ROZDZIAŁ 2
1980
Ślub okazał się niedokładnie taki, jaki wymarzyła sobie Danuta. Na szczęście kuzynka sąsiadki była kucharką w niedalekich zakładach meblarskich. Pomogła nie tylko w gotowaniu, ale przede wszystkim w aprowizacji. Od sierpniowych strajków ceny skakały z dnia na dzień, poza tym braki w sklepach stawały się coraz dotkliwsze. Dzięki kucharce udało się wszystko załatwić świeże, tanie, na czas i w odpowiedniej ilości.
Matka Danusi była z tego bardzo zadowolona.
- Mamo, ale je nie chcę przyjęcia w domu. - Dziewczyna w pierwszej chwili była po prostu bardzo zdziwiona.
- Tu nie ma co wybrzydzać - usłyszała w odpowiedzi i zrozumiała, że matka sprawę uważa za zamkniętą.
- Nie. Będzie. Przyjęcia. W. Domu - oznajmiła matce, akcentując każde słowo.
Ta usiadła na taborecie, postawiła między nogami kosz na śmieci, a na kolanach garnek z niewielką ilością wody. Obok, na wytartym blacie, leżała siatka z ziemniakami.
- Co ty wymyślasz - odparła bezbarwnie, w ogóle nie zwracając uwagi na sens wypowiedzi córki.
Danuta wzięła głęboki wdech.
- Chcę skromnego obiadu w restauracji.
Powiedziała to chłodno, choć czuła, że wewnątrz wrze.
- Możesz sobie chcieć - odparła matka. - Musi być normalne wesele, nie będziemy jak łachudry jedne. Sąsiadów trzeba zaprosić, wszystkie ciotki, kuzynki, rodzinę tego twojego. My na wesela chodzimy, to i innych zaprosimy.
- Mamo, ja nie chcę.
- Nie chcieć też możesz. - Matka wzruszyła ramionami. - Obierz i pokrój ogórka na mizerię. Poza tym musi się w prezentach zwrócić.
- Mamo, w prezentach? Nie wydamy na wesele, to nic się nie będzie zwracać.
- Głupoty gadasz. Świata nie znasz, kiedyś zrozumiesz. Teraz nie dyskutuj.
Danuta nie zamierzała ustępować, ale posłusznie chwyciła obieraczkę i warzywo. Tego dnia nie zrobiła nic więcej.
Nazajutrz zaraz po pracy poszła do pobliskiej restauracji. Potem do następnej. I jeszcze następnej. Przeszła tak kilkanaście przecznic.
Był przepiękny wrzesień - słoneczny, wręcz upalny. W poniedziałek, ósmego dnia miesiąca, słupek na termometrze dochodził do dwudziestu pięciu stopni. Danusia kochała ciepło i temperatury nigdy nie były dla niej zbyt wysokie, jednak teraz nic jej nie cieszyło. Odczuwała wewnętrzny chłód. Zrozumiała bowiem, że jej wielki dzień nie będzie taki, jakim go sobie wymarzyła. Nie wiedziała wtedy jeszcze, że na tym właśnie polega życie - na ciągłych kompromisach, uleganiu i ustępowaniu innym. Może nie każde życie, być może zdarzają się takie wyściełane płatkami róż, chyba jednak nawet księżniczki miewają czasami pod górkę. Ale życie Danki tak właśnie miało wyglądać. Szalone, zakręcone? Niezupełnie, raczej burzliwe i pokręcone. Niewielka różnica. Pewnie to dobrze, że Danka nie zdawała sobie z tego sprawy. Dwudziestodwuletnia dziewczyna mogłaby nie udźwignąć takiej wiedzy.
* * *
Rano w Wigilię Bożego Narodzenia wstała wcześnie. Wcześniej niż zwykle, chociaż i tak codziennie wstawała o piątej trzydzieści. Było dużo przygotowań.
Choć właściwie... Wszystko było załatwione. Wigilia, dotychczas w ich życiu najważniejsze ze świąt, w tym roku miała być tylko wstępem. Pełnym napięcia wieczorem przed tym najważniejszym. Trudno w takich warunkach przygotować należytą kolację, odpowiednią na oczekiwanie narodzin Pańskich. A przecież zawsze dotychczas świętowały Wigilię tradycyjnie. Dwanaście potraw, karp w dzwonkach, sałatka warzywna, galareta z rybą, kluski z makiem. Tego dnia jednak nic nie było normalne. W salonie stały stoły, dużo stołów, zestawionych jeden na drugim. Ściśnięte i zepchnięte pod okno, wyglądały jak przestraszony jeż. Potrawy, w niedostatecznej ilości, zajmowały trzy półki w lodówce. Było ich dziewięć, za mało na wigilię, za dużo na zwykłą kolację.
Przy stole zasiedli we trójkę. Danuta, jej matka i Mariusz. Dziewczyna była przepełniona radością i nic nie miało znaczenia. A może właśnie miało. Szczególnie to, że następnego dnia szła do ślubu z ukochanym mężczyzną.
- I życzę wam, moje drogie dzieci, żebyście byli szczęśliwi - powiedziała matka, przełamując opłatek.
Przyjęli życzenia z wdzięcznością. Młodzi pocałowali się ciut zbyt serdecznie, zdaniem matki, w końcu byli wciąż przed ślubem. Jedli ze smakiem, szczególnie śledź tamtego roku udał się wyśmienicie.
- Wysprzątałam dla was pokój - powiedziała matka.
- Mamo, przecież...
- Nie będziecie wynajmować. Pieniędzy masz za dużo? Zresztą, to już ustalone.
- Mamo, ustalone jest, że wynajmiemy mieszkanie, na początek pokój z dostępem do kuchni, chcemy być samodzielni...
- Tutaj będzie wystarczająco wygodnie - przerwała jej matka.
- I zaoszczędzimy - uzupełnił Mariusz.
Danka zmarszczyła brwi, odwracając twarz w stronę narzeczonego.
- Słucham?
- Ustalone, jak matka powiedziała - potwierdził Mariusz.
- Poza mną? Czy wy... - Danusia nie potrafiła zebrać myśli.
- Tak będzie taniej i wygodniej - stwierdził, sięgając po smażonego karpia.
I chociaż Danka chciała coś dodać, nikt na to nie czekał. A ponieważ przez dłuższą chwilę nie była w stanie zebrać myśli, temat rozmył się niczym krępujące pierdnięcie.
Pod choinką leżały skromne prezenty, w końcu wesele kosztuje. Ręcznie malowany szalik dla matki, nocna koszula dla Danuśki, kapcie dla Mariusza. Musiało wystarczyć.
Sprzątanie po kolacji zostawili matce, wyszli w mroźny wieczór opatuleni w szaliki dziergane na grubych drutach i ciepłe kożuchy. Mariusz sprawiał wrażenie, że nic go nie obeszła rozmowa przy stole. Przytulił Danusię, opierała się chwilę, ale pocałował ją tak gorąco, głęboko, jak nigdy nikt jej nie całował. Tylko on. Tylko Mariusz. Zmiękła w jego ramionach, jak zawsze, i dała się poprowadzić na przystanek autobusowy. Wsiedli do sto dwadzieścia dwa, wysiedli na Bemowie, na Radiowej. Lodowaty wiatr znad lotniska przenikał ich do kości, gdy szli do rodziców Mariusza.
Tam wieczerza była równie skromna, bo i w tym domu wszystkie fundusze przeznaczono na wesele. Na stole znalazło się dwanaście dań, wliczając w to chleb i margarynę, dodatkowo stały także dwie butelki wódki.
- To już weselna - powiedział zadowolony teść Danuty.
Wypili, ale z umiarem. Młodzi w znakomitych humorach wyszli na ulicę, w świąteczny wieczór komunikacja działała od przypadku do przypadku. Na autobus czekali czterdzieści minut.
- Nie odprowadzaj mnie. - Danuta przytuliła się do narzeczonego. - To tylko kilka przystanków.
- Kilkanaście - sprecyzował.
- Ale potem musiałbyś znów wracać na Bemowo. Kolejna podróż, znów czterdzieści minut czekania. Nie ma sensu.
- Jesteś pewna?
Danuta nie była pewna, ale kiwnęła głową.
- Już niedługo. Już od jutra będziemy razem.
Mariusz znów ją pocałował i pomógł wsiąść. Potem pomachał, gdy autobus odjeżdżał.
Danuta uświadomiła sobie, że niepotrzebnie spakowała torbę. Plan przeprowadzki zaraz po weselu spalił na panewce, ale nie to było najgorsze. Z tym musiała się pogodzić, przynajmniej w najbliższym czasie. Ale jak miała zaakceptować fakt, że matka i Mariusz zapewne ustalili to już dawno? Czy powiadomili właścicielkę pokoju, z którą Danka umawiała się na wynajem? Czy podśmiewali się z jej planów samodzielności? Czy też zlekceważyli dziewczynę zupełnie?
Nie potrafiłaby powiedzieć, co byłoby dla niej gorsze. Postanowiła nie poświęcać tej myśli więcej uwagi. Nie dziś. Nie w przeddzień ślubu. Nie warto. Powinna pójść wcześnie spać, następnego dnia musi świetnie wyglądać. Musi prezentować się idealnie.
I tak właśnie było. Dwudziestego piątego grudnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku Danuta była najpiękniejszą panną młodą na całym Żoliborzu. Wszystkie smutki odsunęła na bok. Nie dlatego, że tak należało - tak czuła. Była szczęśliwa, po prostu, bez żadnych wątpliwości. Nie tylko dla postronnych Mariusz i Danuta byli wpatrzeni w siebie, zakochani i zachwyceni każdą wspólną chwilą.
