Majowy weekend - Beata Waniek

-
Proszę czekać

Rozdział I

Ciekawe, skąd się wzięło przysłowie o nieszczęściach chodzących parami? Pewnie wymyślił je jakiś pierwotny pechowiec, któremu najpierw zgasł ogień, a potem sąsiad z jaskini, korzystając z ciemności, porwał upolowaną wcześniej zwierzynę. A może wpadł na to któryś ze starożytnych filozofów...? Nieważne. Marka Miśkiewicza tak naprawdę zupełnie nie interesowało, kto i kiedy wymyślił jakieś głupie powiedzenie. Od dzisiejszego wieczoru uważał bowiem, że zostało ono stworzone wyłącznie z myślą o nim. Tak. Bo Marek był największym pechowcem na Ziemi albo i w kosmosie. A może nawet w całej galaktyce. Był megapechowcem. Gigapechowcem! I nic już tego faktu nie zmieni.

Nieszczęście spadło na Marka podczas kolacji. Wtedy to tata oznajmił całej rodzinie, że jego firma ma poważne kłopoty i na planowany od dłuższego czasu tydzień na żaglówce będą mogli pojechać dopiero w wakacje, czyli za całe, długie, dwa miesiące! Początkowo Marek był przekonany, że tata żartuje. Przecież nieraz już tak było. Niestety, rzeczywistość okazała się okrutna. Piękny majowy weekend Marek spędzi w małym, nudnym miasteczku. A miało być tak wspaniale! Prawdziwa męska wyprawa. W każdym razie tak o niej myślał Marek. Może niezupełnie, bo mama i młodsza siostra Marka - Monika, też miały z nimi pływać, ale to baby i tak naprawdę się nie liczą. Dla nich najważniejszą sprawą jest wysmarowanie się jakimiś mazidłami i opalenie na czekoladkę. Ostatecznie jeszcze mama może się przydać, bo gotuje najlepiej na świecie, ale Monika na żaglówce to już - według Marka - zupełne nieporozumienie. I pewnie dlatego żadna z nich za bardzo się nie przejęła tym, że zostaną w domu. Mama nawet przekonywała, że powinni być wyrozumiali dla taty, bo ciężko pracuje, a oni przecież i tak pojadą na te żagle, tylko trochę później; poza tym tyle dzieciaków musi zostać w domu przez całe wakacje. I jak tu liczyć na wsparcie najbliższych? Ech... szkoda gadać. Jednak Marka za bardzo nie dziwiła postawa mamy i Moniki. Przecież, tak naprawdę, to żadna z nich nie ma zielonego pojęcia o sterowaniu czy stawianiu żagli. One po prostu nie wiedzą, co straciły. Nie to co on. Kiedy tylko tata pierwszy raz wspomniał o weekendzie na żaglówce, Marek wypożyczył z biblioteki wszystkie książki na temat żeglarstwa. Poza tym ze swoim najlepszym przyjacielem - Sławkiem ćwiczyli całymi dniami węzły. I jakby tego było mało, przejrzeli w internecie dziesiątki różnych stron o żeglowaniu. Co tu owijać w bawełnę. Marek był przygotowany na majową wyprawę perfekcyjnie.

A teraz co on powie chłopakom? Wszyscy mu zazdrościli. Nie mogło być inaczej. Jeżeli któryś z kolegów Marka wyjeżdżał, to najwyżej do dziadków. Marek tym razem przebił ich wszystkich, oznajmiając, że będzie drugim kapitanem podczas rejsu żaglówką. Nawet ten przemądrzały Bartek, który zawsze chwali się, że ma najlepsze i najdroższe rzeczy, nie miał nic do powiedzenia. Bartek uważa się za najważniejszego chłopaka w szkole i na podwórku, ba, nawet w całym ich małym miasteczku, bo jego tata jest burmistrzem. Bartkowi wydaje się, że teraz to mu wszystko wolno. Ciągle się wymądrza i nikogo nie słucha. Nawet w szkole potrafi pyskować do pana dyrektora i ciągle chodzi z takimi dwoma niesympatycznymi chłopakami z trzeciej klasy gimnazjum. Mama Marka twierdziła, że Bartek próbuje zwrócić na siebie uwagę swoich rodziców, którzy są zbyt zajęci pracą i wydaje im się, że synowi wystarczy kupowanie markowych ciuchów i zabawek. Marek miał jednak własne zdanie w tej sprawie. Bartkowi zwyczajnie władza taty uderzyła do głowy. Odbiło mu i tyle. Marek kiedyś lubił bawić się z Bartkiem. Chodzili razem do piątej klasy. Grali nawet w piłkę nożną w jednej drużynie. Ale teraz Marek raczej unikał z nim kontaktów. Nie lubił, jak ktoś zbytnio się rządzi i zawsze chce mieć rację. Poza tym ci dwaj z gimnazjum nie budzili w nim zaufania. W szkole nawet krążyła plotka, że mają na pieńku z policją za jakieś awantury. Nie, to nie jest towarzystwo dla niego. Zresztą trzeba szczerze przyznać, trochę się ich bał i przezornie wolał schodzić im z drogi. Bartek ze swoimi kumplami nie zaczepiali zbyt często Marka. Woleli dręczyć i straszyć dzieciaki z młodszych klas. Jednak kiedy Marek pochwalił się w klasie swoją wyprawą na żagle, Bartek zaczął patrzeć na niego krzywym okiem. Nie mógł znieść, że tym razem to Marek był najważniejszy.

