Makowe dzieci - Agata Sosnowska

Reflow text when sidebars are open.
Jest zimno. Janka Kalińczykówna chucha w sine dłonie, zła, że rękawice zdjęła na chwilę i zostawiła na wozie. Ktoś może ukraść, a to te dobre, z króliczej skórki. Tatko robił takie dla Niemca, jak tu stacjonował. Dla Ruskich też robił. Jak się tłukli jedni z drugimi pod Stalingradem, to w tatowych rękawiczkach. Tak mówili starsi. Zresztą te rękawiczki nieraz życie ratowały pędzonym na Sybir, chorym, sąsiadom, wszystkim. A zwłaszcza Jance. Jak dostała gorączki i gardło jej spuchło, doktór powiedział, że trza już grób szykować. Ojciec wziął królicze skóry, nad ogniem ogrzał, a potem obłożył ją całą. Szyja parzyła. Kręgosłup roztapiał się z gorąca. Przykryli ją dwiema pierzynami. Jedną ze strychu ściągali, bo ukryta była przed Swietą, sąsiadką, co z Ruskimi przyjechała. Jak ona co wypatrzyła, to musiała zabrać.
Leżała więc Janka pod dwiema pierzynami. Ojciec wlał jej spirytusu do ust. Czuła, jakby spadała do ognia. Myślała, że może na Majdanku tak czuły inne dziewczyny, jak je Niemcy gazowali. Tylko tu matka siedziała obok. Modliła się do Maryi, a potem do Mokoszy.
- Dziewo Najwyższa, Matko Dostojna, o Pani Życia i Pani Kobiet, z Boga, z Peruna zrodzona, naznacz me dziecię, naznacz twą córę, co leży tu w malignie. Naznacz ją, o Pani, życiem. Zdrowie tchnij w płuca. Niech córa moja i twoja niesie plon życia, obfitości, ku innym pokoleniom. Amen.
Ani Maryja, ani Mokosz nie przyszły do Janki w innej postaci niż własna matka, z grubym warkoczem zaplecionym dookoła głowy jak kłos złoty. Matka ją uratowała wtedy słowem, a ojciec króliczymi skórkami. Błamy królicze załatwiły jej też pracę w pięćdziesiątym szóstym, gdy roboty nie było wcale, a dziewczynie wyjście poza chałupę groziło zhańbieniem i śmiercią. Narew stała morem, głodem i strachem. Ruskie robili to, co zawsze, ale teraz nie krzyczeli, że oswabadzają Lachów, ale że eto Wielikaja Rasija, imperium Stalina, a my, Poliaki, dolżny byt' scziastliwy, szto Niemcy uszli, a my oswobożdieni.
Ojciec całą wojnę króliki oprawiał. Wziął teraz najlepsze. Błamy przygotował piękne. Matka mięso zamarynowała w ziołach zerwanych za stodołą. Dalej i ona bała się wychodzić. Nieraz w nocy słyszeli krzyk zbłąkanej kobiety, co wpadła w ręce oswobodzicieli.
Króliki stały się przepustką. Matka wsadziła mięso do pieca. Piekła, a potem w misę blaszaną, w koc i pod pierzynę, żeby kruche było. I Jance, i ojcu ślina ciekła, ale ruszyć nie mogli. Ani Swiety zwabić zapachem, bo zaraz by oskarżyła, że to dla siebie robią Kalińczyki, a nie na wkupne.
Mieszkańcy Narwi wiedzieli, że Swiety trzeba się pozbyć. Bo jak Kalińczykowi dzięki królikom będzie dobrze, to i wsi dobrze będzie się działo, bo on przez całe pięć lat wojny od nikogo się nie odwrócił i dobrym człowiekiem był. Więc młodzi chłopcy poszli do Swiety z rozpiętymi koszulami. Rosjanka podobno aż się oblizała po tłustych wargach i poszła z nimi do karczmy, gdzie lali spirytus, aż upadła ciężkim cielskiem na klepisko, a chłopcy się zmyli, zostawiając znienawidzoną sąsiadkę na uciechę sołdatom, którzy po kolejnej butelce poczynali czerwienieć i myśleć jedynie o tym, żeby gdzieś te swoje najważniejsze komunistyczne berła poupychać.