Na ślub Danusia sama uszyła sukienkę, z materiału, który podarowała jej ciotka. Kupon tkaniny pochodził podobno z samej Ameryki, na metce były obce napisy. Kremowy i mięsisty, w niczym nie przypominał bistorów królujących w polskich sklepach. Wystarczyło go tylko na prosty fason nad kolano, choć marzyła o sukni długiej do ziemi, niekoniecznie z trenem, ale za to z pięknymi, głębokimi godetami. Materiału było zbyt mało, a dziewczyna nie chciała łączyć dwóch różnych tkanin, szczególnie że nie miała dostępu do żadnej innej. Żadnej ładnej. Do sukienki zatem doszyła perełki, które wydębiła od sąsiadki. O kupnie nowych nie było nawet co marzyć, ale używane także wyglądały fantastycznie. Ułożyła je wokół dekoltu w kwiatowe girlandy, nawet w Peweksie nie widziała niczego tak pięknego. Wykrój sukienki wprawdzie wzięła z Burdy, ale efektowny wzór na staniku wymyśliła sama. Długo go haftowała, efekt jednak przerósł jej najśmielsze oczekiwania.
Danuśka marzyła o białej chmurze wokół niej całej, nie tylko wokół twarzy, ale nigdzie nie udało jej się zdobyć odpowiednio wielkiego kawałka woalu. Welon więc nie był tak długi, jak to sobie wyśniła i - niestety - nie był nowy. Pożyczyła go od kuzynki, której małżeństwo uchodziło za nadzwyczaj szczęśliwe. To miała być dobra wróżba, choć w nowym welonie czułaby się pewniej. Przejrzysta materia, gęsto upięta na ściśle zawiązanym koku, sięgała jednak zaledwie do pasa i to musiało usatysfakcjonować Danuśkę. Ale i tak wszystko razem, przede wszystkim zaś wzrok Mariusza, sprawiało, że czuła się jak królewna - dokładnie tak, jak panna młoda czuć się powinna.
Od rana w mieszkaniu panował niesłychany rozgardiasz. Danusia skupiła się na sobie. Pomagała jej przyjaciółka, która upięła welon i wykonała delikatny makijaż. Na tę okazję kosmetyki pożyczyły od wszystkich koleżanek. Cienie z Anglii, puder z Francji, tusz z samej Ameryki. Do tego trochę różanego olejku z Bułgarii. W drugim pokoju trwało ustawianie stołów, szuranie krzesłami. Asystowali sąsiedzi i kuzyni, w kuchni już kręciła się kucharka. Danusi nic to wszystko nie obchodziło. Była po prostu szczęśliwa.
Danuta i Mariusz przysięgali sobie dokładnie w tym wymarzonym kościele, ukrytym wśród kamienic na skromnej żoliborskiej uliczce. Ksiądz wygłosił tam przejmujące, ogniste kazanie. Było przepięknie i w czasie mszy, i potem.
Do domu zawiózł ich wujek, emerytowany milicjant, który niedługo wcześniej z przydziału dostał groszkowego poloneza.
Goście przeszli do mieszkania piechotą - było niedaleko. Powitanie chlebem i solą odbyło się trochę nietypowo, bo państwo młodzi byli na miejscu wcześniej.
Kucharka ze wszystkim zdążyła. Wcześniej w zakładowej kuchni w wielkich garach przygotowała rosół, bigos, gulasz wołowy, utłukła także schabowe. Tam też obrała wiele kilogramów ziemniaków, pokroiła warzywa na sałatkę jarzynową i zalała galaretą płaty indyka. Te ostatnie pachniały luksusem - wprawdzie indyk w maladze pozbawiony był dodatku słodkiego trunku, za to każdy plaster został ozdobiony suszoną śliwką. Z dodatkiem natki pietruszki pięknie się prezentowały na półmiskach. Tort też kucharka upiekła w tamtej kuchni, podobnie jak rolady ze śmietaną, babki ucierane i murzynki. Wszystkiego dużo, pod dostatkiem. Na weselu przecież niczego nie mogło zabraknąć.
To nie było wymarzone ślubne przyjęcie Danusi - obiad w restauracji ciągle zdawał jej się najfajniejszy - jednak i tak udało się znakomicie. Pomagali i bawili się wszyscy wokół. Ciotki, kuzynki, sąsiadki - świętował cały blok. Choć zimno trochę kąsało, okna pootwierano na przestrzał. Ba! Nawet drzwi wejściowe pozostawały rozwarte. Ludzie wchodzili, wychodzili, sąsiedzi z każdego piętra odwiedzali nowożeńców, każdy choć na chwilę. Złożyć życzenia, wypić za zdrowie młodej pary, zjeść miskę bigosu.
Oczepiny, siłą rzeczy, były skromne. Rzucanie welonu musiało się ograniczyć do jego podrzucenia, a tańce na krzesełkach wyprowadzono na długą klatkę schodową. Tam też ustawiono aparaturę grającą.
- To prawdziwe weselicho, takie, jak być powinno - stwierdziła matka około drugiej w nocy. Wtedy już większość weselnej wódki została wypita, a kucharka szykowała ostatnie ciepłe danie.
Danuta chciałaby pójść spać, w końcu to noc poślubna, jednak nie miała gdzie się położyć. Dopiero o czwartej trzydzieści wyszli ostatni goście, wtedy jednak Danka była już zbyt zmęczona, by zasnąć. Mariusz chrapał, zanim jego głowa dotknęła poduszki, panna młoda zaś leżała, wpatrując się w sufit, a potem obserwując światła budzącego się miasta.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki