Rozdział 1
1
Niedługo będzie po wszystkim.
Julia Cates nie pamiętała już nawet, ile razy to sobie powtarzała, ale
tego dnia -?wreszcie -?naprawdę miał nastąpić koniec. Za kilka godzin
świat dowie się o niej całej prawdy.
Pod warunkiem, że uda jej się dotrzeć do centrum. Niestety, autostrada
Pacific Coast przypominała raczej wielki parking niż drogę przelotową.
Wzgórza za Malibu znowu stały w ogniu, nad dachami budynków unosił się
dym i przez niego czyste zazwyczaj powietrze nadmorskie zamieniło się w gęstą brązową zawiesinę. Dzieci w całym mieście budziły się w środku
nocy, płacząc szaroburymi łzami i z trudem łapiąc oddech. Zdawało się,
że nawet fale straciły rozpęd, jak gdyby wyczerpane niezwykłym jak na tę
porę roku upałem.
Julia manewrowała w nieznośnym korku, wśród ruszających i zaraz
hamujących samochodów, ignorując kierowców, którzy nie wpuszczali jej i zajeżdżali drogę. Można się było tego spodziewać; w tym
najniebezpieczniejszym okresie na południu Kalifornii ludzie tracili
panowanie nad sobą i wybuchali równie łatwo jak pożary. Upał wszystkim
działał na nerwy.
Wreszcie wydostała się z autostrady i zajechała pod gmach sądu.
Wszędzie wokół stały telewizyjne wozy transmisyjne. Na schodach tłoczyły
się setki reporterów z włączonymi mikrofonami i kamerami, którzy już
czekali na nowy materiał. W Los Angeles weszło to już do codzienności;
rozprawy stanowiły rozrywkę. Michael Jackson. Courtney Love. Robert
Blake.
Julia skręciła za róg budynku i podjechała pod tylne wejście, gdzie
czekali na nią jej adwokaci.
Zaparkowała przy ulicy i wysiadła z samochodu, sądząc, że będzie w stanie iść pewnym krokiem, ale przez jedną straszną chwilę nie mogła
ruszyć się z miejsca. Jesteś niewinna -?powiedziała sobie kolejny raz. I oni przekonają się o tym. System zadziała. Zmusiła się, żeby zrobić krok
do przodu, potem następny. Miała wrażenie, jakby poruszała się za sprawą
niewidzialnych sznurków, i z trudem pokonała schody. Kiedy dotarła
wreszcie do czekającej na nią grupy, udało jej się uśmiechnąć.
Kosztowało ją to wiele wysiłku, ale jedno wiedziała na pewno: że jej
uśmiech wygląda na autentyczny. Każdy psychiatra wie, jak uśmiechnąć się
przekonująco.
-?Dzień dobry, doktor Cates -?powiedział Frank Williams, główny obrońca
w zespole jej adwokatów. -?Jak się pani czuje?
-?Chodźmy -?odparła na to, zastanawiając się jednocześnie, czy tylko ona
słyszy, jak drży jej głos. Była wściekła z powodu tego jawnego
świadectwa strachu. Właśnie dziś powinna być silna, powinna pokazać
światu, że jest tak dobrym lekarzem, za jakiego uchodzi, i że nie
zrobiła nic złego.
Sprzymierzeńcy opiekuńczo wzięli ją między siebie. Doceniała ich
wsparcie. Chociaż bardzo starała się sprawiać wrażenie profesjonalnej i pewnej siebie, był to kruchy pancerz. Jedno słowo wystarczyło, by pękł.
Weszli do budynku sądu.
Oślepiły ich sinobiałe błyski fleszy. Jednocześnie usłyszeli gorączkowe
pstryknięcia migawek aparatów fotograficznych i szum uruchamianych taśm
magnetofonowych. Reporterzy runęli przed sobie, przekrzykując się
nawzajem.
-?Doktor Cates! Jak się pani czuje po tym, co się stało?!
-?Dlaczego nie uratowała pani tych dzieci?!
-?Czy wiedziała pani o broni?!
Frank otoczył ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Julia wtuliła twarz
w połę jego marynarki i pozwoliła mu się prowadzić.
Po wejściu do sali sądowej zajęła miejsce na ławie oskarżonych. Wokół
niej, jeden po drugim, zebrali się obrońcy. Za nimi, w pierwszym rzędzie
krzeseł dla publiczności, zasiadło kilku młodszych asystentów i pomocników obrony.
Julia usiłowała nie zwracać uwagi na hałas i zamieszanie, jakie panowały
za jej plecami: na trzaskanie drzwi, stukot pospiesznych kroków na
marmurowej podłodze, ściszone głosy. Wolne miejsca zapełniały się
szybko, wiedziała to i bez oglądania się. Tego dnia sala rozpraw była
miejscem, w którym wypadało być, a ponieważ sędzia nie pozwoliła na
obecność kamer telewizyjnych, na galerii bez wątpienia tłoczyli się
dziennikarze i rysownicy z piórami i ołówkami w rękach.
Przez cały poprzedni rok wypisywano o Julii najróżniejsze historie.
Fotoreporterzy robili jej tysiące zdjęć -?gdy wynosiła śmieci, wyjrzała
na balkon, wychodziła do pracy czy z niej wracała. Te najmniej pochlebne
ukazywały się na pierwszych stronach gazet.
Dziennikarze praktycznie rozbili obóz pod jej apartamentem; to, że nie
chciała z nimi rozmawiać, wcale im nie przeszkadzało. Wciąż o niej
pisali. O jej dzieciństwie w małym miasteczku, o elitarnym
wykształceniu, o ekskluzywnym mieszkaniu z widokiem na morze,
druzgocącym zerwaniu z Philipem. Snuli na jej temat rozmaite domysły, a to, że stała się anorektyczką, a to, że jest maniaczką liposukcji. Tylko
jedno pomijali milczeniem, to, co miało dla niej największe znaczenie:
że kocha swoją pracę. Julia była kiedyś samotnym, trudnym dzieckiem i dobrze pamiętała wszystkie cierpienia z tym związane. To dzięki
przeżyciom z młodości została wybitnym psychiatrą. I tak naprawdę tylko
to liczyło się w jej życiu.
Oczywiście, ten fakt nigdy nie dostał się do prasy. Podobnie jak lista
dzieci i nastolatków, którym pomogła.
Zebrani na sali uciszyli się, gdy miejsce za stołem zajęła sędzia Carol
Myerson. Była to kobieta o surowym wyrazie twarzy, z farbowanymi
kasztanowatymi włosami i w staromodnych okularach.
Woźny ogłosił rozpoczęcie rozprawy.
Julia pożałowała nagle, że nie poprosiła kogoś z bliskich, aby jej tego
dnia towarzyszył, przyjaciółki czy kogoś z krewnych, kto by stał przy
niej, może wziął za rękę, gdy będzie już po wszystkim. Zawsze jednak
przedkładała pracę nad życie rodzinne czy towarzyskie. Nie miała czasu
dla przyjaciół. Terapeuta -?bo miała własnego terapeutę -?często zwracał
uwagę na tę lukę w jej życiu; szczerze mówiąc, aż do tej chwili nie
uważała, by w tym, co mówił, kryła się prawda.
Wstał Frank, zajmujący miejsce obok niej. Był to przystojny mężczyzna,
wysoki i wręcz wytwornie szczupły, o szpakowatych włosach, których kolor
przechodził od czerni do siwizny w doskonałym porządku, począwszy od
skroni. Wybrała go na swojego obrońcę ze względu na błyskotliwy umysł,
ale jego powierzchowność mogła odegrać w procesie nawet większą rolę.
Zbyt często w tej sali forma okazywała się ważniejsza niż istota rzeczy.
-?Wysoki Sądzie -?zaczął Frank najbardziej łagodnym i przekonującym
głosem, jaki kiedykolwiek słyszała -?pozwanie doktor Julii Cates do sądu
jako skarżonej w tym procesie to absurd. Chociaż często dyskutuje się o granicach tajemnicy zawodowej w dziedzinie psychiatrii, to przecież
istnieją pewne precedensy, na przykład sprawa Tarasoff przeciwko
kuratorium oświaty stanu Kalifornia. Doktor Cates nie zdawała sobie
sprawy, że jej pacjentka przejawia skłonność do przemocy, i nie
wiedziała o żadnych groźbach pod adresem konkretnych osób. W akcie
oskarżenia nie figuruje nawet taki zarzut. Dlatego wnosimy o oddalenie
pozwu. Dziękuję.
Frank usiadł. Podniósł się mężczyzna w czarnym garniturze, siedzący na
miejscu prokuratora.
-?Straciło życie czworo dzieci, Wysoki Sądzie. Nic nie przywróci im
życia; nigdy nie dorosną, nie pójdą na studia, nie będą miały własnych
dzieci. Doktor Cates była psychiatrą Amber Zunigi. Przez trzy lata
spotykała się z nią po dwa razy w tygodniu, za każdym razem przez
godzinę słuchała o jej problemach i przepisywała leki na pogłębiającą
się depresję dziewczyny. Mamy uwierzyć, że znając ją tak blisko, doktor
Cates nie wiedziała, iż Amber była w coraz gorszym stanie psychicznym i stawała się niebezpieczna? Że pani doktor nie miała żadnych przesłanek,
wskazujących, iż jej pacjentka kupi broń, pójdzie do kościoła na
spotkanie młodzieży i zacznie strzelać?
Prokurator wyszedł zza stołu i stanął na środku sali. Powoli zwrócił
twarz w stronę Julii. Był to moment wart dużych pieniędzy, moment, który
miał być utrwalony przez wszystkich rysowników obecnych na sali i pokazany światu.
-?Doktor Cates jest wysokiej klasy specjalistą, Wysoki Sądzie. Powinna
była przewidzieć, że może dojść do tragedii, i zapobiec jej, ostrzegając
ofiary albo kierując panią Zunigę na leczenie w ośrodku zamkniętym.
Powinna ją była tam skierować, nawet jeśli nie wiedziała o potencjalnym
zagrożeniu z jej strony. Dlatego wnosimy o postawienie doktor Cates w stan oskarżenia. Trzeba wymierzyć sprawiedliwość. Rodzinom zamordowanych
należy się zadośćuczynienie od osoby, która mogła i powinna była
zapobiec śmierci ich dzieci.
Prokurator wrócił na miejsce i usiadł.
-?To nieprawda -?szepnęła Julia, wiedząc, że nikt jej nie usłyszy.
Musiała to jednak wypowiedzieć. Nic w słowach ani zachowaniu Amber nie
świadczyło o tym, że może być zdolna do przemocy. Wszystkie nastolatki,
które zmagają się z depresją, mówią przecież, że nienawidzą swoich
rówieśników ze szkoły. Ale całe lata świetlne dzielą je od tego, żeby
kupić broń i zacząć z niej strzelać.
Dlaczego oni wszyscy tego nie rozumieją?
