Majaki - Magdalena Czmochowska

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

PLAYLISTA

Rozdział 1

Magdalena zrobiła głośniej. Auto sunęło gładko, szybko i niemal bezszelestnie. Uśmiechnęła się, w myślach wysyłając podziękowania do Collina i Gary'ego. Gdyby nie ich niespodziewany gest, nigdy nie przyjechałaby do Polski własnym samochodem. Maksimum komfortu, minimum ryzyka, jak rzekł Collin, wręczając jej kluczyki. Reflektory mazdy wyławiały z mroku kolejne drzewa; rozstępowały się przed samochodem jak Morze Czerwone przed Mojżeszem i znikały w tyle, wtapiając się z powrotem noc.

Wracała do domu. Jeszcze chwila, jeszcze tylko kapliczka z gipsową figurą panienki niebieskiej okolona spłowiałymi, tonącymi w kurzu topornymi różami, które kiedyś były czerwone. Jeszcze chwila, a zobaczy połyskujące w mroku przy kapliczce ogniki zniczy. I wydeptaną trawę na poboczu. I zapiaszczone dechy szumnie nazwane mostkiem, choć przecież były tylko kładką. Za kapliczką, mniej więcej czterysta metrów dalej, skręci w lewo, gdzie będzie czekać otwarta na oścież brama i siatka obrośnięta dzikim chmielem. Przejedzie przez mostek do domu dziadków i jeśli otworzy okno w samochodzie, poczuje roślinny, zalatujący lekko kanalizacją zapach wody w rowie. Jeszcze chwila, a...

- Zjedź! No, zjedź, ćwoku! - krzyknęła Magdalena.

Furgonetka prująca z naprzeciwka była coraz bliżej. Jej przednie światła omiatały raz lewe, raz prawe pobocze drogi. Jechała zygzakiem. Magdalena zacisnęła palce i skręciła kierownicą w prawo. Rozpędzona mazda z wizgiem opon parła prosto na opadające do rowu pobocze i smukłe topole tuż za nim.

- Szlag! - wrzasnęła Magdalena, kiedy poczuła, jak zygzakująca furgonetka zahaczyła o bok jej samochodu.

Mazdą zarzuciło od nagłego impetu, a odgłos prutej blachy rozdarł powietrze. Gdzieś rozwrzeszczał się przestraszony jerzyk. Samochód sunął tyłem w kierunku rowu. Magdalena gwałtownie zaciągnęła hamulec ręczny i drżącą ze zdenerwowania dłonią wyjęła kluczyk ze stacyjki.

- Ja pikolę... - szepnęła, opierając czoło o kierownicę.

W wydychanym powietrzu miała chyba tysiąc promili adrenaliny. Wiedziała, że musi wysiąść z auta nawet na czworakach, zapalić i zadzwonić do Michaliny. Właśnie w tej kolejności.

Otulił ją piękny, ciepły wieczór. Zza lasu dobiegał cichy szum samochodów sunących po autostradzie, wokół cykały świerszcze, rechotały żaby, a ogrodowe spryskiwacze pluskały deszczowo. Nad topolami błysnął żółty księżyc, zupełnie jak pół plasterka cytryny położonego na granatowym obrusie. Nie zdążyła sięgnąć po e-papierosa, kiedy zadzwonił telefon.

- Miśka, proszę cię, zholuj mnie. Jakiś debil wepchnął mnie do rowu, na moje oko sto metrów za kapliczką, jadąc od dziadków. Jak to nie ma kapliczki? To Cezary ma już prawko? Niech przyjedzie nawet z Wackiem, czy Plackiem. Misia, dziękuję - powiedziała zmęczonym głosem i szybko się rozłączyła.

E-papieros działał błogo, ale nie na tyle, żeby nie zaczęła znowu rzucać mięsem, świecąc latarką z telefonu na ogrom zniszczeń. Tył samochodu aż po bagażnik tkwił w rowie pełnym wody. Lakier zdarty był aż do blachy, upstrzony granatowymi albo zielonymi odpryskami z furgonetki. Trudno było ocenić w tym świetle. Rysa ciągnęła się przez niemal metr, a kończyła pęknięciem. Magdalena zaczęła nucić i gotowa była wyśpiewać arię, byle tylko nie ryczeć.

Wbiła wzrok w nieprzeniknioną ciemność, którą ledwo rozjaśniał księżyc.

Na horyzoncie mrugnęły światła samochodu, a Magdalena miała nadzieję, że to nie kolejny pijany amator nocnych przejażdżek, ale jej siostrzeniec Cezary jadący na ratunek.

Michalina: Zapomniałam napisać, że Czarek przyjedzie lawetą.

Przeczytała wiadomość od Misi na Messengerze.

To była laweta, alleluja.

Samochód zatrzymał się niedaleko i z gracją zrobił nawrotkę. Magdalena z podziwem obserwowała umiejętności kierowcy, tym bardziej że tył lawety manewrował niebezpiecznie blisko rowu. Podjechali do niej na wstecznym. Z szoferki wyskoczyło dwóch dryblasów. Jeden w pomiętych szortach w hawajski wzór i koszulce bez rękawów odkrywającej jego szczupłe, ale umięśnione ramiona. Długie włosy zasłaniały mu twarz. Drugi był odrobinę niższy, atletyczny, co tylko podkreślały opięte dżinsy i jeszcze bardziej opięty T-shirt.

- Siema, Zdzichy - rzuciła Magdalena.

- Cześć, ciocia - mruknął chudy zza kotary włosów.

- Aleś ty wyrósł! Matka karmiła cię kurczakami na sterydach?

- Dobry wieczór - odezwał się mięśniak.

- Cholernie dobry. - Zatoczyła koło dłonią, destrukcyjnie napawając się widokiem mazdy poharatanej i tkwiącej w rowie, po czym zwróciła się do mięśniaka. - Masz jakieś imię, dziecko drogie?

- Pani też się nie przedstawiła - odparował.

- Magdalena Miłosz. - Wyciągnęła dłoń, w myślach tnąc twarz mięśniaka designerskimi kieliszkami, które wciąż spoczywały w pudle w tonącym bagażniku.

- Jacek Wielgus. Ta Magdalena Miłosz? - Brwi umięśnionego podjechały niemal na środek czoła, jakby ktoś wczepił w nie haczyki i szarpnął.

- Nie pochwaliłeś się, że masz sławną ciotkę, Zdzichu? Może na wsi czytanie książek jest niemodne, co? - Magdalena zaśmiała się złośliwie.

Zapanowała niezręczna cisza. Czarek przestąpił z nogi na nogę, a Jacek podszedł do mazdy z liną holowniczą.

- To mój najlepszy kumpel - mruknął Cezary.

- Mhm. Wapujesz? - Magdalena wciągnęła porcję dymu, na co Czarek tylko pokręcił głową.

- I czytałem twoją książkę.

- Którą?

- Tę nagrodzoną, Szept Szatana. Jacek pożyczył ode mnie.

- Okej, wyciągamy, tylko ostrożnie! - krzyknął Jacek.

Tym razem Magdalena uniosła brwi, jako że mięśniak wlazł do rowu, nie zważając na wodę sięgającą mu ud. Cezary uruchomił silnik i po kilku minutach to, co jeszcze niedawno było lśniącym, krwistoczerwonym samochodem jak spod igły, stało już na asfalcie. Przyjemnie było patrzeć na napinające się mięśnie Jacka, rozświetlone czerwonym blaskiem tylnych świateł lawety.

- Nie myśl, że nie doceniam twojego poświęcenia - wydusiła.

- Wystarczy zwykłe, ludzkie "dziękuję" - odparł.

- Akurat tej waluty w stosunku do facetów mam mały deficyt.

- A jaką masz?

- Nie chcesz wiedzieć - parsknęła. - Muszę wyciągnąć bagaże z samochodu.

Michalina czekała na nich na mostku przy otwartej na oścież bramie, przy siatce obrośniętej dzikim chmielem. Obok jej nogi siedział wielki pies, nowofunland Witek. Nawet nie drgnął, kiedy Michalina rozpostarła ramiona, żeby zamknąć w nich siostrę.