Wstęp
Irak, Kuwejt - lato 1990
Sajf Udin, miecz wiary - tajna operacja irackiego wywiadu weszła w fazę realizacji. Był drugi sierpnia 1990 roku. Konwój kilku samochodów
minął z dużą szybkością zjazd z autostrady numer 1, łączącej Bagdad i Basrę. Powietrze falowało. Temperatura w cieniu przekraczała
czterdzieści stopni Celsjusza.
Na czele konwoju jechał czarny mercedes klasy G, z pachnącą skórzaną
tapicerką. Za nim sunęły trzy radzieckie UAZ-y koloru piaskowego.
Wydzielony oddział irackiej służby specjalnej, Mukhabaratu, dowodzony
przez kapitana Farisa Karima, liczył kilkunastu funkcjonariuszy
doświadczonych w realizacji działań specjalnych za granicą.
Mieli już za sobą kilkunastogodzinną drogę z Bagdadu. Na siódmym
kilometrze od zjazdu na Az-Zubajr skręcili gwałtownie w prawo w początkowo asfaltową, a potem szutrową, pustynną drogę. Tumany
pustynnego piasku i drobne kamyczki poderwały się za nimi. Po
przejechaniu kolejnych czterech kilometrów dotarli do niepozornego z zewnątrz, murowanego, jednopiętrowego budynku. Otaczało go kilka
zabudowań stanowiących zwartą całość. Niczym nie wyróżniały się spośród
pozostałych w tej okolicy. Wokół rosło trochę starych palm daktylowych i solidnych akacji, które nadawały otoczeniu charakter oazy.
Zielonoszara blaszana brama nagle się otworzyła. Samochody zwolniły i powoli wjechały do środka. Pozostała za nimi tylko smuga kurzu. Starszy
mężczyzna ubrany w tradycyjny strój - szarą galabiję - na znak powitania
machnął do nich ręką. O nic nie pytał. Szybko zamknął bramę, która z charakterystycznym metalicznym hukiem uderzyła w ościeżnicę.
Znajdowali się na dziedzińcu pustynnej posiadłości należącej do
Mukhabaratu. To była jedna z tajnych placówek terenowych, nastawiona na
płytki wywiad po kuwejckiej stronie granicy. Mężczyźni ubrani w zielono-brązowo-czarne mundury bez jakichkolwiek dystynkcji wyszli z samochodów. O tym, że są Irakijczykami, świadczyły jedynie grube zielone
pasy, zwieńczone klamrą z orłem - symbolem państwa Saddama. Z pasów
zwisały kabury z pistoletami Tariq - lokalnym klonem włoskiej beretty.
Karabinki AK-47 w wygodnych do transportu wersjach ze składanymi kolbami
leżały w samochodach, podobnie jak granatnik RPG-7 z zapasem pocisków i skrzynki z amunicją 7,62 mm. W bagażnikach zmieściły się jeszcze różnego
rodzaju narzędzia i metalowe, zamykane na klucz kasety.
Wszyscy byli zmęczeni drogą, a zwłaszcza ostrym słońcem pustyni. W drzwiach budynku przywitał ich oficer irackiej bezpieki.
- Kapitan Faris Karim? Pokoje i kolacja są przygotowane. Samochody
zatankujemy za chwilę - powiedział. - Przyszła dla was informacja z centrali. Operacja ma być realizowana zgodnie z planem. Wszystkie
przedmioty są na terenie obiektu. Życzyli wam powodzenia. Łączność ma
być utrzymywana na otwartych kanałach radiowych, z zachowaniem
przyjętych kodów.
Powoli zapadał zmierzch. Żar spływający z nieba wreszcie nieco zelżał.
Na dziedzińcu czuć było aromat świeżo parzonej kawy z kardamonem,
zmieszany z zapachem jagnięciny przygotowywanej od rana na kuchennym
rożnie. Kapitan wyszedł na otoczony murem dach budynku. Chciał popatrzeć
na zachodzące nad pustynią słońce. Mury zabudowań stopniowo stygły i wydzielały charakterystyczną tylko dla tego miejsca i klimatu woń
kamienia, zaprawy, wytartej ceramicznej posadzki, cegieł i starego
drewna. Kapitan zaciągnął się głęboko dobrym, amerykańskim papierosem.
Uwielbiał tę porę dnia, ciszę, te pomieszane zapachy, których tylko
tutaj można było doświadczyć.
"Ale spokój. Spokój przed burzą. Jutro się zacznie. A kiedy i jak się
skończy? Bóg raczy wiedzieć" - pomyślał z nostalgią i zmrużył oczy,
patrząc na czerwone, chowające się za łagodną linią horyzontu słońce.
- Panie kapitanie! - Jeden z funkcjonariuszy, pełniący służbę dyżurną w pomieszczeniu radiostacji, podszedł do niego energicznym krokiem. -
Kucharz powiedział, że kolacja gotowa. Zapraszamy. Jagnięcina jest
świeżutka, a nasz kucharz to mistrz, bez którego ciężko byłoby wytrzymać
na tym odludziu.
Kapitan wszedł do obszernej sali, w której powoli zbierali się jego
ludzie. Był tam już porucznik i dwóch podoficerów. Na dywanach
poustawiano metalowe, owalne tace z kawałkami jagnięciny, ryżem z przyprawami i grillowanymi warzywami oraz zimną wodę w dzbankach. Wokół
porozkładano wielkie poduchy do siedzenia. Salę oświetlało kilka lamp ze
stylowymi, metalowymi abażurami.
- Musicie nabrać sił przed dalszą wyprawą. Częstujcie się. Po kolacji
zapraszam na kawę ze świeżo zmielonym kardamonem - zagaił gospodarz. -
Będziemy sami. Od rana wszystkie nasze oddziały zwiadowcze są w terenie.
Sami rozumiecie. Powrót do kraju naszej starej muhafazy w Kuwejcie już
się zbliża.
Kapitan miał pozostać ze swoją grupą w tym miejscu do następnego dnia.
Około czwartej nad ranem obudził ich huraganowy odgłos wystrzałów. Po
chwili jednak wszyscy znowu spali, obojętni na to, co dzieje się w pobliżu. W końcu tak miało być. Rozpoczął się atak Iraku na Kuwejt.
Konwój Farisa Karima ruszył dalej dopiero dwanaście godzin po
rozpoczęciu działań zbrojnych, gdy słońce stało wysoko nad pustynią.
Mieli jechać do granicznej irackiej miejscowości Safwan, a następnie
skierować się do stolicy Kuwejtu. Na ten moment czekali od siedemnastego
lipca. To wtedy dowiedzieli się, że Irak zaatakuje Kuwejt. Ponad sto
tysięcy irackich żołnierzy i dwa tysiące czołgów zaczęło wtedy powolne,
ciche przegrupowanie. W tym okresie zadania otrzymały też irackie służby
specjalne - wywiad oraz groźna, niezwykle brutalna bezpieka.
* * *
Kilkanaście kilometrów za granicą, na wysokości Ar-Raudatain, konwój
minął kolumnę irackiej Gwardii Republikańskiej. Faris Karim odniósł
wrażenie, że ma przed sobą grupę najemników z różnych krajów. Wszystko
dlatego, że sprzęt, którym dysponowała ta jednostka, wyglądał tak, jakby
pochodził z demobilu wielu armii. W kolumnie leniwie sunęły sowieckie
czołgi T-72 i transportery BMP-1, enerdowskie ciężarówki IFA, polskie
transportery gąsienicowe MT-LB i amerykańskie M-113. Tuż za nimi jechały
wypełnione żołnierzami węgierskie autobusy Ikarus, pomalowane na kolor
piaskowy. Co jakiś czas wszystkich wyprzedzały UAZ-y pełne irackich
żołnierzy nastawionych na zgarnianie łupów: szwajcarskich zegarków,
złotych wiecznych piór i sprzętu elektronicznego z kuwejckich sklepów.
- Z wozów! Już! - W samochodowych radiostacjach rozległ się skrzeczący
krzyk kapitana Karima. - Kryć się, na pobocze! Jak najdalej od jezdni!
Nad kolumnę Gwardii Republikańskiej, którą minęli kilkadziesiąt sekund
wcześniej, nadleciał amerykański, szturmowy
A-4 Skyhawk w barwach Kuwejckich Sił Powietrznych. Wprawdzie dzień
wcześniej został przebazowany na lotnisko w Arabii Saudyjskiej, ale
dzisiaj pilot wbrew rozkazowi, na własną rękę polował na kolumny
agresorów. Żołnierze w czołgach i na transporterach oraz funkcjonariusze
irackiego Mukhabaratu mogli usłyszeć jedynie świst rakiet i ich głuche
wybuchy. Jednak wielu jadących za nimi dosięgły pociski z dwudziestomilimetrowych pokładowych działek Kuwejtczyka. Samolot
bezlitośnie rozbijał pojazdy i masakrował rozbiegających się
Irakijczyków. Wkrótce odezwały się również irackie samobieżne zestawy
obrony przeciwlotniczej ZSU 23-4 i gradem pocisków z poczwórnych działek
poszatkowały samolot porucznika Sadżida Al-Zaabiego. Kuwejcka maszyna
runęła kilkaset metrów od drogi i eksplodowała. Pilot nie zdołał się
katapultować.
- Popatrzcie, jaki piękny widok na horyzoncie - powiedział z satysfakcją
kapitan Faris Karim, wstając z piasku i otrzepując mundur. Ręką pokazał
płonące za wzgórzem szczątki kuwejckiego Skyhawka.
"Przynajmniej jeden odważny, bo emir pewnie już uciekł do Arabii
Saudyjskiej" - pomyślał kapitan, który jako Kurd doceniał żołnierskie
męstwo. W duszy poczuł nawet lekką sympatię do tego odważnego pilota.
Nikomu o tym nie powiedział, spojrzał tylko z podziwem na najładniejszy
fragment pustyni w rejonie Kuwejtu.
- Podnosić dupy i ruszamy dalej, póki ta hołota, którą mijaliśmy, nie
rzuci się na Kuwejt jak głodne sępy.
Zadanie, jakie otrzymał kapitan Faris Karim, różniło się od tych, które
wypełniał dotychczas. Wiedział, że akcję nadzoruje osobiście stojący na
czele służby zięć Saddama Husajna, Husajn Kamal Al-Madżid. A to mogło
wróżyć nagrody, awanse albo - w przypadku porażki - nawet śmierć w męczarniach. Wiedział, że jego służba zafunduje mieszkańcom Kuwejtu to
samo, co stało się udziałem zbuntowanych Kurdów, a także arabskich
szyitów. On i jego koledzy przywiozą do podbitego kraju okrucieństwo,
tortury, elektrowstrząsy, gwałty na kobietach i egzekucje poprzedzone
zanurzaniem ludzi w żrącym kwasie, amputacjami lub okaleczaniem różnych
części ciała.
Zanim Faris Karim wstąpił do służby, przebywał z rodzicami za granicą,
na placówkach dyplomatycznych w Europie. Jego ojciec był Kurdem,
zawodowym irackim dyplomatą, a matka Arabką, pracującą w Ministerstwie
Finansów. Rodzice byli sunnitami, choć o poglądach bardzo laickich. On
sam po ukończeniu studiów z zakresu stosunków międzynarodowych w Paryżu
wrócił do Iraku i podjął wbrew ich woli studia na najstarszym wydziale
bagdadzkiego uniwersytetu - College of Art. Był to rezultat jego
fascynacji sztuką zachodnią. Być może dlatego kapitan Faris Karim został
wybrany do udziału w operacji Sajf Udin.
* * *
- Zatrzymać się! - padła przez radio komenda kapitana.
Kolumna zjechała na pobocze. Funkcjonariusze Mukhabaratu opuścili
pojazdy.
- Popatrzcie. Z lewej strony mamy zatokę, dalej elektrownię i drogę do
centrum stolicy. My jesteśmy tutaj, w rejonie Mutla Ridge - opisywał
dowódca i pokazywał lokalizację grupy na mapie rozłożonej na masce
mercedesa. - Obiekt, który jest celem naszej operacji, znajduje się
tutaj, niedaleko, na przedmieściach, zaraz za Al-Dżahrą. W pobliżu
prawdopodobnie nie będzie oddziałów kuwejckich, skupionych na obronie
obiektów rządowych, ani naszych żołnierzy-szabrowników. Każdy zna swoje
zadania. Ruszamy!
Słońce stało w zenicie. Cienie wszystkich budynków prawie pokrywały się
z ich obrysem. Konwój ruszył ulicami wyludnionych przedmieść stolicy
Kuwejtu, wśród pojedynczych odgłosów walk, dochodzących z okolicy bazy
lotniczej Ali Al-Salem oraz z centrum miasta. Żołnierze Karima wjechali
na szeroką aleję Jahra Road. Zobaczyli lazur Zatoki Perskiej i poczuli
wyraźny zapach morza na bulwarze Jamal Abdul Nasser. Powoli skręcili w prawo, w gęsto zabudowany teren. Wokół panowała grobowa cisza. Bogaci
mieszkańcy tych okolic mieli się czego bać. Jeszcze przed agresją
krążyły pogłoski, że przebywający tu na stałe Palestyńczycy będą
przewodnikami Irakijczyków w Kuwejcie - będą wskazywać sklepy, magazyny
i domy zamożnych Kuwejtczyków. Jak się okazało, w tych plotkach było
ziarno prawdy. Informacje wywiadowcze, jakie Faris Karim otrzymał
jeszcze w Bagdadzie, były wyjątkowo precyzyjne. Dostał opisy dojazdu i zdjęcia obiektu, którym miał się zająć.
Sunące powoli cztery samochody zatrzymały się przed dużym,
dwukondygnacyjnym budynkiem otoczonym murem. Kierowcy nie wyłączali
silników.
