Mała Ameryka - Marlena Joanna Sychowska

Kup ebooka

42.99 zł
35.68 zł (36,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

#Rozdział 1

Trevor

Liderem się nie bywa, liderem się jest.

Ja jestem liderem.

Z tym przekonaniem wkraczam do wzbijającego się ponad inne gmachu studia telewizyjnego. Hol wita mnie pozorną ciszą odbijającą się od ścian wyłożonych betonowymi płytami i szklanymi panelami. Napięcie wisi w powietrzu, czuję je każdym skrawkiem swojego ciała. Mijani pracownicy wieczornego wydania, którzy teraz przeciskają się między sobą, spoglądają na mnie z rezerwą, ale na ich twarzach jednocześnie maluje się zainteresowanie. Pytania, które mają zostać mi zadane, niemal leżą na ich ustach. A ja, choć ich nie znam, wiem, czego będą dotyczyć. Nie, nie planują dzisiaj drążyć tematu wiceprezydenta; wystarczająco często się o tym mówi w mediach. Nikogo też już nie interesuje, kto jest kandydatem na nowego speakera. Mój stosunek do ustawy o przeciwdziałaniu terroryzmu? Skomplikowane, ale nie tak istotne. Tego dnia wszyscy chcą wiedzieć, co jest na taśmach, których ujawnieniem grozi grupa hakerów. Kogo nagrywali? Czy ktoś wiedział? Dlaczego rząd wciąż milczy w tej sprawie?

Co mogę im odpowiedzieć? Niewiele. Mimo to z każdego słowa ciągle próbują stworzyć pełne oświadczenie, wymusić przysięgę, że jeśli się czegoś dowiem, to im przekażę. Sam chcę to wiedzieć. By czuć się bezpiecznie.

Charakteryzatorka zaprasza mnie na fotel i zachwyca się włosami.

- Absolutnie fantastyczne! Wie pan, że większość polityków już siwieje? A u pana ani jednego siwego włoska. Fenomen! - wyrzuca z siebie kolejne zdania w pośpiechu i zaczesuje mi boki.

Posyłam jej krzywy uśmiech. Zdziwiłaby się, gdybym wyjawił jej, że bardzo dobrze wiem, jak wyglądają włosy moich współpracowników i konkurentów. Mało tego, zdaję sobie sprawę, jak wygląda ich inne owłosienie. Może też nazwałaby to fenomenem.

Uśmiecham się do dziewczyny i wyciągam telefon. Szybki przegląd notatek, kiedy druga z pań matuje mi twarz. Delikatny zapach pudru przyjemnie wpada w nozdrza i przypomina momenty z dala od studia i z dala od budynku Kongresu, ba, nawet nie w domu. Hotelowy pokój, dwa kieliszki i puder. Puder, którym maskuje się tak wiele. Niepożądane wypieki, przypadkową malinkę, bliznę, piegi.

W ciągu nocy zapach się ulatniał, ale nad ranem znów go czułem. Wtedy oznaczał pożegnanie.

- Panie gubernatorze, wchodzimy za dziesięć minut - oznajmia nagle kierownik planu.

Jest jak duch. Zjawia się niespodziewanie, cicho, wydaje polecenie i znika.

Unoszę rękę, daję mu znać, że zrozumiałem.

- Będzie pan dziś rozmawiał z Debrą Willis - dodaje jeszcze i poprawia słuchawki. - W drugiej części programu seria pytań z SMS-ów. Będą szły na żywo.

Marszczę brwi i odwracam głowę w jego stronę. Nie lubię niespodzianek, nie wtedy, kiedy od nich zależy mój wizerunek.

- Myślałem, że będę rozmawiać z Lacey Keating.

- Nie, nie, nastąpiła zmiana obsady - wyjaśnia kierownik. - Za chwilę po pana przyjdę. Szybka kawa?

- Poproszę.

Cmokam. Lacey Keating jest młodą, może niezbyt doświadczoną, ale przykuwającą uwagę prezenterką. W ciągu ostatnich lat spotkaliśmy się tylko przy kilku wywiadach i spotkaniach, ale liczyłem właśnie na nią; śmieszne, była głównym powodem, dla którego zgodziłem się wystąpić. Potrzebujemy jej. Ja i partia. Potrzeba nam twarzy wzbudzającej zaufanie, kogoś, kto będzie gotowy nam sprzyjać w mediach. Sondaże są jeszcze łaskawe, ale może przyjść dzień, kiedy się odwrócą.

Starsza pani z bufetu przynosi mi filiżankę kawy, a charakteryzatorka poprawia kołnierzyk.

- Jest pan gotowy, panie Cox.

Zawsze jestem gotowy, dziewczyno. Urodziłem się gotowy.

- Dziękuję.

Gdy sięgam po kolejny łyk, telefon wibruje mi w drugiej ręce. Spoglądam na ekran i wzdycham. To już dziesiąta wiadomość od szefa sztabu w ciągu ostatniej godziny; wciąż podsyła mi proponowane odpowiedzi i porady. Jednak gdy odczytuję tę, dłoń drży i omal nie rozlewam kawy.

Uważaj. ONA. Zajmę się tym. Improwizuj. Sprawdź Tweeta.

Nie zdążam się zalogować do aplikacji, bo wraca kierownik planu i każe mi iść ze sobą. W biegu przeglądam Twittera, kiedy przechodzimy korytarzem, i pierwsze, co sprawdzam, to oznaczenia. Nic podejrzanego. Nic. Do czasu.

#kochankaLibby

Teraz rozumiem twarze mijanych przeze mnie osób. Przeklinam pod nosem. Cicho, ale soczyście. Pierwsza poprawka za chwilę zrobi ze mnie tani cyrk dla widzów telewizji kablowej.

Wchodzimy do rozświetlonego pomieszczenia. Na podwyższeniu ustawiono dwa skórzane fotele i stolik. Wkomponowany za nimi green screen wygląda nieprzyjaźnie; nie lubię nie wiedzieć, co się będzie za mną wyświetlało. Rozglądam się nerwowo. Cztery zestawy lamp HMI stoją bezpośrednio przy centralnej części studia, gotowe do działania. Wiem, że włączają je jako ostatnie, niemal równo z chwilą, gdy kamera robi najazd i zaczyna się emisja. Technicy ciągną kable, reporterzy przynoszą notatki. Panuje tu ścisk, bo wnętrze studia programu jest niewielkie i duszne. A może to dlatego, że czuję się skołowany i brakuje mi tchu? Ściany zacieśniają się dookoła mnie, przybliżają, zaraz mnie zgniotą.

Ktoś zakłada mi mikrofon i zimna ręka dotykająca mnie po plecach sprawia, że wraca mi trzeźwość.

- Proszę się przedstawić, sprawdzę ustawienia dźwięku - prosi człowiek z obsługi technicznej.

- Trevor Cox.

- Świetnie. Pół minuty.

Chowam telefon do kieszeni. Debra Willis, jedna z czołowych prezenterek telewizyjnych, siada już w fotelu, zakłada nogę na nogę i chowa kosmyk włosów za uchem. Studio przepełnia się słodkim zapachem jej perfum, który dusi mnie jeszcze bardziej. Rozluźniam krawat; nie powinienem, ale inaczej zsunę się z siedziska.

- Trzy, dwa, jeden... Lecimy!

Rozbłysk światła prosto na moją twarz poraża mnie w jednej sekundzie. Przypominam ćmę, która momentalnie spala się na rozjarzonej żarówce. Prezenterka za to jest już zaprawiona w boju, więc od razu przemawia do kamery:

- Dobry wieczór państwu, Debra Willis, "Rozmowy Nocą" w WTN. Dzisiaj w naszym studiu gościmy obecnego gubernatora stanu Wirginia, a jak sondaże pokazują, może i gubernatora drugiej kadencji, Trevora Coxa! Panie gubernatorze -zwraca się do mnie z przyklejonym uśmiechem - jak się pan czuje z myślą, że ma pan szansę zostać pierwszym gubernatorem w swoim stanie, który zdobędzie to stanowisko dzięki reelekcji?1

- Zmiana konstytucji stanowej była wieloletnim procesem, którego podjęli się również poprzedni gubernatorowie. Cieszę się, że moja administracja zakończyła te zmiany. Jeśli uda mi się wygrać, będzie to oznaczało, że naprawdę tego potrzebowaliśmy.

- Ma pan ogromne wsparcie wśród szefów swojej partii. Czy zobaczymy się z panem za kilka dni na kongresie Partii Republikańskiej, czy będzie pan pochłonięty kampanią wyborczą?

Staram się nie mrużyć oczu, ale łuna z reflektora jest zbyt jasna, jakby ktoś celowo chciał torturować mnie światłem. W dalszej części studia panuje ciemność. Jedyne, co dostrzegam, to kolorowe kontrolki przy kamerach i urządzeniach z reżyserki. Gdybym faktycznie szukał wzrokiem Lacey, nie dostrzegłbym jej.

O ile w ogóle tu jest.

Odzyskuję przytomność umysłu. To nie czas na myślenie o niej.

- Oczywiście, że moja obecność na kongresie jest niepodważalna. Kierunek, w którym zmierzają republikanie, jest jednolity z moim programem wyborczym.

- Czyli mam rozumieć, że popiera pan dążenie do zwiększenia swobód dostępu do broni?

Nie waham się z odpowiedzią. Tego już mnie nauczono.

- Wierzymy, że mamy prawo do obrony naszych domów, i druga poprawka nam to prawo gwarantuje. Nie mogę jednak przejść obojętnie wobec protestów obywateli, szczególnie że z danych, jakie posiadam, część republikanów jest zgodna z demokratami, że broń nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem.

