Magda. Pożegnanie z pokoleniem - J.B. Poznanski

Kup ebooka

28.00 zł
21.56 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

LUX AETERNA ŚWIATŁOŚĆ WIEKUISTA

Uniwersytet Duke Durham, 2004

Michał Praga siedział w wygodnym fotelu, słuchając melodyjnego głosu młodej dziennikarki. Zadał kilka drobnych pytań. Spojrzał na zegarek. U niego, w Północnej Karolinie, była dwunasta. Odliczył na palcach. Piąta ...szósta. Siódma po południu w Warszawie? Próbował odgadnąć, skąd ona dzwoni. Odgłosy rozmowy, brzęk szkła, muzyka? Pisk hamulców i syk otwierających się drzwi autobusu? Uliczna kawiarnia. Pewno na Krakowskim Przedmieściu albo na Nowym Świecie. Zaśmiał się dobrodusznie. Jego chropowaty głos zadudnił po pokoju, odbijając się od gładkich, lazurowych ścian i zatrząsł drzwiczkami oszklonej biblioteki.

- No i co? Na pewno przyjeżdża? Jeśli będzie opóźnienie z mojej strony, to zadzwonię... Świetnie... Pani o mnie nie wspomniała?

Michał Praga zrobił krótką pauzę, czekając na reakcję Lucy; ona też zamilkła, szukając odpowiedzi. Odliczył sekundy, przerwał ciszę, dodając:

- Chcę, żeby to była niespodzianka. Znałem jej babcię, jeszcze z czasów wojny. Mogłem zadzwonić bezpośrednio, ale za dużo trzeba by było wtedy tłumaczyć. Mówi pani, że ona maluje coś o Powstaniu? To ciekawe.

Ktoś zapukał do gabinetu i ostrożnie uchylił drzwi. Janice, sekretarka profesora Pragi, zajrzała dyskretnie do środka i skinęła głową w stronę korytarza. Rozłożyła ręce błagalnym gestem i powiedziała szeptem:

- Ben Harris czeka, jest trochę zniecierpliwiony.

Michał Praga wzruszył ramionami. Jego ciężka głowa opadła na tył miękkiego fotela. Uśmiechnął się kwaśno. Podniósł rozpostarte palce lewej dłoni i wskazując dłonią na słuchawkę, wysylabizował bezgłośnie:

- Pięć minut, obiecuję.

Drzwi zamknęły się bezszelestnie. Michał Praga siedział z przymkniętymi oczami przez chwilę, słuchając cierpliwie dziewczęcych szczebiotów Lucy, wybijając palcami na mahoniowym blacie takt poloneza. Przerwał w połowie drugiej strofy, wziął do ręki ołówek i zrobił uwagę na rozłożonym przed nim maszynopisie. Wyprostował ustawiony na biurku portret w prostokątnej, srebrnej ramce. Końcem palca starł starannie kurz ze szkła. Przyjrzał się bacznie. Kto go dziś pamięta? Józef Beck, naszkicowany piórkiem, we fraku, z wstęgą Białego Orła i charakterystycznym profilem. Ciano, zięć tego pajaca Mussoliniego, nazwał go w swoich pamiętnikach degeneratem z lubieżnym uśmiechem stręczyciela dzieci. Głupi makaroniarz. Bez Becka zostałaby po Polsce tylko mokra plama. Wystarczy, pomyślał i przerwał Lucy ponownie w pół zdania:

- I proszę mi nie dziękować. Cieszę się, że mogę pani pomóc.

Odłożył słuchawkę powoli, nie słuchając ostatnich słów Lucy. Zastanowił się przez moment, otrząsnął ze skupienia i wykręcił numer do Warszawy. Hanka Orzechowska odebrała natychmiast.

- Gabinet Stefana Wolskiego.

- Dzień dobry, Michał Praga.

- Och, miło słyszeć pana profesora. My tu na pana czekamy.

- Przylatuję w sobotę. A jak się sprawy mają?

- Jeszcze tylko pana wizyta i będziemy się pakowali. Nie powiem, że będzie mi żal rozstać się z tym miejscem. Gdyby nie to, że ktoś musiał chronić Stefana przed tą hołotą, to nie spędziłabym tu ani jednej minuty. Jakiś koszmar...

Hanka była dawną studentką Stefana Wolskiego. Praga znał ją od lat. Kiedy na początku roku, podczas jednej z kolejnych afer rządowych, premier - dla odwrócenia uwagi od kilku ministrów, zaprosił uroczyście Wolskiego, żeby pomógł mu przygotować obchody rocznicy Powstania Warszawskiego, najpierw próbowała mu to wyperswadować, ale kiedy zrozumiała, że na próżno, wzięła urlop dziekański i wprowadziła się ze Stefanem Wolskim, jako szef jego gabinetu - ich dwoje i sekretarka.

- Współczuję. A Stefan? - Michał Praga zapytał wesoło: - Zastałem go?

- Tak, już łączę.

Michał Praga siedział przez dłuższą chwilę oparty swobodnie w fotelu. Z pobłażliwością słuchał radosnych fikołków Mozarta. Kiedy nagranie wróciło do początku, Stefan Wolski podniósł słuchawkę.

- Tak, słucham.

- Michał.

- Poczekaj, mam kogoś u siebie.

Połączenie przerwało się; włączył się Mozart, a po chwili wrócił Stefan Wolski.

- Już jestem.

- Cały czas zabiegany?

- Już nie. Przycichło. Główne uroczystości mam za sobą. Teraz tylko spotkania koleżeńskie i trochę młodzieży. Szkoda, że nie mogłeś przyjechać wcześniej. A co u ciebie?

- Nic właściwie. Porządkuję papiery. Nazbierało się tego sporo. Skończyłem też moje wspomnienia. Przywiozę ze sobą. Niewiele tego, ale chciałbym, żebyś przejrzał. - Praga przesunął ramkę z Józefem Beckiem na lewą stronę biurka.

- Wszyscy teraz piszą - drzewa będą płakały. Z Powstania czy później?

- Ani jedno, ani drugie. Ale nie przez telefon. Wróg czuwa! Połknąć przed przeczytaniem! - zaśmiał się ze starego, okupacyjnego dowcipu i dodał od niechcenia, z lekką kpiną: - Nic poważnego. Takie tam wynurzenia emerytowanego nudziarza. Sam powiedziałeś - dla młodego pokolenia. To tyle i nic więcej. Ale mam coś, co cię ucieszy. Przechodzę na emeryturę - uniwersytet nalega od dawna. Sprzedaję dom i przenoszę się do Warszawy. - Michał Praga zaśmiał się serdecznie w słuchawkę, zdjął okulary z ciężką, czarną oprawką i przetarł oczy dłonią.

- Nie żal ci będzie amerykańskich wygód?

- Skądże. W Warszawie będzie wygodniej i bliżej do cmentarza. Żal mi będzie tylko rozstać się ze studentami. Będzie brakowało mi tego zawirowania, tych wylęknionych twarzy, tej młodości, której nasz umysł już nie ogarnie. Tyle że... Wiesz, Stefan? - Michał Praga dodał rzewnie i ponownie założył okulary. - Ja ich już nie odróżniam. Zlewają mi się przed oczami jak szablon na tapecie. Patrzę na nich, i co rok są młodsi. Czasami łapię się na tym, że zwracam się do nich, jak do przedszkolaków. Co ci mam mówić, sam wiesz, jak to wygląda - my co rok starsi, a oni wciąż tacy sami. Odpływamy, Stefan, odpływamy...

Praga wolną ręką wysypał z metalowego pudełka garść spinaczy i zaczął ustawiać je w wężyk.

- Odpływamy, na łupinie orzecha... To Kamil. Pamiętasz Kamila?

- Tak, pamiętam. - Stefan Wolski odpowiedział ozięble. - Pioseneczka, kto by tego nie pamiętał...

- Próbowałem go kiedyś przetłumaczyć. Prosta metafora, ale mnie przerosła ...zresztą nie o to chodzi... - Zgarnął spinacze, odsunął od siebie, sięgnął z powrotem i zaczął niezgrabnie nawlekać jeden po drugim w łańcuszek. - Męczyłem się tym strasznie - zaczął z trudem. - Zamykałem oczy i wszystko widziałem - proste i jasne. Patrzyłem na słowa i milczały. Myśmy za długo milczeli. Słowa już do nas nie należą. Słowa trzeba powtarzać, inaczej, najprostsze staną się zagadką. - Michał Praga gawędził spokojnym, koleżeńskim tonem: - Myślisz, że konfabuluję? To sam spróbuj. Powiedz kolegom w rządzie przy następnym spotkaniu - Honor albo Lojalność. Spojrzą na ciebie, jakbyś im narysował kwadratowe jajko!

- Michał, ty nie po to dzwonisz - Stefan był zirytowany.

- I po to i nie po to. Rozrzewniłem się. Wybacz... - Praga zerknął na zegarek. Wskazówka przeskoczyła minutę po dwunastej.

- Nadal planujesz się z nim spotkać?

- Czułem, że o to chodzi. - Michał Praga pochylił się nad słuchawką i dokończył pytanie ciepłym tonem, łagodnym i życzliwym na tyle, na ile pozwolił mu jego ciężki, szorstki głos. - Po co pomagać łobuzom?

- Nie perswaduj. Niczego nie zmienisz.

- Ja nie chcę niczego zmieniać. Pytam po prostu, po co mamy przykładać się do fałszu?

Wolski zakaszlał. Do Michała Pragi doszedł dźwięk otwieranej zapalniczki, a po sekundzie świst powolnego haustu dymu z papierosa. Poczekał moment i dodał wesoło:

- Mam nadzieję, że nie psuję ci humoru. Znasz mnie. Myśl się do mnie przyczepi i muszę się wygadać. A z kim, jak nie z tobą? Myślę tak... i myślę, i muszę to powiedzieć, nie gniewaj się, ale kłamstwo...

- Przestań...

- Kłamstwo! - Praga uderzył słowem jak biczem. Wyprostował się w fotelu i nabrał rozmachu: - Kłamstwo samo się karmi, samo się rozplenia bez niczyjej pomocy. Prawda - cherlawa, bezdomna - przemyka się ukradkiem w cieniach. Kłamstwo wystarczy powiedzieć raz i prosperuje. Prawdę trzeba codziennie namawiać do życia.

Wypowiedział to z początku w pośpiechu i dokończył powoli, słuchając z lubością własnego głosu, miarowej dykcji, dramatycznego rytmu, wznoszącego się do bolesnego protestu z początku, opadającego na koniec niemal do szeptu wyznania.

- Michał... - Wolski podniósł głos i zakaszlał ponownie, tym razem długo i boleśnie. - To nie ma nic wspólnego ze mną ...ani z tobą - Wolski zamilkł i łapiąc oddech, dokończył z wysiłkiem: - Ja jestem tu tylko figurantem. Wszedłem do rządu tylko z racji rocznicy. Robię to z obowiązku.. Wiem, kim są ci ludzie. Oczy mam otwarte. Ale to jest ostatnia wielka rocznica. Następnej nie będzie. A jeśli będzie, to już bez nas. To jest więcej niż rocznica. To jest, choć na moment, zadośćuczynienie za lata poniewierki. A to, co ja myślę, nie ma znaczenia, i niech tak zostanie! - Wolski zamilkł na moment, dławiąc się kolejnym atakiem kaszlu. Praga czekał cierpliwie. Wiedział, że to nie tylko papierosy, ale i nerwy. Wolski odchrząknął kilka razy i znowu zaczął ze spokojem: - To były trzy dni w kanałach, byliśmy upaprani w gównie. Zostawmy to. Dość tego wszystkiego... Nie chcę o tym słyszeć... Zakończmy na dobrej myśli i otwórzmy na czystej stronie... Musimy zostawić po sobie ład, wysprzątać, wyrzucić śmieci do kubła, jak wyprowadzając się z domu. Tam będą za chwilę mieszkali inni. Po co im nasze brudy? Tak właśnie - brudy! Lepimy się od nich! On nie ma zresztą z tym nic wspólnego.

- Może nie on, ale jego ojciec. Znałem starego Harrisa przez lata. Pomógł mi nawet sporo na początku, przyjaźniliśmy się, można by nawet powiedzieć, ale nigdy nie przeprosił, nie spojrzał nawet prosto w oczy. Nic, jak ściana. Może to tak wtedy musiało być. Ale teraz, z jego synem odziewającym się w szaty bohatera, to chyba zaszło za daleko?

- Rozmawiałeś z nim o tym?

- Skądże. To mogło wyjść tylko od ciebie. Ty przy tym byłeś, nie ja. Ty, Artur, Helena, Jeremi i ranny żołnierz, którego Helena niosła z koleżanką. Może mówił coś synowi, ale wątpię. To nie w ich stylu. A Jeremi, co on o tym myśli? Rozmawiałeś z nim?

- Z nim się nie rozmawia. Jego się znosi. Wyście chyba obaj postanowili mnie umęczyć - Stefan Wolski podniósł głos, był zmęczony, miał znowu zadyszkę: - Był u mnie. Ciskał gromami. Nazwał mnie tchórzem. Chcesz z nim zamienić kilka słów? Zadzwoń do niego; byłbym ci wdzięczny.

- Lepiej nie. Poczekam, aż się ostudzi. - Michał Praga pokręcił głową, jakby usłyszał coś zabawnego, i spojrzał ponownie na zegarek.

- Obiecał, że się zachowa. Ty też, mam nadzieję.

- O mnie, Stefan, się nie martw. Zgodziłem się na to jedynie dlatego, że młody Harris o to mnie prosił. Pewnie dlatego, że byłem z jego ojcem w Powstaniu i pomogłem mu wydostać się wtedy z Warszawy. Myślałem z początku, że to będzie zdawkowa, sentymentalna wizyta. Ale nie to, co wyście wymyślili. I ty na to się zgadzasz?

- Daj spokój.

- To cyrk! Konferencja prasowa, wieńce, przypinanie medali? Nie mdli cię, że dzieci kanalii ustawiają się na baczność nad naszymi grobami? Chce rządzić, jego sprawa. Nie ten, to inny. Z fortuną po ojcu i tak dopnie swego bez naszej pomocy. Rozumiem, że obowiązek wobec kolegów, ale gdzie tu jest wzajemność, gdzie się to bilansuje?

Drzwi otworzyły się ponownie. Janice weszła do gabinetu, prowadząc za sobą wysokiego mężczyznę. Był wysportowany, przystojny, w dobrze skrojonej granatowej marynarce. Biała koszula z uniwersyteckim krawatem rozpięta była swobodnie pod szyją. Rozejrzał się familiarnie po gabinecie i podniósł dłoń w geście powitania.

- Ben Harris, profesorze - Janice przedstawiła gościa.

Michał Praga położył słuchawkę na kolana, spojrzał na parę zaskoczony ich najściem i odpowiedział niepewnym skłonieniem głowy.

- Pół sekundy.

Skupił się na moment, rozpromieniał, rozpoznając gościa, i szerokim gestem ręki zaprosił go do środka. Podniósł słuchawkę i zwrócił się do Stefana Wolskiego urzędowo, jakby kończył uciążliwą rozmowę:

- Muszę kończyć. Mam gości. Dokończymy później - przerwał i dodał roztargniony, z emocją: - Omal zapomniałbym. Helena zmarła. Dostałem list od jej wnuczki z Londynu. Pytała o stare sprawy. Jeśli chcesz, dam ci jej adres, kiedy wyląduję w Warszawie.

Michał Praga odłożył słuchawkę.

Janice skierowała Harrisa ku zielonej kanapie, poprawiła poduszki, uporządkowała pisma i papiery na niskim stoliku i poczekała, aż usiądzie wygodnie. Zwróciła się do Pragi starannie, zawieszając głos niepewna, czy pytała w odpowiednim momencie:

- Czy mam przynieść kawę?

Michał Praga wstał od biurka i bezradnie zadreptał w miejscu, spojrzał na Janice, jakby nie dosłyszał, i skierował pytanie do gościa:

- Co myślisz Ben, kawa czy idziemy prosto na obiad...? - i nie czekając na odpowiedź, dodał roztargniony, myślami nadal gdzie indziej: - Dziękuję, Janice, to wszystko.

Janice spojrzała przelotnie na Harrisa, odwróciła się wdzięcznie w stronę drzwi i ociągając się nieco, wyszła z pokoju.

- Ładne nogi - skomentował Harris.

Michał Praga podszedł do stolika, przyciągnął mozolnie fotel i usiadł naprzeciw Harrisa.

- Daj mi odsapnąć przez jedną chwilę, Ben. Niech się ci przypatrzę.

Oparł głowę głęboko w poduszkach fotela, zdjął okulary i przymknął oczy. Odpoczywał w ciszy przez dłuższy moment, oddychając miarowo. Westchnął głęboko, wyprostował się nieco, wygładził bezwiednie poły marynarki i spoglądając spod opuszczonych powiek z dobrodusznym, błogim wyrazem twarzy, zapytał:

- Jak idzie kampania?

- Lepiej nie wspominać. - Ben Harris machnął lekceważąco ręką.

- Problemy?

- Wstaję o piątej rano i jedyne, co pamiętam, to to, że się budzę każdego dnia w innym hotelu. Ubierają mnie, zanim jeszcze otworzę oczy, nakładają makijaż przy śniadaniu, wpychają do samochodu i po drodze mówią, z kim się spotykam.

- A opozycja?

Ben Harris spoważniał. Pochylił się nad stolikiem i oparł dłonie stanowczo. Michał Praga znał tę pozę. Nie zmieniła się w niczym od tamtego parnego wieczoru późną wiosną, kiedy Ben Harris przyszedł niespodziewanie do niego do domu. Był w potrzasku, groziło mu wyrzucenie ze studiów za blagę na egzaminie. Prosił, żeby Praga dał mu szansę. Drogi Ben. Te same nieruchome błękitne oczy, wpatrzone prosto w słuchacza, nieustępliwe, ale z obietnicą nadziei; ta sama determinacja i zarażający magnetyzm woli; to samo zaproszenie do zniewalającej ulgi, jaką daje uległość. Tak zjednywał sobie ludzi, tak wspinał się na śliski wierzchołek władzy i tak zmarnował dwa małżeństwa.

- To rozstrzygnie się kilkoma tysiącami głosów - Ben Harris odparł dobitnie. - Idzie dobrze, ale to będzie walka na punkty do ostatniej rundy. Tu nie będzie nokautu.

- A Warszawa pomoże? Na pewno masz na to czas? - Michał Praga zapytał niemrawo.

- Warszawa jest idealna. Samo słowo chwyta za gardło. Ben Harris na straży wolności! - Podkreślił zdanie, podnosząc głowę, ukazując silny profil twarzy. - Muszę ci kiedyś za to przyzwoicie podziękować.

Ben Harris rozparł się znowu swobodnie na kanapie i wrócił do swobodnego tonu:

- No to co, idziemy?

Michał Praga zignorował pytanie i zapytał:

- Może jeszcze raz rzucimy okiem na program? - Poklepał się po kieszeniach marynarki i pokręcił głową. - Starzeję się, Ben... Gubię wszystko nieustannie. - Praga rozejrzał się po gabinecie - Tam... na biurku. Bądź dobrym chłopcem, podaj mi tę stertę papierów.

Ben Harris wstał i podszedł szybko do biurka. Wrócił parę kroków, które ich dzieliło, zatrzymał się ostro za fotelem Pragi i podał mu przez ramię plik papierów. Praga położył je starannie przed sobą na stoliku, wyciągnął kilka spiętych kartek i zaczął czytać powoli, wiodąc końcem ołówka.

- Och, jest... Na lotnisku... w Warszawie - Michał Praga czytał dalej monotonnie półgłosem... Na lotnisku krótka rozmowa do kamery, kilka słów o rocznicy... o sojuszu, który przetrwał do dziś. W południe spotkanie w Muzeum Powstania - Michał Praga brnął dalej przez listę: - Wręczasz pamiątki po ojcu - jego kurtka lotnicza, fotografie i odznaczenia. Przypinasz do kurtki lotniczej Krzyż Powstańczy i zakładasz na ramię opaskę. Syn śladami ojca... powrót do lat dzieciństwa, do wydarzeń, o których ojciec opowiadał... Kolegami z mojego dzieciństwa byli chłopcy z walczącej Warszawy. "Moje serce... na gruzach tego miasta, do którego dziś wracam...". Konferencja prasowa, drugie wystąpienie. "Braterstwo broni, sojusz pokoleń, wolności trzeba nieustannie strzec". Wieniec pod Pomnikiem Powstania, pożegnanie i szus na lotnisko.

Michał Praga przerwał. Raz jeszcze przebiegł oczami przez tekst, pomrukując do siebie. Zwolnił tu i ówdzie, czytając na głos oderwane od siebie słowa. Zatrzymał się na dłużej i po chwili wahania wykrzyknął radośnie:

- Mam!... Poczekaj... Jest coś nowego! Po Muzeum, spacer po mieście! Godzina. Twoim przewodnikiem jest dziewczyna z Londynu. Jej babcia była z twoim ojcem w kanałach.

- To kapitalne!

Ben Harris uderzył dłonią o blat stolika. Żółty ołówek wypadł Michałowi Pradze z ręki, odbił się od stolika i terkocząc, potoczył się przez całą długość blatu, zatrzymał na krawędzi, szukając równowagi, i spadł bezgłośnie na dywan.

