Magda, miłość i rak - Alina Mrowińska

-
Proszę czekać

Paź­dzier­ni­ko­wy, po­chmur­ny wie­czór. Cze­kam w re­stau­ra­cji na Mag­dę Pro­ko­po­wicz. Ma być bo­ha­ter­ką mo­je­go fil­mu do­ku­men­tal­ne­go. Wczo­raj rano za­dzwo­nił An­drzej Fi­dyk i po­wie­dział, że ma dla mnie nie­zwy­kłą hi­sto­rię na film. Wie­czo­rem za­dzwo­ni­łam do Mag­dy, a za chwi­lę się spo­tka­my. Wiem, że za kil­ka dni skoń­czy trzy­dzie­ści lat, że od kil­ku lat cho­ru­je na obu­stron­ne­go raka pier­si i że w cza­sie cho­ro­by za­ko­cha­ła się, wy­szła za mąż i uro­dzi­ła syn­ka Le­osia.

Wiem też, że jest bar­dzo pięk­na. I że od kil­ku mie­się­cy zma­ga się z prze­rzu­ta­mi do wą­tro­by i ko­ści. O czym bę­dzie ten film?

O od­cho­dze­niu, że­gna­niu się z ży­ciem, o wszyst­kim, co naj­waż­niej­sze... Tak to so­bie wy­obra­żam.

Mag­da dzwo­ni, że chwi­lę się spóź­ni, bo wra­ca z che­mio­te­ra­pii w Ka­to­wi­cach. Nie mogę w to uwie­rzyć. Co ona mówi? Po che­mii sama pro­wa­dzi sa­mo­chód? Prze­cież lu­dzie wte­dy nie mają siły na nic. Mój przy­ja­ciel, kie­dy brał che­mię, przez kil­ka dni po wle­wie z tru­dem wsta­wał z łóż­ka, nic nie jadł, nie chciał ni­ko­go wi­dzieć i mó­wił, że czu­je się tak, jak­by wła­śnie umie­rał.

Wcho­dzi Mag­da - pięk­na, peł­na ener­gii, uśmiech­nię­ta. I już wiem, że to nie bę­dzie film o od­cho­dze­niu. To bę­dzie film o ży­ciu, o ra­do­ści z każ­dej chwi­li i o na­dziei... I tak wła­śnie za­pa­mię­ta­łam Mag­dę z tam­tej pierw­szej roz­mo­wy. Taką ja­sną. Mia­ła nie­zwy­kłe, mą­dre oczy... Uważ­nie słu­cha­ła.

Tam­te­go wie­czo­ru po­je­cha­ły­śmy do jej domu. Nie­spiesz­nie roz­ma­wia­ły­śmy, po­pi­ja­jąc zie­lo­ną her­ba­tę. W pew­nym mo­men­cie Mag­da zdję­ła pe­ru­kę. I zro­bi­ła to tak na­tu­ral­nie, że nie po­czu­łam naj­mniej­sze­go skrę­po­wa­nia. Po­ka­za­ła mi ogrom­ne tek­tu­ro­we pu­dło z na­pi­sem "Skar­by Ma­dzi". Po­wo­li wyj­mo­wa­ła po­ła­ma­ne lal­ki, plu­szo­we­go mi­sia bez nogi, małą ma­szy­nę do szy­cia, ja­kieś skraw­ki ma­te­ria­łu, zdję­cia nie­ży­ją­cych ro­dzi­ców. Czu­łam, że ra­zem wy­ru­sza­my w nie­zwy­kłą po­dróż. Wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łam, jak wie­le mą­drych, pięk­nych ko­biet wal­czą­cych z ra­kiem po­znam dzię­ki Mag­dzie. I jak nie­zwy­kłą lek­cję ży­cia od Nich i od Niej do­sta­nę.

Zo­sta­ły mi dwa zdję­cia ro­dzi­ców. I gra­na­to­wy, weł­nia­ny płaszcz mamy

Nie do koń­ca pa­mię­tam mo­ich ro­dzi­ców. Mia­łam czter­na­ście lat, kie­dy zmarł tata. Pięć lat póź­niej ode­szła mama. Obo­je cho­ro­wa­li na raka. Dużą część swo­je­go dzie­ciń­stwa spę­dzi­łam u ro­dzi­ców w szpi­ta­lu. Mama le­czy­ła się przez sie­dem lat na raka pier­si z prze­rzu­ta­mi. Pa­mię­tam, jak bar­dzo się mę­czy­ła. Źle zno­si­ła cho­ro­bę, che­mię, na­świe­tla­nia, ope­ra­cje. Była w fa­tal­nym sta­nie psy­chicz­nym. Cały czas smut­na, za­pła­ka­na. Wsty­dzi­ła się sie­bie, tego, że jest cho­ra, że źle wy­glą­da. Nie oglą­da­ła w ogó­le swo­ich daw­nych zdjęć, nie chcia­ła pa­trzeć na sie­bie zdro­wą. Cią­gle za­da­wa­ła py­ta­nie: "Dla­cze­go coś tak strasz­ne­go mnie spo­tka­ło?"... Nie wie­rzy­ła, że wy­zdro­wie­je. Pra­wie nie wy­cho­dzi­ła z domu.

Mia­ła dni, kie­dy w ogó­le nie wsta­wa­ła z łóż­ka. Mil­czą­ca, po­grą­żo­na w swo­ich my­ślach. Nie bar­dzo wie­dzia­łam, co się z nią dzie­je. Przez te wszyst­kie lata pra­wie jej ze mną nie było. Cho­ro­ba mi ją za­bra­ła. Tak bar­dzo chcia­łam ma­mie po­móc, ale nie po­tra­fi­łam... Pa­mię­tam, jak wy­my­ka­łam się z domu, sia­da­łam na wiel­kich scho­dach przed Ju­ven­tu­sem i spi­sy­wa­łam na ma­łych kar­tecz­kach swo­je my­śli: "Mała szcze­li­na, przez któ­rą ucie­ka po­wie­trze, cią­gle za­mknię­ta", "Mi­lio­ny szkieł spa­da­ją z nie­ba, wszyst­ko roz­ry­wa­ją, tym ra­zem prze­szko­dą sta­ły się ludz­kie ser­ca"...

Bar­dzo by­łam sa­mot­na. Ni­ko­mu nie mó­wi­łam, jak jest mi cięż­ko. Ży­li­śmy w bied­nym domu. Mama, kie­dy jesz­cze mo­gła, w dzień sprzą­ta­ła, a no­ca­mi do­ra­bia­ła szy­ciem. Tak bar­dzo chcia­łam, żeby kie­dyś mo­gła od­po­cząć, po­je­chać w góry. Za­wsze o tym ma­rzy­ła. I o pięk­nych, no­wych bu­tach.

Mama Mag­dy

"Pa­mię­tam, jak bar­dzo się mę­czy­ła. Źle zno­si­ła cho­ro­bę".

Tata Mag­dy

"Mia­łam czter­na­ście lat, kie­dy umarł tata".

1984, mała Mag­da

"Nie do koń­ca pa­mię­tam mo­ich ro­dzi­ców".

Ostat­nie ty­go­dnie ży­cia mamy były naj­gor­sze. Kil­ka razy dzien­nie po­da­wa­li­śmy jej z bra­tem mor­fi­nę. Mia­ła już wte­dy zwi­dy, oma­my, nie była sobą... Kie­dy na krót­kie chwi­le wra­ca­ła do przy­tom­no­ści, pła­ka­ła, że to już ko­niec. A ja nadal wie­rzy­łam, że to nie­moż­li­we, żeby sta­ło się coś złe­go. No i się sta­ło...

Zo­sta­ły mi dwa zdję­cia ro­dzi­ców, ślub­ne i por­tre­to­we. I gra­na­to­wy, weł­nia­ny płaszcz mamy, któ­ry bar­dzo lu­bię no­sić. Tyl­ko tyle...

Przez dzie­sięć lat z ni­kim nie roz­ma­wia­łaś o śmier­ci ro­dzi­ców.

Nie po­tra­fi­łam. Za­mknę­łam ich śmierć gdzieś bar­dzo głę­bo­ko. Przy­sy­pa­łam. Nie chcia­łam, nie umia­łam mó­wić o tym, co się zda­rzy­ło, co czu­ję. Za bar­dzo bo­la­ło. Ja na­wet nie po­zwa­la­łam so­bie na my­śle­nie o nich. Kie­dy na­gle po­ja­wia­ło się ja­kieś wspo­mnie­nie, czu­łam strasz­ny ból. I pust­kę. Kie­dy ktoś py­tał mnie o ro­dzi­ców, lo­do­wa­to od­po­wia­da­łam: "Umar­li"... I mo­dli­łam się w du­chu, żeby nie pa­dło na­stęp­ne py­ta­nie. Przez wie­le lat tak na­praw­dę nie prze­ży­łam ich śmier­ci. Ostat­nio dużo my­ślę o ma­mie, czę­sto cho­dzę w jej płasz­czu. Mo­głam ci po­ka­zać jej zdję­cia. A jesz­cze nie­daw­no sama nie chcia­łam ich oglą­dać.

Ro­dzi­ce

"Kie­dy na­gle po­ja­wia­ło się ja­kieś wspo­mnie­nie, czu­łam strasz­ny ból".

Rak zna­czył dla mnie śmierć

Jak do­wie­dzia­łaś się, że masz raka?

Rano bra­łam prysz­nic i zna­la­złam na pra­wej pier­si ma­lut­ki gu­zek. Po­czu­łam po­twor­ny strach. Pod­świa­do­mie wie­dzia­łam, że to coś bar­dzo złe­go. Za­dzwo­ni­łam do bra­ta. Kie­dy je­cha­łam na ba­da­nia do szpi­ta­la, strasz­nie pła­ka­łam, by­łam prze­ra­żo­na. Nie­wie­le pa­mię­tam z tam­te­go dnia. Wszyst­ko dzia­ło się bar­dzo szyb­ko.

