- Słuchajcie - powiedziała Gomati, używając zaimka w liczbie mnogiej, "wy", dla wyrażenia szacunku, czego od tradycyjnej żony oczekiwano. Nigdy nie zdobyła się na zwrócenie się do męża po imieniu, jak to robiła większość współczesnych kobiet. - Musimy coś zrobić z Gitą. - Gomati rozmawiała z Lokanathem nocą, za zamkniętymi drzwiami ich sypialni, w jedynej porze, kiedy mąż słuchał wszystkiego, co miała mu do powiedzenia. Dzielili sypialnię i nic więcej - ich bliźniacze łóżka ustawione były w przeciwnych rogach pokoju. Uwiązany do doraźnego świata obowiązkami zawodowymi i rodzinnymi, jej mąż nie mógł drugiej połowy swego życia poświęcić medytacji i wyrzeczeniom w pustelni, jak to zalecały Wedy, ale już usunął się w stan emocjonalnej sannjasy[18]. Był wojującym gandhystą i podzielał przekonanie Mahatmy Gandhiego, że seksualna wstrzemięźliwość stanowi prawdziwy test męskości. Nie dzielił łoża z Gomati od momentu narodzin Mai. I nigdy nie było w jego życiu żadnej innej kobiety. Codzienna poranna godzina ćwiczeń jogi i medytacji dostarczała mu substytutu rozkoszy cielesnych. Jakakolwiek sugestia, że kobieta mogłaby mieć w tym względzie własne potrzeby, szczerze by go zgorszyła.
- Gita? - zapytał, prostując się do pełnej wysokości. Wysoki mężczyzna, dzięki swej schludnej aparycji i wojskowej postawie wydawał się jeszcze wyższy. - Coś z nią nie w porządku? Poza tym, że jest uparta i zepsuta i że przydałoby się nauczyć ją rozumu? - Jego głos brzmiał łagodnie i spokojnie, jakby rozmawiał o pogodzie. Czyścił zęby w ich wielkiej, wykładanej niebieskimi kafelkami łazience, nie przestając zerkać do lustra.
Gomati spojrzała na niego z przestrachem. Skóra męża miała ciemnobrązowy odcień. Krzaczaste brwi, silny zakrzywiony nos, wąskie usta i stanowcza linia szczęki wyglądały równie nieustępliwie jak u kamiennej rzeźby. Wyprostowana sylwetka i ciało pozbawione tłuszczu świadczyły o życia w umiarkowaniu i dyscyplinie. Lokanath pochodził z biednej rodziny. Był jednym z trojga dzieci - dwóch synów i córki - dyrektora wiejskiej szkoły w dystrykcie Tanjore. Odziedziczył całą inteligencję swojej rodziny. Był najlepszym studentem na Uniwersytecie Madraskim zarówno na poziomie licencjatu jak i magisterium, a egzamin kwalifikujący do służby cywilnej zdał w wieku dwudziestu dwóch lat. Ślad bieli na skroniach i ustępująca linia włosów nadawały mu dystyngowany wygląd. Kiedy Gomati wychodziła za niego za mąż, Lokanath był uderzająco przystojnym mężczyzną.
- Myślę, że powinien ją zobaczyć lekarz - powiedziała Gomati, stając w drzwiach łazienki, gotowa w razie potrzeby przyprzeć męża do muru. Przyglądała mu się spod oka, ponieważ Lokanath potrafił ignorować różne sprawy całą wieczność - nie zauważał tego, czego widzieć nie chciał. Cały trik, jeśli chciała zdobyć jego uwagę, polegał na mówieniu jak najbardziej obojętnym tonem. W przeciwnym razie mąż budował w sobie mentalną barierę i zamykał się na jej słowa. - Gita nie przystąpiła do egzaminów. Straciła też zupełnie zainteresowanie śpiewem.
- O? - Wiedziała, że Lokanath udawał zdziwienie. - To musi być jakiś kobiecy kłopot. Atak histerii, to wszystko. Jeśli jej się zdaje, że zmięknę i pozwolę jej poślubić tego teluskiego chłopaka, to się myli.