- Skąd ją wytrzasnąłeś?

- Zupełny przypadek. Koleżanka szkolna Lucy Ferraro.

- Ferraro?

- Organizuje nasz pobyt. Dziennikarka z Londynu.

- Ładna?

Michał Praga spojrzał badawczo na Harrisa i pogroził palcem:

- Tylko żadnych głupstw, Ben. Przynajmniej do wyborów.

Ben Harris wstał pospiesznie, podszedł do Michała Pragi z miną dziecka, niesłusznie oskarżonego o przewinienie. Na twarzy pojawił się wyraz skruchy. Pochylił się nad Michałem Pragą, spojrzał miękko w oczy i położył dłoń na ramieniu. Stary dureń, Ben Harris pomyślał i poklepał Michała Pragę serdecznie po plecach. Zatrzymał dłoń na ramieniu, ścisnął lekko i przygarnął go nieco ku sobie, starając się nie zauważyć stęchłego zapachu cygara.

- Mea culpa, profesorze, ja tylko żartuję. Obiad? Dziś ja zapraszam.

Michał Praga przycichł zmartwiony.

- Niepokoję się o ciebie czasami... Obiad... oczywiście. - Spojrzał na zegarek. - Jeszcze jeden drobiazg. Właśnie rozmawiałem o tym przez telefon, kiedy wszedłeś.

- Drobiazg? - Ben Harris zapytał badawczo.

- Nic takiego. Pewno niepotrzebnie zawracam ci głowę...

- Jaki to drobiazg? - Harris odezwał się ostro.

- Kolega z Krakowa, redaktor, tydzień temu przysyłał mi tekst. Dopiero co miałem wolny moment, żeby to porządnie przeczytać. Wspomnienia wiarusa. Oni teraz wszyscy piszą jak obłąkani. Redakcja nie była zainteresowana. Za długie. Przysłał do mnie, bo wie, że zbieram takie rzeczy. Jest tam coś... o twoim ojcu.

Ben Harris odszedł kilka kroków. Zatrzymał się wyprostowany, z założonymi rękoma za plecami, do okna. Michał Praga przymrużył oczy w ostrym świetle słońca, próbując odczytać wyraz jego twarzy.

- Mów - Ben Harris wycedził.

- Autor opowiada, że po upadku Powstania... wyszedł razem z cywilami i że widział, jak Niemcy wyciągali z kolumn akowców. Mówi, że amerykański lotnik był przy tym i pomagał im ich identyfikować.

- I ty mi dopiero teraz o tym mówisz? - Ben Harris z trudem pohamował złość.

- Nie unoś się. Usiądź na moment. Wytłumaczę. Jest tam tylko kilka zdań. Jest nazwisko, jest opis munduru; aliancki lotnik, ale nazwisko przekręcone. Daty zresztą się nie zgadzają.

- Pokaż mi to - Ben Harris wyciągnął rękę. - Sam przeczytam.

- To po polsku.

Ben Harris cofnął rękę, zmieszany, i zapytał ostrożnie: - A ten twój redaktor, czytał?

- Wątpię. Rzucił pewno okiem na pierwszą stronę, zważył w ręku, włożył do koperty z krótką notatką i wysłał. Poza tym, nawet jeśli, to cóż z tego wyniknie? Ludzie opowiadają przedziwne rzeczy. Po tylu latach? Któż to weźmie na serio?

- Ładny mi drobiazg... - Ben Harris zamilkł, zastanowił się przez chwilę i wyrzucił z siebie z wściekłością: - I taka rzecz wypływa tuż przed moją wizytą? Insynuacje, pomówienia? Ktoś tym manipuluje. Kto za tym stoi?!

- Uspokój się. To tylko wspomnienia. Na maszynie do pisania... Zresztą tego są teraz tuziny.

- Odwołać wizytę? Jest jeszcze czas. Pretekst się zawsze znajdzie! - Ben Harris warknął, kierując pytanie właściwie do siebie.

- To byłoby dopiero głupie - Michał Praga pokręcił głową z powątpiewaniem. - Wtedy dopiero zaczęłyby się pytania, węszenie i to nie w Warszawie, ale tu, u nas. Nie. To trzeba zamknąć w szufladzie, a klucz... połknąć. Sam o tym wiesz. Zamknąć sprawę od ręki.

Ben Harris spojrzał na Pragę z zainteresowaniem i kiwnął głową, wpierw niepewnie, a potem z aprobatą i dodał miękko:

- Mów dalej.

- Myślałem nad tym wcześniej - Michał Praga podjął wątek. - Myślałem i chyba znalazłem wyjście. Zadzwoniłem do autora. Był oszołomiony, że major Praga, że z Ameryki. Powiedziałem, że znajdę tu wydawcę, że sam przełożę na angielski i zamieszczę wstęp, jeśli on tylko wyrazi na to zgodę. Był zachwycony. Powiedziałem, że panują tu takie obyczaje, że nie mogę dalej działać bez praw autorskich. Przystał natychmiast i za całkiem sensowną kwotę. Z prawem autorskim w ręku, nawet jeśli ktoś coś piśnie, to zakneblujesz im usta listem od adwokata, a z adwokatami wejść w spór to zajęcie dla wariatów lub bogaczy. No i co ty na to? - Michał Praga dokończył kwieciście, z afektacją, jakby zamykał ciekawy wywód matematyczny, zawieszając głos pod koniec w oczekiwaniu na wyrazy uznania studentów. Zapytał przekornym głosem: - Co myślisz? Zgrabnie to ułożyłem?

- Ile?

- Dziesięć tysięcy.

- Dwa i pół.

- Dwa i pół, sto i pół? Cóż za różnica? I tak wszystko odpiszesz od podatków. Nie komplikuj. Dałem już słowo. Poza tym, on myśli teraz, że jest wielkim autorem. Jeśli zaczniemy kręcić, to on pójdzie z tym do kogoś innego.

- Czy są inne egzemplarze?

- Tylko ten. - Michał Praga skinął kciukiem na plik papierów, rzucony niedbale na stolik.

- Pewny jesteś?

- Sto procent. Prosił mnie, żebym zrobił kopię i wysłał mu z moimi uwagami.

- Nic nie wysyłaj. A to... - Harris wskazał na rękopis - spal od razu.

Ben Harris wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki książeczkę czekową i wieczne pióro, pochylił się nad stolikiem, opierając kolano na dywanie, i spojrzał na Pragę.

- Nie chcę widzieć żadnej umowy. To sprawa pomiędzy wami. - Wypisał czek, podał Michałowi Pradze i dodał: - Wystawisz mi rachunek za doradztwo z datą na trzy tygodnie wstecz. W porządku?

Michał Praga przytaknął głową i z trudem wstał z fotela. Zgarnął ze stolika papiery, zwinął w rulon i wsadził do kieszeni spodni. Kloszard, pomyślał z szyderstwem Ben Harris i zapiął marynarkę. Ujął Michała Pragę pod ramię i wyprowadził go powoli z gabinetu. Stary profesor i oddany uczeń. Świat był piękny i mądrze ułożony.

Zatrzymali się na końcu korytarza na progu szerokich, marmurowych schodów, zbiegających miękkim łukiem z lewej i prawej strony do wyjścia. Michał Praga stuknął się w czoło.

- Idź pierwszy, dogonię za chwilę i zamów dla mnie... Co jest dziś, piątek? Może coś prostego... i sałata... mniejsza o to, sam wiesz lepiej.

Michał Praga odszedł w pośpiechu w głąb korytarza. Doszedł do służbowych schodów i zszedł do suteryny. Zapukał do szarych, metalowych drzwi i nie czekając, wszedł do ascetycznie urządzonego, jaskrawo oświetlonego pomieszczenia.

- Jak się masz, Jack? Mam trochę papieru do przemiału. Stare egzaminy. - Michał Praga podał mu plik papieru drukiem do dołu.

- Po to tkwimy tu w podziemiach. - Jack wstał od stalowego biurka i obciągnął mundur.

Pallance - inwalida piechoty morskiej po Kuwejcie, podszedł do ściany, ciągnąc za sobą nieznacznie lewą nogę. Otworzył coś, co wyglądało na tył fotokopiarki. Wcisnął kod i serię guzików na małym panelu po prawej stronie i zaczął wkładać papiery między obracające się gumowe wałki, kartka po kartce.

- To pali się? - zapytał Praga.

- Pali? W tych czasach? Planeta dostałaby zadyszki. Drogi profesorze, pikietowaliby nas ze wszystkich Stanów. Młode życie zdeptane. Wyleciałbym z pracy bez odprawy! - Jack Pallance puścił oko porozumiewawczo i dodał: - To jest nadal piec, profesorze, ale żadnych, broń Boże, wyziewów. Podgrzewa się, aż do punktu zapalenia, potem zwęglony papier jest mielony w proch przez tytanowy młynek prosto do hermetycznego kanistra.

Kiwnął głową w stronę ustawionej obok na stoliku piramidki plastikowych kostek wypełnionych popiołem.

- Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz - dodał sentencjonalnie.

- Co oni potem z tym dalej robią?

- Naukowcy jeszcze nad tym pracują. Na razie walą, z innym barachłem, prosto do dołów.

Michał Praga pokręcił głową rozbawiony, poczekał do końca, podziękował. Wrócił na piętro i wyszedł na zewnątrz. Pod koniec sierpnia było pusto. Ukłonił się przechodzącemu koledze z historii i zamienił kilka żartobliwych słów z zaaferowaną grupą studentów wychodzących z porannej sesji egzaminów wstępnych. Oparł się o obrośniętą bluszczem kamienną balustradę tarasu i spojrzał na dziedziniec uniwersytetu.

Z prawej strony po przekątnej i nieco w głąb, na piedestale spiętrzonych kamiennych schodów, stała uniwersytecka kaplica, wierna kopia katedry Salisbury, jakieś trzy czwarte jej wymiaru. Kaplica zamykała zachodnią stronę dziedzińca. Spiczasta wieża rzucała na gładką murawę ostry, niemal purpurowy cień, jak iglica słonecznego zegara. Po prawej i lewej stronie, okalając dwa pasy szerokich trawników i klombów ułożonych na planie rozległego krzyża, ciągnęły się trzypiętrowe budynki wydziałów z małymi oknami - wierna kopia średniowiecznej architektury w angielskim stylu, w szarym kamieniu, ze stromymi dachami pokrytymi lśniącym łupkiem. W skwarnym sercu starego Południa, wśród pulsującej, niemożliwie zielonej flory rozciągającej się, niczym dżungla, na mile we wszystkie strony, ten nienaganny obraz starej Europy był jak zmyślony, jak ze stron Józefa Conrada.

Świat był piękny. Michał Praga nie czuł dziś dławiącego, przesyconego wilgocią powietrza ani otępiającego żaru Południa. Niewidoczne, szklane niebo rozciągało się w nieskończoność. Czuły zefir szemrał kiściami klonów i przynosił słodkimi falami z uniwersyteckich ogrodów lepki, obezwładniający zapach mimozy. Drogi, kochany Durham, drogi, kochany Duke, przystań niepokonanych. Tu właśnie, niedaleko Durham, Sherman zakończył w 1864 wojnę, paląc i dewastując zbuntowane Południe. Tu obdarci rebelianci składali mu broń. Michał Praga westchnął: - A nas wtedy gnali na Sybir. Spojrzał na siedzącego w odlanym w brązie w klubowym fotelu, odlanego z brązu dostojnego mężczyznę w rozpiętym wygodnie surducie. "George Washington Duke - Filantrop".

Pośrodku owalnego trawnika, tyłem do kaplicy na niskim cokole z białego marmuru, z głową opartą swobodnie o skórzane obicie i rękoma ułożonymi na oparciach fotela, patrzył przed siebie spokojnie na długą, szeroką aleję prowadzącą od bramy na Wschodnim Campusie. Oficer i Gentleman, syn rebeliantów, chluba dynastii, fundator uniwersytetu Duke, dziś drugiego po Harvardzie albo i lepszego, witał od stu lat przyjezdnych tym samym spiżowym, ironicznym, spojrzeniem.

Jeden z klanu Duke'ów, Anthony J. Biddel, ożeniony z Mary Lillian, był ambasadorem w Warszawie, gdy Niemcy napadli na Polskę w trzydziestym dziewiątym. To Biddel zaprosił Michała na uniwersytet i pomógł mu potem osiąść na stałe. Zmarł w sześćdziesiątym pierwszym. Wuj Michała Pragi, Julian, naczelnik, a na czas wojny major policji państwowej, asystował Biddelowi, kiedy ewakuowali ambasadę na wschód, jak wtedy sądzili, tymczasowo. Gdy zatrzymali się konwojem na rynku w Krzemieńcu koło Świętego Stanisława, żeby panie mogły trochę odpocząć, z bezchmurnego nieba zbombardowali ich Niemcy, a w kilka godzin później Sowieci. Poszarpali ich okropnie. Pod wieczór ruszyli na południe. Za Tarnopolem, na skrzyżowaniu drogi z Drohobycza, był zator. W tłumie uciekinierów wuj rozpoznał Witkacego. W długim sznurze ludzi brnących ciężko po piasku szedł wysoki, trochę zgarbiony; bez kapelusza i płaszcza. Szedł z młodą kobietą. Buty miał przewiązane sznurem. Nieśli kufer. Powiedział, że to rękopisy i rysunki. "Pożegnanie z jesienią, moi drodzy. Dwa obłąkane pomioty mają nas w kleszczach. Oni zamienią nas w bydło, a poczem, jak bydło wyrżną". Wzruszył ramionami. "Eksperyment się nie udał", dodał jeszcze. "To koniec naszej Europy". Wyjął notes. Nie mógł otworzyć pióra. Trzęsły mu się ręce. Pisał coś przez dłuższą chwilę, przerywał często, żeby się zastanowić; kilka razy coś wymazał. Kiedy skończył, schował notes i zapytał wuja, czy jadą przez Drohobycz; miał list od Debory Vogel, chciał się pożegnać z Brunonem Schulzem. Nie chciał dalej rozmawiać. Zostawili im wodę i wiktuały. Gdy odjeżdżali, spał oparty plecami o drzewo. Później dowiedzieli się od uchodźców na Węgrzech, że podciął sobie żyły na skroniach.

Debora Vogel była filozofem. Niemcy zamordowali ją wraz z mężem i synem w Lwowie. Rok później, w czterdziestym drugim, jakieś bydlę zastrzeliło Schulza w Drohobyczu. Jego opowiadania powstały jako postscriptum w litach do niej. Poznali się przez Witkacego.

Późną nocą, tuż przed świtem dwa dni później, przeszli przez granicę. Kiedy w pierwszych poblaskach ostrego, porannego słońca ostatni samochód wjeżdżał na żelazny most na Stryju, z lasu, kilometr za nimi, wytaczali się z mgły na czołgach Moskale. Kanalie bez wstydu i wiary.

Michał Praga pamiętał, jak lata po wojnie, w sześćdziesiątym którymś roku, przyjechał z kraju do Duke'a kolega. W czarnej skórzanej kurtce a la Brecht ściągniętej żołnierskim pasem, z petem w zębach krzyczał u Michała w domu, pienił się, wymachiwał pięścią, jakby trzymał w garści naładowanego nagana, że on dla rewolucji własną matkę by zastrzelił. Przyjechał na premierę jednej ze swoich miniatur teatralnych. Delikatny umysł, wyrafinowany. Albo drugi, też kochanek Muz. Że on kłamał tuż po wojnie, to pal go licho. Ale że kłamał do końca, że nie wycofał ani słowa i robił na tym pieniądze, to była dla Michała Pragi brudna sprawa. Po Noblu przyjechał prywatnie na Duke'a, fetowali go dokoła. Na pożegnalnej kolacji w Chapel Hill, tuż koło Durham, w polskiej restauracji Cracovia, student matematyki z Duke'a, który milczał przez cały wieczór, zwrócił się do niego.

- Czy pan wie, że w Warszawie krążyła po naszej szkole pana książka, Zniewolony umysł, poszarpana, bez okładki, przechodziła z rąk do rąk. Czytaliśmy w pośpiechu, ukradkiem. Tłumaczył pan w niej, dlaczego tylu pisarzy po wojnie poszło na służbę reżimowi, że żyli w świecie estetyki i abstraktu, tłumaczył pan, że oczarował ich idealizm, że byli ukąszeni Heglem. Wspomniałem o tym mojemu ojcu. Pochwalił, że to ciekawa i cenna książka, ale że autor mógł był dać lepszy tytuł.

Ten przyjął laudację łaskawie, obiegł oczami wokół stołu i powiedział:

- I cóż takiego pana szanowny ojciec zasugerował? - zapytał pięknym głosem, skażonym lekko obcym akcentem.

- Ojciec sądził, że trafniejszy byłby "Zeszmacony charakter".

Powiedział to spokojnie, wprost. Pozostał bez ruchu. Tylko z twarzy odpłynęła mu krew. Blade dłonie, rozłożone na stole, jakby gotowe do gry na fortepianie, lekko drgały, spięte i gotowe uderzyć w klawisze. Balicka, córka krytyka, siedząca obok laureata, wykrzyknęła:

- To niemożliwe, on tego nie powiedział. - Zasłoniła usta dłonią i powtarzała to samo w koło do siebie, coraz to ciszej.

- Pan pisał w Zdobyciu władzy o tym, jak porucznik AK walił z peemu w tłum kobiet i dzieci, gdy próbowały się przebić przez jego barykadę. Przecież to nieprawda.

- To licencja poetycka.

- A to, że był pan w konspiracji, to metafora?

- Wydałem tomik poezji w podziemiu.

- Pan był już wtedy poetą? - zapytał z ironią i dodał złośliwie: - Stare wino. Ten sam rocznik co Kamil Baczyński, czy inny?

Laureat zastygnął osłupiały, jak królik wyciągnięty z cylindra, z różowymi ślepkami wlepionymi w reflektor.

- A na łapankach salutowali panu i przepraszali za kłopot, bo okazywał im pan swój litewski, sojuszniczy paszport? Tak było, nieprawdaż?

Kilka uwag przy kawie i wódce; mała dywagacja o literaturze i trzy słowa spokojnie nawleczone na strunę. Jedno pociągnięcie pętli wokół grdyki i jedno pokraczne życie wyjaśnione. Kolega obraził się i nie odpowiadał na telefony od Michała Pragi przez pół roku.

Michał Praga stał na tarasie, słuchając rytmu własnego serca. Biło spokojnie, nie spiesząc się donikąd, jak zegar w starym domu. Spojrzał wokół, zagarniając powoli oczami horyzont, i wciągnął głęboko odurzające, wonne powietrze. Świat był piękny i mądrze urządzony, sprawiedliwy i zrównoważony.

Uśmiechnięte dziewczęta, pochłonięte sobą, przechadzały się grupkami wzdłuż klombów na dole. Zwrócone ku sobie oczami, aby nie utracić kontaktu choćby na chwilę, przytakując sobie nawzajem, wybuchały perlistym śmiechem jak spłoszone mewy zrywające się do lotu na opustoszałej plaży. Chłopcy przyglądali im się z ogrodowych ławek nienasyceni.

Każdy plus ma swój minus, każde pytanie - swoją odpowiedź, każdy początek ma koniec. Cierpliwości dzieci, cierpliwości, przyjdzie jeszcze czas chwały. Silne drzewa rosną powoli; im dłuższa wojna, tym większe zwycięstwo.

Barwy, odgłosy, zapachy głaskały mu zmysły. Och, choćby tylko raz jeszcze wchłonąć tę cudowność, raz jeszcze choćby, tylko przez chwilę, odczuć te ciepłe, leniwe podmuchy głaszczące skórę jak gąsienica pełznąca po łodydze kwiatu. Raz jeszcze i wystarczy. Nie bał się śmierci. To tylko zwrot długu zaciągniętego pochopnie przy narodzeniu.

Michał Praga sprężystym krokiem zbiegł ze schodów, skręcił w lewo i odszedł w stronę rektoratu. Ben Harris, zapewne jeszcze bardziej wściekły, czekał tam na niego w restauracji na parterze.

*

Warszawa

Stefan Wolski siedział w półmroku, pochylony ciężko nad biurkiem, podenerwowany i rozczarowany. Niepotrzebnie wdał się w scysję z Michałem Pragą. Wolski, skąpy w słowach, zawsze przegrywał te turnieje. Słuchał jeszcze przez chwilę sygnału urwanej rozmowy i odłożył powoli słuchawkę. Pokręcił głową z niedowierzaniem.

- Niech mu tak będzie - powiedział półgłosem. Twarz mu złagodniała, ale na moment, i po chwili znów zastygła.

Biały owal światła lampy stołowej odbijał się od ciepłego mahoniu blatu. Przez uchylone okno letni wiatr od Wisły zatrzepotał zaciągniętymi kotarami i zawirował kłębami tytoniowego dymu. Stefan Wolski odchrząknął i zakaszlał, zakrywając usta dłonią. Nie chciał, żeby Hanka go usłyszała. Martwiła się ciąg le o niego. Tydzień temu, po długich naleganiach, dał się namówić na wizytę u lekarza. Dwa razy już pytała o wyniki. Na pewno znów zapyta. Będzie jej musiał coś powiedzieć.