Więc króliki mama zrobiła. Zapakowała ojcu na wóz. Ojciec błamy owinął w obrus, który przed wojną na Paschę Janka krochmaliła, zanim go uroczyście rozłożyła na stole. Inaczej się nie dało. Ruskie były jak te sroki. Wszystko, co piękne, mogło ich omamić. Carów nienawidzili, ale śnili o złotych widelcach, czystych paznokciach i królikach zawiniętych w śnieżnobiały, pachnący materiał.
- Nu, wracaj do nas bezpiecznie i z Bogiem jedź, Stasiu - powiedziała matka.
A Janka stała ze ściśniętym sercem, bo przecież mogli Ruskie zabrać wszystko, a ojca i tak ubić. Matka objęła ją, gdy wóz się oddalił.
- Będzie dobrze, córuś. Tatko wrócą. On najmądrzejszy we wsi, a Ruskie to rozumu nie mają. Zawsze potrzebują kogoś, kto pomyśli za nich. I tatko będzie tym kimś, zobaczysz...
I tak się stało. Ruskie wzięły mięso, a naczelnik Uchniew błamy z królika zarzucił na ramiona. Chodził tak przez pięć kolejnych lat, dopóki go ktoś nie ubił nocą i nie wrzucił do przydrożnego rowu. Ale wtedy błamy były już poczerniałe i brzydkie, i nie szkoda ich było.
A Janka dostała pracę. W marcu miało ruszać pierwsze objazdowe kino na Podlasiu. Potrzebowali tam ładnej dziewczyny, co by ludzie chcieli na kinematografy z chałupy wyjść. Uchniew obejrzał Jankę, dwa razy uszczypnął za policzek.
- Krasawica - powiedział i pokiwał napuchniętą od przepicia głową.
Janka dostała więc wóz, kinooperatora Lutka, biletera Kolkę, konia z czarną grzywą, co go nazwała Piłsudski, ale żeby nikt nie słyszał, to publicznie wołała go Karek; walizkę pełną taśm i plan odnowy kulturalnej do wykonania.
A teraz stała w izbie kierownika kina i żałowała, że rękawiczki zostawiła na wozie, bo marzły jej ręce. Okna były pozapychane słomą i papierami, pewnie klasyką polskiej literatury ze szkolnej biblioteczki. Niechlujstwo, ale tu wszystko było niechlujne, ordynarne. Rosjanie przynieśli ze sobą strach, a kulturę polską przeżuli i wysrali, a potem zjedli ze śmiechem ponownie, żeby pokazać, że naprawdę są zdolni do wszystkiego. Wieś, którą Janka tak dobrze pamiętała z dzieciństwa, zniknęła. Było pijaństwo, wulgaryzmy, przemoc. Jakby Bóg zapomniał o Narwi, a bogowie słowiańscy pouciekali w lasy, żeby nigdy tu nie wrócić. Po wojnie miało być pięknie. A tymczasem był rok pięćdziesiąty dziewiąty i nie zmieniło się nic.
Stała więc i czuła, że marzną jej dłonie. Zwinęła je w pięści i pocierała o szubę. Obok tkwiły chłopaki. Lutek spuścił głowę, słuchając tyrady kierownika. A Kolka jak zwykle patrzył w okno, myślami gdzieś indziej. Podobno kiedyś spadł matce z wozu i dlatego był taki dziwny, oderwany od świata, ale Janka lubiła obu. Lutek nawet i coś więcej, zdawało się, czuł do niej, a i ona nie pozostawała obojętna. Przede wszystkim nie pił. I nie śmierdziało mu ani z nóg, ani z ust. Ale to nie wszystko. Patrząc na swojego ojca, Janka zdołała zbudować obraz mężczyzny, z jakim warto się związać. Niepicie i zachowanie higieny to jedno. Kandydat na męża musi być obrotny. Odważny. Musi umieć zawalczyć o byt rodziny. I mieć głowę na karku, a nie między nogami sąsiadek. Lutek taki był. Nosił złoty krzyżyk, który zobaczyła, jak raz zdjął koszulę i w Narewce opłukiwał się z potu. Widywała go w kościele. Urzędnik państwowy nie powinien tam się zjawiać, a tak ich nazywano: urzędnicy państwowi, bo jeździli przez cały tydzień z filmami i protokoły pisali, kto, gdzie i co ogląda. Ale i tak do świątyni chodzili. Do cerkwi też. Jak wszyscy. Jeszcze by tego brakowało, żeby ludzie ich wykluczyli, że tacy komuniści. Lutek stał zawsze z kaszkietem w rękach, a jak klękał, to pochylał się nisko, choć plecy miał silne i proste. I ten widok Jankę przyprawiał o zawrót głowy. Bo Lutek był człowiekiem uczciwym i dobrym, i to dało się wyczuć nawet z daleka, patrząc na jego plecy w kościele.
