3 Próby
Pawilon znajdował się na południowym skraju pola turniejowego, gdzie z podwyższonej platformy rozciągał się najlepszy widok na mające się wkrótce rozpocząć walki. Białe płótno oślepiało odbitym światłem porannego słońca, a wysoko w górze powiewał na chłodnym jesiennym wietrze smoczy proporzec Caer Dour. Dzień prób miał być dniem świątecznym, lecz radość tłumił strach, każdy wiedział bowiem, że do miasteczka zbliża się ferocka armia.
Wyglądający z pawilonu Falko powiódł wzrokiem po tłumie zgromadzonym na obrzeżach pola. Rzucił mu się w oczy brak mężczyzn w przedziale wiekowym, który znamionował największą wartość bojową. Szranki mogli podziwiać tylko ci obywatele, których członkowie rodzin brali udział w próbach. Armia została już zmobilizowana i większość mieszkańców płci męskiej obozowała teraz w głębi doliny, gotowa ruszyć do boju z Opętanymi, nim ci zanadto zbliżą się do miasta. Droga, którą obrał wróg, wiodła tylko w jednym kierunku. Jeśli nie liczyć odbiegających od szlaku pasterskich ścieżek, nie było którędy zawrócić, Opętani ciągnęli więc prosto na Caer Dour.
Uchodźcy z wiosek i gospodarstw w głębi kotliny zaczęli już napływać do miasteczka w obawie przed zbliżającym się wielkimi krokami niebezpieczeństwem. Ich przybycie uświadomiło niektórym realność zagrożenia, lecz Valencjanie byli narodem wojowników. Licząc na wsparcie ościennych regionów, Caer Dour mogło w mgnieniu oka wystawić armię w sile dwóch tysięcy żołnierzy, nawet jeśli niewielu z nich miało jakieś doświadczenie w walce z Opętanymi, nie wspominając już o dowodzącym nimi demonie.
Nie, mieszkańcy Caer Dour nie zdradzali się ze swoimi obawami, lecz powrót Dariusa wzbudził w nich niemal namacalną ulgę. Ich mag bitewny zjawił się w samą porę, by uratować ich przed diabelskimi szponami, mogli więc oddać się uciechom prób, zanim ostatni z wojowników ruszy do bitwy.
Wróciwszy myślami do dręczących Symeona koszmarów, Falko sam odetchnął z ulgą. Uporczywość tych snów budziła w nim ostatnio coraz większe przerażenie, choć nie był pewien, czy to przez jego własną wybujałą wyobraźnię, czy może w związku z niepokojącą bliskością Opętanych. W każdym razie był pewien, że kamień spadnie mu z serca, gdy już Darius powali demona. Postanowił więc skupić się na teraźniejszości. Próby rozpoczną się lada moment.
Pole turniejowe rozścielało się na płaskowyżu, gdzie skalisty krajobraz ustępował miejsca równinie zasypanej bladym żwirem. Góry północnej Valencji rozrastały się z tego punktu we wszystkich kierunkach, lecz jeden szczyt wzbijał się ponad poszarpany krajobraz.
Czarna Góra - Mont Noir.
Górujący nad miasteczkiem masyw ciemnej skały był niczym milczący strażnik trzymający pieczę nad Caer Dour. To tam stały tajemne wieże magów i to właśnie tam magowie bitewni próbowali w przeszłości przywoływać smoki. A dziś w nocy, gdy wszyscy będą jeść i pić, ponownie przeżywając wydarzenia turnieju, Falko wespnie się na jej szczyt, by ujrzeć przywołanie na własne oczy. Szansa na to, by przyjrzeć się smokowi z bliska, może się już nigdy nie nadarzyć, postanowił więc wykorzystać ją za wszelką cenę. Wspinaczka na Mont Noir nie należała jednak do łatwych, zwłaszcza jeśli wspinał się ktoś taki jak Falko.
Musi wyruszyć wcześnie.
I musi to zrobić niepostrzeżenie.
- Pssst!
Wyrwany z zamyślenia chłopak prawie upuścił tacę z serowym pieczywem. Cofnął się od stołów i przeszedł na prawą stronę pawilonu, zakrytą płóciennymi płachtami.
