Rozdział 1
Poszarzałe popołudniowe niebo ciężko unosiło się nad miastem. Nietrudno było zauważyć napływające ze wschodu poszarpane, ciemnoszare chmury. Alicja skrzywiła się, obserwując zmieniającą się aurę. Żałowała, że nie ma przy sobie parasolki. Kiedy wychodziła z domu, było w miarę pogodnie. Teraz, stojąc na przystanku autobusowym, czuła nieprzyjemne podmuchy coraz silniejszego wiatru. Kilka osób schroniło się przed deszczem pod wiatą przystanku. Każdy z nadzieją wypatrywał swojego autobusu. Wraz z narastającym wiatrem, krople zacinały coraz mocniej. W oddali zaczęło grzmieć. Niebo jeszcze bardziej pociemniało. Gdy podjechał wyczekiwany przez Alicję autobus, niemal rzuciła się do drzwi. Tuż przed nią biegła kobieta, której reklamówka z zakupami zahaczyła o ostrą krawędź stojącej na przystanku ławki. Pociągnięta, rozpruła się, a z jej wnętrza wypadły jabłka i pomarańcze. Alicja w pierwszym odruchu chciała je pozbierać, widząc jednak, że kobieta machnęła ręką na ten incydent, sama również wbiegła na schodki autobusu. Otrzepując płaszcz z ciężkich kropli, rozglądała się za wolnym miejscem. Dostrzegła je na samym końcu. Było jej zimno, pragnęła usiąść i skulić się w sobie, aby choć trochę rozgrzać wysmagane wiatrem dłonie i uszy. Dochodziła czternasta. Nie była to godzina szczytu, powinna zatem dotrzeć do szkoły na czas. Wiedziała, że jej córka nie lubi czekać w szatni, a na świetlicę, gdzie przebywały również starsze i mocno onieśmielające ją dzieci, za żadne skarby nie dawała się zaciągnąć.
Gdy autobus w końcu ruszył, Alicja, pocierając dłonie, wyjrzała przez okno. Prawdziwe oberwanie chmury. W ciągu kilku minut z betonowego chodnika zrobiła się niemal rwąca rzeka. Deszczówka płynęła mocnym strumieniem, nie przejmując się próbującymi ocalić swoje buty przechodniami. Razem z deszczem płynęły siłą rozpędu złote pomarańcze.
Kiedy dotarła do szkoły, z zadowoleniem zauważyła, że jest przed czasem. Przeczesała przemoknięte włosy, zdjęła płaszcz. Po chwili do szatni zaczęły wchodzić inne matki, opiekunki, babcie. Z liczącej dwadzieścioro siedmioro dzieci klasy, zaledwie dziesięcioro zapisanych było na świetlicę. Reszta miała zorganizowany odbiór ze szkoły tuż po zajęciach. Przed budynkiem zawsze można było kogoś spotkać. Idealna okazja do rozmowy z inną mamą, bliższego poznania się. Alicja jednak czuła się obco. Zbyt rzadko bywała w szkole, aby kojarzyć którąkolwiek z mam. Nie kojarzyła nawet dzieci z klasy Matyldy, a co dopiero ich opiekunów. Oni wszyscy znali się dość dobrze. Nie licząc spotkań w szkole, okazji do poznania się było znacznie więcej. Urodziny, imprezy klasowe. Matyldzie do tej pory udało się zaliczyć tylko jedną z takich imprez. Akurat tę, na której wynajęty klaun z przerażająco wymalowaną twarzą wystraszył ją tak bardzo, że po piętnastu minutach z krzykiem oświadczyła, iż chce już wracać do domu. Nie była w tym odosobniona. Inne dziewczynki też się popłakały i również namówiły swoich rodziców na wyjście. Z tą różnicą, że one opuściły tylko tę jedną nieudaną imprezę, a Matylda tylko na tej była.
Alicja, stojąc przy drzwiach do szatni, przysłuchiwała się rozmowom. Zazwyczaj nie było jej to dane, ponieważ wychowawczyni, kładąc nacisk na samodzielność dzieci, nie pozwalała rodzicom wchodzić do szkoły. Czekali więc posłusznie przed budynkiem. Niektórzy zbierali się w grupki, plotkując lub omawiając szkolne wydarzenia. Alicja nie miała na tyle odwagi, by podejść do którejś z grup. Czekając na córkę, siadała z książką na ławce lub spacerowała wzdłuż ogrodzenia. Tym razem jednak, z uwagi na szalejącą na zewnątrz wichurę i mocny deszcz, opiekunowie ruszyli wprost do szatni. Jedyny tatuś, równie wyobcowany z towarzystwa co Alicja, postanowił poczekać na schodach. Tymczasem kobiety, stłoczone w niewielkim pomieszczeniu, prowadziły ożywioną dyskusję na temat zbliżającego się występu dzieci. Wymieniały się uwagami o tym, gdzie można dostać odpowiednie stroje, w którym sklepie sprzedają najtańsze rekwizyty, a w którym jest akurat promocja szyfonu i tiulu.
- Przepraszam, a kiedy ten występ? - zagadnęła zaintrygowana Alicja. Matylda w domu nic o nim nie mówiła, w jej dzienniczku również nie znalazł się na ten temat żaden wpis, choć na zebraniu wychowawczyni deklarowała, że ważne informacje będzie przekazywała rodzicom właśnie w ten sposób.
- Słucham? - spytała jedna z kobiet, zauważywszy przysłuchującą się ich rozmowie Alicję. - Pani o coś pytała?
- Kiedy ten występ? Nic o nim nie wiedziałam.
- A pani jest mamą...
- Matyldy.
- Matyldy... - powtórzyła w zamyśleniu kobieta. - Ach tak, to z naszej klasy.
- To córka pani nie mówiła? - zainteresowała się inna. - Przecież już od dwóch miesięcy uczą się ról, wierszyków, piosenek. Niewiele czasu zostało, a przecież trzeba przygotować stroje.
- Nie, nic nie mówiła... A kiedy ten występ?
- Za półtora tygodnia. Dwudziestego pierwszego marca. Starsze klasy mają wtedy dzień wagarowicza, zaplanowano dla nich różne atrakcje. A nasze maluchy przygotują dla całej szkoły przedstawienie - wyjaśniła krępa starsza pani, podająca się za babcię niejakiej Wikusi.
Alicja chciała jeszcze o coś zapytać, ale rozległ się dzwonek i już po chwili do szatni zaczęły wbiegać roześmiane dzieci. Ogólny gwar spowodował, że rozmowa o przedstawieniu została przerwana. Matylda weszła do szatni jak zwykle naburmuszona. Ostatnio coraz częściej zamiast uśmiechu na jej twarzy pojawiał się grymas niezadowolenia. Pytana przez Alicję o powód niezadowolenia, wzruszała tylko ramionami, tłumacząc, że nie ma humoru tak po prostu. Tego dnia również, gdy tylko wyszły z szatni, wzruszyła ramionami. Alicja jednak nie odpuszczała.
- Przecież widzę, że jesteś smutna - powiedziała, kucając przy córce i patrząc jej w oczy. Stały nieopodal szkoły. Deszcz przestał już padać i choć na próżno było szukać tęczy, to niebo wyraźnie pojaśniało, pozwalając słońcu niemrawo przebijać się przez rzadsze nieco chmury.
- Nie jestem smutna - odrzekła ponuro Matylda, uciekając wzrokiem.
- A może chodzi o przedstawienie?
- O jakie przedstawienie?
- To, które przygotowujecie na pierwszy dzień wiosny.
- Nie chodzi o przedstawienie. O nic nie chodzi. Idziemy?
- Nie. Najpierw chcę się dowiedzieć, dlaczego nie powiedziałaś mi o tych występach. Przecież trzeba znaleźć jakiś kostium, nawet nie wiem, jaką masz rolę.
- Nie muszę mieć kostiumu.
- Jak to? Słyszałam w szatni, że wszyscy będą poprzebierani, pani na pewno poprosiła o przygotowanie kostiumu, przypomnij sobie.
Alicja, mówiąc to, pilnie obserwowała córkę. Dziewczynka nie patrzyła jej w oczy, jednak dało się zauważyć, że mimo zaciśniętych ust, broda zaczyna jej się trząść, co było sygnałem, że za chwilę wybuchnie płaczem.
- Matysia, co się dzieje? Nie chcesz brać udziału w tym przedstawieniu?
- Chcę.
- To o co chodzi?
- O nic. - Dziewczynka zaczęła płakać.
- No dobrze, więc powiedz mi, jaką masz rolę. - Alicja przytuliła córkę.
- Będę drzewem.
- Cudownie - powiedziała Alicja bez przekonania.
- Wcale nie cudownie - załkała Matylda. - Inne dziewczynki będą motylkami, biedronkami. Będą miały skrzydełka i sukienki. A ja będę drzewem.
- Ależ drzewa też są piękne - pocieszała Alicja.
- Drzewo nic nie robi. Tylko stoi - rzekła twardo Matylda, ocierając łzy.
- Kochanie, nie wszyscy aktorzy muszą chodzić po scenie... A masz jakąś kwestię do wypowiedzenia?
- Nie.
- A inne drzewa coś mówią?
- Nie ma innych drzew. Tylko ja.
- To może jakieś krzaczki?
- Nie ma krzaczków.
- A kostium? - Alicja czuła, że jej głos, dotychczas miękki, staje się coraz bardziej nerwowy.
- Nie muszę mieć kostiumu. Pani namalowała na kartonie drzewo i mam je trzymać.
- Chodź. Porozmawiam z twoją panią.
- Ale nie powiesz, że płakałam? - upewniła się dziewczynka.
W pokoju nauczycielskim unosił się duszący zapach potu. Podczas przerwy przebywało w nim wiele osób, a z uwagi na burzę nikt nie odważył się uchylić okna. Alicja odetchnęła z ulgą, gdy okazało się, że wychowawczyni Matyldy siedzi przy stole.
- Dzień dobry - przywitała się Alicja, wchodząc do pokoju. - Ja do pani w sprawie przedstawienia. A raczej roli Matyldy.
- Witam. Matylda wie, co ma robić w czasie przedstawienia. Wszystkie dzieci otrzymały role. O co dokładnie chodzi? - Nauczycielka niechętnie podniosła wzrok znad dziennika.
- Chodzi o to drzewo. Przyzna pani, że to nie jest zbyt ciekawa rola, w dodatku Matylda nie ma do wypowiedzenia żadnej kwestii. Jest jej smutno, gdy widzi, że inne dziewczynki ekscytują się przedstawieniem, szukają sobie barwnych strojów...
- Przepraszam - weszła w słowo nauczycielka - przecież obydwie wiemy, że szansa na to, że Matylda w ogóle weźmie udział w tym przedstawieniu, jest niewielka. Powinna się cieszyć, że mimo wszystko uwzględniłam ją i otrzymała jakąkolwiek rolę.
- Nie rozumiem, dlaczego Matylda miałaby nie wziąć udziału w przedstawieniu?
- Proszę pani. - Nauczycielka westchnęła ciężko. - Statystyka mówi sama za siebie. Proszę bardzo. - Otworzyła dziennik na liście obecności. - Wrzesień - ledwie tydzień była obecna w szkole, październik - ile? Osiem, przepraszam, dziewięć dni. Listopad... poszarpany, może znów dziewięć dni by się uzbierało. Grudzień...
- Wiem - przerwała kategorycznie Alicja. - Nie musi mi pani wyliczać. Matylda ma słabą odporność, gdyby inne dzieci przychodziły do szkoły zdrowe, zapewne nie łapałaby tych wszystkich katarów i przeziębień, nie chorowałaby tak często.
- To jest szkoła. Nie jesteśmy w stanie zmusić rodziców, aby trzymali w domu kichające dzieci. I nie nasza wina, że pani córka wciąż się od kogoś zaraża. Zresztą ten temat już podejmowałyśmy nie raz. Proszę jednak nie mieć do mnie pretensji, że boję się powierzyć Matyldzie większą rolę w przedstawieniu. Przecież jeśli nie przyjdzie, nie będzie miał jej kto zastąpić.
- Można by dopisać kwestię neutralną. Taką, którą można w razie czego wyciąć. - Alicja nie dawała za wygraną. - Przecież nie możemy dodatkowo karać dziecka za to, że często choruje. To nie jej wina. A przez to, że nie ma konkretnej roli, czuje się dodatkowo wykluczona z klasy.
- Nic na to nie poradzę. Już za późno na zmianę scenariusza.
- A o czym jest to przedstawienie?
- O wiośnie. W skrócie: różne zwierzęta witają Panią Wiosnę. Wiewiórki, zajączki, jeże, motylki... Role są już obsadzone, nie da się nic dopisać, przykro mi.
- Ale przecież i drzewo może powitać Panią Wiosnę. Listki się zielenią, drzewo budzi się do życia - przedstawiła swoją wizję Alicja.
- A widziała pani kiedyś gadające drzewo? - odcięła się nauczycielka.
- A widziała pani gadające wiewiórki?
Zamilkły, wpatrując się w siebie groźnie. Wychowawczyni pierwsza postanowiła wyciszyć emocje.
- Pani Alicjo, nie ma co się kłócić o szczegóły. Matylda bierze udział w przedstawieniu, jest drzewem i nie widzę możliwości zmiany. Umówmy się, że w przyszłym roku pomyślimy o jakiejś większej roli dla niej. O ile oczywiście zdrowie jej na to pozwoli. A teraz muszę panią przeprosić, kończy mi się okienko. - Nauczycielka podniosła się zza stołu, wskazując brodą drzwi i ucinając tym samym rozmowę.
- Dobrze. - Alicja niechętnie skinęła głową. - Proszę mi tylko powiedzieć, czy możemy popracować nad strojem, żeby był ciekawszy?
- Nie ma takiej potrzeby. Ale jeśli ma pani ochotę, to proszę. - Kobieta wyciągnęła zza szafy zwinięty rulon. - Wszystko już jest namalowane, ale można podkolorować jeszcze farbkami listki.
- Dziękuję.
Wyszły w tym samym czasie. Alicja skierowała się do ławki przy oknie na korytarzu, na której siedziała Matylda. Nauczycielka, szybko się pożegnawszy, pobiegła schodami na górę.
- I co? - spytała z nadzieją w głosie Matylda.
- Możemy przyczepić listki. Poza tym... możemy wymyślić przywitanie Pani Wiosny. Powiesz dwa zdania na początku.
- Naprawdę?
- Tak. Okazało się, że grasz najlepszą i najważniejszą rolę.