Mam­mo­gra­fia, biop­sja, już na trze­ci dzień ope­ra­cja. Wte­dy jesz­cze nie było wia­do­mo, czy to jest no­wo­twór zło­śli­wy, czy może ja­kiś włók­niak. Po­cie­sza­no mnie, że to na pew­no nic groź­ne­go, że je­stem za mło­da, żeby mieć raka. Nie­ste­ty, ba­da­nie śród­o­pe­ra­cyj­ne po­ka­za­ło, że mam raka... Wy­cię­to tyl­ko gu­zek, oszczę­dzo­no pierś. Ale ko­lej­ne ba­da­nia nie przy­nio­sły do­brych in­for­ma­cji. Rak miał naj­wyż­szy sto­pień zło­śli­wo­ści - G3. Za­raz po wy­go­je­niu ran zro­bi­łam mam­mo­gra­fię i oka­za­ło się, że w dru­giej pier­si też mam raka, roz­sia­ne­go... Wy­da­wa­ło mi się, że rak jest już w ca­łym moim cie­le, że nie ma ani jed­ne­go wol­ne­go miej­sca, w któ­rym by się nie roz­py­chał. Po­że­rał mnie. A ja nie mo­głam go za­trzy­mać.

Mia­łaś wte­dy nie­speł­na 27 lat. Pa­mię­tasz swo­je emo­cje?

Bar­dzo do­kład­nie. Jak za­trzy­ma­ne w ka­drze... Czu­łam złość, żal, nie­do­wie­rza­nie. Mnó­stwo róż­nych skłę­bio­nych emo­cji. Prze­cho­dzi­łam z agre­sji do po­ko­ry, z pła­czu do śmie­chu.

Kie­dy le­karz po­wie­dział, że mu­szę da­lej się le­czyć, że cze­ka mnie obu­stron­na ma­stek­to­mia, a po niej che­mio­te­ra­pia i na­świe­tla­nia, by­łam za­ła­ma­na. A jesz­cze usły­sza­łam, że­bym po­mo­cy szu­ka­ła gdzie in­dziej, bo tu, w Ło­dzi, już nic nie mogą... Pa­mię­tam swo­je prze­ra­że­nie, nie­moc. Ta­kie odrę­twie­nie, jak­bym na­gle zna­la­zła się w ja­kimś od­re­al­nio­nym świe­cie. Jak­bym oglą­da­ła film z sobą w roli głów­nej. Nie, nie z sobą. Mnie ktoś grał. A ja pa­trzy­łam. Czu­łam się kom­plet­nie za­gu­bio­na. Ucie­ka­łam od pro­ble­mu, łu­dzi­łam się, że może trze­ba zro­bić ko­lej­ne ba­da­nia. któ­re po­ka­żą, że jed­nak nie mam raka.

Cały świat mi się za­wa­lił. Dla mnie rak zna­czył ko­niec, wy­rok śmier­ci. Chcia­łam jak naj­da­lej uciec od le­ka­rzy, szpi­ta­la. Scho­wać się gdzieś, ukryć. Od­cza­ro­wać rze­czy­wi­stość.

My­śla­łaś wte­dy o swo­ich ro­dzi­cach, o tym, że im się nie uda­ło?

To była pierw­sza myśl, któ­ra po­ja­wi­ła mi się w gło­wie. Mama pod­ję­ła wal­kę i umar­ła. To była dro­ga przez mękę. Sie­dem dłu­gich, strasz­nych lat, któ­re ko­ja­rzy­ły mi się tyl­ko z cier­pie­niem. By­łam prze­ko­na­na, że bez wzglę­du na to, czy będę się le­czyć, czy nie, ko­niec bę­dzie taki sam. A być może, jak pod­dam się le­cze­niu, dłu­żej będę się mę­czyć. Przy­po­mnia­łam so­bie, jak mó­wi­łam ma­mie, że bę­dzie do­brze...

Ża­den z le­ka­rzy mi nie po­wie­dział, że prze­cież od śmier­ci mamy mi­nę­ło pra­wie dzie­sięć lat i me­dy­cy­na jest już w zu­peł­nie in­nym miej­scu.

Mój przy­ja­ciel od ośmiu mie­się­cy cho­ru­je na raka płuc. Prze­szedł kil­ka ope­ra­cji, kil­ka kur­sów che­mii i na­świe­tlań. M. cały czas pra­cu­je, nie pod­da­je się. Na­wet kie­dy ma roz­le­głe prze­rzu­ty do wą­tro­by mówi mi: "Wyj­dę z tego". Nig­dy nie chce roz­ma­wiać o cho­ro­bie. Kie­dy jest już bar­dzo źle, czy­tam mu w szpi­ta­lu ga­ze­ty.

Wszyst­ko go in­te­re­su­je, za pół roku pla­nu­je wy­jazd na wa­ka­cje do Pro­wan­sji. A ja wi­dzę, że cho­ro­ba dra­ma­tycz­nie po­stę­pu­je, że to kwe­stia może ty­go­dni, a może dni...

Na trzy dni przed śmier­cią chce ze mną roz­ma­wiać o wy­bo­rach pre­zy­denc­kich w Sta­nach, któ­re wła­śnie trwa­ją. Roz­ma­wia­my i przez chwi­lę czu­ję po­twor­ną nie­zręcz­ność, ja­kiś strasz­ny fałsz, że w tym mo­men­cie mó­wi­my o czymś tak nie­istot­nym.

Tak ła­twiej mu od­cho­dzić... Za­bi­ja świa­do­mość, że to już... Moc­no wie­rzę, że prze­cież za­wsze jest miej­sce na cud... Ale go nie zo­ba­czę...

