Magic. Życie Earvina "Magica" Johnsona - Roland Lazenby

Kup ebooka

89.00 zł
66.75 zł (62,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Strach ro­dzi się w jed­nej chwili.

Ja­kim cu­dem tak wy­soki męż­czy­zna jest w sta­nie tak szybko się prze­miesz­czać, ko­złu­jąc wy­soko piłkę? Jak to moż­liwe, że skręca to w jedną, to w drugą stronę, wy­ko­nu­jąc każdy zwód w tak prze­ko­nu­jący spo­sób?

Mo­żesz to so­bie do woli oglą­dać na ka­se­tach wi­deo i nic nie wy­my­ślisz, nie znaj­dziesz ni­czego, co mo­głoby spra­wić, że ode­tchniesz z ulgą. Wy­gląda na to, że osta­tecz­nie on za­wsze spoj­rzy ci głę­boko w oczy tym swoim śmier­tel­nym spoj­rze­niem, tym nie­ru­cho­mym wzro­kiem, z za­gad­ko­wym wy­ra­zem twa­rzy, wy­wo­łu­ją­cym falę prze­ra­że­nia.

I co te­raz?

A po­tem ma miej­sce ten ośle­pia­jący, pe­łen prawdy blask, kiedy on na­ciera na cie­bie z góry w do­sko­nały spo­sób, a ty je­steś bez­radny i za­czy­nasz się co­fać, wkła­da­jąc ogromny wy­si­łek w próbę wy­ko­na­nia tego, do czego za­wsze pró­buje cię za­chę­cić we­wnętrzny głos.

Zo­stań przed nim.

A po­tem dzieje się to. Cała jego twarz wy­bu­cha, po­liczki na­dy­mają się po­wie­trzem, a jego spoj­rze­nie sku­pia się bez­li­to­śnie na to­bie. Nie­mal non­sza­lancko unosi piłkę po­nad ra­mię, do­strze­ga­jąc wolną prze­strzeń - ja­kim cu­dem on to w ogóle za­uwa­żył? - po czym dun­kuje po­nad tobą. Do­ciera do cie­bie, że wła­śnie zro­bił z tobą to, czego naj­bar­dziej chcia­łeś unik­nąć. Że są na to świad­ko­wie i nie masz się gdzie scho­wać. W końcu za­czy­nasz so­bie my­śleć: Co za skur­wy­syn. Gdzie są ka­mery? Prze­cież po tym zo­staną do­wody.

Tym­cza­sem le­gen­darny ko­men­ta­tor me­czów La­kers, Chick He­arn, pod­ska­kuje, cie­sząc się twoim nie­szczę­ściem, i ob­wiesz­cza, ubli­ża­jąc ci na uszach ca­łego świata: "Ani Bóg, ani wszy­scy jego apo­sto­ło­wie nie by­liby w sta­nie za­trzy­mać tej ak­cji!".

Wy­star­czy, że prze­ży­jesz taką chwilę raz i na­wet je­śli ni­gdy wcze­śniej cze­goś po­dob­nego nie wi­dzia­łeś, od razu zro­zu­miesz, skąd wziął się jego przy­do­mek. Nie bę­dziesz miał już wię­cej py­tań.

Ma­gic.

Cza­ro­dziej.

Pod­czas jed­nego z or­ga­ni­zo­wa­nych przez sie­bie le­gen­dar­nych let­nich me­czów cha­ry­ta­tyw­nych z udzia­łem gwiazd w hali Pau­ley Pa­vi­lion na Uni­ver­sity of Ca­li­for­nia Earvin John­son pę­dzi wiel­kimi su­sami do kontr­ataku. Po pra­wej stro­nie pró­buje za nim na­dą­żyć Larry Bird, z cha­rak­te­ry­stycz­nymi po­wie­wa­ją­cymi blond wło­sami. Ma­gic gna pod kosz ry­wali z taką za­cie­kło­ścią, jakby to był piąty mecz se­rii play-of­fów. Na peł­nej szyb­ko­ści, jakby był mie­rzącą 206 cen­ty­me­trów dwu­nogą ta­ran­tulą - nie­moż­li­wie wielką i chudą, ma­ja­czącą ni­czym nie­wy­raźna plama - prawą ręką od­bija piłkę od par­kietu wy­so­kim ko­złem, spo­glą­da­jąc na bied­nego i bez­rad­nego Larry'ego. Tym sa­mym otwiera so­bie prze­strzeń do cros­so­vera i może za­nur­ko­wać w lewo w kie­runku roz­bie­ga­ją­cych się za ko­szem ki­bi­ców. Larry za­czyna do­piero zbli­żać się do niego z pra­wej strony, z rę­kami w gó­rze, cze­ka­jąc na próbę slam dunku.

John­son wy­ska­kuje w po­wie­trze pod ko­szem, z wy­soko pod­nie­sio­nym ko­la­nem, prze­kłada piłkę do pra­wej ręki i raz jesz­cze spo­gląda drwiąco na Larry'ego. Po­zo­stali obrońcy tylko stoją bez­rad­nie, a on prze­kłada piłkę do le­wej ręki i koń­czy ak­cję spod ko­sza od dołu - za­li­cza­jąc asy­stę do sa­mego sie­bie!!! Wszy­scy wo­kół mogą tylko ga­pić się z roz­dzia­wio­nymi ustami.

Tak jak biedny Larry.

"Ma­jący 206 cen­ty­me­trów wzro­stu bły­ska­wiczny roz­gry­wa­jący, czło­wiek kontr­atak - mó­wił Bird, kiedy po raz pierw­szy zo­ba­czył John­sona. - Ni­gdy wcze­śniej cze­goś ta­kiego nie wi­dzia­łem".

I nikt inny nie wi­dział wcze­śniej ko­goś, kto choćby po czę­ści przy­po­mi­nał Earvina "Ma­gica" John­sona ju­niora.

Och, jak bar­dzo Earvin uwiel­biał koń­czyć szyb­kie ak­cje po kontr­ataku, wy­cią­ga­jąc swoją długą rękę, jakby po­da­wał piłkę na ta­le­rzu. Jakby chciał ją jesz­cze wy­po­le­ro­wać tuż przed od­da­niem jej ko­le­dze, który nad­biega ze skrzy­dła, żeby do­peł­nić dzieła. Prze­ka­zy­wał ją na prawo albo gdzie­kol­wiek in­dziej, bo prze­cież wszy­scy już dawno na­uczyli się roz­gry­wać z nim ak­cje. Wie­dzieli, na ja­kie po­zy­cje mają się prze­mie­ścić, a ich oczy i dło­nie były go­towe, żeby ode­brać pre­zent. Pre­zent, któ­rego nikt inny nie byłby w sta­nie przy­jąć - ni­komu na­wet nie przy­szłoby do głowy, że może on się w tym miej­scu po­ja­wić.

"Earvin wie­dział, że są nie­kryci, za­nim jesz­cze oni sami o tym wie­dzieli - na­pi­sał w 2019 roku dzien­ni­karz spor­towy Fred Sta­bley ju­nior, który opi­sy­wał pierw­sze lata ka­riery John­sona. - Za­wsze mia­łem wra­że­nie, że on po pro­stu wie, że jest od cie­bie lep­szy, i chce ci to udo­wod­nić".

Wy­glą­dało na to, że w przy­padku John­sona wszystko jest inne. Za­wsze inne.

"Ma­gic za­li­czał wy­stępy, w które trudno było uwie­rzyć - twier­dził Doug Kri­ko­rian, wie­lo­letni dzien­ni­karz spor­towy z Los An­ge­les. - Mi­chael Jor­dan do­mi­no­wał w la­tach 90., kiedy kró­lo­wała już te­le­wi­zja ka­blowa. W tam­tych cza­sach za­czął też rzą­dzić dzien­nik "USA To­day". Lu­dzie za­po­mi­nają, że w la­tach 80. ka­blówka nie od­gry­wała jesz­cze istot­nej roli. Ma­gic był fe­no­me­na­lny. W każ­dym me­czu, w któ­rym wy­stę­po­wał, grał wspa­niale. Miał w du­pie sta­ty­styki. Grał w NBA przez 12 lat i 9 razy wy­stą­pił w fi­na­łach NBA. Czy to o czymś nie świad­czy?"

Bar­dzo rzadko się zda­rza, że re­wo­lu­cja jest tak głę­boka, tak ewi­dentna, że wszystko, co na­stę­puje po­tem, ko­lejne dzie­się­cio­le­cia zdu­mie­wa­ją­cej gry, nie są w sta­nie za­trzeć jej wpływu.

Ma­gic.

Cza­ro­dziej.

Rzu­ca­jący wy­zwa­nie światu fi­zycz­nemu.

Skoń­czony. Kom­pletny. Do­sko­nały. Nie­po­wta­rzalny. Nie­do­ści­gniony.

Jimi Hen­drix w tramp­kach od Chucka Tay­lora, z na­piętą sza­loną twa­rzą i trzy­maną w le­wej ręce, górą do dołu, gi­tarą. Pisz­czący, wrzesz­czący i rzu­ca­jący wy­zwa­nie nie­skoń­czo­no­ści. Praw­dziwa wiel­kość jest od­porna na to, co może przy­nieść przy­szłość.

Sam jed­nak od­da­wał hołd prze­szło­ści. Jego po­przed­nicy to człon­ko­wie ko­szy­kar­skiej Ga­le­rii Sław: Ma­rques Hay­nes. Co­usy. Black Je­sus2. Pi­stol. I wresz­cie Ma­gic.

MA­GIC!

Cza­ro­dziej!

Kiedy oglą­damy taki po­kaz wiel­kiej ko­szy­kówki, mamy wra­że­nie, że wszystko jest ta­kie ła­twe i na­tu­ralne, że to cu­do­wny dar od Boga. Że to taka... za­bawa.

Trudno się dzi­wić, że jego uśmiech i ra­dość były tak wiel­kie. Jakby chciał po­wie­dzieć: "Mam cię!".

"Nie są­dzę, żeby jesz­cze kie­dy­kol­wiek po­ja­wił się mie­rzący 206 cen­ty­me­trów roz­gry­wa­jący, który bę­dzie się uśmie­chał, jed­no­cze­śnie cię upo­ka­rza­jąc" - mó­wił ko­lega z dru­żyny Ma­gica, Ja­mes Wor­thy.

Trash talk? Na­wet nie mu­siał nic mó­wić. Wy­star­czyło, że po­ka­zy­wał ci zęby.

Wy­ni­ka­jące z tego czy­ste upo­ko­rze­nie po­maga zro­zu­mieć, dla­czego w świe­cie ko­szy­kówki nie prze­pa­dano za show­ma­nami. I dla­czego przez dzie­się­cio­le­cia rzą­dzili w tej dys­cy­pli­nie przede wszyst­kim lu­dzie uparci, fał­szywi pro­rocy, któ­rzy na­uczali fał­szy­wych za­sad.

Taki Bob Co­usy, je­den z pierw­szych ko­szy­kar­skich show­ma­nów, był trzy­krot­nie wy­rzu­cany ze swo­jej no­wo­jor­skiej li­ce­al­nej dru­żyny.

Po­wtórzmy: Bob Co­usy był trzy­krot­nie wy­rzu­cany z li­ce­al­nej dru­żyny ko­szy­kar­skiej. Przez szefa ka­dry szko­le­nio­wej.

Po­czątki ame­ry­kań­skiej ko­szy­kówki za­wo­do­wej cha­rak­te­ry­zo­wały się pu­stymi krze­słami na try­bu­nach i ban­kru­tu­ją­cymi klu­bami, aż w końcu uparci lu­dzie się pod­dali i za­częli or­ga­ni­zo­wać w hali Ma­di­son Squ­are Gar­den dwa me­cze z rzędu, w tym je­den z udzia­łem Har­lem Glo­be­trot­ters.

I oka­zało się, że lu­dzie byli na­wet go­towi za to za­pła­cić. Przy­cho­dzili na me­cze i po­wra­cali, żeby ze zdu­mie­niem i ra­do­ścią przy­glą­dać się po­pi­som.

Do­kład­nie tak, jak wiele lat póź­niej gro­ma­dzili się w unie­sie­niu w hali Great We­stern Fo­rum w Los An­ge­les, żeby oglą­dać...

Ma­gica.

Świę­tego pa­trona wiel­kiego Show.

"Nie mia­łem po­ję­cia, w którą stronę pa­trzeć - wspo­mina wie­lo­letni fo­to­graf NBA An­drew Bern­stein, który pod­czas wielu me­czów sie­dział przy li­nii koń­co­wej. - Bo kiedy Ma­gic ru­szał w kie­runku ko­sza, ni­gdy nie było wia­domo, co zrobi. Pod­nie­ce­nie w hali Fo­rum się­gało ze­nitu. W każ­dym me­czu. Za­wsze".

Kiedy sę­dzio­wie pró­bo­wali śle­dzić pę­dzą­cego z ogromną pręd­ko­ścią John­sona, byli tak samo zdez­o­rien­to­wani. "Każdy ar­bi­ter pró­buje pod­czas kontr­ata­ków od­czy­tać ru­chy za­wod­nika, żeby się zo­rien­to­wać, w którą stronę po­wę­druje piłka - wspo­mina sę­dzia Don Va­den. - Ale w przy­padku Ma­gica nie było na to szans. Bo ni­gdy nie wie­dzia­łeś, gdzie i jak to się skoń­czy".

"Spra­wiał, że lu­dzie chcieli oglą­dać me­cze NBA - mówi były tre­ner Utah Jazz, Frank Lay­den. - Stwo­rzył Show­time. Błysz­czał. Pę­dził pro­sto na cie­bie".

"Ro­zu­miał, że ko­szy­kówka ma być roz­rywką - tłu­ma­czy Buck Wil­liams, we­te­ran, który spę­dził w NBA 17 lat, a po raz pierw­szy zo­ba­czył Earvina John­sona pod­czas let­nich wa­ka­cji, kiedy ten miał 13 lat i za­chwy­cał pu­blicz­ność ko­szy­kar­skimi po­pi­sami w parku w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej. - Od pierw­szego dnia, kiedy wziął piłkę do ręki, z tym swoim cha­rak­te­ry­stycz­nym uśmie­chem, do­sko­nale wie­dział, jak ważna jest umie­jęt­ność do­star­cza­nia roz­rywki. W ko­szy­kówce nie cho­dzi tylko o po­da­wa­nie, rzu­ca­nie i ko­zło­wa­nie. To sport, który ma ba­wić, a w efek­cie prze­kła­dać się na pie­nią­dze. A on do­sko­nale ro­zu­miał, że roz­rywka jest rów­no­znaczna z kasą".

Z ja­kie­goś po­wodu John­so­nowi uda­wało się łą­czyć całą tę bły­sko­tli­wość, którą chło­nęły pa­trzące na niego oczy, z czy­stą i nie­ugiętą wolą zwy­cię­stwa...

No tak, ale prze­cież Co­usy też taki był.

"Był tylko je­den fa­cet, który pę­dził do kontr­ataku le­piej od Co­usy'ego - przy­znał kie­dyś były tre­ner sa­mego Co­usy'ego, Red Au­er­bach. - Tym fa­ce­tem był Ma­gic John­son".

Ale Earvin "Ma­gic" John­son ro­bił znacz­nie wię­cej. Roz­ta­czał przed nami wi­doki na przy­szłość ko­szy­kówki, za­da­jąc kłam za­ko­rze­nio­nym od dzie­się­cio­leci tre­ner­skim uprze­dze­niom i ste­reo­ty­pom. Oka­zało się, że wy­soki ko­szy­karz może mieć umie­jęt­no­ści, któ­rych nikt wcze­śniej nie po­tra­fił so­bie wy­obra­zić. I Ma­gic oba­lał głę­boko za­ko­rze­nione po­glądy, igno­ro­wał wszel­kie ogra­ni­cze­nia, które sta­rali się na­rzu­cić mu tre­ne­rzy. Na każ­dym kroku prze­ko­ny­wał do sie­bie ko­lej­nych nie­do­wiar­ków, mimo że jego sa­mego też czę­sto drę­czyło po­czu­cie nie­pew­no­ści, które za­częło słab­nąć do­piero po przy­by­ciu do LA, gdzie za­wią­zał mą­dry so­jusz z wiel­kim sto­ikiem, środ­ko­wym Ka­re­emem Ab­dul-Jab­ba­rem, i z tre­ne­rem Pa­tem Ri­leyem.

"To były piękne czasy - wspo­mina John­son epokę na­zwaną Show­time, która roz­po­częła się od jego cza­ro­dziej­skiego pa­no­wa­nia nad piłką. - Mie­li­śmy peł­nych wdzięku, pięk­nych za­wod­ni­ków. Ka­reem i jego rzut ha­kiem. Ja­mes Wor­thy i jego piękne flo­atery i lay­upy wy­kań­czane koń­ców­kami pal­ców. By­ron Scott i jego wspa­niały rzut z wy­skoku. Mi­chael Co­oper i jego obrona oraz to, jak za­li­czał al­ley-oopy, zwane Coop-a-lo­opami. To wła­śnie ta­kie ak­cje two­rzyły Show­time. I to one zmie­niły ko­szy­kówkę".

"Ma­gic John­son spra­wiał, że trudne ak­cje wy­glą­dały tak, jakby były naj­ła­twiej­sze na świe­cie - mówi czło­nek ko­szy­kar­skiej Ga­le­rii Sław, były za­wod­nik La­kers, Jerry West. - Wy­ko­ny­wał je bez wy­siłku. Tak na­prawdę wcale nie był efek­cia­rzem. Rzadko kiedy po­da­wał piłkę za ple­cami. Po pro­stu wy­ko­ny­wał od­po­wied­nie po­da­nie w od­po­wied­nim cza­sie".

Oj tak, ti­ming miał ide­alny.

Cha­ry­zma John­sona i to, że do­słow­nie tań­czył, gra­jąc w ko­szy­kówkę, od sa­mego po­czątku pro­wa­dziły go do ogrom­nych suk­ce­sów - po­cząw­szy od mi­strzo­stwa stanu z li­ce­alną dru­żyną w 1977 roku, po­przez mi­tyczne mi­strzo­stwo NCAA zdo­byte przez jego uczel­nię Mi­chi­gan State w 1979 roku, aż po zdo­by­cie wraz z La­kers mi­strzo­stwa NBA w dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach już w de­biu­tanc­kim se­zo­nie Ma­gica w 1980 roku. Te ko­lejne zwy­cię­stwa dały mu bez­pre­ce­den­sową wła­dzę, z któ­rej za­czął szybko ko­rzy­stać. Już po dwóch se­zo­nach gry w NBA za­szo­ko­wał świat sportu, kiedy do­pro­wa­dził do zwol­nie­nia tre­nera, z któ­rym zdo­był pierw­szy pier­ścień.

Ni­gdy wcze­śniej ża­den za­wod­nik w hi­sto­rii ame­ry­kań­skiego sportu za­wo­do­wego nie wy­wie­rał wpływu na ko­le­gów i nie de­mon­stro­wał wła­dzy w spo­sób tak otwarty i bez­li­to­sny. Ale udało mu się prze­trwać po­wszechną wście­kłość ki­bi­ców, bo grał z jesz­cze więk­szym wdzię­kiem i za­pew­niał im jesz­cze wię­cej zwy­cięstw. Wy­ko­rzy­sty­wał swoją zręcz­ność, która zwia­sto­wała na­dej­ście cza­sów do­mi­na­cji wy­so­kich ko­szy­ka­rzy w XXI wieku.

Prak­tycz­nie wszystko, co było zwią­zane z jego ka­rierą, oka­zało się osta­tecz­nie czymś wy­jąt­ko­wym, bez­pre­ce­den­so­wym. Wszystko - włącz­nie z jej tra­gicz­nym przed­wcze­snym za­koń­cze­niem.

Pod wie­loma wzglę­dami można po­wie­dzieć, że naj­więk­szy so­jusz John­son za­wią­zał ze swoim od­wiecz­nym wro­giem, Lar­rym Bir­dem. Wspól­nie stwo­rzyli naj­wspa­nial­szą ry­wa­li­za­cję w hi­sto­rii sportu, roz­po­czętą pod­czas stu­diów i trwa­jącą aż po kres ka­riery za­wo­do­wej. "Earvin od­mie­nił bar­dzo wiele rze­czy - uważa Char­les Tuc­ker z Lan­sing w sta­nie Mi­chi­gan, psy­cho­log szkolny, który za­przy­jaź­nił się z mło­dym John­so­nem, a po­tem zo­stał jego do­radcą i agen­tem. - Ra­zem z Bir­dem od­mie­nili ob­li­cze ko­szy­kówki oraz to, w jaki spo­sób oglą­dali ją ki­bice, za­równo je­śli cho­dzi o na­sta­wie­nie wi­dzów do tego sportu, jak i biz­ne­sowy punkt wi­dze­nia. Ko­szy­kówka stała się dla te­le­wi­zji do­brym in­te­re­sem. Oglą­dal­ność po­szy­bo­wała w górę. Za­wsze, kiedy grali Ma­gic i Bird, sta­cje te­le­wi­zyjne biły re­kordy oglą­dal­no­ści trans­mi­sji, naj­pierw na uczelni, a po­tem w NBA. Od­mie­nili wszystko. I byli na tyle sprytni, że jed­no­cze­śnie mieli świa­do­mość swo­jej ogrom­nej mocy".

"Ma­gic zna­czył dla ko­szy­kówki bar­dzo wiele - mówi jego wie­lo­letni ko­lega z La­kers, Mi­chael Co­oper, który czę­sto fru­wał wy­soko w po­wie­trzu i wy­kań­czał ak­cje po nie­sa­mo­wi­tych po­da­niach John­sona. - W jego przy­padku naj­waż­niej­sze było to, co spra­wia, że gwiazda staje się su­per­gwiazdą. Gwiazdy błysz­czą same. A su­per­gwiazdy spra­wiają, że wszy­scy, któ­rzy je ota­czają, rów­nież za­czy­nają błysz­czeć. Taki wła­śnie efekt wy­wie­rali Larry Bird i Ma­gic. I to oni spra­wili, że NBA jest dziś taka, jaka jest".

KONTROLA

John­son roz­po­czął marsz po naj­więk­sze suk­cesy, kształ­tu­jąc swój ge­nialny styl gry pod­czas me­czów roz­gry­wa­nych na bo­iskach ro­dzin­nego Lan­sing w sta­nie Mi­chi­gan. To tu­taj do Dale'a Be­arda po raz pierw­szy do­tarło, że je­śli za­mie­rza co­kol­wiek osią­gnąć w ko­szy­kówce, musi do­sto­so­wać wła­sny spo­sób gry do nie­sztam­po­wego, szyb­kiego stylu wy­so­kiego, sze­roko uśmiech­nię­tego ko­le­sia, który wy­glą­dał na ko­goś, kto ko­złuje piłkę od uro­dze­nia.

"Mó­wił mi: "Hej, wiesz co? Zbiorę piłkę, za­pa­kuję ją do ko­sza, a je­śli nie bę­dziesz uwa­żał, to ani się obej­rzysz, a do­sta­niesz nią po gło­wie"" - wspo­mina Be­ard zwady z John­so­nem, który mó­wił te słowa z we­so­łym uśmie­chem na twa­rzy, po czym na­gle ro­bił się śmier­tel­nie po­ważny i po­wta­rzał swoje in­struk­cje jako ostrze­że­nie. "Je­śli nie bę­dziesz uwa­żał, to do­sta­niesz po gło­wie".

Be­ard uśmie­cha się cie­pło na to wspo­mnie­nie pod­czas roz­mowy, którą od­by­wamy pew­nego sza­rego zi­mo­wego dnia w Lan­sing w 2019 roku.

"To, że mo­głem go oglą­dać, było nie­sa­mo­wite. Pa­trzeć na to, jak się roz­wija w tak mło­dym wieku - opo­wiada. - Ci, któ­rzy nie wi­dzieli tego na wła­sne oczy, nie uwie­rzy­liby. Nie mo­gliby w to uwie­rzyć, bo ni­gdy wcze­śniej nie było wy­so­kich za­wod­ni­ków, któ­rzy po­tra­fi­liby wy­czy­niać na bo­isku ta­kie rze­czy".

"Zbie­rał piłkę, kiedy od­biła się od ob­rę­czy, i ru­sza­li­śmy pod prze­ciw­le­gły kosz... Lewe skrzy­dło, prawe skrzy­dło, po pro­stu pę­dzi­li­śmy - do­daje Be­ard, pod­eks­cy­to­wany na samo wspo­mnie­nie. - I rze­czy­wi­ście, po­da­wał w do­kład­nie taki spo­sób, jak za­po­wia­dał, ze spo­ko­jem, w ide­al­nym mo­men­cie. Mo­głeś być tego pe­wien, mo­głeś po­wie­dzieć: "No do­bra. Wiem, co on te­raz zrobi. Wiem, jak za­gra. Mu­szę po pro­stu za­jąć taką po­zy­cję, ja­kiej ode mnie ocze­kuje. Nie mogę grać po swo­jemu". Wia­domo było, że mu­sisz ro­bić to, czego chce, w prze­ciw­nym ra­zie lą­do­wa­łeś na ła­wie".

Lą­do­wa­łeś na ła­wie?

Ża­den roz­gry­wa­jący, w ogóle ża­den ko­szy­karz, nie dyk­to­wał spo­sobu gry w ta­kim stop­niu, jak ro­bił to Earvin "Ma­gic" John­son. Do tego stop­nia, że od­mie­nił na­wet re­la­cje za­wod­ni­ków z tre­ne­rami.

Kiedy Be­ard raz jesz­cze opo­wiada o tym do­świad­cze­niu, za­chwyca się tym, jak dużą kon­trolę nad grą miał Ma­gic już na bo­iskach po­dwór­ko­wych w Lan­sing i jak po­tem prze­niósł tę umie­jęt­ność na re­la­cje z wszyst­kimi waż­nymi i mniej waż­nymi oso­bami, które na­po­tkał w ko­szy­kar­skim ży­ciu: tre­ne­rami, ko­le­gami z dru­żyny, prze­ciw­ni­kami, me­ne­dże­rami i wła­ści­cie­lami, ca­łym szta­bem szko­le­nio­wym, pra­cow­ni­kami ob­sługi i chłop­cami od po­da­wa­nia pi­łek, bi­le­te­rami w ha­lach, w któ­rych wy­stę­po­wał, dzien­ni­ka­rzami, któ­rzy chcieli o nim pi­sać, oraz ki­bi­cami, któ­rzy te hi­sto­rie czy­tali albo sami byli ich świad­kami. Wszy­scy cho­dzili na jego sznu­reczku.

Ta kon­trola była dla niego naj­waż­niej­sza, od kiedy za­czął grać w ko­szy­kówkę. Po­zwa­lała mu ode­przeć ataki scep­ty­ków, któ­rzy przez te wszyst­kie lata po­wta­rzali, że wy­so­kim za­wod­ni­kom nie wolno ko­zło­wać. Od naj­młod­szego John­son był uparty i zde­ter­mi­no­wany, żeby udo­wod­nić coś wszyst­kim, któ­rzy w niego wąt­pili - kry­ty­kom i prze­ciw­ni­kom.

Jego roz­wi­ja­jące się po­czu­cie kon­troli nad wszyst­kim bar­dzo szybko spo­tkało się z po­dzi­wem i zdu­mie­niem, zwłasz­cza kiedy do ob­ser­wa­to­rów do­cie­rały piękno, szyb­kość i rytm, z ja­kimi je osią­gał. "W Ma­gicu John­so­nie nie ma jed­nej rze­czy, która robi wra­że­nie - stwier­dził Bobby Kni­ght, tre­ner wspa­nia­łej dru­żyny In­diana Uni­ver­sity, któ­rej marsz po mi­strzo­stwo prze­rwał John­son. - On robi wra­że­nie jako ca­łość".

Już od wcze­snych lat szkoły pod­sta­wo­wej po­pi­so­wym nu­me­rem John­sona stał się no-look pass3, in­no­wa­cyjna roz­ryw­kowa ak­cja, którą do­pro­wa­dzał tre­ne­rów i ko­le­gów z ze­społu do szału i bez­sen­nych nocy.

Nikt nie był w sta­nie opi­sać tego ta­lentu le­piej od in­nego wy­bit­nego roz­gry­wa­ją­cego, także jed­nego z naj­lep­szych w hi­sto­rii NBA, daw­niej przy­ja­ciela Ma­gica, Isiaha Tho­masa: "To je­dyny gość, ja­kiego kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem, który pa­trzył na part­nera z dru­żyny, spraw­dzał jego tempo, po­tem na ja­kieś trzy se­kundy od­wra­cał wzrok, spo­glą­dał gdzieś w dal, po czym wy­ko­ny­wał pre­cy­zyjne po­da­nie do ko­goś, na kogo już od paru se­kund nie pa­trzył".

Ale choć to wszystko było ta­kie wspa­niałe i ta­kie nowe, hi­sto­ria John­sona osta­tecz­nie wy­kro­czyła poza ko­szy­kówkę, a na­wet poza jego wła­sne ży­cie, i stała się na przy­kład pre­zen­ta­cją kwe­stii ra­so­wych w Ame­ryce. Opo­wie­ścią o tym, jak ko­rzy­stał ze swo­jego ta­lentu i do­świad­cze­nia ko­szy­kar­skiego, żeby ze­rwać ze złą wolą i nie­zro­zu­mie­niem. Tłem dla tej opo­wie­ści był stan Mi­chi­gan, do­kąd w cza­sach wiel­kiej mi­gra­cji tak wiele afro­ame­ry­kań­skich ro­dzin ucie­kało z ra­si­stow­skiego, peł­nego prze­mocy i bru­tal­no­ści Po­łu­dnia.

Kiedy mło­dziutki ko­szy­karz po raz pierw­szy po­ka­zał się światu z naj­lep­szej strony, w Sta­nach trwały lata 70. i na­pię­cia zwią­zane z kon­flik­tem wy­wo­ła­nym są­do­wym na­ka­zem de­se­gre­ga­cji w au­to­bu­sach szkol­nych.

Ży­cie John­sona za­wsze było nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zane z te­ma­tyką po­dzia­łów ra­so­wych - po­czy­na­jąc od roli, jaką ode­grał w sta­ra­niach o szkolną in­te­gra­cję ra­sową, po­przez ka­rierę, pod­czas któ­rej był nie­od­łącz­nie zwią­zany z bia­łym Lar­rym Bir­dem, aż po suk­cesy biz­ne­sowe, które osią­gał, ba­zu­jąc na pre­fe­ren­cjach czar­no­skó­rych kon­su­men­tów. Jego wie­lo­letni przy­ja­ciel i agent, Lon Ro­sen, uważa, że to wła­śnie kwe­stie ra­sowe były dla Ma­gica naj­waż­niej­sze.

"Mo­tyw rasy łą­czy więk­szość suk­ce­sów John­sona - ob­wie­ścił je­den z ma­ga­zy­nów z Los An­ge­les w 2003 roku. - Dzięki temu cha­rak­te­ry­stycz­nemu uśmie­chowi, za który wszy­scy go tak chwa­lili, był dla bia­łej Ame­ryki ide­ałem spo­koj­nego Afro­ame­ry­ka­nina. I to wła­śnie ten wi­ze­ru­nek był klu­czowy dla jego ka­no­ni­za­cji, obok ul­tra­bla­dego Larry'ego Birda, wraz z któ­rym we dwóch oca­lili ligę NBA".

MAGIC

Miał tylko 15 lat, kiedy ten pseu­do­nim po raz pierw­szy po­ja­wił się w lo­kal­nej ga­ze­cie. Jego głę­boko wie­rzą­cej ma­mie, Chri­stine, od razu włą­czyła się lampka ostrze­gaw­cza.

Ma­gic? Cza­ro­dziej?

Wcale jej się to nie spodo­bało.

Było bluź­nier­cze i od razu za­kłó­ciło spo­kój w świe­cie, który wraz z mę­żem, Earvi­nem se­nio­rem, pró­bo­wała zbu­do­wać dla sied­miorga ich dzieci. Taki przy­do­mek mógł su­ge­ro­wać, że wcale nie wszystko jest w rę­kach Boga, że dia­beł też ma coś do po­wie­dze­nia.

Ksywka stwa­rzała wiele pro­ble­mów, które - jak się oba­wiała - mo­gły mu to­wa­rzy­szyć już za­wsze.

W swo­jej po­dróży du­cho­wej czę­sto czy­ty­wała Bi­blię. Słowo "czary" nie po­ja­wiało się tam zbyt czę­sto i nie miało żad­nego wpływu na opi­sane tam zda­rze­nia. Świa­tem Chri­stine rzą­dziły wiara, mi­łość i prze­ba­cze­nie, czyli war­to­ści, które mo­gli wy­zna­wać i wno­sić do swo­jego ży­cia zwy­kli lu­dzie, żeby po­ra­dzić so­bie z rze­czami, któ­rym trudno było spro­stać.

Cza­ro­dziej?

"Bała się, że przez ten przy­do­mek do głowy za­czną mi przy­cho­dzić głu­pie po­my­sły" - mówi John­son.

Głu­pie po­my­sły? No cóż, ko­niec koń­ców do­pro­wa­dziło to do tego, że upra­wiał seks bez za­bez­pie­czeń z nie­mal każdą na­po­tkaną osobą. A li­sta tych osób była bar­dzo długa.

Już samo prze­zwi­sko spra­wiało, że matka John­sona za­częła się za­sta­na­wiać nad wszyst­kimi cu­dami i bó­lami głowy, które mogą ich cze­kać w przy­szło­ści. I na samą myśl o tym prze­cho­dziły ją dresz­cze. Oczy­wi­ście wia­domo było, że ko­chał ko­szy­kówkę, nie było ta­kiej chwili, żeby jej nie ko­chał, i bar­dzo do­brze. Ale to?

Cza­ro­dziej?

Sły­sząc ten przy­do­mek, za­czy­nała się mo­dlić.

Dla jej syna był jak oświe­tla­jący go neon, jak na­groda dla mło­dego na­sto­latka, który za­mie­nił mar­twą, pu­stą, po­zba­wioną du­szy halę w strefę wiel­kiego świę­to­wa­nia.

Trudno się dzi­wić, że tłum pra­wie od razu to prze­zwi­sko prze­jął. Prze­szło z czo­łó­wek ga­zet na ję­zyki ki­bi­ców.

Ma­gic!

Ten okrzyk przez dzie­się­cio­le­cia sły­chać było w ha­lach na ca­łym świe­cie.

Ale na­wet je­śli trzy­ma­li­by­śmy od tego Boga z da­leka, ta­kie prze­zwi­sko nio­sło ze sobą mnó­stwo zna­ków ostrze­gaw­czych. Oj­ciec Earvina wie­dział, że lu­dziom nie po­winno się ufać, nie po­winno się im po­zwo­lić, by prze­jęli kon­trolę nad twoim ży­ciem. Bo na­wet je­śli dziś cię wy­chwa­lają, ju­tro mogą za­cząć cię kry­ty­ko­wać i cią­gnąć w dół - bo po pro­stu taki będą mieli ka­prys. Bo sprawi im to przy­jem­ność.

Przy ta­kim przy­domku by­cie do­brym nie wy­star­czało. Mu­sia­łeś być pra­wie do­sko­nały. A po­nie­waż były to do­piero po­czątki ka­riery, taki przy­do­mek mógł cię ośmie­szyć i prze­śla­do­wać po­tem do końca ży­cia.

I co mo­gła zro­bić Chri­stine John­son poza mo­dli­twą?

Cza­ro­dziej?

Gdyby matka miała bar­dziej zło­wiesz­cze na­sta­wie­nie, mo­głoby jesz­cze przyjść jej do głowy słowo "klą­twa".

W każ­dym ra­zie co­dzien­nie ro­biła wszystko, co było w jej mocy. Wy­cho­dziła z za­ło­że­nia, że bę­dzie żyć w zgo­dzie ze swo­imi za­sa­dami, a resztą niech zaj­mie się Bóg.

W tam­tych cza­sach nikt nie mógł jesz­cze do­strzec czy­ha­ją­cych na Ma­gica ogrom­nych, nie­wy­obra­żal­nych wręcz po­kus. Już wtedy mło­dzież czę­sto ko­rzy­stała re­kre­acyj­nie z al­ko­holu i nar­ko­ty­ków. Ale złe na­wyki, po­mimo wiel­kiej pre­sji wy­ni­ka­ją­cej z nie­za­spo­ko­jo­nej am­bi­cji i sławy, nie za­wład­nęły Ma­gi­kiem.

Poza ko­szy­kówką był jesz­cze uza­leż­niony od ludz­kiego cie­pła. Słodki sy­nek Chri­stine John­son już na wcze­snym eta­pie ży­cia zo­rien­to­wał się, jak to jest być sam­cem alfa. Zro­zu­miał, jak bar­dzo po­cią­ga­ją­cym atry­bu­tem jest jego ko­szy­kar­ski ta­lent, z po­wodu któ­rego zwy­kli lu­dzie, spra­wia­jący wra­że­nie my­ślą­cych ra­cjo­nal­nie, za­po­mi­nali o zdro­wym roz­sądku i ostroż­no­ści. I ro­bili wszystko, żeby się do niego zbli­żyć - im bar­dziej, tym le­piej.

No i stał się, w nad­cho­dzą­cych cza­sach co­raz więk­szych swo­bód sek­su­al­nych, pa­nem Ma­gi­kiem John­so­nem, a po­dwójne zna­cze­nie jego przy­domka ba­wiło go, a na­wet skła­niało do cheł­pli­wo­ści.

"Spójrzmy praw­dzie w oczy - mó­wił dum­nie - Ma­gic to jed­no­cze­śnie okre­śle­nie ro­man­tyczne i sek­sowne".

I z pew­no­ścią ta­kie wła­śnie było, ale tylko do pew­nego mo­mentu. W końcu ze­mściła się na nim wie­lo­let­nia nie­ostroż­ność, a igno­ro­wa­nie za­bez­pie­czeń przed cho­ro­bami prze­no­szo­nymi drogą płciową do­pro­wa­dziło do za­koń­cze­nia jego spor­to­wej ka­riery i miej­sce jego wspa­nia­łego uśmie­chu za­jęło za­fra­so­wane zmarsz­czone czoło.

Ale to wła­śnie wtedy, pod ko­niec dłu­giej i ce­le­bro­wa­nej przez fa­nów mło­do­ści, za­czął się wy­ła­niać do­ro­sły męż­czy­zna. Jego hi­sto­ria raz jesz­cze oka­zała się trak­to­wać o czymś wię­cej niż samo jego ży­cie. Usły­szał dia­gnozę, która po­pchnęła go pro­sto w ob­ję­cia glo­bal­nego kry­zysu zwią­za­nego z epi­de­mią AIDS.

To spra­wia, że wśród wielu py­tań, które za­da­jemy so­bie na te­mat ta­jem­nicy Earvina "Ma­gica" John­sona, jedno z naj­waż­niej­szych brzmi: jak?

Jak do tego wszyst­kiego do­szło?

2 Przy­do­mek Earla Mon­roe.

3 Po­da­nie bez pa­trze­nia w stronę za­wod­nika, do któ­rego się po­daje.

Rozdział 1

BOOM, BABY

W marcu 1990 roku Jerry West zdą­żył już się do­brze przyj­rzeć Ma­gi­cowi John­so­nowi. Ob­ser­wo­wał go z bar­dzo bli­ska - po­cząw­szy od trans­for­ma­cji, którą John­son za­in­spi­ro­wał w ca­łej or­ga­ni­za­cji Los An­ge­les La­kers dzie­sięć lat wcze­śniej, przez wszystko to, co na­stą­piło póź­niej: ty­tuły mi­strzow­skie, na­grody MVP i wi­do­wi­skowe wy­stępy, marsz po wy­grane i wiel­kie suk­cesy, mo­ty­wu­jące świę­to­wa­nie uda­nych kontr­ata­ków pod­czas przerw na żą­da­nie, przy­bi­ja­nie pią­tek, uści­ski i ogól­nie wielką ra­dość, która wy­trą­ciła i Los An­ge­les, i całą ligę NBA z głę­bo­kiego snu i nudy pa­nu­ją­cej w ca­łym ame­ry­kań­skim spo­rcie pod ko­niec lat 70.

Wszystko to, czego świad­kiem był Jerry West, po­zo­sta­wało w ostrym kon­tra­ście do jego wła­snej ka­riery, która oczy­wi­ście i tak za­pro­wa­dziła go do ko­szy­kar­skiej Ga­le­rii Sław. Ka­riery, pod­czas któ­rej West i jego La­kers cier­pieli ka­tu­sze, prze­gry­wa­jąc sie­dem razy z rzędu w fi­na­łach NBA w la­tach 1962-1970. W końcu za ósmym ra­zem od­nie­śli zwy­cię­stwo, ale na­wet ta wy­grana w 1972 roku wy­glą­dała po­nuro, bio­rąc pod uwagę odrę­twie­nie, za­kło­po­ta­nie i kon­flikty, które za­pa­no­wały po­tem w szatni.

Dzięki zwy­cię­stwom od­nie­sio­nym w la­tach 80. John­son do­słow­nie prze­pę­dził wszyst­kie te nie­zno­śne du­chy i de­mony, które zde­cy­do­wa­nie zbyt długo pa­no­wały w udrę­czo­nej gło­wie Jerry'ego We­sta. John­son i West zdą­żyli przez te wszyst­kie lata stwo­rzyć part­ner­stwo, w ra­mach któ­rego ka­tu­sze ge­ne­ral­nego me­ne­dżera były rów­no­wa­żone przez wielką ra­dość i suk­cesy John­sona.

Mię­dzy in­nymi ten kon­trast był po­wo­dem, dla któ­rego pe­wien dzien­ni­karz po­je­chał w marcu 1990 roku do Dal­las w Tek­sa­sie, żeby przez dwa dni in­da­go­wać We­sta w po­koju ho­te­lo­wym. Me­ne­dżer przy­je­chał tam, żeby ob­ser­wo­wać uta­len­to­wa­nych ko­szy­ka­rzy uni­wer­sy­tec­kich. Po­szu­ki­wał ko­lej­nego do­brego za­wod­nika do swo­jej dru­żyny. W tym cza­sie był już sa­mo­zwań­czym straż­ni­kiem La­kers i znaj­do­wał się na naj­lep­szej dro­dze, żeby stać się naj­waż­niej­szą osobą w ca­łym za­rzą­dzie klubu. Fe­lie­to­ni­sta "Los An­ge­les Ti­mes" Jim Mur­ray na­pi­sał wtedy, że West "roz­po­znałby ta­lent na­wet przez okno pę­dzą­cego po­ciągu".

West rze­czy­wi­ście był ge­niu­szem o skłon­no­ściach ma­nia­kal­nych i nie­wy­obra­żal­nym per­fek­cjo­ni­stą. W wy­wia­dzie prze­pro­wa­dzo­nym w 2009 roku jego nie­ży­jący już brat Char­les West przy­znał, że u Jerry'ego zdia­gno­zo­wano oso­bo­wość dwu­bie­gu­nową i że bie­rze na to leki. West po­tra­fił do­strzec na par­kie­cie mnó­stwo rze­czy nie­wi­docz­nych dla in­nych i był znany jako "ak­tywny" ge­ne­ralny me­ne­dżer; ni­gdy nie wa­hał się po­dej­mo­wać te­matu pro­ble­mów, które do­strze­gał u za­wod­ni­ków La­kers. Jak bar­dzo ak­tywny był Jerry West? W 2004 roku były tre­ner klubu, Del Har­ris, po­wie­dział w jed­nym z wy­wia­dów, że ekipa z Los An­ge­les nie była tak na­prawdę jego dru­żyną, tylko dru­żyną Jerry'ego.

W cza­sach Show­time West był dla za­wod­ni­ków czuj­nym men­to­rem i nie wa­hał się ich po­uczać, ale wtedy, w 1990 roku, przy­znał, że do John­sona pra­wie ni­gdy nie kie­ro­wał swo­ich uwag, a je­śli już, to tylko wtedy, kiedy my­ślał, że Ma­gic robi się "prze­wi­dy­walny".

Wielki Ma­gic miałby być prze­wi­dy­walny? Rów­nie do­brze można by oskar­żyć Ma­ri­lyn Mon­roe o to, że bra­kuje jej go­rą­cego wdzięku.

W tam­tej chwili w 1990 roku Ma­gic John­son był być może naj­bar­dziej po­dzi­wianą i od­no­szącą suk­cesy gwiazdą sportu. Wy­glą­dało na to, że przez te wszyst­kie lata zdą­żyli go po­ko­chać wszy­scy. Do­słow­nie wszy­scy - na po­czątku lat 80. do­ty­czyło to na­wet pew­nego mło­dego li­ce­ali­sty z Wil­ming­ton w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej, nie­ja­kiego Mike'a Jor­dana.

Kiedy przy­szły król ko­szy­kówki był na­sto­lat­kiem, miał tylko jed­nego praw­dzi­wego idola i był nim Ma­gic John­son, mimo tego, że am­bi­cja i wola walki Jor­dana spra­wiały, że od­no­sił się z bez­li­to­sną po­gardą do prze­ciw­ni­ków i wszyst­kich in­nych ko­szy­ka­rzy. Mi­chael pró­bo­wał na­śla­do­wać tak wiele rze­czy, które do­strze­gał w stylu gry Ma­gica, że przez pe­wien czas wy­obra­żał so­bie sie­bie na­wet w roli roz­gry­wa­ją­cego, a w li­ceum pró­bo­wał co­dzien­nie ćwi­czyć no-look passy i ge­nialne kontr­ataki, w któ­rych jego idol był mi­strzem.

Jak wiel­kie było to za­uro­cze­nie? Jor­dan sam nadał so­bie przy­do­mek "Ma­gic Mike", a w czwar­tej kla­sie szkoły śred­niej, otrzy­maw­szy swój pierw­szy sa­mo­chód, wy­ro­bił so­bie ta­blicę re­je­stra­cyjną z ta­kim wła­śnie na­pi­sem. Jor­dan jeź­dził po ro­dzin­nym mie­ście, dum­nie ob­wiesz­cza­jąc światu, że jest Cza­ro­dzie­jem Mi­kiem. Ale kiedy na je­sieni roz­po­czął pierw­szy rok stu­diów na Uni­ver­sity of North Ca­ro­lina, tre­ner Dean Smith od razu mu do­ra­dził, żeby ten przy­do­mek po­rzu­cił.

Smith miał mu po­do­bno po­wie­dzieć, że jest tylko je­den Ma­gic.

Jor­dan oczy­wi­ście stał się po­tem dla ca­łego świata Bo­giem Ko­szy­kówki.

W trak­cie ka­riery John­sona zda­rzały się chwile, kiedy zaj­mo­wał w ko­szy­kar­skiej hie­rar­chii po­do­bną po­zy­cję. Wła­ści­wie to jego osią­gnię­cia i za­raź­liwy styl gry zde­fi­nio­wały wspa­niałą ko­szy­kar­ską epokę Show­time La­kers - dru­żyny, która grała czę­sto tak, że była poza za­się­giem wszyst­kich ry­wali. Sam John­son koń­czył ka­rierę na po­czątku lat 90., do­ro­biw­szy się sta­tusu ostat­niej wiel­kiej gwiazdy epoki ana­lo­go­wej. Po­tem mógł ob­ser­wo­wać, jak cy­fry­za­cja bły­ska­wicz­nie opa­no­wała świat ko­szy­kówki, jej ko­mu­ni­ka­cję i mar­ke­ting, w ide­al­nym mo­men­cie, żeby wy­nieść na szczyt mło­dego chło­paka z Wil­ming­ton, który kie­dyś uwa­żał się za Cza­ro­dzieja Mike'a.

Te oko­licz­no­ści po­ma­gają wy­tłu­ma­czyć to, że liczni po­ważni eks­perci ko­szy­kar­scy i całe rze­sze ki­bi­ców uwa­żają, że Ma­gic John­son, obok Jor­dana i in­nych wiel­kich gra­czy, za­słu­guje na to, żeby być wy­mie­nia­nym w dys­ku­sjach o tym, kto jest naj­lep­szym ko­szy­ka­rzem w hi­sto­rii.

"Ni­gdy nie ro­zu­mia­łem, dla­czego nie brano go pod uwagę w de­ba­tach na te­mat naj­lep­szego ko­szy­ka­rza wszech cza­sów" - mówi wie­lo­letni tre­ner NBA Alvin Gen­try, a wielu ko­szy­kar­skich eks­per­tów po­dziela jego opi­nię.

Uważa się, że skoro Mi­chael Jor­dan jest zwany Bo­giem Ko­szy­kówki, to John­son za­słu­guje przy­naj­mniej na miano Dru­giego Boga, bo osią­gnął tak dużo w cza­sach, które wielu uważa za naj­lep­sze w hi­sto­rii ko­szy­kówki, czyli w la­tach 80.

Inni uzna­wali, że taki sta­tus jest co naj­mniej dziwny w przy­padku za­wod­nika, który sam przy­zna­wał, że ni­gdy tak wy­soko nie ska­kał. Który uwa­żał, że ma średni rzut z wy­skoku. Dla któ­rego zwy­cię­stwa były waż­niej­sze od zdo­by­wa­nia punk­tów i pod­ko­szo­wych akro­ba­cji. Który, przy­cho­dząc do NBA, miał zda­niem eks­per­tów słabą lewą rękę, co sta­no­wiło po­ważne ogra­ni­cze­nie dla każ­dego, kto za­mie­rzał prze­trwać w NBA na po­zy­cji roz­gry­wa­ją­cego. A zwłasz­cza dla ko­goś tak wy­so­kiego, kto dys­po­no­wał tak wy­so­kim ko­złem, że unie­moż­li­wiało to ła­twe prze­kła­da­nie piłki z jed­nej ręki do dru­giej.

"Wciąż w sie­bie wąt­pi­łem - przy­znaje John­son, wspo­mi­na­jąc po­czątki ka­riery, rok 1979, kiedy był jesz­cze de­biu­tan­tem. - Nie by­łem pe­wien, czy dam so­bie radę w tej li­dze".

To po­maga wy­tłu­ma­czyć, dla­czego wtedy, w marcu 1990 roku, na długo po tym, kiedy zdą­żył już na­pa­trzeć się na wspa­niałą ka­rierę Ma­gica, Jerry West ujaw­nił, że w 1979 roku nie był wcale prze­ko­nany co do tego, czy La­kers po­winni byli wy­brać Ma­gica John­sona z je­dynką w draf­cie.

Kiedy udzie­lał ofi­cjal­nych wy­wia­dów, mó­wił, że wspa­niała se­ria John­sona jako osią­ga­ją­cego suk­cesy przy­wódcy przy­po­mina mu o wnio­skach do­ty­czą­cych ana­lizy mło­dych ta­len­tów: mo­żesz zo­ba­czyć, co za­wod­nicy ro­bią na bo­isku, mo­żesz oce­nić ich fi­zyczne umie­jęt­no­ści, ale nie za­wsze mo­żesz od­czy­tać to, co mają w sercu.

"My­śla­łem, że bę­dzie bar­dzo do­brym ko­szy­ka­rzem - przy­znał West. - Ale nie mia­łem po­ję­cia, że osią­gnie aż taki po­ziom. Se­rio, nie mia­łem po­ję­cia. Sami wi­dzi­cie, nie za­wsze wiemy, co jest w środku za­wod­nika. Je­ste­śmy w sta­nie oce­nić, co dany ko­szy­karz może zro­bić na bo­isku pod wzglę­dem fi­zycz­nym. I by­li­śmy za­chwy­ceni tym, co u niego wi­dzie­li­śmy. Ale za­sta­na­wia­li­śmy się nad tym, co się wy­da­rzy, jak już trafi do NBA, ja­kim bę­dzie ko­szy­ka­rzem, gra­jąc na naj­wyż­szym szcze­blu".

Ten ko­men­tarz sta­nowi cał­kiem do­brą pu­entę: Earvina "Ma­gica" John­sona można było zde­fi­nio­wać jako nie­zde­fi­nio­waną ja­kość, nie­sa­mo­witą za­gadkę ludz­kich moż­li­wo­ści, która udo­wad­nia, z jaką nie­pew­no­ścią wiąże się ewa­lu­acja mło­dych ta­len­tów.

Pod­czas tego wy­wiadu West na chwilę za­milkł, szu­ka­jąc do­brej od­po­wie­dzi na wła­sne py­ta­nie do­ty­czące wiel­ko­ści John­sona, po czym do­dał: "Chciał wy­nieść swoją grę na jesz­cze wyż­szy po­ziom po­przez ciężką pracę. My­ślę, że nikt nie wie­dział, że drze­mie w nim aż taka wiel­kość. Naj­ła­twiej jest do­strzec umie­jęt­no­ści fi­zyczne, ale one nie od­zwier­cie­dlały tego, jak wy­bit­nym był ko­szy­ka­rzem".

Kiedy We­sta po­pro­szono o to, żeby wy­tłu­ma­czył, co ma na my­śli, mó­wiąc o wy­bit­no­ści, od­po­wie­dział, że choć w róż­nych epo­kach po­ja­wiało się wielu bar­dzo do­brych ko­szy­ka­rzy, to ko­szy­ka­rzy na­prawdę wy­bit­nych można było po­li­czyć na pal­cach jed­nej ręki.

Mó­wiąc o la­tach 80., West po­wie­dział: "Jed­nym z nich jest oczy­wi­ście Ma­gic John­son. Poza tym Larry Bird". Po chwili uzu­peł­nił: "I oczy­wi­ście jesz­cze Mi­chael Jor­dan" - i na tym swoją li­stę za­koń­czył.

Na ko­niec me­ne­dżer La­kers do­dał, że opi­nii pu­blicz­nej trudno jest zro­zu­mieć, a na­wet do­strzec, na czym po­lega ogromne wy­zwa­nie zwią­zane z by­ciem wy­bit­nym ko­szy­ka­rzem: "To straszny cię­żar".

Je­śli cho­dzi o źró­dło wy­bit­no­ści John­sona, West uwa­żał, że to w du­żej mie­rze kwe­stia po­dej­ścia cha­rak­te­ry­zu­ją­cego ma­cho: "Ma­gic John­son miał w so­bie ma­czyzm i bez prze­rwy po­wta­rzał, że nikt nie jest go w sta­nie po­ko­nać".

Przez tyle lat w każ­dym me­czu John­son po­ka­zy­wał tę ja­kość, ten ogromny nie­uchwytny zmysł, do­wód na to, że miał być może naj­więk­szy za­pał do ry­wa­li­za­cji w spo­rcie, w któ­rym suk­cesy od­nosi się wła­śnie dzięki wiel­kiemu sercu do gry.

SCENA

Kiedy Jerry West opo­wia­dał o tym w 1990 roku, po­dzie­lił się kil­koma ob­ser­wa­cjami, które wy­ja­śniały, co do­kład­nie po­zwo­liło John­so­nowi od­na­leźć wiel­kość. Aż w końcu zde­cy­do­wał się po­wie­dzieć: "Kiedy się uro­dził, ktoś po­sy­pał go ja­kimś py­łem".

I może to wła­śnie była wła­ściwa od­po­wiedź. Kilka dzie­się­cio­leci póź­niej wciąż wy­daje się, że może to być trafne wy­ja­śnie­nie. Szczypta ma­gicz­nego pyłu przy na­ro­dzi­nach, nad­przy­ro­dzony wpływ na ciało wy­jąt­ko­wego dziecka.

Z do­ku­men­tów wy­nika, że John­son po­ja­wił się na świe­cie 14 sierp­nia 1959 roku, w pią­tek, w Lan­sing w sta­nie Mi­chi­gan, jako czwarte z sied­miorga dzieci, naj­młod­szy z trzech chłop­ców w ro­dzi­nie Earvina se­niora i Chri­stine John­son.

Być może ten nad­przy­ro­dzony wpływ po­cho­dził z wy­ła­do­wań elek­trycz­nych i za­ci­na­ją­cego desz­czu w tam­ten week­end. Ogromny pio­run ude­rzył pod­czas bu­rzy w wielki trans­for­ma­tor i wy­wo­łał straszny huk, który prze­ra­ził miesz­kań­ców mia­sta i po­zo­sta­wił wielu z nich bez prądu.

Kto wie, być może mały Earvin do­stał wtedy dzięki temu pio­ru­nowi do­dat­ko­wego do­ła­do­wa­nia.

A może cho­dziło o hi­sto­rię opi­saną tego ranka na pierw­szej stro­nie "Lan­sing State Jo­ur­nal", o na­ro­dzi­nach kur­czaka z trzema ser­cami.

W końcu dziecko miało pew­nego dnia otrzy­mać przy­do­mek Ma­gic, a za­tem było cał­kiem lo­giczne, że prze­pis na jego suk­cesy mógł obej­mo­wać szczyptę vo­odoo i okul­ty­zmu.

Mo­ment po­ja­wie­nia się Earvina ju­niora na świe­cie także za­po­wia­dał jego nad­cho­dzącą sławę. W week­end jego na­ro­dzin dy­rek­cja szkoły w Lan­sing zor­ga­ni­zo­wała dni otwarte w świeżo wy­re­mon­to­wa­nym li­ceum Eve­rett, z su­per­no­wo­cze­sną salą gim­na­styczną, która miała w przy­szło­ści zo­stać na­zwana jego imie­niem.

Co zro­zu­miałe, ma­lutki Earvin nie mógł się wtedy po­ja­wić w hali, żeby ją ochrzcić. Do czasu, kiedy wy­biegł na par­kiet jed­nego z naj­święt­szych miejsc w hi­sto­rii ame­ry­kań­skiej ko­szy­kówki, miało upły­nąć jesz­cze 15 lat i miało się wy­da­rzyć wiele nie­ocze­ki­wa­nych rze­czy.

Lon Ro­sen, wie­lo­letni przy­ja­ciel i agent Ma­gica, mówi, że wy­da­rze­nia tam­tego dnia sta­no­wią tylko ko­lejną z wielu za­ga­dek jego wspa­nia­łego ży­cia: "Dla­czego na przy­kład to wła­śnie on, choć był trze­cim sy­nem w ro­dzi­nie, zo­stał na­zwany Earvi­nem ju­nio­rem? Imię po ojcu na­daje się za­zwy­czaj naj­star­szemu chłopcu".

Być może Earvin se­nior i Chri­stine wy­czuli, że ten nie­zdarny no­wo­ro­dek bę­dzie kimś wy­jąt­ko­wym. Choć wy­daje się to ra­czej mało praw­do­po­do­bne, bo John­so­no­wie ka­te­go­rycz­nie upie­rali się, że każde z sied­miorga ich dzieci bę­dzie wy­jąt­kowe.

Je­śli mie­li­by­śmy wy­brać jedną rzecz, która wpły­nęła na to, że Ma­gic John­son od­no­sił tak nie­sa­mo­wite suk­cesy, mo­głaby to być scenka w szpi­talu w dniu, kiedy wy­czer­pana matka, Chri­stine John­son, przy­tu­lała mocno opa­tu­lone nie­mowlę, pod­czas gdy oj­ciec, Earvin se­nior, sie­dział szczę­śliwy przy łóżku, ci­cho i po­tul­nie.

Jedną z pierw­szych rze­czy, ja­kie pie­lę­gniarki i le­ka­rze za­uwa­żyli u matki, był jej uśmiech i do­łeczki w po­licz­kach. Chri­stine Por­ter John­son zo­stała ob­da­ro­wana przez na­turę au­ten­tycz­nym głę­bo­kim wdzię­kiem i sło­dy­czą, a jej głę­boka wiara spra­wiała, że lu­dzie się w jej to­wa­rzy­stwie uspo­ka­jali. Chri­stine czę­sto po­tra­fiła wy­do­być z in­nych ich lep­szą stronę oso­bo­wo­ści.

Uwiel­biała spra­wiać, że lu­dzie czuli się swo­bod­nie, ob­da­rzać ich au­ten­tyczną tro­ską, po­zwa­lać, by jej po­boż­ność i po­świę­ce­nie Bogu pły­nęły swoim spo­koj­nym nur­tem. Z pew­no­ścią nie prze­szka­dzało też to, że za­wsze lu­biła się śmiać i przy­tu­lać. Od naj­młod­szych lat uczyła się tego, że ży­cie to rzecz kru­cha i że trzeba o nie dbać. Zresztą jej mama też ją bar­dzo czę­sto przy­tu­lała.

Je­śli pra­cow­nicy szpi­tala za­uwa­żyli wtedy u Chri­stine John­son coś jesz­cze, to była to praw­do­po­dob­nie re­gu­lar­ność jej po­by­tów na sali po­ro­do­wej. Pierw­szego syna, Qu­incy'ego, uro­dziła w 1956 roku, Larry'ego w 1957, a córkę Lily Pe­arl w 1958.

A po­tem, jak na za­wo­ła­nie, w 1959 roku po­ja­wiło się ko­lejne dziecko, Earvin ju­nior.

Taka pro­duk­cja była od dzie­się­cio­leci cha­rak­te­ry­styczna dla ro­dzin rol­ni­czych, ale Chri­stine John­son nie pra­co­wała już prze­cież na far­mie w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej, gdzie wcze­śniej przez wiele dzie­się­cio­leci ha­ro­wała na próżno jej ro­dzina.

Kiedy miała 17 lat, pa­trzyła, jak jej uko­chana matka, Mary, mar­nieje w wy­niku cho­roby ne­rek. Mary zmarła w wieku 47 lat, pod ko­niec 1953 roku, i to Chri­stine mu­siała się za­jąć wy­cho­wy­wa­niem dwójki młod­szego ro­dzeń­stwa. Jak sama po­tem przy­znała, te oko­licz­no­ści spra­wiły, że stała się de facto na­sto­let­nią mamą, tak jak wcze­śniej miało to miej­sce w przy­padku jej matki. W ro­dzi­nach rol­ni­czych ta­kie sy­tu­acje zda­rzały się czę­sto - wiele ko­biet umie­rało tam młodo, albo przy na­ro­dzi­nach dzieci, albo z braku opieki me­dycz­nej. Ta­kie oko­licz­no­ści spra­wiały, że ich córki mu­siały same przed­wcze­śnie sta­wać się mat­kami.

Ży­cie matki Chri­stine, Mary Delli Jen­kins Por­ter, było cięż­kie i krót­kie. Była żoną rol­nika, który dzier­ża­wił zie­mię. Ale wy­glą­dało na to, że walka z nie­do­stat­kiem nie robi na niej wiel­kiego wra­że­nia, bo pod­cho­dziła do niej z wiarą i mi­ło­ścią, którą po­tem wpo­iła Chri­stine i ca­łej resz­cie swo­jej du­żej ro­dziny. Tę wiarę wcze­śniej prze­ka­zały jej całe po­ko­le­nia ro­dziny, która przez wiele dzie­się­cio­leci sty­kała się tylko z bez­li­to­snym, okrop­nym lo­sem, a jej ży­cie w ni­czym nie przy­po­mi­nało suk­ce­sów, które miały w przy­szło­ści stać się udzia­łem synka Chri­stine, Earvina.

I rze­czy­wi­ście, je­śli jest ja­kaś rzecz, która wy­ła­nia się z ana­lizy ży­cia przod­ków i dzie­dzic­twa Ma­gica John­sona, to z pew­no­ścią jest nią nie­ustra­szony duch walki, odzie­dzi­czony po wielu po­ko­le­niach jego ro­dziny i się­ga­jący aż do cza­sów pra-, pra-, pra­dziad­ków uro­dzo­nych w la­tach 30. XIX wieku w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej, w cza­sach nie­wol­nic­twa. A tym, co łą­czy hi­sto­rię John­sona i jego ro­dziny, są duch i siła, które po­zwo­liły im prze­trwać za­ła­ma­nia, po­rażki i ka­ta­strofy, cza­sem epic­kich roz­mia­rów.

Jedną z ta­kich chwil była śmierć uko­cha­nej matki Chri­stine w 1953 roku.

Nie­długo po­tem do ży­cia mło­dej ko­biety wkro­czył pe­wien ma­ło­mówny wy­soki żoł­nierz. Któ­re­goś week­endu jej ku­zyn, który sta­cjo­no­wał wtedy w ba­zie woj­sko­wej w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej, przy­pro­wa­dził do domu jed­nego z kum­pli.

Chri­stine bar­dzo szybko za­in­te­re­so­wała się tym nie­śmia­łym nie­zna­jo­mym mło­dym czło­wie­kiem z Mis­si­sipi, nie­ja­kim Earvi­nem John­so­nem. Po­tem przy­zna­wała, że było w nim coś ta­kiego, przez co zro­biło się jej go żal.

Już po kilku mie­sią­cach za­koń­czył służbę woj­skową, Chri­stine się spa­ko­wała, po­że­gnała z ży­ciem na far­mie i wy­ru­szyła na pół­noc, do Lan­sing w sta­nie Mi­chi­gan, gdzie obie­cano jej pracę w fa­bryce sa­mo­cho­dów. Szybko się oka­zało, że wsia­dła do we­hi­kułu czasu, który prze­niósł ją z rol­ni­czego ży­cia na far­mie do in­nego świata, z no­wo­cze­snymi to­a­le­tami, musz­lami klo­ze­to­wymi i bie­żącą wodą. A nie­długo po­tem sama roz­po­częła in­ten­sywny kurs ma­cie­rzyń­stwa.

Te­raz, w ten sierp­niowy pią­tek 1959 roku, jej mąż sie­dział przy niej w sali szpi­tal­nej, a jego ra­dość ogra­ni­czały je­dy­nie my­śli o tym, jak zdoła wy­kar­mić swoją piękną młodą ro­dzinę. Prze­cież za­nim po­znał Chri­stine, miał już troje in­nych dzieci, które na za­wsze miały po­zo­stać czę­ścią jego ży­cia - czę­sto przy­jeż­dżały z Po­łu­dnia i za­trzy­my­wały się ra­zem u ro­dziny John­so­nów w ich za­tło­czo­nym domu w Mi­chi­gan.

Zwłasz­cza w świe­tle wszyst­kiego, co miało się wy­da­rzyć w nad­cho­dzą­cych la­tach, Earvin se­nior stał się w spo­łecz­no­ści w Lan­sing znany z tego, że rzadko się od­zy­wał. Wiele osób uzna­wało jego mil­cze­nie za od­py­cha­jące, uwa­żało, że cza­sem spra­wia wra­że­nie, jakby czuł się skrę­po­wany, a na­wet za­cho­wy­wał się po­gar­dli­wie.

Ro­dzina jed­nak uwa­żała go za ko­goś spo­koj­nego, a za­ra­zem po­god­nego i ob­da­rzo­nego po­czu­ciem hu­moru, ojca go­to­wego ciężko pra­co­wać na dwóch eta­tach i roz­wi­ja­ją­cego jed­no­cze­śnie na boku wła­sną firmę spe­cja­li­zu­jącą się w zbie­ra­niu od­pa­dów. Wszystko po to, żeby móc utrzy­mać dzieci.

"Kiedy po­zna­wa­łeś Earvina se­niora, wcale nie wie­dzia­łeś, że wła­śnie go po­zna­jesz" - mó­wił po­tem je­den z przy­ja­ciół ro­dziny w roz­mo­wie z "In­side Sports".

"To fa­cet z Po­łu­dnia, re­pre­zen­tant sta­rej szkoły uro­dzony w Mis­si­sipi - tłu­ma­czył w wy­wia­dzie prze­pro­wa­dzo­nym w 2020 roku Greg Eaton, biz­nes­men i przy­ja­ciel ro­dziny John­so­nów, miesz­ka­niec Lan­sing. - Przy­je­chał tu jako młody czło­wiek. My­ślę, że miał wtedy ja­kieś 20 lat. Ja by­łem wtedy jesz­cze w li­ceum, to był rok 1955. Po­tem, w 1958 roku, pra­co­wa­łem ra­zem z nim w fa­bryce Fi­sher Body. Pra­co­wity gość. Za­trud­nili go i już tam zo­stał. W tam­tym okre­sie pracy było mnó­stwo: Ge­ne­ral Mo­tors, Old­smo­bile. Przy­jeż­dża­łeś, prze­cho­dzi­łeś na drugą stronę ulicy i do­sta­wa­łeś ro­botę. W ofer­tach można było prze­bie­rać.

Earvin se­nior był wiel­kim ko­le­siem. Miał 193 cen­ty­me­try wzro­stu i wiel­kie ręce. Był silny. Na­prawdę silny. Pa­mię­tam, jak wrzu­cał do cię­ża­rówki wiel­kie cięż­kie przed­mioty, jakby nic nie wa­żyły".

Char­les Tuc­ker, psy­cho­log szkolny z Lan­sing, który stał się przy­ja­cie­lem John­so­nów, a po­tem nie­ocze­ki­wa­nie pierw­szym agen­tem i do­radcą ich syna, uważa, że po­nie­waż Earvin se­nior był taki ci­chy, lu­dzie go czę­sto nie do­ce­niali. Ale jego mil­cze­nie skry­wało zło­żoną oso­bo­wość: "Każ­dego po­tra­fił roz­gryźć".

W wy­wia­dzie prze­pro­wa­dzo­nym w 2019 roku Tuc­ker po­wie­dział, że po­dob­nie było z Chri­stine: "Oboje ro­dzice byli bar­dzo cisi, czym wpro­wa­dzali lu­dzi w błąd. Ale kiedy już ich bli­żej po­zna­łeś, by­łeś pod wra­że­niem tego, jaką mają wie­dzę, jacy są cier­pliwi i in­te­li­gentni... Wie­dzieli, jak ob­cho­dzić się z in­nymi. Mo­gło ci się wy­da­wać, że ich oszu­kasz albo że je­steś szyb­szy, ale to oni cię za­wsze wy­prze­dzali. Pro­blem po­le­gał na tym, że nie po­zwa­lali ci się na­wet zo­rien­to­wać, że są przed tobą, więc nie mia­łeś o tym po­ję­cia".

Czas miał do­wieść, że ojca Ma­gica cha­rak­te­ry­zo­wał też dar ro­zu­mie­nia, jak zło­żony był bły­ska­wicz­nie zmie­nia­jący się świat jego syna.

"Oj­ciec na­uczył mnie być sil­nym" - mó­wił póź­niej Ma­gic.

Ow­szem, tak wła­śnie było. Kon­ser­wa­tywna, wy­wa­żona re­la­cja ojca z bę­dą­cym wielką gwiazdą sy­nem miała w przy­szło­ści za­pew­nić ma­giczne, nie­malże ide­alne wy­czu­cie czasu, które po­zwo­liło od­mie­nić hi­sto­rię glo­bal­nej ko­szy­kówki. Obaj Earvi­no­wie przez wiele lat mo­gli się z tego wspól­nie w ta­jem­nicy cie­szyć.

Przy­ja­ciel ro­dziny John­so­nów uważa, że wielu spor­tow­com bra­kuje prze­wod­nic­twa. "Na szczę­ście Ma­gic miał naj­lep­szych prze­wod­ni­ków na świe­cie".

Rozdział 2

UŚMIECH

Naj­młod­sze dziecko Chri­stine John­son uśmie­chało się i chi­cho­tało tak czę­sto, da­jąc wszyst­kim tyle ra­do­ści, że nie było mowy, by można było to przy­pi­sać chwi­lo­wemu do­bremu sa­mo­po­czu­ciu.

Nic z tych rze­czy. Chi­choty i uśmie­chy ma­łego Earvina au­ten­tycz­nie nie miały końca i wszy­scy, któ­rzy zna­leźli się w jego po­bliżu - ro­dzice, ro­dzeń­stwo, dziad­ko­wie i ku­zyni - mieli dzięki niemu tyle za­bawy i ra­do­ści, że wkrótce pra­wie każdy miał ochotę stroić do chłop­czyka głu­pie miny, wy­da­wać śmieszne od­głosy, brać go na ręce i pod­rzu­cać w górę, aż za­czy­nał pisz­czeć, chi­cho­tać i re­cho­tać.

Wy­glą­dało to tak, jakby każdy pró­bo­wał zwy­cię­żyć w za­wo­dach o to, kto bar­dziej roz­śmie­szy le­żą­cego w ko­ły­sce ma­łego pu­co­ło­wa­tego brzdąca.

A jego ra­do­sna twarz roz­świe­tlała się jesz­cze bar­dziej za każ­dym ra­zem, kiedy pa­trzył na ko­cha­jącą go, ser­deczną twarz mamy, która sama też nie mo­gła po­wstrzy­mać się przed uśmie­chem.

"Jego mama ma piękny uśmiech - mó­wił w 2020 roku Greg Eaton, po­wta­rza­jąc opi­nię, która szybko stała się po­wszechna wśród ro­dziny i przy­ja­ciół: że mały Earvin od sa­mego po­czątku miał z pew­no­ścią nie tylko uśmiech swo­jej mamy, ale odzie­dzi­czył po niej rów­nież cie­pło, urok oso­bi­sty i ma­giczną oso­bo­wość. - Jest wspa­niałą ko­bietą. Nic tylko się do niej przy­tu­lać".

"O rany, kiedy ona cię obej­muje, na­prawdę czu­jesz się przy­tu­lona" - do­daje Missy Fox, przy­ja­ciółka ro­dziny John­so­nów.

Spo­śród ca­łego cen­nego dzie­dzic­twa za­czerp­nię­tego od ro­dziny uści­ski były czymś wy­jąt­ko­wym, co mały Earvin prze­niósł pew­nego dnia do świata ko­szy­kówki i wy­ko­rzy­sty­wał, żeby na­tchnąć ko­le­gów z ze­społu na nie­spo­ty­ka­nym po­zio­mie emo­cjo­nal­nym.

Ale to uśmiech wszystko spa­jał. W 1996 roku ma­ga­zyn "Sports Il­lu­stra­ted" ogło­sił, że Earvin John­son jest po­sia­da­czem jed­nego z dwóch naj­wspa­nial­szych uśmie­chów XX wieku. Do kogo na­le­żał ten drugi? Do Lo­uisa Arm­stronga.

Wspa­niała cha­ry­zma Ma­gica była pre­zen­tem przede wszyst­kim od Chri­stine.

"Mama lubi się do­brze ba­wić - stwier­dzał wie­lo­krot­nie w ko­lej­nych la­tach sam John­son. - Uwiel­bia mó­wić, a ja to po niej odzie­dzi­czy­łem".

Na­tu­ralna więź matki z sy­nem spra­wiała, że na po­czątku jego ży­cia czę­sto zda­rzało się, że kiedy ona się uśmie­chała, uśmie­chał się też on. To, że te uśmie­chy w ogóle miały szansę prze­trwać, było już samo w so­bie cu­dem, bio­rąc pod uwagę, że Chri­stine miała już czworo dzieci, które nie skoń­czyły jesz­cze pię­ciu lat, a wkrótce miały do nich do­łą­czyć ko­lejne - trzy dziew­czynki: bliź­niaczki mniej wię­cej rok po Earvi­nie i wresz­cie ostat­nia córka jesz­cze rok póź­niej.

Wła­ści­wie to go­spo­dar­stwo John­so­nów dość szybko stało się ośrod­kiem dla nie­mow­ląt, w któ­rym czas od­mie­rzały zmiany pie­luch, se­sje kar­mie­nia i ogólny chaos, z któ­rym młoda Chri­stine mu­siała so­bie ja­koś po­ra­dzić.

Na szczę­ście do Lan­sing szybko prze­pro­wa­dziła się jej te­ściowa, Lil­lie May John­son, a także jej młod­szy brat Ja­mes, i oboje po­ma­gali za­pa­no­wać nad gro­madką dzieci. Chłopcy zaj­mo­wali jedną sy­pial­nię, dziew­czynki drugą, a ro­dzice trze­cią. Naj­now­szy no­wo­ro­dek tra­fiał raz tu, raz tam.

Młody Earvin naj­wy­raź­niej zdo­łał to wszystko ja­koś prze­trwać dzięki swo­jemu en­tu­zja­zmowi, co ujaw­nia pod­sta­wową ży­ciową prawdę do­ty­czącą au­ten­tycz­nych za­raź­li­wych uśmie­chów. Im wię­cej dziecko się śmieje, tym bar­dziej lu­dzie chcą, żeby śmiało się jesz­cze bar­dziej. A naj­więksi szczę­śliwcy mogą ko­rzy­stać ze swo­ich uśmie­chów, śmie­jąc się i wio­dąc szczę­śliwe ży­cie.

Nie­któ­rzy uwa­żają, że uśmiech Earvina ju­niora stał się naj­waż­niej­szą siłą na­pę­dza­jącą jego ży­cie, która nie­ustan­nie ry­wa­li­zo­wała o emo­cjo­na­lną do­mi­na­cję z jego uści­skami. Oczy­wi­ście po­ja­wiały się i inne ele­menty, ale jako pierw­szy wy­mie­niano za­wsze jego uśmiech i pod wie­loma wzglę­dami to wła­śnie on był naj­waż­niej­szy.

Dzięki jego uśmie­chowi lu­dzie chcieli go za­do­wo­lić. I to było w jego ży­ciu naj­istot­niej­sze. I spra­wiało, że on sam też chciał ich za­do­wo­lić.

Jego ro­dzeń­stwo wspo­mina, że na­wet po­tem, kiedy Earvin sta­wał się co­raz więk­szym dziec­kiem, spra­wiał wra­że­nie, że za­wsze chce za­do­wo­lić matkę, na­wet wtedy, kiedy do­sta­wał od niej klapsa. Łzy jesz­cze nie zdą­żyły mu wy­schnąć, a on już przy­cho­dził do niej, uśmie­cha­jąc się i pró­bu­jąc wkraść się na nowo w jej ła­ski.

Od sa­mego po­czątku uśmiech po­ma­gał mu zmięk­czyć każ­dego prze­ciw­nika.

Nie­długo po­tem za­częły mu ro­snąć zęby mleczne, ide­al­nie pa­su­jące do sze­ro­kiego nosa i wy­ra­zi­stych cie­płych oczu, które mo­żemy zo­ba­czyć na wcze­snych zdję­ciach z przed­szkola. Był wtedy praw­dzi­wym sło­dzia­kiem, a jego główka zwi­sała de­li­kat­nie w nie­winny spo­sób.

Od­kry­cie ta­jem­ni­czego uroku gry w ko­szy­kówkę było kwe­stią czasu. "Gładka pod­łoga i okrą­gła piłka" - po­wie­dział kie­dyś tre­ner Bo­ston Cel­tics, Red Au­er­bach, tłu­ma­cząc ide­alną fi­zykę ko­szy­kówki.

Każdy, kto kie­dy­kol­wiek po­ko­chał ko­sza, wie, że na­uka tej gry obej­muje wiele eta­pów, za­nim za­wod­nik na­prawdę od­naj­dzie na drew­nia­nym par­kie­cie sali gim­na­stycz­nej nir­wanę.

Do­brym po­cząt­kiem były na przy­kład zwi­nięte w kulkę skar­petki albo inne czę­ści pra­nia ufor­mo­wane w piłkę - zwłasz­cza dla mło­dych chłop­ców za­miesz­ka­łych w sta­nie Mi­chi­gan o ka­pry­śnej po­go­dzie, w domu, w któ­rym mama usta­liła su­rowe za­sady do­ty­czące od­bi­ja­nia piłki. Spró­buj­cie za­ko­zło­wać zwi­nię­tymi w kulkę skar­pet­kami. Po­wo­dze­nia. Ale przy­naj­mniej już na sa­mym po­czątku mały Earvin prze­ko­nał się, że ko­szy­kówka wy­maga wy­ob­raźni. Ozna­czało to, że na­ry­so­wany ołów­kiem znak wy­soko na ścia­nie może funk­cjo­no­wać jako kosz. Nie wolno było dun­ko­wać. Pierw­sze wsady pa­ko­wał do ko­sza na śmieci albo pu­stego po­jem­nika na ubra­nia. Ale to wła­śnie tu­taj Earvin po­znał za­sady gry w ko­szy­kówkę, które w zi­mowe dni były mu bez końca wbi­jane do głowy przez star­szych braci; a do ry­wa­li­za­cji za­chę­cał chłop­ców Earvin se­nior, który cza­sem w nie­dzielne po­po­łu­dnia znaj­do­wał chwilę, żeby za­siąść przed te­le­wi­zo­rem i po­oglą­dać me­cze NBA albo inne dys­cy­pliny sportu.

Lily Pe­arl, sio­stra, wspo­mina ze śmie­chem, że ko­biety wo­lały ra­czej oglą­dać w te­le­wi­zji inne rze­czy, ale że w nie­dzielne po­po­łu­dnia w domu rzą­dzili męż­czyźni i ich me­cze ko­szy­kar­skie.

W ra­mach tych se­an­sów można było po­dzi­wiać i po­tem na­śla­do­wać wszyst­kie ko­szy­kar­skie gwiazdy z lat 60. - Wilta Cham­ber­la­ina, Billa Rus­sella, Jerry'ego We­sta i wielu in­nych. Wszy­scy byli cu­dow­nie uta­len­to­wa­nymi za­wod­ni­kami, a Earvin se­nior ko­men­to­wał ich po­pisy, mó­wiąc, jak na­leży grać w ko­sza.

Być może nikt nie wziął so­bie do serca tych wy­kła­dów bar­dziej niż Earvin John­son ju­nior, w każ­dym ra­zie po­zo­stały one w jego pa­mięci już na za­wsze jako nie­mal świę­tość. I nie bez po­wodu. W spo­rcie trans­mi­to­wa­nym w te­le­wi­zji po raz pierw­szy od za­ra­nia ame­ry­kań­skiej kul­tury można było po­dzi­wiać uta­len­to­wa­nych czar­no­skó­rych męż­czyzn, co kon­tra­sto­wało z ich na ogół ne­ga­tywną pre­zen­ta­cją w prak­tycz­nie każ­dym in­nym prze­ka­zie me­dial­nym, bę­dą­cym prze­ja­wem tej kul­tury. W ga­ze­tach, ulot­kach re­kla­mo­wych, cza­so­pi­smach, wi­do­wi­skach roz­ryw­ko­wych, prze­mo­wach pu­blicz­nych, nie­mych fil­mach, a po­tem fil­mach udźwię­ko­wio­nych - wszę­dzie mie­li­śmy do czy­nie­nia z nie­prze­rwaną mową nie­na­wi­ści.

W rze­czy­wi­sto­ści to, w jaki spo­sób trak­to­wały tę kwe­stię wła­dze NBA, było dla Earvina se­niora, wy­cho­wa­nego w ra­si­stow­skim sys­te­mie ka­sto­wym w Mis­si­sipi, dużo bar­dziej nie­sa­mo­wite i za­ska­ku­jące niż dla jego mło­dych dzieci. Dla ojca Ma­gica, który do wszyst­kiego w ży­ciu pod­cho­dził spo­koj­nie i mil­cząco, który osią­gnął peł­no­let­niość na po­czątku lat 50., kiedy jego ro­dzin­nym sta­nem tar­gały akty prze­mocy wo­bec czar­no­skó­rych męż­czyzn, te nie­dzielne po­po­łu­dnia sta­no­wiły chwilę wol­no­ści, która na mi­go­czą­cym czarno-bia­łym ekra­nie te­le­wi­zora wy­da­wała się nie­winna i non­sza­lancka. Nie­wielu Ame­ry­ka­nów było jesz­cze wtedy w sta­nie wy­ra­zić albo opi­sać zna­cze­nie tych mo­men­tów, ale z pew­no­ścią za­pi­sały się one głę­boko w ser­cach John­so­nów i wielu in­nych ro­dzin.

NA MAIN STREET

Lata dzie­ciń­stwa mi­jały, a wraz z nimi ro­sło mil­czące uzna­nie dla Earvina ju­niora, które poza wie­loma in­nymi rze­czami spra­wiało też, że od sa­mego po­czątku do­ra­biał się co­raz to no­wych mi­łych prze­zwisk. Szybko za­częto go na­zy­wać Ju­ne­bug (Świe­tli­kiem), EJ-em, E albo Ju­nio­rem. Każdy z tych przy­dom­ków niósł ze sobą nowe zna­cze­nia i nada­wał rys toż­sa­mo­ści mło­dej osoby; było to z pew­no­ścią do­bre przy­go­to­wa­nie do cza­sów, kiedy chło­pak mu­siał so­bie ra­dzić z by­ciem jed­no­cze­śnie Earvi­nem i jego al­ter ego - Ma­gi­kiem. Jego ży­cie miało w przy­szło­ści ob­fi­to­wać w modne i efek­towne prze­zwi­ska.

Skoro już do­stał od ojca od­po­wied­nie in­struk­cje, wia­domo było, że nie upły­nie dużo czasu do mo­mentu, aż za­cznie sza­leć na punk­cie ko­szy­kówki, nie­za­leż­nie od tego, jaka bę­dzie po­goda. Bo­isko prze­cież za­wsze można od­śnie­żyć.

A kiedy po­goda się po­prawi?

W cie­płe dni w Mi­chi­gan było tak ja­sno, jakby samo słońce zda­wało so­bie sprawę, że lato trwa krótko, więc trzeba je spę­dzać tak in­ten­syw­nie, jak się da, i wy­ko­rzy­sty­wać każdą chwilę. Niebo było błę­kitne i czy­ste, jakby ktoś je opa­ko­wał w prze­zro­czy­stą fo­lię. W ca­łej oko­licy uwa­żano, że nikt nie wy­ko­rzy­stuje tych pięk­nych dni tak do­brze jak młody Earvin, który ko­zło­wał wy­soko prawą ręką, a piłka od­bi­jała się od chod­nika wszę­dzie tam, gdzie aku­rat szedł. Ko­zło­wał na­wet w skle­pie i w dro­dze do niego; nie przej­mo­wał się siatką z za­ku­pami, którą trzy­mał ostroż­nie w le­wej ręce, ani nie­rów­no­ściami chod­nika, ota­cza­ją­cego jego dom z trzema sy­pial­niami i jedną ła­zienką na Mid­dle Street, nie­da­leko gło­śnej fa­bryki Old­smo­bile'a, w któ­rej Earvin se­nior za­li­czał każ­dego dnia długą wie­czorną zmianę, za­ha­ro­wu­jąc się na eta­cie spa­wa­cza wśród la­ta­ją­cych we wszyst­kie strony iskier.

Choć dzieci do­piero póź­niej po­jęły praw­dziwy wpływ ojca, jego przy­kład szybko za­czął od­ci­skać piętno na ży­ciu każ­dego z nich. Dłu­gie go­dziny prze­pra­co­wane w fa­bryce, dziury wy­pa­lone w ubra­niach i inne do­wody cięż­kiej, in­ten­syw­nej pracy fi­zycz­nej, wy­siłki po­dej­mo­wane w ra­mach do­dat­ko­wych prac do­ryw­czych, wresz­cie stwo­rze­nie wła­snej firmy zaj­mu­ją­cej się zbiórką od­pa­dów - to wszystko pro­wa­dziło do to­tal­nego wy­czer­pa­nia, kiedy wra­cał do domu późno w nocy i ze zmę­cze­nia czę­sto za­sy­piał w wan­nie. A po­tem co­dzienna wcze­sna po­budka, wy­wo­że­nie śmieci, chwila wy­tchnie­nia pod­czas trzy­go­dzin­nej prze­rwy przed wy­jaz­dem do fa­bryki o trze­ciej po po­łu­dniu na ko­lejną długą zmianę. A je­śli ja­kimś cu­dem do­stał dzień wolny, można było mu ży­czyć po­wo­dze­nia, kiedy pró­bo­wał się prze­spać, ma­jąc wo­kół sie­bie ska­czące po domu, pełne ener­gii młode po­tom­stwo, albo gdy wal­czył o moż­li­wość sko­rzy­sta­nia z je­dy­nej to­a­lety.

"Ciężko pra­cu­jąca, wielka ro­dzina - wspo­mina Greg Eaton. - Zdaje się, że dzieci mieli sied­mioro: trzech chłop­ców i cztery dziew­czynki. Oj­ciec pra­co­wał w fa­bryce sa­mo­cho­dów, na ta­śmie, mieli też śmie­ciarkę, która wy­wo­ziła śmieci. Earvin i reszta chło­pa­ków mu po­ma­gali".

John­son opo­wia­dał po­tem swo­jemu tre­ne­rowi z li­ceum, Geo­rge'owi Fo­xowi, że jego oj­ciec jeź­dził po do­mach i za­bie­rał śmieci od wła­ści­cieli, a po­tem wy­wo­ził je na wy­sy­pi­sko. Pew­nego razu, kiedy roz­ma­wiali o tym, jak ciężko pra­cuje, Earvin se­nior opo­wie­dział: "Kiedy by­łem mały, jeź­dzi­łem z tatą fur­go­netką, wy­wo­zi­li­śmy śmieci. Pew­nego dnia wzią­łem po­jem­nik i wy­wa­li­łem z niego śmieci na chod­nik. Tata sie­dział w śmie­ciarce, wyj­rzał przez okno i za­py­tał: "Earvin, opróż­ni­łeś ten po­jem­nik?". Przy­tak­ną­łem, a tata po­wie­dział mi wtedy: "Earvin, nie zo­sta­wiamy nie­ru­cho­mo­ści w ta­kim sta­nie, to nie może tak wy­glą­dać. Masz tam wró­cić, po­sprzą­tać te śmieci i wszystko, co leży wo­kół po­jem­nika". Ka­zał mi tam wró­cić i wszystko wy­zbie­rać. To był pierw­szy i ostatni raz, ni­gdy wię­cej nie mu­siał mi tego po­wta­rzać". Oj­ciec Ma­gica po­wie­dział, że przez całe ży­cie w pracy za­wo­do­wej po­zo­sta­wał wierny tej za­sa­dzie: ni­gdy nie rób nic na pół gwizdka, rób wszystko tak, jak trzeba. I do­dał, że była to naj­istot­niej­sza rzecz, ja­kiej go kto­kol­wiek kie­dy­kol­wiek na­uczył.

Czę­sto wspie­rał ta­kie lek­cje wła­snym tre­ści­wym prze­ka­zem na te­mat etyki pracy i oso­bi­stej od­po­wie­dzial­no­ści. "Masz wy­bór - ma­wiał. - Albo bę­dziesz za­pie­przał jak dziki, albo zdech­niesz jak świ­nia".

Ta jego de­ter­mi­na­cja, żeby pra­co­wać, pra­co­wać i raz jesz­cze pra­co­wać, w pew­nym mo­men­cie pra­wie go za­biła. Młody Earvin miał wtedy 12 lat. Oj­ciec zwykł igno­ro­wać ból, na­wet kiedy był nie do znie­sie­nia, aż w końcu nie­mal umarł na za­pa­le­nie wy­rostka ro­bacz­ko­wego. Nie przej­mo­wał się za­bu­rze­niami wi­dze­nia, bły­ska­wiczną utratą wagi ani czę­stym od­da­wa­niem mo­czu, bo pró­bo­wał pra­co­wać w fa­bryce tak długo, jak to było moż­liwe - aż w końcu zdia­gno­zo­wano u niego cu­krzycę. Ni­gdy nie my­ślał o so­bie, ważne było dla niego tylko to, żeby za­ro­bić na po­trzeby ro­dziny.

"Za­wsze miał na­dzieję, że coś w ży­ciu osią­gniemy - mó­wił Earvin ju­nior o ojcu. - Nie chciał, że­bym po­szedł w jego ślady i za­ha­ro­wy­wał się. Chciał dla mnie cze­goś lep­szego".

Lek­cje ojca i jego po­świę­ce­nie od­ci­snęły ogromne piętno na człon­kach ro­dziny, po­dob­nie jak wy­siłki Chri­stine, która sta­rała się wy­cho­wać swoją sym­pa­tyczną trzódkę i od­po­wied­nio nią po­kie­ro­wać - a mu­siała wziąć pod uwagę, że każde z sied­miorga dzieci znaj­do­wało się na in­nym, dy­na­micz­nie zmie­nia­ją­cym się eta­pie roz­woju (a liczba dzieci ro­sła do dzie­się­ciu za każ­dym ra­zem, kiedy dom od­wie­dzała trójka po­tom­stwa Earvina se­niora z po­przed­niego związku). I działo się to, za­nim wszyst­kie dzieci osią­gnęły wiek szkolny, a Chri­stine roz­sze­rzyła wy­pchany do gra­nic moż­li­wo­ści ter­mi­narz pro­wa­dze­nia domu o etaty woź­nej i pra­cow­nicy sto­łówki.

Każdy dzień był nie­koń­czącą się trąbą po­wietrzną, a po la­tach, kiedy oboje ro­dzice mieli już czas na to, żeby się nad tym za­sta­no­wić, nie po­tra­fili ogar­nąć umy­słami, jak udało im się prze­trwać w tym za­tło­czo­nym cia­snym domu z jedną ła­zienką (Earvin ju­nior wspo­mina, że od naj­młod­szych lat mu­siał się na­uczyć szybko za­ła­twiać swoje sprawy rano).

Pra­co­wi­tość i po­świę­ce­nie ro­dzi­ców do­strze­gali nie tylko człon­ko­wie ro­dziny, ale cała oko­liczna spo­łecz­ność: "Kiedy tak ciężko pra­cu­jesz, masz tyle dzieci, wy­cho­wu­jesz je i wszyst­kie wy­ra­stają na lu­dzi... - mówi Greg Eaton - to zna­czy, że je­steś wspa­nia­łym czło­wie­kiem, że je­ste­ście wspa­nia­łym mał­żeń­stwem i że mu­si­cie głę­boko wie­rzyć w Boga".

W domu John­so­nów może i było nie­wia­ry­god­nie cia­sno, może i czło­wiek czuł się tam jak w oku cy­klonu, ale pod po­wierzch­nią cha­osu i cią­głym ru­chem kryły się so­lidne jak skała fun­da­menty.

Je­dy­nym wy­tchnie­niem w ży­ciu peł­nym pracy na dwóch zmia­nach były dla ro­dzi­ców nie­dziele, a i to do­piero po po­ran­nej wi­zy­cie na mszy w ko­ściele bap­ty­stów w Lan­sing, kiedy ła­do­wali emo­cjo­na­lne aku­mu­la­tory wiarą, dzięki któ­rej wszystko w ogóle szło ja­koś do przodu.

Eaton, który miał zo­stać od­no­szą­cym nie­zwy­kłe suk­cesy biz­nes­me­nem i fi­la­rem wspól­noty Lan­sing, wy­ro­bił so­bie opi­nię na te­mat John­sona se­niora, ob­ser­wu­jąc jego pracę w fa­bryce Fi­sher Body.

"Kiedy tra­fi­łem do tej fa­bryki, mia­łem 18 lat. I za­wsze roz­ma­wia­li­śmy o spo­rcie" - wspo­mina Eaton. John­son, który rzadko kiedy od­kry­wał się przed kimś, kogo po­zna­wał, tym ra­zem się otwo­rzył i opo­wia­dał o cza­sach, kiedy sam grał w ko­szy­kówkę w Mis­si­sipi. "Bez prze­rwy ga­da­li­śmy o spo­rcie. Cho­dzi­li­śmy ra­zem na me­cze. Lu­bił ko­szy­kówkę, w ogóle lu­bił sport".

Earvin se­nior uwiel­biał też sa­mo­chody, uwiel­biał markę Old­smo­bile i swoją pracę - po­mimo wy­zwań i pre­sji zwią­za­nych z wy­kar­mie­niem ro­dziny, co było rów­no­znaczne z ko­niecz­no­ścią bra­nia po­dwój­nych zmian pięć albo sześć razy w ty­go­dniu tylko po to, żeby mieć tę chwilę przy­jem­no­ści i czasu wy­łącz­nie dla sie­bie w nie­dzielę po po­łu­dniu.

Wy­da­wało się lo­giczne, że młody Earvin, imien­nik se­niora, po­sia­dacz tak wiel­kiego serca, nie bę­dzie mógł się do­cze­kać, żeby pójść w świat, wy­ko­nu­jąc ży­cze­nia ojca.

W la­tach 60. ro­dzinny apa­rat fo­to­gra­ficzny rzadko kiedy znaj­do­wał Świe­tlika, ale kiedy już tak się działo, młody Earvin wie­dział, jak od­wza­jem­nić uprzej­mość: wga­piał się w obiek­tyw z sze­ro­kim uśmie­chem i dum­nie ko­zło­wał wy­soko piłkę, sie­dział na ganku domu z pod­nie­sioną głową albo ba­wił się swoim jojo. A po­tem wy­cho­dził z domu, a są­sie­dzi do­sta­wali szału na dźwięk nie­koń­czą­cych się, iry­tu­ją­cych ude­rzeń gu­mo­wej piłki. Wsta­wał wcze­śnie rano i szedł na po­bli­skie bo­iska szkolne na Main Street, gdzie spę­dzał czę­sto całe let­nie dni, za­tra­ca­jąc się w ko­szy­kówce i czer­piąc z tego sza­leń­czą ra­dość. Ro­bił so­bie prze­rwę tylko na szybki lunch w domu, a po­tem znów wra­cał na bo­isko. I tak bez końca. Całe jego ży­cie to­czyło się wo­kół piłki do ko­szy­kówki.

"Lu­dzie uwa­żali mnie za wa­riata - mó­wił po la­tach John­son. - Se­rio. O wpół do ósmej rano szli do pracy i mó­wili: "O, jest ten sza­lony Świe­tlik, znów gra w ko­sza"".

"Za­wsze tylko ko­szy­kówka, ko­szy­kówka i ko­szy­kówka, dzień i noc - wspo­mi­nał jego oj­ciec. - Ni­gdy nie mu­sie­li­śmy się mar­twić i za­sta­na­wiać, gdzie jest. Wia­domo było, że wy­star­czy pójść na Main Street. Za­wsze tam był, ra­zem z kum­plami".

"Od siód­mego roku ży­cia nie roz­sta­wa­łem się z piłką do ko­sza - przy­znał John­son, kiedy miał 16 lat i wspo­mi­nał swoje dzie­ciń­stwo. - Tata grał w ko­szy­kówkę, do­ra­sta­jąc w Mis­si­sipi, moi dwaj wuj­ko­wie też byli nie­źli. To chyba oni to we mnie za­szcze­pili".

To, że był du­żym dziec­kiem, wią­zało się oczy­wi­ście z róż­nymi wy­zwa­niami, ale nie wi­dać tego na jego fo­to­gra­fii szkol­nej, na któ­rej stoi w tyl­nym rzę­dzie z sze­ro­kim uśmie­chem, od­sła­nia­ją­cym dziurę po bra­ku­ją­cym zę­bie. "Już wtedy by­łem duży jak na swój wiek - wspo­mi­nał Ma­gic. - Ale i tak wo­la­łem grać z ró­wie­śni­kami".

W trze­ciej i czwar­tej kla­sie czę­sto ob­ser­wo­wał uczniów star­szych klas gra­ją­cych w ko­sza. "Kiedy starsi chłopcy scho­dzili z bo­iska, wcho­dzi­łem na nie i pró­bo­wa­łem na­śla­do­wać to, co u nich pod­pa­trzy­łem - przy­znał kie­dyś w roz­mo­wie z dzien­ni­ka­rzem spor­to­wym Fre­dem Sta­bleyem. - Ani się obej­rza­łem, jak za­czą­łem grać ra­zem z nimi".

Wy­mie­nia dwóch star­szych chłop­ców, Char­liego Forda i Boba Rid­dle'a - to oni mieli wpaść na po­mysł za­pro­sze­nia go do ry­wa­li­za­cji, bo był tego sa­mego wzro­stu. "Wcią­gnęli mnie na bo­isko, gdzie były już inne star­sze chło­paki - wspo­mina. - By­łem śmier­tel­nie prze­ra­żony. A oni po pro­stu grali, spusz­czali mi ło­mot i do­pro­wa­dzali mnie do łez".

Po­nie­waż miał star­sze ro­dzeń­stwo, płacz był dość dziwną re­ak­cją, ale sam wzo­rzec zo­stał usta­no­wiony: od­tąd za­wsze, prak­tycz­nie na każ­dym eta­pie ko­szy­kar­skiego roz­woju, grał prze­ciwko za­wod­ni­kom star­szym i bar­dziej uta­len­to­wa­nym.

"Do­sta­wa­łem so­lidne bęcki, ale cze­goś się uczy­łem" - przy­znał kie­dyś John­son.

Dzien­nik "Lan­sing Jo­ur­nal Re­port" opi­sy­wał po­tem, że szkolne bo­isko po­ło­żone było przy ru­chli­wej szo­sie, a grze w ko­sza za­wsze to­wa­rzy­szył tam od­głos cię­ża­ró­wek pę­dzą­cych po­bli­ską au­to­stradą I-496. "Bo­isko znaj­do­wało się na po­pę­ka­nym as­fal­cie i było nie­wiele więk­sze od pa­tio. Z ko­szy zwi­sały po­obry­wane siatki, ob­rę­cze się chy­bo­tały, a nie­celne po­da­nie ozna­czało, że trzeba bę­dzie omi­jać ja­dące ulicą sa­mo­chody".

Ma­gic wspo­mina, że na­wet Earvi­nowi se­nio­rowi uda­wało się spo­ra­dycz­nie zna­leźć czas, żeby wpaść i ro­ze­grać z sy­nem mecz je­den na jed­nego. "Ni­gdy z nim nie wy­gra­łem... Dał mi cenną lek­cję: nie wolno grać z oj­cem! Bo... kiedy grasz z oj­cem, nie ma fauli, chyba że to on za­gwiż­dże. No i zna wszyst­kie sztuczki: przy­trzy­muje cię jedną ręką, po czym od­daje rzut drugą. Wal­nie cię, po­pchnie, a po­tem jesz­cze sfau­luje. Ale uwiel­bia­łem go za to, bo dzięki temu sta­łem się twar­dzie­lem. Wie­dzia­łem, że nie wy­gram z nim, pła­cząc i ma­ru­dząc... i taki wła­śnie był jego cel".

Świe­tlik na­ma­wiał też cza­sem na grę swo­jego brata Larry'ego, a na­wet Qu­incy'ego i młod­szą sio­strę Eve­lyn. I prze­chod­nie czę­sto byli świad­kami po­je­dyn­ków Earvina i Larry'ego. Ale na­wet je­śli Earvin nie miał aku­rat do dys­po­zy­cji ni­kogo z ro­dzeń­stwa, ra­dził so­bie sam.

"Kiedy by­łem dzie­cia­kiem, czę­sto gra­łem sam ze sobą, je­den na jed­nego, na ca­łym bo­isku" - opo­wia­dał kie­dyś.

Jego świat na­brał w pełni barw pod­czas se­zonu 1966/67 w NBA, kiedy wraz z ro­dziną oglą­dali de­biu­tu­ją­cego roz­gry­wa­ją­cego, Dave'a Binga, który tchnął ży­cie w bę­dą­cych w sta­nie ago­nal­nym De­troit Pi­stons. Earvin, tak jak inni chłopcy, na bo­isku na Main Street chciał się wcie­lać w ko­goś kon­kret­nego.

"By­łem Dave'em Bin­giem w De­troit, a po­tem Wil­tem w La­kers - wspo­mina. - I mó­wi­łem do sie­bie: "Ru­sza Dave. Rzut z wy­skoku. Tak jest!". A po­tem, jak by­łem Wil­tem, to mó­wi­łem: "Wilt wcho­dzi pod kosz, fin­ger roll4. Tak jest!". Za­wsze od­da­wa­łem ostatni rzut swo­jej dru­żyny. Za­wsze chcia­łem wy­grać. Dzięki temu na­uczy­łem się wielu rze­czy. Jak ko­zło­wać, jak zbie­rać piłkę z ta­blicy, jak rzu­cać. Oglą­da­łem me­cze w te­le­wi­zji i nie mo­głem się do­cze­kać, kiedy będę mógł spró­bo­wać cze­goś no­wego".

"Bar­dzo lu­bił Wilta - wspo­mi­nał jego oj­ciec. - Chciał być Wil­tem". Wilt był naj­wyż­szym, naj­po­tęż­niej­szym i naj­bar­dziej do­mi­nu­ją­cym za­wod­ni­kiem wśród po­ka­zy­wa­nych w te­le­wi­zji ko­szy­kar­skich bo­gów.

Szkoła Main Street za­pew­niała John­so­nowi nie tylko bo­isko ko­szy­kar­skie. To tu­taj po raz pierw­szy po­ka­zał się światu, bo za­równo szkoła, jak i samo Lan­sing ofe­ro­wały mu w la­tach 60. mnó­stwo fa­scy­nu­ją­cych moż­li­wo­ści.

