#Rozdział 3
Trevor
Walka o stanowisko gubernatora Wirginii jeszcze jest w powijakach i choć przeciętny Amerykanin mógłby sądzić, że dziś wyciągnięto ciężkie działa, lont dopiero się tli.
Na co więc czekają demokraci?, mogłoby paść z ust dzien-nikarzy. Dlaczego jeszcze nie podnoszą oskarżeń i nie wyśmiewają podwójnych standardów?
Nikt nie wrzuci granatu do własnego podwórka. Hashtag, który właśnie opanowywał Twittera, wiązał się nie tylko ze mną, ale groził ujawnieniem grzechów wielu innych polityków. Wszyscy wiemy o tym, że już dawno obaliliśmy fundamenty moralności; my, zarówno liberałowie jak i konserwatyści. Ale fasada pozorów nadal utrzymuje budynek kongresu w całości, a wraz z nim - nas. Śmieszne, że te same pozory spajają moje małżeństwo.
Jest już po północy, gdy mój samochód wjeżdża do Ashland. Mijamy senne przecznice, a za ostatnim osiedlem, gdzie zaczyna się las, skręcamy w uliczkę prowadzącą do domu. Odpręża mnie myśl, że lada moment zamknę się w gabinecie z butelką burbona w oczekiwaniu na rozwiązanie sprawy Libby. Ale za zakrętem czeka coś, co wywołuje nieprzyjemną obawę, bo zamiast zwyczajnych ciemności, spomiędzy drzew wyłaniają się światła.
- Joe, co się dzieje? - pytam kierowcy, chociaż sam już rozumiem. Pytanie nie wymaga odpowiedzi, kiedy widzę kordon mediów zaciskający się dookoła mojej bramy.
Starszy mężczyzna przez chwilę milczy, aż odpowiada:
- Dziennikarze, panie gubernatorze. Są pod pana posiadłością. Widzę przynajmniej dwa wozy transmisyjne. Mają rozstawione lampy.
- Cholera - rzucam pod nosem z pogardą. - Zgaś auto, Joe.
Szofer spełnia moje życzenie i samochód niknie w ciemności pośrodku wąskiej drogi między dwiema ścianami gęstego lasu.
- Mogę wjechać od strony starego tartaku - proponuje. - Jeśli przejdzie pan piechotą ten kawałek pomiędzy sadem a tyłem ogrodu i wejdzie kuchennymi drzwiami, nie powinni pana zatrzymać.
Klepię go po ramieniu i daję mu znać ręką, żeby tak właśnie zrobił. Pomyślałem o tym samym, jednak cieszę się, że to nie ja pierwszy mówię o tym rozwiązaniu.
- Ochrona na pewno nie wpuściła ich na podjazd, stoją pewnie pod bramą - mówię bardziej sam do siebie niż do kierowcy.
Chyba próbuję uwierzyć w to, że nie będę musiał się z nimi konfrontować. Nie jestem jeszcze na to gotowy.
Silnik warczy i Joe zaczyna wycofywać samochód bez włączonych świateł. Robi to sprawnie, w skupieniu. Jeśli koła wpadną do rowu, możemy pożegnać się z cichą ucieczką przed tymi hienami z telewizji, dlatego nawet go nie poganiam.
Kiedy niebezpieczeństwo mija, a my wjeżdżamy na szosę leśną, głowa opada mi na zagłówek. Już dawno nie byłem tak zmęczony, więc zamykam tylko oczy i wsłuchuję się w rytm podwozia terkoczącego na wybojach. Przypomina mi to wiele innych wypraw do lasu, gdy dyskretny przejazd był równie ważny. Może powinienem się tym brzydzić, tym, że muszę ukrywać pewne znajomości, pewne zobowiązania. A jednak się tego nie wstydzę. Nie w taki sposób, w jaki bym mógł. Nie robiłem przecież tego tylko dla siebie.
Za oknem kończy się zagajnik i wjeżdżamy w wolną od drzew przestrzeń, gdzie w wysokiej, nieścinanej trawie piętrzą się stosy starych opon, beczek i innych śmieci. Mijamy niesprawną lampę na wykrzywionym i zbutwiałym słupie i stajemy tuż za nią. Dalsza jazda bez świateł groziłaby wypadkiem; znajduje się tam kilka zagłębień, których szofer mógłby nie zauważyć.
Niemniej jeszcze kilka minut i będę w domu.
Na terenie starego tartaku nikogo nie ma; dziennikarze nie wiedzą, że od tej dziury jest tylko kilka metrów do granicy mojej ziemi, gdzie wysoki płot odgradza las od sadu. Wysiadam z auta i spokojnie zmierzam pomiędzy drzewami, chyląc się czasem przed złamanymi gałęziami, aż dochodzę do ukrytej pod rozrośniętym bluszczem furtki. Zawias wydaje nieprzyjemny skowyt. Obracam się za siebie. Chcę się upewnić, że nikogo nie wywabił, ale na szczęście nie dostrzegam żadnego ruchu. Mlaszczę zadowolony i przechodzę na drugą stronę płotu. Stąd mam dobry widok na to, co dzieje się na przodach posiadłości; reflektory oświetlają czekający na mój powrót tłum ludzi z mikrofonami i kamerami. Ktoś właśnie próbuje się wspiąć na bramę, ale ochroniarz ściąga go natychmiast na ziemię. Kiedy wkraczam na oświetloną część, tłum gęstnieje po prawej stronie.
- Panie gubernatorze! Komentarz! - woła jeden z dziennikarzy.
Za nim rzucają się kolejni, odbijają się od przęseł ogrodzenia.
- Kim jest Libby1504?
- Czy miał pan z nią romans?
- Co pan powie wyborcom?
- Czy złoży pan rezygnację?
Jedyne, na co się decyduję, to machanie. Uśmiecham się i macham tak długo, aż znikam im za winklem. Wbiegam po schodkach na mały taras i łapię gałkę od drzwi kuchennych. Zamknięte. Sięgam więc do podwójnej doniczki z pelargoniami, gdzie w ceramicznej figurce schowany jest zapasowy komplet kluczy, i w końcu wchodzę do środka. Mogę odetchnąć.
Jestem w domu.
Luzuję krawat, zdejmuję marynarkę i przechodzę korytarzem do salonu pogrążonego w półmroku. Jedynie mała lampa na etażerce pod ścianą rzuca ciepły blask i dzięki temu wnętrze wydaje się odrobinę bardziej przyjemne.
Anne siedzi w fotelu przed kominkiem i skubie w palcach nitki wełnianego koca. Chyba czytała książkę, bo ta leży na jej kolanach, choć raczej jedynie wodziła wzrokiem po literkach i beznamiętnie przekładała kartki. Mogę sądzić, że dzisiejsze rewelacje są jej obojętne, ale nie wmówię sobie, że nie przejmuje się tym, co się dzieje na zewnątrz. Lektura miała jedynie stłamsić emocje, ale najpewniej jedynie je spotęgowała. Tak samo jak stojące na stoliku obok kieliszek i butelka wina.
- Pod domem są dziennikarze - mówi, gdy dostrzega, że jestem już na progu. - Nie myślałam, że zjawią się tu tak szybko.
Odwraca ode mnie głowę i wpatruje się znowu w koc. Wiem, że się o to wścieka. Nie o romans, a o to, że media ponownie próbują wtargnąć do intymnego światka, którym miał być dom w Ashland - fortecą w lesie, gwarantującą spokój.
- Niedługo nas zostawią. Zobaczysz - odpowiadam wymijająco.
Przechodzę przez salon i chowam się za zasłoną. Odchylam jej brzeg i oglądam mrugające światełka oraz poruszony tłum.
- Oby.
Popadamy w milczenie. Anne sięga po kieliszek wina, a ja jeszcze przez dłuższą chwilę obserwuję dziennikarzy. Zachowują się, jakby dostali cynk o Monice Lewiński, choć w rzeczywistości ta idiotyczna sprawa tyczy się jedynie mnie, gubernatora, a oni nie mają niczego oprócz kilku wpisów na forum.
- Czemu jeszcze nie śpisz? - pytam żony.
Jej reakcja jest stonowana.