Kolejne pytania krążą wokół dobrze znanych tematów: medialnych, warunkujących mi dobrą pozycję w sondażach. Rozluźniam się i pozwalam, aby entuzjazm przemówił za mnie. Może jednak nikt nie zauważył tego hashtagu. Oddycham z ulgą i zaczynam sądzić, że Lacey Keating unika mnie nie dlatego, że dzisiaj coś ma się wydarzyć i nie chce być tego częścią, ale po prostu nie zamierza siedzieć tu naprzeciwko i pojedynkować się ze mną na słowa, udawać, że jesteśmy jedynie dwoma stronami tej debaty.

W przerwie do studia wchodzi producent, by przedstawić mi drugą część programu. Miła dziewczyna uzupełnia dzbanek z wodą. Wreszcie kamera znów najeżdża na mnie i Debrę.

SMS-y od widzów są różne, niektóre zabawne, niektóre poruszają trudne sprawy. Uśmiecham się do kamery, żartuję. W myślach dziękuję już szefowi sztabu, że zdążył wszystko zatuszować, nim karuzela poszła w ruch.

Kolejny SMS dotyczy pogróżek hakerów. Odpowiadam, co o nich sądzę, ale Debra nagle przerywa moją wypowiedź:

- Panie gubernatorze, skoro jesteśmy przy temacie tych dziwnych nagrań, o których możemy czytać w sieci, niech nam pan powie, czy to możliwe, że na jednym z nich jest pan i pana kochanka, która ujawniła się dzisiaj po południu na jednym z forów jako użytkowniczka Libby1504?

Staram się zachować zimną krew. Prostuję się na fotelu, naciągam poły marynarki. Przekręcam lekko głowę; tak jakbym chciał powiedzieć teraz dowcip. Próbuję posłać uśmiech, ale mam wrażenie, że twarz mi skamieniała.

- Pani Willis - zaczynam powoli. Biorę wdech. - Internet daje nam wszystkim ogromne możliwości. W każdej chwili możemy zalogować się do kolejnej aplikacji społecznościowej i udawać, kogo tylko chcemy. Użytkowniczka Libby1504 jest mi zupełnie nieznaną osobą.

Stróżka potu wpływa mi za kołnierzyk.

- Więc wypiera się pan, jakoby miał pan romans?

- Zdaje się, że rozmowy o moim życiu intymnym nie powinny mieć tu miejsca - rzucam, ale zaraz żałuję. Takim zdaniem jedynie podaję im amunicję. - Proszę mi wybaczyć, ale jestem szanującym się politykiem, mężczyzną, a przede wszystkim mężem. Wartości rodzinne są mi bardzo bliskie i cenne. W życiu nie dopuściłbym czegoś, co mogłoby sprzeniewierzyć poglądy moje i moich wyborców.

Nie, teraz nie mogę spanikować. Kiedy jest się zwykłym mężem i zostaje się przyłapanym na zdradzie, odpowiedzialność za to ponosi jedynie mężczyzna. Kiedy jest się gubernatorem, zdrada to również problem Kongresu. Amerykanie nie chcą na stanowiskach ludzi podobnych do nich, tak samo słabych i rozpustnych, mogących zostać przyłapanymi z rękami w majtkach kobiet, które nie są ich żonami. Albo są żonami ich kolegów. To ta chwila, kiedy ja mam stać na straży cnót i potępiać podobne występki.

Potęga mojej władzy i możliwości polega na tym, że naród wierzy, że jestem krystaliczny.

- Zatem - dziennikarka zerka do leżących przed nią notatek - opis odbytych spotkań, które użytkowniczka Libby1504 zamieściła dzisiaj na swoim blogu, włącznie z informacją, że posiada pan bliznę na wewnętrznej stronie prawego uda, to fałsz?

Próbuję obrócić to w żart:

- Może ta użytkowniczka jest początkującą autorką romansów i opisuje fikcję literacką?

Mój szef sztabu zdzieli mnie po twarzy, gdy zjawię się w biurze.

- Panie gubernatorze, pan pozwoli, że zacytuję: "Spotykaliśmy się przynajmniej raz w tygodniu, zawsze w tym samym hotelu. Spędzaliśmy ze sobą noc, a rano wychodził na śniadanie z żoną. Nasz związek trwał rok i zakończył się chwilę przed tym, jak ogłosił, że będzie ubiegał się o reelekcję. Bywałam również na kilku jego bankietach. Przysyłał mi sukienkę i ochroniarza. Otrzymywałam plakietkę pracownika wewnętrznego". Proszę państwa, na ekranach właśnie widzimy zdjęcie plakietki, która leży na czarnym, połyskliwym materiale, co jako kobieta mogę wnioskować, że jest jedną z otrzymanych sukienek. Panie gubernatorze, może komentarz?

Zwilżam dolną wargę językiem. Nie wolno mi teraz zrobić żadnego gwałtownego ruchu. Pilnuję mimiki, staram się nie poruszyć dłońmi, chociaż palce aż palą ze zdenerwowania. Nawet mój idealny garnitur nie ukryje, jeśli zacznę się trząść.

- WTN zawsze słynęło z rzetelnych informacji, jestem zadziwiony, że karmią teraz państwo naszych widzów takimi fake newsami...

- Panie gubernatorze - przerywa mi Debra ponownie i odsuwa notatki. - Nasze dwa potwierdzone źródła podają, że istotnie jest hotel, w którym widziano pana regularnie, i że nawiązywał pan kontakty z młodą kobietą, która według pana administracji posługiwała się służbową przepustką w czasie oficjalnych przyjęć, chociaż nikt nie kojarzy, by faktycznie była pracownikiem biura.

Przez całe ciało przelewa się fala złości, której nie mogę pozwolić wypłynąć. Zmuszam się do tego, by nie ruszyć nawet palcami dłoni, choć ich reakcja jest niemal natychmiastowa.

- Nie wiem, jakie źródła ma pani na myśli, ale proszę wiedzieć, że tak tego nie zostawię. Jest pani skończona, pani Willis, a ja składam oficjalnie oświadczenie, że nic nie łączyło mnie ani z użytkowniczką forum, ani z żadną inną kobietą niebędącą moją żoną. - Przestaję już ukrywać zniecierpliwienie. - A teraz chętnie odpowiem na pytania innych widzów, o ile nie będą one dotyczyć domniemanego romansu.

***

Nie wiem, jak udaje mi się przetrwać resztę programu, ale gdy się kończy, nie poświęcam ani jednej minuty więcej na to, by pozostać w studiu. Czuję na sobie spojrzenia reporterów i techników; może któryś z nich chciałby teraz coś powiedzieć w imieniu stacji telewizyjnej, jednak chyba przeczuwają, że to zły pomysł, i pozwalają mi odejść. Oddaję więc wszystkie przyrządy i kable, po czym wychodzę. Powoli, nie oglądając się za siebie. Nie pozwalam im triumfować, myśleć, że dziś pokonali Trevora Coxa. Z zewnątrz jestem opanowany, ale najchętniej rozniósłbym ten budynek w proch. Kiedy zatrzymuję się przy windzie, wciskam guzik i nieco dziecinie, z irytacją, kopię w blachę osłaniającą framugę. Tępy huk roznosi się po szerokim korytarzu, gdzie prócz mnie nikogo nie ma. Przez chwilę mogę zedrzeć z siebie maskę pozornego spokoju, nie kryć się z tym, że chyba przeżyłem zawał; zawał bliski politycznej śmierci.

- Trevor Cox!

Lacey Keating. Jednak była tu cały czas. A ja w korytarzu nie jestem już sam.

Zaciskam pięść wewnątrz kieszeni spodni. Mogłem się spodziewać, że nie odpuściła. Kiedy zrezygnowała z wywiadu, zrobiła unik, ale nie potrafiła się powstrzymać przed obejrzeniem mojej porażki.

Kurwa, ona wiedziała o wszystkim.

- Nie udzielę ci komentarza. - Obracam się powoli. - Chyba zresztą nie jest ci potrzebny, skoro wycofałaś się z wywiadu. - Patrzę, jak dziewczyna ściska sobie kark oburącz. - Dlaczego?

Potrząsa głową i przez chwilę nie odpowiada. Jasne kosmyki włosów wypadają z luźnego koka wprost na ramiona, a do mnie dociera, że gdy ostatni raz stałem naprzeciw niej, była brunetką. Podoba mi się ta zmiana. A ciemnozielona sukienka o dopasowanym kroju podkreśla to, co zapamiętałem: że Lacey ma bardzo ładną figurę.

- Daj spokój, nie masz pojęcia, co tu się działo. - Rozgląda się, staje z mojej drugiej strony i zbliża się, by dokończyć szeptem: - Liam dostał cynk o tym hashtagu i zapalił się, że musimy to dzisiaj poruszyć. Nie chciałam. Naprawdę, Trevor, uwierz mi. Pogrążyć cię to ostatnie, co chciałabym zrobić z premedytacją lub bez.

- Dlatego wolałaś się wykpić i rzucić mnie na pożarcie koleżance? - stwierdzam z pogardą, gdy przestaję analizować, jak wydoroślała.

Łapię się na tym, że zbyt długo się jej przyglądam. Pewnie łatwo wyczytać teraz emocje z mojej twarzy. Sięgam do kieszeni spodni i wyciągam telefon, by zakryć nim zakłopotanie, bo w rzeczywistości wcale nie jestem aż tak wściekły na Lacey. Zirytowany, owszem, ale nie wściekły. Jednak chcę, by tak myślała, by poczuła się teraz winna.