- Zbliża się do dwudziestki. Już czas, żeby wyszła za mąż. A poza tym oni są braminami. - To było maksimum, do jakiego Gomati posunęła się kiedykolwiek w sporze z mężem.
- Czy sugerujesz, że moja decyzja jest nierozsądna?
Doszło do ostatecznej rozgrywki i Gomati spanikowała.
- Oczywiście, że nie - powiedziała. - Tylko myślę, że Gita potrzebuje pomocy z zewnątrz. Jest przekonana, że przeciw niej spiskujemy. Walczy ze mną. To zaczyna mnie przerastać. - Pokazała siniak na ramieniu, efekt ataku Gity z poprzedniego dnia. Poza tym palec u ręki miała wykręcony i spuchnięty.
- Zadzwonię do doktora Kumara - powiedział - i poproszę go o poradę. - Dyskusja skończona, mąż odwrócił się, by wypłukać usta.
Następnego dnia zaprowadzili Gitę do rodzinnego lekarza. Wykąpanie córki, ubranie i doprowadzenie do samochodu wyczerpało zapas energii Gomati. Gita chlipała przez całą drogę do gabinetu doktora i z powrotem. Doktor Kumar oświadczył, że dziewczyna jest w doskonałej formie i przepisał jej środki uspokajające.
Dwa miesiące później, kiedy Gita przytyła kolejne pięć kilo, pocztą przyszedł list. Zaproszenie na ślub. Ponieważ list był zaadresowany do Gity, Gopal wręczył go jej bez otwierania. Gdyby tylko Gomati wyrwała ten list z rąk syna i podarła na kawałki. Wpatrując się w zaproszenie na ślub Prasanta Rao i Lili Muthu, jej najstarsza córka zaczęła się śmiać. Nie przestawała. Łzy płynęły jej po policzkach, gdy chichotała do późna w nocy, a w końcu zupełnie wyczerpana zapadła w sen.
Rano śmiech Gity przerodził się w agresję. Gomati patrzyła bezradna, jak córka darła ubrania z kosza na bieliznę. Do dziewiątej rano Gita roztrzaskała swój budzik, ulubiony wazon Gomati oraz kilka szklanek. Potrzeba było ich czworga, żeby ją wreszcie ujarzmić, przy czym Dźanabaj trzymała stronę Gity.
- Nie, Ma-dźi, nie! - krzyczała, obejmując Gitę ramionami, nie pozwalając im związać tych drapieżnych palców ani unieruchomić kopiących stóp. - Puśćcie ją wolno, Ma-dźi! Ja się mogę nią zaopiekować. Nigdy nie zrobiłaby mi krzywdy. - Zgięta prawie wpół, Dźanabaj trzymała skrzyżowane ręce nad twarzą i głową, podczas gdy Gita drapała ją i biła. Na koniec, kiedy krańcowe zmęczenie spowodowało, że Gita upadła w ramiona Gomati i zalała się łzami, ojciec uznał nareszcie, że ma na głowie chorą córkę. Przez godzinę organizował przysłanie ze szpitala ambulansu po Gitę, która związana szlochała na swoim łóżku.
Przyjechali z białym nylonowym kaftanem bezpieczeństwa, którego rękawy można było skrzyżować od przodu i zawiązać na plecach. Nogi ugięły się pod Gomati, kiedy ujrzała swoją córkę skrępowaną jak kurczaka, wynoszoną na noszach. Musiała usiąść. Zastrzyk walium już zadziałał i Gita usnęła.
- Państwa córka będzie musiała zostać tutaj na tydzień lub dłużej - powiedział im tego wieczoru doktor Bannerji. Wyściełane skórzane leżanki i spokojna zielona farba na ścianach miały w założeniach koić nerwy i wzbudzać zaufanie, ale silny zapach środków antyseptycznych uruchamiał niewidzialny dzwonek alarmowy. Gomati nienawidziła zapachu szpitali. - Zaaplikujemy jej nieco terapii elektrowstrząsami - powiedział lekarz - i zobaczymy, czy nastąpi poprawa. Proszę podpisać te formularze i zostać na miejscu. Bliski krewny musi być obecny, rozumieją państwo, na wypadek jakichś komplikacji.