- Podajesz ten chleb czy muchy karmisz?
Ramię Malakiego prześlizgnęło się przez szczelinę między nimi i zręcznie porwało z tacy opasłą kromkę.
- Nie zwymiotujesz z nerwów? - spytał Falko.
- Bzdura, jestem spokojny jak tafla jeziora - odparł Malaki z pełnymi ustami.
Chudzielec uniósł brew z powątpiewaniem. Kowal zawsze zajadał zdenerwowanie.
- No dobra, może trochę się denerwuję - przyznał. - Ten cholerny Jareg. Rozsiewa wokoło uśmiechy, bryluje dobrymi manierami.
Falko rzucił mu podejrzliwe spojrzenie.
- No właśnie - pochwycił myśl przyjaciela Malaki. - Każdy, kto go zna, zacząłby się denerwować. Skurczybyk coś knuje.
- Może, ale ty poradzisz sobie z Jaregiem.
- Wiem, wiem. Ale co jak co, dobry jest. Zawsze trzeba liczyć się z możliwością, że będzie miał szczęście i akurat trafi, gdzie trzeba. Po prostu nie chcę wyjść na głupka.
- Nie wyjdziesz, spokojna głowa.
Malaki błysnął uśmiechem i wskazał głową tłum szykownie ubranych gości, szczelnie wypełniający pawilon.
- A tobie jak idzie?
- Dobrze - skłamał Falko.
Bellius był tak wredny, jak się spodziewali. Wykorzystał nawet obecność Falka, by zmieszać z błotem Symeona. Chłopak doskonale zdawał sobie sprawę, że nawet innym służącym jest nie w smak jego obecność. Falko wykonywał polecenia wolniej i z trudem dźwigał zapełnione jedzeniem tace, ale nie skarżył się na swój los. Jeśli tą drogą znajdzie się w dogodnym miejscu o dogodnym czasie - zniesie wszystko.
- Podałeś mu już coś? Odzywał się do ciebie?
Falko pokręcił głową, podążając wzrokiem za spojrzeniem Malakiego. Pośród tłumu dostrzegli postać emisariusza.
Nazywał się sir William Chevalier i bardziej niż na dworskiego ambasadora wyglądał na zaprawionego w bojach weterana. Był wysokim mężczyzną, szerokim w barach i o ogorzałej skórze pokreślonej bliznami. Jego długie włosy przeplecione były pasmami siwizny, żuchwę pokrywał cień zarostu, a choć jego twarzy nie dało się nazwać przystojną, to swobodne usposobienie i ciepły uśmiech nadawały topornym rysom swoisty urok i czar. Uśmiechał się teraz, tocząc rozmowę z grupą szlachciców.
- Przyszedł wcześniej do kuźni - powiedział Malaki.
- Nie! - zdumiał się Falko.
- A właśnie że tak. Dał zlecenie ojcu. Zostawił pewien przedmiot do odlania.
- Co to za przedmiot?
- Myślę, że klamra pasa. Coś podobnego do wisiorka, który nosi na szyi. Tata mówi, że to nie moja sprawa, ale natychmiast zabrał się do pracy.
Falko przypomniał sobie, że rzeczywiście dostrzegł wiszący na szyi emisariusza srebrny wisiorek na skórzanym rzemieniu. Miał kształt małej końskiej głowy. Od czasu do czasu dłoń emisariusza unosiła się, a jego palce dotykały jej, jakby czerpał z niej otuchę. Mężczyzna wciąż się uśmiechał, ale nawet Malaki potrafił dostrzec skazę w tym uśmiechu, jakby coś nie było do końca w porządku.
- Nie wydaje się przesadnie uradowany.
- Bo nie jest - powiedział Falko.
- Mówisz?
- Uważa, że szlachcice są zbyt pewni siebie.
- Co? Czyli wątpi w to, że Darius może pokonać Opętanych?
- Nie o to chodzi. Wygląda na to, że Illicja rozesłała wici po kilku miasteczkach w okolicy. Ostrzegła je, że ferocka armia przełamała ich linie obrony.
