Mafioso - Anna Crevan

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ośrodek opieki Fukudenkai w Hiroo, ponad dwadzieścia lat wcześniej

Seijuro

- Seijuro! Seijuro Akijo! Dyrektor cię wzywa.

Mały chłopiec, zwany tu przez wszystkich ze względu na swoje duże uszy Usagi, czyli króliczek, podbiegł do mnie. Siedziałem na schodach wiodących do jadalni, gdy się pojawił. Ukłonił się aż do samej ziemi, a jego krzywo przycięta grzywka zamiotła i tak lśniącą posadzkę.

- Seijuro-kun[1] - wydyszał, łapiąc oddech - natychmiast masz się stawić w gabinecie dyrektora.

Wstałem i otrzepałem kolana. Wprawdzie pora obiadowa zaczynała się już za kilka minut i jako najstarszy w grupie i wyznaczony na dyżurnego miałem dopilnować, by młodsi koledzy dotarli na czas na posiłek, wiedziałem, że nie mogę zwlekać. Wezwanie dyrektora było sprawą priorytetową, ważniejszą niż codziennie obowiązki. Chłopak zwany Usagi zmył się, nim zdarzyłem go zapytać, o co chodzi. A i tak pewnie nawet nie wiedział. Westchnąłem. Surowa dyscyplina, jaka panowała w domu dziecka, obowiązywała wszystkich wychowanków. Także i mnie. Mimo iż moim ojcem był jeden z najbogatszych ludzi w Tokio. To nie miało znaczenia. Byłem bękartem i nigdzie indziej nie dawano mi odczuć tego tak mocno, jak tutaj. Nigdy też nie liczyłem na żadne profity z racji mojego pochodzenia. Wręcz przeciwnie. Zresztą mój ojciec i tak dawno się mnie wyrzekł. Matka, nie mogąc znieść tego wszystkiego, hańby, upokorzenia, lat życia w biedzie, powiesiła się kilka miesięcy temu. Tak wylądowałem w domu dziecka. Zupełnie sam. Bękart. Niechciany przez własnego ojca, który nawet nie potrafił zaakceptować, iż jestem jego synem. Nad grobem matki przysięgałem sobie, że się zemszczę. Po czym spakowałem swój niewielki dobytek i wylądowałem w Hiroo. Tu dość szybko zdobyłem szacunek kolegów i koleżanek. Nie izolowałem się, ale też zbytnio nie integrowałem. Uczyłem się dobrze. I starałem się nie wychylać. Byłem biernym i obojętnym na tyle, na ile pozwalała mi wewnętrzna dyscyplina, którą wypracowałem sobie w te kilka miesięcy od śmierci mamy, i oczywiście regulamin ośrodka.

Do gabinetu dyrektora dotarłem spokojnym, choć szybkim krokiem. Zapukałem do drzwi, a gdy usłyszałem stanowcze: wejść, nacisnąłem klamkę. Nie od razu ją dostrzegłem, bo ukłoniłem się, jak nakazywała tradycja i szacunek. Nie do samej posadzki, jak mały Usagi, jednak dopiero prostując się, podniosłem wzrok i dostrzegłem niedużą dziewczynkę, skuloną na krześle pod ścianą. Obok niej stała pani Nakamura, psycholog. To, co mnie w niej urzekło, to burza rudych jak lisi ogon włosów dookoła bladej twarzy i strach w ogromnych, zielonych oczach. Dziewczynka nie była japonką. By to stwierdzić, nie trzeba było być specjalnie bystrym. Miała na sobie czarny płaszczyk, na chudych nogach czarne rajstopy i buty. A więc kolejna sierota? Czekałem w milczeniu, aż dowiem się, o co chodzi. Ona nawet nie spojrzała na mnie. A ja nie gapiłem się na nią. Nie tylko dlatego, że to by było niegrzeczne.

- Seijuro Akijo znasz angielski, prawda? - zapytał mnie dyrektor.

- Hai[2] - przytaknąłem.