- Nie chciałam ryzykować, że ktoś tu się jednak włamie i zrobi mi zdjęcie w koszuli nocnej.
Odchodzę od okna.
- Przynajmniej byłoby na co popatrzeć jutro w gazetach. - Staram się dodać jej otuchy.
W takiej chwili musimy próbować grać w jednej drużynie, nawet jeśli nasze emocje pozostają z tym w sprzeczności.
- Wyglądasz na zmęczonego. - Unosi głowę i mi się przypatruje.
- Bo jestem zmęczony. - Przewracam oczami.
W końcu to szczyt kampanii wyborczej. Tkwię na świeczniku przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, a mimo to i tak się naraziłem dzisiaj na porażkę w wyborach. I właśnie się zakradłem do własnego domu.
- Poproszę, by zaparzono ci melisę - oznajmia cicho.
Drapię się przy uchu. Mało elegancki gest, na jaki mogę pozwolić sobie tylko w zaciszu domowych pieleszy, świadczący o tym, że zaraz jej odmówię.
- Dziękuję, ale nie. Kładź się spać. Posiedzę jeszcze nad dokumentami. Będę czuwał.
Wygląda na zawiedzioną. Możliwe, że nie oczekiwała wylewności, ale najwyraźniej liczyła, że choć chwilę poświęcę na to, by opowiedzieć jej o wywiadzie. Kiedy jednak ja dalej nie ruszam się z miejsca, Anne wzdycha i wstaje, podpierając się o podłokietniki. Zapomina się i książka zsuwa się z jej kolan, by uderzyć o podłogę z głuchym łoskotem. Auto-matycznie schylam się, by ją podnieść. Robimy to jednocześnie. Gdy nasze dłonie spotykają się na grzbiecie woluminu, przez sekundę wydaje się, że ta dzieląca nas bariera pęka.
- Jutro wybieram się na wiec z okazji otwarcia nowej szkoły w Richmond. Zostałam poproszona przez zarząd fundacji o wygłoszenie mowy inauguracyjnej - oznajmia powoli, nie poruszając palcami, jakby w obawie, że oboje się spłoszymy.
- W takim razie pozostaje mi życzyć ci powodzenia.
Zabieram rękę i nerwowo naciągam mankiet koszuli. Anne marszczy nos. Sekunda pojednania się skończyła. Chłód znów wraca do formy.
- Nawet nie docenisz, że robię to dla ciebie? Dla twojej kariery?
- Anne, robisz to również dla siebie - odpowiadam wymijająco.
Może powinienem się postarać nie wywoływać kolejnej kłótni, zwłaszcza teraz, gdy czekam na sprzężenie zwrotne dzisiejszego wieczoru. Sprzeczka jest ostatnim, na co mam ochotę.
- Doprawdy? - rzuca mi ironicznie i ręką wskazuje na okno. - Te tłumy reporterów są dla mnie? A może sądzisz, że lubię się poświęcać dla kilku sukienek i bankietów?
Drży mi szczęka. Nie sądziłem, że Anne tak szybko nawiąże do rozmowy na wizji.
- Anne, naprawdę. To nie jest pora na takie dyskusje - ucinam i siadam na kanapie.
Zapadam się w skórzanych poduszkach. Skupiam się na ekranie telefonu, przewijając kolejne doniesienia, z których jasno wynika, że #kochankaLibby zmiata wszystko jak lawina. Z niesmakiem odkrywam, że na platformie WTN właśnie transmitują widok na mój dom.
- W naszym małżeństwie nie ma też pory na nas - odpowiada cicho Anne. Wygląda, jakby chciała wyjść, ale zatrzymuje się jeszcze i rzuca mi cierpko: - Myślałam, że będziesz rozmawiał dziś z Lacey Keating.
Dociskam język do podniebienia, by powstrzymać pierwszą myśl, jaką mógłbym nieświadomie powiedzieć głośno. Kiedy się opanowuję, odpowiadam:
- Też tak myślałem. Że zrobi to ze względu na ojca.
Anne przekrzywia głowę, zagryza wargi, jednocześnie unosząc kącik ust. Triumfuje.