- Planu żeście, towarzysze, nie wykonali. Było jasno powiedziane. Cztery seanse dziennie. Kino dla dzieci dobrze się spisuje, nu, choroszo. Ale dlaczego w Trześciance znowu żeście, towarzysze, nie byli? Dlaczego lud nie dostał dostępu do kultury? - Kierownik Budianow łypał na całą trójkę nieprzychylnie.
- Towarzyszu kierowniku, melduję w imieniu zespołu Podlaskiego Kina Objazdowego "Melodia", że to nie nasza wina - zaczął Lutek.
- Nie wasza? A co? Ludzie wam drogę zatarasowali? Czy może uciekli w las, co? A może wy, towarzysze, w żopie żeście, kurwa, mieli, żeby zajechać do Trześcianki, bo chcieliście narazić Plan Odnowy Kulturalnej?! Może w żopie mieliście, towarzysze, że naród socjalistyczny pragnie po latach niemieckiej okupancyji wiedzy! Humoru! Zabawy! Może to jest, kurwa, sabotaż, co?! - Rosjanin aż się zapluł z podniecenia, że na małej wiosce polskiej wykryć mógłby jakiś spisek.
Janka odchrząknęła, żeby przerwać tę tyradę i zabrać głos. Nauczyła się, że Rosjanie tak robią. Jeśli chcą przemówić, to albo pierdzą, albo bekają, albo - najczęściej - chrząkają lub plują. Wtedy każdy zwraca uwagę. Janka wybrała chrząknięcie. Nieznaczne, trochę jak panienka. Ale nie wyobrażała sobie pierdnąć lub splunąć publicznie, szczególnie przy Lutku.
- Towarzyszu kierowniku, dostaliśmy w poniedziałek na odprawie nowe taśmy. Ja zgłaszałam, że Kobuszewskiego Trześcianka nie chce. Że ten jego pysk brzydki i głos jak ze studni sprawiają, że ludzie buczą i rzucają jajami w kinematograf. Jak ostatnio dostaliśmy Kalosze szczęścia i graliśmy w Socach, to chłopaki na rowerach z Trześcianki przyjechali sprawdzić i powiedzieli, że mamy nie jechać z tym paskudnym ryjem, bo oberwiemy. To co? Mieliśmy ryzykować, że nam co zrobią? Sprzęt zniszczą? - Dziewczyna była pewna siebie. Dwa lata pracy w kinie "Melodia" pozwoliły jej obrosnąć w wiedzę i doświadczenie, którego kierownik nigdy nie zdobędzie. Była też świadoma, jak i wszyscy zebrani w pokoju, że bez niej kaplica. Kina nie ma.
Kiedy rok temu zachorowała, zastąpiła ją koleżanka z innego oddziału "Melodii", bo tych było na Polskę kilkanaście. Choć młoda i ładna, w Gorodczynie zaczęli buczeć. "Dawać naszu kiarowniczku!" - krzyczeli. Odmawiali wpuszczenia kinematografu, dopóki Janka, jeszcze osłabiona, nie dostała rozkazu, że ma wracać.
Dlatego i teraz czuła się pewnie. Bez niej kierownik mógłby pożegnać się z wygodnym życiem na polskiej wsi. W Moskwie, gdzie zostawił podobno żonę i małego synka, panował terror. Ludzie przykładali stakany[1] do ścian, żeby usłyszeć, co sąsiady mówią, i donieść milicji. A kierownik Budianow to potrafił powiedzieć, że ho ho. Raz pijany Stalinowi wąsy piórem domalował i powiedział, że ten byłby dobrym amantem, całuśnym dla towarzyszek, a w Ameryce to i karierę by zrobił z taką urodą. Oczywiście, nikt tu nikogo nie sprzedał na milicję. Każdy chciał żyć w miarę dobrze i w zgodzie. Napić się i pocałować Stalina lub krzyknąć do obrazu, żeby ten cmoknął innego w dupę. No i w Moskwie nie było ani świeżego mleka na kaca, ani takich jaj, ani takich dziewczyn. Kierownik miał więc świadomość, że jest od Janki uzależniony, bo jak kino jest, to i on ma robotę.