- Na tyle dobrze, żeby nam pomóc - stwierdziła psycholożka. - Mamy pewien problem. To jest Joan Onari - wskazała na dziewczynkę, która na dźwięk swojego imienia podniosła wzrok i spojrzała wreszcie na mnie. - Joan jest angielką - kontynuowała pani Nakamura - nie zna japońskiego. Jej rodzice zmarli niedawno.

- Ty jako jedyny znasz tu angielski na tyle dobrze, aby porozumieć się z Joan - wtrącił dyrektor, spoglądając na mnie surowym wzrokiem.

Nie lubił mnie. Głównie ze względu na to, kim był mój ojciec.

- Zaopiekujesz się Joan i pokażesz jej pokój, w którym będzie teraz mieszkać oraz oprowadzisz po ośrodku, a także przedstawisz zasady i regulamin, jaki tu obowiązuje - dodała pani Nakamura.

- Hai - odpowiedziałem tylko i ukłoniłem się ponownie.

Podszedłem do dziewczynki, wciąż wbijającej we mnie spojrzenie zielonych oczu, w których zobaczyłem łzy. Wzruszyłem się. Coś ścisnęło mnie za serce. Przypomniałem sobie śmierć matki i mój własny ból, który przekułem w nienawiść do ojca. Ona nie miała nikogo.

- Cześć - powiedziałem po angielsku - jestem Seijuro, będę się tobą opiekował, chcesz?

Przytaknęła powoli i wyciągnęła do mnie dłoń. Ująłem ją i już od tego momentu wiedziałem. To spotkanie było nam przeznaczone. Czerwona nić Unmei no Akai[3] właśnie się zawiązała, łącząc nasze losy na zawsze.

Chiny, Tsing Yi Village niedaleko Hongkongu

Seijuro

Mieszkanie Hao Yinga, mojego przyjaciela, znajdowało się na ostatnim piętrze jednego z wieżowców Tsing Yi Estate, osiedla mieszkaniowego niedaleko Hongkongu. Było to dobre lokum, z którego nieraz korzystaliśmy, załatwiając swoje sprawy w Chinach. Znajomość tę, jak i wszystkie kontakty z Triadą zawdzięczałem ojcu. Gdyby tylko mógł przewidzieć jaką sieć ludzi mi przychylnych stworzę tu przeciwko niemu, nigdy nie wysyłałby mnie do Chin. Ojciec jednak nie żył i to ja zadałem kres jego marnemu, niecnemu życiu. Nie uroniłem nawet jednej łzy. Nie mogłem tylko iść na grób matki, aby jej o tym fakcie powiedzieć. O tym, że moja zemsta się dokonała. A powodem tego był nie kto inny, a cholerny komendant Kazuhiro, a właściwie teraz już agent. Ile awansów mi zawdzięczał, sam chyba nie zdawał sobie sprawy. I to też budziło we mnie sprzeciw, połączony z przemożną chęcią, aby i jemu wreszcie wpakować kulkę w łeb. No i odzyskać moją Kitsune. Moją Joan. Moją żonę! Jednak, żeby to zrobić, musiałem stać się martwym. Nie było to łatwe. Z pomocą przyszedł mi właśnie Hao, za co byłem mu niezmiernie wdzięczny. Za jego pomysłowość co do sposobu zabicia mnie. Za wtyki i ludzi tam, gdzie trzeba, którzy już skutecznie zadbali o to, żeby nie tylko Kazuhiro, ale i Joan przekonani byli, iż to moje ciało zjadały ryby na dnie Zatoki Tokijskiej. A wisienką na torcie było zmasakrowanie twarzy. Cała operacja wymagała wprawdzie niebotycznych środków i zaangażowania ogromnej masy różnego rodzaju specjalistów, ale jak nikt inny wiedziałem, że było warto! Stawka szła o wielką cenę, a ja musiałem zniknąć. Jednak nie przyczaić się jak wcześniej. Byłem bowiem pewny, że i tym razem Kazuhiro mnie znajdzie. Drań był za dobry i zbyt przebiegły. Świadczył o tym wszczepiony mi po kryjomu micro chip. Musiałem zniknąć na dobre. Trochę martwiło mnie, jak Joan to przyjmie. Jak da sobie z tym radę. Wiedziałem zbyt dobrze, że wciąż jeszcze mnie kocha, mimo iż starała się ze wszystkich sił tego nie okazywać. Nie ze mną takie numery. Wprawdzie nasza noc poślubna była jedną wielką kpiną, a ona zachowała się karygodnie, byłem pewny, że Shiro Kazuo miał w tym spory udział. Wciąż ją podburzał przeciwko mnie. Cała ta fuzja nie bardzo mu pasowała. Decyzji Kumy nie mógł się jednak sprzeciwić, popierała ją przecież cała Rada Siedmiu. A ja podjąłem odpowiednie kroki, aby jak najwięcej z jej członków mieć po swojej stronie. Musiałem uśpić czujność Shiro i Joan. I to był genialny sposób. Pozostawała jeszcze druga strona medalu - Junichi Kazuhiro. Joan miała do niego dziwną, niezdrową wręcz słabość. A on wykorzystywał to, ile się dało, podobnie jak łudził ją zapewnieniami bezpieczeństwa. Nikt nie mógł jej tego dać. Nawet stanowisko bossa Yamaguchi-gumi i poparcie Shiro Kazuo. Tylko ja i życie u mego boku było dla niej bezpieczne, jedyne i właściwe. Szkoda tylko, że nie potrafiła tego dostrzec.