Dom był duży i zadbany, chociaż z zewnątrz nie wyróżniał się wyjątkowym
przepychem. Na dachu widać było zbiorniki na wodę i kilkanaście urządzeń
klimatyzacyjnych, a w ogrodzie dobrze utrzymaną zieleń, niewysokie palmy
i żywopłot. Solidna furtka i ciężka brama zamykająca podjazd dla kilku
samochodów dopełniały obrazu całości. Budynek na obrzeżach Kuwait City
należał do zamożnego rodu Al-Zaabich, poważanego w Kuwejcie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
- Wysiadka, koniec podróży. Jesteśmy na miejscu - zakomunikował przez
radio kapitan. - Przypominam. Czwórka zabezpiecza front budynku od
ulicy. Trójka tyły domu od strony ogrodu. Dwójka i Jedynka wchodzą ze
mną do środka. Pamiętajcie. Bez zbędnych ofiar i nadmiernej strzelaniny
- no, chyba że nie będą chcieli nas zaprosić na śniadanie.
Dwóch funkcjonariuszy z ostatniego UAZ-a wyłamało łomem furtkę, a następnie sprawnie otworzyło bramę nożycami do cięcia stali. Po chwili
na podjazd wtoczyły się wszystkie cztery samochody, a bramę zamknięto od
wewnątrz. Pojazdy zatrzymały się. Wybiegli z nich funkcjonariusze
Mukhabaratu z odbezpieczoną bronią i zajęli pozycje zgodnie z przygotowanym planem.
- Otwierać! Natychmiast! - krzyknął jeden z intruzów, uderzając w duże,
dębowe skrzydła drzwi.
Wrota powoli się uchyliły i stanął w nich człowiek ubrany w tradycyjny
strój - białą kefiję na głowie i czarną galabiję opadającą do samych
stóp. Wyglądał na Pakistańczyka. Wysoki, szczupły, siwiejący starszy
mężczyzna.
- Słucham? - zapytał z wyraźną wyższością. - Pana nie ma w domu. Proszę
natychmiast opuścić posiadłość szejka Al-Zaabiego.
W tym momencie otrzymał cios w głowę kolbą kałasznikowa i został
wepchnięty do wnętrza. Kilku umundurowanych mężczyzn weszło do środka.
- Kto oprócz ciebie jest w domu? Kto jeszcze? Mów! - krzyknął Faris
Karim do zalanego krwią służącego, przykładając mu do czoła swój
pistolet.
- Bandyci, psy, wynocha stąd! - wyszeptał Pakistańczyk.
Karim wiedział, że dalsza rozmowa nie ma sensu. Lekko pociągnął za
spust. Głuchy odgłos i rozbryzgany mózg Qureshiego, który od dwudziestu
lat służył rodzinie Al-Zaabich, wylał się wraz z ciemną krwią na
niebieskoszary, błyszczący, jedwabny perski dywan.
Faris Karim niedbale zarzucił nogą kawałek dywanu na jeszcze gorące
ciało.
- Zabrać go z przejścia. Zaczynamy. Pamiętajcie, szukamy sejfu lub
jakichś skrytek. Jak znajdziecie, to meldować, nie otwierać. Mogą być
jakieś zabezpieczenia, a my nie potrzebujemy żadnych niespodzianek. Mamy
kilkanaście godzin. Do popołudnia trzeba to skończyć. Ruszymy przed
zachodem słońca.
Obszerny parter budynku zbudowany był w typowo arabskim stylu. Na
podłodze leżały duże, cienkie dywany - zarówno jedwabne perskie, jak i wełniane buchary. Faris Karim zauważył na ścianach ceglasto-czarne
kurdyjskie kilimy, które można spotkać w starych domach wysoko w górach
Qandil. Z sufitu zwisał kryształowy żyrandol, rozświetlony kilkunastoma
żarówkami. Na środku hallu szumiała niewielka fontanna z białego
alabastru. Biel ścian w pomieszczeniu podkreślały ciemne, drewniane
wykończenia łuków i przepierzeń oraz ciężkie rzeźbione krzesła. W złotych ramach zamiast arabskich, kiczowatych obrazów wisiały kopie
mniej znanych mistrzów dziewiętnastowiecznego europejskiego malarstwa.
Naprzeciwko drzwi widać było schody, które na półpiętrze rozchodziły się
w przeciwległych kierunkach do kilkunastu pokoi. Obok krótki korytarz
prowadził do salonu połączonego drzwiami z kuchnią, a nieco dalej
widniało okazałe wyjście przez podcienia do zadbanego, niewielkiego
ogrodu na tyłach budynku. Architekt umieścił tam nieduży basen, a właściciel postawił w tym miejscu także agregat prądotwórczy.
Faris Karim wszedł do salonu. Znajdowało się w nim wiele dywanowych
poduch do siedzenia. Podłogę pokrywały jedwabno-wełniane beludże.
Pośrodku największej ściany salonu wisiało oprawione w solidne ramy,
duże, czarno-białe zdjęcie Araba w brytyjskim mundurze. Karim podszedł
bliżej. Na dole zdjęcia zobaczył odręczny napis w nieznanym mu, dziwnym
europejskim języku. Zdołał odczytać jedynie: "Kosciuszko. Basra. 1943" i jakiś niezrozumiały podpis rozpoczynający się na literę "K". Widać było,
że fotografię zrobiono na terenie portu, w czasie rozładunku jakiegoś
statku ze sprzętem wojskowym. Była oświetlona z góry wąską, mosiężną
lampą, podobną do tych, jakie widywał w europejskich muzeach.
Dowódca misji usiadł na podłodze, odłożył jeszcze ciepłego po wystrzale
tariqa i zmrużył na chwilę oczy. Przyglądał się otaczającym go obrazom.
Przez moment wydawało mu się, że wszystkie pastelowe twarze patrzą na
niego z nienawiścią.
- Kapitanie! - Krzyk podwładnego wybudził Farisa Karima z kilkunastominutowego letargu. - Coś chyba znaleźliśmy. To może być sejf!
Na górze jest dziwny pokój. Nie ma łóżka, nie ma stołu, nie ma żadnych
obrazów, nie ma okien. Nietypowa klimatyzacja czy coś podobnego. Na
środku stoi tylko olbrzymi fotel. Znaleźliśmy tam ukryte za drewnianą
osłoną drzwi, których nie możemy otworzyć. Niech kapitan to zobaczy!
Dowódca szybkim krokiem wszedł na piętro, do pokoju, w którym
zgromadzili się już wszyscy Irakijczycy. Popatrzył na złocony, obity
czerwonym pluszem, rzeźbiony fotel. "Musi być bardzo wygodny" -
pomyślał. Na podłodze stały urządzenia, które jego podwładny uznał za
dziwne klimatyzatory. Kapitan szybko się zorientował, że to sterowane
elektronicznie nawilżacze powietrza.
- Co robimy? - zapytał jeden z funkcjonariuszy. - Wywalamy te drzwi na
ostro czy próbujemy się jakoś do nich dobrać?
- Przynieść sprzęt z samochodów. Spróbujemy je otworzyć. Mamy czas. Nie
musimy się spieszyć. Mówiłem wam tyle razy, lepiej po cichu. To operacja
wywiadowcza, a nie jatka tępej bezpieki. Trzeba sprawdzić, czy nie ma tu
niespodzianek. Reszta: przeszukać dokładnie pomieszczenie. A potem
wyłączyć prąd w budynku.
Dwóch funkcjonariuszy irackiego wywiadu przyniosło narzędzia z samochodów. Ustawili i włączyli przenośne lampy. Uruchomili wiertarkę. W powietrzu rozszedł się ostry zapach palonego drewna i metalu. Gdy
przewiercili zamki, drzwi puściły. Funkcjonariusze delikatnie je
otworzyli. Za nimi ukazały się metalowe drzwi sejfu, z jednym zamkiem
szyfrowym i dwoma zwykłymi.
- Ciąć! Zmieniajcie się. W tym pomieszczeniu pozostaje tylko jeden.
Reszta na korytarz - wydał polecenia kapitan.
Po trwającej trzy godziny pracy, kilku zmianach tarcz, wierceniu i wyłamywaniu pancerne drzwi sejfu wreszcie się poddały.
- Włączyć prąd w budynku, a klimatyzatory na pełną moc. Niech powietrze
się oczyści, zanim otworzymy sejf! - krzyknął Karim.
Niedługo potem skupiony dowódca podszedł do sejfu. Powoli odchylił
drzwi. Na najwyższej półce dostrzegł sześć paczek amerykańskich
studolarówek owiniętych bankowymi banderolami. W sumie sześćdziesiąt
tysięcy dolarów. Obok leżały dwa męskie zegarki Patek Philippe oraz trzy
pięćsetgramowe sztabki złota z wybitym napisem: "C. Hafner". Kapitan
podniósł woreczek leżący na końcu półki. Poruszył nim i usłyszał
charakterystyczny, metaliczny dźwięk monet. Wysypał je na rękę. Były to
rosyjskie złote dziesięciorublówki z wizerunkiem cara Mikołaja II. Na
środkowej półce stało duże metalowe pudełko. Otworzył je. Wewnątrz
ukazało się dobrze mu znane jajko Fabergé ze złotą pozytywką. Na
następnej półce znajdowały się uporządkowane pliki dokumentów w języku
arabskim i angielskim. To one były celem jego rajdu z Bagdadu do
Kuwejtu. Wśród nich znajdowały się dokumenty z nadrukiem kuwejckiego
ministerstwa obrony i odbitym czerwonym stemplem "ściśle tajne". Na
podłodze sejfu stały pionowo trzy drewniane, wąskie skrzynie. Karim
ostrożnie wyjął je z sejfu. W jednej z nich znalazł obraz w ozdobnej
złotej ramie, namalowany na desce. Portret młodego mężczyzny.
- Przynieść z samochodów metalowe kasety. Pakować wszystko, a spis
inwentarza wkładać razem z tymi rzeczami do poszczególnych kaset.
Pamiętać, aby podpisywać się czytelnie na każdym dokumencie. I przypominam: jeżeli komuś z was coś się przyklei do ręki, to ten ktoś
zaraz tej ręki nie będzie miał - ostrzegł podwładnych kapitan, wpatrując
się w wymuskane palce mężczyzny z obrazu. - Jak tu trafiłeś, kolego? Kim
jesteś? - powiedział do siebie.
Karim domyślił się, że ma przed sobą obraz jakiegoś mistrza malarstwa
renesansowego. Zaczął przypominać sobie uniwersyteckie wykłady z historii sztuki. Po chwili już wiedział. Patrzył na niego młodzieniec
Rafaela Santiego. Trochę inny niż na zdjęciu w podręczniku. Barwy były
soczyste, a kontury sylwetki wyraźne.
Po godzinie wszystkie przedmioty były opisane i zapakowane do metalowych
kasetek, które stały w salonie, gotowe do załadunku. Jedynie obraz leżał
na dywanie. Było oczywiste, że trzeba go zabrać, ale dowódca wiedział,
że takie przedmioty wymagają dbałości w czasie transportu. Dlatego
przeszedł się po domu i zebrał kilka niewielkich jedwabnych dywanów
modlitewnych. Były one bardzo cienkie, więc udało mu się zawinąć w nie
obraz. Mocno zawiązał je sznurkiem. Dopiero wtedy włożył portret
ponownie do drewnianego, wąskiego pudełka. Na widok zdziwionych min
kolegów wyjaśnił, że jedwabne dywany utrzymają temperaturę i wilgotność
wokół obrazu na w miarę jednakowym poziomie.
- W ten sposób zabezpieczymy go też przed ewentualnymi uszkodzeniami
mechanicznymi - dodał. - Mamy kilka godzin do zachodu słońca, czyli do
wyjazdu. Odpocznijcie, odświeżcie się i zjedzcie coś. Możecie skorzystać
z zapasów gospodarza domu. Czeka nas długa podróż powrotna. Aha,
zmieniać co pół godziny posterunki zewnętrzne. Strasznie dzisiaj gorąco.
Kasety i drewniane pudło mają na razie zostać w salonie. Załadujemy je
do samochodów w ostatniej chwili.
* * *
Przed zachodem słońca funkcjonariusze irackiego Mukhabaratu powoli
ruszyli w powrotną drogę. Wraz z nimi wyjechały zrabowane przedmioty i pieniądze. Pozostał jedynie martwy Qureshi, zakopany w kącie ogrodu.
Zgodnie z rozkazem dowodzącego operacją miejsce to zostało zamaskowane,
a wszelkie ślady świadczące o tragicznej śmierci Pakistańczyka -
zatarte. Przed odjazdem Irakijczycy zadbali też o to, aby w domu
zapanował porządek. Drzwi wejściowe, furtka i brama zostały zamknięte.
Na wylotowej Jahra Road konwój Mukhabaratu pojechał już z większą
prędkością, prosto w kierunku granicy z Irakiem. Im bliżej zachodu
słońca, tym pustynia stawała się ładniejsza. Szary piasek i skały
przybierały czerwoną barwę. Wieczorne, czyste powietrze wyostrzyło
panoramę miasta po drugiej stronie zatoki. Słońce zachodziło szybko i po
chwili na okolicę zsunął się ciemny całun nocy.
* * *
Po trwającej zaledwie dwanaście godzin irackiej ofensywie, dla której
pretekstem było oskarżenie Kuwejtu o kradzież ropy z pól naftowych
Ar-Rumajla, kraj rządzony przez ród Al-Sabahów został zajęty. Lądowe
siły zbrojne kraju, liczące siedemnaście tysięcy żołnierzy, zostały
błyskawicznie rozbite.
Kuwejckie siły powietrzne walczyły jeszcze przez trzy dni, a jednostki
pancerne, broniące pałacu emira, odpierały ataki do ostatniego pocisku.
Właśnie w czasie tych walk zginął najmłodszy brat władcy Kuwejtu. Opór
był jednak niezorganizowany i chaotyczny. Ostatnie walki ustały po
tygodniu. Iracka armia zniszczyła między innymi marynarkę wojenną
Kuwejtu oraz część wyrzutni rakietowych, stanowiących trzon obrony
powietrznej.
Z kraju uciekło trzysta tysięcy mieszkańców. Saddam Husajn ogłosił
wchłonięcie Kuwejtu i utworzenie na tym terenie kolejnej muhafazy Iraku
- prowincji pod nazwą Al-Kazima.
Rozdział 1
Warszawa, Stare Kiejkuty - jesień 2011
Minister spraw zagranicznych Mieczysław Jaskólski podniósł słuchawkę do
ucha.
- Boguś? Masz czas? Wpadnij do mnie na chwilę - rzucił do słuchawki
nieco ochrypłym głosem.
Przez uchylone okno sączył się szum listopadowego przedpołudnia w alei
Szucha w Warszawie. Jaskólski nie lubił tej pory roku. W takie dni
najchętniej zaszyłby się w swoim dworku pod Lublinem albo w posiadłości
żony. Miał dość ciągłych ataków przeciwników politycznych i eskalacji
żądań mniejszości parlamentarnej w sprawie śledztwa smoleńskiego.
Wiedział, że to na nim spoczywa obowiązek prowadzenia rozmów z Rosjanami, póki są one możliwe. Sęk w tym, że Rosjanie po pierwszych,
obiecujących deklaracjach dotyczących wyjaśnienia katastrofy zaczęli
usztywniać swoje stanowisko. Nie mieli ochoty słuchać oskarżeń
dotyczących głowy ich państwa, kontrolerów lotu i wojskowych. Ani coraz
bardziej niedorzecznych teorii spiskowych. Postarali się za to
maksymalnie obarczyć winą polskich polityków, głównie tych, którzy
zginęli. Ich wnioski były takie: prezydent wymusił na dowódcy sił
powietrznych, aby doprowadził do lądowania w każdych warunkach.
Jaskólski rozumiał motywy jednej i drugiej strony. I coraz bardziej był
świadomy klinczu, w jakim znalazł się polski rząd. A także on sam.
Lekkiego kopa zapewniły mu tego dnia kawa i wiadomość z Centrum
Operacyjnego MSZ. Informacja, która leżała na jego dębowym biurku,
dawała nadzieję na odbicie się od coraz bardziej zagmatwanej sytuacji
politycznej.
Jaskólski lubił takie sprawy. Tropienie miejsc, w których znajdowały się
polskie pamiątki wojenne i dzieła sztuki, zawsze budziło emocje, a w przypadku powodzenia zapewniało dobry efekt medialny. Specjalistą od
tego typu akcji był wiceminister Bogdan Wiatr, który doskonale znał
rynek antykwaryczny i potrafił przydzielać zadania dyplomatom tak, aby
zwracali uwagę na dzieła sztuki potencjalnie pochodzące z Polski. I skutecznie, choć nie zawsze legalnie, je odzyskiwali.
Jaskólski zdjął okulary i potarł garb nosa. Jeszcze raz wziął do ręki
kartkę z wiadomością nadaną w Kuwejcie. Ta informacja nie była pewna,
ale opierała się na relacji kuwejckiego przedsiębiorcy, współpracującego
z polskimi dyplomatami.
"W czasie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej żołnierze iraccy zrabowali z miasta Kuwejt Portret młodzieńca Rafaela Santiego. Informację tę
otrzymałem na przyjęciu w naszej ambasadzie od jednego z członków
miejscowego, wpływowego rodu. Z jego relacji wynika, że obraz został
skradziony przez irackich funkcjonariuszy służb specjalnych, którzy
działali na własną rękę. Dowodził nimi oficer, Kurd - bliższych danych
brak. Złodzieje prawdopodobnie nie wiedzieli, co wywożą. Informator
utrzymuje, że obraz jest zapewne w ich rękach" - pisał do MSZ radca
Robert Rotański.
* * *
Wiatr wysiadł ze służbowego bmw, które zaparkowało w zatoczce przed
gmachem MSZ. Wszedł po schodkach i uchylił ciężkie drzwi. Wbiegł na
szerokie schody, zostawił palto w swoim gabinecie, a chwilę później był
już w sekretariacie szefa.
- Zapraszam, panie ministrze. Kawa, herbata? - Sekretarka spojrzała
pytająco.
- Pani Kasiu, małą czarną - odpowiedział i nacisnął klamkę drzwi
gabinetu Jaskólskiego.
- Cześć. Widziałeś materiał z Kuwejtu? Co uważasz? - przywitał go
Jaskólski. - Myślisz, że źródło jest wiarygodne? Kłopot w tym, że nie
wiemy dokładnie, kto udzielał tej informacji. Pan radca nie pamięta
nazwiska, wie tylko, że informatora przedstawił mu któryś z biznesmenów
związanych z naszą placówką na przyjęciu organizowanym przez wydział
promocji, handlu i inwestycji.
- Rafael to najwyższa półka. Gdyby się udało, byłoby głośno na całym
świecie. Wiesz, że w muzeum Czartoryskich wisi pusta rama tego obrazu?
No ale informacji o potencjalnych miejscach jego ukrycia jest tak wiele,
że nie jesteśmy w stanie wszystkich sprawdzić. Ostatnio nasi "macali"
antykwariusza z Berna. Weszli do jego domu pod legendą pisania książki o nieznanych dziełach sztuki z prywatnych kolekcji. Nawet wisiał u niego
portret młodzieńca, ale nie tego.
Wiceminister wstał, podszedł do okna i zamyślił się.
- Jestem za. Jeżeli się nie uda, i tak nikt się o tym nie dowie -
zdecydowanie oświadczył Jaskólski i stuknął palcami w blat
biedermeierowskiego stolika.
- Kto? - zapytał Wiatr. - W Iraku jest wojna domowa, a iracki Kurdystan
to polityczna beczka prochu, w której dodatkowo mieszają gracze nie
tylko z regionu. Rosja jest coraz bardziej aktywna, a to zawsze
komplikuje nasze działania dyplomatyczne. Możemy sprawdzić naszych z wywiadu?
- Tak, może generał Czucha da nam kogoś rozgarniętego. Kogoś, kto zna
Irak i region - podsumował Jaskólski.
* * *
- Krótko mówiąc, nie pistolet decyduje o sukcesie wywiadu. Stara maksyma
mówi, że kiedy oficer wywiadu posługuje się takim środkiem, przestaje
być oficerem wywiadu. Waszym celem jest zebranie wiarygodnych
informacji, przydatnych i unikalnych, i najlepiej wyprzedzających. Z tego będziecie rozliczani. Pamiętajcie, na Bliskim Wschodzie trzeba
przystosować się do ciężkich warunków, uwzględnić wszystkie aspekty
sytuacji operacyjnej w terenie - nie tylko środowisko
społeczno-polityczne, ale i kulturę, historię, sprawy etniczno-religijne
i... geografię. Tak, tak. Geografię, również tę fizyczną. Aby wzbudzić
zaufanie, trzeba nawiązywać kontakty, słowem, rozmawiać z ludźmi -
powiedział Łodyna do studentów szkoły wywiadu w Starych Kiejkutach.
Major Łodyna, w służbie od 1991 roku, już godzinę opisywał działania
wywiadowcze na Bliskim Wschodzie, szczególnie w Iraku i Syrii. Ze
względu na doświadczenie, profesjonalizm, ale również osobowość i cechy
zewnętrzne przyciągał uwagę słuchaczy. Czterdziestopięcioletni oficer
Agencji Wywiadu, a wcześniej Zarządu Wywiadu UOP, budził szacunek
spokojnym tonem wypowiedzi. Jego osoba była owiana pewną legendą.
Wtajemniczeni wiedzieli, że uczestniczył w misjach na całym świecie - od
komunistycznej Korei i Rosji po Bliski Wschód.
Nagle drzwi do auli uchyliły się i do wykładowcy podszedł nieco
przestraszony oficer dyżurny.
- Komendant prosi o rozmowę - powiedział tylko i wyszedł.
Łodyna przeprosił słuchaczy i opuścił salę. Przeszedł przez bramki
kontrolne i skierował się do gabinetu komendanta.
Za biurkiem siedział pułkownik Lech Mostowski, doświadczony oficer
wywiadu, pamiętający czasy Departamentu I MSW. Na widok Łodyny gospodarz
wstał, podszedł do barku, wyjął butelkę szkockiej ze swojej bez mała
legendarnej kolekcji i nalał do dwóch kryształowych szklanek. W gabinecie rozszedł się charakterystyczny, głęboki zapach
dziesięcioletniej Talisker, produkowanej na położonej u wybrzeży Szkocji
wyspie Skye.
- Szef chce cię widzieć. Nie wiesz, o co chodzi? - spytał komendant bez
słowa wstępu.
- Nie wiem - odpowiedział Łodyna.
- Szykują się zmiany, coś wiesz?
- Nie. Czucha chyba nie jest zagrożony. Robi wszystko, żeby nie rzucać
się w oczy. Premiera interesuje tylko PR. Wystarczy, aby nic nie
wyłaziło i nikt nie krytykował, a jak już ktoś chwali, to gość jest w siódmym niebie. Czy ktoś panuje nad tym, co robi Agencja? Do kogo
trafiają informacje? Na pewno nie do premiera. Czy on w ogóle chce
takich informacji? A kim jest ten koordynator? Na czym on się zna? Co w życiu widział? Co rozumie? To jakieś pozorowane działania. Panowie
doskonale się bawią. Nie widzą, co się dzieje na Wschodzie.
Łodyna pociągnął duży łyk ulubionej whisky.
- Jak tak dalej pójdzie, to nas zaora jakiś "nawiedzony badacz pisma" -
powiedział komendant i pokiwał głową. - Poza tym wokół coraz więcej
teorii spiskowych. A jak oceniasz słuchaczy?
- Są odbiciem społeczeństwa. Coraz mniej oczytani i ciekawi świata. Dla
nich głównym źródłem wiedzy jest krótki tekst z portalu internetowego.
Jak mamy ich uczyć, a potem wymagać od nich wyników? Są niedouczeni.
Niektórzy chyba w przyszłości zostaną politykami, bo są nastawieni na
robienie kariery za wszelką cenę - powiedział Łodyna i odstawił
szklankę. - Ale dość tych żali. Pogoda jest i tak zbyt dołująca. Czołem!
Podał rękę pułkownikowi i wyszedł z gabinetu.
Chwilę później siedział już w swoim białym golfie. Koła samochodu
stukały głucho po nawierzchni z klinkierowych cegieł, zniszczonych
wieloletnim użytkowaniem. Łodyna podjechał do bramy wjazdowej. Czytniki,
śluza bezpieczeństwa i kontrola przepustki zajęły mu chwilę. Kilka razy
został zlustrowany przez oko kamery. Minął bramę, potem pojechał wzdłuż
ogrodzenia zwieńczonego koncertiną, obok kilku wysokich wież. Droga wiła
się między pagórkami, jeziorami i domkami letniskowymi przy drodze
Mrągowo-Szczytno. Stare Kiejkuty zostały za nim.
* * *
Szef Agencji Wywiadu generał Marek Czucha nie był doświadczonym
oficerem. Niektórzy zarzucali mu zbyt zachowawczą postawę przy
planowaniu i realizacji działań wywiadowczych. Czucha wstąpił do służby
po 1990 roku i mentalnie bliższy był środowisku politycznemu aniżeli
wywiadowczemu. Wielu oficerów zastanawiało się, czy chroni polski wywiad
przed politykami, czy też celowo trzyma go od nich z daleka. Byli i tacy, którzy wietrzyli w tej postawie spisek obcych służb specjalnych.
Gabinet Czuchy w budynku przy Miłobędzkiej 55 w Warszawie urządzony był
dość skromnie. Prostokątne, ciemne biurko i podłużny stół, przy którym
odbywały się spotkania kierownictwa. Na stole z jednej strony piętrzyły
się stosy dokumentów w różnokolorowych papierowych teczkach. Na ścianie
wisiały symbole służb specjalnych z różnych krajów. Za fotelem szefa
stały dwie flagi: Polski i NATO.
Gdy Łodyna przekroczył drzwi gabinetu, generał zagadnął z lekkim
uśmiechem:
- Witam pana majora. Co wiesz o Portrecie młodzieńca Rafaela?
- To jakiś quiz ze sztuki, szefie? W muzeum ostatnio byłem... w Bagdadzie.
Było wtedy w ruinie, całkiem ogołocone.
Po chwili ciszy Czucha opisał Łodynie prośbę, z jaką zwróciło się do
Agencji kierownictwo MSZ. Pokazał mu wiadomość z Kuwejtu.
- Ty najlepiej znasz to środowisko, masz doświadczenie i wyczucie. Byłeś
tam. Wiesz, jak z nimi rozmawiać. Masz wolną rękę. Możesz podejmować
działania niestandardowe. Sam orientujesz się jakie. Ale pamiętaj, nie
chcę się znowu tłumaczyć z wpadek moich ludzi.
Łodyna wiedział, że generałowi chodziło o operację w Iranie, w czasie
której oficerowie Agencji, aby odwrócić uwagę ścigających ich tajniaków,
odpalili materiały pirotechniczne w centrum Teheranu. Miejscowi wpadli w panikę, ściągnęli posiłki, a Polacy wpadli w ich ręce. Siedzieli teraz w lochach irańskiej bezpieki. Dyskretne negocjacje co do ich wypuszczenia,
za pośrednictwem strony syryjskiej, szły jak po grudzie. Tym bardziej że
w polskim rządzie i MSZ podnosiło się coraz więcej głosów za tym, aby
zawiesić działalność ambasady w Damaszku. Sytuacja w Syrii zaczynała się
komplikować.
- Twoim celem w Iraku będzie weryfikacja informacji z Kuwejtu i ewentualne odzyskanie obrazu, oczywiście o ile da się to zrobić. Musisz
zachować dyskrecję. Chodzi o to, aby obraz nie zniknął na zawsze - dodał
generał. - Na miejscu twoim kontaktem będzie Berd. I nie kręć nosem. Sam
wiesz, jakie mamy możliwości.
- Znowu Berd? Kurwa. Podobno siedzi teraz w jakiejś Rotanie czy
Sheratonie w Dubaju, pewnie z jakąś kolejną orientalną dupą - żachnął
się Łodyna.
- Kiedyś przez którąś z nich się przekręci albo coś złapie - uśmiechnął
się Czucha.
Berd, podpułkownik AW, od kilku lat mieszkał w Iraku. Oficjalnie był
wiceprezesem w firmie przykryciowej Middle East Polexport, która
zajmowała się handlem. Jako biznesmen branży zbrojeniowej, znający
doskonale język arabski, podróżował po regionie. W bagdadzkim hotelu i restauracji Dojo w zielonej strefie miał wynajęty na stałe pokój. Jego
pozycja budziła emocje wśród funkcjonariuszy Agencji, krążyły bowiem
podejrzenia, że poprzez działalność biznesową budował sobie prywatną
pozycję finansową. Niektórzy zazdrościli mu po prostu pieniędzy i kobiet, które najczęściej poznawał na dyplomatycznych spotkaniach.
Prawda zapewne leżała pośrodku.
* * *
- Co pan o tym myśli, profesorze? - zapytał Łodyna.
W gabinecie wiceministra Wiatra siedział profesor Marian Nawojko,
ekspert do spraw odzyskiwania utraconych w czasie wojny dzieł sztuki.
Profesor kierował niezbyt liczną, bo zaledwie dwuosobową komórką w MSZ.
- To nie jest takie proste. Sygnałów o tym, gdzie może znajdować się ten
obraz, było mnóstwo. Wiele od początku fałszywych, jakby ktoś chciał
zaciemnić sprawę. Wie pan, panie majorze, ten obraz rozpala wyobraźnię
poszukiwaczy skarbów tak jak Bursztynowa Komnata. Były sygnały z Australii, sprawdzane przez wiele lat, z USA, z Austrii, ze Szwajcarii.
Ponadto nikt nie wie, co kryją podziemia rosyjskich muzeów. Powojenne
poszukiwania portretu rozpoczęły się już w 1945 roku. Znajdował się na
pierwszym miejscu listy strat wojennych. Informacje o tym, że gdzieś
jest, krążą w środowisku antykwariuszy od lat pięćdziesiątych. W połowie
poprzedniego wieku podobno ktoś chciał go sprzedać Metropolitan Museum w Nowym Jorku, ale nic z tego nie wyszło.
- Od tamtego momentu nasze służby dyplomatyczne sprawdzały wiele
doniesień na jego temat. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych
pojawiły się na przykład informacje, że obraz znajduje się na terenie
NRD, podobno w rękach Stasi. Inne tropy wiodły do Szwajcarii. Co jakiś
czas pojawiały się informacje, że któryś z tamtejszych marszandów ma to
dzieło i próbuje je sprzedać. Zaledwie kilka lat temu nasi dyplomaci
weryfikowali taką informację - dodał Wiatr, po czym wstał i wyszedł na
chwilę z gabinetu.
Profesor Nawojko sięgnął po filiżankę miętowej herbaty i wziął mały łyk.
- Pojawiał się też interesujący trop rosyjski, a w zasadzie radziecki. W trakcie dyskusji przy okazji wystawy w Muzeum Narodowym w Krakowie w 1996 roku przedstawiciel jednego z ukraińskich muzeów stwierdził, że
obraz był widziany w mieszkaniu lub biurze sowieckiego generała
Kuzniecowa. Generał Gierogij Gawriłowicz Kuzniecow dowodził 31 Korpusem
Pancernym, który zdobywał Dolny Śląsk. Być może przebywał w miejscu,
gdzie ukryty był nasz obraz? Kuzniecow zmarł w latach sześćdziesiątych
we Lwowie.
Wiceminister Wiatr wrócił do gabinetu z plikiem dokumentów w ręku.
- Najpoważniejszy trop wiódł do Australii - kontynuował historyk sztuki.
- W połowie lat osiemdziesiątych w Muzeum Narodowym w Warszawie pojawił
się Amerykanin, który pokazał zdjęcie Portretu młodzieńca,
prawdopodobnie przedwojenne, choć kolorowe. Chciał dokonać ekspertyzy
obrazu ze zdjęcia. Twierdził, że obraz jest w Australii. Kontakt z tajemniczym Amerykaninem szybko się urwał, ale w tamtych latach trafiła
do nas relacja włoskiego antykwariusza, który miał stwierdzić w rozmowie
z profesorem Stanisławem Lorentzem, ówczesnym dyrektorem Muzeum
Narodowego, że obraz jest w specjalnej skrytce na hasło w Melbourne. Z kolei w Archiwum Zamoyskich znajduje się list historyka sztuki Saszy
Griszina z uniwersytetu w Canberze do profesora Cecila Goulda z londyńskiej National Gallery. Pozwolę sobie przytoczyć jego treść: "W maju 1977 roku otrzymałem fotografię obrazu trzymanego w skarbcu
bankowym w Brisbane i zostałem poproszony o wyrażenie swojej opinii na
temat jego autentyczności. Identyfikacja nie była trudna. Z pewnością
naśladował on krakowski obraz Rafaela, ale ponieważ nie jestem badaczem
twórczości Rafaela ani też nie mam dostępu do oryginału, nie pokusiłem
się o wydanie opinii". Zdjęcie obrazu niestety zaginęło. Nigdy nie udało
się ustalić, w skarbcu którego banku miał być przechowywany ten obraz. A może prawdziwe są słowa Niklasa Franka, syna Hansa? Mówił tak:
"Większość dzieł sztuki Polacy otrzymali z powrotem, oprócz portretu
młodego mężczyzny pędzla Rafaela, który był u nas w Neuhaus nad
Schliersee w Górnej Bawarii. Później gdzieś przepadł. Być może wisi w jakiejś chłopskiej chałupie, wymieniony przez matkę w 1945 roku na jaja,
masło, wieprzowinę". Niklas jednak nigdy nie widział tego obrazu.
* * *
W archiwum Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego przy Krakowskim
Przedmieściu w Warszawie panował zaduch. Przed Łodyną leżało kilka
teczek z dokumentami dotyczącymi zaginionego obrazu Rafaela. Nic z nich
nie wynikało. Kolejne informacje, ślady. Niektóre weryfikowane wiele lat
temu, inne czekające na swoją kolej. Pomiędzy dwiema pożółkłymi kartami
Łodyna zobaczył białą, sprasowaną kopertę. Delikatnie wziął ją w dwa
palce. Był to list nadany w Tel Awiwie, datowany na dwudziestego
pierwszego stycznia 1962 roku. Przysłany do Polski pocztą lotniczą.
Łodyna otworzył kopertę i wyjął z niej list napisany na maszynie w języku polskim oraz zdjęcie uśmiechniętego mężczyzny o ogorzałej twarzy,
w okularach przeciwsłonecznych i krótkich spodniach.
Major nachylił się nad stołem i zaczął odczytywać list. Sprawiało mu to
trudność, ponieważ niektóre litery odbiły się nad ciągiem znaków.
Niejaki Moshe Kleiner opisał w nim drogę, jaką przebył z obrazem Rafaela
w walizce z Krakowa na Bliski Wschód. Przyznał, że był żołnierzem Armii
Krajowej, a potem Korpusu Polskiego. Po ucieczce do Palestyny zaciągnął
się do Hagany, radykalnej organizacji walczącej o wolność Izraela. Brał
udział w walkach z żołnierzami brytyjskimi, a po utworzeniu państwa
Izrael wstąpił do wojska. W 1951 roku tworzył Instytut Koordynacji.
"To mamy i Mossad w tej sprawie?" - pomyślał Łodyna.
Usłyszałem niedawno, że Stefan Adam Zamoyski, były oficer Samodzielnej
Brygady Strzelców Podhalańskich, którego zresztą miałem okazję poznać,
na polecenie rodziny Czartoryskich poszukuje tego obrazu na całym
świecie. Postanowiłem poinformować o losach tego dzieła sztuki polskie
władze, bo należy ono do narodu polskiego, a nie tylko do jednej
rodziny.
Tak Moshe Kleiner zakończył list napisany pięćdziesiąt lat temu.
Do koperty dopięta była spinaczem notatka, z której wynikało, że z listem zapoznał się referent ministerstwa Ryszard Bocian. "Sprawie nie
nadano biegu" - dopisał ktoś ręcznie.
"Czyżby ówczesne władze nie chciały współpracować z rodziną
arystokratyczną?" - zastanowił się Łodyna.
- A więc to możliwe! To nie są bajki! - powiedział do siebie już na
głos.
Poczuł dreszcz podniecenia. Oddał dokumenty archiwistce i poprosił ją o wykonanie ksero tajemniczego listu nadanego z Izraela. Po wyjściu na
dziedziniec ministerstwa włączył telefon i wybrał numer do profesora
Nawojki.
- Czy to możliwe, że w czasie wojny obraz został zamieniony?
- Teoretycznie tak - odpowiedział profesor. - W czasie wojny działy się
różne cuda.
- Ale kiedy? - dopytywał Łodyna.
- Na początku października 1939 roku obraz wraz z innymi zabytkami z muzeum Czartoryskich został przejęty przez Gestapo i przewieziony do
Jarosławia. Tam odnalazł je Specjalny Komisarz do spraw Zabezpieczenia
Dzieł Sztuki na Wschodnich Terenach Okupowanych - doktor Kai Mühlmann.
Na krótki czas złożono go wraz z innymi w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie. Prawdopodobnie pod koniec 1939 roku trzy najcenniejsze obrazy
przewieziono do Berlina. Prawdopodobnie przechowywano je w biurze
Mühlmanna, a następnie w skrytce depozytowej Deutsche Banku. W 1940 roku
Dama z gronostajem Leonarda da Vinci wróciła do Krakowa, ale Portret
młodzieńca i kilka innych obrazów nadal spoczywały w berlińskim skarbcu
- mówił powoli profesor. - W 1942 roku Hans Frank powołał na swojego
doradcę do spraw sztuki szwajcarskiego architekta, doktora Wilhelma
Ernsta von Palezieux. Miał zaaranżować wnętrza rezydencji Franka w Krakowie, Krzeszowicach i Krynicy-Zdroju, a także zadbać o sprowadzenie
z Berlina obrazów, które zdobiłyby domy gubernatora. W połowie 1943 roku
najpiękniejsze obrazy Czartoryskich znalazły się z powrotem w Krakowie.
Prawdopodobnie Portret młodzieńca trafił na ścianę willi w Krzeszowicach. Prawdopodobnie - zaakcentował ostatnie słowo profesor. -
Musi pan wiedzieć, majorze, że z tym obrazem działo się coś dziwnego.
Raz ci sami świadkowie mówili, że go widzieli, innym razem twierdzili,
że się mylili. Że mieli styczność z innym obrazem albo pomylili go z innym dziełem Rafaela - portretem kardynała. Dokumentacja na ten temat
była wyjątkowo przetrzebiona. Do dzisiaj mamy więcej znaków zapytania
niż odpowiedzi. A pan coś wie, majorze? Irak?
- Zobaczymy, panie profesorze. To nie ja podejmuję decyzje. Jestem tylko
od czarnej roboty. Ale myślę, że do usłyszenia - odpowiedział Łodyna i wyłączył telefon.
* * *
Łodyna został wysłany na roczną delegację do Ambasady RP w Bagdadzie, na
stanowisko radcy do spraw kulturalnych. Czy o jego misji wiedział
koordynator do spraw służb specjalnych? Albo premier? Te kwestie nie
interesowały majora. Oficjalnie miał wdrażać wspólny projekt MSZ i MKiDN, dotyczący wsparcia przez Polskę odbudowy Muzeum Narodowego w Bagdadzie, które ucierpiało w wyniku wojennych grabieży. Polska miała
zająć się odbudową działów z artefaktami kultury sumeryjskiej. Jego
zadaniem było również prowadzenie rozmów ze stroną iracką na temat
ochrony polskich miejsc pamięci w Iraku.
Łodyna miał wykorzystać podczas swojej misji wszelkie dostępne metody i swoje kontakty osobowe w Iraku. A jeśli zajdzie taka potrzeba, szukać
również w krajach sąsiednich.
Ten wyjazd nie był dla majora pierwszym wyjazdem na Bliski Wschód. W Iraku spędził kilka lat przed drugą wojną w Zatoce Perskiej i upadkiem
Saddama Husajna. Docierał tam zawsze drogą lądową przez kamienistą
pustynię na pograniczu z Jordanią, a potem przez Ar-Rutbę i Al-Habbanijję do Bagdadu. Ze względu na obowiązujące wówczas
międzynarodowe sankcje połączenia lotnicze były zawieszone, a flota
samolotów Iraqi Airways na lotnisku w Ammanie pokrywała się pustynnym
pyłem. Ich burtowe napisy dawno straciły swój soczysty, zielony kolor.
Rozdział 2
Polska - wrzesień 1931-sierpień 1939
Mieczysław Kleiner pochodził ze Lwowa, z rodziny inteligenckiej,
polsko-żydowskiej. Jego ojciec był pracownikiem lwowskiej opery, a matka
lekarką. Mieszkali w kamienicy przy ulicy Legionów. Mentorem młodego
Mietka był dziadek Marian, leśniczy i zapalony myśliwy, zabierający go
często na kilkudniowe górskie wyprawy.