- Towarzyszko Janino, proszę napisać pismo oficjalne, że komedyjanta Kobuszewskiego ludność nie chce. Że on budzi w ludności wiejskiej instynkty małpie, bo sam jak małpa wygląda, i że osłabia morale. Proszę przynieść i ja podbiję, wyślemy do Warszawy. No, nie może być tak, że plan niewyrobiony! Przecież my wszyscy za to oberwiemy! - Kierownik nadal był zły, ale wiedział dobrze, że Janki mieć przeciwko sobie nie może. - I bilety teraz będą po złoty dwadzieścia normalne i po sześćdziesiąt groszy ulgowe. Cztery seanse dziennie. Na jutro macie, towarzysze: Odrynki, Kliniewicze, Waśki i Gorodczyno na ostatek. Potem Narew, Soce, Puchły, Krynki i Trześcianka. Resztę wsi macie na rozpisce. Kino dla dzieci w każdej wiosce codziennie, takie są zalecenia. Sojuzmultfilm ma wysłać jakieś multiki[2] specjalne, edukacyjne. Trzeba chować młodych w duchu komunizmu, bo tylko to jest ratunkiem dla ludzkości! - powiedział Budianow i usiadł przy piecu. To oznaczało koniec audiencji.
Gdy wyszli, Kolka powiedział coś wreszcie. Wcale nie był głupi, jedynie potrafił odłączyć się szybko od otoczenia, w którym fizycznie musiał być, ale duchowo już nie za bardzo miał ochotę.
- Pierdolony kacap. Znowu obesrane Gorodczyno, jeszcze, kurwa, zimą, gdzie i tak po obiedzie ciemno. Ubiją nas kiedy i z kina objazdowego chuj będzie, a nie "Melodia"...
- Ja też nie lubię tam jeździć. Ludzie nas znają i szanują, ale co z tego. Wojskowi niekoniecznie. I ten gęsty las po obu stronach drogi. Nieba nie widać. Jakby dusił... - Janka przy kolegach nie musiała silić się na sztywną postawę towarzyszki.
- A pamiętacie, jak nas ostatniej zimy napadli? Janka - tu Kolka spojrzał na dziewczynę - ty pechowej szuby już może nie zakładaj, co?
- No pewnie, królewiczu! Bo tak się składa, że ja mam szub tuzin w szafie rzeźbionej i wybierać mogę. - Popchnęła Kolkę, żeby poślizgnął się na oblodzonej drodze w ramach kary za opowiadanie głupot.
Ale miał trochę racji. Szuba Janki była pechowa. Już dwa razy dziewczyna otarła się w niej o śmierć. Tamtej zimy wracali z Gorodczyna po północy. Zwykle w Narwi byli koło drugiej, trzeciej nad ranem. Robili czasem po kilkadziesiąt kilometrów dziennie na żelaznym, niewygodnym wozie. Norma to norma. Zrobiona być musi. A Janka lubiła swoją pracę. Wolała jeździć z filmami, trochę świata zobaczyć, niż cały dzień w gnoju robić albo pocić się na polu. Do obsługiwania kina można było się lepiej ubrać, uszminkować, włosy nakręcić na gorącą gazetę. Sąsiadki, wiecznie niedomyte, umęczone, zgarbione, choć jeszcze takie młode, mogły tylko pozazdrościć. Janka też chodziła zmęczona. Tylko poniedziałek był wolny. Ale niekiedy udawało się zdrzemnąć podczas kolejnego w danym dniu seansu, choć czasem, gdy film był dobry, to i cztery razy go oglądała, za każdym razem odkrywając jakieś niuanse.
Grali tego dnia Kapelusz pana Anatola. Ludzie przychodzili do świetlic jacyś tacy nie w humorze. Pogoda była szarawa, jakby coś w powietrzu wisiało. Kolka buczał, Lutek był małomówny, a ona sama nie miała ochoty na pracę, choć ludzie zwykle zachowywali się bardzo przyjaźnie. I obiadkiem poczęstowali. I czaju naparzyli. I samogonu dali czy kosz jabłek. Dbali o kierownictwo kina jak o batiuszę.
Gorodczyno było ostatnie. Wsiedli na wóz niespokojni. Ciemność nachylała się ku drodze, przenikając spomiędzy gęstwiny drzew. I nagle Janka poczuła, że coś jest nie tak. Odwróciła się, akurat gdy do wozu dobiegali dwaj mundurowi z nożami.
- Kolka, Kolka! Dawaj! Gonią nas bandity! Dawaj! - krzyknęła.
Chłopak popędził konia. Lutek zacisnął ręce na kasetce z pieniędzmi. Wieźli utarg z całego dnia. Trzeba go było jeszcze dostarczyć w nocy do kierownika. Jakby ktoś ukradł, to wiadomo, że nie mieszkańcy wsi, tylko ruscy wojskowi, co się napili. Ale przecież tego w oficjalnym raporcie nie można by napisać. Jak to? Rosyjski sołdat taki nieporządny? Zwaliliby winę na całą trójkę i wysłali do łagru za okradanie Związku Radzieckiego. Dla złodzieja to jedna, dwie nocne zabawy ze spirytusem, kolegami i płatną dziewką. A dla nich życie. Lutek ściskał więc w rękach kasetkę, przepustkę do dalszego życia albo na gilotynę, jeśli Bóg łaskawym nie będzie tej nocy.
Piłsudski biegł przez kilka kilometrów, ale nagle zarżał i gwałtownie się zatrzymał. Przed wozem leżało powalone drzewo, którego nie było tu ani wczoraj, ani nigdy wcześniej. Janka odwróciła się i spojrzała za siebie, gdy ktoś przeszedł po pękających gałęziach. Nie byli sami.
- Nu, co tu macie, towarzysze? - powiedział ktoś, wychodząc na drogę.
Kolejni dwaj mężczyźni wskoczyli na wóz. Kiedy Lutek zdołał zrzucić kasetkę z pieniędzmi między gałęzie, tego ani Janka, ani Kolka nie wiedzieli. Sam kinooperator nie umiał określić, twierdząc, że zrobił to jakoś tak odruchowo, choć zdołał zawinąć ją w szalik, żeby zagłuszyć dźwięk upadających monet. I dobrze. Bo tamci na wozie znaleźli tylko kosz z jajami od baby z Pucheł. Niezadowoleni, że zamiast wódki będzie dziś jajecznica, zaczęli spoglądać łakomie na szubę.
- Zdejmuj - powiedział któryś.
Janka się skuliła. Nie odda im kożucha. Szarpać nie mogli, bo by podarli, a wtedy drogocenny towar psu na budę.
- Zdejmuj, bo ubijemy! - krzyczeli.
Baju, baju. Każdy wiedział, że gdyby mieli broń, dawno by ubili. Tamci dwaj, zostawieni kilometry wstecz, mieli przynajmniej noże, ci mieli tylko nadzieję, że wystraszą podróżnych przewróconym drzewem na drodze.
- Wypierdalać! - krzyknęła Janka. - Won, kurwy ruskie, bandity! Wiecie, kto my? Budianowa znacie?! Ha?! Znacie?! Chcecie mu ubić jego kochanicę?! Chuje wam ukręci, bydlaki! A ta szuba to od niego! I jak mnie, kurwa, raz jeszcze dotknie która kanalia, to jutro wisieć będziecie albo na Sybir zapierdalać!
Uciekli, zanim echo zdołało ponieść ostatnie słowa w las. Lutek w milczeniu zeskoczył z wozu po kasetkę z pieniędzmi. Tamtej nocy wrócili bezpiecznie.
A teraz znowu mieli zimą do Gorodczyna jechać i wracać w nocy. Janka przypomniała sobie drugi przypadek, gdy omal nie zginęła przez szubę. Jechali wtedy z Odrynek. Kolka chciał przejechać wozem przez kładkę, tuż nad zamarzniętą Narwią, ale Janka się bała. Powiedziała, że powoli przejdzie przez rzekę. Ciężki wóz na niestabilnej, dziurawej kładce nie wydawał się bezpieczny. Jakby wpadł do wody, wszyscy by się potopili.