Nad miastem wisiały ciężkie ołowiane chmury, z których powoli zaczął padać drobny deszcz. Objawiało się to fantomowym bólem w mojej lewej dłoni. To prawda, że nawet jeśli odetną ci jakąś część ciała, nadal ją czujesz. Spojrzałem od niechcenia na moją rękę. Brakowało w niej małego palca. Bardziej jednak bolało mnie złamane serce. Stałem przy ogromnym, panoramicznym oknie, spoglądając w dół z wysokości dwudziestego piątego piętra. Czerwone plamki na zatoce to pewnie były żagle dżonek. Świat wydawał się być tak małym, a ludzie niczym nic nie znaczące insekty, spiesznie biegali ulicami, które z tej wysokości wyglądały jak czarne wstęgi. Upiłem łyk wybornej whisky. Hao udał się właśnie w jakiś interesach do centrum Hongkongu. Miałem dla siebie cały apartament. Stając tak samotnie nad miastem, niemal w chmurach, niczym jakieś bóstwo, zatęskniłem za Joan. Za tym, by znów trzymać ją w ramionach. Patrzeć jak jej oczy rozpalają się pożądaniem. Żadna inna potem nie potrafiła dać mi tego, co ona. Całkowitego zatracenia się w przyjemności. Pragnienia, ciepła, miłości, zrozumienia, a nawet współczucia. Aż palce mnie swędziały, tak bardzo chciałem ją mieć. Móc znów ją dotknąć, objąć, posiąść, bo tylko wtedy byłem pewny, że jest całkowicie i niezaprzeczalnie moja. Tak samo pewny, jak tego, że ten dupek Kazuhiro nie potrafi dać jej tego, co ja i nigdy nie będzie umiał.

Nagle z zadumy wyrwał mnie dźwięk SMS-a. Całkiem nowy smartfon od Apple zapikał cichutko w mojej kieszeni. Mój nowy numer miało naprawdę tylko kilka osób. Na palcach jednej ręki można by zliczyć. Wyjąłem telefon i spojrzałem na wyświetlacz. To był Hao:

"Zabawimy się dziś wieczorem? Ja zapraszam"

Uśmiechnąłem się pod nosem. Znałem tę jego zabawę: narkotyki, panienki i ostry seks. Ta propozycja z jego strony oznaczała jazdę bez trzymanki i była oczywistym sygnałem, że interesy poszły po jego myśli.

Hao, podobnie jak jego apartament, był kwintesencją tego, co szarzy malutcy ludzie zwykli zwać luksusem nad miarę. Pokoje kipiały od przepychu. W sporej wielkości garażu stało kilka ekskluzywnych bryk. On sam zaś był przystojnym i uroczym na swój sposób mężczyzną, kilka lat starszym ode mnie. I podobnie jak ja, kiedyś pretendował do stanowiska bossa Triady rezydującej w Hongkongu i okolicach. I tak naprawdę była to wtedy tylko kwestia czasu i formalności.