- Jak to?
- A niby skąd wiadomo, że idzie wiosna? - Alicja udawała zniecierpliwioną banalnym pytaniem. W głowie gorączkowo szukała argumentów za tym, że drzewo naprawdę jest ważne.
- Bo robi się ciepło?
- Bo drzewa wypuszczają liście, przyroda budzi się do życia. To właśnie drzewa dają znać zwierzętom, że pora wybudzić się z zimowego snu.
- Ale co będę mówiła?
- Nie teraz, kochanie, popracujemy nad kwestią w domu. Strasznie jestem głodna. Może zjemy dziś na mieście?
- Tak, hurra, pójdźmy na pizzę.
- Niech będzie pizza. A potem wstąpimy do przychodni.
- Ale po co? Przecież nie jestem chora! - Matylda niepewnie spojrzała na matkę.
- Nie, oczywiście, że nie jesteś. Ja tylko wpadnę na chwilę do pani doktor po kropelki na swędzący nos. Chyba mam jakieś uczulenie.
*
Recepcjonistka z uśmiechem przywitała Matyldę, gdy ta tylko przekroczyła próg przychodni.
- Witamy naszą księżniczkę. Ale chyba nie zamawiała pani wizyty? - te słowa skierowała do Alicji.
- Dzień dobry, pani Urszulo. Nie, nie umawiałyśmy się. Wpadłam tylko na chwilkę, żeby coś skonsultować. Może pani doktor przyjmie mnie między pacjentami? Dosłownie pięć minut.
- Ojej, ale doktor Koterskiej dziś nie ma. Nie będzie jej do końca tygodnia. Lekarze niestety też czasem chorują. - Pielęgniarka uśmiechnęła się do Matyldy, podając jej, jak zwykle, lizaka z witaminami. - Chyba że doktor Miszczuk. Jest w zastępstwie. Na pewno panią przyjmie. Jeden pacjent nie dotarł, a kolejny umówiony jest dopiero za pół godziny.
Doktor Miszczuk okazała się mocno posuniętą w latach kobietą o ciepłym spojrzeniu. Alicja, przyzwyczajona do młodej, energicznej Koterskiej, bez przekonania weszła do gabinetu, prosząc o chwilę rozmowy. Lekarka, upewniwszy się, że żaden pacjent nie czeka, zgodziła się ją przyjąć. Recepcjonistka przezornie przyniosła kartę Matyldy, a dziewczynkę, na prośbę Alicji, usadowiła nieopodal siebie przy biurku, dając jej do zabawy kartki i flamastry.
- Pani doktor - zaczęła Alicja, gdy tylko za pielęgniarką zamknęły się drzwi. - Mam ogromną prośbę. Ten tran, który poleciła mojej córce doktor Koterska zapewne działa, ale bardzo, bardzo mi zależy, żeby dać jej coś jeszcze. Ona nie może się rozchorować przez najbliższe półtora tygodnia. Czy mogłaby pani przepisać coś ekstra na wzmocnienie? Coś, co dałoby stuprocentową gwarancję, że Matysia przez najbliższe półtora tygodnia nie nabawi się żadnego kataru, nie złapie przeziębienia, grypy, gorączki czy...
- Zaraz, zaraz, spokojnie. - Lekarka podniosła dłoń. - Chwileczkę. Dlaczego pani córka miałaby się rozchorować? Jak rozumiem, nic jej obecnie nie dolega?
Alicja ucichła, wpatrując się w lekarkę z konsternacją. Nie była przyzwyczajona do takich pytań. Tu, w przychodni, znali ją i jej córkę od tylu lat i dla każdego było jasne, że Matylda co chwila choruje i że jej odporność jest o wiele słabsza niż u statystycznego siedmiolatka.
- No... Akurat teraz nic jej nie dolega - przyznała, akcentując słowo "akurat". - Ale jej niewiele trzeba, żeby coś podłapała. Niebawem jest w szkole przedstawienie z okazji Dnia Wiosny. Bardzo chciałaby w nim wziąć udział, ale boimy się, że nie dotrwa do tego czasu. To znaczy jej wychowawczyni się boi, że Matysia nie dotrwa, bo ja oczywiście mam nadzieję, że ten tran...
- Nie, nie, nie. Tak nie damy rady rozmawiać. Proszę dać mi minutkę. - Lekarka założyła na nos ciężkie okulary, poprawiając je u nasady. Otworzyła kartę Matyldy i zagłębiła się w lekturze.
Alicja cierpliwie czekała, próbując przypomnieć sobie, jak długi okres uwzględnia obecna karta i czy lekarka będzie w stanie na jej podstawie stwierdzić, jakie lekarstwo byłoby najlepsze dla Matyldy w tym momencie. Och, jaki to pech, że nie ma doktor Koterskiej - pomyślała. Ona od razu, bez zaglądania w kartę wiedziała, co może przepisać Matyldzie; doskonale pamiętała, co na nią działało, a raczej co nie działało, i co - spośród szerokiej gamy dostępnych środków na wzmocnienie odporności - można jeszcze dziecku zaaplikować.
Lekarka, wydymając wąskie, pomarszczone usta, podniosła w końcu wzrok znad karty. Zdjęła okulary i szczupłą, przetykaną fioletowymi nitkami żył ręką przetarła oczy.
- Droga mamo - powiedziała, patrząc ciepło na Alicję. - Widzę, że pani córka nie przechodziła jakichś szczególnie poważnych chorób, zwykłe przeziębienia... Po prostu ma słabą odporność.
O Boże - westchnęła w duchu Alicja - odkrycie Ameryki!
- No właśnie - przytaknęła głośno. - Dlatego chciałabym coś ekstra, superskutecznego, żeby chociaż do przedstawienia...
- Dziecko drogie, skąd ja ci wezmę coś takiego? - Lekarka uśmiechnęła się, składając ręce, co spowodowało, że Alicja przeklinała w duchu lekarkę starowinkę za ton, jakim się do niej zwróciła.
- Może panią to bawi - powiedziała nerwowo. - Ale z mojego punktu widzenia nie ma w tym nic śmiesznego, że moja córka, zamiast chodzić do szkoły, męczy się w domu z gorączką, kaszlem czy katarem. Zamiast integrować się z klasą, integruje się co najwyżej z Muminkami, które jej czytam, albo z Kubusiem Puchatkiem. Przecież nie żyjemy w średniowieczu, na pewno są jakieś skuteczne środki na wzmocnienie odporności, brałyśmy już tyle syropów...
- Otóż to - weszła jej w słowo lekarka. - Szprycuje pani córkę kolejnymi syropami, kropelkami, teraz tranem... Niebawem nic nie będzie na nią działało.
- To niby co powinnam zrobić? Nic jej nie dawać? I czekać, aż znów dopadnie ją gorączka?
- Przecież i tak dopada - zauważyła trzeźwo lekarka, stukając palcem w kartę.
- Przyszłam do pani po radę. - Alicja odchyliła się na krześle. - Doktor Koterska przynajmniej próbuje pomóc Matyldzie...
- Oj, dziewczyny, dziewczyny... Ja może jestem stara, ale uwierz mi, droga mamo, że jeśli chodzi o dzieci, to żadne syropki nie pomogą. Dziecko musi się uodpornić w sposób naturalny.
- Ale przecież to są naturalne wyciągi. W dodatku wzbogacone o witaminy.
- Pani Alicjo, absolutnie nie chcę wchodzić w kompetencje doktor Koterskiej. To młoda, zdolna lekarka. Jestem przekonana, że każda jej sugestia odnośnie do zdrowia pani córki była podyktowana troską. Sylwia jest dobrym pediatrą i nie ulega to wątpliwości. Ale mimo wszystko, jeśli chodzi o wzmocnienie odporności u dziecka, to nikt mnie nie przekona, że jakiekolwiek syropki są lepsze niż natura. Od zawsze w takich przypadkach doradzałam wywiezienie dziecka na wieś i zawsze efekt był pozytywny, a co najważniejsze - trwały. Teraz nastały jakieś dziwne czasy. Wy, rodzice, oczekujecie recepty. My, lekarze, staramy się wam ją dać. Tylko że żadna firma farmaceutyczna, droga pani, nie wyprodukuje natury. Wyciąg z malin nie zastąpi świeżych malin. Wie pani, o czym mówię?
- Nie bardzo... - Alicja zmarszczyła czoło, starając się przetrawić informacje. Do tej pory była przekonana, że lekarze potrafią wypisać receptę na wszystko. Zazwyczaj łudziła się nadzieją, że dany lek potrafi zdziałać cuda, a brak działania na Matyldę był spowodowany tym, że jej córka była wyjątkiem i potrzebowała więcej czasu, aby dopasować coś specjalnie pod jej organizm.
- Każde dziecko jest inne - kontynuowała lekarka cierpliwie. - Jedne w ogóle nie chorują, inne natomiast chorują w nadmiarze. Tu nie ma jednego szablonu. A jednak za moich czasów dzieci chorowały mniej.
- Ale na gorsze choroby - docięła Alicja.
- Owszem. Teraz mamy szczepionki, antybiotyki, po prostu wiedzę. Ale na katarek, proszę pani, do tej pory nie znaleziono skutecznego lekarstwa. I dobrze. Dziecko musi się uodporniać w sposób naturalny i nie ma co szprycować młodego organizmu kolejnymi dawkami sztucznie wytwarzanych witamin. Pewnie, że nie zaszkodzi jej ten tran, który pani podaje. Ale czy aby na pewno pomoże?
- To co mi pani radzi? - spytała zrezygnowana Alicja.
- Niech weźmie pani dziecko na wieś, na wakacje, do babci. Niech tam pobiega, niech wyrwie się z miejskiego smogu, pooddycha czystym powietrzem.
- Nie mamy babci na wsi. Zresztą akurat na wakacje wyjeżdżamy nad morze, to chyba lepiej? Jod i te sprawy. Co roku na dwa tygodnie. A potem jeszcze z tatą zostaje przez tydzień, więc w sumie spędza trzy tygodnie nad morzem. Ale i tak choruje.
- A tam. - Lekarka machnęła ręką. - Co to są trzy tygodnie? Organizm nie zdąży się przestawić. Minimum trzy miesiące.
- Dłużej nad morzem nie możemy zostać, przecież pani wie, jakie tam są ceny...
- Nie musicie koniecznie jechać nad morze. Owszem, dobrze by było, gdyby nawdychała się jodu, ale nie ma twardych danych o tym, że jod, który aktywizuje się nad Bałtykiem, rzeczywiście skutecznie przenosi się do organizmu. Jeśli nie da się nad morze, to na jakąkolwiek wieś. Niech dziecko biega boso po trawie, szaleje w deszczu, na słońcu, niech je prawdziwe warzywa, owoce, a nie te z supermarketu. Niech robi sobie wycieczki po polach, do lasu, cieszy się świeżym, nieskażonym powietrzem.
- Łatwo pani mówić - obruszyła się Alicja. - Gdybym ją puściła boso, natychmiast złapałaby katar.
- A niech złapie! Niech chodzi z katarem! Nie pamięta pani, jak się kiedyś biegało z glutami po dworze? Nikt afery nie robił. Teraz rodzice przegrzewają dzieci, trzymają w sterylnych warunkach. Ledwo trochę wiaterku i już zakładają szaliki, czapki, a najlepiej w ogóle nie wypuszczaliby dzieci z domu. I takie mamy efekty.
- Ale jakoś inne dzieci w szkole tak często nie chorują... - wtrąciła nieśmiało Alicja.
- Bo pani się trafił mniej odporny okaz i trzeba nad tym popracować. Ja pani nic dzisiaj nie przepiszę. Trzy miesiące na wsi, ot co. To moja rada. Ona ma dopiero siedem lat, niedawno zaczęła szkołę, to nie są jeszcze trudne przedmioty. Dramatu nie będzie, jeśli zrobi pani dziecku wcześniej wakacje.
- Rozumiem. Trzy miesiące na wsi - powtórzyła zrezygnowana Alicja.
*
Rozłożony na podłodze arkusz szarego papieru nabierał barw. Namalowane na nim drzewo nie wyglądało może ładnie, ale za to Matylda miała uciechę, wycinając z kolorowego papieru liście i przyklejając je, gdzie tylko się dało.
Alicja w tym czasie przygryzała ołówek, męcząc się nad kartką, by wymyślić jedno krótkie, ale za to bardzo ważne zdanie, które mogłoby wypowiedzieć drzewo na początku przedstawienia.
- A co mówią zwierzątka? - dopytywała córki.
- Przychodzą i mówią: "Witaj, Pani Wiosno, piękna i radosna". Dalej nie pamiętam.
- A kto gra Panią Wiosnę?
- Nasza pani.
- Aha. Nieźle sobie wymyśliła - wycedziła pod nosem Alicja.
Za oknem zmierzchało. Matylda, zmęczona już przyklejaniem, oparła się o sofę, ściskając w ręku pilot od telewizora.
- Mogę? - spytała z nadzieją.
- Ale nie tutaj. Obejrzyj w swoim pokoju. Ja teraz myślę i muszę mieć spokój. I możesz obejrzeć tylko jedną! Potem kolacja i spać - kategorycznie oświadczyła Alicja. Nie pozwalała oglądać córce bajek bez uprzedniego ustalenia z nią limitu. Mimo że Matylda zawsze zdołała ubłagać o kolejne odcinki uwielbianych przez nią kreskówek, to Alicja pragnęła zachować pozory zasad w tym temacie.
"Witaj, Pani Wiosno, piękna i radosna, to ja, drzewo...", "Drzewa witają wiosnę, piękną i radosną"...
- Tfu! - krzyknęła Alicja, męcząc się nad tekstem. - Ani nie jest piękna, ani tym bardziej radosna ta baba - mówiła do siebie, wspominając spotkanie z nauczycielką. - Błagam, weno, przyjdź do mnie! - mamrotała, wznosząc oczy do góry.
Jak na zawołanie rozległ się dzwonek do drzwi. Alicja podskoczyła na krześle wyrwana z letargu. Zanim zdążyła wyjrzeć przez wizjer, ktoś z rozmachem nacisnął klamkę.
- Alicja, wiem, że jesteś, otwieraj, szybko! - Usłyszała głos swojej siostry.
Już po chwili do mieszkania wkroczyła Dorota w towarzystwie wystraszonej skośnookiej, młodej kobiety.
- Jest afera - powiedziała Dorota bez wstępów, siadając ciężko na kanapie. - Trzeba przenocować tę dziewczynę, jutro się nią zajmę.