Ostatnie, wzniosłe frazy etiudy Szopena z Łazienek wzbiły się ponad drzewa i zatrzęsły lekko szybami okna, a za chwilę usłyszał oklaski. Popołudniowy koncert na Wyspie dobiegał końca.

Stefan Wolski wstał, zakręcił odruchowo koniuszek wąsa i podszedł do okna; wyprostował plecy. Powiewające kotary jak w iluzjonie: raz ukazywały, raz zakrywały i znowu odkrywały powolną procesję różowo-bławatnych poszarpanych obłoków, obramowanych z lewej strony złotem, wysoko, jak na sklepieniu, na tle nieskazitelnie bladoniebieskiego nieba. Wiatr znad Wisły niósł zapach wilgotnej wikliny. Stefan Wolski wciągnął w płuca powietrze. Założył na tył głowy splecione dłonie i zastygł w bezruchu. Stał tak przez dłuższą chwilę, obracając w myślach rozmowę z Michałem Pragą. Ma rację, za długo milczałem, pomyślał. Jego ostro zarysowana twarz, wyrzeźbiona z surowego białego marmuru, oparta na linii silnego nosa i ciężkich, splecionych brwi, blada z cieniem opalenizny i melancholijna, nosiła echa bólu.

Poczuł się bezradny, osamotniony, jakby na pustej drodze dochodził do końca długiej podróży i wiedział, że tym razem, ponad wątpliwość, nikt na niego już nie czekał. Wysokie, przecięte trzema poziomymi bruzdami czoło potęgowało wyraz żalu, nadając mu fizjonomię teatralną, tragiczną. Słowa Pragi wracały natrętnie: "Wnuczka Heleny pisała z Londynu".

Potrząsnął głową, odpędzając myśl, i przymknął oczy. Wrócił do niego znów obraz z Powstania. Była znów cisza. Znów stał sam w ciemnościach, oparty o gorący kadłub wypalonego czołgu, czekając na sygnał, by dobiec do włazu. Sylwetki powstańców wyłaniały się z mroku jak korowód cieni i zanurzały się bezszelestnie w czarnym jeziorze miarowo, po kolei, bez końca, bez dźwięku; bez gestu. Próbował jeszcze raz wydobyć z pamięci twarz Heleny. Nie opis, nie słowa... Nie obraz z fotografii, której nie pozwolił sobie wyrwać z ręki, gdy go wywlekli z kanału i pod kopniakami czołgał się po ziemi, skamląc, i wiedział, że zaraz go zastrzelą... Chciał przypomnieć sobie twarz Heleny taką, jaką widział po raz ostatni, kiedy zawisła na wpół we włazie do kanału, kiedy nagle Niemcy wystrzelili racę. Miał znów przed sobą tę samą białą, wypaloną plamę jej twarzy. Wczoraj słuchałem szumu wiatru... Zdawało mi się, że niesie uśmiech Heleny... Jej dźwięczny głos... Jej szept..., pomyślał ze smutkiem. Z kanałów pamiętał tylko majaki i błądzenie bez końca. To było jak na dzień przed stworzeniem, kiedy światło znów zlało się z ciemnością i rechot rozlegał się nad otchłanią. Gdzieś, nie pamiętał już dokładnie gdzie... dołączył do nich Artur. Szukał ich w kanałach godzinami. Był wtedy jeszcze Jeremi, Helena z koleżanką i ranny kolega. Artur mówił, że nie ma co iść na Warecką, że tam zator, że poprowadzi ich pustym kanałem na Okopową. Skręcili w złą stronę. Artur zasłabł po drodze. Osunął się. Nikt tego nie zauważył. Kiedy wrócili po niego, nie więcej niż dziesięć, dwadzieścia minut później, już nie żył. Leżał wdeptany twarzą w szlam. Po wojnie, kiedy reperowano ścieki, przeszukiwali zwłoki dla kosztowności i wyrzucali trupy do jednego dołu. Jeśli nikt z rodziny nie zgłosił się, wywozili za miasto, do lasów.

Ileż to razy Stefan Wolski chciał wyrwać mikrofon z poły marynarki i powiedzieć tym pięknym dzieciom z telewizji, żeby przestały go nazywać bohaterem. I powiedzieć im, jak to naprawdę było... że nie umierało się w słońcu, a w odbytnicy świata, że obślizgłe jelita, chciwe jak macki ośmiornicy, przetrawiły ich i wydaliły jak kał...

Pamiętał też te obsesyjnie powracające obrazy, też z kanału... Wyraziste, precyzyjne, namalowane jakby przez dawnych holenderskich mistrzów. Obrazy Heleny w zwiewnej błękitnej sukni klęczącej przed nim, omywającej mu stopy. Obrazy śnieżnobiałego anioła z potężną głową drapieżnego orła, rozpostartego jak baldachim nad nimi, osłaniającego ich rozłożonymi skrzydłami od prażącego słońca. Obrazy komnaty wykutej z białego kamienia z wysokim jak katedra stropem i płynącym środkiem strumieniem spienionej różowej wody. I żółtego psa, mastiffa, warującego przy drzwiach z łapami wyciągniętymi przed siebie.

Wielokrotnie próbował to spisać, ale porzucał za każdym razem. Kiedyś spędził miesiąc na letnisku, pisząc wspomnienia. Zbliżała się dwudziesta rocznica Powstania. Dokończył, miał nawet wydawcę. Kiedy zamknął brulion, późną nocą tuż nad ranem, poszedł na tył ogrodu w kąt ukryty od widoku gałęziami niskiej, opadającej do ziemi wierzby.

Wyrwał pierwszą stronę rękopisu, przyłożył do niej płomień zapalniczki i kiedy w pełni chwyciła, wypuścił z palców pod nogi. Wyrywał metodycznie stronę po stronie, dorzucając do ognia. Na koniec, podarł okładkę i rzucił w płomienie. Czekał cierpliwie, aż ognisko przygasało. Czubkiem buta rozsypał żarzące się popioły, szukając niedopalonych strzępów. Zmieszał je z grudkami ziemi, przyklepał. Poczuł, że spadł z niego ciężar. Pomyślał znów o Michale. Prawda przemyka się w cieniach? Durny Michał. Cóż w tym złego. Tam jest jej miejsce.

Gdy wracał przez ogród do domku letniskowego, usłyszał odgłos zbliżających się kroków. Okrągły księżyc zszedł nisko i wisiał tuż nad dachem. Było jasno jak w dzień. Od strony wsi szedł Artur... Chciał do niego podbiec, powitać go. Ale Artur przeszedł, zajęty swoimi sprawami, nie zwracając na niego uwagi. Stefan stał, patrząc ze zdumieniem, jak Artur wspinał się miarowym krokiem po promieniu księżyca, aż jego sylwetka rozpłynęła się w woskowej tarczy. "Po jej twarzy sznury pereł się toczą".

Wolski pamiętał dźwięczny głos Heleny, kiedy obłąkani, już tylko we dwoje, umierali z pragnienia, zagubieni gdzieś pod gruzami Getta. Dźwięczny, czysty, rezolutny, jak moneta rzucona na kontuar baru. Miała gorączkę. Powtarzała te same słowa, w delirium, w koło. Była bliska szaleństwa.

- Proszę mnie nie bić. Nazywam się... Helena Ojrzyńska. To jakaś pomyłka...

I pamiętał swój dziki krzyk, kiedy uderzył ją wtedy w twarz dwa razy. Pamiętał też, kiedy, na początku Starówki, wyjęła z kieszeni spódnicy zeszyt i przeczytała wiersz, nieśmiało z początku. Miał zapisaną w pamięci każdą sylabę, każdą modulację jej głosu.

Wolski pochylił się w stronę uchylonego okna w swoim gabinecie, pomiędzy falujące kotary, jakby się zwracał do kogoś na zewnątrz, w zaufaniu. Oparł dłonie na parapecie. Po cichu wyrecytował na głos:

I czyż prawda to, że Sandały te Po piaskach lekko tu stąpały? I czyż prawda to, że Oczy te Łaskawie na nas tu patrzały?

Stefan stał wtedy przed Heleną odurzony.

I czyż prawda to, że Obecność Ta Blaskiem swym nas Oświecała? I czyż prawda to, że Jerozolima tu Wśród Szatańskich Młynów stała?

Czuł, jak omdlenie zalewało mu piersi.

Dajże mi rozpalony złoty Łuk, Dajże mi Strzały Pożądania, Dajże mi Lancę; O, otwórz się niebo! Dajże mi Rydwan Nieopamiętania!

Jej głos wznosił się. Przerwała wtedy i spojrzała na niego. Była zmieszana. Stefan nie mógł wykrztusić jednego słowa.

I nie oddal nas od Upiornych Dni, I niech Miecz nasz nie uśnie w dłoni, Aż gdy Jeruzalem odbudujemy tu, Na okrutnej czarnej wypalonej błoni.

Helena wypowiedziała ostatnią strofę w pośpiechu; wyrwała stronę z zeszytu, złożyła w pół, podała Stefanowi i powiedziała:

- William Blake. Jerusalem. Moje tłumaczenie. Pamiątka zza trzydrzwiowej szafy na Żoliborzu.

Stał wtedy, jak dziś, obezwładniony jej głosem i jej lokami zlepionymi potem, jej dziewczęcością ukrytą pod polową bluzą. Nic po tym nie zostało. Nic, tylko kukły przed pomnikami. Przedwczoraj, kiedy jak co roku w każdą ostatnią środę sierpnia spotkali się prywatnie z kolegami na Długiej i złożyli kwiaty pod włazem, było ich, poza Stefanem Wolskim, czterech. Nie mieli nic sobie do powiedzenia. Jednego, przysiągłby, widział po raz pierwszy w życiu.

Łzy spłynęły mu po twarzy, gorzko, jak z roztrzaskanego nagrobka. Stefan Wolski wyjął z kieszeni marynarki chustkę i przetarł oczy. Niech mu tak będzie, pomyślał. Wyjął z drugiej kieszeni poszarpany notes w brązowej twardej okładce. Wrócił do biurka. Przeglądał powoli notes strona po stronie, zatrzymując się na dłużej nad słowem czy zdaniem. Zastygał wtedy w zadumaniu i kręcił głową, jakby nie dowierzając temu, co widzi. Zawahał się przez moment, czy nie oddzwonić do Michała Pragi i żachnął się. - Jedna rozmowa z Michałem na dzień wystarczy. Wyjaśnię mu w Warszawie. Położył przed sobą czystą kartkę papieru i wziął pióro do ręki.

...dziękując serdecznie za zaszczyt pracy z Panem, a szczególnie za honor reprezentowania Rządu RP podczas obchodów 60-ej rocznicy Powstania Warszawskiego, zmuszony jestem poinformować, że powodowany sprawami natury osobistej, składam w ręce Pana rezygnację ze stanowiska...

Dokończył list, podpisał, dodał datę, podmuchał w papier i poczekał, aż wyschnie atrament. Rzucił raz jeszcze wzrokiem na list, włożył do koperty, zakleił i zaadresował. Poczuł ulgę ostatniego kroku.

Na początku, po nominacji, Stefan Wolski dał się w to zupełnie wciągnąć. Był ujęty uprzejmością, gdy zwracali się do niego per profesorze. Profesorem oczywiście nie był, tylko zwykłym doktorem. Ale czuł się uhonorowany. Z czasem zaczął odczytywać ich twarze, ich uśmieszki, ich drobne gesty. Oni z niego kpili.

Dla nich profesor, jak hrabia, było wyrazem politowania. Dla nich Stefan Wolski był durniem, który poświęcił całe życie dla sprawy i wyszedł na zero. Oni żyli dla procentów, a rząd był parkietem giełdy, na którym obracali wpływami. Każdy ich dzień zawsze się bilansował.

Otworzył powoli drzwi do sekretariatu, poczekał przez moment, by uporządkować myśli, wychylił zabawnie głowę i rozejrzał się wesoło. Hanka, skupiona, siedziała za biurkiem pochylona przed ekranem komputera.

Dziewczyna, przydzielona z personelu, przy swoim biurku koło drzwi do sekretariatu udawała, że porządkuje korespondencję. Wszedł ceremonialnie, pomachując kopertą w uniesionej dłoni, i położył ją uroczyście przed Hanną.

- Mam dla nas niespodziankę - powiedział podniosłym głosem.

- Następny memoriał? - Hanka patrzyła na kopertę.

- Libertas est optimus... - Nie dokończył sentencji i poczuł się błaznem.

Hanka skłoniła głową w stronę dziewczyny i położyła palec na ustach.

- Pani Aniu. Robi się późno. Dokończymy jutro. Dziewczyna wzdrygnęła się, niezgrabnie zgarnęła do szuflady papiery, zebrała pospiesznie swoje rzeczy, uśmiechnęła się mechanicznie i wyszła. Wolski odczekał chwilę i powiedział do Hanki:

- Moja dymisja. Wygrałaś. Wracamy do cywila. Ale zostaw to do piątku. Choć nie... zostawię w jego gabinecie po drodze. Powiem, że lekarze wysyłają mnie na kurację.

- Jaka kuracja? - Hanka zapytała, spoglądając na Stefana Wolskiego, zaskoczona.

- Nic. Obiecuję. Potrzebuję tylko kilka dni spokoju. Michał przygotowuje jakąś burdę... Jeremi... ciągle trzeba go tonować... Zadzwoń tylko i odwołaj obiad z Leszczyńskim. Przeproś... Powiedz, że skontaktuję się na początku tygodnia.

Stefan Wolski mówił w pośpiechu, starając się zabrzmieć niefrasobliwie. Przerwał z ulgą, gdy Hanka bez zastanowienia wystukała numer telefonu. Stał, patrząc z podziwem, jak rozmawia, gestykulując swobodnie, na przemian to przekazywała sekretarce Leszczyńskiego przeprosiny, to potakiwała na odpowiedzi. Obie wiedziały, że to tylko gra, ale gra konieczna. Tego Wolski nigdy się nie nauczył.

Hanka kończyła rozmowę:

- Tak. Oczywiście... Na pewno przekażę... Koniecznie musimy się spotkać na kawę...

Tadeusz Leszczyński był ministrem rolnictwa w trzecim z kolei rządzie. Młodszy od Wolskiego o dwa pokolenia. Zaprzyjaźnili się niemal natychmiast. Leszczyński mówił mało i często za ostro. Wygrywał na punkty. Z czarną grzywą i śniadą cerą wyglądał jak właściciel cyrku, kiedy czekał, jak to miał w zwyczaju, oparty o ścianę przy wejściu do sali obrad, aż reszta ministrów zasiądzie wokół okrągłego, ogromnego jak arena stołu. Wyglądał tak, jakby miał lada moment wkroczyć ze szpicrutą w ręku, by anonsować następny numer programu. Kiedyś, podczas przerwy w obradach, Stefan Wolski zapytał go:

- No i co pan o tym myśli?

- Dawno przestałem myśleć.

- Ale co chciałby pan zrobić?

- Z tymi dziwkami i hochsztaplerami nic się nie da zrobić.

- A gdyby miał pan wolną rękę, jako minister?

- Nie jestem ministrem, ale psem na łańcuchu. Pilnuję zagrody.

- Nic więcej? - zapytał Wolski.

- Bogata wieś to tkanka, z której wyrasta prawy naród. Bez tego będziemy narodem podwórkowych kundli.

- Jest pan pesymistą.

- Wręcz odwrotnie. Będziemy kiedyś znów wielkim narodem. To tkwi w glebie.

- Więc co należy robić?

- Patrzeć i czekać.

- Czy życie jest na to wystarczająco długie?

- Nie, ale po to mamy dzieci.

- A jeśli nie mamy?

- To już ponad mój rozum. Kto umiera bez dzieci, ten umiera dwa razy.

Hanka szarpnęła go za rękaw.

- Chodźmy stąd, Stefan, bo za chwilę zupełnie już zwariuję.

NIL INULTUM NIC UKRYTE NIE ZOSTANIE

Telefon zabrzęczał po raz trzeci. Magda oderwała wzrok od sztalugi i rozejrzała się po studio. Otrzeźwiała na moment. Podbiegła do łóżka, zahaczając o rozrzucone na podłodze ubrania. Odepchnęła je stopą i przysiadła na kolanach. Wcisnęła pędzel miedzy zęby, wytarła dłonie o koszulę i odsunęła łokciem poduszkę. Niebieski ekran czarnej komórki pulsował natrętnie. Durny babsztyl.

Rzuciła wzrokiem na niedokończony portret półnagiej kobiety, oparty na sztaludze. Blondynka, z prawą ręką założoną za głowę, lewą, poziomo na linii talii, z tomikiem poezji w dłoni, patrzyła na nią jasnymi oczami, wypinając półnagie piersi. "Pani musi koniecznie zobaczyć - blondynka powiedziała Magdzie przy pierwszym pozowaniu i zaczęła rozpinać jedwabną bluzkę. - One są naprawdę...". Magda pokryła się rumieńcem. "Nie, to nie jest konieczne. Widzę przez bluzkę..." - wykrztusiła. Chwyciła brulion i szybko naszkicowała. Blondynka nie była do końca przekonana i patrząc na Magdę, dodała: "Trochę wyżej po prawej i chyba bardziej okrągłe". Od kilku miesięcy Magda malowała na zamówienie portrety dla nowobogackiej klienteli. Gdzie one to wieszały? W sypialni, w salonie? Podpisywała pseudonimem.

Magda wypluła pędzel i skrzywiła się, oblizując z warg terpentynę. Z zewnątrz, przez szeroko otwarte okno dochodził hałas demonstracji. Syrena policyjna zawyła i jakby zawstydzona intruzją, przygasła natychmiast. Magda wciągnęła długi łyk chłodnego powietrza i wypuściła je powoli, jak przed egzaminem. Ułożyła na ustach uśmiech, wyprostowała plecy, skłoniła lekko głowę, tak jakby miała lada moment wysłuchać dąsów uciążliwego dziecka, i przełączyła wewnętrznie głos na beztroski ton, zabarwiony lekką nonszalancją, ton osoby zadowolonej z losu, ale też otwartej i gotowej iść z pomocą bliźnim. Włączyła telefon, odczekała moment i odpowiedziała, przedłużając sylaby.

- Magda. Czym mogę służyć?

- Magda? Co to za rwetes u ciebie? Złapałam cię przy gościach?

- Ach, to ty, Lucy? Skądże. Samiusieńka. Maluję twoją znajomą. Myślałam, że to ona znów dzwoni.

Lucy Ferraro była jej dawną koleżanką szkolną, trzy klasy wyżej. Córka emerytowanego pułkownika piechoty i jak Magda, jedynaczka. Po szkole szybko wyszła za mąż, rozwiodła się równie szybko, zaręczyła ponownie i rozstała. Jest teraz, jak to mówi, w stanie oczekiwania, na progu niemożliwie rozkosznej miłości. Śliczna jak cukierek i komiczna wbrew sobie, wpadała w życie Magdy radośnie, bez uprzedzenia i znikała równie niezapowiedziana, przesłaniając na moment świat jakby garścią konfetti rzuconych w oczy przez wiosenny wiatr.

Poznały się i zaprzyjaźniły pewnego roku, chyba w dwa lata przed Lucy maturą, kiedy musiały obie spędzić długie, gorące lato w opustoszałym internacie Szkoły dla Dziewcząt w Stamford, starym miasteczku, osiemdziesiąt mil na północ od Londynu. Tak naprawdę zżyły się ze sobą dopiero w szkolnym kółku dramatycznym. Magda jako do końca nie wiadomo kto, a Lucy jako gwiazda.

- Możesz ją przestać malować - Lucy odpowiedziała. - Plotki donoszą, że zabarykadowała się w domu cała w bandażach. Prosto spod noża. Nowy nos, broda, nogi, tyłek... nie wiem sama do końca, ale będziesz na pewno musiała zacząć portret od nowa. Sama pewno siebie nie poznaje. Prościej by było, gdybyście skontaktowały się z jej chirurgiem. Dałby ci jej twarz z gwarancją na pół roku z wyprzedzeniem.

Lucy parsknęła śmiechem.

- Nie myślisz, że jestem okropna?

- Jesteś. Ja też, ale następnym razem znajdź mi normalną. Czy wiesz, że ona tu na powitanie zaczęła się rozbierać?

- Magda, ty musisz koniecznie wrócić między ludzi. To ona jest normalna. Rozpinanie bluzek to dziś jest szyk. One przy kolacji pokazują sobie nowe piersi, porównują zabiegi, a mężowie potakują z uznaniem. Co ta za krzyki u ciebie? Sąsiedzi znowu wysłali synka, żeby pożyczył szczyptę kokainy?

- To z ulicy. Poczekaj, zamknę okno.

Magda podbiegła do okna, oparła dłonie o parapet i wyjrzała na ulicę. Środkiem asfaltowej jezdni szedł pochód chłopców z sąsiedniego meczetu. Krzyczeli, wymachując Koranem. Kilka kroków za nimi podążał czworobok milczących dziewcząt w czarnych burkach do ziemi. "Zielona flaga Islamu, od Anglii do Iranu!", "Europa to rak, Islam to znak!". Przechodnie mijali ich obojętnie. Jeden czy dwóch tylko, na wszelki wypadek, machnęło przyjaźnie ręką. Pełznące powoli, zakratowane furgonetki policji z czarnymi szybami otwierały i zamykały procesję jak dwa pogrzebowe karawany. Niebieskie światła na dachach furgonetek odbijały się od białych kaftanów i twarzy chłopców, nadając im wygląd mechanicznych kukiełek. Jedna z dziewcząt szarpnęła lekko za rękaw idącą obok niej koleżankę i wskazała ruchem głowy Magdę. Dwie pary oczu zwróciły się ku Magdzie. Znam je skądś? Magda zatrzasnęła okno. Chwyciła ponownie za telefon.

