Rozdział 4
TOBACCO ROAD
Tak, Earvin senior uwielbiał pracę w fabryce Oldsmobile'a, uwielbiał przyglądać się nowiuteńkim samochodom zjeżdżającym z taśmy i wjeżdżającym na autostradę, uwielbiał przychodzić do fabryki na nocną zmianę i wykonywać swoją pracę, dzięki której auta Oldsmobile można było spotkać na każdym amerykańskim podjeździe. W końcu według reklam z lat 60. były to "wehikuły ucieczki od codzienności". Ale tak naprawdę to Earvin senior uważał, że są gorsze od innych samochodów produkowanych przez General Motors i od obiektu jego największych westchnień - Buicka Electry 225, który był często określany czułym przezwiskiem "Dwuićwierćdolarówka".
Nie ma co się dziwić, że ojciec Magica tak uwielbiał electrę. W weekendy mył ją i woskował w blasku michigańskiego słońca, traktował jak klejnoty rodzinne; co kilka lat wymieniał starszy model na nowy, żeby wszystko było świeże i na czasie. Zachowywał się prawie tak, jakby polerował puchar mistrzowski, i chyba trochę tak właśnie było, biorąc pod uwagę, jakie wysiłki wkładał w to, żeby rodzina miała się w co ubrać, co jeść i generalnie żeby podążała we właściwym kierunku.
Ale najlepsze w electrze było to, że miała pluszowe siedzenia. Były absolutnie konieczne, kiedy wciskali się tam wszyscy Johnsonowie (w tamtych czasach nie wprowadzono jeszcze przepisów nakazujących zapinanie pasów i jazdę w fotelikach, nie było też minivanów) i ruszali na południe, w rodzinne strony, do Karoliny Północnej albo Missisipi. Każdą taką podróż z jednej strony wypełniała nadzieja, a z drugiej - mrok. I towarzyszyło jej mnóstwo opowieści o tym, jak dziwne jest życie na Południu i jakim jest jednocześnie cudem. Te uczucia potęgowało to, że zatrzymywali się w wyznaczonych strefach piknikowych na parkingach, bo nie chcieli ryzykować kłopotów i upokorzenia wynikającego z tego, że ktoś może odmówić obsłużenia ich w restauracji.
Wyglądało na to, że stare nawyki, zrodzone z konieczności, nie chcą wcale odejść w zapomnienie.
Christine na przykład lubiła wspominać, jak będąc dziewczynką, miała dwie sukienki, które co drugi dzień musiała prać, żeby mieć co włożyć do szkoły. Albo że rano pracowała w polu, a potem szła ponad 6 kilometrów na lekcje. Żyli na typowej dzierżawionej farmie, na której sześcioro dzieci, rodzice i dziadek gnieździli się w trzypokojowym domku, bez kanalizacji, bez wody bieżącej i bez elektryczności. Dopiero po przeprowadzce w ich życiu pojawiły się takie nowoczesne udogodnienia.
Kiedy Johnsonowie wyjeżdżali z dziećmi do Missisipi, Earvin senior dzielił się z rodziną wspomnieniami z dzieciństwa. Gdy jego ojciec wyjechał, zostawiwszy rodzinę pod opieką jego i brata, jako młodzi chłopcy musieli zbierać bawełnę i tytoń - prowadzili życie typowe dla robotników rolnych.
Młody Świetlik siedział często na przednim siedzeniu i rozmawiał z prowadzącym samochód ojcem. Razem z rodzeństwem chłonęli wszystko, co opowiadali im rodzice. Te wyprawy na Południe były dla Johnsonów powrotem do przeszłości i szansą na wysłuchanie opowieści rodzinnych i odebranie życiowych lekcji, pełnych ostrzeżeń i dobrych rad - zwłaszcza dotyczących tego, jak bardzo trzeba uważać na białych południowców, szczególnie z Missisipi. W końcu Earvin senior osiągnął pełnoletniość tego lata, kiedy zamordowano tu Emmetta Tilla, nastolatka z Chicago, którego jedyną winą miało być to, że mrugnął okiem do białej kobiety pracującej w sklepie i zainicjował z nią krótką rozmowę. Tego samego lata w tym samym stanie miało miejsce brutalne zabójstwo dwóch farmerów - czarnoskórych weteranów wojennych - bo próbowali się zarejestrować w komisji, żeby wziąć udział w wyborach. Sprawcy tych morderstw nie zostali ukarani.
W Missisipi co chwila dochodziło do obrzydliwych aktów przemocy na tle rasistowskim, ale w latach 50. Ameryka zaczęła się budzić i pojmować, że czas położyć kres tym wszystkim koszmarnym linczom i pobiciom, których ofiarami od lat padali na Południu reprezentanci czarnoskórej populacji. Przez wiele dziesięcioleci mieszkający tam Afroamerykanie byli bezsilni wobec przemocy. Zszokowani i przerażeni po zlinczowaniu członka rodziny albo sąsiada, mieli tylko jeden wybór - uciekać do domu, płakać w smutku i modlić się. Tak właśnie przedstawiła to Isabel Wilkerson w nagrodzonej Pulitzerem książce The Warmth of Other Suns, gdzie opisała rozpędzającą się wielką migrację z pierwszej połowy XX wieku, podczas której miliony czarnoskórych uchodźców opuściły Południe.
Johnsonowie, tak jak wiele innych osób, zmagali się z tymi mrocznymi widmami przeszłości w mniejszych dawkach. Opowiadali o tym swoim dzieciom, ale nigdy nie zagłębiali się w szczegóły. A wspólne wyprawy na Południe poza informacjami o dawnej rzeczywistości przywoływały też wspomnienia o rodzinach Earvina i Christine, o ich rodzicach, dziadkach i wielu innych krewnych, którzy potrafili sobie jakoś radzić w niewyobrażalnych okolicznościach.
W rejestrach publicznych można znaleźć zapisy sięgające czasów niewolnictwa, zgodnie z którymi rodzina Christine Johnson zamieszkiwała głównie tereny wokół Tarboro w hrabstwie Edgecombe w Karolinie Północnej.
Rozwój koszykarski Johnsona w głównej mierze wynikał oczywiście z jego talentu i determinacji. Ale ważna część jego sukcesów była efektem cennych wartości, które w jego rodzinie zaszczepili przodkowie, ludzie o nazwiskach Jenkins i Porter. Czy wręcz ludzie bez nazwisk, którzy nie przetrwali w pamięci jego bliskich.
Kim byli? Próba znalezienia odpowiedzi na to pytanie prowadzi do odkrycia pełnej niespodzianek sagi rodzinnej. W większości byli to mieszkańcy tej części Karoliny Północnej, która w sportowym żargonie miała być w przyszłości znana pod pieszczotliwą nazwą "Tobacco Road". Było to serce słynnej w świecie koszykówki uniwersyteckiej konferencji Atlantic Coast. Ale Tobacco Road, którą znali przodkowie Johnsona, oznaczała życie, w którym nic nie kojarzyło się ze sportem.
FEREBE
Podczas wielkiego kryzysu, w ramach Nowego Ładu wprowadzonego przez administrację prezydenta Franklina Delano Roosevelta, zatrudniano dziennikarzy, którzy mieli jechać na Południe i przeprowadzać wywiady z byłymi niewolnikami na temat ich doświadczeń. W efekcie światło dnia ujrzało wiele wspomnień o długich, ciężkich dniach pracy w upale na polach oprawców. Przez fatalną jakość pożywienia wielu zniewolonych musiało nocą kraść z okolicznych farm kukurydzę, żeby zapewnić rodzinom przetrwanie.
Wiadomo, że te relacje są prawdziwe, bo w Karolinie Północnej i w innych południowych stanach wprowadzono regulacje prawne, zgodnie z którymi jeśli właściciele wykorzystywali i źle karmili swoich niewolników, a ci zostali potem przyłapani na kradzieży kukurydzy, to właśnie ich oprawcy musieli pokryć straty i zapłacić grzywnę.
Traktowanie zniewolonych ludzi pomaga zrozumieć starą maksymę opisującą relacje rasowe w Ameryce: zdesperowani ludzie są zmuszeni do desperackich działań.
Gorsze nawet od głodu było to, że właściciele nierzadko wykorzystywali dzieci niewolników. Często gwałcili kobiety, zmuszając je później do rodzenia dzieci, lub uważali rodzone przez nie dzieci za swoje. Taka odrażająca praktyka była niestety powszechna.
Z dokumentów wynika, że praprapraprababcią Magica Johnsona była niewolnica, niejaka Ferebe. Jej niezwykłe imię pojawia się na liście 250 niewolników, którzy w 1854 roku byli własnością wpływowego w Karolinie Północnej Jamesa Smitha Battle'a. Był on właścicielem wielu plantacji, w tym Cool Spring Plantation.
W zbiorach dokumentów z Karoliny Północnej znajdujemy też wzmiankę o niewolnicy o imieniu Ferebe, która mieszkała na wybrzeżu. Około Bożego Narodzenia 1795 roku została opisana w lokalnej gazecie jako zbieg.
To prowadzi nas do kluczowego i intrygującego pytania, na które trudno znaleźć odpowiedź. Czy uciekinierka z 1795 roku była przodkinią Magica Johnsona? Jeśli tak, to musiała być kimś niezłomnym, obdarzonym wielkim duchem. Ze źródeł z tamtych czasów dowiadujemy się, że właściciel zagroził tej pierwszej Ferebe ciężkim pobiciem. Jej reakcja była stanowcza i pełna oburzenia - oświadczyła, że się nie podda i nie da się zastraszyć. A kiedy oprawca próbował zrealizować swoją groźbę, obezwładniła go i sama pobiła, zadając mu poważne obrażenia. W końcu zaczął krzyczeć, wzywając pomoc.
Czy Ferebe, która 60 lat później była niewolnicą Jamesa Smitha Battle'a, była z nią spokrewniona?
Dokumenty dotyczące niewolnictwa są bardzo trudne do zdobycia. Ale wynika z nich, że prababcia Johnsona w czwartym pokoleniu, która miała to samo nietypowe imię, mieszkała w Cool Spring, w domu Jamesa Smitha Battle'a.
"Moje pierwsze wspomnienia łączą się z zacienionym zagajnikiem koło domu w Cool Spring i szerokimi połyskującymi polami bawełny rozpościerającymi się wszędzie tam, gdzie sięgał mój wzrok" - wspominał w swoich pamiętnikach życie wielopokoleniowej zamożnej rodziny Battle'ów z Karoliny Północnej George Gordon Battle.
Z dokumentów jasno wynika również to, że praprapradziadkowie Magica Johnsona ze strony matki urodzili się jako niewolnicy w ciężkich i niespokojnych latach 30. XIX wieku. Jednego z praprapradziadków Johnsona, Willisa Statona, urodziła w 1834 roku Ferebe. Zaraz po przyjściu na świat stał się własnością Battle'a.
Dokumenty sugerują, że kolejny praprapradziadek Magica, Ben Jenkins, także wychował się w Cool Spring albo w jego bliskiej okolicy. Plantacja ta położona była mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Tarboro a Rocky Mount.
Rodzina Battle'ów posiadała wiele farm i plantacji w okolicy: California, Walnut Creek, Penelo, Shell Bank czy Elm Grove. Ale to Cool Spring była główną siedzibą Jamesa Smitha Battle'a. Imponowała rozmiarami, a w jej centrum znajdował się elegancki główny dwór z marmurowym egipskim kominkiem. Pracowało tam wielu wysoko wykwalifikowanych robotników i robotnic - wśród nich było pewnie wielu przodków Magica Johnsona: prządki, tkaczki, krawcowe, cieśle, murarze - wielu niewolników, dzięki którym Battle był "samowystarczalny". Ręcznie wytwarzali wszystkie ubrania, wozy towarowe, furmanki, narzędzia rolnicze, praktycznie wszystko, co było ich "panom" potrzebne do życia. Życia na plantacji, opisywanego w dokumentach z tamtych czasów jako "piękne" i "przyjemne".
W tych samych dokumentach możemy przeczytać, że kobiety z rodziny Battle'ów uczyły się gotować od czarnych niewolnic. Plantacja była również znana jako miejsce, w którym można posłuchać dobrej muzyki na żywo i prawie każdego wieczoru organizowana jest zabawa. Za zapewnienie muzyki odpowiedzialni byli oczywiście także niewolnicy.
W swoich wspomnieniach George Gordon Battle, wnuk Jamesa Smitha Battle'a, nie kryje, jakim złem było niewolnictwo. Ale jednocześnie z czułością i dbałością o detale opisuje życie na plantacji, przedstawiając ją jako miejsce, gdzie niewolnicy mieli być rzekomo dumni, przystojni i szczęśliwi, prawdopodobnie na podobieństwo samych Battle'ów.
Bezczelne wspominanie handlu ludźmi jako fundamentu romantycznej epoki może jedynie potwierdzić zimną i bezwzględną tezę, że kupowanie i sprzedawanie niewolników było integralną częścią tożsamości arystokracji Południa. W okresie największej prosperity w Cool Spring mieszkało od 400 do 500 zniewolonych. George Gordon Battle szacuje, że byli to członkowie około 40 rodzin.
Ale statystyki z tamtego okresu sugerują coś znacznie gorszego. Z dokumentów wynika, że wartość dorosłego niewolnika wynosiła od 500 do 800 dolarów, co było ogromną sumą, zwłaszcza jeśli porównamy to z ceną ziemi, która wynosiła od 25 do 50 centów, czasem jednego dolara za akr5. A to oznaczało, że życie niewolnika było warte tysiące akrów ziemi. Te dane jasno pokazują, że to właśnie pracujący na ziemi niewolnicy sprawiali, że stawała się ona wartościowa. Z tych wyliczeń wynika również, że niewolnictwo było kluczowe dla gospodarki Południa i stanowiło źródło fortuny właścicieli. Z każdym kolejnym dzieckiem niewolników, przychodzącym na świat, wartość majątku rosła.
Taki system błyskawicznie pogłębił niesprawiedliwość w społeczeństwie, które od początku było przesiąknięte korupcją. Zysk, jaki przynosili niewolnicy, przyczynił się do ogromnego wzrostu ich liczby w Karolinie Północnej. Dane ze spisów powszechnych wskazują, że w 1790 roku mieszkało tu pięć tysięcy niewolników, a w latach 30. XIX wieku ich liczba wzrosła do ponad 200 tysięcy. Tak dynamiczny przyrost populacji niewolniczej prowadził do mnóstwa problemów w okresie, w którym na świat przyszła Ferebe, a potem jej synek.
James Smith Battle był znany i bogaty. Nieustannie poszukiwał sposobów na to, żeby zwiększyć rozmiar swojej ziemi i liczbę niewolników. Oprócz plantacji w Karolinie Północnej Battle i jego krewni byli też właścicielami tysięcy akrów i ogromnych plantacji na Florydzie i w Missisipi. Aby to wszystko obsłużyć, potrzebowali kolejnych setek niewolników.
James był postacią pełną sprzeczności. Gdy w latach 30. jeden z jego niewolników zabił białego nadzorcę, Battle był przekonany, że było to działanie w samoobronie. Zatrudnił dwóch prawników, aby wnieśli apelację do Sądu Najwyższego i pomogli niewolnikowi uniknąć kary śmieci. Sprawa dotarła aż do Sądu Najwyższego, a Battle ostatecznie odniósł zwycięstwo i doprowadził tym samym do precedensu prawnego. Zdaje się, że nigdy wcześniej niewolnik nie został uniewinniony po zabiciu białego. Sława i dramatyczne zwroty akcji były najwyraźniej pisane już przodkom Magica Johnsona.
Według różnych dokumentów sądowych Battle wydał na proces ponad tysiąc dolarów, co było jak na tamte czasy kwotą astronomiczną.
Filarem niewolnictwa było prawo, które dawało właścicielom pełną kontrolę nad należącymi do nich ludźmi. Ten system zachwiał się w posadach, kiedy Sąd Najwyższy Karoliny Północnej unieważnił wyrok śmierci wydany na niewolnika. Uznał go jedynie za winnego zabójstwa i odesłał z powrotem do Cool Spring.
Sprawa, która przeszła do historii jako precedens Stany Zjednoczone przeciwko Mannowi, była kamieniem milowym w kształtowaniu praw niewolników. Była to pierwsza sprawa sądowa, która w jakiejkolwiek formie przyznawała im prawa człowieka, jednocześnie ograniczając przywileje ich oprawców. Jak zaznaczyli Joseph K. Turner i John Bridgers w historii hrabstwa Edgecombe opublikowanej w 1920 roku, decyzja ta oznaczała, że "czarni i biali byli teraz traktowani przez prawo w równy sposób".
Wyrok sądu natychmiast wywołał pełne oburzenia reakcje. "Sprawa ta miała miejsce tuż po powstaniu niewolników pod wodzą Nata Turnera w hrabstwie Southampton w Wirginii, podczas którego zabitych zostało wielu białych - pisał potem George Gordon Battle. - W naturalny sposób wywołało to niepokój wśród właścicieli niewolników. Mój ojciec spotkał się z ostrą krytyką ze strony przyjaciół i sąsiadów za obronę niewolnika, który niewątpliwie zabił swojego nadzorcę".
Trzeba też pamiętać, jak skomplikowane były realia życia na farmie w Karolinie Północnej w latach 30. XIX wieku, naznaczone echami informacji o powstaniu Nata Turnera w Wirginii w 1831 roku. Zginęło wtedy wielu ludzi, a powstanie stworzyło atmosferę przerażenia nie tylko u białych zamieszkujących sąsiadującą z Wirginią Karolinę Północną, ale na całym Południu.
David Dodge, biały dziennikarz, który mieszkał na terenach Karoliny, gdzie żyli przodkowie Johnsona, opublikował w 1886 roku artykuł w "The Atlantic". Poświęcił go tamtym czasom oraz wpływowi, jaki reakcja na powstanie Nata Turnera wywarła na wzrost strachu białej populacji i akty przemocy, które odcisnęły długotrwałe piętno na relacjach rasowych w Ameryce.
Dodge, który dobrze się orientował w realiach życia właścicieli niewolników, pisał, że byli oni od dawna uważani za "nadmiernie podejrzliwych i skłonnych do paniki". Wskazywał, że ich lęk doprowadził do wyjątkowo rygorystycznego okresu w prawodawstwie i barbarzyńskich kar. "Nawet najdrobniejsze przewinienia były karane chłostą, wypalaniem znamion na ciele, okaleczeniami i wieszaniem" - pisał.
Historycy piszą, że w latach 30. w okolicach Tarboro zaczęły działać regularne patrole obywatelskie i bojówki. Nocami przetrząsały one domy niewolników w poszukiwaniu ukrytej broni oraz innych zakazanych przedmiotów, a nawet kukurydzy. A w środku tego całego koszmaru znajdowali się Battle'owie, którzy pośród panujących wówczas lęków i napięć wywoływali sporo kontrowersji. Ci sami Battle'owie, którzy mieli wpływ na życie przodków Magica Johnsona.
Poza działalnością rolniczą James Smith Battle angażował się również w budowę kolei. I nie miał szczególnych oporów moralnych przed wykorzystaniem 150 swoich niewolników do prac nad wytyczeniem i budową torów kolejowych w skrajnie trudnych warunkach. Wszystko wskazuje na to, że co najmniej jeden przodek Magica Johnsona - o ile nie było ich więcej - pracował przy budowie kolei Wilmington and Weldon.
W tamtych czasach w Karolinie Północnej istniały sądy dla niewolników. Ustanowiono je głównie z myślą o zwracaniu właścicielom odszkodowań za wypadki czy rozstrzyganiu sporów finansowych, w których uczestniczyli zniewoleni. Ale takie sądy rozpatrywały również sprawy kryminalne prowadzone przeciwko nim. W pewnych okolicznościach mogły im nawet przyznać wolność w nagrodę za lata wiernej służby. To pomaga zrozumieć, dlaczego spisy ludności Karoliny Północnej z lat 60. XIX wieku wskazują na istnienie sporej populacji "wolnych" Afroamerykanów, szacowanej na około 30 tysięcy osób.
Napięcie pomiędzy białą społecznością a Battle'ami wciąż rosło, a wkrótce miało się jeszcze dodatkowo nasilić. Battle'owie byli ludźmi głęboko wierzącymi, większość z nich była baptystami, ale po zawarciu małżeństw niektórzy przeszli na anglikanizm i wkrótce zaczęli organizować w Cool Spring nabożeństwa dla niewolników. Takie praktyki nie były niczym niezwykłym, choć prawo zabraniało niewolnikom nauki czytania i głoszenia kazań.
Inną zauważalną zmianą związaną z lękami białej populacji, której ślady można odnaleźć w archiwach, jest to, że w latach 30. na większości terenów Karoliny Północnej biali zaczęli nieoczekiwanie zapraszać zarówno niewolników, jak i wolnych czarnoskórych na wspólne modlitwy. Można by pomyśleć, że to oznaka postępu - biali mieli zachęcać Afroamerykanów do słuchania kazań wygłaszanych przez białych pastorów. Z pewnością było to krokiem naprzód względem sytuacji sprzed 30 lat przed wojną secesyjną, kiedy - jak wskazują ówczesne dokumenty kościelne - wielu czarnoskórych odchodziło od wiary.
Historycy jednak podkreślają, że kazania głoszone w tamtych czasach przez białych pastorów kładły nacisk na to, że niewolnicy powinni być lojalni wobec swoich panów.
Kluczowy moment dla historii rodziny Magica Johnsona miał o dziwo miejsce właśnie w latach 30. XIX wieku. Był to okres pełen napięcia i niepokoju. W tym czasie 24-letni wówczas Amos Battle, bliski krewny Jamesa Smitha Battle'a, wyjechał konno ze swojej plantacji znajdującej się w pobliżu Cool Spring i udał się na Florydę. W ciągu trzech tygodni planował odwiedzić inne rodzinne plantacje.
Podczas podróży przez Georgię Amos Battle miał się zatrzymać na nabożeństwie w pewnym wiejskim kościele, gdzie kazanie wygłaszał pastor z Misjonarzy Baptystów. W owym czasie ten konkretny Kościół wyróżniał się na Południu, ponieważ był znany ze zdecydowanego sprzeciwu wobec niewolnictwa. To, co Amos tamtego dnia usłyszał, wywróciło do góry nogami jego światopogląd i moralne przekonania. Kiedy po kilku tygodniach wracał ze swojej plantacji na Florydzie, podobno znów odwiedził tę świątynię. Przyjął tam chrzest, a w późniejszym czasie został pastorem i zaczął głosić nauki tej wiary.
Amos Battle był człowiekiem potężnym i bogatym i szybko stał się znaczącym działaczem w środowisku misjonarzy baptystów. Około 1834 roku zorganizował ich konferencję w Tarboro. Wywołało to niezadowolenie białych mieszkańców, co zaowocowało artykułem opublikowanym w lokalnej gazecie. Battle został w nim nazwany "fanatykiem", który propaguje nową wiarę przeciwną niewolnictwu.
Z czasem nauki misjonarzy baptystów zyskały popularność wśród wielu Afroamerykanów, w tym wczesnych pokoleń rodziny Magica Johnsona. Podobnie było z innymi odłamami Kościoła baptystycznego, które zyskiwały na znaczeniu w Karolinie Północnej. Tymczasem Amos Battle został głównym darczyńcą Wake Forest University. Mimo że był człowiekiem o silnych przekonaniach moralnych, niektórzy historycy zauważają pewne sprzeczności w jego postawie. Z dokumentów archiwalnych wynika, że jego żona do końca życia była właścicielką kilkunastu niewolników. To świadczy o tym, że nawet najsilniejsze przekonania moralne mogą nie wytrzymać zderzenia z pokusami łatwego bogactwa i luksusu, które można osiągnąć kosztem innych.
JENKINS
To, że jednym z przodków Magica Johnsona, który niczym koń wyścigowy uganiał się po koszykarskim parkiecie, był sierżant kawalerii, wydaje się niemal poetyckim zbiegiem okoliczności.
Ben Jenkins, kolejny przodek Johnsona urodzony w Karolinie Północnej, walczył w wojnie secesyjnej w armii Północy. Jego nazwisko figuruje w dokumentach - w 1863 roku służył jako sierżant w armii Unii w pierwszej brygadzie kawalerii składającej się z żołnierzy afroamerykańskich (First Colored Cavalry).
Pojawiający się w archiwach wojskowych Ben Jenkins urodził się w Karolinie Północnej w połowie lat 30. W aktach nie ma wzmianki o żadnym innym Benie Jenkinsie, więc można założyć, że mowa o tej samej osobie. Rodzi się jednak pytanie: jak to możliwe, że Ben Jenkins, który pracował na plantacji lub w jej okolicy na farmach Battle'ów, znalazł się w szeregach armii? Przecież Battle'owie w swoich listach i wspomnieniach deklarowali, że podczas wojny ich niewolnicy byli wobec nich bardzo lojalni, mimo że na ich farmach produkowane były towary dla Konfederacji.
Jednym z możliwych wyjaśnień jest to, że twierdzenia Battle'ów były nieprawdziwe. Już w 1863 roku armia Unii przeprowadzała rajdy na Karolinę Północną. Ich celem było wyzwalanie niewolników i werbowanie ich do walki w szeregach Unii. Historycy wskazują, że wielu niewolników wyjechało z okolic Tarboro po Proklamacji emancypacji wydanej przez Lincolna 1 stycznia 1863 roku, a następnie wstąpiło do wojsk Północy. Szacuje się, że służyło w nich podczas wojny secesyjnej około 200 tysięcy Afroamerykanów w różnych funkcjach. Eksperci zgodnie przyznają, że ich wkład był kluczowy dla ostatecznego zwycięstwa.
Z akt wynika, że Ben Jenkins wstąpił do armii w Fort Monroe w Wirginii w grudniu 1863 roku. Jednostki złożone z "kolorowych" były formowane w piechocie, artylerii, a nawet w marynarce, ale skoro Jenkins zaciągnął się do kawalerii, musiał dobrze jeździć konno. Zdecydowana większość oficerów w "kolorowych jednostkach" była biała. Osiągnięcie przez Jenkinsa stopnia sierżanta oznaczało, że stał się jednym z najwyższych rangą czarnoskórych biorących udział w wojnie.
Frederick Browne, biały podporucznik służący w kawalerii, opowiada w swoich wspomnieniach, że pierwsza brygada kawalerii złożona z żołnierzy afroamerykańskich "intensywnie się szkoliła" do maja 1864 roku. Następnie jednostka została wciągnięta do głównego teatru działań wojennych, gdy Unia dążyła do osiągnięcia przewagi w krwawym konflikcie, trwającym już wówczas trzy lata.
Historia First Colored Cavalry, udokumentowana zarówno w aktach wojennych, jak i we wspomnieniach Browne'a, pokazuje, że podczas 15 miesięcy istnienia jednostka odnosiła znaczące sukcesy w działaniach wojennych w Wirginii i w Karolinie Północnej. Angażowała wroga w różnorodne potyczki i większe bitwy, jednocześnie doświadczając poważnych strat. W swoich relacjach Browne opisuje, jak jednostki kawalerii musiały czasem spędzać 24 godziny z rzędu na koniach.
Po ostatecznym zwycięstwie armii Unii w Appomattox w Wirginii w kwietniu 1865 roku różne jednostki złożone z żołnierzy afroamerykańskich zostały połączone w jeden większy oddział. Został on skierowany do Teksasu, gdzie na granicy pojawiało się zagrożenie ze strony wspieranego przez Francuzów cesarza Maksymiliana z Meksyku.
W czerwcu jednostki czarnoskórych żołnierzy zostały przetransportowane parowcami wzdłuż rzeki James, na południe od Richmond w Wirginii. Wśród oddziałów szybko rozniosła się plotka, że skierują ich do Teksasu, żeby zbierali bawełnę. Miało to na celu spłatę ogromnego długu, który Stany Zjednoczone musiały zaciągnąć podczas konfliktu wojennego.
Browne wspomina, że oficerowie usiłowali uspokoić swoje oddziały, zapewniając, że plotki są nieprawdziwe. Ale cały konflikt dał czarnym żołnierzom wiele powodów, żeby czuć nieufność. Doświadczenia wojenne sprawiały, że znaleźli się między młotem i kowadłem - z jednej strony armia federalna, która nie kryła do nich niechęci, z drugiej armia konfederatów, którzy uważali ich za zdrajców i straszyli egzekucją po ich schwytaniu.
Afroamerykanie otrzymywali żołd o połowę niższy, mieli do dyspozycji gorszy sprzęt niż biali i często doświadczali z ich strony lekceważenia, więc wielu z nich czuło rozgoryczenie.
Niepokój panujący wśród żołnierzy na parowcach płynących do Teksasu był podczas pierwszej nocy tak silny, że rankiem następnego dnia oficerowie postanowili zacumować statki w Fort Monroe. Wojska zostały wyprowadzone na brzeg, zgromadzone na plaży w szeregu, a następnie poproszone o złożenie broni.
Browne opisał potem te chwile jako pełne napięcia. Mimo początkowego wahania ze strony niektórych żołnierzy wszyscy ostatecznie podporządkowali się rozkazom.
Ale napięcie nie opadło. Następnej nocy na jednym z parowców płynących do Teksasu doszło do buntu. Jeden z oficerów zastrzelił przywódcę rebeliantów.
Bunt został szybko stłumiony. Parowce kontynuowały podróż, dopływając najpierw do rzeki Missisipi, potem do Brazos Santiago w Teksasie, przy granicy z Meksykiem. Jak relacjonuje Browne, czarnoskóre oddziały zostały tam obarczone trudnym zadaniem rozładunku wszystkich statków oraz pilnowaniem granicy przed ewentualnym atakiem ze strony Meksyku.
Po zakończeniu rozładunku afroamerykańskim żołnierzom zlecono postawienie obozu, oddzielonego od obozu białych. Teren, na którym mieli go rozbić, był bagnisty, opisywano go jako "malaryczny" i "zapomniany przez Boga". Po pewnym czasie zaczęły napływać ponure doniesienia o wybuchu epidemii wśród oddziałów czarnoskórych. W dokumentach można znaleźć raporty lekarskie, mówiące o "strasznej chorobie, która szerzy się wśród żołnierzy... i o wysokiej liczbie zgonów". Sytuację pogarszało oddalenie obozu od wszelkich źródeł ewentualnej pomocy, a także brak leków i wykwalifikowanego personelu medycznego, który mógłby leczyć chorych. Sierżant Ben Jenkins jakimś cudem to wszystko przetrwał, będąc świadkiem wielu haniebnych upokorzeń doświadczanych przez pierwsze w historii Stanów afroamerykańskie oddziały wojskowe.
Z dokumentów wynika, że Jenkins i inni afroamerykańscy żołnierze zostali ostatecznie zwolnieni ze służby w Teksasie rok po zakończeniu wojny, w lutym 1866 roku.