Weszła na lód. Widziała pod stopami jasne odbicie księżyca w pełni. Sunęła przed siebie powoli, jak tatko ją uczył, stawiając nogi szeroko, pochylona przed siebie. Wyciągnęła wyprostowane ręce. Pierwsza zasada chodzenia po zamarzniętej Narwi. Bo jak lód pęknie i masz ramiona opuszczone wzdłuż ciała, to w lodowatej wodzie nie wyciągniesz ich już do góry, żeby złapać się kry. Sunęła, patrząc na blask białej perły, patrzącej z góry na postać na lodzie.
Już była blisko, już widziała szuwary i lekko spadzisty brzeg. Lutek czekał, aby podać jej rękę. Kolka stanął bezpiecznie z wozem trochę dalej. Spojrzała przed siebie i nagle poczuła, jak wiatr dmuchnął jej prosto w twarz. Zacisnęła oczy i usta, unosząc się jak szmaciana lalka. Rozpięta przed wejściem na taflę szuba podziałała jak skrzydła.
I nagle poczuła, jak zatapiają się w niej tysiące lodowych igieł. Trafiła w przerębel. Ciemność i zimno gęstniały wokół, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Byłam tak blisko, pomyślała. Mogłam żyć.
Machała ramionami, które były ciężkie jak ołów. Czuła, jak oddala się w stronę głębin, i ogarnął ją smutek, że to już koniec. Nie pożegna rodziców. Nie spojrzy więcej na Lutka.
I wtedy jakieś ręce chwyciły ją mocno i wyciągnęły na powierzchnię.
- Bogu chwała na wysokościach, Janka, Janusia nasza... - Lutek i Kolka na zmianę nawoływali Boga i dziękowali Jance, że nie popłynęła w głąb Narwi.
Kolka był cały mokry. To on, oderwany od rzeczywistości chłopiec, wskoczył prosto w przerębel, nie zastanawiając się nad niczym. Podniósł Jankę w ciężkiej i mokrej szubie, a Lutek, leżąc na lodzie z torsem zanurzonym w kipieli, chwycił najpierw szubę, potem dziewczynę, a na końcu Kolkę.
Płakała całą drogę. Chłopcy milczeli. Było im zimno. Szuba prawie ją zabiła po raz drugi. Najpierw rozłożyła się jak skrzydła na wietrze, pozwalając się wepchnąć w toń, a potem pociągnęła ku głębinom. Teraz sprawiała, że Janka zamarzała.
Nigdy więcej nie rozmawiali o topieli. Kolka bardzo się pochorował. A ona, gdy wróciła wtedy do domu, ściągnęła buty razem ze skórą. Dostała takich odmrożeń, że resztę zimy kuliła się z bólu.
Dlatego nie chciała ani jechać do Gorodczyna, ani wracać zimą przez zamarzniętą rzekę, ani narazić się znowu na jakichś zbójców. Nie każdy uwierzy, że jest kochanką Budianowa, tym bardziej że coraz częściej chodziły słuchy, jakoby on jednak za chłopcami lubił się uganiać.
- Słuchajcie, pojedziemy przez Krutowo - powiedział Kolka.
Spojrzeli na siebie z niedowierzaniem.
- Kolka, żartujesz? Przecież tam dziewczynę dopiero co zabili. Cała twarz zmasakrowana. Ktoś tam wychodzi od strony Głazów nocami, ludzie boją się wypuszczać córki, matki i siostry z domu. I wyraźnie Budianow powiedział, że to wioska przeklęta. My tam z kinem nie pojedziemy nawet, a co dopiero przejeżdżać obok tego ich cmentarzyska... - Janka bardzo dobrze pamiętała historię, o której dopiero co nawet ksiądz i batiusza mówili.
To była uczennica miejscowej szkoły. Napadnięto ją w październiku, a gdy znaleziono, była tak pobita, że poznano ją tylko po płaszczu, najmniej zakrwawionym.
- Nie będziemy się zatrzymywać. Tam chorzy na głowę ludzie żyją. I sami lubią mordować, wszyscy wiemy, jak jest. Lutek, ten twój ruski sąsiad, co mu pomagasz nieraz przy motórze, to może by ci za flaszkę szpirytu pożyczył jakiego straszaka? - Kolka miał rozwiązania na każdą sytuację, aż dziw, że brano go za niedorozwiniętego.
