Rozdział 1
Michalina kochała zimę w Bieszczadach. Owinąwszy się ciaśniej szlafrokiem, podeszła do okna. Mimo iż był listopad, w górach zima rozpanoszyła się już na całego. Na szybach mróz wymalował piękne wzory: drobne siateczki niczym hafty richelieu. Gruba warstwa śniegu pokrywała krzaki rosnące wokół płotu. Ulicą naprzeciwko, po której z rzadka jeździły samochody, nikt teraz nie chodził. Michalina miała ochotę wzuć kozaki i przejść się po ulicy. Czuć, jak śnieg trzeszczy pod ciężarem jej stóp. Sporo już przytyła, mimo iż to była dopiero końcówka pierwszego trymestru ciąży. Śnieg padał coraz gęściej, a wielkie płaty wirowały w ciepłym świetle latarni.
Zawsze kiedy zbliżały się święta, wspominała rodziców. Mamę, która zmarła, gdy Miśka miała osiemnaście lat, przez co dziewczyna musiała zająć się młodszym braciszkiem, i tatę, który ich opuścił. Zjawiał się czasami w Złotkowie, by po chwili odjechać w nieznane. Taki już był. Wolny ptak.
Była siódma trzydzieści rano. Zaraz zacznie się rozwidniać. Michalina postanowiła się przebrać i pójść do sklepu, a następnie wstąpić do "Cynamonowych Serc". Nazajutrz w pensjonacie miał się pojawić kolejny gość, więc Miśka musiała posprzątać, wyprać pościel, ułożyć menu. Ubrała się i wyszła.
Od kilku dni ludzie ją irytowali. Czasami czyjeś zachowanie doprowadza człowieka do furii. A w ostatnim czasie, gdy hormony buzowały, Michalina też miała ochotę wybuchnąć. Jak dziś. Stojąc w kolejce do kasy, nagle poczuła coś na plecach. Odwróciła się i zobaczyła kobietę - nie, nie kobietę, babę: tak Miśka o niej pomyślała - która pchała się na nią z zakupami.
- Przepraszam panią, ale moje plecy to nie zajezdnia wózków - fuknęła.
- Oj, coś pani taka delikatna?
Michalina odwróciła się do nieznajomej.
- Tu chodzi, droga pani, o czystą przyzwoitość. Chce pani stanąć w kolejce przede mną, czy co?
Wiedziała, że nie powinna zaczynać dyskusji, ale była tak podminowana, że nie mogła się powstrzymać.
- Stoję za panią i tu mi dobrze. - Korpulentna kobieta wzięła się pod boki.
- To niech pani co chwila tym wózkiem nie wjeżdża w moje plecy. To już nie PRL, towaru starczy dla każdego.
- Patrzcie państwo, jaka księżniczka się znalazła! Na ziarnku grochu w dodatku, taka delikatna!
Michalina zacisnęła zęby i więcej się nie odezwała.
Ale później było już tylko gorzej. W drodze powrotnej jakaś wielka ciężarówka jechała blisko pobocza i ochlapała ją śnieżną breją. Miśka poczuła mokrą chlapę nawet za kołnierzem kurtki. Miała ochotę przystanąć i drzeć się wniebogłosy.
Weszła do domu. Na przedpokoju pojawił się Bartek ze szczoteczką w ustach.
- Nie wiesz, że zęby się myje w łazience, a nie chodzi po domu z kapiącą z buzi pianą?
- Mhm - mruknął chłopiec.
Po kilku chwilach pojawił się w pokoju.
- Czemu się czepiasz?
- Bo mi plamy z pasty zrobisz na dywanie. Jakbyś był rozsądny, tobym się nie czepiała.
- Ty też łazisz po domu, myjąc zęby. Od kogoś się tego nauczyłem. - Puścił do siostry oko.
- Ty już nie bądź taki mądry - rzuciła w odpowiedzi, choć w jednej chwili wyparowała z niej cała złość.
Chłopiec pstryknął palcami.
- Nie pstrykaj mi tu, tylko jazda do szkoły. - Michalina zerknęła na zegarek. Była ósma czterdzieści pięć, Bartek zaczynał lekcje o dziewiątej.
Chłopiec usiadł na podłodze i zaczął wkładać buty. Nie mógł rozplątać sznurówek.
- Co ty tu jeszcze robisz? - Miśka wyleciała na korytarz jak burza.
- Próbuję rozsupłać sznurówki.
- Panienko Przenajświętsza, miej mnie w swojej opiece. - Jego siostra wyrzuciła ręce do góry.
Po chwili kucnęła obok brata i mu pomogła.
- Czy ty zawsze musisz się spóźniać? Pieron jeden - mamrotała pod nosem.
- Nie spóźniam się. Po prostu dziwne rzeczy po drodze mnie zatrzymują.
- No, to idź już do szkoły.
- Zrobiłaś mi kanapki?
Michalina pędem ruszyła w stronę kuchni.
- Jasna cholera! - zaklęła.
- O czym ty myślisz?
No właśnie: Michalinie wydawało się ostatnio, że w ogóle nie myśli. Że ciąża spowodowała, że ma papkę zamiast mózgu.
Dobrze, że mięso już upiekła, boby je jeszcze dzisiaj spaliła. Westchnęła głęboko i w tym samym momencie strzelił suwak jej spódnicy. Jeszcze tego brakowało! Odnotowała w myślach, żeby zakupić ubrania ciążowe. W pasie powoli przybywało jej centymetrów, na razie niewiele, ale jednak. Wyszykowała Bartka do szkoły i wyszła do kawiarni.
Pół godziny później Michalina była na zapleczu "Cynamonowych Serc". Babcia Zofia wyrabiała już ciasto, podobnie jak Wiktoria, córka przyjaciółki Miśki, Amelii.
- Cześć, dziewczyny! - Właścicielka pensjonatu sięgnęła po cieplutką babeczkę z kremem budyniowym i cynamonem.
- Cześć! - odpowiedziały w tym samym momencie pani Zofia i Wiktoria.
Miśka omiotła wzrokiem zaplecze. Jak zawsze panował tutaj porządek. Kilkukilogramowy worek z mąką stał pod ścianą. Obok niego w mniejszych woreczkach poustawiane były dekoracje do ciast. Na półce pyszniły się przyprawy. Na stole - półmisek z pokrojoną, jeszcze ciepłą karpatką. Na sam widok tych łakoci Michalina poczuła, jak ślina napływa jej do ust. Sięgnęła po dwa kawałki ciasta i zaczęła opowiadać o swoim irytującym poranku.
- Po pierwsze, musisz ograniczyć słodycze. - Babcia Zosia spojrzała na pyszności, które jej wnuczka nałożyła sobie na talerz. - Jak cukier kocham, co za dużo, to niezdrowo. A po drugie, ty pewnie też irytujesz niektórych ludzi - stwierdziła rzeczowo.
- Ja?
- A nie? - Babcia Zofia podeszła do lodówki, by wyjąć śmietanę.
Michalina wzięła kęs ciasta. Ale że jak to: ona irytująca? No dobrze, czasami, ciut, ciut.
Na przykład kiedy Bartek nie chce, by go odprowadzała do szkoły, a ona się upiera i niekiedy idzie za nim jak ten cień, chociaż wie, że to głupie. O buziaku przed szkołą nie ma mowy, już się do tego przyzwyczaiła. Ale czasami woła za Bartkiem, macha mu i przesyła jednego w locie. I tak; wtedy on jest poirytowany jej zachowaniem.
- Trochę jestem - przyznała wreszcie. - Ale to przez ciążę.
- Ciąża, nie ciąża, każdy z nas potrafi ostro wkurzyć - wtrąciła się Wiktoria.
Zaśmiały się we trzy.
- To kiedy przyjeżdża twój gość? - zwróciła się do wnuczki Zofia.
- Jutro.
- Za dziesięć minut otwieramy. Idź do stolika, a ja przyniosę ci herbaty.
- Wywalasz mnie stąd? - Miska zgarnęła talerzyk i dołożyła sobie ciasta.
- Dbam o to, byś nie przytyła czterdziestu kilo do końca ciąży, bo potem ciężko ci będzie podnieść tyłek, żeby wstać w nocy do maluszka. No, sio mi stąd!
Michalina usiadła przy stoliku i spojrzała w okno.
Zadzwonił telefon, a Amelia doskoczyła do niego z nadzieją, że to Marek.
- Halo? - rzuciła do słuchawki.
- Tu ja, Miśka.
- Aaaa - jęknęła Amelia.
- Jakoś nie słyszę entuzjazmu. Masz żal, że dzwonię?
Kobieta usiadła na kanapie.
- Myślałam, że to Marek - przyznała.
- Przepraszam, że cię zawiodłam.
Przyjaciółka roześmiała się, choć nie było w tym przesadnej wesołości.
- Jak sobie radzisz? - zapytała Michalina.
- Jakoś.
- To znaczy ani źle, ani dobrze? - W jej głosie pobrzmiewała troska.
- Trafiłaś. Marek jest zaabsorbowany pomocą Patrycji, a ja poszłam w odstawkę.
Na moment w słuchawce zapanowała cisza.
- W takim razie mam dla ciebie propozycję: miejsce na krześle obok mojego w "Cynamonowych Sercach". Babcia serwuje dzisiaj ciepłą szarlotkę z rodzynkami i cynamonem. I karpatkę, i gorącą czekoladę z waniliową pianką.
- Idę.
Zaśmiały się, tym razem obie.
- A ty jak? - Amelia przełożyła słuchawkę do drugiego ucha.
- No cóż... Przemek codziennie do mnie dzwoni i dopytuje o mój stan, ale jest na mnie zły. Wydaje mi się, że zależy mu na dziecku, na mnie już niekoniecznie.
- A mnie się wydaje, że jemu się wydaje, że ty wciąż kochasz Artura. Sama mówiłaś, że widział, jak go pocałowałaś.
Miśka westchnęła.
- Artur... Ja chyba nie potrafię o nim zapomnieć.
- Chyba będziesz musiała. Po pierwsze, za kilka miesięcy przyjdzie na świat twoje dziecko, a po drugie, Artur... Sama wiesz, jaki on jest.
- No wiem, wiem. Dobra, czekam tu na ciebie, przychodź, zanim sama spałaszuję te wszystkie pyszności!