Magiczne Drzewo. Pojedynek - Andrzej Maleszka

Kup ebooka

39.99 zł
33.15 zł (39,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W dwutysięcznym roku nad doliną Warty przeszła straszliwa burza. Trwała bez przerwy przez trzy dni i trzy noce. Przerażone zwierzęta kryły się w najgłębszych norach. Małe dzieci chowały głowy pod poduszki, by nie słyszeć nieustającego huku grzmotów. W wielu domach zgasło światło, a dachy porwała wichura.

Trzeciego dnia piorun uderzył w olbrzymi stary dąb rosnący na wzgórzu. Drzewo pękło i runęło na ziemię. Zadrżały domy w całej dolinie, a burza natychmiast ustała.

Nie był to zwyczajny dąb. Było to Magiczne Drzewo. Miało w sobie ogromną, cudowną moc, lecz wtedy nikt o tym nie wiedział.

Ludzie zawieźli je do tartaku i pocięli na deski. Z drewna zrobiono setki różnych przedmiotów, a w każdym przedmiocie została cząstka magicznej mocy. W zwyczajnych rzeczach ukryła się siła, jakiej nie znał dotąd świat. Wysłano je do sklepów i od tego dnia na całym świecie zaczęły się niesamowite zdarzenia.

POJEDYNEKNOWA WERSJA

-Szefie, ratunku! - wrzeszczał Budyń. - Zatrzymajcie ją!

Dra-kula pędziła w stronę ogromnych wiatraków. Ich wielkie śmigła wirowały, tnąc powietrze jak miecze. Krąg turbin wiatrowych otaczał ich ze wszystkich stron. Jeśli się z nimi zderzą, pojazd zostanie zmielony jak jabłko w sokowirówce.

Musieli zatrzymać dra-kulę!

Gabi, Blubek i Kuki rzucili się do pulpitu sterowniczego. Próbowali wyłączyć silniki albo zmienić kierunek lotu. Naciskali wszystkie guziki. Uderzali w ekrany dotykowe. Bez skutku. Dra-kula nie słuchała komend. Nie działał żaden sterownik, a na ekranie pulsował napis AWARIA.

Pojazd leciał prosto na wiatraki. Ich wirujące śmigła były coraz bliżej.

- Czuję, że będą kłopoty - jęknął Kuki.

A jeszcze godzinę temu nic nie zapowiadało kłopotów. Troje przyjaciół: Kuki, Gabi i Blubek, oraz pies Budyń spotkali się nad rzeką. Właśnie skończył się rok szkolny, a oni postanowili, że pojadą razem na wakacje. Zamierzali użyć magii i wyjechać sami, bez rodziców. Wiedzieli, że ich rodzice nigdy się na to nie zgodzą. Jednak Kuki miał na to sposób, choć jeszcze nie zdradził jaki.

Najpierw musieli ustalić, dokąd pojadą. Mieli mnóstwo pomysłów. Krzyczeli wszyscy naraz:

- Jedźmy do Afryki!

- Do Ameryki!

- Do Hiszpanii!

- Na jakąś fajną wyspę! - prosiła Gabi. - Żeby można było nurkować!

- Lećmy do Las Vegas! - wydzierał się Blubek.

- Po co do Las Vegas? - spytał Kuki.

- Tam są targi gier. Mają supersprzęcior do grania!

- Ja wolę na biegun północny.

- Zwariowałeś, Kuki? Tam jest lodowato!

- A nie możemy pojechać do psiego raju? - spytał kundelek Budyń (był psem, który dzięki magii umiał mówić).

- A gdzie jest psi raj? - zdziwił się Kuki.

- Nie wiem - pisnął Budyń. - Ale na pewno gdzieś jest, bo widziałem taką reklamę.

- Słuchajcie! - zawołała Gabi. - Nie możemy jechać wszędzie! Musimy coś wybrać.

- Wyczarujmy najpierw pojazd - zaproponował Blubek. - Potem zdecydujemy, dokąd jechać.

- Pojazd? - zdziwił się Budyń.

- Żeby podróżować, musimy mieć pojazd. Nie dojdziemy do Las Vegas piechotą. A do samolotu nie wpuszczą nas bez rodziców. Musimy stworzyć maszynę do podróżowania.

- Masz rację! - zgodził się Kuki i usiadł na czerwonym krześle. - Jaki pojazd mam wyczarować?

- Powinien jeździć i latać - powiedział Blubek. - I musi być szybki.

- I duży, żebyśmy mogli w nim spać - dodał Kuki.

- I musi fajnie wyglądać! - zawołała Gabi.

- Najlepiej niech każdy narysuje swój projekt - zaproponował Kuki. - To znaczy, jak sobie wyobraża ten pojazd. Wybierzemy najlepszy pomysł.

- Czy ja też mogę narysować, szefie? - spytał kundelek.

- Pewnie, że możesz.

Gabi rozdała wszystkim kartki (zawsze miała przy sobie notesik). Tylko Budyń rysował łapą na piasku. Zaczęli projektować pojazd. Rysowali, kreślili i zaczynali od nowa. Wreszcie Blubek zawołał:

- Gotowe!

- Ja też już mam - powiedziała Gabi. - Ale może to coś głupiego.

Kuki także skończył rysować.

- Blubek, ty pierwszy - powiedział. - Co wymyś­liłeś?

Blubek pokazał swój rysunek. Była na nim kula o podwójnych ścianach z dziwnymi urządzeniami w środku.

- Co to jest? - mruknął Kuki. - Pancerna piłka?

- To jest dra-kula. Czyli kula tocząco-lewitująca. My siedzimy w środku, a ona się toczy z dużą prędkością.

- Zwariowałeś!? - zawołał Kuki. - Mamy wirować jak w pralce? Zwymiotujemy!

- Nie będziemy wirować - powiedział dumnie Blubek. - Bo w środku jest druga kula. Rozumie­cie? Zewnętrzna kula się obraca, a ta w środku stoi nieruchomo. Dra-kula się kula, a my siedzimy wygodnie w fotelach. Umie oczywiście przeskakiwać przeszkody.

- A jak się dostaniemy na inny kontynent? - spytała Gabi. - Mamy się turlać po morzu?

- Dra-kula potrafi też latać i to szybciej niż odrzutowce. Zaprojektowałem silnik jonowy i baterie solarne.

- Strasznie to skomplikowane - mruknął Kuki.

- Chyba dla was, bo się nie znacie na technice - oburzył się Blubek. - Lepiej pokaż, co ty wymyś­liłeś.

Kuki wyciągnął kartkę ze swoim projektem.

- Mój pojazd nazywa się BUM.

- Dlaczego?

- Bo ma specjalny przycisk BUM. W razie kłopotów naciskamy go i pojazd wybucha.

- Zgłupiałeś!? - zawołał Blubek. - Chcesz wyczarować bombę?

- Pojazd nie eksploduje, tylko się rozdziela na cztery części. Kiedy coś nam grozi, zmienia się w cztery małe samoloty. Każdy leci osobno, bo ma własny napęd.

- Eee, takie coś było w Transformersach - mruknął lekceważąco Blubek.

- I co z tego? - oburzył się Kuki. - To był film, a my stworzymy to naprawdę. Gabi, a co ty wymyśliłaś?

- Latającą galaretę.

- Co!?

- Zaprojektowałam miękki pojazd. - Gabi pokazała im dziwny rysunek, który przypominał meduzę. - Wy wymyślacie twarde, ciężkie machiny. A one rozbiją się przy pierwszym zderzeniu. Ja myślę o czymś miękkim. Elastycznym jak guma do żucia.

- Mamy latać gumą do żucia? - jęknął Blubek.

- Nie o to chodzi. Chcę, żeby nasz pojazd miał elastyczne ściany. Jak wielka żelka. Jak się zderzy, to tylko się ugnie i odbije.

- Latająca żelka? - mruknął Blubek. - To jest głupie. Dziecinne!

- Nie głupsze od twojej dra-kuli - obraziła się Gabi.

- Nie kłóćcie się - powiedział Kuki. - Głosujemy, który pojazd wyczarować.

- Chwileczkę! - zawołał Budyń. - Ja też mam pomysł!

Spojrzeli na psa.

- Co wymyśliłeś? - zaśmiał się Blubek. - Latającego hot doga?

- Bardzo przepraszam - oburzył się Budyń. - To, że jestem kundlem, nie oznacza, że można wyśmiewać moje pomysły!

- No dobra. Nie obrażaj się. Jaki masz pomysł?

Budyń pokazał rysunek na piasku. Była na nim tylko mała kropka.

- Ej, Budyń, co ty kombinujesz? - spytał Kuki. -Przecież tu nic nie ma!

- Właśnie o to chodzi - powiedział z dumą kundelek. - Ja wymyśliłem skurczypojazd.

- Co!?

- Przecież jak przylecimy gdzieś niesamowitym pojazdem, to będzie afera - powiedział Budyń. - Ludzie zaczną panikować, że wylądowało UFO.

- To prawda - zgodziła się Gabi.

- No więc pomyślałem, że nasz pojazd musi mieć guzik, który zmienia go w guzik. Albo w kulkę.

- Co ty bredzisz!? - zawołał Blubek.

- Nie bredzę. Po prostu lądujemy, robimy "pstryk" i pojazd się kurczy. Staje się mały jak cukierek M&M's. I chowamy go do kieszeni. To znaczy wy chowacie, bo psy nie mają kieszeni.

- To jest głupie - mruknął Blubek.

- Nie jest! - pisnął psiak.

- Przestańcie się kłócić - przerwał Kuki. - Który projekt wybieramy?

- Mój! - zawołali wszyscy.

- No to chyba nie stworzymy żadnego pojazdu ani nie pojedziemy na wakacje - westchnął Kuki.

- Już wiem! - zawołała Gabi. - Niech czerwone krzesło zdecyduje, czyj pomysł jest najlepszy. Ono chyba jest mądrzejsze od nas.

- Dobra.

Kuki usiadł na czerwonym krześle i powiedział uroczyście:

- Chcemy superpojazd. Wybierz, czyj pomysł jest najlepszy!

Kuki był pewny, że magiczny przedmiot wybierze jego projekt. Przecież czerwone krzesło należało do niego!

Przez chwilę nic się nie działo. Zapadła dziwna cisza, nawet ptaki przestały śpiewać. Nagle dmuchnął wiatr, unosząc piach i liście. Pył wirował jak w trąbie powietrznej. Wichura przewracała ławki i przesuwała auta na parkingu. Mu­sieli złapać się poręczy schodów, żeby nie odfrunąć. Wreszcie wiatr ustał. Pył opadł.

I wtedy zobaczyli, że nic nie zostało wyczarowane. Nie było żadnego superpojazdu.

- Nic nie ma... - powiedział rozczarowany Blubek.

- Chyba nasze pomysły były beznadziejne, dlatego czar się nie udał - westchnął Kuki.

- Ej! Tam coś jest! - zawołał nagle Kundelek i popędził w stronę małego przedmiotu błyszczącego w trawie.

Pobiegli za nim. Pochylili się i zobaczyli świecącą kulkę. Była wielkości cukierka.

- To jest skurczypojazd! - krzyknął radośnie Budyń. - Mój pomysł wygrał!

Nacisnął nosem kulkę. TRACH. Przedmiot zaczął rosnąć jak nadmuchiwany balon! W parę sekund zmienił się w wielki kulisty pojazd. Miał niebieski kolor i lśnił cudownie w słońcu.

- To jest dra-kula! - zawołał Blubek. - Tak sobie ją wyobrażałem. To znaczy, że mój pomysł też wygrał!

Podeszli do wielkiej kuli. Gabi ostrożnie jej dotknęła.

- Ona jest elastyczna! Czyli ja też trochę wygrałam!

Ściany pojazdu wyglądały jak zrobione z twardej stali, ale gdy się ich dotknęło, uginały się lekko.

Kuki był rozczarowany, że tylko jego pomysł został pominięty.

- Ktoś wie, jak się włazi do tej galarety? - spytał.

Gdy to powiedział, na ścianie pojazdu pojawiło się świecące kółko. Zawirowało i zmieniło się w okrągłe drzwi. Otworzyły się powoli. Z wnętrza płynęło niezwykłe błękitne światło.

- Włażę, szefie! - zawołał Budyń i wskoczył do pojazdu. - Chodźcie! Tu jest super!

Ukryli czerwone krzesło w krzakach i wszyscy weszli do kabiny. Miała kulisty kształt. Z przodu znajdowało się panoramiczne okno, a przed nim pulpit sterowniczy. Były na nim ekrany i przyciski, a na środku czerwony joystick.

Przed pulpitem stały cztery fotele. Usiedli na nich. Były niesamowicie wygodne, a kiedy pociągnęło się dźwignię, fotel zmieniał się w łóżko.

- Ale fajnie! - zawołała Gabi. - Możemy tu spać.

- A jak się nazywa nasz pojazd? - spytał kundelek.

- Dra-kula - przypomniał Blubek. - To chyba lepsza nazwa niż skurczycośtam albo latająca żelka.

- No dobra. Może się nazywać dra-kula - zgodził się Kuki. - Teraz trzeba sprawdzić, co ona potrafi. Blubek, wiesz, jak ją uruchomić?

- Po prostu trzeba nacisnąć START - powiedział Blubek i wdusił zielony przycisk. - Dra-kula, jazda!

TRACH! Drzwi się zamknęły. Włączyły się silniki. Wielka kula drgnęła, zakołysała się i zaczęła się toczyć. A kabina pozostała nieruchoma! Dra-kula turlała się jak piłka, a oni siedzieli wygodnie, nie czując żadnych wstrząsów.

- Mówiłem, że mój pomysł jest genialny! - krzyczał Blubek.

Kulisty pojazd wytoczył się na ulicę i przyspieszył. Nagle z bocznej uliczki wyjechał samochód. Kuki i Gabi krzyknęli ze strachu, pewni, że zaraz się zderzą. Ale Blubek pociągnął joystick i dra-kula podskoczyła. Przeleciała nad autem i spadła na jezdnię sto metrów dalej. Odbiła się jak piłka. BACH! Dała następnego susa. Znów się odbiła. TRACH! BACH! Podróżowali gigantycznymi skokami, ale dzięki elastycznym ścianom nie czuli wstrząsów.

Wkrótce zostawili za sobą miasto i pędzili, przeskakując nad polami i lasami. Przeskoczyli nawet rzekę i kilka wsi. Ludzie wychylali się z okien i patrzyli zdumieni na wielką kulę fruwającą nad ich domami.

Po każdym skoku podróżnicy krzyczeli z radości. Naprawdę podobała im się taka jazda.

- Te skoki są niezłe - powiedział Kuki. - Ale ponad morzem nie da się tak podróżować.

- Mówiłem, że dra-kula potrafi też latać - przypomniał Blubek. - Zapnijcie pasy! Startujemy!

Dotknął czerwonego przycisku z ikoną ptaka. Silniki zahuczały głośniej. Dra-kula pofrunęła w górę. Polecieli wysoko, między chmury.

- Dra-kula jest genialna! - zachwycał się Blubek. - Możemy lecieć, dokąd chcemy!

Pędzili między białymi obłokami, oglądając świat z góry. Nawet Budyń gapił się z zachwytem w okno.

Wreszcie Kuki spojrzał na zegarek.

- Słuchajcie... Musimy już wracać.

- Jeszcze chwilę! - wołał Blubek.

- Rodzice zaczną nas szukać. Lećmy z powrotem!

Kuki złapał joystick, chcąc zawrócić pojazd. Blubek nie chciał puścić sterownika. Szarpali go w różne strony.

Nagle TRACH! Joystick oderwał się i spadł na podłogę.

- Kuki! Coś ty zrobił!? - jęknął przerażony Blubek. - Urwałeś sterownik! Teraz nie da się kierować dra-kulą!

Zawył alarm. Na ekranie pulsował napis AWARIA. Pojazd gwałtownie opadł na wysokość dziesięciu metrów, a potem przyspieszył. Lecieli nisko nad ziemią z niesamowitą prędkością.

- Blubek! Zatrzymaj dra-kulę - krzyczała Gabi - bo się rozwalimy!

- Nie da się jej zatrzymać! Steruje się joy­stickiem! Bez niego nic nie działa!

- Zobaczcie! - pisnął Budyń. - Patrzcie, co jest przed nami!

Wszyscy spojrzeli w okno i wrzasnęli ze strachu. Przed nimi była elektrownia wiatrowa. Setki wiatraków stały na wzgórzu, a dra-kula pędziła prosto na nie. Ogromne śmigła wiatraków cięły powietrze. Jak na nie wpadną, pojazd zostanie poszatkowany, rozdarty na strzępy.

- Trzeba zatrzymać dra-kulę! - krzyknął Kuki.

Naciskali wszystkie guziki na pulpicie, ale dra-kula nie reagowała. Gnała prosto na wirujące śmigła.

- Może nas nie potną - szepnęła Gabi. - Przecież dra-kula ma elastyczne ściany.

- One chronią tylko przed zderzeniem - powiedział ponuro Blubek. - Przed przecięciem nas nie ocalą.

Był tylko jeden ratunek. Musieli otworzyć drzwi i wyskoczyć. Ale skok z pędzącego pojazdu był straszliwie niebezpieczny. To jakby skakać z rollercoastera!

Czasu na decyzję mieli niewiele. Wiatraki były coraz bliżej. Słyszeli już świst olbrzymich śmigieł.

Kuki rzucił się, by otworzyć drzwi dra-kuli. I wtedy dostrzegł na suficie czerwony przycisk. Miał migoczący napis BUM. Co to jest?

- Już wiem! - zawołał Kuki. - Siadajcie na fotele. Szybko!

Sięgnął ręką do migającego przycisku i go wdusił. BUM! Huknęło i dra-kula rozpadła się na cztery części. Każda część zmieniła się w mały odrzutowiec!

Dzieci i Budyń siedzieli teraz w czterech minisamolotach. Każdy w swoim!

Kuki poczuł dumę. Więc jego pomysł też wygrał!

Ale nie mógł się cieszyć zbyt długo, bo jego samolot leciał prosto na wiatraki. Kuki musiał przeskoczyć nad nimi.

- Jak się tym kieruje? - szeptał w panice.

Nie było joysticka ani kierownicy. Spytać nie miał kogo, bo był sam w kabinie.

Wirujące śmigła wiatraków były już kilka metrów od niego. Przerażony Kuki podniósł ręce, zasłaniając głowę. Odrzutowiec natychmiast poleciał w górę. Przeskoczył nad wiatrakami. Gdy Kuki opuścił ręce, samolot opadł.

Wtedy Kuki zrozumiał. Miniaturowym odrzutowcem kierowało się za pomocą gestów! Wystarczyło kiwnąć ręką, by zmieniały się kierunek lub prędkość. To było genialne!

Kuki postanowił, że nazwie niesamowity pojazd minilotem. Zerknął w boczne okienko. Zobaczył, że pozostałe miniloty też ominęły zagrożenie. Czyli jego przyjaciele odkryli technikę kierowania. Budyń sterował samolotem, machając ogonem!

Nagle wyprzedził go minilot Blubka. Kuki natychmiast wysunął ręce i przyspieszył. Zaczęli się ścigać. Gabi i Budyń pognali za nimi.

Po krótkim locie ujrzeli rzekę i plac, na którym wyczarowali dra-kulę. Widocznie miniloty miały nawigację i same znalazły drogę powrotną.

Kuki dał znak przyjaciołom, by lądowali. Kiedy opadli na ziemię, rozległo się głośne BUM! Cztery miniloty skleiły się, zmieniając się w jeden kulisty pojazd. Wyrwany joystick wskoczył na pulpit. Dra-kula potrafiła się sama naprawić!

Otworzyli drzwi i wysiedli. Kuki nacisnął guzik obok włazu i pojazd z sykiem się zmniejszył. Stał się znów maleńką kulką.

- Dra-kula jest ekstra - powiedział Kuki. - Wprowadzimy małe ulepszenia i możemy lecieć, dokąd chcemy. W każde miejsce na świecie! To będą superwakacje!

- Tylko że moi rodzice nie pozwolą mi nigdzie lecieć - westchnęła Gabi. - Na sto procent mi zabronią.

- A moi na dwieście procent - mruknął Blubek.

- Moi rodzice też się nie zgodzą - powiedział Kuki.

- No to co zrobimy?

- Mówiłem wam, że wiem, jak rozwiązać ten problem.

- Jak?

- Mam superpomysł. Absolutnie genialny! Posłuchajcie. Nasi rodzice nie chcą, żebyśmy sami gdzieś jechali.

- Dokładnie - mruknął Blubek.

- No to zostaniemy z rodzicami. A jednocześnie polecimy dra-kulą na wakacje!

- Jak to jednocześnie? - spytał Blubek. - Mógł­byś gadać jaśniej? Co chcesz zrobić?

- Stworzymy nasze klony - odpowiedział Kuki.

- Co!?

- Klony. Po prostu wyczarujemy nasze kopie. Rozumiecie? Stworzymy klona każdego z nas. Drugiego Blubka, Gabi i Budynia, i mnie. Nasze klony zostaną z rodzicami. Będą grzecznie siedzieć w domu, a my w tym czasie polecimy na wakacje. Superpomysł, no nie?

Kuki spojrzał dumnie na przyjaciół. Czekał, aż zaczną wołać: "Kuki, jesteś genialny!".

Niczego takiego nie usłyszał. Gabi, Blubek i Budyń siedzieli bez słowa z raczej ponurymi minami. W końcu Gabi powiedziała:

- Kuki... To nie jest dobry pomysł.

- Ale dlaczego? Przecież to rozwiązuje wszystkie nasze problemy!

- Ja nie chcę, żeby istniała druga Gabi, rozumiesz? Nie chcę mieć klona.

- Ja też nie chcę żadnej podróbki - mruknął Blubek.

- Ani ja, szefie - pisnął psiak. - Jestem niepowtarzalny!

- O co wam chodzi!? - zawołał Kuki. - Przecież nasze klony będą istnieć tylko w czasie wakacji! Potem znikną.

- Nie zgadzam się - powtórzyła stanowczo Gabi. - Jeśli stworzę drugą Gabi, no to ona... będzie żyć. I co z nią potem zrobimy? Nie chcę czegoś takiego.

- Wam się nie podoba żaden mój pomysł - powiedział obrażony Kuki. - Wy po prostu nie chcecie jechać na wspólne wakacje.

Przyjaciele milczeli.

- Może zrobimy chociaż próbę? - spytał Kuki. - Wyczaruję tylko mojego klona. Powiem, żeby istniał przez pięć minut. Zobaczymy, jak to działa.

Gabi nie odpowiedziała. Blubek też milczał. Tylko kundelek niechętnie powiedział:

- Ale ja nie będę do tego klona mówić "szefie". Nigdy!

- Jasne.

Kuki wyjął z kryjówki czerwone krzesło. Usiadł na nim i zaczął uroczyście mówić:

- Chcę, żeby...

Nie zdążył powiedzieć życzenia, bo przerwał mu krzyk:

- Kuki!

Ulicą biegła jego mama. Pędziła jak sprinter na olimpiadzie. Wołała:

- Kuki! Natychmiast zejdź z czerwonego krzes­ła!

- Czuję, że będą kłopoty... - jęknął Kuki. Szybko wstał i szepnął do Budynia: - Schowaj dra-kulę!

Kundelek błyskawicznie zakopał w ziemi srebrzystą kulkę.

Mama podbiegła do nich. Chwyciła czerwone krzesło i zawołała:

- Kuki! Idziemy do domu! Natychmiast!

- Kuki, czyś ty oszalał? Dlaczego wyniosłeś z domu czerwone krzesło!? - zapytała mama.

Kuki stał w kuchni z opuszczoną głową i milczał. Już dawno nie widział mamy tak zdenerwowanej.

- Wiesz, że sam nie możesz używać magii! - wołała. - Nie wolno ci tego robić! Wytłumacz mi zaraz, o co chodzi. Co planowałeś?

- Mamo, my chcemy... - zaczął niepewnie Kuki.

- Co chcecie?

- No my... To znaczy ja, Gabi i Blubek chcemy pojechać razem na wakacje.

- Ach tak! Nie pytając rodziców o zgodę, chcieliście sobie wyjechać na wakacje! Kuki, ty chyba zapomniałeś, że masz dopiero dwanaście lat!

- Pojedziemy tylko na tydzień. Mamo, zgadzasz się? - spytał błagalnie Kuki.

- Nie!

- Ale dlaczego!?

- Bo jesteś za mały, żeby jeździć sam na wa­kacje!

- No to możesz mnie trochę powiększyć. Jeden czar i będę wielki jak koszykarz.

- Nie ma mowy! Dość mieliśmy kłopotów z twoją supersiłą. Cud, że udało się to cofnąć!

- Mamo, co jest złego w tym, że pojadę z przyjaciółmi na wakacje? - zapytał Kuki. - Wolisz, żebym się nudził w domu?

- Nie będziesz się nudził w domu - powiedziała mama. - Pojedziesz na obóz.

- Na jaki obóz!?

- Szachowy.

Kuki spojrzał na mamę zdumiony.

- Co!? Na obóz szachowy? Mamo! Ja nienawidzę szachów!

- Kiedyś je lubiłeś.

- To było kiedyś!

- Kuki, szachy uczą dyscypliny i koncentracji. Właśnie to ci jest potrzebne.

- Nie potrzebuję żadnej dyscypliny ani koncentracji!

- Nie jestem taka pewna. - Mama położyła na stole niebieską kartkę. - Możesz mi wyjaśnić, co to jest?

- Moje świadectwo szkolne - powiedział Kuki, zerkając niepewnie na mamę.

Po powrocie ze szkoły schował świadectwo w biurku. Po prostu wolał się nim nie chwalić.

- A te oceny?

- Chodzi ci o te dwie trójki? A co to za problem?

- To jest problem, Kuki! Nigdy nie miałeś takich ocen.

- Gdybyś się zgodziła, żebym użył magii, to zaczarowałbym wychowawczynię. Wpisałaby mi same szóstki na świadectwo.

- Kuki! Ja chcę, żebyś się normalnie uczył, a nie czarował nauczycieli. Rozumiesz?

Kuki milczał.

- Rozmawiałam z panią Szulc, twoją wychowawczynią. Powiedziała, że masz problemy z koncentracją. W szkole jesteś zupełnie rozkojarzony. Poradziła mi, żeby cię wysłać na obóz szachowy.

- Nie chcę tam jechać!

- Kuki, to tylko dwa tygodnie - powiedziała łagodnie mama. - To naprawdę będzie dobre dla ciebie.

Chciała przytulić Kukiego, ale chłopak się odsunął.

- A Budyń? - spytał ponuro. - Mogę wziąć psa na ten głupi obóz?

- Niestety nie - powiedziała mama. - Tam nie wolno zabierać zwierząt. Musimy oddać Budynia do hotelu dla psów.

- Co!? Do hotelu? Czemu?

- Przecież my z tatą, Tosią i Filipem jedziemy w góry. Pies nie może zostać sam.

To był chyba najgorszy dzień w życiu Kukiego.

Nie mógł jechać z przyjaciółmi na wyprawę, a w dodatku musiał oddać Budynia do psiego hotelu.

Błagał mamę, by wyczarowała miskę, która sama napełnia się jedzeniem. I tunel do teleportacji, żeby kundelek mógł wychodzić na spacer. Wtedy mógłby zostać sam w domu. Niestety mama nie zgadzała się na żadne czary. To znaczyło, że Budyń zostanie oddany do przechowalni psów jak walizka na dworcu.

To było okropne!

Kuki pojechał do psiego hotelu razem z mamą i kundelkiem.

- Budyń, strasznie mi przykro - szeptał Kuki.

- Nie martw się, szefie - westchnął psiak - jakoś to przetrzymam. Chociaż przy mojej wrażliwości nie będzie to łatwe. Ale cóż... Zacisnę zęby i wytrwam. Choć nie wiem, jak będę jadł ulubione kiełbaski z zaciśniętymi zębami. A zresztą tam na pewno nie będzie żadnych kiełbasek - dodał smętnie kundelek.

- Budyń, ja nie chciałem, żebyś poszedł do tego hotelu!

- Wiem, szefie. Nie mówmy już o tym.

Hotel dla psów mieścił się w szarym budynku otoczonym wysokim płotem. Z wnętrza dobiegało smutne szczekanie. Kuki wskazał szyld nad wejściem.

- Budyń, zobacz, ten hotel nazywa się Psi Raj. Pamiętasz? Chciałeś jechać do psiego raju.

- Prawdę mówiąc, miałem na myśli coś innego - westchnął kundelek.

Wysiedli z samochodu i poszli do drzwi z napisem "Oddawanie psów". Budyń rozglądał się nieufnie.

- Pachnie tu okropnie... - powiedział.

- Ciii, Budyń, teraz nic nie mów - szepnął Kuki. - Musisz tu udawać psa niegadającego.

- Dobrze, szefie. Będę milczał z godnością.

W biurze czekała na nich właścicielka hotelu.

- Ale zabawny kundel! - zawołała, uśmiechając się fałszywie. - Taki brzydki, że aż ładny!

- Niech pani nie mówi, że Budyń jest brzydki - oburzył się Kuki. - Bo będzie mu przykro.

- Nie sądzę, żeby nas rozumiał - zaśmiała się właścicielka hotelu. - Ale oczywiście, będę mówić, że jest prawie rasowy. - Usiadła przy komputerze. - Wybieracie państwo klatkę lux czy standard?

- A jaka jest różnica? - spytała mama.

- No... Klatka lux jest dużo wygodniejsza. I można do psa telefonować.

- Telefonować do psa? - zdziwiła się mama.

- W klatce jest głośnomówiący telefon. Można zadzwonić i mówić do psa. Kiedy słyszy głos pana, to lepiej się czuje.

- Czy on do mnie też może dzwonić? - spytał Kuki.

- Dobry żart - zarechotała kierowniczka. - No nie. Jeszcze żaden pies nie umie mówić ani telefonować. To przerasta psie rozumki. To jak, bierzecie państwo klatkę lux?

- Tak! - zawołał Kuki.

Kierowniczka zapisała coś i spytała:

- Czy wykonać przycięcie ogona?

Budyń spojrzał na nią z przerażeniem i rzucił się do ucieczki. Ale drzwi były zamknięte.

- Jakie przycięcie ogona!? - krzyknął Kuki, obejmując wystraszonego psa.

- Ogon tego kundla sterczy jak antena - mruknęła kierowniczka. - Teraz są modne krótkie ogonki. Przycinanie jest darmowe, w cenie klatki. To co, rachu-ciachu i ogon ucięty.

- Nieeee! - wrzasnął Budyń.

Na szczęście kierowniczka myślała, że to krzyczy Kuki.

- Nie denerwuj się, chłopcze. Nie chcesz przycinania, to je skreślam. Czy zamawiacie państwo tresurę?

- Jaką znowu tresurę!? - jęknął Kuki.

- Tresujemy tu psy, żeby były grzeczne i posłuszne.

- Nie chcemy żadnej tresury! - powiedział oburzony Kuki. - Budyń wszystko umie!

- Rozumiem. No to zabierzmy tego geniusza do kojca.

Kierowniczka zaprowadziła ich do ciemnej hali, gdzie stały szeregi klatek. W każdej za kratą siedział pies. Zwierzęta były smutne i osowiałe.

Kierowniczka zatrzymała się przy klatce z numerem 13. Wisiał w niej czarny głośnik.

- To będzie kojec dla twojego geniusza - powiedziała kobieta.

Pochyliła się i przyczepiła kundelkowi jakiś klips do ucha.

- Co pani robi? - spytał Kuki.

- To nadajnik GPS. Jakby pies uciekł, zaraz go zlokalizujemy.

Otworzyła drzwi klatki.

- Wchodź, kundlu. No dalej!

Budyń zerknął żałośnie na Kukiego. Minę miał tak smutną, że chłopcu chciało się płakać.

- No właź! - burknęła kierowniczka hotelu.

Kundelek podkulił ogon i powlókł się do klatki. Kobieta zatrzasnęła drzwi i przekręciła klucz w zamku.

Kuki przykucnął obok kraty.

- Budyń... Będę do ciebie dzwonić - szepnął. - Codziennie! Obiecuję!

- Dzięki, szefie - odpowiedział cichutko Budyń. - Tylko błagam, żadnej tresury, bo tego nie zniosę.

- Nie będzie żadnej tresury. Przysięgam! Do widzenia, Budyń.

- Żegnaj, szefie.

Chłopiec ruszył z mamą do wyjścia.

Psiak przycisnął nos do prętów kraty i patrzył smutno za odchodzącym przyjacielem.

Kiedy Kuki i mama odeszli, Budyń usiadł na zimnej betonowej podłodze i się rozejrzał. Klatka po lewej była pusta. Po prawej stronie siedział za kratą stary bernardyn. Spojrzał uważnie na Budynia i zaszczekał:

- Witaj w więzieniu, mały. Jak masz na imię?

Budyń niestety nie mógł odpowiedzieć. Od kiedy magia zmieniła jego głos na ludzki, nie umiał już szczekać. Choć doskonale rozumiał, co mówią inne psy.

- Nie masz sił, żeby szczekać? - zapytał bernardyn. - Po prostu depresja, co? Rozumiem cię, mały. Uważaj tylko, co tu jesz. Wkładają do żarcia coś na uspokojenie, żebyśmy nie gryźli. Strasznie po tym łeb boli. I uważaj na dozorcę. To nie jest miły facet. O, właśnie idzie...

TRZASK! Otworzyły się drzwi i wszedł brodaty mężczyzna w czarnym fartuchu. Uderzył w kratę i krzyknął:

- Śniadanie, kundle! Wszystko ma być zjedzone! Jasne?

Zaczął wrzucać karmę do klatek. Pachniała niezbyt miło.

Kuki i mama jechali do domu w milczeniu. Chłopiec wciąż myślał o Budyniu. Psie, który był jego najlepszym przyjacielem i trzy razy uratował mu życie. A on zostawił go w ohydnej klatce!

Kuki czuł się obrzydliwie.

Po powrocie do domu zaraz zadzwonił do psiego hotelu. Komputerowy głos powiedział: "TU HOTEL DLA PSÓW. WYBIERZ NUMER KLATKI I NACIŚNIJ KRZYŻYK. PO SYGNALE MOŻESZ MÓWIĆ DO SWOJEGO PSA".

- Budyń! To ja - szepnął Kuki. - Chcę ci tylko powiedzieć, że bardzo za tobą tęsknię... Będę do ciebie często dzwonić. Codziennie! Trzymaj się, Budyń!

Kundelek oczywiście nie mógł odpowiedzieć. W klatce był tylko głośnik, a nie było mikrofonu. Kuki nie był więc pewny, czy Budyń go usłyszał.

Wyjazd na obóz szachowy był następnego dnia rano. Mama spakowała rzeczy Kukiego do plecaka. Chłopiec zamknął się w swoim pokoju i w ogóle się do mamy nie odzywał. Próbował zadzwonić do Gabi i Blubka, ale mieli wyłączone telefony. Wysłał im wiadomość, że jutro wyjeżdża na obóz, więc zobaczą się dopiero za dwa tygodnie.

Wieczorem mama przyszła powiedzieć mu dobranoc. Kuki odwrócił się do niej plecami i milczał. Było mu głupio, że tak się zachowuje, bo mama była fajna. Ale tym obozem i oddaniem Budynia zrobiła mu wielką przykrość.

Kuki żałował, że nie zdążył wyczarować klona. Wysłałby go na obóz, a sam zabrałby Budynia i poleciał dra-kulą na koniec świata.

- Kuki, obudź się!

Chłopiec otworzył oczy i rozejrzał się nieprzytomnie. Zegar pokazywał godzinę szóstą rano. Obok łóżka stała mama.

- Wstawaj, Kuki. Zaraz musimy wychodzić. Autokar odjeżdża o siódmej.

Niechętnie wstał z łóżka. W czasie śniadania wypił tylko kilka łyków mleka.

- Zjedz coś - prosiła mama.

- Nie mam ochoty.

- Musisz coś zjeść. Będziecie jechać wiele godzin.

Kuki wzruszył ramionami i odwrócił się.

- Kuki, błagam cię - jęknęła mama. - Nie zachowuj się, jakbym cię wysyłała do kolonii karnej. - Usiadła obok syna. - Ja naprawdę chcę, żeby to był ciekawy obóz. Żeby ci się tam zdarzały same niesamowite przygody.

Chłopiec milczał. Mama westchnęła i wstała z krzesła.

- Musimy jechać.

Kuki wziął plecak i wyszli z domu.

Żadne z nich nie zauważyło, że w czasie rozmowy mama siedziała na czerwonym krześle. Magiczny przedmiot drgnął i zakołysał się. Przez pokój przeszedł podmuch wiatru. Firanki załopotały, a potem wszystko się uspokoiło.

Zbiórka uczestników obozu była na Rynku Głównym. Mama wjechała na wybrukowany plac i zatrzymała samochód obok ratusza. Stał tam niebieski autokar.

- Kuki, wysiadaj - powiedziała mama. - No chodź!

Chłopiec z ponurą miną wysiadł z auta. Poszli w stronę autokaru, przed którym kłębił się tłum rodziców i dzieci. Kuki rozpoznał tylko dwie osoby. Nikodema, z powodu bladej cery zwanego Trupkiem. Słynął z tego, że wciąż biegał ze skargami do nauczycieli. Obok stała Zula z szóstej B. Lubiła przyklejać wszędzie gumy do żucia i nieustannie coś jadła. Poza tą koszmarną parą Kuki nie znał nikogo.

Do mamy podeszła wychowawczyni Kukiego ze szkoły. Okazało się, że jest kierowniczką obozu.

- Witaj, Kuki. Cieszę się, że z nami jedziesz. Mam nadzieję, że ty też się cieszysz.

- Nie - burknął Kuki.

- Proszę nie zwracać uwagi na jego humory - powiedziała mama. - Chciałam poinformować, że wyjeżdżamy z mężem w góry. Może być kłopot z telefonowaniem do nas.

Wychowawczyni się uśmiechnęła.

- Jestem pewna, że z Kukim nie będzie problemów, więc nie będę musiała dzwonić ze skargami. - Odwróciła się i zawołała: - Uczestnicy obozu! Proszę kończyć pożegnania i wsiadać! Zaraz odjeżdżamy.

Uczniowie rzucili się do autokaru, żeby zająć najlepsze miejsca.

- No to cześć, Kuki - powiedziała mama.

Chciała syna przytulić, ale wymknął się jej i bez słowa wszedł do autokaru. Usiadł z tyłu, sam. Był zadowolony, że nie będzie musiał z nikim gadać. Jednak po chwili usłyszał głos wychowawczyni:

- Nikodem, usiądź obok Kukiego.

Kuki odwrócił się do okna i udawał, że śpi. Nikodem zajął miejsce obok niego.

- Czy możemy wreszcie ruszać? - spytał kierowca autokaru.

Wychowawczyni zerknęła na listę uczestników.

- Brakuje jeszcze dwóch osób. Poczekajmy pięć minut.

Minęło dziesięć minut, ale nikt się nie zjawił.

- No trudno - powiedziała pani Szulc. - Ruszajmy!

W tej chwili na Rynek wjechały dwa auta. Zatrzymały się z piskiem hamulców. Rozległo się wołanie:

- Proszę zaczekać! Jeszcze my!

Kuki otworzył oczy, żeby zobaczyć, co za osły się spóźniły. I omal nie krzyknął ze zdumienia.

W stronę autokaru biegli Gabi i Blubek!

Kuki popędził do drzwi i wyskoczył z autobusu.

- Co wy tu robicie!? - zawołał.

- Jedziemy z tobą na obóz - powiedziała Gabi.

- Na ten obóz!? - spytał zdumiony Kuki. - Jakim cudem?

- Wczoraj twoja mama powiedziała mojej, że jedziesz na obóz szachowy. No więc postanowiliś­my z Blubkiem, że też pojedziemy. Przycisnęliśmy rodziców i nas zapisali. Na szczęście były wolne miejsca.

Kuki nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.

- Naprawdę ze mną pojedziecie?

- Pewnie. Przecież nie możemy cię puścić samego - zaśmiał się Blubek. - Jeszcze byś narobił kłopotów!

Kuki spojrzał na przyjaciół z wdzięcznością. Oni byli fantastyczni! Zapisali się na koszmarny obóz tylko po to, by nie zostawić go samego. Nie wiedział, co powiedzieć. Wreszcie mruknął:

- Dzięki.

- Ale musisz mnie nauczyć grać w szachy - powiedział Blubek. - Nakłamałem, że umiem, a w życiu nie grałem. Czy to jest podobne do Warcrafta?

- Nie bardzo, ale nauczę cię grać. Szachy są fajne.

- A co z Budyniem? - spytał Blubek. - Zabrałeś go?

- Nie wolno zabierać psów - westchnął Kuki. - Mama oddała go do psiego hotelu.

- Biedny Budyń - szepnęła Gabi.

W tym momencie pani Szulc zawołała:

- Kuki, Gabi, Blubek! Wsiadajcie!

Wskoczyli do autokaru. Blubek usiadł na fotelu obok kierowcy. Gabi zajęła miejsce przy Zuli, ledwo się mieszcząc obok gigantycznej torby z kanapkami.

Autokar ruszył. Kuki pomachał mamie, a nawet się do niej uśmiechnął. No bo teraz obóz zapowiadał się dużo fajniej!

Jechali długo, bo obóz był nad morzem. Nikodem całą drogę zapisywał coś w notesie. Miał flamaster, który piszczał przeraźliwie w czasie pisania.

- Trupek! Przestań piszczeć! - jęknął Kuki. - Co ty robisz?

- Opracowuję strategię gry w szachy - odparł Nikodem.

- Po co?

- W czasie obozu będzie turniej szachowy. Ojciec powiedział, że muszę wygrać.

W tej chwili autokar podskoczył na nierówności i notes spadł na podłogę. Nikodem zanurkował pod fotel, żeby go podnieść. Rozległ się jego wrzask:

- Tam jest pająk! - Trupek wyskoczył spod fotela. - Proszę pani! Pająk!

Kierowca zatrzymał autobus.

- Nie jadę! - zawołał. - Dopóki on nie przestanie się wydzierać, nie ruszę!

- Nikodem, uspokój się - prosiła pani Szulc. - Pajączek nic ci nie zrobi.

- Właśnie, że zrobi - jęczał Trupek. - Pająki wstrzykują toksyny. Od tego mózg wysycha i człowiek głupieje.

- Ciebie to już chyba spotkało - mruknął Blubek.

- No dobrze - westchnęła wychowawczyni. - Zamieńcie się miejscami z Blubkiem.

Nikodem usiadł przy kierowcy, a Blubek obok Kukiego, z czego obaj byli zadowoleni.

Gabi wisiała na brzegu fotela, bo prowiant Zuli zajmował jej siedzenie.

- Przesuń ten worek - poprosiła Gabi - bo nie mam gdzie siedzieć.

Zula przesunęła torbę o centymetr. Potem wyciągnęła wielką butlę coli. Przy otwieraniu rozgrzany napój wystrzelił jak gejzer. Lepka fontanna trafiła w kierowcę, który wrzasnął i wcisnął hamulec. Autokar zahamował z piskiem opon.

- Nie jadę dalej! - ryknął szofer. - Albo pani uspokoi tę bandę, albo nie ruszę się stąd!

Chwycił ręcznik i zaczął wycierać włosy oblane colą. Zula rechotała głośno.

- Dzieci, proszę o spokój! - zawołała wychowawczyni. - Opowiem wam o miejscu, do którego jedziemy. O ile ten miły pan zechce nas tam zawieźć.

Szofer mruknął coś pod nosem, ale uruchomił silnik i ruszyli.

- Nasz obóz jest na wyspie - powiedziała pani Szulc. - Będziemy mieszkać w starym zamku przerobionym na hotel.

Pokazała zdjęcie ponurego zamczyska.

- Właściciel zamku był miłośnikiem szachów. Zbudował go tak, by wieże przypominały figury szachowe. Dlatego tam organizujemy nasz obóz...

Przerwała jej Zula.

- Jak będziemy płynąć statkiem, to ostrzegam, że od kołysania zaraz puszczam pawia.

- Nie będziemy płynąć statkiem. Wyspa jest blis­ko brzegu i łączy ją z lądem most. Chcecie o coś spytać?

Pytań nie było.

W autobusie ucichło. Wszyscy byli zmęczeni i wkrótce większość dzieci usnęła.

Autokar pędził pustą autostradą. Na horyzoncie pojawiły się chmury. Płynęło ich coraz więcej i było słychać odległe grzmoty. Zbliżała się burza.

Dalsza część w wersji pełnej