- Ale kto to jest? - spytała Alicja, patrząc na zdezorientowaną Azjatkę.
- Dziewczyna potrzebuje pomocy - wyjaśniła Dorota, rozmasowując sobie prawą kostkę. - Cholera, winda u ciebie nie działa, musiałyśmy przytelepać się po schodach.
- Ale jakiej pomocy? Kto to jest? - dociekała Alicja.
- Nie wiem, jakaś Chinka. - Dorota wzruszyła ramionami. - Prawdopodobnie porwana albo co. Przetrzymywana siłą... Znęcają się nad nią, musimy powiadomić jakiś urząd, trzeba ją ratować. Gdyby nie ja...
- Dzień dobry - przywitała się Alicja z Azjatką. - Może pani spocznie? - Wskazała krzesło.
Kobieta zaczęła mówić coś płaczliwym tonem, wpychając do rąk Alicji zwitek dokumentów.
- Co to jest? Po co ona mi to daje? - spytała z przerażeniem Alicja.
- Nie wiem. Może to jakiś list błagalny do potencjalnych wybawców. No... czyli do mnie. Ważne, że dziewczyna jest już bezpieczna. Daj coś do picia.
Alicja posłusznie przyniosła z kuchni butelkę wody i szklanki. Azjatka wciąż stała przy drzwiach, kuląc się i przyciskając do piersi torebkę.
- Widzisz, jaka wystraszona? - zauważyła Dorota, odbierając od Alicji szklankę z wodą. - Siadaj, Mia. Tak ją nazwałam. Mia - ładnie, prawda? Nie mogę jej wziąć do siebie, bo Artur dziś w nocy przylatuje i wiesz... No nie może być u mnie Chinki. Musi spać u ciebie. No siadaj, Mia, nie krępuj się - ponagliła gestem. - Jesteś już bezpieczna. Do you understand? Rozumiesz?
Chinka nie rozumiała. Stała nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w podłodze.
- Jak ją znalazłaś? - spytała Alicja, nie bardzo wiedząc, czy może pozwolić na to, aby obca Chinka nocowała w jej mieszkaniu. Gdzie ją położy, skoro ma tylko dwa łóżka?
- Mówiłam ci, Artur dzisiaj przylatuje, postanowiłam kupić coś na kolację. Wiadomo, nie będę sama stać przy garach, poleciałam więc do baru i zamówiłam chińszczyznę na wynos. Kiedy czekałam, aż przygotują dania, usłyszałam krzyki. Nie byłabym sobą, gdybym nie zajrzała na zaplecze. Udając, że szukam toalety, zapuściłam żurawia. I co? Stoi biedna Mia, a nad nią facet, który się wydziera i wymachuje tasakiem! Żebyś ją widziała, jaka wystraszona, łzy jej leciały ciurkiem, a on się darł jak oszalały. Mówię ci, żadnych gości, tylko ja. Poczułam się odpowiedzialna za tę dziewczynę, też byś tak zrobiła! Nie będzie w moim kraju jakiś dupek znęcał się nad biedną Chinką. Jeszcze by ją zabił i nikt by się o tym nie dowiedział...
- Ale co on krzyczał?
- A bo ja wiem? Przecież nie znam chińskiego. Darł się i tyle. Wpadłam tam, krzyknęłam na niego, pogroziłam policją, wzięłam Mię i uciekłyśmy.
- Nie mogłaś zadzwonić po policję?
- Nie pomyślałam, tak szybko się to działo... Trzeba ją tu przenocować, a jutro się coś wymyśli.
- Czekaj! - krzyknęła nagle Alicja i twarz jej się rozpromieniła. - Przecież Basia Grad jest tłumaczką chińskiego, zaraz po nią zadzwonię, mieszka piętro wyżej. - Mówiąc to, chwyciła za komórkę i pokrótce naświetlając Basi sprawę, poprosiła ją o przyjście.
Już po kilku minutach rozległo się pukanie do drzwi.
Basia była drobną blondynką o wydatnych ustach i dużych, granatowych oczach. Dorota blado uśmiechnęła się na jej widok, nie lubiła przebywać w towarzystwie kobiet ładniejszych od siebie, a Basia nie dość, że ładna, to jeszcze przyjaźnie szczebiocząca i szczerze zainteresowana niesieniem pomocy biednej Chince. Przywitawszy się z nią, wolno i spokojnie spytała ją, o co chodzi. Z dziewczyny, która usłyszała swój rodzimy język, wypłynął potok słów. Miała na imię Lao i jak przetłumaczyła Basia, przebywała w Polsce legalnie, dowodem czego miały być zabrane przez nią w pośpiechu z baru dokumenty, ale Dorota nawet w nie nie spojrzała. Dziewczyna była przekonana, że Dorota jest z urzędu imigracyjnego, dlatego pojechała z nią, wyjaśnić sprawę.
- Nic nie rozumiem. - Dorota wzruszyła ramionami. - Coś kręci. Na własne oczy widziałam, jak kucharz drze się na nią, wymachując tasakiem.
- Ten z tasakiem to jej wuj. Nie znęcał się nad nią, po prostu rozmawiali.
- Rozmawiali... - burknęła Dorota. - On krzyczał, a ona płakała, też mi rozmowa.
Basia odwróciła się do Lao i spytała ją o powód łez.
- Ona pochodzi z biednej prowincji - wytłumaczyła po chwili. - W Polsce jest od niedawna, dołączyła do rodziny swojego wuja mieszkającej tu od ośmiu lat. Co miesiąc wysyłają do Chin pieniądze, które, jak się dzisiaj dowiedzieli, nie zawsze docierają do jej ojca i matki. Giną po drodze, prawdopodobnie ktoś z urzędu pocztowego z ich wsi rekwiruje co którąś wpłatę. Dlatego jej wuj się zdenerwował. Krzyczał, owszem, ale nie na nią. A ona płakała, bo uświadomiła sobie, jak wiele pracy wymaga od nich tutaj wysupłanie kilku złotych, by móc przelać dolary do Chin. A te dolary nie docierają...
- To przykre - zasmuciła się Alicja.
- Jednym słowem, nastąpiło nieporozumienie. Lao jest w Polsce legalnie i krzywda jej się nie dzieje.
- Strasznie mi głupio - wyjąkała Dorota, wstając z kanapy. - Myślałam, że...
- Już wyjaśniłam Lao, skąd to nieporozumienie, nie jest zła. Pyta, czy może już wrócić do domu.
- Oczywiście. - Dorota sięgnęła do torebki, wyjęła portfel, a z niego sto złotych. - To na taksówkę. Bardzo przepraszam, że tak brutalnie wyciągnęłam cię z baru.
Lao kiwnęła głową, czekając, aż Basia przetłumaczy, co powiedziała Dorota. Wkrótce kobiety pożegnały się i Lao, już mniej spięta, wyszła z mieszkania poinstruowana przez Basię, gdzie znajdzie postój taksówek.
- Dziękuję za pomoc. - Alicja uśmiechnęła się do Basi. - Gdyby nie ty, przetrzymywałabym przez całą noc biedną Chinkę, zmuszając ją do spania w moim łóżku.
- E tam - obruszyła się Dorota. - Pewnie sama by uciekła w końcu. Nic się nie stało. O Boże! - krzyknęła nagle. - A gdzie Matysia? Mam nadzieję, że się nie wystraszyła tą akcją?
- Zasnęła przed telewizorem - wyjaśniła Alicja. - Jak złapie pierwszy sen, to może się wokół walić i nic jej nie obudzi. Macie ochotę na sernik?
- Nie, dziękuję, zaraz muszę lecieć, żeby wyszykować się na wieczór i kupić coś do jedzenia, bo z tego wszystkiego nie wzięłam chińszczyzny - powiedziała Dorota.
- A ja chętnie. I tak nie mam nic do roboty. Janusz po pracy miał wpaść do warsztatu wymienić opony, a Tomek śpi dzisiaj u kolegi. - Basia usiadła przy stole, biorąc do ręki gryzmoły Alicji. - A co to? Wierszokletką zostałaś?
Alicja zrobiła kwaśną minę i pokrótce opowiedziała o sytuacji z przedstawieniem.
- Co za pinda z tej nauczycielki! - oburzyła się Dorota. - W moją Matysię kochaną nie wierzy? W moją córcię jedyną?
- Dorcia jest matką chrzestną. - Alicja wyjaśniła Basi zawiłości rodzinne.
- Już ja jej pokażę drzewo! - kontynuowała Dorota. - Wyrzuć ten papier, co to jest w ogóle? Malowanki komunistyczne? Do śmieci z tym!
- Ale Matylda się namęczyła... Cieszyła się na te listki...
- W dupie z listkami. Wytnij kawałek gałęzi i zawieś u niej w pokoju na pamiątkę. Ja jej przyniosę strój. Będzie takim drzewem, że wszystkim szczęki poopadają z wrażenia! Poproszę chłopaków z produkcji, już oni wymyślą taki bajer, kochana, światełka, muzyczkę, szum prawdziwych liści. Te motylki i biedroneczki będą mogły co najwyżej po kątach się schować. Zobaczysz. Kiedy ten występ?
- Za tydzień.
- Ups... Trochę mało czasu... Ale damy radę, moja w tym głowa! Dobra, dziewczyny, lecę. Pa! - Chwyciła leżącą na sofie torbę i wybiegła z mieszkania.
- Fajną masz siostrę - przyznała Basia, gdy za Dorotą zamknęły się drzwi, a ona z Alicją siedziały przy stole, delektując się sernikiem i zieloną herbatą.
- Fajna, tylko trochę postrzelona, jak widzisz. Pracuje w agencji reklamowej, jest bardzo kreatywna, energiczna, no i... czasem szybciej działa, niż myśli... Co było widać na przykładzie biednej Chinki.
- Dobre ma serce, ot co.
- Nie wiem, czy to dobre serce, czy jakaś nadmiernie rozbuchana potrzeba niesienia pomocy.
- To chyba dobrze?
- Zależy dla kogo - zadumała się Alicja. - Zdarza się, że Dorota angażuje się w coś, co nie wymaga wcale jej pomocy. Czasem mam wrażenie, że po prostu lubi błyszczeć, zwracać na siebie uwagę; lubi, gdy ludzie są jej wdzięczni, czuje się wtedy chyba bardziej doceniona... Nie wiem... Właściwie to zawsze taka była. A to przygarnęła psa, a to kota, a to stanęła w obronie koleżanki, którą gnębiono z powodu tuszy. Jest niczym radar wykrywający słabszych, taki superman w spódnicy. Kiedyś na przykład zrobiła całą akcję na osiedlu, kiedy jeszcze mieszkałyśmy z rodzicami, żeby pomóc biednej rodzinie. Chciała im zrobić niespodziankę na święta, zaangażowała sąsiadów, kupowali jedzenie, ubrania, zabawki dla dzieci. Naprawdę olbrzymia akcja pomocowa. W Wigilię przyszła do nich wraz z dwiema innymi sąsiadkami, niosąc wielkie pudła. Była szczęśliwa i przekonana, że robi dobrze, że będą jej wdzięczni. Tymczasem ta rodzina, choć rzeczywiście biedna, nie oczekiwała od nikogo pomocy. Żyli bardzo skromnie, ale dawali radę. Poczuli się upokorzeni tymi paczkami, a przede wszystkim tym, że Dorota na całe osiedle rozgłosiła, że są biedni. Potem te dzieci chodziły ze spuszczonymi głowami po szkole, bo inne oczekiwały podziękowań za zabawki, które im przyniosły. Ach, szkoda gadać... Dorota nie rozumiała, gdzie popełniła błąd, nie docierało do niej, że powinna najpierw z nimi porozmawiać, zapytać, co sądzą o takim pomyśle. Niewiele ją tamta akcja nauczyła, potem jeszcze miała kilka tego typu wpadek. A, nieważne...
- Mimo wszystko dobrze, że są tacy, którzy mimo wpadek, chcą dalej pomagać - zamyśliła się Basia.
- Masz rację. - Uśmiech rozświetlił twarz Alicji. Dolała herbaty z imbryczka.
- Szkoda, że ja nie mam siostry. Dwóch młodszych braci to zupełnie inna bajka. Prawie nie mamy kontaktu, widujemy się od święta. Z siostrą to jednak i poplotkować można, i na wino pójść...
- Ha! Dobrze powiedziane. My niestety rzadko wychodzimy gdzieś razem. Ona ma swoją pracę, swoje życie. Ja mam Matyldę, siedzę w domu... Zresztą Dorota jest ode mnie trzy lata starsza, a czuję się, jakbym to ja była starszą siostrą. Bardziej poukładaną, bardziej odpowiedzialną, no wiesz... Myślę, że ona wolałaby pójść na wino z jakąś koleżanką niż ze mną. Ale fakt, dzwoni dość często.
- Ty jesteś bardziej poukładana? - zdziwiła się Basia. - To chyba mało cię znam. - Uśmiechnęła się.
- Bo nie znasz Doroty. Mimo wszystko to ja mam już dziecko, mieszkanie. No, męża nie mam, ale przecież byłam wiele lat w stałym związku. Ona z kolei stale coś zmienia, a to fryzury, a to styl ubierania się, ciągle się przeprowadza, facetów też zmienia jak rękawiczki. Teraz jest niby z jakimś Arturem, ale ja go jeszcze na oczy nie widziałam. Mam wątpliwości, czy on w ogóle istnieje, bo zawsze, gdy mówię, że chciałabym go poznać, ona odpowiada, że jeszcze nie czas, że on taki zabiegany, bo mieszka w Poznaniu, a tu wpada na chwilę w interesach...
- Może naprawdę jest zabiegany. A ona zakochana i woli każdą minutę z nim spędzać, niż wozić go po rodzinie.
- Może...
- U mnie tak było. Rodzice poznali Janusza dopiero po siedmiu miesiącach, akurat w dniu, gdy postanowił mi się oświadczyć. Wcześniej jakoś nie było okazji... To znaczy my nie mieliśmy ochoty wyfruwać z jego ówczesnej kawalerki, czyli naszego gniazdka miłości. - Basia się roześmiała, puszczając oczko. - Chłonęliśmy każdą sekundę, którą mieliśmy dla siebie. Janusz wtedy dużo podróżował. Teraz role się odmieniły, to ja podróżuję. Ale niedosyt pozostaje. Śpimy wciąż mocno wtuleni w siebie, jakby jutra miało nie być... A propos, znów kroi mi się wyjazd do Chin. Janusz trochę kręci nosem. Tym razem mam jechać na pół roku. Nie wiem, jak sobie z Tomkiem we dwóch poradzą...
- Aż pół roku? Jak ty sobie poradzisz bez nich?
- No właśnie... Ale to dobra propozycja. Polska firma odzieżowa otwiera tam fabrykę, mam być tłumaczem. Świetnie płacą, moglibyśmy dzięki temu kupić z Januszem działkę nad Świdrem. Byłoby gdzie jeździć latem, on tak lubi ryby łowić... Ech, właściwie to już postanowiłam.
- A kiedy masz jechać?
- W maju. Myślisz, że dobrze robię?
Alicja się zamyśliła. Znała Basię od niecałych ośmiu miesięcy, odkąd zaprzyjaźniły się podczas awarii windy. Zawieszone w dźwigu pomiędzy piętrami, razem z dziećmi i wśród rozchodzącego się apetycznego aromatu wiezionej przez Basię pizzy na wynos - zaczęły rozmawiać, potem jeść, a w końcu, gdy zostały wreszcie uwolnione, umówiły się na wieczorną kawę. I tak zaczęła się ich przyjaźń. Zbyt krótka jednak, by Alicja mogła rzetelnie ocenić, na ile półroczny wyjazd Basi jest trafionym pomysłem.
- Nie wiem - przyznała. - Ale skoro już postanowiłaś...
- Główny powód to pieniądze, bo przecież w Chinach już byłam, nie muszę ich ponownie zwiedzać. Ale żal mi Janusza, dorabia po nocach, pisząc wnioski o pozyskanie funduszy dla początkujących firm. Działki z tego nie kupi, a wiem, że o niej marzy... No nic, uciekam, przemyślę to jeszcze, buziaki.
Alicja po wyjściu Basi jeszcze chwilę siedziała nad tekstem dla Matyldy. W końcu zdecydowała się na proste dwa zdania:
"Wiosnę poznacie po liściach na drzewach. Zielenią się na nich zanim ptak zaśpiewa".
Zadowolona zamknęła zeszyt. Uznała, że niezależnie od tego, czy ptaki na zimę milkną czy nie - zdanie, które będzie wypowiadać Matylda, daje przewagę nad innymi aktorami. To ona, drzewo, będzie pierwszym zwiastunem wiosny.
Cholernej Pani Wiosny - zaklęła w myślach.
Rozdział 2
Dozorczyni ubrana w ciemnozieloną kurtkę wyprowadzała ukochanego jamnika na spacer. Dzierżąc w jednej ręce łopatkę do zbierania psich odchodów, a w drugiej brązową, mocno już zużytą smycz, podążała w stronę niewielkiego skrawka zieleni odgrodzonego od chodnika niskimi, czerwonymi barierkami. Dochodziła godzina siódma, pierwsi lokatorzy wychodzili z kamienicy, podążając szybkim krokiem w kierunku przystanku lub zaparkowanych samochodów. Dozorczyni witała się z każdym krótkim "dzień dobry", obiecując sobie, że to już ostatni raz, gdy wita się z sąsiadami pierwsza. Obietnicę taką składała sobie niemal każdego dnia, nazajutrz o niej zapominając. Właśnie miała ukłonić się Rudej, bo tak nazywała w myślach lokatorkę spod czwórki, gdy nieopodal klatki schodowej zatrzymał się pokaźnych rozmiarów samochód, a kierowca zaczął przeraźliwie trąbić. Ruda, zaspana jeszcze i nie do końca przytomna, przystanęła poruszona nagłym dźwiękiem. Dozorczyni zaś, z rysującym się na twarzy zacięciem, pociągnęła smycz i - mimo że jamniczek w najlepsze prężył się pod krzaczkiem - ruszyła w stronę hałaśliwego auta.
Wysiadła z niego kobieta, która nie zważając ani na osłupiałą Rudą, ani też na coraz bardziej czerwoną na twarzy dozorczynię, zagwizdała na palcach i krzyknęła w stronę jednego z okien:
- Pobudka! Drzewo przyjechało! Wstawać, śpiochy, wiosna przyszła!
Ponownie wsiadła do samochodu i zatrąbiła.
- Oszalała pani? - krzyczała w jej stronę zdyszana dozorczyni. - Pobudzi pani ludzi! Nie wszyscy wychodzą do pracy, są tacy, którzy jeszcze śpią! Co pani?
- Wiosna przyszła, ptaki powrócą do gniazd - wymamrotała Ruda filozoficznie, pokiwała głową i uśmiechnąwszy się lekko, odeszła w stronę parkingu.
- Jaka wiosna? To nie powód, żeby nam tu o siódmej rano hałasować! - krzyczała wzburzona dozorczyni. Nie zauważyła nawet, że jamnik, próbując dotrzymać jej kroku, zaplątał się w smycz i biegł, kuśtykając, na trzech nogach.
- Niech pani nie dramatyzuje. Przecież nie ma już ciszy nocnej. Zresztą mnie też nieraz budzi facet, który ostrzy noże. Krzyczy pięć razy głośniej niż ja. "Noże ostrzę, nożyczki, noże!!!".
- To co innego. Pan z ostrzałką krzyczy, bo to jego praca. W ten sposób informuje mieszkańców, że przyszedł - wycedziła dozorczyni, usiłując uwolnić psa ze smyczy.
- Ja przecież robię to samo. Informacyjnie krzyczę, że drzewo przywiozłam. Halo, pobudka! - zaprezentowała. - Drzewo przywiozłam!!! Wiosna, wiosna!!!
- Dorota? - Nagle otworzyło się okno na drugim piętrze i wychyliła się z niego Alicja. - Nie drzyj się tak, chodź na górę. Dzień dobry, pani Konarska, przepraszam za siostrę, ale dzisiaj pierwszy dzień wiosny i przywiozła drzewo.
- Pani Alicjo - odkrzyknęła dozorczyni - mnie nie obchodzi, co wy tam sobie zwozicie. Ja muszę dbać o spokój lokatorów!
- Tak, tak, ma pani rację - przyznała Alicja. - Dorota, chodź na górę.
Dorota dotarła pod drzwi Alicji równocześnie z Basią, która usłyszawszy jej pokrzykiwania, założyła na siebie szlafrok i przybiegła, by podziwiać przebranie dla Matyldy.
- Obudziłam cię? - spytała rozbawiona Dorota.
- Ależ skąd. Nie spałam już, Tomka do szkoły wyprawiam o tej porze. Pomogłaś mi, bo nie chciał się zwlec z łóżka. Ale gdy usłyszał o wiośnie, to zaraz wyskoczył, żeby sprawdzić, co to za wariatka wydziera się pod oknami. Janusz akurat był w łazience i też przybiegł. Trzeba przyznać, że masz kawał głosu - roześmiała się Basia.
Kiedy weszły do mieszkania, obydwie w dobrych humorach, nie od razu zauważyły, że Alicja jest jeszcze nieubrana, a do tego smutna i blada.
- O Boże! Jak ty wyglądasz?! - krzyknęła po chwili Dorota, wpatrując się w siostrę. - Zaspałaś? Siódma już! Budź Matyldę i jedziemy. Drzewo jak ta lala! Piękne, mówię ci, chłopaki się postarali. Na kółeczkach, nie musi mała nic trzymać, jest otwór na twarz, a ponadto wydaje szumiące dźwięki. Taki akumulatorek i głośniczki zamontowali, mówię ci, cudo. Przepiękne!
- Nie zaspałam. Całą noc nie spałam. Nigdzie nie jedziemy - wydukała smutno Alicja.
- Dlaczego? Co się stało? - spytała zdziwiona Basia, siadając przy stole.
- A jak sądzicie, co się mogło stać? Matysia wczoraj w nocy dostała gorączki. Nici z występów. Cholera jasna, ta przemądrzała nauczycielka będzie teraz zacierać ręce z satysfakcją, że miała rację.
- O rany, tak mi przykro - powiedziała Basia. - A sprawdzałaś teraz temperaturę? Może dostała wczoraj gorączki ze stresu, że dzisiaj występuje...
- Gdzie tam ze stresu. Zwyczajnie się rozchorowała, jak zwykle. Przepraszam, Dorota, powinnam była do ciebie zadzwonić, żebyś nie przyjeżdżała z tym drzewem, ale tak się załamałam, że w ogóle nie miałam do tego głowy. Strasznie mi przykro, że nie wykorzystamy tego stroju, wiem, że i ty się zaangażowałaś, i twoi koledzy.
- A tam. - Dorota machnęła ręką. - Jeszcze będzie okazja... - powiedziała bez przekonania.
- Kawy wam zrobię - zaproponowała Alicja. - Matylda jeszcze śpi. Niedawno dałam jej paracetamol, trochę pokasływała w nocy, pewnie dopiero się zaczyna. Byle nie zapalenie oskrzeli, bo niedawno przechodziłyśmy...
- Tran nie pomógł? - spytała Dorota.
- Jak widać. Prawdę mówiąc, jestem zdeterminowana, żeby jechać z nią na tę cholerną wieś, jak radziła lekarka, tyle że mnie nie stać.
- Jak to? Przecież na wsi to raczej drogo nie jest... - zadumała się Dorota.
- Ale pobyt gdziekolwiek kosztuje. - Alicja przyniosła dzbanek ze świeżo zaparzoną kawą. - A nie wystarczy pojechać na tydzień. Lekarka zasugerowała trzy miesiące! Przesiedziałam całą noc w internecie, sprawdzając oferty hoteli, pensjonatów, gospodarstw agroturystycznych. Niestety, żebym nie wiem jak się starała, to na trzymiesięczny pobyt mnie nie stać.
- To może bez wyżywienia... - zaproponowała Dorota.
- Zgłupiałaś? - wtrąciła się Basia.
- A Bartek nie może zapłacić? Przecież to także jego córka. Uważam, że powinien zasponsorować chociaż część kosztów wyjazdu! - powiedziała Dorota.
- Bartek, Bartek - westchnęła Alicja. - Rozmawiałam z nim w nocy. Byłam naprawdę zdesperowana. Ale zbagatelizował sprawę. Powiedział, że to fanaberie, że dziecko w końcu się wychoruje i żadna wieś tutaj nie będzie miała wpływu. Taki wiek według niego.
- No tak, nie siedzi z nią, to nie widzi problemu, kutas jeden - wycedziła Dorota.
- Nie przeklinaj. Poza tym, on teraz szykuje się do ślubu z tą swoją Andzią - kontynuowała Alicja. - Więc tym bardziej pieniądze zbiera, przecież nigdy nie był bogaty, nie ma oszczędności.
- No pewnie, jeszcze się nad nim lituj! - oburzyła się Dorota. - Powinnaś więcej wymagać. Nie możesz brać wszystkiego na swoje barki. To jego córka...
- Alimenty płaci - wtrąciła Alicja.
- Alimenty-srenty. Pięć stów ledwie rzuca, co to jest na dziecko?
- Racja. Przecież to ty jesteś z nią na co dzień - zauważyła Basia. - To ty opiekujesz się nią, biegasz po lekarzach, jesteś uwiązana w domu, nie możesz iść do pracy... On nie ma tych problemów. Tylko płaci... Zresztą niewiele. Dorota ma rację, powinnaś go przydusić o kasę. Albo niech to on jedzie na trzy miesiące na wieś.
- O, dobry pomysł! - przyklasnęła Dorota. - Niech on jedzie. Po pierwsze zrobi coś dla dziecka, po drugie ty trochę dzięki temu odsapniesz, a po trzecie niech on wreszcie zobaczy, jak to jest!
- Nie pojedzie. - Alicja wzruszyła ramionami.
- Dlaczego? Zaproponuj mu to. Wytłumacz, że to nie fanaberie. Skoro Matyldzie nic innego nie pomaga, to warto spróbować. Przecież nie namawiasz go na wyjazd do Honolulu, ale na polską wieś. Niech spróbuje wziąć kilka miesięcy wolnego, przecież ty musiałaś odłożyć swoje zawodowe ambicje na kilka lat... - drążyła Dorota.
- Nie pojedzie - powtórzyła Alicja. - Mało tego, w tym roku również nie spędzi z Matyldą wakacji, właśnie mnie o tym poinformował. Zaproponował, że w zamian zabierze ją na ferie, bo teraz nie będzie miał czasu... Przygotowania do ślubu, szukanie sali, sukni, garnituru, załatwianie podróży poślubnej. No wiecie, Aneczka jest wymagająca, ona nie zadowoli się byle czym, trzeba zadbać o każdy szczegół...
- I zrezygnował z wakacji z córką? - Basia kręciła głową z niedowierzaniem. - Co za świnia.
- Ma wpaść w któryś weekend - uściśliła Alicja. - Obiecał, że zabierze ją do zoo, do kina. Co miałam zrobić, zgodziłam się. Przecież nie będę mu dziecka na siłę wciskała. Szczególnie teraz, gdy mieszka z tą lafiryndą...
Dorota i Basia spojrzały na siebie kwaśno. Obydwie uważały, że Alicja jest zbyt miękka w stosunku do Bartka. Widząc jednak zmęczenie i smutek rysujące się na jej twarzy, odpuściły pogadankę na temat facetów i ich ojcowskich obowiązków. Siedząc w ciszy, każda zatopiła się w swoich myślach.
- Pożyczyłabym ci kasę na ten wyjazd - odezwała się po chwili Basia. - Ale nie mam.
- Dziękuję, kochana jesteś. - Alicja się uśmiechnęła. - Ale nie chcę pożyczać. Zlecenia mam ostatnio na tyle nieregularnie, że nawet nie potrafiłabym przewidzieć, kiedy udałoby mi się oddać. Ledwie mi starcza na rachunki. Nie mówiąc o innych wydatkach, dobrze, że rodzice trochę mi pomagają.
- Ja też teraz nie mam - wtrąciła Dorota smutno. - Wszystkie oszczędności poszły na cycki...
- Jakie cycki? - Alicja spojrzała na siostrę zdziwiona wyznaniem.
- Nawet nie zauważyłaś...
- Zrobiłaś sobie cycki? - Basia wpatrywała się w klatkę piersiową Doroty. - Mogę dotknąć?
- Kiedy zrobiłaś? Po co? - dopytywała Alicja.
- Dwa miesiące temu... Nie chwaliłam się, bo ciekawa byłam, czy zauważysz. No, ale nie noszę teraz jeszcze dekoltów, to w sumie można nie dostrzec. - Zamyśliła się. - Właściwie nie zarejestrowałam większego zainteresowania ze strony mężczyzn, może powinnam jeszcze je powiększyć...
- Zgłupiałaś? Przecież miałaś ładne piersi. Nie mów, że to ten twój Artur cię do tego namówił.
- A skąd, nawet się nie przyznałam. Prawdę mówiąc, on też nic nie zauważył, a przecież tydzień temu dotykał.
- A ja mogę dotknąć? - dopytywała Basia.
- A dotykaj, byle nie ściskaj za mocno, bo ciągle mam fobię, że ten silikon strzeli. Słuchaj, Alicja - zmieniła nagle temat. - A może rodzice by się dorzucili? W końcu to ich jedyna wnuczka, mama nie żałuje na prezenty dla niej.
- Aha, pewnie. - Alicja zmarszczyła nos. - Szczególnie teraz, gdy robili remont i ojciec zrzędził w słuchawkę, że kredyt musiał wziąć, bo mama uparła się na podłogę z egzotycznego drewna. Poza tym pomagają mi na co dzień, a to Matysi buty kupią, a to kurtkę...
- Rzeczywiście...
- Dziewczyny. - Klasnęła w dłonie Basia, oderwawszy się od piersi Doroty. - A po cholerę pensjonat? Przecież można się najzwyczajniej w świecie wprosić do kogoś na wakacje. Ja wiem, że trzy miesiące to nie tydzień, ale babcia czy ciocia mieszkająca na wsi na pewno zrozumie sytuację... Rodzina powinna się wspierać. Możesz zaproponować, że innym razem ktoś może przyjechać do ciebie, zrobisz mu wycieczkę po Warszawie...
- Świetny pomysł - przyznała Alicja. - Tyle że ja nie mam do kogo się wprosić. Nie mam rodziny na wsi.
- Na pewno masz. Przecież każdy ma.
- My nie - odrzekły zgodnie Dorota i Alicja.
- Z żadnej strony? Ani od mamy, ani od taty?
- Mama z Mokotowa, tata z Żoliborza. - Alicja wzruszyła ramionami. - Poznali się w kinie, mama wtedy pracowała jako kasjerka w Feminie. Wzięli ślub i zamieszkali najpierw u babci na Mokotowie, potem dostali mieszkanie na Woli. Brat naszej mamy mieszka z żoną na Pradze Południe, drugi wyprowadził się z Warszawy, ale niestety nie na wieś, tylko do Bydgoszczy. Siostra taty mieszkała na Powiślu, ale gdy dziadkowie zmarli, przeniosła się na Żoliborz. Aha, jest jeszcze brat dziadka od strony taty i jego dzieci, ale oni też na Żoliborzu. A nie, jedna mieszka na Ursynowie...
- Nawet na wakacje nie jeździłyśmy na wieś - wtrąciła Dorota. - Tata zawsze załatwiał wczasy albo nad morzem, albo na Mazurach, w typowych ośrodkach wypoczynkowych z domkami, boiskami, świetlicami. Żadna tam wieś... Jak na tamte czasy, to były prawdziwe kurorty.
Basia patrzyła zdumiona. Trudno jej było zrozumieć, jakim sposobem te ponad trzydziestoletnie kobiety mogły się uchować bez jakiegokolwiek członka rodziny, który nie mieszkałby na wsi. Ona sama, mimo iż urodzona w Warszawie, jedną babcię miała na wsi pod Wrocławiem, a drugą nieopodal Białegostoku. Niestety, żadna z nich już nie żyła, a domy zostały sprzedane, więc nawet gdyby chciała, to nie mogłaby zaproponować Alicji pobytu na którejś z tych wsi.
- Alicja! - krzyknęła nagle Dorota. - Jednak mamy kogoś! Pamiętasz tę staruszkę, która przyjechała na pogrzeb babci? Ona ze wsi jest przecież, to jakaś jej siostra cioteczna, pamiętasz?
Alicja zmrużyła oczy, starając przypomnieć sobie wydarzenie sprzed roku. Na pogrzeb babci, oprócz nielicznej rodziny, przybyło też mnóstwo babcinych przyjaciółek, sąsiedzi i koleżanki z Klubu Seniora.
- Taka siwa, w czarnym toczku...
- Co druga tam była siwa - zauważyła Alicja.
- No, ale taka charakterystyczna, bo nikogo tu nie znała, na stypie trzymała się z boku. Pamiętasz? Józefina jakaśtam.
- Czekaj, rzeczywiście, była taka. Zachwycała się Matyldą.
- No widzisz, to już masz z górki, bo lubi Matysię. A pamiętasz, jak się z nami żegnała? Powiedziała, że zaprasza do siebie na wieś, że koniecznie musimy przyjechać...
- Powiedziała tak z grzeczności. Nie mogę do niej zadzwonić. To było prawie rok temu, nie utrzymujemy ze sobą kontaktu. Była na liście osób do powiadomienia o pogrzebie, ale tylko tyle. Nie mogę ot tak wprosić się do niej na trzy miesiące.
- Nie bądź głupia, dzwoń - naciskała Dorota. - Przecież mówiła, że mieszka sama, syn w Australii siedzi. Może staruszka akurat potrzebuje towarzystwa? Nic więcej o niej nie wiemy. Nie możesz zakładać z góry, że ci odmówi. Być może właśnie się ucieszy.
- A nawet jeśli odmówi, to trudno, nie masz nic do stracenia - zauważyła Basia.
- Dzwoń, mówię ci - ponaglała Dorota.
- Nie mam do niej numeru. Może mama ma...
- Ależ oczywiście, że masz. Obdzwaniałaś wszystkich, na pewno masz tę listę, przecież ty nic nie wyrzucasz. Założę się, że jest w szufladzie z pamiątkami po babci.
Alicja podrapała się po brodzie niezdecydowana. Pamiętała ciotkę Józefinę jak przez mgłę. Podczas stypy rozmawiała z nią tylko przez chwilę, byłoby niezręcznie zadzwonić do niej nagle i wpraszać się na trzy miesiące.
- No, szukaj tej kartki - niecierpliwiła się Dorota.
- Ale co mam jej powiedzieć? Dzień dobry, nie wiem, czy mnie pani pamięta, widziałyśmy się na stypie Wandy Moreń, mojej babci...
- Nie "pani", tylko "ciocia" - przypomniała Dorota. - Siostra cioteczna babci to dla nas ciocia.
- Albo stryjenka - zamyśliła się Basia.
- Nieważne - kontynuowała Alicja. - Co jej powiem? Że mnie zapraszała i właśnie sobie o tym przypomniałam? I że mam ochotę przyjechać z córką na, bagatela, trzy miesiące? Przecież ona zejdzie na zawał po takim telefonie.
- Nie marudź, szukaj tej kartki i dzwoń.
Alicja, przyciśnięta do muru, otworzyła jedną z głębokich szuflad w komodzie. Trzymała tam wszelkie pamiątki, nie tylko po babci, ale też swoje i rodziców. Były tam pamiętniki, zdjęcia, stary obrus z motywem świątecznym. Szuflada kryła również kilka płyt gramofonowych, spięte recepturką papierki z historyjkami obrazkowymi po gumach "Donald", a także dwa lekko wyszczerbione kryształowe kieliszki, które niegdyś stały na honorowym miejscu w mieszkaniu rodziców. Kieliszki, którymi wznosili toast w dniu ślubu, a które chcieli wyrzucić podczas ostatniego remontu.
W szufladzie było również pudełko po butach, gdzie swoje miejsce znalazły drobne szpargały, pamiątkowe bilety, kilka starych znaczków pocztowych oraz dziesiątki luźnych kartek.
- Jest. - Alicja wyjęła z pudełka zapisaną ręcznie kartkę z nazwiskami i numerami telefonów.
- No to dzwoń. - Dorota podała swój telefon. - Nie ma na co czekać.
- Ale chyba za wcześnie, dopiero wpół do dziewiątej, nie wypada tak wcześnie dzwonić.
- O Boże! Ale się zasiedziałam! - krzyknęła Basia. - Moi chłopcy dawno już wyszli z domu, a ja nie zrobiłam Tomkowi kanapek... Może Janusz zrobił? - pocieszyła się. - O rany, co za wyrodna matka ze mnie...
- Starzy ludzie wcześnie wstają, dzwoń - powiedziała z przekonaniem Dorota, nie zważając na lamenty Basi.
- Mamo, pić - usłyszały nagle słaby głos Matyldy z drugiego pokoju.
- Ja się nią zajmę - zaproponowała Basia, sięgając po stojącą na stole szklankę z sokiem. - Zdziwi się, kiedy zobaczy mnie w szlafroku, ale trudno. Wyjaśnię, że czasem sąsiadki tak właśnie się odwiedzają.
Alicja wzięła telefon, kartkę i wyszła do kuchni. Peszył ją wzrok siostry, wolała odbyć tę rozmowę na osobności. Kiedy po piętnastu minutach wróciła, jej wzrok niewiele mówił. Dorota z Basią wpatrywały się w nią wyczekująco.
- I co? Odebrała telefon? Żyje? Rozmawiałaś z nią? - Siostra Alicji jak zwykle była bezpośrednia.
- Rozmawiałam. Sama nie wiem... Ucieszyła się, że dzwonię, od razu mnie skojarzyła, kiedy się przedstawiłam.
- No i? - ponaglała Dorota.
- No i naświetliłam jej sprawę. Spytałam, czy mogłabym przyjechać z Matyldą. Powiedziałam o jej problemach zdrowotnych, o tym, co zaleciła lekarka i o tym, że nie bardzo mam dokąd jechać. Że nie stać mnie na pensjonat, ale oczywiście zapłacę za pobyt, żeby też nie wystraszyła się, iż zwalimy się jej na głowę bez grosza przy duszy. Powiedziałam, że chodzi o trzy miesiące od czerwca.
- Zgodziła się? - dopytywała Dorota.
- Zgodziła - powiedziała Alicja sucho.
- Super! - Basia klasnęła w dłonie. - Czyli po problemie! Wspaniale!
- Ale nie słyszałam w jej głosie entuzjazmu... - zamyśliła się Alicja.
- Może zaspana była. Zresztą co tu dużo gadać, zaskoczyłaś ją. Ważne, że się zgodziła.
- Janusz też się zgodził, tak a propos - wtrąciła Basia.
- Na co? - Dorota nie była w temacie.
- Na mój wyjazd do Chin.
Rozdział 3
Miarowy stukot pociągu sprawiał, że Alicja robiła się coraz bardziej senna. Po nieprzespanej nocy organizm domagał się odpoczynku. Były w przedziale same. Matylda, naburmuszona i milcząca, wpatrywała się beznamiętnie w mijane krajobrazy. Nie była zadowolona z wyjazdu. Nie rozumiała, dlaczego nie wyjadą jak zwykle nad morze, do pensjonatu z placem zabaw i mnóstwem atrakcji w okolicy. Nie wiedziała, dlaczego w tym roku nie będzie tak bardzo wyczekiwanych wakacji z tatą. Marzyła, że zabierze ją do parku linowego, tak obiecywał. Mieli razem pokonywać przeszkody i wspinać się po zawieszonych na drzewach mostkach.
Alicja tłumaczyła, że ojciec pracuje, że zabierze Matyldę na ferie. Nie przeszło jej przez gardło, iż powód jest zupełnie inny - przygotowania do ślubu. Do tej pory unikała tematu związanego z Bartoszem i jego nową partnerką. Rozmowy z Matyldą o ojcu ograniczała do suchych informacji - kiedy przyjedzie, żeby spędzić z nią weekend, kiedy ją zabierze na lody. O Annie nie wspominała ani słowem. Na pytania Matyldy o nową partnerkę ojca, której jeszcze nie poznała, Alicja wzruszała tylko ramionami, mówiąc, że kiedyś na pewno będzie okazja. Po cichu miała jednak nadzieję, że ta okazja nigdy nie nastąpi; że zauroczenie Bartka minie i znów będzie sam, a wtedy być może zatęskni za nią i za Matyldą. I wróci.
Wiadomość o planowanym ślubie spadła jak grom z nieba. Którejś soboty Bartek przyjechał radosny i podekscytowany, zdradzając, że dzień wcześniej oświadczył się Ani, a ta go przyjęła.
Alicja przepłakała tego dnia wiele godzin, ciesząc się, że Matylda, spędzając czas z ojcem na mieście, nie musi oglądać jej w takim stanie.
Cholera - pomyślała teraz, patrząc na córkę. - Dziewczyny mają rację, jestem za mało wymagająca wobec Bartka. On właśnie beztrosko szuka garnituru i nawet nie pomyśli o tym, że Matysi jest przykro z powodu obiecanych, a niezrealizowanych planów wakacyjnych. Dlaczego mu o tym nie powiedziałam? Dlaczego godzę się zawsze na wszystko? On sobie układa życie, jest szczęśliwy, a ja?
Pytanie zawisło w powietrzu niczym ciężka zasłona, za którą nie ma błękitnego nieba, ale szary, gęsty od smogu świat.
Mimo że planowała wyjechać pierwszego czerwca, to ze względu na Matyldę, przełożyła podróż o kilka dni. Dzień dziecka postanowiła spędzić z córką w mieście, aby choć trochę poprawić Matyldzie humor. Był plac zabaw, pizzeria, lody i kino. Matylda, za dnia uśmiechnięta i szczęśliwa, wieczorem znów zapadła w niezadowolenie. "Nie chcę nigdzie jechać" - mówiła. - "Tam nic nie będzie, tylko nudy". Alicja pocieszała ją, mówiąc, że na wsi dużo się dzieje, nie potrafiła jednak podać konkretnych przykładów. Opowiadała o tym, że na pewno będą tam jakieś zwierzęta, że będą miały okazję obcować z przyrodą, ale Matyldy to nie przekonywało. "Nudy" - powtarzała uparcie. - "Nudy na pudy".
- Chcesz kanapkę? - spytała Alicja, wyjmując z torebki zapakowany w srebrną folię prowiant.
- Nie jestem głodna - wymamrotała Matylda, nie odwracając się od okna.
- A może chcesz soku?
- Nie.