Kinooperator nie był zadowolony, ale chyba miał świadomość, że innej rady nie ma. Albo Gorodczyno i las, albo Gorodczyno i droga naokoło i kładka, przez którą niemal Jankę stracili w Odrynkach. Albo Gorodczyno, a potem przez Krutowo i prosto do Narwi. Tam żyją niebezpieczni ludzie, z krwią na rękach i z siekierami za plecami, jak to u nich mówiono. Ale przynajmniej wiedzieli, czego mogą się spodziewać. Przy dobrym przygotowaniu nic im nie grozi. A straszak przydałby się bardzo. Pogada ze Stachem, może sąsiad mu pożyczy jakieś cacko. Miał schowanego pod łóżkiem Mausera i fiodorowkę, a kto wie, co jeszcze. Lutek wprawdzie nie chciałby tego użyć i odbierać komukolwiek życie, ale postraszyć, żeby Jankę czy Kolkę ochronić, mógłby bez wahania. A zatem broń, medalik na szyję, bo podobno po krutowskich lasach jakieś zmory chadzają, i tak wyposażeni mogą jechać.
- Dobra, nie ma co dumać. Jedziemy przez Krutowo i las koło Głazów. Zmarli nam krzywdy nie zrobią, a żywi broni się wystraszą. Tym bardziej że w Krutowie broni palnej nie lubią za bardzo, bo wolą siekiery i kamienie... - Lutek podjął decyzję, której Janka nie odważyła się wypowiedzieć.
Poniedziałek był dniem wolnym. Po odprawie u kierownika udali się na pocztę po nowe taśmy. Skrzynię wypchano słomą, a w niej ciasno poukładano wielkie szpule z nowymi filmami. Były tam komedie i produkcyjniaki o dzielnych żołnierzach, co z bestiami zza zachodniej granicy walczą, był nawet kryminał o imperialistycznych wrogach, którzy spuszczają nocą stonkę ziemniaczaną na polskie pola, aby utrudnić życie biednym rolnikom. Jakby to ta stonka była największym problemem, pomyślała Janka, patrząc na niebieski stempel z napisem "Cenzura - dopuszczono do obiegu".
Kolka przeniósł skrzynię do izby w domu kultury, gdzie właśnie trwała próba miejscowego chóru dziecięcego. Alty i falsety snuły opowieść o dusiołku, co nocą siada na piersi kobiecie, która zabiła swoje dzieci.
- Słyszysz, Janka? Znak, żeby do Krutowa nie zajeżdżać - powiedział, wskazując głową na salę, z której słychać było makabryczną opowieść.
- Dobra, nie strasz, nie strasz. Nie takie buty żeśmy za wojny nosili, co by przestraszyć się jakichś historii o nawiedzonych lasach. Zresztą będziemy we troje, Lutek broń weźmie na straszaka. Ja wierzę, że tam dobrzy ludzie, jak i u nas, Kolka... - Janka próbowała zachować fason, ale w sumie to sama nie wiedziała, czy próbuje przekonać siebie, czy kolegę.
- Dobrych ludzi to zostało tyle co nic. Spaleni na Majdanku. Zagazowani w Auschwitz. Zakopani w lasach całej Polski. Wiesz, kto został? Waryjaci i młodzi, jak my. A młodość wszystko zniesie. Nawet spotkanie z duchami z Głazów. - Chłopak rozcapierzył palce i nachylił się ku dziewczynie.
Przed snem Janka wyliczała w głowie, jak dużo przeszła w swym dwudziestoletnim życiu. Utrata dziadków, koleżanek i kolegów. Pobicie przez Żorię, najgorszego bandytę w Narwi, zwanego Krwawym Ukraińczykiem. Ukrywanie Żydów przed Tarwińskim, najgorszym sołtysem w historii całej pięknej wioski.
Nie chciała myśleć o tym teraz. Jeszcze przyjdzie czas, że i my, czytający tę historię, dowiemy się, do czego zdolny jest człowiek, któremu wydaje się, że stoi ponad prawem. Teraz myśli Janki zaprzątało uporczywe jak giez latem przeczucie, że jutro wydarzy się coś, co na zawsze zmieni jej życie. Gorodczyno na koniec. Tak powiedział Budianow. W środku nocy ten rzucony od niechcenia komunikat brzmiał złowieszczo.
[1]Stakan - (ros.) szklanka.
[2]Multiki - (ros.) bajki, animacje.