Według danych ze spisu powszechnego z 1870 roku Ben Jenkins powrócił do Karoliny Północnej i podjął jedyną pracę dostępną w tamtych czasach dla milionów czarnoskórych mężczyzn na Południu - został dzierżawcą ziemi uprawnej. Afroamerykanie często musieli pracować obok białych, którzy wcześniej służyli w szeregach Konfederacji.
Ben Jenkins i jego żona Gracie wychowywali na swojej farmie liczną rodzinę. Jednym z ich dzieci był Joseph, przyszły prapradziadek Magica Johnsona. Jego córka Arsena Jenkins, znana również jako "Sena", poślubiła mężczyznę o nazwisku Glass. Ale jej pierwsze dziecko, Mary Della, przyszła babcia Magica Johnsona, była z nieznanych powodów przywiązana do nazwiska panieńskiego matki. Świadczy o tym fakt, że po zawarciu małżeństwa przyjęła nazwisko Mary Della Jenkins Porter.
SENATOR
Ben i Gracie Jenkinsowie mieli córkę, Ellę. Urodziła się w 1867 roku i była cioteczną prababcią Magica Johnsona. W 1891 roku wyszła za mąż za znamienitego senatora, dzięki czemu przodkowie Johnsona osiągnęli coś, o czym nigdy nie marzyli - posmak władzy politycznej i sojusz z nowym pokoleniem Battle'ów.
W 1891 roku Ella Jenkins poślubiła senatora Dreda Wimberly'ego, urodzonego w 1849 roku w Walnut Creek, na kolejnej plantacji Battle'ów. Kiedy w kwietniu 1865 roku zakończyła się wojna secesyjna, Wimberly był jeszcze nastolatkiem. Plantacją zarządzał wtedy Kemp P. Battle, który był jednocześnie kuzynem i zięciem Jamesa Smitha Battle'a. Zasłynął on jako konfederat, ceniony prawnik i uczony, gorący orędownik University of North Carolina i partner biznesowy Jamesa Smitha Battle'a w przemyśle kolejowym.
Dred Wimberly opowiadał, że pewnego dnia Kemp Battle zjawił się na polu. Zwołał wszystkich pracujących tam niewolników, powiedział im, że wojna się skończyła i że albo mogą odejść wolno, albo zostać i utrzymać pracę.
Młody Wimberly zdecydował, że zostanie. Niedługo potem był już odpowiedzialny za dystrybucję całej produkcji z Walnut Creek. Ładował produkty na duże wozy i wysyłał je w dwudniową podróż do miasta Raleigh. Po dotarciu na miejsce sprzedawał produkty z plantacji, po czym kupował w sklepie zapasy, pakował je na wozy i wracał do Tarboro. Można powiedzieć, że odgrywał rolę zaopatrzeniowca w rozległej plantacji Battle'a.
Po kilku latach pracy dla Battle'ów Wimberly postanowił pójść własną drogą. Marzył o założeniu swojego biznesu, chciał budować domy jako cieśla. Kiedy zbliżał się do trzydziestki, Partia Republikańska zaproponowała mu ubieganie się o mandat w wyborach do Izby Reprezentantów Karoliny Północnej. Początkowo odmówił, twierdząc, że nie posiada odpowiednich kwalifikacji. Potem zapomniał o sprawie, ale okazało się, że republikanie i tak go nominowali. Wygrał wybory, choć nie miał właściwie żadnej kampanii, co świadczy o ogromnym szacunku, jakim się cieszył w lokalnej społeczności.
Od 1878 roku przepracował w Izbie Reprezentantów kilka kadencji, a niespełna dziesięć lat później został wybrany do Senatu. W międzyczasie dołączył do inicjatywy Kempa Battle'a dotyczącej wsparcia borykającego się wtedy z problemami finansowymi University of North Carolina. To jego głos zadecydował o tym, że uczelni przyznano istotne dofinansowanie. Panowie potrafili współpracować, choć Battle był demokratą.
"Głosowałem za przyznaniem środków, bo doktor Battle powiedział, że głos na rzecz uniwersytetu pomoże nam wszystkim - tłumaczył potem Wimberly. - Być może jakoś pomoże również kolorowym".
We wstępniaku opublikowanym już w XX wieku w "News and Observer", gazecie z Raleigh, autorzy wyrażali szacunek wobec Wimberly'ego i innych czarnoskórych posłów: "Stali na straży edukacji, kiedy nikt inny tego nie robił. Zbudowali podwaliny systemu szkół powszechnych w czasach, kiedy prawie nikogo to nie interesowało".
Battle'owie zawsze podkreślali, że to głos Wimberly'ego okazał się decydujący (odegrał też kluczową rolę w przyznaniu środków finansowych University of North Carolina State, a także w kilku innych ważnych projektach publicznych). Ale w 1935 roku dziennikarz gazety z Raleigh to zakwestionował. Wskazał, że dokumenty z jego wczesnej pracy legislacyjnej się zagubiły, więc nie wiadomo, czy rzeczywiście zagłosował za University of North Carolina.
W latach 70. XIX wieku prasa z Karoliny Północnej opublikowała jednak protokoły z głosowania zgromadzenia stanowego i dokumentacja ta potwierdziła, że Wimberly ewidentnie oddał ten ważny głos.
W pełnych konfliktów czasach rekonstrukcji6, kiedy tysiące Afroamerykanów dołączyło do list wyborców i zaczęło obejmować urzędy publiczne w atmosferze politycznego napięcia, elegancki Wimberly zdobył uznanie. Dążył do łagodzenia napięć i nawiązania współpracy z przeciwnikami politycznymi.
Owszem, przodkowie Magica Johnsona byli rolnikami, dzierżawcami, i ledwo zdołali przetrwać trudne lata, które nastąpiły po wojnie secesyjnej. Ale jedna z tych osób wyszła za mąż za kogoś, kto nie tylko był senatorem, ale dążył do współpracy ponad podziałami partyjnymi. Łatwo jest sobie wyobrazić, jak bardzo byli z tego dumni. Jeśli jednak członkowie klanu Jenkinsów liczyli na to, że będą mogli czerpać jakieś korzyści polityczne z pozycji męża Elli, to wszelkie tego typu nadzieje rozwiały się w latach 90. XIX wieku. Biali rasiści z Partii Demokratycznej twierdzili, że Afroamerykanie nie mają odpowiednich kwalifikacji, żeby głosować, a tym bardziej zasiadać we władzach ustawodawczych. Takie twierdzenia były oczywiście nieprawdziwe. Ale to demokraci mieli zdecydowaną większość w Izbie Reprezentantów.
Wkrótce i tak mieli zmiażdżyć republikanów w wyborach oraz podważyć prawo czarnoskórych obywateli do głosowania. Demokratów z Dixie7 od dawna dręczyło to, że republikanie z Północy połączyli po wojnie siły polityczne z Afroamerykanami z Południa, co doprowadziło do znaczących zmian w wielu miejscach, zwłaszcza w Wilmington. Wielu wyzwolonych obywateli chciało tam w pełni korzystać z nowo nabytych praw. W latach 90. XIX wieku Wilmington było na najlepszej drodze, żeby stać się odpowiednikiem Atlanty. W mieście dynamicznie rozwijała się czarnoskóra klasa wyższa, ukazywały się tu dwie wydawane przez Afroamerykanów gazety codzienne, władzę sprawował czarnoskóry burmistrz, w policji panowała integracja rasowa, a także kwitło wiele biznesów, które prowadzili Afroamerykanie.
Po wojnie i okresie rekonstrukcji, w latach 90. XIX wieku, demokratom udało się utrzymać kontrolę białych nad większością Karoliny Północnej. Ale Wilmington i wybrzeże stanowiły wyjątek, głównie dzięki ponad 120 tysiącom zarejestrowanych w tym regionie czarnoskórych wyborców.
11 listopada 1898 roku doszło w Wilmington do wywołanych przez demokratów zamieszek na tle rasowym. Białe bojówki, nazywane Czerwonymi Koszulami, podburzane przez polityczną retorykę, dokonały aktów przemocy. Na ulicach palono gazety wydawane przez Afroamerykanów, które miały czelność krytykować demokratów. Wykorzystywano irracjonalny strach przed rzekomym zagrożeniem ze strony czarnoskórych mężczyzn, mogących gwałcić białe kobiety.
W opublikowanych dzień później raportach z kostnicy można znaleźć informację o 14 ciałach, w tym 13 czarnoskórych, ale mówiło się, że liczba ofiar mogła sięgnąć nawet 90 osób. Przemoc się nasilała i rozprzestrzeniała, przerażeni Afroamerykanie zabierali całe rodziny i uciekali na pobliskie bagna. Czerwone Koszule ich tam ścigały i zabiły jeszcze wiele osób, których ciała nigdy nie zostały odnalezione.
Oszacowanie liczby ofiar okazało się tym trudniejsze, że następnego dnia rozpoczął się drugi etap dokładnie zaplanowanej rebelii. Czerwone Koszule pod eskortą odprowadziły na stację kolejową wielu szanowanych Afroamerykanów - pastorów, biznesmenów, polityków. Zapakowały ich do pociągów i wypędziły z miasta na stałe.
Głośne zwycięstwo białych rasistów utrwaliło ich ideologię i na wiele dziesięcioleci uniemożliwiło czarnoskórym udział w życiu politycznym. Przywódcą duchowym rebelii był demokrata, Charles Aycock, który w 1900 roku został wybrany na gubernatora. Już w maju 1898 roku zaczął przekonywać, że trzeba odsunąć od władzy wszystkich czarnoskórych w Karolinie Północnej.
"Na Południu nigdy nie będzie postępu, dopóki nie odsuniemy Murzynów od polityki" - głosił.
Po objęciu stanowiska gubernatora Aycock wprowadził inicjatywę ustawodawczą, która była konsekwencją postulatów głoszonych już podczas rebelii w Wilmington - wdrożył segregacyjne prawa Jima Crowa8 oraz ograniczył prawa wyborcze dla Afroamerykanów. W ciągu zaledwie czterech lat liczba zarejestrowanych czarnoskórych wyborców ze 120 tysięcy przed rozpoczęciem zamieszek spadła do sześciu tysięcy. Wyrzucenie Afroamerykanów z polityki na Południu Stanów i w innych regionach było procesem, który eskalował jeszcze przez dużą część XX wieku. Na przykład w latach 40. i 50. XX wieku zdarzały się i takie hrabstwa, w których był zarejestrowany tylko jeden albo dwóch takich wyborców. Czarnoskórzy nie tylko byli skazani na niewdzięczną pracę na dzierżawionej ziemi, ale prawa Jima Crowa odbierały im jakąkolwiek szansę na zmianę takiego stanu rzeczy.
DZIERŻAWA GRUNTU
Z dokumentów wynika, że przez wiele dziesięcioleci po wojnie secesyjnej, aż do początków XX wieku, przodkowie Magica Johnsona zmagali się z trudnościami związanymi z dzierżawą gruntu i uprawą roli. W tamtych czasach na Południu czarnoskóre rodziny nie miały zbyt wielu innych możliwości. Taka praca na farmie oznaczała smutną wiejską egzystencję, często wiązała się z długami i zniewoleniem, niewiele różniącym się od samego niewolnictwa.
System dzierżawy gruntu i uprawy roli nie był niczym nowym. Funkcjonował od stuleci na całym świecie. Ludzie często wpadali w pułapkę głodu, ucisku i sponiewierania. I nie mieli żadnych szans na poprawę sytuacji.
Tak oto rozpoczął się kolejny etap niedoli dla ogromnej większości byłych niewolników. Spisy powszechne ukazują miliony Afroamerykanów, którzy po wielu dziesięcioleciach dzierżawienia ziemi nadal nie posiadali żadnego majątku, a wszystko to po kilku stuleciach epoki niewolnictwa, kiedy prawo własności było dla nich niedostępne.
W 1922 roku Rada Rolnictwa w Karolinie Północnej przedstawiła obszerny raport oparty na badaniach przeprowadzonych w obrębie stanu na próbie tysiąca mieszkających na farmach rodzin. Potwierdził on znaną od zawsze prawdę: że rolnicy bez własnej ziemi, dzierżawiący i najmujący cudze pola, niezależnie od tego, czy byli czarnoskórzy, czy biali, borykali się z ogromnymi problemami finansowymi, skazani na wieczne długi i ciężką pracę. Pracując nierzadko po 12 godzin na dobę, siali i zbierali tytoń i bawełnę, a zarabiali często po kilka pensów dziennie albo i nic. Musieli pożyczać pieniądze, żeby mieć na jedzenie. I żyć nadzieją, że po zakończeniu zbiorów dostaną niewielką część zysków, którą właściciele gruntu zawsze wyliczali tak, jak chcieli.
Z danych wynika, że na dzierżawie nie sposób było zarobić. Była to jedynie licencja na to, żeby zostać oszukanym. I znajdowało to potwierdzenie przez wiele dziesięcioleci.
"Tak było zawsze - wspomina Sandra Jones King, córka farmera z hrabstwa Edgecombe w Karolinie Północnej. - Jeśli byłeś dzierżawcą, to mniej więcej w grudniu przychodził do ciebie człowiek, na którego farmie pracowałeś, i mówił coś w stylu: "No cóż, John, w tym roku nie mogę ci nic zapłacić. Ledwo wyszliśmy na zero"".
Najmujący ziemię rolnicy nie mieli w tym pojedynku prawie żadnych szans. Jedyną możliwością było zapakowanie dobytku, wyprowadzenie się z szopy, w której mieszkali, i poszukiwanie innego właściciela gruntu, w nadziei, że może ten okaże się uczciwy.
Historycy zwracają uwagę na to, że jeśli dzierżawcy próbowali się temu systemowi sprzeciwić, przypominano im, że w Karolinie Północnej mieszka więcej członków Ku Klux Klanu niż we wszystkich innych południowych stanach łącznie.
Ostrzeżenia zawarte w opublikowanym w 1922 roku raporcie Rady Rolnictwa pojawiły się na osiem lat przed wielkim kryzysem, który doprowadził do obniżenia cen produktów rolnych. Dla rodzin rolniczych, które już wcześniej ledwo wiązały koniec z końcem, była to totalna katastrofa.
I właśnie w samym środku wielkiego kryzysu urodzili się Earvin senior i Christine Johnson. On w 1934 roku, ona dwa lata później.
PO POWODZI
Pomimo trudności przodkowie Magica Johnsona jakoś przetrwali w Karolinie Północnej, w dużej mierze dzięki postawie kobiet. Ich zgięte sylwetki wiecznie widać było na ganku, zajęte ciężką pracą - bez końca rąbały drewno na opał albo dźwigały ogromne ilości wody. A kiedy ich mężczyźni chorowali albo umierali, same zaczynały pracować na polu: sadziły rośliny, pielęgnowały je i zbierały plony.
Willis Staton, prapradziadek Magica Johnsona i syn Ferebe, najpierw mieszkał na plantacji Cool Spring, a po wojnie stał się dzierżawcą ziemi, jak prawie każdy inny były niewolnik. Kiedy przyszło do zawarcia małżeństwa, jego wybór padł na niejaką Charlette, od której był dwa razy starszy. Kobieta ta, tak jak wielu przodków Johnsona, musiała się mierzyć z ciężarem życia na farmie.
W tamtych czasach nie było dostępu do żadnej opieki medycznej ani antykoncepcji. Życie kobiet było pełne niebezpieczeństw; często zachodziły w ciążę, choć macierzyństwo było drogą przez mękę. Wydawało się, że ich przeznaczeniem jest posiadanie licznej rodziny, a kolejne porody podkreślały ich trudny los i nieszczęśliwe życie w Karolinie Północnej pod koniec XIX i na początku XX wieku.
W domach nie było nawet elektryczności. Charlette co roku zachodziła w ciążę, nie miała szans, żeby odpocząć od ciężkiej pracy na farmie, od gotowania, prania, sprzątania, rąbania drewna, palenia ognia w piecu przez siedem dni w tygodniu i przez 24 godziny na dobę. Jakimś cudem udało jej się wychować wszystkie dzieci i zapewnić im godne warunki.
"Życie było w tamtych czasach nieustanną harówką - powiedziała kiedyś dziennikarzowi Robertowi Caro jedna z kobiet mieszkających w tamtych czasach na farmie. - Przetrwanie było ogromnym wyzwaniem. Nie było światła. Ani kanalizacji. Niczego nie było. Nie mieliśmy co jeść. Żyliśmy na skraju nędzy. Tak właśnie wyglądało nasze życie na farmie".
Willis Staton był od Charlette o 18 lat starszy. Zmarł na przełomie XIX i XX wieku; zostawił wdowę, która musiała sobie poradzić z wykarmieniem dużej rodziny, pracując w polu i wykonując wszystkie obowiązki domowe. Choć była to misja niemalże niemożliwa, Charlette radziła sobie z tym przez wiele lat, tak jak wielu innych przodków Johnsona.
Jej córka Ida też pracowała na dzierżawionej ziemi. I ona także wyszła za kogoś dwa razy starszego - 10 lutego 1897 roku poślubiła w hrabstwie Edgecombe Richarda Portera. Tak powstała rodzina, która stała się parą pradziadków Magica Johnsona.
Ida, narażona na niebezpieczeństwa typowe dla wiejskiego życia, zmarła znacznie wcześniej niż jej starszy mąż, prawdopodobnie wskutek wyczerpania spowodowanego urodzeniem siedmiorga dzieci.
Jednym z tych dzieci był Isiah Porter, który urodził się w lutym 1905 roku. Tak jak poprzednicy wiódł rolnicze życie na dzierżawionej ziemi. A w sylwestra przed Nowym Rokiem 1927 ożenił się w Edgecombe z Mary Dellą Jenkins.
Mary Della Jenkins Porter była matką ośmiorga dzieci. Razem z Isiahem Porterem próbowali przeżyć w świecie upraw tytoniu i bawełny, borykając się ze wszystkimi możliwymi katastrofami, takimi jak plaga karaluchów, drastyczny spadek cen bawełny, wielki kryzys, burze i nieurodzaje. Ich codzienność nie różniła się niczym od doświadczeń poprzednich pokoleń: każdego dnia budzili się, myśląc tylko o tym, jak wykarmić swoją liczną rodzinę. Przeglądając dokumenty z ponad 170 lat życia przodków Johnsona, nie znajdziecie ani jednej wzmianki o tym, żeby którykolwiek z nich próbował tego obowiązku uniknąć.
Ani Isiah Porter, ani jego żona Mary Della, ani żaden z ich przodków nie mogli przypuszczać, że w ich rodzinie urodzi się ktoś tak sławny, potężny i bogaty jak Magic Johnson.
Jego matka Christine, córka Mary Delli i Isiaha Porterów, przyszła na świat w 1936 roku, w momencie, kiedy w życiu ich rodziny nadchodziły w końcu wielkie zmiany.
W odpowiedzi na wielki kryzys prezydent Franklin Delano Roosevelt wprowadził reformy pod wspólną nazwą Nowy Ład. Jednym z ich najważniejszych elementów był program mający na celu przeciwdziałanie trudnej sytuacji dzierżawców gruntów rolnych. Ten eksperymentalny projekt polegał na tym, że w wybranych miejscach wykupywano duże powierzchnie dawnych plantacji i zamieniano je w setki mniejszych farm o powierzchni 40 akrów. Dzięki temu dzierżawcy - zarówno czarnoskórzy, jak i biali - dostawali szansę prowadzenia swojej działalności oraz możliwość zamieszkania we własnym skromnym nowym domu.
W ramach Nowego Ładu rolnicy otrzymali coś, co można określić mianem "40 akrów i muła". Było to zgodne z obietnicą złożoną w Georgii byłym niewolnikom w ostatnich dniach wojny secesyjnej przez generała Unii, Williama Tecumseha Shermana, na koniec jego słynnego przemarszu do morza. Niestety, mimo że rozkaz Shermana miał dać początek nowemu etapowi w życiu wyzwolonych niewolników, został unieważniony już po sześciu miesiącach przez prezydenta Andrew Johnsona, który sympatyzował z Południem.
Jeśli wierzyć danym ze spisu powszechnego przeprowadzonego podczas kryzysu, rodzina małej Christine zapakowała cały swój dobytek z Tarboro i przeniosła się o 50 kilometrów na północ, do Tillery w hrabstwie Halifax. Właśnie tam rząd ulokował jeden ze swoich programów przesiedleńczych obejmujących obszar około 20 tysięcy akrów.
Program w Tillery był jednym ze 113 "eksperymentalnych" projektów przesiedleńczych, uruchomionych przez rząd federalny w całych Stanach Zjednoczonych. Jak się okazało, tylko w 15 z nich uczestniczyli jednak czarnoskórzy rolnicy. W 1936 roku Farma Przesiedleńcza w Tillery zmieniła nazwę na Roanoke Farms.
Pomysł początkowo wydawał się idealny, lecz rzeczywistość szybko zweryfikowała oczekiwania. Kiedy setki rodzin rolniczych przeprowadziły się na te tereny, powstały nowe społeczności i zapanował chaos. W końcu okazało się, że przetrwanie w takich warunkach jest niemożliwe, szczególnie dla czarnoskórych dzierżawców.
Rządowi przedstawiciele programu przyjechali do hrabstwa Halifax i odkryli, że duży fragment z 20 tysięcy akrów przeznaczonych na program przesiedleńczy jest usytuowany na terenach zalewowych rzeki Roanoke. Z dokumentów wynika, że do obszarów powodziowych zostali przydzieleni głównie afroamerykańscy farmerzy.
Co gorsza, agenci rządowi dawali białym farmerom pełną swobodę, jednocześnie ingerując w sposób zarządzania ziemią przez czarnoskórych rolników, którzy mieli przecież wieloletnie doświadczenie z pracy na polach w Karolinie Północnej.
Z danych spisu powszechnego przeprowadzonego w 1940 roku wynika, że Mary Della Jenkins Porter i jej mąż Isiah mieszkali na jednym z obszarów programu przesiedleńczego razem z sześciorgiem dzieci, w tym z czteroletnią Christine.
Charlie Thompson, specjalista do spraw ekonomii rolnictwa z Duke University, który wystąpił jako ekspert w filmie o programie przesiedleńczym, uważa, że przedsięwzięcie to było od samego początku skazane na niepowodzenie.
"Było oczywiste, że jeśli wywodzisz się z rodziny dzierżawców, to podejmiesz ryzyko - mówił Thompson o ludziach, którzy pakowali cały swój dobytek i wyjeżdżali, żeby skorzystać z programu. - I tak nic nie zarabiali, a tu pojawiała się obietnica, że staną się właścicielami czegoś, że będą mogli sami decydować o własnym losie i będą mieli własną ziemię. Perspektywa była na tyle kusząca, że byli gotowi zaryzykować wszystko".
Po wielu dziesięcioleciach marnej egzystencji na farmie czarnoskórzy farmerzy dostrzegli wreszcie światełko w tunelu, nadzieję na uzyskanie czegokolwiek za tyle lat ciężkiej bezcelowej pracy. Niestety, znowu okazało się, że zasady gry się zmieniły.
"Kiedy nadeszły lata 30., wszystko znów sprzysięgło się przeciwko nim - tłumaczy Thompson. - Rolnictwo zaczęło się modernizować i automatyzować".
W 2020 roku Thompson opowiadał, że równolegle z inicjatywą administracji Roosevelta i uruchomieniem programu przesiedleńczego ustanowiony został Departament Rolnictwa Stanów Zjednoczonych (USDA). Nowo powstały organ zaczął oferować rolnikom pomoc finansową, pożyczki na zakup zboża i regulacje stabilizujące ceny produktów rolnych. "To był początek zaangażowania amerykańskiego rządu w strategiczne wspieranie działalności rolniczej" - mówił.
Rząd federalny koncentrował się na tworzeniu większych korporacyjnych farm, które miały szansę na osiągnięcie dużej skali produkcji.
"Automatyzacja rolnictwa na Środkowym Zachodzie przyspieszyła, wielu rolników musiało kupić traktory - tłumaczy Thompson. - A jednocześnie przypominano Afroamerykanom o obietnicy Shermana z czasów wojny secesyjnej, że każdy z nich otrzyma po 40 akrów i muła. I tak też się stało. Ale ludzie, którzy żyli w tych wspólnotach przesiedleńców, musieli konkurować z gigantami rolnictwa, tak zwanymi farmami bonanzy na Środkowym Zachodzie. Ceny zbóż były ustalane na podstawie produkcji wielkich gospodarstw, a nie małych farm. Małorolni doświadczali od samego początku ogromnych kłopotów. Nie mieli jak konkurować z wielkimi graczami. Czterdziestoakrowe farmy nie dawały im możliwości wykarmienia rodzin. Historia zatoczyła koło. Chcieliśmy zapewnić tym farmerom ziemię. Ale produkcja rolna i sprzedaż zboża nie dostarczały wystarczającej ilości pieniędzy. Afroamerykanie korzystali z mułów w czasach, kiedy normą stawały się traktory".
Po wiekach niewolnictwa i ośmiu dziesięcioleciach pracy na dzierżawionej ziemi czarnoskórzy farmerzy dostali w końcu coś, co miało stanowić rekompensatę za lata uciemiężenia. Ale to, co otrzymali, okazało się praktycznie bezwartościowe.
Gary Grant, którego przodkowie uczestniczyli w projekcie i mimo przeciwności zdołali wiązać koniec z końcem, wyjaśnia, że rolnicy dołączali do programu przesiedleńczego etapami.
Oprócz zmian technologicznych w rolnictwie niepowodzenia farmerów miały źródło także w innych aspektach. Do problemów przyczyniały się trudności w adaptacji do szybko budujących się społeczności oraz to, że przydzielona im ziemia była fatalnej jakości.
Ale w 2020 roku Grant mówił, że choć kolejne grupy ponosiły porażki, to kilku rodzinom się udało. "Nowy Ład był przedsięwzięciem udanym, bo zapewnił wreszcie niektórym Afroamerykanom niezależność. To, że stali się posiadaczami ziemi, z pewnością nadało ich życiu nowy wymiar. Ale biali mieli świadomość, że niezależność czarnych oznaczała, że oni na zawsze utracili darmową siłę roboczą, więc trzeba z nią skończyć".
Dla czarnoskórych, którym przez dziesięciolecia po zniesieniu niewolnictwa nie pozwalano na jakąkolwiek integrację z resztą społeczeństwa, adaptacja do nowych warunków okazała się bardzo trudna. Przecież to właśnie społeczeństwo wykluczało ich przez tak długi czas, skazując na ubóstwo i marginalizację. Nie byli przygotowani na zmiany.
Niektórzy przesiedleni rolnicy mieli traktory i mogli się nimi dzielić. "Ale połączenie niskiej jakości ziemi z powszechnym rasizmem skazywało ich na porażkę już na samym początku - opowiadał Thompson. - Musieli pożyczać pieniądze. Nie dostawali niczego za darmo. Dominował wobec nich paternalizm. Wchodzili do biura, w którym siedział jakiś biały facet, ten pytał o zapłatę rachunków, a oni odpowiadali: "To niemożliwe. Nie mamy z czego zapłacić. Mamy nieurodzaj albo ceny były tak niskie, że nas nie stać". Oczywiście generalizuję, ale to były najczęstsze przypadki".
Ze spisu powszechnego przeprowadzonego w 1940 roku, kiedy w Europie trwała druga wojna światowa, wynika, że rodzinie Porterów - dziadkom Magica Johnsona i ich dzieciom - udało się przetrwać na farmie oraz że Mary Della znowu była w ciąży i miała tym razem urodzić syna, Jamesa.
W połowie sierpnia ich nowy świat zmiotła powódź stulecia, napędzana przez burze tropikalne, które najpierw siały spustoszenie w górach Karoliny Północnej na zachodzie, a potem sprawiły, że przybrały wody rzeki Roanoke. Agencja Associated Press i "New York Times" opisywały, że wody wezbrały najpierw do 9,5 metra, a potem do rekordowego stanu ponad 17,5 metra. 17 sierpnia 1940 roku powódź dotknęła obszary, na których znajdowały się farmy przesiedleńcze, zalewając i zmiatając z powierzchni ziemi plony, farmy i domostwa prawie każdej rodziny zamieszkałej na równinie. Dwóch mężczyzn utonęło, próbując przejść przez zalaną drogę.
"W pobliskim Tillery około tysiąca osób, głównie czarnoskórych, zostało ewakuowanych łodziami z terenów rządowych osiedli przesiedleńczych - pisała Associated Press. - Uchodźców umieszczono w szkołach i młynach znajdujących się na wzniesieniach".
Nietrudno sobie wyobrazić, jakim wyzwaniem było przetrwanie dla Mary Delli Jenkins Porter. Miała wtedy 36 lat, była w zaawansowanej ciąży, musiała razem z całą pokaźną rodziną ewakuować się łodziami, patrząc, jak ich dobytek, na który przez całe życie tak ciężko pracowała, zostaje dosłownie zmieciony z powierzchni ziemi. Z szacunków gazety "News and Observer" z Raleigh wynikało, że trzy tysiące ludzi znajdujących się w strefie powodzi zostało pozbawionych dachu nad głową.
Kilka dni po ewakuacji Mary Della urodziła ósme dziecko, Jamesa. Utrata farm i plonów przed rozpoczęciem zbiorów, utrata szansy na nowe życie - wszystko to było bardzo bolesne dla mnóstwa Afroamerykanów.
Oznaką totalnej desperacji rodziny było to, że 36-letni Isiah Porter, ojciec Christine, próbował się potem zaciągnąć do armii. Sfałszował nawet w dokumentach swój wiek - próbował wykazać, że jest o pięć lat młodszy niż w rzeczywistości - żeby zwiększyć szanse na przyjęcie do służby. Ale i tak mu odmówiono. Kolejne dramaty mogły pogrążyć rodzinę w głębokiej depresji. Ale Mary Della Jenkins Porter nie zamierzała na to pozwolić.
Z dokumentów wynika, że po fiasku projektu przesiedleńczego w Tillery Porterowie wrócili tam, skąd pochodzili - do hrabstwa Edgecombe, na wieś w okolicy Tarboro. Pomimo wcześniejszych niepowodzeń znów próbowali jakoś związać koniec z końcem, pracując na roli, choć sytuacja wydawała się teraz jeszcze bardziej beznadziejna niż kiedykolwiek wcześniej.
W trakcie drugiej wojny światowej czas dla wielu rolników stanął w miejscu. Dla tych, którzy zostali na Tobacco Road, w tym dla rodziny Christine, płynął jednak dalej. Czas odmierzany przez 12-godzinny dzień pracy, kiedy tylko wiara pozwalała im jakimś cudem przetrwać to, co wydawało się nie do zniesienia.
5 Ponad 4000 metrów kwadratowych, czyli 0,4 hektara.
6 Czasy powojennej odbudowy państwa w latach 1865-1877.
7 Dixieland to potoczne określenie południowo-wschodniej części Stanów Zjednoczonych.
8 Stanowe regulacje prawne ograniczające prawa obywatelskie byłych czarnoskórych niewolników i umacniające segregację rasową (np. zakaz małżeństw pomiędzy osobami różnych ras).