Najwyraźniej działa, bo chrząka niepewnie.

- To nie tak.

- Mogłaś chociaż do mnie zadzwonić i powiedzieć, że szykują mi dzisiaj rzeź niewiniątek.

Lacey mruży oczy i cofa się o krok. Stuknięcie obcasa roznosi się po pustym korytarzu i przypomina coś, czego powinienem się wstydzić.

- Zadzwonić? - parska po chwili, gdy odzyskuje rezon, a jej ton staje się opryskliwy. - Nie jestem już studentką, by biegać na twoje posyłki, panie gubernatorze. Poza tym nawet nie mam twojego numeru.

Pocieram usta dłonią, nie chcę, by dostrzegła uśmieszek, który właśnie się na nich pojawił. Dawniej była mniej... wyszczekana.

- Będę musiał zrobić coś z tym bagnem, Lacey.

Oboje teraz patrzymy na rozsuwające się drzwi windy. Wiem, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że na wizji spuszczono bombę, że Amerykanie nie wybaczą ani mnie, że mogłem ich okłamywać, ani Debrze, gdy udowodnię, że zaczęła walkę z nieodpowiednią osobą.

- Przykro mi. - Spuszcza wzrok, jednocześnie poprawiając spięte włosy. - Ta sprawa z kochanką pewnie będzie kosztować cię karierę i... małżeństwo.

Łapię jej wzrok, bada mnie. Nie przyszło mi do głowy, żeby przejmować się opinią żony, bo właściwie nie powinno mieć to dla niej znaczenia.

- Nie martwię się o Anne. - Przytrzymuję drzwi windy. - Ona wie, że to pomówienie. Ale martwię się o moich wyborców, i na to będę musiał teraz coś zaradzić. Muszę stąd iść, Lacey. Pozdrów ojca.

- Trevor, czekaj...

- Lacey, jestem zmęczony - przerywam jej, a ona się czerwieni pod wpływem mojego gniewnego spojrzenia. - Mam serdecznie dość na dzisiaj. Chcesz coś powiedzieć? Możesz przeprosić za to, że mnie wystawiłaś. A jeśli to coś innego, to teraz sobie daruj, na litość boską.

Kiedy skrzydła windy się zasuwają, Lacey Keating stoi w miejscu.

1 W rzeczywistości konstytucja stanu Wirginia zabrania ubiegania się o reelekcję. Można jednak ubiegać się drugi raz o urząd w kolejnych wyborach.

Tommee Profit, brooke - Can't Help Falling in Love With You - DARK

Halsey- New Americana

Taylor Swift - Don't Blame Me

SWRT, nourii, Sage - Lullaby

Myleene Farmer, Sting - Stolen Car

Kaleo - I Can't Go without You

Michele Morone - Watch Me Burn

Tom Odell - Another Love

Sam Smith, Kim Petras - Unholy

Ellie Goulding - Still Falling For You

The Album Leaf - The Light

Saygrace, G-ezy - You Don't Own Me

Uncle Bob - Swans

Shawn Mendes, Camila Cabello - Senorita

Two feet - Love Is a Bitch

Billy Raffoul - I'm Not a Saint

Two Feet - Go Fuck Yourself

Paloma Faith - Only Love Can Hurt Like This

Patrick Reza - The Wall

A Great Big World, Christina Aguilera - Say Something

Bloom - Love Is a Lie

Mała Ameryka copyright by ? Marlena Sychowska 2023

Copyright by ? Wydawnictwo Osobliwe

Copyright for the cover art by ? Marlena Sychowska

Copyright for photograpy by ? GVS / adobe stock, rawpixel.com

Wszystkie prawa zastrzeżone, All rights reserved

Wydanie pierwsze, Gdynia 2023

ISBN: 9788396342157

Redaktor prowadząca: Kamila Śliwińska

Redakcja i korekta: D.A. Dziedzic

Konsultacja merytoryczna: Lena M. Bielska

Projekt okładki: Marlena Sychowska

Skład: Marlena Sychowska

Konwersja elektroniczna: Marlena Sychowska

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydawnictwo Osobliwe

www.wydawnictwoosobliwe.pl

www.facebook.pl/wydawnictwoosobliwe

www.instagram.pl/wydawnictwoosobliwe

biuro@wydawnictwoosobliwe.pl

#Rozdział 2

Lacey

Newsroom programów wieczornych tonie w półmroku, odkąd wyłączono reżyserkę po dzisiejszej emisji. Tylko kilku reporterów wpatruje się w przyciemnione ekrany monitorów. Mają już znudzony, zmęczony wzrok, ale ich palce czujnie spoczywają na przyciskach myszki, by w każdej chwili uruchomić wezwanie dla reszty zespołu. Z przeszklonego gabinetu Liama widzę większość pomieszczenia, a cichnący w tle szmer pracujących komputerów, z początku irytujący, mimo przyspieszonego bicia mojego serca teraz lekko mnie usypia.

Spotkanie z Trevorem było czymś, czego powinnam unikać; zdawałam sobie z tego sprawę, mimo to nie umiałam sobie odmówić. Musiałam zobaczyć jego twarz, wyczytać to z niej. Czy naprawdę te okropne doniesienia są prawdą? Jak mogłam przez lata się nie domyślić?

- Nie wiedziałem, że znasz gubernatora Coxa. - Liam nagle wyrywa mnie z krótkiego otępienia. - Widziałem was przy windzie.

Wysoki mężczyzna opiera się o biurko i pociąga spory łyk butelkowanego piwa. Program Debry z Trevorem skończył się godzinę temu, a my przenieśliśmy się do biura Liama; uważamy to za tradycję, taki czas, by wchłaniać energię pochodzącą z budynku stacji, ale upewniamy się, czy nie wywołaliśmy wojny. Oskarżenie gubernatora stanu Wirginia o romans na pewno mogłoby się do takiej przyczynić.

Zsuwam ze stóp pantofle i układam nogi na kanapie. Staram się zachowywać naturalnie. Liam zna mnie lepiej niż pozostali pracownicy, niż nasz wydawca, niż każdy, kto widział mnie poza pracą.

- To znajomy z dawnych lat - odpowiadam i macham niechętnie ręką. - Mój ojciec był doradcą w biurze kongresmena.

- Przed pierwszą kadencją?

- Tak. - Gniotę barki i przymykam oczy. Nie lubię się przyznawać do tego, że Trevora znam lepiej, niż powinnam. A może... wcale go nie znam. - Teraz pracuje w biurze gubernatora. Czasem się spotykają, ale ja staram się go unikać. Nie wypada, bym miała z nim zażyłe stosunki, kiedy pracuję dla WTN.

Nie widzę tego, ale po dźwiękach rozpoznaję, że Liam sięga po metalową podkładkę i odstawia na nią piwo. Nie musiałabym nawet słyszeć tego trzasku; to zwyczaj silniejszy od wszystkiego. Otwieram oczy.

- Mogłaś powiedzieć, że masz łatwy dostęp do biura gubernatora Wirginii. Przyspieszyłabyś swoją karierę.

Mój ojciec uważa podobnie i często mi to powtarza. Chyba dlatego kontaktu z nim również unikam.

Niemniej Liam ma teraz rację. W dobie Internetu, Twittera, Instagrama i całej reszty mediów społecznościowych nawet wydania programów informacyjnych nadających całodobowo powoli tracą na znaczeniu. Dostęp do newsów w czasie rzeczywistym stał się domeną influencerów. Blondynka na TikToku potrafi donieść o ważnych wydarzeniach przed nami tylko dlatego, że przypadkiem kupowała waniliowe latte w tej samej chwili i w tym samym miejscu, w którym właśnie coś się działo. Gdybym pozwoliła Liamowi korzystać z mojego źródła, miałby chociaż cień szansy, że to właśnie ktoś z naszych reporterów kupi to latte.

Ale to niebezpieczne.

- Nie mam łatwego dostępu. - Posuwam się na kanapie i prostuję plecy. - Nie będę wykorzystywać rodzinnych koneksji, żeby zdobyć dla ciebie lepsze materiały. Ty masz od tego ludzi, a ja mam prowadzić wywiady na podstawie tego, co twoi ludzie znajdą.

- Ale z dzisiejszego wywiadu się wycofałaś - przypomina producent i podchodzi bliżej. Pachnie piwem i rozmarynem. - Nie chciałaś być tą, która wbije sztylet w plecy kogoś bliskiego.

Na jego usta wstępuje coś w rodzaju chłodnego uśmiechu. Nie podoba mi się to, więc uciekam od jego przeszywającego spojrzenia, by nie dać się przyszpilić. Wystarczy, że poczułam gniew Trevora.

Liam rzadko kiedy jest zdolny dać mi do zrozumienia, że czymś go zawiodłam. Głównie dlatego, że ja go nigdy nie zawodzę. A jeśli nawet, to jak każdy dobry szef nie daje tego po sobie poznać. Mimo to czuję, że tam w głębi siebie czasem jest na krawędzi; dzisiejsze wydanie mogło go zaprowadzić na skraj burzy w jego głowie. Z jednej strony marzy o tym, by robić dobry program, z drugiej - chce show.

Debra podarowała mu dzisiaj show w bezczelny sposób, taki, który spełnił jego zachcianki.

- Po prostu nie byłam do tego odpowiednią osobą, a Debra poradziła sobie świetnie. Zgodnie z twoimi oczekiwaniami, prawda? - ucinam i spuszczam nogi. - Powinnam wracać do domu, raczej nic się już nie wydarzy.