Gomati nie była w stanie patrzeć, ale jej mąż przyglądał się, jak sanitariusze przypinają córkę taśmami do czegoś w kształcie fotela dentystycznego i nakładają jakąś tłustą maść na jej skronie. Gomati chciała wymknąć się z pokoju, ale mąż zatrzymał ją gestem.
- Ona potrzebuje nas obojga - nalegał Lokanath. Gomati patrzyła więc, jak sanitariusze umieszczają elektrody w natłuszczonych miejscach i wkładają między zęby Gity kawałek skóry - "żeby nie ugryzła się w język" - wyjaśnił doktor Bannerji. Kiedy włączył prąd, ciało Gity uniosło się z fotela i wygięło do góry w łuk, podczas gdy taśmy, które unieruchamiały klatkę piersiową, więziły jej głowę w polu działania niskiego napięcia. Gałki oczne wirowały w oczodołach i nieartykułowany bełkot wyrwał się z jej ust.
Och, Gita, ból! Ból nie do zniesienia! Gomati skuliła się w sobie i odwróciła głowę, słuchając charczenia wydobywającego się z gardła córki. Nawet Lokanath nie był w stanie patrzeć. Poddał się chwilowej słabości i odwrócił. Zabieg trwał kilka sekund, po czym Gita straciła przytomność.
- Będzie teraz spała - powiedział lekarz - a kiedy się obudzi, nie będzie o niczym pamiętać. Będzie znacznie spokojniejsza i na dobrej drodze do wyzdrowienia. - Gita została w lecznicy na następne dziesięć dni, a Gomati została przy niej.
- Ratuj mnie, amma! Nie pozwól im! - Krzyczała Gita, kiedy zabierano ją do pokoju z tamtym strasznym fotelem. Doktor Bannerji się mylił! Gita pamiętała ten pokój Pamiętała wszystko. Przywierała do Gomati, a potem kopała i walczyła z sanitariuszami, którzy odrywali ją od matki i ciągnęli siłą na fotel.
- Amma! Zrobią mi krzywdę! Powstrzymaj ich! Proszę! - Po czterech sesjach terapii elektrowstrząsowej lekarze uznali, że Gita może wrócić do domu.
- Proszę jej podawać pełną dawkę środków uspokajających przez pierwsze kilka dni i odstawiać je stopniowo w ciągu czterech tygodni. Wypiszę receptę - powiedział doktor Bannerji. - I proszę ją otoczyć wielką miłością i troską. Dziewczyna czuje się zdradzona. Tak naprawdę potrzeba jej przede wszystkim zainteresowania. Część jej mózgu jest doskonale "świadoma" i córka spróbuje wszystkiego, by zwrócić na siebie uwagę.
Z każdym dniem środki uspokajające działały słabiej i Gita stawała się coraz bardziej niespokojna. Mówiła do siebie, nigdy do rodziny. Myśli zdawały się wyprzedzać język. Słowa wypadały z ust bez żadnego ładu i składu.
- Ktoś musi z nią być przez cały czas - powiedziała Gomati do Gopala i Prii. - Będziemy się zmieniać. Módlmy się, żeby tylko nie stała się znowu agresywna jak przedtem. - Nie zostawiali jej nigdy samej. Dźanabaj zrezygnowała z innych miejsc zarobkowania i przyjęła pracę u Aiyerów na cały etat. Zarabiała teraz mniej, ale nie narzekała.
- Ma-dzi, sąsiedzi ciągle mnie wypytują, co się Gicie stało - poinformowała Gomati. - Odpowiadam im, że ma zapalenie opon mózgowych. Mówię im też, żeby pilnowali swoich spraw i nie gnębili państwa żadnymi pytaniami. - Przed laty Dźanabaj straciła dwoje dzieci z powodu zapalenia opon mózgowych, jedynej choroby, której nazwę znała. Gomati pamiętała te straszne dni, kiedy musiała pocieszać i podtrzymywać na duchu swoją pomoc domową. Żadna kobieta nie potrafi znieść utraty własnego dziecka. Jeszcze trudniej jest patrzeć na dziecko tak cierpiące jak jej Gita.
Co za straszliwej zbrodni dopuściła się w poprzednim żywocie, by zasłużyć na coś takiego?
