Magnat - Maria Rodziewiczówna

Kup ebooka

44.90 zł
38.61 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Ma­rzec z desz­czem, śnie­giem i wi­chrem sza­lał nad dwo­rem ku­hac­kim. Drzewa się gięły i ję­czały, da­chy skrzy­piały na obo­rach, wszystko, co żyło, lu­dzie i by­dlęta, po­za­szy­wało się w po­ściel lub słomę, na­wet suka rządcy, naj­czuj­niej­sza, nie szcze­kała pod ofi­cyną, ale tu­ląc się do drzwi, le­żała prze­ra­żona sza­łem przy­rody. Noc była okropna i trzeba było bo­ha­ter­stwa, by się za próg wy­chy­lić.

Jed­nakże, gdy ze­gar w izbie wy­bił dwu­na­stą, rządca się prze­bu­dził i za­raz ze­rwał się z łóżka.

Chwilę wal­czył ze snem i ze zmę­cze­niem dnia po­przed­niego, po­tem się wzdry­gnął, sły­sząc wy­cie wi­chru, wresz­cie zre­zy­gno­wany po­czął się odzie­wać po ciemku, by nie zbu­dzić matki, śpią­cej w są­sied­niej stan­cji.

Na­cią­gnął buty, jesz­cze mo­kre od wie­czora, ko­żu­szek, po­szu­kał czapki, la­tarni, wy­jął spod po­duszki pęk klu­czy i na pal­cach wy­szedł do sieni.

Tu już wi­cher hu­lał w naj­lep­sze, le­d­wie mu do­zwo­lił za­pa­lić świecę w la­tarni. Za drzwiami suka, usły­szaw­szy pana, za­pisz­czała ra­do­śnie i gdy otwo­rzył, wpa­dła mu pod nogi. Ra­zem z nią pęd wi­chru za­ta­mo­wał mu pra­wie od­dech.

- Idź do stan­cji, Warta! - rzekł ła­god­nie do suki, czu­jąc, że drży cała.

Ale gdzieżby Warta od­stą­piła swego chle­bo­dawcę. Po­li­zała mu rękę i wy­bie­gła pierw­sza.

Wy­szedł i on na swą zwy­kłą co­dzienną in­spek­cję i przede wszyst­kim za­gwiz­dał na noc­nego stróża. Od­po­wie­dział mu wi­cher szy­der­czym chi­cho­tem.

Na­iwny też rządca, aby mnie­mać, że stróż na taką porę jest gdzie in­dziej niż w kuchni, przy piecu. Świa­tełko la­tarni ru­szyło przez po­dwó­rze, do obór, skrzyp­nęły drzwi, rządca zaj­rzał w słomę, pa­stu­cha nie było. Już chciał wra­cać i szu­kać go w czwo­ra­kach, gdy ja­kiś jęk by­dlęcy rzu­cił go w stronę. Tam za­plą­tana w łań­cu­chach, du­siła się krowa. Od­mo­tał ją, po­mógł wstać, prze­szedł z końca w ko­niec oborę, obej­rzał każdą sztukę uważ­nie i wy­szedł. Mi­ja­jąc spi­chlerz, usły­szał ja­kiś ło­skot i uj­rzał drzwi tylne nie­za­mknięte. Ru­szył tedy na górę, brzą­ka­jąc klu­czami, za­mknął je. Ob­szedł wkoło sto­dołę, obej­rzał zamki bram, wstą­pił do stajni i owczarni, i wszę­dzie zna­lazł mniej­szy lub więk­szy nie­do­zór. Gniew jego wzbie­rał. Tak okrą­żyw­szy całe gumno, skie­ro­wał się ku czwo­ra­kom. Wszystko spało, ni­g­dzie świa­tła. Otwo­rzył jedne drzwi na prawo i krzyk­nął:

- Mi­chał, do obory mi za­raz! Be­dry­cha omal się nie udu­siła. Niech no się trafi jaki wy­pa­dek, będę wie­dział, kto wi­nien, pie­cu­chu je­den! Marsz!

Zwró­cił się do drzwi le­wych i da­lej cią­gnął:

- Ma­rek! Stró­żu­jesz ty do­brze pieca! Nie wy­niosą go, je­stem pewny! Ale twoją pen­sję stró­żow­ską wy­niosą ci z księgi sztrafy[1]! Czemu brama od szopy nie za­mknięta?

Za­ru­szało się na prawo i lewo, a on da­lej szedł ko­ry­ta­rzem i znowu drzwi otwo­rzył.

- Pa­nie Owsiń­ski, czemu to drzwi od spi­chle­rza stoją otwo­rem? Za­mkną­łem je sam tym ra­zem, ale drugi raz nie za­mknę.

Senny głos od­po­wie­dział ze środka:

- Mu­siał je wi­cher otwo­rzyć. Ja za­mkną­łem, jak Boga ko­cham!

- Tak też pan Boga ko­chasz! A wy, Ćwiar­tuki, dla­czego wy­da­je­cie for­na­lom owies nie­wiany bez miary? W stajni pełne żłoby!

- A da­li­bóg nie da­wa­łem! - od­parł drugi głos.

- Więc wam ukra­dli. Jesz­cze le­piej. Po to sto­icie jak wie­cha w sto­dole?

Za­trza­snął drzwi i wy­szedł z czwo­ra­ków.

Za nim po­go­niły z czte­rech ust po­bożne ży­cze­nia:

- Bo­daj cię naj­ja­śniej­sze pio­runy! Bo­daj­byś ręce i nogi po­krę­cił! Bo­daj cię tak po śmierci czart no­sił! Bo­daj­byś oślepł!

Po­mimo szcze­ro­ści tych ży­czeń rządca zdrów i cały sta­nął na swym ganku.

Z czwo­ra­ków wy­szedł pa­stuch i stróż, a dą­żąc ku obo­rom, wy­le­wali resztę żółci.

- A pies prze­klęty! Sie­dem skór by z czło­wieka ob­darł i jesz­cze by­łoby mu mało. Niech no pani umrze, to weź­mie za­płatę. Bę­dzie mu za wszystko! Niech no sta­rej nie sta­nie, psami go sy­no­wiec[2] wy­szczuje.

- A stara po­dobno źle - mó­wił lo­kaj.

- Nie­długo na­szej męki. Prze­pę­dzimy przy­błędę.

- On że po­dobno też krewny sta­rej.

- Przy­pi­sał się do bo­gaczki. Z ła­ski wzięła, bo zdy­chał z głodu z matką. A te­raz, jak się wy­pasł, pana udaje. Sy­no­wiec go nie cierpi! Schud­nie be­stia prędko, jak trzeba bę­dzie na chleb za­ro­bić sa­memu, za­miast nami orać!

Znik­nęli za wę­głem. W czwo­ra­kach, w stan­cji pi­sa­rza i gu­mien­nego roz­le­gła się też roz­mowa:

- Da­li­bóg za­mkną­łem! Ten łotr pew­nie łże, byle mieć oka­zję do ła­ja­nia.

- Dia­beł go nosi w taki psi czas - do­dał gu­mienny.

- Pew­nie się wcale nie kładł, ino się włó­czył od Mar­cysi do Mał­gosi. Po­rządny czło­wiek, jak się w dzień na­pra­cuje, śpi jak ka­mień, ale jak się kto na szpiega i szelmę uro­dzi, to dia­beł w nim sie­dzi i gna! Wy­cho­wa­li­śmy so­bie do­piero drę­czy­ciela!

- Do­służy się on na­grody. Stara le­d­wie żyje, a suk­ce­sor wy­że­nie go na­tych­miast.

- Może mu stara co za­pi­sze.

- Chyba, toć liże jej nogi i pełza jak pies.

- A nas trak­tuje jak cha­mów. Choć my ta­kie same sługi płatne jak on.

- Oho, fa­na­be­ria hrab­ska, a goły jak bicz!

- Żeby mu kto raz za nas od­dał, toby spo­kor­niał. Ale wszy­scy tchó­rze.

- To czemu pan nie spró­bu­jesz pierw­szy? - szy­der­czo wtrą­cił gu­mienny. - Pan też szlach­cic.

- Wła­śnie dla­tego nie chcę na ta­kim szpiegu rąk wa­lać.