- Naprawdę? Zrobili to? - Malaki przysunął się bliżej.
Falko potwierdził skinieniem.
- Najwyraźniej poradzono wysoko urodzonym, żeby zwrócili się do Caer Laison z prośbą o przysłanie maga bitewnego.
Malaki prychnął.
- Bellius prędzej zeżre własną nogę, niż poprosi Caer Laison o pomoc.
- Dokładnie - potwierdził Falko, a wzrok obu chłopców skupił się na wyelegantowanej postaci Belliusa Snidessona: wysokiego i przystojnego mężczyzny o lśniących czarnych włosach i nieskazitelnie przystrzyżonej brodzie. Ubrany był bogato, lecz gustownie, nawet siwizna widoczna na jego skroniach miała srebrzysty poblask. Stał teraz między Dariusem po swojej lewej i emisariuszem po prawej stronie, niczym wyprężony na postumencie pomnik ku chwale arogancji. - No cóż, przynajmniej na emisariuszu nie zrobił wrażenia - pociągnął Falko. - Uważa, że szlachcice wykazali się lekkomyślnością, licząc na to, że Darius przybędzie na czas.
- No ale przecież przybył - odparł Malaki, a Falko obrzucił go takim spojrzeniem, jakby przyjaciel wbił mu nóż w plecy, stając po stronie szlachty.
- Ale załóżmy, że by nie przybył. A gdyby coś go zatrzymało? Wówczas wysoko urodzeni podaliby Opętanym miasto na srebrnej tacy.
Malaki rozważał jego słowa, lecz cóż to miało teraz za znaczenie? Darius dotarł do Caer Dour, prawda?
- A więc to dlatego chciałeś służyć na próbach - wygłosił oskarżycielskim tonem. - Żeby podsłuchać wszystkie najnowsze plotki.
Uniesiona brew Falka nie zdradzała absolutnie nic.
- Darius wygląda zupełnie inaczej - powiedział Malaki, spoglądając na młodego, ale wywierającego niezwykłe wrażenie człowieka, który znalazł się teraz w centrum uwagi.
- W pewnym sensie - odparł Falko rozkojarzonym głosem. Prawda, wydawał się dojrzalszy, bardziej pewny siebie, ale jego esencja, duch, ukryty w nim ogień, z którego obecności Falko zdawał sobie sprawę w sposób tak oczywisty, jak gdyby widział jego gorejący płomień, nie zmieniły się ani na jotę.
- W pewnym sensie? - zakpił Malaki. - Spójrz tylko na niego!
Trudno było nie zgodzić się z kowalem. Darius ledwie skończył dwadzieścia lat, ale miał postawę człowieka o wiele starszego. Właściwie spośród wszystkich zgromadzonych w pawilonie szlachetnych rycerzy tylko dwóch roztaczało podobnie silną aurę. Jednym był emisariusz królowej, a drugim Symeon le Roy.
Symeona posadzono tak daleko od miejsc honorowych, jak tylko pozwalał protokół, lecz Darius, gdy wszedł, zaraz odnalazł go wzrokiem i podszedł do niego. Kiedy dwaj magowie bitewni uścisnęli sobie dłonie, coś niewypowiedzianego przepłynęło między nimi, coś, czego nikt inny w namiocie nie mógłby pojąć. Lecz ten ich moment nie trwał wiecznie, ponieważ zaraz wdarł się między nich Bellius, zaznaczając swoją obecność zmyślnym komentarzem o tym, że "idzie nowe, a stare odchodzi". Szlachcic od razu wciągnął Dariusa do kręgów, którym chciał zaimponować.
Nowy mag bitewny Caer Dour był mężczyzną średniego wzrostu i budowy, ciemnowłosym, o twarzy jakby wykutej z marmuru, ozdobionej wydatnym, orlim nosem. Miał na sobie opończę z zielono-złotego materiału i tylko miecz oraz naramiennik zdradzały, że gotował się do bitwy. Jeśli on sam wyczuwał w powietrzu jakieś napięcie, nie dawał tego po sobie poznać. Jego błękitne oczy uśmiechały się do podekscytowanych szlachciców, on sam zaś znosił ich natarczywą uwagę z niewymuszonym spokojem.