"Jasna sprawa".

Odpisałem szybko. Przyda mi się taka odskocznia po tym wszystkim, co wydarzyło się w Kobe i później. Sporo czasu zajęło mnie i pomocnym mi ludziom spreparowanie własnej śmierci. Zwalenie tego na Włochów było tak oczywiste, że nie tylko Kazuhiro, ale i Kazumi powinni dać się na to nabrać. I dali. Czasami najprostsze rozwiązania są tymi najlepszymi. Teraz tylko trzeba było się przygotować na powrót do Japonii, moje zmartwychwstanie, zwłaszcza dla Joan. A na to ja sam nie byłem jeszcze gotów, a co dopiero ona! Dlatego miłą bądź co bądź perspektywą była wizja zabawy i zapomnienia się chociaż na chwilę lub na kilka chwil. Bo nie łudziłem się, że ona tęskni za mną i myśli o mnie, tak samo, jak ja o niej. Tym bardziej, iż dla niej byłem martwym, bo już dotarły mnie informacje, że ona o tym wie.

Chiny, Hongkong, kilka lat wcześniej

Seijuro

Pierwszy raz jechałem do Chin. Ojciec wreszcie się zgodził, bym mógł zająć się szkoleniem dziewczyn. Yamada-sama był podobnego zdania. Dopiero co objął stanowisko wiceprezesa w AKI & Oil. Był też prawą ręką ojca w organizacji. Nie przepadałem za nim, a i on nie darzył mnie sympatią. Tyle że w ogóle mi na tym nie zależało. Tak, jak na względach ojca. Postanowiłem zbudować własne imperium. Zebrać zaufanych ludzi dookoła siebie i zgromadzić tyle środków, bym nie był zależny od nikogo, a już na pewno nie od potwora, który mienił się moim ojcem.

Susumu marudził, bym zabrał go ze sobą. Nie mogłem. Nie mogłem mu nawet powiedzieć, po co tam jadę. I to pewnie dlatego się obraził. Myślał, że jadę korzystać z domów uciech, jakie to były w posiadaniu Kyokuto-Kai na mocy umowy z Triadą. Przewodził jej w Hongkongu Wang Ying, przyjaciel mojego ojca. Miał syna kilka lat starszego ode mnie o imieniu Hao. I to on właśnie miał być moim przewodnikiem i gospodarzem w Chinach. Nasi ojcowie liczyli pewnie, że się zaprzyjaźnimy. I o dziwo, nie pomylili się.

Hao był przystojnym młodzieńcem, który lubił pieniądze, seks, narkotyki i władzę. Podobnie jak mnie, szykowali go na przyszłego bossa mafii. Tyle że jego organizacja była znacznie potężniejsza niż moja. Władała całym Hongkongiem.

Kiedy zajechał po mnie najnowszym modelem porsche, aż się roześmiałem. Przyleciałem do Hongkongu prywatnym samolotem ojca i Hao odbierał mnie z lotniska.

- Witaj Seijuro. Miło mi cię wreszcie poznać - uśmiechnął się szeroko, prezentując szereg białych jak śnieg zębów.

Miał na sobie zwykłe dżinsy, T-shirt z postacią z kreskówki i trampki. Gdyby nie wysiadł z Porsche 918 Spyder w kolorze krwistej czerwieni, pomyślałbym, że to zwykły chłopak na posyłki. Może nieco bardziej urodziwy i zadbany, ale na pewno nie dziedzic fortuny i syn szefa Triady. Gdy tylko usiadłem w skurzanym, pachnącym fotelu, od razu zapragnąłem mieć taki wóz. A gdy ruszył z piskiem opon, aż poczułem podniecenie.

- To, gdzie teraz? - zapytał ani na chwilę nie spuszczając wzroku z drogi. - Do hotelu, do mnie, czy...

- Do pierwszego burdelu, jaki tu macie najbliżej - przerwałem mu.

- Już cię lubię - roześmiał się i przyspieszył.

Odwzajemniłem uśmiech, bo spojrzał na mnie krótko i znów powrócił do prowadzenia, a robił to, jak sam demon. Nogę miał ciężką i już w parę chwil wjechaliśmy w centrum miasta.

Hongkong posiada dwa lotniska. Jedno niemal w centrum miasta, wcześniej zbudowane Kai Tak, które nie mogło obsłużyć narastającego ruchu lotniczego. Powstało więc nowe, zbudowane nieco dalej, zaprojektowane przez brytyjskie biuro architektoniczne. Hong Kong International Airport znajdował się przy wyspie Lan Tau i do centrum było jakieś pół godziny drogi. My pokonaliśmy ją w kilkanaście minut i to nawet mimo korka. Trasa wiodła przez kilka mostów, w tym malowniczy Tsing Ma, a potem kolejny - Stonecutters. Był początek lata, z krystalicznie czystego nieba oślepiało nas słońce. Mimo szybkiej jazdy podziwiałem widoki i z trudem opanowywałem narastającą ekscytację. Miałem tu zostać miesiąc. Miesiąc bez ojca, katorżniczych ćwiczeń, poniżania przeplatanego z uświadamianiem mi jak ogromny zaszczyt mnie czeka i kim się stanę w przyszłości. Szkoda, że dziadek już nie żył. Szkoda, że nie było przy mnie mojej małej Kitsune. Nie było dnia, bym za nią nie tęsknił i o niej nie myślał. Jednak minęło już te kilka lat, odkąd opuściłem Dom Dziecka w Hiroo, a co za tym idzie i ją. Nie miałem wyboru. Nie miałem nawet prawa oprotestowania tego, że nas rozdzielono. I nie miałem możliwości, aby dowiedzieć się, co się teraz z nią dzieje. Kiedy po raz pierwszy przekroczyłem próg domu mojego dziadka i ojca, nie miałem już nic. Prawa głosu, decydowania o sobie, a co najgorsza - nie miałem przy sobie mojej Kitsu. Jedyne co mi pozostało, to pragnienie zemsty, które narastało z każdą mijającą minutą, godziną, dniem, tygodniem.

Hao zgodnie z moim życzeniem zabrał nas do domu uciech. Nazywał się "Wężowy jad" i cholernie pasowała ta nazwa. Dziewczyny tu były drapieżne, drinki mocne, narkotyki najlepsze, a seks - jak zapewniał mnie mój nowy znajomy - ostry i niekiełznany. Luksus i przepych już aż tak mnie nie dziwiły, jak wtedy, gdy znalazłem się pierwszy raz w takiego rodzaju przybytku, który był własnością Kyokuto-Kai, a w którym przestałem być prawiczkiem. Od tamtej chwili seks towarzyszył mi każdego dnia i nie powiem, bym się od niego powoli nie uzależniał. To wciągało. Podobnie jak pieniądze i władza. A dla młodego, nastoletniego chłopaka, w którym kipiał testosteron, było jak manna z nieba.

Hao dobrze wiedział, po co przyjechałem aż z Tokio. Dlatego też przy drinkach nie rozmawialiśmy wiele o interesach. Teraz miałem się tylko zabawić. Choć nie powiem, chciałem też sprawdzić możliwości tego domu uciech. Faktycznie, dziewczyny były i piękne, i seksowne, i wyzywające, a co najważniejsze - kompetentne. Gdy po dłuższym czasie, mocno już podpici, mimo wczesnej pory dnia, wylądowaliśmy z trzema panienkami w jednym z pokoi, nie mogłem narzekać. Wręcz przeciwnie. Panienki robiły wszytko, co im kazaliśmy. Pieprzyły się z nami i ze sobą nawzajem, zaspokajając nasze najbardziej wyuzdanie zachcianki i żądze. Z wyczerpania nie miałem siły nawet się ruszyć z obleczonego w czerwony jedwab łoża rozmiarów połowy pokoju, a nie był to mały pokój. Dziewczyny już odprawiono. Hao wszedł, właśnie, gdy rozważałem, czy nie pospać kilka chwil i zregenerować siły, czy się ruszyć. Leżałem jakiś czas. Byłem pijany i wściekle głodny. W głowie mi się nieco kręciło.