Alicja odłożyła kanapki. Ona też nie miała apetytu. Najchętniej położyłaby się na siedzeniach i usnęła. Dorota jednak ostrzegała ją przed bezmyślnym spaniem w pociągu, straszyła złodziejami. Starając się ze wszystkich sił nie zasnąć, sprawdzała w myślach, czy o niczym nie zapomniała. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżała na dłużej niż dwa tygodnie, nie potrafiła więc ocenić, co powinna ze sobą zabrać na tak długi czas, tym bardziej że musiała się ograniczyć do dwóch walizek - nie dałaby rady wziąć więcej, bo Matylda jest jeszcze zbyt mała, by ciągnąć za sobą ciężką torbę na kółkach. Oprócz typowych letnich ubrań spakowane więc zostały tylko dwa swetry - po jednym dla każdej, cieplejsze bluzy na wieczór, kurtka przeciwdeszczowa dla Matyldy i kalosze. "Na wsi na pewno będzie błoto, weź kalosze" - wyrokowała matka Alicji, gdy dowiedziała się o planowanej eskapadzie po zdrowie. - "I nie zapomnij o jakiejś kiecce. Na wsiach w remizach robią dyskoteki, możesz zostawić Matyśkę pod opieką Józefiny i wybrać się na potańcówkę, może kogoś poznasz - najwyższy czas, bo przecież ten twój Bartek to raczej nie wróci" - prorokowała. - "Byle nie gołodupca. Zorientuj się tam, kto ma ziemię i za takiego się bierz".
Alicja spakowała więc i kalosze, i jedną sukienkę, chociaż wcale nie miała zamiaru się w nią ubierać. Ostatnia rzecz, na jaką miałaby ochotę, to wiejska dyskoteka. Nie wypadało jednak odmówić - w końcu mama przyjechała i czynnie pomagała w pakowaniu, nalegając na spakowanie sukienki.
Zaczął padać deszcz. Krople leniwie spływały po szybie. Matylda palcem podążała po ich śladzie. Pod nosem zaczęła nucić jakąś piosenkę, dzięki czemu Alicja odetchnęła, zadowolona, że może w końcu jej córkę opuścił zły humor i przygnębienie.
Spod przymkniętych powiek patrzyła na dziewczynkę. Zebrane w kucyk włosy miały barwę słomy, gdzieniegdzie dało się zauważyć jaśniejszy o ton kosmyk. Zaczesana na bok grzywka przypięta była fioletową spinką. Mały, zadarty nosek dodawał drobnej twarzy uroku. Alicja cieszyła się, że córka nie odziedziczyła nosa po swoim ojcu. Bartek, mimo iż twarz miał dość delikatną i symetryczną, to wydatny orli nos nadawał jej ciężkości i powagi. Idealnie pasował do przyszłego profesora historii sztuki. Tym bardziej że Bartek od pewnego czasu ozdabiał nos nisko opadającymi okularami. W ten sposób chciał sobie dodać lat i wyglądać dostojniej.
Bartek... Alicja przymknęła oczy i odpłynęła we wspomnienia.
Poznali się na imprezie u wspólnej koleżanki. Alicja była wtedy na ostatnim roku malarstwa. Bartek zaczynał doktorat z historii sztuki. Dość szybko przypadli sobie do gustu. Już tamtego wieczora przegadali pół nocy o sztuce, o ulubionych artystach, o swoich planach na przyszłość, o życiu. Alicji imponował ten postawny chłopak o rozległej wiedzy. Ona zaś ujęła go swoją dziecinną niemal naiwnością, gdy roztaczała wizje otwarcia własnej galerii, planowanych wystaw, promowaniu młodych polskich malarzy. Sama porzuciła złudzenia o zostaniu światowej sławy artystką. Studia zweryfikowały jej umiejętności. Była dobrym rzemieślnikiem, jednak tworzonym przez nią dziełom brakowało tego czegoś, co sprawia, że ludzie zatrzymują się i stoją zafascynowani - swoistej "energii obrazu" przechodzącej na oglądającego - niezależnie od tego, czy obraz przedstawia wyrazisty temat, czy tylko plamę między innymi plamami.
Alicja zdawała sobie sprawę z tego, że potrafi doskonale odtwarzać, nie potrafi zaś tworzyć. Wprawdzie na początku studiów miała jeszcze nadzieję, że jej talent rozwinie się na tyle, że nagle spłynie na nią upragniona wena, jednak im dłużej studiowała, tym większego nabierała przekonania, że malowanie zostanie dla niej pasją, nie zaś sposobem na życie.
- Nie chcę być sfrustrowaną artystką, której nikt nie kupuje i która tłumaczy sobie, że ludzie nie rozumieją jej sztuki - tłumaczyła rodzicom i siostrze. - Skoro do tej pory nie zauważyłam zachwytu w oczach odbiorców, to znaczy, że się do tego nie nadaję. Mogłabym zostać kopistą, ale tego też nie chcę. Dlatego zamierzam otworzyć galerię.
Rodzice pukali się w głowę, przekonując Alicję, że takie marzenia kosztują, to duża inwestycja, a oni, ani tym bardziej ona, nie mają funduszy na to, by wynająć na początek choćby niewielki lokal, który mógłby zostać przekształcony w galerię.
- Nie zamierzam otwierać galerii od razu po studiach - broniła się Alicja. - Najpierw na nią zarobię. Zobaczycie, że przyjdzie dzień, gdy zaproszę was na wystawę u siebie.
Kiwali głowami z politowaniem, próbując przekonać ją do zmiany pomysłu. Szczególnie matka, która oczami wyobraźni od początku widziała Alicję jako światową artystkę, o którą biją się największe galerie w Londynie i Nowym Jorku. Pragnęła dla córki tego, czego jej nie udało się osiągnąć - sławy i bogactwa. O ile Dorota, która nigdy nie wykazywała zapędów artystycznych, miała pod tym względem spokój, o tyle Alicja, gdy tylko zauważono jej talent malarski, natychmiast została zapisana na szereg kursów, później do szkół o profilu plastycznym, aż w końcu sama wybrała Akademię Sztuk Pięknych jako ukoronowanie drogi, którą szła od dziecka.
Matka Alicji do końca miała nadzieję, że plan otworzenia galerii jest tylko fanaberią aktywizującą się podczas nieudanych zajęć. Przez cały ostatni rok studiów Alicji wbijała córce do głowy, że prowadzenie galerii jest mało prestiżowe, wręcz ujmujące jej talentowi. I nawet gdyby jakimś cudem udało się jej taką galerię otworzyć, to szybko uzna, że prowadzenie sklepu z obrazami - jak zwykła mówić - nie daje takiej satysfakcji, jak sprzedawanie własnych dzieł, nawet - początkowo - za niewielkie kwoty.
- Wszyscy artyści musieli poczekać na swój czas - powtarzała. - Nie jesteś jedyna. Nie należy się poddawać. W końcu zostaniesz odkryta. Po co masz iść do pracy, jak zwykły człowiek, skoro czeka na ciebie coś więcej!
O ile rodzice patrzyli na jej pomysł nieprzychylnym okiem, o tyle Bartek szybko mu przyklasnął. Już od pierwszego spotkania chłonął każde słowo Alicji, uważając, że jest nie tylko zdolna, ale i mądra. I że galeria z pewnością będzie sukcesem. Nawet jeżeli w to nie wierzył, to Alicja nie wyczuła w jego słowach fałszu. W końcu trafiła na kogoś, kto ją wspiera - nawet jeśli tylko werbalnie. W tamtym jednak czasie bardzo tego potrzebowała.
Spotykali się sporadycznie, ponieważ ona zajęta była przygotowywaniem dyplomowej wystawy, on zaś prowadził badania wymagające wielu podróży, a oprócz tego wykładał na uczelni, co dość mocno ograniczało go czasowo.
Dopiero po około roku ich dotychczas luźny związek nabrał tempa. Alicja, zgodnie ze swoim planem, od razu po studiach podjęła pracę - najpierw jako sekretarka w firmie dystrybuującej książki, potem, po zaledwie dwóch miesiącach, za namową koleżanki zrobiła licencję agenta nieruchomości i trafiła do biura nieruchomości komercyjnych. Pod względem finansowym ruch ten okazał się strzałem w dziesiątkę. Alicja, napędzana marzeniami o galerii, dzięki determinacji szybko pięła się w górę. Niebawem jako liderka w firmie zaczęła otrzymywać najlepszych klientów i najbardziej intratne oferty. Co prawda na umowę o dzieło, ale prowizje były tak wysokie, że dzięki wynajmowaniu olbrzymich powierzchni handlowych mogła odkładać pieniądze na planowany za dwa, może trzy lata zakup lokalu na swoją galerię.
Bartek doceniał jej zaangażowanie. Doceniał także pieniądze, które zaczęła zarabiać. Sam, pracując na uczelni, zarabiał niewiele. Ledwo starczało na wynajem skromnej kawalerki i mniej niż skromne utrzymanie. Dlatego też skwapliwie korzystał z wszelkich zaproszeń do kina czy do restauracji inicjowanych przez Alicję. Życie nabrało rumieńców, podobnie jak ich związek - ponieważ wreszcie stać ich było na beztroskie spędzanie czasu. Praca już go tak bardzo nie męczyła, częściej spotykał się z Alicją, wiedząc, że gdy do niego przyjedzie, weźmie ze sobą nie tylko produkty na pyszną kolację, którą sama ugotuje, ale także butelkę wina oraz paczkę czekoladowych michałków, które tak uwielbiał.
Alicja lubiła o niego dbać. Nie przeszkadzało jej, że to ona zarabia więcej. Rozumiała, że naukowe ambicje nie pozwalają Bartkowi na razie rozwinąć skrzydeł finansowo, a droga, którą obrał, jest długa i żmudna, jednak w przyszłości różnice w zarobkach na pewno się zatrą, a być może to właśnie on wtedy jej pomoże, gdy zamiast zarabiać na nieruchomościach, będzie podejmowała ryzyko prowadzenia własnej galerii. Taki był plan i taką też wizję roztaczał przed nią Bartek.
- Za trzy lata - mówił - ja już będę miał na koncie tyle publikacji i będę na tyle pożądanym pracownikiem dla uniwersytetów, że będą się o mnie biły. Może nawet wyjedziemy za granicę. I wtedy, kochanie, nie w Polsce, ale na przykład w Barcelonie, otworzysz galerię. Czyż nie chciałabyś mieć galerii w Barcelonie?
- Chciałabym - wzdychała Alicja. - Nie tylko w Barcelonie, ale i w Pradze, Paryżu, Londynie. Kto mi zabroni otwierać kolejne i kolejne? Zacznę w Polsce, ale przecież świat stoi otworem.
- Otóż to - przytakiwał Bartek, wznosząc toast kieliszkiem kupionego przez Alicję wina.
Kochała go. Nie była to miłość namiętna i szalona, o jakiej czyta się w książkach lub jaką ogląda w filmach. Była to miłość zwyczajna. Alicja tłumaczyła sobie, że rzeczywistość filmową kreują scenarzyści i miłosne uniesienia niewiele mają wspólnego z prawdziwym życiem. Cieszyła się z tego, co ma. Bartek imponował jej swoją wiedzą, obyciem. Lubiła patrzeć, gdy z nosem, swoim dużym orlim nosem, siedzi w książkach, mamrocząc coś cicho, podczas gdy ona przeglądała na laptopie oferty powierzchni do wynajęcia. Lubiła wspólne kolacje i wieczorne dysputy przy lampce wina. Nie oczekiwała szaleństwa. Zresztą Bartek nie był mężczyzną, któremu jakiekolwiek szaleństwa byłyby w głowie. Jedyną przyjemnością, której ulegał, było jedzenie. Nie byle jakie, ale wyrafinowane, ciekawe dania. Nie dla niego schabowy z kapustą. Alicja dość szybko odkryła, że oczy najbardziej mu błyszczą, gdy przyrządzi dla niego paellę z owocami morza albo stek z kupionej w drogich delikatesach wołowiny argentyńskiej. Uwielbiała gotować i uczyć się nowych przepisów, wiedząc, że gdy uda jej się zaskoczyć czymś Bartka, będzie o tym mówił przez tydzień, chwaląc ją pod niebiosa i podkreślając na każdym kroku, jak niewiele jest dobrze gotujących kobiet.
Kiedy wychodzili do restauracji, wybierał najdroższe dania, marudząc często, gdy potrawa nie zaspokoiła jego oczekiwań. Mimo iż zawsze płaciła Alicja, to on decydował, czy kucharzowi i kelnerom należy się napiwek.
Alicja nie liczyła wydawanych pieniędzy. Przy tak dobrych zarobkach mogła sobie pozwolić na spełnianie kulinarnych zachcianek Bartka. W jego oczach widziała szczęście i dzięki temu sama czuła się szczęśliwa. O ile w rodzinnym domu wciąż wysłuchiwała utyskiwań matki na to, że Alicja nie spełnia jej oczekiwań, o tyle przy Bartku nie mogła narzekać na brak akceptacji czy uczuć, o których mówił wprawdzie rzadko, ale okazywał często - a to muśnięciem w policzek po dobrej kolacji, a to pogłaskaniem po włosach, gdy przyjeżdżając do niego, wylewała żale na rodziców. Poza tym zawsze powtarzał jej, że artystą można być na wiele sposobów i mama Alicji z pewnością zmieni zdanie, gdy nazwisko córki rozbłyśnie pełnym blaskiem przy hucznych otwarciach kolejnych galerii. Podtrzymywał jej marzenia skutecznie. A te napędzały ją do coraz cięższej pracy i coraz większych pieniędzy. Marzyła i pracowała. Pracowała i marzyła. Ale przyszedł czas, gdy marzenia rozbiły się o rzeczywistość.
Zaszła w ciążę. Prawdopodobnie tej nocy, gdy ześlizgnęła się prezerwatywa. Po pierwszym szoku nadszedł czas na planowanie. Bartek błyskawicznie zadecydował, co powinni zrobić.
- Przede wszystkim kupimy mieszkanie - powiedział. - Nie będziemy się we trójkę gnieździć w mojej wynajmowanej kawalerce, a do twoich rodziców nie mam zamiaru się wprowadzać.
- Ale jak kupimy mieszkanie? - martwiła się Alicja. - Przecież to kupa kasy. Ja nie mam etatu, który umożliwiłby wzięcie kredytu, chyba że na ciebie, ale nie wiem, czy twoje zarobki wystarczą...
- Kochanie, przecież masz pieniądze - przypomniał Bartek. - Starczy na dwa pokoje. Później się coś wymyśli.
- Bartek... To są pieniądze, które zbieram na galerię, zapomniałeś? Jeśli kupię mieszkanie, nie zostanie nic. Lepiej wziąć kredyt, wielu ludzi tak robi.
- Równie dobrze możesz wziąć kredyt później, na galerię.
- Nikt mi go nie da! Tłumaczę ci, że nie mam etatu, bank nie będzie miał zabezpieczeń.
- Odkujesz się. Zarabiasz na tyle dużo, że raz dwa i uzbierasz ponownie. Poza tym do tego czasu ja też zacznę więcej zarabiać, będę mógł ci pożyczyć. A teraz potrzebujemy mieszkania.
- Właściwie to nawet słyszałam o niezłej okazji. Licytacja komornicza - jeśli nie będzie chętnych, to jest szansa na kupno za dwie trzecie wartości. Dwa pokoje w kamienicy na Mokotowie. Nawet ładne, widziałam zdjęcia, bo Marek ode mnie z biura się interesował... Ale on woli polować na apartament niż mieszkanie w starej kamienicy.
- No widzisz, jak się robi w nieruchomościach, to o okazje nietrudno - ucieszył się Bartek. - Nie ma co się zastanawiać.
Z jednej strony była przerażona kupnem, z drugiej cieszyła się, że tym samym Bartek zaproponował, by razem zamieszkali. Nigdy wcześniej taka propozycja z jego ust nie padła. Alicja zawsze tłumaczyła sobie, że brak takiej inicjatywy ze strony Bartka spowodowany jest jego sytuacją. Na pewno wolałby, żeby wprowadziła się do jego mieszkania, a nie wynajmowanej kawalerki, w której ledwie mieścił się on i jego książki.
Kupiła więc mieszkanie, umeblowała je, urządziła pokój dla dziecka. Przyszłość, mimo że trochę przearanżowana, to jednak wciąż rysowała się w jasnych barwach. Alicja mimo ciąży pracowała, nie zwracając uwagi na to, że im większy miała brzuch, tym mniejsze oferty dostawała. Pocieszała się tym, że po porodzie sytuacja wróci do normy. Planowała po trzech miesiącach pobytu z dzieckiem w domu znaleźć opiekunkę, wrócić do pracy i znów zarabiać tak duże pieniądze, jak wcześniej. Nie przewidziała jednak, że deklaracje szefa to jedno, a dynamicznie zmieniająca się struktura firmy to zupełnie co innego. Kiedy więc po dwóch miesiącach od narodzin Matyldy zadzwoniła do biura, okazało się, że jej miejsce zajęła równie ambitna i tak samo obrotna młoda agentka.
- Co za dupki! Jak tak można? - denerwował się Bartek. - Byłaś przecież liderką, płacili ci ogromne prowizje. Powinni przyjąć cię z pocałowaniem ręki z powrotem.
- Bartek, myślę, że wolą mieć niezależną i dyspozycyjną agentkę niż młodą matkę. Ale też uważam, że to dupki. Cholera jasna! Pierre obiecywał, że miejsce będzie na mnie czekało.
- Paskudne żabojady. Po części to twoja wina, trzeba było walczyć o stałą umowę.
- Miałam ją podpisać, ale gdy okazało się, że jestem w ciąży... No, wstrzymali się po prostu. Nawet ci nie mówiłam, wiedziałam, że cię to wkurzy.
- Co za czasy! Człowiek wypruwa sobie żyły na śmieciowej umowie, a jak przychodzi co do czego, to ani ubezpieczenia, ani nic. NIC! Cholera!
- Ale pieniądze większe. Taka branża, raz są zlecenia, raz ich nie ma. Widocznie nie opłaca im się zatrudniać agentów na etaty i miesiąc w miesiąc płacić koszty pracownicze.
- Jeszcze ich bronisz?
- Nie bronię, staram ci się wytłumaczyć, jak to działa. Coś za coś.
- No to masz coś. Nic nie masz. Z czego będziemy teraz żyli?
- Damy sobie radę. Twoja pensja wystarczy na opłaty i jedzenie. Mam jeszcze trochę oszczędności, to będzie na pieluchy. - Alicja starała się zachować zimną krew. - Nie martw się. Znajdę pracę. Przecież to nie jedyne biuro nieruchomości w tym mieście.
- Mieliśmy szukać opiekunki... - przypomniał. - Ale na razie szkoda na nią kasy. Dasz radę szukać pracy z dzieckiem na ręku? - zastanawiał się głośno.
- Przecież ty mógłbyś siedzieć z Matyldą. Możesz wziąć urlop tacierzyński. Dopóki ja będę szukać pracy, a nie będzie jeszcze opiekunki, to najlepsze rozwiązanie.
- Chyba oszalałaś. Ja mam swoje zobowiązania, rozgrzebaną pracę naukową, wykłady, badania... Nie mogę teraz wszystkiego rzucić, żeby niańczyć dziecko.
- Posłuchaj, moi rodzice pracują, twoi są daleko i specjalnie się nami nie interesują. Coś musimy wymyślić. Opiekunkę na godziny? Ktoś musi być z Matyldą, kiedy będę jeździła na rozmowy kwalifikacyjne.
- Opiekunka na godziny - zgodził się Bartek. - Popytam wśród znajomych, najlepsza byłaby jakaś z polecenia.
Znajomi na szczęście nie zawiedli i już wkrótce w mieszkaniu Alicji i Bartka pojawiła się Gabrysia, studentka trzeciego roku polonistyki.
Podczas gdy Gabrysia zabawiała Matyldę, Alicja jeździła po biurach nieruchomości, zostawiając swoje CV. Telefon jednak milczał. Kryzys w branży sprawił, że nie szukano nowych pracowników, a ci, którzy mieli już pracę, kurczowo się jej trzymali.
Alicja po miesiącu bezowocnych starań zaczęła rozglądać się za jakimkolwiek innym zajęciem, jednak równie bezskutecznie. Była co prawda zaproszona na kilka rozmów, jednak kiedy potencjalni pracodawcy dowiadywali się o jej trzymiesięcznym dziecku, natychmiast tracili zainteresowanie jej osobą.
- Oni chyba nie mogą o to pytać... - zauważył któregoś dnia Bartek.
- Ale pytają - prychnęła Alicja. - Przecież nie będę kłamać i udawać, że Matylda nie istnieje.
Z każdym kolejnym tygodniem topniały nadzieje Alicji na znalezienie pracy. Topniały także oszczędności. Trzeba było zrezygnować z usług Gabrysi. Najgorsze było jednak to, że topniały również uczucia. Bartek coraz częściej narzekał na monotonny jadłospis, w którym zamiast jego ukochanych owoców morza królowały teraz na stole pulpety z mizerią. Irytował go płacz dziecka wciąż domagającego się uwagi i zabawy. Coraz częściej zasłaniał się pracą, przesiadując wieczorami na uczelni albo korzystając z zaproszeń na sympozja, konferencje, rauty. Po wieczorach przy winie, które spędzał kiedyś z Alicją, pozostało jedynie mgliste wspomnienie.
Alicja z początku nie zauważała jego braku. Oddalał się tak wolno, stopniowo, że niemal niezauważalnie. Ona pochłonięta była córką. Brak pracy rekompensowała sobie miłością Matyldy. Odnajdywała szczęście w drobnych przyjemnościach: kilkugodzinnych spacerach, zabawach, gotowaniu zupek. Matylda była wdzięcznym dzieckiem. Często się uśmiechała, wcześnie zaczęła gaworzyć, a krótko potem mówić. Nie sprawiała żadnych problemów. Alicja chuchała na nią i dmuchała, niczym na największy skarb. Z biegiem czasu urosło w niej przeświadczenie, że tak właśnie miało być. Bo przecież gdyby pracowała tak intensywnie jak kiedyś, ominęłyby ją te wszystkie najważniejsze momenty z życia córki: pierwsze słowa, pierwsze kroki, pierwszy całus.
Po dwóch latach jednak monotonia dni zaczęła Alicji doskwierać. Nie mogła się doczekać, aż Matylda skończy trzy lata i będzie mogła pójść do przedszkola, a Alicja w końcu do pracy - wszyscy jej powtarzali, że pracodawcy patrzą przychylniejszym okiem na matki, których dzieci są już nieco odchowane. Nie myślała już o galerii - te marzenia dawno wyblakły. Teraz pragnęła po prostu wyjść do ludzi. Mimo że od czasu do czasu wpadała do niej siostra albo jakaś koleżanka, to siedzenie w domu z dzieckiem coraz bardziej jej doskwierało. Rzadko zapraszała do siebie rodziców. Co prawda uwielbiali małą, a ojciec na jej punkcie wręcz oszalał, matka Alicji jednak przy każdej wizycie dawała upust swojemu niezadowoleniu.
- Nie tak miało być - powtarzała za każdym razem. - Sama zobacz, do czego doprowadziłaś. Siedzisz w domu, zamiast bawić się na salonach. Jak można było być taką głupią? Zaprzepaścić taką karierę? Zmarnować talent?
Alicja puszczała te uwagi mimo uszu, chociaż gotowało się w niej za każdym razem, gdy to słyszała. Na szczęście wizyty rodziców były nie tylko rzadkie, ale i krótkie. Przyjeżdżali zazwyczaj wtedy, kiedy nie było Bartka. Co prawda żadne z nich nie powiedziało tego głośno, ale dało się wyczuć, że nie darzą partnera Alicji sympatią. Nigdy o niego nie pytali, nie interesowali się jego pracą, osiągnięciami. Nie pytali nawet o ich wspólne plany, o ślub. Zupełnie, jakby Bartek nie istniał.
Ale istniał. Teoretycznie wciąż byli razem, ale w rzeczywistości coraz rzadziej można go było spotkać. Często pracował do późna, a po powrocie przysypiał na kanapie przed telewizorem albo siedział przy biurku, pisząc jakiś artykuł lub czytając prace studentów. Weekendy także spędzał na uczelni, ponieważ prowadził grupę ze studiów zaocznych oraz dodatkowe kursy. Alicja coraz częściej łapała się na tym, że zazdrości Bartkowi wyjść do pracy, wyjazdów na konferencje, uczelnianych imprez. Coraz częściej także afiszowała swoje niezadowolenie, na co on odpowiadał tym samym. Tym bardziej więc uczepiła się myśli, że sytuacja ulegnie zmianie, gdy Matylda pójdzie do przedszkola, a ona do pracy.
Kiedy więc nadszedł upragniony wrzesień i pierwszy dzień córki w przedszkolu, Alicja wieczorem otworzyła wino i samotnie wypiła toast za czas, który miał nadejść. Planowała wreszcie zająć się sobą, pójść do kosmetyczki, fryzjera, kupić nowe ubrania, a następnie powysyłać dokumenty aplikacyjne. Liczyła na to, że już od października lub listopada będzie mogła rozpocząć pracę.
Plan przesunął się najpierw o ponad miesiąc, gdy Matylda po zaledwie tygodniu w przedszkolu złapała ospę i musiała siedzieć w domu, a następnie o kolejne miesiące, gdy okazało się, że przy obniżonej po chorobie odporności mała łapie wszelkie infekcje, a o to wśród dzieci nietrudno.
Alicja z ciężkim sercem odsunęła więc w czasie poszukiwania pracy i na wszelki wypadek zostawiła Matyldę w domu aż do marca. Niewiele to dało, bo ledwie mała zaczęła znów chodzić do przedszkola, po kilku dniach wróciła z niego z katarem.
- Wiosna to najgorszy okres, pełno wirusów - tłumaczyła lekarka rodzinna. - Jeśli ma pani możliwość, to lepiej przetrzymać ją w domu aż do lata.
Bartek narzekał, że to wina Alicji, ponieważ nieodpowiednio ubiera dziecko, nie aplikuje córce tak szeroko reklamowanych witamin, wspaniałych jogurtów i innych serków.
Zaczęła więc aplikować, wierząc w to, że Matylda, będąca okazem zdrowia w pierwszych latach życia, straciła odporność jedynie na chwilę. Zaprzyjaźniona lekarka utwierdzała ją w tym przekonaniu, przepisując kolejne wynalazki, które dziecko w jej wieku "musi" przyjmować, by być zdrowe.
Tak mijały kolejne miesiące. Alicja, pochłonięta dbaniem o Matyldę, zapomniała o pracy i własnych potrzebach. Bartek coraz lepiej zarabiał, dlatego zdołała namówić go na wymianę okien, żeby zimą nie uciekało ciepło, na specjalny - jonizujący - nawilżacz powietrza, na odkurzacz, który zgodnie z obietnicą producenta miał pochłaniać najdrobniejsze cząsteczki kurzu i roztocza. Na wakacje wyjeżdżali nad morze, by mała nawdychała się jodu. Zawsze w to samo miejsce - do pensjonatu Pod Rybą we Władysławowie, ponieważ jego właściciele - jedyni w tamtym czasie - reklamowali się jako ci, którzy oferują swoim gościom nie tylko sterylne warunki pobytu, ale także ekologiczne jedzenie, co dla Alicji było o tyle ważne, że w pewnym momencie, za sprawą wizyty u homeopaty, zaczęła się doszukiwać przyczyny ciągłych przeziębień Matyldy w modyfikowanej żywności. I tak jak w domu przygotowywała dla niej potrawy z produktów zakupionych w ekologicznym sklepie, tak i na wakacjach pragnęła, aby w ten sposób zadbano o jadłospis jej córki. Zdrowie Matyldy było najważniejsze.
- Halo, proszę pani! - Głos konduktora wyrwał Alicję ze snu. Zaspanym wzrokiem zmierzyła intruza, zastanawiając się, gdzie się właściwie znajduje. - Bilety do kontroli.
- Bilety... - powtórzyła bezgłośnie, otrzepując z powiek resztki snu. Rozejrzała się po przedziale. Matylda siedziała oparta o okno i grała w grę na tablecie. Ten widok przywrócił Alicję do rzeczywistości.
- Przepraszam - szepnęła w kierunku mężczyzny. - Zamyśliłam się... Właściwie zasnęłam chyba. Gdzie ja mam bilety? - wymamrotała do siebie.
Pomna na ostrzeżenia Doroty na temat złodziei grasujących w pociągach, część pieniędzy trzymała w portfelu, część w kieszeni dżinsów, a kartę płatniczą ukryła w zasuwanej kieszonce plecaka Matyldy. W jedno z tych miejsc prawdopodobnie zawędrowały również bilety. Teraz jednak nie potrafiła sobie przypomnieć, w które.
- W kurtce - znudzonym głosem przypomniała Matylda.
Alicja sięgnęła do kieszeni wiszącej obok niej wiosennej, czerwonej kurtki i podziękowawszy córce, podała konduktorowi bilety. Kiedy wyszedł, schowała je do torebki.
- Lepszy masz już humor? - spytała Matyldę. Ta jednak wzruszyła tylko ramionami.
- Nie chcę tam jechać - powiedziała, nie odrywając wzroku od tabletu. - Nie znam tej pani.