- Dziękuję ci, Dźanabaj - powiedziała Gomati. Zapalenie opon mózgowych w żaden sposób nie stanowiło dobrego wyjaśnienia, ale musiało tymczasem wystarczyć. Cokolwiek, co by powstrzymało ludzi od zadawania pytań. Tak, mogą upierać się, że to zapalenie opon mózgowych. To nie jest choroba dziedziczna, prawda? Dotyka mózgu i mogła, być może, tłumaczyć nieobliczalne zachowanie Gity. Gomati chwyciła się tej deski ratunku podsuniętej jej przez pomoc domową.
Musi znaleźć mężów dla dwóch kolejnych córek, a najmniejsze choćby podejrzenie o zaburzenia psychiczne w rodzinie pozbawiłoby je wszelkich szans. Ale dlaczego przychodzą jej do głowy takie myśli?
Miała się za nie przeklinać jeszcze przed końcem dzień.
Upał był nie do zniesienia. Prija prawie upuściła półmisek ryżu, który niosła do stołu na kolację. Wilgotne bawełniane sari przywarło jej do nóg, pociągając niemal do upadku, kiedy próbowała się pośpieszyć. Musi pamiętać, żeby namoczyć je jutro w krochmalu. Prija westchnęła i otarła spocone czoło. Gdyby tylko zaczęło padać. Już pojedyncza kropla przyniosłaby ulgę. Ale wiedziała, że to nie byłby przelotny deszczyk. Kiedy przyszedłby monsun, padałoby bez przerwy przez parę miesięcy i miasto przerodziłoby się w chaos zapchanych kanałów odpływowych, zalanych dróg i zapachu pleśni. Wilgotność wzrosłaby do stu procent i żaden parasol ani płaszcz przeciwdeszczowy nie dałby rady rzęsistej ulewie.
Przez większą część roku rodzinę kołysały do snu gardłowe szepty fal bijących o wielkie skały otaczające zatokę. Ale w porze monsunu morze zdawało się wypełniać cały dom. Wzburzone fale podnosiły się na niebotyczne wysokości i zlewały w jedno z oślepiającym rwącym deszczem, waląc w szyby drzwi i okien nieprzejednanymi pięściami wody. Staccato grzmotów grało marsze pręgom błyskawic, które rozcinały chmury i uwalniały wody. W takich chwilach dzieci spały nakryte kołdrami po głowy, wiedząc, że warstwy stali i betonu chronią je przed demonami wiatrów wyjącymi za oknem.
Tego roku dwudziesty pierwszy czerwca nadszedł i minął, a pogoda nadal się nie zmieniła. Bombaj parował w oparach żaru, a w południe asfalt na drogach zaczynał się topić. Pod wieczór chmury doprowadzane do szału smagającymi je wysoko wiatrami miotały się, czarne i wzdęte, ale nie roniły nawet jednej kropli deszczu, którego miasto było tak spragnione. Nerwy wszystkim puszczały, temperamenty iskrzyły, a głosy się podnosiły.
Tego wieczoru musieli Gitę zachęcać do jedzenia. Prija wspominała potem, że pomyślała, jakie to dziwne. Gita była przytłumiona, cały dzień zbyt cicha i potulna. Czy była to zapowiedź nadchodzącej gorączki? Prija mała zamiar zapytać Gitę - i dotknąć jej twarzy, aby sprawdzić, czy nie była rozpalona - ale zapomniała. Matka była zmęczona, zaaferowana i spóźniona z przygotowaniem kolacji. Ojciec wszedł dwa razy do kuchni, żeby zapytać, czy są jakieś istotne powody tego opóźnienia. Nawet nie próbował ukryć swego niezadowolenia. To był nieprzyjemny posiłek ze względu na ponure milczenie ojca i nerwowość Gomati. Później Prija pomogła matce sprzątnąć ze stołu, podczas gdy Lokanath włączył telewizor.
Po raz pierwszy od wielu miesięcy zapomnieli o Gicie.