Raptem pawilon rozbrzmiał dzikim, radosnym okrzykiem, a niezręczna atmosfera natychmiast gdzieś uleciała, gdy spojrzenia tłumu zwróciły się w kierunku pola turniejowego.
- Idą - powiedział Malaki.
Falko podszedł, by lepiej widzieć wychodzące na ubitą ziemię oddziały kadetów, każdy w towarzystwie żołnierzy nadzorujących przebieg rywalizacji.
Pierwszym oddziałem była kawaleria, sunąca naprzód w obstawie pięciu okutych w pełne zbroje rycerzy Zakonu Smoka. Jutro ci żołnierze wyjadą na spotkanie wroga, lecz dzisiaj wiedli na środek pola dziesięciu najbardziej obiecujących młodzieńców. Kadeci ustawili konie w równiutkim szyku, już na wstępie popisując się umiejętnościami, podczas gdy rycerze opuścili lance, by zasalutować reprezentantowi królowej.
- Masz faworyta? - spytał przyjaciela Falko.
- Phi! - prychnął Malaki. - Żaden z nich nie miałby dość ikry, żeby odważyć się na épreuve du force.
Falko spojrzał na przyjaciela z uśmiechem. Épreuve du force, czyli próba sił, to wyczerpujący sprawdzian umiejętności, który pozwalał nisko urodzonym mężczyznom starać się o rycerskie ostrogi. Ci młodzieńcy byli szlachcicami, nie musieli więc przechodzić podobnej próby. Otrzymają tytuł rycerski, gdy tylko skończą dwadzieścia jeden lat.
- Będą szkolić się na oficerów, nie szeregowych rycerzy - dodał Falko. - A teraz powiedz, panie marudo, na kogo stawiasz?
Malaki popatrzył na młodych, przepełnionych nadzieją kadetów i wydął usta. Falko wiedział, że dryblas wiele by dał, by stać teraz wśród nich. Pieszo czy na końskim grzbiecie, w niczym nie ustępował żadnemu z tych uprzywilejowanych szlachciątek.
- Owen jest najbardziej wszechstronny - powiedział w końcu - ale Jareg jest najlepszym jeźdźcem.
- A Gwilhem?
- Silny jak górski niedźwiedź - pokiwał głową kowal. - I podobnie bystry - dorzucił z krzywym uśmieszkiem.
Następnie na pole wyszli fechtmistrzowie. Z tego stylu walki słynęła Valencja: jeden na jeden z mieczem i tarczą.
Fechtmistrzowie nosili na głowach barbuty z charakterystycznymi szczelinami na oczy w kształcie litery T. Ich torsy chroniły kolczugi, prawe rękawy i nogawki wzmocniono dodatkowo metalowymi płytami. Dwaj przyjaciele obserwowali ich bacznie, wiedząc, że większość z nich stanie naprzeciwko Malakiego w bitwie. Ta konkurencja była otwarta dla wszystkich, którzy ośmielili się wziąć w niej udział. Była też ostatnim i najpopularniejszym wydarzeniem dnia.
Następnie przyszła kolej na włóczników i pikinierów, którzy zostaną ocenieni pod kątem siły, stopnia opanowania technik walki bronią oraz umiejętności płynnego przechodzenia z jednej formacji do drugiej, lecz każdy wiedział, że emisariusz szuka ludzi odważnych i nieustępliwych, którzy zdołają utrzymać szyk pod naporem wroga, gdy inni na ich miejscu poszliby w rozsypkę. I choć próby nie były prawdziwą bitwą, sir William Chevalier słynął jako nieomylny sędzia charakteru.
Wreszcie na pole walki weszli łucznicy, a okrzyki z jakiegoś powodu jeszcze się wzmogły. Ze swojego miejsca Falko dostrzegł już przyczynę tego poruszenia. Z uśmiechem skinął głową na przedostatniego kadeta w linii.
- Mówiłem, że dopnie swego - powiedział.