- To twoja ciocia. Poznasz ją. Ja też ledwie ją pamiętam.
- Wolałabym jechać z tatą nad morze.
- Tłumaczyłam ci, że tata w tym roku nie może zabrać cię na wakacje, bo pracuje. Pojedziesz z nim na ferie.
- Już bym chciała, żeby były ferie. Nienawidzę wsi.
- Skąd wiesz? Nigdy tam nie byłaś.
- Bo wiem - wycedziła Matylda.
Alicja westchnęła. Nie miała siły przekonywać Matyldy, że będzie fajnie, ponieważ sama w to nie wierzyła. Uznała, że najlepiej przemilczeć ten temat. Przyjęła plan, w którym przemęczą się obydwie przez te trzy miesiące, ale w zamian czeka je nagroda: wzmocniona odporność Matyldy.
- Daleko jeszcze? - spytała Matylda, ziewając.
- Możesz się zdrzemnąć, obudzę cię. Za godzinę dojedziemy do Wrocławia, tam czeka nas przesiadka.
- Nie lubię pociągów. Wolałabym jechać samochodem. Z tatą.
- Ja też. - Alicja westchnęła smutno.
*
Zmierzchało już, gdy dotarły do celu. Na dworcu w Brzegu przywitał je Piotr Stefański, znajomy ciotki. Był około sześćdziesięcioletnim rosłym mężczyzną o miękkim spojrzeniu.
- Dziękuję, że pan po nas wyjechał - powiedziała Alicja, siadając z przodu. - Mówiłam cioci, że nie trzeba, mogłyśmy dojechać autobusem...
- Gdzie tam autobusem? - Roześmiał się. - Autobusy o tej porze już u nas nie jeżdżą. Ostatni odchodził o szesnastej. Nawet gdyby jakimś cudem puścili kolejny, to i tak trudno by było wam dotrzeć. Do Józefiny z przystanku z trzy kilometry będzie. A dla mnie to żaden kłopot. Po ładne dziewczyny to i do samego Wrocławia bym pojechał. - Puścił oczko. - Pani z Wrocławia?
- Z Warszawy.
- Ooo, piękne miasto, piękne. - Stefański z uznaniem pokręcił głową. Głos miał niski, nieco chrapliwy, ale przyjemny. - Z żoną tam byłem ostatnio w dziewięćdziesiątym pierwszym. Wycieczka z zakładu. I do Wilanowa my pojechali, pałac zwiedzili i Starówkę calusieńką. Piękne czasy. Żona do dzisiaj wspomina, jak żeśmy bryczką nad samą Wisłę zawitali. Jeżdżą dalej te bryczki u was?
- Jeżdżą.
- A Zygmunt stoi?
- Stoi - przytaknęła Alicja.
- Znaczy się, nic się nie zmieniło.
Roześmiali się. Matylda z tyłu przytknęła nos do szyby, niezainteresowana rozmową. Chciało jej się spać. W pociągu, do którego się przesiadły we Wrocławiu, były twarde i niewygodne siedzenia. Próbowała się zdrzemnąć, ale bezskutecznie. Nie chciała kłaść głowy na kolanach mamy, żeby nie okazać słabości. Wciąż afiszowała się ze swoim niezadowoleniem. Teraz zamykały jej się oczy.
Samochód jechał słabo oświetloną drogą. Stefański opowiadał o okolicy. Mijali pola i lasy. Matylda zasnęła.
- Dojechali - oświadczył Stefański, zwalniając, a po chwili zatrzymując samochód przed drewnianym domkiem, w którego oknach tliło się słabe światło.
- Matysia, wstawaj, jesteśmy. - Alicja rozpięła pasy i odwróciwszy się, delikatnie pogłaskała córkę po policzku. Matylda podniosła się, spojrzała nieprzytomnym wzrokiem, po czym znów położyła głowę na siedzeniu.
- Obudź się. Wychodzimy. Zaraz położę cię do łóżka - ponagliła Alicja. - Panie Piotrze, ile jestem winna? - spytała Stefańskiego, sięgając po portfel.
- Niby za co? - obruszył się mężczyzna, wyciągając z bagażnika walizki. - Przecie ja nie dla pieniędzy pojechał. - Roześmiał się.
- Wiem, ale i czas, i benzyna...
- A daj pani spokój. Dziecku cukierki pani kupi. O, pani Koperska! - krzyknął w kierunku domu. - Dowiozłem panienki całe i zdrowe.
Alicja podążyła za jego wzrokiem. W uchylonych drzwiach stała drobna postać. Otulona ciemnym pledem, zeszła po kilku schodkach i otworzyła furtkę.
- Idzie na deszcz - powiedziała zamiast przywitania. - Chmury naszły, Księżyca nie widać.
- Dobry wieczór. - Alicja ukłoniła się. Matylda odruchowo chwyciła ją za rękę. - Matylda, przywitaj się z ciocią.
- Dzień dobry - mruknęła niewyraźnie Matylda.
- Wejdźcie do środka. Pietrek pomoże wnieść torby. Dużo tego nie macie - zauważyła. - Pietrek, herbatki z miodem się napijesz? Kolację dziewczynom naszykowałam, może i ty się dołączysz.
- Żeby mnie baba przechrzciła? Czeka pewnie w oknie, bo jej krzyżówki obiecałem przywieźć.
- No to leć. I pozdrów ją ode mnie. W tygodniu po jajka do was zajdę, to niech mi odłoży z dziesięć.
Stefański wtaszczył walizy do domu, pożegnał się i odjechał. Alicja pomachała mu z wdzięcznością. Ciotka Józefina, nie oglądając się, podążyła do kuchni.
- Rozbierzcie się i usiądźcie do stołu - zaordynowała. - Zaraz podam kolację. Łazienka jest na prawo, pod schodami.
Alicja powiesiła kurtki na haczyku w przedsionku, a następnie bez słowa pociągnęła Matyldę za sobą do łazienki. Umyły ręce.
- Chcesz siusiu? - spytała.
- Nie - warknęła ze łzami w oczach Matylda.
Nie podobało jej się tu. Łazienka pod schodami, ciasna, z małą wanną, nad którą położone były dwa rzędy popękanych, bladoniebieskich płytek, ani trochę nie przypominała tej w domu, gdzie przy wannie tłoczyły się zabawki, a różowe ręczniki pachniały i zachęcały do otulenia się nimi po kąpieli. Nie przypominała również tej z pensjonatu Pod Rybą, gdzie marmurowa podłoga lśniła, a prysznic z migoczącą kolorową nakładką zapraszał do zabawy i puszczania mydlanych baniek.
- Brzydko tu jest.
- Jest inaczej. Wcale nie brzydko. Inaczej. - Alicja nie traciła zimnej krwi.
- Brzydko.
- Herbata na stole! - Usłyszały głos ciotki.
Salon, a właściwie pokój gościnny, także nie był duży. Prowadziły do niego dwie pary drzwi. Jedne od strony przedpokoju, a drugie od strony sypialni ciotki. Ta z kolei połączona była drzwiami z kuchnią. Z kuchni natomiast można było przejść do przedpokoju. Alicja chciała powiedzieć Matyldzie, że w takim mieszkaniu można z powodzeniem biegać cały dzień w kółko, widząc jednak nieszczęśliwą minę córki, zrezygnowała z jakichkolwiek uwag.
Światło było przytłumione. Żyrandol sufitowy nie został włączony, a Alicja, mimo że nieprzyzwyczajona do mroku, nie miała odwagi poprosić ciotki o włączenie go. Jedyne światło dawała lampa stojąca przy wersalce oraz świeca paląca się na jednym z parapetów. Alicja dyskretnie rozejrzała się po wnętrzu. Nie było tu antyków, raczej wystrój z końca lat siedemdziesiątych. Jeden regał zapełniony książkami, trzydrzwiowa szafa, wersalka z kolorową kapą, sześcioosobowy stół z krzesłami, a pod jednym z okien mała ława oraz fotel przykryty zielonkawym kocem. Na podłodze leżał dywan o kolorze niegdyś zapewne brązowym, teraz ze starości już w wielu miejscach przetarty, beżowy. W oknach nie było typowych firanek. Zastępowały je zazdrostki przymocowane bezpośrednio do framug, dzięki czemu parapety mogły służyć jako półki. Nie były one jednak zapełnione kwiatami. Na jednym stały przeróżne gipsowe figurki - aniołki, pieski, słoniki, a drugim paląca się świeca. Jedyny kwiat, który Alicja dostrzegła, stał na ławie. Nie była jednak pewna, czy nie jest on sztuczny. Z daleka tak odbijał światło lampy, że liście zdawały się nienaturalnie błyszczące.
Stół przykryty białym obrusem już po chwili zapełnił się jedzeniem. Ciotka przygotowała i parówki na ciepło, i wędlinę, i jajka.
- Wszystko ma być zjedzone - pouczyła gości, siadając. - A u mnie jedzenie swojskie, nie trzeba się bać.
- Ale my się nie boimy - wyrwało się Alicji.
Czuła się spięta. Nie potrafiła tego wytłumaczyć, ale czuła się przy ciotce niczym uczennica na dywaniku u dyrektora. Nie znała dobrze tej kobiety, lecz dzisiejsze spotkanie z nią przyniosło garść rozczarowania. Oczekiwała, że ciotka będzie bardziej wylewna, przytuli je na powitanie, ucieszy się, zacznie pytać, co u rodziny... Jak to starsza pani, której samotność daje się we znaki. Tymczasem ciotka ani nie przytuliła, ani nie okazała wylewnej radości. Siedziała teraz naprzeciwko, czekając, aż zjedzą, wpatrując się w nie wzrokiem bystrym, przenikliwym i - może to się Alicji tylko zdawało - wyczekującym. Nie zaczynała żadnego tematu, a na pytania odpowiadała krótko i zdawkowo. Jakby tylko czekała, aż skończą jeść i pójdą spać. Nawet gdy po skończonej kolacji Alicja zaproponowała, że sprzątnie ze stołu i pozmywa, ciotka tonem nieznoszącym sprzeciwu zadecydowała, że sama się tym zajmie.
- Ty, kochana, musisz sobie teraz odpocząć. Późno już, a podróż była męcząca. Tam na górze macie przyszykowane spanie. W razie gdyby było wam zimno, to w szafie jest koc.
Na piętrze znajdowało się tylko jedno pomieszczenie. Był to sporych rozmiarów pokój z oknami wychodzącymi na dwie strony domu. Pośrodku królował okrągły stół przystrojony wydzierganą ręcznie serwetą. Po lewej stronie od wejścia stała olbrzymia, dębowa szafa, a pod oknem na wprost drzwi - niewielkie biurko. W pokoju znajdowały się dwa wąskie łóżka, ustawione jedno za drugim pod ścianą, której skos spływał aż do podłogi. Pod drugim oknem stało kolejne, większe biurko, na którym piętrzyły się książki i poszarzałe teczki na dokumenty. Nieopodal Alicja dostrzegła lustro - ustawione na podłodze wysokie zwierciadło, w którym z powodzeniem można by obejrzeć całą sylwetkę. Niestety, było na tyle zmatowiałe, że odbijało zaledwie kontury postaci.
- Mamo, tu śmierdzi - zauważyła kwaśno Matylda, rzucając swój mały, różowy plecak na jedno z łóżek.
- Nie mów tak - zganiła córkę Alicja. - Nie śmierdzi. Pachnie starością. Starzy ludzie w starych domach tak mają, to specyficzny zapach, ale nie smród, nie wolno tak mówić.
- Śmierdzi - jęknęła pod nosem niezadowolona Matylda.
- Uchylę okno. Przyniosę ci piżamę. Na fotelu ciocia położyła ręczniki, weź jeden i idź się umyć.
- Nie będę się myła. - Matylda runęła na łóżko. - Nie chcę tu być.
- Dobrze, jutro się umyjesz. Rozbierz się tylko i śpij, zaraz przyniosę nasze rzeczy.
Alicja stanęła u szczytu schodów, nasłuchując. Ciotka skończyła krzątać się po kuchni. Cisza, która ogarnęła dom, była wprost niewiarygodna. W warszawskim mieszkaniu nigdy czegoś takiego nie doświadczała. Nawet jeśli u niej była cisza, to wciąż dochodziły dźwięki z innych mieszkań: a to telewizor, a to strzępki rozmów, a to odgłosy zamykanych drzwi czy spuszczanej wody w toalecie. W melodii tych dźwięków zawsze zasypiała, a kiedy budziła się, dochodziły inne: szum przejeżdżających ulicą samochodów, odgłos jeżdżącej w kamienicy starej windy, szczekanie psów wybiegających na spacer, pokrzykiwania śmieciarzy, którzy zawsze denerwowali się, gdy ktoś zastawił samochodem śmietnik.
Dźwięki towarzyszyły Alicji od zawsze, dlatego teraz, w domu ciotki, nawet miarowe stukanie wiszącego w salonie zegara zdawało się nienaturalne i złowrogie. Cisza była tak obezwładniająca, że powodowała uczucie niepokoju. Schodząc po schodach, Alicja drżała przy każdym, nawet najmniejszym skrzypnięciu deski, martwiąc się, czy nie narobi zbytniego hałasu. Postanowiła pójść śladem Matyldy i przełożyć kąpiel na rano. Po podróży czuła się nieświeża, mimo to myśl o puszczeniu wody i hałasowaniu w łazience wydała jej się zbyt brutalna w obliczu zatopionego w ciszy domu. Zrezygnowała nawet z pomysłu wnoszenia ciężkich waliz na górę. Przechodząc do przedpokoju na palcach, wciąż nasłuchiwała, przerażona wszechobecną ciszą. Nagle zaskrzypiała podłoga w sypialni ciotki i dało się usłyszeć kroki. Alicja aż podskoczyła, nieruchomiejąc przy walizce. Ciotka pociągnęła dwa razy nosem, odchrząknęła, aż w końcu do uszu Alicji dobiegł dźwięk skrzypiącej sprężyny.
Po chwili Alicja rozsunęła walizki i w popłochu, korzystając z poświaty, jaką dawał wpadający przez okienko w drzwiach frontowych Księżyc, wyszukała piżamy i kosmetyczkę. Następnie zasunęła walizy i z bijącym sercem, wciąż na palcach, podążyła w stronę schodów. W sypialni ciotki zaległa cisza. Znów jedynym dźwiękiem domu stał się tykający w salonie zegar.
Alicja dotarła do pokoju na górze i zamknęła za sobą drzwi. Robiła to powoli, modląc się w duchu, by nie skrzypiały.