Zamierzam wstać, ale Liam przytrzymuje mnie za bark. Nasze spojrzenia się krzyżują i przez chwilę toczymy dziwną walkę, jakby on szukał w moich oczach wyjaśnienia, którego nie chcę mu dać. To był idiotyczny pomysł, żeby dzisiaj w ogóle zostać w telewizji. Katastrofa wisiała w powietrzu od chwili, gdy powiedziałam, że nie poprowadzę tego wywiadu, a każda kolejna minuta nieuchronnie przybliżała nas do tej rozmowy.

W moich wyobrażeniach mogła się nawet skończyć składaniem wniosku w biurze dla bezrobotnych.

- Lacey, posłuchaj. - Wzdycha. Czuję, jak się spina. - Nie możesz przede mną ukrywać takich rzeczy. Jeśli z kimś łączy cię jakakolwiek relacja, muszę to wiedzieć. Jestem twoim producentem, nie mogę cię narażać potem na pomówienia. Skoro się przyjaźnicie, to się cieszę, że byłaś na tyle mądra, by oddać tę rozmowę, ale powinienem znać prawdziwy powód. A teraz... zapytam o coś. I powiedz mi prawdę.

Głos zamiera mi w krtani, kiedy chcę mu odpowiedzieć. Z trudem z siebie wyduszam przytaknięcie, by potwierdzić, że uważnie słucham:

- Tak?

Piknięcie w newsroomie na moment odwraca naszą uwagę. Spoglądamy jednocześnie w kierunku reporterów, którzy zelektryzowani komunikatem zaczynają gromadzić się wokół komputera jednego z nich. Ten siedzący najbliżej ekranu jeszcze nie daje nam żadnego znaku i przez moment trwamy w dziwnym zawieszeniu.

- Wiesz, kim jest kochanka gubernatora? - Liam wykorzystuje tę chwilę i szepcze mi pytanie do ucha.

Zaprzeczam ruchem głowy.

- Nigdy bym nawet nie pomyślała, że byłby skłonny taką mieć - dodaję i przygryzam wargę.

Ciężar tego kłamstwa jest tak samo bolesny jak ciężar dłoni producenta. Przykładam palce do ust, by nie zdążyły przypomnieć mi tych kilku minut sprzed kilku lat. Już mnie tak nie pieką, jak wtedy.

Kolejne piknięcie i teraz młody dziennikarz wstaje gwałtownie, a jego krzesło odjeżdża prawie pół metra od biurka. To sygnał dla nas. Niemal w tej samej chwili rozdzwania się telefon Liama. Teraz już wiem, że wojna właśnie się rozpoczęła.

Mężczyzna odbiera połączenie, a ja szybko wkładam buty i na drżących nogach wychodzę do newsroomu. Wszyscy już patrzą na duży ekran wiszący nad drzwiami, gdzie paski z wiadomościami zmieniają kolory: jedne z żółtego na pomarańczowy, kolejne na czerwony. Mimowolnie staję na palcach i wyciągam szyję, by przyjrzeć się migotliwym leadom.

Ten największy odczytuję równo z głosem Liama, który zjawia się za moimi plecami.

- Wiceprezydent jest w szpitalu.

Uderzam wierzchem dłoni o drugą dłoń i splatam ją palcami.

- Świetnie, zostaję w biurze. Mary! - wołam do dziewczyny, która zbliża się do mnie już z kubkiem kawy. - Potrzebuję nowej koszuli. Poproś stylistkę, by była gotowa. Na wizję wchodzę za...? - Rzucam pytające spojrzenie na producenta.

Liam nie potrzebuje ponaglenia.

- Za pięć minut. Zaraz zdejmiemy Charliego. Wysyłam Caroline do Białego Domu, dam ci znać, jak będziemy gotowi z połączeniem.

Przeczesuję włosy palcami i czuję, jak wraca mi energia. Tak, żyjemy od alarmu do alarmu. Te piknięcia wyznaczają rytm bicia naszych serc i pozwalają mi odzyskać rezon, który straciłam, kiedy wyszłam złapać Trevora, a on mnie zwyczajnie... zbeształ.

No cóż, budynek znów zadziałał. Jesteśmy doładowani, energia w nas pulsuje. Urodziliśmy się dla właśnie takich momentów.

- Krew w kolorze LED-ów. - Liam niemal czyta mi w myślach. - Lacey, twojemu przyjacielowi się poszczęściło.

Sięgam po kawę i upijam łyk. Nie maskuję zadowolenia, bo właściwie nie wiem, czy powinnam i czy chcę się z tego cieszyć. Jedyną radość sprawia mi wyłącznie to, że zorientowałam się w tym "szczęściu", kiedy odczytałam treść wiadomości z agencji. Wypowiedzenie tego na głos daje mi odrobinę satysfakcji.

- Rano hashtag kochanka Libby będzie już tylko memem - kończę za niego. - Nikt nie będzie o tym mówił.

***

Całą noc spędzamy na wizji i rano nie wiem, jak się nazywam. Znam za to wszystkie parametry życiowe wiceprezydenta i wiem, że nie grozi mu nic prócz tego, co przeciętnemu Amerykaninowi - problemy z ciśnieniem i otyłość. Atmosfera w studiu jednak jest napięta, a reporterzy zaczynają snuć domysły. Twitter płonie od wpisów wiążących występ Trevora u Debry i sprawę wiceprezydenta jako próbę zatuszowania skandalu. I mnie przeszło to przez głowę, chociaż nie umiem zrozumieć, dlaczego akurat Biały Dom podjął się wyciszenia tematu; w końcu demokraci chętnie skorzystaliby z moralnego upadku republikanina. Nawet Liam nie może przeboleć, że zdjęliśmy z anteny temat gubernatora dla newsa, który był mydleniem oczu, i kiedy WTN zaczęło program poranny, sam postanowił wybrać się na rozmowę do dyrektora programowego.

Nie zdążył.

Emmanuel Bauer wpada do naszego newsroomu z prędkością błyskawicy, a szklane drzwi ledwo trzymają się w zawiasach. To starszy, ale krzepki mężczyzna, wzrostem przewyższający chyba wszystkich w całym budynku, zatem szyba cudem nie pęka pod jego naporem.

- Co wyście najlepszego wczoraj zrobili? - ryczy wściekle. Gdy widzi Liama, napiera na niego z całych sił i nie mam pojęcia, co go powstrzymuje w ostatniej chwili, bo wygląda, jakby chciał przewrócić producenta. - Czemu, kurwa, nie wiedziałem, że szykujesz stryczek dla Coxa?

Liam unosi rękę i przywołuje mnie do siebie, po czym odsuwa się od dyrektora na bezpiecznią odległość i spokojnie odpowiada:

- Nie będziemy kłócić się przy pracownikach, idziemy do mnie.

- A Lacey to nie pracownik? - Bauer nie schodzi z tonu, a ja zastanawiam się, czy tak naprawdę to mnie się oberwie za program, który prowadziła Debra.

Nerwowo przestępuję z nogi na nogę, ale trzymam wysoko zadarty podbródek. Nie chcę wyglądać na spłoszoną.

- Lacey to mój świadek na wypadek, gdyby doszło do rękoczynów. Poza tym mam śniadanie w gabinecie. Nie wiem jak ty, Em, ale my nie mieliśmy jeszcze niczego w ustach.

Dyrektor łapie się za głowę, ale mimo zdenerwowania, na jego twarz wspina się słaby uśmiech.

- Nie myśl, że croissanty zmienią twoją sytuację. - Grozi palcem.

Wchodzimy do gabinetu Liama odprowadzani wzrokiem reporterów - gdy zamkną się za nami drzwi, zaczną stawiać zakłady, kto straci posadę.

Producent nie kłamał; podczas mojego ostatniego wejścia do jego biura przyniesiono cateringowe półmiski z potrawami śniadaniowymi. Trójkątne kanapki, spięte wykałaczkami, natychmiast pobudzają mi ślinianki i nie mogę się im oprzeć. Chwytam jedną w biegu; szynka muśnięta dressingiem, krucha sałata i gruby plaster pomidora są wszystkim, o czym marzyłam już od czwartej nad ranem.

Producent siada za biurkiem, Bauer odpina guziki marynarki i mości się w fotelu naprzeciw, a mnie zostaje kanapa. Komfortowa strefa bezpiecznego uniku. Będę Szwajcarią.

- Czyj to był pomysł? - Dyrektor natychmiast przechodzi do interesującego go tematu.

Przygląda się tacom i sięga po owsianą muffinkę, po czym nalewa sobie czarnej kawy.

- Mój - odpowiada Liam, gdy rozmówca postawił wszystko na jego biurku, i splata dłonie w koszyk. - Dostaliśmy screeny z tego forum, a nasz technik wszystko sprawdził. - Przesuwa monitor ekranem do nas i klika na ikonkę na pulpicie. Otwiera się folder z kilkoma plikami graficznymi. - Na jednym ze zdjęć z hotelu widać z okna fragment budynku. Ktoś - chrząka - bywał w tym hotelu i wie, że to Lancelot Inn. Potwierdziliśmy tam tę plotkę, a później skontaktowaliśmy się z biurem gubernatora, gdzie, nieoficjalnie, uzyskaliśmy drugie źródło informacji o romansie...

- Liam, cholera jasna! - Bauer się niecierpliwi. Jest już czerwony na twarzy. - Gówno mnie obchodzi, czy Trevor Cox miał romans, czy nie. Nie będziesz atakował gości na antenie bez mojej wiedzy!

- To nie był atak - tłumaczy Liam, ale widzę, że traci pewność siebie. - To był obywatelski akt...

- Zrobiłeś z niego pieprzoną Marię Antoninę! - wybucha znowu Emmanuel i strzepuje okruszki babeczki. - Naostrzyłeś gilotynę, a z Debry zrobiłeś kata! Ściąłeś mu łeb!

Parskam i szybko zasłaniam usta dłonią, by nie wypluć przypadkiem kanapki. Sytuacja wygląda na krytyczną, ale wyobrażenie sobie zakrwawionej głowy Trevora przez chwilę mnie bawi. Krótką chwilę.

Przełykam ostatni kęs i koncentruję się na dzbanku z kawą, ale zbyt długa cisza w gabinecie uświadamia mi, że najdrobniejszy ruch może wywołać falę wściekłości. Rozpuszczam więc jedynie włosy, przeczesuję je palcami i udaję, że nie próbuję ziewać. Zmęczenie zaczyna pochłaniać całe moje ciało i muszę się pilnować, by nie otępiło mi umysłu.

- Zrobiłem to, co uważałem za stosowne w tak niemoralnej sytuacji. Każdy dziennikarz na moim miejscu...

- ...zapytałby się swojego dyrektora programowego, czy może urwać jaja całej stacji! - ryczy dyrektor.

Nawet ja teraz czuję się zdenerwowana.

- Nie rozumiem - bąka zmieszany Liam.

- Wiesz, kto jest największym darczyńcą kampanii Coxa? Capital Group Companies. Kojarzysz tę nazwę?

Ja tak. I Liam też, przynajmniej do takiego dochodzę wniosku, kiedy widzę, jak blednie. Jest gotowy wyciągnąć białą flagę i pomachać nią przed oczami Bauera.

Szum klimatyzacji staje się nieznośny, a poziom adrenaliny w mojej krwi podniósł się na tyle wysoko, że nie odczuwam już potrzeby wypicia kawy.

- Czyli kojarzysz. - Dyrektor poprawia się w fotelu. - Czyli wiesz, że to jednocześnie największy udziałowiec WTN. Że ta kupa kasy, która zasila mój i twój portfel, ta kupa kasy, która pozwala nam robić całkiem dobre programy, to kasa Capital Group Companies. A oni nie są zadowoleni z tego, że stacja, której są pieprzoną matką chrzestną i dobrym wujkiem w jednym, właśnie zabawiła się ich kosztem, napuszczając na ich gubernatora całe Stany Zjednoczone. A przynajmniej mieszkańców Wirginii, bo ich to najbardziej w tej chwili obchodzi! Może zapomniałeś, że choć konstytucja gwarantuje nam wolność słowa, to jednocześnie trzyma nas w garści kilku facetów w garniturach, którzy mieli więcej oleju w głowie niż my, bo zrobili interesy życia2.

Zapada cisza, ale głos Bauera wciąż huczy w mojej głowie. Mam wrażenie, że nawet wazon jeszcze drży. Taka wpadka może kosztować Liama zbyt wiele i on to rozumie, bo drżącą ręką sięga po pudełko papierosów. Zanim wyciągnie jednego, na podłogę spadną mu trzy.

- Stary, ja...

- Chciałeś zabłysnąć, hę? - Dyrektor naciąga mankiet rękawa koszuli i wypuszcza ze świstem powietrze. - Nie wyszło. Domagali się twojej głowy na srebrnej tacy. Ale wiesz, co im powiedziałem? Że to naprawisz. Że weźmiesz ją - wskazuje nagle na mnie - i zrobicie takie czary mary, że Trevor Cox będzie czyściutki jak łza.

Twarz Liama zastyga w grymasie bólu. Już nawet nie próbuje odpalić tego papierosa. Z założenia nie palił nigdy. Ale kiedy traci grunt pod nogami, puszczenie dymka chyba pozwala mu opanować kotłujące się w głowie myśli.

Gdy nie odpowiada przez dłuższą chwilę, sama odzywam się do Bauera:

- Jak mamy tego dokonać?

- Nie wiem, wymyślcie coś - burczy. - Zróbcie serię programów specjalnych. Może ekskluzywny wywiad na wyłączność? Widzowie je uwielbiają. Oczywiście, jeśli w jakim-kolwiek wydaniu będzie poruszany temat Coxa, Debra nie wchodzi na antenę. Będzie się źle kojarzyć.

Uśmiecham się kpiąco, bo układam sobie w głowie już wszystko. To ja będę musiała rozmawiać z Trevorem i studzić emocje po skandalu, wykorzystać naszą znajomość, choć właśnie tego nigdy nie chciałam robić. Może mój wyraz twarzy jest mniej zadręczony niż Liama, ale również nie jestem zachwycona.

- Powinniśmy to omówić z jego sztabem wyborczym - proponuję spokojnie. - Może już pracują nad strategią i nasz ekskluzywny wywiad nie leży w ich interesie?

- Może nie wyraziłem się jasno - odpiera Emmanuel, siląc się na łagodność. - Nie ma o czym dyskutować, Keating. Nasza stacja pogrążyła Trevora Coxa i jego notowania spadły o pięć punktów. Oczywiście sprawa z wiceprezydentem nieco zatuszowała wczorajszą rzeź na antenie, ale internet niczego nie zapomina. Wy dwoje - pokazuje na wciąż analizującego coś w głowie Liama - macie zdementować plotki o romansie.

Ta prośba jest niczym zawoalowana groźba, której nie sposób się nie domyślić. Kręcę z niedowierzaniem głową. Medialne imperium, którego jesteśmy częścią ma się ukorzyć przed jednym człowiekiem, któremu zawróciła w głowie krótka spódniczka? Zakładam nogę na nogę, opieram łokieć o kolano i spokojnie śledząc Emmanuela, pytam w taki sposób, aby sam dyrektor programowy poczuł śmieszność tego zadania:

- A co, jeśli naprawdę miał romans?

Prycha w odpowiedzi. Wstaje i góruje teraz nade mną swoją potężną sylwetką. Przypomina bramkarza w podrzędnym klubie i tylko świetnie skrojony garnitur odróżnia go od pierwszego lepszego dryblasa w ciemnych okularach.

- Nie on pierwszy i nie ostatni, prawda? Nie pogrążaj się, Keating, doskonale wiesz, że faceci to robią. Zwłaszcza ci na stanowisku. Wszystko, byleby zachować zimną krew i nie przynosić problemów do domu.

Jego słowa są obrzydliwe, ale irytująco prawdziwe. Mimo to podejmuję się jeszcze jednej próby przekonana Bauera do swojej racji.

- I mam to popierać? Świecić oczami i namawiać ludzi, by mu wybaczyli?

- Nie, Lacey - wtrąca się nagle Liam. Zapala wreszcie papierosa i zaciąga się dymem, po czym kontynuuje: - Masz wmówić ludziom, że nic się nie wydarzyło.

- Ale przecież to wszystko to był twój pomysł! - Macham rozpaczliwie rękoma. - Sam to wywlokłeś...

- I teraz zrozumiałem, że popełniłem błąd - ucina mi przed końcem zdania. - Zrobimy to, co trzeba. Zajmiemy się tematem i znajdziemy dowody na to, że gubernator Cox jest niewinny, a użytkowniczka Libby1504 to żądna sławy siksa albo rosyjski troll. Pomożesz mi, prawda? - To pytanie kieruje do mnie z naciskiem.

Zatrzymuję oddech w piersi o kilka sekund dłużej. Waham się z odpowiedzią i próbuję odczytać przenikliwe spojrzenie producenta, którym wymusza na mnie reakcję. Czuję, że Liam sam nie wierzy w to, co mówi, ale wierzy w siłę pieniądza; dalsze działania przeciw gubernatorowi pozbawiłyby stację dochodu, a to oznaczałoby zawiązanie Liamowi i pewnie reszcie załogi pętli na szyi. Przyciskam palce u nasady nosa, jakby miało to przyspieszyć podjęcie decyzji. Też nie chcę niszczyć Trevora; nie ze względu na ryzyko utraty pracy, ale dlatego, że wbrew pozorom dalej jesteśmy przyjaciółmi i nie mogłabym z premedytacją grzebać w jego przeszłości i wyciągać brudów na antenie. Pomijając to, że odnalazłabym tam też samą siebie. A może właśnie dlatego mam wątpliwości? Bo wiem, że Trevor ma swoje grzeszki i nie mogę z ręką na sercu przysiąc, że na pewno nie zdradzał żony. To boli, ale czy jestem pewna, że chcę pomóc mu to zatuszować i udawać, że nie sądzę, że znów skoczy w bok? Nie wiem, czy umiałabym spojrzeć na siebie w lustrze, gdybym powiedziała jego wyborcom, dla których moralność jest tak ważna, że Trevor Cox jest idealnym mężem, kiedy przypuszczam, że to kłamstwo.

Obiecałam sobie, że na antenie będę mówić prawdę, tego wymaga ode mnie etyka mojego zawodu, albo przynajmniej moje wyobrażenie. Ale nie chcę, by wiązało się to z polowaniem na czarownice z udziałem osób, które znam.

- Lacey? - Liam czeka na odpowiedź.

Żadnych wykrętów. To praca. Ocenią nas wyborcy. Moje wewnętrzne obawy nie mają żadnego znaczenia i nie mogą wpływać na to, co mówię na wizji. O tym decyduje Liam i Emmanuel.

- Zrobimy, jak chcesz.

Mam wrażenie, że te słowa jeszcze długo będą się obijać między ścianami biura.

2 W Stanach Zjednoczonych Ameryki żadne media nie są w pełni finansowane przez rząd, dlatego utrzymują się z własnych środków finansowych i tych pochodzących ze współprac z prywatnymi przedsiębiorcami.

#Rozdział 3

Trevor

Walka o stanowisko gubernatora Wirginii jeszcze jest w powijakach i choć przeciętny Amerykanin mógłby sądzić, że dziś wyciągnięto ciężkie działa, lont dopiero się tli.

Na co więc czekają demokraci?, mogłoby paść z ust dzien-nikarzy. Dlaczego jeszcze nie podnoszą oskarżeń i nie wyśmiewają podwójnych standardów?

Nikt nie wrzuci granatu do własnego podwórka. Hashtag, który właśnie opanowywał Twittera, wiązał się nie tylko ze mną, ale groził ujawnieniem grzechów wielu innych polityków. Wszyscy wiemy o tym, że już dawno obaliliśmy fundamenty moralności; my, zarówno liberałowie jak i konserwatyści. Ale fasada pozorów nadal utrzymuje budynek kongresu w całości, a wraz z nim - nas. Śmieszne, że te same pozory spajają moje małżeństwo.

Jest już po północy, gdy mój samochód wjeżdża do Ashland. Mijamy senne przecznice, a za ostatnim osiedlem, gdzie zaczyna się las, skręcamy w uliczkę prowadzącą do domu. Odpręża mnie myśl, że lada moment zamknę się w gabinecie z butelką burbona w oczekiwaniu na rozwiązanie sprawy Libby. Ale za zakrętem czeka coś, co wywołuje nieprzyjemną obawę, bo zamiast zwyczajnych ciemności, spomiędzy drzew wyłaniają się światła.

- Joe, co się dzieje? - pytam kierowcy, chociaż sam już rozumiem. Pytanie nie wymaga odpowiedzi, kiedy widzę kordon mediów zaciskający się dookoła mojej bramy.

Starszy mężczyzna przez chwilę milczy, aż odpowiada:

- Dziennikarze, panie gubernatorze. Są pod pana posiadłością. Widzę przynajmniej dwa wozy transmisyjne. Mają rozstawione lampy.

- Cholera - rzucam pod nosem z pogardą. - Zgaś auto, Joe.

Szofer spełnia moje życzenie i samochód niknie w ciemności pośrodku wąskiej drogi między dwiema ścianami gęstego lasu.

- Mogę wjechać od strony starego tartaku - proponuje. - Jeśli przejdzie pan piechotą ten kawałek pomiędzy sadem a tyłem ogrodu i wejdzie kuchennymi drzwiami, nie powinni pana zatrzymać.

Klepię go po ramieniu i daję mu znać ręką, żeby tak właśnie zrobił. Pomyślałem o tym samym, jednak cieszę się, że to nie ja pierwszy mówię o tym rozwiązaniu.

- Ochrona na pewno nie wpuściła ich na podjazd, stoją pewnie pod bramą - mówię bardziej sam do siebie niż do kierowcy.

Chyba próbuję uwierzyć w to, że nie będę musiał się z nimi konfrontować. Nie jestem jeszcze na to gotowy.

Silnik warczy i Joe zaczyna wycofywać samochód bez włączonych świateł. Robi to sprawnie, w skupieniu. Jeśli koła wpadną do rowu, możemy pożegnać się z cichą ucieczką przed tymi hienami z telewizji, dlatego nawet go nie poganiam.

Kiedy niebezpieczeństwo mija, a my wjeżdżamy na szosę leśną, głowa opada mi na zagłówek. Już dawno nie byłem tak zmęczony, więc zamykam tylko oczy i wsłuchuję się w rytm podwozia terkoczącego na wybojach. Przypomina mi to wiele innych wypraw do lasu, gdy dyskretny przejazd był równie ważny. Może powinienem się tym brzydzić, tym, że muszę ukrywać pewne znajomości, pewne zobowiązania. A jednak się tego nie wstydzę. Nie w taki sposób, w jaki bym mógł. Nie robiłem przecież tego tylko dla siebie.

Za oknem kończy się zagajnik i wjeżdżamy w wolną od drzew przestrzeń, gdzie w wysokiej, nieścinanej trawie piętrzą się stosy starych opon, beczek i innych śmieci. Mijamy niesprawną lampę na wykrzywionym i zbutwiałym słupie i stajemy tuż za nią. Dalsza jazda bez świateł groziłaby wypadkiem; znajduje się tam kilka zagłębień, których szofer mógłby nie zauważyć.

Niemniej jeszcze kilka minut i będę w domu.

Na terenie starego tartaku nikogo nie ma; dziennikarze nie wiedzą, że od tej dziury jest tylko kilka metrów do granicy mojej ziemi, gdzie wysoki płot odgradza las od sadu. Wysiadam z auta i spokojnie zmierzam pomiędzy drzewami, chyląc się czasem przed złamanymi gałęziami, aż dochodzę do ukrytej pod rozrośniętym bluszczem furtki. Zawias wydaje nieprzyjemny skowyt. Obracam się za siebie. Chcę się upewnić, że nikogo nie wywabił, ale na szczęście nie dostrzegam żadnego ruchu. Mlaszczę zadowolony i przechodzę na drugą stronę płotu. Stąd mam dobry widok na to, co dzieje się na przodach posiadłości; reflektory oświetlają czekający na mój powrót tłum ludzi z mikrofonami i kamerami. Ktoś właśnie próbuje się wspiąć na bramę, ale ochroniarz ściąga go natychmiast na ziemię. Kiedy wkraczam na oświetloną część, tłum gęstnieje po prawej stronie.

- Panie gubernatorze! Komentarz! - woła jeden z dziennikarzy.

Za nim rzucają się kolejni, odbijają się od przęseł ogrodzenia.

- Kim jest Libby1504?

- Czy miał pan z nią romans?

- Co pan powie wyborcom?

- Czy złoży pan rezygnację?

Jedyne, na co się decyduję, to machanie. Uśmiecham się i macham tak długo, aż znikam im za winklem. Wbiegam po schodkach na mały taras i łapię gałkę od drzwi kuchennych. Zamknięte. Sięgam więc do podwójnej doniczki z pelargoniami, gdzie w ceramicznej figurce schowany jest zapasowy komplet kluczy, i w końcu wchodzę do środka. Mogę odetchnąć.

Jestem w domu.

Luzuję krawat, zdejmuję marynarkę i przechodzę korytarzem do salonu pogrążonego w półmroku. Jedynie mała lampa na etażerce pod ścianą rzuca ciepły blask i dzięki temu wnętrze wydaje się odrobinę bardziej przyjemne.

Anne siedzi w fotelu przed kominkiem i skubie w palcach nitki wełnianego koca. Chyba czytała książkę, bo ta leży na jej kolanach, choć raczej jedynie wodziła wzrokiem po literkach i beznamiętnie przekładała kartki. Mogę sądzić, że dzisiejsze rewelacje są jej obojętne, ale nie wmówię sobie, że nie przejmuje się tym, co się dzieje na zewnątrz. Lektura miała jedynie stłamsić emocje, ale najpewniej jedynie je spotęgowała. Tak samo jak stojące na stoliku obok kieliszek i butelka wina.

- Pod domem są dziennikarze - mówi, gdy dostrzega, że jestem już na progu. - Nie myślałam, że zjawią się tu tak szybko.

Odwraca ode mnie głowę i wpatruje się znowu w koc. Wiem, że się o to wścieka. Nie o romans, a o to, że media ponownie próbują wtargnąć do intymnego światka, którym miał być dom w Ashland - fortecą w lesie, gwarantującą spokój.

- Niedługo nas zostawią. Zobaczysz - odpowiadam wymijająco.

Przechodzę przez salon i chowam się za zasłoną. Odchylam jej brzeg i oglądam mrugające światełka oraz poruszony tłum.

- Oby.

Popadamy w milczenie. Anne sięga po kieliszek wina, a ja jeszcze przez dłuższą chwilę obserwuję dziennikarzy. Zachowują się, jakby dostali cynk o Monice Lewiński, choć w rzeczywistości ta idiotyczna sprawa tyczy się jedynie mnie, gubernatora, a oni nie mają niczego oprócz kilku wpisów na forum.

- Czemu jeszcze nie śpisz? - pytam żony.

Jej reakcja jest stonowana.

- Nie chciałam ryzykować, że ktoś tu się jednak włamie i zrobi mi zdjęcie w koszuli nocnej.

Odchodzę od okna.

- Przynajmniej byłoby na co popatrzeć jutro w gazetach. - Staram się dodać jej otuchy.

W takiej chwili musimy próbować grać w jednej drużynie, nawet jeśli nasze emocje pozostają z tym w sprzeczności.

- Wyglądasz na zmęczonego. - Unosi głowę i mi się przypatruje.

- Bo jestem zmęczony. - Przewracam oczami.

W końcu to szczyt kampanii wyborczej. Tkwię na świeczniku przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, a mimo to i tak się naraziłem dzisiaj na porażkę w wyborach. I właśnie się zakradłem do własnego domu.

- Poproszę, by zaparzono ci melisę - oznajmia cicho.

Drapię się przy uchu. Mało elegancki gest, na jaki mogę pozwolić sobie tylko w zaciszu domowych pieleszy, świadczący o tym, że zaraz jej odmówię.

- Dziękuję, ale nie. Kładź się spać. Posiedzę jeszcze nad dokumentami. Będę czuwał.

Wygląda na zawiedzioną. Możliwe, że nie oczekiwała wylewności, ale najwyraźniej liczyła, że choć chwilę poświęcę na to, by opowiedzieć jej o wywiadzie. Kiedy jednak ja dalej nie ruszam się z miejsca, Anne wzdycha i wstaje, podpierając się o podłokietniki. Zapomina się i książka zsuwa się z jej kolan, by uderzyć o podłogę z głuchym łoskotem. Auto-matycznie schylam się, by ją podnieść. Robimy to jednocześnie. Gdy nasze dłonie spotykają się na grzbiecie woluminu, przez sekundę wydaje się, że ta dzieląca nas bariera pęka.

- Jutro wybieram się na wiec z okazji otwarcia nowej szkoły w Richmond. Zostałam poproszona przez zarząd fundacji o wygłoszenie mowy inauguracyjnej - oznajmia powoli, nie poruszając palcami, jakby w obawie, że oboje się spłoszymy.

- W takim razie pozostaje mi życzyć ci powodzenia.

Zabieram rękę i nerwowo naciągam mankiet koszuli. Anne marszczy nos. Sekunda pojednania się skończyła. Chłód znów wraca do formy.

- Nawet nie docenisz, że robię to dla ciebie? Dla twojej kariery?

- Anne, robisz to również dla siebie - odpowiadam wymijająco.

Może powinienem się postarać nie wywoływać kolejnej kłótni, zwłaszcza teraz, gdy czekam na sprzężenie zwrotne dzisiejszego wieczoru. Sprzeczka jest ostatnim, na co mam ochotę.

- Doprawdy? - rzuca mi ironicznie i ręką wskazuje na okno. - Te tłumy reporterów są dla mnie? A może sądzisz, że lubię się poświęcać dla kilku sukienek i bankietów?

Drży mi szczęka. Nie sądziłem, że Anne tak szybko nawiąże do rozmowy na wizji.

- Anne, naprawdę. To nie jest pora na takie dyskusje - ucinam i siadam na kanapie.

Zapadam się w skórzanych poduszkach. Skupiam się na ekranie telefonu, przewijając kolejne doniesienia, z których jasno wynika, że #kochankaLibby zmiata wszystko jak lawina. Z niesmakiem odkrywam, że na platformie WTN właśnie transmitują widok na mój dom.

- W naszym małżeństwie nie ma też pory na nas - odpowiada cicho Anne. Wygląda, jakby chciała wyjść, ale zatrzymuje się jeszcze i rzuca mi cierpko: - Myślałam, że będziesz rozmawiał dziś z Lacey Keating.

Dociskam język do podniebienia, by powstrzymać pierwszą myśl, jaką mógłbym nieświadomie powiedzieć głośno. Kiedy się opanowuję, odpowiadam:

- Też tak myślałem. Że zrobi to ze względu na ojca.

Anne przekrzywia głowę, zagryza wargi, jednocześnie unosząc kącik ust. Triumfuje.

- Bolało, Trevor? Kiedy dostałeś coś innego, niż chciałeś?

- Nie wiem, o czym mówisz.

Sięgam gwałtownie po kryształową karafkę z whiskey, ale gdy Anne kontynuuje z subtelną drapieżnością, omal nie wypuszczam z dłoni korka.

- Na pewno nie o Lilibet.

Chrząkam. Drży mi podbródek, co na pewno spostrzegła. Cały wieczór prześladował mnie pseudonim użytkowniczki forum, ale dopiero dźwięk jej imienia sprawia, że zaczynam tracić nad sobą kontrolę. Najlepiej jest zachować bezpieczne milczenie albo przynajmniej bezpieczną ignorancję.

- Na pewno nie, bo Lilibet nie istnieje. - To wypowiadam stanowczo i wypijam szybko alkohol.

Ostry smak pali mi gardło.

Anne uśmiecha się szerzej. Jest zadowolona z siebie, podczas gdy ja hamuję w sobie przypływ nagłej irytacji.

- Oczywiście, Trevor. Żadna z nich nie istnieje. - Wiąże włosy w kitek gumką, którą zawsze nosi na nadgarstku jak bransoletkę. - Wiesz, powinieneś zaprosić ojca Lacey na obiad. Wydaje mi się, że będziesz potrzebował więcej zaangażowania z jego strony. Na wypadek, gdyby opinia publiczna dowiedziała się, że...

- Skończ!

Odstawiam szklankę z takim impetem, że wyszczerbiam w niej dno. Jednak dałem się wyprowadzić z równowagi i sam jestem zaskoczony siłą własnego krzyku.

- Masz rację, Trevor. Nie mam już nic więcej do dodania. - Anne posyła mi chłodne spojrzenie i wychodzi.

Słyszę przez chwilę tupot, gdy krząta się między łazienką a sypialnią. Nerwowo czymś uderza o blat umywalki, trzaska drzwiami, aż wreszcie rozlega się echo wody wpadającej do wanny.

Uderzam pięścią w bok kanapy i głośno wypuszczam powietrze. Moja żona jest jak tykająca bomba, jej oczom nic nie umyka, a mimo to nie powie nic, co mogłoby mi rozjaśnić, co i ile wie albo czego się domyśla. W żaden sposób nie ułatwia mi odzyskania kontroli, bo wciąż się zastanawiam, kiedy wreszcie wybuchnie i postanowi mówić. Do mnie albo do kamery.

Teraz jednak muszę się skupić na najbliższej przyszłości. Siedzę i czekam. Odświeżam główną stronę WTN z nadzieją, że za chwilę ktoś ściągnie z anteny ujęcia z Ashland. Co jakiś czas zjeżdżam kursorem niżej i po cichu oglądam powtórkę wiadomości, a potem fragmenty z wystąpienia po programie. Epizod z zarzutem Debry i zdjęcia z forum stały się viralem. Wszędzie tylko Libby. Kochanka Libby. Gubernator Cox i kochanka Libby.

- Kurwa - mruczę pod nosem, kiedy widzę jedno ze zdjęć zrobionych mi kilka tygodni temu w Hampton oprawione rzucającym się tytułem: "Konferencja czy wakacje z kochanką?".

Niecierpliwię się. Szef sztabu milczy od ostatniego SMS-a, kiedy mnie ostrzegł. Jest już po pierwszej w nocy, a fora pełne hejterów nadal pastwią się nad moim życiem intymnym. Jednak w końcu pojawia się wybawienie.

Telefon wibruje od serii powiadomień. Uśmiecham się, kiedy odświeżam witrynę. Kanały dyskusyjne o mnie zniknęły, #kochankaLibby spadła z piedestału. Za to wszędzie pojawiają się zdjęcia karetki przed eleganckim domem na przedmieściach Waszyngtonu i nagłówki z informacją, że wiceprezydent jest w szpitalu.

Biorę pilota, włączam telewizor i wybieram stację WTN. Lacey Keating jest już na antenie i z werwą rozmawia z korespondentką wysłaną do Białego Domu.

Tymczasem na wyświetlaczu mojego telefonu pojawia się SMS.

Załatwione.

***

Następnego dnia słońce wschodzi jak co dzień. Świat się kręci dalej, nawet jeśli otarłem się o polityczną śmierć.

Do Kapitolu docieram przed południem i od razu kieruję się do lewego skrzydła, by nie wpaść na żadną grupę wycieczkową, zwiedzającą główny budynek. Mijam za to jednego z młodych, aspirujących szczeniaków z Partii Demokratycznej warczących na republikanów za każdym razem, kiedy ktoś niechcący spuści ich ze smyczy. Wodzi za mną kpiącym spojrzeniem, jakby chciał dać mi do zrozumienia, co uważa o wczorajszym zdarzeniu na wizji. Nawet nie mam zamiaru się odwdzięczyć tym samym, więc odwraca głowę. Chłopak pewnie niedawno skończył jeden z modnych uniwerków, gdzie na kampusie dostrzegł go ktoś z lokalnego sztabu i wprowadził na salony, nie nauczywszy go jednak szacunku, który jeszcze dekadę temu wydawał się fundamentalną zasadą polityki.

I nikt jeszcze nie wprowadził go w ten prawdziwy krąg władzy; ten, w którym wszyscy wiedzą, kim jest Lilibet.

Zawód polityka już dawno stoczył się do rynsztoka i tapla z dziwkami. Czasem dosłownie.

Bez zastanowienia pcham ciemne, lakierowane na połysk drzwi. Ociężale suną się do wewnątrz pomieszczenia i wpuszczają powiew świeżego powietrza do dusznego gabinetu. Dym nikotynowy znad zakurzonej popielniczki na biurku wykonuje krótki, dziki taniec wzruszony pędem powietrza.

- Chaos to zło. - Głos zza biurka brzmi przyjaźnie, jakby słuchało się kogoś, kto wie więcej i lepiej, kto pragnie się tą wiedzą podzielić. - Zdaje się, przyjacielu, że omal nie wywołaliśmy wczoraj wilka z lasu.

- Też uważam, że za bardzo mnie upudrowali na wizji - odpowiadam spokojnie. - Widziałem już zdjęcia w internecie, miałem gładszą cerę niż moja żona.

Mężczyzna odchyla się do tyłu na swoim krześle. Jego podłużna twarz jest bez wyrazu; emocje chowa za równo przyciętym i nawoskowanym zarostem. Tylko te zielone oczy wyrażają niezadowolenie.

Matthew Rosentall często jest niezadowolony.

- Masz szczęście, że nie wróciłem w nocy do domu, tylko pałętałem się po Richmond, bo czułem, że będą problemy.

Rozpinam marynarkę i siadam w fotelu. Ręką odganiam od siebie dym papierosa.

- Raczej nie mogę sądzić, że jesteś czytelnikiem forum plotkarskiego.

- Czasem muszę. - Dym gęstnieje ponownie, ale Matthew nawet nie kaszle. - Tym razem cynk dostałem od jednego z reporterów WTN i tylko dlatego w porę zdążyłem obudzić, kogo trzeba. Żałuję, że ten koleś z biura wiceprezydenta boi się własnego cienia i zanim dał się namówić, by mnie z nim połączyć, zmarnowałem za dużo czasu.

- Zakładam, że nie muszę znać szczegółów. - Znacząco unoszę brwi. - Temat ucichł.

- Na krótko, Trevor! Zaraz nam się dziennikarze zwalą na głowę, senat stanu się posypie. To nie jest problem tylko jednej partii, mam w nosie, kogo to pogrąży, ale nie możemy dopuścić, by kraj dowiedział się o takich rzeczach! Musiałem wysłać wiceprezydenta do stu diabłów, żeby odwrócić uwagę mediów od tego pieprzonego hashtagu.

Przeszywa mnie dreszcz; obcowanie z Rosentallem uświadamia mi, że to człowiek cienia. Kroczy za plecami wybrańców takich jak ja, ale to on rozkłada karty do gry i to on je sprząta, gdy trzeba.

- Jeffersonowi podobno nic nie dolega, prawda? Czy to też sfingowane? - upewniam się.

- Kazałem mu się zgłosić na oddział, zorganizowałem karetkę i cały szum. Nim dziennikarze zrozumieli, że wyprowadziliśmy ich w pole i że wiceprezydent jest prawie zdrowy, przez trzy godziny trąbili wszystkim, że prezydent Stanów Zjednoczonych będzie musiał zaraz szukać nowego VP. Sprawa dużo większego kalibru niż jakaś tam kochanka.

Czy jestem głęboko zdegustowany postępkiem szefa sztabu? Nie. Uratował mnie.

- Ale to nie zmienia twojej sytuacji, Trevor. Za dwa, może trzy dni temat Libby wróci, a ja nie mam na usługach grupy dywersyjnej. Potrzebujesz wsparcia ze strony mediów i działania na twoim własnym podwórku. Czas, żeby nasi ludzie podjęli się przeforsowania kilku ustaw w zakresie bezpieczeństwa. Bensonowi z Bellington Industry zależy na pewnej zmianie. - Matthew sięga po zieloną teczkę leżącą po prawej. Ruch podwija rękaw i blizna po oparzeniu jest teraz dobrze widoczna. - Oczywiście, możemy udawać, że Libby1504 to jakaś pinda, która kiedyś się z tobą bzykała, ale wszyscy dobrze wiemy, że...

- Lepiej, by nikt o niej nie mówił - ucinam szybko.

Matt przyznaje mi rację skinieniem głowy i odchodzi od biurka. Staje przy oknie; przedpołudniowe słońce wpada do gabinetu i oświetla unoszący się nad podłogą kurz. Szef sztabu krzyżuje ręce za plecami i przez chwilę buja się na piętach.

- Richard Benson pewne sprawy pomiędzy nami postawił jasno. Prawda jest taka, Cox, że potrzebujemy twojej drugiej kadencji. Partia jej potrzebuje. Im bliżej wyborów, tym mniejsza szansa, że senat stanu przepuści propozycje naszych komisji. Nie kwapią się teraz do pracy, bo w razie zmiany na stanowisku gubernatora, istnieje ryzyko, że tony kartek pójdą do kosza. Mamy związane ręce. Dopiero po wyborach uda nam się wprowadzić te najważniejsze zmiany.

Pocieram brodę. Irytująca jest myśl, że chociaż do wyborów jeszcze miesiąc, moja praca już jest torpedowana.

- Ty też potrzebujesz tych kolejnych czterech lat - kontynuuje Matthew. - To one mogą ci otworzyć furtkę do Białego Domu.

Prezydentura. Myśl na tyle szalona, że aż całkiem możliwa do zrealizowania.

- Jeśli sondaże dalej będą mnie kochać, na pewno chciałbym kandydować - przyznaję.

Matthew odwraca się z zaintrygowaną miną.

- Świetnie, bo obawiałem się, że twoje ambicje wypleniły się razem z przyzwoitością w dniu, kiedy uznałeś, że chcesz się wtrącać w sprawy będące dla ciebie poza zasięgiem.

Gryzę się w język. Gdyby nie interwencja Matthew, sprawa z Lilibet potoczyłaby się inaczej. Ale wtedy ja sam mógłbym znajdować się w zupełnie innym miejscu. Na przykład w jakimś dole w lesie.

Nie chcę jednak, by manipulował mną przez wspomnienie tej historii, dlatego pytam:

- Czego więc nam trzeba, by odrobić straty po wczoraj?

Matt podsuwa w moją stronę leżącą na biurku zieloną teczkę. Biorę ją i otwieram, a z niej wypada zdjęcie z jakiegoś plotkarskiego magazynu. Młoda kobieta uśmiecha się w sposób, który tak dobrze znam.

- Kojarzysz Lacey Keating, prawda? Załatwimy ci program w WTN, a ona będzie z tobą prowadzić wywiad. Wiesz, że w plebiscycie na ulubieńca telewizji, to ona zdobyła pierwsze miejsce? Ludzie ją kochają. Jak się pokażesz z Keating, a ona wszystkim powie, że jesteś niewiniątkiem, możemy się już nie przejmować tym hashtagiem.

- Ona się na to nie zgodzi.

Matt robi się niecierpliwy.

- Dlaczego nie?

Nie powiem mu przecież, że Lacey może kierować się względami osobistymi. Ale używam argumentu równie prawdziwego; może właściwie przeważającego.

- Ona jest z tych porządnych. Nie zrobi niczego, co nie będzie zgodne z jej przekonaniami.

Szef sztabu krzywi się i patrzy na zdjęcie.

- Nie jest republikanką?

- Jej ojciec jest na pewno, znasz go, współpracowałem z nim w Kongresie i w czasie kampanii. Ale Lacey - przerywam na chwilę i przypominam sobie naszą wczorajszą rozmowę przy windzie - jest ponad partię. Jest niezależna.

Matthew podrywa się ochoczo.

- Jeszcze lepiej! Niezawisły dziennikarz, który wspiera twój wizerunek. Musisz tylko przekonać ją do siebie, urobić, wiesz, użyć swojego uroku osobistego.

Prycham. Gdyby mój urok osobisty działał na Lacey Keating, myśli o niej nie byłyby aż tak uporczywie irytujące.

- Lepiej, byś miał plan awaryjny - mruczę. - Niech republikanie zwołają komisję i zajmą się tymi ustawami, o których wspominałeś - dodaję już głośniej i ściskam zdjęcie Lacey. Nie mam ochoty go odkładać. - Media się tym zainteresują. A ja...

- Porozmawiasz z Lilibet? - dopowiada za mnie Matt. - Powinieneś. Nie chciałbym, aby sytuacja zmusiła mnie do zrobienia czegoś... - chrząka - co ochłodziłoby nasze relacje.

Drży mi ręka.

- Tak. Porozmawiam z Lilibet.

Nie mogę się jednak skupić na Libby, choć naprawdę czuję, że powinienem. Zamiast tego przesuwam palce po fotografii. Spokojnie, ciesząc się z tej namiastki dotyku. Układam w myślach plan. Przekonać Lacey do siebie mogę tylko w jeden sposób i wiązałoby się to z powiedzeniem jej całej prawdy o ostatnich latach mojego życia. Albo przynajmniej tej o ostatnich godzinach, z podkreśleniem, że potrzebuję Lacey do tego, by wygrać. Jedno i drugie pachnie desperacją, ale to chyba dla nas znajome.

Rozlega się pukanie. Obaj podrywamy się jak rażeni prądem i spoglądamy na siebie niepewnie.

Przez próg wsuwa się cicho młoda dziewczyna. Niewysoka, szczupła, ubrana w tanią, ale elegancką garsonkę. Jedna z tych, które liczą, że ich staż zakończy się wielką karierą, że staną się kobietami walczącymi na równi z mężczyznami i ustanawiającymi nowe rozporządzenia. Ten świat należy jednak do starszych panów w krawacie, którzy woleliby raczej ściągnąć z niej tę garsonkę z sieciówki, niż wysłuchać jej racji.

- Panie gubernatorze, senator Linsky już na pana czeka - mówi nieśmiało i spuszcza potulnie wzrok.

Tak samo robią wszystkie. Dają sobie wmówić, że powinny się płaszczyć, ulegać, a potem dziwią się, że tak się je traktuje. Upodla. Skończy jako kelnerka w podrzędnym barze. Albo jak Lilibet.

- Dziękuję. Już do niego idę. Bo skończyliśmy, Matthew, prawda?

Rosentall potwierdza ruchem głowy i sięga po paczkę papierosów.

- Dam ci znać, co z tym wywiadem - rzuca jeszcze, nim wychodzę. - Ściągnij żonę do rezydencji na czas kampanii. To nienormalne, że większość tygodnia spędzacie w Ashland.

Kiedy znajduję się już za drzwiami, wydaję z siebie ciche stęknięcie. Matt jest dla mnie jak przyjaciel, ale jesteśmy sobie równie obcy, co bliscy; relacja skomplikowana i niebezpieczna. Skoczyłby za mną w ogień, ale również sam bez wahania by mnie w ten ogień wepchnął, gdybym zaszkodził idei partii. I jest kimś, kto pcha mnie po sukces.