Nieukończone studia plastyczne z zakresu malarstwa i rysunku sprawiły,
że Kleiner miał kontakty w środowiskach artystycznych. Imał się różnych
prac. Wbrew woli rodziców po przerwaniu studiów wyprowadził się do
własnego mieszkania przy ulicy Piekarskiej. Gdy nie miał co robić,
przesiadywał przy placu Halickim w ogródku kawiarnianym nieco
eklektycznego hotelu George, w którym przeplatały się detale włoskiego
renesansu, secesji i stylu art déco, a wewnętrzne witraże mogły się
równać tylko z projektami Wyspiańskiego. To przed tym hotelem spotkał
swoją pierwszą miłość - Helenkę z Baczewskich. Tam też spędził pierwszą
upojną noc z inną koleżanką ze studiów - Zosią Lewicką. Tam też poznał
Hankę, która postanowiła zostać panią do towarzystwa dla klientów o zasobnych portfelach.
Przelotny romans miał też z piękną studentką Iryną Jarosewycz z Towarzystwa Muzycznego im. Mykoły Łysenki, skupiającego głównie
ukraińskich artystów. Była niezwykle ambitna i już wtedy wiedziała, że
zrobi karierę artystyczną. Chciała być tak znana jak Eugeniusz Bodo,
Hanka Ordonówna czy Mira Zimińska. Kleiner poznał ją na jednym z koncertów pieśni rusińskich. Porwała go nie tylko pewnością siebie i talentem, ale także nieprzeciętną, wschodniosłowiańską urodą. Kilka razy
był w jej mieszkaniu na Kulparowie, jednak ona szukała kogoś innego,
ważniejszego. Kogoś, kto utorowałby jej drogę w świecie muzycznym.
W 1932 roku Kleiner został wcielony do wojska. Dwa lata służył w pułku
piechoty w Stanisławowie, a potem wszedł na kręte ścieżki samodzielnego
życia. Trzymał z batiarami i został przemytnikiem. Nauczył się fałszować
dokumenty. Sprawnie posługiwał się nożem i pistoletem, a także nieźle
boksował. Wielokrotnie przekraczał granicę z Rumunią i bolszewicką
Rosją. Zajmował się grubym szmuglem, przenosił złoto, diamenty oraz
ikony ze świątyń rozbieranych i grabionych przez bolszewików.
Gang Hryczki, do którego przystał, miał kontakty z komunistami, którzy
nie mieli odwagi uciec z ZSRR, ale wiedzieli, jak można sobie dorobić.
Kleiner nie miał wątpliwości, że po drugiej stronie przemytniczego
szlaku czekają niekiedy oficerowie sowieckiej bezpieki. Nie odczuwał z tego powodu wyrzutów sumienia. Dobrze zarabiał i zbierał bezcenne
informacje. Widział na własne oczy, jak polsko-sowiecka granica jest
umacniana z jednej i drugiej strony. Poznał też korytarze graniczne,
miejsca słabiej chronione, które można było - choć z trudem - pokonać
bez ryzyka wpadki. Strefa przygraniczna od strony sowieckiej Ukrainy
liczyła prawie sto kilometrów, ale granica nie była szczelna. W niektórych miejscach zasieki były uszkodzone. Granicę można było
przekroczyć także w pobliżu torów oraz licznych na Podolu rzek, bagien i stawów.
Kleiner dobrze przygotowywał się do każdej wyprawy. Przebierał się za
podolskiego żebraka, zakładał perukę z poszarpanymi włosami, w plecaku
miał zaś ubranie sowieckiego kołchoźnika z czerwoną opaską. Nosił też
przy sobie dwa komplety dokumentów. Potrafił doskonale się maskować, a poruszał się ostrożnie jak polujący ryś. Dlatego gang Hryczki chętnie
zlecał mu robotę.
W trakcie jednej z takich wypraw Kleiner zaplątał się w operację
specjalną, w której uczestniczył pion wywiadowczy Oddziału II Sztabu
Generalnego WP. Chodziło o przerzut osób oraz niewielkiej ilości broni
dla grupy żydowskich bojowników. Wojsko sprawdzało nowy kanał
przerzutowy i przez swoich informatorów w świecie przestępczym wynajęło
Kleinera. Miał pomóc w transporcie trzech skrzynek z karabinami, a także
w przeprowadzeniu przez granicę pięciu mężczyzn. Ich celem był
czarnomorski port w rumuńskiej Konstancy. Stamtąd mieli popłynąć
statkiem do Palestyny. Kleiner bez problemu ominął posterunki graniczne
i bezpiecznie przewiózł ludzi oraz broń.
Potem jeszcze kilka razy pomagał Dwójce w podobny sposób. Przeprowadzał
grupy Żydów przez granicę. Od jednego z oficerów polskiego wywiadu
realizujących tę operację dowiedział się, że Polska po cichu wspiera
osadnictwo Żydów w Palestynie. Organizuje przerzut pod pozorem zwykłego
ruchu turystycznego.
- Robimy to po cichu, bo nie chcemy drażnić Imperium Brytyjskiego, które
ma swoje interesy w Palestynie i nie zależy mu na żydowskiej emigracji w ten rejon. A my ze swojej strony umożliwiamy wyjazd z kraju najbardziej
aktywnym, bojowo nastawionym Żydom, którzy mogliby podjąć działania
terrorystyczne u nas. Wystarczy nam problemów z ukraińskimi, sowieckimi
i niemieckimi bojówkami - tłumaczył kiedyś Kleinerowi na odprawie oficer
Dwójki.
Z czasem zainteresowanie "wakacjami" nad Morzem Śródziemnym w Hajfie
stało się na tyle popularne, że koleje państwowe uruchomiły regularne
połączenie z rumuńskim portem w Konstancy nad Morzem Czarnym. Regularnie
kursował też należący do gdyńskiego armatora liniowiec M/S Polonia. Po
wejściu na pokład wielu żydowskich emigrantów niszczyło polskie
paszporty, by w razie wpadki u Brytyjczyków uniknąć deportacji. Usługi
przemytnicze Kleinera przestały być potrzebne.
* * *
W 1937 roku za namową żołnierza pionu wywiadu Korpusu Ochrony
Pogranicza, któremu pomógł przejść granicę z Sowietami, Kleiner ponownie
wstąpił do wojska. Został skierowany na kilkumiesięczny kurs dla
przyszłych wywiadowców. KOP zajmował się w tym czasie głównie wywiadem
płytkim, czyli penetracją strefy przygranicznej ZSRR.
Były przemytnik trafił do szkoły podoficerskiej w Osowcu, a następnie na
kurs organizowany przez wojsko z udziałem oficerów z Ekspozytury 2 -
Dwójki. Uczestniczyli w nim między innymi członkowie Związku
Strzeleckiego z Kresów. W ciągu kilku tygodni poznał podstawy wywiadu
dywersyjnego i specjalnego - chemicznego. Nauczył się skrytego
wykonywania kopii dokumentów za pomocą aparatów fotograficznych oraz
sposobów szyfrowania informacji. Doskonalił zdobyte w czasie służby
wojskowej umiejętności strzeleckie i taktykę działania. Przykładał się
także do szkolenia saperskiego, a w ramach sekcji sportowych
uczestniczył w lekcjach szermierki, jeździectwa, pływania, jazdy na
rowerze i na nartach.
Przełożeni w ośrodku szkoleniowym wiedzieli, jak skuteczny jest Kleiner.
Ze względu na zdolności manualne i artystyczne, w tym fałszowania
dokumentów, którego nauczył się od lwowskich ludzi ulicy, oraz
otwierania skomplikowanych zamków, a także dzięki znajomości języków:
rosyjskiego, ukraińskiego, niemieckiego i angielskiego zainteresowała
się nim Dwójka. Przeniesienie go z KOP w jej szeregi było formalnością.
* * *
Akurat w tym czasie Dwójka szczególną opieką objęła grupę "białych"
Rosjan, którzy stworzyli konspiracyjny Narodowo-Pracowniczy Związek
Nowego Pokolenia pod wodzą profesora Uniwersytetu Belgradzkiego,
Michaiła Aleksandrowicza Gieorgijewskiego. Dwójka miała im pomóc w przerzucie za wschodnią granicę w celu zbierania danych o nastrojach
ludności.
Szkolenia dla Rosjan odbywały się w pełnej konspiracji w ośrodku
wojskowym koło Warszawy. Słuchacze pochodzili z różnych europejskich
krajów. Wszyscy przyjęli fałszywe nazwiska. Polscy oficerowie nie mieli
do nich pełnego zaufania - wiedzieli, że sowiecki wywiad głęboko
infiltruje rosyjską emigrację. Kursantom przekazywano wyselekcjonowane
informacje, ale uczono ich posługiwania się bronią czy efektywnego
poruszania się w dzień i w nocy na długich dystansach. Intensywne
szkolenie na przełomie 1938 i 1939 roku trwało dwa miesiące.
Kleiner został skierowany na ten kurs w charakterze instruktora.
Zastanawiał się później, czy młodzi "biali" rosyjscy patrioci przeszli
granicę i czy przeżyli. Nie zdążył się tego dowiedzieć, ponieważ
wydarzenia toczyły się zbyt szybko. Już wiosną 1939 roku prowadził
kolejny kurs z najskuteczniejszych sposobów przekraczania granicy. Tym
razem wyjątkowo tajemniczy. Szkolenie odbywało się w beskidzkich lasach,
w okolicy Andrychowa, a udział w nim brała grupa dwudziestu pięciu
młodych Żydów. To byli oficerowie organizacji Irgun, podziemnej armii
założonej przez lidera syjonistycznej prawicy Władimira Zeewa
Żabotyńskiego do walki o państwo żydowskie w Palestynie.
Żydowscy bojownicy zostali w tajemnicy przerzuceni do Polski z Palestyny. Przyjechali w małych grupach, samolotami LOT-u kursującymi
między Hajfą a Warszawą. Aby nie zwracać uwagi służb specjalnych, a w szczególności MI6, część pokonała trasę do Polski na pokładzie statku,
który łączył Palestynę z rumuńską Konstancą. Kursanci pod okiem
wojskowych instruktorów przez cztery miesiące szkolili techniki walki
partyzanckiej, konspiracji i sabotażu, a także organizacji działań
terrorystycznych i zamachów z użyciem materiałów wybuchowych.
Inżynierowie związani z Dwójką uczyli ich burzenia konstrukcji z cementu, żelaza, drewna lub cegieł.
Kleiner przyjechał do Andrychowa pociągiem. Otworzył drzwi wagonu i zeskoczył wprost na peron, po którym snuły się jeszcze dym i para. Przed
wejściem na dworzec czekała na niego dorożka z szeregowcem na koźle.
- Serwus, kolego! - krzyknął do młodego żołnierza. - Pewnie na mnie
czekasz?
Podszedł do dorożki i pokazał dokument podróży z informacją o skierowaniu na kurs. Wojskowy zeskoczył z pojazdu, zasalutował i wyprostowany jak struna powiedział:
- Proszę wsiadać. Podróż nie będzie długa, to niedaleko.
Mietek rzucił niedbale walizkę i usadowił się na skórzanym siedzeniu,
przykrytym kraciastym pledem. Dorożka podskakiwała na nierównej drodze,
a on patrzył na łagodne, zielone stoki Beskidu Małego. Zasnął. Obudził
się dopiero na miejscu, gdy szeregowiec krzyknął donośnie:
- Już jesteśmy!
Żołnierz zeskoczył z kozła i złapał walizkę Kleinera, a następnie
zameldował się u oficera dyżurnego, który sprawdził dokumenty przybysza.
Poinformował też, że major już czeka. Kleiner wszedł na pierwsze piętro
budynku. Zapukał i usłyszał głośne:
- Proszę!
Za biurkiem siedział niewysoki, szczupły brunet o ogorzałej twarzy.
Gałązki świerku na granatowych patkach munduru wskazywały na oficera
strzelców podhalańskich.
- Nazywam się major Romuald Czakucki - powiedział i przystąpił do
wyjaśniania programu oraz sensu szkolenia. - Wydaje mi się, że nasi
kursanci wzorują się trochę na aktywności wywrotowo-bojowej Ziuka i jego
kolegów z PPS. Prywatnie sądzę, że tak jak Marszałek przed wojną i w czasie wojny oni budują kadry wojskowe przyszłego państwa. Czas pokaże,
czy się mylę, czy nie. Pan wie, to szkolenie wieńczy nasze kursy
organizowane dla młodzieży syjonistycznej w Zofiówce na Wołyniu i Poddębinie pod Łodzią. Niedawno wizytował nas tu niejaki Zarychta z MSZ.
Zrobiliśmy dobre wrażenie.
Major uśmiechnął się i uderzył dłonią w blat stołu, aż zadźwięczała
stojąca na nim drewniana lampka z dużym kloszem z przydymionego szkła.
- To świetnie - skwitował Kleiner.
- Kursanci są pewnie w drodze do schroniska PTT na Leskowcu. Po
zakwaterowaniu proponuję panu przejść się tam dla lepszej aklimatyzacji.
To tylko trzy godziny marszu. Pójdziemy razem przez Gancarz, będzie
najszybciej. Proszę się odświeżyć, coś zjeść i ruszamy. Rozumiem, że
został pan poinformowany, żeby wziąć ze sobą sprzęt potrzebny do
prowadzenia działań w górach? Bo nie ma nic gorszego niż rzucający się w oczy wczasowicz na szlaku, w eleganckich pantoflach.
- Tak, mam wyposażenie.
- A więc za pół godziny na dole.
Kilkanaście minut później Kleiner miał już na sobie wysłużony plecak ze
skórzanymi paskami, grube skarpety, mocno natłuszczone wysokie,
sznurowane buty, przeciwdeszczową, nieco już wypłowiałą płócienną
kurtkę, sweter, koszulę i krótkie spodnie zapinane na pasek pod kolanem.