Eaton był jed­nym z dwóch póź­niej­szych men­to­rów, któ­rzy szybko zwró­cili uwagę mło­dego Earvina, bo sta­no­wili wspa­niały przy­kład jako mło­dzi biz­nes­meni z aspi­ra­cjami i ważne po­staci lo­kal­nej spo­łecz­no­ści.

W szkole Main Street John­son po­znał też dru­giego przy­szłego biz­nes­mena Afro­ame­ry­ka­nina, Jo­ela Fer­gu­sona. Po pew­nym cza­sie Fer­gu­son miał się stać pierw­szym czar­no­skó­rym bur­mi­strzem Lan­sing i wie­lo­let­nim człon­kiem za­rządu Mi­chi­gan State Uni­ver­sity. Ale wtedy, w la­tach 60., był tylko zwy­kłym mło­dym czło­wie­kiem, który za­rzą­dzał bo­iskiem i let­nimi za­ję­ciami w szkole.

"To tu­taj Earvin na­uczył się grać w ko­szy­kówkę" - po­wie­dział z dumą w 2020 roku Fer­gu­son.

Wszyst­kie te oko­licz­no­ści brzmią pra­wie tak, jakby ktoś je so­bie wy­my­ślił, jakby do­ro­bił je post fac­tum, pró­bu­jąc stwo­rzyć ide­alny ob­raz mło­do­ści Earvina John­sona, ale do­kład­niej­sza ana­liza po­twier­dza, że jego doj­rze­wa­nie prze­bie­gało w spo­sób nie­zwy­kle or­ga­niczny - po­cząw­szy od na­uki w szkole Main Street, aż po wiele go­dzin spę­dza­nych w lo­kal­nym Boys Club.

Co oczy­wi­ście nie zna­czy, że ży­cie mło­dego Earvina było po­zba­wione dra­ma­tur­gii czy wy­pad­ków lo­so­wych. Kiedy miał dzie­więć lat, nie­wiele bra­ko­wało, by uto­nął. W ostat­niej chwili ra­tow­nik wy­cią­gnął go nie­przy­tom­nego z ba­senu. Po tym in­cy­den­cie już za­wsze bę­dzie się bał wcho­dzić do wody na głę­bo­kość więk­szą niż do pasa.

Ale je­śli po­peł­niał poza tym ja­kieś grzeszki w mło­dym ży­ciu, to nie było to z pew­no­ścią nic po­waż­nego albo róż­nią­cego się od wy­da­rzeń z ży­cia in­nych dzieci. Na przy­kład oj­ciec od­krył kie­dyś, że Świe­tlik pod­krada sło­dy­cze z po­bli­skiego sklepu, spra­wił mu la­nie i ode­słał tam z po­wro­tem, żeby przy­znał się do tego, co zro­bił. A kiedy Earvin doj­rze­wał, do mi­strzo­stwa do­pro­wa­dził sztukę uni­ka­nia obo­wiązku ko­sze­nia trawy, żeby móc wię­cej grać w ko­szy­kówkę. Ot, ty­powe grzeszki mło­do­ści.

Za­równo matka, jak i oj­ciec de­kla­ro­wali, że przez te wszyst­kie lata ich syn nie spra­wiał im prak­tycz­nie żad­nych kło­po­tów. Wy­glą­dało to aż zbyt pięk­nie.

"Wcale nie był do­sko­nały" - mó­wił Char­les Tuc­ker, ale ani on, ani inni miesz­kańcy Lan­sing nie po­tra­fią so­bie przy­po­mnieć żad­nych do­wo­dów na ewen­tu­alne pro­blemy z mło­dym Earvi­nem.

Na po­czątku pod­sta­wówki na­po­tkał swo­jego pierw­szego ry­wala z praw­dzi­wego zda­rze­nia: Jaya Vin­centa, wy­so­kiego dzie­ciaka ze szkoły we wschod­nim Lan­sing. Była to za­po­wiedź ka­riery peł­nej wiel­kich ry­wa­li­za­cji, mię­dzy in­nymi z Lar­rym Bir­dem, Isia­hem Tho­ma­sem i Mi­cha­elem Jor­da­nem. W każ­dym ra­zie, nie li­cząc braci, pierw­szym ry­wa­lem Ma­gica był wy­soki chło­pak z dru­giego końca mia­sta.

"Po­zna­łem Earvina John­sona w trze­ciej kla­sie - wspo­mi­nał Vin­cent w 2019 roku. - Re­pre­zen­to­wał szkołę Main Street. Miał dzie­więć lat, tak jak ja. Ja by­łem za­wod­ni­kiem Hol­mes Street, przy­je­chali do nas i roz­gry­wa­li­śmy z nimi mecz, a ja do dziś o tym opo­wia­dam. Wy­gra­li­śmy wtedy jed­nym punk­tem, a Ma­gic po me­czu pod­szedł do sę­dziego od­po­wie­dzial­nego za li­cze­nie punk­tów i za­czął z nim roz­ma­wiać. I nie wiem, co się stało, chyba sko­rzy­stał z jed­nej ze swo­ich ma­gicz­nych sztu­czek, bo na­gle wy­nik zo­stał zmie­niony i to oni wy­grali. Za­wsze tę hi­sto­rię opo­wia­dam. Śmie­jemy się z tego do dzi­siaj. Wszystko miało miej­sce, za­nim zo­stał Cza­ro­dzie­jem, ale już wtedy ko­rzy­stał z tych swo­ich sztu­czek".

Te pierw­sze me­cze, oczy­wi­ście na małą skalę, miały się oka­zać przed­sma­kiem ry­wa­li­za­cji, która trwała w li­ceum, aż do cza­sów, kiedy zo­stali ko­le­gami z dru­żyny na stu­diach.

Vin­cent wspo­mina, że już w trze­ciej kla­sie Świe­tlik miał skłon­no­ści do walki o de­fen­sywną zbiórkę i ru­sza­nia spod wła­snej ta­blicy do kontr­ataku. "By­li­śmy mniej wię­cej tego sa­mego wzro­stu. Mie­li­śmy rap­tem po dzie­więć lat i mie­rzy­li­śmy ja­kieś 150 cen­ty­me­trów. Jak na nasz wiek by­li­śmy cał­kiem duzi. Ale on był na­prawdę chudy. Za­wsze by­łem le­piej zbu­do­wany od niego".

Można uznać, że to wła­śnie w Main Street młody Earvin za­czął po­ka­zy­wać cha­rak­ter, głę­boką in­te­li­gen­cję emo­cjo­na­lną, spryt i wszyst­kie ce­chy, które po­wra­cały za­wsze w opo­wie­ściach, ja­kich w Lan­sing słu­chała jego matka, gdzie­kol­wiek po­szła, z kim­kol­wiek się spo­tkała.

Chri­stine John­son wspo­mina, jak w 1992 roku wpa­dła na jedną z na­uczy­cie­lek swo­jego syna z pod­sta­wówki. Ko­bieta opo­wie­działa jej hi­sto­rię o tym, jak Earvin po­mógł jej za­pa­no­wać nad to­tal­nym cha­osem w kla­sie. "Śmiała się i za­częła mi o tym opo­wia­dać. To był pierw­szy dzień szkoły i pierw­szy dzień jej pracy jako na­uczy­cielki. Earvin wstał i po­wie­dział ca­łej kla­sie, żeby usie­dli na swo­ich miej­scach, żeby do­brze się za­cho­wy­wali. I że mają się słu­chać na­uczy­cielki. Po­do­bno po tych sło­wach wszy­scy się uspo­ko­ili i zro­bili to, co ka­zał".

Tą na­uczy­cielką była Greta Dart, która uczyła go w pią­tej kla­sie. Młoda nie­bie­sko­oka blon­dynka miała nie­wiele po­nad 150 cen­ty­me­trów wzro­stu i szybko za­częła oka­zy­wać mu życz­li­wość, a on wspo­mi­nał po­tem, że się w niej za­du­rzył. Jej mąż Jim był kie­rowcą cię­ża­rówki do prze­wo­że­nia na­po­jów, a po­tem tre­ne­rem ko­szy­kar­skim mło­dego Earvina. Pań­stwo Dar­to­wie, bez­dzietni, byli pierw­szymi spo­tka­nymi przez Ma­gica bia­łymi ludźmi, któ­rzy wy­warli na niego wpływ.

Kiedy chłopcy ze szkoły chcieli za­ło­żyć dru­żynę i po­trze­bo­wali ko­goś do­ro­słego, kto ją po­pro­wa­dzi, Jim Dart, który był fa­na­ty­kiem ko­szy­kówki i sam grał w lo­kal­nych li­gach, zo­stał pierw­szym szko­le­niow­cem Earvina.

"Tre­no­wał mnie w szó­stej kla­sie, bar­dzo mi po­mógł i do dziś jest dla mnie kimś bar­dzo waż­nym - wspo­mi­nał John­son w roz­mo­wie ze "State Jo­ur­nal", kiedy był już w li­ceum. - Na­prawdę waż­nym. Wy­słał mnie na kilka obo­zów ko­szy­kar­skich i mo­głem tam się wiele na­uczyć".

Już wkrótce Dart za­bie­rał mło­dego Earvina ze sobą, gdy roz­wo­ził na­poje do oko­licz­nych skle­pów, i żar­to­wał, że droga za­biera mu dużo wię­cej czasu niż zwy­kle, bo chło­pak za­cze­pia lu­dzi w skle­pach i za­czyna z nimi ga­dać.

"Kie­dyś go za­trud­ni­łem, żeby sko­sił mi trawę. I my­śla­łem, że to robi, bo sły­chać było od­głos ko­siarki - opo­wia­dał kie­dyś Dart Jo­se­phowi Dal­to­nowi. - Ale kiedy wyj­rza­łem na ze­wnątrz, oka­zało się, że ko­siarka kręci się w kółko na jed­nym końcu traw­nika, a Earvin stoi na dru­gim i z kimś ga­wę­dzi".

W ciągu tych wszyst­kich lat Dar­to­wie stali się dla John­sona kimś w ro­dzaju dru­giej ro­dziny - na­zy­wał ich ro­dzi­cami chrzest­nymi. Za­wo­zili go na za­wody, po­ma­gali w opła­ca­niu obo­zów i in­nych atrak­cji, pil­no­wali jego po­stę­pów w na­uce, no i po­zwa­lali mu ode­tchnąć od ży­cia w cia­snym domu przy Mid­dle Street.

Iden­ty­fi­ka­cja ewen­tu­al­nych so­jusz­ni­ków i przy­szłych ulu­bień­ców zaj­muje na­uczy­cie­lom w szko­łach pu­blicz­nych nie­wiele czasu, więc ten nie­zwy­kle po­zy­tywny wielki dzie­ciak o imie­niu Earvin już od naj­młod­szych lat znaj­do­wał się w czo­łówce na­uczy­ciel­skich ran­kin­gów.

"Był spo­koj­nym chło­pa­kiem i do­brym uczniem" - po­wie­działa kie­dyś w roz­mo­wie z "Lan­sing State Jo­ur­nal" jedna z jego na­uczy­cie­lek, Do­ro­thy To­ma­schek.

W pią­tej kla­sie miał już pra­wie 170 cen­ty­me­trów wzro­stu i wciąż rósł. Gwał­towny roz­wój ozna­czał, że na­uka mu­siała od te­raz ry­wa­li­zo­wać z mi­ło­ścią do ko­szy­kówki. I wkrótce ta druga zna­la­zła się na pierw­szym miej­scu - tak bar­dzo się w nią za­an­ga­żo­wał już jako dziecko.

Ale zda­rzały się chwile, kiedy trzeba było usta­lić prio­ry­tety, i ta rola przy­pa­dła Gre­cie Dart. Gdy za­czął do­sta­wać gor­sze stop­nie, na­le­gała, żeby zre­zy­gno­wał z wy­stępu w me­czu o mi­strzo­stwo ligi mło­dzie­żo­wej, by nad­ro­bić za­le­gło­ści szkolne.

"Bar­dzo do­brze go dys­cy­pli­no­wała - wspo­mi­nał w 2019 roku Geo­rge Fox, który po­tem był tre­ne­rem Ma­gica w li­ceum. - Za­wsze opo­wia­dał tę hi­sto­rię i wia­do­mość o tym, że nie po­zwo­liła mu za­grać w me­czu o mi­strzo­stwo, bo kiep­sko ra­dził so­bie z na­uką, szybko się ro­ze­szła".

Warto od­no­to­wać, że do­ra­sta­jący John­son opo­wia­dał póź­niej to zda­rze­nie li­ce­al­nym tre­ne­rom, co po­ka­zuje, jak wy­soki miał po­ziom in­te­li­gen­cji emo­cjo­nal­nej - chciał w ten spo­sób po­ka­zać, że jest skromny i że ma ta­kie same war­to­ści jak tre­ne­rzy. To nie­sa­mo­wite, że nie­peł­no­let­niemu ko­szy­ka­rzowi z taką ła­two­ścią przy­cho­dziło dzie­le­nie się tą oso­bi­stą hi­sto­rią ze szko­le­niow­cami.

Przede wszyst­kim jed­nak była to ce­lowa za­grywka John­sona, który spraw­dzał, czy jego wola walki może zwy­cię­żyć w star­ciu z dyk­ta­tem na­uczy­ciela. Earvin wspo­mi­nał, że mimo za­kazu pani Dart po­ja­wił się na me­czu i na­wet chciał w nim za­grać, ale tre­ner się na to nie zgo­dził. Chło­pak mu­siał cały mecz prze­sie­dzieć w mę­czar­niach na try­bu­nach.

Jego złość i roz­cza­ro­wa­nie były tak duże, że na ja­kiś mie­siąc ze­psuły jego re­la­cję z Gretą Dart, ale prze­kaz, który otrzy­mał młody chło­pak, był ja­sny. W końcu się po­go­dzili, a Earvin do­ce­nił to, że Greta tak się o niego trosz­czy.

Ale cał­kiem ja­sna stała się jesz­cze jedna rzecz. To, że jego mi­łość do ko­szy­kówki jest już to­talna. I co­kol­wiek mia­łoby jej sta­nąć na dro­dze, wy­wo­ła­łoby ostry sprze­ciw.

ZMIANY

Du­chowo matka John­sona była wtedy zwią­zana z Ko­ścio­łem Bap­ty­stów w Lan­sing, tak jak wiele po­przed­nich po­ko­leń jej ro­dziny, ale któ­re­goś dnia do jej drzwi za­pu­kała miła ko­bieta z Ko­ścioła Ad­wen­ty­stów Dnia Siód­mego. Chri­stine John­son od dawna uczy­niła stu­dio­wa­nie Bi­blii jedną z naj­waż­niej­szych czyn­no­ści swo­jego peł­nego za­jęć ży­cia, a dys­ku­sja z tą ko­bietą z po­czątku ją za­in­try­go­wała, a po­tem szybko do­pro­wa­dziła do po­waż­nej zmiany w ca­łym ży­ciu jej i jej bli­skich.

Ko­ściół Ad­wen­ty­stów Dnia Siód­mego jest w du­żej mie­rze pro­te­stancką od­mianą re­li­gii chrze­ści­jań­skiej, wy­ko­rzy­stu­jącą ele­menty teo­lo­gii lu­te­rań­skiej, we­sley­ań­skiej, ar­mi­nia­ni­stycz­nej i ana­bap­ty­stycz­nej, a także in­nych nur­tów, w tym or­to­dok­syj­nego ju­da­izmu. Ale naj­waż­niej­szą mi­sją Ad­wen­ty­stów Dnia Siód­mego jest in­ter­pre­ta­cja Pi­sma Świę­tego, zgod­nie z którą wie­rzą oni, że to so­bota jest siód­mym dniem ty­go­dnia i dniem świę­tym.

Ob­chody dnia świę­tego roz­po­czy­nają się w pią­tek wraz z za­cho­dem słońca, a koń­czą o za­cho­dzie słońca w so­botę. Wiara wy­maga re­gu­lar­nego stu­dio­wa­nia Bi­blii, pro­duk­tyw­no­ści, za­ka­zuje też je­dze­nia wie­przo­winy, kon­kret­nych ryb i in­nych zwie­rząt uwa­ża­nych przez Bi­blię za nie­czy­ste.

Chri­stine John­son bar­dzo szybko prze­jęła styl ży­cia Ad­wen­ty­stów Dnia Siód­mego, bo uznała, że re­pre­zen­tuje on głęb­sze po­dej­ście do jej wiary. Efek­tem było za­mie­sza­nie, które po­grą­żyło jej tro­skli­wie zor­ga­ni­zo­wane ży­cie ro­dzinne w to­tal­nym cha­osie. Wraz z nią wy­zna­nie zmie­niły córki, ale sy­no­wie sta­nęli po stro­nie ojca, który trzy­mał się Ko­ścioła Bap­ty­stów i ka­na­pek z szynką.

Ży­cie John­so­nów krę­ciło się wo­kół nie­ustan­nej pracy przez sześć dni w ty­go­dniu i nie­dziel­nej wi­zyty w ko­ściele. Earvin se­nior po­waż­nie trak­to­wał swoją wiarę i czuł się z nią bar­dzo kom­for­towo (jego oj­ciec Jesse był dia­ko­nem w Ala­ba­mie). A nowe wy­zna­nie matki to­tal­nie prze­ka­li­bro­wało całe ich ży­cie, bo za­częli bar­dzo or­to­dok­syj­nie trak­to­wać so­botni sza­bas (co ozna­czało brak ja­kich­kol­wiek ak­tyw­no­ści od piąt­ko­wego wie­czoru aż do so­boty do 17).

Nie­mal cał­ko­wite sku­pie­nie się ich syna na ko­szy­kówce ozna­czało czę­sto me­cze ligi mło­dzie­żo­wej roz­gry­wane w so­bot­nie po­ranki, a nowa wiara sta­no­wiła za­gro­że­nie i dla roz­gry­wa­nych w piąt­kowe wie­czory me­czów re­pre­zen­ta­cji li­ceum, i dla po­ran­nych me­czów so­bot­nich.

Przez wiele mie­sięcy wy­glą­dało to tak, jakby ktoś zrzu­cił na ich ży­cie bombę, aż w końcu Earvin se­nior zde­cy­do­wał się na zmianę. Za­czął cho­dzić ra­zem z żoną do ko­ścioła w so­botę, a po­tem brał udział w mszy nie­dziel­nej. Dzięki temu ich zwią­zek prze­trwał i po­wró­ciła har­mo­nia zro­dzona z wza­jem­nych po­świę­ceń. Dzie­ciaki mo­gły ode­tchnąć z ulgą.

Trudno się dzi­wić, że z po­wodu kon­fliktu mię­dzy oboj­giem pań­stwa John­so­nów rów­nież młody Earvin na pe­wien czas po­gu­bił się w swoim ży­ciu du­cho­wym. Jego tre­ne­rzy z li­ceum nie przy­po­mi­nają so­bie, żeby jaw­nie opo­wie­dział się po stro­nie ja­kie­goś wy­zna­nia, nie pa­mię­tają, żeby mo­dlił się przed me­czami, ani w ogóle wy­ko­ny­wał ja­kieś czyn­no­ści ko­ja­rzące się z wiarą. Pra­wie jakby uni­kał tego te­matu po ro­dzin­nym kry­zy­sie.

"Nie­któ­rzy mó­wią o swo­jej re­li­gii, inni żyją w zgo­dzie z nią" - mówi Char­les Tuc­ker, ostrze­ga­jąc przed pró­bami nad­in­ter­pre­to­wa­nia tego, że John­son uni­kał prze­sad­nie re­li­gij­nego po­dej­ścia do ko­szy­kówki.

Czas, który młody Earvin spę­dzał w ko­ściele z oj­cem, wy­glą­dał ina­czej. Cho­dził na mszę, bo jego ży­cie ro­dzinne za­wsze tego wy­ma­gało. Leon Sto­kes, który był wtedy w pią­tej kla­sie, rok ni­żej od Earvina, wspo­mina, że uczęsz­czał ra­zem z nim na nie­dzielne za­ję­cia w Ko­ściele Bap­ty­stów. "Kiedy na­uczy­ciel za­da­wał py­ta­nie, za­zwy­czaj rękę pod­no­si­łem ja albo Earvin" - wspo­mina Sto­kes, który zo­stał po­tem prze­wod­ni­czą­cym or­ga­ni­za­cji Na­tio­nal Ho­nor So­ciety, zrze­sza­ją­cej uczniów ame­ry­kań­skich szkół śred­nich.

John­son śpie­wał na­wet w chó­rze ra­zem z Earvi­nem se­nio­rem. Jego mi­łość do mu­zyki i śpiewu wy­da­wała się tak silna, że matka za­częła mieć na­dzieję, że to wła­śnie okaże się jego po­wo­ła­niem. Śpie­wał wszę­dzie, nie tylko w chó­rze. Na rogu ulicy, kiedy ra­zem z kum­plami wy­ko­ny­wali a ca­pella naj­wspa­nial­sze prze­boje tam­tych cza­sów. Pod prysz­ni­cem. Za­wsze, gdy prze­by­wał w to­wa­rzy­stwie ro­dziny i przy­ja­ciół, prę­dzej czy póź­niej za­czy­nał śpie­wać ja­kąś pio­senkę.

"Świet­nie wy­cho­dziło nam My Girl" - wspo­mi­nał czasy, kiedy miał 11 lat. Śpie­wał tę pio­senkę z kum­plami na rogu ulic Mid­dle i Wil­liams, wy­ko­rzy­stu­jąc cho­re­ogra­fię ze­społu The Temp­ta­tions. "Za­wsze ro­bi­li­śmy te cha­rak­te­ry­styczne kroczki: krzy­żu­jesz nogi, ro­bisz krok, a po­tem wy­kop. No i oczy­wi­ście, kiedy nad­cho­dzi twoja ko­lej, żeby za­śpie­wać "my girl", krzy­żu­jesz ręce na pier­siach, za­kry­wa­jąc serce".

Choć z po­czątku czuł się nie­kom­for­towo z Ad­wen­ty­stami Dnia Siód­mego i z na­uczy­cie­lami, któ­rzy zmu­szali go do opusz­cza­nia me­czów, ze wszyst­kich re­la­cji wy­nika, że wiódł szczę­śliwe i spo­kojne ży­cie.

To wtedy wszystko się za­częło - po­łą­cze­nie jego stylu gry, za­mi­ło­wa­nia do mu­zyki i wy­czu­cia rytmu za­owo­co­wało wy­jąt­ko­wym spo­so­bem, w jaki pod­cho­dził do swo­ich wy­stę­pów. "To było fajne, bo lu­dzie od razu za­czy­nali cię oce­niać - tłu­ma­czył John­son w 1980 roku w roz­mo­wie z Jo­se­phem Dal­to­nem. - Albo je­steś do­bry, albo nie. Wóz albo prze­wóz. I od razu było wi­dać, że nie je­steś do­bry, bo tłum mó­wił: bla, bla, bla. Stali na­około. Ale je­śli też za­czy­nali tań­czyć, to było wia­domo, że jest do­brze. To by­łem cały ja. Ja i moja mu­zyka".

Szkolne wy­stępy ko­szy­kar­skie za­częły przy­no­sić mu roz­głos i bar­dzo mu się to po­do­bało. Uwiel­biał to, że staje się znany jako chło­pak, który ko­cha ko­szy­kówkę i bez prze­rwy w nią gra.

Leon Sto­kes cho­dził z John­so­nem do ko­ścioła, ale pa­mięta też, że ob­ser­wo­wał go w ak­cji na bo­isku, w szó­stej kla­sie. "Wciąż mam żywo w pa­mięci to, jak Earvin, już jako mło­dziutki chło­piec, za­li­czał ko­lejne udane no-look passy" - mó­wił Stoke w 2000 roku, do­da­jąc, że w tam­tych cza­sach wcale się zbyt czę­sto ta­kich po­dań nie wi­dy­wało, a już na pewno nie na bo­iskach szkoły pod­sta­wo­wej.

I rze­czy­wi­ście, ko­szy­kar­ska pew­ność sie­bie John­sona z każ­dym dniem się zwięk­szała, na­wet wtedy, kiedy w in­nych ob­sza­rach ży­cia za­czy­nało być z tym go­rzej. Ci, któ­rzy go wtedy znali, wspo­mi­nają go jako ko­goś, kto nie po­tra­fił się wy­sło­wić, choć pró­bo­wał ja­koś to skry­wać za uśmie­chem i wy­lu­zo­wa­nym za­cho­wa­niem. Ale był jesz­cze je­den pro­blem, który za­czy­nał prze­szka­dzać jego po­czu­ciu wła­snej war­to­ści.

Dla na­uczy­cieli za­czy­nało być ja­sne, że młody Earvin ma pro­blemy z czy­ta­niem - dys­lek­sję. Na po­czątku na­uki szkol­nej by­wał tym ogrom­nie za­że­no­wany. W gim­na­zjum dys­lek­sja spra­wiała, że w te­stach z czy­ta­nia miał wy­niki świad­czące o nie­mal dwu­let­nim opóź­nie­niu wzglę­dem ró­wie­śni­ków. W tam­tych cza­sach na­ukowcy do­piero za­czy­nali ro­zu­mieć, że dys­lek­sja wy­nika z pro­ble­mów z per­cep­cją, a nie z braku in­te­li­gen­cji. Ale on o tym wtedy nie wie­dział, a pro­blem na­ra­stał i spra­wiał, że Earvin czuł się co­raz bar­dziej nie­pew­nie.

Po­tem wspo­mi­nał, że w pew­nym mo­men­cie Greta Dart za­su­ge­ro­wała mu za­ję­cia w szkole let­niej, żeby nad­ro­bić pro­blem z czy­ta­niem. Earvin nie miał na to ochoty. Lato było dla niego cza­sem wy­jąt­ko­wym. Ale zgo­dził się, bo chciał ze swoim pro­ble­mem po­wal­czyć.

W dzie­ciń­stwie sta­rał się prze­ciw­dzia­łać kło­po­tom z czy­ta­niem, wy­ka­zu­jąc wy­jąt­kowy po­ziom doj­rza­ło­ści i in­te­li­gen­cji emo­cjo­nal­nej. Wro­dzona umie­jęt­ność ro­zu­mie­nia in­nych i tego, jak bu­do­wać z nimi re­la­cje, bar­dzo po­ma­gała mu w ży­ciu co­dzien­nym. Na przy­kład jego tre­ne­rzy z li­ceum byli za­sko­czeni, kiedy do­piero po la­tach do­wia­dy­wali się, że cier­piał na dys­lek­sję. Uwa­żali go za nie­by­wale po­jęt­nego ucznia, który po­tra­fił prze­twa­rzać zło­żone in­for­ma­cje, a po­tem prze­ka­zy­wać je ko­le­gom z dru­żyny. Miał tę umie­jęt­ność, bo po­tra­fił uważ­nie słu­chać. Szko­le­niowcy nie przy­po­mi­nają so­bie ani jed­nego przy­padku, żeby mu­sieli mó­wić mu coś wię­cej niż raz. Przy­swa­jał wszyst­kie in­for­ma­cje od razu i mię­dzy in­nymi dla­tego tak do­brze się go tre­no­wało.

Eks­perci zro­zu­mieli po­tem, że pro­ces do­sto­so­wy­wa­nia się do dys­lek­sji można uła­twić, je­śli dziecko bar­dzo się czymś in­te­re­suje. W przy­padku mło­dego Earvina ta­kimi dzie­dzi­nami były oczy­wi­ście ko­szy­kówka i mu­zyka. Obie te pa­sje były po­głę­biane przez te­le­wi­zję, co­raz bar­dziej po­wszechną i od­ci­ska­jącą piętno na prak­tycz­nie każ­dym z po­ko­le­nia ów­cze­snego wyżu de­mo­gra­ficz­nego. I nie cho­dziło tylko o NBA, me­cze ko­szy­kówki uni­wer­sy­tec­kiej i trans­mi­sje z in­nych dys­cy­plin sportu. Earvin i jego ro­dzeń­stwo prze­sia­dy­wali przed te­le­wi­zo­rem, za­fa­scy­no­wani mno­go­ścią moż­li­wo­ści, i re­gu­lar­nie oglą­dali prze­różne pro­gramy te­le­wi­zyjne z lat 60., w któ­rych wy­stę­po­wali tylko biali ak­to­rzy - Man­nix, The Man from U.N.C.L.E., Bar­naby Jo­nes i inne. Ale sieci te­le­wi­zyjne za­czy­nały też wtedy po­ka­zy­wać pro­gramy z czar­no­skó­rymi bo­ha­te­rami, ta­kie jak San­ford and Son, Ju­lia albo The Flip Wil­son Show. John­son mógł też spę­dzać so­bot­nie po­po­łu­dnia w lo­kal­nym ki­nie, z oczami wga­pio­nymi w wielki ekran. W tym miej­scu, które miało się oka­zać ważne dla jego przy­szło­ści, czuł się bar­dzo szczę­śliwy.

Po­dob­nie jak w przy­padku ca­łego jego po­ko­le­nia, film i te­le­wi­zja po­mo­gły mu w kształ­to­wa­niu po­my­słów i ma­rzeń na przy­szłość. Oglą­dane se­riale i filmy fa­bu­larne da­wały mu, tak jak wszyst­kim Afro­ame­ry­ka­nom na po­czątku lat 70., jesz­cze głęb­sze po­czu­cie tego, jak bę­dzie się czuł w świe­cie zdo­mi­no­wa­nym przez bia­łych. Ti­ming oka­zał się ide­alny. Już wkrótce cały ten świat miał we­drzeć się do jego ży­cia.

4 Rzut od­da­wany dło­nią od dołu, przy któ­rym za­wod­nik w ostat­niej chwili mu­ska piłkę ko­niusz­kami pal­ców i pod­kręca, aby nadać jej od­po­wied­nią ro­ta­cję.

Rozdział 3

WSIADAJ DO AUTOBUSU

Pod­czas ca­łego okresu wspól­nego do­ra­sta­nia Earvin i jego brat Larry to­czyli zdrową bra­ter­ską ry­wa­li­za­cję, nie tylko ko­szy­kar­ską. Dwaj wy­socy mło­dzieńcy spali w za­tło­czo­nym domu John­so­nów w jed­nym łóżku, co ozna­czało, że pod­czas zim­nych mi­chi­gań­skich nocy wo­jo­wali o koc albo kłó­cili się, gdy je­den nie­świa­do­mie kop­nął dru­giego i wy­bu­dził go ze słod­kiego snu.

Ale w kwe­stii ko­szy­kówki ich ry­wa­li­za­cja gra­ni­czyła z obłę­dem.

Larry był o dwa lata star­szy, ale to Earvin był wyż­szy. Za­in­spi­ro­wani mi­ło­ścią ojca do ko­szy­kówki, obaj chłopcy pod­cho­dzili do tej dys­cy­pliny z nie­po­ha­mo­waną pa­sją i żą­dzą zwy­cię­stwa, która od za­wsze cha­rak­te­ry­zo­wała naj­lep­szych gra­czy. Było to wi­dać na pierw­szy rzut oka, kiedy ana­li­zo­wało się ich ze­staw umie­jęt­no­ści, który po­zwala do­brym tre­ne­rom roz­po­znać, czy za­wod­nik po­święca wiele go­dzin na grę i eks­pe­ry­men­to­wa­nie z jej róż­nymi aspek­tami. Mó­wiąc w skró­cie - Earvin i Larry da­wali radę.

Tak jak to ma miej­sce w każ­dej owoc­nej bra­ter­skiej ry­wa­li­za­cji, tu­taj rów­nież mie­li­śmy do czy­nie­nia z ide­alną wręcz sy­ner­gią. Larry był part­ne­rem spa­rin­go­wym Earvina pod­czas tak wielu po­je­dyn­ków na ulicz­nym bo­isku, że z pew­no­ścią za­słu­guje na uzna­nie za wkład w roz­wój umie­jęt­no­ści Earvina i jego wy­jąt­ko­wego stylu gry.

"Larry też był do­brym ko­szy­ka­rzem - mówi Dale Be­ard, przy­ja­ciel John­sona, part­ner z dru­żyny li­ce­al­nej, a wresz­cie świa­dek na ślu­bie w 1991 roku. - Earvin za­wsze chciał być Wil­tem Cham­ber­la­inem, a Larry chciał być Ear­lem "The Pe­ar­lem" Mon­roem. Albo Wal­tem Fra­zie­rem czy in­nym obrońcą, który aku­rat w tym ty­go­dniu za­bły­snął w te­le­wi­zji". Earl the Pe­arl, znany rów­nież pod prze­zwi­skiem Black Je­sus, z pew­no­ścią wpadł Larry'emu w oko. Nie­długo póź­niej wpadł też w oko Earvi­nowi - bo miał sze­roki wa­chlarz ak­cji, który był jak na tamte czasy bar­dzo no­wa­tor­ski i od­ważny.

"Oglą­da­łem wtedy grę Larry'ego - mówi Leon Sto­kes, je­den z ko­le­gów Earvina z dru­żyny li­ce­al­nej, który jako dziecko spę­dzał sporo czasu, pod­glą­da­jąc star­szych za­wod­ni­ków na bo­isku przy szkole Main Street. - Był dru­gim naj­lep­szym Ear­lem Mon­roem, za­raz po sa­mym Earlu. Larry był na­prawdę do­brym graj­kiem".

"Ci dwaj sporo ra­zem grali - po­wie­dział Dale Be­ard w 2019 roku. - W stylu brata Earvin roz­po­zna­wał naj­lep­sze ak­cje Earla. I mó­wił: "Słu­chaj­cie, Larry chce być dru­gim Ear­lem Mon­roem. A ja chcę być dru­gim Wil­tem Cham­ber­la­inem". I we wła­snej grze sta­rał się łą­czyć style obu tych za­wod­ni­ków".

Earvin był co­raz bar­dziej za­in­try­go­wany Mon­roem, zwłasz­cza kiedy do­wie­dział się od jed­nego z przy­ja­ciół ojca, że inny przy­do­mek ko­szy­ka­rza to Black Ma­gic (Czarny Cza­ro­dziej).

John­son opo­wia­dał po­tem, że kiedy grał sam ze sobą na ca­łym bo­isku, to po jed­nej stro­nie był Wil­tem, a po dru­giej Ear­lem. W 2019 roku Dale Be­ard tłu­ma­czył, że wła­śnie wtedy Ma­gi­cowi otwo­rzyły się oczy na to, w jaki spo­sób chce grać w ko­sza: "My­ślę, że kiedy tak tre­no­wał, to choć był wy­soki, roz­wi­jał jed­no­cze­śnie umie­jęt­no­ści roz­gry­wa­ją­cego. I po­tem już ja­koś po­szło".

Oj, po­szło. Tak wła­śnie ukształ­to­wała się toż­sa­mość Earvina John­sona jako ko­szy­ka­rza.

Z per­spek­tywy czasu wy­daje się to nie­sa­mo­wite, że taki po­nadwy­mia­rowy, szybko ro­snący chło­pak ja­kimś cu­dem był w sta­nie włą­czyć do swo­jego stylu gry ta­kie za­gra­nia po­mimo ty­po­wej dla jego wieku nie­zdar­no­ści. W siód­mej kla­sie mie­rzył już 183 cen­ty­me­try, a po­tem miał skok wzro­stowy i dwa lata póź­niej w gim­na­zjum osią­gnął wzrost 195 cen­ty­me­trów. Póź­niej bę­dzie tłu­ma­czył, że udało mu się unik­nąć nie­zdar­no­ści, bo prak­tycz­nie bez prze­rwy grał w ko­szy­kówkę.

Przez młode ży­cie John­sona wciąż prze­wi­jał się Larry, który z jed­nej strony był ry­wa­lem, a z dru­giej - wzo­rem do na­śla­do­wa­nia. Ale co naj­lep­sze, ich ry­wa­li­za­cja stwo­rzyła pod­wa­liny pod bra­ter­ską mi­łość, która miała prze­trwać całe ży­cie.

Nie­stety, przy­czy­niła się rów­nież do głę­bo­kiego bólu, który tra­wił ro­dzinę John­so­nów przez dzie­się­cio­le­cia i przy­spo­rzył mło­demu Earvi­nowi po­waż­nych i zło­żo­nych pro­ble­mów.

Kiedy bra­cia byli jesz­cze mło­dzi, obaj bar­dzo ma­rzyli o tym, żeby grać dla li­ceum Se­xton, które sta­no­wiło jedno z cen­trów lo­kal­nej spo­łecz­no­ści i znaj­do­wało się nie­da­leko ich domu. Jedną z ich roz­ry­wek było cho­dze­nie na me­cze tre­no­wa­nej przez Clay­tona Ko­walka dru­żyny ko­szy­kar­skiej Se­xton, która była je­dy­nym w oko­licy szkol­nym te­amem ma­ją­cym na kon­cie dwa mi­strzo­stwa sta­nowe z rzędu, zdo­byte na po­czątku lat 60.

W dniach me­czów w hali Se­xton było bar­dzo gło­śno, a bra­cia mo­gli so­bie wy­obra­żać, że sami są tu­taj gwiaz­dami i wy­cho­dzą na par­kiet w bla­sku re­flek­to­rów. Wła­śnie z taką my­ślą co­dzien­nie za­sy­piali i po­grą­żali się w mło­dzień­czych ma­rze­niach.

Wszystko to się zmie­niło, gdy w ich ży­cia wkro­czyła wielka spo­łeczna zmiana: star­sze ro­dzeń­stwo - Larry, Lily Pe­arl i Qu­incy - miało wsta­wać wcze­śnie rano, wsia­dać do au­to­busu i je­chać przez całe mia­sto do li­ceum Eve­rett, w któ­rym uczyli się prak­tycz­nie sami biali. De­cy­zja ta była ele­men­tem sze­roko za­kro­jo­nego pro­gramu in­te­gra­cji ra­so­wej wdra­ża­nego w szko­łach w Lan­sing, w ra­mach któ­rego czar­no­skó­rzy ucznio­wie do­jeż­dżali au­to­bu­sami do Eve­rett. Było to dla John­sona tym bar­dziej nie­zro­zu­miałe, że w Se­xton, czyli szkole, która znaj­do­wała się naj­bli­żej ich domu, wśród uczniów pa­no­wała już rów­no­waga ra­sowa.

Po­ważna zmiana zbie­gła się w cza­sie z ad­ap­ta­cją ro­dziny John­so­nów do no­wej wiary Chri­stine, co jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wało ich ży­cie, w któ­rym już wcze­śniej pa­no­wał po­tężny za­męt. Ale skoro rada szkoły uznała, że mają wsiąść do au­to­bu­sów, to wsie­dli. Star­sze ro­dzeń­stwo Earvina każ­dego dnia do­łą­czało tym sa­mym do grupy około setki afro­ame­ry­kań­skich uczniów ja­dą­cych do li­ceum Eve­rett, do któ­rego w su­mie uczęsz­czało około 2500 mło­dych lu­dzi, z czego 99 pro­cent było bia­łych.

Kon­kret­nym ce­lem pro­gramu było roz­po­czę­cie wspól­nej na­uki mło­dych Afro­ame­ry­ka­nów i bia­łych, żeby mo­gli ra­zem uczest­ni­czyć w lek­cjach, grać w re­pre­zen­ta­cji szkoły i wię­cej się o so­bie na­wza­jem do­wie­dzieć. Plan na przy­szłość za­kła­dał, że w ra­mach te­sto­wa­nia pro­gramu in­te­gra­cji ra­so­wej do Eve­rett z każ­dym ko­lej­nym ro­kiem wo­żo­nych bę­dzie co­raz wię­cej czar­no­skó­rych uczniów.

Wiele spo­śród in­nych szkol­nych sys­te­mów w pół­noc­nych i za­chod­nich Sta­nach znaj­do­wało się pod fe­de­ral­nym na­ka­zem są­do­wym i miało obo­wią­zek do­wo­że­nia uczniów do szkół w ra­mach in­te­gra­cji. Lan­sing wtedy jesz­cze ta­kiego na­kazu nie miało, ale wła­dze szkół same roz­po­częły ten pro­ces, prze­wi­du­jąc ko­niecz­ność prze­pro­wa­dze­nia zmian. Po­czą­tek lat 70. przy­niósł próby wy­eli­mi­no­wa­nia se­gre­ga­cji w ca­łym kraju, ale w wielu miej­scach sam po­mysł do­wo­że­nia czar­no­skó­rej mło­dzieży au­to­bu­sami do szkół wy­wo­ły­wał akty gniewu i prze­mocy. W Lan­sing plan obej­mo­wał rów­nież in­te­gra­cję szkół pod­sta­wo­wych, które zwy­kle przyj­mo­wały uczniów z re­jonu, czyli naj­bliż­szej oko­licy.

Ani Afro­ame­ry­ka­nie, ani biali nie byli z ta­kiego roz­wią­za­nia za­do­wo­leni. W wy­niku tej de­cy­zji do­szło na­wet do po­now­nych wy­bo­rów władz szkoły i więk­szość za­rządu stra­ciła sta­no­wi­ska.

W Eve­rett pro­blemy za­częły się pra­wie od razu. Nie­któ­rzy biali stu­denci za­częli rzu­cać ka­mie­niami w pierw­sze au­to­busy z czar­no­skó­rymi uczniami. Wielu z nich, w tym mło­dzi John­so­no­wie, za­częło py­tać, dla­czego są za­bie­rani od szkol­nych przy­ja­ciół i zmu­szani do mie­rze­nia się z taką wro­go­ścią w ob­cym miej­scu. Ele­menty nie­na­wi­ści ra­so­wej miały drę­czyć li­ceum jesz­cze przez wiele lat trud­nego przy­sto­so­wy­wa­nia się do no­wej rze­czy­wi­sto­ści. W pew­nym mo­men­cie dy­rek­cja mu­siała je na­wet za­mknąć na kilka dni, żeby zła­go­dzić na­pię­cia. Po­cząt­kowe star­cia i pro­blemy na tle ra­so­wym spra­wiły oczy­wi­ście, że wielu ro­dzi­ców, w tym pań­stwo John­so­no­wie, za­częło się mar­twić.

Po­mimo nie­chęci i kon­flik­tów dzieci John­so­nów do­stały od ro­dzi­ców in­struk­cję, że mają być w Eve­rett do­brymi uczniami i do­brymi oby­wa­te­lami. I rze­czy­wi­ście, człon­ko­wie ich ro­dziny byli od dawna znani w swo­jej spo­łecz­no­ści z otwar­tego po­dej­ścia do szkoły i do pracy. Mimo to Lily Pe­arl, która sama też miała zo­stać w przy­szło­ści pe­da­go­giem, i Larry co­dzien­nie po po­wro­cie do domu opo­wia­dali, jak bar­dzo nie po­doba im się w no­wej pla­cówce. Zwłasz­cza Larry bar­dzo szybko za­czął mieć pro­blem z do­sto­so­wa­niem się do Eve­rett. Gar­dził tym ca­łym pro­ce­sem, więc od­ciął się emo­cjo­nal­nie i fi­zycz­nie od ro­dziny i ko­le­gów ze szkoły. Mó­wiło się, że pra­wie co­dzien­nie spóź­nia się na lek­cje i że zda­rza mu się wa­ga­ro­wać.

Jed­nym z nie­licz­nych po­zy­ty­wów było to, że dzieci John­so­nów na­wią­zały re­la­cję z tre­ne­rem re­pre­zen­ta­cji ko­szy­kar­skiej Eve­rett, Geo­rge'em Fo­xem, który uczył rów­nież wie­dzy o spo­łe­czeń­stwie. W 2019 roku Fox wspo­mi­nał, że kiedy spo­ty­kał ro­dzeń­stwo John­so­nów na ko­ry­ta­rzu, opo­wia­dali mu z dumą o po­stę­pach wy­so­kiego młod­szego brata, który za­czy­nał być znany w ca­łym mie­ście jako za­wod­nik gim­na­zjum Dwi­ght Rich.

"Cią­gle do mnie przy­cho­dzili, opo­wia­dali o nim i o tym, co robi" - wspo­mina Fox. Sy­tu­acja Larry'ego tro­chę się po­pra­wiła je­sie­nią 1972 roku, kiedy w wieku 16 lat, bę­dąc w dru­giej kla­sie, prze­bił się do re­zer­wo­wej dru­żyny ko­szy­kar­skiej Eve­rett. Ale do­bry na­strój nie po­trwał długo.

Na kilka dni przed świę­tami po­ja­wiła się plotka, że sztab szko­le­niowy za­sta­na­wia się nad zwol­nie­niem z dru­giej re­pre­zen­ta­cji pię­ciu afro­ame­ry­kań­skich chłop­ców, w tym Larry'ego. John­so­no­wie byli w szoku - mo­ment wy­da­wał się szcze­gól­nie nie­od­po­wiedni i nie­spra­wie­dliwy, bo chłopcy byli wśród pierw­szych czar­no­skó­rych spor­tow­ców, któ­rzy w ogóle re­pre­zen­to­wali barwy szkoły. Earvin wściekł się i za­czął się mar­twić, że też bę­dzie zmu­szony do jazdy au­to­bu­sem do Eve­rett, kiedy sam roz­pocz­nie na­ukę w li­ceum.

Tak roz­po­czął się dra­mat, który cią­gnął się przez wiele mie­sięcy, a po­tem jesz­cze przez dzie­się­cio­le­cia miał drę­czyć ro­dzinę John­so­nów py­ta­niami - bez od­po­wie­dzi - o de­cy­zje, które po­pchnęły Larry'ego na mroczną drogę ży­cia.

W 2019 roku tre­ne­rzy Larry'ego mó­wili, że jego usu­nię­cie z dru­żyny nie wy­ni­kało z tego, że się nie sta­rał. Wręcz prze­ciw­nie - wspo­mi­nali, że pod­czas tre­nin­gów i me­czów ha­ro­wał jak wół. De­cy­zja nie była też po­dyk­to­wana jego aro­gan­cją ani bun­to­wa­niem się prze­ciwko de­cy­zjom sztabu. Szko­le­niowcy za­zna­czają co prawda, że je­śli cho­dzi o ta­lent, Larry'emu da­leko było do wyż­szego młod­szego brata. No do­bra, ale komu było do niego bli­sko?

Przy­czyną zwol­nie­nia z dru­żyny miało być rze­komo też to, że piątka za­wod­ni­ków spóź­niała się czę­sto na tre­ningi albo opusz­czała je bez uspra­wie­dli­wie­nia, aż w końcu tre­ner Pat Hol­land po­sta­no­wił usu­nąć ich ze składu.

Hol­land wspo­mina, że naj­pierw skon­sul­to­wał ten ruch ze swoim sze­fem, pierw­szym tre­ne­rem Geo­rge'em Fo­xem. Po­in­for­mo­wał go, że chłopcy opusz­czają bez uspra­wie­dli­wie­nia tre­ningi i że w związku z tym sztab pod­jął de­cy­zję o ich usu­nię­ciu z dru­żyny. Był to drugi rok pracy Hol­landa w roli pierw­szego tre­nera re­zerw Eve­rett i asy­stenta Foxa w pierw­szej re­pre­zen­ta­cji. Po raz pierw­szy w ży­ciu tre­no­wał Afro­ame­ry­ka­nów.

W ob­li­czu groźby wy­rzu­ce­nia z dru­żyny piątka za­wod­ni­ków po­pro­siła Char­lesa Tuc­kera, który dok­to­ry­zo­wał się z psy­cho­lo­gii i pra­co­wał do­ryw­czo w róż­nych szko­łach w Lan­sing, żeby pod­jął się roli me­dia­tora.

Pat Hol­land uznał, że ich prośba ma sens. Przy­jaź­nił się z Tuc­ke­rem, który był wśród uczniów po­pu­larną po­sta­cią. Dok­to­rant psy­cho­lo­gii wy­da­wał się kimś ide­al­nym do prze­pro­wa­dze­nia me­dia­cji. Poza pracą na­ukową miał też im­po­nu­jący ży­cio­rys ko­szy­kar­ski: w li­ceum w Ka­la­ma­zoo zo­stał wy­brany do naj­lep­szej pierw­szej piątki w mie­ście, w szkole po­li­ce­al­nej Kel­logg był uzna­wany za jed­nego z naj­lep­szych ko­szy­ka­rzy na tym po­zio­mie w kraju i do­piero na stu­diach w West Mi­chi­gan mu się nie po­szczę­ściło. Po­tem pró­bo­wał jesz­cze przejść na za­wo­dow­stwo, wziął udział w kilku te­stach, ale do żad­nej dru­żyny się nie prze­bił i osta­tecz­nie pod­jął de­cy­zję o po­wro­cie na uczel­nię West Mi­chi­gan, żeby na­pi­sać pracę dy­plo­mową. Ale na­wet wów­czas ka­len­darz miał za­peł­niony przez ter­mi­narz me­czów ligi CBA (Con­ti­nen­tal Ba­sket­ball Le­ague).

Psy­cho­log miał też mi­sję. Pra­gnął udo­wod­nić, że na­dal jest świet­nym ko­szy­ka­rzem, o czym tre­ner Hol­land prze­ko­nał się bo­le­śnie rok wcze­śniej pod­czas me­czu stu­den­tów z ka­drą na­uczy­ciel­ską.

"Bie­głem przez par­kiet, kiedy Tuc­ker po­dał mi piłkę i wal­nęła mnie w głowę - wspo­mi­nał w 2019 roku Hol­land. - Wtedy po raz pierw­szy gra­łem z nim w ko­sza. Wie­dzia­łem, że ma opi­nię do­brego za­wod­nika".

Hol­land czuł się przez ten in­cy­dent upo­ko­rzony i był na Tuc­kera tro­chę zły. Ko­lega z dru­żyny cią­gle go upo­mi­nał, że ma być czujny i uwa­żać na piłkę, co tylko do­dat­kowo po­iry­to­wało Hol­landa. Ale pa­no­wie bar­dzo szybko się do­ga­dali i za­częli się z tego śmiać. "To było za­bawne - wspo­mina Hol­land. - Był skru­szony. Nie było tak, że pró­bo­wał mi coś udo­wod­nić".

Tuc­ker miał wtedy dwa­dzie­ścia kilka lat; na po­czątku ak­cji do­wo­że­nia au­to­bu­sami czar­no­skó­rych uczniów wła­dze szkoły po­wie­rzyły mu roz­wią­zy­wa­nie pro­ble­mów na li­nii ucznio­wie - na­uczy­ciele oraz po­moc mło­dzieży w lep­szym zro­zu­mie­niu sy­tu­acji. Bar­dzo szybko zy­skał opi­nię ko­goś, kto umie roz­wią­zać każdy pro­blem, osoby spra­wie­dli­wej i ma­ją­cej od­po­wiedni dy­stans. W pierw­szych la­tach po wdro­że­niu in­te­gra­cji au­to­bu­so­wej o za­ufa­nie było bar­dzo trudno, ale dziś nikt nie ma wąt­pli­wo­ści, że Tuc­ker bar­dzo so­bie wtedy na nie za­słu­żył.

Za­wod­nicy z dru­żyny Hol­landa chcieli opo­wie­dzieć swoją wer­sję hi­sto­rii bez­po­śred­nio Tuc­ke­rowi, bez wtrą­ceń tre­nera. Tuc­ker był wni­kli­wym ob­ser­wa­to­rem, w prze­szło­ści mie­wał w szkole do czy­nie­nia z róż­nymi ludźmi i nie wy­czuł u Hol­landa żad­nych uprze­dzeń na tle ra­so­wym. "Był do­brym tre­ne­rem i czło­wie­kiem, który nada­wał się do pracy z dzie­cia­kami" - tłu­ma­czył Tuc­ker w 2019 roku.

Ocze­ki­wa­nia Hol­landa, że za­wod­nicy nie będą się spóź­niać na tre­ningi i będą za­wsze go­towi do pracy, były do­syć stan­dar­dowe. Kiedy Tuc­ker sam był gra­czem - w li­ceum i na stu­diach - też się ta­kim za­sa­dom pod­po­rząd­ko­wy­wał.

Bio­rąc pod uwagę czasy, w ja­kich to wszystko się działo, Hol­land czuł się kom­for­towo z tym, że ma u swo­jego boku ko­goś ta­kiego jak Tuc­ker, kto po­może mu w roz­wią­za­niu pro­blemu. Mimo że psy­cho­log był wy­róż­nia­jącą się oso­bo­wo­ścią: sprytny, spo­strze­gaw­czy, od­no­sił po­tem suk­cesy i przez wiele dzie­się­cio­leci pra­co­wał w szkol­nic­twie w Lan­sing, ni­gdy nie pró­bo­wał się wy­wyż­szać ani nie ko­rzy­stał z bo­gat­szego słow­nic­twa wy­ni­ka­ją­cego z wyż­szego wy­kształ­ce­nia.

O jego pracy pi­sano wtedy w ga­ze­tach i w Lan­sing, i w De­troit - tłu­ma­czył tam swoje po­dej­ście do kwe­stii ję­zy­ko­wych. Twier­dził, że ję­zyk uży­wany przez Afro­ame­ry­ka­nów na Po­łu­dniu był pra­wo­wi­tym dia­lek­tem i że sys­tem szkol­nic­twa po­peł­nił błąd, usta­na­wia­jąc stan­dar­dowy ję­zyk an­giel­ski jako obo­wią­zu­jący. Uwa­żał, że sta­no­wiło to ba­rierę dla czar­no­skó­rych uczniów, bo biali na­uczy­ciele bez prze­rwy ich kry­ty­ko­wali.

Po­mysł Tuc­kera za­kła­dał usu­nię­cie ba­rier ję­zy­ko­wych, ale w mię­dzy­cza­sie chciał on dać uczniom czas na do­sto­so­wa­nie się. W roz­mo­wie z dzien­ni­ka­rzem z De­troit po­wie­dział, że bar­dzo ceni so­bie kla­syczny ję­zyk an­giel­ski, ale jed­no­cze­śnie szuka spo­so­bów na to, żeby ucznio­wie czuli się bar­dziej kom­for­towo w no­wym, in­te­gru­ją­cym się śro­do­wi­sku.

U mło­dego Afro­ame­ry­ka­nina na po­czątku lat 70. ta­kie po­dej­ście wy­ma­gało z pew­no­ścią od­wagi, ale Tuc­ker był kon­se­kwentny. Mó­wił swoje, nie skła­dał pu­stych de­kla­ra­cji i rów­nież ro­bił swoje. Od­no­sił suk­cesy, do­star­cza­jąc wielu uczniom ja­snych wy­tycz­nych co do pod­sta­wo­wych oko­licz­no­ści zwią­za­nych z in­te­gra­cją.

Tuc­ker uwa­żał, że jego naj­waż­niej­szym za­da­niem jest na­wią­zać re­la­cję i pró­bo­wać się utoż­sa­mić z dzie­cia­kami, które do­łą­czyły do szkoły w ra­mach no­wego sys­temu. Dla­tego był bar­dzo dumny ze swo­jego, jak to sam na­zy­wał, "ulicz­nego" wi­ze­runku. Czas miał po­ka­zać, że ła­two i szybko był w sta­nie roz­gryźć obawy, mo­ty­wa­cje i za­cho­wa­nie uczniów i wy­ko­rzy­sty­wał tę umie­jęt­ność do neu­tra­li­zo­wa­nia na­pięć po­mię­dzy obiema stro­nami pro­cesu in­te­gra­cji.

Tuc­ker miał 183 cen­ty­me­try wzro­stu. Nie był spe­cjal­nie cie­płą po­sta­cią, nie­któ­rzy uwa­żali, że jest nie­przy­stępny czy wręcz po­gar­dliwy, ale jego dzia­ła­nia temu prze­czą. Je­śli po­peł­niał ja­kieś błędy, to przez zbyt­nią pew­ność sie­bie i luz, który cza­sami spra­wiał, że nie przy­kła­dał spe­cjal­nej wagi do szcze­gó­łów. Ale z per­spek­tywy czasu wielu jego ko­le­gów po fa­chu i współ­pra­cow­ni­ków uważa, że jego po­stawa była ab­so­lut­nie klu­czowa dla wszyst­kiego do­brego, co osta­tecz­nie wy­da­rzyło się w la­tach 70. w Eve­rett.

Pat Hol­land pa­mięta, że miał pełne za­ufa­nie do psy­cho­loga, który pod­jął się wtedy me­dia­cji. "Tuc­ker do­brze czuł się we wła­snej skó­rze - mówi tre­ner. - Nie bał się oczy­wi­ście orze­kać na nie­ko­rzyść tych dzie­cia­ków. Nie miał na­sta­wie­nia, że po­wi­nie­nem dać im ko­lejną szansę, bo on jest czarny i oni są czarni. Po­ja­wił się z za­mia­rem pod­ję­cia spra­wie­dli­wej de­cy­zji. Tego wła­śnie od niego ocze­ki­wa­łem, uwa­ża­łem, że sprawa jest prze­są­dzona".

Ci, któ­rzy znali go le­piej, wie­dzieli też, że ży­cie Tuc­kera jest w du­żej mie­rze pod­po­rząd­ko­wane wie­rze w Boga, do tego stop­nia, że nie tylko mó­wił otwar­cie o mi­ło­ści chrze­ści­jań­skiej, ale pró­bo­wał też ją wy­ko­rzy­sty­wać do wy­zna­cza­nia kie­runku swo­ich dzia­łań w ra­mach pracy psy­cho­loga. Po­cho­dził z Mis­si­sipi, przez całe ży­cie do­świad­czał na wła­snej skó­rze peł­nego prze­mocy ra­si­zmu, ale naj­wy­raź­niej ra­cjo­na­li­zo­wał to, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że wielu lu­dzi jest po pro­stu za­śle­pio­nych przez ra­si­stow­skie ste­reo­typy.

Tuc­ker, po­dob­nie jak John­so­no­wie i wiele in­nych afro­ame­ry­kań­skich ro­dzin w spo­łecz­no­ści Lan­sing, wy­emi­gro­wał z Mis­si­sipi, gdzie miał bez prze­rwy stycz­ność z bru­tal­nym ra­si­zmem. Ży­cie w Mi­chi­gan oczy­wi­ście też nie było usłane ró­żami, ale z pew­no­ścią było tam le­piej.

W 1972 roku Tuc­ker do­piero wcho­dził w ważną rolę, którą od­gry­wał po­tem w pro­ce­sie in­te­gra­cji ra­so­wej w Lan­sing - jak się miało oka­zać - przez wiele dzie­się­cio­leci, bo w 2019 roku wciąż peł­nił tam funk­cję psy­cho­loga szkol­nego. W pierw­szej de­ka­dzie jego pracy co ja­kiś czas wy­bu­chały kon­flikty i walki i po­ja­wiały się inne pro­blemy na tle ra­so­wym, cza­sem na tyle po­ważne, że szkoły na kilka dni za­my­kano, żeby ostu­dzić emo­cje.

"Działo się to w ca­łym kraju, wszę­dzie tam, gdzie wpro­wa­dzono prze­pisy an­ty­se­gre­ga­cyjne za­kła­da­jące do­wo­że­nie czar­no­skó­rych uczniów au­to­bu­sami do szkół - opo­wia­dał Tuc­ker w 2019 roku. - Mie­li­śmy do czy­nie­nia z róż­nymi za­cho­wa­niami. No i oczy­wi­ście wszy­scy chcieli zo­stać w swo­jej spo­łecz­no­ści, we wła­snym śro­do­wi­sku. Na­pię­cia wy­ni­ka­jące z wpro­wa­dze­nia no­wego prawa miały miej­sce w ca­łym kraju. Lu­dzie nie chcieli zmiany".

Wielu na­uczy­cieli wy­ka­zy­wało na po­czątku lat 70. po­do­bne po­dej­ście do Pata Hol­landa, który miał do­bre in­ten­cje, ale zma­gał się z no­wymi, ogrom­nymi wy­zwa­niami zwią­za­nymi z in­te­gra­cją, nie ma­jąc żad­nych kul­tu­ro­wych punk­tów od­nie­sie­nia. To samo można po­wie­dzieć o uczniach, ta­kich jak Larry John­son, który w związku z wy­rzu­ce­niem z dru­żyny czuł się za­gro­żony i sfru­stro­wany.

Tuc­ker wy­czu­wał tę at­mos­ferę i wi­dział, ja­kimi na­pię­ciami skut­kuje brak zro­zu­mie­nia w Eve­rett i w in­nych szko­łach.

"Na­stały nowe czasy, do kwe­stii re­la­cji trzeba było pod­cho­dzić ina­czej - wspo­mina Tuc­ker. - Było ciężko. Ro­dzice byli inni, dzie­ciaki były inne, całe spo­łe­czeń­stwo było inne. Działo się wiele rze­czy. Cały kraj był po­grą­żony we wście­kło­ści. Dzie­ciaki zmu­szano do trans­portu do in­nego re­jonu mia­sta. Nie miało zna­cze­nia, jaki mia­łeś ko­lor skóry, czarny czy biały, każdy w ta­kiej sy­tu­acji czułby się na siłę prze­sie­dlany".

Do­dat­ko­wym czyn­ni­kiem było to, że głę­boko w sercu Tuc­ker po­zo­sta­wał nie­wzru­szo­nym ma­nia­kiem ko­szy­kówki, który miał mi­sję udo­wod­nie­nia światu, że za­słu­guje na szansę w za­wo­do­wym ba­ske­cie. Po­chła­niał ko­szy­kówkę, kiedy tylko miał ku temu oka­zję. To ona, wraz z jego wiarą, szko­le­niami i ulicz­nym spry­tem, pro­wa­dziła go przez ży­cie. Już wkrótce miało mu to po­zwo­lić pro­wa­dzić mło­dego Earvina John­sona - nie­któ­rzy po­wie­dzie­liby na­wet, że ste­ro­wać jego ży­ciem. W 1972 roku Tuc­ker le­dwo jed­nak o nim sły­szał, wie­dział tylko, że ja­kiś wy­soki młody chło­pak spę­dza wszyst­kie let­nie dni na bo­isku przy szkole Main Street.

Ale kiedy po­pro­szono go o me­dia­cję w spra­wie dru­giej dru­żyny Eve­rett, Tuc­ker nie miał po­ję­cia, że jed­nym z za­wod­ni­ków jest brat mło­dego Earvina, tak jak nie miał po­ję­cia o ro­dzi­nie John­sona i o jej ce­chach szcze­gól­nych.

Wkrótce jed­nak miał się o tym wszyst­kim do­wie­dzieć.

Spę­dzał więk­szość wol­nego czasu w Lan­sing, gra­jąc w ko­szy­kówkę. Ro­bił to w każ­dej wol­nej chwili, wszę­dzie tam, gdzie mógł się spraw­dzić na wyż­szym po­zio­mie. Był czło­wie­kiem ulicy i nie bał się z tego ko­rzy­stać.

"To była wtedy moja spe­cjal­ność - opo­wia­dał w 2019 roku. - By­łem psy­cho­lo­giem i by­łem fa­ce­tem z ulicy. No i by­łem wie­rzący. To mi bar­dzo po­ma­gało. Za­wsze trzy­ma­łem rękę na pul­sie, bo spę­dza­łem czas z dzie­cia­kami. Tak wy­glą­dało moje ży­cie. Nie chcia­łem pra­co­wać w ad­mi­ni­stra­cji. Nie chcia­łem zo­stać dy­rek­to­rem. Pew­nie bym mógł, ale pra­gną­łem spę­dzać czas z dzie­cia­kami, bo to mi spra­wiało przy­jem­ność. Ro­bi­łem to po czę­ści z po­bu­dek ego­istycz­nych, bo czu­łem się dzięki temu młod­szy i chciało mi się chcieć... Nie by­łem żo­naty, nie mia­łem ro­dziny, nie mia­łem żad­nych zo­bo­wią­zań. I to mi się po­do­bało".

Hol­land też miał swoje do­świad­cze­nia z ra­si­zmem. Tre­ner dru­giej dru­żyny po­cho­dził z Sa­gi­naw w sta­nie Mi­chi­gan, które uwa­żano za za­co­fane w kwe­stii sto­sun­ków ra­so­wych, ale pa­mięta, że wy­raź­niej do­strzegł pro­blem, kiedy dzie­sięć lat wcze­śniej słu­żył w ar­mii. Gdy w 1959 roku ro­dził się Earvin John­son, Hol­land aku­rat wy­brał się na po­łu­dnie, do Wir­gi­nii, ra­zem z afro­ame­ry­kań­skim kum­plem z woj­ska.

Hol­land je­chał wtedy na szko­le­nie do Fort A.P. Hill, a jego kum­pel za­mie­rzał od­wie­dzić tam ro­dzinę, więc je­chali ra­zem sa­mo­cho­dem tego dru­giego. Hol­land wspo­mina, że kiedy na­de­szła pora, żeby zje­chać z au­to­strady i prze­no­co­wać, ko­lega wy­tłu­ma­czył mu, że nie są­dzi, by po­zwo­lono mu za­mel­do­wać się w ja­kimś ho­telu na Po­łu­dniu.

Do­dał, że prze­śpi się w sa­mo­cho­dzie i za­su­ge­ro­wał, żeby Hol­land wy­na­jął so­bie po­kój. Ten od­mó­wił, bo uznał, że by­łoby to nie w po­rządku, więc ra­zem prze­ki­mali się w au­cie. Na­stęp­nego dnia rano wstali, do­je­chali do Pe­ters­burga w sta­nie Wir­gi­nia, po­szli na dwo­rzec au­to­bu­sowy i we­szli do środka. Hol­land zo­stał od razu po­in­for­mo­wany, że znaj­duje się w czę­ści ter­mi­nala prze­zna­czo­nej dla "ko­lo­ro­wych" i że po­wi­nien przejść na drugą stronę.

Tamta wy­prawa otwo­rzyła mu oczy na kwe­stię se­gre­ga­cji ra­so­wej, co po­tem po­mo­gło mu w pracy w szkole. Lan­sing znaj­do­wało się wtedy na pierw­szym eta­pie otwie­ra­nia sys­temu szkol­nego na Afro­ame­ry­ka­nów. Wła­śnie za­trud­niono czar­no­skó­rego za­stępcę nad­in­spek­tora szkol­nego. A sam nad­in­spek­tor, I. Carl Can­doli, za­czął za­trud­niać no­wych pra­cow­ni­ków, któ­rzy mieli po­móc w zmia­nie sys­temu. Jed­nym z nich był wła­śnie Tuc­ker.

Hol­land wspo­mina, że chłopcy bar­dzo chcieli sami wy­ja­śnić całą sy­tu­ację Tuc­ke­rowi i wy­tłu­ma­czyć, dla­czego wpa­dli w ta­ra­paty. "Tuc­ker mu­siał ich ja­koś okieł­znać. Po­wie­dział, że gdy coś mu za­czną opo­wia­dać, le­piej bę­dzie dla nich, je­śli po­wie­dzą prawdę. Zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy spo­tka­nie z Lar­rym i in­nymi chłop­cami. Opo­wie­dzieli swoją wer­sję, a Tuc­ker za­py­tał, czy tak wła­śnie było".

Hol­land od­parł, że wer­sja chłop­ców jest "w 100 pro­cen­tach zgodna z prawdą".

"I Tuc­ker stwier­dził wtedy: "Chłopcy, po­wiem wam jedno. Pan Hol­land po­peł­nił tylko je­den błąd. Po­wi­nien był wy­wa­lić was wcze­śniej" - wspo­mina Hol­land. - I tyle. Ucznio­wie nie opo­no­wali".

Hol­land uwa­żał, że da­wał Larry'emu ja­sne ostrze­że­nia, a Tuc­ker to po­twier­dził.

Usu­wa­jąc za­wod­ni­ków z dru­żyny, Hol­land dał ja­sno do zro­zu­mie­nia, że za rok za­pra­sza ich znowu na te­sty. Ale ża­den z nich już do pro­gramu nie wró­cił.

Hol­land i pierw­szy tre­ner Geo­rge Fox wspo­mi­nają, że czte­rech za­wod­ni­ków po­go­dziło się z de­cy­zją Tuc­kera bez na­rze­ka­nia. Ale Larry John­son nie za­mie­rzał jej za­ak­cep­to­wać. Wście­kły, po­przy­siągł wtedy, że jego brat Earvin ni­gdy nie za­gra ani dla Hol­landa, ani dla Foxa, ani dla Eve­rett. Po­tem po­wtó­rzył to w roz­mo­wie z Fo­xem.

"Larry mnie za to znie­na­wi­dził" - mówi Hol­land. I on, i Fox wie­dzieli o tym, bo Larry rzu­cił im to pro­sto w twarz. Po­wie­dział, że ich nie­na­wi­dzi.

Wy­po­wiedź Larry'ego nie była zwy­kłym spon­ta­nicz­nym wy­bu­chem gniewu, który mi­nął po jed­nym dniu. Chło­pak po­wta­rzał tre­ne­rom ten ko­mu­ni­kat przez dwa ko­lejne lata, za każ­dym ra­zem, kiedy wpa­dał na nich na ko­ry­ta­rzu albo spo­ty­kał ich gdzie in­dziej.

Hol­land pa­mięta, że Larry był od Earvina dwa lata star­szy, bo "przez te dwa lata po­świę­cił mnó­stwo czasu na mó­wie­nie nam o tym, że Earvin ni­gdy nie przyj­dzie do Eve­rett".

"Za­wsze, kiedy na niego wpa­da­łem, miał mi coś do po­wie­dze­nia - wspo­mina Hol­land. - Mó­wił, że zruj­no­wa­łem mu ży­cie, bo przeze mnie nie może grać w ko­szy­kówkę".

Tak jak w ko­lej­nych mie­sią­cach Larry ni­gdy nie za­po­mi­nał o tym, żeby wy­ra­zić, co czuje, by­łym tre­ne­rom, tak samo wy­raź­nie ko­mu­ni­ko­wał to w domu. Earvin wspo­mina, że Larry bez prze­rwy lob­bo­wał i prze­ko­ny­wał go, by od­mó­wił na­uki w Eve­rett. Jak czę­sto i jak do­bit­nie to ro­bił? Bio­rąc pod uwagę to, że spali w jed­nym łóżku, a rana roz­wście­czo­nego Larry'ego wciąż była świeża, na­rze­ka­nia star­szego brata czę­sto były ostat­nią rze­czą, jaką Earvin sły­szał przed za­śnię­ciem. A prze­cież de­cy­zję miał pod­jąć do­piero la­tem 1974 roku, czyli za nie­mal dwa lata.

Dale Be­ard, który grał póź­niej u Hol­landa, mówi, że tre­ne­rzy z Eve­rett byli tacy sami jak ci z in­nych szkół w tam­tych cza­sach, co ozna­czało, że ra­czej nie cac­kali się z za­wod­ni­kami. "Za­sady były pro­ste: nie wolno wa­ga­ro­wać, nie wolno opusz­czać tre­nin­gów. W prze­ciw­nym ra­zie wia­domo, co ci grozi. Jak wa­ga­ru­jesz, nie masz wstępu na tre­ning. A jak nie tre­nu­jesz, nie grasz. Ja­sne i pro­ste. Kiedy je­steś w ta­kim wieku, wy­daje ci się, że nikt cię nie po­kona. W tam­tych cza­sach tre­ne­rzy bar­dzo re­stryk­cyj­nie pod­cho­dzili do tego, kto może być człon­kiem dru­żyny, nie­za­leż­nie od tego, czy miał grać, czy nie. Mu­sia­łeś prze­strze­gać za­sad. Pat uwa­żał Larry'ego za roz­ra­biakę, ale on wcale taki nie był. Był zwy­czaj­nym na­sto­lat­kiem".

Na­sto­lat­kiem, który zo­stał oso­bi­ście do­tknięty kry­zy­sem au­to­bu­sów szkol­nych w Ame­ryce w la­tach 70.

W wy­wia­dzie prze­pro­wa­dzo­nym pra­wie 50 lat póź­niej Tuc­ker przed­sta­wił od­mienną per­spek­tywę, być może za­bar­wioną pewną dozą żalu. "Larry nie był złym chłop­cem - mó­wił. - Był taki jak wszyst­kie czarne dzie­ciaki, które zna­la­zły się wtedy w tej trud­nej sy­tu­acji. Nie za­mie­rzał ni­czego zmie­niać w swoim po­stę­po­wa­niu. Nie wszystko, co ro­bił, było w 100 pro­cen­tach złe. Było po pro­stu inne".

Zda­niem Tuc­kera pierw­sze etapy pro­cesu in­te­gra­cji spra­wiły, że nowi ucznio­wie zna­leźli się w sy­tu­acji, którą ła­two było błęd­nie zin­ter­pre­to­wać. Zwłasz­cza mło­dzi chłopcy nie za­mie­rzali za­cho­wy­wać się tak, jakby się cze­goś bali, jakby można ich było za­stra­szyć.

"Pro­ble­mów było mnó­stwo - wspo­mina. - Szok wy­wo­łany ob­rzu­ce­niem au­to­busu ka­mie­niami prze­ło­żył się na wszystko. Je­śli miał­bym obar­czyć ko­goś winą za to, co przy­tra­fiło się Larry'emu i po­zo­sta­łym chłop­com, to w 80 pro­cen­tach zło­żył­bym to na karb oko­licz­no­ści. W po­przed­niej szkole Larry nie spra­wiał pro­ble­mów. Zresztą tu­taj też nie było ich zbyt wiele. Ale po­wi­nien był grać w ko­szy­kówkę".

Naj­smut­niej­sze było to, że do­dał: "Larry umiał grać w ko­sza. Miał sze­roki wa­chlarz za­grań. Znał sporo sztu­czek, umiał grać. Nie był ja­kimś lesz­czem".

"To była trudna de­cy­zja, bo Larry uwiel­biał ko­szy­kówkę - zgo­dził się z tą opi­nią Pat Hol­land w 2019 roku. - Było to wi­dać. Nie­stety, jego mi­łość do sportu nie prze­ło­żyła się na te rze­czy, na które po­winna".

Ale prze­kła­dała się na cią­gły lęk u mło­dego Earvina. Nie miał po­ję­cia, co zro­bić z per­spek­tywą gry w ko­szy­kówkę w Eve­rett. Tak jak reszta ro­dziny uwa­żał, że to okropne, że Larry wy­le­ciał z dru­żyny. Biali tre­ne­rzy wy­rzu­ca­jący pię­ciu czar­no­skó­rych chłop­ców? Prze­cież to ja­sne, że całe to miej­sce i wszy­scy ci lu­dzie to to­talni ra­si­ści. Poza tym nie po­do­bała mu się at­mos­fera w szkole. Sala gim­na­styczna była słaba. A tam­tej­sze dru­żyny były w naj­lep­szym ra­zie prze­ciętne.

Wy­bór wy­da­wał się dla Earvina oczy­wi­sty. Wie­dział, że kiedy już przyj­dzie czas na li­ceum, bę­dzie mu­siał zna­leźć spo­sób na to, żeby wy­mi­gać się od na­uki w Eve­rett.

WOJOWNIK Z GIMNAZJUM

Pod­czas gdy roz­wi­jał się dra­mat z Lar­rym w roli głów­nej, Earvin miał roz­po­cząć na­ukę w ósmej kla­sie. Ko­szy­kar­sko na­dal fan­ta­stycz­nie się roz­wi­jał; wszy­scy krę­cili z po­dzi­wem gło­wami, ob­ser­wu­jąc ko­lejne wcze­sne prze­jawy jego nie­ty­po­wego, ale bar­dzo sku­tecz­nego stylu gry.

Pe­wien tre­ning w siód­mej kla­sie przy­niósł ob­ja­wie­nie: kiedy tre­ner Lo­uis Broc­kho­use przy­jął na te­stach mniej wię­cej setkę chłop­ców, po­pro­sił, żeby się usta­wili - pra­wo­ręczni po jed­nej stro­nie, le­wo­ręczni po dru­giej. Po­pro­sił tych pierw­szych, by we­szli pod kosz i za­koń­czyli ak­cję lay­upem lewą ręką, le­wo­ręczni mieli zro­bić to samo prawą ręką. Nie­wielu spro­stało wy­zwa­niu.

Po tym ćwi­cze­niu Broc­kho­use ogra­ni­czył liczbę te­sto­wa­nych do 12 gra­czy, a Earvin w du­chu dzię­ko­wał Ji­mowi Dar­towi, który kładł tak duży na­cisk na grę lewą ręką.

"W siód­mej kla­sie mia­łem 183 cen­ty­me­try wzro­stu i gra­łem na po­zy­cji obrońcy" - wspo­mi­nał kilka lat po­tem Earvin.

Póź­niej wie­lo­krot­nie de­mon­stro­wał, jak lubi grać piłką. Przez więk­szość czasu Broc­kho­use mu na to po­zwa­lał, co utwier­dziło go w prze­ko­na­niu, że bar­dzo chce zo­stać ko­szy­ka­rzem.

W ósmej kla­sie John­son za­czął zbie­rać do kupy po­szcze­gólne ele­menty swo­jego stylu gry i za­czął od­gry­wać zna­czącą rolę w dru­ży­nie gim­na­zjal­nej. Tre­ner Eve­rett, Geo­rge Fox, zdał so­bie być może sprawę z tego, że jego przy­szła re­la­cja z młod­szym bra­tem Larry'ego stoi pod zna­kiem za­py­ta­nia, więc za­chę­cany przez resztę ro­dzeń­stwa John­so­nów za­czął przy­cho­dzić na me­cze re­pre­zen­ta­cji gim­na­zjum Dwi­ght Rich. Z per­spek­tywy czasu wy­gląda to tak, jakby za­sta­wiono na niego pu­łapkę.

Córka Foxa, Missy, pa­mięta pierw­szą ważną chwilę: "Ni­gdy nie za­po­mnę, jak któ­re­goś wie­czoru roz­ma­wia­li­śmy z tatą przy ko­la­cji i po­wie­dział: "Słu­chaj­cie, w Dwi­ght Rich jest taki chło­pak, na­prawdę do­bry ko­szy­karz. Może do­łą­czy do Eve­rett. Po­jadę obej­rzeć go w ak­cji". Za­pa­ko­wa­li­śmy się więc wszy­scy do sa­mo­chodu i po­je­cha­li­śmy na mecz dru­żyn gim­na­zjal­nych. Chło­pak rze­czy­wi­ście był bar­dzo do­bry. Pa­trzy­li­śmy, jak gra, był prze­cież jesz­cze gim­na­zja­li­stą, ale tata był na­prawdę pod­eks­cy­to­wany. "Ten dzie­ciak bę­dzie na­prawdę do­bry" - mó­wił. Wtedy zro­zu­mia­łam, że mamy do czy­nie­nia z kimś wy­jąt­ko­wym. Pa­mię­tam, że kiedy stam­tąd wy­szli­śmy, po­my­śla­łam so­bie: "Se­rio? Ósma klasa? To było coś". Chło­pak grał po pro­stu śpie­wa­jąco. To było na­prawdę fajne. Jak czę­sto się zda­rza, że mo­żesz coś ta­kiego po­wie­dzieć o za­wod­ni­kach z gim­na­zjum? Za­zwy­czaj ich me­cze są nudne. A jego już w tak mło­dym wieku faj­nie się oglą­dało".

W pierw­szej oce­nie ósmo­kla­si­sty tre­ner dru­żyny gim­na­zjal­nej uznał, że zda­rza mu się rzu­cać z wy­skoku z dziw­nych po­zy­cji. Fox nie wie­dział wtedy, że szko­le­nio­wiec za­chę­cał John­sona do skon­cen­tro­wa­nia się na zdo­by­wa­niu punk­tów, rzu­tach z wy­skoku i zbiór­kach. Chło­pak do­stał zie­lone świa­tło na roz­wi­ja­nie gry w ataku.

"Był chudy jak szczapa, lu­bił stać z da­leka i od­da­wać rzuty" - wspo­mi­nał Fox w wy­wia­dzie prze­pro­wa­dzo­nym w 1980 roku. Syn tre­nera, Gary Fox, był wtedy w dru­giej kla­sie li­ceum i grał w in­nej dru­ży­nie na przed­mie­ściach, ale czę­sto do­łą­czał do ojca, żeby zo­ba­czyć w ak­cji nie­ty­po­wego za­wod­nika z Dwi­ght Rich. Sam miał w przy­szło­ści zo­stać tre­ne­rem, przez wiele lat pra­co­wał w Mi­chi­gan i do­brze pa­mię­tał te pierw­sze wy­prawy, pod­czas któ­rych ob­ser­wo­wał Earvina. Wspo­mina, że gra John­sona ro­biła wra­że­nie: "Nie miał jesz­cze wzro­stu, ale świet­nie pa­no­wał nad piłką".

John­son za­in­try­go­wał wtedy Geo­rge'a Foxa, ale tre­ner za­czął się za­sta­na­wiać nad tym, czy Earvin bę­dzie umiał grać pod ko­szem. "Nie wie­dzie­li­śmy, jak do­brze się za­sta­wia" - wspo­mina. Ale do­strzegł już wtedy coś, co wy­da­wało mu się bar­dzo obie­cu­jące: "Wie­dzie­li­śmy jedno: kiedy rzu­cał i nie tra­fiał, to za­zwy­czaj i tak od­zy­ski­wał piłkę".

Geo­rge Fox wspo­mina, że po rzu­cie z wy­skoku Earvin był nie­sa­mo­wi­cie szybki, gdy pró­bo­wał ze­brać piłkę. Kiedy wcho­dził pod kosz i pu­dło­wał, też po­tra­fił za­re­ago­wać. "Był szybki i miał świetny długi krok. Ro­bił ten pierw­szy krok i po­tem wy­kań­czał ak­cję. A je­śli pu­dło­wał, to kiedy już wy­lą­do­wał, po­tra­fił od­zy­skać piłkę i ją do­bić. Był w tym świetny. Bły­ska­wicz­nie po­tra­fił wzbić się z po­wro­tem w po­wie­trze".

Ry­wa­li­za­cja John­sona z Jayem Vin­cen­tem cią­gnęła się przez całą pod­sta­wówkę, ale po­tem w gim­na­zjum jej in­ten­syw­ność zma­lała, bo pulchny Vin­cent nie prze­bił się w siód­mej kla­sie do re­pre­zen­ta­cji gim­na­zjum, a po­tem prze­sie­dział ósmą klasę na ławce, pod­czas gdy Earvin pro­wa­dził dru­żynę Dwi­ght Rich do ko­lej­nych zwy­cięstw.

"Był ma­lut­kim chu­dziut­kim ko­le­siem, ale po­tem obaj na­bra­li­śmy ciała - wspo­mi­nał w 2019 roku Jay Vin­cent. - Tyle że on urósł i miał syl­we­tkę jak je­leń, a mimo to wciąż ko­zło­wał".

"Pa­mię­tam, jak lu­dzie mó­wili mi, że Earvin nie ma rzutu z dy­stansu i że na stu­diach bę­dzie mu to bar­dzo prze­szka­dzało - po­wie­dział kie­dyś Dick Ro­se­krans, który był tre­ne­rem John­sona w ostat­niej kla­sie gim­na­zjum i pierw­szej li­ceum. - Po­wiem wam jedno: chło­pak miał na­prawdę świetny rzut. Wi­dzia­łem to w siód­mej kla­sie. Kiedy mu­siał tra­fić, to tra­fiał".

Kiedy John­son był w gim­na­zjum, za­częły się już po­ja­wiać krót­kie ar­ty­kuły na jego te­mat w "Lan­sing State Jo­ur­nal", czym był oczy­wi­ście pod­eks­cy­to­wany. Ale dok­tor Tom Ja­mie­son, le­karz spor­towy pra­cu­jący w kilku szko­łach w oko­li­cach Lan­sing, po­wie­dział w 2019 roku, że nowo zdo­byta mi­ni­sława nie wpły­wała na jego po­stawę: "Kiedy go po­zna­łem, grał w Dwi­ght Rich, a ja pra­co­wa­łem tam jako le­karz dru­żyny. Z Earvi­nem faj­nie spę­dzało się czas, już w gim­na­zjum za­wsze za­cho­wy­wał się jak dżen­tel­men".

I rze­czy­wi­ście, John­son był dżen­tel­me­nem: kiedy Fox przy­pro­wa­dził na me­cze ósmo­kla­si­stów człon­ków ro­dziny, żeby po­mo­gli mu w wy­chwy­ty­wa­niu mło­dych ta­len­tów, chło­pak za­an­ga­żo­wał cały swój urok, sze­roko się uśmie­chał i ro­bił wszystko, by wy­wrzeć wra­że­nie na tre­ne­rze i jego bli­skich. Choć prze­cież w du­chu ro­biło mu się nie­do­brze na myśl, że miałby roz­po­cząć na­ukę w Eve­rett, i spę­dzał mnó­stwo czasu, za­sta­na­wia­jąc się, jak unik­nąć pój­ścia do szkoły, w któ­rej uczyli się głów­nie biali. Ale był jed­no­cze­śnie za­do­wo­lony i za­in­try­go­wany tym, że Fox po­święca mu aż tyle uwagi. Młody Earvin był już wtedy po­cząt­ku­ją­cym show­ma­nem. I bar­dzo pra­gnął tego za­in­te­re­so­wa­nia.

Na­wet kiedy był taki młody, nie po­zwa­lał na to, żeby emo­cje nim za­wład­nęły. I tak jak jego ro­dzice nie za­mie­rzał da­wać po so­bie po­znać, co tak na­prawdę my­śli.

Rozdział 4

TOBACCO ROAD

Tak, Earvin se­nior uwiel­biał pracę w fa­bryce Old­smo­bile'a, uwiel­biał przy­glą­dać się no­wiu­teń­kim sa­mo­cho­dom zjeż­dża­ją­cym z ta­śmy i wjeż­dża­ją­cym na au­to­stradę, uwiel­biał przy­cho­dzić do fa­bryki na nocną zmianę i wy­ko­ny­wać swoją pracę, dzięki któ­rej auta Old­smo­bile można było spo­tkać na każ­dym ame­ry­kań­skim pod­jeź­dzie. W końcu we­dług re­klam z lat 60. były to "we­hi­kuły ucieczki od co­dzien­no­ści". Ale tak na­prawdę to Earvin se­nior uwa­żał, że są gor­sze od in­nych sa­mo­cho­dów pro­du­ko­wa­nych przez Ge­ne­ral Mo­tors i od obiektu jego naj­więk­szych wes­tchnień - Bu­icka Elec­try 225, który był czę­sto okre­ślany czu­łym prze­zwi­skiem "Dwu­ićwierć­do­la­rówka".

Nie ma co się dzi­wić, że oj­ciec Ma­gica tak uwiel­biał elec­trę. W week­endy mył ją i wo­sko­wał w bla­sku mi­chi­gań­skiego słońca, trak­to­wał jak klej­noty ro­dzinne; co kilka lat wy­mie­niał star­szy mo­del na nowy, żeby wszystko było świeże i na cza­sie. Za­cho­wy­wał się pra­wie tak, jakby po­le­ro­wał pu­char mi­strzow­ski, i chyba tro­chę tak wła­śnie było, bio­rąc pod uwagę, ja­kie wy­siłki wkła­dał w to, żeby ro­dzina miała się w co ubrać, co jeść i ge­ne­ral­nie żeby po­dą­żała we wła­ści­wym kie­runku.

Ale naj­lep­sze w elec­trze było to, że miała plu­szowe sie­dze­nia. Były ab­so­lut­nie ko­nie­czne, kiedy wci­skali się tam wszy­scy John­so­no­wie (w tam­tych cza­sach nie wpro­wa­dzono jesz­cze prze­pi­sów na­ka­zu­ją­cych za­pi­na­nie pa­sów i jazdę w fo­te­li­kach, nie było też mi­ni­va­nów) i ru­szali na po­łu­dnie, w ro­dzinne strony, do Ka­ro­liny Pół­noc­nej albo Mis­si­sipi. Każdą taką po­dróż z jed­nej strony wy­peł­niała na­dzieja, a z dru­giej - mrok. I to­wa­rzy­szyło jej mnó­stwo opo­wie­ści o tym, jak dziwne jest ży­cie na Po­łu­dniu i ja­kim jest jed­no­cze­śnie cu­dem. Te uczu­cia po­tę­go­wało to, że za­trzy­my­wali się w wy­zna­czo­nych stre­fach pik­ni­ko­wych na par­kin­gach, bo nie chcieli ry­zy­ko­wać kło­po­tów i upo­ko­rze­nia wy­ni­ka­ją­cego z tego, że ktoś może od­mó­wić ob­słu­że­nia ich w re­stau­ra­cji.

Wy­glą­dało na to, że stare na­wyki, zro­dzone z ko­niecz­no­ści, nie chcą wcale odejść w za­po­mnie­nie.

Chri­stine na przy­kład lu­biła wspo­mi­nać, jak bę­dąc dziew­czynką, miała dwie su­kienki, które co drugi dzień mu­siała prać, żeby mieć co wło­żyć do szkoły. Albo że rano pra­co­wała w polu, a po­tem szła po­nad 6 ki­lo­me­trów na lek­cje. Żyli na ty­po­wej dzier­ża­wio­nej far­mie, na któ­rej sze­ścioro dzieci, ro­dzice i dzia­dek gnieź­dzili się w trzy­po­ko­jo­wym domku, bez ka­na­li­za­cji, bez wody bie­żą­cej i bez elek­trycz­no­ści. Do­piero po prze­pro­wadzce w ich ży­ciu po­ja­wiły się ta­kie no­wo­cze­sne udo­god­nie­nia.

Kiedy John­so­no­wie wy­jeż­dżali z dziećmi do Mis­si­sipi, Earvin se­nior dzie­lił się z ro­dziną wspo­mnie­niami z dzie­ciń­stwa. Gdy jego oj­ciec wy­je­chał, zo­sta­wiw­szy ro­dzinę pod opieką jego i brata, jako mło­dzi chłopcy mu­sieli zbie­rać ba­wełnę i ty­toń - pro­wa­dzili ży­cie ty­powe dla ro­bot­ni­ków rol­nych.

Młody Świe­tlik sie­dział czę­sto na przed­nim sie­dze­niu i roz­ma­wiał z pro­wa­dzą­cym sa­mo­chód oj­cem. Ra­zem z ro­dzeń­stwem chło­nęli wszystko, co opo­wia­dali im ro­dzice. Te wy­prawy na Po­łu­dnie były dla John­so­nów po­wro­tem do prze­szło­ści i szansą na wy­słu­cha­nie opo­wie­ści ro­dzin­nych i ode­bra­nie ży­cio­wych lek­cji, peł­nych ostrze­żeń i do­brych rad - zwłasz­cza do­ty­czą­cych tego, jak bar­dzo trzeba uwa­żać na bia­łych po­łu­dniow­ców, szcze­gól­nie z Mis­si­sipi. W końcu Earvin se­nior osią­gnął peł­no­let­niość tego lata, kiedy za­mor­do­wano tu Em­metta Tilla, na­sto­latka z Chi­cago, któ­rego je­dyną winą miało być to, że mru­gnął okiem do bia­łej ko­biety pra­cu­ją­cej w skle­pie i za­ini­cjo­wał z nią krótką roz­mowę. Tego sa­mego lata w tym sa­mym sta­nie miało miej­sce bru­talne za­bój­stwo dwóch far­me­rów - czar­no­skó­rych we­te­ra­nów wo­jen­nych - bo pró­bo­wali się za­re­je­stro­wać w ko­mi­sji, żeby wziąć udział w wy­bo­rach. Sprawcy tych mor­derstw nie zo­stali uka­rani.

W Mis­si­sipi co chwila do­cho­dziło do obrzy­dli­wych ak­tów prze­mocy na tle ra­si­stow­skim, ale w la­tach 50. Ame­ryka za­częła się bu­dzić i poj­mo­wać, że czas po­ło­żyć kres tym wszyst­kim kosz­mar­nym lin­czom i po­bi­ciom, któ­rych ofia­rami od lat pa­dali na Po­łu­dniu re­pre­zen­tanci czar­no­skó­rej po­pu­la­cji. Przez wiele dzie­się­cio­leci miesz­ka­jący tam Afro­ame­ry­ka­nie byli bez­silni wo­bec prze­mocy. Zszo­ko­wani i prze­ra­żeni po zlin­czo­wa­niu członka ro­dziny albo są­siada, mieli tylko je­den wy­bór - ucie­kać do domu, pła­kać w smutku i mo­dlić się. Tak wła­śnie przed­sta­wiła to Isa­bel Wil­ker­son w na­gro­dzo­nej Pu­lit­ze­rem książce The Warmth of Other Suns, gdzie opi­sała roz­pę­dza­jącą się wielką mi­gra­cję z pierw­szej po­łowy XX wieku, pod­czas któ­rej mi­liony czar­no­skó­rych uchodź­ców opu­ściły Po­łu­dnie.

John­so­no­wie, tak jak wiele in­nych osób, zma­gali się z tymi mrocz­nymi wid­mami prze­szło­ści w mniej­szych daw­kach. Opo­wia­dali o tym swoim dzie­ciom, ale ni­gdy nie za­głę­biali się w szcze­góły. A wspólne wy­prawy na Po­łu­dnie poza in­for­ma­cjami o daw­nej rze­czy­wi­sto­ści przy­wo­ły­wały też wspo­mnie­nia o ro­dzi­nach Earvina i Chri­stine, o ich ro­dzi­cach, dziad­kach i wielu in­nych krew­nych, któ­rzy po­tra­fili so­bie ja­koś ra­dzić w nie­wy­obra­żal­nych oko­licz­no­ściach.

W re­je­strach pu­blicz­nych można zna­leźć za­pisy się­ga­jące cza­sów nie­wol­nic­twa, zgod­nie z któ­rymi ro­dzina Chri­stine John­son za­miesz­ki­wała głów­nie te­reny wo­kół Tar­boro w hrab­stwie Ed­ge­combe w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej.

Roz­wój ko­szy­kar­ski John­sona w głów­nej mie­rze wy­ni­kał oczy­wi­ście z jego ta­lentu i de­ter­mi­na­cji. Ale ważna część jego suk­ce­sów była efek­tem cen­nych war­to­ści, które w jego ro­dzi­nie za­szcze­pili przod­ko­wie, lu­dzie o na­zwi­skach Jen­kins i Por­ter. Czy wręcz lu­dzie bez na­zwisk, któ­rzy nie prze­trwali w pa­mięci jego bli­skich.

Kim byli? Próba zna­le­zie­nia od­po­wie­dzi na to py­ta­nie pro­wa­dzi do od­kry­cia peł­nej nie­spo­dzia­nek sagi ro­dzin­nej. W więk­szo­ści byli to miesz­kańcy tej czę­ści Ka­ro­liny Pół­noc­nej, która w spor­to­wym żar­go­nie miała być w przy­szło­ści znana pod piesz­czo­tliwą na­zwą "To­bacco Road". Było to serce słyn­nej w świe­cie ko­szy­kówki uni­wer­sy­tec­kiej kon­fe­ren­cji Atlan­tic Co­ast. Ale To­bacco Road, którą znali przod­ko­wie John­sona, ozna­czała ży­cie, w któ­rym nic nie ko­ja­rzyło się ze spor­tem.

FEREBE

Pod­czas wiel­kiego kry­zysu, w ra­mach No­wego Ładu wpro­wa­dzo­nego przez ad­mi­ni­stra­cję pre­zy­denta Fran­klina De­lano Ro­ose­velta, za­trud­niano dzien­ni­ka­rzy, któ­rzy mieli je­chać na Po­łu­dnie i prze­pro­wa­dzać wy­wiady z by­łymi nie­wol­ni­kami na te­mat ich do­świad­czeń. W efek­cie świa­tło dnia uj­rzało wiele wspo­mnień o dłu­gich, cięż­kich dniach pracy w upale na po­lach opraw­ców. Przez fa­talną ja­kość po­ży­wie­nia wielu znie­wo­lo­nych mu­siało nocą kraść z oko­licz­nych farm ku­ku­ry­dzę, żeby za­pew­nić ro­dzi­nom prze­trwa­nie.

Wia­domo, że te re­la­cje są praw­dziwe, bo w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej i w in­nych po­łu­dnio­wych sta­nach wpro­wa­dzono re­gu­la­cje prawne, zgod­nie z któ­rymi je­śli wła­ści­ciele wy­ko­rzy­sty­wali i źle kar­mili swo­ich nie­wol­ni­ków, a ci zo­stali po­tem przy­ła­pani na kra­dzieży ku­ku­ry­dzy, to wła­śnie ich oprawcy mu­sieli po­kryć straty i za­pła­cić grzywnę.

Trak­to­wa­nie znie­wo­lo­nych lu­dzi po­maga zro­zu­mieć starą mak­symę opi­su­jącą re­la­cje ra­sowe w Ame­ryce: zde­spe­ro­wani lu­dzie są zmu­szeni do de­spe­rac­kich dzia­łań.

Gor­sze na­wet od głodu było to, że wła­ści­ciele nie­rzadko wy­ko­rzy­sty­wali dzieci nie­wol­ni­ków. Czę­sto gwał­cili ko­biety, zmu­sza­jąc je póź­niej do ro­dze­nia dzieci, lub uwa­żali ro­dzone przez nie dzieci za swoje. Taka od­ra­ża­jąca prak­tyka była nie­stety po­wszechna.

Z do­ku­men­tów wy­nika, że pra­pra­pra­pra­bab­cią Ma­gica John­sona była nie­wol­nica, nie­jaka Fe­rebe. Jej nie­zwy­kłe imię po­ja­wia się na li­ście 250 nie­wol­ni­ków, któ­rzy w 1854 roku byli wła­sno­ścią wpły­wo­wego w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej Ja­mesa Smi­tha Bat­tle'a. Był on wła­ści­cie­lem wielu plan­ta­cji, w tym Cool Spring Plan­ta­tion.

W zbio­rach do­ku­men­tów z Ka­ro­liny Pół­noc­nej znaj­du­jemy też wzmiankę o nie­wol­nicy o imie­niu Fe­rebe, która miesz­kała na wy­brzeżu. Około Bo­żego Na­ro­dze­nia 1795 roku zo­stała opi­sana w lo­kal­nej ga­ze­cie jako zbieg.

To pro­wa­dzi nas do klu­czo­wego i in­try­gu­ją­cego py­ta­nia, na które trudno zna­leźć od­po­wiedź. Czy ucie­ki­nie­rka z 1795 roku była przod­ki­nią Ma­gica John­sona? Je­śli tak, to mu­siała być kimś nie­złom­nym, ob­da­rzo­nym wiel­kim du­chem. Ze źró­deł z tam­tych cza­sów do­wia­du­jemy się, że wła­ści­ciel za­gro­ził tej pierw­szej Fe­rebe cięż­kim po­bi­ciem. Jej re­ak­cja była sta­now­cza i pełna obu­rze­nia - oświad­czyła, że się nie podda i nie da się za­stra­szyć. A kiedy oprawca pró­bo­wał zre­ali­zo­wać swoją groźbę, obez­wład­niła go i sama po­biła, za­da­jąc mu po­ważne ob­ra­że­nia. W końcu za­czął krzy­czeć, wzy­wa­jąc po­moc.

Czy Fe­rebe, która 60 lat póź­niej była nie­wol­nicą Ja­mesa Smi­tha Bat­tle'a, była z nią spo­krew­niona?

Do­ku­menty do­ty­czące nie­wol­nic­twa są bar­dzo trudne do zdo­by­cia. Ale wy­nika z nich, że pra­bab­cia John­sona w czwar­tym po­ko­le­niu, która miała to samo nie­ty­powe imię, miesz­kała w Cool Spring, w domu Ja­mesa Smi­tha Bat­tle'a.

"Moje pierw­sze wspo­mnie­nia łą­czą się z za­cie­nio­nym za­gaj­ni­kiem koło domu w Cool Spring i sze­ro­kimi po­ły­sku­ją­cymi po­lami ba­wełny roz­po­ście­ra­ją­cymi się wszę­dzie tam, gdzie się­gał mój wzrok" - wspo­mi­nał w swo­ich pa­mięt­ni­kach ży­cie wie­lo­po­ko­le­nio­wej za­moż­nej ro­dziny Bat­tle'ów z Ka­ro­liny Pół­noc­nej Geo­rge Gor­don Bat­tle.

Z do­ku­men­tów ja­sno wy­nika rów­nież to, że pra­pra­pra­dziad­ko­wie Ma­gica John­sona ze strony matki uro­dzili się jako nie­wol­nicy w cięż­kich i nie­spo­koj­nych la­tach 30. XIX wieku. Jed­nego z pra­pra­pra­dziad­ków John­sona, Wil­lisa Sta­tona, uro­dziła w 1834 roku Fe­rebe. Za­raz po przyj­ściu na świat stał się wła­sno­ścią Bat­tle'a.

Do­ku­menty su­ge­rują, że ko­lejny pra­pra­pra­dzia­dek Ma­gica, Ben Jen­kins, także wy­cho­wał się w Cool Spring albo w jego bli­skiej oko­licy. Plan­ta­cja ta po­ło­żona była mniej wię­cej w po­ło­wie drogi po­mię­dzy Tar­boro a Rocky Mo­unt.

Ro­dzina Bat­tle'ów po­sia­dała wiele farm i plan­ta­cji w oko­licy: Ca­li­for­nia, Wal­nut Creek, Pe­nelo, Shell Bank czy Elm Grove. Ale to Cool Spring była główną sie­dzibą Ja­mesa Smi­tha Bat­tle'a. Im­po­no­wała roz­mia­rami, a w jej cen­trum znaj­do­wał się ele­gancki główny dwór z mar­mu­ro­wym egip­skim ko­min­kiem. Pra­co­wało tam wielu wy­soko wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych ro­bot­ni­ków i ro­bot­nic - wśród nich było pew­nie wielu przod­ków Ma­gica John­sona: prządki, tkaczki, kraw­cowe, cie­śle, mu­ra­rze - wielu nie­wol­ni­ków, dzięki któ­rym Bat­tle był "sa­mo­wy­star­czalny". Ręcz­nie wy­twa­rzali wszyst­kie ubra­nia, wozy to­wa­rowe, fur­manki, na­rzę­dzia rol­ni­cze, prak­tycz­nie wszystko, co było ich "pa­nom" po­trzebne do ży­cia. Ży­cia na plan­ta­cji, opi­sy­wa­nego w do­ku­men­tach z tam­tych cza­sów jako "piękne" i "przy­jemne".

W tych sa­mych do­ku­men­tach mo­żemy prze­czy­tać, że ko­biety z ro­dziny Bat­tle'ów uczyły się go­to­wać od czar­nych nie­wol­nic. Plan­ta­cja była rów­nież znana jako miej­sce, w któ­rym można po­słu­chać do­brej mu­zyki na żywo i pra­wie każ­dego wie­czoru or­ga­ni­zo­wana jest za­bawa. Za za­pew­nie­nie mu­zyki od­po­wie­dzialni byli oczy­wi­ście także nie­wol­nicy.

W swo­ich wspo­mnie­niach Geo­rge Gor­don Bat­tle, wnuk Ja­mesa Smi­tha Bat­tle'a, nie kryje, ja­kim złem było nie­wol­nic­two. Ale jed­no­cze­śnie z czu­ło­ścią i dba­ło­ścią o de­tale opi­suje ży­cie na plan­ta­cji, przed­sta­wia­jąc ją jako miej­sce, gdzie nie­wol­nicy mieli być rze­komo dumni, przy­stojni i szczę­śliwi, praw­do­po­dob­nie na po­do­bień­stwo sa­mych Bat­tle'ów.

Bez­czelne wspo­mi­na­nie han­dlu ludźmi jako fun­da­mentu ro­man­tycz­nej epoki może je­dy­nie po­twier­dzić zimną i bez­względną tezę, że ku­po­wa­nie i sprze­da­wa­nie nie­wol­ni­ków było in­te­gralną czę­ścią toż­sa­mo­ści ary­sto­kra­cji Po­łu­dnia. W okre­sie naj­więk­szej pro­spe­rity w Cool Spring miesz­kało od 400 do 500 znie­wo­lo­nych. Geo­rge Gor­don Bat­tle sza­cuje, że byli to człon­ko­wie około 40 ro­dzin.

Ale sta­ty­styki z tam­tego okresu su­ge­rują coś znacz­nie gor­szego. Z do­ku­men­tów wy­nika, że war­tość do­ro­słego nie­wol­nika wy­no­siła od 500 do 800 do­la­rów, co było ogromną sumą, zwłasz­cza je­śli po­rów­namy to z ceną ziemi, która wy­no­siła od 25 do 50 cen­tów, cza­sem jed­nego do­lara za akr5. A to ozna­czało, że ży­cie nie­wol­nika było warte ty­siące akrów ziemi. Te dane ja­sno po­ka­zują, że to wła­śnie pra­cu­jący na ziemi nie­wol­nicy spra­wiali, że sta­wała się ona war­to­ściowa. Z tych wy­li­czeń wy­nika rów­nież, że nie­wol­nic­two było klu­czowe dla go­spo­darki Po­łu­dnia i sta­no­wiło źró­dło for­tuny wła­ści­cieli. Z każ­dym ko­lej­nym dziec­kiem nie­wol­ni­ków, przy­cho­dzą­cym na świat, war­tość ma­jątku ro­sła.

Taki sys­tem bły­ska­wicz­nie po­głę­bił nie­spra­wie­dli­wość w spo­łe­czeń­stwie, które od po­czątku było prze­siąk­nięte ko­rup­cją. Zysk, jaki przy­no­sili nie­wol­nicy, przy­czy­nił się do ogrom­nego wzro­stu ich liczby w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej. Dane ze spi­sów po­wszech­nych wska­zują, że w 1790 roku miesz­kało tu pięć ty­sięcy nie­wol­ni­ków, a w la­tach 30. XIX wieku ich liczba wzro­sła do po­nad 200 ty­sięcy. Tak dy­na­miczny przy­rost po­pu­la­cji nie­wol­ni­czej pro­wa­dził do mnó­stwa pro­ble­mów w okre­sie, w któ­rym na świat przy­szła Fe­rebe, a po­tem jej sy­nek.

Ja­mes Smith Bat­tle był znany i bo­gaty. Nie­ustan­nie po­szu­ki­wał spo­so­bów na to, żeby zwięk­szyć roz­miar swo­jej ziemi i liczbę nie­wol­ni­ków. Oprócz plan­ta­cji w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej Bat­tle i jego krewni byli też wła­ści­cie­lami ty­sięcy akrów i ogrom­nych plan­ta­cji na Flo­ry­dzie i w Mis­si­sipi. Aby to wszystko ob­słu­żyć, po­trze­bo­wali ko­lej­nych se­tek nie­wol­ni­ków.

Ja­mes był po­sta­cią pełną sprzecz­no­ści. Gdy w la­tach 30. je­den z jego nie­wol­ni­ków za­bił bia­łego nad­zorcę, Bat­tle był prze­ko­nany, że było to dzia­ła­nie w sa­mo­obro­nie. Za­trud­nił dwóch praw­ni­ków, aby wnie­śli ape­la­cję do Sądu Naj­wyż­szego i po­mo­gli nie­wol­ni­kowi unik­nąć kary śmieci. Sprawa do­tarła aż do Sądu Naj­wyż­szego, a Bat­tle osta­tecz­nie od­niósł zwy­cię­stwo i do­pro­wa­dził tym sa­mym do pre­ce­densu praw­nego. Zdaje się, że ni­gdy wcze­śniej nie­wol­nik nie zo­stał unie­win­niony po za­bi­ciu bia­łego. Sława i dra­ma­tyczne zwroty ak­cji były naj­wy­raź­niej pi­sane już przod­kom Ma­gica John­sona.

We­dług róż­nych do­ku­men­tów są­do­wych Bat­tle wy­dał na pro­ces po­nad ty­siąc do­la­rów, co było jak na tamte czasy kwotą astro­no­miczną.

Fi­la­rem nie­wol­nic­twa było prawo, które da­wało wła­ści­cie­lom pełną kon­trolę nad na­le­żą­cymi do nich ludźmi. Ten sys­tem za­chwiał się w po­sa­dach, kiedy Sąd Naj­wyż­szy Ka­ro­liny Pół­noc­nej unie­waż­nił wy­rok śmierci wy­dany na nie­wol­nika. Uznał go je­dy­nie za win­nego za­bój­stwa i ode­słał z po­wro­tem do Cool Spring.

Sprawa, która prze­szła do hi­sto­rii jako pre­ce­dens Stany Zjed­no­czone prze­ciwko Man­nowi, była ka­mie­niem mi­lo­wym w kształ­to­wa­niu praw nie­wol­ni­ków. Była to pierw­sza sprawa są­dowa, która w ja­kiej­kol­wiek for­mie przy­zna­wała im prawa czło­wieka, jed­no­cze­śnie ogra­ni­cza­jąc przy­wi­leje ich opraw­ców. Jak za­zna­czyli Jo­seph K. Tur­ner i John Brid­gers w hi­sto­rii hrab­stwa Ed­ge­combe opu­bli­ko­wa­nej w 1920 roku, de­cy­zja ta ozna­czała, że "czarni i biali byli te­raz trak­to­wani przez prawo w równy spo­sób".

Wy­rok sądu na­tych­miast wy­wo­łał pełne obu­rze­nia re­ak­cje. "Sprawa ta miała miej­sce tuż po po­wsta­niu nie­wol­ni­ków pod wo­dzą Nata Tur­nera w hrab­stwie So­uthamp­ton w Wir­gi­nii, pod­czas któ­rego za­bi­tych zo­stało wielu bia­łych - pi­sał po­tem Geo­rge Gor­don Bat­tle. - W na­tu­ralny spo­sób wy­wo­łało to nie­po­kój wśród wła­ści­cieli nie­wol­ni­ków. Mój oj­ciec spo­tkał się z ostrą kry­tyką ze strony przy­ja­ciół i są­sia­dów za obronę nie­wol­nika, który nie­wąt­pli­wie za­bił swo­jego nad­zorcę".

Trzeba też pa­mię­tać, jak skom­pli­ko­wane były re­alia ży­cia na far­mie w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej w la­tach 30. XIX wieku, na­zna­czone echami in­for­ma­cji o po­wsta­niu Nata Tur­nera w Wir­gi­nii w 1831 roku. Zgi­nęło wtedy wielu lu­dzi, a po­wsta­nie stwo­rzyło at­mos­ferę prze­ra­że­nia nie tylko u bia­łych za­miesz­ku­ją­cych są­sia­du­jącą z Wir­gi­nią Ka­ro­linę Pół­nocną, ale na ca­łym Po­łu­dniu.

Da­vid Do­dge, biały dzien­ni­karz, który miesz­kał na te­re­nach Ka­ro­liny, gdzie żyli przod­ko­wie John­sona, opu­bli­ko­wał w 1886 roku ar­ty­kuł w "The Atlan­tic". Po­świę­cił go tam­tym cza­som oraz wpły­wowi, jaki re­ak­cja na po­wsta­nie Nata Tur­nera wy­warła na wzrost stra­chu bia­łej po­pu­la­cji i akty prze­mocy, które od­ci­snęły dłu­go­trwałe piętno na re­la­cjach ra­so­wych w Ame­ryce.

Do­dge, który do­brze się orien­to­wał w re­aliach ży­cia wła­ści­cieli nie­wol­ni­ków, pi­sał, że byli oni od dawna uwa­żani za "nad­mier­nie po­dejrz­li­wych i skłon­nych do pa­niki". Wska­zy­wał, że ich lęk do­pro­wa­dził do wy­jąt­kowo ry­go­ry­stycz­nego okresu w pra­wo­daw­stwie i bar­ba­rzyń­skich kar. "Na­wet naj­drob­niej­sze prze­wi­nie­nia były ka­rane chło­stą, wy­pa­la­niem zna­mion na ciele, oka­le­cze­niami i wie­sza­niem" - pi­sał.

Hi­sto­rycy pi­szą, że w la­tach 30. w oko­li­cach Tar­boro za­częły dzia­łać re­gu­larne pa­trole oby­wa­tel­skie i bo­jówki. No­cami prze­trzą­sały one domy nie­wol­ni­ków w po­szu­ki­wa­niu ukry­tej broni oraz in­nych za­ka­za­nych przed­mio­tów, a na­wet ku­ku­ry­dzy. A w środku tego ca­łego kosz­maru znaj­do­wali się Bat­tle'owie, któ­rzy po­śród pa­nu­ją­cych wów­czas lę­ków i na­pięć wy­wo­ły­wali sporo kon­tro­wer­sji. Ci sami Bat­tle'owie, któ­rzy mieli wpływ na ży­cie przod­ków Ma­gica John­sona.

Poza dzia­łal­no­ścią rol­ni­czą Ja­mes Smith Bat­tle an­ga­żo­wał się rów­nież w bu­dowę ko­lei. I nie miał szcze­gól­nych opo­rów mo­ral­nych przed wy­ko­rzy­sta­niem 150 swo­ich nie­wol­ni­ków do prac nad wy­ty­cze­niem i bu­dową to­rów ko­le­jo­wych w skraj­nie trud­nych wa­run­kach. Wszystko wska­zuje na to, że co naj­mniej je­den przo­dek Ma­gica John­sona - o ile nie było ich wię­cej - pra­co­wał przy bu­do­wie ko­lei Wil­ming­ton and We­ldon.

W tam­tych cza­sach w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej ist­niały sądy dla nie­wol­ni­ków. Usta­no­wiono je głów­nie z my­ślą o zwra­ca­niu wła­ści­cie­lom od­szko­do­wań za wy­padki czy roz­strzy­ga­niu spo­rów fi­nan­so­wych, w któ­rych uczest­ni­czyli znie­wo­leni. Ale ta­kie sądy roz­pa­try­wały rów­nież sprawy kry­mi­na­lne pro­wa­dzone prze­ciwko nim. W pew­nych oko­licz­no­ściach mo­gły im na­wet przy­znać wol­ność w na­grodę za lata wier­nej służby. To po­maga zro­zu­mieć, dla­czego spisy lud­no­ści Ka­ro­liny Pół­noc­nej z lat 60. XIX wieku wska­zują na ist­nie­nie spo­rej po­pu­la­cji "wol­nych" Afro­ame­ry­ka­nów, sza­co­wa­nej na około 30 ty­sięcy osób.

Na­pię­cie po­mię­dzy białą spo­łecz­no­ścią a Bat­tle'ami wciąż ro­sło, a wkrótce miało się jesz­cze do­dat­kowo na­si­lić. Bat­tle'owie byli ludźmi głę­boko wie­rzą­cymi, więk­szość z nich była bap­ty­stami, ale po za­war­ciu mał­żeństw nie­któ­rzy prze­szli na an­gli­ka­nizm i wkrótce za­częli or­ga­ni­zo­wać w Cool Spring na­bo­żeń­stwa dla nie­wol­ni­ków. Ta­kie prak­tyki nie były ni­czym nie­zwy­kłym, choć prawo za­bra­niało nie­wol­ni­kom na­uki czy­ta­nia i gło­sze­nia ka­zań.

Inną za­uwa­żalną zmianą zwią­zaną z lę­kami bia­łej po­pu­la­cji, któ­rej ślady można od­na­leźć w ar­chi­wach, jest to, że w la­tach 30. na więk­szo­ści te­re­nów Ka­ro­liny Pół­noc­nej biali za­częli nie­ocze­ki­wa­nie za­pra­szać za­równo nie­wol­ni­ków, jak i wol­nych czar­no­skó­rych na wspólne mo­dli­twy. Można by po­my­śleć, że to oznaka po­stępu - biali mieli za­chę­cać Afro­ame­ry­ka­nów do słu­cha­nia ka­zań wy­gła­sza­nych przez bia­łych pa­sto­rów. Z pew­no­ścią było to kro­kiem na­przód wzglę­dem sy­tu­acji sprzed 30 lat przed wojną se­ce­syjną, kiedy - jak wska­zują ów­cze­sne do­ku­menty ko­ścielne - wielu czar­no­skó­rych od­cho­dziło od wiary.

Hi­sto­rycy jed­nak pod­kre­ślają, że ka­za­nia gło­szone w tam­tych cza­sach przez bia­łych pa­sto­rów kła­dły na­cisk na to, że nie­wol­nicy po­winni być lo­jalni wo­bec swo­ich pa­nów.

Klu­czowy mo­ment dla hi­sto­rii ro­dziny Ma­gica John­sona miał o dziwo miej­sce wła­śnie w la­tach 30. XIX wieku. Był to okres pe­łen na­pię­cia i nie­po­koju. W tym cza­sie 24-letni wów­czas Amos Bat­tle, bli­ski krewny Ja­mesa Smi­tha Bat­tle'a, wy­je­chał konno ze swo­jej plan­ta­cji znaj­du­ją­cej się w po­bliżu Cool Spring i udał się na Flo­rydę. W ciągu trzech ty­go­dni pla­no­wał od­wie­dzić inne ro­dzinne plan­ta­cje.

Pod­czas po­dróży przez Geo­r­gię Amos Bat­tle miał się za­trzy­mać na na­bo­żeń­stwie w pew­nym wiej­skim ko­ściele, gdzie ka­za­nie wy­gła­szał pa­stor z Mi­sjo­na­rzy Bap­ty­stów. W owym cza­sie ten kon­kretny Ko­ściół wy­róż­niał się na Po­łu­dniu, po­nie­waż był znany ze zde­cy­do­wa­nego sprze­ciwu wo­bec nie­wol­nic­twa. To, co Amos tam­tego dnia usły­szał, wy­wró­ciło do góry no­gami jego świa­to­po­gląd i mo­ralne prze­ko­na­nia. Kiedy po kilku ty­go­dniach wra­cał ze swo­jej plan­ta­cji na Flo­ry­dzie, po­do­bno znów od­wie­dził tę świą­ty­nię. Przy­jął tam chrzest, a w póź­niej­szym cza­sie zo­stał pa­sto­rem i za­czął gło­sić na­uki tej wiary.

Amos Bat­tle był czło­wie­kiem po­tęż­nym i bo­ga­tym i szybko stał się zna­czą­cym dzia­ła­czem w śro­do­wi­sku mi­sjo­na­rzy bap­ty­stów. Około 1834 roku zor­ga­ni­zo­wał ich kon­fe­ren­cję w Tar­boro. Wy­wo­łało to nie­za­do­wo­le­nie bia­łych miesz­kań­ców, co za­owo­co­wało ar­ty­ku­łem opu­bli­ko­wa­nym w lo­kal­nej ga­ze­cie. Bat­tle zo­stał w nim na­zwany "fa­na­ty­kiem", który pro­pa­guje nową wiarę prze­ciwną nie­wol­nic­twu.

Z cza­sem na­uki mi­sjo­na­rzy bap­ty­stów zy­skały po­pu­lar­ność wśród wielu Afro­ame­ry­ka­nów, w tym wcze­snych po­ko­leń ro­dziny Ma­gica John­sona. Po­dob­nie było z in­nymi odła­mami Ko­ścioła bap­ty­stycz­nego, które zy­ski­wały na zna­cze­niu w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej. Tym­cza­sem Amos Bat­tle zo­stał głów­nym dar­czyńcą Wake Fo­rest Uni­ver­sity. Mimo że był czło­wie­kiem o sil­nych prze­ko­na­niach mo­ral­nych, nie­któ­rzy hi­sto­rycy za­uwa­żają pewne sprzecz­no­ści w jego po­sta­wie. Z do­ku­men­tów ar­chi­wal­nych wy­nika, że jego żona do końca ży­cia była wła­ści­cielką kil­ku­na­stu nie­wol­ni­ków. To świad­czy o tym, że na­wet naj­sil­niej­sze prze­ko­na­nia mo­ralne mogą nie wy­trzy­mać zde­rze­nia z po­ku­sami ła­twego bo­gac­twa i luk­susu, które można osią­gnąć kosz­tem in­nych.

JENKINS

To, że jed­nym z przod­ków Ma­gica John­sona, który ni­czym koń wy­ści­gowy uga­niał się po ko­szy­kar­skim par­kie­cie, był sier­żant ka­wa­le­rii, wy­daje się nie­mal po­etyc­kim zbie­giem oko­licz­no­ści.

Ben Jen­kins, ko­lejny przo­dek John­sona uro­dzony w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej, wal­czył w woj­nie se­ce­syj­nej w ar­mii Pół­nocy. Jego na­zwi­sko fi­gu­ruje w do­ku­men­tach - w 1863 roku słu­żył jako sier­żant w ar­mii Unii w pierw­szej bry­ga­dzie ka­wa­le­rii skła­da­ją­cej się z żoł­nie­rzy afro­ame­ry­kań­skich (First Co­lo­red Ca­valry).

Po­ja­wia­jący się w ar­chi­wach woj­sko­wych Ben Jen­kins uro­dził się w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej w po­ło­wie lat 30. W ak­tach nie ma wzmianki o żad­nym in­nym Be­nie Jen­kin­sie, więc można za­ło­żyć, że mowa o tej sa­mej oso­bie. Ro­dzi się jed­nak py­ta­nie: jak to moż­liwe, że Ben Jen­kins, który pra­co­wał na plan­ta­cji lub w jej oko­licy na far­mach Bat­tle'ów, zna­lazł się w sze­re­gach ar­mii? Prze­cież Bat­tle'owie w swo­ich li­stach i wspo­mnie­niach de­kla­ro­wali, że pod­czas wojny ich nie­wol­nicy byli wo­bec nich bar­dzo lo­jalni, mimo że na ich far­mach pro­du­ko­wane były to­wary dla Kon­fe­de­ra­cji.

Jed­nym z moż­li­wych wy­ja­śnień jest to, że twier­dze­nia Bat­tle'ów były nie­praw­dziwe. Już w 1863 roku ar­mia Unii prze­pro­wa­dzała rajdy na Ka­ro­linę Pół­nocną. Ich ce­lem było wy­zwa­la­nie nie­wol­ni­ków i wer­bo­wa­nie ich do walki w sze­re­gach Unii. Hi­sto­rycy wska­zują, że wielu nie­wol­ni­ków wy­je­chało z oko­lic Tar­boro po Pro­kla­ma­cji eman­cy­pa­cji wy­da­nej przez Lin­colna 1 stycz­nia 1863 roku, a na­stęp­nie wstą­piło do wojsk Pół­nocy. Sza­cuje się, że słu­żyło w nich pod­czas wojny se­ce­syj­nej około 200 ty­sięcy Afro­ame­ry­ka­nów w róż­nych funk­cjach. Eks­perci zgod­nie przy­znają, że ich wkład był klu­czowy dla osta­tecz­nego zwy­cię­stwa.

Z akt wy­nika, że Ben Jen­kins wstą­pił do ar­mii w Fort Mon­roe w Wir­gi­nii w grud­niu 1863 roku. Jed­nostki zło­żone z "ko­lo­ro­wych" były for­mo­wane w pie­cho­cie, ar­ty­le­rii, a na­wet w ma­ry­narce, ale skoro Jen­kins za­cią­gnął się do ka­wa­le­rii, mu­siał do­brze jeź­dzić konno. Zde­cy­do­wana więk­szość ofi­ce­rów w "ko­lo­ro­wych jed­nost­kach" była biała. Osią­gnię­cie przez Jen­kinsa stop­nia sier­żanta ozna­czało, że stał się jed­nym z naj­wyż­szych rangą czar­no­skó­rych bio­rą­cych udział w woj­nie.

Fre­de­rick Browne, biały pod­po­rucz­nik słu­żący w ka­wa­le­rii, opo­wiada w swo­ich wspo­mnie­niach, że pierw­sza bry­gada ka­wa­le­rii zło­żona z żoł­nie­rzy afro­ame­ry­kań­skich "in­ten­syw­nie się szko­liła" do maja 1864 roku. Na­stęp­nie jed­nostka zo­stała wcią­gnięta do głów­nego te­atru dzia­łań wo­jen­nych, gdy Unia dą­żyła do osią­gnię­cia prze­wagi w krwa­wym kon­flik­cie, trwa­ją­cym już wów­czas trzy lata.

Hi­sto­ria First Co­lo­red Ca­valry, udo­ku­men­to­wana za­równo w ak­tach wo­jen­nych, jak i we wspo­mnie­niach Browne'a, po­ka­zuje, że pod­czas 15 mie­sięcy ist­nie­nia jed­nostka od­no­siła zna­czące suk­cesy w dzia­ła­niach wo­jen­nych w Wir­gi­nii i w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej. An­ga­żo­wała wroga w róż­no­rodne po­tyczki i więk­sze bi­twy, jed­no­cze­śnie do­świad­cza­jąc po­waż­nych strat. W swo­ich re­la­cjach Browne opi­suje, jak jed­nostki ka­wa­le­rii mu­siały cza­sem spę­dzać 24 go­dziny z rzędu na ko­niach.

Po osta­tecz­nym zwy­cię­stwie ar­mii Unii w Ap­po­mat­tox w Wir­gi­nii w kwiet­niu 1865 roku różne jed­nostki zło­żone z żoł­nie­rzy afro­ame­ry­kań­skich zo­stały po­łą­czone w je­den więk­szy od­dział. Zo­stał on skie­ro­wany do Tek­sasu, gdzie na gra­nicy po­ja­wiało się za­gro­że­nie ze strony wspie­ra­nego przez Fran­cu­zów ce­sa­rza Mak­sy­mi­liana z Mek­syku.

W czerwcu jed­nostki czar­no­skó­rych żoł­nie­rzy zo­stały prze­trans­por­to­wane pa­row­cami wzdłuż rzeki Ja­mes, na po­łu­dnie od Rich­mond w Wir­gi­nii. Wśród od­dzia­łów szybko roz­nio­sła się plotka, że skie­rują ich do Tek­sasu, żeby zbie­rali ba­wełnę. Miało to na celu spłatę ogrom­nego długu, który Stany Zjed­no­czone mu­siały za­cią­gnąć pod­czas kon­fliktu wo­jen­nego.

Browne wspo­mina, że ofi­ce­ro­wie usi­ło­wali uspo­koić swoje od­działy, za­pew­nia­jąc, że plotki są nie­praw­dziwe. Ale cały kon­flikt dał czar­nym żoł­nie­rzom wiele po­wo­dów, żeby czuć nie­uf­ność. Do­świad­cze­nia wo­jenne spra­wiały, że zna­leźli się mię­dzy mło­tem i ko­wa­dłem - z jed­nej strony ar­mia fe­de­ralna, która nie kryła do nich nie­chęci, z dru­giej ar­mia kon­fe­de­ra­tów, któ­rzy uwa­żali ich za zdraj­ców i stra­szyli eg­ze­ku­cją po ich schwy­ta­niu.

Afro­ame­ry­ka­nie otrzy­my­wali żołd o po­łowę niż­szy, mieli do dys­po­zy­cji gor­szy sprzęt niż biali i czę­sto do­świad­czali z ich strony lek­ce­wa­że­nia, więc wielu z nich czuło roz­go­ry­cze­nie.

Nie­po­kój pa­nu­jący wśród żoł­nie­rzy na pa­row­cach pły­ną­cych do Tek­sasu był pod­czas pierw­szej nocy tak silny, że ran­kiem na­stęp­nego dnia ofi­ce­ro­wie po­sta­no­wili za­cu­mo­wać statki w Fort Mon­roe. Woj­ska zo­stały wy­pro­wa­dzone na brzeg, zgro­ma­dzone na plaży w sze­regu, a na­stęp­nie po­pro­szone o zło­że­nie broni.

Browne opi­sał po­tem te chwile jako pełne na­pię­cia. Mimo po­cząt­ko­wego wa­ha­nia ze strony nie­któ­rych żoł­nie­rzy wszy­scy osta­tecz­nie pod­po­rząd­ko­wali się roz­ka­zom.

Ale na­pię­cie nie opa­dło. Na­stęp­nej nocy na jed­nym z pa­row­ców pły­ną­cych do Tek­sasu do­szło do buntu. Je­den z ofi­ce­rów za­strze­lił przy­wódcę re­be­lian­tów.

Bunt zo­stał szybko stłu­miony. Pa­rowce kon­ty­nu­owały po­dróż, do­pły­wa­jąc naj­pierw do rzeki Mis­si­sipi, po­tem do Bra­zos San­tiago w Tek­sa­sie, przy gra­nicy z Mek­sy­kiem. Jak re­la­cjo­nuje Browne, czar­no­skóre od­działy zo­stały tam obar­czone trud­nym za­da­niem roz­ła­dunku wszyst­kich stat­ków oraz pil­no­wa­niem gra­nicy przed ewen­tu­al­nym ata­kiem ze strony Mek­syku.

Po za­koń­cze­niu roz­ła­dunku afro­ame­ry­kań­skim żoł­nie­rzom zle­cono po­sta­wie­nie obozu, od­dzie­lo­nego od obozu bia­łych. Te­ren, na któ­rym mieli go roz­bić, był ba­gni­sty, opi­sy­wano go jako "ma­la­ryczny" i "za­po­mniany przez Boga". Po pew­nym cza­sie za­częły na­pły­wać po­nure do­nie­sie­nia o wy­bu­chu epi­de­mii wśród od­dzia­łów czar­no­skó­rych. W do­ku­men­tach można zna­leźć ra­porty le­kar­skie, mó­wiące o "strasz­nej cho­ro­bie, która sze­rzy się wśród żoł­nie­rzy... i o wy­so­kiej licz­bie zgo­nów". Sy­tu­ację po­gar­szało od­da­le­nie obozu od wszel­kich źró­deł ewen­tu­al­nej po­mocy, a także brak le­ków i wy­kwa­li­fi­ko­wa­nego per­so­nelu me­dycz­nego, który mógłby le­czyć cho­rych. Sier­żant Ben Jen­kins ja­kimś cu­dem to wszystko prze­trwał, bę­dąc świad­kiem wielu ha­nieb­nych upo­ko­rzeń do­świad­cza­nych przez pierw­sze w hi­sto­rii Sta­nów afro­ame­ry­kań­skie od­działy woj­skowe.

Z do­ku­men­tów wy­nika, że Jen­kins i inni afro­ame­ry­kań­scy żoł­nie­rze zo­stali osta­tecz­nie zwol­nieni ze służby w Tek­sa­sie rok po za­koń­cze­niu wojny, w lu­tym 1866 roku.

We­dług da­nych ze spisu po­wszech­nego z 1870 roku Ben Jen­kins po­wró­cił do Ka­ro­liny Pół­noc­nej i pod­jął je­dyną pracę do­stępną w tam­tych cza­sach dla mi­lio­nów czar­no­skó­rych męż­czyzn na Po­łu­dniu - zo­stał dzier­żawcą ziemi upraw­nej. Afro­ame­ry­ka­nie czę­sto mu­sieli pra­co­wać obok bia­łych, któ­rzy wcze­śniej słu­żyli w sze­re­gach Kon­fe­de­ra­cji.

Ben Jen­kins i jego żona Gra­cie wy­cho­wy­wali na swo­jej far­mie liczną ro­dzinę. Jed­nym z ich dzieci był Jo­seph, przy­szły pra­pra­dzia­dek Ma­gica John­sona. Jego córka Ar­sena Jen­kins, znana rów­nież jako "Sena", po­ślu­biła męż­czy­znę o na­zwi­sku Glass. Ale jej pierw­sze dziecko, Mary Della, przy­szła bab­cia Ma­gica John­sona, była z nie­zna­nych po­wo­dów przy­wią­zana do na­zwi­ska pa­nień­skiego matki. Świad­czy o tym fakt, że po za­war­ciu mał­żeń­stwa przy­jęła na­zwi­sko Mary Della Jen­kins Por­ter.

SENATOR

Ben i Gra­cie Jen­kin­so­wie mieli córkę, Ellę. Uro­dziła się w 1867 roku i była cio­teczną pra­bab­cią Ma­gica John­sona. W 1891 roku wy­szła za mąż za zna­mie­ni­tego se­na­tora, dzięki czemu przod­ko­wie John­sona osią­gnęli coś, o czym ni­gdy nie ma­rzyli - po­smak wła­dzy po­li­tycz­nej i so­jusz z no­wym po­ko­le­niem Bat­tle'ów.

W 1891 roku Ella Jen­kins po­ślu­biła se­na­tora Dreda Wim­berly'ego, uro­dzo­nego w 1849 roku w Wal­nut Creek, na ko­lej­nej plan­ta­cji Bat­tle'ów. Kiedy w kwiet­niu 1865 roku za­koń­czyła się wojna se­ce­syjna, Wim­berly był jesz­cze na­sto­lat­kiem. Plan­ta­cją za­rzą­dzał wtedy Kemp P. Bat­tle, który był jed­no­cze­śnie ku­zy­nem i zię­ciem Ja­mesa Smi­tha Bat­tle'a. Za­sły­nął on jako kon­fe­de­rat, ce­niony praw­nik i uczony, go­rący orę­dow­nik Uni­ver­sity of North Ca­ro­lina i part­ner biz­ne­sowy Ja­mesa Smi­tha Bat­tle'a w prze­my­śle ko­le­jo­wym.

Dred Wim­berly opo­wia­dał, że pew­nego dnia Kemp Bat­tle zja­wił się na polu. Zwo­łał wszyst­kich pra­cu­ją­cych tam nie­wol­ni­ków, po­wie­dział im, że wojna się skoń­czyła i że albo mogą odejść wolno, albo zo­stać i utrzy­mać pracę.

Młody Wim­berly zde­cy­do­wał, że zo­sta­nie. Nie­długo po­tem był już od­po­wie­dzialny za dys­try­bu­cję ca­łej pro­duk­cji z Wal­nut Creek. Ła­do­wał pro­dukty na duże wozy i wy­sy­łał je w dwu­dniową po­dróż do mia­sta Ra­le­igh. Po do­tar­ciu na miej­sce sprze­da­wał pro­dukty z plan­ta­cji, po czym ku­po­wał w skle­pie za­pasy, pa­ko­wał je na wozy i wra­cał do Tar­boro. Można po­wie­dzieć, że od­gry­wał rolę za­opa­trze­niowca w roz­le­głej plan­ta­cji Bat­tle'a.

Po kilku la­tach pracy dla Bat­tle'ów Wim­berly po­sta­no­wił pójść wła­sną drogą. Ma­rzył o za­ło­że­niu swo­jego biz­nesu, chciał bu­do­wać domy jako cie­śla. Kiedy zbli­żał się do trzy­dziestki, Par­tia Re­pu­bli­kań­ska za­pro­po­no­wała mu ubie­ga­nie się o man­dat w wy­bo­rach do Izby Re­pre­zen­tan­tów Ka­ro­liny Pół­noc­nej. Po­cząt­kowo od­mó­wił, twier­dząc, że nie po­siada od­po­wied­nich kwa­li­fi­ka­cji. Po­tem za­po­mniał o spra­wie, ale oka­zało się, że re­pu­bli­ka­nie i tak go no­mi­no­wali. Wy­grał wy­bory, choć nie miał wła­ści­wie żad­nej kam­pa­nii, co świad­czy o ogrom­nym sza­cunku, ja­kim się cie­szył w lo­kal­nej spo­łecz­no­ści.

Od 1878 roku prze­pra­co­wał w Izbie Re­pre­zen­tan­tów kilka ka­den­cji, a nie­spełna dzie­sięć lat póź­niej zo­stał wy­brany do Se­natu. W mię­dzy­cza­sie do­łą­czył do ini­cja­tywy Kempa Bat­tle'a do­ty­czą­cej wspar­cia bo­ry­ka­ją­cego się wtedy z pro­ble­mami fi­nan­so­wymi Uni­ver­sity of North Ca­ro­lina. To jego głos za­de­cy­do­wał o tym, że uczelni przy­znano istotne do­fi­nan­so­wa­nie. Pa­no­wie po­tra­fili współ­pra­co­wać, choć Bat­tle był de­mo­kratą.

"Gło­so­wa­łem za przy­zna­niem środ­ków, bo dok­tor Bat­tle po­wie­dział, że głos na rzecz uni­wer­sy­tetu po­może nam wszyst­kim - tłu­ma­czył po­tem Wim­berly. - Być może ja­koś po­może rów­nież ko­lo­ro­wym".

We wstęp­niaku opu­bli­ko­wa­nym już w XX wieku w "News and Ob­se­rver", ga­ze­cie z Ra­le­igh, au­to­rzy wy­ra­żali sza­cu­nek wo­bec Wim­berly'ego i in­nych czar­no­skó­rych po­słów: "Stali na straży edu­ka­cji, kiedy nikt inny tego nie ro­bił. Zbu­do­wali pod­wa­liny sys­temu szkół po­wszech­nych w cza­sach, kiedy pra­wie ni­kogo to nie in­te­re­so­wało".

Bat­tle'owie za­wsze pod­kre­ślali, że to głos Wim­berly'ego oka­zał się de­cy­du­jący (ode­grał też klu­czową rolę w przy­zna­niu środ­ków fi­nan­so­wych Uni­ver­sity of North Ca­ro­lina State, a także w kilku in­nych waż­nych pro­jek­tach pu­blicz­nych). Ale w 1935 roku dzien­ni­karz ga­zety z Ra­le­igh to za­kwe­stio­no­wał. Wska­zał, że do­ku­menty z jego wcze­snej pracy le­gi­sla­cyj­nej się za­gu­biły, więc nie wia­domo, czy rze­czy­wi­ście za­gło­so­wał za Uni­ver­sity of North Ca­ro­lina.

W la­tach 70. XIX wieku prasa z Ka­ro­liny Pół­noc­nej opu­bli­ko­wała jed­nak pro­to­koły z gło­so­wa­nia zgro­ma­dze­nia sta­no­wego i do­ku­men­ta­cja ta po­twier­dziła, że Wim­berly ewi­dent­nie od­dał ten ważny głos.

W peł­nych kon­flik­tów cza­sach re­kon­struk­cji6, kiedy ty­siące Afro­ame­ry­ka­nów do­łą­czyło do list wy­bor­ców i za­częło obej­mo­wać urzędy pu­bliczne w at­mos­fe­rze po­li­tycz­nego na­pię­cia, ele­gancki Wim­berly zdo­był uzna­nie. Dą­żył do ła­go­dze­nia na­pięć i na­wią­za­nia współ­pracy z prze­ciw­ni­kami po­li­tycz­nymi.

Ow­szem, przod­ko­wie Ma­gica John­sona byli rol­ni­kami, dzier­żaw­cami, i le­dwo zdo­łali prze­trwać trudne lata, które na­stą­piły po woj­nie se­ce­syj­nej. Ale jedna z tych osób wy­szła za mąż za ko­goś, kto nie tylko był se­na­to­rem, ale dą­żył do współ­pracy po­nad po­dzia­łami par­tyj­nymi. Ła­two jest so­bie wy­obra­zić, jak bar­dzo byli z tego dumni. Je­śli jed­nak człon­ko­wie klanu Jen­kin­sów li­czyli na to, że będą mo­gli czer­pać ja­kieś ko­rzy­ści po­li­tyczne z po­zy­cji męża Elli, to wszel­kie tego typu na­dzieje roz­wiały się w la­tach 90. XIX wieku. Biali ra­si­ści z Par­tii De­mo­kra­tycz­nej twier­dzili, że Afro­ame­ry­ka­nie nie mają od­po­wied­nich kwa­li­fi­ka­cji, żeby gło­so­wać, a tym bar­dziej za­sia­dać we wła­dzach usta­wo­daw­czych. Ta­kie twier­dze­nia były oczy­wi­ście nie­praw­dziwe. Ale to de­mo­kraci mieli zde­cy­do­waną więk­szość w Izbie Re­pre­zen­tan­tów.

