Magia jej oczu - Jayne Ann Krentz

Reflow text when sidebars are open.
Strona redakcyjna
Redakcja stylistyczna
Joanna Złotnicka
Korekta
Hanna Lachowska
Halina Lisińska
Projekt graficzny okładki
Małgorzata Cebo-Foniok
Zdjęcie na okładce
? Shutterstock
Tytuł oryginału
Dream Eyes
Copyright ? 2013 by Jayne Ann Krentz
For the Polish edition
Copyright ? 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
ISBN 978-83-241-4754-0
Warszawa 2013. Wydanie I
Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.
02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63
tel. 620 40 13, 620 81 62
www.wydawnictwoamber.pl
Publikację elektroniczną przygotował
Rozdział 1
Rozdział 1
MARTWY NUREK tkwił jak wielka kość w kamiennej gardzieli podwodnej jaskini nazywanej Potworem. Ciało - nadal w pełnym rynsztunku, złożonym z butli ze sprężonym powietrzem, automatu oddechowego, płetw, kamizelki wypornościowej i maski - lekko falowało poruszane słabym prądem. Dłoń w rękawiczce unosiła się i opadała w geście widmowej przestrogi.
Zawróć!
Ale dla Judsona Coppersmitha nie było drogi odwrotu.
Mieszkańcy wyspy opowiadali, że zalana wodą bestia pożera nurków w całości. Tych uzależnionych od adrenaliny, na tyle głupich, że ignorowali umieszczony przy wejściu znak, który ostrzegał przed zapuszczaniem się w głąb niezbadanego labiryntu podwodnych korytarzy. Rozsądniejsi w porę zawracali. Ale wybuch w suchej części groty zamknął nadziemne wyjście i Judson musiał spróbować wydostać się na powierzchnię, przepływając przez system jaskiń.
Nie istnieje ciemność bardziej nieprzenikniona niż panująca we wnętrzu podwodnych grot. Jednak w tej jaskini przejrzystość wody wydawała się wręcz surrealistyczna. Snop światła z latarki przecinał głęboką czerń jak promień lasera, aż zatrzymał się na zwłokach.
Judson podpłynął bliżej, żeby obejrzeć ekwipunek nurka. Poczuł ulgę, widząc, że zabójcy nie opróżnili butli. Ściągnął ją z napuchniętego ciała i wetknął pod ramię. Wziął też latarkę. Osłonięte maską martwe oczy mężczyzny patrzyły na niego z wyrzutem.
Przykro mi, kolego, ale ten sprzęt już ci się nie przyda. Mnie być może też nie, ale przynajmniej zyskam trochę czasu.
Przecisnął się obok ciała i skierował światło latarki na kręty skalny korytarz. Miał ochotę przepłynąć go jak najszybciej, wiedział jednak, że gwałtowne ruchy grożą śmiercią tak samo jak brak powietrza. Opanował się więc i przez kilka sekund tylko unosił się swobodnie na wodzie.
W pewnym momencie wyczuł lekkie szarpnięcie podwodnego prądu. Mogła to być jego ostatnia deska ratunku, ale równie dobrze podwodny nurt mógł go poprowadzić do zagłady. Nie miał innego wyjścia, niż zaryzykować. Poddał się strumieniowi kryształowo przezroczystej wody i pozwolił, by prąd pociągnął go w głąb labiryntu.
Mieszkańcy wyspy twierdzili, że istnieje z niego wyjście na powierzchnię morza i że zostało to udowodnione przed laty za pomocą prostego testu. Barwnik wlany do rozlewiska w grocie wypłynął w innym miejscu niedaleko brzegu. Jednak nikomu nie udało się odnaleźć podwodnego wyjścia. Wielu nurków zginęło, próbując tego dokonać.
Oddychał z coraz większym trudem, bo butla, którą zdążył złapać, kiedy musiał ukryć się pod wodą, była prawie pusta. Zdjął ją i postawił na kamiennej krawędzi. Zrobił to bardzo ostrożnie, żeby nie poruszyć osadu pokrywającego dno. Nie mógł marnować cennego czasu na czekanie, aż prąd oczyści wodę z odpadów, gdyż każda minuta zwłoki oznaczała zużycie dodatkowej porcji powietrza. A przecież i tak istniało duże prawdopodobieństwo, że nie starczy mu tlenu, nawet jeśli będzie starał się oddychać jak najwolniej.
Założył butlę, którą znalazł przy zwłokach nurka, i pozwolił nieść się wodzie. Po chwili znowu poczuł lekkie szarpnięcie wciągające go głębiej w labirynt.
Jakiś czas później - nie spojrzał na zegarek, bo nie widział w tym sensu - światło latarki zaczęło słabnąć. Korzystał z niej, dopóki było to możliwe, w końcu jednak latarka całkiem zgasła i otoczyła go nieprzenikniona czerń. Nigdy dotąd nie miał problemów z poruszaniem się w ciemności, bo dzięki nadnaturalnemu zmysłowi widzenia mógł nawigować bez użycia światła, wystarczała mu do tego naturalna pararadiacja skał. Ale dziwna zorza, jaka pojawiła się w jaskini, i wybuch, który potem nastąpił, poparzyły mu zmysły i został parapsychicznie oślepiony. Nie wiedział, czy to stan odwracalny, lecz w tej chwili nie przejmował się tym. Utrata zdolności parapsychicznych i tak nie będzie miała żadnego znaczenia, jeśli nie wydostanie się żywy z zatopionych katakumb.
Sięgnął po latarkę znalezioną przy zwłokach, chcąc ją włączyć. Mało brakowało, a by ją upuścił, bo dłonie zdrętwiały mu z zimna. Cienki trzymilimetrowy skafander, który miał na sobie, nie chronił przed chłodem. Wprawdzie wyspa leżała na obszarze Karaibów, ale na tej głębokości woda była lodowata.
Kiedy dziesięć minut później pokonał kolejny zakręt podwodnego korytarza, natrafił na skalne przewężenie. Żeby się w nim zmieścić, musiał zdjąć butlę. Przepchnął ją na drugą stronę, po czym sam wcisnął się w wąski otwór. Przez chwilę bał się, że tu utknie - nie będzie mógł ani popłynąć dalej, ani zawrócić - i serce zaczęło mu bić jak oszalałe, a oddech gwałtownie przyspieszył.
Wkrótce znalazł się po drugiej stronie i szybko odzyskał kontrolę nad oddechem, ale szkoda już się stała. W ciągu zaledwie kilkunastu sekund zużył mnóstwo powietrza.
Na szczęście nurt prowadził go we właściwym kierunku. Uświadomił to sobie, gdy zobaczył, że do tej pory kryształowo przejrzysta woda lekko zmętniała. Najwyraźniej dotarł do miejsca, w którym czysta woda z podziemnej rzeki mieszała się z morską. Był bez wątpienia blisko wyjścia, ale jeszcze nie wiedział, czy gdy do niego dotrze, zdoła się przez nie przecisnąć. Jeżeli nie, ostatnie minuty życia spędzi jak skazaniec spoglądający przez kraty ciemnej więziennej celi na promienie jasnego słońca.
Druga latarka również powoli się wyczerpywała. Gdy zupełnie zgasła, otoczyła go atramentowa czerń. Instynktownie wyostrzył zmysły, ale jego parapsychiczny wzrok nie działał. Nadal był ślepy.
Pozostawało mu tylko dać się nieść prądowi. Płynął wolno, szeroko rozkładając ręce, żeby nie uderzyć o skalną ścianę.
W pewnym momencie wypuścił automat oddechowy i nabrał w usta wody. Chciał poczuć jej smak. Była słona, a to oznaczało, że dotarł do tej części jaskini, która rozciągała się pod powierzchnią morza.
Kilka minut później dostrzegł słabą poświatę wdzierającą się w gęste ciemności. Był skrajnie wyczerpany, zziębnięty i niedotleniony, bo w butli zostały zaledwie resztki powietrza, pomyślał więc, że to pewnie tajemnicze jasne światło opisywane przez osoby, które doświadczyły śmierci klinicznej. Tyle że w jego przypadku zwiastuje prawdziwą śmierć.
Jednego był pewien. Jeśli przeżyje, już nigdy nie będzie traktował dziennego światła jak czegoś oczywistego.
Słaba poświata robiła się coraz jaśniejsza. Judson zaczął płynąć szybciej. Nie miał nic do stracenia.
Rozdział 2
Rozdział 2
SPÓŹNIŁAŚ SIĘ - oznajmił duch w lustrze. - Już nie żyję.
To nie było oskarżenie, tylko stwierdzenie faktu. Doktor Evelyn Ballinger, za życia bardzo racjonalna i opanowana, rezerwująca wszelkie emocje tylko dla swojej pracy, najwyraźniej pozostała uosobieniem stoickiego spokoju także po śmierci. To jednak nie umniejszało straszliwego przerażenia i poczucia winy, które mroziły krew w żyłach Gwen Frazier. Gdyby tylko odczytała maila wczoraj wieczorem, a nie dopiero rano.
Gdyby tylko... Dwa najbardziej rozpaczliwe słowa w języku angielskim.
Gwen powiodła wzrokiem po zagraconym pokoju, który Evelyn przerobiła na gabinet. W oknach wisiały grube zasłony, nieprzepuszczające ani odrobiny słonecznego światła. Takie same były we wszystkich pozostałych pokojach. Evelyn nie lubiła światła dziennego. Twierdziła, że przeszkadza jej w pracy.
Przechodząc przez pokój, Gwen wprawiła w ruch zastałe powietrze. Zwisające z sufitu kryształowe dzwoneczki zakołysały się, wydając dźwięk, który wydał jej się upiorny, niczym dobiegający zza grobu.
Max, tłusty szary kocur Evelyn, miauknął żałośnie, jakby domagał się, żeby Gwen naprawiła sytuację. Ale ze śmiercią nic się nie da zrobić.
Ciało leżało na podłodze obok biurka. Evelyn, kobieta tuż po siedemdziesiątce, była wysoka i mimo sporej nadwagi bardzo zgrabna. Jak wielu innych mieszkańców miasteczka Wilby w stanie Oregon hołdowała modzie sprzed lat. Z długimi siwymi włosami, szerokimi spódnicami farbowanymi domowym sposobem i biżuterią z kryształów stanowiła modelowy przykład osoby noszącej się w stylu, który Gwen na własny użytek nazywała Hippie Couture.
Błękitne oczy Evelyn wpatrywały się martwo w sufit. Jej okulary do czytania walały się na podłodze. Obok bezwładnej dłoni leżało zdjęcie. Mała dziurka na górze wskazywała, że pochodziło z korkowej tablicy wiszącej nad biurkiem. Na ciele nie było widać krwi ani żadnych obrażeń.
- Żadnych śladów zranienia - odezwał się duch z lustra. - Co nam to mówi?
- Niepoprawna mentorka - burknęła Gwen. - Nie możesz się powstrzymać, co?
- Nie miałoby większego sensu, gdybym się teraz zmieniła, nie sądzisz? Ponawiam więc pytanie: na co może wskazywać brak obrażeń?
- Że śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych. Miałaś siedemdziesiąt dwa lata i chorowałaś na cukrzycę, ale nie przestrzegałaś diety i nieregularnie przyjmowałaś lekarstwa. Nie chciałaś też zrzucić wagi, a jedyną formą ćwiczeń fizycznych, jakie uprawiałaś, były sporadyczne spacery wzdłuż rzeki.
- No tak, rzeka - powtórzył miękko duch. - Nie zapomnisz o rzece i wodospadzie, prawda, kochanie?
- Nie, nigdy - zapewniła Gwen.
Wiedziała, że to beznadziejne, lecz mimo wszystko zmusiła się, aby zbadać tętno na nadgarstku Evelyn. Poczuła tylko straszliwy chłód i kompletny bezruch śmierci. Powoli dźwignęła się na nogi.
- Ta sceneria wydaje się znajoma, nie sądzisz? - zagaił duch. - Przywodzi na myśl wydarzenia sprzed dwóch lat.
- Tak - zgodziła się Gwen. - Faktycznie.
- Kolejna osoba związana z badaniami umiera z, jak się wydaje, przyczyn czysto naturalnych. Interesujący zbieg okoliczności, nieprawdaż?
Gwen popatrzyła na zjawę w lustrze. Duchy zawsze objawiały się jej jako niewyraźne i zamglone, a nie ostre jak na zdjęciach. Najczęściej były to widma nieznanych jej osób, ale niektóre znała bardzo dobrze. Evelyn Ballinger dołączyła do tej krótkiej listy, była bowiem zarówno jej mentorką, jak i przyjaciółką.
- Bardzo mi przykro, ale przeczytałam twojego maila dopiero dziś rano - powiedziała do ducha. - Od razu do ciebie zadzwoniłam, a kiedy nie odbierałaś, domyśliłam się, że stało się coś złego.
- To oczywiste, kochanie - odparła zjawa, zanosząc się chichotem. - Jesteś przecież medium.
- Wsiadłam do samochodu - tłumaczyła dalej Gwen - ale z Seattle do Wilby są cztery godziny drogi.
- Nie powinnaś się o nic obwiniać, kochanie - uspokoił ją duch. - Nie byłaś w stanie mi pomóc. Jak widzisz, zginęłam zeszłej nocy. Byłam w biurze. Wiesz, że jestem sową i lubię pracować po nocach.
- Tak, wiem. Twój mail dotarł do mnie około drugiej nad ranem.
- A tak, oczywiście. I pewnie już spałaś.
Wcale nie, pomyślała. Kręciła się po swoim małym mieszkanku, próbując się otrząsnąć ze złego snu. Od śmierci Zandera Taylora minęły już dwa lata, a mimo to co roku, pod koniec sierpnia, dopadały ją koszmary. Do pewnego stopnia panowała nad nimi, bo potrafiła zachowywać świadomość podczas snu, ale nie umiała w pełni uwolnić się od nich. Za każdym razem, kiedy śniła o przerażających wypadkach tamtego lata, budziła się ze złowieszczym przekonaniem, że to, co się wtedy działo, wcale nie skończyło się wraz ze śmiercią Taylora.
- Nie spałam - wyznała. - Ale też nie zaglądałam do poczty.
Odeszła od zwłok i wyjęła z torby telefon. Kocur znowu miauknął i zamachał ogonem.
- Przykro mi, Max, ale jest za późno, nic już nie mogę zrobić.
Kot najwyraźniej nie był usatysfakcjonowany odpowiedzią, bo wpatrywał się w nią intensywnie zielonozłotymi ślepiami.
Gwen skupiła się na wystukiwaniu numeru alarmowego. Starała się przy tym nie patrzeć w lustro. Rozmowy z duchami nie były mile widziane. Budziły lęk, nawet wśród jej przyjaciół i potencjalnych kochanków. Poza tym tak naprawdę żadne duchy nie istniały. Gwen rozmawiała sama ze sobą, próbując w ten sposób nadać sens informacjom, które jej dziwaczna intuicja zbierała w miejscach gwałtownej śmierci.
Zresztą na ogół starała się unikać tych konwersacji, bo wprowadzały ją w stan silnego rozdrażnienia. Nie mogła nic zrobić dla zmarłych. To zadanie należało do policji.
Już przed laty przekonała się, że duchy, pojawiające się w lustrach, szybach okien, kałużach i wszelkich innych powierzchniach odbijających światło, oznaczają złe miejsce, przesiąknięte ciężką energią powstałą podczas czyjejś gwałtownej śmierci. Jak mówi stare porzekadło, śmierć pozostawia po sobie trwały ślad. Ale Gwen nie była policjantką ani wykwalifikowanym detektywem. Zajmowała się doradztwem parapsychologicznym, interpretowała sny klientów, a dorabiała sobie, pisząc scenariusze dla niskobudżetowego programu w telewizji kablowej. Nie mogła pomóc zmarłym, szukając dla nich sprawiedliwości.
- Kiedy Wesley Lancaster dowie się o mojej śmierci, prawdopodobnie będzie chciał ją wykorzystać jako podstawę scenariusza - oznajmił duch w lustrze. - Już sobie wyobrażam te teksty. Czy tę żyjącą w odosobnieniu badaczkę zjawisk nadnaturalnych zamordowano przy użyciu nadnaturalnych środków? Czy istnieje związek między jej śmiercią a tajemniczymi zgonami, jakie miały miejsce w tym samym miasteczku przed dwoma laty?
- Przeszkadzasz mi - burknęła Gwen. - Próbuję się dodzwonić na policję.
- Po co? Obie wiemy, jak to się skończy. Policja uzna, że zmarłam z przyczyn naturalnych.
- Co jest całkiem prawdopodobne.
- Mimo to intuicja podpowiada ci, że zostałam zamordowana, tak jak reszta.
- Moja intuicja już nie raz mnie zawiodła - odparła Gwen.
- Masz na myśli to, co się wydarzyło dwa lata temu, prawda?
- To chyba oczywiste. Myślałam o tym całą noc i podczas jazdy z Seattle.
Gwen odwróciła się plecami do ducha w lustrze i skupiła na rzeczowo brzmiącym głosie operatorki linii alarmowej.
- W jakiej sprawie pani dzwoni? - zapytała kobieta.
- Chodzi o moją przyjaciółkę. Wygląda na to, że nie żyje - poinformowała. - To doktor Evelyn Ballinger.
- Ballinger? Ta szurnięta staruszka, która mieszka przy Miller Road?
- Jestem pewna, że pani profesjonalizm mógłby posłużyć za inspirację dla wszystkich operatorów numerów alarmowych w całym kraju - Gwen pozwoliła sobie na sarkazm.
Potem szybko przekazała fakty i podała dokładny adres.
- Już wysyłam pomoc - oznajmiła operatorka. - Pani nazwisko?
- Gwendolyn Frazier.
- Proszę pozostać na miejscu, pani Frazier.
- Zapewniam, że nigdzie się nie wybieram.
Gwen zakończyła rozmowę, zastanawiając się, czy w gronie osób z ekip ratunkowych znajdzie się Harold Oxley, komendant policji w Wilby. Pewnie tak. Wilby to bardzo małe miasteczko.
Kiedy znowu odwróciła się do lustra, widmo wymownie cmoknęło.
- Nikt oprócz ciebie i zabójcy nie dowie się, że zostałam zamordowana, i to środkami nadnaturalnymi. Zabójca nie poniesie kary za swój czyn, chyba że coś w tej sprawie zrobisz.
Zupełnie jak poprzednim razem, pomyślała Gwen.
- Ale przecież nic nie mogę zrobić - odparła. - Nie jestem policjantką ani nawet prywatnym detektywem.
- Nie, jesteś mi jednak coś winna, czyż nie? Kiedy tkwiłaś zamknięta w Summerlight Academy, nauczyłam cię, jak masz się obchodzić ze swoimi uzdolnieniami. No i załatwiłam ci tę fuchę na pisanie scenariuszy do Zjaw nocy. Przyjaźniłyśmy się. Poza tym teraz sytuacja wygląda inaczej niż dwa lata temu, nie uważasz? Wtedy nie znałaś żadnego detektywa do spraw parapsychicznych, a teraz masz świadomość istnienia pewnej firmy konsultingowej działającej w obszarze nadnaturalnym. Tak czy nie?
Najbardziej irytującym aspektem rozmów z duchami jest to, że bardzo często przypominają dyskutowanie z samą sobą, pomyślała Gwen. I teraz właśnie coś takiego się działo.
Zamknęła klapkę telefonu i wrzuciła go z powrotem do torby. W tym momencie dostrzegła ciemniejszy prostokąt na blacie biurka, wszędzie indziej pokrytym warstewką kurzu. Uświadomiła sobie, że w tym miejscu wcześniej stał laptop.
- Zabójca zabrał twój komputer - powiedziała na głos. - Może to jednak był napad rabunkowy.
- W takim razie zostałabym zabita w bardziej tradycyjny sposób, nie sądzisz? - odparł duch. - Zginęłabym od postrzału albo pchnięcia nożem. Albo od uderzenia w głowę.
- Wyraźnie czuję, że doszło tu do aktu przemocy, ale nie widzę żadnych śladów walki, a jestem pewna, że byś się broniła.
- Nie, jeśli zabójca mnie zaskoczył - zauważył duch.
- Tu na pewno wydarzyło się coś złego, jest jednak możliwe, że zmarłaś na skutek ataku serca lub udaru wywołanego szokiem związanym z napadem.
Duch się uśmiechnął.
- Teoretycznie tak, tyle że jedyną rzeczą, która zniknęła, jest mój laptop. A przecież dobrze wiesz, że nie był ani cenny, ani nowy. Na krześle leży mój stary plecak. Może byś tak sprawdziła, czy złodziej zabrał pieniądze i karty kredytowe.
Gwen podeszła do krzesła i podniosła mały wyświechtany plecak. Kryształowe dzwonki wietrzne znowu zadrżały, wydając kolejną serię upiornych dźwięków. Max przysiadł w progu i znowu głośno miauknął.
Gwen sięgnęła do plecaka. W portfelu Evelyn znalazła pięćdziesiąt dolarów i dwie karty kredytowe. To było tyle, jeśli chodzi o hipotezę o napadzie.
- Co do innych motywów, to przecież mnie znasz - podjął duch. - Nie handlowałam narkotykami, nie uprawiałam marihuany w piwnicy i chociaż bardzo lubiłam moją biżuterię z kryształów, te świecidełka nie były kosztowne.
- Miałaś komórkę. - Gwen obróciła się na pięcie, lustrując wzrokiem pokój. - Nigdzie jej nie widzę.
- Zniknęła, tak jak komputer.
- Komórki są małe. Może leżeć gdziekolwiek. Może zostawiłaś ją w kuchni albo w łazience?
W oddali zawyły syreny. Brzmiało to, jakby operatorka linii alarmowej przysłała do Evelyn całą flotę wozów ratunkowych. Gwen uzmysłowiła sobie, że ma mało czasu na odnalezienie telefonu.
Pospiesznie przeszukała szuflady biurka, ale komórki nigdzie nie było.
Odgłos syren narastał. Gwen z hukiem zamknęła ostatnią szufladę i mijając Maxa, wybiegła na korytarz. Kot podążył za nią.
Zatrzymała się w drzwiach kuchni i szybko się po niej rozejrzała. Blaty pokryte staromodnymi kafelkami były puste, nie licząc wiekowej maszynki do kawy i ustawionych w równym rzędzie ceramicznych pojemników.
Odwróciła się i z Maxem depczącym jej po piętach pognała na piętro i prawie w biegu przejrzała dwie małe sypialnie. Kiedy schodziła na dół, pod dom zajechał pierwszy wóz patrolowy.
Wróciła do gabinetu, gdzie znów rozległo się denerwujące brzęczenie dzwonków wietrznych, jakby zniecierpliwionych fiaskiem jej poszukiwań.
- Moja śmierć stanie się do południa najważniejszą nowiną w mieście - oznajmił duch. - Tyle zamieszania nie było w Wilby od czasu, gdy przed dwoma laty zginęli Mary, Ben i Zander.
- Niemożliwe, żeby ich śmierć i twoją coś łączyło - powiedziała Gwen.
- Jesteś pewna?
- Przecież minęły dwa lata.
- Ale ty nadal śnisz o tym, co się wtedy wydarzyło, zwłaszcza o tej porze roku, czyż nie? Od początku dobrze wiedziałaś, że w tej łamigłówce wciąż brakuje jakiejś części.
Gwen odsunęła grubą zasłonę i zrobiło jej się słabo. Z jednego z wozów patrolowych wysiadał Harold Oxley we własnej osobie. Miał wprawdzie ciemne okulary, ale widać było, że minione dwa lata odcisnęły na policjancie swoje piętno. Od wysiłku, jaki musiał włożyć w to, żeby wydostać opasłe cielsko z samochodu, jego nalana twarz przybrała niezdrowy odcień czerwieni. Poruszał się sztywno, jakby cierpiał na artretyzm, a koszula munduru napinała się na wielkim brzuszysku. Ale pistolet wiszący u pasa był ogromny jak zawsze i nic nie wskazywało, że Oxley wykaże większą niż przed dwoma laty otwartość na sugestię, że śmierć Evelyn mogła mieć przyczyny nadnaturalne.
Gwen opuściła zasłonę, odwróciła się plecami do okna i jeszcze raz rozejrzała się po pokoju, zatrzymując wzrok na fotografii leżącej na podłodze. Pomyślała, że zdjęcie prawdopodobnie samo nie spadło, tylko Evelyn, umierając, zerwała je z tablicy.
- To ważne spostrzeżenie, kochanie - usłyszała głos ducha. - Bo z jakiego innego powodu zdjęcie miałoby się znaleźć obok mojej dłoni?
Podniosła fotografię i patrzyła na nią przez chwilę. Dobrze znała to zdjęcie. Zostało zrobione przed dwoma laty, na krótko przed pierwszym zabójstwem, i przedstawiało siedem osób. Ona też się na nim znajdowała. Stała w dolnym rzędzie, a obok niej Mary Henderson, Ben Schwartz i Zander Taylor. Wszyscy się uśmiechali.
- To zdjęcie zawsze wisiało na tablicy - zauważyła. - Dlaczego znalazło się na podłodze?
- Intrygujące pytanie - stwierdził duch.
Rozległo się pukanie do drzwi wejściowych. Gwen włożyła fotografię do torebki i wyszła do przedpokoju. Max podreptał za nią.
Otworzyła drzwi. W progu stał Harold Oxley.
- Witam, panie komendancie - rzuciła, siląc się na uprzejmy ton.
Oxley zdjął okulary przeciwsłoneczne i spojrzał na Gwen wzrokiem, który mówił, że on też nie jest zachwycony ich powtórnym spotkaniem.
- Cindy przekazała mi, że telefon z wezwaniem pochodził od Gwendolyn Frazier - odezwał się policjant. - Mam nadzieję, że to tylko zwykły zbieg okoliczności - dodał i zawiesił głos, wyraźnie czekając na wyjaśnienia.
- Przyjaźniłam się z Evelyn - odparła Gwen, starając się mówić spokojnie i z opanowaniem. - Byłyśmy w stałym kontakcie.
- Dwa lata temu spotkaliśmy się nad trzema martwymi ciałami - powiedział Oxley. - Opuściła pani miasto i od tamtej pory nie było tu żadnych niewyjaśnionych zgonów. Teraz wraca pani i mamy kolejną śmierć. Co ja mam o tym myśleć?
- Dwa lata temu doszedł pan do wniosku, że wszystkie trzy zgony nastąpiły z przyczyn naturalnych - przypomniała mu. Starała się panować nad sobą, ale jej głos zabrzmiał, jakby mówiła przez zaciśnięte zęby.
- Nie w przypadku Taylora. - Oxley podejrzliwie zmrużył orzechowe oczy. - Taylor rzucił się z wodospadu do rzeki i utonął.
- Uznał pan to za samobójstwo - odparowała.
- Tak czy inaczej, dzisiaj również będę chciał panią przesłuchać.
- To oczywiste.
W drzwiach za plecami Oxleya pojawił się młody policjant i dwóch sanitariuszy ze sprzętem medycznym i noszami.
Komendant zajrzał do przedpokoju.
- Gdzie ona jest? - spytał.
- W gabinecie. - Gwen odsunęła się i szerzej otworzyła drzwi. - Po prawej.
Oxley, młody funkcjonariusz i sanitariusze wyminęli ją i Maxa, po czym zniknęli za załomem korytarza.
Gwen została na progu, wpatrzona w letni deszcz padający równomiernym strumieniem na otaczające dom drzewa. Z głębi domu dobiegały stłumione postukiwania i odgłosy rozmów.
Max otarł się bokiem o jej nogę. Schyliła się i podrapała kota za uchem.
- Wiem, że ci jej brakuje - powiedziała cicho. - Mnie też.
Po chwili przypomniała sobie o zdjęciu znalezionym na podłodze. Wyjęła je z torebki i jeszcze raz uważnie przyjrzała się twarzom widniejących na nim osób. Wnioski nasuwały się same. Troje ludzi z fotografii zginęło przed dwoma laty, a teraz śmierć dosięgła osobę, która ją zrobiła - Evelyn.
Odwróciła fotografię i ze zdumieniem stwierdziła, że ktoś napisał tam dwa słowa: "Lustro, lustro".
Koniec wersji demonstracyjnej