- I jesz­cze py­ta­nie, czyby mu pan do­się­gnął do twa­rzy.

Pi­sarz umilkł i po chwili oby­dwaj za­snęli.

Rządca tym­cza­sem wró­cił do stan­cji, za­wo­łał za sobą Wartę i za­bie­rał się do od­po­czynku. Obu­dziła się jed­nak matka, za­kasz­lała, stę­ka­jąc:

- Czy to ty, Olek?

- Ja. Na gumno cho­dzi­łem.

- A co sły­chać w pa­łacu?

- Nie wiem. Za­pewne spo­koj­nie, kiedy mała nie przy­szła. Niech mama śpi!

Za­pa­no­wała ci­sza. Wi­cher na dwo­rze sza­lał i śnieg z desz­czem bił o szyby, sły­chać było nie­kiedy trzask ła­mią­cych się ga­łęzi. Rządca za­snął snem ka­mien­nym, spo­kojny te­raz do rana. Śniło mu się ja­kieś po­lo­wa­nie, krzyki, na­ganki, gra­nie oga­rów, strzały. Wtem się ock­nął.

To Warta uja­dała u okna, w które ktoś stu­kał, a matka wo­łała:

- Olek! Olek! Wsta­waj! Ktoś się do­bija.

Ze­rwał się, przy­stą­pił do okna. Drobna po­stać tu­liła się do ściany, stu­ka­jąc w szybę.

- To mała z pa­łacu - rzekł.

- Otwórz jej żywo! Mój Boże, pew­nie nie­szczę­ście! - od­parła matka, za­pa­la­jąc za­pałkę.

Rządca odział się znowu, mru­cząc:

- Jak ma być ko­niec, niech bę­dzie. Już mam do­syć tego ży­cia. Ci­cho, Warta! Swój!

Otwo­rzył drzwi i wpu­ścił do stan­cji dziew­czynkę drobną, czarną, otu­loną sza­lem.

- Cóż tam? Pani go­rzej? - spy­tał.

Ale dziew­czynka bie­gła do dru­giej stan­cji, chli­piąc i dy­sząc.

- Pani Ka­li­now­ska! Pani umiera! Ka­zała po­słać po księ­dza za­raz i pa­nią woła! Niech pani za­raz idzie! Ja się boję sama wra­cać!

Dziecko się trzę­sło ze stra­chu i zmę­cze­nia; usia­dło w progu na ku­ferku, chli­piąc.

Ka­li­now­ska ubie­rała się prędko. Syn wy­szedł, by wy­pra­wić bryczkę po księ­dza.

- Jakże się to stało? Mów! Toć z wie­czora do­brze zja­dła i za­snęła.

- Ja nie wiem! Ja spa­łam przy łóżku na ziemi. Aż tu czuję, że mnie pani ude­rza pan­to­flem po twa­rzy, więc się ze­rwa­łam. Ka­zała za­pa­lić świecę. Sie­działa w łóżku bar­dzo straszna i woła: "Po­ślij po księ­dza, za­wo­łaj Ka­li­now­ską, prę­dzej, ja za­raz umrę!". Więc po­le­cia­łam.

Ka­li­now­ska już była go­towa. Otu­liła się sza­lem i wy­szły. Na progu spo­tkała syna,

- Wy­ślę za­ra­zem de­pe­szę do Wo­je­wódz­kich - rzekł.

- A toć za­bro­niła ci wczo­raj.

- To i cóż? Kiedy umiera, to mój obo­wią­zek uprze­dzić spad­ko­bier­ców. Po śmierci nie prze­mówi, że to ona bro­niła, a żywi po­wie­dzą, że ja in­try­go­wa­łem.

- A jak się jej po­lep­szy, to się jej na­ra­zisz i nic ci nie da. Zo­ba­czysz!

- A niech tam! Krzyw cho­dzić nie umiem, a nie da, to i ow­szem. Będę wy­kwi­to­wany z długu wdzięcz­no­ści i wolny.

- I nę­dzarz - mruk­nęła stara.

- A niech tam! - po­wtó­rzył swoje zwy­kłe słowo z zu­chwal­stwem wiel­kiej siły i mło­do­ści.

Ko­bieta nic nie rze­kła wię­cej, bo się wkoło po­częli lu­dzie bu­dzić i wy­cho­dzić; po­szła w stronę pa­łacu, a za nią jak cień drep­tała dziew­czynka.

Ge­ne­ra­łowa Wo­je­wódzka, ma­gnatka, dzie­dziczka dóbr i ka­pi­ta­łów, wdowa bez­dzietna, umie­rała.

Żyła za długo dla sy­nowca, który się po­sta­rzał, ocze­ku­jąc w War­sza­wie na mier­nej po­sadce mi­lio­nów.

Ge­ne­ra­łowa nie­na­wi­dziła w ogóle wszyst­kich lu­dzi, a w szcze­gól­no­ści ro­dziny męża, jak jego nie­na­wi­dziła za ży­cia, nie mo­gąc mu da­ro­wać mno­gich nie­wier­no­ści i mar­no­traw­stwa jej wła­snej for­tuny.

Wie­działa, że ubó­stwiał bra­tową, że się z nią na­śmie­wał z żony, że ma­jąt­kiem jej opła­cał fan­ta­zje i zbytki tam­tej. Gdy umarł, roz­po­częła ze­mstę.

Pa­trzyła z ra­do­ścią, jak brat mę­żow­ski zban­kru­to­wał, da­rem­nie bła­ga­jąc ją o po­moc; cie­szyła się, gdy syn jego w cią­głym nie­do­statku we­ge­to­wał na mar­nej po­sadce, nie dała im ni­gdy sze­ląga, nie przy­jęła na­wet w go­ścinę.

Roz­wi­nął się w niej ego­izm i skner­stwo, po­dejrz­li­wość i nie­wiara. Nie miała fa­wo­ry­tów ani przy­ja­ciół, rzą­dziła wszyst­kim sama.

Z cza­sem jed­nak po­czuła sta­rość, bez­sil­ność i wtedy spro­wa­dziła do Ku­ha­cza da­leką ubogą krewną wdowę z sy­nem wy­rost­kiem. Dla wdowy zdało się to szczę­ściem i przy­szło­ścią świetną dla syna. Istot­nie, ge­ne­ra­łowa po­sy­łała go do szkół, po­tem na prak­tykę agro­no­miczną za gra­nicę, i wresz­cie uczy­niła go rządcą swych roz­le­głych dóbr. Wdowa tym­cza­sem wy­słu­gi­wała się, ile sił, zno­sząc złe hu­mory, wy­po­mi­na­nie do­bro­dziejstw i słu­żebne sta­no­wi­sko.

Wil­gotną miała stan­cję w ofi­cy­nie i or­dy­na­rię[3] nie­wielką, sama upra­wiała ogród, sama do­iła krowę, ku­pioną za oszczę­dzone przez wiele lat pie­nią­dze.

A jed­nak nie­gdyś Ka­li­now­ska była też dzie­dziczką i pa­nią, tylko wielka po­żoga uczy­niła ją nę­dzarką wdową z sy­nacz­kiem kil­ku­mie­sięcz­nym.

Z po­żogi tej wy­nio­sła siłę bo­ha­ter­stwa i cześć u lu­dzi. Szczy­ciła się swą biedą i do­brze wy­cho­wała syna, żeby się i nim mo­gła szczy­cić.

Alek­san­der Ka­li­now­ski miał te­raz dwa­dzie­ścia pięć lat i wy­pła­cał się ge­ne­ra­ło­wej za koszt na­uki, słu­żąc, jak on to poj­mo­wał, uczci­wie.

Przed kilku laty ge­ne­ra­łowa spro­wa­dziła jesz­cze jedną krewną ubogą, sie­rotę, dziecko.

Bie­dac­twu temu naj­cięż­szy los przy­padł w udziale, bo cią­głe to­wa­rzy­stwo nie­zno­śnej dzi­waczki. By­wała bez­u­stan­nie gde­rana, musz­tro­wana, czę­sto bita, uży­wana do wszel­kich po­sy­łek, po­sług, ko­zioł ofiarny złych hu­mo­rów, ka­pry­sów i do­le­gli­wo­ści ma­gnatki. Mu­siała to zno­sić, bo nie miała ni­kogo na świe­cie, nikt na­wet do­brze nie wie­dział, skąd przy­była, a była za mała i za słaba, by uciec, i za harda, by się po­skar­żyć.

W pa­łacu, oprócz niej i sta­rego lo­kaja, nikt nie miesz­kał, ge­ne­ra­łowa nie zno­siła in­nej służby, dzi­wa­czała z każ­dym dniem go­rzej.

Od pew­nego czasu co dzień pi­sała i pa­liła te­sta­menty, za­tro­skana jed­nym: by sy­no­wiec nic nie do­stał; wzy­wała na­wet rady praw­nika.

Ten ra­dził roz­dać ka­pi­tały za ży­cia, do­bra ob­cią­żyć ban­ko­wym dłu­giem, aby stały się cię­ża­rem spad­ko­bier­com.

Na to ge­ne­ra­łowa nie mo­gła się zde­cy­do­wać. Roz­stać się z pie­niędzmi było nad jej siły. Miała prze­świad­cze­nie, że ob­da­ro­wani opu­ści­liby ją na­tych­miast na pa­stwę cho­roby i śmierci, i z ni­czym od­pra­wiła do­radcę.

Raz za­wo­łała do sie­bie Alek­san­dra Ka­li­now­skiego i gro­żąc mu la­ską, którą się pod­pie­rała, rze­kła:

- Je­stem co­raz słab­sza, prędko umrę, nie chcę nic dać Wo­je­wódz­kim, nie chcę ich wi­dzieć, ty tego pil­nuj, bo je­śli się ośmie­lisz ich po­wia­do­mić, nie dam i to­bie nic i wy­klnę.

Rządca, chło­pak smu­kły, piękny, silny, o twa­rzy zu­chwa­łej i śmia­łej, je­den tylko śmiał jej cza­sem za­prze­czyć lub wy­po­wie­dzieć wła­sne zda­nie. Pa­trzył jej w oczy nie­ustra­sze­nie, ob­raz siły i szla­chet­no­ści wo­bec nie­do­łę­stwa i uoso­bie­nia zło­ści.

- Pani roz­ka­zy­wać, mnie słu­chać - od­parł. - Nie dla­tego to uczy­nię, aby mi pani co dała, ale dla­tego, że w domu pani ja nie go­spo­darz. Ale ani się lę­kam, że mi pani cof­nie ła­skę, ani się klątw boję, bo je­stem prawy. Moja rzecz do­bytku i roli pil­no­wać, poza tym ni­czym się nie zaj­muję.

Rzecz dziwna; ge­ne­ra­łowa zno­siła jego zu­chwałą mowę. Sie­rota drżała, słu­cha­jąc, Ka­li­now­ska bla­dła, ma­gnatka się uśmie­chała. Może ją te szorst­kie słowa ba­wiły jak coś rzad­kiego. Ona sły­szała tylko po­chleb­stwa lub lę­kliwe po­ta­ki­wa­nia. I oto za­cho­ro­wała i miała umrzeć.

Rządca, wy­pra­wiw­szy de­pe­szę i ko­nie po księ­dza, już się nie kładł spać, sie­dział na zy­delku pod pie­cem i go­tów na każde we­zwa­nie z pa­łacu, roz­my­ślał nad swoją dolą.

Ma­rze­niem tego ptaka z gniazda wy­rzu­co­nego był wła­sny kęs ziemi i po­wrót do sfery, w któ­rej się uro­dził. Nie uży­wać mu się chciało, nie pa­no­wać, ale wró­cić do to­wa­rzy­stwa i sto­sun­ków, z któ­rych wy­szedł, od­zy­skać swe miej­sce w świe­cie. Nie po­gar­dzał, nie wsty­dził się swej biedy i pod­rzęd­nego sta­no­wi­ska, ale nie uwa­żał go za wła­sne.

Był jak prze­cho­dzień w przy­droż­nej obe­rży, nie żył ze współ­o­fi­cja­li­stami, nie ob­co­wał z nimi, bo czuł, że tu nie po­zo­sta­nie ani się z nimi zżyje i że są tak zde­mo­ra­li­zo­wani, iż nie zdo­łałby ich do sie­bie pod­nieść. Nie zro­zu­mie­liby go na­wet.

Do wy­zwo­le­nia ra­cho­wał po tro­sze na le­gat Wo­je­wódz­kiej za­pewne, ale przede wszyst­kim ra­cho­wał na sie­bie. Opę­tany swą ideą, stał się skąp­cem, z pen­sji skła­dał grosz do gro­sza, oby­wał się bez ty­to­niu, bez cień­szego ubra­nia, bez naj­mniej­szej fan­ta­zji, i ma­rzył na po­czą­tek o ma­łej dzier­ża­wie.

W oko­licy znał wszyst­kie fol­warki, ob­ra­cho­wał je, oce­nił, o je­den już na­wet trak­to­wał z wła­ści­cie­lem.

Te­raz już targu do­bije. Żeby mu Wo­je­wódzka za­pi­sała trzy ty­siące ru­bli, wię­cej nie żą­dał, i dnia by jed­nego tu nie po­zo­stał. Po­szedłby na swoje! Na swoje! I uśmiech ogar­niał mu twarz su­rową.

Matka by znowu gniazdo miała na stare lata, jego by nie sta­wiano na równi ze wszyst­kimi zło­dzie­jami eko­no­mami, nie wsty­dziłby się za ko­le­gów, nie wy­ma­wiano by mu ła­ski, za którą pła­cił pracą i pła­cił, a był po­są­dzony, że czyni to przez po­chleb­stwo i ra­chu­nek.

Żeby naj­krwaw­sza bieda na swoim, lżej bę­dzie niż tu, w ta­kiej fał­szy­wej po­zy­cji.

Ra­cho­wał swoje za­soby. Po­sia­dał na zdo­by­cie świata pięć­set ru­bli, dwie krowy, klacz, Wartę, tro­chę stat­ków[4] i silne po­sta­no­wie­nie zwy­cię­stwa. Uspo­ko­iło go ma­rze­nie, aż ra­mio­nami ru­szył lek­ce­wa­żąco.

A gdyby na­wet Wo­je­wódzka nic nie dała! Niech tam! Po­ra­dzę so­bie i sam. Na­wet le­piej. Nie będą mi lu­dzie kłuć w oczy spad­kiem.

Wnet jed­nak się za­sta­no­wił. A matka?

Jej czas od­po­cząć. Dla matki trzeba le­gatu.

Tym­cza­sem ra­nek się uczy­nił, wi­cher nieco zwol­nił, na po­dwó­rzu ruch się roz­po­czął. Rządca wziął klu­cze i wy­szedł.

A wła­śnie i ksiądz wjeż­dżał we wrota.

Gdy rządca wró­cił do miesz­ka­nia na śnia­da­nie, zdzi­wił się, wi­dząc matkę w ku­chence.

- Cóż tam sły­chać? - za­gad­nął.

- Le­piej. Po sa­kra­men­tach za­snęła. Zo­sta­wi­łam małą Jó­zię na straży i przy­szłam cie­bie na­kar­mić.

- To może za wcze­śnie de­pe­szę wy­sła­łem?!

- Wy­sła­łeś? Po co? Czyś osza­lał?

- Mała mó­wiła, że umiera, po­słali po księ­dza. My­śla­łem, że czas.

- Có­żeś uczy­nił? Co bę­dzie, gdy oni zjadą? Co ona po­wie? Kto się ośmieli ją o tym uwia­do­mić? Ach, Olek!

- Kto? Ja jej po­wiem. Za­raz pójdę i po­wiem. Wielka rzecz. Wstyd czy hańba? Ja nie chcę na ko­niec mo­jej tu służby do­stać na­zwę in­try­ganta i zło­dzieja. Ona niech pil­nuje swo­ich pie­nię­dzy, a ja swego ho­noru.

Nie chciał jeść ani cze­kać, cały wzbu­rzony. Zmu­sił matkę, żeby po­szła z nim na­tych­miast do pa­łacu do­wie­dzieć się, czy ge­ne­ra­łowa śpi i czy może go przy­jąć.

Ge­ne­ra­łowa obu­dziła się rzeź­wiej­sza, za­żą­dała ro­sołu i na­wet nie­zwy­kle uprzej­mie za­ga­dała do Józi. Wła­śnie wtedy Ka­li­now­ska we­szła.

- A, dzień do­bry! Przy­cho­dzisz mnie na­wie­dzić już, otóż nie, żyję jesz­cze. Po­cze­kaj­cie tro­chę - rze­kła chora z gry­ma­sem szy­der­czym.

- Syn mój chciałby się z pa­nią wi­dzieć - od­parła Ka­li­now­ska.

- A on czego może chcieć? Niech wej­dzie. Cie­kawy pew­nie, czy wy­glą­dam ko­na­jąco.

"Warto się było pro­bosz­czowi fa­ty­go­wać dla ta­kiej po­prawy" - po­my­ślał Alek­san­der, wcho­dząc. Ge­ne­ra­łowa po­pa­trzyła na niego.

- No i cóż tam? - spy­tała szorstko. - Pew­nie po­trze­bu­jesz pie­nię­dzy?

- Nie. Tylko mu­szę oznaj­mić, że wy­sła­łem de­pe­szę o cho­ro­bie pani do pana Wo­je­wódz­kiego.

Ge­ne­ra­łowa, jak ru­szona sprę­żyną, sia­dła na po­sła­niu ze strasz­nie wy­krzy­wioną twa­rzą, od­trą­ciła ta­lerz i Jó­zię klę­czącą przy łóżku.

- Kru­ków spro­wa­dzasz, żeby moje zwłoki dzio­bały! Za ży­cia chce­cie roz­po­cząć ucztę! Ty, ty! Ile ci obie­cali za to, za coś mnie sprze­dał? Ma­cie mnie już za trupa, mój dom za swój! Po­cze­kaj, ja ci za to za­płacę! Ja jesz­cze nie trup! Ja tu pani! Jó­zia, daj mi pu­gi­la­res z szu­flady. Prę­dzej, sły­szysz! Świecę za­pal! Daj tu, trzy­maj!

Ręce jej drżące, twarz zmie­niona zło­ścią, oczy za­bie­głe krwią były prze­ra­ża­jące.

Ka­li­now­scy pa­trzyli, zdjęci wstrę­tem i zgrozą.

Stara otwo­rzyła pu­gi­la­res, do­była dwa ar­ku­sze pa­pieru i urą­gli­wie im po­ka­zała.

- Pa­trz­cie, to mój ostatni te­sta­ment, wa­sze le­gaty, ot, ma­cie! - I przy­tknęła do świecy.

Pło­mień ogar­nął pa­pier, trzy­mała go, aż się zwę­glił, i ci­snęła im pod nogi.

Po­tem po­rwała drugi ar­kusz i po­trzą­snęła nim w stronę Alek­san­dra.

- A to, wiesz co? In­for­ma­cja dla Alek­san­dra Ka­li­now­skiego. A we­wnątrz: scho­wanko, gdzie umie­ści­łam moją go­tówkę! O, tu ono wska­zane! Masz, ty nic nie do­sta­niesz, a tamci niech szu­kają. Mieli być na two­jej ła­sce, te­raz ty bę­dziesz na ich ła­sce, ja­keś so­bie wy­brał. A oni niech szu­kają, niech szu­kają! A te­raz precz z mo­ich oczu, zdrajcy! Idź­cie do swo­ich no­wych do­bro­dzie­jów! Jak z głodu po­mrze­cie pod pło­tem, będę się w gro­bie cie­szyć. Precz! Ja jesz­cze nie trup! Ja tu pani! Jó­zia, daj mi kro­pel! Oni mnie do­bili!

I upa­dła na po­duszki, wy­czer­pana wy­bu­chem. Ka­li­now­ska chciała ra­to­wać, ale syn wziął ją za rękę i po­cią­gnął.

- Chodźmy, ra­chunki tu na­sze skoń­czone. Po­kwi­to­wano nas, je­ste­śmy wolni - rzekł dość gło­śno, aby ge­ne­ra­łowa mo­gła sły­szeć.

I wy­szli, zo­sta­wia­jąc ma­gnatkę samą.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki