Majorka. Nie tylko pod palmą - Anna Klara Majewska

Kup ebooka

55.99 zł
41.99 zł (40,11 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

I.

Moja wyspa

.

Majorka jest jak piękna kobieta - łatwo się w niej zakochać, ale to zwykle trudna i często nieodwzajemniona miłość. Dlatego wielu admiratorów odchodzi z kwitkiem, inni długo i bez powodzenia walczą o jej względy, a tylko nieliczni, ci bezwarunkowo zakochani, trwają przy niej przez lata, znosząc wszelkie przykrości i niewygody tego jednostronnego uczucia.

Do tych najwierniejszych wielbicieli należę ja. Moja fascynacja wyspą trwa już ponad ćwierć wieku i mimo często niesprzyjających wiatrów nie wyobrażam sobie życia bez Majorki, szczególnie podczas zimowych miesięcy.

Zaczęło się banalnie - po raz pierwszy przyleciałam na wyspę w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych na krótkie wakacje. Miałam szczęście zamieszkać w stylowym hotelu La Residencia, położonym na słonecznym stoku w malowniczej miejscowości Deia (Deyá). Z tarasu apartamentu rozciągał się widok na zachodzące w morzu słońce, wart więcej niż pięć hotelowych gwiazdek, a palmy, pomarańczowe gaje i zawsze błękitne niebo tworzyły bajeczną scenerię moich wakacji. Znalazłam się w raju, do którego wracałam potem każdego lata. Zwykle zatrzymywałam się ze swoim małym synkiem w domu przyjaciółki niedaleko Palmy, poznając codzienne życie na wyspie. Syn chodził do letniej szkółki, a ja na wędrówki po mieście albo na targ podpatrywać lokalne zwyczaje, smaki i smaczki. Aż w końcu życiowe okoliczności tak się ułożyły, że pewnego sierpniowego dnia 2001 roku mogłam spakować cały dobytek do wielkiej lory i przeprowadzić się tu z synem na stałe.

Nie wyobrażam sobie życia bez Majorki

Majorka od razu wystawiła mnie na próbę. Domek, który wynajęłam korespondencyjnie na podstawie zdjęć z internetu, okazał się niemalże ruderą zamieszkałą przez ogromne karaluchy, które z początku wzięłam za niewinne chrabąszcze. U mojego ówczesnego narzeczonego, który miał do nas niebawem dołączyć, zdiagnozowano poważną chorobę, która zatrzymała go w szpitalu na długie miesiące. Zaledwie parę dni później, 11 września, atak terrorystyczny w Ameryce odciął nas od siebie, a Majorkę od świata - lotnisko w Palmie zamknięto na cztery spusty. Jednocześnie, zupełnie nietypowo jak na wrzesień, popsuła się pogoda i moją słoneczną wyspę na wiele dni spowiła gęsta mgła, a do smutnego palmeńskiego portu, w którym wcześniej podziwiałam luksusowe jachty, wpłynęły groźne okręty wojenne. Jakby tego było mało, na początku października wyspę nawiedziły niespotykanie silne ulewy, a nasz domek, z powodu niedrożnych odpływów, znalazł się częściowo pod wodą. Chodziłam po położonym na najniższym piętrze salonie w kaloszach, wylewałam wodę wiadrami i próbowałam nie zwariować.

Udało się! Przetrwałam. Przestało padać, karaluchy zostały pożarte przez łakome jaszczurki, samoloty znów latały, syn polubił nową szkołę, zaczęliśmy osiadać w nowej rzeczywistości. Spełniłam swoje marzenia, zamieszkałam dosłownie pod palmami i pod Palmą, z okna widziałam odległą panoramę miasta i bezkresne morze, w ogródku dojrzewały pomarańcze i prawie codziennie świeciło słońce. Czego chcieć więcej? Było pięknie i wesoło, ale też czasami ciężko i samotnie. To wszystko - nasze przygody, codzienność, ludzie, których poznaliśmy - zainspirowało mnie do napisania książki Rok na Majorce[2]. W rzeczywistości nie był to rok, ale dwa lata, a potem, mieszkając już na stałe w Polsce, uciekałam każdej zimy na moją wyspę. Najpierw były to krótkie wypady, a gdy syn dorósł i już nie wymagał matkowania, zostawałam na Majorce przez miesiąc, potem dwa, trzy... Aż wreszcie w zeszłym roku pandemia zatrzymała mnie tu na dłużej. I jak dotąd wygląda na to, że jesteśmy już na siebie miło skazane.

Banyalbufar - górska wioska położona na kamiennych tarasach

Zanim przyjechałam tu po raz pierwszy w latach dziewięćdziesiątych, miałam o Majorce jak najgorsze zdanie. W tamtym czasie spędzałam wakacje na Mazurach, w Grecji, w dawnej Jugosławii, czasami na Ibizie, która była modna, miała dyskretny urok hipisowskiego luksusu i magnetyzm marihuany palonej na plaży przy dźwiękach muzyki z Café del Mar.

Za to Majorka w krajach niemieckojęzycznych, a mieszkałam wtedy w Austrii, nie cieszyła się dobrą opinią. Nazywano ją wprost "Putzfraueninsel", Wyspą Sprzątaczek, bo wielu kojarzyła się z miejscem taniego wypoczynku all inclusive dla niewymagających turystów. Łatka przylgnęła do niej nie bez powodu - już od lat sześćdziesiątych hotelowe gmaszyska, którymi zabudowano najpiękniejsze plaże, i czarterowy boom kusiły klientów niskimi cenami i niewyszukaną ofertą. To wtedy powstały wielkie urbanistyczne makabryły, jak zbudowane od zera miejscowości S'Arenal (El Arenal) czy Magaluf, które stoją i straszą, lekko podrasowane, do dziś. Bez planu, gustu, historii i kultury. Gdzieś z dala od tego kryła się inna Majorka - wyspa artystów, hipisów, milionerów, poszukiwaczy przygód, bankrutów, wszelkiej maści uciekinierów przed dotychczasowym życiem, fiskusem albo małżonkiem. Majorka zdystansowana do masowej turystyki, zaszyta w swoich wiejskich domach, nadmorskich rezydencjach, alternatywnych komunach, stylowych mieszkaniach staromiejskich kamienic czy uroczych domkach małych miasteczek, snobująca się na "prawdziwe lokalne życie". No i oczywiście Majorka tubylców, tych urodzonych na wyspie, którzy pomału zaczynają być mniejszością, wypierani przez cudzoziemców stęsknionych za śródziemnomorskim flair albo przybyłych tu za chlebem.

I nawet jeśli skuszeni superofertą last minute wylądujecie w jednej z turystycznych twierdz przy zatłoczonej plaży, nie traćcie czasu na rozwodnione drinki przy hotelowym basenie! Poznajcie wyspę, jej wspaniałe krajobrazy, ludzi, kuchnię, historię. Odkryjcie prawdziwą Majorkę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki