Nowa koleżanka
Od samego rana w naszej klasie panował nieustanny gwar. Wszyscy się zastanawialiśmy, co będziemy robić na tej zielonej szkole. Każdy miał jakiś pomysł - budowanie szałasów i pływanie w jeziorze, spacery po lesie i zabawy w chowanego, biegi na orientację i strzelanie z łuków. Wersji było tyle, że nawet nie zdążyłam wszystkich zapamiętać. No i oczywiście najważniejsze - kto z kim będzie mieszkać? Dowiedzieliśmy się już poprzedniego dnia, że domki będą ośmioosobowe, w każdym cztery pokoje po dwie osoby, i można sobie dobrać kogoś do pary. Bo dziewczynki będą mieszkały razem, a chłopcy razem. My, dziewczyny w Ekipie Badaczy, jesteśmy trzy, więc od razu zaczęłyśmy się zastanawiać nad współlokatorką.
- Może Tola? - podsunęła Ania. - Jest fajna i ma świetne pomysły.
- Super - zgodziła się Aleks. - Zapytajmy ją, czy chce być z nami.
Tola jednak umówiła się już wcześniej z Wiki. Pamiętacie ją? Zaprojektowała stroje dla Zumbeczek i pomogła je wykonać mojej babci. Potem w tych strojach Zumbeczki wywalczyły pierwsze miejsce na konkursie talentów.
A razem z nimi chciałyby być Zuza i Gabi, bo wszystkie doskonale się znają.
- No to trudno - orzekła Aleks. - W naszej klasie nie ma więcej dziewczynek, będziemy zatem mieszkały we trójkę, dostawimy jedno łóżko, bo chyba żadna z nas nie chce być w pokoju sama. Nie będzie to wcale takie złe.
- Chwileczkę - przerwała nam nasza pani, czyli Marcelina, która właśnie weszła do klasy i stanęła cicho w progu. Nawet nie zauważyłyśmy, że przerwa już się skończyła i zaczyna się lekcja wychowawcza, tak byłyśmy zajęte sprawą domków. - Mam dla was pewną informację. - Wychowawczyni zrobiła ruch ręką. - Tak się składa, że właśnie dołącza do nas nowa koleżanka. Przeprowadziła się tutaj z rodzicami i zmieniła szkołę. Poznajcie Zosię, która będzie chodziła z wami do klasy.
Za plecami Marceliny stała szczupła i bardzo nieśmiała dziewczynka. Patrzyła na nas z niepokojem, chyba zastanawiając się, jak ją przyjmiemy, i zaciskała nerwowo dłonie. Miała bardzo fajne włosy spięte w dwa koczki po obu stronach głowy i była piegowata jak Leon. Wyglądała sympatycznie, ale prawdopodobnie trochę się nas bała.
- Ojej, ale wielokropek - odezwał się Kacper na jej widok, a Zosia od razu się zaczerwieniła.
- Ty za to jesteś skrzyżowaniem przecinka z paragrafem - odgryzł się Leon, któremu zawsze bardzo podobały się piegi, bo sam je miał. - Tak mówi pani od wuefu, kiedy się garbisz!
Roześmialiśmy się. Na pewno wiecie, jak wygląda przecinek, prawda? Ale czy wiecie, jak wygląda paragraf? Właśnie tak: § - jest to symbol używany w różnych ważnych urzędowych pismach i pewnie dlatego go nie znacie. Ja też nie znałam i dopiero Aleks mi pokazała, co to jest. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak bardzo musiałby się starać Kacper, żeby wyglądać jak takie pokręcone coś, bo moim zdaniem jest to zupełnie niemożliwe. Być może gdyby był wężem, ale na pewno nie chłopakiem z piątej klasy. Rozumiem jednak, że pani od wuefu użyła po prostu takiej przenośni, żeby Kacper pamiętał o prostowaniu pleców.
Zosia też od razu się uśmiechnęła i zerknęła na nas już pewniejszym wzrokiem.
- Możesz usiąść ze mną - zaproponowałam, bo po ostatnich przetasowaniach w klasie (pamiętacie, w każdym tygodniu siedzieliśmy z kimś innym, bo tak wymyśliła Marcelina) ja akurat byłam bez pary.
Zosia kiwnęła głową i spojrzała na naszą panią.
- Oczywiście, Zosiu, usiądź koło Mai - potwierdziła Marcelina. - Chciałabym, żebyście się od razu dobrze poznali, więc przeczytam listę obecności i każdy powie Zosi dwa przymiotniki na swój temat. Ale tylko dwa. Nie wolno się rozgadywać!
Macie pojęcie, co to było? Jak trudno jest przedstawić siebie w dwóch słowach? Możecie sami spróbować i zobaczycie, że to niełatwe. Staszek stwierdził, że nie wie, co wybrać z szeregu swoich zalet, a Tola pisnęła, że jego najlepiej opisuje słowo "wszystkowiedzący", Leon zaś, żeby ułatwić sobie sprawę, stwierdził, że jest "zwierzolubno-sympatyczny i eksperymento-ciekawski", co zdaniem Aleks nie było żadnym przymiotnikiem, tylko "nie wiadomo czym". W końcu ja powiedziałam, że jestem wesoła i towarzyska, a Zosia, że jest spostrzegawcza i miła. Myślę, że był to dobry opis, bo mnie od razu wydała się fajna.
- Ja też dopiero od tego roku chodzę do tej szkoły - poinformowałam ją.
- Tak? Też się przeprowadziłaś? - Zosia się zaciekawiła.
Opowiedziałam jej więc o moich rodzicach, o ich wyprawie badawczej na Spitsbergen i o tym, że nie mogłam z nimi jechać, więc teraz mieszkam u babci.
- Szkoda, że nie mogłaś wyjechać. - Moja nowa koleżanka pokręciła głową. - Bardzo bym chciała zobaczyć, jak tam jest. Wiesz, te wszystkie zwierzęta i góry lodowe.
- Mogę ci pokazać. Rodzice kręcą dla mnie filmy i wysyłają masę zdjęć. Widziałam już wszystkie zwierzęta i nawet zorze polarne.
- Ale super! No jasne, że bym chciała zobaczyć. Świetny pomysł. - Zosia podskoczyła w ławce, a razem z nią dwa koczki na jej głowie.
- Smutno mi trochę bez rodziców, ale moja babcia jest naprawdę wystrzałowa, nie można się z nią nudzić. Mieszkam w takim dużym domu koło parku - wypaliłam jednym tchem, a Zosia niespodziewanie przytaknęła.
- Wiem, gdzie jest park. Tu niedaleko. Ja mieszkam koło rzeki, w takiej starej drewnianej willi. Moi rodzice bardzo chcieli odnowić taki budynek, oboje pracują w muzeum miejskim i są absolutnie zakręceni na punkcie takich staroci, a mama zajmuje się konserwacją zabytków...
- Ojejciu, jakie to ciekawe! - pisnęłam. - Zakonserwują wasz dom? W jaki sposób? Konserwa to puszka z czymś w środku, zatem wsadzą dom do puszki?
Zosia roześmiała się wesoło i wyjaśniła, że konserwator nie umieszcza niczego w puszce, ale stara się doprowadzić do porządku coś starego - obraz, mebel, albo nawet cały dom, jak w tym przypadku.
- Nie miałam pojęcia - stwierdziłam z powagą. - Czyli mój sąsiad, pan Roman, też jest takim konserwatorem zabytków. On naprawia różne stare sprzęty, których nikt nie chce. Teraz na przykład naprawił mi takie urządzenie do odnajdywania się w lesie...
- Jakie urządzenie? - zainteresował się Maciek, który dużo biwakował ze swoimi rodzicami i jak zawsze podkreślał, świetnie znał się na wszystkich trikach umożliwiających przetrwanie w trudnych warunkach.
- Taki jakby kompas z mapą, ale też z atlasem nieba i gwiazd - tłumaczyłam. - Zegarem i innymi jeszcze rzeczami na przykład do pomiaru wiatru. Pan Roman nazwał go szwendaczem, bo ułatwia włóczenie się po różnych bezdrożach.
- Muszę to zobaczyć - oznajmił Maciek. - To może nam się przydać na wycieczce.
- Kochani! - Marcelina przywołała nas do porządku. - Rozumiem, że chcieliście powitać nową koleżankę i poznać się z nią, to się wam bardzo chwali, ale wracajmy już do lekcji. Chciałam wam coś opowiedzieć o naszej wycieczce.
- Hurra! Świetnie! Wycieczka! Super! Ale fajnie! - rozlegały się głosy z każdej strony.
Marcelina uśmiechnęła się szeroko i uniosła rękę.
- Wiecie już, że jedziemy nad jezioro, do lasu i będziemy mieszkać w domkach kempingowych...
- Tak! Re-we-la-cja! Nie może być lepiej! Ja będę mieszkał z Kacprem i Jaśkiem! A ja z Wiki i Tolą! Wcale nie! Z Jaśkiem zamieszkają Adrian i Patryk!
Rozumiecie, jakie zamieszanie się od razu zrobiło? Każdy wrzeszczał jak najgłośniej, żeby to jego było najbardziej słychać. Niektórzy wstali z ławek i przepychali się do przodu, licząc na to, że pani ich zauważy i zapamięta, jak się podzielili miejscami w domkach.
- Spokój, spokój, bo nigdzie nie pojedziemy, jak będziecie tak krzyczeć. Pani dyrektor uzna, że piąta klasa nie nadaje się na takie wycieczki, bo nie potrafi się cicho zachować, a w lesie jest to konieczne. Chyba nie chcecie tego?
Od razu ucichliśmy. To jasne, że pragnęliśmy jechać, i to bardzo. Taka okazja nie mogła nam przejść koło nosa, absolutnie.
- Znakomicie. - Marcelina ucieszyła się, że ochłonęliśmy. - Musimy się postarać, bo nie wybierzemy się tam sami. Będzie z nami jeszcze szósta klasa i jej wychowawczyni, pani Sylwia. Znacie ją doskonale, bo uczy was historii...
Ale świetnie! Tyle osób wybiera się na tę wycieczkę. Byłam przekonana, że wszystko uda się wspaniale, a starsza klasa nam pomoże, gdybyśmy z czymś sobie nie dawali rady.
Nasza pani mówiła dalej:
- Na miejscu czeka na nas mnóstwo atrakcji. Przede wszystkim udamy się na zwiedzanie pradawnej słowiańskiej wioski...
- Co to jest? - zdumiał się Kacper. - To taka wieś, w której mieszkają pradawni Słowianie? A skąd się tutaj wzięli? I czemu są pradawni, a nie współcześni? Mają tysiąc lat?
- Nie rób z siebie głąba - przerwał mu Staszek. - Jak ktoś pradawny, czyli bardzo, bardzo stary, mógłby żyć dzisiaj? To oczywiste, że to nie jest prawdziwa historyczna wioska.
Marcelina uśmiechnęła się.
- Owszem, to taka osada edukacyjna. Powstała całkiem współcześnie, ale pokazuje życie naszych przodków, Słowian. Ich zwyczaje, wierzenia, codzienne prace i to, czym się zajmowali w wolnym czasie. Każdy z was będzie mógł spróbować choć przez chwilę stać się takim człowiekiem sprzed wielu wieków...
- Ale to ciekawe! - Aż podskoczyłam. - Na pewno będzie mnóstwo zabawy.
- Myślę, że sporo dowiecie się na temat archeologii - dodała wychowawczyni.
- Archeologii? - zdumieliśmy się.
- Owszem. Bo zbieraniem wiadomości na temat bardzo dawnych czasów, odkrywaniem tajemnic z przeszłości zajmuje się archeologia. Archeolog to naukowiec, który szuka śladów dawnego życia. Wykopaliska archeologiczne pozwalają nam zrozumieć, jak kiedyś żyli ludzie, jak wyglądały ich domy, naczynia, z których jedli i pili, biżuteria, którą się ozdabiali.
- I to wszystko jest w ziemi? - zainteresowała się Ania. - I archeolog kopie łopatą i znajduje te rzeczy? Tak po prostu?
- Ja ci mogę opowiedzieć, bo moi rodzice są muzealnikami i znają się na tym - wtrąciła się Zosia.
I wyjaśniła, że archeolog wcale nie kopie gdzie popadnie - naukowcy z tej dziedziny najpierw prowadzą drobiazgowe badania, zastanawiając się, w którym miejscu może leżeć jakieś starodawne miasto albo inny zabytek, a potem zaczynają szukać. W ogóle to jest kilka rodzajów archeologii: na przykład archeologia podwodna, która odkrywa zatopione miasta lub statki, a nawet wysokogórska lub arktyczna.
- Na wykopaliskach ziemię przesiewa się sitem, żeby zauważyć każdą najdrobniejszą rzecz, choćby fragment ceramicznego naczynia - tłumaczyła dalej Zosia. - Moja mama potem skleja takie przedmioty i wiemy, jak w przeszłości wyglądał przykładowo dzbanek do wody albo jakaś miska.
To było pasjonujące. Już widziałam siebie na takim stanowisku archeologicznym - bo tak się to fachowo nazywa - przesiewającą ziemię sitem i znajdującą różne skarby. Może złotą koronę? Albo naszyjnik z prawdziwych wielkich pereł?
- Mam nadzieję, że w tej osadzie słowiańskiej też coś odkryjemy - powiedziałam, gdy już po zakończonej lekcji wychodziliśmy ze szkoły.
Pani Marcelina rozdała wszystkim kartki z planem zielonej szkoły, żebyśmy zanieśli je rodzicom. Byłam pewna, że moja babcia będzie zachwycona tym pomysłem, tak samo jak mama i tata. W końcu oni też prowadzili swoje badania naukowe nad klimatem na Spitsbergenie i rozumieli mnie doskonale.
- Mówcie, co chcecie, to jest kolejne wyzwanie dla Ekipy Badaczy - stwierdził Leon z powagą.
- A pewnie! Jeśli ktoś znajdzie zaginione miasto albo skrzynię ze złotem piratów, to na pewno my! - pochwalił się Staszek.
- Skrzynia ze złotem piratów. - Aleks zmarszczyła nos. - Z pewnością ją odkopiesz w lesie nad jeziorem.
- Czemu nie? Myślisz, że nie było piratów na jeziorach? - zaperzył się Staszek.
- Piraci pływali tylko po morzach i oceanach - pouczył go Maciek. - Na wodach słonych.
- A ja ci mówię, że byli również piraci słodkowodni - upierał się Staszek, coraz bardziej rozzłoszczony, jak zwykle, kiedy mu się ktoś za bardzo sprzeciwiał.
- Pirat słodkowodny - parsknęła Ania. - Mnie się to bardzo podoba. Sympatycznie brzmi. Taki pirat z pewnością nie był zbyt groźny.
- Skąd ta pewność? Moim zdaniem taki pirat dopiero był niebezpieczny - nie rezygnował Staszek.
Oczywiście wywiązała się zacięta dyskusja, który pirat - słonowodny czy słodkowodny - był straszniejszy, a mnie pociągnęła za rękaw Zosia.
- Co to jest Ekipa Badaczy, o której mówił Leon?
- My wszyscy jesteśmy Ekipą Badaczy! Bo interesują nas różne ciekawostki i rozgryzamy zagadki.
- Ach, ale bym chciała należeć do tej Ekipy - westchnęła Zosia, a ja popatrzyłam po moich przyjaciołach, którzy dalej się spierali o tego pirata.
- Halo! Załoga! - krzyknęłam, żeby zwrócili na mnie uwagę. - Zosia chciałaby wstąpić do Ekipy Badaczy! Co wy na to?
Od razu ucichli i przyjrzeli się naszej nowej koleżance.
- Czy jesteś wystarczająco bystra? - spytał Maciek, a ona skinęła głową.
- A odważna? - w odpowiedzi na to pytanie Staszka Zosia od razu potwierdziła.
- Lubisz rozkminiać zagadki i szukać rozwiązań najtrudniejszych spraw? - To ciekawiło Leona.
- Pasjami. - Zosia aż podskoczyła.
- I nigdy, przenigdy nie gniewasz się dłużej niż jeden dzień? Nawet jeśli się wcześniej trochę pokłócimy? - To była Aleks.
- Oczywiście!
- I będziesz traktować wszystkich po przyjacielsku? - wtrąciłam się.
- Bo wiesz, takie są zasady naszej paczki - dodała Ania. - Lubimy się i nawet jak się spieramy, to nie obrażamy się na siebie. W każdym razie na niezbyt długo.
- Jesteśmy zawsze przyjaciółmi - zakończył Leon.
- Och, super! Bardzo chcę być w Ekipie Badaczy - oznajmiła Zosia. - Nigdy wcześniej nie miałam takiej paczki.
- No to jesteś! - krzyknęliśmy chórem, a potem ja zabrałam Zosię do siebie do domu, bo bardzo chciała zobaczyć filmy od moich rodziców.