Za mie­siąc moja mama ma na­wrót raka, po je­de­na­stu la­tach spo­ko­ju. W dru­giej pier­si, roz­sia­ny, wy­ka­za­ła go do­pie­ro mam­mo­gra­fia ce­lo­wa­na. A już za­po­mnia­ły­śmy, że kie­dyś była cho­ra.

Wszyst­ko dzie­je się bar­dzo szyb­ko. Am­pu­ta­cja dru­giej pier­si, cze­ka­nie na wy­ni­ki. Czu­ję, że za­pa­dam się w so­bie. Chy­ba naj­gor­sze jest to cze­ka­nie... Ale kie­dy oka­zu­je się, że to tyl­ko miej­sco­wy na­wrót, że nie ma od­le­głych prze­rzu­tów, wę­zły chłon­ne są czy­ste, wca­le nie czu­ję ulgi. Pa­nicz­nie się boję. Bez prze­rwy my­ślę: "A je­że­li za mie­siąc oka­że się, że prze­rzu­ty jed­nak są...".

Nie po­tra­fię na ni­czym in­nym się sku­pić. Rak jest cały czas w mo­jej gło­wie. Strasz­nie się roz­py­cha. Ży­cie stra­ci­ło bar­wy, sma­ki.

Któ­re­goś ran­ka sto­ję przed lu­strem w ła­zien­ce i ze zdu­mie­niem wi­dzę, że mam ciem­ne wło­sy. Co się dzie­je? Prze­cież je­stem blon­dyn­ką! Po chwi­li do­cho­dzi do mnie, że świat wo­kół stał się czar­no- bia­ły. Ja na­praw­dę nie wi­dzę ko­lo­rów! Na­wet ob­ra­zy na ścia­nach sta­ły się czar­no-bia­łe. Opo­wia­dam o tym Mag­dzie. Nic nie mówi, tyl­ko mnie przy­tu­la. Idzie­my ra­zem do Cen­trum On­ko­lo­gii.

Na sali z mamą leżą dwie ko­bie­ty w śred­nim wie­ku. Cho­ru­ją w sa­mot­no­ści. Mo­ni­ka - ze środ­ko­we­go łóż­ka -  opo­wia­da nam, że mąż, dzie­ci i przy­ja­cie­le my­ślą, że jest te­raz na Wy­spach Ka­na­ryj­skich. Po­wie­dzia­ła im, że musi po­je­chać sama, żeby wresz­cie so­lid­nie od­po­cząć. A ona wczo­raj mia­ła ope­ra­cję wy­cię­cia guza z pra­wej pier­si. Mar­twi się tyl­ko, jak to da­lej ukry­je, je­że­li bę­dzie mu­sia­ła mieć ma­stek­to­mię, che­mię...

Słu­cham zdu­mio­na, nie do­wie­rzam. A za chwi­lę sły­szę, że Ewa - ład­na blon­dyn­ka, któ­ra leży przy oknie - przez trzy lata po tym, jak do­wie­dzia­ła się, że ma raka pier­si, nic z tym nie ro­bi­ła. Scho­wa­ła wy­ni­ki głę­bo­ko do szu­fla­dy i sta­ra­ła się o nich za­po­mnieć. Po­szła do le­ka­rza, kie­dy bóle krę­go­słu­pa były tak do­tkli­we, że z tru­dem mo­gła cho­dzić. Wy­pie­ra­ła myśl, że to może mieć zwią­zek z nie­le­czo­nym ra­kiem. Dziś ma prze­rzu­ty do wszyst­kich ko­ści, z tru­dem sia­da na łóż­ku, do­sta­je che­mię pa­lia­tyw­ną.

Idzie­my z Mag­dą do bu­fe­tu na her­ba­tę. Nie mogę prze­stać o tym my­śleć, jak moż­na samą sie­bie oszu­ki­wać przez trzy lata. Trzy dni, trzy ty­go­dnie - tak, ale trzy lata...

Wolę umrzeć szyb­ciej, ale z po­czu­ciem spo­ko­ju

Po­szłaś do ga­bi­ne­tu me­dy­cy­ny nie­kon­wen­cjo­nal­nej. Wie­rzy­łaś, że tam Ci po­mo­gą?

Wsty­dzi­łam się tej ir­ra­cjo­nal­no­ści, ale tak było. Chcia­łam się ra­to­wać, żyć, szu­ka­łam schro­nie­nia jak za­gu­bio­ny, prze­ra­żo­ny zwie­rzak. Wte­dy już pra­co­wa­łam w War­sza­wie, gdzieś w cen­trum zna­la­złam ga­bi­net me­dy­cy­ny chiń­skiej. Każ­de­go dnia, oprócz nie­dzie­li, wsta­wa­łam o pią­tej rano, żeby na szó­stą do­je­chać na bar­dzo bo­le­sne ma­sa­że. Gło­dzi­łam się ty­go­dnia­mi, bo pa­nie mó­wi­ły, że gło­dów­ki mnie prze­czysz­czą i wy­su­szą raka. Ja, ra­cjo­na­list­ka, głę­bo­ko w to wie­rzy­łam. A może uda­wa­łam sama przed sobą, że wie­rzę... Ro­bi­łam so­bie le­wa­ty­wy, ły­ka­łam róż­ne dziw­ne ta­blet­ki, pi­łam zio­ła. Wła­ści­wie nie wie­dzia­łam, co bio­rę.

Mó­wio­no Ci, że na pew­no wy­zdro­wie­jesz?

Do­sta­łam na­dzie­ję, roz­mo­wę, cie­pło, po­cie­sze­nie. Na­zy­wa­no mnie "cu­dow­ną Ma­dzią". Mó­wio­no, że wyj­dę z raka. Czu­łam, że je­stem dla ko­goś waż­na, że ktoś mnie ro­zu­mie. Tego nie zna­la­złam w szpi­ta­lach. Ża­den le­karz tak na­praw­dę ze mną nie roz­ma­wiał, ni­cze­go mi nie wy­ja­śnił. Wcho­dzi­łam na kil­ka mi­nut do ga­bi­ne­tu i sły­sza­łam: "Naj­pierw obu­stron­na ma­stek­to­mia, a póź­niej che­mio­te­ra­pia i na­świe­tla­nia". A mnie to wszyst­ko ko­ja­rzy­ło się wy­łącz­nie z wy­cień­cze­niem or­ga­ni­zmu i po­wol­nym umie­ra­niem. Pa­mię­tam, jak w Cen­trum On­ko­lo­gii cze­ka­łam kie­dyś w ko­lej­ce do le­ka­rza pięć go­dzin. Pięć go­dzin wśród cier­pie­nia in­nych lu­dzi... A po­tem pięć mi­nut w ga­bi­ne­cie... Po­my­śla­łam wte­dy: "Wolę umrzeć szyb­ciej, ale z po­czu­ciem spo­ko­ju, ho­no­rem i god­no­ścią".

Le­czy­łaś się w ga­bi­ne­cie me­dy­cy­ny nie­kon­wen­cjo­nal­nej aż pół­to­ra roku. Przez ten czas nie ro­bi­łaś so­bie żad­nych ba­dań?

Cały czas kon­tro­lo­wa­łam krew, ro­bi­łam mam­mo­gra­fię. Nic złe­go się nie dzia­ło. Ale gdzieś tak po roku za­czę­łam cho­dzić do ga­bi­ne­tu co­raz rza­dziej. Samo miej­sce za­czę­ło mi się wy­da­wać ab­sur­dal­ne. Do­pie­ro po tak dłu­gim cza­sie to za­uwa­ży­łam. W trzech ro­gach du­że­go po­ko­ju sie­dzia­ły ko­bie­ty, któ­re koł­ka­mi ma­so­wa­ły lu­dziom sto­py. Na środ­ku sta­ły dwie ka­na­py, na któ­rych cze­ka­li ko­lej­ni pa­cjen­ci. Wszy­scy wszyst­ko wi­dzie­li, re­ago­wa­li na krzy­ki, bo ma­sa­że spra­wia­ły ogrom­ny ból. Któ­re­goś dnia po­pa­trzy­łam na ma­su­ją­cą mnie pa­nią Jolę i wy­da­ła mi się ja­kimś dia­błem albo klow­nem. Po­my­śla­łam: "Co ja tu ro­bię?". Wkrót­ce zna­la­złam gu­zek w dru­giej pier­si. Już wie­dzia­łam, że jest źle, że rak się roz­wi­ja...

Umó­wi­łam się na wi­zy­tę u on­ko­lo­ga. Ale przed nią, w ja­kimś od­ru­chu pa­ni­ki, po­szłam jesz­cze do pani Joli. Jak­bym szu­ka­ła za­prze­cze­nia. Po­wie­dzia­ła mi, że bę­dzie do­brze i że na pew­no nie mam prze­rzu­tów do wę­złów chłon­nych.

Ale już pew­nie w to nie wie­rzy­łaś?

Nie, wca­le się nie uspo­ko­iłam. Na­stęp­ne­go dnia mia­łam ba­da­nie, któ­re wy­ka­za­ło, że prze­rzu­ty jed­nak są. Usły­sza­łam, że jak naj­szyb­ciej mu­szę się pod­dać obu­stron­nej ma­stek­to­mii. Po­czu­łam kom­plet­ną pust­kę, bez­sil­ność. Chy­ba na­wet więk­szą, niż kie­dy do­wie­dzia­łam się, że mam raka. Jak­bym wpa­dła w czar­ną ot­chłań, z któ­rej nie ma już wyj­ścia. Za­wio­dła me­dy­cy­na nie­kon­wen­cjo­nal­na, a ja nadal nie wie­rzy­łam, że ope­ra­cja i che­mia mają sens. My­śla­łam, że przede mną jest tyl­ko śmierć...

Nasz pierw­szy dzień zdję­cio­wy. Je­dzie­my z Mag­dą na che­mio­te­ra­pię do szpi­ta­la w Ka­to­wi­cach. Póź­niej zo­ba­czę, że Mag­da wie­lo­krot­nie zmie­nia szpi­ta­le, le­ka­rzy. Szu­ka ko­goś, kto ją zro­zu­mie, za­trzy­ma się na mo­ment, po­roz­ma­wia. Dla kogo nie bę­dzie tyl­ko ra­kiem pier­si, ale czło­wie­kiem. Mówi, że czę­sto ma wra­że­nie, jak­by z chwi­lą za­cho­ro­wa­nia lu­dzie prze­sta­wa­li mieć swo­ją toż­sa­mość, a sta­wa­li się je­dy­nie przy­pad­ka­mi raka w wiel­kiej szpi­tal­nej ma­chi­nie. Żar­tu­je, że nie­któ­rzy le­ka­rze pew­nie wo­le­li­by wi­dzieć same wy­ni­ki, a pa­cjent do ni­cze­go nie jest im po­trzeb­ny.

To nic, że musi je­chać trzy go­dzi­ny w jed­ną stro­nę. Już się cie­szy, że za chwi­lę zo­ba­czy swo­ją pa­nią dok­tor. I kie­dy wcho­dzi­my z nią i Bart­kiem do ga­bi­ne­tu, ro­zu­miem, o czym mó­wi­ła. Wi­zy­ta trwa do­bre pół go­dzi­ny. Pani dok­tor jest po­god­na, nie spie­szy się, uważ­nie słu­cha py­tań. Mówi Mag­dzie, że pięk­nie wy­glą­da i że ma nor­mal­nie żyć. Po­wta­rza to kil­ka razy - nor­mal­nie żyć. Być szczę­śli­wą ko­bie­tą, mamą, żoną. Mimo cho­ro­by. To­wa­rzy­szy­my Mag­dzie bar­dzo dys­kret­nie. Rów­nież wte­dy, kie­dy pod­łą­cza­ją jej kro­plów­kę z che­mią. Na sześć go­dzin. Wiel­ka bu­tla prze­zro­czy­ste­go pły­nu z na­pi­sem: "Mag­da Pro­ko­po­wicz". Kro­ple wol­no spły­wa­ją do żyły.

Mag­da mówi, że wy­obra­ża so­bie wiel­ki, pięk­ny dzban ze źró­dla­ną ży­cio­daj­ną wodą, któ­ra ją oczysz­cza, wy­płu­ku­je z or­ga­ni­zmu wszel­kie tok­sy­ny i każ­dą ko­mór­kę raka. Bar­tek cały czas jest przy Mag­dzie, przy­no­si je­dze­nie, ga­ze­ty. Mówi, że te wy­jaz­dy do Ka­to­wic to ta­kie ich "wa­ka­cje od ży­cia. Zo­sta­wia­my Le­osia z nia­nią i bab­cią i nic nas nie ob­cho­dzi".

Mi­łość od pierw­sze­go do­tknię­cia

Mi­łość była ostat­nią rze­czą o ja­kiej wte­dy my­śla­łam. Kie­dy je­steś bar­dzo po­waż­nie cho­ra, za­my­kasz się przed uczu­cia­mi, wręcz od nich ucie­kasz. Je­steś tak bar­dzo skon­cen­tro­wa­na na so­bie i cho­ro­wa­niu, że nic poza tym nie ist­nie­je.

Skoń­czył się mój zwią­zek, któ­ry roz­pa­dał się przez dwa lata. Usły­sza­łam od chło­pa­ka, że prze­ra­ża go moja cho­ro­ba i nie daje so­bie z nią rady. Od­szedł. Przy­ję­łam to spo­koj­nie, po­wie­dzia­łam so­bie: "Cóż, po­my­li­łam się, to zu­peł­nie nie ten czło­wiek. Mu­szę sama iść da­lej". By­łam od za­wsze przy­zwy­cza­jo­na do sa­mot­no­ści. Bar­dzo ba­łam się bli­sko­ści. Pew­niej, bez­piecz­niej czu­łam się sama.

Po­zna­nie Bart­ka to był cud?

Ja to na­zy­wam pięk­ną baj­ką. Mo­ment, w któ­rym za­ko­cha­li­śmy się w so­bie, był ab­so­lut­nie wy­jąt­ko­wy i jak­by nie z tego świa­ta. Nig­dy wcze­śniej cze­goś ta­kie­go nie prze­ży­łam. Wię­cej: nie wie­rzy­łam, że je­stem w sta­nie ko­goś tak moc­no po­ko­chać. Zna­li­śmy się od dziec­ka, ale nig­dy nie za­mie­ni­li­śmy ze sobą na­wet sło­wa. Miesz­ka­li­śmy w Ło­dzi na tym sa­mym osie­dlu, cho­dzi­li­śmy do tej sa­mej pod­sta­wów­ki. Raz na­wet by­li­śmy na jed­nym obo­zie har­cer­skim. Ale wte­dy Bar­tek miał 15 lat, a ja 10. Do dziś mam ta­kie dwa ka­dry w oczach. Pierw­szy: sto­ję w kuch­ni przy oknie, kro­ję chleb i wi­dzę, jak Bar­tek idzie traw­ni­kiem do swo­je­go domu. Przy­glą­dam mu się bar­dzo uważ­nie, pa­trzę, do­pó­ki nie znik­nie.

I póź­niej­szy ob­raz: je­stem już na stu­diach, do­ra­biam w ja­kiejś knaj­pie, strasz­ny ha­łas, tłum lu­dzi i wpa­da Bar­tek, przez chwi­lę sto­imy bar­dzo bli­sko sie­bie. Pra­wie się do­ty­ka­my. Po tym spo­tka­niu nie wi­dzie­li­śmy się przez kil­ka lat.

Aż do dnia, kie­dy po­je­cha­łaś do domu Bart­ka ku­pić jego sa­mo­chód.

Co za nie­praw­do­po­dob­ny zbieg oko­licz­no­ści... Jak­by los chciał nas po­łą­czyć... Kie­dy przy­szłam, Bar­tek sie­dział z są­sia­da­mi przy gril­lu. Był roz­ba­wio­ny, śpie­wał z bra­tem ja­kieś pio­sen­ki. Ja by­łam okrop­nie spię­ta, chu­da, smut­na, nie­obec­na. Usia­dłam z boku, po­pi­ja­łam cie­płą wodę z kub­ka. Wszę­dzie ją ze sobą no­si­łam, wie­rzy­łam, że oczysz­cza mi or­ga­nizm. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach usie­dli­śmy z Bart­kiem na scho­dach, żeby w koń­cu po­roz­ma­wiać o sa­mo­cho­dzie. To była chwi­la, jed­na se­kun­da...

Mi­łość od pierw­sze­go spoj­rze­nia?

Od pierw­sze­go do­ty­ku... Kie­dy Bar­tek do­tknął mo­jej ręki, po­czu­łam nie­sa­mo­wi­te prze­szy­cie ca­łe­go cia­ła. Ab­so­lut­ne szczę­ście, spo­kój, speł­nie­nie. Jak­bym od­na­la­zła dom. Całą sobą, cia­łem, du­szą, ser­cem czu­łam, że to jest mi­łość. Że dzie­je się coś wiel­kie­go, pięk­ne­go, nie­zwy­kłe­go. Kie­dy wie­czo­rem wró­ci­łam do sie­bie, mia­łam wra­że­nie, że fru­wam. Świat wi­ro­wał, miał nie­sa­mo­wi­te ko­lo­ry, za­pa­chy. Nie mo­głam spać. O czwar­tej w nocy Bar­tek przy­słał mi SMS: "Czy chcia­ła­byś ze mną spę­dzić ży­cie?". Czu­łam to samo, co on. Na­stęp­ne­go dnia ro­bił ja­kąś re­kla­mę i z pla­nu zdję­cio­we­go wy­sy­łał mi dzie­siąt­ki SMS-ów. Chy­ba w czter­dzie­stym za­py­tał, czy zo­sta­nę jego żoną i czy chcę mieć z nim dziec­ko.

Co od­pi­sa­łaś?

Je­cha­łam wte­dy na targ sta­ro­ci na Kole. Sta­nę­łam przed Te­sco i po­czu­łam wiel­kie szczę­ście. Na­pi­sa­łam jed­no sło­wo: "Tak". Wy­sy­ła­li­śmy SMS-y przez cały dzień i na­stęp­ną noc. Spo­tka­li­śmy się po dwóch dniach. We­szłam do domu Bart­ka, przy­tu­li­li­śmy się i już tam zo­sta­łam.

Pa­mię­tam, jak Aga­ta Mróz opo­wia­da­ła mi o po­cząt­kach swo­jej mi­ło­ści. Po­wie­dzia­ła, że gdy­by nie cho­ro­ba, pew­nie nie mia­ła­by w so­bie tyle od­wa­gi i wszyst­ko po­to­czy­ło­by się dużo wol­niej.

Pod­świa­do­mie tak wła­śnie czu­łam. Cho­ro­ba otwo­rzy­ła mnie na mi­łość. Nie za­sta­na­wia­łam się, ni­cze­go nie ana­li­zo­wa­łam. Za­ko­cha­łam się, więc było oczy­wi­ste, że ra­zem miesz­ka­my. Po co cze­kać, spo­ty­kać się w ka­wiar­niach przez pół roku, cho­dzić na rand­ki do kina? Bez­sens, stra­ta cza­su, któ­re­go może tak dużo nie mam.

Mag­da chce mnie po­znać z Pau­lą Pru­ską. Pau­la ma dwa­dzie­ścia pięć lat i pi­sze nie­zwy­kłe­go blo­ga Pau­la i pan Śmie­ciuch.

Ten śmie­ciuch to bar­dzo rzad­ki zło­śli­wy no­wo­twór, któ­ry za­ata­ko­wał bio­dro. Czy­tam jej wpis na blo­gu: "Z każ­de­go zda­rze­nia, z każ­dej chwi­li, jaką prze­ży­wam w swo­im te­raź­niej­szym ży­ciu, wy­sy­sam, co tyl­ko moż­na. I nie dla­te­go, że się boję, że nie wiem, ile jesz­cze mam cza­su. Może i nie wiem. Ale czy Ty wiesz? Wiesz, ile Ci zo­sta­ło? To nie­istot­ne. Wy­sy­sam "smak" na­sze­go ist­nie­nia, bo o ile przy­jem­niej jest tak żyć! O ile przy­jem­niej jest słu­chać te­raz mu­zy­ki. O ile przy­jem­niej jest tań­czyć na uli­cy, gdy wszy­scy pa­trzą na cie­bie jak na wa­ria­tuń­cia! Jak też cu­dow­nie jest sie­dzieć w domu, ci­chym i spo­koj­nym. A przez otwar­te okno czuć uno­szą­cą się woń bzu i ja­śmi­nu. Pa­trzeć, jak wo­kół kwit­nie wszyst­ko i zdać so­bie z tego spra­wę". Je­dzie­my z Mag­dą do Pau­li, na tar­gu ku­pu­je­my wiel­kie­go ana­na­sa, z któ­re­go zro­bi­my pysz­ny sok.

Pau­la - pięk­na, wy­so­ka blon­dyn­ka, opo­wia­da nam, że szy­ku­je się do ko­lej­ne­go wy­jaz­du za Wiel­ką Wodę, tak na­zy­wa swo­je po­dró­że do Sta­nów. W Bo­sto­nie prze­szła skom­pli­ko­wa­ną ope­ra­cję i na­świe­tla­nia pro­to­no­we, za­kwa­li­fi­ko­wa­no ją do eks­pe­ry­men­tal­ne­go le­cze­nia. A wszyst­ko sta­ło się moż­li­we dzię­ki wpła­tom ty­się­cy lu­dzi. Pau­la ze­bra­ła 250 ty­się­cy do­la­rów.

Wy­daw­nic­two Zwier­cia­dło Sp. z o.o.

ul. Ka­ro­wa 31a, 00-324 War­sza­wa

tel. 22 312 37 12

Dział han­dlo­wy:

han­dlo­wy@zwier­cia­dlo.pl

? Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Zwier­cia­dło Sp. z o.o., War­sza­wa 2013

Text ? co­py­ri­ght by Ali­na Mro­wiń­ska 2013

Pho­tos and Text ? co­py­ri­ght by Bar­tek Pro­ko­po­wicz, 2013

W książ­ce zo­sta­ły za­miesz­czo­ne ob­szer­ne frag­men­ty blo­ga Mag­da­le­ny Pro­ko­po­wicz.

Re­dak­cja: Me­lanż

Ko­rek­ty: Mo­ni­ka Kre­sa, Agniesz­ka Ry­tel / Me­lanż

Pro­jekt okład­ki oraz pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny: Na­ta­lia Ba­ra­now­ska /ma­nu­ka­stu­dio.pl

Skład: Plu­part

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Mag­da­le­na Cho­rę­ba­ła

Dy­rek­tor pro­duk­cji: Ro­bert Je­żew­ski

Zdję­cia

Bar­tek Pro­ko­po­wicz

Ja­cek Po­rem­ba

Ar­chi­wum Bart­ka Pro­ko­po­wi­cza / Je­re­mi Pro­ko­po­wicz

ISBN: 978-83-63014-72-8

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie, w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw au­tor­skich.

DEKALOG MAGDY

  ba­daj się! Dzię­ki ba­da­niom moż­na wy­kryć raka w bar­dzo wcze­snym sta­dium.   rak to nie wy­rok!   wszyst­ko jest in­dy­wi­du­al­ne - prze­bieg cho­ro­by oraz skut­ki le­cze­nia, więc nie myśl od razu o naj­gor­szym i nie bierz do sie­bie opo­wie­ści in­nych cho­rych. Na­wet po che­mio­te­ra­pii mo­żesz czuć się świet­nie.   me­dy­cy­na kon­wen­cjo­nal­na jest pod­sta­wą w le­cze­niu raka!   znajdź do­bre­go le­ka­rza - ta­kie­go, któ­ry za­pew­ni Ci po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Kto szu­ka, ten znaj­dzie!   za­się­gnij opi­nii in­nych. Py­taj wszyst­kich o róż­no­rod­ne kon­tak­ty. Masz pra­wo py­tać swo­je­go on­ko­lo­ga o wszyst­ko, co Cię in­te­re­su­je i mar­twi. Nie za­do­wa­laj się dia­gno­zą in­ter­ni­sty, uro­lo­ga, chi­rur­ga, ne­fro­lo­ga, ani ni­ko­go, kto nie jest spe­cja­li­stą w le­cze­niu raka. Je­że­li masz raka - idź do on­ko­lo­ga. Nie ucie­kaj od cho­ro­by, spraw­dzaj i kon­sul­tuj wy­ni­ki ba­dań, rób ba­da­nia kon­tro­l­ne. Py­taj, szu­kaj, drąż. Bądź go­tów do wiel­kich zmian. Może od razu tego nie po­czu­jesz, ale z cza­sem oka­że się, że są to zmia­ny na lep­sze.   dbaj o swój wy­gląd, nadal je­steś czło­wie­kiem! Ru­szaj się - co­dzien­nie cho­ciaż spa­cer lub ba­sen.   je­steś tym, co jesz. Za­sa­da nu­mer je­den: zero cu­kru! Za­sa­da nu­mer dwa: przede wszyst­kim owo­ce i wa­rzy­wa.   nie od­trą­caj ro­dzi­ny i bli­skich. Szu­kaj wspar­cia, ko­rzy­staj z po­mo­cy psy­cho­on­ko­lo­ga lub in­nych form te­ra­pii. Two­ja kon­dy­cja psy­chicz­na jest bar­dzo waż­na.   pa­mię­taj, że je­steś naj­waż­niej­szy, ko­chaj sie­bie. Brzmi ba­nal­nie, ale czy­ni cuda. Myśl po­zy­tyw­nie i uśmie­chaj się sze­ro­ko, mo­żesz być szczę­śli­wy na­wet z ra­kiem! Żyj dniem dzi­siej­szym. To, co było, mi­nę­ło, a co bę­dzie - tego nie wie nikt. Ciesz się ży­ciem, nadal ży­jesz! Dzię­kuj Wszech­świa­to­wi, Bo­skiej Mocy, Anio­ło­wi za każ­dy dzień.

ŁEB DO SŁOŃ­CA!