Malaki rozpaczliwie wodził wzrokiem po tłumie kandydatów, dłonią osłaniając oczy od słońca. Większość z dwudziestu łuczników stanowili barczyści młodzieńcy, którzy wyglądali raczej jak synowie rolników niż wypacykowani szlachcice. To właśnie ich siła pozwalała im napinać potężne łuki, te zaś gwarantowały większą dokładność i zasięg. Ale kadetem, którego wskazał Falko, nie był żaden z muskularnych byczków, tylko drobniejsza postać na końcu szeregu - kobieta.
Nazywała się Bryna Godwin i była jedyną córką sir Gerallta Godwina. Jej czarną tunikę i bryczesy skrojono z wysokiej jakości skóry i obszyto czerwonymi i złotymi nićmi, tworzącymi skomplikowany, przeplatany wzór. Długie rude włosy związała rzemieniem, a rumieniec na jej policzkach kontrastował z nerwową bladością cery. Postronny obserwator powiedziałby pewnie, że zupełnie tu nie pasuje, ale Bryna Godwin była łuczniczką i to właśnie wśród łuczników czuła się jak u siebie.
- Odbiło jej - orzekł Malaki.
- Prawda - przystał Falko. - Ale musisz przyznać, że ma dziewczyna ikrę.
Bryna nie była pierwszą dziewczyną, która wzięła udział w turnieju, ale wedle powszechnej opinii pole bitwy nie było dobrym miejscem dla kobiety, zwłaszcza wysoko urodzonej. Sądząc po zaciętej linii żuchwy Bryny, doskonale zdawała sobie z tych opinii sprawę.
Falko sięgnął wzrokiem na drugi koniec pawilonu, szukając jej ojca.
Sir Gerallt Godwin robił wrażenie człowieka wykutego z marmuru, lecz uważny obserwator dostrzegłby na jego twarzy bruzdy będące zapisem tragicznej historii życia. Był to rycerz cieszący się dobrą sławą, który stracił dwóch synów i żonę w epidemii pewnej choroby, jaka przetoczyła się przez miasteczko kilka lat temu. Był też jednym z niewielu szlachciców, którzy mieli odwagę postawić się Belliusowi Snidessonowi.
Odnalazłszy pochmurnego mężczyznę w przeciwnym kącie pawilonu, Falko dostrzegł, że jego dłonią potrząsał, najwyraźniej czegoś mu gratulując, Julius Merryweather, szlachcic o policzkach rumianych jak dojrzałe jabłka, ubrany w przesadnie kolorowe szaty. Merryweather wydawał się szczerze uradowany tym, że Bryna przystąpiła do prób, ale wyraz twarzy sir Gerallta mówił aż nadto dosadnie, że nie pochwala decyzji córki.
Zwieńczywszy rozmowę ostatnim klepnięciem w ramię, Merryweather zostawił Gerallta i wrócił do swojego syna Tobiasa, który siedział na wózku przy jednym ze stołów. Falko uwiesił się wzrokiem na zażywnym mężczyźnie, pałającym nieposkromionym entuzjazmem, który schylił się właśnie, by otrzeć ślinę z obwisłych ust syna. Nie słyszał słów Juliusa, ale jego sparaliżowany syn poruszył się wesoło na wózku i pomachał małymi drewnianymi rycerzykami, które miał przywiązane do nadgarstków.
Szlachta nie pochwalała bezczelności Bryny Godwin, która ośmieliła się postąpić wbrew obyczajowi, ale decyzja Merryweathera, by wychować niepełnosprawnego syna, spotkała się z nieskrywaną wrogością. Nie żeby Merryweather się tym przejmował. Wszelkie docinki czy zaczepki zbywał żartami i dowcipkowaniem, choć nie sposób było ocenić, czy reagował szczerze, czy też była to tylko dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, nieprzepuszczalna fasada.
Merryweather powiódł wzrokiem po tłumie przed pawilonem, a potem popchnął wózek w kierunku Falka, który stał w mniej zatłoczonej części.
- Czy będzie ci przeszkadzało, jeśli zostawię tu syna, mój drogi Danté? - spytał, jakby rozmawiał z kimś dorównującym mu stanem, a nie ze zwykłym służącym. - Stamtąd lasu nie widać, bo drzewa zasłaniają - dodał ze śmiechem, jakby to był żart.
