Owszem, wszystko zaczęło się dawno temu, ale niech drogiego Czytelnika ów zwrot nie sprowadzi na manowce. Wiem, wiem, tylko bajkom przysługuje. Opowieść, którą chcę przedstawić, to jednak nie bajka. Cóż z tego, że Majcek jest skądś (bądź z czegoś), jak większość bohaterów najpiękniejszych bajek: z zamku, lasu, doliny, jeziora, nawet z wielkiego miasta, w którym można, dajmy na to, sprzedawać zapałki. I wyciskać łzy z niewinnych ocząt, wciąż wierzących, że ta bajka, jak większość innych, skończy się dobrze. Nie, nic z tych rzeczy.
Majcek jest prawdziwy. Czyli realny. Z krwi i kości. Ma też mózg, nawet jeśli wciąż wielu w tę jego przypadłość powątpiewa. Co oznacza, że nie z bajki, choć trudno w to uwierzyć. I nikt z nas, nawet ja, zakończenia nie przewidzi. Jak to w życiu.
Chcecie go poznać? Przejdźcie zatem gościnnie otwarte drzwi pociągu wyobraźni, usiądźcie wygodnie, przymknijcie oczy i przenieście się tam, gdzie Majcek ma swój świat.
Czyli tymczasem na podwórko. Dużej, rozłożystej kamienicy z oficyną, przestrzenne, z chodnikiem na udeptanej ziemi, prowadzącym wzdłuż oficyny aż pod same jej drzwi. Ogarniamy je wzrokiem dopiero po przekroczeniu szerokiej bramy-tunelu, z dwojgiem czerwonych drzwi po obu stronach, brudnej i odrapanej, cuchnącej moczem i rzygowinami, bo jej otwarte wrota są niejako zaproszeniem dla każdego pijaka, wracającego z położonej na rogu ulicy knajpy do swych pieleszy, które wydają się być zbyt daleko, aby do nich donieść wydzieliny, eksplodujące gwałtownie pod wpływem nadmiaru spożytego właśnie alkoholu.
Bramy się zamyka? Owszem, teraz. I tylko w prywatnych, strzeżonych kamienicach. A my przenieśliśmy się do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, wtedy, jeśli ktoś jeszcze nie wie, wszystko było wszystkich, czyli niczyje, a jako takie podlegało prawu używania, niszczenia, zawłaszczania, obszczywania i tylko o porządkowaniu nikt nie myślał. No, może było parę wyjątków.
Zajrzyjmy zatem na owo podwórko. Z lewej jego strony ciągnęła się w dal (zwłaszcza dla dziecięcych oczu) długaśna oficyna, w połowie przedzielona bramą wejściową, zakończona prostopadle przylegającą przybudówką, w której rozsiadł się magiel, całymi dniami pełen bab w różnym wieku, skrzeczących jak przekupy i wiecznie wojujących z dzieciarnią, która podwórko uważała za swoją własność, nie przestając, na przykład, kopać piłki nawet wówczas, gdy taszcząc swoje wiklinowe kosze, pełne świeżo wypranej, wykrochmalonej bielizny, baby usiłowały przez wrzeszczący gąszcz przedostać się na drugi koniec podwórka.
Obok magla stały gołębniki. Dwa. W jednym swoje rysie, garłacze, białogony i licho wie, co jeszcze, hodował pan Daszkiewicz, repatriant ze Lwowa, zajmujący mieszkanie na ostatnim piętrze oficyny, to po lewej stronie, przylegające do kamienicy właściwej. Miał żonę, która wciąż hołubiła swe wielkopańskie nawyki i mienie, uratowane cudem podczas długiej podróży wagonem towarowym, w towarzystwie innych przedwojennych inteligentów, ale też prostszych ludzi, taszczących chudobę w tobołkach, nie posiadających żadnych mebli (bądź pojedyncze sztuki), za to zasmradzających wagony swoim żywym inwentarzem, o który troszczyli się bardziej, niż o brudne, zasmarkane dzieciaki, zbijające się w grupki i patrzące na wszystko przerażonym wzrokiem. Miał też syna. Późne dziecko. O nim jeszcze opowiem. Zapewne niejednokrotnie.
W drugim gołębniku trzymał swe ptaki pan Szulc, rodowity Ślązak, który przed i podczas wojny inaczej pisał swoje nazwisko i miał dziwny odruch podnoszenia wyprostowanej ręki na sam widok niemieckich mundurów, ale on gorliwie się tego wypierał. Stracił na wojnie żonę i syna. Ona zmarła na tyfus, a chłopak służył w wojsku i zginął śmiercią bohatera. Pan Szulc utrzymywał, że wojsko było polskie, bił się w piersi, przysięgając na wszystkie świętości, choć wszyscy wiedzieli, że śląskie chłopaki, chcieli czy nie, siłą byli wcielani do niemieckiej armii. Bez niczyjej winy. Zwłaszcza ci, którzy mieszkali w niemieckiej części miasta, przedzielonego granicą. Tuż za nią żyli krewni o tym samym nazwisku, które pisali na polską modłę. Taka była rzeczywistość, więc niepotrzebne są żadne tłumaczenia.
Teraz pan Szulc mieszkał z córką, zięciem i trójką wnucząt, na drugim piętrze kamienicy właściwej, które to mieszkanie kiedyś było własnością jego rodziców. Jak i cała kamienica. Zięć pana Szulca też był ze Lwowa. Dzieciaki zaśmiewały się do łez, kiedy obaj siadali na podwórku, aby w sobotnie popołudnie osuszyć butelkę lub dwie, a w miarę postępowania zamierzonego procesu każdy z nich zaczynał mówić swoją gwarą i za nic nie potrafili się zrozumieć. Małolaty rozumiały wszystko. Wychowywane w dwoistej społeczności kamienicznej, wyrastały, czując się świetnie w każdej z kultur. Także językowej. Wyciągając zatem brudne łapki po drobniaki, oferowali się tłumaczyć, bo miękkie języki teścia i zięcia za nic nie chciały wrócić do zwykłej polszczyzny.
Oj, natłumaczyliśmy się zacnie. Choć to raczej niewłaściwe słowo, bo rzadko przedstawialiśmy im właściwą treść wymawianych przez adwersarza słów. Wymyślaliśmy niestworzone historie, bawiąc się świetnie, gdy łapali za kołki lub wręcz noże i zawsze uchodziło nam to na sucho, bo i tak na drugi dzień ani jeden, ani drugi nie pamiętał, dlaczego obili się nawzajem. Dopiero po kilku miesiącach córka pana Szulca położyła kres naszym zdolnościom translacyjnym, gdy wreszcie odkryła, dlaczego w każdą sobotę musi swoim panom opatrywać rany. Wtedy dopiero nam się dostało... Może opowiem o szczegółach, gdy nadejdzie właściwy czas, choć chwały nijakiej dzieciarni to nie przysporzy.
Wróćmy na podwórko. Po prawej stronie, tuż za załamkiem kamienicy właściwej, stał trzepak, kubły na śmieci i rząd komórek, w których ci, dla których brakło piwnic, trzymali właściwe piwnicznym akcesoria, głównie węgiel i drzewo na opał, ale też różne graty, które już raczej nie były potrzebne, wciąż jednak żal je wyrzucić.
W rogu, między gołębnikami a komórkami, rósł wybujały już mocno krzak bzu, najczęstsza roślina kamienicznych podwórek. Otoczona stykającymi się ramionami płotu, a właściwie muru, wytworzyła się oaza, ulubione miejsce pierwszych pocałunków, nauki palenia papierosów, edukacji niedozwolonej małolatom i innych skrytych czynności. Zaciszne, ocienione, wiosną pachnące. Dzieciarnia zawarła między sobą niepisaną umowę, że jest to świątynia ich dorastania i nie wolno jej kalać w żaden sposób. Gdyby komuś nagle przyszło do głowy, że musi się wysikać, a pokonanie trzech pięter na zbyt długo oderwałoby go od zabawy, więc ulży sobie tam, gdzie nikt nie widzi, dostałby solidny wycisk. Pamiętny. Na długo. Byli tacy, którzy przekonali się o tym osobiście, więc każdy przychodny dzieciak, odwiedzający dziadków lub ciocie, od razu dowiadywał się o zasadzie. Nic nie było ważniejsze.
Oaza to też ulubione miejsce Marcela. Wówczas.
Spójrzmy jednak na grupę baraszkującą swobodnie, radosną, choć środowisko nie wskazywało na możliwość bycia w nim szczęśliwym. Co tam jednak środowisko wie. Poznajemy grupkę w momencie, gdy lato chyli się ku wrześniu, czyli końcówka wakacji. Najstarsze z łobuziaków liczy sobie piętnaście wiosen, najmłodsze pięć. To Marcel. I Zbyś, wnuk pana Szulca. Ma przywilej zabawy ze starszymi, bo ciągną go za sobą brat i siostra, bliźniaki dwunastoletnie, Kornel i Kornelia, jakby już nie dało się durniej nazwać swoich dzieci.
Tam, na trzepaku, wisi głową w dół dziewczę niesforne, nazywane przez wszystkich chłopczycą, trzynastoletnie. Ma krótkie, rozczochrane włosy, spodenki i czerwoną koszulkę, więc na pierwszy rzut oka można byłoby ją wziąć za chłopaka.
To ja. Mariola. Dziecię drugiej śląskiej rodziny, która przetrwała wojnę we własnych pieleszach, oddając je potem swojej progeniturze. Mówią o mnie, że jestem krnąbrna. Zadziorna. Często wredna. Wyszczekana i niepanująca nad językiem, także tym nieparlamentarnym. Wiecie, co? Mają rację. Taka jestem. Nieprzewidywalne reakcje obronne często sprowadzają dzieci na ścieżki źle widziane oczami dorosłych.
Dzieciaki po większej części mnie lubią. Teraz już tak. Kiedyś jednak... Ale do tego wrócimy. Później. W tym momencie już dość, bo to nie jest opowieść o mnie. Główny bohater ukrywa się tam, w oazie. Nie widzicie go? Właśnie o to mu chodzi. Nikt go nie widzi, poza dziećmi, które zwyczajnie wiedzą, że on tam jest. Ma zamyśloną minę na skrzywionej twarzy, podpartej nieudolnie przykurczoną dłonią. Przymyka oczy, jakby chciał przenieść się w jakąś inną rzeczywistość. Gdy któryś gołąb znienacka zagrucha mu nad głową, zrywa się gwałtownie, choć doskonale zna owe ptasie zwyczaje. Zawsze tak się zrywa wyrwany z zadumy. Po chwili znów opiera twarz na przykurczonej dłoni, drugą podkładając pod nogę. Siedzi? Tak. Na czym? Macie w oazie też fotel? Nie. To prywatny fotel Marcela. Na kółkach.
Kim jest Marcel? To mój brat. Zawsze tak duma, gdy zdarzy mu się jakaś przykrość. Wiem, co gnębi go teraz, ale nie chcę zaburzać chronologii. Zresztą ja zawsze wiem, co go gnębi. Jeśli chcecie, mogę opowiedzieć, ale muszę zacząć u źródeł, inaczej nikt niczego nie zrozumie.
Gotowi? Posłuchajcie.