Nie zapomniał też o nożu.
- O, widzę, że z pana wytrawny uczestnik górskich przygód! - krzyknął
jowialnie major Czakucki na widok gościa wychodzącego z budynku.
Ruszyli w drogę. Podczas marszu major opowiadał trochę o kursantach, ich
stosunku do nauki, podejściu do instruktorów.
- Wie pan, kolego, oni mnie porównują czasem, jeśli chodzi o charakter i wygląd, do tego ich komendanta, Abrahama Sterna! To nawet pomaga. Mają
przewodnika, ojcującego im tutaj w zastępstwie.
Przy schronisku, które pachniało jeszcze świeżością, bo funkcjonowało
niespełna pięć lat, spotkali grupę kursantów. Po przedstawieniu Kleinera
prowadzący grupę sierżant, w typowym góralskim swetrze i kraciastej
koszuli pod spodem, zdał majorowi raport.
- Byliśmy też na piwie, panie majorze, u Karola Sikory w schronisku na
Magurce. Pan wie, że spotkaliśmy paru Niemiaszków? To chyba dawne
towarzystwo z tego ich Beskidenverein czy jakoś tak. Aha, podporucznik
Śmigielski prosił przekazać, że wraca przez Międzybrodzie, bo coś ma do
załatwienia przed wyjazdem do tej... no... Poddębiny. Wziął ze sobą tego
młodego cwaniaczka, jak mu tam? No, Mietek Marszałek. Mówił, że pan
major wie, o co chodzi.
Major nic nie odpowiedział, tylko przypomniał sierżantowi, żeby nie
rzucać się zbytnio w oczy, bo Abwehra ma w tych okolicach swoich ludzi.
- Tłumaczyłem wam, że działa tu Sabotage und
Sonderaufgaben - rzucił.
- No i Sicherheitsdienst des Reichsführers SS też - wtrącił płynnym
niemieckim Kleiner.
* * *
Kilka dni minęło na intensywnym szkoleniu. Mietek czuł się dobrze w beskidzkich klimatach. Przypominało mu to wakacje u kolegi dziadka w leśniczówce, w Burkucie nad Czarnym Czeremoszem.
Kursanci starali się zapamiętać jak najwięcej. Byli dociekliwi i zadawali wiele pytań. Polubił ich. Na zakończenie zaprosili go na ostro
zakrapianą imprezę z udziałem generała Kazimierza Fabrycego i oficerów
Dwójki. W czasie tej imprezy, popijając wódkę przy ognisku po szkoleniu,
jeden z kursantów, Aaron Lewin, zapytał Kleinera:
- Jesteś może Żydem?
- Nie do końca, pół na pół. Wiesz, taka galicyjska mieszanka.
- Pamiętaj, że masz u nas zawsze miejsce. Jeżeli będziesz miał problem,
pomożemy. Wystarczy, że poszukasz chłopaków z Andrychowa u nas w Hajfie
czy Tel Awiwie.
Następny poranek Kleiner spędzał w wygodnym łóżku skromnej wojskowej
izby. Idyllę za oknem - śpiew ptaków, szum smreków porastających
okoliczne wzgórza, szept płynącego nieopodal strumienia - przerwało
brutalne walenie w drzwi.
- Proszę pana! Jest pilny telefonogram z Warszawy!
Z niechęcią i strasznym kacem Mietek wstał i otworzył. Odebrał od
dyżurnego kartkę z wiadomością: "W trybie natychmiastowym proszę się
stawić w Centrali w Warszawie".
Wyjechał tego samego dnia. Po powrocie do Warszawy został skierowany na
specjalistyczny kurs informacyjno-wywiadowczy. Tym razem dla przyszłych
oficerów.
* * *
Zajęcia na kursie były sprofilowane pod kątem pracy w Referacie
"Wschód". Wykłady prowadzili doświadczeni oficerowie Dwójki, a dotyczyły
one między innymi zagadnień narodowościowych, ochrony, dywersji, ruchów
wywrotowych oraz radiowywiadu. Kleiner poznał również strukturę
Razwiedupru, czyli wywiadu wojskowego, i obu służb bezpieczeństwa
wewnętrznego, WCzK i GPU. Dowiedział się więcej o przebiegu procesów
politycznych w ZSRR, zapoznał się z sytuacją polityczno-gospodarczą
sowieckiego imperium oraz międzynarodową działalnością komunistów.
Mietek czytał wycinki prasowe i wybrane depesze, wysyłane do centrali
przez placówki wywiadowcze. Wiedział, jak kończą osoby podejrzane przez
Sowietów o szpiegostwo. Mógł zapoznać się z relacjami ludzi, którzy
opisywali system łagrów. Zapoznał się z funkcjonowaniem i organizacją
sowieckich oddziałów dywersyjnych na pograniczu, i zrozumiał, że tak
naprawdę działają jak na wojskowym froncie, chociaż Armia Czerwona
jeszcze nie ruszyła na zachód i czekała na rozkaz polityczny z Moskwy.
Doskonale poznał rozkład fortyfikacji granicznych. W szczególności
posiadł wiedzę na temat dyslokacji jednostek Armii Czerwonej w Ukraińskim Okręgu Wojskowym, lokalizacji zakładów przemysłowych, sieci
komunikacji. Usłyszał o Wielkim Głodzie, sztucznie wywołanym kryzysie
aprowizacyjnym na Ukrainie, który pochłonął setki tysięcy ofiar.
Dowiedział się też, że Sowieci objęli falą aresztowań Polaków, którzy
pozostali poza granicami Rzeczypospolitej po zawartym w 1921 roku
traktacie ryskim. Że tysiące Polaków wywieźli w bydlęcych wagonach na
Syberię i do azjatyckich republik.
Z wielu informacji wynikało, że polskie komórki wywiadowcze zwracają
szczególną uwagę na uciekinierów z sowieckiej Rosji, wspierają
rosyjskich emigrantów mających bazy w Polsce i prowadzą nasłuch
sowieckich stacji nadawczych. Obejmują także obserwacją na terenie
Polski sowieckich korespondentów i montują podsłuchy w ich telefonach.
Podobnie byli traktowani kontaktujący się z nimi polscy i białoruscy
komuniści. Kleiner godzinami zapoznawał się też z danymi na temat
sowieckich działań zaczepnych. Wynikało z nich, że grupy uzbrojonych
agentów przechodzą na stronę polską, porywają ludzi i zdobywają
dokumenty.
W czasie jednej z oficjalnych, ale i szkoleniowych wizyt Mietek poznał
szefa Referatu "Wschód", doświadczonego oficera Dwójki, kapitana Jerzego
Niezbrzyckiego. Kapitan wywarł na nim szczególne wrażenie. Stał się dla
niego wzorem do naśladowania, przewodnikiem w przyszłej służbie
wywiadowczej. Z rozmów z nim Kleiner dowiedział się, że Jerzy
Niezbrzycki, przez znajomych nazywany Antonim, jest gorącym orędownikiem
ruchu prometejskiego.
- Niech pan posłucha - mówił Niezbrzycki - według mnie ruch prometejski
to jedyne rozwiązanie, aby pozbyć się na Wschodzie bolszewickiego
zagrożenia. Ten ruch ma na celu odrodzenie narodowe w republikach
wchodzących w skład Związku Sowieckiego. To może rozbić Sowietów od
środka. Dlatego, jak się już pan przekonał na ostatnich zajęciach ze
mną, nasze działania polegają na wspieraniu rządów emigracyjnych i organizacji niepodległościowych.
Niezbrzycki zwrócił uwagę na Kleinera już wcześniej, podczas szkolenia
organizowanego przez wywiad KOP. Poznał wtedy dokładnie dossier Mietka z okresu przemytniczego oraz zapoznał się z opiniami oficerów Dwójki
dotyczącymi operacji przerzutu broni i ludzi do Hajfy. Kapitan zauważył,
że Kleiner, tak jak i on sam, był pełen inicjatywy, aktywny, pomysłowy.
Elastycznie podchodził do każdej sytuacji. Improwizował tam, gdzie było
na to miejsce, ale jednocześnie rozumiał wagę przygotowania i potrzebę
opracowania właściwego planu dla każdego działania. Nie bał się wchodzić
w oko cyklonu. To właśnie zadecydowało, że Mietek został przeniesiony do
Dwójki.
Kleiner starał się zapamiętać z tych spotkań z kapitanem jak najwięcej.
Wszyscy na kursie znali przeszłość kapitana. Jesienią 1931 roku stanął
on na czele Referatu "Wschód". Dzięki jego działalności w Związku
Sowieckim funkcjonowało czternaście placówek obserwacyjno-informacyjnych
oraz kilkanaście punktów łączności i informacyjnych. Jego referat
zajmował się jednak głównie działalnością analityczną i organizacją
kombinacji operacyjnych realizowanych za granicą. Niewielu ludzi miało
odwagę zapuszczać się za wschodnią granicę, dlatego tak duże wrażenie na
Kleinerze zrobiła praca Niezbrzyckiego z agenturą, do której werbował
kolejarzy, pracowników żeglugi, inżynierów budowy mostów.
W czasie kursu Mietek przekonał się, że praca wywiadowcza Niezbrzyckiego
z okresu jego pobytu na placówce w Kijowie była określana jako wybitna,
a raporty oceniane niezwykle wysoko. Kleinerowi szczególnie zapadła w pamięć jedna z opowieści z czasu pobytu kapitana w Kijowie. Niezbrzycki
opowiadał, jak samochodem na dyplomatycznych numerach rejestracyjnych
objeżdżał okolice Kijowa, a nawet Żytomierza czy Berdyczowa. Oficjalnie
jeździł poza stolicę ukraińskiej republiki w poszukiwaniu polskich
cmentarzy wojennych. Pod tą legendą spenetrował dokładnie Wołyń i Podole. Podczas tych wypraw nawiązywał kontakty z Polonią, a także
podziemnym Kościołem katolickim. Zakładał, że te środowiska powinny
zostać wykorzystane do gromadzenia informacji wywiadowczych.
- Panowie, dzisiaj chciałbym wam opowiedzieć o moich wschodnich
doświadczeniach w zakresie tak zwanej ochrony kontrwywiadowczej placówki
- zaczął kapitan na porannych zajęciach. - W czasie mojej pracy pod
przykryciem w naszym konsulacie w Kijowie zajmowałem się również taką
działalnością. W 1929 roku zostałem wydalony z Ukrainy na wniosek
zaniepokojonego moją wyjątkową aktywnością sowieckiego kontrwywiadu.
Kapitan uśmiechnął się szeroko do słuchających go żołnierzy.
- Sowiecka bezpieka zmontowała przeciwko mnie prowokację. Podczas
przyjęcia w domu jednego z moich znajomych, który zapewne współpracował
z sowieckimi służbami, doszło do rewizji. Znaleziono wtedy tajne
dokumenty dotyczące uzbrojenia Armii Czerwonej. Następnie, w czasie
śledztwa, ów znajomy zeznał, że miał je przekazać polskim dyplomatom.
Wskazał na mnie. Zostałem oskarżony o szpiegostwo i wspieranie
działalności miejscowych grup kontrrewolucyjnych. Żeby nie zaogniać i tak napiętych relacji polsko-sowieckich, z Kijowa zostałem wycofany pod
koniec 1929 roku pod pozorem urlopu świątecznego.
Kleiner był dobrym obserwatorem i słuchaczem. Z rozmów prowadzonych z oficerami Dwójki zdołał wywnioskować, że wywiad wciąż jeszcze żyje
sprawą podpułkownika Ludwika Lepierza, szefa sztabu Dowództwa Okręgu
Korpusu nr IV "Lwów", który przez wiele lat przekazywał informacje
Sowietom za amerykańskie dolary. Lepierz wpadł w 1936 roku, a w więzieniu popełnił samobójstwo.
W czasie szkolenia Mietkowi zaczął się rysować niepokojący obraz
polskiego wywiadu na Wschodzie. Zorientował się, że działania są
paraliżowane, a sowiecka infiltracja jest na porządku dziennym. Zdarzają
się porwania i zabójstwa agentów, a także afery związane z przechodzeniem oficerów na sowiecką stronę. Korupcja, nepotyzm i konflikty polityczne demoralizowały kadrę oficerską.
W 1939 roku Kleiner był świadkiem kolejnego osłabienia komórki
wschodniej wywiadu. Część personelu została przesunięta na zachód do
rozpracowywania Niemców.
Rozdział 3
Polska - jesień 1939
Pod koniec sierpnia 1939 roku Kleiner został w trybie nagłym skierowany
na ćwiczenia wojskowe. Stała się rzecz niebywała, świadcząca o bałaganie
w sztabie. Zamiast do komórki informacyjnej dowództwa dywizji trafił do
49 Huculskiego Pułku Strzelców. Został dowódcą drużyny - tak zastał go
wybuch wojny.
Dwunastego września na skraju lasu przy drodze z Dubiecka do Przemyśla
jego oddział natknął się na Niemców odpoczywających po walce.
- Kryć się za osłoną pagórków i krzaków. Podejść do nich! - rozkazał
prawie szeptem dowódca kompanii. - Najbliżej niech podczołgają się
chłopaki z granatami - zwrócił się do Kleinera.
- Tak jest. Już się robi - odpowiedział Mietek.
Trysnęły w górę kawały gliny. Uniosły się czarne fontanny dymu, a z silników dwóch niemieckich Schwere Panzerspähwagen buchnęły jęzory
ognia. Maszyny zostały obrzucone granatami.
- Bagnet na broń! Naprzód! - krzyknął z całych sił dowódca kompanii.
Niemcy wpadli w panikę, próbowali bronić się saperkami, które akurat
mieli pod ręką.
Kleiner podbiegł szybko do najbliższego Niemca. Chłopak mógł mieć około
dwudziestu lat. Ubrany w białą koszulę i wojskowe spodnie na szelkach, w dłoni trzymał nóż do konserw. Kleiner wbił mu bagnet w pierś, a potem
nacisnął spust karabinka. Pocisk wyrwał kawałek ciała. Chlusnęła krew.
Niemiec osunął się na wyschniętą, spaloną słońcem trawę. Upadł tak
niefortunnie, że wytrącił napastnikowi broń. Mietek podniósł karabin i jeszcze dwa razy ciął niemieckich żołnierzy bagnetem. Nie myślał.
Działał jak automat. Czuł tylko ucisk w głowie, jakby mocno obejmowała
ją jakaś obręcz. Krew pulsowała, serce szybko biło. Na skroni pojawiły
się krople potu.
Po krótkiej walce polscy żołnierze wybili Niemców co do nogi. Dopiero
wtedy Kleiner zauważył, że został lekko ranny w rękę odłamkiem granatu.
Opatrunek wykonał sobie sam, z kawałka koszuli. Tego dnia zabił
pierwszego człowieka.
Oddział Mietka maszerował teraz w kierunku Lwowa, na odsiecz miastu. W Mużyłowicach, niemieckiej wsi, zdobył cały park maszynowy niemieckiego
pułku SS "Germania". Polacy rozbili tamtejszy sztab, a wieś, wraz ze
zgromadzonym sprzętem, puścili z dymem. Gdy w jesiennym blasku słońca
oglądali pożar, nagle rozpętała się burza. W tym samym czasie zaczęły
wybuchać pociski dużego kalibru, zgromadzone w niemieckich ciężarówkach.
Jakby tego było mało, nadleciały również dorniery Do-17E/M/Z -
niemieckie samoloty bombowe, nazywane potocznie ołówkami - i zrzuciły
bomby. Zrównały z ziemią płonącą miejscowość, zamieszkałą przez
niemieckich kolonistów.
Po zwycięstwie w Mużyłowicach Kleiner został wezwany do sztabu dowódcy
dywizji. Oficer przekazał mu rozkaz specjalny. Jako żołnierz Dwójki miał
przekazać do sztabu Frontu Południowego generała Sosnkowskiego,
przebywającego gdzieś na wschód od Berdychowa, tajne niemieckie
dokumenty zdobyte w sztabie pułku SS "Germania". Były przemytnik nie
miał trudnego zadania, chociaż musiał zachować wyjątkową ostrożność, bo
w Lasach Janowskich kryło się wielu żołnierzy niemieckich z rozbitych
jednostek. Pojawiały się też grupy ukraińskich nacjonalistów, którzy
atakowali żołnierzy w polskich mundurach. Po drodze wysłannik spotkał
dwóch zagubionych żołnierzy, Franka Zubka i Romka Sławińskiego. Jeden z nich był ranny w rękę, drugi miał rozbitą głowę. Razem weszli do chałupy
miejscowego chłopa i kupili coś do jedzenia.
Po krótkim odpoczynku Ukrainiec zaproponował, że przeprowadzi ich
krótszą drogą przez bagna. Ruszyli wąskim, zarośniętym szlakiem, obok
zwalonych drzew. W pewnej chwili przewodnik wyprzedził ich i zniknął za
zakrętem. Gdy i oni wyszli zza zakrętu, nadal nie było go widać. Nagle
Zubek, który szedł jako ostatni, otrzymał potężny cios w głowę siekierą.
Tylko cicho jęknął i bezwładnie zwalił się na ziemię. Ukrainiec znów
podniósł siekierę i próbował zadać cios Sławińskiemu. Zaskoczony
mężczyzna uchylił się, cofnął, zahaczył o wystający spod trawy korzeń
drzewa i upadł. Powietrze przeszył cichy świst lecącego z dużą
prędkością noża. Ostrze przebiło szyję napastnika, który zacharczał,
ukląkł i upadł na twarz. Kleiner wyjął nóż i wepchnął ciało do płytkiej
bagiennej sadzawki. Dopiero wtedy zauważył w szuwarach dwóch innych
zabitych polskich żołnierzy.
Kleiner i Sławiński wykopali dla Franka Zubka płytki grób w lesie. Na
brzozowym paliku zawiesili wojskowy hełm.
- Pewnie naszych chłopaków też zabił ten ukraiński bandyta. Bydlak! -
powiedział Mietek do Sławińskiego i splunął na unoszące się jeszcze na
wodzie ciało napastnika.
Kilka godzin później Kleiner wraz ze Sławińskim dotarli do dowództwa.
Pojazdy sztabowe zmierzały właśnie na zachód. Kleinera przyjął generał
Marian Kukiel, przydzielony do tej jednostki bez jasno określonych
zadań. Kukiel odebrał pakiet dokumentów zdobytych na niemieckim oddziale
SS.
- Przebijaliście się od wschodu przez San? Szliście przez Sieniawę? -
dopytywał.
- Nie, panie generale. Bardziej na południe - odparł Kleiner.
Generał lekko wziął go pod ramię i poprowadził do innego pomieszczenia,
w którym nie było nikogo. Dla pewności zlustrował całą izbę i wyjrzał
przez okno. Upewnił się też, że nikt nie stoi za drzwiami, a następnie
zamknął je zdecydowanym ruchem. Kleinera zdziwiło takie zachowanie
generała, ale nie oponował. Widocznie dowódca miał w tym swój cel.
- Pamiętaj. W Sieniawie, w oficynie pałacu Czartoryskich, w skrzyniach,
ukryte są skarby, arcydzieła polskiej kultury. Jeśli będziesz mógł się
tam dostać, chroń je. Ja niestety nie mogłem się tym zająć - powiedział
generał.
Był zmęczony i najpewniej świadomy tego, że niebawem będzie musiał
ewakuować się do Rumunii. Dał kurierowi paczkę papierosów i niewielką
buteleczkę wódki. Kazał wyfasować suchy prowiant, nowy mundur, buty i broń. Mietek mógł się także umyć w jednej z chat zajętych chwilowo przez
sztabowców, odpocząć w niej kilka godzin i się przespać.
Następnego dnia jeszcze przed świtem opuścił sztab i szybkim marszem
udał się w kierunku ostatniego znanego mu miejsca stacjonowania
macierzystego oddziału. Nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie i kiedy
ten marsz się skończy. Czy zobaczy jeszcze swój hotel George we Lwowie?
Czy zaciągnie tam na noc jakąś dziewczynę, śliczną jak Iryna? Czy na
majówkę popłynie łódką z kolegami z centrali Dwójki na plażę na Saskiej
Kępie w Warszawie? Czy zobaczy jeszcze rodziców? Wszystkie te pytania
biegły przez jego głowę niczym przyspieszony film.
* * *
Noc z dwudziestego na dwudziestego pierwszego września była chłodna.
Kompania Kleinera po forsownym marszu przypuściła atak na "gniazdo"
wroga, gdy do ziemi przygwoździł ją morderczy ogień z karabinów
maszynowych i moździerzy. Nagle ziemia usunęła się Kleinerowi spod nóg.
Na nacierających spadł grad pocisków artyleryjskich. Pole walki pod
Hołoskiem na przedpolach Lwowa zamieniło się w pole śmierci.
Gdy zrobiło się jasno, Mietek poczuł potworne uderzenie w żebra, które
obudziło go z omdlenia. Dookoła panowała cisza. Nagle ktoś złapał go za
kołnierz i zadał cios w bok wojskowym butem. Następne uderzenia spadły
na jego plecy i nerki. Bity zerwał się na nogi i zobaczył leżące w szeregu ciała niemal wszystkich swoich kolegów. Ocalałych żołnierzy
Niemcy zaprowadzili do niewielkiego dworku.
- Jak ty wyglądasz? Co ci się stało? - zapytał jeden z polskich
żołnierzy i podał Kleinerowi małe, okrągłe lusterko.
W szkle odbiło się coś, co przypominało mieszankę gliny i krwi. Mietek
podszedł do wiaderka z wodą. Obmył twarz i włosy. Wtedy okazało się, że
na głowie ma dwie rany cięte, a małżowina lewego ucha jest naderwana.
Koledzy zrobili mu opatrunek z kawałka koszuli.
Kolejnego dnia rano wszystkich pognano w kierunku Jarosławia. W kolumnie
szli ułani, piechurzy i pancerniacy z rozbitych oddziałów. Niektórzy nie
mieli na sobie części mundurów czy butów, za to inni wyglądali tak,
jakby nigdy nie uczestniczyli w walce.
Kleiner czuł potężny ból głowy i głód. Nie jadł od czterech dni. W Łańcucie udało mu się znaleźć puszkę po konserwie. Dzięki temu w punkcie
wydawania posiłków dostał chochlę ciepłej zupy na kościach. Wypił ją
niemal jednym haustem, jak kieliszek wódki. Krótko potem Niemcy
załadowali ich do wagonów i wywieźli do Krakowa-Płaszowa. Prowizoryczny
obóz urządzono tam obok koszar, w stajniach w dzielnicy Dąbie. Jeńcy,
dla których zabrakło miejsca pod dachem, kładli się spać na brukowanym
dziedzińcu wysypanym słomą. Kilku z nich zmarło już pierwszej nocy.
Niemcy nie nadążali z dostarczaniem wody i posiłków.
Były przemytnik dochodził do siebie. Starał się zachowywać tak jak w czasie licznych wielodniowych wędrówek przez granicę. Obserwował
otoczenie. Odzyskiwał czujność. Gromadził jedzenie. Co jakiś czas
wymieniał chleb na warzywa, cebulę lub czosnek. Wiedział, że aby nie
chorować i nie popaść w otępienie, musi dostarczać organizmowi witamin.
Wtedy zdecydował, że ucieknie.
W porze zmierzchu przecisnął się pod zasiekami i przeskoczył niewielki
drewniany płot. W odległości pięćdziesięciu metrów zobaczył niemiecki
patrol. Zauważyli go, więc zaczął uciekać. Obok kamienicy z czerwonej
cegły wpadł na kobietę, która niosła drewniane wiadro z bielizną.
Zapytał, gdzie może się schronić. Kobieta wskazała przykryte deską
szambo. Resztką sił zdjął deski, wszedł do środka i zawisł nad grubą
warstwą odchodów. Jego nogi do kolan zanurzyły się w ciemnej,
błotnistej, śmierdzącej mazi. Kobieta z powrotem położyła deski.
- Halt! Gdzie dezerter, stara?! - usłyszał po chwili nad głową krzyk
łamaną polszczyzną.
- Panie, poszedł sobie, o tam - odparła kobieta.
Mietek tracił siły. Już wyobrażał sobie, że palce się odrywają, a on
ląduje w kilkumetrowym dole z gównem. Nagle deska się odchyliła, a kobieta energicznym ruchem złapała go pod ramię. Miała siłę dorosłego
mężczyzny. Był uratowany.
* * *
Początkowo starał się omijać skupiska ludzi. Dzień spędzał w zaroślach i zagajnikach, a poruszał się nocami. Dotarł tak do Tarnowa. Tam wszedł do
bramy jakiejś kamienicy, upadł i stracił przytomność. Ocknął się, gdy
ktoś ciągnął go za rękaw. Dwóch nastolatków zaprowadziło go do
mieszkania na piętrze. Kazali mu się rozebrać.
- Jesteś u swoich. Nie martw się - powiedział jeden z nich. - Spalimy
twoje łachy w piecu, bo strasznie śmierdzą. Wchodźże szybciej do wanny,
człowieku.
Pierwszy raz od miesiąca Kleiner wszedł do parującej, gorącej wody.
Wszystkie rany nagle się otworzyły, a każde, nawet najmniejsze
zadrapanie potwornie zapiekło. Gdy wyszedł z wanny, chłopcy przetarli
jego rany spirytusem, nałożyli na nie leczniczą maść i opatrunki. Dostał
długą koszulę i położył się w białej pościeli. Zasnął. Obudził się, gdy
przyszedł lekarz. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Tuż obok lekarza
zobaczył Mietka Marszałka, którego poznał na kursie Dwójki w Andrychowie.
Po kilku dniach chory doszedł do siebie. Jego nowi znajomi właśnie
zawiązywali komórkę konspiracyjną. Załatwili mu lewe dokumenty.
W połowie października Kleiner pojechał do Krakowa. Tam został
zamelinowany w mieszkaniu w centrum miasta. Miał być w dyspozycji
tworzącej się Służby Zwycięstwu Polsce i współpracować z pułkownikiem
Rogiem.
Rozdział 4
Kraków - jesień 1939
Mieszkanie w zaniedbanej kamienicy, oddalonej zaledwie kilkaset metrów
od wzgórza wawelskiego, było umeblowane skromnie, choć kilka rzeczy
przykuwało uwagę swoją urodą i klasą. Okna zasłonięto lekko pożółkłymi
firankami, a na parapecie stała usychająca paprotka. Na turkusowej
ścianie wisiał obraz z wizerunkiem Świętego Antoniego, a nad drzwiami
niewielki krzyżyk pokryty patyną. Przez uchylone okno wiatr wtłaczał do
pokoju zapach palonego drewna. Z oddali dobiegał metaliczny dźwięk
dzwonka tramwaju jadącego ulicą Zwierzyniecką. Po chwili zagłuszył go
donośny głos dzwonu z pobliskiego kościoła.
Każda z czterech osób, które zebrały się w salonie, przyszła osobno, z zachowaniem zasad konspiracji. Przy ciężkim okrągłym stole siedziała
Pelagia Potocka, trzydziestoletnia arystokratka, od roku pracująca w muzeum Czartoryskich. Obok niej usadowił się profesor Adolf
Szyszko-Bohusz, architekt, przez wiele lat odpowiedzialny za prace
renowacyjne w Zamku Królewskim na Wawelu.
- Przepraszam szanownych państwa za warunki, w jakich się spotykamy -
zagaił pułkownik Juliusz Filipowicz, gospodarz spotkania.