Wkrótce i tak mieli zmiaż­dżyć re­pu­bli­ka­nów w wy­bo­rach oraz pod­wa­żyć prawo czar­no­skó­rych oby­wa­teli do gło­so­wa­nia. De­mo­kra­tów z Di­xie7 od dawna drę­czyło to, że re­pu­bli­ka­nie z Pół­nocy po­łą­czyli po woj­nie siły po­li­tyczne z Afro­ame­ry­ka­nami z Po­łu­dnia, co do­pro­wa­dziło do zna­czą­cych zmian w wielu miej­scach, zwłasz­cza w Wil­ming­ton. Wielu wy­zwo­lo­nych oby­wa­teli chciało tam w pełni ko­rzy­stać z nowo na­by­tych praw. W la­tach 90. XIX wieku Wil­ming­ton było na naj­lep­szej dro­dze, żeby stać się od­po­wied­ni­kiem Atlanty. W mie­ście dy­na­micz­nie roz­wi­jała się czar­no­skóra klasa wyż­sza, uka­zy­wały się tu dwie wy­da­wane przez Afro­ame­ry­ka­nów ga­zety co­dzienne, wła­dzę spra­wo­wał czar­no­skóry bur­mistrz, w po­li­cji pa­no­wała in­te­gra­cja ra­sowa, a także kwi­tło wiele biz­ne­sów, które pro­wa­dzili Afro­ame­ry­ka­nie.

Po woj­nie i okre­sie re­kon­struk­cji, w la­tach 90. XIX wieku, de­mo­kra­tom udało się utrzy­mać kon­trolę bia­łych nad więk­szo­ścią Ka­ro­liny Pół­noc­nej. Ale Wil­ming­ton i wy­brzeże sta­no­wiły wy­ją­tek, głów­nie dzięki po­nad 120 ty­sią­com za­re­je­stro­wa­nych w tym re­gio­nie czar­no­skó­rych wy­bor­ców.

11 li­sto­pada 1898 roku do­szło w Wil­ming­ton do wy­wo­ła­nych przez de­mo­kra­tów za­mie­szek na tle ra­so­wym. Białe bo­jówki, na­zy­wane Czer­wo­nymi Ko­szu­lami, pod­bu­rzane przez po­li­tyczną re­to­rykę, do­ko­nały ak­tów prze­mocy. Na uli­cach pa­lono ga­zety wy­da­wane przez Afro­ame­ry­ka­nów, które miały czel­ność kry­ty­ko­wać de­mo­kra­tów. Wy­ko­rzy­sty­wano ir­ra­cjo­na­lny strach przed rze­ko­mym za­gro­że­niem ze strony czar­no­skó­rych męż­czyzn, mo­gą­cych gwał­cić białe ko­biety.

W opu­bli­ko­wa­nych dzień póź­niej ra­por­tach z kost­nicy można zna­leźć in­for­ma­cję o 14 cia­łach, w tym 13 czar­no­skó­rych, ale mó­wiło się, że liczba ofiar mo­gła się­gnąć na­wet 90 osób. Prze­moc się na­si­lała i roz­prze­strze­niała, prze­ra­żeni Afro­ame­ry­ka­nie za­bie­rali całe ro­dziny i ucie­kali na po­bli­skie ba­gna. Czer­wone Ko­szule ich tam ści­gały i za­biły jesz­cze wiele osób, któ­rych ciała ni­gdy nie zo­stały od­na­le­zione.

Osza­co­wa­nie liczby ofiar oka­zało się tym trud­niej­sze, że na­stęp­nego dnia roz­po­czął się drugi etap do­kład­nie za­pla­no­wa­nej re­be­lii. Czer­wone Ko­szule pod eskortą od­pro­wa­dziły na sta­cję ko­le­jową wielu sza­no­wa­nych Afro­ame­ry­ka­nów - pa­sto­rów, biz­nes­me­nów, po­li­ty­ków. Za­pa­ko­wały ich do po­cią­gów i wy­pę­dziły z mia­sta na stałe.

Gło­śne zwy­cię­stwo bia­łych ra­si­stów utrwa­liło ich ide­olo­gię i na wiele dzie­się­cio­leci unie­moż­li­wiło czar­no­skó­rym udział w ży­ciu po­li­tycz­nym. Przy­wódcą du­cho­wym re­be­lii był de­mo­krata, Char­les Ay­cock, który w 1900 roku zo­stał wy­brany na gu­ber­na­tora. Już w maju 1898 roku za­czął prze­ko­ny­wać, że trzeba od­su­nąć od wła­dzy wszyst­kich czar­no­skó­rych w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej.

"Na Po­łu­dniu ni­gdy nie bę­dzie po­stępu, do­póki nie od­su­niemy Mu­rzy­nów od po­li­tyki" - gło­sił.

Po ob­ję­ciu sta­no­wi­ska gu­ber­na­tora Ay­cock wpro­wa­dził ini­cja­tywę usta­wo­daw­czą, która była kon­se­kwen­cją po­stu­la­tów gło­szo­nych już pod­czas re­be­lii w Wil­ming­ton - wdro­żył se­gre­ga­cyjne prawa Jima Crowa8 oraz ogra­ni­czył prawa wy­bor­cze dla Afro­ame­ry­ka­nów. W ciągu za­le­d­wie czte­rech lat liczba za­re­je­stro­wa­nych czar­no­skó­rych wy­bor­ców ze 120 ty­sięcy przed roz­po­czę­ciem za­mie­szek spa­dła do sze­ściu ty­sięcy. Wy­rzu­ce­nie Afro­ame­ry­ka­nów z po­li­tyki na Po­łu­dniu Sta­nów i w in­nych re­gio­nach było pro­ce­sem, który eska­lo­wał jesz­cze przez dużą część XX wieku. Na przy­kład w la­tach 40. i 50. XX wieku zda­rzały się i ta­kie hrab­stwa, w któ­rych był za­re­je­stro­wany tylko je­den albo dwóch ta­kich wy­bor­ców. Czar­no­skó­rzy nie tylko byli ska­zani na nie­wdzięczną pracę na dzier­ża­wio­nej ziemi, ale prawa Jima Crowa od­bie­rały im ja­ką­kol­wiek szansę na zmianę ta­kiego stanu rze­czy.

DZIERŻAWA GRUNTU

Z do­ku­men­tów wy­nika, że przez wiele dzie­się­cio­leci po woj­nie se­ce­syj­nej, aż do po­cząt­ków XX wieku, przod­ko­wie Ma­gica John­sona zma­gali się z trud­no­ściami zwią­za­nymi z dzier­żawą gruntu i uprawą roli. W tam­tych cza­sach na Po­łu­dniu czar­no­skóre ro­dziny nie miały zbyt wielu in­nych moż­li­wo­ści. Taka praca na far­mie ozna­czała smutną wiej­ską eg­zy­sten­cję, czę­sto wią­zała się z dłu­gami i znie­wo­le­niem, nie­wiele róż­nią­cym się od sa­mego nie­wol­nic­twa.

Sys­tem dzier­żawy gruntu i uprawy roli nie był ni­czym no­wym. Funk­cjo­no­wał od stu­leci na ca­łym świe­cie. Lu­dzie czę­sto wpa­dali w pu­łapkę głodu, uci­sku i spo­nie­wie­ra­nia. I nie mieli żad­nych szans na po­prawę sy­tu­acji.

Tak oto roz­po­czął się ko­lejny etap nie­doli dla ogrom­nej więk­szo­ści by­łych nie­wol­ni­ków. Spisy po­wszechne uka­zują mi­liony Afro­ame­ry­ka­nów, któ­rzy po wielu dzie­się­cio­le­ciach dzier­ża­wie­nia ziemi na­dal nie po­sia­dali żad­nego ma­jątku, a wszystko to po kilku stu­le­ciach epoki nie­wol­nic­twa, kiedy prawo wła­sno­ści było dla nich nie­do­stępne.

W 1922 roku Rada Rol­nic­twa w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej przed­sta­wiła ob­szerny ra­port oparty na ba­da­niach prze­pro­wa­dzo­nych w ob­rę­bie stanu na pró­bie ty­siąca miesz­ka­ją­cych na far­mach ro­dzin. Po­twier­dził on znaną od za­wsze prawdę: że rol­nicy bez wła­snej ziemi, dzier­ża­wiący i naj­mu­jący cu­dze pola, nie­za­leż­nie od tego, czy byli czar­no­skó­rzy, czy biali, bo­ry­kali się z ogrom­nymi pro­ble­mami fi­nan­so­wymi, ska­zani na wieczne długi i ciężką pracę. Pra­cu­jąc nie­rzadko po 12 go­dzin na dobę, siali i zbie­rali ty­toń i ba­wełnę, a za­ra­biali czę­sto po kilka pen­sów dzien­nie albo i nic. Mu­sieli po­ży­czać pie­nią­dze, żeby mieć na je­dze­nie. I żyć na­dzieją, że po za­koń­cze­niu zbio­rów do­staną nie­wielką część zy­sków, którą wła­ści­ciele gruntu za­wsze wy­li­czali tak, jak chcieli.

Z da­nych wy­nika, że na dzier­ża­wie nie spo­sób było za­ro­bić. Była to je­dy­nie li­cen­cja na to, żeby zo­stać oszu­ka­nym. I znaj­do­wało to po­twier­dze­nie przez wiele dzie­się­cio­leci.

"Tak było za­wsze - wspo­mina San­dra Jo­nes King, córka far­mera z hrab­stwa Ed­ge­combe w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej. - Je­śli by­łeś dzier­żawcą, to mniej wię­cej w grud­niu przy­cho­dził do cie­bie czło­wiek, na któ­rego far­mie pra­co­wa­łeś, i mó­wił coś w stylu: "No cóż, John, w tym roku nie mogę ci nic za­pła­cić. Le­dwo wy­szli­śmy na zero"".

Naj­mu­jący zie­mię rol­nicy nie mieli w tym po­je­dynku pra­wie żad­nych szans. Je­dyną moż­li­wo­ścią było za­pa­ko­wa­nie do­bytku, wy­pro­wa­dze­nie się z szopy, w któ­rej miesz­kali, i po­szu­ki­wa­nie in­nego wła­ści­ciela gruntu, w na­dziei, że może ten okaże się uczciwy.

Hi­sto­rycy zwra­cają uwagę na to, że je­śli dzier­żawcy pró­bo­wali się temu sys­te­mowi sprze­ci­wić, przy­po­mi­nano im, że w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej mieszka wię­cej człon­ków Ku Klux Klanu niż we wszyst­kich in­nych po­łu­dnio­wych sta­nach łącz­nie.

Ostrze­że­nia za­warte w opu­bli­ko­wa­nym w 1922 roku ra­por­cie Rady Rol­nic­twa po­ja­wiły się na osiem lat przed wiel­kim kry­zy­sem, który do­pro­wa­dził do ob­ni­że­nia cen pro­duk­tów rol­nych. Dla ro­dzin rol­ni­czych, które już wcze­śniej le­dwo wią­zały ko­niec z koń­cem, była to to­talna ka­ta­strofa.

I wła­śnie w sa­mym środku wiel­kiego kry­zysu uro­dzili się Earvin se­nior i Chri­stine John­son. On w 1934 roku, ona dwa lata póź­niej.

PO POWODZI

Po­mimo trud­no­ści przod­ko­wie Ma­gica John­sona ja­koś prze­trwali w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej, w du­żej mie­rze dzięki po­sta­wie ko­biet. Ich zgięte syl­we­tki wiecz­nie wi­dać było na ganku, za­jęte ciężką pracą - bez końca rą­bały drewno na opał albo dźwi­gały ogromne ilo­ści wody. A kiedy ich męż­czyźni cho­ro­wali albo umie­rali, same za­czy­nały pra­co­wać na polu: sa­dziły ro­śliny, pie­lę­gno­wały je i zbie­rały plony.

Wil­lis Sta­ton, pra­pra­dzia­dek Ma­gica John­sona i syn Fe­rebe, naj­pierw miesz­kał na plan­ta­cji Cool Spring, a po woj­nie stał się dzier­żawcą ziemi, jak pra­wie każdy inny były nie­wol­nik. Kiedy przy­szło do za­war­cia mał­żeń­stwa, jego wy­bór padł na nie­jaką Char­lette, od któ­rej był dwa razy star­szy. Ko­bieta ta, tak jak wielu przod­ków John­sona, mu­siała się mie­rzyć z cię­ża­rem ży­cia na far­mie.

W tam­tych cza­sach nie było do­stępu do żad­nej opieki me­dycz­nej ani an­ty­kon­cep­cji. Ży­cie ko­biet było pełne nie­bez­pie­czeństw; czę­sto za­cho­dziły w ciążę, choć ma­cie­rzyń­stwo było drogą przez mękę. Wy­da­wało się, że ich prze­zna­cze­niem jest po­sia­da­nie licz­nej ro­dziny, a ko­lejne po­rody pod­kre­ślały ich trudny los i nie­szczę­śliwe ży­cie w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej pod ko­niec XIX i na po­czątku XX wieku.

W do­mach nie było na­wet elek­trycz­no­ści. Char­lette co roku za­cho­dziła w ciążę, nie miała szans, żeby od­po­cząć od cięż­kiej pracy na far­mie, od go­to­wa­nia, pra­nia, sprzą­ta­nia, rą­ba­nia drewna, pa­le­nia ognia w piecu przez sie­dem dni w ty­go­dniu i przez 24 go­dziny na dobę. Ja­kimś cu­dem udało jej się wy­cho­wać wszyst­kie dzieci i za­pew­nić im godne wa­runki.

"Ży­cie było w tam­tych cza­sach nie­ustanną ha­rówką - po­wie­działa kie­dyś dzien­ni­ka­rzowi Ro­ber­towi Caro jedna z ko­biet miesz­ka­ją­cych w tam­tych cza­sach na far­mie. - Prze­trwa­nie było ogrom­nym wy­zwa­niem. Nie było świa­tła. Ani ka­na­li­za­cji. Ni­czego nie było. Nie mie­li­śmy co jeść. Ży­li­śmy na skraju nę­dzy. Tak wła­śnie wy­glą­dało na­sze ży­cie na far­mie".

Wil­lis Sta­ton był od Char­lette o 18 lat star­szy. Zmarł na prze­ło­mie XIX i XX wieku; zo­sta­wił wdowę, która mu­siała so­bie po­ra­dzić z wy­kar­mie­niem du­żej ro­dziny, pra­cu­jąc w polu i wy­ko­nu­jąc wszyst­kie obo­wiązki do­mowe. Choć była to mi­sja nie­malże nie­moż­liwa, Char­lette ra­dziła so­bie z tym przez wiele lat, tak jak wielu in­nych przod­ków John­sona.

Jej córka Ida też pra­co­wała na dzier­ża­wio­nej ziemi. I ona także wy­szła za ko­goś dwa razy star­szego - 10 lu­tego 1897 roku po­ślu­biła w hrab­stwie Ed­ge­combe Ri­charda Por­tera. Tak po­wstała ro­dzina, która stała się parą pra­dziad­ków Ma­gica John­sona.

Ida, na­ra­żona na nie­bez­pie­czeń­stwa ty­powe dla wiej­skiego ży­cia, zmarła znacz­nie wcze­śniej niż jej star­szy mąż, praw­do­po­dob­nie wsku­tek wy­czer­pa­nia spo­wo­do­wa­nego uro­dze­niem sied­miorga dzieci.

Jed­nym z tych dzieci był Isiah Por­ter, który uro­dził się w lu­tym 1905 roku. Tak jak po­przed­nicy wiódł rol­ni­cze ży­cie na dzier­ża­wio­nej ziemi. A w syl­we­stra przed No­wym Ro­kiem 1927 oże­nił się w Ed­ge­combe z Mary Dellą Jen­kins.

Mary Della Jen­kins Por­ter była matką ośmiorga dzieci. Ra­zem z Isia­hem Por­te­rem pró­bo­wali prze­żyć w świe­cie upraw ty­to­niu i ba­wełny, bo­ry­ka­jąc się ze wszyst­kimi moż­li­wymi ka­ta­stro­fami, ta­kimi jak plaga ka­ra­lu­chów, dra­styczny spa­dek cen ba­wełny, wielki kry­zys, bu­rze i nie­uro­dzaje. Ich co­dzien­ność nie róż­niła się ni­czym od do­świad­czeń po­przed­nich po­ko­leń: każ­dego dnia bu­dzili się, my­śląc tylko o tym, jak wy­kar­mić swoją liczną ro­dzinę. Prze­glą­da­jąc do­ku­menty z po­nad 170 lat ży­cia przod­ków John­sona, nie znaj­dzie­cie ani jed­nej wzmianki o tym, żeby któ­ry­kol­wiek z nich pró­bo­wał tego obo­wiązku unik­nąć.

Ani Isiah Por­ter, ani jego żona Mary Della, ani ża­den z ich przod­ków nie mo­gli przy­pusz­czać, że w ich ro­dzi­nie uro­dzi się ktoś tak sławny, po­tężny i bo­gaty jak Ma­gic John­son.

Jego matka Chri­stine, córka Mary Delli i Isiaha Por­te­rów, przy­szła na świat w 1936 roku, w mo­men­cie, kiedy w ży­ciu ich ro­dziny nad­cho­dziły w końcu wiel­kie zmiany.

W od­po­wie­dzi na wielki kry­zys pre­zy­dent Fran­klin De­lano Ro­ose­velt wpro­wa­dził re­formy pod wspólną na­zwą Nowy Ład. Jed­nym z ich naj­waż­niej­szych ele­men­tów był pro­gram ma­jący na celu prze­ciw­dzia­ła­nie trud­nej sy­tu­acji dzier­żaw­ców grun­tów rol­nych. Ten eks­pe­ry­men­talny pro­jekt po­le­gał na tym, że w wy­bra­nych miej­scach wy­ku­py­wano duże po­wierzch­nie daw­nych plan­ta­cji i za­mie­niano je w setki mniej­szych farm o po­wierzchni 40 akrów. Dzięki temu dzier­żawcy - za­równo czar­no­skó­rzy, jak i biali - do­sta­wali szansę pro­wa­dze­nia swo­jej dzia­łal­no­ści oraz moż­li­wość za­miesz­ka­nia we wła­snym skrom­nym no­wym domu.

W ra­mach No­wego Ładu rol­nicy otrzy­mali coś, co można okre­ślić mia­nem "40 akrów i muła". Było to zgodne z obiet­nicą zło­żoną w Geo­r­gii by­łym nie­wol­ni­kom w ostat­nich dniach wojny se­ce­syj­nej przez ge­ne­rała Unii, Wil­liama Te­cum­seha Sher­mana, na ko­niec jego słyn­nego prze­mar­szu do mo­rza. Nie­stety, mimo że roz­kaz Sher­mana miał dać po­czą­tek no­wemu eta­powi w ży­ciu wy­zwo­lo­nych nie­wol­ni­ków, zo­stał unie­waż­niony już po sze­ściu mie­sią­cach przez pre­zy­denta An­drew John­sona, który sym­pa­ty­zo­wał z Po­łu­dniem.

Je­śli wie­rzyć da­nym ze spisu po­wszech­nego prze­pro­wa­dzo­nego pod­czas kry­zysu, ro­dzina ma­łej Chri­stine za­pa­ko­wała cały swój do­by­tek z Tar­boro i prze­nio­sła się o 50 ki­lo­me­trów na pół­noc, do Til­lery w hrab­stwie Ha­li­fax. Wła­śnie tam rząd ulo­ko­wał je­den ze swo­ich pro­gra­mów prze­sie­dleń­czych obej­mu­ją­cych ob­szar około 20 ty­sięcy akrów.

Pro­gram w Til­lery był jed­nym ze 113 "eks­pe­ry­men­tal­nych" pro­jek­tów prze­sie­dleń­czych, uru­cho­mio­nych przez rząd fe­de­ralny w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Jak się oka­zało, tylko w 15 z nich uczest­ni­czyli jed­nak czar­no­skó­rzy rol­nicy. W 1936 roku Farma Prze­sie­dleń­cza w Til­lery zmie­niła na­zwę na Ro­anoke Farms.

Po­mysł po­cząt­kowo wy­da­wał się ide­alny, lecz rze­czy­wi­stość szybko zwe­ry­fi­ko­wała ocze­ki­wa­nia. Kiedy setki ro­dzin rol­ni­czych prze­pro­wa­dziły się na te te­reny, po­wstały nowe spo­łecz­no­ści i za­pa­no­wał chaos. W końcu oka­zało się, że prze­trwa­nie w ta­kich wa­run­kach jest nie­moż­liwe, szcze­gól­nie dla czar­no­skó­rych dzier­żaw­ców.

Rzą­dowi przed­sta­wi­ciele pro­gramu przy­je­chali do hrab­stwa Ha­li­fax i od­kryli, że duży frag­ment z 20 ty­sięcy akrów prze­zna­czo­nych na pro­gram prze­sie­dleń­czy jest usy­tu­owany na te­re­nach za­le­wo­wych rzeki Ro­anoke. Z do­ku­men­tów wy­nika, że do ob­sza­rów po­wo­dzio­wych zo­stali przy­dzie­leni głów­nie afro­ame­ry­kań­scy far­me­rzy.

Co gor­sza, agenci rzą­dowi da­wali bia­łym far­me­rom pełną swo­bodę, jed­no­cze­śnie in­ge­ru­jąc w spo­sób za­rzą­dza­nia zie­mią przez czar­no­skó­rych rol­ni­ków, któ­rzy mieli prze­cież wie­lo­let­nie do­świad­cze­nie z pracy na po­lach w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej.

Z da­nych spisu po­wszech­nego prze­pro­wa­dzo­nego w 1940 roku wy­nika, że Mary Della Jen­kins Por­ter i jej mąż Isiah miesz­kali na jed­nym z ob­sza­rów pro­gramu prze­sie­dleń­czego ra­zem z sze­ścior­giem dzieci, w tym z czte­ro­let­nią Chri­stine.

Char­lie Thomp­son, spe­cja­li­sta do spraw eko­no­mii rol­nic­twa z Duke Uni­ver­sity, który wy­stą­pił jako eks­pert w fil­mie o pro­gra­mie prze­sie­dleń­czym, uważa, że przed­się­wzię­cie to było od sa­mego po­czątku ska­zane na nie­po­wo­dze­nie.

"Było oczy­wi­ste, że je­śli wy­wo­dzisz się z ro­dziny dzier­żaw­ców, to po­dej­miesz ry­zyko - mó­wił Thomp­son o lu­dziach, któ­rzy pa­ko­wali cały swój do­by­tek i wy­jeż­dżali, żeby sko­rzy­stać z pro­gramu. - I tak nic nie za­ra­biali, a tu po­ja­wiała się obiet­nica, że staną się wła­ści­cie­lami cze­goś, że będą mo­gli sami de­cy­do­wać o wła­snym lo­sie i będą mieli wła­sną zie­mię. Per­spek­tywa była na tyle ku­sząca, że byli go­towi za­ry­zy­ko­wać wszystko".

Po wielu dzie­się­cio­le­ciach mar­nej eg­zy­sten­cji na far­mie czar­no­skó­rzy far­me­rzy do­strze­gli wresz­cie świa­tełko w tu­nelu, na­dzieję na uzy­ska­nie cze­go­kol­wiek za tyle lat cięż­kiej bez­ce­lo­wej pracy. Nie­stety, znowu oka­zało się, że za­sady gry się zmie­niły.

"Kiedy na­de­szły lata 30., wszystko znów sprzy­się­gło się prze­ciwko nim - tłu­ma­czy Thomp­son. - Rol­nic­two za­częło się mo­der­ni­zo­wać i au­to­ma­ty­zo­wać".

W 2020 roku Thomp­son opo­wia­dał, że rów­no­le­gle z ini­cja­tywą ad­mi­ni­stra­cji Ro­ose­velta i uru­cho­mie­niem pro­gramu prze­sie­dleń­czego usta­no­wiony zo­stał De­par­ta­ment Rol­nic­twa Sta­nów Zjed­no­czo­nych (USDA). Nowo po­wstały or­gan za­czął ofe­ro­wać rol­ni­kom po­moc fi­nan­sową, po­życzki na za­kup zboża i re­gu­la­cje sta­bi­li­zu­jące ceny pro­duk­tów rol­nych. "To był po­czą­tek za­an­ga­żo­wa­nia ame­ry­kań­skiego rządu w stra­te­giczne wspie­ra­nie dzia­łal­no­ści rol­ni­czej" - mó­wił.

Rząd fe­de­ralny kon­cen­tro­wał się na two­rze­niu więk­szych kor­po­ra­cyj­nych farm, które miały szansę na osią­gnię­cie du­żej skali pro­duk­cji.

"Au­to­ma­ty­za­cja rol­nic­twa na Środ­ko­wym Za­cho­dzie przy­spie­szyła, wielu rol­ni­ków mu­siało ku­pić trak­tory - tłu­ma­czy Thomp­son. - A jed­no­cze­śnie przy­po­mi­nano Afro­ame­ry­ka­nom o obiet­nicy Sher­mana z cza­sów wojny se­ce­syj­nej, że każdy z nich otrzyma po 40 akrów i muła. I tak też się stało. Ale lu­dzie, któ­rzy żyli w tych wspól­no­tach prze­sie­dleń­ców, mu­sieli kon­ku­ro­wać z gi­gan­tami rol­nic­twa, tak zwa­nymi far­mami bo­nanzy na Środ­ko­wym Za­cho­dzie. Ceny zbóż były usta­lane na pod­sta­wie pro­duk­cji wiel­kich go­spo­darstw, a nie ma­łych farm. Ma­ło­rolni do­świad­czali od sa­mego po­czątku ogrom­nych kło­po­tów. Nie mieli jak kon­ku­ro­wać z wiel­kimi gra­czami. Czter­dzie­sto­akrowe farmy nie da­wały im moż­li­wo­ści wy­kar­mie­nia ro­dzin. Hi­sto­ria za­to­czyła koło. Chcie­li­śmy za­pew­nić tym far­me­rom zie­mię. Ale pro­duk­cja rolna i sprze­daż zboża nie do­star­czały wy­star­cza­ją­cej ilo­ści pie­nię­dzy. Afro­ame­ry­ka­nie ko­rzy­stali z mu­łów w cza­sach, kiedy normą sta­wały się trak­tory".

Po wie­kach nie­wol­nic­twa i ośmiu dzie­się­cio­le­ciach pracy na dzier­ża­wio­nej ziemi czar­no­skó­rzy far­me­rzy do­stali w końcu coś, co miało sta­no­wić re­kom­pen­satę za lata ucie­mię­że­nia. Ale to, co otrzy­mali, oka­zało się prak­tycz­nie bez­war­to­ściowe.

Gary Grant, któ­rego przod­ko­wie uczest­ni­czyli w pro­jek­cie i mimo prze­ciw­no­ści zdo­łali wią­zać ko­niec z koń­cem, wy­ja­śnia, że rol­nicy do­łą­czali do pro­gramu prze­sie­dleń­czego eta­pami.

Oprócz zmian tech­no­lo­gicz­nych w rol­nic­twie nie­po­wo­dze­nia far­me­rów miały źró­dło także w in­nych aspek­tach. Do pro­ble­mów przy­czy­niały się trud­no­ści w ad­ap­ta­cji do szybko bu­du­ją­cych się spo­łecz­no­ści oraz to, że przy­dzie­lona im zie­mia była fa­tal­nej ja­ko­ści.

Ale w 2020 roku Grant mó­wił, że choć ko­lejne grupy po­no­siły po­rażki, to kilku ro­dzi­nom się udało. "Nowy Ład był przed­się­wzię­ciem uda­nym, bo za­pew­nił wresz­cie nie­któ­rym Afro­ame­ry­ka­nom nie­za­leż­ność. To, że stali się po­sia­da­czami ziemi, z pew­no­ścią nadało ich ży­ciu nowy wy­miar. Ale biali mieli świa­do­mość, że nie­za­leż­ność czar­nych ozna­czała, że oni na za­wsze utra­cili dar­mową siłę ro­bo­czą, więc trzeba z nią skoń­czyć".

Dla czar­no­skó­rych, któ­rym przez dzie­się­cio­le­cia po znie­sie­niu nie­wol­nic­twa nie po­zwa­lano na ja­ką­kol­wiek in­te­gra­cję z resztą spo­łe­czeń­stwa, ad­ap­ta­cja do no­wych wa­run­ków oka­zała się bar­dzo trudna. Prze­cież to wła­śnie spo­łe­czeń­stwo wy­klu­czało ich przez tak długi czas, ska­zu­jąc na ubó­stwo i mar­gi­na­li­za­cję. Nie byli przy­go­to­wani na zmiany.

Nie­któ­rzy prze­sie­dleni rol­nicy mieli trak­tory i mo­gli się nimi dzie­lić. "Ale po­łą­cze­nie ni­skiej ja­ko­ści ziemi z po­wszech­nym ra­si­zmem ska­zy­wało ich na po­rażkę już na sa­mym po­czątku - opo­wia­dał Thomp­son. - Mu­sieli po­ży­czać pie­nią­dze. Nie do­sta­wali ni­czego za darmo. Do­mi­no­wał wo­bec nich pa­ter­na­lizm. Wcho­dzili do biura, w któ­rym sie­dział ja­kiś biały fa­cet, ten py­tał o za­płatę ra­chun­ków, a oni od­po­wia­dali: "To nie­moż­liwe. Nie mamy z czego za­pła­cić. Mamy nie­uro­dzaj albo ceny były tak ni­skie, że nas nie stać". Oczy­wi­ście ge­ne­ra­li­zuję, ale to były naj­częst­sze przy­padki".

Ze spisu po­wszech­nego prze­pro­wa­dzo­nego w 1940 roku, kiedy w Eu­ro­pie trwała druga wojna świa­towa, wy­nika, że ro­dzi­nie Por­te­rów - dziad­kom Ma­gica John­sona i ich dzie­ciom - udało się prze­trwać na far­mie oraz że Mary Della znowu była w ciąży i miała tym ra­zem uro­dzić syna, Ja­mesa.

W po­ło­wie sierp­nia ich nowy świat zmio­tła po­wódź stu­le­cia, na­pę­dzana przez bu­rze tro­pi­kalne, które naj­pierw siały spu­sto­sze­nie w gó­rach Ka­ro­liny Pół­noc­nej na za­cho­dzie, a po­tem spra­wiły, że przy­brały wody rzeki Ro­anoke. Agen­cja As­so­cia­ted Press i "New York Ti­mes" opi­sy­wały, że wody wez­brały naj­pierw do 9,5 me­tra, a po­tem do re­kor­do­wego stanu po­nad 17,5 me­tra. 17 sierp­nia 1940 roku po­wódź do­tknęła ob­szary, na któ­rych znaj­do­wały się farmy prze­sie­dleń­cze, za­le­wa­jąc i zmia­ta­jąc z po­wierzchni ziemi plony, farmy i do­mo­stwa pra­wie każ­dej ro­dziny za­miesz­ka­łej na rów­ni­nie. Dwóch męż­czyzn uto­nęło, pró­bu­jąc przejść przez za­laną drogę.

"W po­bli­skim Til­lery około ty­siąca osób, głów­nie czar­no­skó­rych, zo­stało ewa­ku­owa­nych ło­dziami z te­re­nów rzą­do­wych osie­dli prze­sie­dleń­czych - pi­sała As­so­cia­ted Press. - Uchodź­ców umiesz­czono w szko­łach i mły­nach znaj­du­ją­cych się na wznie­sie­niach".

Nie­trudno so­bie wy­obra­zić, ja­kim wy­zwa­niem było prze­trwa­nie dla Mary Delli Jen­kins Por­ter. Miała wtedy 36 lat, była w za­awan­so­wa­nej ciąży, mu­siała ra­zem z całą po­kaźną ro­dziną ewa­ku­ować się ło­dziami, pa­trząc, jak ich do­by­tek, na który przez całe ży­cie tak ciężko pra­co­wała, zo­staje do­słow­nie zmie­ciony z po­wierzchni ziemi. Z sza­cun­ków ga­zety "News and Ob­se­rver" z Ra­le­igh wy­ni­kało, że trzy ty­siące lu­dzi znaj­du­ją­cych się w stre­fie po­wo­dzi zo­stało po­zba­wio­nych da­chu nad głową.

Kilka dni po ewa­ku­acji Mary Della uro­dziła ósme dziecko, Ja­mesa. Utrata farm i plo­nów przed roz­po­czę­ciem zbio­rów, utrata szansy na nowe ży­cie - wszystko to było bar­dzo bo­le­sne dla mnó­stwa Afro­ame­ry­ka­nów.

Oznaką to­tal­nej de­spe­ra­cji ro­dziny było to, że 36-letni Isiah Por­ter, oj­ciec Chri­stine, pró­bo­wał się po­tem za­cią­gnąć do ar­mii. Sfał­szo­wał na­wet w do­ku­men­tach swój wiek - pró­bo­wał wy­ka­zać, że jest o pięć lat młod­szy niż w rze­czy­wi­sto­ści - żeby zwięk­szyć szanse na przy­ję­cie do służby. Ale i tak mu od­mó­wiono. Ko­lejne dra­maty mo­gły po­grą­żyć ro­dzinę w głę­bo­kiej de­pre­sji. Ale Mary Della Jen­kins Por­ter nie za­mie­rzała na to po­zwo­lić.

Z do­ku­men­tów wy­nika, że po fia­sku pro­jektu prze­sie­dleń­czego w Til­lery Por­te­ro­wie wró­cili tam, skąd po­cho­dzili - do hrab­stwa Ed­ge­combe, na wieś w oko­licy Tar­boro. Po­mimo wcze­śniej­szych nie­po­wo­dzeń znów pró­bo­wali ja­koś zwią­zać ko­niec z koń­cem, pra­cu­jąc na roli, choć sy­tu­acja wy­da­wała się te­raz jesz­cze bar­dziej bez­na­dziejna niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

W trak­cie dru­giej wojny świa­to­wej czas dla wielu rol­ni­ków sta­nął w miej­scu. Dla tych, któ­rzy zo­stali na To­bacco Road, w tym dla ro­dziny Chri­stine, pły­nął jed­nak da­lej. Czas od­mie­rzany przez 12-go­dzinny dzień pracy, kiedy tylko wiara po­zwa­lała im ja­kimś cu­dem prze­trwać to, co wy­da­wało się nie do znie­sie­nia.

5 Po­nad 4000 me­trów kwa­dra­to­wych, czyli 0,4 hek­tara.

6 Czasy po­wo­jen­nej od­bu­dowy pań­stwa w la­tach 1865-1877.

7 Di­xie­land to po­toczne okre­śle­nie po­łu­dniowo-wschod­niej czę­ści Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

8 Sta­nowe re­gu­la­cje prawne ogra­ni­cza­jące prawa oby­wa­tel­skie by­łych czar­no­skó­rych nie­wol­ni­ków i umac­nia­jące se­gre­ga­cję ra­sową (np. za­kaz mał­żeństw po­mię­dzy oso­bami róż­nych ras).