Sędzia przerzuciła leżące przed nią akta. Zdjęła okulary do czytania i odłożyła je na drewniany blat stołu sędziowskiego.
W sali zapadła cisza. Julia wiedziała, że dziennikarze czekają w napięciu, przygotowani do notowania. Na zewnątrz stali inni, z gotowymi
do druku dwiema wersjami orzeczenia. Mieli także dwie wersje nagłówka,
na każdą ewentualność. Czekali tylko na znak od kolegów z sali.
Rodzice ofiar, którzy siedzieli w tylnych ławach i tworzyli pogrążoną w żałobie grupę, czekali na zapewnienie, że tej tragedii można było
uniknąć, że ktoś był w stanie ocalić ich dzieci. Pozywali już do sądu za
tę niesprawiedliwą śmierć każdego, kogo się dało: policję, służby
medyczne, firmy farmaceutyczne, lekarzy i rodzinę Amber Zunigi.
Współczesny świat nie wierzy w bezsens tragedii. Ludziom nie mogą się
przecież tak po prostu przydarzać nieszczęścia; ktoś musi być za nie
odpowiedzialny. Rodziny zamordowanych liczyły, że w tym procesie
znajdzie się winny, ale Julia wiedziała, że to zajęłoby ich myśli
jedynie na jakiś czas, pomogłoby im przerzucić cierpienie na kogoś
innego. Na pewno jednak nie uleczyłoby ich bólu. Ten ból miał ich
przeżyć.
Sędzia spojrzała na rodziców.
-?Bez wątpienia to, co zdarzyło się dziewiętnastego lutego w kościele
baptystów w Silverwood, jest straszną tragedią. Jako matka, nie potrafię
wyobrazić sobie, co państwo przeżywają od kilku miesięcy. Jednak
zebraliśmy się tu, żeby orzec, czy doktor Cates ma pozostać oskarżona w tej sprawie. -?Splotła ręce na blacie. -?Jestem przekonana, że w świetle
prawa doktor Cates nie miała obowiązku ostrzec ani w żaden inny sposób
chronić ofiar tego zbiegu okoliczności. Mam po temu kilka przesłanek. Po
pierwsze, żadne fakty nie wskazują, ani też nie wynika to z dowodów
zebranych przez prokuratora, że doktor Cates mogła określić potencjalne
ofiary; po drugie, prawo nie nakłada na nią obowiązku ostrzeżenia ich,
nawet gdyby zostały zidentyfikowane; i wreszcie, dla dobra społecznego,
należy sankcjonować tajemnicę zawodową w relacjach psychiatra -?pacjent,
chyba że istnieje konkretne zagrożenie, które uzasadnia naruszenie tej
tajemnicy. Doktor Cates, jak wynika z jej zeznania, z jej notatek i opinii samego oskarżyciela, nie była w stanie ostrzec ani w inny sposób
ochronić ofiar w tej sprawie. Dlatego oddalam pozew wniesiony przeciwko
doktor Cates bez żadnego dla niej uszczerbku.
Zebrani na galerii jakby wpadli w amok. Julia, nie wiedząc jak i kiedy,
wstała i znalazła się w objęciach swoich obrońców. Słyszała, jak za jej
plecami dziennikarze pędzą do drzwi, a potem biegną po marmurowej
podłodze korytarza.
-?Puścili ją! -?krzyknął ktoś.
Julia poczuła przypływ ulgi. Dzięki Bogu!
A potem usłyszała za sobą płacz rodziców tamtych dzieci.
-?Jak to możliwe? -?pytało głośno któreś z nich. -?Przecież powinna była
wiedzieć!
Frank położył jej rękę na ramieniu.
-?Uśmiechnij się. Wygraliśmy.
Zerknęła przez ramię na tamtych ludzi, a potem odwróciła wzrok. Znów
ogarnęły ją wątpliwości. Czy mieli rację? Powinna była wiedzieć?
-?To nie była twoja wina, i czas, żebyś to wszystkim powiedziała. Masz
teraz okazję, aby...
Otoczył ich tłum reporterów.
-?Doktor Cates! Co ma pani do powiedzenia rodzicom, którzy obarczają
panią odpowiedzialnością?
-?Czy inni rodzice powierzą pani swoje dzieci?
-?Czy może pani skomentować informację, że izba adwokacka okręgu Los
Angeles wykreśliła pani nazwisko z rejestru biegłych sądowych w dziedzinie psychiatrii?
Frank bojowo wystąpił naprzód, znowu ujmując Julię pod rękę.
-?Pozew przeciwko mojej klientce właśnie został oddalony -?oznajmił.
-?Tylko z przyczyn formalnych! -?zawołał ktoś.
Gdy uwaga wszystkich skupiła się na Franku, Julia wymknęła się z tłumu i szybkim krokiem ruszyła w kierunku drzwi. Wiedziała, że Frank chciałby,
aby wygłosiła oświadczenie, lecz nie dbała o to. Nie miała poczucia, że
wygrała. Pragnęła jedynie oderwać się już od tego wszystkiego... wrócić
do normalnego życia.
Przed drzwiami czekali na nią państwo Zuniga. Zastąpili jej drogę. Byli
zupełnie innymi ludźmi niż ci, których kiedyś znała. Z powodu cierpień
postarzeli się przedwcześnie i jakby zszarzeli.
Pani Zuniga spojrzała na nią przez łzy.
-?Naprawdę jej pani pomogła, doktor Cates -?powiedziała.
-?Kochała was oboje -?odparła Julia miękko, wiedząc, że te słowa im nie
wystarczą. -?Byliście dobrymi rodzicami. Nie dajcie sobie wmówić czegoś
innego. Amber była chora. Żałuję, że...
-?Proszę, nie! -?powiedział pan Zuniga. -?Żal, że się czegoś nie
zrobiło, boli najbardziej.
Objął żonę ramieniem i przytulił.
Zapadło milczenie. Julia nie wiedziała, co jeszcze może powiedzieć, ale
przychodziło jej do głowy jedynie "bardzo mi przykro", co mówiła już nie
wiadomo ile razy, i "do widzenia". Przyciskając do boku torebkę,
wyminęła ich i wyszła z sądu.
Świat na zewnątrz był szary i ponury. Słońce zniknęło, a niebo zasnuwała
gruba warstwa dymu, harmonizująca z jej nastrojem.
Wsiadła do samochodu i ruszyła. Odjeżdżając spod gmachu sądu, zaczęła
się zastanawiać, czy Frank w ogóle zauważył jej nieobecność. Dla niego
to była gra, choć o dużą stawkę, i jako jej bohater, był zaabsorbowany
czym innym. O ofiarach i ich rodzinach pomyśli pewnie wieczorem, już u siebie w domu, po kilku drinkach. O niej też sobie przypomni i może
przyjdzie mu do głowy refleksja, co czeka psychiatrę, który tak jak ona
skompromitował się zawodowo, ale nie będzie się długo nad tym
zastanawiał. Zabraknie mu odwagi.
Ona sama też zamierzała zamknąć tę sprawę. Wieczorem będzie leżała
samotnie w swoim łóżku, słuchając uderzeń fal morskich o brzeg i myśląc
o tym, jak bardzo ten dźwięk przypomina bicie jej serca. Znowu spróbuje
zmierzyć się z bólem i poczuciem winy. Musi w końcu dojść do tego, co
przeoczyła, jakiego znaku nie dostrzegła. To będzie bolesne -
rozpamiętywanie -?ale w końcu, dzięki tym wszystkim cierpieniom stanie
się lepszym terapeutą. Tymczasem jutro o siódmej rano znowu wstanie z łóżka, ubierze się i wróci do pracy.
Żeby pomagać ludziom.
Tak właśnie zamierzała przez to przejść.
Przy wyjściu z groty przykucnęła dziewczynka; obserwuje potoki wody
lejące się z nieba. Chce sięgnąć po jedną z puszek leżących wokół i może
znowu wylizać wnętrze, ale robiła to już tyle razy. Jedzenie się
skończyło. Skończyło się tak dawno, że już nie wie, ile od tego czasu
przewędrowało księżyców. Za nią czuwają niespokojne wilki, też są
głodne.
Niebo pomrukuje i ryczy. Drzewa trzęsą się ze strachu, a z góry wciąż
spływa woda.
Dziewczynka usypia.
Budzi się nagle i rozgląda dookoła, wciągając powietrze w nozdrza. W ciemnościach unosi się dziwny zapach. Powinien ją przestraszyć, zapędzić
do głębokiej, ciemnej nory, ale ona nie może ruszyć się z miejsca. Ma
ściśnięty żołądek, tak pusty, że aż boli.
Lejąca się z góry woda nie jest już tak wściekła; już tylko szemrze.
Dziewczynka żałuje, że nie ma słońca. W słońcu żyje się łatwiej. W jaskini jest tak ciemno.
Trzaska gałązka.
I następna.
Dziewczynka zastyga, pragnąc, żeby jej ciało wtopiło się w ścianę
jaskini. Staje się jakby cieniem samej siebie, płaska i nieruchoma. Wie,
jak ważny jest bezruch.
Nadchodzi On? Tak długo Go nie było. Nie zostało już nic do jedzenia.
Skończyły się też słoneczne dni i chociaż dziewczynka cieszy się, że On
odszedł, bez Niego odczuwa strach. Kiedyś -?dawno temu -?Ona by pomogła,
ale NIE ŻYJE.
Kiedy w lesie znowu robi się cicho, dziewczynka wychyla się z jaskini,
wystawia twarz Tam, w szare światło. Nadchodzi mrok długiej nocy,
wkrótce wszędzie zapanuje ciemność. Cieknąca z góry woda jest przyjemna
i słodka. Smakuje dziewczynce.
Co ma zrobić?
Zerka na szczenię wilka siedzące obok niej. Też jest czujne, też węszy.
Dziewczynka dotyka jego miękkiej sierści i czuje drżenie małego ciałka.
Wilczek także się niepokoi: czy On wraca?
Przedtem nie było Go przez jeden czy najwyżej dwa księżyce. Ale wszystko
się zmieniło, gdy Ona umarła i zniknęła. Gdy odchodził, nawet odezwał
się do dziewczynki:
ZACHOWUJSIĘGRZECZNIEGDYMNIENIEBĘDZIEBOINACZEJ...
Nie rozumie tych wszystkich słów, ale wie, co znaczy BO INACZEJ.
Ale Jego nie ma już bardzo długo. Nie zostało nic do jedzenia. Udało się
jej wyswobodzić i chodzi do lasu po jeżyny i orzechy, ale zbliża się
czas ciemności. Niebawem będzie za słaba, by zdobywać pożywienie,
zresztą ono się skończy, gdy zapanuje biel, a oddech zamieni się w mgłę.
Dziewczynka wprawdzie się boi, umiera ze strachu przed Obcymi, którzy
mieszkają Tam, ale głoduje, a jeśli On wróci i zobaczy, że się
oswobodziła, będzie źle. Musi coś zrobić.
Miasteczko Rain Valley, leżące pomiędzy dzikimi ostępami Olympic
National Forest a szarym wybrzeżem Pacyfiku z głośno przewalającymi się
falami, było ostatnim bastionem cywilizacji przed obszarem gęstych
lasów.
Niedaleko miasteczka znajdowały się takie miejsca, na których nigdy nie
spoczęły złote promienie słońca, gdzie przez cały rok na czarną,
wilgotną ziemię kładły się cienie, miejsca tak zarośnięte i nieprzebyte,
że ci nieliczni rowerzyści, którzy dostali się do lasu, często mieli
wrażenie, jakby znaleźli się w niedźwiedzim mateczniku. Nawet dziś, w epoce cudownych odkryć naukowych, lasy te pozostały takie jak przed
wiekami, niezbadane, nietknięte przez człowieka.
Przed niespełna stu laty w tym pięknym miejscu między lasami deszczowymi
a oceanem pojawili się osadnicy i wykarczowali obszar, który potrzebny
był im do uprawy zbóż. Z czasem jednak przekonali się o tym, o czym
tubylcy wiedzieli od dawna: że tego miejsca nie da się ujarzmić.
Zrezygnowali więc z rolnictwa, a zajęli się rybołówstwem. Miejscową
specjalnością stały się połowy łososia i obróbka drewna, i przez kilka
dziesięcioleci miasteczko prosperowało całkiem nieźle. Ale w latach
dziewięćdziesiątych rejon ten odkryli ekolodzy. Postawili sobie za cel
uratowanie ptactwa, ryb i najstarszych drzew. W tej swojej kampanii
zapomnieli jednak o ludziach, którzy żyli z tej ziemi, i miasteczko w ciągu kilku lat znacznie podupadło. Wielkie wizje rozwoju, jakie
roztaczali najbardziej wpływowi obywatele, bladły jedna po drugiej. Nie
zainstalowano nowych latarni ulicznych, na które wszyscy mieszkańcy tak
czekali; droga nad Mystic Lake pozostała wąską szosą, z coraz bardziej
rozjeżdżonym asfaltem i coraz bardziej dziurawą; linie telefoniczne i elektryczne pozostały tam, gdzie dawniej -?czyli w powietrzu -?i zwisały
gnuśnie między jednym słupem a drugim, tak że pierwsze z brzegu złamane
drzewo mogło je zerwać podczas zawieruchy, pozbawiając prądu całe
miasteczko.
W innych częściach świata, w miejscach, do których człowiek rościł sobie
prawo od dawna, upadek miasteczka mógł być śmiertelnym ciosem dla
poczucia wspólnoty jego obywateli, ale nie tutaj. Mieszkańcy Rain Valley
byli twardymi ludźmi, którzy potrafili i chcieli żyć w miejscu, gdzie
deszcz padał przez ponad dwieście dni w roku, a słońce było jak bogaty
wujek, który rzadko zjawia się z wizytą. Znosili dni szarugi,
nasiąknięte wodą trawniki oraz rozmokłe drogi i jakoś funkcjonowali, bo
przecież byli synami i córami pionierów, którzy kiedyś odważyli się
zamieszkać wśród górujących nad nimi drzew.
Tego dnia jednak ich wytrzymałość została wystawiona na próbę. Był
siedemnasty października i jesień przegrywała wyścig z nadchodzącą zimą.
Och, drzewa przybrane były jeszcze w odświętne barwy, a trawa
zazieleniła się po palących dniach późnego lata, ale nikt nie mógł mieć
wątpliwości -?zbliżała się zima. Niebo było szare od tygodnia, warstwy
złowróżbnie ciemnych chmur wisiały nisko nad horyzontem. Przez siedem
dni deszcz lał prawie bez przerwy.
Na rogu Wheaton Way i Cates Avenue znajdował się przysadzisty szary
budynek z kopułą i masztem na trawniku przed frontem. Mieścił się w nim
posterunek policji. Stare oświetlenie jarzeniowe w środku ledwie
rozpraszało szarówkę. Była czwarta po południu, ale ze względu na pogodę
wydawało się, że już później.
Ludzie, którzy tam pracowali, starali się nie zwracać uwagi na aurę.
Gdyby ich zapytano -?a nie pytano -?stwierdziliby, że cztery-pięć dni
ciągłego deszczu można jeszcze wytrzymać. Kolejne też, pod warunkiem, że
tylko mży. Ale w tak długim okresie niepogody było coś niepokojącego. W końcu to nie styczeń. Przez pierwszych kilka dni słoty siedzieli przy
biurkach i dobrodusznie utyskiwali na niewygodę, z jaką wiązało się
wyjście na dwór i przejście do samochodu. Teraz jednak, pod wpływem
jednostajnego bębnienia deszczu o dach, ton rozmów stał się cięższy.
Ellen Barton -?dla przyjaciół, czyli całego miasteczka, Ellie -?stała
przy oknie i wyglądała na ulicę. W deszczu wszystko wydawało się
rozmyte, jak rysunek węglem. Dostrzegła własne odbicie w oknie zalewanym
strugami deszczu; raczej nie tyle odbicie, ile wrażenie utrwalone przez
moment na szybie. Zobaczyła taki swój obraz, jaki zawsze widziała -
dziewczyny o ciemnych, gęstych włosach, chabrowych oczach i radosnym
uśmiechu. Zwyciężczyni miejscowego konkursu piękności i konkursu na
główną cheerleaderkę. I jak zawsze, gdy myślała o sobie z przeszłości,
widziała się w bieli, kolorze panien młodych, nadziei na przyszłość,
nienarodzonych jeszcze dzieci.
-?Muszę zapalić, Ellie. Wiesz, że muszę. Dobrze mi szło, ale zbliżam się
do punktu krytycznego. Jeśli nie zapalę, będę musiała pójść do lodówki.
-?Nie pozwól jej -?powiedział Cal ze swojego miejsca przy biurku
dyżurnego. Siedział zgarbiony przy telefonie, pasmo czarnych włosów
opadało mu na oczy. W szkole średniej Ellie i jej koleżanki nazywały go
Krukiem ze względu na kolor włosów i ostre, wyraziste rysy. Zawsze robił
wrażenie kanciastego, źle poskładanego, jakby nie czuł się dobrze we
własnym ciele. Dobiegał czterdziestki, ale wciąż wyglądał chłopięco.
Tylko po oczach -?ciemnych, o intensywnym spojrzeniu -?widać było, że
już dużo w życiu przeszedł. -?Bądź jak surowa matka. To zawsze się
sprawdza.
-?Ugryź mnie...! -?warknęła Peanut.
Ellie westchnęła. Wracali do tego tematu co pięć minut. Ujęła się pod
boki, opierając palce na ciężkim pasie, przewieszonym przez biodra.
Obróciwszy się, spojrzała na swoją najlepszą przyjaciółkę.
-?Peanut, wiesz, co odpowiem. To miejsce publiczne. Ja jestem szefem
policji. Jak mogę ci pozwolić na łamanie prawa?
-?No właśnie -?rzucił Cal. Otwierał usta, żeby jeszcze coś dodać, ale
zadzwonił telefon i Cal podniósł słuchawkę, mówiąc: -?Posterunek policji
w Rain Valley.
-?Dobra -?powiedziała Peanut. -?Nagle zrobiła się z ciebie obrończyni
prawa i porządku. A co ze Svenem Morgensternem? Codziennie parkuje pod
swoim sklepem, tuż przed hydrantem. Kiedy ostatnio odholowałaś mu wóz? A Large Marge co niedziela po kościele podprowadza ze sklepu lody na
patyku i lakier do paznokci. Nie nadążam z wystawianiem nakazów jej
aresztowania. Chociaż dopóki mąż płaci za jej wyskoki, to chyba nie ma
znaczenia...
Nie dokończyła. Obydwie wiedziały, że mogłaby wymienić jeszcze z tuzin
podobnych wykroczeń. To było w końcu tylko Rain Valley, a nie jakieś tam
centrum Seattle. Ellie pełniła funkcję szefa policji od czterech lat, a przedtem przez osiem lat służyła w patrolu. Chociaż musiała być
przygotowana na wszystko, jak dotąd nie miała do czynienia z przestępstwem większym niż włamanie czy bezprawne wkroczenie na teren
prywatny.
-?Pozwolisz mi zapalić, czy mam zjeść pączka i wypić red bulla? -
spytała Peanut.
-?Jedno i drugie cię wykończy.
-?Uhm, ale to drugie nie wykończy nas -?powiedział Cal, odkładając
słuchawkę. -?Nie daj się, El. Ona jest tylko dyspozytorką. Nie powinna
palić w miejscu publicznym.
-?Za dużo palisz -?orzekła w końcu Ellie.
-?Owszem, ale dzięki temu mniej jem.
-?A może byś wróciła do tej głupiej diety łososiowej? Albo
grejpfrutowej? Każda z nich byłaby lepsza niż palenie.
-?Przestań gadać i udzielać mi tylu rad. Muszę zapalić.
-?Zaczęłaś palić cztery dni temu, Peanut -?zwrócił jej uwagę Cal. -?Na
pewno nie jesteś jeszcze na głodzie nikotynowym.
Ellie pokręciła głową. Ci dwoje mogliby tak sobie dogryzać przez cały
dzień, gdyby nie wkroczyła między nich.
-?Powinnaś wrócić do tych twoich spotkań -?rzekła z westchnieniem. -
Strażniczek wagi... To było nawet skuteczne.
-?Sześć miesięcy na zupie z kapusty, żeby zrzucić marne dziesięć funtów?
Jestem innego zdania. Daj spokój, Ellie, wiesz, że zaraz sięgnę po
pączka.
Ellie wiedziała, że przegrała bitwę. Ona i Peanut -?Penelope Nutter -
pracowały ramię w ramię w tym pokoju ponad dziesięć lat, a przyjaźniły
się od czasów szkoły średniej. W ciągu tego czasu ich przyjaźń
przetrwała niejedną burzę, począwszy od rozpadu dwóch kruchych małżeństw
Ellie aż po niedawną decyzję Peanut, żeby w ramach odchudzania zacząć
palić papierosy. Nazywała to dietą hollywoodzką i powoływała się na
znane osobistości, które paliły i chudły.
Uśmiechając się do Cala, Ellie oparła ręce na biurku i wstała. Przez te
kilka kilogramów, które jej przybyły w ciągu ostatnich lat, poruszała
się nieco wolniej. Podeszła do drzwi i otworzyła je na oścież, choć
wszyscy troje wiedzieli, że w taki deszczowy dzień nie uda jej się
wywietrzyć pomieszczenia.
Ellie poszła korytarzem do pokoju w głębi posterunku, który oficjalnie
służył jej jako gabinet. Rzadko z niego korzystała. W takim miasteczku
jak Rain Valley nie było wielu okazji do poważnych rozmów w cztery oczy,
a Ellie wolała siedzieć w głównej sali z Calem i Peanut. Przekopała się
przez pozostałości naleśników, które jadła na śniadanie miesiąc
wcześniej, i odnalazła maskę gazową. Włożyła ją i wróciła do kolegów.
Cal wybuchnął śmiechem.
Peanut usiłowała zachować kamienną twarz.
-?Bardzo śmieszne -?powiedziała.
-?Może będę chciała mieć kiedyś dzieci. Muszę chronić swoją macicę -
odparła Ellie.
-?Na twoim miejscu mniej martwiłabym się sprawą biernego palenia, a bardziej znalezieniem sobie właściwego faceta.
-?Przetestowała już wszystkich, od Mystic aż do Aberdeen -?rzucił Cal. -
W zeszłym miesiącu spotykała się z tym gościem z UPS. Tym
przystojniakiem, który wciąż zapominał, gdzie zaparkował wóz.
Peanut zaciągnęła się dymem i zaczęła kaszleć.
-?Chyba powinnaś obniżyć im poprzeczkę -?wykrztusiła.
-?Rzeczywiście, wyglądasz, jakby ci to palenie sprawiało przyjemność -
powiedział Cal, szczerząc zęby w uśmiechu.
Peanut ucięła temat.
-?Mówiliśmy o życiu miłosnym Ellie -?przypomniała.
-?Wy dwie o niczym innym nie mówicie -?zauważył Cal.
To była prawda. Ellie nic nie mogła na to poradzić; miała słabość do
mężczyzn. Przeważnie -?niech będzie: wyłącznie -?do niewłaściwych
mężczyzn.
Peanut nazywała to przekleństwem królowej piękności małego miasteczka.
Gdyby tylko Ellie, jak jej siostra, liczyła bardziej na swój rozum niż
urodę! Ale niektórzy byli niereformowalni. Ellie lubiła zabawę, lubiła
romansować. Rzecz w tym, że to nie była droga do prawdziwego uczucia.
Poza tym Peanut uważała, że Ellie nie umie iść na kompromis, choć nie to
było właściwie przyczyną jej problemów. Małżeństwa Ellie -?oba -
zakończyły się porażką, bo wychodziła za mąż za przystojnych facetów o rozmarzonych oczach, którzy nie potrafili usiedzieć w jednym miejscu.
Jej pierwszy mąż, niegdyś kapitan szkolnej drużyny futbolowej Al Torees,
powinien był ją zniechęcić do mężczyzn. Ale Ellie miała krótką pamięć i już w kilka lat po rozwodzie wyszła za mąż za następnego przystojnego
nieudacznika. Mówiąc wprost, za każdym razem trafiała jak kulą w płot,
ale i to nie zabiło w niej nadziei. Wierzyła w prawdziwą miłość i czekała, aż przyjdzie i do niej. Wiedziała, że coś takiego jest możliwe;
jej rodziców łączyło wielkie uczucie.
Ellie zsunęła maskę przeciwgazową na czoło i stwierdziła:
-?Jeśli jeszcze obniżę poprzeczkę, to chyba będę musiała się spotykać z samcami spoza mojego gatunku. Może Cal umówi mnie na randkę z jakimś
swoim infantylnym kolegą z klubu wielbicieli komiksów.
Cala wyraźnie to uraziło.
-?Nie jesteśmy przygłupami.
-?Uhm -?mruknęła Peanut, zaciągając się dymem. -?Jesteście dorosłymi
facetami, którzy uważają, że inni faceci w rajtuzach świetnie wyglądają.
-?Mówisz tak, jakbyśmy byli pedałami.
-?Mało wam brakuje. -?Peanut roześmiała się. -?Chociaż pedały
przynajmniej uprawiają seks. A ci twoi kumple pokazują się publicznie w strojach z Matrixa. Nigdy nie zrozumiem, jak ci się udało poderwać
Lisę.
Na wzmiankę o żonie Cala zapadła niezręczna cisza. Całe miasteczko
wiedziało, że Lisa się puszcza. Krążyły o tym plotki; mężczyźni
uśmiechali się pod nosem, a kobiety marszczyły czoło i kręciły głową,
gdy w rozmowie padało jej imię. Ale tu, na posterunku policji, nie
poruszano tego tematu.
Cal wrócił do lektury swojego komiksu i bazgrołów w szkicowniku. Wiadomo
było, że został uciszony na jakiś czas.
Ellie usiadła przy biurku i położyła nogi na blacie.
Peanut oparła się o ścianę i zapatrzyła w obłok dymu.
-?Widziałam wczoraj Julię w wiadomościach.
Cal uniósł głowę.
-?Żartujesz? Muszę częściej oglądać telewizję.
Ellie sięgnęła ręką za głowę i ściągnęła maskę. Gdy odkładała ją na
biurko, wyrwało jej się westchnienie. Prędzej czy później ktoś musiał
wspomnieć o jej błyskotliwej młodszej siostrze, to była tylko kwestia
czasu.
-?Nie została postawiona w stan oskarżenia.
-?Dzwoniłaś do niej? -?zapytała Peanut.
-?Oczywiście. Jej automatyczna sekretarka ma przemiły głos. Myślę, że
Julia mnie unika.
Peanut zrobiła krok do przodu. Stare dębowe klepki, ułożone na przełomie
stuleci, kiedy szefem policji był Bill Whipman, zaskrzypiały pod jej
ciężarem, ale jak wszystko w Rain Valley były bardziej wytrzymałe, niż
mogło się wydawać. W West End rzeczy i ludzie mieli za zadanie
przetrwać.
-?Powinnaś znowu spróbować -?stwierdziła.
-?Wiesz, jak bardzo Julia jest o mnie zazdrosna. Zwłaszcza teraz nie
zechce ze mną rozmawiać.
-?Ty wszystkich posądzasz o zazdrość.
-?Nieprawda.
Peanut posłała jej spojrzenie w rodzaju: "Kogo ty chcesz oszukać?",
jedno z tych, na których opierała się ich przyjaźń.
-?Daj spokój, Ellie. Twoja młodsza siostra sprawiała wrażenie naprawdę
rozbitej. Zamierzasz udawać, że nie możesz z nią rozmawiać, bo przed
dwudziestu laty ty byłaś królową piękności, a ona należała do kółka
matematycznego?
Prawdę mówiąc, Ellie również to zauważyła -?ten ból, autentyczny ból w oczach Julii -?i chciała wyjść naprzeciw, przyjść z pomocą młodszej
siostrze. Julia zawsze za bardzo się przejmowała różnymi sprawami;
dlatego zresztą została świetnym psychiatrą.
-?Nie chciałaby mnie słuchać, Peanut. Wiesz o tym. Uważa, że mam nie
więcej rozumu niż kamyk. Może...
Urwała na dźwięk kroków.
Ktoś biegł w stronę posterunku.
Ellie wstała w momencie, gdy drzwi otworzyły się z rozmachem, uderzając
o ścianę.
Do pokoju wpadła Lori Forman. Była przemoknięta do suchej nitki i najwyraźniej przemarznięta; cała się trzęsła. Przybiegła z dziećmi -
Baileyem, Felicią i Jeremym, które stały teraz wokół niej.
-?Musicie tam iść! -?zwróciła się do Ellie.
-?Złap oddech, Lori. Powiedz, co się stało.
-?Nie uwierzycie mi. Do diabła, sama to widziałam i nie wierzyłam
własnym oczom. No chodźcie. Na Magnolia Street.
-?Ho, ho -?odezwała się Peanut. -?W miasteczku coś się dzieje.
Zdjęła płaszcz z wieszaka stojącego przy biurku.
-?Pospiesz się, Cal. Przełącz zgłoszenia na telefon komórkowy. Przecież
nie może nas ominąć żadna sensacja.
Ellie pierwsza wybiegła za drzwi.
Rozdział 2
2
Ellie zajechała swoim cruiserem na pusty parking na rogu Magnolia i Woodland, po czym wyłączyła silnik. Charknął kilka razy i zakrztusił się
jak staruszek, ale w końcu zgasł.
W tej samej chwili przestał padać deszcz i zza chmur wyjrzało słońce.
Nawet Ellie, która mieszkała tu przez całe życie, zdumiała się tą nagłą
zmianą pogody. To była magiczna chwila, rzadki moment, kiedy każdy liść
i każde źdźbło trawy zajaśniało w blasku słońca, który po deszczu
spłynął na ziemię, zmiękczony przez nadchodzący zmrok.
Peanut, siedząca na miejscu pasażera, pochyliła się do przodu. Obity
winylem fotel lekko przy tym zaskrzypiał.
-?Nic szczególnego nie widzę.
-?Ja też. -?To stwierdzenie padło z usta Cala, który siedział z tyłu,
idealnie wyprostowany. Jego wysoka, tyczkowata postać złożona była
niemal we troje. Długie, kościste dłonie trzymał splecione na kolanach.
Ellie zlustrowała wzrokiem plac. Po niebie sunęły stalowoszare chmury,
usiłując przytłumić blednące światło, które teraz, gdy wyjrzało słońce,
nie dało się przesłonić. Zdawało się, że Rain Valley -?całe pięć
kwartałów -?jaśnieje blaskiem nie z tego świata. Ceglane frontony
sklepów, budowanych jeden po drugim w latach siedemdziesiątych, jeszcze
w pięknej epoce łososia i drewna, lśniły jak wyklepana miedź.
Pod drogerią Swaina stał tłumek ludzi, a kolejna ich grupa zebrała się
po drugiej stronie ulicy, przed salonem fryzjerskim Lulu. Lada moment z The Pour House również mieli wytoczyć się klienci, ciekawi, co budzi
takie zainteresowanie.
-?Jesteś na miejscu, szefowo? -?odezwał się głos przez radio.
Ellie nacisnęła guzik i odpowiedziała:
-?Słucham, Earl.
-?Idź w kierunku Sealth Park. -?Rozległy się trzaski w eterze, a potem
słowa: -?Żadnych gwałtownych ruchów. Nie żartuję.
-?Zostań tu, Peanut. Ty też, Cal -?poleciła Ellie, wysiadając z wozu.
Serce biło jej szybko. Było to najbardziej intrygujące wezwanie, jakie
kiedykolwiek dostała. Jej praca polegała głównie na odwożeniu do domu
pijanych obywateli, którzy chlapnęli sobie za dużo, albo wygłaszaniu w miejscowej szkole pogawędek dla dzieci na temat szkodliwości narkotyków.
Jednak przygotowana była na wszelkie ewentualności. Nauczyła się tego od
wuja Joe, który był szefem policji przez trzydzieści lat. "Nie
przyzwyczajaj się do spokoju -?powtarzał jej często. -?Może prysnąć w jednej chwili jak rozbite szkło".
Ufała jego doświadczeniu i chociaż podchodziła do swojej pracy trochę
nonszalancko, wrosła w nią. Czytała najnowsze raporty i doniesienia
prasowe, doskonaliła swoje umiejętności na strzelnicy i czujnym okiem
obserwowała wszystko, co działo się w miasteczku. W tym jednym była
naprawdę dobra, poza dbałością o urodę, co traktowała równie poważnie.
Szła więc ulicą, uświadamiając sobie niezwykłą ciszę, jaka panowała
wokoło.
Można by usłyszeć upadającą szpilkę. Było to nienaturalne w miejscu
żyjącym plotkami.
Odpięła kaburę i sięgnęła po pistolet. Pierwszy raz wyjęła go w miejscu
publicznym.
Przy każdym kroku słyszała, jak jej obcasy stukają o bruk. Rynsztoki po
obu stronach ulicy przypominały potoki kipiącej srebrzystej wody. Gdy
zbliżyła się do skrzyżowania, doszły ją szepty i zobaczyła ludzi, którzy
wskazywali park miejski.
-?Ona jest tam -?powiedział ktoś.
-?Pani komendant wie, co robić -?uciszył mówiącego ktoś inny.
Ellie przystanęła. Podbiegł do niej Earl, a stukot jego kowbojskich
butów na mokrym chodniku brzmiał jak strzały. Poruszał się jak
marionetka na sznurkach, trochę bezładnie, w sposób nieskoordynowany. Na
mundurze miał zacieki od deszczu.
-?Ciii -?syknęła.
Rumiana twarz Earla Huffa skurczyła się do rozmiarów pięści. Miał
sześćdziesiąt cztery lata i był gliniarzem, zanim jeszcze Ellie przyszła
na świat, ale zawsze okazywał jej najwyższy szacunek.
-?Przepraszam, szefowo.
-?Co się dzieje? -?zapytała. -?Nie widzę nic podejrzanego.
-?Zjawiła się jakieś dziesięć minut temu. Zaraz po tym głośnym grzmocie.
Słyszeliście go?
-?Słyszeliśmy -?potwierdziła Peanut, dysząc chrapliwie po szybkim
marszu. Obok niej stał Cal.
Ellie obróciła się na pięcie.
-?Powiedziałam wam obojgu, żebyście zostali w wozie.
-?Poważnie? -?zapytała Peanut z niedowierzaniem. -?Myślałam, że był to
jeden z tych "formalnych" rozkazów. Do diaska, Ellie, przecież nie
możemy przegapić pierwszego poważnego wezwania od lat!
Cal potakująco skinął głową, uśmiechając się szeroko. Wyglądał tak, że
Ellie miała ochotę przyłożyć mu w twarz. Ciekawa była, czy kapitan
wydziału policji w Los Angeles ma podobne odczucia wobec swoich kolegów.
Z westchnieniem zwróciła się ponownie do Earla:
-?Mów, o co chodzi.
-?Po tym grzmocie deszcz ustał. Tak po prostu. W jednej chwili jeszcze
lał, a zaraz potem przestał. Wyszło to niesamowite słońce. I wtedy stary
doktor Fischer usłyszał wycie wilka.
Peanut wzdrygnęła się.
-?To jak wtedy na Buffy1, kiedy ona...
-?Dalej, Earl -?nakazała ostro Ellie.
-?To pani Grimm zauważyła tę małą. Ja właśnie obcinałem sobie włosy...
tylko nie pytaj: "jakie włosy?". -?Odwrócił się powoli i wskazał ręką. -
Gdy wdrapała się na to drzewo, wezwaliśmy ciebie.
Ellie spojrzała na drzewo. Widywała je codziennie przez całe życie,
bawiła się na nim jako dziecko, stała pod nim jako nastolatka i paliła
wycyganione od kogoś mentolowe papierosy, pod tą zieloną koroną całowała
się po raz pierwszy, z Calem zresztą. Nie widziała w tym drzewie niczego
nadzwyczajnego.
-?To ma być żart, Earl?
-?Matko moja! Włóż okulary, Ellie.
Ellie wsadziła rękę do kieszeni na piersi i wyciągnęła kupione w kiosku
okulary, których rzekomo wcale nie potrzebowała. Miała wrażenie, że są
obcym, ciężkim elementem na jej twarzy. Mrużąc oczy za owalnymi szkłami,
zrobiła krok do przodu.
-?Czy to...?
-?Tak -?potwierdziła Peanut.
Wśród kolorowych jesiennych liści klonu kryło się dziecko. Jak mogło
wdrapać się tak wysoko po śliskich od deszczu gałęziach?
-?Skąd wiesz, że to dziewczynka? -?Cal zapytał szeptem Earla.
-?Wiem tylko, że ma sukienkę i długie włosy. Wnioskuję metodą dedukcji.
Ellie podeszła bliżej, żeby lepiej się przyjrzeć.
Dziecko było małe, pewnie nie miało więcej niż pięć, sześć lat. Nawet z tej odległości Ellie zauważyła, jak bardzo było wychudzone. Długie
ciemne włosy miało matowe i skołtunione, tkwiły w nich liście i jakieś
paprochy.
Schowała pistolet do kabury.
-?Zostańcie tutaj -?poleciła. Ruszyła przed siebie, potem zatrzymała się
i zerknęła przez ramię na Peanut i Cala. -?Mówię serio, wy dwoje. Nie
zmuszajcie mnie, żebym użyła wobec was broni.
-?Już wrastam w ziemię -?powiedziała Peanut.
-?Całym systemem korzeni -?uzupełnił Cal.
Ellie słyszała, jak przez tłum przebiega szmer, gdy przechodziła przez
skrzyżowanie. Zbliżywszy się do celu, zdjęła okulary. Jeszcze nie doszła
do tego, żeby miała ufać światu oglądanemu przez soczewki.
W odległości mniej więcej półtora metra od drzewa spojrzała w górę.
Dziecko wciąż tam tkwiło, przycupnięte na jednej z najwyższych gałęzi.
Bez wątpienia była to dziewczynka. Siedziała całkiem pewnie jak na tę
wysokość, ze szczeniakiem w ramionach, oczy miała szeroko otwarte.
Obserwowała każdy ruch w pobliżu. Biedna mała była przerażona.
I niech to licho, jeśli psiak w jej objęciach nie był szczenięciem
wilka!
-?Hej, maleńka -?powiedziała Ellie łagodnym głosem. Była to jedna z tych
chwil, kiedy żałowała, że nie ma dzieci. Matczyne podejście bardzo by
się teraz przydało. -?Co tam robisz?
Wilczek zawarczał i odsłonił kły.
Ellie utkwiła wzrok w dziecku.
-?Nie zrobię ci krzywdy. Słowo.
Nie było żadnej reakcji, nawet mrugnięcia okiem czy choćby zwykłego
drgnienia palca.
-?Zacznijmy od początku. Nazywam się Ellen Barton. A ty kim jesteś?
Znowu nic.
-?Domyślam się, że skądś uciekłaś czy coś takiego. Albo bawisz się w coś. Kiedy byłam mała, w lesie bawiłam się z siostrą w piratów. I w Kopciuszka. To była moja ulubiona zabawa, bo Julia musiała sprzątać, gdy
ja przebierałam się w piękne suknie na bal. Zawsze najlepiej
najstarszemu z dzieci.
To było jak mówienie do fotografii.
-?Może byś zeszła na dół, zanim spadniesz? Będę cię asekurować.
Przez piętnaście minut Ellie przemawiała do dziecka, plotła cokolwiek,
co tylko przychodziło jej do głowy, aż wreszcie wyczerpała się jej
inwencja. Dziewczynka ani nie poruszyła się, ani nie odezwała. Właściwie
nie widać było nawet, żeby oddychała.
Ellie wróciła do Earla, Peanut i Cala.
-?Jak ją stamtąd ściągniemy, szefowo? -?zapytał Earl ze zmartwioną miną.
Jego blade, spocone czoło pofałdowało się. Nerwowo gładził się po prawie
łysej głowie, przyklepując misternie zaczesaną rudą pożyczkę, która była
jego cechą rozpoznawczą od tylu lat, że nikt by ich nawet nie zliczył.
Ellie nie wiedziała, co robić. Na posterunku miała wszelkie możliwe
podręczniki i literaturę fachową, większość ich wykuła na pamięć przed
egzaminem oficerskim. Były w nich rozdziały poświęcone morderstwu,
pobiciu, napadom z bronią w ręku czy porwaniom, ale nie zawierały ani
słowa o tym, jak ściągnąć z drzewa milczące dziecko z powarkującym
szczenięciem wilczym.
-?Pani Grimm... mówiła, że ten dzieciak coś knuł, może chciał ukraść
jabłka ze skrzynek przed sklepem? Kiedy doktor Fischer krzyknął na nią,
mała przebiegła przez ulicę i wskoczyła na drzewo.
-?Wskoczyła? -?zapytała Ellie. -?Przecież ona siedzi na wysokości
sześciu metrów, rany boskie!
-?Ja też nie chciałem uwierzyć, szefowo, ale świadkowie są co do tego
zgodni. I twierdzą, że biegła jak wiatr. Pani Grimm przeżegnała się, gdy
mi to relacjonowała.
Ellie poczuła ból głowy. Do kolacji całe miasteczko pozna historię o dziewczynce, która biegła jak wiatr i wskoczyła na najwyższe konary
klonu. Na pewno dojdą do tego opowieści o tym, jak to strzelała ogniem z palców i fruwała z gałęzi na gałąź.
-?Musimy coś wymyślić -?powiedziała bardziej do siebie niż kogokolwiek
innego.
-?Kiedyś strażacy zdjęli Scampera z tej jodły przy Pennisula Road -
zauważył Earl.
-?Scamper to kot -?przypominała Peanut, splatając ramiona na piersi.
-?Wiem o tym, Penelope. Ale wygląda na to, że nie mamy procedur
postępowania z dziećmi, które utknęły na drzewie. Razem z wilkami -
dodał Earl dla lepszego efektu.
Ellie poklepała go po ramieniu.
-?Dobry pomysł, Earl, ale mała jest przerażona. Gdyby zobaczyła, że
przystawiamy do drzewa tę wielką czerwoną drabinę, mogłaby spaść.
Peanut postukała o zęby długimi purpurowymi tipsami -?widomy znak, że
intensywnie myśli. W końcu powiedziała:
-?Założę się, że jest głodna.
-?Według ciebie wszyscy są głodni -?rzekł Cal.
-?Wcale nie.
-?Tak, tak. A może ja bym z tą małą pogadał, El? -?zapytał Cal. -?Moja
Sarah jest mniej więcej w jej wieku.
-?Nie. Ja z nią porozmawiam -?zaproponowała Peanut. -?W końcu jestem
matką.
-?A ja ojcem.
-?Przymknijcie się, oboje! -?warknęła Ellie. -?Earl, idź do restauracji
i zamów jakiś dobry ciepły posiłek. I trochę mleka. I może jeszcze
kawałek szarlotki Barbary.
-?Jesteś genialna, Ellie. Pani Grimm sądziła przecież, że dziewczynka
chce ukraść coś do jedzenia -?potwierdził Earl, uśmiechając się od ucha
do ucha. -?Widziałem podobną historię na jakimś filmie policyjnym. To
chyba było...
-?To ja wymyśliłam -?przypomniała Peanut, nadymając się.
-?Bo ty zawsze myślisz o żarciu -?zauważył Cal. -?Już nawet nikt nie
zwraca na to uwagi.
-?I zabierz stąd gapiów -?ucięła Ellie utarczki. -?Nie chcę widzieć
nikogo w promieniu dwóch kwartałów.
Earlowi zrzedła mina.
-?Nie zechcą się rozejść.
-?Earl, jesteśmy przedstawicielami prawa. Każ im wracać do domów.
Spojrzał na nią spod oka. Oboje wiedzieli, że nie ma dużej wprawy w egzekwowaniu prawa. Chociaż patrolował ulice miasteczka od
kilkudziesięciu lat, większość czasu spędzał, popijając kawę i wypisując
mandaty za nieprawidłowe parkowanie.
-?Może powinienem zadzwonić po Myrę? Jej wszyscy słuchają.
-?Nie potrzebujesz żony, żeby zabrać ludzi z ulicy, Earl. Jeśli nie
potrafisz inaczej, zacznij wypisywać mandaty. To przecież robisz na co
dzień.
Earl skulił się w sobie i ruszył w stronę salonu fryzjerskiego. Kiedy
doszedł do drogerii, natychmiast otoczył go wianuszek ludzi. Po chwili z tłumu dały się słyszeć głośne protesty.
Peanut skrzyżowała ręce na piersi i cmoknęła.
-?To największe wydarzenie w mieście od czasu, gdy Raymond Weller zrobił
garaż z wozu kempingowego Thelmy. Nie wygrasz konkursu popularności za
to, że pozbawiasz ich możliwości uczestniczenia w tej atrakcji.
Ellie spojrzała na swoją najlepszą przyjaciółkę.
-?Ich? -?zapytała.
Peanut zrobiła wielkie oczy.
-?Chyba nie myślisz i o mnie?!
-?Mamy do czynienia z przerażonym dzieckiem, Pea, i wygląda na to, że w ogóle jest z nim coś nie tak. Dostarczanie rozrywki mieszkańcom Rain
Valley -?w tym i tobie -?nie należy do moich obowiązków. Więc teraz
wrócicie z Calem na posterunek i znajdziecie mi jakąś siatkę. Nie wydaje
mi się, żeby łatwo było złapać to biedactwo. Zadzwoń do Nicka do Mystic.
I do rezerwatu, do Teda. Dowiedz się, czy jakieś dziecko zgubiło się
dziś w parku. Cal, ty zadzwoń do Mela. Pewnie pojechał w teren i wlepia
turystom mandaty. Powiedz mu, żeby popytał w mieście. Mała chyba nie
jest stąd, ale może przyjechała do kogoś.
-?Ja tam słucham rozkazów -?rzucił Cal, kierując się do cruisera.
Peanut nie ruszyła się z miejsca.
-?No, idź -?ponagliła ją Ellie.
Peanut westchnęła dramatycznie.
-?Już idę.
Półtorej godziny później ulice w centrum Rain Valley były już puste.
Sklepy zostały pozamykane, a parkingi opróżnione. Nie na miejscu
wydawały się tylko dwie policyjne barykady. Niewątpliwie Peanut i Cal
mieli swoje pięć minut jako przedstawiciele komendant policji Ellen
Barton.
-?Pewnie nie możesz się nadziwić, że szefem policji jest kobieta -
mówiła Ellie, siedząc tak spokojnie, jak tylko potrafiła, pod klonem, na
niewygodnej drewnianej ławce z żelaznymi okuciami.
Tkwiła tu od godziny i stawało się jasne, że nie uda jej się nakłonić
dziecka, by zeszło na dół. Nie było to zresztą wcale takie dziwne. Ellie
umiała prowadzić samochód z prędkością stu sześćdziesięciu kilometrów na
godzinę, ustrzelić ptaka z odległości stu pięćdziesięciu metrów i skłonić dorosłego faceta, żeby przyznał się do włamania, ale o dzieciach
wiedziała tyle co nic.
Jednak Peanut i Cal -?którzy mieli dzieci -?uważali, że przede wszystkim
należy spróbować perswazji. To był plan A. Wszyscy zgadzali się, że
najlepiej by było, gdyby dziewczynka sama zlazła z drzewa. Ellie
przekonywała ją więc do tego.
Spojrzała na półmisek, który stał u podnóża drzewa. Dwa idealnie
upieczone kurczaki obłożone były cząstkami jabłek i pomarańczy. Na
oddzielnym talerzu leżała szarlotka prosto z pieca. Obok, starannie
ułożone, spoczywały papierowe talerzyki i plastikowe widelce. Mleko już
dawno wystygło.
Trzeba było zorganizować coś, co lubią dzieci -?cheeseburgery, frytki,
pizzę... Dlaczego wcześniej na to nie wpadła?
Ale jedzenie pachniało bosko. Ellie zaburczało w brzuchu, co
przypomniało jej, że minęła pora obiadu, a nie była przyzwyczajona do
opuszczania posiłków. Gdyby nie codzienny aerobik w miejscowej szkole
tańca, na pewno mocno przytyłaby od czasów szkolnych. A Bóg wie, że
kobieta tak drobnej budowy jak ona nie mogła sobie pozwolić na tycie,
zwłaszcza kobieta niezamężna, która wciąż czeka na wielką miłość.
Lekko odwróciła głowę w lewo i zerknęła w górę. Dziewczynka patrzyła na
nią z niepokojącym skupieniem. Spod jej ciemnych rzęs spoglądały oczy
koloru przybrzeżnych wód Morza Karaibskiego. Przez ułamek sekundy Ellie
przypomniała sobie swój miesiąc miodowy, gdy po raz pierwszy zobaczyła
ocean tropikalny i gromady małych ciemnoskórych dzieci, które bawiły się
w wodzie. Chociaż chude, były radosne i roześmiane.
Przeniosła spojrzenie na rododendron, stojący po drugiej stronie ulicy,
przed sklepem z artykułami żelaznymi. Wiedziała, że za nim czai się
człowiek z ochrony przyrody, który mierzy z broni w kierunku
dziewczynki. Strzelba załadowana była pociskiem ze środkiem
uspokajającym dla wilczka. Obok czekał w pogotowiu pracownik miejscowego
ośrodka łowieckiego z kagańcem i klatką.
Mów do niej.
Ellie westchnęła.
-?Wcale nie miałam zamiaru zostać policjantką. Dostałam się do tego
zawodu przypadkiem; tak mi się zresztą układa życie. Moja siostra,
Julia, wszystko planuje. Już gdy miała dziesięć lat, wiedziała, że chce
zostać lekarzem. A ja marzyłam tylko o tym, żeby zdobyć jej Barbie. -
Uśmiechnęła się z żalem. -?Miałam dwadzieścia jeden lat, gdy po raz
drugi wyszłam za mąż. Kiedy to małżeństwo się rozpadło, wprowadziłam się
z powrotem do taty. To nie był szczyt kariery dla dziewczyny, która może
już legalnie pić alkohol... a ja, do diabła, piłam wtedy sporo.
Uwielbiałam margaritę i karaoke. Chciałam nawet śpiewać w zespole, ale
nic z tego nie wyszło. Takie jest moje życie. No więc mój wuj Joe, który
był szefem policji, zawarł ze mną umowę: jeśli wstąpię do akademii
policyjnej, zapomni o moich mandatach za parkowanie. -?Wzruszyła
ramionami. -?Nie miałam nic lepszego do roboty, więc się zgodziłam. Gdy
wróciłam do domu, wuj dał mi pracę. Zdaje się, że urodziłam się do tej
roboty. -?Obrzuciła dziewczynkę spojrzeniem.
Żadnej reakcji.
Ellie znowu głośno zaburczało w brzuchu.
-?A niech to!
Wzięła kurczaka i oderwała nóżkę. Wbijając w nią zęby, bezwiednie
przymknęła oczy na sekundę. Powoli przeżuła kęs mięsa i połknęła go.
Wtedy zaszeleściły liście. Skrzypnęła gałąź.
Ellie znieruchomiała. Poczuła powiew wiatru, to on poruszył suchymi
liśćmi.
Dziewczynka wychyliła się do przodu. Pomiędzy jej zębami ukazał się
różowy czubek języka. Ellie zauważyła, że mała nie ma z przodu zęba.
-?No, chodź -?szepnęła. Ponieważ dziewczynka się nie poruszyła, Ellie
spróbowała przemówić do niej inaczej, licząc, że w ten sposób nawiąże z nią kontakt. Opowieści i całe zdania nie skutkowały. Może trzeba
spróbować czegoś prostszego. -?Na dół. Tutaj. Kurczak. Ciasto. Obiad.
Jedzenie.
Dziewczynka jakby w odpowiedzi zeskoczyła z drzewa i wylądowała na ziemi
jak kot spadający na cztery łapy. Wciąż trzymała w ramionach wilczka.
To niemożliwe! Kości dziecka powinny pęknąć jak patyczki przy takim
skoku.
Ellie poczuła, że coś ją ściska w dołku. Nie była ani przesądna, ani
skłonna do fantazji, ale w tej chwili, gdy tak siedziała na ławce,
patrząc na to brudne, wychudzone dziecko ze szczenięciem wilka w objęciach, ogarnął ją jakiś lęk.
Dziewczynka wpatrywała się w nią z napięciem. Można było odnieść
wrażenie, że te piękne, dziwne niebieskozielone oczy widzą wszystko.
Ellie nie poruszyła się, starała się nawet nie oddychać.
Mała uniosła podbródek i zaczęła węszyć, po czym wolno wypuściła z objęć
szczenię. Wilczek pozostał jednak przy niej. Następnie zrobiła krok w kierunku kurczaka.
Potem drugi.
I trzeci.
Ellie wypuściła powietrze z płuc najciszej, jak się dało. Dziewczynka
poruszała się jak dzikie zwierzątko, czujna i napięta. Wilczek podążał
za każdym jej krokiem.
W końcu opuściła wzrok i rzuciła się na jedzenie.
Ellie nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego. Ta dwójka wyglądała
jak para młodych z tego samego miotu, które dopadły zdobycz. Dziewczynka
rozrywała kurczaka i zachłannie wpychała całe kawałki do ust.
Ellie sięgnęła ręką za siebie i ujęła sieć.
Boże, dopomóż. Żeby tylko się udało. Nie miała planu B.
Wykonując perfekcyjny obrót cheerleaderki, pociągnęła sieć i zarzuciła
ją, celując w dziewczynkę. Sieć opadła na małą i wilczka. Kiedy oboje
zorientowali się, że zostali schwytani, rozpętało się piekło.
Dziewczynka jakby oszalała. Rzuciła się na ziemię i potoczyła po niej,
szarpiąc szponiastymi palcami nylonową siatkę. Ale im bardziej próbowała
się wyswobodzić, tym bardziej się w nią zaplątywała.
Wilczek zaczął warczeć. Kiedy w bok wbiła mu się czerwona strzałka,
zaskowyczał przerażony, zachwiał się i padł na ziemię.
Dziewczynka zawyła. Był to straszny, pełen udręki dźwięk.
-?Wszystko będzie dobrze, kochanie -?powiedziała Ellie, zbliżając się do
obojga. -?Nie bój się. Nic mu nie jest. Zabierzemy go w miłe, bezpieczne
miejsce.
Dziewczynka przygarnęła do siebie uśpione szczenię i zaczęła nim
potrząsać, żeby się obudziło. Gdy to nie odniosło skutku, zawyła znowu.
Był to kolejny rozpaczliwy, przejmujący skowyt, który przeciął ciszę i spłoszył stado kruków, tak że wzleciały w ciemniejące niebo.
Ellie powoli zaszła dziecko od tyłu. Zbliżając się, poczuła dziwny
zapach: zbutwiałych liści i żyznej ziemi z domieszką moczu zalatującego
amoniakiem.
Przełknęła ślinę i wysunęła z rękawa ukrytą tam strzykawkę. Ostrożnie
wbiła igłę w pupę dziewczynki i zrobiła zastrzyk.
Mała wrzasnęła z bólu i obróciła się, żeby spojrzeć na napastniczkę.
-?Przepraszam -?powiedziała Ellie. -?To był środek bezpieczeństwa. Zaraz
zaśniesz. Nie pozwolę, żeby ktoś cię skrzywdził.
Dziewczynka skuliła się, umykając przed dotknięciem Ellie, i straciła
równowagę. Z jej gardła dobył się jeszcze jeden skowyt, a potem upadła.
Gdy tak leżała na ziemi, obejmując uśpionego wilczka, wyglądała
niezwykle krucho i dziecinnie; bardziej bezradnej istoty Ellie jeszcze
dotąd nie widziała.
Na ostatnim odcinku drogi w dół jasne niebo nad Pacyfikiem zaczęło
powoli zmieniać barwę z ciemnozłotej w bladołososiową.
Ciężko dysząc, zatrzymał się na chwilę podczas schodzenia i zawieszony w uprzęży na linie, wykonał obrót, żeby podziwiać widoki.
Ze swojego miejsca na granitowej ścianie, ze sto dwadzieścia metrów nad
krystalicznymi niebieskimi wodami bezimiennego górskiego jeziora Max
Cerrasin widział cały świat. Wokół niego wznosiły się postrzępione,
imponujące szczyty Olympic Mountains. Zapierający dech w piersiach
krajobraz, który jednocześnie budził respekt, wydawał się tak odległy od
cywilizacji jak żadne inne miejsce na Ziemi. Z tego, co Max wiedział,
był pierwszym człowiekiem, który wspiął się na ten niebezpieczny występ
skalny.
Właśnie dlatego uwielbiał ten sport. Kiedy człowiek znajdował się na
takiej wysokości, tkwił na skale tylko dzięki kawałkowi metalu i własnej
odwadze, świat zewnętrzny przestawał istnieć. Znikały smutki, stresy,
wspomnienia tego, co się utraciło.
Było tylko nieskończone piękno, samotność i ryzyko. Najbardziej lubił
właśnie to: ryzyko.
Nie ma nic lepszego niż bezpośrednie zagrożenie, żeby człowiek poczuł,
że żyje.
Wciąż ciężko dysząc, spocony, schodził powoli. Centymetr po centymetrze
wybierał drogę, pieszcząc granit, obmacując go, aby wykryć słabe,
niestabilne miejsca.
W pewnym momencie noga mu się obsunęła i runął w dół. Pod jego ręką
odłamał się kawałek skały i odpryskując od podłoża, uderzył go w twarz.
Gdy na ułamek sekundy Max zawisł w powietrzu, poczuł, że żołądek mu się
ściska, a serce dostaje kopa. Wyrzucił rękę do góry i uchwycił się
skały.
I znalazł oparcie.
Zaśmiał się z ulgą i oparł czoło o zimny kamień, podczas gdy jego serce
wracało do normalnego rytmu.
Otarł pot z czoła i wznowił wędrówkę. Im schodził niżej, tym szybciej i pewniej się poruszał. Był już prawie na dole -?od całkowicie
bezpiecznego miejsca dzieliło go tylko dziesięć metrów -?gdy zadzwonił
telefon komórkowy.
Max zeskoczył na ziemię, wydobył aparat z plecaka i podniósł klapkę.
Zanim jeszcze zobaczył numer na wyświetlaczu, wiedział, że sprawa jest
pilna.
Wiadomość o pojawieniu się dziewczynki obiegła Rain Valley lotem
błyskawicy. O dziewiątej wieczorem pod szpitalem okręgowym zebrał się
tłum. Cal odbierał jeden telefon za drugim. Zaskoczył Ellie, proponując,
że zostanie po godzinach. Zwykle pędził do domu, żeby przygotować
kolację dla żony i dzieci. Ale po miasteczku rozeszły się już
niestworzone opowieści o latającej dziewczynce z wilkiem, która potrafi
w sposób magiczny wpływać na pogodę, i wszyscy chcieli wiedzieć o tym
jak najwięcej. Nazajutrz pod ośrodkiem łowieckim miały ustawić się
kolejki ludzi pragnących zobaczyć schwytanego wilczka.
Dziewczynka leżała w szpitalu na wąskim łóżku. Do głowy miała
podłączonych kilka elektrod, a dwie inne monitorowały pracę jej serca.
Skórzany pas, otaczający jej lewy nadgarstek, przypięty był do łóżka,
chociaż w stanie uśpienia, w jakim wciąż się znajdowała, nie stanowiła
zagrożenia dla siebie ani innych. Pasów użyto po raz pierwszy od
dziesięciu lat; pielęgniarki szukały ich w magazynie całe wieki.
Ellie ze splecionymi na piersi rękoma cofnęła się od łóżka. Obok niej
stała Peanut. Chociaż raz przyjaciółka była cicho. Obie miały wyrzuty
sumienia, że zostawiły Earla pod szpitalem, a Cala na posterunku, ale
obowiązek to obowiązek. Ellie musiała porozmawiać z lekarzem, a Peanut... Cóż, Peanut nie zamierzała opuścić ani jednego aktu tej opery
mydlanej. Od chwili pojawienia się dziewczynki nie było jej na
posterunku zaledwie przez trzydzieści minut, kiedy to wpadła do domu na
obiad. Jej córka Tara opiekowała się dziećmi Cala.
Doktor Max Cerrasin właśnie badał dziewczynkę. Co jakiś czas mruczał coś
do siebie; poza tym nikt się nie odzywał.
Ellie nigdy nie widziała, żeby Max był tak poważny. Przez ten czas, gdy
mieszkał w Rain Valley, zdobył sobie szacunek, i to nie tylko ze względu
na swoje lekarskie umiejętności. Przed sześciu laty przejął praktykę po
doktorze Fischerze i osiedlił się w domu nad jeziorem, na skraju
miasteczka. Podobał się wszystkim tutejszym kobietom; żadna pomiędzy
dwudziestym a sześćdziesiątym rokiem życia nie była wobec niego
obojętna, także Ellie. Rozświergotane, napływały pod jego gabinet
nieprzerwanym strumieniem, zawsze przynosząc mu jakieś przysmaki, które
ugotowały.
A potem czekały niecierpliwie, którą z nich wybierze.
Czekały tak i czekały.
W ciągu tych kilku lat Max spotykał się i przyjaźnił prawie ze
wszystkimi wolnymi kobietami w miasteczku, ale żadna z nich tak naprawdę
nie mogła rościć sobie do niego praw. Chociaż uwielbiał flirtować,
sprawiedliwie obdzielał je swoimi względami.
Nawet Ellie nie udało się rozkochać go w sobie. Ich romans podobny był
do innych -?gorący i szybki jak mgnienie oka. Ostatnio Max coraz
rzadziej chodził na randki, stając się rzadkim okazem w małym
miasteczku: samotnikiem. Ellie nie mogła tego pojąć. Taki przystojny
facet i nie miał nikogo!
-?Hmm -?mruknął w końcu Max, przeczesując dłonią szpakowate włosy.
Ellie ruszyła się spod ściany i podeszła do niego. Kiedy spojrzała w niebieskie oczy Maxa, zobaczyła, jak bardzo jest zmęczony. Nic dziwnego.
Słyszała, że ściągnięto go z daleka, z jakiejś skalnej ściany, zaledwie
parę godzin temu. Przyjechał prosto do szpitala, nie zdążył się nawet
przebrać w robocze ciuchy ani w biały fartuch. Miał na sobie stare,
sprane levisy i czarną bawełnianą koszulkę, a jego siwawe włosy były
trochę zmierzwione. Za to oczy -?jak zwykle -?przykuwały uwagę. Były
wręcz magnetyzujące i każda osoba, na którą spoglądał, miała wrażenie,
że poza nim nie ma w pobliżu nikogo. Nawet teraz, taki zmęczony i zdezorientowany, Max był najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego Ellie
kiedykolwiek widziała.
-?Co możesz o niej powiedzieć? -?spytała.
-?Jest bardzo niedożywiona i odwodniona. Na odwodnienie możemy szybko
coś zaradzić, ale jeśli chodzi o niedożywienie, to już trudniejsza
sprawa. -?Uniósł prawy nadgarstek dziecka; bez trudu objął go palcami.
Przy jego opalonej skórze umorusane ciało dziewczynki wydawało się wręcz
szare.
Ellie otworzyła notes.
-?Indianka?
-?Nie sądzę. Jestem prawie pewny, że pod tym całym brudem kryje się
dziecko białej rasy. -?Puścił rękę dziewczynki i delikatnie ujął pod
kolanem jej prawą nóżkę. -?Widzisz te blizny na kostce?
Ellie schyliła się. Dostrzegła je pod warstwą brudu: wyraźne pasma
odbarwionej skóry.
-?Ślady po więzach?
-?Tak to wygląda.
Peanut wciągnęła powietrze w płuca.
-?To biedactwo było skrępowane?
-?I to przez długi czas, jak sądzę. Te blizny to nie jest nowa tkanka,
choć szramy wokół niej są dość świeże. Na zdjęciu rentgenowskim widać
złamanie lewego przedramienia, które brzydko się zrosło.
-?Więc nie mamy do czynienia ze zwykłym dzieckiem, które odłączyło się
od rodziców w parku i zgubiło.
-?Nie wydaje mi się.
-?Jakieś oznaki molestowania seksualnego?
-?Nie. Żadnych.
-?Dzięki Bogu -?szepnęła Ellie.
Max pokręcił głową, wzdychając cicho.
-?Widziałem dużo okropieństw, El, ale z czymś takim jeszcze się nie
spotkałem.
-?Ale co jej właściwie jest? -?zapytała.
Peanut podeszła bliżej i dotknęła jej ręki; Ellie nie była pewna, czy
chce tym gestem dodać odwagi sobie, czy jej.
-?Głęboki uraz -?powiedział w końcu lekarz.
Ellie spojrzała na niego.
-?Co możesz dla niej zrobić?
-?To nie moja działka.
-?Och, Max, daj spokój...
Popatrzył na dziewczynkę. Ellie dostrzegła coś w jego oczach -?smutek,
może strach. Trudno było odgadnąć, co.
-?Mogę zlecić badanie fal mózgowych, krwi i inne. Gdyby była przytomna,
wziąłbym ją na obserwację, ale...
-?Dawna świetlica jest pusta -?podsunęła Peanut. -?Można by obserwować
małą przez szybę...
-?Słusznie. Umieść ją tam, Max. Może próbować uciec, więc zamknij drzwi
na klucz. Myślę, że rano będziemy wiedzieć o niej więcej. Mel i Earl
zbierają informacje w mieście. Dowiedzą się, kim ona jest. Albo, gdy się
obudzi, sama nam powie.
-?Jeśli umie mówić. -?Max odwrócił się do niej. -?To poważna sprawa,
Ellie, i dobrze o tym wiesz. Może powinnaś przekazać ją komuś wyżej?
Ellie spojrzała na niego.
-?To mój teren, Max. Dam sobie radę z jedną zabłąkaną dziewczynką.
Rozdział 3
3
Julia stała przed dużym lustrem w sypialni, patrząc na siebie krytycznym
wzrokiem. Miała na sobie grafitowy garnitur i bladoróżową jedwabną
bluzkę. Jej blond włosy upięte były we francuski kok; zawsze tak się
czesała na sesje z pacjentami. Niewielu jej ich pozostało. Po tragedii w Silverwood straciła co najmniej siedemdziesiąt procent z nich. Na
szczęście, trwało przy niej jeszcze kilku, którzy mieli do niej
zaufanie, i nie chciała ich zawieść.
Wzięła teczkę i zeszła do garażu, gdzie stała jej stalowoniebieska
toyota Prius Hybrid. Drzwi garażu otworzyły się, ukazując pustą ulicę.
Tego ciepłego październikowego ranka nie było już reporterów, którzy by
na nią czekali, stojąc w grupie, a jednak osobno, paląc papierosy i rozmawiając.
Przestała być częścią tej historii.
W końcu, po latach sennych koszmarów, odzyskała swoje życie. Po ponad
godzinie dotarła do niedużego, ładnego biurowca w Beverly Hills, w którym od przeszło siedmiu lat wynajmowała gabinet.
Zaparkowała wóz na stałym miejscu i weszła do budynku, cicho zamykając
za sobą drzwi. Na drugim piętrze przystanęła przed swoim gabinetem,
patrząc na srebrną tabliczkę z wygrawerowanym nazwiskiem: Dr Julia
Cates.
Nacisnęła guzik interkomu.
-?Gabinet doktor Cates -?odezwał się w głośniku trzeszczący głos. -?W czym mogę pomóc?
-?Cześć, Gwen, to ja.
-?Och!
Rozległ się brzęczyk, a następnie kliknięcie zwalniające blokadę drzwi.
Julia wzięła głęboki oddech i weszła do gabinetu. Pachniało w nim
świeżymi kwiatami, które dostarczano co poniedziałek rano. Chociaż
pacjentów miała teraz niewielu, nie oszczędzała na kwiatach. To byłby
już widomy znak porażki.
-?Dzień dobry, pani doktor -?przywitała ją Gwen Connelly, jej
recepcjonistka. -?Gratuluję wczorajszego orzeczenia.
-?Dzięki. -?Uśmiechnęła się. -?Jest już Melissa?
-?Nie masz żadnych umówionych wizyt w tym tygodniu -?poinformowała ją
Gwen. Współczucie, jakie malowało się w jej piwnych oczach, było
irytujące. -?Wszyscy je odwołali.
-?Wszyscy? Nawet Marcus?
-?Czytałaś dzisiejszy "Los Angeles Times"?
-?Nie. Dlaczego pytasz?
Gwen wyjęła gazetę z kosza na śmieci i rzuciła ją na biurko. Nagłówek na
pierwszej stronie głosił: Śmiertelna pomyłka. Poniżej widniało zdjęcie
Julii.
-?Państwo Zuniga po rozprawie udzielili wywiadu. Obarczyli cię winą za
całą sprawę.
Julia oparła się o ścianę, żeby nie upaść.
-?Chcą po prostu uniknąć procesu -?dodała Gwen. -?Powiedzieli, że...
powinnaś była zalecić izolację ich córki.
-?Ach tak! -?wyrwało jej się.
Gwen wstała i obeszła biurko. Była to drobna, kształtna kobieta, która
prowadziła gabinet Julii tak, jak prowadziła jej dom -?w sposób
zdyscyplinowany i z oddaniem. Podchodząc, rozłożyła ramiona.
-?Pomogłaś tylu ludziom. Nikt nie może temu zaprzeczyć.
Julia zrobiła unik. Gdyby teraz pozwoliła się przytulić, rozkleiłaby się
zupełnie. Potem mogłaby się już nie pozbierać.
Gwen zatrzymała się w pół kroku.
-?To nie była twoja wina.
-?Dziękuję ci. Chyba... chyba zrobię sobie urlop. -?Próbowała przybrać
pogodną minę. Czuła jednak, że uśmiech, który przywołała na twarz, jest
drewniany. -?Od lat nigdzie nie wyjeżdżałam.
-?Dobrze ci to zrobi.
-?Na pewno.
-?Odwołam dostawy kwiatów i pójdę porozmawiać z zarządcą budynku -
powiedziała Gwen. -?Powiem mu, że zamierzasz wyjechać... na jakiś czas.
"Odwołam dostawy kwiatów".
Zabawne, że to właśnie przepełniło kielich goryczy. Julia trzymała się
resztką sił, odprowadzając Gwen do drzwi i żegnając się z nią.
Potem, kiedy już została sama w gabinecie, opadła na kolana i skuliła
się na swoim drogim dywanie.
Nie wiedziała, jak długo tak klęczy, wsłuchując się we własny oddech i bicie serca.
W końcu wstała i rozejrzała się dokoła, niepewna, co dalej zrobić.
Praktyka lekarska była dla niej całym światem. Dążąc do zawodowej
perfekcji, odsuwała wszystkich na bok -?przyjaciół, rodzinę -
rezygnowała z innych zainteresowań i hobby. Od prawie roku nie była na
randce. To znaczy od czasów Philipa. Podeszła do telefonu i stanęła,
przeglądając listę numerów w pamięci aparatu.
Numer doktora Philipa Westovera nadal figurował pod siódemką. Julia
poczuła bolesną potrzebę, przenikające na wskroś pragnienie, by usłyszeć
jego głos, usłyszeć, jak mówi: "wszystko będzie dobrze" z tym swoim
śpiewnym irlandzkim akcentem. Przez pięć lat był jej najlepszym
przyjacielem i kochankiem. A potem ożenił się z inną.
Z miłością tak zawsze, nie można na niej polegać.
Z westchnieniem nacisnęła klawisz z numerem dwa.
Jej terapeuta, doktor Harold Collins, podniósł słuchawkę po drugim
sygnale. Spotykała się z nim raz w miesiącu od czasu stażu w klinice,
kiedy to wszyscy studenci musieli odbyć terapię. Collins był bardziej
jej przyjacielem niż lekarzem.
-?Cześć, Harry -?powiedziała, opierając się o ścianę. -?Czytałeś
dzisiejszą gazetę?
Westchnął ciężko.
-?Julio, martwiłem się o ciebie.
-?Sama się o siebie martwię.
-?Powinnaś udzielać wywiadów, opowiedzieć swoją wersję tej historii. Nie
możesz brać na siebie całej odpowiedzialności. Wszyscy uważamy, że...
-?W jakim celu? Oni i tak wierzą w to, co chcą. Przecież wiesz o tym.
-?Czasami celem jest sama walka, Julio.
-?Nigdy nie byłam w tym dobra, Harry. -?Patrzyła przez okno na życie
toczące się na zewnątrz w ten pogodny dzień i zaczęła się zastanawiać,
czym ma się teraz zająć. Rozmawiali jeszcze przez chwilę, ale prawdę
mówiąc, Julia już nie słuchała, co mówi Harry. Praktyka lekarska była
dla niej wszystkim; tylko w tym była dobra. Powinna była stworzyć sobie
jakieś życie, a nie tylko zajmować się karierą. Gdyby tak zrobiła, nie
zostałaby teraz sama. Rozmowa o pustce, którą czuła, wcale jej nie
pomagała. Myliła się, sądząc, że tak będzie. -?Muszę już kończyć, Harry.
Dzięki za wszystko.
-?Julio...
Odłożyła słuchawkę i okrążyła gabinet. Gdy poczuła, że znowu do oczu
napływają jej łzy, zdjęła kostium i przebrała się w strój gimnastyczny,
a potem przeszła do sąsiedniego pokoju, gdzie miała ruchomą bieżnię.
Zdawała sobie sprawę, że ostatnio ćwiczy na niej zbyt dużo, straciła już
tyle na wadze, że nie miała z czego chudnąć, ale nie potrafiła przestać.
Spoglądając w mrok swojego ukochanego gabinetu, weszła na czarną bieżnię
i ustawiła jej kąt nachylenia symulujący wzniesienie. Kiedy biegła,
zapominała o bólu. Minęło dużo czasu, zanim wyłączyła maszynę i pojechała do swojego zbyt cichego domu, myśląc o tym, jaki jest sens w tym, żeby biec i biec przed siebie zupełnie bez celu.
W późnych godzinach wieczornych na korytarzach szpitala panowała cisza.
Max najmniej lubił tę porę dnia; wolał bieganinę związaną z codzienną
praktyką lekarską. W mrocznej ciszy czaiło się zbyt wiele myśli.
Zrobił ostatnie na ten dzień zapisy na karcie dziewczynki, a potem
spojrzał na małą.
Leżała bez ruchu, oddychając równo i głęboko, jak ludzie pod wpływem
środków usypiających. Skórzany pas na jej lewym nadgarstku wydawał się
zbyt ciężki i robił paskudne wrażenie.
Max pochylił się i ujął drugą rękę dziewczynki. Jej palce, czyste już,
ale wciąż noszące ślady krwi i poznaczone bliznami, wydawały się bardzo
chude i drobne w jego dłoni.
-?Kim jesteś, malutka?
Drzwi za nim otwarły się i zamknęły. Nie oglądając się, wiedział, że
weszła Trudi Hightower, pielęgniarka z nocnej zmiany. Czuł zapach jej
perfum z nutą gardenii.
-?Jak ona się ma? -?zapytała, podchodząc blisko. Była wysoką, przystojną
kobietą o łagodnych oczach i donośnym głosie. Utrzymywała, że mówi tak
głośno, bo musi przekrzyczeć synów, których wychowywała sama.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki