kie­szeni fo­tela przed sobą w naj­bliż­szym sa­mo­lo­cie do To­ronto.

- To­ronto! Nie mogę tam wró­cić.

- To tylko mia­sto.

- Ale ja tam miesz­kam.

- Wóz albo prze­wóz. To moje ko­lejne zle­ce­nie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki