2
Była czwarta trzydzieści sześć nad ranem, a jedynym samochodem na drodze był stary mercedes Mai. Po dwudziestu czterech godzinach dyżuru jej zmiana w szpitalu w Skansebakken wreszcie dobiegła końca. Zostało jej mniej niż sześć godzin snu, zanim będzie musiała pojawić się w swojej drugiej pracy - przychodni w nadmorskiej miejscowości Haraldsgata. Przypomniała sobie, że za chwilę musi skręcić w lewo.
Pogrążone we śnie miasteczko przypominało każdą inną nadmorską miejscowość w Norwegii. Nie miało znaczenia, czy nazwa miejscowości kończyła się na "vik", "dal", "sand" czy "fjord". Miejsca te już dawno straciły swoje znaczenie. Bez względu na to, jak daleko podróżowała, wszystko nadal wydawało się kręcić w kółko, drogi i zmiany. Być może taka była prawdziwa anatomia piekła.
- Cholera...
Po raz kolejny przeoczyła małą boczną drogę, która prowadziła w dół do portu i dalej w kierunku mostu na Silde?y, gdzie mieszkała. Teraz musiała albo przejechać przez całe centrum miasta, albo zaryzykować i przejechać trzysta metrów pod prąd na Kaivegen przy następnym skręcie. Biorąc pod uwagę porę dnia, wybrała najkrótszą trasę i skręciła w lewo.
Przyspieszyła i przejechała połowę wąskiej drogi, gdy nagle oślepiły ją jasne światła nadjeżdżającej śmieciarki. Światło zbliżało się z niesłabnącą prędkością, a towarzyszył mu dwutonowy klakson. Wcisnęła hamulec i wjechała na najbliższy krawężnik, tak że mercedes zatrzymał się na chodniku. Śmieciarka z rykiem przejechała obok. Kierowca, siedzący z głową na wpół wystawioną przez otwarte okno, krzyczał na nią ze śliną cieknącą mu po żółtych zębach. Szybko wrzuciła bieg i przejechała ostatnie sto metrów do portu.
Kontynuowała jazdę wzdłuż nabrzeża i w górę, w kierunku symbolu miasta, stromego mostu Haraldsbru , który łączył dwie części miejscowości - bogatą i rozwijającą się, w której pracowała, oraz biedną, odizolowaną dzielnicę, w której wynajmowała mieszkanie. Szary, betonowy i mocno już zużyty most przypominał pamiątkę po Niemcach z czasów okupacji. Z drugiej strony widok był zaiste imponujący. Z wysokości dwudziestu ośmiu metrów nad cieśniną można było podziwiać wejście do portu. Przy dobrej pogodzie widoczność sięgała aż do najdalej wysuniętej rafy w Svartafjord, gdzie fale zawsze uderzały z dużą siłą o skały.
Przejechała przez most, skręciła w lewo i pojechała dalej wzdłuż hali montażowej B przybrzeżnej stoczni. Przez całą dobę budowano tu platformy wiertnicze. Konstrukcja była tak ogromna, że wystawała aż poza bramę hali, przypominając jej statek kosmiczny z powieści science fiction.
Okolica, do której powoli wjeżdżała Maja, nie miała nic z klimatu science fiction. Jechała dalej ulicą Losgata, aż zatrzymała się przed zniszczonym, drewnianym domem, w którym wynajmowała pierwsze piętro. Biorąc pod uwagę, jak rzadko bywała w domu, mogła sobie pozwolić na skromne lokum, które wskazało jej centrum medyczne, gdzie pracowała. Gorzej mieli ci, którzy urodzili się i wychowali w Sildekvarteret - dzielnicy śledziowej.
Poza Mają i garstką innych obcokrajowców, w większości zatrudnionych w stoczni, mieszkali tu głównie bezrobotni, emeryci i uzależnieni. Być może dlatego Silde?y nazywano Wyspą Skazanych. Nie miało znaczenia, czy mieszkałeś w mieście jako lekarz, inżynier czy spawacz, czy pochodziłeś z Laosu, czy z Lyngby - czy nosiłeś fartuch laboratoryjny, krawat, czy roboczy kombinezon. W oczach innych i tak pozostawałeś obcym. Liczyło się tylko to, jaką pracę mogłeś wykonać dla miasta.
Maja nie miała siły się rozebrać, więc położyła się do łóżka w ubraniu. Była zmęczona, ale w jej głowie kłębiły się natrętne myśli. Wiedziała, że nie zaśnie, zanim nadejdzie pora, by znów wstać. Nie mogła przestać myśleć o oddziale ratunkowym - o pacjentach, diagnozach, wenflonach, zdjęciach rentgenowskich, beta-blokerach, obrzęku mózgu, miligramach tego i miligramach tamtego. Słowa i akcje z nocy zlewały jej się w jedno. Z półprzymkniętymi oczami grzebała w torbie na ramię, która leżała obok niej. Kiedy nie znalazła tego, czego szukała, wywróciła dno torby do góry nogami, tak że zawartość wysypała się na narzutę. Przesunęła na bok trzy tampony, do połowy wypitą butelkę wody mineralnej Evian, paczkę chusteczek, pamiętnik Hello Kitty, torebkę LV, pudełko pastylek bergamotowych i w końcu opakowanie nitrazepamu. Normalna dawka to pięć miligramów. Na wszelki wypadek wzięła piętnaście. Popiła tabletki letnią wodą. Wyrzuciła pustą plastikową butelkę na podłogę i zamknęła oczy. Poczuła ucisk z przodu głowy. Teraz pozostało jej tylko czekać, aż benzodiazepiny zgaszą światło w receptorach jej przegrzanej kory mózgowej i wywołają sztuczny sen. Sen prawie tak dobry jak prawdziwy. Z wyjątkiem tego, że zaburzał fazę REM.
Jak w każdą niedzielę rano, powietrze wypełniał zapach espresso i grillowanej pancetty. Pikantny aromat przeniósł ją z powrotem do domu, do Danii. Powoli otworzyła oczy i dostrzegła delikatny żółty kolor w sypialni. Piękna barwa, którą sama wybrała. Razem malowali pokój. Pierwszy kolor w mieszkaniu. Usłyszała gwizdanie Jana dochodzące z kuchni, ale nie potrafiła rozpoznać melodii. Przesunęła się do tyłu na środek łóżka i sięgnęła po jego kołdrę. Była jeszcze ciepła. Z zadowoleniem ziewnęła.
- Czy śpiąca się budzi? - krzyknął Jan.
- Ładnie pachnie - odparła.
- Chcesz zjeść przy stole czy w łóżku?
Maja przeciągnęła się leniwie i uśmiechnęła.
- Śniadanie w łóżku nie brzmi źle. - Potem przypomniała sobie wydarzenia z nocy. - Śniło mi się coś bardzo dziwnego.
- Tak? - padła obojętna odpowiedź z kuchni.
- Pracowałam w Norwegii.
- Nie sądziłem, że można śnić po zażyciu tabletek nasennych.
W jego głosie dało się wyczuć wyrzut. Postanowiła go zignorować.
- Pracowałam w małej wiosce rybackiej. Jako lekarka na zastępstwie na oddziale ratunkowym.
- Cóż, przed tobą jeszcze tylko dwa lata.
Pojawił się w drzwiach i uśmiechnął się do niej. Nadal podobały jej się jego oczy.
- Nie było tam zbyt fajnie. Tęskniłam za tobą.
Jan posłał jej pocałunek i wrócił do kuchni.
- Myślałaś już o specjalizacji? - zawołał. - Myślę, że otwarcie własnej praktyki to naprawdę dobry sposób na zarabianie pieniędzy. Jeśli tak zdecydujesz.
Przemarzły jej palce u stopy. Próbowała naciągnąć kołdrę tak, by przykryć odsłoniętą nogę.
- Próbowałam uratować mężczyznę z zatrzymaniem krążenia. Przedawkowanie - dodała po chwili.
- Udało ci się?
- Nie. - Przygryzła wargę i wbiła wzrok w sufit. Plama po lewej stronie lampy drażniła ją za każdym razem, gdy ją zauważała, a mimo to wciąż nie znalazła czasu, by ją zamalować. - Umarł - odpowiedziała cicho.
- No to cała akcja poszła na marne. Dobrze, że wróciłaś.
Odgoniła od siebie wspomnienie koszmaru. Tu, w łóżku, było dobrze. Pachniało Janem, pancettą, kawą i tostami - to był zapach niedzieli. Zaraz zjedzą śniadanie, pokłócą się o gazetę i nagłówki, a potem, gdy już im się znudzi czytanie, pójdą do łóżka. Na koniec może spacer wzdłuż morza albo ścieżkami przy B?ndernes Hegn.
Maja czuła się zadowolona, dopóki nie zadzwonił budzik. Zaklęła pod nosem i oskarżyła Jana, że zrobił to specjalnie. Nienawidziła tego zegarka. Przypominał jej o wczesnych, ponurych porankach, gdy musiała iść na wykład na studiach medycznych albo odbywać dyżur jako młodsza lekarka. Odwróciła się na bok i po omacku zaczęła szukać budzika na stoliku nocnym. Ale nie było go tam, gdzie zawsze. Wyciągnęła rękę dalej i sprawdziła, czy nie spadł na podłogę. Nic z tego - budzika nie było, tylko jego dźwięk. Wtedy dotarło do niej, że to wcale nie budzik wydawał ten dźwięk. Odgłos dochodził od drzwi wejściowych. Ale to też nie mogło być to - ich dzwonek brzmiał zupełnie inaczej. Miał miękki, śpiewny ton, jakby wołał: "Wchoooodź".
Maja usiadła na łóżku zdezorientowana. Miała sucho w ustach. W głowie jej szumiało. Spojrzała na siebie i stwierdziła, że nadal ma na sobie wszystkie ubrania. Dzwonek do drzwi zadzwonił ponownie.
Mężczyzna stojący przed drzwiami miał na sobie mundur. Na jego jasnozielonej kamizelce widniał napis POLICJA. Był o dwie głowy wyższy od Mai i trzy do czterech lat młodszy.
- Dzień dobry, tu policja - przywitał ją funkcjonariusz z szerokim uśmiechem. Bardzo imponujące jak na tak wczesną porę.
- Tak, widzę - odpowiedziała.
Funkcjonariusz wyjaśnił, że dalej na jej ulicy, pod numerem piętnaście, doszło do zgonu. Teraz jego zadaniem było odwiedzenie wszystkich domów i sprawdzenie, czy ktoś z sąsiadów zauważył w ciągu ostatnich kilku dni coś niezwykłego. Było to zadanie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, ponieważ większość mieszkańców miała wystarczająco dużo własnych spraw na głowie.
- Mogę sobie to wyobrazić - odpowiedziała i ziewnęła.
- Widziała pani coś?
Potrząsnęła głową z lekceważeniem.
- Przykro mi, rzadko bywam w domu. A jeśli już, to tylko po to, żeby się przespać.
Funkcjonariusz wzruszył ramionami i wyglądał, jakby już szykował się do odejścia.
- Popełniono przestępstwo? - zapytała.
- Prawdopodobnie był to raczej wypadek. Chociaż nie udało mi się ustalić zbyt wiele na temat okoliczności - odparł, przyglądając jej się badawczo. - Co właściwie robi Dunka tak daleko na północy? Z czystej ciekawości.
W jego oczach wyłapała zaproszenie do flirtu.
- Jestem lekarką na zastępstwie.
- Aaa, rozumiem - powiedział, prostując się z widocznym podziwem. - W takim razie mogę się pani zwierzyć.
- W związku z czym?
- W związku z tą śmiercią. To właściwie nic wielkiego, zwykły ćpun, który przesadził z dawką...
- Przedawkował, wczoraj w nocy? - przerwała mu Maja.
Funkcjonariusz skinął głową.