- Bolało, Trevor? Kiedy dostałeś coś innego, niż chciałeś?
- Nie wiem, o czym mówisz.
Sięgam gwałtownie po kryształową karafkę z whiskey, ale gdy Anne kontynuuje z subtelną drapieżnością, omal nie wypuszczam z dłoni korka.
- Na pewno nie o Lilibet.
Chrząkam. Drży mi podbródek, co na pewno spostrzegła. Cały wieczór prześladował mnie pseudonim użytkowniczki forum, ale dopiero dźwięk jej imienia sprawia, że zaczynam tracić nad sobą kontrolę. Najlepiej jest zachować bezpieczne milczenie albo przynajmniej bezpieczną ignorancję.
- Na pewno nie, bo Lilibet nie istnieje. - To wypowiadam stanowczo i wypijam szybko alkohol.
Ostry smak pali mi gardło.
Anne uśmiecha się szerzej. Jest zadowolona z siebie, podczas gdy ja hamuję w sobie przypływ nagłej irytacji.
- Oczywiście, Trevor. Żadna z nich nie istnieje. - Wiąże włosy w kitek gumką, którą zawsze nosi na nadgarstku jak bransoletkę. - Wiesz, powinieneś zaprosić ojca Lacey na obiad. Wydaje mi się, że będziesz potrzebował więcej zaangażowania z jego strony. Na wypadek, gdyby opinia publiczna dowiedziała się, że...
- Skończ!
Odstawiam szklankę z takim impetem, że wyszczerbiam w niej dno. Jednak dałem się wyprowadzić z równowagi i sam jestem zaskoczony siłą własnego krzyku.
- Masz rację, Trevor. Nie mam już nic więcej do dodania. - Anne posyła mi chłodne spojrzenie i wychodzi.
Słyszę przez chwilę tupot, gdy krząta się między łazienką a sypialnią. Nerwowo czymś uderza o blat umywalki, trzaska drzwiami, aż wreszcie rozlega się echo wody wpadającej do wanny.
Uderzam pięścią w bok kanapy i głośno wypuszczam powietrze. Moja żona jest jak tykająca bomba, jej oczom nic nie umyka, a mimo to nie powie nic, co mogłoby mi rozjaśnić, co i ile wie albo czego się domyśla. W żaden sposób nie ułatwia mi odzyskania kontroli, bo wciąż się zastanawiam, kiedy wreszcie wybuchnie i postanowi mówić. Do mnie albo do kamery.
Teraz jednak muszę się skupić na najbliższej przyszłości. Siedzę i czekam. Odświeżam główną stronę WTN z nadzieją, że za chwilę ktoś ściągnie z anteny ujęcia z Ashland. Co jakiś czas zjeżdżam kursorem niżej i po cichu oglądam powtórkę wiadomości, a potem fragmenty z wystąpienia po programie. Epizod z zarzutem Debry i zdjęcia z forum stały się viralem. Wszędzie tylko Libby. Kochanka Libby. Gubernator Cox i kochanka Libby.
- Kurwa - mruczę pod nosem, kiedy widzę jedno ze zdjęć zrobionych mi kilka tygodni temu w Hampton oprawione rzucającym się tytułem: "Konferencja czy wakacje z kochanką?".
Niecierpliwię się. Szef sztabu milczy od ostatniego SMS-a, kiedy mnie ostrzegł. Jest już po pierwszej w nocy, a fora pełne hejterów nadal pastwią się nad moim życiem intymnym. Jednak w końcu pojawia się wybawienie.
Telefon wibruje od serii powiadomień. Uśmiecham się, kiedy odświeżam witrynę. Kanały dyskusyjne o mnie zniknęły, #kochankaLibby spadła z piedestału. Za to wszędzie pojawiają się zdjęcia karetki przed eleganckim domem na przedmieściach Waszyngtonu i nagłówki z informacją, że wiceprezydent jest w szpitalu.
Biorę pilota, włączam telewizor i wybieram stację WTN. Lacey Keating jest już na antenie i z werwą rozmawia z korespondentką wysłaną do Białego Domu.
Tymczasem na wyświetlaczu mojego telefonu pojawia się SMS.
Załatwione.
***
Następnego dnia słońce wschodzi jak co dzień. Świat się kręci dalej, nawet jeśli otarłem się o polityczną śmierć.
Do Kapitolu docieram przed południem i od razu kieruję się do lewego skrzydła, by nie wpaść na żadną grupę wycieczkową, zwiedzającą główny budynek. Mijam za to jednego z młodych, aspirujących szczeniaków z Partii Demokratycznej warczących na republikanów za każdym razem, kiedy ktoś niechcący spuści ich ze smyczy. Wodzi za mną kpiącym spojrzeniem, jakby chciał dać mi do zrozumienia, co uważa o wczorajszym zdarzeniu na wizji. Nawet nie mam zamiaru się odwdzięczyć tym samym, więc odwraca głowę. Chłopak pewnie niedawno skończył jeden z modnych uniwerków, gdzie na kampusie dostrzegł go ktoś z lokalnego sztabu i wprowadził na salony, nie nauczywszy go jednak szacunku, który jeszcze dekadę temu wydawał się fundamentalną zasadą polityki.
I nikt jeszcze nie wprowadził go w ten prawdziwy krąg władzy; ten, w którym wszyscy wiedzą, kim jest Lilibet.
Zawód polityka już dawno stoczył się do rynsztoka i tapla z dziwkami. Czasem dosłownie.
Bez zastanowienia pcham ciemne, lakierowane na połysk drzwi. Ociężale suną się do wewnątrz pomieszczenia i wpuszczają powiew świeżego powietrza do dusznego gabinetu. Dym nikotynowy znad zakurzonej popielniczki na biurku wykonuje krótki, dziki taniec wzruszony pędem powietrza.
- Chaos to zło. - Głos zza biurka brzmi przyjaźnie, jakby słuchało się kogoś, kto wie więcej i lepiej, kto pragnie się tą wiedzą podzielić. - Zdaje się, przyjacielu, że omal nie wywołaliśmy wczoraj wilka z lasu.
- Też uważam, że za bardzo mnie upudrowali na wizji - odpowiadam spokojnie. - Widziałem już zdjęcia w internecie, miałem gładszą cerę niż moja żona.
Mężczyzna odchyla się do tyłu na swoim krześle. Jego podłużna twarz jest bez wyrazu; emocje chowa za równo przyciętym i nawoskowanym zarostem. Tylko te zielone oczy wyrażają niezadowolenie.
Matthew Rosentall często jest niezadowolony.
- Masz szczęście, że nie wróciłem w nocy do domu, tylko pałętałem się po Richmond, bo czułem, że będą problemy.
Rozpinam marynarkę i siadam w fotelu. Ręką odganiam od siebie dym papierosa.
- Raczej nie mogę sądzić, że jesteś czytelnikiem forum plotkarskiego.
- Czasem muszę. - Dym gęstnieje ponownie, ale Matthew nawet nie kaszle. - Tym razem cynk dostałem od jednego z reporterów WTN i tylko dlatego w porę zdążyłem obudzić, kogo trzeba. Żałuję, że ten koleś z biura wiceprezydenta boi się własnego cienia i zanim dał się namówić, by mnie z nim połączyć, zmarnowałem za dużo czasu.
- Zakładam, że nie muszę znać szczegółów. - Znacząco unoszę brwi. - Temat ucichł.
- Na krótko, Trevor! Zaraz nam się dziennikarze zwalą na głowę, senat stanu się posypie. To nie jest problem tylko jednej partii, mam w nosie, kogo to pogrąży, ale nie możemy dopuścić, by kraj dowiedział się o takich rzeczach! Musiałem wysłać wiceprezydenta do stu diabłów, żeby odwrócić uwagę mediów od tego pieprzonego hashtagu.
Przeszywa mnie dreszcz; obcowanie z Rosentallem uświadamia mi, że to człowiek cienia. Kroczy za plecami wybrańców takich jak ja, ale to on rozkłada karty do gry i to on je sprząta, gdy trzeba.
- Jeffersonowi podobno nic nie dolega, prawda? Czy to też sfingowane? - upewniam się.
- Kazałem mu się zgłosić na oddział, zorganizowałem karetkę i cały szum. Nim dziennikarze zrozumieli, że wyprowadziliśmy ich w pole i że wiceprezydent jest prawie zdrowy, przez trzy godziny trąbili wszystkim, że prezydent Stanów Zjednoczonych będzie musiał zaraz szukać nowego VP. Sprawa dużo większego kalibru niż jakaś tam kochanka.
Czy jestem głęboko zdegustowany postępkiem szefa sztabu? Nie. Uratował mnie.
- Ale to nie zmienia twojej sytuacji, Trevor. Za dwa, może trzy dni temat Libby wróci, a ja nie mam na usługach grupy dywersyjnej. Potrzebujesz wsparcia ze strony mediów i działania na twoim własnym podwórku. Czas, żeby nasi ludzie podjęli się przeforsowania kilku ustaw w zakresie bezpieczeństwa. Bensonowi z Bellington Industry zależy na pewnej zmianie. - Matthew sięga po zieloną teczkę leżącą po prawej. Ruch podwija rękaw i blizna po oparzeniu jest teraz dobrze widoczna. - Oczywiście, możemy udawać, że Libby1504 to jakaś pinda, która kiedyś się z tobą bzykała, ale wszyscy dobrze wiemy, że...
- Lepiej, by nikt o niej nie mówił - ucinam szybko.
Matt przyznaje mi rację skinieniem głowy i odchodzi od biurka. Staje przy oknie; przedpołudniowe słońce wpada do gabinetu i oświetla unoszący się nad podłogą kurz. Szef sztabu krzyżuje ręce za plecami i przez chwilę buja się na piętach.
- Richard Benson pewne sprawy pomiędzy nami postawił jasno. Prawda jest taka, Cox, że potrzebujemy twojej drugiej kadencji. Partia jej potrzebuje. Im bliżej wyborów, tym mniejsza szansa, że senat stanu przepuści propozycje naszych komisji. Nie kwapią się teraz do pracy, bo w razie zmiany na stanowisku gubernatora, istnieje ryzyko, że tony kartek pójdą do kosza. Mamy związane ręce. Dopiero po wyborach uda nam się wprowadzić te najważniejsze zmiany.
Pocieram brodę. Irytująca jest myśl, że chociaż do wyborów jeszcze miesiąc, moja praca już jest torpedowana.
- Ty też potrzebujesz tych kolejnych czterech lat - kontynuuje Matthew. - To one mogą ci otworzyć furtkę do Białego Domu.
Prezydentura. Myśl na tyle szalona, że aż całkiem możliwa do zrealizowania.
- Jeśli sondaże dalej będą mnie kochać, na pewno chciałbym kandydować - przyznaję.
Matthew odwraca się z zaintrygowaną miną.
- Świetnie, bo obawiałem się, że twoje ambicje wypleniły się razem z przyzwoitością w dniu, kiedy uznałeś, że chcesz się wtrącać w sprawy będące dla ciebie poza zasięgiem.
Gryzę się w język. Gdyby nie interwencja Matthew, sprawa z Lilibet potoczyłaby się inaczej. Ale wtedy ja sam mógłbym znajdować się w zupełnie innym miejscu. Na przykład w jakimś dole w lesie.
Nie chcę jednak, by manipulował mną przez wspomnienie tej historii, dlatego pytam:
- Czego więc nam trzeba, by odrobić straty po wczoraj?
Matt podsuwa w moją stronę leżącą na biurku zieloną teczkę. Biorę ją i otwieram, a z niej wypada zdjęcie z jakiegoś plotkarskiego magazynu. Młoda kobieta uśmiecha się w sposób, który tak dobrze znam.
- Kojarzysz Lacey Keating, prawda? Załatwimy ci program w WTN, a ona będzie z tobą prowadzić wywiad. Wiesz, że w plebiscycie na ulubieńca telewizji, to ona zdobyła pierwsze miejsce? Ludzie ją kochają. Jak się pokażesz z Keating, a ona wszystkim powie, że jesteś niewiniątkiem, możemy się już nie przejmować tym hashtagiem.
- Ona się na to nie zgodzi.