Róg poprawił popielaty prochowiec i przeczesał dłonią lekko pofalowane
włosy. Od niedawna na polecenie generała Michała
Karaszewicza-Tokarzewskiego, o pseudonimie Torwid, organizował w Krakowie podziemie. Prowadził rozmowy z organizacjami konspiracyjnymi,
aby włączyć je w działalność Służby Zwycięstwu Polsce. Rozmowy szły jak
po grudzie, bo przedwojennych podziałów politycznych nie zasypała nawet
wrześniowa klęska.
- Zaprosiłem tutaj pana, profesorze, bo pani Pelagia ma do przekazania
ważne wiadomości - powiedział pułkownik i wyjął z wewnętrznej kieszeni
płaszcza metalowe pudełko z orientalnym rysunkiem, a z niego
"egipskiego" papierosa. Po pokoju rozszedł się charakterystyczny zapach
dymu, zmieszany z wonią palącej się benzyny.
- Niemcy tropią, przejmują i gromadzą dzieła sztuki - zaczęła trochę
niepewnie Potocka. - Dotarły do mnie informacje, że planują je ukraść,
chociaż oficjalnie mowa jest o zabezpieczeniu. Mogą zostać wywiezione do
Niemiec. Główny magazyn mają w nowej bibliotece Uniwersytetu
Jagiellońskiego przy Mickiewicza. Tam przewieźli też skarby z naszego
muzeum. Byłam tam. Na razie panuje chaos i brak jakiejkolwiek
organizacji.
Pułkownik wstał i zrobił dwa kroki.
- Przez kurierów przekraczających granicę z Węgrami nawiązaliśmy kontakt
z naszym rządem we Francji. Dyspozycja jest jasna i prosta: maksymalnie
chronić arcydzieła, zabezpieczyć i nie dopuścić do ich wywiezienia lub
zniszczenia. To dotyczy każdego z nas. Ja mam teraz na głowie inne
sprawy, ale państwo powinniście robić wszystko, aby wykonać ten rozkaz.
Takie mamy polecenie od generała Kukiela, który znalazł się we
francuskim rządzie generała Sikorskiego.
Profesor milczał. Wzrok wbił w niewidzialny punkt na ścianie. Zdjął z nosa binokle.
- Niemcy wypytywali mnie w komisariacie na Pomorskiej, gdzie są
wawelskie skarby. Teraz proponują, abym został na Wawelu i przyglądał
się ich nowym porządkom - powiedział i spojrzał na pułkownika.
- Niech pan przyjmie ich ofertę. Musimy mieć swoich ludzi na Wawelu. Tym
bardziej że chcą ulokować tam rząd - poradził Filipowicz.
- Kilka dni temu zniknął doktor Stefan Komornicki - zaczął profesor. -
Być może został aresztowany wraz z profesorami Uniwersytetu
Jagiellońskiego w czasie spotkania z przedstawicielami policji
niemieckiej. Wcześniej opowiedział mi jednak interesującą historię.
Austriak, niejaki doktor Mühlmann, przedstawiciel rządu niemieckiego do
spraw ochrony dzieł sztuki, poprosił go o pomoc w znalezieniu kolekcji
Czartoryskich. Miałem już wątpliwą przyjemność spotkać doktora Mühlmanna
na zamku. Zrobił na mnie wrażenie człowieka zdecydowanego i znającego
się na swojej pracy.
- I co dalej?
- Komornicki wraz z Mühlmannem pojechał do Pełkiń. Tam okazało się, że
zbiory są w Rzeszowie, w skrzyniach, które jeszcze przed wojną generał
Marian Kukiel kazał wywieźć i ukryć w ordynacji sieniawskiej nad Sanem.
Niestety, szybko zostało to odkryte przez niemieckich żołnierzy.
Skrzynie znalazły się już w łapach organów bezpieczeństwa. Profesor
twierdził, że paki były w dobrym stanie, chociaż niektóre artefakty
zostały zrabowane. W każdym razie przywieziono je do Krakowa. Mój kolega
był przekonany, że Niemcy chcą wszystko wywieźć do Berlina. Co
najciekawsze, widział tam też skrzynię sygnowaną literami "LRR" - czyli
z obrazami Leonarda, Rafaela i Rembrandta. Była uszkodzona, ale nie
pusta. Na Damie zobaczył wyraźny ślad wojskowego buta...
- Teraz ta skrzynia jest w nowej bibliotece uniwersyteckiej - wtrąciła
Pelagia Potocka. - Dzieją się złe rzeczy. Do naszego muzeum kilka razy
przychodziła czarna policja. Oglądali dokumentację, robili zdjęcia.
Przygotowują się do rabunku.
- Proszę, abyście zwracali uwagę na to, co dzieje się z zabytkami.
Notujcie ze szczegółami daty wizyt i nazwiska niemieckich urzędników.
Jeżeli gdzieś będą je wywozili, starajcie się ustalić kierunek
transportu. Jeżeli będzie ku temu sposobność, to postarajcie się je
ukryć - powiedział pułkownik i zakończył spotkanie.
Kleiner przez cały czas stał przy oknie. Zza firanki czujnie lustrował
ulicę i wejścia do bram pobliskich kamienic. Nie odzywał się.
Gdy Pelagia Potocka wyszła z mieszkania, profesor podszedł do
pułkownika.
- Mam kopie Wielkiej Trójki - powiedział. - Wykonał je pod koniec lat
dwudziestych domorosły artysta malarz, rzemieślnik - doskonały fałszerz,
kopista. Muzeum wieszało je incydentalnie, gdy oryginalne obrazy trzeba
było poddać kontroli konserwatorskiej. W sierpniu dostałem je w depozyt
od generała Kukiela. Może się do czegoś przydadzą?
Profesor włożył palto i kapelusz. Pożegnał się z pułkownikiem i wyszedł.
Gdy mieszkanie opustoszało, Róg podszedł do Mietka i poczęstował go
papierosem. Zegar ścienny Roi de Paris metalicznym dźwiękiem werku wybił
godzinę pierwszą.
- Niemcy zaczynają się zachowywać coraz bardziej niezrozumiale. Po co
atakują tych Żydów? Stają się coraz bardziej zuchwali, jakby liczyli na
to, że Francja i Wielka Brytania nie będą walczyły.
Pułkownik się zamyślił.
- Masz gdzie mieszkać? - zapytał Kleinera.
- Radzę sobie.
- Mówiłeś, że znasz generała Kukiela. Wiesz, że zależy mu na kolekcji
Czartoryskich. Mam pewien pomysł. Na początku sprawdź, jak jest
chroniony budynek nowej biblioteki uniwersyteckiej. A potem zrobisz tak...
* * *
Mietek wciągnął w płuca ostre, jesienne powietrze. Szedł ulicą Miodową.
Obok niego przejechał czarny opel na niemieckich numerach. Z tyłu
siedział urzędnik w stalowym płaszczu wojskowym. Na patkach kołnierza
widniały trzy złączone liście dębu. Ten człowiek musiał być grubą rybą.
Kleiner zaczął przypominać sobie odznaki noszone przez funkcjonariuszy
niemieckiego państwa.
- Aaa, to SS, przyboczna gwardia Hitlera. Ciekawe, co tu robi? - mruknął
pod nosem i wszedł w bramę piętrowej, odrapanej kamienicy.
Skręcił w lewo i znalazł się na podwórku typowej krakowskiej mordowni.
Przy poplamionych drewnianych stołach siedziało sporo gości. Minął w drzwiach roześmianą parę. Mężczyzna powiedział kobiecie coś na ucho i cmoknął ją w policzek.
W karczmie było gwarno. Dominowali podpici handlarze i chłopi, którzy
przyjechali na targ do Krakowa. W powietrzu unosił się gęsty dym tanich
papierosów, pomieszany z kwaśnym zapachem potu i moczu oraz wonią
świeżego piwa. Między stolikami przechadzała się leniwie i wyzywająco
miejscowa prostytutka. W palcach trzymała ciemną cygaretkę, a na głowie
miała niewielki kapelusz. Jak na tę porę roku ubrana była wyjątkowo
lekko. Miała na sobie cienką, jasną sukienkę w kwiaty.
Karczmarz wypisał kredą na czarnej tablicy specjały dnia: flaczki i knedle. Na ladzie czarnego bufetu leżało kilka kawałków torcika z andrutów i parę tradycyjnych krakowskich obwarzanków. Obok stał gliniany
dzban z kwaszonymi ogórkami. Młoda blondynka opierała się rękami o blat
i patrzyła w przestrzeń za oknem. Kleiner kupił u niej piwo i usiadł w kącie. Zauważyła go prostytutka i podeszła do jego stolika.
- My się chyba znamy? - zagadnęła, lekko speszona.
Mietek spojrzał na nią. Rzeczywiście, dziewczyna kogoś mu przypominała.
- Hanka?! Cześć! Co tu robisz? Znudziło ci się we Lwowie? - zapytał z uśmiechem.
Kobieta przysiadła na drewnianym krześle. Uniosła jego rękę i przytuliła
do swojej twarzy.
- Tam teraz nie ma życia. Czerwoni takie jak ja wsadzają na Brygidki.
Nie masz na mnie ochoty? Za kilka złotych. Wiesz, że jestem dobra.
Kleiner spojrzał w bok. Skupił się na grających w karty trzech
dwudziestolatkach. Już na pierwszy rzut oka było widać, że nie splamili
się w życiu uczciwą pracą. Grali w dupę biskupa. To był tylko przerywnik
przed wyszukiwaniem kolejnej ofiary, którą można byłoby oskubać z pieniędzy albo jakiegoś towaru. Na ich stół wjechały pękate kufle z piwem i długa flaszka siwuchy. Wylądowały obok miseczki z kwaśnymi
ogórkami, kawałkiem czarnego chleba, płatem słoniny i plasterkami
cebuli.
- Ci, na których patrzysz - powiedziała Hanka - dzisiaj nie mieli
szczęścia. Skroili tylko starego Żyda na ulicy Berka Joselewicza.
Zabrali mu dwadzieścia złotych i srebrny zegarek na łańcuszku. Żyd nawet
nie protestował. Machnął ręką i oddał, co miał w kieszeni. Pewnie
pomyślał, że życie i tak jest niewiele warte. Powiedział, żeby dali mu
spokój. Wiesz, że nawet pytał, co z nich za ludzie?
- Przepraszam cię na chwilę, ale muszę wyjść. Poczekaj na mnie. Zaraz
wrócę - powiedział Kleiner, wstał i wyszedł z knajpy za młodym
chłopakiem.
Szli ulicą Bożego Ciała do placu Nowego. Tam chłopak podszedł do
czterdziestoletniego mężczyzny w długim czarnym płaszczu. Pokazał mu
zegarek. Ten włożył go do nietypowej wewnętrznej kieszeni palta. Po
szemranej transakcji chłopak skierował się z powrotem na ulicę Miodową.
Gdy przechodził obok bramy parterowego budynku, nagle pochwyciły go
silne dłonie. Wciągnęły w cień wejścia do kamienicy i z całej siły
przyparły do muru. Przestraszony zaczął się wyrywać. Kleiner przycisnął
łokieć do jego szyi.
- Puść mnie! Co ci zrobiłem?! - wydukał chłopak.
- Nie rzucaj się tak. Nic ci się nie stanie. Posłuchaj mnie - warknął
Kleiner. - Polecił mi ciebie Kruk, ten z Kazimierza. Podobno dzięki
twojej maszynie i wózkom udało się przewieźć paki z wawelskimi obrazami
na wiślany galer. Miałeś udział w ich ratowaniu?
Mietek stopniowo zwalniał uścisk.
- Czego chcesz? Może tam byłem, może nie. Zdupcaj! - krzyknął chłopak.
- Taki z ciebie patriota? Kibic Cracovii! Na dzielnicy mówią, że
okradasz starych Żydów, jakby mieli mało problemów z Niemcami. Ale
zapomnimy o tym.
- "My", czyli kto?
- Wojsko polskie.
- Wojsko polskie to ja ostatni raz widziałem we wrześniu, jak uciekało z Krakowa na Tarnów. Aż się za nimi kurzyło.
- Potrzebuję ciężarówki i jeszcze jednego człowieka oprócz ciebie.
Powiedzmy, że do przeprowadzki. Trzeba wejść w jedno miejsce i coś
wynieść. Ale uważaj. Nie można się spietrać, bo może tam być dużo
Niemców. Zapłacimy jak za dobry kurs do Myślenic. Robota ma być zrobiona
szybko i po cichu. A po wszystkim ty i twój kumpel zapomnicie, co
widzieliście - tłumaczył precyzyjnie Kleiner.
- Mówisz, że dla Polski? Będzie mi to zapisane, już po wojnie? No dobra,
coś skołuję.
- Bądźcie przed tą bramą za dwa dni, o siódmej. Wszystko jasne?
- Tak jest, szefie. Będziemy o czasie.
Mietek wrócił do knajpy. Hanka dopalała właśnie papierosa i oganiała się
od namolnego, pijanego adoratora. Kleiner podszedł do niej, wziął ją za
rękę i wyszli razem na ulicę. Skierowali się do jego mieszkania.
* * *
Mietek położył się na drewnianej podłodze. Ból, który odczuwał od kilku
godzin, był już nie do zniesienia. Mężczyzna napiął wszystkie mięśnie. Z lewego ucha wypłynęła strużka ropy. Poczuł ulgę. Na łóżku w ciemnym
pokoju spała Hanka. Spod zwiniętej kołdry wystawały jej plecy, smukła
szyja i ciemne włosy. Na podłodze porozrzucana była jej bielizna, a na
okrągłym dębowym stole leżały sukienka, torebka i zbyt lekkie jak na
listopad pantofelki. Z krzesła zwisał jej zielony płaszczyk.