Gita przyglądała im się badawczo kątem oka. Czy patrzą się na nią? Zawsze na nią patrzą. Rozejrzała się szybko po pokoju. Chwileczkę! Byli dzisiaj zajęci. Zapomnieli o niej. To była jej szansa - jedyna okazja zrobienia tego, co musi zrobić. Lekarz, sanitariusze, jej rodzina - wszyscy brali w tym udział. Chcieli jej zrobić krzywdę; lubili słuchać, jak krzyczy i błaga. Jej własna matka stała z boku i przyglądała się, jak mocują ją do fotela. Fotel! Gita przełknęła krzyk w gardle. Tylko nie fotel! Nigdy więcej.
- Nie dostaną mnie - mruknęła. - Nigdy mnie nie dostaną. Potrafię być sprytna... - śmiech wezbrał w jej piersiach i nakryła usta ręką, by go powstrzymać. Musi działać po cichu. Niezauważalnie. Obrzuciła pokój chytrym spojrzeniem.
Nadal ich obserwując, Gita wymknęła się ostrożnie z pokoju. Nigdy nie pozwalali jej znikać im z oczu, ale teraz...? Boso i potykając się, dziewczyna dopadła drzwi wejściowych, ciągle oglądając się za siebie przez ramię. Czuła jakby stalowe palce ściskały jej piersi, z trudem oddychała. Pot ściekał jej z brwi i zamazywał pole widzenia. Wyszła, zamknęła drzwi jednym pociągnięciem i oparła się o nie na chwilę. Nareszcie.
Przechytrzyła ich wszystkich.
- Amma! Maja zjadła ostatni kawałek mango - zawołał Gopal, gwałtowne pociągając siostrę za warkocz. Dwójka dzieci nadal siedziała przy kolacji. - Ten był dla mnie. Zjadła dwa kawałki, a ja nie dostałem żadnego. Łakome prosię!
- Amma! Nazwał mnie "łakome prosię" - zajęczała Maja. - Ciągnie mnie za włosy.
- Będziecie cicho, czy nie? - przerwał im ojciec. - Próbuję wysłuchać wiadomości. - Prija zostawiła Gomati przy talerzach i szklankach w kuchennym zlewie i pośpieszyła, by rozdzielić rodzeństwo.
- Gitaaa! - Wołanie, gasnące w zachłyśnięciu. Prija podskoczyła. Matka stała w drzwiach kuchni. Zdawała się nie być świadoma własnego krzyku. Prija właśnie klęczała, starając się rozdzielić dzieci, które skoczyły jedno na drugie i zaczęły się szamotać. Wkrótce Prija znalazła się z nimi na podłodze, sama odbierając wiele kopnięć i uderzeń.
- Przestańcie, oboje! Bo zawołam ojca. I szczerze tego pożałujecie! - Jej groźby trafiały jak groch o ścianę. Maja i Gopal odreagowywali właśnie kilka długo tłumionych uraz. Krzyk matki zmroził ich wszystkich. Prija wyprostowała się i zobaczyła, jak Gomati obraca się na pięcie, próbując odnaleźć w pokoju Gitę. Potem matka popędziła na balkon, potem do innych pomieszczeń. Gity nigdzie nie było.
- Gita! - zachłysnęła się. - Nie ma jej w domu. Gopal, szybko! Biegnij na dół i przyprowadź ją z powrotem. - Lokanath zerwał się na równe nogi, przewracając stolik stojący przy sofie. Lampa stołowa i kilkanaście czasopism zwaliły się na podłogę. Chociaż uwaga mężczyzny była skupiona na telewizji, musiał usłyszeć krzyk Gomati. W ciągu kilku sekund wybiegł za drzwi.
Siedzieli przez całą noc czekając na jego powrót. W międzyczasie wrócił Gopal, żeby zabrać rower, i powiedział, że Lokanath wyjechał samochodem, aby przeszukać cały rejon, ulicę po ulicy.
- Nie możemy jej znaleźć - powiedział Gopal w odpowiedzi na zrozpaczone nieme spojrzenie Gomati. - Jak długo jej nie było? - Prija i Gomati popatrzyły na siebie. Ile czasu upłynęło, nim zauważyli jej nieobecność? Dwadzieścia minut? Trzydzieści? Gdzie mogła pójść o tej porze nocy? Czy weszła do jednego z budynków, żeby się ukryć?
- Prija, idź, popytaj sąsiadów. Mogła pójść do kogoś do domu. - Nadzieja była nikła, ale Prija ruszyła, by wykonać polecenie matki.
Nim zdążyła pojawić się z powrotem, do domu zaczęli napływać zatroskani sąsiedzi. Kiedy ojciec w końcu wrócił - sam, zastał żonę w towarzystwie gromady ludzi, już pogodzoną z wieściami, które przynosił. Nie musiał niczego mówić.
Jedno spojrzenie na jego twarz wystarczyło.
Rano Lokanath zadzwonił do starego przyjaciela, nadinspektora policji. Dowiedział się, że na złożenie meldunku o zaginięciu potrzeba dwóch dni, ale już teraz policja zacznie nieoficjalne poszukiwanie Gity. Prija przyglądała się ojcu w czasie rozmowy. Nie zdradzał po sobie nic z niepokoju, jaki musiał odczuwać. Głos miał pewny, ręce spokojne. Muszą odtworzyć wszystkie poczynania Gity, powiedział. Dokąd mogła pójść niedostrzeżona przez nikogo na ulicy? Czy z rozmysłem schowała się przed nim i Gopalem?
- Priju - powiedział. - Masz ze swoją siostrą najbliższy kontakt. Pomyśl! Dokąd mogła pójść? - Prija pokręciła głową, niezdolna nawet myśleć. Bezładne obrazy migały jej przed oczami.
Dwa dni później odebrali telefon z posterunku policji. Każda z owych czterdziestu ośmiu godzin zdała im się całym życiem i nikt z rodziny nie oddalał się od telefonu dalej niż to było konieczne. Lokanath i Gopal spędzali za dnia całe godziny przeczesując ulice, podczas gdy Prija dzwoniła do wszystkich przyjaciół i krewnych, jacy im przyszli do głowy. Z każdą upływającą godziną kropla po kropli wyciekała z ich serc nadzieja.
Nadinspektor policji zadzwonił osobiście, ale to nie złagodziło ciosu. Ciało Gity woda wyrzuciła na brzeg na łuku plaży nieopodal Wzgórza Malabarskiego. Ubranie na ciele odpowiadało opisowi. Chronicznie cierpiący na bezsenność mężczyzna, który mieszkał w jednym z wieżowców wychodzących na Chowpatty, zgłosił się z informacją, że widział ze swojego balkonu jakąś kobietę. Wchodziła owej fatalnej nocy do morza. Wyglądało to tak, jakby śpiewała do siebie w świetle księżyca, powiedział. Zatańczyła kilka kroków jak beztroskie dziecko i wyciągnęła ramiona, by objąć fale.
- Nie wyszedł, żeby ją powstrzymać? - Głos Lokanatha był niezwykle donośny.
- Mówił, że nie umie pływać. - Prija słyszała słowa nadinspektora, ponieważ stłoczyli się blisko wokół słuchawki w ręku Lokanatha. - I wyglądała na taką szczęśliwą. Nie przyszło mu do głowy, że ona... - Nagle doszło Priję bezgłośne pacnięcie, odgłos jaki wydaje zwój ubrań wrzucony do kosza na pranie. Pochyliła się i delikatnie zsunęła głowę matki na dywan.
Gomati zemdlała.
A potem Prija nie mogła się ruszyć. Przetaczały się przez nią fale szoku, każde drżenie wstrząsało nią przez moment i opuszczało wyczerpaną. Nad jej głową krążyła czarna chmura i wysiłkiem było myślenie. Potrząsnęła głową, żeby usunąć osad zaburzający widzenie. Coś muszę zrobić, stwierdziła, ale co...?
- Wody - powiedziała do Gopala, który stał obok, bezradny. - Przynieś szklankę wody. - Drżące palce spryskały twarz Gomati wodą; zdrętwiałe ręce zgasiły protest Mai. Bezmyślne, odruchowe działania.
Umysł się wyłączył.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[18] Sannjasa - czwarte i ostatnie z kolei stadium życia ludzkiego, okres wędrowania i ascezy, wyrzeczenia się doczesności.