- Ależ skąd - odparł Falko, odsuwając ławę, by zrobić miejsce dla nieporęcznego pojazdu. Skłamałby, mówiąc, że czuje się komfortowo w towarzystwie Tobiasa, ale nie żywił też odrazy i nie potępiał nieszczęśnika jak inni.
- Ooo, chyba się nie oprę! - wykrzyknął Merryweather, nakładając sobie smakołyków z tacy Falka, a potem spoczął na ławie obok syna.
Falko i Malaki wymienili rozbawione spojrzenia, a potem na powrót skupili wzrok na polu turniejowym.
Oflankowani przez eskortę kadeci formowali właśnie szereg przed pawilonem. Kapitanowie poszczególnych oddziałów zbliżyli się do namiotu i wyciągnęli zwoje, które natychmiast podano emisariuszowi. Badawczy wzrok sir Williama przesuwał się po szyku, w miarę jak odczytywał kolejne nazwiska. Gdy skończył, zasalutował kandydatom, przykładając prawą pięść do piersi, a następnie wyciągając ją w ich kierunku. Kadeci odwzajemnili salut, a emisariusz zajął miejsce obok Belliusa Snidessona i Dariusa Voltaria.
Próby mogły się wreszcie rozpocząć.
Malaki i Falko patrzyli, jak kadeci zeszli z pola. Wzrok Falka skakał od jednego do drugiego, ale spojrzenie Malakiego skupione było na rudowłosej dziewczynie w czarnym uniformie łucznika.
- Jak myślisz, czemu to zrobiła? - spytał.
- Strzelam, że chce trenować w Furii - padła odpowiedź Falka.
- A nie po to, żeby rozzłościć ojca? - podsunął Malaki, a Falko wydął usta.
- Niewykluczone - przyznał. - Wiesz, jaka ona jest. Zawsze lubiła stawać okoniem.
- Ale przecież nie ma szans z mężczyznami - powiedział Malaki.
- Na krótki dystans radzi sobie co najmniej tak samo dobrze jak każdy z nich - spierał się Falko. - A nawet lepiej.
- Wiem. Ale o jej wyniku zadecyduje strzelanie na czas w odległości bitewnej - upierał się Malaki. - Jej łuk jest zbyt lekki. Nie niesie dostatecznie daleko.
Falko nie miał innego wyjścia, jak tylko się zgodzić. Spojrzał na łuk, który miała przy sobie Bryna. Był dość krótki w porównaniu z bronią pozostałych kadetów, a obydwa skrzydła gryfu zaraz przy rękojeści były wyraźnie wybrzuszone w kierunku łucznika. Dzięki temu łuk niósł dalej i szybciej, wydobywając ile tylko się da ze słabszego naciągu Bryny, ale Malaki miał rację - ta broń nie mogła się równać z cięższymi łukami pozostałych łuczników. Bryna była w stanie posłać strzałę na taką samą odległość, ale po ostrzejszym zakolu, a więc ze znaczną stratą dla celności. Może uda jej się zaimponować widzom płynnością strzałów z krótkiego i średniego dystansu, ale gdy dojdzie do strzelania pod presją czasu i w odległości bitewnej, Bryna Godwin zostanie daleko w tyle za pozostałymi kandydatami.
- Tak czy inaczej - dodał Malaki smutno - ma ikrę dziewczyna.
Falko roześmiał się, usłyszawszy, że przyjaciel powtórzył jego słowa. Był to beznadziejny przypadek źle ulokowanych uczuć. Malaki był zakochany w Brynie od chwili, gdy jako mała dziewczynka weszła do kuźni jego ojca.
- Słyszałam, że robisz najlepsze groty w mieście - powiedziała wtedy tonem zupełnie niepasującym do jej młodego wieku.
Ojciec Malakiego skromnie skłonił głowę.
- Wezmę dwa tuziny - podjęła. - Przyjdę po nie jutro rano.
Ojciec Malakiego wytarł ręce w fartuch, walcząc z cisnącym się na usta uśmiechem.
- Dostaniesz dwa tuziny, panienko - odparł. - Ale gotowe będą dopiero pod koniec tygodnia.
Wyraz jej twarzy powiedział mu, że dziesięcioletnia Bryna była zaskoczona sprzeciwem mężczyzny, ale nie chciała dać tego po sobie poznać. Wyprostowała się i skinęła sztywno głową.
- A więc dobrze - rzekł ojciec Malakiego, splunął w dłoń i wyciągnął ją do klientki.
Bryna wlepiła wzrok w wielką łapę kowala i nie chcąc zdradzić się z obrzydzeniem, napluła w swoją i przypieczętowała umowę uściskiem dłoni. A potem zarzuciła kasztanowymi lokami i znikła.
Ojciec Malakiego zwrócił się do syna. Uniósł brwi w rozbawieniu, a potem wybuchnął śmiechem, widząc malującą się na jego twarzy fascynację.
- Nie jest zbyt ładna - podjudzał przyjaciela Falko.
Kowal zapłonął rumieńcem i dał mu sójkę w bok.
- A poza tym to szlachcianka - ciągnął chudzielec, odskakując poza zasięg muskularnych ramion. - Nie wspominając już, że nie wie w ogóle o twoim istnieniu.
- Danté!
Ostry krzyk zapowiedział pojawienie się wysokiego i chudego sługi, ostrzyżonego na miseczkę i obdarzonego przez naturę małymi ustami o wąskich, gadzich wargach. Był to Ambrose, osobisty służący Belliusa Snidessona. Chłopak pełnił dziś funkcję głównego służącego, a Falka, któremu dotąd udawało się go unikać, właśnie opuściło szczęście.
- Czy ty się w ogóle nadajesz do jakiejś roboty, Danté? - wysyczał Ambrose złowróżbnym szeptem. Prysnął jadowitym wzrokiem w kierunku Malakiego, ale miał pełną świadomość, że dzisiaj w pawilonie to właśnie on jest panem i władcą. Nie da się wystraszyć temu wyrośniętemu osiłkowi. - Ogarnij ten bajzel, ale już!
W tym momencie złapał chłopaka za rękaw tuniki i szarpnął go w kierunku podłogi. Może odważyłby się na więcej, ale Malaki zasunął poły namiotu, dając mu do zrozumienia, że może nawet służyć pod samą królową, ale i tak nie powstrzyma to kowala przed złojeniem mu skóry. Ambrose pojął, co się święci, i odsunął się od Falka.
- Jak tu skończysz, sprawdź na tyłach, ile mamy wina, mięs na zimno i sera - rzucił. - Jeśli już musisz się tu pałętać, przynajmniej przydaj się do czegoś.
Z tymi słowy Ambrose wtopił się w tłum i za chwilę zobaczyli, jak uśmiechnięty od ucha do ucha przypochlebia się komuś obrzydliwie służalczym tonem.
- Fuj - prychnął zdegustowany Malaki. - Chyba zwymiotuję.
Falko roześmiał się, zbierając na tacę rozrzucone jedzenie. Gdy jednak dźwignął się na nogi, poczuł na sobie ciężar czyjegoś spojrzenia. Obróciwszy się, zobaczył odchylonego na krześle Symeona. Trudno było doszukać się śladu zadowolenia na jego twarzy, wykrzywionej w grymasie dezaprobaty.
- Muszę lecieć - powiedział Falko, zdjęty nagłym poczuciem winy na myśl o tym, że mógł zawieść swojego pana.
Malaki pokiwał głową.
- Widzimy się po ostatniej walce - rzekł.
Falko przez krótką chwilę tylko na niego patrzył.
- Powodzenia - powiedział w końcu. - A jeśli nadarzy się okazja, nie wahaj się walczyć z całego serca.
Malaki skrzywił się na tę nieoczekiwaną radę. A potem jego usta rozciągnął uśmiech.
- Zawsze walczę całym sercem. Dlatego jestem tak niesamowicie dobry.
Falko pstryknął w niego kawałkiem chlebowej skórki, a potem poły namiotu zamknęły się za kowalem.