Matt robi się niecierpliwy.
- Dlaczego nie?
Nie powiem mu przecież, że Lacey może kierować się względami osobistymi. Ale używam argumentu równie prawdziwego; może właściwie przeważającego.
- Ona jest z tych porządnych. Nie zrobi niczego, co nie będzie zgodne z jej przekonaniami.
Szef sztabu krzywi się i patrzy na zdjęcie.
- Nie jest republikanką?
- Jej ojciec jest na pewno, znasz go, współpracowałem z nim w Kongresie i w czasie kampanii. Ale Lacey - przerywam na chwilę i przypominam sobie naszą wczorajszą rozmowę przy windzie - jest ponad partię. Jest niezależna.
Matthew podrywa się ochoczo.
- Jeszcze lepiej! Niezawisły dziennikarz, który wspiera twój wizerunek. Musisz tylko przekonać ją do siebie, urobić, wiesz, użyć swojego uroku osobistego.
Prycham. Gdyby mój urok osobisty działał na Lacey Keating, myśli o niej nie byłyby aż tak uporczywie irytujące.
- Lepiej, byś miał plan awaryjny - mruczę. - Niech republikanie zwołają komisję i zajmą się tymi ustawami, o których wspominałeś - dodaję już głośniej i ściskam zdjęcie Lacey. Nie mam ochoty go odkładać. - Media się tym zainteresują. A ja...
- Porozmawiasz z Lilibet? - dopowiada za mnie Matt. - Powinieneś. Nie chciałbym, aby sytuacja zmusiła mnie do zrobienia czegoś... - chrząka - co ochłodziłoby nasze relacje.
Drży mi ręka.
- Tak. Porozmawiam z Lilibet.
Nie mogę się jednak skupić na Libby, choć naprawdę czuję, że powinienem. Zamiast tego przesuwam palce po fotografii. Spokojnie, ciesząc się z tej namiastki dotyku. Układam w myślach plan. Przekonać Lacey do siebie mogę tylko w jeden sposób i wiązałoby się to z powiedzeniem jej całej prawdy o ostatnich latach mojego życia. Albo przynajmniej tej o ostatnich godzinach, z podkreśleniem, że potrzebuję Lacey do tego, by wygrać. Jedno i drugie pachnie desperacją, ale to chyba dla nas znajome.
Rozlega się pukanie. Obaj podrywamy się jak rażeni prądem i spoglądamy na siebie niepewnie.
Przez próg wsuwa się cicho młoda dziewczyna. Niewysoka, szczupła, ubrana w tanią, ale elegancką garsonkę. Jedna z tych, które liczą, że ich staż zakończy się wielką karierą, że staną się kobietami walczącymi na równi z mężczyznami i ustanawiającymi nowe rozporządzenia. Ten świat należy jednak do starszych panów w krawacie, którzy woleliby raczej ściągnąć z niej tę garsonkę z sieciówki, niż wysłuchać jej racji.
- Panie gubernatorze, senator Linsky już na pana czeka - mówi nieśmiało i spuszcza potulnie wzrok.
Tak samo robią wszystkie. Dają sobie wmówić, że powinny się płaszczyć, ulegać, a potem dziwią się, że tak się je traktuje. Upodla. Skończy jako kelnerka w podrzędnym barze. Albo jak Lilibet.
- Dziękuję. Już do niego idę. Bo skończyliśmy, Matthew, prawda?
Rosentall potwierdza ruchem głowy i sięga po paczkę papierosów.
- Dam ci znać, co z tym wywiadem - rzuca jeszcze, nim wychodzę. - Ściągnij żonę do rezydencji na czas kampanii. To nienormalne, że większość tygodnia spędzacie w Ashland.
Kiedy znajduję się już za drzwiami, wydaję z siebie ciche stęknięcie. Matt jest dla mnie jak przyjaciel, ale jesteśmy sobie równie obcy, co bliscy; relacja skomplikowana i niebezpieczna. Skoczyłby za mną w ogień, ale również sam bez wahania by mnie w ten ogień wepchnął, gdybym zaszkodził idei partii. I jest kimś, kto pcha mnie po sukces.