Maja Holm. Tom 1. Przed burzą (#1) - Michael Katz Krefeld

-
Proszę czekać

4

Detektyw Arne Blindheim przyjrzał się uważnie oknu, przez które włamał się sprawca. Był mniejszy, niż Maja sobie wyobrażała, tak jak wszyscy ludzie z telewizji, kiedy spotyka się ich w rzeczywistości. Przy drzwiach inny policjant zbierał odciski palców z włącznika światła. Maja zrezygnowała z poinformowania go, że to ona dotknęła tego włącznika.

Inspektor skinął na funkcjonariusza, aby podszedł do okna.

- Proszek wokół całej ramy. Musiał się o nią oprzeć, aby się przedostać. - Odwrócił się do Mai, która usiadła za biurkiem. - Biorąc pod uwagę okoliczności, włamanie zostało przeprowadzone profesjonalnie.

- Wiem - odpowiedziała Maja.

- Sprawca dokładnie wiedział, jak się dostać do środka, nie uruchamiając alarmu.

Inspektor wskazał na ramę okienną. Maja pochyliła się do przodu, aby lepiej śledzić jego analizę przebiegu zdarzenia.

- Wyciął otwór w oknie i ominął alarm za pomocą tego kawałka drutu. - Blindheim wskazał długopisem kawałek drutu, przymocowany za pomocą zacisków krokodylkowych do cienkiego miedzianego przewodu systemu alarmowego. - Następnie mógł otworzyć okno bez uruchamiania alarmu i wczołgać się do środka.

Zauważyła, że Blindheim miał na sobie spiczaste, brązowe kowbojskie buty. Niezwykły akcent w jego skądinąd standardowym ubraniu.

- Czujnik ruchu utrudniłby włamanie. - W jego głosie dało się wyczuć nutę wyrzutu.

- Przekażę to szefowi.

Detektyw mruknął coś pod nosem i przejrzał swój notatnik.

- Opisała pani sprawcę jako osobę średniej budowy ciała, ubraną w skórzaną kurtkę. Jest pani pewna, że nie zauważyła pani nic więcej? - Spojrzał na nią pytająco.

- Było ciemno i wszystko działo się tak szybko.

Znów mruknął. Trudno było odgadnąć, co oznaczały te pomruki.

Nagle przyszło jej do głowy coś jeszcze.

- Pachniał tytoniem.

- Papierosowym?

Wzruszyła ramionami.

- Zapach miał w sobie coś słodkiego, jak tytoń do fajek albo jak skręcane ręcznie papierosy.

Blindheim nie zwrócił uwagi na ten ostatni szczegół. Zamiast tego rozejrzał się po zniszczonym biurze.

- Czy coś zostało skradzione? Leki? Pieniądze? Rzeczy osobiste?

Maja potrząsnęła głową.

- Nie sądzę. Ale nie sprawdziłam dokładnie.

Blindheim złożył notatnik i schował go do kieszeni.

- Na podstawie charakteru włamania możemy stwierdzić, iż naszła panią osoba uzależniona, która szukała leków. Być może ktoś, kto zna to miejsce nieco lepiej... powiedzmy, osobiście. -Ponownie spojrzał na nią badawczo, co jej się nie podobało. - Czy któryś z pani pacjentów pomyślałby o przyjściu tutaj poza godzinami otwarcia?

- Nie mogę wypowiadać się na temat moich pacjentów.

- Naturalnie. Próbuję tylko ustalić, od czego zacząć poszukiwania.

Spojrzała mu prosto w oczy.

- Mamy różnych pacjentów, w tym uzależnionych, którzy przychodzą do nas po pomoc. Nie oznacza to jednak, że są włamywaczami.

- Oczywiście, że nie - odpowiedział szybko Blindheim, unikając jej spojrzenia.

- Myślę, że mamy tu przydatny odcisk palca. - Funkcjonariusz pokazał wyraźny odcisk palca, zaznaczony węglem na ramie.

Blindheim skinął głową z aprobatą.

- Świetnie. Jest szansa, że daleko nie ucieknie.

Uśmiechnął się do Mai, która grzecznie odwzajemniła uśmiech. Być może inspektor miał rację. Z pewnością miała już pomysł na podejrzanego. Ale nie zamierzała z tego powodu naruszyć obowiązku zachowania poufności.

Blindheim sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął wizytówkę.

- Jeśli coś pani przyjdzie do głowy, proszę do mnie zadzwonić. To mój prywatny numer.

Wręczył jej swoją wizytówkę. Kiedy automatycznie jej od niego nie wzięła, położył ją na krawędzi jej biurka.

- Czy mam kogoś poprosić, żeby odwiózł panią do domu?

- Nie, dziękuję.

Wstała z krzesła i zebrała swoje rzeczy.

Blindheim rzucił okiem na szwy na jej czole.

- Niezły cios.

Skinęła głową i upewniła się, że ma w torbie kluczyki do auta.

- Kto panią opatrzył?

- Ja - odpowiedziała, nie podnosząc wzroku.

Inspektor spojrzał na nią ze zdziwieniem. Nawet policjant przestał pakować swoje rzeczy.

- To musiało być niezwykle bolesne.

- Mniej niż uderzenie - odpowiedziała i spojrzała na niego. - W ten sposób mogłam sama zdecydować, jak długa będzie blizna.

- Prawdopodobnie tak - odparł Blindheim.

Cała sprawa brzmiała bardziej dramatycznie niż w rzeczywistości. Jak w każdym innym przypadku, ważne było, aby nie wahać się zbyt długo. Trzeba było po prostu pokonać barierę psychiczną, która powstrzymywała przed wbiciem igieł i nałożeniem szwów na skórę twarzy.

Zamiast wrócić prosto do domu, Maja pojechała obwodnicą w kierunku centrum Norvik. Po kilku kilometrach skręciła na plac przed McDonaldem i złożyła zamówienie w drive-thru.

Ból głowy się nasilił i gdy czekała na jedzenie, znalazła jeszcze dwie tabletki Temgesicu. Pastylki potrafiły uśmierzyć ból w kilka sekund - niestety, ich działanie znikało równie szybko. Będzie musiała wziąć kolejną dawkę, gdy wróci do domu. Uśpić wstrząśnienie mózgu narkotykiem, żeby zrobić trochę miejsca na sen. Choć włamanie bez wątpienia należało do spraw o najniższym priorytecie, Blindheim wydawał się typem człowieka, który niczego nie zostawia przypadkowi. Zwłaszcza jeśli włamanie przerodziło się w napaść. Może to przez te kowbojki i skórzaną, pooraną zmarszczkami twarz przypominał jej samotnego szeryfa.

Pomyślała o odcisku palca, który znaleźli na ramie okna. Przez chwilę widziała dłoń, która go pozostawiła. Czy była zabandażowana, tak jak dłoń Reidara? Nie była pewna; szok i krew oślepiły ją. Ale skórzana kurtka przypominała tę jego.

Maja odebrała swój zestaw Big Mac od pryszczatego kelnera, który był na tyle uprzejmy, że upewnił się, że burger nie zawiera cebuli ani majonezu. Podjechała na pusty parking i otworzyła papierową torbę. Z siedzenia mogła podziwiać widok na fiord. Otworzyła okno, aby świeży powiew wiatru znad wody rozproszył nieco zatęchły zapach burgera. W radiu leciał Robbie Williams. Podkręciła nieco głośność, a następnie, zgodnie ze swoim zwyczajem, włożyła frytki między mięso a górną bułkę. Kiedy wzięła pierwszy kęs, szwy na czole zacisnęły się. Pojedynczy frachtowiec płynął powoli wzdłuż fiordu, a ona, jedząc, śledziła blask jego świateł.

Drżenie było z początku bardzo słabe. Zaczęło się od kolan, których nie mogła już utrzymać w bezruchu. Im bardziej się starała, tym mocniej jej kolana uderzały o siebie w gwałtownych spazmach. Drgawki rozprzestrzeniły się wkrótce na resztę ciała, które zaczęło się niekontrolowanie trząść. Burger rozpadł się w jej rękach, a frytki, bułka, sałatka i grillowane mięso spadły na jej bluzkę i na kolana. Nie była już w stanie powstrzymać łez. Wraz z nimi pojawiły się mdłości, które sprawiły, że jedzenie zaczęło podchodzić jej do gardła. Pociągnęła za klamkę i otworzyła drzwi samochodu, wychyliła się na wpół i zaczęła wymiotować.

Przez kilka minut siedziała, szlochając i wymiotując w blasku ogromnej żółtej litery "M", podczas gdy Robbiego zastąpił norweski zespół A-ha. Nienawidziła tego kraju. Dlaczego wszyscy musieli być chorzy? Albo wąchać jej majtki? Umierać na jej zmianie? Uderzać ją w głowę? Kurwa, dlaczego, Norwegio?

6

Dzień chylił się ku końcowi. Deszcz spływał po samochodach cienkimi strużkami, rozpuszczając zaspy brudnego śniegu na parkingu. Maja połknęła dwie Duralginy i trzy kapsułki Ma Huang, po czym wybrała bezpośredni numer inspektora Blindheima. Zioła zaczęły działać od razu - serce zabiło jej jak oszalałe i przedstawiła się detektywowi lekko zdyszanym głosem.

- Jak pani głowa? - Usłyszała w słuchawce.

- Dobrze, jak na okoliczności - odparła. Powstrzymała się od opowiadania o mdłościach, które wciąż powodował wstrząs mózgu, i o sączącej się ranie, przez którą musiała bez przerwy zmieniać opatrunki.

- Dzwoni pani w sprawie włamania? - zapytał Blindheim.

- Nie do końca. Są jakieś postępy? - zapytała grzecznościowo.

- Wciąż czekamy na wyniki badań odcisków palców - mruknął Blindheim.

- Rozumiem- odpowiedziała i po chwili dodała: - Właściwie to dzwonię w zupełnie innej sprawie. - Podkreśliła to słowo, aby pozostać w policyjnym żargonie.

- Jakiej?

- Podczas sprzątania po włamaniu znalazłam dokumentację medyczną Jo Lilleengen, tego, który zmarł z przedawkowania...

- Wiem, kim jest. Co z nim?

- Ponad trzy lata temu Jo zgłosił się na dobrowolne leczenie uzależnienia. W notatkach z konsultacji, których było w sumie dwanaście, nie ma żadnych wskazówek na to, że doszło do jakiegokolwiek nawrotu.

- Rozumiem - odpowiedział Blindheim.

- Czy to pana nie zastanawia?

- Co?

- Że nie był już uzależniony od narkotyków, a mimo to zmarł z przedawkowania.

Po drugiej stronie linii zapadła cisza. W końcu Blindheim odpowiedział:

- Czy może pani przesłać jego akta?

Nie znała procedury postępowania z dokumentami poufnymi. Ale jeśli w śmierci Jo Lilleengena było coś podejrzanego, jej obowiązkiem było przyczynić się do rozwiązania sprawy.

- Gdzie mam ją wysłać?

Blindheim podał jej szczegóły i podziękował za pomoc.

Po wysłaniu ośmiu stron A4, które składały się na akta Jo, Maja poczuła ekscytację. Być może to włamanie przyniosło jednak coś dobrego. Bez niego dokumentacja medyczna Jo nie wpadłaby jej w ręce przed wyjazdem. Jej następca bez wątpienia po prostu przekazałby akta do odległego archiwum.

Maja siedziała w domu, zmagając się z ostatnimi fakturami i rachunkami dla urzędu miasta. W tle telewizor nadawał lokalne wiadomości. Dopiero gdy na ekranie pojawiła się jej klinika, transmisja przykuła pełną uwagę Mai. W wiadomościach krótko wspomniano o włamaniu, dramatycznie opisując je jako "rabunek na tle narkotykowym". Dziennikarz wyjaśnił, że niestety nie udało się uzyskać komentarza od zaatakowanej lekarki. Maja uśmiechnęła się. To tyle, jeśli chodzi o jej piętnaście minut sławy. Jej przypadek to raczej piętnaście wyselekcjonowanych przez nią nanosekund. Reportaż ponownie skupił się na nasilających się problemach narkotykowych w mieście. Dziennikarz stał "na miejscu" przed niskim czerwonym budynkiem, w którym mieścił się posterunek policji. Stąd omówił wydarzenia kryminalne ostatniego tygodnia. Z reportażu wynikało, że sprawca włamania do kliniki nie został jeszcze znaleziony. Dziennikarz odwrócił się, aby kamera mogła uchwycić również inspektora Blindheima. Reportaż był niemal identyczny z tym, który widziała na siłowni. Wskazywał, że pomimo całego szumu wokół przestępczości narkotykowej, w mieście tak naprawdę niewiele się działo. Jej uwagę przykuła wzmianka o śmierci Jo Lilleengena.

- Właśnie zamknęliśmy tę tragiczną sprawę - odpowiedział inspektor. - Raport kryminalistyczny potwierdził, że było to przedawkowanie metadonu.

Wyłączyła telewizor i wyrzuciła pilota. Inspektor nie potraktował poważnie jej odkrycia. To, że raport kryminalistyczny wykazał przedawkowanie, nie mogło być dla nikogo zaskoczeniem. Raport nie zawierał jednak informacji o tym, co skłoniło Jo do zażycia metadonu.

Chciała zadzwonić do Blindheima. Czyż zbadanie tego rodzaju sprawy nie było zadaniem policji? Jakby pod wpływem samej siły jej woli, zadzwonił jej telefon komórkowy. Niestety, na ekranie nie pojawił się numer Blindheima. Był to duński numer i tym razem nie mogła nie odebrać.

- Jak leci? - Głos po drugiej stronie słuchawki brzmiał, jakby ktoś nurkujący głęboko pod wodą wynurzył się właśnie na powierzchnię, łapiąc powietrze.

- Nie dostałaś mojego e-maila? - To była najlepsza wymówka, jaką mogła na ten moment wymyślić. Doskonale wiedziała, że komputer nadal był dla jej matki zagadką i używał go tylko jej nowy mąż, Poul.

- Wiesz, że nie lubię Internetu. Dzwoniłam jak szalona. Dlaczego nie odebrałaś?

- Byłam zajęta - odpowiedziała automatycznie. - Poza tym nie jest łatwo odebrać telefon, kiedy pracuje się na oddziale ratunkowym.

- Co ty tam w ogóle robisz? - westchnęła matka.

Sama też tego nie wiedziała. Ale nie była to odpowiedź, którą mogła udzielić matce, tak samo jak nie mogła opowiedzieć jej o tym, w jak nędznej dzielnicy mieszka, o ludziach, którzy umierali na jej dyżurze, o napaści, która kosztowała ją osiem szwów, ani o tym, że wymiotowała przed McDonaldem z poczucia bezsilności. Nie były to sprawy, którymi należało troskać matkę z przedmieść Kopenhagi. Maja powstrzymywała się przed szczerością nie tylko po to, by nie doprowadzić matki do załamania nerwowego, lecz także dlatego, że wiedziała, iż nigdy - pod żadnym pozorem - nie uniknęłaby kazania.

- Zostało ci mniej niż sześć miesięcy w Skouboe, a potem mogłabyś otworzyć własną praktykę - zaczęła matka.

- Nie byłam tym zainteresowana.

- Ale czy to nie jest dokładnie ta sama praca, którą wykonujesz teraz?

Do jej głowy zaczynała wpełzać migrena.

- Może mogłybyśmy darować sobie ten temat?

Jej matka była innego zdania.

- Ze wszystkich krajów wybrałaś akurat Norwegię. Cieszę się tylko, że nie zdecydowałaś się na jakiś kraj rozwijający się, żeby bawić się w męczenniczkę.

- Nie bawię się w męczenniczkę.

- To może w samarytankę. Wiesz, o co mi chodzi.

A jeśli Maja miała co do tego jakiekolwiek wątpliwości, jej matka szybko je rozwiała: mówiła o napaściach, morderstwach, gwałtach, AIDS i wszystkich innych niebezpieczeństwach czyhających w Kongo, Afganistanie i wszędzie tam, dokąd wysyła się Granicznych Lekarzy.

- Lekarzy bez Granic - poprawiła ją Maja.

- Wiesz, o co mi chodzi. Ale Norwegia, Maju....

Ciężko oddychając, odliczała minuty, zanim mogła pozwolić sobie na rozłączenie się.

- Jan był u mnie w czwartek - ciągnęła matka.

Maja natychmiast wyprostowała się na sofie.

- Mój... to znaczy Jan?

- Tak, a kto inny? Mówił, że próbował się z tobą skontaktować.

Maja poczuła, że całkowicie zasycha jej w ustach. Sama myśl o tym, co jej matka i Jan mogli razem wykombinować, doprowadzała ją do szału. Spróbowała się opanować.

- No i?

- Wie, że odbieramy twoją pocztę i ma dla ciebie list.

- No i?!

- Potem poprosił o twój adres. Wyglądało na coś pilnego.

- I oczywiście mu go podałaś?

- Oczywiście, że nie. Dlatego dzwonię. - Jej matka brzmiała na urażoną.

- Co to było? Ten list?

- Nie wiem. Nie zamierzam się w to mieszać. - To ostatnie było delikatnie zmienioną wersją prawdy, a matka od razu dodała, że może jednak warto wysłuchać, co Jan ma do powiedzenia.

Maja przerwała jej.

- Podaj mu mój adres tutaj. Zobaczymy, czy zdążę odebrać list przed wyjazdem.

- A dokąd wyjeżdżasz?

- Na północ. Niedługo zadzwonię ponownie.

- Uważaj na siebie, kochanie.

- Do usłyszenia.

Maja odłożyła słuchawkę i położyła telefon na sofie. Może kiedyś będą w stanie normalnie ze sobą rozmawiać, zamiast zachowywać się jak aspołeczna matka i córka.

Spojrzała na stos faktur i rachunków. Nie mogła znieść tego rodzaju papierkowej roboty, ani nawet myśleć o tym, co Jan mógłby powiedzieć. W końcu musiał zrozumieć, że między nimi wszystko skończone. Minęło dziewięć miesięcy od jej wyprowadzki i choć byli razem ponad siedem lat, a rozstanie bolało jak diabli, jego życie musiało toczyć się dalej bez niej.

Poszła przebrać się w dresy. Była szansa na to, że przekroczenie mostu pozwoli jej zapomnieć o wszystkich domowych troskach. Z wieszaka w przedpokoju wzięła bluzę z kapturem i czapkę z jasnoczerwonym logo flaminga.

Nie biegła długo, gdy morska mgła zaczęła rozdzierać jej płuca, a w gardle poczuła słony posmak. Całe ciało ją bolało, kiedy wlokła się z powrotem przez most. Strome podejście do najwyższego punktu - dwudziestu ośmiu metrów - sprawiło, że kwas mlekowy sparaliżował jej mięśnie, a każdy krok w górę był walką. Przebiegając obok nabrzeża, przyspieszyła na ostatnim odcinku przed Losgata; to skrzyżowanie było jej celem. Spróbowała złapać oddech, patrząc na zegarek. Dziś też nie padnie żaden rekord.

Zaczęła powoli wspinać się pod górę na Losgata. Planowała rozciągnąć się, gdy tylko złapie oddech - i zanim dotrze do domu, żeby nie dać sąsiadowi z dołu pretekstu do podglądania. Minęła dom Jo Lilleengena. Okno wychodzące na sąsiednią działkę było otwarte, a szyba rozbita. Szła dalej, zauważając, że drzwi wejściowe były uchylone. W wejściu stało średniej wielkości kartonowe pudełko, zapobiegające zamknięciu się drzwi. Ktoś tu się włamał i miał dużo roboty. Spojrzała na kartonowe pudełko, całe mokre od deszczu. Musiało leżeć tam już od jakiegoś czasu. Rozejrzała się szybko, po czym otworzyła bramę ogrodową i ruszyła ciemną ścieżką. Nie odważyła się podejść do otwartych drzwi, dopóki nie upewniła się, że w domu nikogo nie ma. Przeszła przez trawnik i ruszyła w kierunku najbliższego okna. Okno było pokryte grubą warstwą brudu, co utrudniało zajrzenie do salonu. Wytarła dolną część rękawem i oparła się o okno. W środku nie było za wiele do oglądania. Przewrócony fotel, stół z nogami w powietrzu i sofa z rozdartymi poduszkami. Ściany pokryte graffiti. Pod napisem J. to dziwkarz namalowanym czerwonymi literami widniał rysunek wyprostowanego penisa ejakulującego na parę obfitych piersi. Przeciwległa ściana również była zniszczona.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

1

Maja Holm szła szybko korytarzem szpitalnym prowadzącym na SOR. Jej drewniaki rytmicznie uderzały o linoleum. Z karetki, która była już w drodze, nadeszła krótka informacja o przedawkowaniu. Pacjent nie odzyskał przytomności, mimo że ratownicy podali mu nalokson, który zazwyczaj wystarcza, aby obudzić nawet słonia. Ale nie jego. On odpłynął daleko. Antidotum tylko pogorszyło jego stan, zaburzając rytm serca i sprawiając, że krzywa na monitorze wiła się jak szalona. Maja przygotowała już salę, do której miał zostać przewieziony, i poinformowała personel pogotowia ratunkowego o przybyciu pacjenta. Oprócz ampułek z Anti-NARC, które miała już przy sobie, upewniła się, że w zapasie jest wystarczająco dużo adrenaliny oraz że defibrylator - ten jedyny, który wciąż działał - został zarezerwowany właśnie dla niej. Na wszelki wypadek. Gdyby pacjent nagle doznał zatrzymania akcji serca.

W przepełnionej recepcji unosił się zapach potu, wilgotnych ubrań i suchych ust. Zapach "poczekalni", wszechobecny zarówno na oddziałach ratunkowych w Norwegii, jak i Danii. Widok fartucha laboratoryjnego Mai wywołał niecierpliwość wśród oczekujących pacjentów i ich krewnych. Kątem oka dostrzegła kilka osób próbujących zwrócić jej uwagę, ale musiała je zignorować. Niedobór lekarzy był w tym pomieszczeniu rażąco oczywisty, podobnie jak w pozostałej części kraju. Jak to często bywało o tej porze roku, polarny wiatr zbierał żniwo na nadmorskiej drodze. Przez cały dzień do szpitala napływali pacjenci po wypadkach drogowych. Złamane nogi, obrażenia wewnętrzne - wszystko zlewało się ze sobą i nie była już w stanie odróżnić jednego przypadku od drugiego. Z wyjątkiem jednego wypadku, który nie dawał jej spokoju: trzyosobowa rodzina staranowana w swoim Lupo przez japońskie auto z napędem na cztery koła. Młoda matka leżała teraz w śpiączce podłączona do respiratora trzy piętra powyżej oddziału ratunkowego, nie wiedząc, że jej mąż i czteroletnia córka zginęli. Najbardziej humanitarnym rozwiązaniem byłoby zignorowanie przysięgi lekarskiej i natychmiastowe wyłączenie respiratora.

Maja sama była bliska stania się ofiarą kapryśnego wiatru. Podczas podróży z Danii do norweskiego Vestlandu wielokrotnie próbował zepchnąć ją w przepaść. Polarny wiatr nie zadowalał się tylko zamarzaniem dróg, ale także przynosił ze sobą morską mgłę. Połączenie słabej widoczności i oblodzonych dróg było wyjątkowo zdradliwe. "Typowe dla tej okolicy" - pomyślała. A teraz - wśród wszystkich tych wypadków - trafił się właśnie ten: narkoman, który zderzył się z własnym nałogiem. Skok na główkę w przepaść, bez żadnej nadziei na ratunek, poza jej umiejętnościami.

To była niezwykle długa zmiana. Dwudziestoczterogodzinny maraton, który sobie narzuciła, który miała szansę ukończyć tylko dzięki kolejnej dawce modafinilu. Lepiej teraz niż później, ponieważ ożywcze działanie tabletek stopniowo słabło. Szła dalej w kierunku dużych szklanych drzwi, które rozbłyskiwały na czerwono za każdym razem, gdy padało na nie światło z sygnalizatora karetki pogotowia. Czas obudzić umarłych.

Ostry, nocny chłód uderzył ją w twarz, gdy wyszła na parking przed szpitalem w Skansebakken. Dwaj ratownicy stali już przy tylnych drzwiach karetki, wyciągając nosze z chudą postacią. Rozpoznała tego z tyłu. Nazywał się Antonsen i przypominał Mai bernardyna, którego miała w dzieciństwie. Przywitała się, a on krótko skinął głową.

Maja uśmiechnęła się do drugiego ratownika, stażysty, którego wcześniej nie widziała. Tyczkowaty chłopak nie odpowiedział na powitanie. Był wyraźnie poruszony całą sytuacją.

Antonsen przesunął się wokół noszy, wentylując pacjenta workiem samorozprężalnym.

- Przedawkowanie. Mężczyzna, trzydzieści parę lat. Założyliśmy wenflon i podaliśmy nalokson, zero osiem miligrama, dziewięć minut temu. Brak reakcji.

Recytował dalej raport z karetki, informując o ciśnieniu krwi, tętnie i temperaturze. Wszystkie parametry znajdowały się na krytycznym końcu skali. Słuchała go tylko jednym uchem, pochylając się nad pacjentem. Uderzył ją silny zapach kału i zerknęła na brązową plamę na jego spodniach. Podała mu kolejną dawkę naloksonu przez wenflon, który Antonsen wkłuł w zgięcie łokciowe. Następnie przycisnęła dwa palce do szyi mężczyzny, próbując wyczuć tętno. Było zbyt niestabilne, by mogła je zmierzyć. Wyjęła mini latarkę z kieszeni płaszcza i wsadziła ją sobie między zęby, aby mieć wolne obie ręce. Rozchyliła jego powieki i poświeciła w oczy. Źrenice były szpilkowate. W połączeniu z mimowolnym oddaniem kału, nierównym tętnem i lodowatym ciałem, wszystko wskazywało na przedawkowanie opiatów. Niezależnie od tego, czy była to heroina, morfina, metadon, czy wszystko naraz, wątłe ciało przed nią było tym napompowane. Schowała latarkę.

- Imię?

Antonsen zawahał się krótko.

- Na drzwiach było Jo albo Jon.

Chwyciła płatek ucha pacjenta i uszczypnęła go.

- Jon! - zawołała Maja, ale nie było żadnej reakcji. Ścisnęła ponownie. Tym razem tak mocno, że jej kciuk stał się zupełnie biały. Ale Jo czy też Jon zdawał się tego nie zauważać.

- Próbowałem. Jest głęboko nieprzytomny. Wjeżdżamy? - Antonsen skinął głową w stronę wejścia na SOR.

Maja nie odpowiedziała. Szykowała już strzykawkę z adrenaliną. Musieli działać szybko, inaczej go stracą. Podłączyła ją do wenflonu i wcisnęła tłok. Tyle razy widziała, jak narkoman w głębokiej zapaści nagle wraca, niczym powstający z martwych. Ale tym razem nic nie zapowiadało, że pacjent się obudzi.

- Dobra, bierzemy go...

Maja nie dokończyła zdania, bo mężczyzna na noszach drgnął, próbując w ostatnim spazmie wyrwać się z objęć odurzenia, po czym jego ciało ostatecznie się poddało. Maja zdecydowanym ruchem chwyciła nożyczki i rozcięła koszulkę mężczyzny, odsłaniając klatkę piersiową i brzuch. Obiema rękami ucisnęła mostek i rozpoczęła RKO.

- Defibrylator? Macie go ze sobą? - rzuciła.

- Przejmij. - Antonsen podał worek stażyście, otworzył boczne drzwi i sięgnął po przenośny defibrylator.

Maja wytarła klatkę piersiową mężczyzny z potu i resztek wymiocin. Następnie wzięła dwie elektrody i przykleiła jedną tuż pod prawym obojczykiem, a drugą na lewym boku klatki piersiowej. Monitor EKG rozjarzył się w nocy na zielono, pokazując sygnał z chorego serca, które przeszło w chaotyczne migotanie komór. Czerwony przycisk zaświecił się, a cichy pisk zasygnalizował gotowość do ładowania. Ustawiła energię na dwieście dżuli.

- Odsunąć się!

Stażysta cofnął się o krok.

Wyzwoliła impuls elektryczny, który szarpnął ciałem mężczyzny na noszach w konwulsyjnym skurczu. Spojrzała na płaską linię na wyświetlaczu, czekając na pojawienie się sinusoidy, ale na próżno. Naładowała defibrylator ponownie, a potem jeszcze raz - bez skutku. Ustawiła urządzenie na maksymalne trzysta sześćdziesiąt dżuli i spróbowała ponownie. Żadnej reakcji, ani u pacjenta, ani na monitorze EKG.

Antonsen znów przejął worek samorozprężalny.

- Potrzebujemy atropiny! - krzyknęła Maja. Przeklęła w duchu swój brak przewidywania. Lek został na oddziale.

Stażysta stał jak wryty. Był blady i pocił się, mimo chłodu nocy.

- Macie ją ze sobą? - zapytała tak spokojnie, jak tylko potrafiła.

- Tak, to... jest... yyy...

- Czarna torba, zaraz przy wejściu po prawej. - Antonsen skinął głową w stronę miejsca, gdzie powinna leżeć torba.

Stażysta pobiegł do karetki, a Antonsen uśmiechnął się przepraszająco.

- Wzięliśmy torbę medyczną - zapewnił.

Stażysta pojawił się z powrotem z czarną torbą w ręku. Postawił ją na tylnym stopniu i od razu spróbował otworzyć, ale torba się przewróciła i zawartość wysypała się na ziemię. Fiolki zadzwoniły o asfalt, ale żadna nie pękła. Chłopak wyrzucił z siebie potok przeprosin i na czworakach próbował pozbierać rozsypane leki.

- Skup się na znalezieniu ampułki z napisem "Atropina" - poleciła Maja.

Przeszukał rozsypane szkło. W końcu podał jej jedną, wraz z jednorazową strzykawką. Zdarła opakowanie zębami. Naciągnęła czysty roztwór z ampułki do strzykawki, upewniając się, że nie ma w niej pęcherzyków powietrza. Następnie wtłoczyła dawkę w bezwładne ciało.

Maja i Antonsen wpatrywali się w monitor EKG. Bez efektu.

- Macie pojęcie, jak długo był nieprzytomny?

Antonsen pokręcił głową.

- Czas dojazdu to siedem, osiem minut.

- Kto dzwonił?

- Anonim. Pewnie ktoś, z kim brał. Prawdopodobnie leży tak od piętnastu, dwudziestu minut.

- Dobrze, panowie - odpowiedziała. - Spróbujmy jeszcze raz.

Ustawiła defibrylator na trzysta sześćdziesiąt dżuli i naładowała go jeszcze trzy razy. Spróbowała też podać ostatnią dawkę atropiny, ale nic nie było w stanie przywrócić pracy upartego serca.

- Kończymy - powiedziała do ratowników, po czym dodała: - Zrobiliśmy, co się dało - głównie ze względu na stażystę.

Zaczęli się pakować. Antonsen zdjął maskę worka z twarzy mężczyzny. Maja spojrzała krótko na kościstą twarz o zapadniętych policzkach i głębokich oczodołach. Czaszka zdawała się prześwitywać przez pergaminową, żółtą skórę. Naciągnęła na niego białe prześcieradło.

- Trzymajmy go z dala od recepcji.

- Żeby uniknąć złej prasy? - zapytał Antonsen, wkładając ostatnie rzeczy do karetki.

Maja uśmiechnęła się słabo.

Leżał w ciemności na oddziale numer osiem. Brudny. Martwy. Jo lub Jon. Wkrótce jeden z portierów zabierze go do kaplicy. Przepisy stanowiły, że musi upłynąć sześć godzin, zanim Maja będzie mogła ogłosić go "oficjalnie zmarłym" i wypełnić akt zgonu. Policja prędzej czy później ustali jego tożsamość i powiadomi krewnych, jeśli tacy są.

Do Mai dotarł przejmujący krzyk dziewczyny z otwartym złamaniem nogi na oddziale trzecim. Tej nocy było zbyt wiele wypadków.

3

Poranne zebranie w przychodni było stałym rytuałem. Zwyczajem, który szef Mai, Leopold Miltevik, przeniósł ze swoich czasów pracy jako ordynator w miejscowym szpitalu - mimo że tutejsze ambulatorium wcale nie wymagało tak szczegółowego omawiania kart pacjentów. Podejrzewała, że Miltevik, zwany również Milt, podtrzymywał tę tradycję tylko po to, aby zgromadzić wokół siebie słuchaczy i słuchaczki. Był znany ze swoich monologów, które składały się głównie z anegdot z jego trzydziestoletniej kariery medycznej oraz cytatów z różnych poradników. Z reguły Maja celowo spóźniała się na te poranne spotkania - w przeciwnym razie trudno byłoby im uniknąć otwartej konfrontacji. Zwykle rzadko traciła panowanie nad sobą, ale zadufani medycy wywoływali w niej takie same odczucia jak leczenie kanałowe. Dlatego też oboje darzyli się wzajemną, ale milczącą niechęcią.

Dzięki efedrynie Maja przeprowadziła konsultacje w rekordowym czasie i miała już na koncie czternaście wydrukowanych zaświadczeń lekarskich. Dziewięć z nich dotyczyło stresu. Wyglądało na to, że stres osiągnął rozmiary epidemii, zarówno w Norwegii, jak i w Danii. Nowa plaga zagrażała cywilizacji.

Naprzeciwko niej na krześle siedział teraz pacjent numer piętnaście. Nie słuchała już chudego młodego mężczyzny, który okazał się bardzo gadatliwy i chaotyczny. Zamiast tego kliknęła w jego kartę i skinęła głową, aby przynajmniej wyglądało, że słucha. Jej zachowanie nie wynikało z tego, że była nieczuła, tylko z tego, że słyszała podobną gadkę już setki razy.

- Więc... jeśli mógłbym dostać nową receptę... żeby starczyło mi na następny tydzień, byłoby super. - Mężczyzna patrzył na Maję jakby przez mgłę.

Uśmiechnęła się do niego życzliwie.

- Być może - poszukała jego nazwiska w dokumentacji medycznej - faktycznie zgubiłeś receptę, Reidarze, ale nie ma mowy, żebyś przed tym terminem otrzymał więcej Rohypnolu.

To, że w ogóle udało mu się zdobyć receptę, pozostawało dla niej zagadką - jego uzależnienie i opowieści były zbyt oczywiste. Oparła się wygodnie na krześle, pozwalając mu dojść do siebie po jej słowach. Reidar miał trochę ponad dwadzieścia lat. Jak na razie trzymał się nieźle. Skórzana kurtka i nowe buty sportowe sprawiały, że wyglądał na zadbanego, a jednocześnie próżnego i nie na miejscu - ze stylem, który mógłby przyciągnąć uwagę w MTV. Był tego prawdopodobnie w pełni świadomy. Domyślała się, że trzymał się z daleka od najtwardszych narkotyków. Wciąż obracał się jedynie wokół haszyszu, alkoholu i różnych tabletek, które udawało mu się zdobyć. Ale to była tylko kwestia czasu, zanim jego uzależnienie przyspieszy. Mogła wygłaszać najróżniejsze przestrogi, proponować pomoc na wszystkie możliwe sposoby - i tak nie chciałby słuchać. Wolał wierzyć, że ma wszystko pod kontrolą, jak wszyscy inni, których spotkała. Dla niego była tylko apteczką, której jeszcze do końca nie rozgryzł.

- Znałeś mężczyznę, który zmarł wczoraj? - zapytała.

- O kim pani mówi? -Migotliwe spojrzenie wskazywało, że wiadomość już dotarła na ulicę.

- O Jo. Jo Lilleengenie.

Potrząsnął głową.

- Nigdy nie słyszałem tego nazwiska.

- No wiesz, tego faceta, którego znaleźli na Losgata?

- Nie bywam w tej części miasta. - Reidar spojrzał na swoje przemoczone deszczem trampki All Stars, bawiąc się bandażem na lewej ręce.

- To bardzo rozsądne z twojej strony. Chcesz, żebym to obejrzała? - Wskazała na zawiązany bandaż.

- Nie, w porządku - odpowiedział, przesuwając się na krześle.

Maja wzruszyła ramionami.

- Próbowaliśmy go uratować. Ale nie dotarł nawet na pogotowie.

Podniósł wzrok.

- Już nie żył?

Maja potrząsnęła głową z lekceważeniem.

- Nie od razu. Ale nie byliśmy w stanie mu pomóc.

- To straszna śmierć - powiedział Reidar.

Maja skinęła głową.

- Naprawdę okropna. Nie było to przyjemne, widzieć, jak umiera pokryty kałem i wymiocinami.

Wydawało się, że dotarła do niego waga jej wypowiedzi.

Uśmiechnęła się chłodno.

- Ale niektórzy nigdy się nie uczą.

Reidar w milczeniu wpatrywał się w swoje sznurowadła.

- Do zobaczenia w czwartek. Musisz spróbować wytrzymać do tego czasu.

Dała mu swoją wizytówkę z numerem telefonu do gabinetu i rutynowo skierowała go na oddział psychiatryczny, gdyby jego rzekoma depresja się pogłębiła. Czuła się jak pracowniczka opieki społecznej. Musiała szybko przejść dalej. Dalej, dalej i dalej.

Na niewielkim ekranie telewizora, który wisiał nad maszynami do ćwiczeń, leciały wieczorne wiadomości lokalne. Maja rozpoznała dziennikarkę z burzą włosów, którą widziała niedawno przed domem Jo Lilleengena. Pot lał się z niej strumieniami, gdy zmusiła się do finalnego sprintu na skrzypiącej bieżni.

Najbardziej lubiła, gdy siłownia była w połowie pusta, tak jak teraz. Klienci tutaj jednak nie wysilali się tak bardzo, jak ci z jej rodzinnego Lyngby w Danii. W strefie wolnych ciężarów nie czuło się tyle testosteronu. Jedynymi osobami, które szanowała na siłowni, byli ci z nadwagą, którzy pojawiali się po godzinach szczytu, aby podjąć walkę z tłuszczem. Z maszyny dobiegła seria sygnałów - znak, że minęło ustawione przez nią czterdzieści pięć minut. Na ekranie telewizora lokalne wiadomości nadawały materiał o narastającym problemie narkotykowym w mieście. Dziennikarz mówił o fali włamań i prowadził widzów przez listę ostatnich zgonów. Próbował też uzyskać komentarz od kogoś z ratusza, ale kamera uchwyciła jedynie szyję rozmówcy, zanim ten zniknął za drzwiami. Jak na lokalne wiadomości, materiał był wyjątkowo ambitny, zauważyła Maja, ocierając pot z twarzy. Obraz na ekranie zmienił się - dziennikarz rozmawiał teraz ze starym, ogorzałym mężczyzną, wyglądającym na rybaka, choć podpis głosił: inspektor Arne Blindheim. Okazało się, że to właśnie on prowadził sprawy zgonów na Losgacie.

- Wciąż prowadzimy śledztwo w tej sprawie. Ale ustalono już, że mężczyzna, który był znany policji, zmarł z powodu przedawkowania metadonu.

- Czy znaleźliście osobę odpowiedzialną za anonimowy telefon?

Blindheim skinął głową.

- Mężczyzna zgłosił się następnego dnia i złożył zeznania. Nadal jednak chcielibyśmy skontaktować się z każdym, kto może posiadać informacje związane z tą śmiercią.

Centrum Norvik migotało w jej lusterku wstecznym niczym gwiazda, gdy jechała obwodnicą wzdłuż fiordu. Próbowała wcześniej znaleźć siłownię w centrum miasta, ale zarówno ta przy Storgata, jak i klub sportowy obok supermarketu REMA 1000 nie wytrzymały konkurencji z fitnessowym imperium w centrum Norvik. Galeria wysysała zresztą nie tylko codzienny handel z nadmorskiego miasteczka.

Po joggingu zawsze czuła przyjemne mrowienie w całym ciele. Trochę jak po dobrym seksie, gdyby tylko pamiętała, jak to jest. Nie od czasu Jana... No, może raz, ale tamta porażka się nie liczyła. Mijając McDonalda, przez chwilę zawahała się, czy nie wejść do środka. Jej ciało domagało się burgera, frytek i truskawkowego milkshake'a na zapicie całości.

Wiedziała jednak, że później będzie tego żałować, więc oparła się pokusie. Zamiast tego cieszyła się na myśl o zanurzeniu się w wannie w swoim skromnym mieszkaniu. Wanna, chardonnay i cokolwiek kryło się w lodówce. Zadzwonił jej telefon. Maja spojrzała na fotel pasażera, gdzie leżał, migając, i podniosła go lekko, żeby zobaczyć numer. Pozwoliła, żeby dzwonił dalej, tak jak wczoraj i przedwczoraj.

Po dziesięciu minutach czekania na rondzie skręciła w Losgata. Mimo że dawno zapadł zmrok, dzieci wciąż bawiły się na zewnątrz. Gdy mijała dom Jo Lilleengena, kilkoro z nich zaplątywało się właśnie w żółtą policyjną taśmę. Jasnowłosy chłopiec przyglądał się Mai; kiedy przejeżdżała, roześmiał się i wskazał na nią palcem.

Maja zatrzymała się przed swoim domem i wysiadła z mercedesa. Uderzyła ją myśl, że zapomniała zabrać ze sobą dokumentacji księgowej, którą miała wysłać do urzędu miejskiego. Termin składania faktur za pacjentów objętych publicznym ubezpieczeniem zdrowotnym już dawno minął. Jeśli nie zajmie się tym dziś wieczorem, gmina nie przeleje jej pieniędzy aż do przyszłego miesiąca. A kto wie, gdzie wtedy będzie? Nie miała wyboru - musiała jeszcze raz wrócić do przychodni.

Przychodnia tonęła w ciemności, a na ulicach nie było żywej duszy. Drżącymi palcami zdołała wpisać właściwy kod. Zawsze bardziej niż większość ludzi bała się ciemności, bardziej niż ktokolwiek inny, kogo znała. Nienawidziła ciemności.

Weszła do budynku. Mogła wybrać między włączeniem wszystkich świateł za pomocą głównego przełącznika w gabinecie Edel Raaholdt, sekretarki Milta, a przejściem dwudziestu metrów ciemnym korytarzem do swojego gabinetu. Obawiając się niepotrzebnego zwrócenia na siebie uwagi z ulicy, wybrała to drugie. Trzymała się w równej odległości od zamkniętych drzwi po obu stronach korytarza, jakby miały się one w każdej chwili otworzyć. Ścisnęła pęk kluczy i zanuciła Bésame Mucho, aby się uspokoić. Z każdym krokiem latynoskie rytmy coraz bardziej chrypły w jej ściśniętym gardle.

Kiedy w końcu dotarła do drzwi, desperacko poszukała klamki. Z ulgą poczuła ją między palcami i szybko otworzyła drzwi, wchodząc do małego pokoju. Było w nim zaskakująco zimno.

Po omacku poszukała włącznika światła obok siebie. Jej oczy zdążyły już przyzwyczaić się do ciemności i dostrzegła zarys pomieszczenia - wieszak na płaszcze tuż przy wejściu, stół do badań, umywalkę w rogu, biurko i... Jej palce dotarły do włącznika. Ale nie włączyła światła. Nie odważyła się. Było tam coś, czego nie powinno być. Cień wyłaniający się z ciemności.

Był to zarys kucającej osoby.

Chciała uciec, rzucić się w stronę drzwi, ale w tym samym momencie cień skoczył na nią. Oślepiające światło latarki zdezorientowało ją, a coś ciężkiego uderzyło ją w głowę. Poczuła, jak nogi uginają się pod nią, a ciało osuwa się na podłogę. Postać górowała nad nią. Z otwartej rany spływała krew, zalewając jej oczy. Widziała tylko rozedrgane światło, gdy napastnik uniósł latarkę po raz drugi. I ten zapach - skóry i tytoniu. Teraz miał paść kolejny cios. Odruchowo uniosła ramię, by się osłonić.

Ale cios nie nadszedł. Zamiast tego usłyszała charakterystyczny zgrzyt - postać gwałtownie odsunęła żaluzje. Maja otworzyła oczy i zdołała dostrzec jeszcze tylko rękaw znoszonej skórzanej kurtki, gdy napastnik przeciskał się przez otwarte okno i zniknął w ciemności.

Ostrożnie dotknęła cieknącej rany i wstała. Włączyła światło. Biuro było praktycznie zdemolowane, a zawartość szuflad i szafek na dokumenty rozrzucona po całym pomieszczeniu. Kręciło jej się w głowie i musiała oprzeć się o ścianę, idąc do umywalki. Spojrzała na siebie w lustrze i znieruchomiała. Była przyzwyczajona do widoku krwi, ale nie swojej własnej. Krwawiła obficie z głębokiej rany po lewej stronie czoła. "Co najmniej siedem szwów" - pomyślała, delikatnie osuszając ranę garścią papierowych ręczników. Musiała wezwać policję, chociaż najbardziej chciała po prostu wrócić do domu i położyć się do łóżka.

2

Była czwarta trzydzieści sześć nad ranem, a jedynym samochodem na drodze był stary mercedes Mai. Po dwudziestu czterech godzinach dyżuru jej zmiana w szpitalu w Skansebakken wreszcie dobiegła końca. Zostało jej mniej niż sześć godzin snu, zanim będzie musiała pojawić się w swojej drugiej pracy - przychodni w nadmorskiej miejscowości Haraldsgata. Przypomniała sobie, że za chwilę musi skręcić w lewo.

Pogrążone we śnie miasteczko przypominało każdą inną nadmorską miejscowość w Norwegii. Nie miało znaczenia, czy nazwa miejscowości kończyła się na "vik", "dal", "sand" czy "fjord". Miejsca te już dawno straciły swoje znaczenie. Bez względu na to, jak daleko podróżowała, wszystko nadal wydawało się kręcić w kółko, drogi i zmiany. Być może taka była prawdziwa anatomia piekła.

- Cholera...

Po raz kolejny przeoczyła małą boczną drogę, która prowadziła w dół do portu i dalej w kierunku mostu na Silde?y, gdzie mieszkała. Teraz musiała albo przejechać przez całe centrum miasta, albo zaryzykować i przejechać trzysta metrów pod prąd na Kaivegen przy następnym skręcie. Biorąc pod uwagę porę dnia, wybrała najkrótszą trasę i skręciła w lewo.

Przyspieszyła i przejechała połowę wąskiej drogi, gdy nagle oślepiły ją jasne światła nadjeżdżającej śmieciarki. Światło zbliżało się z niesłabnącą prędkością, a towarzyszył mu dwutonowy klakson. Wcisnęła hamulec i wjechała na najbliższy krawężnik, tak że mercedes zatrzymał się na chodniku. Śmieciarka z rykiem przejechała obok. Kierowca, siedzący z głową na wpół wystawioną przez otwarte okno, krzyczał na nią ze śliną cieknącą mu po żółtych zębach. Szybko wrzuciła bieg i przejechała ostatnie sto metrów do portu.

Kontynuowała jazdę wzdłuż nabrzeża i w górę, w kierunku symbolu miasta, stromego mostu Haraldsbru , który łączył dwie części miejscowości - bogatą i rozwijającą się, w której pracowała, oraz biedną, odizolowaną dzielnicę, w której wynajmowała mieszkanie. Szary, betonowy i mocno już zużyty most przypominał pamiątkę po Niemcach z czasów okupacji. Z drugiej strony widok był zaiste imponujący. Z wysokości dwudziestu ośmiu metrów nad cieśniną można było podziwiać wejście do portu. Przy dobrej pogodzie widoczność sięgała aż do najdalej wysuniętej rafy w Svartafjord, gdzie fale zawsze uderzały z dużą siłą o skały.

Przejechała przez most, skręciła w lewo i pojechała dalej wzdłuż hali montażowej B przybrzeżnej stoczni. Przez całą dobę budowano tu platformy wiertnicze. Konstrukcja była tak ogromna, że wystawała aż poza bramę hali, przypominając jej statek kosmiczny z powieści science fiction.

Okolica, do której powoli wjeżdżała Maja, nie miała nic z klimatu science fiction. Jechała dalej ulicą Losgata, aż zatrzymała się przed zniszczonym, drewnianym domem, w którym wynajmowała pierwsze piętro. Biorąc pod uwagę, jak rzadko bywała w domu, mogła sobie pozwolić na skromne lokum, które wskazało jej centrum medyczne, gdzie pracowała. Gorzej mieli ci, którzy urodzili się i wychowali w Sildekvarteret - dzielnicy śledziowej.

Poza Mają i garstką innych obcokrajowców, w większości zatrudnionych w stoczni, mieszkali tu głównie bezrobotni, emeryci i uzależnieni. Być może dlatego Silde?y nazywano Wyspą Skazanych. Nie miało znaczenia, czy mieszkałeś w mieście jako lekarz, inżynier czy spawacz, czy pochodziłeś z Laosu, czy z Lyngby - czy nosiłeś fartuch laboratoryjny, krawat, czy roboczy kombinezon. W oczach innych i tak pozostawałeś obcym. Liczyło się tylko to, jaką pracę mogłeś wykonać dla miasta.

Maja nie miała siły się rozebrać, więc położyła się do łóżka w ubraniu. Była zmęczona, ale w jej głowie kłębiły się natrętne myśli. Wiedziała, że nie zaśnie, zanim nadejdzie pora, by znów wstać. Nie mogła przestać myśleć o oddziale ratunkowym - o pacjentach, diagnozach, wenflonach, zdjęciach rentgenowskich, beta-blokerach, obrzęku mózgu, miligramach tego i miligramach tamtego. Słowa i akcje z nocy zlewały jej się w jedno. Z półprzymkniętymi oczami grzebała w torbie na ramię, która leżała obok niej. Kiedy nie znalazła tego, czego szukała, wywróciła dno torby do góry nogami, tak że zawartość wysypała się na narzutę. Przesunęła na bok trzy tampony, do połowy wypitą butelkę wody mineralnej Evian, paczkę chusteczek, pamiętnik Hello Kitty, torebkę LV, pudełko pastylek bergamotowych i w końcu opakowanie nitrazepamu. Normalna dawka to pięć miligramów. Na wszelki wypadek wzięła piętnaście. Popiła tabletki letnią wodą. Wyrzuciła pustą plastikową butelkę na podłogę i zamknęła oczy. Poczuła ucisk z przodu głowy. Teraz pozostało jej tylko czekać, aż benzodiazepiny zgaszą światło w receptorach jej przegrzanej kory mózgowej i wywołają sztuczny sen. Sen prawie tak dobry jak prawdziwy. Z wyjątkiem tego, że zaburzał fazę REM.

Jak w każdą niedzielę rano, powietrze wypełniał zapach espresso i grillowanej pancetty. Pikantny aromat przeniósł ją z powrotem do domu, do Danii. Powoli otworzyła oczy i dostrzegła delikatny żółty kolor w sypialni. Piękna barwa, którą sama wybrała. Razem malowali pokój. Pierwszy kolor w mieszkaniu. Usłyszała gwizdanie Jana dochodzące z kuchni, ale nie potrafiła rozpoznać melodii. Przesunęła się do tyłu na środek łóżka i sięgnęła po jego kołdrę. Była jeszcze ciepła. Z zadowoleniem ziewnęła.

- Czy śpiąca się budzi? - krzyknął Jan.

- Ładnie pachnie - odparła.

- Chcesz zjeść przy stole czy w łóżku?

Maja przeciągnęła się leniwie i uśmiechnęła.

- Śniadanie w łóżku nie brzmi źle. - Potem przypomniała sobie wydarzenia z nocy. - Śniło mi się coś bardzo dziwnego.

- Tak? - padła obojętna odpowiedź z kuchni.

- Pracowałam w Norwegii.

- Nie sądziłem, że można śnić po zażyciu tabletek nasennych.

W jego głosie dało się wyczuć wyrzut. Postanowiła go zignorować.

- Pracowałam w małej wiosce rybackiej. Jako lekarka na zastępstwie na oddziale ratunkowym.

- Cóż, przed tobą jeszcze tylko dwa lata.

Pojawił się w drzwiach i uśmiechnął się do niej. Nadal podobały jej się jego oczy.

- Nie było tam zbyt fajnie. Tęskniłam za tobą.

Jan posłał jej pocałunek i wrócił do kuchni.

- Myślałaś już o specjalizacji? - zawołał. - Myślę, że otwarcie własnej praktyki to naprawdę dobry sposób na zarabianie pieniędzy. Jeśli tak zdecydujesz.

Przemarzły jej palce u stopy. Próbowała naciągnąć kołdrę tak, by przykryć odsłoniętą nogę.

- Próbowałam uratować mężczyznę z zatrzymaniem krążenia. Przedawkowanie - dodała po chwili.

- Udało ci się?

- Nie. - Przygryzła wargę i wbiła wzrok w sufit. Plama po lewej stronie lampy drażniła ją za każdym razem, gdy ją zauważała, a mimo to wciąż nie znalazła czasu, by ją zamalować. - Umarł - odpowiedziała cicho.

- No to cała akcja poszła na marne. Dobrze, że wróciłaś.

Odgoniła od siebie wspomnienie koszmaru. Tu, w łóżku, było dobrze. Pachniało Janem, pancettą, kawą i tostami - to był zapach niedzieli. Zaraz zjedzą śniadanie, pokłócą się o gazetę i nagłówki, a potem, gdy już im się znudzi czytanie, pójdą do łóżka. Na koniec może spacer wzdłuż morza albo ścieżkami przy B?ndernes Hegn.

Maja czuła się zadowolona, dopóki nie zadzwonił budzik. Zaklęła pod nosem i oskarżyła Jana, że zrobił to specjalnie. Nienawidziła tego zegarka. Przypominał jej o wczesnych, ponurych porankach, gdy musiała iść na wykład na studiach medycznych albo odbywać dyżur jako młodsza lekarka. Odwróciła się na bok i po omacku zaczęła szukać budzika na stoliku nocnym. Ale nie było go tam, gdzie zawsze. Wyciągnęła rękę dalej i sprawdziła, czy nie spadł na podłogę. Nic z tego - budzika nie było, tylko jego dźwięk. Wtedy dotarło do niej, że to wcale nie budzik wydawał ten dźwięk. Odgłos dochodził od drzwi wejściowych. Ale to też nie mogło być to - ich dzwonek brzmiał zupełnie inaczej. Miał miękki, śpiewny ton, jakby wołał: "Wchoooodź".

Maja usiadła na łóżku zdezorientowana. Miała sucho w ustach. W głowie jej szumiało. Spojrzała na siebie i stwierdziła, że nadal ma na sobie wszystkie ubrania. Dzwonek do drzwi zadzwonił ponownie.

Mężczyzna stojący przed drzwiami miał na sobie mundur. Na jego jasnozielonej kamizelce widniał napis POLICJA. Był o dwie głowy wyższy od Mai i trzy do czterech lat młodszy.

- Dzień dobry, tu policja - przywitał ją funkcjonariusz z szerokim uśmiechem. Bardzo imponujące jak na tak wczesną porę.

- Tak, widzę - odpowiedziała.

Funkcjonariusz wyjaśnił, że dalej na jej ulicy, pod numerem piętnaście, doszło do zgonu. Teraz jego zadaniem było odwiedzenie wszystkich domów i sprawdzenie, czy ktoś z sąsiadów zauważył w ciągu ostatnich kilku dni coś niezwykłego. Było to zadanie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, ponieważ większość mieszkańców miała wystarczająco dużo własnych spraw na głowie.

- Mogę sobie to wyobrazić - odpowiedziała i ziewnęła.

- Widziała pani coś?

Potrząsnęła głową z lekceważeniem.

- Przykro mi, rzadko bywam w domu. A jeśli już, to tylko po to, żeby się przespać.

Funkcjonariusz wzruszył ramionami i wyglądał, jakby już szykował się do odejścia.

- Popełniono przestępstwo? - zapytała.

- Prawdopodobnie był to raczej wypadek. Chociaż nie udało mi się ustalić zbyt wiele na temat okoliczności - odparł, przyglądając jej się badawczo. - Co właściwie robi Dunka tak daleko na północy? Z czystej ciekawości.

W jego oczach wyłapała zaproszenie do flirtu.

- Jestem lekarką na zastępstwie.

- Aaa, rozumiem - powiedział, prostując się z widocznym podziwem. - W takim razie mogę się pani zwierzyć.

- W związku z czym?

- W związku z tą śmiercią. To właściwie nic wielkiego, zwykły ćpun, który przesadził z dawką...

- Przedawkował, wczoraj w nocy? - przerwała mu Maja.

Funkcjonariusz skinął głową.

- Zdarza się to od czasu do czasu, nawet w takim mieście jak nasze.

- Jak się nazywał?

Funkcjonariusz spojrzał na swój notatnik i przewrócił kilka stron, aby znaleźć nazwisko.

- Jo. Jo Lilleengen. Znała go pani?

Funkcjonariusz spojrzał na nią, a ona szybko potrząsnęła głową. Nie miała ochoty informować go, że niecałe pięć godzin temu próbowała uratować życie Jo.

Z okna salonu rozciągał się niezakłócony widok na Losgata. Maja wysuszyła włosy po prysznicu i spojrzała na mały stopień przed numerem piętnaście, nieco dalej w głębi ulicy. Byli praktycznie sąsiadami, ona i Jo Lilleengen. Dwa radiowozy przed zrujnowanym domem otoczyła młodzież z okolicy, która z ciekawością obserwowała, jak policjanci rozstawiają kordon.

Kiedy miała się odwrócić, dostrzegła swojego sąsiada z dołu, Eigila Kvama, stojącego w ogrodzie przed domem. Stał przy żywopłocie, spoglądając nad nim w kierunku schodka i wąchając jakąś szmatkę. Starała się go unikać, głównie dlatego, że nie mogła znieść jego smrodu. A biorąc pod uwagę, z jakimi wydzielinami miała kontakt na co dzień w swojej pracy, o czymś to świadczyło. Ale nie tylko smród Kvama sprawiał, że szybko wbiegała po schodach, gdy tylko wracała do domu. Było to również jego apodyktyczne zachowanie i błyszczące oczy, które zawsze zdawały się ją rozbierać. Nagle rozpoznała szmatkę w jego dłoni. Pastelowoniebieskie majtki... Jej majtki. Zdecydowanie otworzyła okno, nie zastanawiając się nad tym, że ma na sobie tylko ręcznik.

- Co ty wyprawiasz?!

Kvam odwrócił się.

- Co? - odpowiedział, lekko zasłaniając majtki.

- Stoisz tam i wąchasz moje majtki?

Spojrzał na majtki w swojej dłoni.

- A, te... - odpowiedział. - Leżały na podłodze w pralni.

- No i?

Wyciągnął rękę w geście przeprosin.

- Chciałem je dla ciebie powiesić, ale... przeszkodzono mi. - Wskazał na funkcjonariuszy na drodze.

- Naprawdę? - odparła. - W przyszłości nie ruszaj moich rzeczy do prania, bez względu na to, gdzie się znajdują.

Zamknęła okno, zanim zdążył odpowiedzieć.

Dziesięć minut później stała w pralni, zdejmując ubrania z suszarki. Spóźni się do pracy, ale nic nie mogła na to poradzić. Ocalenie resztek swojej garderoby przed Kvamem miało na ten moment najwyższy priorytet i było ważniejsze niż cierpienie jej pacjentów. Od razu zauważyła, że Kvam ponownie powiesił jej majtki. Wzięła je dwoma palcami i włożyła do kieszeni. Nic nie skłoniłoby jej do ich ponownego założenia.

Kiedy mijała dom zmarłego, zauważyła, że wyglądał jak miejsce, które policja i ratownicy medyczni zwykle nazywali "meliną". Zniszczony budynek, w którym gromadzili się bezdomni narkomani, aby zażywać narkotyki. Wokół nadal tłoczyła się lokalna młodzież, mimo że jeden z policjantów machał rękami, próbując ją przepędzić. Nieco dalej stał dziennikarz z postawionymi na żel włosami, przestępując z nogi na nogę, podczas gdy jego operator przygotowywał kamerę. Nigdy nie przepadała za dziennikarzami. Nie mogła pogodzić się z ich żądzą krwi, kiedy tłumnie pojawiali się na oddziale ratunkowym po poważnych wypadkach.

Mijając stocznię morską, pomyślała o swoim śnie. Wtedy wszystko było dobrze. W małym mieszkaniu przy Nybrovej. Zanim się przeprowadzili. Zanim oboje ukończyli studia. Zanim wszystko się spieprzyło.

5

Choć nie było to jej mieszkanie, a tym bardziej stałe miejsce pracy, Maja była tak przywiązana do swojego gabinetu, że robiło jej się niedobrze na myśl o włamaniu. Personel sprzątający omijał biuro szerokim łukiem, ale prawdopodobnie wynikało to bardziej z procedur obowiązujących w firmie niż z obawy przed zniszczeniem dowodów na miejscu przestępstwa. Pasowało jej, by przełożyć wizyty pacjentów na popołudnie, żeby zdążyła doprowadzić gabinet - i własne samopoczucie - do porządku. Nie mogła się doczekać czwartku, kiedy Reidar miał się pojawić i kiedy będzie mogła go przesłuchać.

Z powodu włamania poranne spotkanie zakończyło się bez monologu Milta. Zamiast tego w centrum uwagi znalazła się Maja. Poinformowała wszystkich o sytuacji związanej z włamaniem i podała numer inspektora Blindheima na wypadek, gdyby ktoś nieoczekiwanie odkrył, że z jego gabinetu zniknęło coś ważnego. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie pomóc "zniknąć" swojej torbie lekarskiej - tylko po to, aby ukryć wszystkie leki, w które ostatnio się zaopatrzyła. Ale oparła się pokusie. Po spotkaniu Milt podszedł do niej i zapytał o jej stan, a także o śledztwo Blindheima. Starał się wyglądać na zatroskanego, ale dało się zauważyć jego frustrację, że nie skontaktowała się z nim zaraz po przybyciu policji.

- Arne i ja znamy się ze szkoły.

Maja odpowiedziała mu grzecznościowo i szybko zaszyła się w swoim gabinecie. Arne otrzyma telefon od swojego starego przyjaciela lekarza, który wskaże mu kilku podejrzanych pacjentów - oczywiście nieoficjalnie. Kopnęła mocno dokumenty leżące na podłodze. Chodziło nie tyle o to, co powiedział Milt, ile o jego zachowanie - wilgotną dłoń na ramieniu, lekceważący uśmiech i, co najgorsze, ściszony głos, który zmuszał ją do pochylenia się, aby go usłyszeć.

Sięgnęła po teczki pacjentów. Bałagan wydawał się większy, niż był w rzeczywistości. Gdy uporządkuje dwadzieścia jeden akt alfabetycznie, będzie mogła znów przyjmować pacjentów. Złodziej mógł włamać się w sposób wprawny, ale reszta napadu zdecydowanie nie świadczyła o nadmiernej inteligencji. Sprawca poświęcił dużo czasu na wyłamanie szafek na dokumenty, które zawierały wyłącznie dokumentację pacjentów. Nie dotarł do niewielkiego zapasu leków, który przechowywała w szklanej szafce obok - z kluczem w zamku - mimo że w sumie znajdowały się tam głównie płyny do przemywania ran, antybiotyki i tym podobne. Najsilniejszym środkiem na półkach była butelka paracetamolu.

Znacznie rozsądniej byłoby włamać się do gabinetu Raaholdt, gdzie znajdował się sejf z lekami chirurgicznymi. Szafa była prawdziwą twierdzą - trzeba było wyjątkowych umiejętności, żeby ją sforsować. Raaholdt robiła wiele szumu wokół faktu, że tylko ona znała kombinację do zamka. Nawet Milt jej nie znał. To był jeden z powodów, dla których Maja zwykle sama pobierała najbardziej podstawowe środki do swojej torby lekarskiej, kiedy pracowała w Skansebakken. Nie było żadnego powodu, by dawać Raaholdt kolejną okazję do grzebania w jej zapasach leków.

Maja otworzyła pierwszą szufladę szafki na dokumenty i zaczęła porządkować akta od A do C. Zauważyła, że kilka z nich zostało nieprawidłowo posortowanych. Początkowo wydawało się, że to pojedynczy błąd, ale kiedy znalazła "Karlsen", "?degaard" i "Toft" pod literą B, zrozumiała, że coś jest nie tak. Zaskoczyło ją, że złodziejowi udało się narobić takiego bałaganu. Przełożyła Karlsena z powrotem pod literę K, ale okazało się, że tam nazwiska też były pomieszane. Zdała sobie sprawę, co się stało. Karlsen, ?degaard i Toft mieli imiona zaczynające się na literę B. Ktoś zaczął segregować jej pacjentów według imion, a nie nazwisk. Miała przeczucie, kim może być ta osoba.

Maja wyszła, aby znaleźć Lindę Lind, nowo zatrudnioną rejestratorkę medyczną, która bardziej interesowała się pielęgnacją swoich sztucznych paznokci niż pacjentami, których miała pod opieką. Jej jedyną zaletą było to, że działała Raaholdt na nerwy tak samo jak ona.

Linda stała w poczekalni z dwoma mężczyznami. Tymi samymi, których Maja widziała przed domem Jo Lilleengena. Fotografem i dziennikarzem, którego nazwała Kolczasty.

- Linda, masz chwilę?

Linda spojrzała na Maję i uśmiechnęła się serdecznie.

- Właśnie o tobie rozmawialiśmy.

- Naprawdę? - spytała Maja, starając się zignorować dwóch mężczyzn.

- Panowie są z lokalnego programu informacyjnego w Channel Vest. Będziemy w telewizji.

To był jeden z najlepszych dni w życiu Lindy.

- Wiesz, kto zarchiwizował dokumenty w moim biurze?

Linda wyglądała na nieco zakłopotaną.

- My wszyscy....

- Czyli nie wiesz, kto zaczął sortować dokumenty według imion pacjentów?

Dziennikarz nie mógł powstrzymać uśmiechu.

- Nie mam pojęcia - bąknęła Linda.

- Więc to nie byłaś ty?

- Nie, ale jeśli tak było, to przepraszam.

Maja skinęła głową.

- W porządku.

- Powinnam to teraz naprawić? - Linda nerwowo sięgnęła do włosów i zaczęła owijać jeden z kosmyków wokół palca.

Maja potrząsnęła głową.

- Później. Na razie wpuśćmy pacjentów.

Ruszyła z powrotem, ale dziennikarz wyciągnął do niej dłoń.

- Nazywam się Stig. Jesteśmy z LokalNyt.

Maja przywitała się.

- Od Lindy dowiedziałem się, że to pani została wczoraj napadnięta.

Maja nie odpowiedziała.

- To musiało być nieprzyjemne - powiedział dziennikarz.

- O co chodzi?

- LokalNyt prowadzi dochodzenie w sprawie przestępstw narkotykowych w tym mieście i....

- A nasze włamanie jest wygodną częścią tego śledztwa?

Dziennikarz wzruszył ramionami.

- Wygodną? To również w państwa interesie...

- Nie, dziękuję.

Maja odwróciła się do niego plecami i wyszła. Jej opinia o dziennikarzach nie zmieniła się po spotkaniu z kolejnym z nich.

Ostatnia teczka trafiła na swoje miejsce. Maja aż zadrżała na widok tego, jak wyglądała reszta archiwum w przychodni. Z drugiej strony - zawsze mogła szukać według imienia pacjenta, jeśli jego dokumentacja nie była właściwie uporządkowana. Problem w tym, że niektórzy mieli po cztery albo nawet pięć imion. Miała już zamknąć szufladę, kiedy zauważyła kolejny błąd. Kartę odłożono pod "J", choć w ogóle nie powinna znajdować się w tym archiwum. Powinna trafić do archiwum zewnętrznego, gdzie przechowywano dokumentację medyczną zmarłych pacjentów. Usiadła przy biurku i szybko przekartkowała teczkę. Narastające uzależnienie Jo Lilleengena od narkotyków przewijało się przez całą jego historię medyczną. Jednak to, co znajdowało się na ostatniej stronie, było wyjątkowo zaskakujące.

Maja sięgnęła po wizytówkę Arnego Blindheima i znalazła ją wciśniętą między dwie karty dotyczące pracowników morskich. Obróciła ją w palcach. Na kartoniku widniało: Arne Blindheim, nadinspektor policji, obok policyjnego emblematu.

Może też powinna zrobić sobie wizytówki... Maja B. Holm, lekarka i neurotyczka, wytłoczone złotem na różowym tle.

Sięgnęła po telefon. W tym samym momencie ktoś zapukał do drzwi i wszedł pierwszy wpisany na dzisiaj pacjent. Rozmowa z Blindheimem musiała poczekać.