- Londynistan. Manifestacja. Mamy to co tydzień.

Magda powiedziała to w pośpiechu, zdając sobie w moment sprawę, że słowa jej nie miały żadnego sensu. Dla Lucy dzielnica Hackney we wschodnim Londynie była anonimową plamą szkaradnej szpetoty, wypchniętą poza obręb uznanego świata - rezerwatem ludzi, których nie łączyło nic poza wzajemną antypatią i zamiłowaniem do brudu.

- Jak ty możesz wytrzymać wśród tej hołoty?

Magda uśmiechnęła się, widząc przed sobą pięknie zarysowaną, otoczoną burzą włosów, twarz Lucy, z podniesionymi brwiami, dłonią zasłaniającą usta skrzywione teatralnym grymasem wstrętu, zastygłą w pozie oszołomienia, jak wtedy, gdy moknąc w deszczu przed teatrem na Strand, wyczekiwały na taksówkę i Magda zaproponowała, że złapią miejski autobus.

- Tu się dobrze pracuje.

- Jesteś męczennicą - Lucy stwierdziła z żalem. - Zatrzymaj się u mnie - dodała po kilku sekundach ciszy. - Dom stoi pusty. Jeśli chcesz, poszukamy później czegoś na stałe. Zaczęłaś sprzedawać, po co ci to? Rozumiem, folklor, to może nawet ciekawe, ale to nie jest życie dla ciebie. Zobaczysz, to się źle skończy. Złapiesz jakąś obrzydliwą chorobę albo sąsiedzi zadźgają cię nożem.

Lucy poczekała przez chwilę na odpowiedź i dodała z entuzjazmem:

- W ogrodzie stoi opuszczona szopa. Trzymali tam kiedyś powozy. Znajdę ludzi, żeby wymalowali. Wstawię ogrzewanie i prysznic. Dokończysz swój tryptyk w spokoju.

Magda słuchała, czekając cierpliwie na koniec paplaniny.

- Masz rację.

- Widzisz, wiedziałam. - Głos Lucy rozjaśniał i nabrał tempa. - A jak ci idzie z tym obrazem?

- Skończę za sto lat. A skąd wiesz, że to tryptyk?

- Sławna jesteś, moja droga. Ludzie mówią o tobie - Magda to, Magda tamto...

- Jacy ludzie?

- Jacy ludzie? Jacy ludzie? Moi ludzie. Rozstawieni po mieście. Wszystko, co trzeba, w mig mi donoszą

- Nie pleć, Lucy. Kto taki?

- Pamiętasz kwerendę w Muzeum Wojny... po drugiej stronie Tamizy? - Lucy wymówiła cztery ostatnie słowa z obrzydzeniem, cedząc je, jakby została zmuszona przez Magdę do wypowiedzenia pospolitego plugastwa. - Mniejsza o to, gdzie nawiązujesz znajomości. Twoja sprawa. Szukałaś niepublikowanych dokumentów? Zgadza się? A pamiętasz archiwistę, który wyszperał dla ciebie fotografie z Warszawy? Zgadza się?

- Tak. Dał mi nawet jedną w prezencie.

- Spodobał ci się?

- Strasznie, ale może nie teraz.

- Zbzikował kompletnie. Jesteś boginią, filozofem, artystą i amforą rozkoszy. Kiedy usłyszał, że znamy się ze szkoły, zidiociał zupełnie. Mówi, że zaangażuje prywatnego nauczyciela i będzie się uczyć polskiego...

Magda przypomniała sobie chłopaka. Rzeczywiście był ładny. Zaczęła go nawet wtedy szkicować na marginesie gazety, kiedy przy kawie obok muzeum rozwodził się o katastrofalnym stężeniu dwutlenku węgla, ale do niczego jej w końcu nie pasował. Kilka lat starszy, miły, dobrze ułożony, z masą prostych miedziano-brąz włosów spadających na ciekawe oczy. Nienawidził Ameryki i ratował planetę. Próbował flirtować. Spotkali się jeszcze dwa czy trzy razy. Raz, nawet za długo. Na ostatnie spotkanie przyniósł, bez wiedzy zwierzchników, teczkę dokumentów, dumny ze swego zuchwalstwa.

- Powiedz, że dziękuję za pomoc, że też jest aniołem i że zadzwonię niedługo.

- Koniecznie. Ale to może poczekać. Ja dzwonię z własną misją miłosierdzia. Jestem w Warszawie. Przygotowuję wizytę dla jakichś Amerykanów. Nic z tego nie rozumiem. Musisz mnie wyratować...

Zaabsorbowana nagle swoimi myślami, Magda zastygła, nie słuchając dalej Lucy. Wcisnęła telefon pod brodę, podniosła z podłogi pędzel i lawirując pomiędzy stosami książek i porozkładanymi po podłodze szkicami węglem, przeszła na drugi koniec studio do rozpostartego od podłogi po sufit, szerokiego na całą ścianę płótna.

- Jacy Amerykanie...?

- Senator. Przyjeżdża jutro do Warszawy.

Magda stała, patrząc w skupieniu na twarz powstańca na pierwszym planie obrazu. Resztkami sił wyczołgał się do pasa z kanałowego włazu i leżał, dokładnie w geometrycznym centrum płótna, z rękoma rozpostartymi w bok, jakby powalony u stóp krzyża. Strumyk zakrzepłej krwi przecinał mu skroń. Z przymkniętymi oczami, z policzkiem przyłożonym do asfaltu, spał. Głowa dotykała krawędzi obrazu. Trzy kroki w prawo od niego, przylgnięta plecami do poszarpanej kulami ściany kamienicy, tuż obok jamy podwórkowej bramy, stała dziewczyna. Zawieszony na szyi pistolet maszynowy wcinał się w szyję. Jasne włosy zakrywały połowę twarzy i spadały na fałdy bluzy. Zielona, pokryta szlamem, lśniąca wilgocią spódnica oblepiała smukłe, białe nogi. Łapiąc łapczywie oddech w usta, otwarte w krzyk, patrzyła na chłopca, gotowa oderwać się od ściany i biec. Żeliwna przykrywa włazu u jej stóp, rzucona jak ogromny siny grosz, gorzała odblaskiem płonącego w głębi ulicy stosu nagich ciał.

Kilkoma lekkimi pociągnięciami suchego niemal pędzla, pieszcząc śpiącą twarz, Magda dodała na policzku powiewną, jak cień przelatującego motyla, warstwę ultramaryny. Odstąpiła i spojrzała z niepokojem. Chłopak spoważniał. Jego twarz pokryła się bólem. Magda pochyliła się nad nim ponownie. Jednym dotknięciem pędzla dodała do różowo-bladych chłopięcych ust cień. Uśmiechnął się. Niech ma szczęśliwy sen.

Wyrwał ją z zamyślenia zniecierpliwiony głos Lucy, pełen rozczarowania i rezygnacji, jak reprymenda Miss Tomlinson, która przez trzy semestry próbowała uczyć Magdę równań różniczkowych pierwszego stopnia czy czegoś podobnego.

- Magda K.! Czy ty w ogóle słuchasz, co mówi się do ciebie?

- Tak, tak - Magda odpowiedziała bezwiednie. - Amerykanin, przylatuje... w grudniu. A co takiego zagnało go aż do Warszawy?

Sięgnęła po kawałek węgla. Wspinając się lekko na palce, naszkicowała na pustym białym prostokącie prawego skrzydła tryptyku nisko pochylone drzewo, uginające się pod ciężarem owoców. Dodała linię horyzontu i pierwszy zarys nieba. Błękitne, jarzące; czerwone, soczyste jabłka; szmaragdowa trawa... Spojrzała na przylepione obok do ściany powiększenie fotografii z Warszawy. W rozmytej grze światłocieni, na opustoszałej ulicy, przed bramą obskurnej kamienicy stała spokojnie naga Afrodyta, czekając na śmierć. Gloria Victis... Zrobię cię piękną jak z Botticellego.

Lewa strona tryptyku była nadal pusta. Magda miała pomysł od dawna, ale brakowało jej twarzy, twarzy proroka i jego oczu - pomostu między bólem a odkupieniem. Twarz i oczy definiowały obraz. Reszta malowała się sama.

- Magda! Jesteś niemożliwa! Czy ty w ogóle słuchasz, co mówi się do ciebie, czy znów zabłądziłaś w obłokach? Nie w grudniu, a jutro. Jego ojciec był jakimś bohaterem. Ratował w Warszawie ludzi. Syn przylatuje na dwa dni uhonorować weteranów Powstania.

Magda cofnęła się od obrazu, usiadła przy stole.

- A ty, Lucy, jak się masz do tego?

- Aranżuję spotkania.

- A jak ja się mam do tego?

- Po pierwsze - ratuj mnie, ja umieram tu z nudów. Stan krytyczny, przedzgonny. Będziesz mnie miała na sumieniu. Po drugie, mam wyborny pomysł na całą sprawę. Będziesz jego przewodnikiem. Pokażesz mu miasto - flagi, pomniki, wiesz, atmosfera wielkiej rocznicy. Na koniec, spotkanie z ostatnim powstańcem. Trzy pokolenia. Weteran, Amerykanin, i ty, dziewczyna z polskiego Londynu. Potem dokręcimy resztę filmu u ciebie w studio, kiedy pod wrażeniem wizyty malujesz swój obraz... To pójdzie na całą Amerykę!

- Znów pleciesz. Co za ostatni powstaniec?

- Stefan Wolski - Lucy przekręciła nazwisko.

- To on jeszcze żyje?

- Znasz go?

- Ze słyszenia.

- Masz rezerwację na British Airways. Odbierz na lotnisku. Weź taksówkę, oni za wszystko płacą. Lecisz jako moja asystentka.

- O której?

- Są jeszcze dwa loty: dziś po południu albo jutro o szóstej rano.

Magda zawahała się.

- Na jak długo?

- Do wtorku, może dzień dłużej.

Magda usiadła z telefonem w opuszczonej dłoni. Rozejrzała się powoli po studio. Zatrzymała w końcu wzrok na poplamionych farbą spodniach. Spojrzała na fotografię przyczepioną na ścianie.

- Nie mów już nic więcej - odezwała się raptownie po chwili. - A gdzie mam cię szukać w Warszawie?

- Hotel Bristol. Tylko nie zjaw się w drelichach.

Magda wyłączyła telefon. Zerwała się na nogi. Zrzuciła z siebie ubranie. Wyjęła z szafy szarą sukienkę i żakiet. Ubrała się szybko i spojrzała przelotnie w lustro. Zapięła żakiet i powoli wygładziła brzuch. Złożyła do torby sukienkę, parę pantofli i jedwabne pończochy - trzy pary - białe, zielone i czarne. Kupiła je kiedyś u Maurice'a. Powojenne w oryginalnych opakowaniach. Zgarnęła z okna kosmetyki. Wybrała z pudełka srebrną broszkę i przypięła do poły żakietu. Wcisnęła w boczną kieszeń torby kopertę z dokumentami i tomik poezji Gallimarda. Przykryła ręcznikiem farby i pędzle, zasunęła firanki, wyłączyła kontakty, wyszła do holu i przekręciła klucz. Na schodach minęła ją w pędzie koleżanka z piętra wyżej. Biegła zziajana na górę. Pracowała nocami za barem w dawnej bibliotece miejskiej w Shoreditch przerobionej na nocny klub pederastów. Studiowała w metrze i autobusach. Magda pomyślała z ulgą o legacie po babci, która pokrywała rachunki i horrendalne komorne.

Wyszła przed dom. Demonstranci przeformowali się z procesji w wiec. Przysadzisty muła krzyczał przez ręczny megafon. Dwa oddzielone od siebie martwym polem półkręgi, czarny i biały, odpowiadały jednogłosem jak gniewny chór. Wyglądało na to, że ktoś znowu obraził Proroka. Armagedon, pomyślała Magda, Sodoma, Gomora i Republika Weimarska. Zła jak osa myśl podniosła ją dziwnie na duchu. Lekkim krokiem weszła do sklepu na parterze.

- Komorne za następy miesiąc - zwróciła się do dziewczyny za ladą, przechodząc na uliczny ton ze spłaszczonym akcentem i posmakiem drwiny. - Pan Khan jest osiągalny?

- Ojciec jest na zapleczu. Dostawa.

- Mogę?

Magda położyła na kontuarze kopertę z czekiem. Dziewczyna uśmiechnęła się zdawkowo i skinęła głową, nie odrywając oczu od telewizora. Magda rozejrzała się po półkach. Wzięła czerwoną szczoteczkę do zębów i zapłaciła bilonem. Pobrzękując monetami w dłoni, wyszła ze sklepu, nucąc przypadkową melodię.

Skręciła w prawo, w stronę głównej ulicy. Po paru krokach zeszła z chodnika na asfalt, ustępując parze kobiet z wózkami - jednym, podwójnym. Przeszły zajęte rozmową, nie zauważając drobnej uprzejmości. Kulturkampf. Rozumiem. Eko-faszysta wyminął ją w pędzie na rowerze, przekręcił się na siodełku do tyłu, zsunął tym samym płynnym ruchem maskę z twarzy i wygrażając jej pięścią, wyzwał ją ordynarnie. Kochany człowiek, pewno nauczyciel albo opiekun społeczny, samotnie ratujący świat od zagłady. Nie dziw, że jest podirytowany. Pomachała mu ręką. Kochała to miasto. Kochała ten obłąkany kalejdoskop, obracający się miarowo w kurczowo zaciśniętych palcach furiata.

Na rogu zajrzała do sklepu z rupieciami. Znalazła właściciela na tyłach za stosem krzeseł biurowych. Zdzierał farbę z sosnowego stołu. Przywitał ją uśmiechem oczu. Odłożył puszkę jakiejś trucizny i wytarł ręce o szmatę.

- Maurice, dzień dobry... bardzo zajęty? - Magda zapytała wdzięcznie, pozwalając słowom rozejść się swobodnie po sklepie jak gościom na popołudniowym przyjęciu w ogrodzie.

- Ta chusta, koronkowa, którą masz odłożoną dla kogoś, czy mogłabym ją pożyczyć do środy?

- Bez problemu. Zamykam na tydzień. Przynieś w następny poniedziałek.

Przeszli na front sklepu. Maurice sięgnął pod kasę po chustę i podał Magdzie. Magda zarzuciła ją na włosy, przytrzymując palcami na skroniach, zadreptała w miejscu kilka kroków tańca, zdjęła, złożyła starannie, wepchnęła do torby i pocałowała Maurice'a w policzek.

- Jesteś aniołem.

- Impreza w dzielnicy?

- Nie, wyjeżdżam na kilka dni. Chcę być ładna.

Wyszła ze sklepu, przebiegła w poprzek ulicy do banku i ustawiła się w kolejce przed automatem. Chłopak tuż przed nią odwrócił głowę do tyłu i wlepił w nią martwy wzrok. Miał bladą, podrapaną twarz i włosy ostrzyżone do skóry. Blady. Dawno nie widział słońca. Kolejka ruszyła. Chłopak, z głową nadal zwróconą do tyłu, też ruszył o krok, nie spuszczając z Magdy wzroku.

- Co się gapisz? - warknął.

Magda milczała, wpatrzona w punkt nad jego lewym ramieniem.

- Pewno myślisz, że jestem na prochach?

Oczy chłopaka poruszyły się z boku na bok. Odżył. Cofnął się o krok. Ktoś odepchnął go gwałtownie z powrotem. Zderzył się niemal z Magdą. Zarechotał. Oblizał wargi. Raz... dwa... trzy, pomyślała. Jeszcze sekunda... i wybuchnie.

Chłopak wyskoczył z kolejki, zatrzymał się na środku chodnika i wymachując rękoma, zwrócił się do ludzi w kolejce, krzycząc:

- Gdzie nie pójdę, to mnie zaczepiają! Niech ktoś coś zrobi! Ja jestem chory! Mnie trzeba pomocy!

Jego głos, niski i szorstki z początku, zamienił się w skowyt. Brakowało mu oddechu. Krzyczał histerycznie, kręcąc się w miejscu i rozglądając błagalnie. Bezładny z początku tłum przechodniów nabrał kształtu, opływając chłopca w dwu strumieniach, jak potok wymijający przeszkodę.

Syrena policyjna zawyła w dole ulicy. Chłopak znieruchomiał. Jego oczy były teraz szeroko otwarte i rozpalone gorączką. Ze zgiętymi w łokciach rękoma zastygł w pozie sprintera w blokach startowych. Spojrzał na Magdę, szukając ratunku. Cóż ja ci pomogę, Magda odpowiedziała bezgłośnie. Gdzie jest twój tata? Gdzie jest twoja mama? Wzruszyła ramionami, rozłożyła dłonie bezradnie i wymazała tym prostym gestem pokusę winy, wkradającą się do jej serca.

Chłopak, osaczony na swojej wysepce, przeklął i wyjąc, odbiegł, potrącając przechodniów. Patrol policji podjechał i zatrzymał się o kilka kroków za bankiem. Policjant wysiadł i wszedł do bistro. Wyszedł za chwilę z dwoma torbami - za szybko, aby zdążył zapłacić. Wsiadł do samochodu, włączył syrenę i odjechał.

Magda wcisnęła kartę do automatu. "Kredyt? Debet? Inne?" ...Ple, ple. Dokończyła rytuał i zamknęła oczy. Maszyna zamilkła, wróciła do życia, zamilkła ponownie, zaszemrała i jednym mlaśnięciem wypluła banknoty prosto do Magdy dłoni. Magda otworzyła oczy i poklepała ekran automatu z koleżeńską komitywą.

Schyliła się i podniosła z chodnika dwie miedziane monety. Dmuchnęła w nie i włożyła do lewej kieszeni, tej, w której trzymała przypadkowe drobiazgi, z którymi nie chciała się rozstać. Prawa kieszeń, port przeładunkowy, żyła rytmem miasta.

Weszła do drogerii. "Mirabile visu!". Ktoś potrącił ją, cofnął się, przeprosił i przytrzymał drzwi. Magda podeszła do stoiska z kosmetykami, wskazała palcem złoty cylinder, ułożony w aksamitnym pudełku pod szkłem kontuaru, i powiedziała proszę. Ekspedientka podała jej szminkę, niechętnie, jakby zmuszona do udziału w cudzym szczęściu. Magda nachyliła się do lustra w szklanej gablocie i namalowała różowo perliste usta.

Dwuletnia dziewczynka z głową zadartą do góry, w niebieskim nylonowym futerku, czerwonej koszulce i żółtych spodenkach w poziome zielone paski, przyglądała się Magdzie bezmyślnie przez grube, okrągłe okulary. Futerko na lato, pomyślała Magda. A w zimie biegają po ulicach w baletkach. Powąchała szminkę, zamknęła ceremonialnie, włożyła do torby i zrobiła minę do dziewczynki, zamykając tym przedstawienie. Odebrała rachunek i drobne. Uśmiechnęła się do wszystkich dookoła. Była ładna.

Doszła do świateł, bez pośpiechu, z uczuciem przyjemnie układającego się popołudnia. Było gorąco. Na niebieskim niebie biały puch chmur, spiętych jedwabnymi nićmi słońca, gęstniał i zapowiadał deszcz. Nagły wiatr zatrzepotał porzuconą gazetą i potoczył przez chodnik puszkę po piwie. Żebrak odlepił się apatycznie od witryny sklepu, by zagrodzić jej drogę, ale o ułamek sekundy za późno i bez przekonania. Wyminęła go i przeszła na drugą stronę ulicy.

Zatrzymała się na krawędzi chodnika. Koło śmietnika leżały owinięte w celofan, przewiązane wstążką, pożółkłe kwiaty. Spojrzała na przylepiony do słupa anons policji - wypadek drogowy, proszą o świadków. Tydzień temu, kiedy wracała późną nocą autobusem do domu, widziała tu, pod ostrym światłem ulicznej latarni, jak dwie półnagie, pijane dziewczyny katowały skulonego na chodniku przechodnia. Kierowca zatrzymał autobus, wyłączył światła i na wstecznym biegu wycofał się w ciemny dół ulicy. Koniec kursu, powiedział. Kiedy Magda wysiadała z autobusu z resztą pasażerów, dwie dziewczyny, rechocząc jak obłąkane, ciągnęły ofiarę za nogi na środek skrzyżowania, a trzecia, która dobiegła, kopała go w głowę jak w piłkę. Czwarta, nie starsza niż dwanaście lat, fotografowała ich komórką.

Magda przebiegła z powrotem. Szybkim krokiem doszła do Św. Jerzego. Zajrzała do środka. Kościół był pusty. Wróciła na zewnątrz i obeszła budynek. Na małym cmentarzyku, na tyłach kościoła, było coś w rodzaju kawiarenki czy miejsca spotkań okolicznych mieszkańców. Pani pastor w czarnych, opiętych spodniach i czarnej koszuli z koloratką, podawała właśnie gościom lemoniadę. W drzwiach zakrystii uśmiechnięta Eryka, jej młodsza przyjaciółka, rozlewała do filiżanek kawę.

Magda poszukała wzrokiem znajomych i usiadła przy pustym stoliku. Pastor zauważyła ją po chwili, podeszła i przysiadła naprzeciw. Spojrzała wesoło na Magdę, wskazała palcem na broszkę.

- Nowy nabytek?

- Skądże, starszy niż ja.

- Art déco?

- Coś w tym rodzaju.

- Mamy dziś pyszne torciki. Podać?

- Może za chwilę. Jak wam idzie w nowej parafii?

- Cudownie. W sobotę mamy wystawę kilimów. W niedzielę dzień otwarty dla matek i dzieci. Eryka nie może się doczekać. Będzie klaunem.

- Czy wierzysz w los, w przeznaczenie?

- Oczywiście, ale staram się nie zapominać, że każdy ma prawo wybrać indywidualną drogę - powiedziała to tonem ni to poufnym, ni urzędowym.

- Czy mogę coś pokazać?

Magda sięgnęła do torby i położyła na stoliku kopertę z dokumentami. Wyjęła z niej wyblakłą, zieloną legitymację. Szary druk. Kennkarta, numer 390964. Pod fotografią młodej kobiety okrągła pieczęć fioletowym tuszem - władza wystawiająca; czerwony, podłużny stempel - Warshau, Der Polizeipresident; niemiecka wrona i podpis niebieskim atramentem. Data, 1 kwietnia 1942. Prima aprilis.

- To moja babcia. Helena. Była wtedy ode mnie młodsza. To odciski jej palców. Karta tożsamości z ostatniej wojny.

Pastor sięgnęła po dokument. Spojrzała na fotografię, potem na Magdę i z powrotem na fotografię. Uśmiechnęła się zalotnie.

- Bardzo do ciebie podobna. Te same usta i brwi.

- Może trochę. Moja mama była podobno jej zupełnym odbiciem.

- I te same włosy.

- Była blondynką. Przynajmniej wtedy.

- A może przyjdziesz jednak w niedzielę? Mogłabyś pomóc nam ze swoim francuskim. Na pewno będą matki z Maroka albo Algierii. Nie chciałabym, aby poczuły się wyizolowane. A może przy malowaniu twarzy?

- Wiesz co, Klara - Magda odpowiedziała z uśmiechem - wezmę twój torcik i coca-colę, z lodem i cytryną.

Pastor wstała i gromkim głosem przekazała zamówienie przyjaciółce. Eryka odłożyła dzbanek i znikła w zakrystii. Pastor zwróciła się do Magdy z pożegnaniem.

- Jeśli coś ci leży na sercu i chcesz porozmawiać, wiesz, gdzie mnie szukać. Moje drzwi są zawsze otwarte - uśmiechnęła się do Magdy i ściskając lekko jej dłoń, odeszła do następnego stolika, kołysząc szerokimi biodrami.

*

Magda wstała, nie kończąc, odliczyła pieniądze i wyszła. Przy furtce ruda wiewiórka uczepiona pazurami słupka ogrodzenia, przyglądała jej się wściekłym wzrokiem, sycząc przez białe kiełki. I ty, Brutusie? Magda trzasnęła torbą w słupek i wybiegła na ulicę. Kiedy dochodziła do głównej ulicy, odjeżdżał dwupiętrowy autobus do Shoreditch. Wskoczyła, ignorując konduktora, i pobiegła na górę. Wysiadła przy kościele Świętego Leonarda. Oranges and lemons, say the bells of St Leonard's.

Przeszła bocznymi uliczkami do Hoxton. Kiedyś był to szacowny kwartał wiktoriańskich domów, składów i sklepów, pobudowanych wokół skweru z fontanną. Teraz był zapuszczoną dzielnicą artystów, a wymarły za dnia park, z którego świetności została tylko zielona budka ogrodnika i sztachety, wypalony słońcem na brunatny step, odżywał dopiero wczesnym wieczorem, kiedy otwierały się kluby i bary - chyba że było otwarcie wystawy w Białej Kostce. Wtedy, w południe, zjeżdżał się modny Londyn i pił do rana. Była tam niedawno na wernisażu - Droga Krzyżowa, dwanaście instalacji ze skrzepłej krwi i flaków. Wyszła z obrzydzeniem.

Zatrzymała się przed Składnicą Książek Hoxton. Mały antykwariat, dwa niskie piętra wyblakłej, pomarańczowej cegły, osadzone na starym sklepie, wciśnięty był w róg ulicy, bokiem do żeliwnych sztachet kościoła. Zajrzała przez witrynę. Charlie był sam. Siedział przy klawiaturze komputera na tyłach antykwariatu i pisał. Pewno następną recenzję. Weszła do środka. Charlie skinął głową na jej widok, dał znak, żeby mu nie przerywała i dokończył akapit. Odsunął laptop i spojrzał na Magdę.

- Szukasz czegoś do czytania?

- Wyjeżdżam na kilka dni.

- A co z naszą wystawą?

- Mogę zostać u ciebie? Ode mnie dojechać na Heathrow to makabra.

- Dokąd?

- Warszawa.

- Facet przyniósł pudło starych map. Jest warszawski Baedeker. Chcesz?

- Przewodnik po katakumbach - odpowiedziała Magda. - Tamto miasto jest pogrzebane pod chodnikami, jak drzewo z koroną pod ziemią i korzeniami do nieba.

- Chcesz posłuchać? - Charlie skinął głową na laptop.

- Recenzja?

Charlie zerknął na ekran.

- Nowy miks Wolupty... Nie mam pojęcia, co one miały na myśli z nowym nagraniem. Czyż nie byłoby lepiej, gdyby tak, jak Zaratustra...

- Nie zawracaj im głowy Zaratustrą - przerwała Magda.

- Niech w końcu zaczną myśleć.

- To najgorsza przysługa, jaką mógłbyś im wyświadczyć.

- Przynajmniej oderwą się od pustki.

- Ich dzieci ubierają się w sierpniu w futerka, a zimą wychodzą z domów półnagie. Pomieszasz im w głowach już do końca. Przecież i tak nie wiedzą już, gdzie tył, gdzie przód, gdzie dół, a gdzie góra.

- Gdzieś trzeba zacząć.

- Tak, w kołysce.

- Co cię napadło?

- Nie zrozumiesz.

- Spróbuj.

- Na to są potrzebne, jak u kobiety, dwie głowy. Jedna gotuje, a druga filozofuje.

- A trzecia wariuje.

- Trzecia miłuje, a czwarta pilnuje.

- Zamykam. Pomóż mi.

Wyszli przed sklep i wnieśli pudła z książkami. Charlie ściągnął z hukiem czarną, żelazną żaluzję z wymalowaną białą farbą sylwetką snajpera pochylonego do strzału. Magdzie zabrało kilka miesięcy, zanim odgadła wisielczy humor: Składnica Książek w Dallas, oczywiście. Zabójstwo Kennedy'ego.

Charlie założył kłódki i otworzył drzwi na górę.

Jak Magda, mieszkał nad sklepem. Nie całkiem - miał dwa piętra dla siebie. Za komorne nie płacił, pilnując w zamian antykwariatu. Właściciel, który utrzymywał się z tantiem od bodajże jednej piosenki, która weszła na listę przebojów chyba dwadzieścia lat temu, na pewno dopłacał do interesu. Pierwsze piętro, otwarte na całą głębokość domu, pomalowane na biało, z łóżkiem pod baldachimem pośrodku pokoju, było sypialnią, z kuchnią w alkowie i łazienką za różową zasłoną. Tego mu zazdrościła - wanny o każdej porze. Malował na górze. Przerobiony strych był mniejszy niż studio Magdy, ale za to jego ubrania nie cuchnęły farbą. Weszli na piętro. Charlie włączył czajnik.

- Czego nie zrozumiem?

- Jestem zmęczona.

- Omlet?

- Jadłam u Klary.

- Ciągle zaprasza cię do siebie?

- Coś w tym rodzaju. A omlet, z czym?

- Czosnek, hiszpańska cebula i czerwona papryka.

- Wykąpię się. Masz ręcznik?

- Czego nie rozumiem?

- Widziałam dziś chłopaka w mieście. Porzucone dziecko. Wypuścili go ze szpitala. Stał na ulicy koło banku i wył. Nikt nawet na niego nie spojrzał. Wymijali go jak dziurę w moście. Stałam i patrzyłam jak na przedstawienie. Nawet zaczęłam go szkicować w głowie.

- I co z tego?

- Poszłam kupić szminkę.

Magda weszła do łazienki. Żeliwna wanna na mosiężnych nóżkach w kształcie liści lotosu stała na środku podłogi ułożonej na przekąt z wąskich, cedrowych listewek. Okno, z mleczną szybą bez ramy, wstawione na równo z matową, białą ścianą, rzucało cień murów sąsiedniego domu i kołyszącej się na wietrze moreli. Magda zdjęła ze szklanej półki kryształowy, zielony flakon. Odkręciła oba krany pełnym strumieniem.

- Mogę spróbować twoich pachnideł?

Wzruszyła ramionami, nie czekając na odpowiedź, odkręciła do końca oba krany i wlała pół flakonu do wanny. Zaciągnęła zasłonę, rozebrała się i wsunęła powoli do gorącej wody. Bąbelki piany rozsunęły się na bok, wspinając na boki wanny, i opadły gęstymi falami, przykrywając ją puszystą pierzyną wilgotnego powietrza. Przeszedł ją dreszcz. Wyciągnęła nogi i oparła głowę na złożonym ręczniku.

Długa, leniwa kąpiel z głową opartą na obłym brzegu wanny. To jest raj. To, i przestać myśleć na chwilę. Z kuchni dobiegał dźwięk skwierczącej patelni.

- Charlie? Wybrałeś już obrazy na wystawę?

- Moje czy twoje?

- Moje.

- Wybrałem "Ukrzyżowanie" i "Małgorzatę".

Zsunęła głowę po śliskiej emalii wanny, nabrała powietrza jednym haustem, zanurzyła twarz i otworzyła oczy. Falująca piana, zabarwiona różowym światłem kurtyny, szumiała jak szampan. Ofelia w górskim potoku. Wynurzyła się z pluskiem, zalewając podłogę. Potrząsnęła głową, krztusząc się spływającą po jej twarzy wody.

- Są niedokończone.

- Nie zauważą. Teraz niedokończone jest dokończone. Post-ironia.

Otworzyła szampon; powąchała korek i wycisnęła na włosy srebrzysty płyn. Pochylona, z włosami spadającymi na twarz, najpierw jedną dłonią, potem obydwoma z rozpostartymi palcami, rozprowadziła pracowicie szampon, wzburzając, urabiając, aż stał sztywny jak ubite białko do ciasta. Ufryzowała włosy w szpic, potem w dwa, potem gładko na chłopaka z dwoma symetrycznymi lokami przylepionymi do czoła. Rozczochrała. Zanurzyła głowę dwa razy, otrząsnęła wodę i okręciła głowę ręcznikiem. Westchnęła z ulgą.

- Czy wiesz, gdzie je ustawisz? - zapytała Magda. - Słuchasz?

- Słucham. Wchodzi się długim korytarzem, za wąskim, żeby iść inaczej niż prosto przed siebie. Powieszę "Ukrzyżowanie" na końcu, w sali. Nie będzie widać ramy, tylko fragment obrazu, wycięty prostokątem wyjścia. Świtało z sufitu. Wchodząc, zobaczą tylko sylwetkę dziewczyny odwróconą do nich plecami i powalonego na kolana nagiego mężczyznę. Dopiero w środku zobaczą jego przywiązane do belki, rozpostarte ramiona i Magdalenę w ciąży.

- To nie jest Magdalena. To Jego Matka.

- W ciąży?

- Tak, w ciąży. Inaczej nie byłaby matką. Opłakuje Syna.

- Niech ci będzie... Na jedno wychodzi.

- A twoje?

- Wybrałem dwanaście abstrakcji. Kwadratowe. Wezmę błękit z sukni, z lewej strony od "Ukrzyżowania" i powieszę je w jednym poziomie dookoła galerii, zaczynając od niebieskiego, przez całą gamę, kończąc na brązie krzyża.

- Dwanaście?

- No, wiesz.

- Ponumeruj, bo to za subtelne. Chociaż, nie. Pomyślą, że to miesiące. Niebieski styczeń i brązowy grudzień, z czerwonym majem pośrodku. Zrobiłeś się religijny?

- Skądże, ale to nowy rynek. Wszyscy się w to pchają.

- Mylisz się. Teraz idą fekalia i spreparowane trupy w formalinie. A gdzie chcesz powiesić "Małgorzatę"?

- Przy wyjściu. Wchodząc, będzie po prawej stronie, za ich plecami, nic nie zauważą. Zobaczą dopiero, wychodząc. Na czarnym tle, punktowe światło na twarz i dekolt.

- Będzie jak przedsionek do burdelu. Mam coś lepszego.

- Musi być duże.

- Zaraz zacznę. Dokończę w środę.

- Oszalałaś; w czwartek muszę oddać zdjęcia do katalogu.

Magda wyskoczyła z wanny, rozlewając jeszcze większą kałużę. Wytarła się, wciągnęła ubranie na wilgotne ciało, rozsunęła zasłonkę i wybiegła z łazienki. Charlie nakładał omlet na talerze.

- Masz zagruntowane płótno? Kwadrat, na szerokość... - Magda rozpostarła ramiona.

- Mam, ale siadaj, bo zrobi się zimne.

- Przynieś na górę.

Wbiegła po stromych schodach na piętro. Zatrzymała się w połowie drogi.

- Mogę zacząć u ciebie?

Magda zbiegła z powrotem i usiadła przy stole. Charlie wygładził serwetę. Przyniósł z kuchni dzbanek wody, dwie szklanki i miskę z chlebem. Ułożył sztućce, złożył serwetki i usiadł. Magda rozejrzała się po pokoju, szukając czegoś.

- Daj mi coś do rysowania.

Charlie wstał od stołu, podszedł do ciężkiego, okutego kufra, zsunął poduszki i wrócił z pudełkiem ołówków i blokiem papieru. Magda oparła blok na brzegu stołu.

- Żadnego tła. Szara, pozioma linia krawężnika i pionowa, gruba - czarnej latarni. Na latarni kolorowe nalepki. Szaleństwo kolorów. Nawarstwione, nowe i poszarpane, pół zdarte; taksówki, dziwki, kursy karate. Reszta szara, brązowa i biała. Jaskrawa biel, prosto z tubki. I błękitne, piękne oczy.

Dwoma ruchami narysowała poziomą i pionową linię, dzieląc papier na cztery prostokąty. Dodała równoległą linię w pionie. Naszkicowała nalepki.

- Chłopak - w białej koszuli, rozpiętej na piersiach. Rozwarte ramiona, wzniesione w płaskim trójkącie tuż ponad linię głowy, palce skurczone jak szpony. Kolana zgięte, stopy skrzyżowane, jakby miał lada moment opaść na ziemię. Poza jak ptaka zrywającego się do lotu.

Zamilkła. Myślała przez chwilę.

- Twarz skierowana w prawo ku niebu, oczy wpatrzone wprost. W oczach przerażenie. Chcę, żeby się bał, ale żeby to nie był lęk poddania, ale zdziwienia i zdrady. Chcę, żeby miał otwarte, nieme usta. Chcę, żeby był chudy, ale silny i ładny, piękny nawet. Spodnie nijakie, z podwiniętymi nogawkami, brązowy pasek z mosiężną klamrą i tenisówki bez sznurowadeł. Bose stopy, napięte.

- To ten wariat sprzed banku?

- Przestań. Powiedziałam przecież - porzucone dziecko.

Zaczęła szkic od oczu i głowy, narysowała powtórnie, dając chłopcu bardziej miękkie rysy czoła i brody, wzmocniła nos, dorysowała skulone ramiona i rozpostarte ręce. Resztę postaci dokończyła kilkoma szybkimi pociągnięciami, kończąc na stopach, wąskich, delikatnych, ale dokładnie naszkicowanych i mocno opartych na ziemi. Opisywała obraz, gestykulując i rysując jednocześnie. Końcem palca rozmazywała ostre linie ołówka, dodając światła i kontury, przerywając od czasu do czasu na kęs omletu. Wypełniła kolorem nalepki, oczy i mosiężny prostokąt sprzączki.

- Na pewno będą chętni na "Małgorzatę". Mam jednego, który jest poważnie zainteresowany. Ile mam powiedzieć?

Magda podeszła do półki, zagięła brzeg rysunku i wcisnęła pod dwa hebanowe, afrykańskie posążki. Cofnęła się na kilka kroków i zatrzymała, studiując rysunek.

- Ile? - dopytywał Charlie.

- Nie wiem.

Stała odwrócona do Charliego plecami z dłonią przy ustach, z pochyloną w bok głową. Uśmiech, z początku niepewnie uczepiony w kącie pogryzionej wargi, rozlał się ciepło po twarzy.

- Jak myślisz? Ile one biorą za godzinę w dobrym hotelu? ...Dwieście pięćdziesiąt funtów? Powiedz mu, że dziesięć godzin, plus twój procent.

Charlie skrzywił się. Zakrył usta dłonią. Zgarnął na bok włosy. Przyglądał się Magdzie przez dłuższą chwilę. Chciał przeczekać ją milczeniem, aż się odwróci. Spojrzał na zegarek. Odsunął ze zniecierpliwieniem talerz.

- Muszę już iść. Posłać ci kanapę?

Magda odwróciła się. Charlie patrzył na nią przez przymrożone oczy. Był na nią wściekły i próbował to ukryć. Zebrał talerze i ustawił pedantycznie jeden na drugim. Pozbierał sztućce i wziął je w garść. Dopiero teraz zauważyła, że był ubrany wyjściowo. Beżowy sztruks i czarna, gładka koszula. Spinki.

- Ładnie ci w tym. Zostaw. Pozmywam za chwilę.

- Wypłucz i wstaw do zmywarki.

- Nie gniewaj się na mnie. Wpadłam dziś w wir.

Powiedziała to serdecznie, do bliskiego kolegi, ale jej słowa wypadły sztucznie, z rezerwą. Była myślami nadal gdzie indziej. Jestem okropna. Podniosła lekko głos:

- Jestem durna od samego rana. Rodzinne sprawy. Zadzwonię, jak wrócę. Obiecuję. Powiedz, że mi wybaczasz.

Charlie wstał sztywno od stołu, podszedł do Magdy i pocałował ją w czoło.

- Baw się dobrze. Następnym razem ty gotujesz.

*

Odwiecznych spojrzeń fala leniwa. Spędziła resztę wieczoru na kanapie, obłożona poduszkami, z książką w ręku, na tej samej stronie - wiersz Apollinaire'a. Próbowała przetłumaczyć. Obrazy, zdania błąkały jej się w myślach bez ładu. Zabrakło jej w końcu kilku słów. Odłożyła książkę do torby. Posprzątała już wcześniej kuchnię i łazienkę; wyprasowała sukienkę i zwinęła w fioletową bibułkę. Próbowała rysować. Bez skutku. Może to była nagła podróż, a może coś innego, ale w pustym mieszkaniu Charliego poczuła się inna niż zazwyczaj, napięta, zaniepokojona, pełna złych przeczuć. Nie wierzyła oczywiście ani w nastroje, ani w przeczucia, zwłaszcza te złe - tak przynajmniej o sobie myślała, ale i tym razem im się poddawała. Nie chciała być sama. Zadzwoniła do Toma tuż po północy. Nie odebrał. Spróbowała jeszcze raz godzinę później.

Tom był na przyjęciu. Musiał krzyczeć do niej przez telefon. Rozmawiał z nią i z kimś innym jednocześnie urywanymi zdaniami, zasłaniając słuchawkę od czasu do czasu. Kobieta. Młoda. Przerwał rozmowę dwa razy na dłużej. Za trzecim razem nie zdążył. Kobieta zachichotała wprost do słuchawki. Pijana, a jeśli nie, to lada moment.

- Żona ambasadora. Poczekaj - Tom powiedział do Magdy po polsku. - Wyjdę na balkon.

Magda uśmiechnęła się, słysząc jego zabawny akcent. Umówili się, że podjedzie po nią za trzy kwadranse. Będzie czekała na niego w Shoreditch, kilka minut od domu Charliego, na rogu French Place. Mieszkała tam krótko, kiedy sprowadziła się z Cambridge do Londynu. Mała, ślepa uliczka przypominała jej trochę rodzinny Stamford. Jeden pokoik z łóżkiem i szafką, kuchnia i łazienka do spółki z czterema dziewczętami w jej wieku. Wytrzymała to przez sześć miesięcy jedynie dlatego, że romantyczny adres przypadł jej do serca. Stała na rogu ulicy ze zwiniętym rulonem wciśniętym pod połę żakietu, spoglądając od czasu do czasu na zegarek. Spóźniał się.

Padał drobny deszcz - ciepły i lepki jak mgła. Przylepiał się do twarzy i włosów, przenikał powoli przez spódnicę i pończochy, zacierał kontury, przytłumiał dźwięk. Światło lampy ulicznej rozlewało się po asfalcie tłustymi, żółtymi plamami.

Kamera telewizyjna na stalowym słupie po przeciwnej stronie ulicy przyglądała jej się przez przyciemnioną plastikową kopułę. Druga, nad jej głową, przyglądała się tej pierwszej. Na śliskim bruku w Londynie, w mgle, podksiężycowej, białej, niejedna postać cię minie, lecz ty ją wspomnisz, struchlały... Bury pies wszedł na środek ulicy. Pokręcił się w miejscu i zawył. Przysiadł, spojrzał na Magdę. Podrapał się za uchem. Zerwał się nagle i pognał pędem w ten sam zaułek, z którego pojawił się przed chwilą. "Tłusty szczur; smaczniejszy od Magdy, goń, bo ci ucieknie". Rzęsisty deszcz, który spadł godzinę wcześniej, zmył śmiecie z ulicy. Czysty, świeży chodnik lśnił i mienił się kolorami tęczy w jarzącym świetle witryny banku. "Ciesz się Życiem!". Na afiszu w witrynie banku uśmiechnięta para stała w objęciach na rufie żaglówki. Magda schyliła się, podniosła porzuconą w rynsztoku srebrną, plastikową tiarę i założyła ją na głowę. Pasowała. Zaśmiała się do siebie i rzuciła ją z powrotem pod nogi. Odeszła na krok i spojrzała na przylepioną do krawężnika gazetę. "Meloman traci głowę - Emeryt odcina maczetą głowę sąsiadowi w sprzeczce o głośną muzykę późną nocą".

Stała przez kilka minut, przyglądając się swoim pantoflom. Podniosła wzrok. Trzy ciężarówki, pokryte niebieskim brezentem z białym napisem "Odpady sanitarne", przejechały konwojem. Druga zwolniła. Kierowca puścił do Magdy oko, otworzył lubieżnie usta i rytmicznym ruchem głowy przekazał jej swoje wulgarne zamiary. Magda skrzywiła się. Odeszła kilka kroków na bok. W tej samej chwili usłyszała miękki warkot chryslera. Samochód Toma nadjeżdżał od strony City, kołysząc się na resorach. Przyspieszył i zatrzymał się ostro koło Magdy. Był z kimś.

Tom rozsunął drzwi i wychylił się z samochodu.

- Wsiadaj szybko. Jestem w smokingu.

Miał rozpiętą koszulę. Rozwiązana muszka zwisała mu pod szyją. Magda zajrzała do środka i skinęła pytająco w stronę kierowcy.

- Przepraszam - Tom zreflektował się.

- Magda, Wiktor. Wiktor, Magda. Długo czekałaś?

Kierowca odwrócił głowę, spojrzał na Magdę i wskazał palcem na siebie.

- Kolega. Szofer na wieczór.

Magda usiadła obok Toma. Poczuła się niechciana. Myślała, że będą sami. Zawahała się przez moment, czy nie wysiąść.

- Przepraszam, że cię wyciągnęłam z przyjęcia - szepnęła. - Zaczęłam malować, nie mogłam zasnąć. Nie chciałam być sama. Mam też małą prośbę. - Magda spojrzała w stronę Wiktora i szturchnęła Toma w bok.

- Nie przejmuj się Wiktorem - Tom odpowiedział. - On jest jak studnia bez dna. Co wpadnie, znika bez śladu.

Wiktor poprawił lusterko, wcisnął gaz i wtrącił przez ramię:

- Wy sobie szepczcie słodko i nie zwracajcie na mnie uwagi. - Włączył radio i przyspieszył.

Magda wyjęła z torebki fotografię. Tom włączył lampkę.

- To ta, którą wyniosłaś z muzeum?

- Chcę się dowiedzieć, kto ją zrobił. Ktoś ją znalazł u Niemca w Warszawie, w czasie Powstania. W Bundesarchiv w Koblencji trzymają listy zabitych, jeńców, rannych. Z tego obliczali renty rodzinne. To są dokumenty publiczne... Zacznijmy od tego. Co myślisz?

- Zostaw mi ją. - Tom sięgnął po fotografię.

- Jest mi potrzebna. Chcę odszukać ten dom. Może tam ktoś jeszcze coś pamięta.

- I po to lecisz do Warszawy?

- To tylko przy okazji. Jestem zmęczona. Chcę się oderwać od Londynu i spędzić kilka dni z Lucy. Wprowadza mnie zawsze w dobry nastrój. Dawno jej nie widziałam. Chcę też spotkać się z kimś, kto znał moją babcię z czasów wojny. To pewno jest ostatnia szansa.

Skręcili w Embankment i jechali teraz wzdłuż Tamizy. Minęli Igłę Kleopatry.

- Muszę wrócić na chwilę na przyjęcie - odezwał się Tom. - Nie pożegnałem się z paroma ludźmi. Zostawiłem telefon w płaszczu. Poczekasz? Zabierzemy cię potem na lotnisko i coś zjemy. Już prawie czas na śniadanie.

Tom pocałował Magdę w policzek.

- Wybaczysz? Piętnaście minut. Nie dłużej.

- Nie przejmuj się. Znajdź mi tylko taksówkę.

- Na pewno?

Wiktor przyciszył radio i odezwał się żartem.

- Takiż z ciebie Romeo? Idźże, a ja zaopiekuję się ukochaną.

W jego głosie, w jednej czy dwu samogłoskach, zabrzmiała fałszywa nuta. Drwina? Lepiej ten głos zapamiętać, pomyślała Magda.

Tom objął Magdę. Przytuliła go do siebie na ułamek sekundy i odepchnęła lekko kuksańcem.

- Dobrze, że przyjechałeś.

Zatrzymali się przed Portcullis House. Tom wysiadł.

- Zadzwonię jutro. Tylko nie wyłączaj jak zwykle komórki.

Tom zasunął drzwi, zawiązał starannie muszkę, przyjrzał się sobie dokładnie przez kilka sekund w czarnej szybie samochodu, przygładził wilgotne włosy, przesłał całusa i odszedł powoli precyzyjnym krokiem mężczyzny, który myśli, że nie jest jeszcze pijany.

*

Pamiętała tamten spacer z Tomem wzdłuż Tamizy tamtej wiosny. Pamiętała zapach rzeki. Pamiętała szelest jego kurtki i odgłos jego kroków. Szli wtedy pod rękę nadbrzeżem Tamizy koło Temple. Był wieczór. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. Przeplatali słowa od czasu do czasu, bez konsekwencji, dla zabawy i żeby upewnić się, że nie zagubili się całkowicie we własnych myślach. Minęli Igłę Kleopatry. Egipskie hieroglify biegły w pionie obelisku. Big Ben wybił kwadrans po godzinie.

Tom był wyższy od Magdy akurat o tyle, że jej pochylona głowa spoczywała na jego ramieniu jak na falującej poduszce. Jego niski głos dochodził do Magdy przez wibrujący policzek, szorstki jak szczotka do zamszu. Kiedy Tom wybuchał śmiechem, najczęściej z własnego żartu, głowa Magdy odbijała się od jego ramienia. Zirytowana, szarpała go wtedy za ramię i sama za chwilę parskała śmiechem.

- Skąd wiesz, że Mesjasz nie powrócił na ziemię? - zapytała Magda.

- O czym ty znowu?

- Może właśnie był wtedy w Warszawie i poszedł z innymi pod ścianę albo do gazu? Może o to właśnie Hitlerowi chodziło? Teraz twoje pytanie, tylko nie o polityce.

- To mój zawód.

- Ale mamy umowę, że nie rozmawiamy o tym, co dzieje się pomiędzy dziewiątą rano a piątą po południu.

- Powiedz coś o wykładzie. A właściwie, to powiedz, po co w ogóle na to chodzisz. Freud? Zrobi z ciebie kolejną wariatkę.

Magda nie odpowiedziała. Mijali Temple. Pomiędzy nabrzeżem a Fleet Street, za ogrodami na skarpie koło King's College, stała ukryta w labiryncie uliczek rotunda kaplicy templariuszy. Poszła tam na spacer, czekając kiedyś na Toma. Było to jedno z jej ulubionych miejsc, odcięte od miasta, gdzie rzadko kto zaglądał. Podobna, ale z ciemnobrązowej, średniowiecznej cegły, okrągła i krępa jak ul, stała w Cambridge na końcu Sidney Street, po prawej, niedaleko mostu na Cam. Czerwonym blaskiem otoczona, rozkosznie prężąc swe ramiona. Ta sama fraza piosenki Ewy Demarczyk wracała do niej zawsze, kiedy myślała o Cambridge i rzece.

Z tego mostu Magda skakała do rzeki z trzema koleżankami, na juwenalia, w maju, tuż przed egzaminami. Skoczyły z balustrady z piskiem, trzymając się za ręce niczym tancerki kankana wbiegające na scenę w burzy oklasków. Z rozpostartymi balowymi sukienkami wirowały na wodzie jak kwiaty, zapadając się powoli, zanim chłopcy nie wciągnęli ich do łódki.

Na drugim końcu Sidney Street był Magdy college. Dziekanem był wtedy staruszek, Lindley, ekscentryk o wyglądzie łazęgi, ubrany nieodmiennie w przewiązany krawatem wyświechtany prochowiec i szary, filcowy kapelusz. Każdego wieczoru o dziewiątej, dokładnie gdy wybijał zegar na bramie, wychodził na półgodzinny spacer po kwadratowym trawniku pod oknami pokojów Magdy, aby pomyśleć w spokoju, jak kiedyś Magdzie powiedział. Pisał od niewiadomo ilu lat monografię o brytyjskim wywiadzie z ostatniej wojny, w miarę jak odtajniano po kartce kolejne dokumenty, zamazane do połowy czarnym, grubym flamastrem. Magda pomagała mu niekiedy w tłumaczeniach.

- Freud nie robił z ludzi wariatów. Co drugi bez jego pomocy rodzi się obłąkany z obłąkanych rodziców. Tyle tylko, że uparł się, że nie połowa świata jest pomylona, a wszyscy - poza nim oczywiście. On był ostatnim racjonalistą.

- Ty budujesz zdania w linii prostej, a ja według spirali - odpowiedział Tom.

- Dlatego ciągle wchodzimy sobie w drogę.

Magda mocnej przytuliła głowę do jego ramienia i przyciągnęła go bliżej do siebie.

- Zaczęłam malować obraz o Powstaniu.

- Powiedz mi, jak będzie gotowy.

- Ludzie traktują przeszłość jak pusty plac, na którym stawia się dom i zajmuje własnymi sprawami.

- Realizm.

- Brak serca.

- Na jedno wychodzi.

- Być normalnym, wymaga odwagi. Od dada do Dachau.

- Następny aforyzm?

- I następny. Od Izaaka Babla do Starobielska.

Jej sprawy były ważne, ale jego zazwyczaj ważniejsze.

- To twoja puszka Pandory. Mam własną - powiedział jej kiedyś.

Kiedy spotykali się dwa, czy trzy razy w tygodniu, krótko i bez planu, w kawiarni, na wystawie, czy przechadzając się bez celu, wypełniał ją ciepłem i radością, ale żegnając się, pozostawiał ją nietkniętą. Tego właśnie chciała - pić wino rozkoszy, zakochać się do szaleństwa i pozostać nieskazitelną. Magda wiedziała, niemal od początku, że nie wypuści go z rąk; że to będzie długa droga, ale tym razem do końca. Wiedziała to tak samo jasno jak to, że oddycha, że czuje, że jest. Kiedy zadzwoniła do niego wcześniej, miał przerwę w obradach.

- Za chwilę będzie głosowanie nad nowelizacją przepisu o kontroli czystości w szpitalach państwowych. Dawniej ludzie po prostu myli ręce, teraz potrzebny jest ustawa parlamentu. Niedługo cały produkt narodowy brutto będzie się składał z grzywien i z pensji donosicieli.

- Rechot ladacznicy od bruku się odbija, i brudnym całunem pokolenie spowija. Szczęściarza chichot, nieudacznika jęki, tańczą nad katafalkiem ludzkiej udręki...

- Co to?

- William Blake. Możesz się wyrwać na godzinę? Moglibyśmy się spotkać koło Temple. Wykład kończy się o dziewiątej.

Wieczór był ciepły. Granatowe niebo zachowało jeszcze ślady błękitu dnia i nieliczne gwiazdy rozmywały się w bladych aureolach. Wiosenny wiatr od południa, ledwie wyczuwalny w kosmykach włosów, przychodził znad rzeki w leniwych falach jak podmuchy wachlarza, zostawiając w ustach posmak wody i małży. Magda przerwała ciszę.

- Wyprowadzam się.

- Z Hackney?

- Z Anglii.

- Dokąd?

- Gdziekolwiek, gdzie kobiety nie piją piwa na ulicach i gdzie zanim się powie jedno proste zdanie, nie trzeba tłumaczyć całego świata od Stworzenia.

Nie odpowiedział.

- Musimy tu przychodzić częściej - dokończyła Magda.

Szli szerokim chodnikiem po lewej stronie bulwaru wzdłuż brzegu Tamizy. Nabrzeże było puste; ludzie przestali chodzić na spacery. Plusk wody uderzał miarowo w dole o granitowe nabrzeże. Szum wiatru tłumił hałas od ulicy. Po prawej, na czteropasmowej arterii, ciągnęły się w obydwu kierunkach sznury samochodów unieruchomionych w korku.

Mijali jeden po drugim. Magda zaczęła je liczyć. Ktoś wcisnął klakson dwa razy, spojrzał na nią, wzruszył ramionami, puknął się w czoło i z rezygnacją na twarzy podniósł kciuk w pozdrowieniu. Magda pociągnęła Toma za ramię. Zatrzymali się.

Kilkanaście kroków przed nimi, niemal niewidoczna w szarogranatowym cieniu, stała w objęciach para kochanków. Uliczna lampa z kutego żelaza w kształcie dwóch delfinów z płetwami opartymi na kamiennym cokole i radośnie rozwartymi w locie paszczami, oświetlała ich głowy i ramiona. Zwabione światłem ćmy odbijały się od szybek latarni. Tamiza, z migającymi odblaskami miasta tańczącymi na tłustych falach, przesuwała się sennie. Stali w bezruchu, pochyleni nieco na bok, oparci biodrami o granitowy parapet nabrzeża.

- Patrz, Romeo i Julia - powiedziała Magda.

Jej twarz była ukryta w cieniu jego twarzy.

Dwie pnące liany, wplecione w siebie w prostym geście czułości. Im krótsza rozłąka, tym większy żal. Taki pocałunek oznaczać mógł tylko pożegnanie; przewlekłe, słodkie, spajające powolnie ich ciała w jedno ciało. Będą tu jeszcze stali w gęstniejącym mroku godzinę, a może i do rana. Miłość to jedyna rzecz, której warto nauczyć się przyzwoicie, pomyślała Magda i poczuła przypływ dziecinnej radości.

- Dawno nie byłam w objęciach mężczyzny.

- A ja w objęciach kobiety.

- Zakochajmy się.

- Czy ty przypadkiem ze mną flirtujesz?

- Od pierwszego spojrzenia.

Od miesiąca albo i dłużej Magda zbliżała się do Toma, krok po kroku, bezwolnie, jakby wracała do czegoś, co już raz się stało i co na pewno jeszcze się powtórzy.

To nie było zakochanie. To nie była podróż w nieznane. To była powolna kapitulacja, pożegnanie ze sobą, z własnym ciałem, w falach omdlewającej miłości i w słodkiej tajemnicy przed nim. Mężczyźni tego nie rozumieli. Może tak lepiej. Ruszyli do przodu. Magda zatrzymała się po kroku. Spojrzała na Toma.

- Pierwszy i ostatni.

- Kto?

- Pstro.

Tom ujął twarz Magdy w obie dłonie i wygładził kciukami jej brwi. Przytuliła się do jego dłoni i zapytała szeptem:

- Czy myślisz, że można kochać bez końca? - Powiedziała powoli i szybko dodała: - Muszę już iść. - Pocałowała Toma w brzeg dłoni. - Przyjdź później. Ugotujemy coś. I zostań.

- Do rana?

- I do następnego.

- Ale wiesz chyba, że wtedy już się mnie nie pozbędziesz - Tom odpowiedział zaczepnie.

- Tak też myślałam.

- Przynieść wino? Białe czy czerwone?

- Decyzje, decyzje. Pomyślę i zadzwonię. Magda podbiegła do krawężnika i podniosła dłoń.

- Taxi!

*

Kolejka umęczonych pasażerów ciągnęła się od samego wejścia terminalu Heathrow jak pochód dzieci Izraela przez Morze Czerwone. Po godzinie Magda stanęła przed punktem kontroli.

- Czy pani sama pakowała walizkę i miała ją przy sobie przez cały czas?

Służąca pakowała, a lokaj przez całą drogę nie spuścił z oczu, niemal nie odpowiedziała.

- Sama. Cały czas.

- Proszę wszystko wyjąć i położyć na tacy.

Magda wysypała na tacę zawartość torebki i opróżniła kieszenie. Kontroler założył lateksową rękawiczkę. Magda stała, przyglądając się, jak wskazującym palcem przesuwał przedmiot po przedmiocie z jednego końca fioletowej plastikowej tacy na drugi. Zatrzymał się.

- Co to?

- Szminka.

- Proszę otworzyć.

Magda podniosła szminkę, otworzyła i trzymając w podniesionej, zgiętej w łokciu ręce, spojrzała na niego, czekając na następne pytanie.

- Zabronione. Płyny, substancje chemiczne, proszki, środki odurzające. - Wskazał palcem na flakonik perfum i dodał: - To też.

- Czy ma pan kopertę i coś do pisania?

- Nie mam - odpowiedział leniwie.

- To jak mam to odebrać w powrotnej drodze?

- Przy wejściu na lotnisko jest poczta. Może pani wysłać to do siebie do domu.

- Nie ma już czasu.

- Trzeba było przyjść wcześniej.

- Jestem wcześniej, od godziny. Może nawet zdążę na lot. Chyba że chce pan jeszcze porozmawiać.

Kontroler poczerwieniał.

- Proszę nie podnosić głosu.

Magda zbyła zaczepkę bez słowa. Znała tę rutynę. Chce ją sprowokować. Kontroler nacisnął guzik na blacie stołu. Kamera uczepiona nad ich głowami do sufitu zamruczała kilka razy i zamilkła. Nagrywał. Za moment powie jej ostrym tonem, żeby nie histeryzowała. Liczy, że Magda zacznie protestować. Trzy, cztery zdania dalej, naciśnie następny guzik i z założonymi rękoma poczeka, aż przyjdą dwie umundurowane analfabetki, które odprowadzą ją do rewizji osobistej w ambulatorium.

- Czy coś jeszcze? - Magda przerwała impas. Zamknęła szminkę i włożyła do kieszeni żakietu. Kontroler rozejrzał się i wrócił do Magdy.

- Co to za fotografia?

- Maluję historyczne obrazy. - Magda uśmiechnęła się wdzięcznie.

- Z jakiego to kraju?

- Peru.

- W jakim to mieście?

- Zamenhoff.

- Jakim językiem tam mówią?

- Głównie esperanto.

Magda schowała amatorską, czarno-białą fotografię z ząbkowanym brzegiem do torebki. Na fotografii, na tle obszarpanej kamienicy stała pośrodku pustej ulicy naga dziewczyna - piętnaście, szesnaście lat. Ręce opadały z opuszczonych ramion. U stóp leżały pantofle, bielizna i letnia sukienka. Ciemne, gęste, krótko przycięte włosy spadały pojedynczą falą na czoło. Cienie brwi spadały na jej oczy. Na ustach uśmiech, ale może to był też tylko cień. Po lewej stronie stał chłopak w niemieckim mundurze. Mówił coś do dziewczyny; gestem ręki, jakby ją ponaglał. Po prawej stał drugi, taki sam, z pistoletem w dłoni. Trzeci z nich, niewidoczny, poza cieniem jego głowy na asfalcie ulicy, robił zdjęcie.

Na twarzy kontrolera pojawił się grymas wysiłku. Szukał riposty. Przełknął ślinę, kiwnął głową w stronę przejścia, pchnął ostro tacę i przeniósł uwagę na następnego pasażera czekającego pokornie w kolejce. Magda wrzuciła rzeczy do torebki, chwyciła z przenośnika torbę i pantofle.

Ruszyła pędem przez halę. Gdy dobiegała do bramki, stewardesa kasowała kartę pokładową ostatniego pasażera. Rzuciła okiem na paszport Magdy.

- Wakacje?

- Tak, coś w tym rodzaju. - Magda schyliła się i nałożyła pantofle.

- Proszę mi podać torbę. Zaniosę na pokład. I proszę sobie wybrać miejsce. Pierwsza klasa jest dziś zupełnie pusta.

Rzeczywiście, było pusto. Znad foteli wystawało pięć, sześć głów. Sami mężczyźni. Dwóch jeszcze siedziało zwróconych ku sobie przed stolikiem zasłanym papierami, wstawionym w usunięty rząd foteli. Zahaczyła jednego w ramię rulonem kartonu. Spojrzał na nią przelotnie.

- Mogę w czymś pomóc?

Magda wymamrotała "przepraszam" i przeszła na tył do kotary oddzielającej pierwszą klasę od reszty pasażerów. Usiadła przy oknie.

Wiatr niósł z krańca lotniska ciężkie krople deszczu. Ciemne chmury przesuwały się powoli, ucięte niemal poziomo tuż nad dachami budynków. Nagły podmuch zatrząsł kadłubem samolotu.

W taki sam dzień, niemal rok temu, przyjechała rano do Stamfordu na niespodziewaną wiadomość o śmierci babci. Neal Cadman, adwokat, czekał na nią na stacji, tuż na obrzeżach miasta.

W tnącym deszczu wsiadła do samochodu. Poza kurtuazyjnym "bardzo mi przykro" i "miło cię widzieć, choć może nie w tych okolicznościach", dojechali do kancelarii przy Szerokiej bez dalszego słowa. W kancelarii jeszcze dodał tylko, że jest już na emeryturze; ponownie złożył przewlekłe kondolencje, jakby skrępowany obecnością młodej kobiety w czerni, którą pamiętał jeszcze jako uczennicę.

- Pogrzeb był tydzień temu w piątek; bez anonsu; kremacja w Peterborough; taka była wola babci.

Peterborough, pomyślała Magda. Petersburg, jak to żartem mówiły. Posępne miasto w kierunku na Cambridge, do którego jechało się rzadko, tylko z wyraźnej konieczności i wracało szybko przed zachodem słońca. Spacerując po Stamford, dla zabawy, a może z przekory, zmieniały angielskie nazwy ulic, miejsc i budynków na polskie. Stamford stawał się Kamiennymi Brodami; All Saints - Wszystkich Świętych, a Priory Gardens, Ogrodami Przeora. "Spotkajmy się na Żelaznej pod zegarem" brzmiało lepiej niż płaskie I'll meet you in Ironmongers Row by the clock.

Usiedli przy biurku naprzeciw siebie. Neal Cadman poprawił krawat, odchrząknął, otworzył teczkę dokumentów, przesunął w stronę Magdy, wskazał palcem i przeczytał urzędowym głosem:

- Nie mając innych krewnych ani rodziny, przekazuję cały mój majątek, dobra trwałe i ruchome, mojej jedynej wnuczce...

Wyjął następny dokument i podał pióro.

- Tu jest potrzebny twój podpis. I tu... i tu... - Neal Cadman kładł przed Magdą dokument po dokumencie. - I ostatni... zmiana sygnatariusza konta... tytuły własności, stan kont na dzień wczorajszy.

Zebrał papiery, wstał z krzesła i włożył do koperty dokumenty. Podszedł do końca biurka i przesunął w stronę Magdy szare tekturowe pudełko.

- To prochy zmarłej i kilka osobistych rzeczy, które poleciła przekazać. Zamówiłem urnę z czarnego bazaltu. Mam nadzieję, że dobrze wybrałem.

Neal Cadman wyjął z pudełka mahoniowy kuferek i położył na biurku. Wyglądał jak szkatułka na biżuterię z lat dwudziestych, bez ozdób, ascetyczny sześcian ze srebrnym kluczykiem. Magda podniosła wieko. Było wysłane pikowanym różowym atłasem. Na wypolerowanej kwadratowej pokrywie czarnej urny wyryte było imię i nazwisko panieńskie, pseudonim i daty.

- Dziękuję, Neal. To naprawdę piękne.

Magda opuściła woalkę i przeżegnała się.

- Pater noster, qui es in caelis, sanctificetur Nomen tuum. Adveniat regnum tuum. Fiat voluntas tua... - ...Przyjdź królestwo Twoje. Bądź wola Twoja... - zawtórował po cichu Cadman, odszedł powoli po skrzypiącej podłodze na drugi koniec kancelarii i stanął w bezruchu. - ...Amen.

Magda zamknęła wieko pudełka, przekręciła kluczyk. Cadman odczekał jeszcze moment w ciszy, podszedł do Magdy i wziął jej dłoń w obie ręce.

- Jest mi tak przykro... Proszę, wybacz. Jeszcze jedna formalność...

Neal Cadman wyjął z pudła kartkę papieru i odczytał stłumionym głosem.

- Srebrna broszka, dokument urzędowy z czasu ostatniej wojny, dwie fotografie i notatki męża, zbiór wierszy - też z okresu wojny; notes z adresami, list zaadresowany do spadkobierczyni i licencja na wywóz za granicę prochów zmarłej, ważna na sześć miesięcy. Czy chciałabyś, bym pozostał waszym... twoim, radcą prawnym?

- Jak najbardziej, Neal. Dziękuję.

- Prześlę umowę i uprawnienia na początku tygodnia.

- Zajrzę przed wyjazdem. Umówiłam się z Mirandą na obiad.

- Przekaż pozdrowienia. Słyszałem, że powiększyła się jej rodzina.

- Córeczka. Lilia.

List od babci, na jej fiołkowej papeterii. Trzy strony pięknie wykaligrafowanym pismem, którego Magda tak jej zazdrościła, kiedy była mała. Włożyła list z powrotem do koperty i schowała do torebki.

Samolot, drżąc jak przyduszona sprężyna, czekał na płycie gotowy do startu. Wiatr przycichł i zerwał się ponownie. Silniki zawyły, jakby czekały na ten sygnał. Samolot potoczył się po płycie lotniska; nabrał rozpędu, wstrzelił się w wiatr i oderwał od ziemi. Po minucie czy dwu przebili się przez chmury. Impet powietrza zdzierał z okna krople deszczu po przekątnej. Ostatnia, rozbita w dolnym prawym rogu na bezforemną plamę, rozmyła się i znikła. Niebo było czyste.

Zatoczyli szeroki łuk, wspinając się przez następne kilkanaście minut. Silniki przycichły.

Na horyzoncie wschód słońca rodził się z ostrej, czerwonej smugi. Karminowo-fioletowa łuna rozpalała się pełna pychy od prawej, przechodząc w półprzezroczysty granat, szarzała i matowiała. Znad morza nadciągała poranna mgła.

Ktoś szarpnął Magdę za rękaw i wykrzyknął wesoło:

- Zapraszam na szampana!

Magda rozpoznała jego głos. To mężczyzna, którego potrąciła, wsiadając do samolotu. Spojrzała w jego stronę niechętnie. Stał swobodnie, oparty ramieniem o zagłówek fotela. Wyciągnął rękę do powitania.

- Jestem...

- Jestem zmęczona - przerwała mu Magda.

Uśmiech na opalonej twarzy jeszcze się powiększył. Parsknął śmiechem.

- To każę rozłożyć łóżko i sam zaniosę na rękach. Magda położyła dłoń na szyi, zasłaniając dekolt. Przez ułamek sekundy spodobał jej się. Pewny siebie. Podobny do Toma. W rozpiętej pod szyją białej koszuli i granatowej marynarce, bezczelny nieco, stał spokojnie, patrząc niebieskimi oczami na nią, czekając, aż wstanie.

- Może, ale trochę później - powiedziała spokojnie. Poczuła zapach alkoholu.

- Pani piękny angielski akcent na nic tu się przyda. Jestem z Nebraski. My w Nebrasce nigdy nie ustępujemy, zwłaszcza zmęczonym kobietom.

Odwrócił głowę w stronę kolegi i krzyknął:

- Dwa kieliszki na stół! Idziemy!

Wyprostował się i cofnął o krok, robiąc przejście dla Magdy. Magda wstała, zerkając na odbicie jego twarzy w owalnym oknie samolotu. Niebo było jasnogranatowe. Uśmiechnęła się gorzko do siebie. To takie proste. Wstać i pójść z obcym człowiekiem.

Przeszli kilka kroków. On ukłonił się koledze; szerokim gestem wskazał Magdzie miejsce, poczekał aż usiądzie, i usiadł obok. Postawił przed nią dwa kieliszki bladego płynu i wziął jeden do ręki.

- Ben - wskazał na siebie. Podniósł plastikowy kieliszek i wypił długim, łakomym haustem. - No i co? Zapraszam. Mój kolega nie pije na służbie.

Ten spojrzał na Magdę przez ułamek sekundy, przesunął się w stronę okna, oparł w fotelu, podniósł gazetę i schował się za nią. Magda poczuła się niewygodnie. Wypiła łyk wina. Skrzywiła się.

- Zamknij oczy i połykaj. - Ben zaśmiał się obleśnie. - Lepszego nie dostaniesz. Na długo do Warszawy?

- Parę dni.

- Hotel czy prywatnie?

- Hotel.

- Business?

- Coś w tym rodzaju.

- Coś, w jakim rodzaju?

- Lecę na operację mózgu.

Ben parsknął zwariowanym chichotem jak chłopiec, który usłyszał diabelsko durny dowcip. Położył się na stoliku jak na szkolnej ławce i uderzając prawą dłonią w stolik, próbował złapać oddech. Po chwili wyprostował się. Założył ręce za szyję i oddychając sporadycznie, parskał coraz ciszej jeszcze przez chwilę. W kącikach oczu miał łzy.

- Jest pani druhem mojego pokroju. Dogadamy się w mig - wykrztusił w końcu. - To też jest mi potrzebne - operacja mózgu - i w kilku innych miejscach.

Założył lewą rękę na zagłówek za plecami Magdy, pochylił się w stronę współtowarzysza, pstryknął w gazetę i powiedział:

- Idź do pilota i sprawdź, czy lecimy w dobrym kierunku. Potem znajdź sobie gdzieś cichy kąt. Jestem w bezpiecznych rękach.

Współtowarzysz wysunął się z fotela bez protestu i odszedł na tył samolotu. Ben zsunął rękę za jej plecy. Magda przyjęła poufałość spokojnie. Czekała, co dalej zrobi. Miał ciepłą, gładką dłoń. Dwa palce musnęły lekko jej twarz. Cofnął rękę powoli, zahaczając końcami palców o jej szyję. Magda odsunęła się i podała mu jego pusty kieliszek.

- Powiedz coś o sobie - powiedziała odruchowo.

- Co chciałabyś usłyszeć? - Zerknął na zegarek. - Mamy mnóstwo czasu.

- Wiek, imiona rodziców, stan cywilny, zawód, stan konta.

Przybrał minę, jakby był zatrzymany za przejechanie na czerwonym świetle. W przymrużonych oczach drzemała swawola z krztyną perfidii. Lubił bawić się ludźmi i zadawać ból.

- W tej samej kolejności: Alicja i Robert; kawaler z natury, hulaka, i milioner. Miliony jeszcze w rękach ojca, ale nie na długo.

- Powiedz mi o swoich milionach.

- Pierwszy był z nafty. Brudne interesy. Nawet kosztowało to ojca małą wojnę i malutki zamach stanu. Następne miliony pojawiały się szybciej, niż ojciec mógł zanieść do banku. Pomagam mu teraz wrócić do stanu ubóstwa. Mój wkład w jego naprawę duchową. A ty?

Magda wysypała na dłoń garść prażonych orzeszków pistacjowych. Odliczyła cztery i położyła je w prostej linii na stole. Zgarnęła niecierpliwym ruchem i wsypała wszystkie z powrotem do miseczki. Wytarła ręce serwetką i zapytała:

- A ojciec, wdzięczny?

- Nie do końca, ale będzie wdzięczny, kiedy z pustymi kieszeniami zapuka do Bram Raju.

- Wiemy już, co ojciec myśli, a żona?

- Co żona?

- Co ona myśli o zaczepianiu przypadkowo spotkanych kobiet?

- Zaczepia przypadkowych mężczyzn. Tak ją poznałem.

- A co cię sprowadza do Warszawy?

- Rządowe sprawy. - Wskazał na porozrzucane po stole papiery.

- Polityka?

- Jak powiedziałem, mętne interesy. Ścisła tajemnica.

- Nie powtórzę nikomu.

- Miałem umówione spotkania z bardzo ważnymi ludźmi. Racja stanu; los wolnego świata wahał się na ostrzu noża, ale zostały odwołane. Lecę zabić trochę czasu i obejrzeć miasto.

- To powiedz mi, co chciałbyś zobaczyć. Pokażę ci miejsca, których nie ma w przewodniku.

Magda przeklęła siebie w duchu za niezamierzoną niewybredną dwuznaczność. Język kobiety wymagał ciągłej czujności. Odezwałam się jak mała ulicznica. Podniosła się z fotela.

- Muszę iść.

Ben położył po koleżeńsku dłoń na ręce Magdy. Była teraz zimna, spocona.

- Zostań. Nie musimy rozmawiać. Może coś zjemy.

Magda wstała. Ben też. Wyciągnął rękę w geście pożegnania.

- Jestem nachalny. Za dużo wypiłem.

- Może dokończymy później.

- Kiedy?

- Będę w Bristolu do poniedziałku.

- Zarezerwuję stolik. Będę czekał. Jutro, dwunasta.

Jakże to łatwo zostać świnią; wystarczy lekko skinąć głową i uśmiechnąć się zalotnie. Wróciła na swoje miejsce, starając się iść starannie, ale bez pośpiechu. Panowie i panie w odwiecznym korowodzie. Wiedziała, że tamten stał za nią uniesiony łatwym zwycięstwem i kalkulował szanse. Dwie stewardesy plotkowały na tyłach kabiny koło zasłony oddzielającej pierwszą klasę od reszty. Przerwały rozmowę i spojrzały ironicznie w jej stronę. Szepnęły coś do siebie. Jedna zachichotała. Magda domyśliła się, co ją tak rozbawiło. Znów pomyślała o Tomie. Jak on tak mógł? Podniosła z fotela rulon kartonu i torebkę i włożyła do pustej półki nad głową. Przycisnęła guzik. Za chwilę przyszedł steward.

- Tak?

- Czy mógłby pan przynieść koc, poduszkę i czerwone wino?

Magda cofnęła fotele do tyłu i podniosła oparcia. Wyjęła szminkę i pomalowała starannie usta w odbiciu szyby. Steward wrócił po chwili, podał Magdzie złożony w kostkę czerwony pled i dwie poduszki. Wytarł butelkę wina papierową serwetką, obrócił etykietką w stronę Magdy, poczekał moment, aż Magda dołączy się do ceremonii, oderwał albuminiowy kapsel, nalał wino do kieliszka, otworzył stolik i postawił kieliszek przed nią.

- Czy mam obudzić panią przed lądowaniem?

- Tak - Magda kiwnęła głową z podziękowaniem.

I znów będziemy pić rozkoszy wino. Ułożyła się na boku. Oparta policzkiem na łokciu, wypiła wino, powoli patrząc na swoje kolana i podgięte nogi. "Nie szukaj męża. Szukaj ojca swoich dzieci", babcia powiedziała jej kiedyś. Znalazłam - wiatr w polu.

Opatuliła się pledem, zaciągnęła pod szyję. Przyłożyła głowę do poduszki. Drugą poduszkę przyłożyła do brzucha i przycisnęła płasko ręką. Rzeka życia leniwie płynie. Tam, pod jej dłonią, w wilgotnych fałdach jej ciała, w ciepłym, mrocznym zakamarku, zgodnie z własnym planem biło nowe serce. Fiat voluntas tua... Przymknęła z ulgą oczy. Pomarańczowe plamki zatańczyły pod jej powiekami, zlały się w mdławą powłokę i zgasły. Zasnęła natychmiast. Obudziła się, gdy stewardesa zapinała jej pas.

*

Magda wyszła z budynku lotniska w półśnie i wsiadła do pierwszej z brzegu taksówki. Dawniej sprawdzała taryfy przylepione do szyb, aż ktoś jej powiedział, że te najtańsze po prostu wybierają dłuższą drogę.

- Hotel Bristol, proszę. Przez Raszyńską i Filtrową.

Jechali w ciszy przez Żwirki i Wigury, zatrzymując się co kilka metrów w porannym ruchu. Tu, po tych ulicach, po Polach Mokotowskich ojciec Toma biegał jako chłopak. Poznała go przypadkiem na kolacji w Chelsea, gdzie ona była nie do pary, a on wyraźnie się nudził. Kiedy wyszli razem, zaproponował, że ją odwiezie do domu. Było późno. Kiedy doszli do King's Road i gdy na próżno czekali na taksówkę, zaprosił ją do Bażantarni. Przesiedzieli tam kilka godzin przy winie. Było to po śmierci babci. Rozmawiali po polsku. Magda opowiadała najpierw o szkole, o podróżach, a potem, jakby zdejmując z siebie ciężar, jakby na spowiedzi, opowiedziała o babci: jak żyły we dwie, o mamie, która odebrała sobie życie, gdy Magda była jeszcze mała, o tym, jak babcia nigdy nie powiedziała, kim był jej ojciec.

"Porzucił was. Tyle masz wiedzieć. To powinno ci wystarczyć", tylko tyle powiedziała. Ojciec Toma był pierwszym, któremu to opowiedziała. Gdy zadawał pytania o sprawy, które były dla niego niezrozumiałe, odpowiadała krótkimi zdaniami, czasami z dreszczem, jakby sama też słyszała to pierwszy raz.

Kiedy poznała Toma u nich w domu, tydzień czy dwa później, jej przyjaźń z jego ojcem nie urwała się - stała się nawet silniejsza. Magda przylgnęła do niego; chciała poznać jego dzieciństwo, świat podwórka i ulicy; wypadów na piętro do domu i ucieczki przed gosposią - świat resztek przedwojennej Warszawy, której Magda nie znała, a która miała dla niej czar i pokusę krainy z bajki, do której chciała należeć - tak przynajmniej myślała. Magda była zawieszona pomiędzy przeszłością, która ją fascynowała, a światem, w którym słowa nie miały substancji, a rzeczy imion własnych. Jak etnograf wyszukiwała i katalogowała skrzętnie dźwięki, kształty, kolory, smaki, szukając klucza do świata żywej materii.

Żywy obraz Warszawy zamykał się dla Magdy na wojnie. To, co wiedziała o ludziach i mieście sprzed pożogi, to słowa wyniesione z opowiadań Singera - znała je na pamięć - pisanych w Nowym Yorku przez wygnańca z Warszawy, drukowanych w gazecie czytanej przez niedobitków, w języku, którego już nie ma, tłumaczone na oziębły angielski, a z angielskiego na powojenny polski, w którym szlagier, szantrapa, cymes, ferajna czy dintojra brzmiały dla niej jak słowa z zatopionej Atlantydy. Rzecz oczywista, że kiedy słuchała ojca Toma, nie myślała o nim, ale o swoim ojcu, próbując dotknąć jego dzieciństwa.

Ojciec Toma żył w gromadzie rozhukanych chłopców, których twarzy i imion w większości już nie pamiętał. Bandy tworzyły się i rozpadały z godziny na godzinę. Żyli na kromkach posypanego cukrem razowego chleba umaczanego w occie i na lemoniadzie, a w zimie na soku z kiszonych ogórków ze sklepiku po schodkach na rogu Reja. Byli wolni, byli wybrańcami losu, nawet o tym nie wiedząc. Ich rodzice, którzy wyszli z wojny, patrzyli na ich szaleństwa z pobłażliwością, która byłaby dziś nie do odtworzenia.

Warszawa kończyła się wtedy na rondzie z pustym cokołem na Raszyńskiej, przy skrzyżowaniu z Wawelską. Dalej ciągnęła się podmiejska szosa. Chodzili tamtędy na Pola - zupełnie wtedy dzikie, a trochę dalej, na cmentarz sowiecki. Był terenem zakazanym. Chodzili tym bardziej, zwłaszcza gdy spadł śnieg, by tropić kuropatwy. Któregoś ranka, też zimą, ojciec Toma obudził się wcześnie i usiadł przy oknie. Na dole prowadzili ulicą pod psami kolumnę więźniów. Byli zmarznięci, zaszczuci, w łachmanach. Przez szyby okna słyszał szczekanie psów i okrzyki konwojentów. Od strony Okęcia widział, spowite poranną mgłą, wieże strażnicze z reflektorami. Pamiętał ich kolor - żółty. Nigdy nie sprawdził, kim byli.

Areną ich życia było podwórko, sceną dramatów i radości, pasażem i oknem na świat. Przychodziły orkiestry z przedwojennymi szlagierami i dziadowskimi lamentami przy akompaniamencie akordeonu. "Dnia pierwszego września, roku pamiętnego, wróg napadł na Polskie, z kraju ościennego; a najbardziej wziął się na naszom Warsiawę. Warsiawo kochana, tyś jest miasto krwawe". Panom cisnęły się łzy do oczu.

Czasami pojawiali się akrobaci - zbyt rzadko - dziewczynka w trykocie w tygrysie cętki na dywaniku i ojciec z katarynką. Panie rzucały z okien monety zawinięte w papier. Cyganie na wiosnę rozpruwali materace, czyścili włosie i zszywali jak nowe. Przychodził szklarz z szybami w drewnianym nosidle na plecach; szlifierz noży z rowerem i handlarz z ręcznym wózkiem - "stare szmaty... gałgany... garnki... żelaaazo... kupuje!". Przychodziły baby z mlekiem i jagodami, a jesienią chłopi z furmankami węgla i kartofli. Zaglądał też ruchliwy jegomość, który kupował od chłopców po słoiku tytoń z petów, które zbierali po chodnikach i suszyli potajemnie na oknie w piwnicy.

Opowiadał też o innym świecie; o młodym mężczyźnie z piętra powyżej, zawsze w tym samym brązowym garniturze i kapeluszu, z rękawem marynarki podwiniętym do góry, przypiętym agrafką do ramienia. Kłaniał się uprzejmie, ale nigdy nie rozmawiał. Zmarł wkrótce na gruźlicę. Pamiętał innego, bez nóg, w cyklistówce - mieszkał przy Niemcewicza, który poruszał się przyczepiony pasami do deski z łożyskami, odpychając się rękoma od chodnika. Schodził ze schodów, spadając po dwa, trzy stopnie naraz. Ścigał się czasem z chłopcami po ulicy. Nigdy nie mogli go dogonić. Z warkotem łożysk zwinnie wymijał przeszkody i ze śmiechem zostawiał ich w tyle. Pamiętał też kobietę, również z jego klatki, która ubierała się zawsze na czarno. Była śpiewaczką operową. Stawała, co rano, przy otwartym oknie i ćwiczyła głos. "Bo głos musi się rozchodzić, proszę pani!" Sąsiedzi mówili, że zwariowała. Pamiętał sąsiada z naprzeciwka, inżyniera - miał dwie córki w jego wieku, "śliczne jak lalki", z niebieskimi "jak chabry" oczami. Pamiętał, jak na skrzyżowaniu Raszyńskiej z Filtrową, w biały dzień tajniak bił gumową pałką dobrze ubranego mężczyznę, który stał bez protestu i płakał. Pamiętał Październik 56 i panikę w mieście. Ludzie mówili, że będzie znów wojna. Pamiętał porwanie syna Piaseckiego. "Lepiej o tym nie mówić, szanowny panie, to gardłowa sprawa". I rok wcześniej, Paramonowa, pospolitego mordercę. Mówili, o nim, że był zabójczo przystojny, że zwabiał kobiety do siebie, mordował okrutnie, ciął na kawałki i grzebał pod cementem w garażu. Panie na podwórku o tym tylko mówiły. Ojciec Toma pamiętał, jak szli ławą w trzech czy czterech chłopców, trzymając się za ramiona, zataczając się jak marynarze, śpiewając na cały głos. "Tu leży ręka, tu leży głowa; to je robota Pa...ra...monowa", gorsząc przechodniów na ulicy. Przechwycili tę durną piosenkę pod jakimś sklepem czy na Zieleniaku. Ktoś też im powiedział, że będą wieszać Paramonowa na placu Defilad. Nigdy przedtem nie oddalił się od domu aż tak daleko. Gdy dotarli w końcu do placu, był już zmrok i wielkie, wzburzone tłumy ludzi oświetlone reflektorami. Z trybuny łysy jegomość krzyczał do nich ochrypłym głosem przez megafon. Gdy opuszczał Polskę z rodzicami, może rok potem, ten monotonny głos ze szkaradną dykcją samouka, który wylewał się godzinami z głośników radiowych jak brudna piana: "Jeżeli rolnik... wyrobi dwa procent koma trzy... więcej zielonki z kwintala... to państwo zaoszczędzi..." stał się dla niego głosem świata, który pozostawił na zawsze za sobą. Stał się wkrótce Anglikiem; zmienił nazwisko, ożenił się z Angielką i zaczął pisać do gazet.

Przyjaźń Magdy z ojcem Toma skończyła się nagle pod koniec lipca, kiedy powiedziała mu wszystko o sobie i Tomie. Zbliżały się jej urodziny. Planowała go zaprosić. Niespodzianka. Spóźnione zaręczyny. Słuchał uważnie, nic nie mówiąc. Zwlekał. Powiedział w końcu: "No, dobrze. Szkoda tylko, że to pani. Może jednak jest nadal czas, aby...". Miał to przygotowane od dawna. Magda przerwała mu w pół zdania zdezorientowana i wyszła bez pożegnania. Pamiętała jak dziś, że stała jeszcze na progu ich domu przez moment w uchylonych drzwiach niepewna sensu jego słów, że zawahała się, czy nie wrócić, i jak odeszła, szybkim krokiem, zamknięta w siebie, myśląc o Tomie - zatopiona jak w tafli szkła.

Zajechali przed hotel. Recepcja była pusta. Smagła brunetka ze spiętrzonymi włosami w czarne loki i poważną twarzą odłożyła książkę na widok Magdy i powitała ją ślicznym uśmiechem.

- Witamy w Hotelu Bristol.

- Mam zarezerwowany pokój do wtorku. - Magda podała jej paszport. Recepcjonistka wpisała nazwisko do komputera. Oddała paszport.

- Piękne nazwisko. Czy pani nie jest spokrewniona z tym przedwojennym malarzem? Interesuję się sztuką.

- Musimy koniecznie o tym kiedyś porozmawiać. Może nie teraz. Pokój? Jestem na nogach od wczoraj rano.

- Pokój jest zapłacony do wtorku przez Miss L. Ferraro. Wyjechała na dzień. Zostawiła dla pani list na górze. Życzę miłego pobytu. Restauracja jest otwarta do północy. Ciepłe i zimne dania na tacy może pani zamówić z pokoju o dowolnej godzinie. Bagaże?

Magda położyła torbę na kontuarze. Recepcjonistka wyjęła z pudełka plastikowy klucz, wsunęła go do komputera i zakodowała numer pokoju. Podała klucz Magdzie z uśmiechem.

- Czwarte piętro - spojrzała na wystający z torby rulon.

Miała czarne, zupełnie okrągłe oczy, które zabłysły radośnie jak na widok prezentu. Wyrzuciła z siebie w pośpiechu potok słów jak koleżanka na przerwie w szkole:

- Szkic? Ja też trochę rysuję. Przygotowuję album. Podwórka starych kamienic. Chciałam studiować architekturę, ale byłam za słaba z matematyki. Bez tego nie przyjmują.

- Znam ten problem - Magda odpowiedziała znów ostro, niemal w złości. Była opryskliwa; odcinała się dziewczynie przy każdym słowie bez potrzeby. Uśmiechnęła się, wyciągnęła do dziewczyny rękę. - Magda - i cofnęła speszona: - Szukam przedwojennej kamienicy. Mam fotografię z wojny. Chcę dowiedzieć się też coś o kościele na Lesznie.

- Coś szczególnego? Mieszkam niedaleko.

- Tam był cud po wojnie. Matka Boska ukazała się na wieży. Wiesz coś o tym?

- To musiało być, zanim się urodziłam.

Wszystko było, zanim się urodziłaś. Magda przygryzła wargę.

- Może znasz kogoś, kto tam był?

- Mogę popytać. Kończę o piętnastej.

- Na Próżnej, koło budynku PAST-y, o piątej? - Recepcjonistka podała Magdzie rękę. - Julia Przemyk. Julia. Będę czekała. Windy są w stronę kawiarni. - Wychyliła się znad kontuaru i wskazała drzwi do kawiarni.

*

W pokój panował rozgardiasz. W łazience i salonie walały się ubrania. Zebrała je i zaniosła do sypialni. Sypialnia była nietknięta. Na nocnym stoliku koło łóżka leżała koperta zaadresowana do niej. Magda - Lucy - z wykrzyknikiem. Przebiegła wzrokiem przez list.

Magda! Wszystko zmienione. Jesteś wolna. Część pieniędzy (polskich) zawinięta w majtki pod poduszką. Reszta później. Lecę spotkać się z senatorem w Krakowie. Obozy (?) Mam nadzieję, że przystojny. Z powrotem w niedzielę wieczorem. Będę późno albo bardzo późno (!) Jeśli się nie zobaczymy, to wybierz, co chcesz dla siebie, a resztę porozdawaj pokojówkom. Dzwonił Leszczyński, przyjaciel Wolskiego. Zaprasza na obiad. Na dole. Dwunasta.

Podarła list i kopertę w czworo i włożyła do prawej kieszeni żakietu. Weszła do łazienki.

*

Kelner ukłonił się, sprawdził nazwisko na liście i wskazał Magdzie mężczyznę w szarym garniturze na końcu sali. Tadeusz Leszczyński czekał na Magdę przy stoliku. Zauważył ją, wstał pospiesznie, podszedł kilka kroków, kłaniając się z szerokim uśmiechem.

- Cieszę się, że mogę panią poznać. - Poczekał, aż Magda usiądzie wygodnie i sam się dołączył.

- To list do pani. - Podał jej kopertę. Magda rozdarła kopertę i przeczytała powoli.

- Jestem wzruszona. Pan jest jego przyjacielem?

- Tak napisał?

Leszczyński spoglądał na nią przez kilka sekund, za długo. Magda przyjęła jego wzrok i zapytała:

- Skąd wiedział pan, że zatrzymałam się w Bristolu? Od Wolskiego?

- Nie całkiem.

Odwrócił się, nie dokończywszy, i głośno przywołał kelnera:

- Niech pan poda nam kartę. - Zwrócił się do Magdy. - Pyta mnie pani, czy jestem jego przyjacielem? Cóż mogę powiedzieć? - Powiedział to powoli, starannie.

- Cokolwiek. - Magda wskazała na list. - Poza tym, co teraz przeczytałam, nic o nim nie wiem.

- Znam go z czasu studiów. - Wyjął papierosa ze srebrnej cygarnicy. - Pani może też?

Magda przytaknęła. Leszczyński zapalił i położył pudełko pomiędzy nimi na stole. Widać było, że szukał odpowiednich słów.

- Byłem trochę zagubiony, spoza Warszawy. Wolski był wtedy sławą wśród nas studentów. Uwielbialiśmy go. Powstaniec, siedział w więzieniu za komunistów. Pięknie mówił. Chodziliśmy za nim oczarowani.

Kelner podał kartę i zamarł w oczekiwaniu. Leszczyński wydał polecenie i podziękował.

- ...był szarmancki. Zawsze dobrze ubrany. I śmieszny, ale prywatnie, tylko we własnym gronie. Sypał przedwojennymi kawałami. Powtarzaliśmy je dookoła. Ale nie tak jak on. Nie mieliśmy stylu. Nie mieliśmy jego głosu - przerwał, zaciągnął się papierosem, wypuścił dym i zaciągnął się po raz drugi, długo i powoli. - Zazdrościłem mu tego głosu. My tego już nie mamy. Myśmy wychowali się w zniwelowanym kraju. Ten sam jazgot. Ta sama zadyszka. Kiedy on opowiadał, to raz był szlachcicem z Kresów, a za chwilę proboszczem z małego miasteczka, przekupką, panią z dobrego domu czy Panem Rapaportem... Ach... Ten jest dobry - o Krantzu! Pewnego dnia pan Ignacy Krantz, zaaferowany sprawami, przechodził przez ulicę i wpadł pod dorożkę. Nadbiegł ksiądz i pochylił się nad półprzytomnym jegomościem. "Czy wierzysz w Ojca, Syna i Ducha Świętego w Trójcy Jedynych...?" Krantz spojrzał na księdza przez łzy i mówi: "Ja tu leżę bliski śmierci, a pan duchowny zadaje mi łamigłówki?".

Leszczyński zaśmiał się na puencie. Magda milczała.

- No widzi pani, nie potrafię.

- Poznał go pan na studiach?

- Znałem go, ale tylko z widzenia. Ale czułem, że go naprawdę znam. Raz kiedyś była ciekawa wystawa w Zachęcie. Nie pamiętam już co. Chyba Bronisław Linke, może ktoś inny. Mogłem akurat zdążyć przed wykładami. Kiedy dobiegłem do Zachęty, właśnie wychodził, w granatowym płaszczu, z białym szalikiem, w kapeluszu, z dziewczyną. Rysował palcem w powietrzu jakieś kształty i coś tłumaczył. Stanąłem za głazem P.O.W. Zatrzymali się przy krawężniku nad kałużą, która zalała jezdnie. Nadbiegł wtedy żebrak, wymachując rękoma i rozpryskując kałużę. Zatrzymał się przed Wolskim, ukłonił i zapytał: "Szanowny panie, piękna pani. Czy nie znalazłoby się parę złotych, aby pomóc człowiekowi w tarapatach?".

Leszczyński modulował głos i gesty; był niezłym aktorem. Popisywał się. Przyszedł przygotowany. Opowiadał dalej:

- "A po co panu pieniądze?", zapytał Wolski. A tamten na to: "Jak to? Żeby podnieść się z rynsztoka". Wolski sięgnął do kieszeni, dał mu coś, odwrócił się i odszedł z dziewczyną. Żebrak stał przez chwilę, a następnie podbiegł do nich i zagrodził ponownie drogę. "A z kim miałem zaszczyt dziś rozmawiać?" A Wolski na to: "Ja jestem nikim i tego też panu życzę, ale to nie takie proste".

- Piękna historia. Pan pisze?

- Nie mam do tego ucha - żachnął się. - Są ludzie, którzy to mają. Czują rytm i ton.

- Pan ładnie opowiada.

- Ale to nie ten przedwojenny, bogaty rytm, w którym każda sylaba miała dla siebie miejsce i czas. Pani to ma. Ja to słyszę, słuchając pani, ale dla mnie to nieosiągalne.

- Jest pan zbyt krytyczny wobec siebie.

Nieprzygotowana na komplement, niepotrzebnie odpowiedziała konwencjonalną grzecznością i zgubiła wątek.

Tadeusz Leszczyński siedział oparty wygodnie w krześle. Przypatrywał się Magdzie. Sięgnął po srebrne pudełko. Zaraz zacznie mi znów schlebiać. Cisza przedłużyła się i zapadła w martwy punkt. Magda uśmiechnęła się.

- Nauczyłam się od babci - powiedziała pojednawczo.

Ożyła nagle, gestykulując, odgrywając scenę:

- Jeszcze raz. I w takt, i w rytm, jak w tańcu: Les mains dans les mains restons face a face; dłonie w dłoniach, stańmy twarzą w twarz. Powtórz za mną. Dykcja... Dykcja... Długie, dźwięczne rrrr, jak na violi, cicho, ale tak, aby słyszeli w ostatnich rzędach - Magda przerwała zmieszana swoim gadulstwem.

Zrobiła z siebie widowisko. Zgarnęła włosy z czoła, zapięła powoli dwa guziki żakietu, rozpięła z powrotem jeden i dokończyła spokojnie:

- Dwa razy w tygodniu zamykałyśmy się w małym pokoju na piętrze, na tyle domu. Wchodziło się od zewnątrz po stromych schodach. Skrzypiały niemiłosiernie, nawet gdy padało. Książki, biurko, lampa i dwa fotele. Na każdą sobotę musiałam nauczyć się wiersza na pamięć - raz polskiego, raz francuskiego. Mieszkałyśmy same, miałyśmy mnóstwo czasu.

- Chciałbym ją kiedyś poznać. Często widuje ją pani?

- Nieustannie.

Kelner podszedł i rozstawił talerze.

- Może zrobimy przerwę? - zapytał Leszczyński.

- Niech pan dokończy o Wolskim.

- To wszystko. Raz czy dwa byłem na spotkaniu z nim w mieszkaniu kolegi, ale z Wolskim nie rozmawiałem. Nikt mnie nie przedstawił. Później widywałem go w mieście. Spacerował często. Zazwyczaj sam; czasami z Adolfem Rudnickim. Byli podobni do siebie, obaj pisali. Przeszli razem Powstanie, ale to nie to. Byli związani jakąś wspólną pamięcią. Mieli podobny uśmiech, wewnętrzny, skierowany do siebie. Patrzyli na świat ze zdziwieniem, jakby znaleźli się przypadkiem wśród obcych ludzi, jakby przyjechali z innego świata. Ale poznaliśmy się dopiero przy rządzie, osiem miesięcy temu.

- To dziwna historia.

- To dziwny człowiek.

- Miał rację, że być nikim to trudne?

- Nie wiem.

- On zawsze mówi zagadkami?

- To nie była zagadka. On naprawdę tak myśli. Wie pani, on nigdy nie wypowiedział fałszywego słowa. Może dlatego tak mało pisał.

- Był autorem?

- Pisał do głowy. Powiedział mi kiedyś, że nauczył się tego w więzieniu. Publikował czasami, ale rzadko, kiedy cenzura chciała sprawdzić, czy da się już kupić.

Dokończyli obiad w milczeniu, układając pasjansa ze zdawkowych uprzejmości. Leszczyński wypytywał o jej studia, Londyn i jej obrazy. Gdy przy kawie zapytał, gdzie mieszka, Magda zmieniła temat.

- Czy pan zna Jeremiego Lange?

- Dlaczego pani pyta?

Magda skinęła na kopertę leżącą na brzegu stołu.

- Wolski wzmiankuje w liście. Chciałabym go poznać.

- To nie jest najlepszy pomysł.

- Był ze Stefanem Wolskim i moją babcią w Powstaniu.

- Przejdźmy do baru. Tam będzie wygodniej.

Usiedli na wysokich stołkach. Leszczyński zamówił koniak dla siebie, a dla Magdy czerwone wino. Ktoś szturchnął ją łokciem. Magda odsunęła kieliszek na bok.

- Dlaczego nie najlepszy pomysł?

Leszczyński pokręcił głową i skrzywił się.

- Komuniści, kościół, władza, pomówienia. Ciekawa, ale i zagmatwana sprawa. Dla jednych był tknięty, dla innych wzorem realizmu.

- A dla pana?

- Dla mnie? To część historii. Jeden z niezłomnych. W 1957 próbowali go wmieszać w porwanie syna znanego działacza. Syn był w ostatniej klasie liceum. Po kilku tygodniach znaleziono go martwego w jakiejś piwnicy w Warszawie. Uliczne baby mówiły, że krew z niego spuścili. Inni, że to sprawa polityczna albo porachunki z okupacji - przerwał. Restauracja opustoszała i przycichła. Kelner podszedł i podał rachunek na tacy. Leszczyński zapłacił kartą. Odliczył jeszcze kilka banknotów i pchnął w stronę barmana. Złożył starannie rachunek i włożył do portfela. Wstali.

- Tylko jeszcze jedno pytanie o Wolskiego. Może trochę osobiste.

Magda sięgnęła po list. Otworzyła kopertę, zerknęła na tekst i przeczytała: Proszę mi wybaczyć krzywdę. Postaram się jeszcze to naprawić.

- Jaką krzywdę?

Leszczyński zastanowił się, niepewny, czy odpowiedzieć.

- Nie wiem... - zawiesił głos.

- Niech pan dokończy.

Leszczyński cofnął się o krok, trochę zmieszany. Wyjął papierosa i włożył z powrotem do cygarnicy. Stał, milczący, przerzucając ją z ręki do ręki.

- On jest taki, jak był mój ojciec, jak całe ich pokolenie.

Leszczyński zastanowił się jeszcze i wziął Magdę bezwiednie za dłoń.

- To skomplikowany człowiek. Co ja mówię? On był prosty, normalny... tak prosty i normalny, że ludzi tym peszył. I sentymentalny. Wie pani, że on zawsze rozkwitał na widok dzieci?

Skierował Magdę ku wyjściu.

- Krzywda? Nie wiem. Ale powiem pani, co mój ojciec mówił o sobie. Był w partyzantce do 48 roku, chłopiec właściwie. "Mamy czyste serca - mówił mi - ale ręce w krwi po łokcie. W krwi kolegów. Tej krwi nie da się zmyć ani kwasem, ani łzami". A ojciec, jak Wolski, był całe życie czysty jak kryształ, jak diament najwyższej próby, bez skazy. Oni byli ostatnim suwerennym pokoleniem Polaków, najlepszym, jakie Polska z siebie wydała. To było pokolenie, dla którego sprawa Polski, jej historii, walki, męczeństwa, jej dobrego imienia, było ideą życia. Ale też żyli w lęku. Nie w strachu, pani Magdo - nie zaszczuci, pobici. Tego komunistom nigdy nie udało się osiągnąć - ale w lęku, w grozie, że ich dzieci, ich wnukowie mogą przejść kiedyś przez to same piekło. Od tego chcieli nas uchronić. Dlatego milczeli o sobie - mówił to z porywem, z patosem, gorączkowo, zatrzymując się po każdym zdaniu, aby nabrać oddechu.

Wyszli na ulicę. Stanęli pod kasztanem.

- A kto to był Artur?

- Nie wiem.

- Stefan Wolski wspomina o nim. Jego też podobno skrzywdził. To taki dziwny list. Osobisty, a przy tym formalny, zimny, bez podpisu, napisany na maszynie.

- Pani na długo w Warszawie?

- Do wtorku. A Józef Muszkat?

- Pani czegoś szuka. Pani pyta jak na przesłuchaniu.

- Magda. - Podała mu dłoń. - Magda K. - jak z Franciszka Kafki.

Leszczyński uśmiechnął się nieporadnie i stał, przez chwilę trzymając dłoń Magdy w mocnym uścisku.

- Zadzwonię, jak czegoś się dowiem.

Magda wyjęła z kieszeni żakietu kawałek porwanej koperty, złożyła na pół, zapisała numer telefonu i podała Leszczyńskiemu.

- To moja komórka.

- Dziękuję.

Ukłonił się, poczekał, aż ruch trochę się zwolni, i przebiegł na drugą stronę ulicy. Przeszedł kilka kroków i zatrzymał się przed witryną księgarni. Magda wyjęła z kieszeni żakietu notes i ołówek. Podeszła do zaparkowanego samochodu i oparła notes na dachu. Naszkicowała szybko sylwetkę Leszczyńskiego i trochę dokładniej odbicie jego twarzy w witrynie. Przyglądał jej się. Zamknęła notes i schowała do kieszeni. Leszczyński przyklepał dłonią włosy nad czołem, po czym odszedł szybkim krokiem w stronę pomnika Kopernika. Jego gładko zaczesane do tyłu włosy lśniły, jakby wymalowane czarną farbą na głowie porcelanowej lalki.