Magia złota. Kroniki Tortallu. Księga druga trylogii o Rebecce Cooper - Tamora Pierce


Reflow text when sidebars are open.
Południe.
Cholerny, przeklęty, nędzny Tunstall.
Ranek był jeszcze gorętszy i bardziej żałosny niż wczoraj. Gołębie stukały w moje okiennice. Przewróciłam się na drugi bok, by jeszcze z godzinę pospać, kiedy ktoś zaczął walić w moje drzwi, aż ze szczelin posypał się kurz.
- Niech cię pomór, jestem Psem i zabiorę cię prosto do Zamurza! - wrzasnęłam w końcu. Ubrana tylko w nocną koszulę, chwyciłam pałkę i odsunęłam rygle, gotowa rozbić komuś łeb. - Jeśli to ma być dowcip, będziesz się śmiać przez dziury po zębach... - Szarpnięciem otworzyłam drzwi na oścież. Za nimi stał Tunstall, na oko wypoczęty i zadowolony, w mieszczańskim odzieniu zamiast munduru.
- Cooper - odezwał się, kręcąc głową, jakby z żalem. - Mówisz jak dziewka z Niższego Miasta. A odebrałaś takie staranne wychowanie. Wcale mi cię nie żal. Zostawiłem swoją piękną, słodką panią w łożu, żeby iść na przeszukanie do piekarza pani Tansy.
Wykrzywiłam się do niego. Żałowałam, że nie mogę zrobić nic więcej, ale za bardzo go lubię.
- Kiedy o tym postanowiono?
- Wczoraj wieczorem, przy kolacji. Rzucaliśmy o to z Goodwin monetą i przegrałem. - Wzruszył ramionami jak prawdziwy góral ze wschodu. Bogowie przesądzili o wyniku rzutu monetą i tyle.
- Ale ominie mnie śniadanie z przyjaciółmi - poskarżyłam się.
- To prawda - odrzekł. - A mnie omija śniadanie z moją panią. Jest Drapek?
Drapek wybiegł zza drzwi między moimi nogami, miaucząc na powitanie.
- Poczekamy na dole - oświadczył Tunstall.
Kot ruszył za nim, a ja zamknęłam drzwi. Ubrałam się zwyczajnie, na poły po babsku, na poły po męsku, narzucając długą, niebieską tunikę na niefarbowane spodnie. Strój przywarł mi do skóry jeszcze zanim zdążyłam włożyć buty. Włosy zaplotłam w długi warkocz, ale zostawiłam czubek, żeby móc je upiąć w dziewczęcy kok. Wzięłam swój koszyk. Tunstall o tym nie pomyślał. Jest kawalerem. Żywi się w jadłodajniach i rzadko kupuje jedzenie. Nie wiedział, że nikt nie chodzi do piekarza bez koszyka albo worka, tak jak nikt nie chodzi nago. A niby dlaczego cały świat miał wiedzieć, że przyszliśmy tam służbowo, jako Psy?
Garnett, piekarz, do którego chodziła Tansy, miał swoją piekarnię przy ulicy Stuvek. Drapek zwinął się przed drzwiami, a my weszliśmy do środka i rozejrzeliśmy się. Na oko zdawało się, że interes kwitnie. Przy ladach pracowali czeladnicy, a sam Garnett nadzorował skrzynkę z pieniędzmi. Przy obu jego bokach stali strażnicy, zgodnie z tym, co mówiła Tansy. Jeden i drugi zbir mieli najlepsze lata za sobą, ale bez wątpienia ich umiejętności wystarczały piekarzowi.
Gdy tylko nas zobaczył, zerwał się na nogi. Może mimo wszystko wyglądaliśmy jak Psy, czy to w mundurach, czy bez.
- Czym mogę służyć? - spytał dość uprzejmie. A potem lepiej przyjrzał się Tunstallowi i go rozpoznał.
Tunstall uśmiechnął się.
- Chcemy zamienić słówko, Garnett. Nie masz kłopotów, prosimy tylko o słówko, no, może trzy.
Piekarz spojrzał na mnie i westchnął.
- Masz za długie włosy i nie czarne, więc nie jesteś Goodwin. Ty musisz być Cooper. Tak czy inaczej, pech.
Milczałam. Nie jestem rozmowna wobec obcych, kiedy nie mam na sobie munduru Psa.
Garnett zawołał jednego z pomocników przy ladzie, by ten przejął pieczę nad skrzynką, i nakazał strażnikom nie odchodzić na krok. Potem zaprowadził nas na zaplecze. Było małe i potwornie gorące, przeznaczone tylko do prowadzenia bieżącej buchalterii. Przez szczeliny w okiennicy do środka wpadał tylko leciutki wietrzyk. Garnett usiadł na wygodnym krześle za biurkiem. Tunstall też miał krzesło. Ja musiałam oprzeć się o ścianę.
Piekarz popatrzył na mnie, a potem na Tunstalla.
- Co do mnie sprowadza dwa Psy z gwardii wieczornej o tak wczesnej porze? Wątpię, żeby chodziło o wypieki, mimo że macie koszyk.
- Ptaszek nam powiedział, że wynająłeś strażników, bo ludzie wciskają ci fałszywki - przyznał Tunstall. - Teraz widzieliśmy tych strażników na własne oczy, prawda, Cooper? I jesteśmy ciekawi. Buda przy Jane nie dostała od ciebie zgłoszenia. Kiedy odkryłeś, że trafiają do ciebie fałszywki?
Garnett opadł na krzesło.
- Moja żona i ja sprawdzamy monety. Robimy to co tydzień, zanim zajmiemy się podatkami, wypłatami, kosztami i tak dalej. Trzy tygodnie temu znaleźliśmy parę fałszywek. Kiedyś sprawdzaliśmy jedną monetę na dziesięć. W tym pierwszym złym tygodniu było w sumie piętnaście fałszywek, więc postanowiliśmy sprawdzać trzy na dziesięć. W kolejnym tygodniu znaleźliśmy ich dwadzieścia siedem. Potem, przed dwoma tygodniami, zaczęliśmy sprawdzać wszystkie monety. Tydzień temu podróbek było pięćdziesiąt pięć, to ponad połowa tygodniowych wpływów. Wtedy zatrudniłem strażników, żeby powstrzymywali klientów od przemocy, gdybym przyłapał ich w sklepie.
- Co zrobiłeś z fałszywkami, które miałeś? - spytał Tunstall. - Nie zgłosiłeś ich.
Garnett pobladł i wbił wzrok w podłogę.
Zatupałam stopą o kamienne płyty.
- Cooper - powiedział mój partner.
To musiało być gdzieś tutaj. Musiał mieć wszystko pod ręką, żeby włożyć wysuszone monety z powrotem do skrzynki z pieniędzmi. Podeszłam do biurka i otworzyłam szuflady. Garnett próbował mnie złapać, lecz zobaczył, że Tunstall czyści sobie paznokcie swoim sztyletem. Wtedy po prostu ukrył twarz w dłoniach.
W dolnej szufladzie znalazłam słoik srebrnej farby i pędzelek. Postawiłam je na blacie biurka.
- Pomalowałeś na srebrno brązowe wycięcia w monetach. Potem wydałeś komuś fałszywki jako dobre srebrniki - stwierdził Tunstall. - Sam popełniłeś przestępstwo rozprowadzania fałszywek, Garnett. To, co od tej chwili powiesz, zdecyduje, czy pójdziesz do Sądu Miejskiego, czy nie. Jakie osoby, które próbowały wcisnąć ci fałszywki, możesz wymienić?
- Pani Tansy Loft miała dwie. Czeladnik ciesielski, który kupował pieczywo na cotygodniową kolację swojej gildii, przyniósł pięć. Pieniądze pochodziły z funduszu gildii, więc oni powinni zgłosić to do budy. - Znowu westchnął. - Pewnie chcecie porozmawiać z innymi? Mam tylko sześć nazwisk. - Popatrzył na Tunstalla, który posłał mu miły uśmiech. Garnett podniósł strzęp pergaminu ze sterty papierów, odkorkował kałamarz i wziął pióro. Starannie stawiał litery. Przypuszczałam, że już od dawna nie pisał i nie czuł się z tym swobodnie.
Tunstall przyglądał mu się przez chwilę, po czym zwrócił wzrok na mnie i uniósł brwi. Zrozumiałam aluzję i spytałam:
- Zapisałeś te dodatkowe miedziaki, które kazałeś im zapłacić jako karę? Pod kątem podatku koronnego?
Ręka Garnetta podskoczyła i wykreśliła linię przez pergamin aż po skórzaną suszkę.
- Cooper, przestraszyłaś go - powiedział mój partner z udawaną naganą.
Tansy nie wspomniała, że Garnett kazał jej zapłacić karę. Pewnie zbytnio się wstydziła posiadania fałszywek, by przyznać, że policzył sobie dodatkowo za wypuszczenie jej bez powiadamiania Psów. Ale był to rozsądny domysł. Musiał skądś wziąć pieniądze na opłacenie strażników. Z tego, jak podskoczył, wnioskowałam, że nic z nich nie odłożył na królewskie podatki ani worek szczęścia dla Psów. Niedobry piekarz.
Garnett starł atramentową kreskę. Pocił się bardziej, niż nakazywałoby to gorąco.
- Oczywiście, że je zapisywałem - wymamrotał. - Czemu miałbym nie potrącać kary, kiedy ktoś dawał mi fałszywki? Muszę odbić sobie straty, skoro już wcześniej przyjąłem tyle podrobionych monet.
- Kłamie - powiedziałam. - Zapisywał te pieniądze tak samo, jak zgłosił fałszywki.
Garnett otarł twarz rękawem.
- Mów prawdę, ale już, panie piekarzu. Tylko na tym skorzystasz - ponaglił Tunstall.
- Nie zapisywałem - przyznał piekarz.
- Od razu lepiej. Ile wynosi opłata? - spytał gwardzista.
Garnett westchnął.
- Pięć miedziaków. - Tym razem nie wyglądał na kłamcę.
- Pół srebrnika! Jesteś bezwzględny - stwierdził Tunstall.
Garnett zwiesił głowę.
- Lepsze pół srebrnego nobla dla mnie niż kilka srebrników dla Psów klatkowych i sądowych, a potem może jeszcze kąpiel we wrzącym oleju pomimo zapłaty - powiedział. - Wiem, że moi sąsiedzi nie są fałszerzami, ale Psy to surowe, podejrzliwe typy. Jak cię już zabiorą, sprawa szybko staje się kosztowna i bolesna.
Tunstall podniósł listę.
- Sześć nazwisk. Nieźle. - Podał papier mnie i wstał. Następnie oparł się o biurko Garnetta, górując nad skulonym piekarzem.
- Nikomu ani słowa. Bo inaczej ja, Cooper i Goodwin znowu złożymy ci wizytę. Zacznij zapisywać opłaty, które pobierasz, na podatek i worek szczęścia. I prześlij fałszywki, które ci zostały, na ulicę Jane. Wiemy, jest ciężko, kiedy za swoją pracę dostaje się brąz zamiast srebra. Ale wierz mi, nie chcesz, żebyśmy truli ci koło uszu.
Tunstall ani na chwilę nie podniósł głosu. Jego ton nie był nawet surowy. Lecz Garnett prędzej zje własną rękę, niż ostrzeże ludzi, którzy zapłacili mu fałszywkami. Dwumetrowy barbarzyńca o zaspanych oczach, który staje nad tobą, wystarczy, byś zrobił, co ci się każe.
Na zewnątrz Drapek ciągle czekał, a potem ruszył za nami w cień pobliskiego drzewa. Mój partner podrapał go po uchu, podczas gdy ja przeglądałam listę Garnetta.
- Wiemy już o pani Tansy, więc jej nie musimy niepokoić - uznał Tunstall, kiedy oddałam mu papier.
- Mój kuzyn Philben też jest na tej liście - powiedziałam. - A ten Urtiz mieszka niedaleko ode mnie.
- Znajdź przynajmniej jednego dzisiaj przed służbą i pogadaj z nim po przyjacielsku - polecił. - Zobaczę, kogo zdołam odnaleźć z pozostałych trzech osób. Nie przemęczaj się. - Popatrzył na słońce, osłaniając oczy dłonią. - Znowu będzie cholernie gorąco. Musisz zachować siły na służbę, a na pewno masz jakieś sprawy do załatwienia i w ogóle.
- To nie kłopot - zapewniłam. - Nie mam nic szczególnego do roboty.
Może tak, a może nie, odezwał się Drapek u moich stóp. Może ja mam wobec ciebie plany.
Była to jedna z tych sytuacji, w których Tunstall go rozumiał.
- Czy one dotyczą też mnie, hestaka? - spytał. Odkąd Drapek uratował mu życie w Przesilenie Zimowe, Tunstall nazywał go hestaka. Znaczy to "mądry" po hurdyjsku. Tak mój partner nazywa mowę górali. Za każdym razem, gdy pada słowo hestaka, Drapek nadyma pierś i wydaje się bardzo zadowolony z siebie.
Nie. Moje plany obejmują tylko Bekę, odparł kot.
- W takim razie was zostawię. Cooper, nie strać czujności przy tym kuzynie. Nawet w rodzinie zdarza się zło.
- Wiem - powiedziałam, gdy już zbierał się do odejścia. - Tunstall? - Obejrzał się. - Wiem, że obiecaliśmy, ale... naprawdę odpuścisz Garnettowi? Z grubsza licząc, wpuścił z powrotem do obiegu przynajmniej sto cztery złe srebrniki. A pewnie jeszcze więcej, co przemilczał. Niektórzy szli na Wzgórze Straceń za mniejsze przewiny.
Poklepał mnie po ramieniu.
- Nie martw się, Cooper. Nie chciałem, żeby przestraszył naszą szóstkę, bo jeszcze by uciekli, zanim z nimi pogadamy. Przekażę straży dziennej, żeby dziś po południu zgarnęła mistrza piekarskiego Garnetta. Ominie go najgorsze. Wstawimy się za nim. Ale powie Psom klatkowym o wszystkich, którym przekazał te fałszywki, jeśli chce jeszcze kiedyś chodzić albo bez trudu używać rąk.
Skinęłam głową i poczułam się lepiej. Garnett, tak jak każdy, dobrze wiedział, że im więcej fałszywych monet trafia do obiegu w mieście, tym mniej pewne stają się wszystkie nasze pieniądze, a jednak myślał tylko o sobie. Musiał za to zapłacić.
- Idź, Cooper. Do zobaczenia o czwartej. - Mój partner spokojnym krokiem oddalił się ulicą, trzymając ręce w kieszeniach. Wyglądał zupełnie jak chłop ze wsi, który napawa się miastem, gdyby ktoś nie zauważył ułożenia jego ciała, takiego, by przy uderzeniu z boku nie dać się przewrócić. Postawiłabym tygodniowe pobory, że jego rozbiegane oczy widzą wszystko dookoła. Pies nie przeżyłby w Niższym Mieście, czy to na służbie, czy to poza nią, gdyby nie był uważny. Choć Tunstall, ma się rozumieć, odkąd był Psem, tak naprawdę nigdy nie był poza służbą.
Ciągle pozostawała jeszcze sprawa Drapka.
- Co mówiłeś o jakiś planach? - Przechodząca gromada chłopaków popatrzyła na dziewczynę, która gadała do swojego kota. Zgromiłam ich wzrokiem. Parsknęli śmiechem i przebiegli obok.
Ruszyliśmy ulicą, Drapek dreptał przy mnie.
Za dużo myślisz i w tym cała rzecz. Czy kiedyś sprowadziłem cię na manowce?
Przychodziły mi do głowy dziesiątki sytuacji, w których przez jego rady wpadłam w tarapaty.
- Tak. - Otarłam czoło rękawem.
Jesteś zbyt drobiazgowa. Zawsze wychodzisz bez szwanku.
- Miałam najwyższe rachunki za uzdrowicieli ze wszystkich Szczeniąt w Corus - przypomniałam mu. - Ile razy połamałam kości albo pokaleczyłam się dlatego, że wołałeś "tędy"?
A jednak puszysz się jak gołąb, kiedy nazywają cię Terierem. Wtedy siniaki i skaleczenia ci nie przeszkadzają.
- Czemu kłócę się z kotem? - Zawsze zadaję sobie to pytanie, chociaż wiem, że odpowiedź jest tylko jedna: bo się nie uczę na własnych błędach. Bo wcale nie chodzi o to, że jest gadającym kotem. Jest kotem, a koty po prostu nie są rozsądne. - O tej porze roku kuzyn Phil prowadzi pewnie nabór na Targu Dziennym. - Skręciliśmy w ulicę Jane. - Najlepiej będzie tam go złapać. Jeśli Delene się dowie, że uprawiał hazard, gotowa przyłożyć mu garnkiem.
Właśnie wtedy usłyszałam szczekanie czworonożnego psa. Rozejrzałam się. Po drugiej stronie ulicy zobaczyłam psa gończego Apsikę, oraz jej najnowszego opiekuna, Ercole'a Hempste-ada. Hempstead szarpał smycz, ciągnąc sukę gdzieś, gdzie ta wyraźnie nie chciała iść. Ścisnęło mnie w żołądku ze współczucia. Apsika najszczęśliwsza była w ubiegłym roku, gdy zajmował się nią mój przyjaciel Phelan Rapp. Potem Phelan odszedł od Psów, by dołączyć do Rosta po drugiej stronie prawnej barykady. Suka przechodziła z rąk do rąk, a każdy kolejny opiekun miał do niej mniej cierpliwości od poprzedniego, chociaż starsze Psy powtarzały, że gdy Apsika złapie trop, zawsze znajduje to, o co się ją prosi. Słyszałam, że nie cierpi życia w psiej budzie po tym, jak mieszkała z Phelanem, ale wszyscy jej opiekunowie upierali się przy budzie. I najwyraźniej żaden nie miał odpowiedniego podejścia, które zrównoważyłoby jej charakter. Biorąc pod uwagę moje własne doświadczenia z partnerami, serdecznie jej współczułam.
Gdy ją teraz obserwowałam, pomyślałam, odniosłam wrażenie, że chce obwąchać miejsce, w którym stoi. Czy można było jej się dziwić? Była psem gończym. Ale Hempstead nic sobie z tego nie robił. Podniósł wolny koniec smyczy i smagnął ją. Szczeknęła i skuliła się. Był zwalistym, krzepkim mężczyzną, a ona - chudym zwierzątkiem, które sięgało mu najwyżej do kolan. Uderzenie musiało być bolesne.
Zgrzytnęłam zębami.
- Przeklęty wypierdek handlarza niewolników. - szepnęłam. Miałam ochotę osobiście go wychłostać!
Zrobisz coś z tym?, spytał Drapek.
Zerknęłam na niego.
- To starszy rangą Pies i jej opiekun. Każe mi pilnować swojego nosa.
Kolejne szczeknięcie Apsiki trafiło mnie między łopatki.
Jeśli go nie powstrzymasz, nie jesteś dziewczyną, za którą cię uważam.
- Sam coś zrób, jak jesteś taki mądry - mruknęłam, ale skamlenie Apsiki przyzwało mnie na drugą stronę ulicy. Wetknęłam ręce do kieszeni, gdy do nich podchodziłam. - Przepraszam, starszy gwardzisto Hempstead - powiedziałam. - Znam tego psa. Lepiej reaguje na łagodność.
Spiorunował mnie wzrokiem. Zamierzał złożyć na mnie raport, widziałam to w jego twarzy.
- Na tarczę Mithrosa, ośmielasz się... A. Pupilka Goodwin. Dziewczynka Tunstalla. Uważasz się za lepszą od starszego Psa i doświadczonego opiekuna, co?
Pochyliłam głowę.
- Nie. Po prostu słyszałam, że masz tę sukę ledwie od tygodnia, a ja znałam ją już dawniej. - Apsika przekradła się obok niego, by trącić łebkiem moją dłoń. Wyjęłam rękę z kieszeni, by pogłaskać ją po uszach. Jedno spojrzenie wystarczyło mi, by stwierdzić, że jest przemęczona i wygłodniała. Kręcona biała sierść była zmierzwiona. Kiedyś ważyła ponad trzynaście kilogramów, ale teraz wyglądała na mniej niż dziesięć. Zmroziło mnie. Nie mogę znieść nikogo, kto maltretuje zwierzęta. - Starszy gwardzisto, ona lubi przystawać i obwąchiwać różne rzeczy, kiedy nie pracuje. Dla zabawy albo dla wprawy.
- Brak jej dyscypliny. Jest do niczego! Nie słucha komend w zwykłej wspólnej mowie, a reaguje tylko na jakieś cudzoziemski bełkot! Nie rozumie, kto tu jest panem! - Nachylił się. Czułam od niego mocniejsze napiwki. Był wstawiony, a jeszcze nie dochodziło południe. - Tak jak ty. Terier. - Roześmiał się.
- Ona dobrze pracuje. Należy do najlepszych psów gończych w mieście. - Nie cierpię pijaków. Przez pijaństwo przełożonej zginęła jedna z moich przyjaciółek, kiedy byliśmy jeszcze Szczeniętami. - Zasługuje na coś lepszego, nawet jeśli poza służbą zachowuje się głupio. Wielu z nas głupio się zachowuje poza służbą, starszy gwardzisto. - Stąpałam po cienkim lodzie, ale Apsika lizała moją rękę tak, jakbym była jej jedyną przyjaciółką. Pod jej sierścią rysowały się żebra.
- No to po prostu powiem sierżant Ahudzie, żebyś ty się nią zajęła, co? - Złapał mnie za rękę i wcisnął mi smycz Apsiki. - Ty, w ogóle nieszkolona w obchodzeniu się z psami gończymi, wytresuj tego nędznego kundla. I tak powinni sprzedać ją na karmę dla niedźwiedzi. Wytresuj ją, a potem przyjdź uczyć mnie mojej roboty. Zobaczymy, jaka jesteś mądra!
Odszedł, zanosząc się śmiechem.
Cieszę się, że poszedł, stwierdził Drapek. Taki jak on powinien wpaść do rynsztoka i połamać obie nogi. Ogon kołysał mu się na boki. Może zadam sobie trochę trudu i to zorganizuję.
Patrzyłam na Drapka, zastanawiając się, czy należy powiedzieć, że nie powinien żartować z takich rzeczy. Uznałam, że nie warto, i podniosłam rękę ze smyczą, by się jej przyjrzeć. Apsika skuliła się. Bała się własnej smyczy. Dla niej nie było to już tylko narzędzie pracy. Raczej narzędzie kary.
Zobaczyłam, jak się kuli, i postanowiłam odłożyć rozmowę z Drapkiem na później. Teraz tę nieszczęsną sukę znowu przekazano nowej, dziwnej opiekunce.
Ukucnęłam, by nasze oczy znalazły się na jednej wysokości.
- Wszystko w porządku, Apsiko. - Przeciągnęłam po niej dłońmi, najdelikatniej, jak potrafiłam. Miała pręgi na swoim nieszczęsnym ciele. Nie było mowy o czesaniu sierści. Skołtunione kudły trzeba było wyciąć. Gdy przytknęła mi nos do ucha, zgromiłam wzrokiem Drapka. - To twoja sprawka. - Powiedziałam to bardzo cicho, by nie spłoszyć stworzenia, które głaskałam.
Ale przynajmniej pomogę. Drapek podszedł i usiadł przy moim boku. Apsika opuściła nos, aż dotknęła jego pyszczka. Powąchała i trzy razy kichnęła.
Teraz wszystko już będzie dobrze, o ile będziesz słuchać Becki i mnie, powiedział jej Drapek. Becca warczy, ale w pierwszej kolejności karmi swoje zwierzęta. I pozwoli ci wąchać, co zechcesz.
Apsika spojrzała na mnie, po czym szturchnęła kota nosem. Zatoczył się w tył.
Żadne takie, ostrzegł ją. Traktuj mnie z szacunkiem. Nie jestem zwykłym kotem.
- Będziesz kocim mięsem, jeśli ściągniesz mi na głowę więcej zwierząt, czy to gończe psy, czy to inne - oznajmiłam mu. - Nie jestem wyszkoloną opiekunką. Bez wątpienia po prostu znowu mi ją zabiorą. - Próbowałam rozstrzygnąć, jak mogę wykąpać Apsikę, nie robiąc jej krzywdy. I musiałam jeszcze znaleźć swojego kuzyna Philbena. Jak to się stało, że miałam tyle zajęć?
Wróciliśmy do domu, by na początek dać jeść tej biednej, wygłodniałej istocie. Karmiłam Apsikę mięsnymi pasztecikami, które pokruszyłam do miseczki świeżego koziego mleka, gdy usłyszałam kroki na schodach.
Do środka zajrzała Kora.
- Tęskniliśmy za tobą na śniadaniu. Co to? Następne stworzenie? - spytała, wskazując głową gołębie, dziobiące ziarno na parapecie, a także kota i psa. Po chwili zauważyła stan Apsiki. - Becco, co się stało temu nieszczęsnemu zwierzakowi?
Gdy opowiedziałam jej historię Apsiki, kazała mi zostawić sukę sobie. Zgodziłam się z chęcią. Kora umiała obchodzić się ze zwierzętami, a w przeciwieństwie tego, co przygotowywała dla ludzi, jej zwierzęce medykamenty rzeczywiście działały. Odkąd Drapek dał jej Sierściucha, przygarnęła jeszcze drugiego kota, szczeniaka i parę papużek. Ersken mówił, że nie może się doczekać przeprowadzki do Tańczącej Gołębicy. W łóżku Kory brakowało dla niego miejsca. Że też akurat ona powiedziała o "następnym stworzeniu"! Gołębie przynajmniej nie mieszkają ze mną i z Drapkiem.
- Nie poznasz jej, kiedy znowu ją zobaczysz - oznajmiła Kora, gdy zostawiłam ją z Apsiką. - Mówiłaś, że ten opiekun nazywa się Hempstead?
- Kora, tylko bez żadnej magii wobec gwardzistów - uprzedziłam ją. - Nieważne, jak bardzo na to zasługują. Na takie rzeczy nie mogę patrzeć przez palce.
Spojrzała na mnie krzywo, drapiąc Apsikę po uszach.
- Becco, nigdy nie poddałabym cię takiej próbie.
Prychnęłam. A potem popatrzyłam na Drapka.
- Idziesz?
Zostanę z Apsiką, odparł. Dopóki nie pozna Kory lepiej, mogę służyć za tłumacza. Nie potrzebujesz mnie, żeby pogadać z kuzynem.
- Ona ma kuzyna? - usłyszałam pytanie Kory, gdy wyszłam za drzwi.
Kilku, odpowiedział Drapek. Większości jej rodziny ze strony ojca nie podobało się, że mieszkała w domu starosty ani że została Psem. Wolą, żeby była od nich jak najdalej.
- Może od razu zdradzisz wszystkie moje sekrety? - zawołałam, zbiegając po schodach. W moich wnętrznościach narastał niepokój, choć nie dotyczył Drapka, opowiadającego Korze o mojej rodzinie. Martwiła mnie raczej jej wiedza o Hempstea-dzie. Doskonale wiem, że może zrobić opiekunowi coś złego, o ile Drapek jej nie uprzedzi.
Z drugiej strony, ten człowiek zasłużył na jakąś karę. A coś, o czym nie będę wiedziała, nie może mi zaszkodzić.
Odegnałam te troski i ruszyłam na Targ Dzienny, słuchając po drodze gołębi na ziemi i parapetach okiennych. Duchy, które nosiły ptaki, wciąż milczały. Ludzie, jeśli byli zabijani, wiedzieli, dlaczego, i się z tym godzili. Lubiłam te spokojne tygodnie przed powrotem żniwiarzy do Corus. Pozwalały odpocząć nie tylko mnie jako Psu, ale też Becce, która słyszy duchy, noszone przez gołębie. Gdy do miasta wrócą ludzie z obfitymi plonami, a potem pieniędzmi w kieszeniach, będzie zupełnie inaczej. Liczba zabójstw wzrośnie.
Z łatwością namierzyłam Phila przy fontannie na Targu Dziennym razem ze swoimi kolegami woźnicami, tak jak się spodziewałam. Przykucnęli w kręgu ze wzrokiem wbitym w ziemię. Usłyszałam grzechot kości w kubku.
Złapałam go za ucho. Wstał z jękiem, drapiąc mój nadgarstek. Jego koledzy zaczęli się śmiać.
- To twoja kobieta, Phil? Trochę chuda, jak na twój gust! - zadrwił jeden.
- Zamknij gębę! - odezwał się inny. - Nie wiesz, co to za jedna, ptasi móżdżku?
Phil odwrócił się, żeby na mnie spojrzeć.
- Na włócznię Mithrosa, Becco, czego ode mnie chcesz? Nie masz munduru! Nie masz prawa szarpać mnie jak jakiegoś Szczura!
- Nie mam? - spytałam. Nachyliłam się, by jego kumple nie słyszeli, jak szepczę: - Fałszywki u piekarza Garnetta, Phil. - Spojrzałam na monety, leżące przed graczami. Same miedziaki. - Czy któreś są twoje? Postawiłeś coś?
Jego usta otwierały się i zamykały jak u ryby. W końcu pokręcił głową.
Puściłam jego ucho i wsunęłam mu dłoń pod pachę.
- Porozmawiamy, grzecznie i miło, jak kuzyni. - Łagodnie go odciągnęłam, by koledzy nas nie słyszeli.
- Gdybyś była grzeczna i miła, jak kuzynka, w ogóle byśmy nie rozmawiali - zrzędził.
- Nie uderzyłam cię, prawda? Tylko kilka pytań i sobie pójdę. A, i może jeszcze zajrzę do twojej sakiewki. - Jeszcze nigdy jako Pies nie musiałam mieć do czynienia ze swoją rodziną. Nie, żeby mnie to obchodziło.
Przycupnęliśmy na jego wozie, na miejscu woźnicy. Patrzyłam na niego, gdy ocierał czoło podartą chustką. Gdy miałam osiem lat, jeszcze zanim szczęście się do nas uśmiechnęło i jaśnie pan starosta sprowadził mamę i całą naszą rodzinę do swojego domu, Phil był dla mnie przystojnym starszym kuzynem. Pomagał mamie dźwigać kosze z praniem i przynosił nam zawiniątka z jedzeniem od babci Fern. Teraz był mężem i ojcem czwórki dzieci. W kącikach jego niebieskich oczu widniały kurze łapki i nie śmiał się już tak często. Tak się zmieniali mężczyźni z Niższego Miasta, gdy mieli rodzinę na utrzymaniu. Miałam nadzieję, że nie będę musiała ostro go potraktować.
- Twoja sakiewka - trąciłam go stopą.
Spiorunował mnie wzrokiem.
- Myślałem, że ufasz własnej rodzinie. - Odsunął się i położył sakiewkę na wolnej części ławki między nami. Wzięłam sfatygowany skórzany woreczek i upewniłam się, że nie ukrył przede mną żadnych monet. - Okrutna i podejrzliwa z ciebie baba, Becco Cooper. Zawsze taka byłaś. Pies. to dla ciebie odpowiednia praca.
Wszystkie jego monety były miedziakami.
- Jedyne srebrniki oddałeś Garnettowi?
- Nie. Miałem jeszcze dwa. Kiedy już wiedziałem, że są fałszywe, poszedłem do przyjaciółki, która ma kuźnię... Nie, nie podam jej nazwiska! Stopiła monety i oddzieliła srebro od brązu. Kupiła ode mnie metal, więc trochę pieniędzy odzyskałem. Chociaż na pewno, do licha, nie tyle, ile powinienem. Przeklęci rabusie.
Nie interesował mnie ktoś, kto stopił fałszywki tylko dla metalu.
- Widziałeś, jak topi monety?
- Niech mnie Mithros porazi, jeśli kłamię. Na łzy Bogini, Becco! Może nie wychowałem się w domu starosty, ale wiem, ile szkody mogą narobić fałszywki.
Poklepałam go po ramieniu i podniosłam jego miedziaki, by włożyć je z powrotem do sakiewki.
- No to skąd miałeś te fałszywki? Z hazardu? Wiesz, że Delene obedrze cię ze skóry, jeśli przyłapie cię przy kościach. - Ruchem głowy wskazałam jego kolegów i kości.
- Aha. - Wzruszył ramionami. - To tutaj? To tylko głupia gra o dwa czy trzy miedziaki. Wycofam się, jeśli tyle przegram.
Nie zamierzam stawiać pieniędzy na jedzenie dla swoich dzieci czy dla Delene. Jeśli przegram, trudno, nic się nie stanie. I nigdy nie stawiam srebrników. To proszenie się o kłopoty. Zarobiłem te pieniądze uczciwie. I teraz odbija mi się to czkawką. Jeden statek z portu Caynn przywiózł bele jedwabiu z Wysp Miedzianych. Ludzie z pokładu zatrudnili mnie do przewiezienia towaru do magazynów Gwiezdny Blask. Tego, który mnie najął, wołali Durward, a drugiegoTalbot.
- Mieli jakieś nazwiska? - spytałam.
Spojrzenie, które mi posłał, mogłoby zerwać tynk ze ścian.
- Myślisz, że przedstawiają całe drzewo genealogiczne takim jak ja? - odparł. - Pokazali mi pieniądze i towar, spytali, czy mogę się tym zająć. Potargowaliśmy się o cenę i wykonałem robotę. Dranie pewnie cały czas się ze mnie śmiali. To dopiero byli hazardziści. Kiedy jechaliśmy Drogą Pałacową, cały czas gadali o tym, jak to okantowali jakichś portowych spryciarzy na całą sakiewkę srebra. - Nagle się uśmiechnął. - Może to oni dali się oszukać, jeśli fałszywki pochodziły z tej sakiewki.
- Jakim statkiem przypłynęli? - spytałam. - Mówili, dokąd się wybierają, jak już sprzedadzą towar?
- Jakim statkiem? - Phil zmrużył oczy i popatrzył w niebo. Wzdrygnął się. - Becco, jakiś demoniczny ptak się na mnie gapi. On... - Wyrzucił ręce w górę, gdy gołąb zaczął sfruwać w naszym kierunku.
Uchyliłam się, ale Klaps i tak trafił mnie w głowę, zadając dwa mocne ciosy skrzydłami.
- Przestań, niewdzięczny gnojku! - krzyknęłam. Spróbowałam złapać przeklęte ptaszysko. Chwycił dziobem moją dłoń i szarpnął. Jęknęłam, szperając w poszukiwaniu woreczka z karmą, który nosiłam w fałdach tuniki, aż wyciągnęłam garść ziarna. Wepchnęłam Klapsa na siedzenie między Philem a sobą i rozrzuciłam ziarno. Gdy szalony gołąb zobaczył jedzenie, oderwał ode mnie dziób i stanął na ławce. Zatoczył się, gdy jego szpotawa nóżka poślizgnęła się na drewnie. Podtrzymałam go, a on wynagrodził mój wysiłek dziobnięciem. - Niech cię licho, pióro ci wyrwę ze skrzydła, jeśli zrobisz to jeszcze raz!
Był zbyt pochłonięty żerowaniem, żeby mnie słuchać.
- Niech Bogini ocali mnie i moją rodzinę - szepnął Phil. Siedział teraz na samej krawędzi ławki i patrzył na ptaka. - Jesteś pewna, że to nie demon?
- Jest tylko stuknięty, nic więcej. To Klaps. - Nie miałam do Phila pretensji, że nerwowo reaguje na ptaka. Ten gołąb wygląda tak, jakby lada chwila miał zacząć wygłaszać jakieś proroctwo.
Rozsypałam więcej ziarna. Klaps próbował mnie dziobnąć, ale w samą porę cofnęłam rękę.
- Pudło - oznajmiłam mu. Pacnął mnie skrzydłem. - Kto się lubi, ten się czubi - dodałam i popatrzyłam na kuzyna. - Potrzebna mi nazwa tego statku i informacja, dokąd jeszcze może popłynąć.
- Naprawdę z nimi rozmawiasz - wyszeptał Phil, wpatrzony w ptaka. - Słyszałem, że to robisz, ale myślałem, że tak tylko gadają.
- A słyszałeś, że mnie nie słuchają? Tracę czas, kuzynie, podobnie jak ty. Powiedz mi wszystko, co wiesz, a zniknę ci z oczu razem z tą pomyloną miotełką do kurzu. - Klaps znowu mnie uderzył. Słowo daję, gołębie, które najlepiej mnie znają, zrobiły się zbyt zuchwałe.
Phil znowu otarł czoło. Pot perlił mu się na twarzy.
- Statek... nazywał się Wesoła Molly. Pływa w górę rzeki dwa razy w tygodniu. Wraca tylko do portu Caynn.
Klaps dokończył swoje ziarno. Ostrożnie go podniosłam, jedną ręką trzymając za oba skrzydła. Nie mógł nawet obrócić łebka i dziobnąć, co niezmiernie mnie cieszyło.
- No dobrze, Phil. To by było tyle, chyba że się dowiem, że mnie okłamałeś. A wtedy to nie mnie będziesz się tłumaczył, tylko Goodwin albo Tunstallowi.
Skrzywił się.
- Nie kłamałem, Beko. To by nie miało sensu. Przez tych dwóch kupców i tak jestem już winien Garnettowi pięć miedziaków, których nie miałem. Chociaż powiem ci, że wolałbym mieć do czynienia z innymi Psami niż znosić takie traktowanie ze strony rodziny.
Zabolało, jakby mnie uszczypnął w czuły punkt, nie zaprzeczę. Ale co mogłam zrobić?
- Jeśli myślisz, że inne Psy potraktowałyby cię lepiej, to chyba kupowałeś sny od wiedźm. Idź sobie dalej grać, jeśli jesteś na tyle głupi.
Zeskoczyłam z wozu z Klapsem pod pachą. Gdy znalazłam cichy kąt, rzuciłam kolejną garść ziarna i go puściłam. Odskoczyłam w tył, więc nie trafił mnie skrzydłem, zanim zabrał się za jedzenie.
- Robisz się zbyt wolny, ptaszysko - dogryzłam mu.
Otho Urtiz mieszka przy ulicy Lamberta, po drodze do Zaułka Drobnomiedzi. Wiedziałam, że go tam zastanę, nie było jeszcze jedenastej. To minstrel, który zawsze pracuje do późna w Delicjach Naxena i kilku innych eleganckich jadłodajniach w mieście. Pewnie leżał jeszcze w łóżku albo ledwie wstał.
Właścicielka domu przerwała pranie tylko na chwilę, by mi powiedzieć, gdzie się znajduje jego kwatera. Kiedy zapukałam do drzwi, otworzyła je niewolnica. Po mężczyźnie o takiej reputacji, jak Urtiz, spodziewałam się kogoś ładniejszego, a także drobniejszego. Mam metr siedemdziesiąt wzrostu, a ta baba przerastała mnie o piętnaście centymetrów. Włosy i brwi miała kasztanowe i proste, oczy piwne, nos kulfoniasty, a zęby zepsute. Jej czoło przecinała blizna. Ramiona i talia były szerokie jak u mężczyzny, a pobrużdżone dłonie przypominały kamień. W brązowej, wełnianej sukience wyglądała jak kpina z samej idei kobiecości. Jej fartuszek budził śmiech. Zrobiłaby lepiej, gdyby ubierała się w tunikę i spodnie.
- Kto chce widzieć pana Urtiza? - spytała. Głos miała równie nieciekawy jak odzienie.
- Powiedz, że przyszłam w sprawie jego niedawnej wizyty u piekarza Garnetta - poleciłam. - Pewnie nie chce, żebym mówiła coś więcej na ten temat w korytarzu.
- Ashmari, wszystko w porządku. - Otho Urtiz nawet mówił melodyjnie. Stał w drzwiach swojej sypialni, ubrany w proste spodnie i tunikę, z małą harfą w ręce. Przeszkodziłam mu w porannej próbie. Ciekawe, że tak uznany muzyk nadal ćwiczył. Wydawało mi się, że już wcześniej widziałam tego niższego ode mnie mężczyznę. Ma pięćdziesiąt trzy lata i długie, krucze włosy, które dzisiaj rozpuścił, oraz krótko przystrzyżoną czarną brodę. Jego oczy są zielonoorzechowe. - A zatem Garnett powiedział prawdę o tych monetach, pani... - Popatrzył na mnie wzrokiem przenikliwym jak u doświadczonych Psów. Jego brwi uniosły się i odłożył harfę na bok. - Przysięgał, że zachowa to dla siebie, ale może jesteś bardziej przekonująca niż inni.
- To zależy od tego, co masz do powiedzenia. Na razie potrzebuję tylko informacji. Jak wszedłeś panie w posiadanie fałszywek, którymi zapłaciłeś piekarzowi?
Urtiz westchnął.
- Przez hazard. Wiesz o wyścigach konnych na Błoniach?
Skinęłam głową.
- Mam oko do koni, więc lubię tam chodzić i zakładać się z prostakami, którzy uważają, że się na tym znają. Były tam załogi statków rzecznych. Znalazłem sobie potencjalnego frajera, prosto z portu Caynn, i wygrałem od niego dwanaście srebrnych nobli. W drodze do domu poszedłem kupić trochę chleba. To wtedy się dowiedziałem, że dał mi fałszywki. Na szczęście miałem dosyć miedziaków, żeby zapłacić mistrzowi Garnettowi. Wieść o podrabianych monetach nie rozniosła się po mieście. Poszedłem na targ niewolników i kupiłem Ashmari. - Uśmiechnął się, pokazując zęby. - Pieniądze tak szybko przechodzą tam z rąk do rąk, że handlarze ledwie mają czas je liczyć. Nikt o nią nie licytował. Zamierzali sprzedać ją do kopalni. Byli zadowoleni, że dostaną za nią osiem srebrnych nobli, na królewskie podatki i opłaty targowe. Resztę monet rzuciłem do rzeki.
- Zapłaciłeś za niewolnicę monetami, o których wiedziałeś, że są fałszywe. To przestępstwo, mistrzu Urtiz. - Chciało mi się śmiać z tego, jak wykołował handlarzy ludzkim życiem. Nienawidziłam ich. Jeden z mężczyzn naszej mamy miał kupca na moją siostrę Dionę i już czekał, aż tamten przygotuje papiery, ale mama ich przyłapała i powiedziała kupcowi, że jej mężczyzna nie ma prawa sprzedać Diony. Tamtego dnia omal jej nie straciliśmy.
Rozkojarzona wspomnieniem zapomniałam uważać na tę kobietę, Ashmari. Rzuciła się na mnie z tyłu z dłońmi splecionymi nad głową w jedną ogromną pięść. Tylko instynkt pozwolił mi uskoczyć, bo inaczej miałabym rozbitą głowę. Cios musnął mój lewy łokieć i straciłam w nim czucie. Odwróciłam się i spróbowałam ją podciąć. Jakbym chciała podciąć drzewo.
Chwyciła mnie w talii i podniosła sobie nad głowę. Cały czas mnie przeklinała.
- Cholerna jędza..., zdzira z rynsztoka..., nędzne ścierwo...
Złapałam ją za włosy i machnęłam nogami, najpierw w górę, a potem w dół, kopiąc ją w klatkę piersiową. Jęknęła i puściła mnie. Mimo swojej postury nie była szkolona w walce. Dalej trzymałam ją za włosy i pociągnęłam w dół, aż mogłam walnąć ją w czoło kolanem. Cios był celny i soczysty. Bezwładnie opadła na kolana. Odwróciłam się i złapałam ją za gardło. Dopiero kiedy zrobiła się fioletowa, zerwałam z niej fartuch i użyłam go do związania jej rąk za plecami. W woreczku miałam rzemienne pęta. Nigdzie się bez nich nie ruszam. Za ich pomocą skrępowałam jej kostki.
- Pomyliłaś mój zawód, głupia - powiedziałam jej, gdy była już porządnie związana. - Jestem Psem, a nie dziwką.
- Sprzedajesz się prawu - mruknęła.
Spojrzałam na Urtiza. Był blady jak trup i stał nieruchomo przy kominku.
- Moja cierpliwość się kończy - ostrzegłam. - Znasz przepis o panach groźnych niewolników. - Tyle że nie mogłam odesłać tej brzyduli z powrotem, żeby sprzedano ją do ciężkich robót. Nie mogłam też posłać do klatki człowieka, który uratował ją przed kopalnią.
- Pozwól mi ją zabić - poprosiła Ashmari, zmagając się z więzami. - Nie będę harować w kopalni czy w kamieniołomie! Uratowałeś mnie, pozwól mi uratować siebie! - Usiłowała zerwać fartuch, którym miała związane ręce. - Panie, błagam! Wiesz, jaki los czeka fałszerzy pieniędzy!
- Dam pięć złotych nobli. Pozwól mi ją uwolnić, niech ucieknie, zanim mnie aresztujesz - powiedział Urtiz z potem na czole. - Gwardzistko, przysięgam, pieniądze są tutaj. Tylko pozwól mi ją uwolnić, a grzecznie z tobą pójdę. Próbowała mnie chronić! Nie tylko pięć nobli... mam też klejnoty. Pozwól mi kupić Ashmari wolność, a resztę sobie weźmiesz. Wystarczy, żebyś nie musiała już pracować.
Patrzyłam na nich oboje. Bogini, ratuj. Urtiz należał do tych, którzy lubią wyzwalać niewolników. Dlatego kupił Ashmari. A teraz był gotów wydać fortunę, by mnie przekupić i to zrobić. Nie po to, bym przymknęła oko, kiedy sam będzie uciekał, lecz bym poczekała, aż ją wyzwoli. Dlaczego? Złożył przysięgę bogu albo przodkom czy coś w tym rodzaju? Niezależnie od przyczyn, nie obchodziło mnie to. Chciałam tylko wiedzieć, skąd miał fałszywki.
Strasznie nieporządnie to napisałam. Może to miała na myśli Ahuda, gdy mówiła o moich raportach.
Tak naprawdę muszę wymyślić, jak to opisać dla Ahudy, żeby ona, Tunstall i Goodwin nie nabrali podejrzeń w kwestii łapówki od Urtiza. Nigdy by mi nie wybaczyli, że odmówiłam.
- Posłuchajcie mnie uważnie, przeklęci durnie. - Mówiłam cicho na wypadek, gdyby właścicielka domu podsłuchiwała. - Przyszłam tu po informacje w kwestii fałszywek u piekarza. Po nic więcej. - Aż się trzęsłam z gniewu. - Czy nie macie krztyny rozumu? Wciągać mnie w omijanie prawa niewolniczego! Nie mieszajcie mnie w to!
Uklękłam i rozwiązałam stopy Ashmari, po czym schowałam rzemienie. Gdy to robiłam, ostrzegłam ją.
- Kopnij mnie, a połamię ci palce u nóg, zrozumiano? Strasznie mnie oboje wkurzyliście. - Rozwiązałam fartuch, by uwolnić jej ręce. Potem spojrzałam na Urtiza. - Lepiej uwolnij ją od razu, zanim wpędzi was oboje w poważne kłopoty. Nie każdy Pies jest taki głupi, jak ja.
Ashmari roztarła dłonie, a potem stopy, nie odrywając ode mnie wzroku.
- Dziwny z ciebie kundel - stwierdziła.
- Nie tak należy dziękować gwardzistce - powiedział do niej Urtiz.
- Oboje macie ptasie móżdżki. Czemu tacy jak wy dbają o los takich jak ja? - Dźwignęła się na nogi. - Wszystko miało sens, dopóki nie natknęłam się na was. - Poszła w kąt pokoju i przeciągnęła parawan, tak że jej nie widzieliśmy.
Urtiz wzruszył ramionami.
- Chciałbym przeprosić za nas oboje, gwardzistko...
- Nieważne, jak się nazywam. Kto przegrał do ciebie te monety? Powiedz i możesz zapomnieć, że w ogóle tu byłam. - Chciałam tylko uzyskać informacje i sobie pójść, zanim zgotują mi kolejną tragedię.
- Hanse. Na imię miał Hanse.
Tupnęłam nogą, by mu pokazać, że moja cierpliwość się wyczerpuje.
- Hanse to pospolite imię, minstrelu. Mam dwóch strażników o tym imieniu na swojej zmianie. Nikt się nie dowie, że to ty podałeś mi nazwisko, więc gadaj.
Westchnął.
- Hanse Remy. Nie wiem, którym statkiem przypłynął, przysięgam.
- Opisz mi go.
Teraz przynajmniej przestał ze mną pogrywać.
- Dobrze ubrany. Niczym kupiec, chociaż włosy miał przycięte na mniej niż centymetr, jak u zawodowego żołnierza. Około metra osiemdziesięciu wzrostu. Niebieskie oczy. Włosy i brwi kasztanowe. Pieprzyk na lewym policzku. Blizny na dłoniach. Przed trzydziestką. Akcent z doliny rzeki Tellerun. Na pasie miał przetarte miejsca, w których nosił miecz i sztylet.
Skinęłam głową. Miał dobrą pamięć, ale tego się spodziewałam. Minstrele, ci najlepsi, uczeni są, by korzystać z pamięci, tak samo jak Psy.
- Możesz mi powiedzieć coś jeszcze?
- Tylko tyle, że kiedy przymkniesz pana Remy'ego, przekaż mu moje pozdrowienia. - W jego wzroku pojawiła się hardość. - Jak każdy, nie lubię, kiedy mnie oszukują.
Wyszłam, nie czekając, aż Ashmari znowu zdecyduje, że trzeba spróbować mnie zabić. Robiło się coraz później. Przynajmniej miałam mnóstwo wieści do przekazania wieczorem Goodwin i Tunstallowi.
Po powrocie do domu zatrzymałam się przy otwartych drzwiach Kory. Siedziała na podłodze, kreśląc zaklęcia, które miały służyć jako amulety, a Drapek i Apsika nie odrywały od niej oczu. Po umyciu Apsika wyglądała chudo, na kilku siniakach i pręgach połyskiwała zielonkawa maść. Śladów było mniej niż wcześniej, a zatem Kora użyła swoich magicznych mazideł. Sierść suki została krótko przycięta, na jakieś trzy centymetry, co sprawiło, że wydawała się bardziej bursztynowa. Apsika była czyściutka od nosa aż do ogona.
- Przecież była raczej biała, kiedy stąd wychodziłam - zdziwiłam się na głos, gdy Apsika mnie obwąchiwała.
- Czasami tak bywa, kiedy je ostrzyżesz. - Kora dmuchnęła na zaklęcie, by atrament wysechł. - Znowu będzie biała, zobaczysz. Czarami odegnałam pchły i kleszcze, dałam jej też coś na robaki. - Zmarszczyła nos. - Ciesz się, że cię tu wtedy nie było.
Południe
Wiedziałam, że muszę od razu powiedzieć o wszystkim przyjaciołom. Ersken Westover i tak dowiedziałby się o moim zwolnieniu, gdy tylko objąłby służbę, a wcale nie zdziwiłabym się, gdyby choć przyjaciele złodzieje już znali najnowsze wieści. Drapek i ja przeszliśmy prosto na drugą stronę ulicy, do Tańczącej Gołębicy na śniadanie, Drapek z większym zapałem niż ja. Była już tam większa część naszej grupy: Rosto, Aniki, Kora, Ersken i Phelan. Wszyscy z wyjątkiem Tansy, ale na nią postanowiłam nie czekać. Ma dziecko, męża i prowadzi interes, więc nie zawsze się zjawia. Chciałam mieć temat z głowy.
- Wczoraj wieczorem Silsbee mnie wyrzucił - oznajmiłam, gdy Kora rozdała paszteciki.
Przez chwilę tylko się gapili.
Potem Ersken parsknął, niech go zaraza. Psy powinny demonstrować jedność! Kora uniosła dłonie i zakryła usta. Czarodziejki zawsze są dyskretne. Aniki zarechotała. Wkrótce wszyscy świetnie się bawili moim kosztem, z wyjątkiem Rosta.
Nie śmiał się. Uniósł tylko brwi i powiedział:
- Czyli to już czterech partnerów.
Zgromiłam go wzrokiem. Mogę sobie na to pozwolić, skoro ma do mnie taką słabość.
- No i co? - spytałam. - Nie zawsze od razu wszystko do siebie pasuje. Już to mówiłam. Nawet Ersken miał dwóch partnerów.
- Mnie poszczęściło się za drugim razem. - Ersken przypomniał sobie wreszcie, po czyjej jest stronie. - To był czysty przypadek, że Vinehall został przeniesiony i trafił mi się Birch. I to nie wina Becki, że z jej pierwszym partnerem nie wyszło. Umarł na czerwone upławy. Tego lata chorowała połowa Niższego Miasta, nawet ty, Rosto. Przecież nie ona go zaraziła.
- Drugiego sama aresztowała - dorzuciła Aniki. - Aresztowała własnego partnera!
- Wziął łapówkę, żeby przymknąć oko na morderstwo - przypomniałam, ciągle rozgniewana. - To coś złego.
- Trzeciemu powiedziałaś, że utniesz mu ręce, jeśli cię znowu dotknie. - Kora ledwie zdołała wydusić z siebie te słowa, tak się śmiała. - Myślał, że naprawdę to zrobisz!
- Zrobiłaby! - powiedzieli jednym głosem Rosto, Aniki i Ersken.
- A co poszło z tym? - spytał Phelan. Dawał mojemu kotu szynkę, a ten zdrajca Drapek wolał się obżerać niż mi pomóc.
- Z Silsbee'em. - Byłam już śmiertelnie zmęczona tym tematem, a dzień ledwie się zaczął. - Powiedział, że przyprawiam go o dreszcze. Ten leniwy, gadatliwy, tchórzliwy bydlak. - Wcześniej niewiele im mówiłam, bo chciałam robić dobrą minę do złej gry, ale teraz nie było po temu powodu. - Tylko żre i plotkuje, a nie pogoniłby Szczura, choćby to był jakiś nędzny złodziejaszek pod samym jego pryszczatym nosem!
Tylko się jeszcze bardziej śmiali. Zastanawiałam się, gdzie jest Tansy. Moja najstarsza przyjaciółka na pewno by mnie wsparła. Dlaczego akurat dzisiaj jej tu nie było?
- Powiedziałabym, że masz cholernego pecha - zwróciła się do mnie Aniki - ale prawda jest taka, Becco, że chcesz przymknąć każdego Szczura w Niższym Mieście, a Silsbee to znany łajza. Szanse, że przetrwa to jeszcze tydzień, są jak jeden do pięćdziesięciu.
- Wytrzymałabym! - wykrzyknęłam.
- Wiele osób wygrało trochę gotówki, kiedy nie zrezygnował z ciebie po jednym wieczorze - rzucił niedbale Rosto. - I jeszcze więcej, kiedy nie odeszłaś od Psów w ciągu trzech dni. Ale nikt nie postawiłby nawet miedziaka, że potrwa to cały miesiąc.
Ja założyłam się, że dociągnę do miesiąca. To tylko świadczy, że jestem głupia. Próbowałam nie kłócić się z Silsbeeem, kiedy nie pozwolił mi rzucić się w pogoń. Nie kwestionowałam jego rozkazów, chociaż język aż mnie bolał od jego przygryzania. Nie chciałam stracić kolejnego partnera.
- Bez wątpienia uznał, że jesteś gburowata, bo do nieznajomych zawsze podchodzisz z nieśmiałością - powiedział Rosto takim tonem, jakby był moim starym i mądrym dziadkiem. - Sądziłem, że przy Goodwin i Tunstallu staniesz się bardziej towarzyska dla innych Psów.
- Rozmawiałam z nim - warknęłam. - I nic to nie dało.
- Przy Goodwin i Tunstallu nie stała się aż tak towarzyska - stwierdził Ersken. Próbował karmić kota Kory, Sierściucha, i nie okupić tego skaleczeniami. Sierściuch bywał bardzo łapczywy i miał ostre pazurki. - Bo niby po co mieliby się starać? Cieszą się, kiedy wykopana Becca wraca do nich, chociaż pan starosta powiedział parę dni temu Ahudzie, że chce mieć dwie dobre pary, a nie jedną świetną trójkę.
Ukryłam twarz w dłoniach. Nie chcę, żeby pan był ze mnie niezadowolony. Nie chodzi tylko o to, że jest moim chlebodawcą i zwierzchnikiem Gwardii Starościńskiej. Chcę się mu odwdzięczyć za to, że zabrał moją rodzinę z Niższego Miasta i zapewnił nam godne życie.
- Kiedy to słyszałeś? - spytałam.
- Przed trzema dniami - odparł Ersken. Usłyszałam w jego głosie złośliwą nutkę, gdy dodał: - Jak zauważył, że Silsbee przewraca oczami, kiedy tylko znajdziesz się w zasięgu jego wzroku.
Jęknęłam i na ramię wskoczył mi Drapek.
Czemu jęczysz? - spytał. Musiałabyś popełnić morderstwo, żeby pan starosta przestał cię lubić.
Moi przyjaciele popatrzyli z zaciekawieniem. Tym razem słyszeli tylko, że Drapek mówi po kociemu, a nie po ludzku, i tylko ja go rozumiałam, bo inaczej na pewno by się roześmiali. Raz pozwala im zrozumieć swoje słowa, a raz nie. Lubi się droczyć ten mój kot.
Na schodach rozległ się tupot. Tansy zapomniała zdjąć drewniane koturny, które nosiła, by jej stopy kroczyły wysoko nad ulicznym błockiem. Otworzyła na oścież drzwi sali śniadaniowej. Czapkę przeciwdeszczową miała przekrzywioną, a jej złote loki wymykały się spod spinek. Rzuciła płaszcz na podłogę i z łoskotem postawiła na stole przed nami kosz bułek. Miała zaczerwienione policzki, a w jej oczach skrzył się gniew.
- Naniosłaś tu błota. Drewno nie jest jeszcze poplamione - powiedział do niej Rosto. Gdy chodzi o gospodę, którą buduje, jest wybredny niczym kot.
Spiorunowała go spojrzeniem.
- Błoto da się zeskrobać - stwierdziła cierpkim tonem. - To niegodne Łotra, martwić się o sprzątanie. - Była wyraźnie rozdrażniona. Jej akcent z Nadtargowej ustępował miejsca zaśpiewowi Niższego Miasta z naszego dzieciństwa. Pochyliła się, zsunęła koturny i zostawiła je przed drzwiami pomieszczenia.
Aniki nalała Tansy kubek gorącej herbaty.
- Twój wolny dzień źle się zaczął? - spytała, gdy tamta wkładała parę kapci, trzymanych dla nas przy drzwiach.
- Piekarz Garnett sprawdził dziś monetę, którą mu dałam... i okazała się fałszywa! Podrabiany srebrnik, cieniutka warstewka na miedzi! - Tansy usiadła obok mnie i rozerwała bułkę na dwoje. - Miał w sklepie swoich strażników. Jeden z nich złapał mnie. Kopnęłam gnojka kolanem w mieszek. Potem w sprawę wmieszał się mój ospały pomocnik. Dałam mu popalić, że nie powstrzymał cholernego łobuza, zanim ten ośmielił się złapać mieszczkę! - Pociągnęła łyk herbaty i skrzywiła się. Napar był zbyt gorący.
- Większość mieszczek nie kopie kolanem chłopów w mieszki. - Rosto mówił z powagą, ale jego ciemne oczy się śmiały.
Pokręciła głową, czerwieniąc się jak burak.
- Nie rozumiesz - powiedziała. - Ciężko pracowałam na reputację naszego interesu! Fałszywe monety zrujnowałyby mnie i całą moją rodzinę, gdyby wieść się rozniosła. Nikt by u nas nie kupował! Wszystko byśmy stracili!
- No i dochodzi jeszcze gotowanie w oleju, gdyby uznali was za winnych bicia fałszywek - mruknęła Kora, bawiąc się z kotem Aniki. - Albo odcięcie dłoni za ich rozprowadzanie. Czemu nie jesteście w klatkach?
- Przekupiłam piekarza, ma się rozumieć - wyjaśniła Tansy i pociągnęła nosem. Wyjęłam jedną z chusteczek, które miała wetknięte w ubranie, i wsunęłam jej w rękę. - Odwołał strażnika, kiedy nie przestawałam płakać... i powiedział, że dwoje innych dobrych klientów też przyniosło mu podrabiane monety. Wszystkie były srebrne. - Wydmuchała nos. - Puścił mnie, ale ludzie się śmiali, a ten zbir powiedział do mnie coś okropnego!
- Wyślę kogoś, żeby powęszył - oświadczył Rosto. - Tym się nie przejmuj, skarbie.
- Postaraj się nie robić z tego sprawy dla Psów - poradził mu Ersken. - Wszystko najlepiej załatwiać po dobroci.
Rosto wyszczerzył się do niego w uśmiechu.
- Jestem najdobrotliwszy w okolicy, Westover - powiedział. - Spytaj, kogo chcesz.
- Spośród żywych - mruknęła Aniki.
Rosto zerknął na nią.
- Jeśli chcesz porozmawiać z nieżywymi, trzeba poprosić Beccę, nie? - spytał z miną niewiniątka.
Sierściuch zaatakował moje palce. Pozwoliłam mu, pogrążona w myślach. Ten piekarz, Garnett, widział ostatnio trzech klientów z fałszywymi srebrnymi monetami? I to szanowanych, tak? Dziadek męża Tansy był najgorszym paserem i właścicielem domów, ale po jego śmierci Tansy oraz jej mąż i teściowa pozbyli się nieuczciwych interesów starca. Stracili dużo pieniędzy, żeby żyć w zgodzie z prawem.
Postawiłabym własnego miedziaka, że trzy wspomniane przypadki fałszywek nie są odosobnione, tym bardziej, że piekarz wynajął strażników. Ile srebrnych monet widuje dziennie piekarz? Większość ludzi płaci miedziakami, chyba że robią zakupy dla całej grupy albo dużego domostwa.
- Nie ty za tym stoisz, prawda? - zwróciła się Tansy do Rosta. - Bo to by było nie w porządku, bardzo nie w porządku! Nie obchodzi mnie, że jesteś Łotrem. Mówię, co myślę! Nie możesz niszczyć ludziom tego, z czego żyją, Rosto! Srebrne fałszywki szkodzą nam wszystkim. Jeśli srebrny nobel przestanie być wart tyle, ile powinien...
- Uciszysz się wreszcie? - spytał Rosto, uderzając dłonią w stół. - Na Mithrosa, kobieto!
Tansy umilkła, ale ciężko dyszała.
- Powinnaś brać przykład z Becki - ciągnął Rosto. - Mówi swoje, a potem czeka na odpowiedź. Nie, nie miałem nic wspólnego z tymi fałszerstwami. Gdybyś zachowała choć odrobinę rozumu, to byś wiedziała. Fałszywki szkodzą dworowi Łotra jeszcze bardziej niż kupcom. Na początku trochę zarabiasz, ale jeśli wartość srebrnika spada, to spada dla wszystkich. Gdybyśmy rozprowadzali fałszywki, podcinalibyśmy gałąź, na której siedzimy.
Tansy pociągnęła nosem, po czym znowu go wydmuchała. Nawet w dzieciństwie nigdy nie potrafiła przyznać, że ją poniosło.
- Czyli będziecie mieli na wszystko oko? - spytała Rosta. - Zanim zimą ludzie wyjdą żebrać na ulicach?
Ersken i ja wyprostowaliśmy się w jednej chwili.
- Słuchajcie! - odezwałam się. - Łapanie fałszerzy to sprawa Psów!
Tansy wydała z siebie nieuprzejmy odgłos.
- To poważna sprawa, Becco - stwierdziła. - Chodzi o pieniądze. Gdyby chodziło o zabójcę, przyszłabym do was, to jasne. Ale Garnett najął strażników. Boi się, że to jego aresztują - w najlepszym wypadku - za rozprowadzanie fałszywek. Tak się boi, że jest gotów nawet obrazić dobrych klientów. Taka sytuacja przerasta możliwości Psów z Niższego Miasta, chyba że mówimy o Goodwin i Tunstallu. A nie jesteś z nimi, tylko ze starym płaskostopym Silsbeeem.
- Z nim też nie - zawołała Aniki z drwiącym uśmieszkiem.
To oczywiście odwróciło uwagę Tansy od pieniędzy. Odwróciła się, wbiła we mnie spojrzenie, po czym przewróciła oczami.
- Na mleko Matki, Becco, co się tym razem stało? Zabiłaś go?
Wstałam i wyszłam wraz z Drapkiem. To tyle, jeśli chodzi o nadzieję, że Tansy stanie po mojej stronie. Bardziej przejmowała się swoją sakiewką niż najwierniejszą przyjaciółką.
Nie mogę jej winić, mimo swoich urażonych uczuć. Pokonała długą drogę z Uliczki Psich Sików, gdzie obie niegdyś mieszkałyśmy. Oskarżenie o to, że rozprowadza fałszywe pieniądze niczym zwykła ulicznica, zraniłoby ją głębiej niż jakikolwiek miecz. A podrabiane monety na targu oznaczały, że srebro, na które tak ciężko pracowała, może nie mieć takiej wartości, jaką na nich wybito. Jak znam Tansy, pewnie już czuła zapach Uliczki Psich Sików pod swoimi drzwiami. Bogini wie, że ja bym czuła.
Gdy wchodziłam po schodach do pokoi na poddaszu, powiedziałam sobie, że Goodwin i Tunstall z radością przyjmą mnie z powrotem. Chociaż przeklinam własne niepowodzenia z nowymi partnerami, lubię chodzić ze starymi. Znajdujemy Szczury i je zamykamy. Nie jakieś pierwsze lepsze Szczury, warte miedziaka czy dwa, ale naprawdę duże. Za każdym razem, gdy Ahuda przydziela mnie do Tunstalla i Goodwin, słyszę jęk Szczurów z Niższego Miasta.
W mieszkaniu wzięłam swoją torbę i włożyłam do niej woreczki z pokruszonym ziarnem i okruchami chleba. Sprawdziłam też, czy mam woreczki z kurzem z całego Corus. Ciągle myślałam o Goodwin i Tunstallu, gdy na powrót zamykałam drzwi.
Byłoby inaczej, gdyby jedno z nich przyjęło awans na sierżanta, który proponowano obojgu. Goodwin jest kapralem, a Tunstall starszym Psem, który zrezygnował z promocji na kaprala, bo nie cierpi dodatkowej papierkowej roboty. Chętnie działałabym w parze z jednym z nich. Ale jako uliczne Psy są partnerami od wielu lat. Na ogół nie muszą nawet rozmawiać, a i tak znają nawzajem swoje myśli. Chciałabym mieć takiego partnera.
Miej wiarę, że bogowie wiedzą, co robią z twoim życiem, stwierdził Drapek, podążając za mną w dół schodów.
- Nie chcę, żeby bogowie zajmowali się moim życiem - poruszyłam wargami bezgłośnie, gdy znowu wyszliśmy na ulicę. - Chcę sama to robić. Bogowie to kłopoty.
Nie masz wyboru, odparł.
Nie podobają mi się takie słowa. Ani trochę.
- Umiem radzić sobie sama, powiedz im! - rzuciłam ostro, gromiąc go wzrokiem. - I nigdy dotąd o czymś takim nie wspominałeś!
Pomyślałem, że cię to rozweseli, odrzekł.
Zaczęłam biec truchtem, nie tyle żeby uciec Drapkowi, ile temu, do czego się odnosił. Pogodziłam się z tym, że to magiczny kot. Kora pierwsza mi powiedziała, że Drapek jest konstelacją, czyli czymś tak pokrewnym bogom, że to w zasadzie bez różnicy. Ale nigdy wcześniej nie mówił o bogach i żałuję, że teraz zaczął. Spójrzmy na wszystkich ludzi, którym bogowie nabruździli w życiu, takich jak Jehane Wojowniczka, pogrzebana żywcem, czy Tomore Prawa, doprowadzona do nędzy i ścięta, czy też Badika od Płonącego Topora, która odparła Carthakan, by potem rozerwali ją na strzępy na jednej ze swoich aren! Wybrańcy bogów nigdy nie kończą dobrze! Drapek mógłby powiedzieć bogom, żeby po prostu zostawili mnie w spokoju.
Dotarliśmy do Placu Szklarzy, gdzie jak co dzień czekało jedno z moich gołębich stad. Usiedliśmy, ja po to, by je nakarmić, a Drapek, by popatrzeć. Klaps wylądował na mnie pierwszy, jak zwykle. Myślę, że stary Klaps to najwyższy kapłan wśród gołębi, patrząc na to, jak rządzi pozostałymi, zarówno tutaj, jak i w innych częściach miasta. Jego niebieskoczarne pióra były dziś mokre i błyszczące. Musiał przylecieć prosto po kąpieli w fontannie.
Przytrzymałam dłonią jego szpotawą nóżkę, nie patrząc w świdrujące żółte ślepka. Ma maleńkie źrenice. Nikt nie sądzi, że gołębie mogą być szalone, ale myślę, że Klaps nosił w życiu tyle duchów, że mu odbiło. Jest gotów mnie uderzyć, gdy tylko na mnie spojrzy, mimo że karmię go ziarnem i owijam mu nóżkę skrawkiem materii, kiedy jest zimno. Niewdzięczna miotełka do kurzu. Oto właśnie wybraniec bogów.
Kiedy gołębie jadły, słuchałam skarg zmarłych, którzy ich dosiadali. Dzisiaj niewiele duchów narzekało na swój los. Żaden nie powiedział niczego, co mogłabym przekazać innym Psom jako ważną informację. Klaps w ogóle nie miał ducha. Nie nosił żadnego od ponad tygodnia. Zastanawiam się, czy za nimi tęskni, czy też cieszy się, że żaden nieżywy człowiek nie jęczy mu do ucha. Zastanawiam się też, czy Czarny Bóg kiedykolwiek pyta gołębi, czy chcą nosić duchy.
Ruszyliśmy dalej na spotkanie z moimi pyłowymi krętami. Dla nich miałam woreczki z kurzem, żwirem i piaskiem z innych części miasta. Kręty tkwią w jednym miejscu, a ich powietrzne wirujące welony wznoszą się wyżej lub niżej w zależności od pogody. Uwielbiają smaki innych miejsc. W zamian przekazują mi strzępy rozmów, które dotarły do nich od czasu mojej poprzedniej wizyty.
Te kręty to bardzo zabawne istoty. Nie wiem, ile mają lat. Kiedy byłam mała, nauczyłam się zbierać rozmowy do Hasfu-sha, którego poznałam najpierw. Myślę, że to najstarszy kręt w mieście. Moja babcia Fern, która nauczyła mnie, jak używać tej rodzinnej magii, mówiła, że mój prapra-prapra-pradziadek też słuchał Hasfusha.
Dzisiaj poszliśmy do Hasfusha w pierwszej kolejności. Był dość mały, wir pyłu, liści i maleńkich kamyków, wzbijający się najwyżej na wysokość stopy. Na więcej nie było go stać przy upalnej, bezwietrznej pogodzie. Weszłam do jego kręgu i ofiarowałam mu paczuszkę żwiru z Targu Dziennego. Tak się ucieszył, że przyspieszył i urósł mi aż do ramion. Uwolnił fragmenty rozmów, zgromadzone przez ostatni tydzień, bym mogła je usłyszeć.
Jak zawsze, w większości były to zupełne bzdury, jakieś strzępki zdań albo nawet i to nie. Pojawiły się nawet słowa w obcym języku, chyba yamańskim. Ale to jedynie mój domysł. Słyszałam ten język ledwie dwa razy.
A potem moich uszu dobiegło coś innego.
- ...na to! Wygrałem od tego zaplutego łobuza osiem srebrnych nobli i sześć to były fałszywki! - żalił się piskliwym tonem jakiś chłop.
Odpowiedziała mu kobieta.
- Więc znajdź jakąś grę i przegraj je do kogoś innego. Chcesz...
Oba głosy umilkły.
Następny usłyszany fragment przyprawił mnie o gęsią skórkę.
- ...zgniłe żyto? - Była to baba, wyraźnie stara.
- Na północnym wschodzie strasznie dużo tego lata padało - odezwała się młodsza, nad wyraz rzeczowa. - Będziemy mieli szczęście, jeśli w tym roku zbierzemy tylko o połowę mniej żyta, niż w zeszłym.
- Sprzedamy zgniłe ziarno. Wymieszaj je porządnie z dobrym. Nikt nie zauważy. - Głos starej zabrzmiał bardzo surowo.
- Zwariowałaś? To może zabić! Nie mam...
Młodsza kobieta odeszła od starszej, tak to brzmiało.
Hasfush przekazał mi już wszystko, co zebrał w tym tygodniu. Zacisnęłam zęby. Chciałabym poznać nazwisko baby, która zamierzała sprzedawać zgniłe żyto, przynoszące szaleństwo i śmierć. To nie wina Hasfusha, że obie poszły dalej, ani też jego zmartwienie. Kręty nie interesują się tym, co przyniesie im wiatr.
Podziękowałam mu. Potem Drapek i ja ruszyliśmy odwiedzić jeszcze dwa kręty z Niższego Miasta i kolejne gołębie. Żaden z krętów nie miał informacji o fałszywkach. Jeden gołąb nosił ducha, który paplał ogólnie o plonach zboża.
Przekazałam wieści sierżant Ahudzie. Przynajmniej inspektorzy zbożowi otrzymają polecenie kontrolowania żyta. Hasfush wyświadczył miastu przysługę. Do następnej paczuszki dla niego dołożę trochę przypraw. Bardzo je lubi. Poznaję po tym, że jego powiew wokół mnie staje się cieplejszy.
Mimo że wieści o plonach budziły niepokój, regularne spotkania z krętami i gołębiami nieco podniosły mnie na duchu. Uzyskałam informację na temat żyta, więc nie czułam się taka bezużyteczna. Poza tym dostanę nowego partnera. Ahuda dobrze mi życzy. W końcu to ona przydzieliła mnie do Goodwin i Tunstalla. Będzie mnie próbowała dopasować do każdego Psa, który nie ma partnera, aż trafi się ten właściwy. A jeśli się nie trafi, Goodwin i Tunstall przyjmą mnie z powrotem.
Mogło być gorzej. Mogłam zostać wysłana do jakiejś innej dzielnicy, a to ostatnie, czego bym chciała. Moje miejsce jest w Niższym Mieście. Niższe Miasto potrzebuje takich Psów, jak ja, Psów, które kochają wszystkie jego dobre i złe oblicza.
Kiedy zużyłam cały pokarm dla ptaków i porozmawiałam z krętami, ruszyłam do domu. Chciałam posprzątać i pisać dziennik, ale na progu czekała na mnie Tansy.
- Przepraszam - powiedziała, zanim zdołałam otworzyć usta. - Przepraszam, że nie poczekałam na wieści od ciebie. Przykro mi, że Silsbee to ciamajda, do tego leniwy. - Oczy miała zapuchnięte. - Becco, muszę cię o coś prosić. - Drapek wskoczył jej w ramiona i polizał po policzku. - Kochany kot, to słodkie, ale drapie. Moja skóra i tak wygląda okropnie od płaczu. - Potem zwróciła się do mnie. - Becco, proszę, chodźmy do domu i pomóż mi sprawdzić moje srebro.
Wbiłam w nią wzrok.
Tansy ściszyła głos, gdy mówiła dalej:
- Garnett przeciął trzy z moich monet. Miałam dziś rano w sakiewce trzy srebrniki i dwa z nich były fałszywe. Dwa z pięciu. Jeśli podobnie jest z resztą pieniędzy w moim domu... Mój mąż jest zbyt porywczy i się wygada. Tylko tobie ufam, że dochowasz tajemnicy.
Wnętrzności ścisnęły mi się w supeł. Znam w tym domostwie każdego, od niemowlaka po pomoc kuchenną. Znam ich nazwiska, rodziny, nawet daty urodzin. Jeśli w sejfie Tansy roiło się od fałszywek, mogło się okazać, że będą mieli szczęście, jeśli zamieszkają w chatce przy Uliczce Psich Sików.
A zatem poszłyśmy do domu. Wśliznęłyśmy się bocznymi drzwiami i zamknęłyśmy się w pokoiku, w którym Tansy zajmuje się księgami. Wśród otaczających nas z zewsząd odgłosów krzątania się po domu, wyjęłyśmy noże, które nosiłyśmy u pasa, oraz ostre kamienie. Moja przyjaciółka otworzyła skrzynie. Po cichu sprawdzałyśmy wszystkie znajdujące się w nich srebrne monety, nacinając je pośrodku. Znalazłyśmy tylko trzy kolejne fałszywki i Tansy aż się popłakała z ulgi.
Gdy ochłonęła, uściskała mnie i podziękowała. Potem przyprowadziła moją córkę chrzestną Joy i kazała kucharce spakować mi drugie śniadanie. Zanim stamtąd wyszłam, dzwony obwieściły już południe.
Gdy wróciłam do domu, zobaczyłam przed swoimi drzwiami dzbanek z czerwonymi lewkoniami. Rosto. Kiedy znalazłam się w mieszkaniu i zamknęłam drzwi za sobą i Drapkiem, uniosłam je i zanurzyłam w nich twarz. Wiem, czemu Rosto to zrobił. Kiedy spotykało mnie coś dobrego albo złego, zostawiał mi lewkonie, najczęściej czerwone. Bogini jedna wie, skąd je brał zimą, chociaż przypuszczam, że Łotr może uzyskać uprawiane przez magów kwiaty równie łatwo, jak król.
Nie mogę ich oddać, nie wziąłby ich. Ale wie, że nie kupi w ten sposób mojej przychylności.
Będę zadowolona, kiedy Tańcząca Gołębica zostanie ukończona i Rosto się tam przeniesie. Za każdym razem, gdy myślę o zapukaniu do jego drzwi, przypominam sobie rzeczy, które zrobił. Dzięki temu nie myślę o tym, że jego drzwi znajdują się ledwie pół piętra pod moimi.
Napisałam już wystarczająco dużo jak na dzisiejszy dzień. Pora przebrać się w mundur i ruszyć tyłek na ćwiczenia.
Druga w nocy, po służbie.
Kiedy po południu poszłam na ćwiczenia, Ahuda wzięła mnie na bok.
- Silsbee został przeniesiony - powiedziała po swojemu krótko i rzeczowo. - Teraz będzie pracował w Sądzie Miejskim. Wiedziałam, że to leniwy szelma. Teraz już wiem, jak bardzo leniwy. Wracasz do Goodwin i Tunstalla.
Skinęłam głową. Gdybym mogła coś zmienić, wolałabym, żeby Silsbee nie był leniwy.
- Nie miał partnera i był następny w kolejce - stwierdziła sierżant.
Wbiłam wzrok w ziemię. Gdybym nie znała jej lepiej, mogłabym przysiąc, że mnie przeprasza. To nie wydawało się możliwe. Ahuda była buldogiem w skórze kobiety i najlepiej potrafiła drzeć ze mnie pasy za to, że moja czujność osłabła.
Wypchnęła mnie na środek dziedzińca.
- Was sześcioro. - Wskazała połowę Szczeniąt. - Ćwiczenie pałkami. Utwórzcie krąg wokół Cooper i zaatakujcie ją. Nie okazujcie litości. Cooper, postaraj się ich nie połamać.
To tyle w kwestii przeprosin.
Nie połamałam żadnego ze Szczeniąt ani sama nie dałam się połamać. Tegoroczne Szczenięta są pełne zapału, ale powolne. Zadanie odwróciło moje myśli od żartów drugo-, trzecio - i czwartorocznych Psów, do których dotarła wieść, że znowu nie mam partnera. Pomogło mi też nie zważać na Erskena i innych moich przyjaciół, którzy się z nimi kłócili, a także na Ahudę, która rozkazywała wszystkim, by zamknęli jadaczki i ćwiczyli.
Gdy zebraliśmy się na odprawę, otoczyły mnie twarde Psy - nie tylko Goodwin i Tunstall, ale też Nyler Jewel, jego partnerka Yoav, partner Erskena Birch i ich koledzy. Poważne Psy ze Straży Wieczornej. Nic nie mówili o Silsbeeem. Głównie klepali mnie po plecach i ramionach. Potem utworzyli przejście, by Straż Dzienna mogła się odmeldować. Goodwin i Tunstall stanęli przy mnie. Goodwin wsparła się pięściami pod boki i taksowała mnie wzrokiem, żeby pokazać, że to ona jest wysoka, chociaż doskonale wiem, że jest ode mnie o pięć centymetrów niższa. Jej ciemne oczy omiatały mnie od stóp do głów. Czułam się przy niej niechlujna, chociaż na moich spodniach i tunice nie było ani jednej fałdki i miałam wyczyszczone buty. Tunstall, z głową gdzieś nade mną, drapał się po siwokasztanowych włosach i przyglądał się, bardziej podobny do sowy, niż kiedykolwiek.
W końcu odezwała się Goodwin.
- Musimy coś z tym zrobić. W Niższym Mieście musi być ktoś, kto nie będzie marnował twojego czasu.
- Mam nadzieję, że zebrałaś jakieś plotki od swoich Ptaszków, Cooper - powiedział Tunstall. - Połowa ludzi z miasta pracuje przy żniwach, więc jest cicho jak w grobie. Nudzi mi się. - Poklepał się po bicepsie, prężącym się pod rękawem tuniki. - Robię się sflaczały.
Pokręciłam głową.
- Nie mam nic godnego uwagi od swoich Ptaszków. Jakiś hazardzista wygrał fałszywe monety, ale nie mam go jak wyśledzić. Tę wzięłam od Tansy. - Wyjęłam fałszywkę, którą od niej wybłagałam, i podałam Tunstallowi. Obejrzał, po czym podał partnerce. Opowiedziałam im o poranku Tansy u piekarza Garnetta.
Akurat skończyłam, gdy Straż Dzienna opuściła pomieszczenie i ustawiliśmy się w szeregu. Ahuda wysłała nas na służbę i wyszliśmy na dziedziniec. Zamiast jednak ruszyć na ulicę, Goodwin podeszła do Jewela i Yoav. Pokazała im monetę i kazała mi powtórzyć całą opowieść.
Jewel podrapał się po brodzie.
- Właśnie zacząłem opowiadać Goodwin i Tunstallowi, że ci z budy w dzielnicy Migot przerwali grę w kości w nasz dzień sądowy. Dwóch nadrzecznych cwaniaków, którzy tam grali, miało garść fałszywych srebrników. Jeden uciekł. Drugi potknął się w swojej klatce, przewrócił i skręcił kark.
Tunstall splunął na ziemię. Goodwin szturchnęła go.
- Barbarzyński góral - powiedziała. - Pani Sabine cię z tego nie wyleczyła?
Uśmiechnął się.
- Nie próbuje mnie zmieniać. Właśnie dlatego jeszcze ze sobą chodzimy.
Yoav otworzyła usta, bez wątpienia chcąc zażartować, że wcale nie zajmują się chodzeniem. Pochwyciła spojrzenie Tunstalla i zamknęła buzię. Ludzie mogą mówić o Tunstallu, co tylko chcą, a on tylko zamruga tymi swoimi zaspanymi, piwnymi oczami. Ale wystarczy powiedzieć jedno słowo o pani Sabine, by chwycił za gardło żelazną pięścią. Pani Sabine może nie przejmować się tym, że ludzie z niej żartują, bo sypia ze zwykłym Psem, ale tenże Pies przejmuje się tym w wyjątkowym stopniu.
- Gdzie siedział ten cwaniak znad rzeki? - zwrócił się Tunstall do Jewela. - W klatce, w budzie czy w więzieniu Zamurze?
- W budzie - powiedziała Yoav. - A co za różnica? Psy klatkowe nie zauważą morderstwa własnej matki, jeśli wystarczająco dobrze się im zapłaci.
- A co z fałszywymi monetami? - spytała Goodwin. - Co się z nimi stało?
- Zabrano je do pałacu - odrzekł Jewel. - Nikt by ich nie zostawił w zwykłej budzie, gdzie mogłyby, powiedzmy, zniknąć.
- Dostałam informację o hazardziście, który wygrał osiem srebrnych nobli i sześć z nich okazało się fałszywych - oznajmiłam. - W pobliżu Placu Szklarzy. Ale mój Ptaszek nie znał żadnych nazwisk.
Goodwin obracała swój sztylet na palcu czubkiem w dół. Robiła tak, kiedy rozmyślała. Wszyscy na nią patrzyliśmy.
- Mamy ludzi, którzy rozprowadzają fałszywki w Niższym Mieście i Migocie, ale żadnych wieści z innych dzielnic - powiedziała w końcu. - Tylko stąd. Ten piekarz, Garnett, przyjął parę monet, dochodzi hazardzista, o którym słyszała Cooper, no i nadrzeczne cwaniaki z Migotu.
- Może warto przepatrzeć część nabrzeża w Niższym Mieście, żeby sprawdzić, czy inni hazardziści rozpowszechniają fałszywki - zauważył Tunstall.
- Dno Beczki. - Goodwin podrzuciła sztylet, złapała go za rękojeść i schowała do pochwy. Ja muszę jeszcze popracować nad tą sztuczką, by się nie kaleczyć. - To najważniejsza jaskinia hazardu w tej części tygodnia. Tam powinniśmy zacząć.
Skrzywiłam się. Moje szczęście w Dnie Beczki nie poprawiło się, odkąd prowadziłam swój pierwszy dziennik. Uczestniczyłam tam w siedmiu dużych bijatykach, w pierwszej jako Szczenię, a w pozostałych później. Ostatnim razem złamałam rękę.
- Jeśli ci, którzy rozprowadzają fałszywki, słyszeli o dwójce aresztowanej w Migocie, będą ostrożni - uprzedził Jewel. - Jak zobaczą, że podchodzicie do drzwi, uciekną przez wszystkie możliwe dziury. Przyda wam się towarzystwo. - Oba nasze zespoły były zbyt doświadczone, by mieć stałe trasy patroli, ale oczekiwano, że nie będziemy pracować na tych samych ulicach w tym samym czasie.
Tunstall uśmiechnął się.
- Pogadam z Ahudą.
Musiała być w dobrym humorze albo też Tunstall przedstawił wyjątkowo przekonujące argumenty. Ahuda nie tylko pozwoliła nam zabrać Jewel i Yoav do Dna Beczki, ale też odciągnąć Bircha i Erskena od ich regularnego patrolu na ulicy Włóczęgów. Ich pomoc była dodatkowym błogosławieństwem. Birch przemierzał ulicę Włóczęgów od wielu lat. Zna wszystkie wyjścia z Dna Beczki.
Pomagał nam fakt, że piątkowa noc mijała spokojnie, dzięki czemu nie byliśmy potrzebni gdzie indziej. Było gorąco, zbyt gorąco, żeby coś robić. Wiele osób przebywało poza miastem i pracowało przy żniwach. Przemierzając ulicę, Jane, ja i Ersken słuchaliśmy, jak starsze Psy zakładają się, kiedy ulice i karczmy znowu zapełnią się powracającymi żniwiarzami. Jesienią Psy mają najwięcej do roboty. Wraz ze żniwiarzami i tymi, którzy przyjeżdżają kupić zapasy na zimę, pojawiają się złodzieje i szulerzy, chcący ich oskubać. Najlepiej byłoby zamknąć sprawę fałszywych monet już teraz. Kiedy zrobi się tłoczno, zrobi się niezły bałagan.
Za rogiem przy Dnie Beczki starsze Psy przystanęły, by przydzielić nam zadania.
- Ersken wejdzie przez drzwi frontowe - zarządził Birch. - Idź powoli, chłopcze. Przyglądaj się i co jakiś czas lekko trąć stos srebrników swoją pałką, ale tak, żeby go nie rozsypać. Pokaż im, że jesteś i masz oko na pieniądze. Jeśli będziesz zwracał zbyt baczną uwagę na pieniądze, zaczną się pocić. Nie będą wiedzieli, czemu patrzysz, ale domyślą się, że to nic dobrego. Jak napisano w "Księdze Prawa", winni uciekają pierwsi. Będziemy na nich czekać.
- Nie przerywaj gry - ostrzegła Goodwin. - Nienawidzą tego.
Wszyscy pokiwaliśmy głowami.
- Stali bywalcy znają Erskena - przypomniał nam Birch. - Będą wiedzieli, że muszę być w pobliżu.
- Ci, którzy mają coś na sumieniu, rozproszą się po dziurach - stwierdził Jewel.
- Które ja będę wam pokazywał - dodał Birch. - Czekaj, aż wrócę, Erskenie.
Gdy nas prowadził, obejrzałam się z niepokojem na Erskena. Nabrał masy i mięśni, odkąd byliśmy Szczeniętami, radzi też sobie lepiej z pałką i kastetem, który dała mu Kora. Birch nie zatrzymałby go przy sobie, gdyby uważał, że Ersken nie jest wystarczająco twardy na ulicę Włóczęgów. Mimo wszystko istnieje różnica między pracą na ulicy u boku zaprawionego Psa, a samotnym wejściem do Dna Beczki.
W końcu ma gwizdek, powiedziałam sobie. Wszyscy jesteśmy wystarczająco blisko, żeby go usłyszeć.
A potem zobaczyłam, że u stóp Erskena siada Drapek, i poczułam się lepiej. Drapek jest równie dobry, jak inny Pies.
Birch postawił mnie przy bocznych drzwiach, które wychodziły na maleńki zaułek. Dwie pochodnie nad drzwiami zapewniały mi światło, gdy czekałam, z długą pałką w dłoni, a krótką w zasięgu ręki. W wolnej trzymałam zaklęte lusterko, które Kora dała mi na Przesilenie Zimowe. Miało mi pokazać każdego, kto próbowałby się przemknąć pod osłoną magii. Nigdy nie pytałam, ile kosztowało, ale dla mnie było warte tyle złota, ile sama ważę. Za jego pomocą przymknęłam pięć zaczarowanych przez magów Szczurów. Dzięki niemu i swojej broni mogłam stać przed najgorszą mordownią przy Włóczęgów, gotowa wyłowić parę Szczurów. A jeśli wybuchnie bijatyka, zrobię, co będzie do mnie należało.
Lecz bijatyka nie wybuchła. Najwyraźniej wszystkim było za gorąco. Zamiast się bić, próbowali uciekać. Pierwszą trójkę, która wypadła przez moje drzwi, już znałam. Należeli do bandy zbirów Aniki. Śmiały Brian, Trzcinowa Katie i Skrzypek. Uśmiechnęli się na mój widok i unieśli puste łapska.
- Wróciłaś do Goodwin i Tunstalla? - spytała Trzcinowa Katie ze śmiechem w słodkim głosie, puszczając do mnie oko. W Niższym Mieście wieści szybko się rozchodzą.
- A jak myślisz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie. - I czemu wy troje wymykacie się tylnym wyjściem? Opuśćcie ręce.
Opuścili.
- Nie nabierzesz nas - odezwał się Śmiały Brian. - Westover jest w środku i udaje niewiniątko. Skoro on przyszedł, Birch nie może być daleko.
- A kiedy ci dwaj prowadzą łowy w Dnie Beczki, my wychodzimy - dodał Skrzypek, przebiegając palcami po swoich skrzypcach. - Pomyśleliśmy, że na Włóczęgów zrobi się spokojniej, skoro Birch ma pierwszorocznego Psa jako partnera, ale Westover jest ostry. Najlepiej się oddalić, kiedy przychodzą.
- Zwłaszcza jeśli Westover ma tę swoją minę dziecka - dorzuciła Trzcinowa Katie. - Kiedy wchodzi i udaje niewiniątko, wiadomo, że coś się kroi.
Może niepotrzebnie martwiłam się o Erskena. Najwyraźniej sam potrafił wypracować sobie reputację. Szturchnęłam sakiewkę Trzcinowej Katie.
- Co tam kombinowaliście? Graliście? Wygrywaliście srebrniki?
Parsknęli śmiechem i pokazali mi w sumie cztery srebrne monety.
- Nie gramy, nie w Dnie Beczki - wyjaśnił Skrzypek. - Tutaj gry mają zbyt ostry przebieg.
- Weszliśmy tylko na kufel piwa, bo Skrzypek zarobił trochę pieniędzy, grając na skrzypcach - oznajmił Śmiały Brian.
Wszystkie ich monety miały nacięcia, dowodzące, że są całe ze srebra. Cała trójka lepiej zarabiała, odkąd Rosto został Łotrem, ale w ich sakiewkach wciąż dominowały miedziaki.
- Od kiedy nacinacie srebrniki? - zapytałam. - A może dostaliście je już nacięte?
- Nie, sami sprawdziliśmy. - Śmiały Brian podał mi dwa srebrne noble. - Aniki ostrzegała nas dziś po południu przed fałszywkami.
- Tylko uważajcie, komu to powtarzacie - powiedziałam z niepokojem. - Nie chcemy paniki.
- Aniki powiedziała to samo - stwierdził Skrzypek. - Brian wspomniał o tym tylko dlatego, że rozmawiamy z tobą, Cooper.
- Jeśli pozwolisz, Cooper - wtrącił Śmiały Brian - to już sobie pójdziemy. Pora, żebyś zajęła się własnymi sprawami.
Na wypadek, gdybym wpadła w tarapaty, pomyślałam, ale dałam im znak, żeby ruszali. Przez drzwi wyszło jeszcze pięć osób, ale tylko jedna z nich miała srebrniki; okazały się prawdziwe. Zaczynałam się już nudzić, kiedy ujrzałam odbicie w swoim zaklętym lusterku. Był to gruby Yamańczyk, spowity magiczną osłoną. Odwróciłam się, jakbym chciała zajrzeć do wnętrza karczmy. Gdy przechodził obok mnie, zerknęłam w lusterko jeszcze raz, upewniając się, że dobrze zapamiętałam jego wzrost i wiem, na jakiej wysokości ma głowę. Potem, zachodząc go od tyłu, przycisnęłam mu pałkę do grdyki. Gdy się dusił, rzuciłam nim o ścianę budynku i sięgnęłam do jego dłoni, by je związać. Zrobiwszy to, wymacałam na jego szyi magiczne talizmany i przecięłam rzemyki, na których wisiały. Wtedy zaczął mnie przeklinać.
Kiedy już wyraźnie go widziałam, związałam mu nogi w kostkach drugim rzemieniem, a następnie przeszukałam go pod kątem broni. Miał tylko dwa sztylety i pudełko z kośćmi. Najwyraźniej swoje bezpieczeństwo powierzał magii. Choć jego cera i rysy były yamańskie, nosił fryzurę ze Wschodnich Krain - włosy przycięte po bokach głowy, a nie upięte w kok. Ubrany był w tunikę i spodnie, jak większość miejscowych mężczyzn.
Gdy przeszukiwałam mu kieszenie, zaczął marudzić.
- Jak taka ładna dziewczyna może być tak okrutna? - W głosie pobrzmiewał akcent rodem z portu Caynn.
- Komplementy w niczym ci nie pomogą - stwierdziłam, odpinając jego sakiewkę od paska. Sprawdziłam zawartość w świetle pochodni. Było tam kilka miedziaków i przynajmniej dziesięć srebrnych nobli. Po dokładniejszym przeszukaniu natrafiłam na drugą sakiewkę, schowaną pod tuniką. Była pełna srebrników. - A ja nie cierpię fałszerzy monet.
- Nic nie wiem o fałszywkach! - zaprotestował.
Wyjęłam srebrnika z tej ukrytej sakiewki i nacięłam awers sztyletem. W nacięciu zalśniła miedź. Rzuciłam monetę na ziemię i wyciągnęłam drugą, po czym nacięłam ją tak samo. Ta też okazała się fałszywa.
Pocił się obficie.
- Wygrałem je na statku z portu Caynn.
- Od kogo?
- Od paru gości. Porządnych, ale... na pewno by im się nie spodobało, gdybym podał ich nazwiska stróżom prawa w Corus.
Złapałam go za włosy i uderzyłam jego głową o ścianę.
- Nie spodoba ci się, co stanie się z tobą, jeśli mi nie powiesz, od kogo wygrałeś te fałszywki.
- Nie mogę powiedzieć, gwardzistko! Grałem na tym statku z pięcioma ludźmi!
- W takim razie zamkniemy wszystkich - powiedziałam. Pokręcił głową i kręcił nią dalej, mimo że przez to szarpał włosami w mojej dłoni. - No dobrze. Kim jesteś? - spytałam.
Nie chciał mówić.
- Powiesz mnie albo Psom klatkowym, bez różnicy. Prędzej czy później wyciągną z ciebie prawdę - ostrzegłam go. Czasami sama groźba o Psach klatkowych wystarczy, żeby Szczur zaczął śpiewać. Ale nie ten tutaj. Ciągle trzymał język za zębami, gdy przyszły do mnie inne Psy. Złapali drugą osobę z fałszywkami, babę o budowie rzecznej barki. Wyglądała jak jakaś wojowniczka, ubrana w nabijaną ćwiekami skórzaną kamizelkę, skórzane spodnie i buty, za pasem tkwiły zaś złożone, nabijane ćwiekami rękawice. U pasa wisiały puste pochwy na miecz i sztylet. Broń zabrał Jewel.
Mój więzień rozpromienił się na jej widok.
- Powiedz im! Powiedz, że wygraliśmy fałszywki na statku! Ta dziewka o sercu z kamienia nie chce mi wierzyć, ale może uwierzą ci szlachetni gwardziści!
- To papla, ale mówi prawdę - zapewniła baba, gdy poprowadziliśmy ich ulicą. - I każdy z was dostanie srebrnego nobla, jeśli poślecie po panią adwokat z Gildii Szlifierzy Diamentów. Przyprowadzi maga z zaklęciami prawdy. Wolelibyśmy uniknąć koła, napitku czy śrub, które przyszykowały wasze Psy klatkowe.
- To prawda - powiedział mój Yamańczyk. - Gildia weźmie na siebie nasze i wasze opłaty. Jedyną naszą winą było granie z niewłaściwymi ludźmi.
- Gildia Szlifierzy Klejnotów - powtórzył Nyler Jewel, tak dla pewności.
- Przewozimy dla nich przesyłki z portu Caynn - wyjaśnił Yamańczyk.
Jewel jęknął. Wyglądał, jakby ugryzł kiszonego ogórka zepsutym zębem. Tunstall splunął na ulicę. Yoav zaklęła. Niektóre miejskie gildie mogły uchronić swoich przed wieloma rzeczami. Jeśli nie zdołamy dowieść, że ci dwoje są winni rozprowadzania fałszywek, Gildia Szlifierzy Klejnotów wyciągnie ich z klatek jeszcze przed świtem.
- Hazard to miły sposób na zabicie czasu. Ona mnie ochrania do czasu doręczenia przesyłek. - Ruchem głowy wskazał kobietę.
- Spędzamy noc w mieście, a rano zanosimy towar z powrotem do portu.
- Bądźcie rozsądni - powiedziała baba. - Wiecie, że Psy klatkowe równie często wydobywają swoimi torturami kłamstwo, jak prawdę. Mag jest pewniejszy. Powiadomcie tylko gildię, już oni kogoś do nas wyślą. A adwokat da wam złote noble, słodkie jak plaster miodu.
Słyszałam, że starsze Psy obok mnie zgrzytają zębami. Zapytałam:
- Skoro jesteście tacy czyści i zostaniecie wykupieni z klatek oraz oczyszczeni z zarzutów, równie dobrze możecie podać nam nazwiska swoich kolegów od stolika i nazwę statku, którym przypłynęliście.
- No i własne nazwiska - dodała Goodwin.
Kobieta posłała nam zacięty uśmiech.
- Zrobimy to, gdy tylko podpisane zostaną dokumenty naszego zwolnienia. O ile wasze Psy klatkowe nas nie pogryzą. Wtedy z chęcią powiemy wam to, co chcecie wiedzieć.
Popatrzyłam w ziemię, by nikt nie widział mojego uśmiechu. Ta baba miała tupet, skoro udzielała takich hardych odpowiedzi, aresztowana przez doświadczone Psy za rozprowadzanie fałszywek. Mam nadzieję, że jest szczera.
Birch i Ersken wyszli z Dna Beczki.
- Jest czysto, a obsługa siedzi w środku i nas przeklina - powiedział Birch. - Czy ci dwoje to wszystko, co mamy?
- Nie wiecie wszystkiego - warknął Tunstall. - Pracują dla Gildii Szlifierzy Klejnotów. - Zmierzwił swoje włosy. - Ktoś z nas musi iść do pani adwokat gildii. A dlaczego adwokat miałby uwierzyć, że mamy dwójkę ich Szczurów?
- Hej! - wykrzyknął z oburzeniem Yamańczyk. - Nie jesteśmy Szczurami!
Kobieta udała, że nie słyszy.
- Gdzie magiczne talizmany, które miał na szyi? To dowód, którego wam potrzeba. Dałabym różowego miedziaka, żeby się dowiedzieć, jak go złapaliście, kiedy je nosił. Chyba że w oszołomieniu zapomniał rzucić zaklęcie. - Posłała towarzyszowi pogardliwe spojrzenie.
- Rzuciłem! - zapewnił. - Ale ta młoda i tak mnie złapała. Ta baba z widmowymi oczami.
Jewel i Birch popatrzyli na mnie. Ersken i moi partnerzy wiedzieli o prezencie od Kory.
- Moja przyjaciółka Kora dała mi lusterko, które p okazuj e, co się kryje za iluzją - wyjaśniłam. Wyjęłam z kieszeni talizmany Yamańczyka. Miałam nadzieję, że Kora mi powie, jak mogę je wykorzystać, ale teraz było to już wykluczone. Nie będę mogła ich zatrzymać. Trafią do starszych Psów, a może nawet do samego dowódcy straży.
Kobieta wybrała jeden z nich, wykonany z kosztownego niebieskiego kamienia, zwanego lapis lazuli. Podała mi go. Wyryto na nim znak Wielkiego Oka, oznaczający wzrok, ale coś było z nim nie tak. Obróciłam talizman i zauważyłam, że z jednej strony Oko było przedstawione do góry nogami, z drugiej zaś - zamknięte.
- Pokażcie to pani adwokat Szlifierzy Klejnotów - powiedziała.
Zostawiłam Drapka ze swoimi partnerami. Pamiętałam, gdzie mieszka pani adwokat, z czasów, gdy pracowałam jako goniec dla różnych bud. Była całkiem porządna, jak na kogoś, kto zarabia na chronieniu Szczurów przed słusznymi wyrokami. W sumie zdarzały się też sytuacje, w których aresztowaliśmy kogoś niesłusznie, więc adwokaci się przydają.
Z Dna Beczki miałam spory kawałek drogi, który pokonałam truchtem. Służba nie kazała mi zbyt długo czekać przy bramie. Ledwie dziesięć minut po tym, jak oddałam dziwny amulet z okiem dyżurnemu służącemu, wrócił z panią adwokat, która unosiła swoją szatę, gdy szła.
- Przyprowadź mojego konia i dwóch stajennych, odpowiednio uzbrojonych i gotowych do jazdy - poleciła służącemu. Potem zwróciła się do mnie. - Ilu naszych ludzi macie, gwardzistko, i gdzie są trzymani? - Zawsze zmierzała prosto do sedna, bez żadnych ogródek.
- Dwoje, pani adwokat, i przebywają w budzie przy ulicy Jane - odparłam.
- Bardzo dobrze. Możesz wrócić do swoich obowiązków - powiedziała mi.
I było po wszystkim. Nie spytała mnie o nazwiska więźniów ani o zarzuty. Nigdy nie pytają, ci wszyscy bardzo zajęci, ważni ludzie. Obie wiedziałyśmy, że może wykupić ich z klatek, zważywszy na pełny skarbiec gildii.
Wróciłam do swoich partnerów równie szybko, jak od nich odeszłam. Naszych podejrzanych już nie było, wsadzono ich na wóz, który miał ich zawieźć do budy przy ulicy Jane i do pani adwokat. My, sześć Psów i Drapek, wróciliśmy na ulicę Włóczęgów.
Resztę nocy spędziliśmy we wszystkich knajpach i jaskiniach hazardu w tej części ulicy, która należy do naszego rejonu. Zgarnęliśmy jeszcze siedem osób, u których znaleźliśmy więcej niż dwie srebrne fałszywki, ale nie mieliśmy co do nich dobrych przeczuć. Yamańczyk i jego strażniczka byli naszą największą szansą na informacje o fałszerzach, odpowiedzialnych za ten zalew podrabianych monet.
- Kto powiedział fałszerzom, że można tu zarobić dobre pieniądze? - spytał Ersken, gdy się odmeldowaliśmy. Ziewaliśmy nad swoimi raportami, chcąc je napisać, zanim wrócimy do domu. Ciągle muszę odpychać Drapka przy pisaniu raportów. Lubi spać na moich papierach.
- Może jeden z tych, których złapali w Migocie? - podsunął Ersken.
Pokręciłam głową.
- Myślę, że raczej ten, kto zrobił fałszywki albo odpowiada za przekazywanie ich dalej. Hazard to dobry sposób, nie? Ludzie grają o srebro, kiedy nie wydają go na różne rzeczy. Mieszkańcy Niższego Miasta dostają szajby na jego punkcie. Obstawiają i wygrywają, obstawiają i przegrywają. Jeśli masz garść fałszywek i umiesz grać, wymienisz je podczas gry na miedziaki, a potem znowu na dobre srebrniki. Twoi towarzysze pójdą grać z innymi, przekazując fałszywki dalej. Nikt nie pyta, jak się nazywasz, ani ci się nie przygląda.
- I nie mogą podać twojego rysopisu Psom - dodała Goodwin nad moim ramieniem. Wzięła ode mnie skończony raport i przeczytała. - Dobrze, Cooper. Czysty, jak zawsze. - Podała Erskenowi i mnie arkusze pergaminu. - Przysłali to z Migotu i Ahuda kazała je skopiować. Pokażemy je tu i ówdzie. To ci od fałszywek, których tam mieli, ale utracili.
Popatrzyliśmy na rysunki. To mógł być ktokolwiek.
- Wiem - rzekła Goodwin. - Chodźcie, wy dwoje. Zjemy późną kolację Pod Piecem i Pulardą. Pani Sabine stawia.
Chociaż bardzo pragnęłam spotkać się z panią rycerz, a rezygnacja z darmowego posiłku była bolesna, niemal zasypiałam na stojąco. Wymówiłam się. Spacer do domu przebudził mnie wystarczająco, by napisać coś w tym dzienniku. Długo się zastanawiałam, czy o niczym nie zapomniałam, obracając w palcach ognisty opal, który zdobyłam jeszcze jako Szczenię. Jaskrawe rozbłyski, które rozbudza w nim moja świeca, zawsze wspomagają moje myślenie.
Czy zatem istnieje siatka fałszerzy monet w porcie Caynn? A może tylko jedna osoba wprowadza je do obiegu, na przykład ten Yamańczyk albo sprytna baba, która go ochrania?
Pora spać.
Mogłam się domyślić, że dzisiejsza służba okaże się do niczego, kiedy sierżant Ahuda zatrzymała mnie po skończonych ćwiczeniach z pałkami.
- Słówko na osobności - powiedziała i zaciągnęła mnie w spokojny kąt dziedzińca. Wbiła ostre spojrzenie ciemnych oczu w moją twarz. Nieźle się dogadywałyśmy, odkąd skończyłam swój pierwszy rok służby jako Szczenię i potem przez kolejne pięć miesięcy w roli Psa. Nie miałam pojęcia, czym mogłam ją rozzłościć.
- Twoje raporty zrobiły się byle jakie. - Cała Ahuda, nigdy nie owijała niczego w bawełnę. - Nie uwzględniasz szczegółów, pomijasz to, co zostało powiedziane. Kiedyś pisałaś najlepsze raporty ze wszystkich Szczeniąt i pierwszorocznych Psów, ale ostatnio już nie. Zaniedbujesz ćwiczenia pamięci?
Spojrzałam w ziemię. Oczywiście, że zaniedbywałam. Po cóż mi były, skoro miałam takich partnerów? Ahuda uniosła moją brodę brązową pięścią i szarpnęła tak, bym patrzyła jej w oczy.
- Mam cię odesłać na szkolenie dla Szczeniąt, żebyś odświeżyła sobie treningi pamięciowe?
- Proszę, nie, pani sierżant. - Błagalne słowa wyszły z moich ust, zanim zdołałam je powstrzymać. Na Boginię, tylko nie powtórne szkolenie dla Szczeniąt, nawet nie pojedyncze zajęcia! Inni nie daliby mi spokoju!
Wsparła dłoń na krzepkim biodrze.
- W takim razie, w jakikolwiek sposób dbałaś wcześniej o swoją bystrą pamięć, zacznij robić to znowu. Weź się w garść, dziewko! Nie ty jedna wśród pierwszorocznych Psów masz partnerów, którym daleko do ideału. Pogódź się z tym!
Odmaszerowała do budy. Poszłam się umyć i włożyć mundur. Mieliśmy dzisiaj napełnić worek szczęścia, ja i mój partner Silsbee. Nasza trasa prowadziła przez Aleję Wróżb i wiedziałam, że znajdę tam sklep, w którym sprzedaję pamiętniki. Myślałam, że nie będę musiała prowadzić dziennika, gdy skończę swój rok służby jako Szczenię, ale skoro Ahuda narzekała na moje raporty, nadszedł czas, by wrócić do sprawdzonych metod.
Nie było nawet Drapka, który by podniósł mnie na duchu podczas zbiórki straży wieczornej. Kot przestał z nami łazić trzy dni po tym, jak moim partnerem został Silsbee. Błagałam go, żeby przychodził. Jego uwagi na temat różnych ludzi i samego Silsbee'ego ułatwiały mi przetrwanie patroli, ale Drapek nic sobie nie robił z moich próśb.
On mnie nudzi i tobie też pozwala robić tylko nudne rzeczy, stwierdził mój irytujący gwiezdny kot. Nie widzę powodu, żebyśmy nudzili się oboje.
A zatem poszłam zbierać łapówki do naszego worka szczęścia z Silsbeeem i nikim więcej, słuchając paplaniny mojego partnera o posiłku, który przygotowała mu żona przed służbą. Te obfite posiłki to jedna z przyczyn, dla których po dojściu do Alei Wróżb odwiedziłam wszystkich sklepikarzy, prowadzących dodatkowe usługi na piętrach. Budynki przy tej ulicy miały trzy lub cztery piętra, a w każdym pokoju wróżono a to z kuli, a to z ręki, a to ze wszystkiego innego. Silsbee zostawał na parterze i gawędził z właścicielami. Przynosili mu napoje i ciastka, durnie. Naprawdę myśleli, że pobiegnie za Szczurem, który ukradnie im towar? To ja się wspinałam w nieznośnym skwarze i to ja goniłabym Szczury, gdyby zaszła taka potrzeba.
Napełniliśmy worek szczęścia i zakończyliśmy służbę. Ersken zaprosił mnie na kolację w towarzystwie swojego partnera Bircha i kilku innych, ale nie miałam nastroju. Po prostu nie uważam, że zasługuję na dodatkowe pieniądze z worka szczęścia, skoro wszędzie łażę z Silsbeeem. Czuję, że mnie to poniża.
Szłam przez dziedziniec przed budą, gdy zauważyłam, że Silsbee czeka na mnie przy bramie.
- Musimy pogadać, Cooper - rzucił.
Zapulsowało mi w skroniach. Nie miałam najmniejszej ochoty na rozmowę z tym łazęgą po służbie, ale w końcu był moim starszym partnerem. Podeszłam do niego.
- Porozmawiam z sierżant Ahudą, ale masz prawo wiedzieć pierwsza. Poproszę o nowego partnera. - Grzebał sobie w zębach drewnianą wykałaczką. - Zasługujesz na przydomek, który ci nadali. Terier. Jesteś Terierem. Denerwujesz mnie, kiedy cała podrygujesz, kiedy zaciskasz zęby i zawsze chcesz gonić za najcichszym dźwiękiem czy piskiem. Nawet w taką pogodę. Gdybym był młodszy... ale nie jestem. Najlepiej sobie powiedzieć, że do siebie nie pasujemy, zanim się polubimy.
- Pozbywasz się mnie. - Powiedziałam to powoli, żeby mieć pewność, że dobrze zrozumiałam. Bolało mnie, że przydomek, z którego byłam taka dumna, obraca się przeciwko mnie.
- Przyprawiasz mnie o dreszcze. - Wzruszył ramionami i rozłożył ręce, jakby chciał powiedzieć: "co zrobić?".
- Ty... - zaczęłam, starając się nie okazywać wściekłości. - Wiesz, ile Szczurów mogłam dopaść i przymknąć, gdybyś mnie nie powstrzymywał?
- Spokojnie, Cooper, nie zmuszaj mnie, żebym złożył sprawozdanie o twojej zuchwałości. - Pomachał na mnie tą obrzydliwą wykałaczką. Na jej końcu widniał kawałeczek czegoś.
- Chcesz usłyszeć, co to zuchwałość? - Dwa tygodnie pracy z tym wszarzem wezbrały we mnie i wylały się z moich ust. - Idziesz kawałeczek, a potem przystajesz na kufel piwa. Potem pokonujesz ulicę albo trzy, aż nabierasz ochotę na "mały kąsek", który wystarczyłby dla pięcioosobowej rodziny. Kieszonkowcy okradają jakiegoś chłopa? "Polecimy straży dziennej złapać tego Szczura", mówisz. "Ci ze straży dziennej mają dzieci do wykarmienia, więc przydadzą im się łapówki". Ktoś na sąsiedniej ulicy krzyczy, że mordują? "Wielu ludzi tutaj się drze, bo lubią patrzeć, jak biegam. Drugi raz się na to nie nabiorę". A jak już docieramy na miejsce, Szczurów dawno nie ma. To wystarczy, żeby baba zaczęła krzyczeć.
- Zaczynam rozumieć, czemu nie cieszysz się względami, gdy chodzi o partnerów, Cooper - powiedział. - Całymi dniami nic nie mówisz, a potem obrzucasz błotem.
Podreptał do budy, zadowolony z siebie niczym poborca podatkowy z żołnierzami za plecami. A ja stałam, roztrzęsiona, z dłońmi tak mocno zaciśniętymi na nowo zakupionym dzienniku, że aż mi zdrętwiały.
Gdy wróciłam do domu, Drapek czekał na mnie przed mieszkaniem pani Trout. Przydzielą cię z powrotem do Goodwin i Tunstalla, oznajmił, chociaż nawet mu nie powiedziałam, co się stało. Wiesz, że z nimi będzie ci lepiej. Mnie też. Nudziło mi się.
- Chcę mieć własnego partnera - powiedziałam mu, wchodząc do środka. - Goodwin i Tunstall to już para. Nie chcę być wiecznie trzecia. Chcę mieć dobrego partnera, tak jak Ersken ma Bircha.
Twój czas nadejdzie, powiedział mi kot.
- Kiedy? - wykrzyknęłam. Nie bałam się, że sąsiedzi mogą się skarżyć na hałasy. Moi współlokatorzy to Szczury i w nocy służą Królowi Złodziei. - Kiedy? Jesteś bogiem, nie? Powiedz!
Nie jestem bogiem. Jestem konstelacją. To nie to samo. Drapek wskoczył mi na ramię i zaczął mruczeć, gdy przekręcałam klucz w zamku. Jego ciepły bok dotykał mojego policzka.
- Przestań - prychnęłam. - To w niczym nie pomoże. - Ale oczywiście pomogło. Zawsze pomagało. Gdy ugniatał mięśnie mojego ramienia, westchnęłam i usiadłam na łóżku. Czarna sierść Drapka przypominała najmiększy aksamit. Supły w moich skroniach i szczęce rozluźniły się. Zanim zeskoczył na poduszkę, zdołałam przebrać się w koszulę nocną, zaparzyć sobie kojącej herbaty, zjeść trochę chleba z serem i otworzyć ten dziennik.
Pomyślałam, że opisanie sytuacji z Silsbeeem rozluźni mnie jeszcze bardziej, ale już skończyłam, a wciąż jestem zbyt rozeźlona, żeby zasnąć. Mogę więc opisać, co się działo od końca poprzedniego dziennika, kiedy jeszcze trwało moje szkolenie.
Mam już siedemnaście lat i jestem pełnoprawną członkinią Gwardii Starościńskiej. Należę do niej już pięć miesięcy. W tym czasie miałam czterech partnerów, włącznie z Silsbeeem. W tym względzie nie dopisywało mi szczęście. Pomiędzy jednym a drugim wracam do swoich Psów szkolących, Goodwin i Tunstalla. Pozostaję w budzie przy ulicy Jane w Niższym Mieście, którą wciąż dowodzi Acton z Fenrigh. Kebibi Ahuda jest moją sierżant i trenerką walki pałką.
Wynajmuję kwaterę u pani Trout przy Zaułku Drobnomiedzi. Wraz ze mną mieszkają tam Aniki Forfrysning, Koramin Ingensra i Rosto Muzykant, a także sama pani Trout. Rosto, Łotr i król miejskich złodziei, próbował kupić dom i zmienić go w gospodę, w której mógłby się zbierać jego dwór, ale właścicielka odmówiła sprzedaży. Zamiast tego namówiła go do kupna budynków po drugiej stronie ulicy, które także należały do niej. Od tamtej pory ciągle pracują tam budowniczowie, którzy przekształcają je w przestronną karczmę. Prace powoli zbliżają się do końca i na piętrze zaczęliśmy już regularnie jadać śniadania. Rosto postanowił nazwać to miejsce na cześć swojej nieżyjącej matki. Opowiadał, że była kiedyś piękną tancerką, o której mówiono Tańcząca Gołębica.
Rosto nadal bez ogródek daje mi do zrozumienia, że mnie pragnie. Ciągle odmawiam, chociaż w takie noce, jak ta, zastanawiam się, dlaczego to robię. Ale chłop, który żyje z przemocy, będzie z niej żył do końca życia i tego się właśnie obawiam. W niczym nie pomaga fakt, że Rosto jest Łotrem, a ja - Psem.
Niech go licho porwie za te jego twarde mięśnie, alabastrową skórę, wargi miękkie jak aksamit. Za włosy, jasne niczym słońce i oczy czarne jak noc. Za grację kota i zwinne, chłodne dłonie.
I teraz przelewam na papier ten sam spór, który toczę w głowie sama ze sobą albo z Drapkiem już od zbyt wielu nocy. Wiem, że moja decyzja jest rozsądna, ale to bynajmniej nie zdrowy rozsądek kierował mną w tych kilku sytuacjach, gdy Rosto skradł mi całusa.
Drapek mówi, że muszę przestać użalać się nad sobą i się położyć, bo inaczej zniszczy mi stronę swoimi uwalanymi atramentem łapkami. Muszę czasami spać. Ale jeśli zasnę, nadejdzie jutro, i znowu będę musiała sobie radzić bez partnera.
Przeklęty kocur! Idę spać, skoro już zaczęłam nowy dziennik. I to nie dzięki Drapkowi!