- Zdarza się to od czasu do czasu, nawet w takim mieście jak nasze.
- Jak się nazywał?
Funkcjonariusz spojrzał na swój notatnik i przewrócił kilka stron, aby znaleźć nazwisko.
- Jo. Jo Lilleengen. Znała go pani?
Funkcjonariusz spojrzał na nią, a ona szybko potrząsnęła głową. Nie miała ochoty informować go, że niecałe pięć godzin temu próbowała uratować życie Jo.
Z okna salonu rozciągał się niezakłócony widok na Losgata. Maja wysuszyła włosy po prysznicu i spojrzała na mały stopień przed numerem piętnaście, nieco dalej w głębi ulicy. Byli praktycznie sąsiadami, ona i Jo Lilleengen. Dwa radiowozy przed zrujnowanym domem otoczyła młodzież z okolicy, która z ciekawością obserwowała, jak policjanci rozstawiają kordon.
Kiedy miała się odwrócić, dostrzegła swojego sąsiada z dołu, Eigila Kvama, stojącego w ogrodzie przed domem. Stał przy żywopłocie, spoglądając nad nim w kierunku schodka i wąchając jakąś szmatkę. Starała się go unikać, głównie dlatego, że nie mogła znieść jego smrodu. A biorąc pod uwagę, z jakimi wydzielinami miała kontakt na co dzień w swojej pracy, o czymś to świadczyło. Ale nie tylko smród Kvama sprawiał, że szybko wbiegała po schodach, gdy tylko wracała do domu. Było to również jego apodyktyczne zachowanie i błyszczące oczy, które zawsze zdawały się ją rozbierać. Nagle rozpoznała szmatkę w jego dłoni. Pastelowoniebieskie majtki... Jej majtki. Zdecydowanie otworzyła okno, nie zastanawiając się nad tym, że ma na sobie tylko ręcznik.
- Co ty wyprawiasz?!
Kvam odwrócił się.
- Co? - odpowiedział, lekko zasłaniając majtki.
- Stoisz tam i wąchasz moje majtki?
Spojrzał na majtki w swojej dłoni.
- A, te... - odpowiedział. - Leżały na podłodze w pralni.
- No i?
Wyciągnął rękę w geście przeprosin.
- Chciałem je dla ciebie powiesić, ale... przeszkodzono mi. - Wskazał na funkcjonariuszy na drodze.
- Naprawdę? - odparła. - W przyszłości nie ruszaj moich rzeczy do prania, bez względu na to, gdzie się znajdują.
Zamknęła okno, zanim zdążył odpowiedzieć.
Dziesięć minut później stała w pralni, zdejmując ubrania z suszarki. Spóźni się do pracy, ale nic nie mogła na to poradzić. Ocalenie resztek swojej garderoby przed Kvamem miało na ten moment najwyższy priorytet i było ważniejsze niż cierpienie jej pacjentów. Od razu zauważyła, że Kvam ponownie powiesił jej majtki. Wzięła je dwoma palcami i włożyła do kieszeni. Nic nie skłoniłoby jej do ich ponownego założenia.
Kiedy mijała dom zmarłego, zauważyła, że wyglądał jak miejsce, które policja i ratownicy medyczni zwykle nazywali "meliną". Zniszczony budynek, w którym gromadzili się bezdomni narkomani, aby zażywać narkotyki. Wokół nadal tłoczyła się lokalna młodzież, mimo że jeden z policjantów machał rękami, próbując ją przepędzić. Nieco dalej stał dziennikarz z postawionymi na żel włosami, przestępując z nogi na nogę, podczas gdy jego operator przygotowywał kamerę. Nigdy nie przepadała za dziennikarzami. Nie mogła pogodzić się z ich żądzą krwi, kiedy tłumnie pojawiali się na oddziale ratunkowym po poważnych wypadkach.
Mijając stocznię morską, pomyślała o swoim śnie. Wtedy wszystko było dobrze. W małym mieszkaniu przy Nybrovej. Zanim się przeprowadzili. Zanim oboje ukończyli studia. Zanim wszystko się spieprzyło.