- Jakbym tylko chciał, to mój tata załatwiłby mi rejs jachtem. Żaglówka to nic wielkiego - mówił lekceważąco, ale każdy i tak widział, że zazdrość go po prostu zżera.

No, a teraz Bartek będzie mógł się wyżyć, bo Marek nigdzie nie jedzie. Na pewno zacznie się z niego wyśmiewać. Przez tatę i jego głupią firmę Marek stanie się pośmiewiskiem całego podwórka i klasy. Pomyślą, że jest zwyczajnym kłamcą. A tak się cieszył... Dorośli powinni ponosić jakąś straszną karę za niedotrzymywanie obietnic. Niestety nie ma na to żadnego prawa i dzieci niewiele mogą zrobić. Ale on już coś wymyśli, żeby rodzice odczuli, jakie świństwo mu zrobili. Tata obiecał, potem nawalił, a teraz on musi ponosić konsekwencje. Tylko co może im zrobić? Może by się tak nie odzywać do rodziców przez kilka dni? W ogóle najlepiej byłoby zamknąć się na cały weekend w pokoju. Tylko że to niemożliwe. Może chociaż przez dwa dni uda się nie wychodzić na podwórko. Sławek pożyczył mu kilka fajnych gier, mógłby też zrobić sobie powtórkę z węzłów...

- Marek! Marek! - do pokoju chłopca wtargnęła jak burza jego młodsza siostra. - Mam niespodziankę. Zgadnij jaką?

- Ani mi się śni - burknął pod nosem. - Pewnie twoja lalka wygrała konkurs piękności.

- Nie zgadłeś, nie zgadłeś! - Monika skakała wokół brata. - Ale masz jeszcze jedną szansę.

Marek postanowił zignorować siostrę. Denerwowała go dziś podwójnie. Poza tym trzeba pamiętać, że to, co cieszyło siedmioletnie dziecko, nie mogło być równie ważne dla dwunastoletniego chłopaka. Marek przekonał się o tym już niejeden raz. On i Monika to dwa różne światy, a nawet kosmosy. Była jego siostrą i nigdy nie pozwoliłby, żeby ktoś jej zrobił krzywdę, ale na co dzień wolał, by nie wchodziła mu w drogę. Teraz też nie pozwoli wciągnąć się w jakieś dziecinne zgadywanki. Nie ma mowy. Włączył komputer i udawał, że jest czymś bardzo zajęty. Monika była jednak małym uparciuchem i łatwo nie dawała za wygraną.

- Podpowiedzieć ci braciszku - trajkotała wesoło - czy może się poddajesz?

- OK, poddaję się - Marek pragnął jak najszybciej pozbyć się siostry. - Powiedz wreszcie, co to za niespodzianka i wyjdź z mojego pokoju.

Dziewczynka postanowiła jednak wystawić cierpliwość brata na próbę. Umilkła nagle i zaczęła przyglądać się z zainteresowaniem zawieszonej na ścianie wielkiej mapie świata. Marek zaznaczał na niej kolorowymi szpileczkami miejsca, gdzie chciałby w przyszłości pojechać.

- Marek, a gdzie dokładnie w Anglii pracuje wujek Grzesiu? - spytała Monika swoim słodziutkim, niewinnym głosikiem.

Chłopiec był na sto procent pewien, że robiła to specjalnie, żeby go zdenerwować. Przybiega z taką ważną sprawą, a teraz co? Przypomniała sobie nagle o wujku? Pewnie myśli, że będzie ją prosił. Za żadne skarby świata. Niedoczekanie. Miał ochotę wystawić siostrę za drzwi. Jednak z drugiej strony trochę go ciekawiła ta niespodzianka. Ee... pewnie jakaś totalna bzdura. Nie zależy mu.

- Mówisz czy nie? - zwrócił się do siostry. - Jeśli nie masz zamiaru powiedzieć, to zamknij drzwi z drugiej strony, OK?

- Mama przed chwilą dzwoniła do cioci Ewy - wypaliła konspiracyjnym szeptem Monika. Zrobiła przy tym minę, jakby powierzyła właśnie Markowi tajemnicę najwyższej wagi państwowej. Zapadła chwila ciszy. Monika w napięciu przyglądała się bratu, czekając na jego reakcję.

- Też mi nowina! - Marek tylko wzruszył ramionami. - Przecież mama z ciocią rozmawiają z sobą co najmniej raz w tygodniu. Ale sensacja! - prychnął. - Zmykaj stąd, już. Chcę być sam.

Monika jednak nie zamierzała ruszyć się nawet na krok. Jak ten Marek zupełnie nic nie rozumie. Niby taki mądry, a jak Monika mu jasno czegoś nie powie, to on sam na pewno się nie domyśli.

- Że też muszę ci wszystko tłumaczyć - westchnęła głośno. - Nasza mama zaprosiła do nas ciocię na weekend. I to nie samą, ale razem z Aśką!

Tym razem Monice udało się wywrzeć wrażenie na bracie. Wszystkiego mógł się spodziewać, ale wizyty cioci i Aśki? Przy tej nowinie nawet żagle nie mają takiego znaczenia.

Ciocia Ewa była siostrą mamy i ich najukochańszą ciocią. Aśka, rówieśniczka Marka, to jej córka. Chłopiec bardzo lubił kuzynkę. Chociaż była dziewczyną, to można było się z nią całkiem fajnie bawić. Ogólnie Marka denerwowały dziewczyny. Zupełnie ich nie rozumiał. Nie potrafił z nimi rozmawiać. Ale kuzynka różniła się od koleżanek Marka z klasy. Nie chichotała z byle powodu i nie gadała ciągle o modzie, aktorach czy innych głupotach. Aśka była po prostu inna. Dużo czytała, znała się na geografii. Ale dla Marka najważniejsze było to, że kuzynka tak jak on lubiła sport. I była w tym dobra. Na rowerze jeździła o sto razy lepiej niż Marek. Biegała też szybciej niż niejeden chłopak. Jej największym marzeniem był start na igrzyskach olimpijskich. I Marek wierzył, że jej się to uda. Była niezwykle konsekwentna. A do tego Aśka miała poczucie humoru. Nie obrażała się o byle co, jak inne dziewczyny.

Marek i jego siostra bardzo lubili, kiedy ciocia z Aśką do nich przyjeżdżały. Zawsze miały mnóstwo rewelacyjnych pomysłów. Kiedyś urządziły konkurs na najstraszniejsze przebranie zrobione ze starych gazet. Jednak najfajniej było, jak ogłosiły dzień dziwnych kroków. Każdy z nich, czyli: Marek, Monika, mama z tatą oraz ciocia i Aśka, miał wymyślić sobie jakiś dziwaczny krok. Najpierw trzeba było zaprezentować go wszystkim, a później chodzić wymyślonym przez siebie krokiem od obiadu aż do kolacji. Jeżeli ktoś z nich zacząłby w tym czasie chodzić zwyczajnie, to za karę miał zmywać po kolacji. Nikt nie zamierzał się poddać, więc śmiechu było co niemiara. Podskakiwali sobie, drobili na paluszkach, robili dwa kroki w tył, a jeden w przód. Ale najzabawniej wyglądał tata Marka - Artur, który przy każdym kroku podnosił kolana wysoko, prawie pod brodę. Robił do tego taki śmieszny ruch głową do przodu. I trzeba przyznać, że pan Miśkiewicz był przy tym bardzo dzielny. Mieli wówczas w planach wyjazd nad wodę i tata musiał przemaszerować wymyślonym przez siebie krokiem aż do garażu. Całą rodzinką czekali na niego koło bloku, dosłownie płacząc ze śmiechu. Oczywiście tata zwrócił na siebie uwagę wszystkich sąsiadów. Państwo Kłosińscy chcieli nawet wezwać lekarza.

- To pewnie z przepracowania - przekonywała mamę sąsiadka. - Dzisiaj ludzie nie wytrzymują tego tempa. Nie powinna pani bagatelizować takiego zachowania. Znam świetnego psychiatrę.

- Dziękuję państwu bardzo - mamie na chwilę udało się opanować śmiech. - To właśnie lekarz zalecił mężowi te ćwiczenia. Są świetne na kręgosłup. Artur ich potrzebuje. Większość czasu spędza przy komputerze - tłumaczyła. - Te kroki rozciągają i pobudzają całe ciało.

Marek z niedowierzaniem przysłuchiwał się, jak mama bez mrugnięcia okiem kłamie. A zawsze im powtarza, że kłamstwo jest wstrętne i w ich domu niedozwolone. Jednak panią Kłosińską i jej męża uspokoiło trochę wyjaśnienie mamy. Ale nie na długo, bo wtedy tata podjechał po resztę rodzinki i wszyscy ruszyli do samochodu w pełnych wdzięku wygibasach.

- Ćwiczymy wszyscy! - dla uspokojenia sąsiadów zdążyła jeszcze krzyknąć Aśka.

To wspomnienie i obraz zdziwionych państwa Kłosińskich wywołuje w ich rodzinie szczery śmiech, tym bardziej że sąsiedzi od tamtej pory za każdym razem dziwnie im się przyglądają.

Zawsze kiedy ciocia z Aśką do nich przyjeżdżały, wiele się działo. Ale teraz to będzie zupełnie inaczej. Marek był tego pewien. W zeszłym roku Aśka miała poważny wypadek samochodowy. Podobno kierowca zbyt szybko jechał. Marek pamięta jeszcze, jak mama wtedy ciągle płakała. Rozumiał, że stało się coś złego, ale bał się zapytać. Potem rodzice powiedzieli im, że lekarze amputowali Aśce jedną nogę i będzie musiała przez kilka miesięcy leżeć w szpitalu. A później zrobią dla niej taką sztuczną nogę, żeby mogła chodzić. Dorośli cieszyli się, że wszystko w miarę szczęśliwie się skończyło, ale Marek nie był o tym przekonany. Bo jak można chodzić na sztucznej nodze? Z czego ją zrobią? Z drewna, plastiku? A jeśli pęknie albo spadnie, to co wtedy? No i co ze sportową karierą Aśki, o której tak bardzo marzyła? Marek jednak nie podzielił się z nikim swoimi wątpliwościami. Nie chciał psuć dorosłym ich niezrozumiałej dla niego radości. Z czasem coraz mniej myślał o kuzynce. Miał przecież tyle własnych spraw na głowie. A teraz jego mała siostra informuje go, że Aśka jutro do nich przyjedzie. Nie widział jej od wypadku. Z jednej strony cieszył się i był ciekaw, jaka teraz jest Aśka, ale zupełnie nie miał pojęcia, o czym będzie z nią rozmawiał. Na pewno nie o sporcie, bo kuzynka raczej nie może już biegać ani jeździć na rowerze. Może w ogóle się zmieniła i zapomniała o śmiechu i wygłupach? Marek, gdyby był na jej miejscu, nie miałby już na nie ochoty. Czy powinien jej współczuć, czy raczej udawać, że nic się nie stało? A jeśli chłopaki zaczną go wypytywać o Aśkę albo - co gorsza - wyśmiewać się z niej, to co wtedy? Sam kiedyś widział, jak Bartek z kumplami przedrzeźniali chłopaka ze złamaną nogą, który szedł o kulach.

- Zapomniałam ci powiedzieć o najważniejszym - drzwi pokoju Marka nagle się otworzyły i pojawiła się w nich głowa siostry. - Przez trzy dni będę mieszkać w twoim pokoju. Cieszysz się?

Dziewczynka jednak nie musiała czekać na odpowiedź. W jej stronę leciała wielka poduszka. Monika ze śmiechem szybko zamknęła drzwi, a Marek był załamany. Tego było dla niego za wiele. Nie dość, że na żagle jedzie dopiero za dwa miesiące i będzie musiał tłumaczyć się z tego przed chłopakami, to jeszcze Monika w jego pokoju!

- Nie ma większego pechowca ode mnie - mruknął do siebie Marek. - Dlaczego nieszczęścia muszą chodzić zawsze parami?