W tym momencie drzwi znów się otworzyły i stanął w nich Hao ubrany w jedwabny szlafrok. Czarny w złote smoki. Włosy miał mokre, co świadczyło, że brał prysznic.

- Nie mów, że masz dość Seij-chan? - roześmiał się. W dłoniach trzymał butelkę whisky i dwie szklanki. - Coś na rozluźnienie?

Zauważyłem na dnie szklanek małe, okrągłe pastylki.

- Co ty mi tu...? - poniosłem się nieco, gdy stawiał szklanki na szafce obok łóżka.

Nie odpowiedział, tylko nalał szczodrze, uśmiechając się przy tym.

- No nie mów, że nie wiesz? Poznałem nieco twoich możliwości i nie powiem, spodobało mi się to, co dziś zobaczyłem i przeżyłem. Zanim jednak dopuszczę cię do interesu, a co za tym idzie, do szkolenia moich dziewczyn, muszę sprawdzić coś jeszcze... - podał mi drinka.

Zaciekawił mnie tym. Wiedziałem, a raczej przypuszczałem, co to za dragi wrzucił do szklanki. Być może jego możliwości były większe niż moje? Spodziewałem się kolejnych dziewczyn, ale Hao zamknął drzwi. Z ogromnej szafy stojącej obok drzwi wyjął sziszę.

- Zapalimy fajkę pokoju? - mrugnął do mnie.

Roześmiałem się. Wprawdzie tytoniu nie paliłem, papierosy wręcz mnie odrzucały, ale szisza to było coś innego. To ceremoniał dla Chińczyka równie ważny, co parzenie herbaty dla Japończyka. Zazwyczaj palono w nich smakowy tytoń, a kiedyś, gdy było to legalne, opium. Miałem jednak nadzieję, że Hao nie jest tak lekkomyślny, żeby mieszać narkotyki o działaniu pobudzającym z tymi rozluźniającymi. Chyba że lubił eksperymentować lub był nieodpowiedzialnym młokosem. Nie znałem go przecież wcale. Poznałem go zaledwie tego ranka, a już zaliczyłem z nim szaleńczą jazdę przez miasto, kilka wyuzdanych panienek, a teraz to. Postanowiłem jednak dać się wciągnąć w tą grę, o ile to była gra i iść na żywioł. Chyba mnie tu nie zaćpie na śmierć? Gdyby chciał mnie wykończyć, kulka w łeb całkowicie załatwiałaby sprawę. Nie marnowałby na mnie najlepszych panienek, narkotyków i czasu. Hao podał mi drinka i ustawił sziszę na podłodze. Tradycja nakazuje, aby tak robić, bo stawianie jej na stole grozi kłótnią i oznacza po prostu brak szacunku dla palących. Upiłem drinka, w którym tabletka już się rozpuściła. Alkohol miło zapiekł mnie najpierw w gardle, potem w przełyku, ostatecznie kumulując się gorącem w moim żołądku, który nieco się ścisnął na takie traktowanie. Ostatni posiłek zjadłem w samolocie. Nie chciałem jednak ani kłopotać teraz mojego gospodarza, ani być niegrzecznym. Hao rozpalił fajkę dość sprawnie i właśnie zaciągał się dymkiem. To też należało do tradycji, by to gospodarz pierwszy kosztował, sprawdzając tym samym, czy dobrze jest rozpalona. Usiadł, a właściwie położył się obok mnie, podając mi ustnik i nic sobie nie robiąc z tego, że jestem nagi i okrywa mnie jedynie szkarłatny jedwab kapy. Przyjąłem ustnik, mocno się zaciągając, kiedy on sięgnął po alkohol. Nigdy wcześniej nie paliłem wodnej fajki. Pierwsze wrażenie po tym, jak przestałem się krztusić, ku uciesze mojego towarzysza, to totalny zawrót głowy. Poza wyraźnym aromatem anyżu i mięty wyczułem coś jeszcze. Lekko gorzkawy, choć ledwie wyczuwalny smak, nabierający wyrazistości z każdym kolejnym zaciągnięciem się. Opium! Niemal natychmiast oddałem mu ustnik. Roześmiał się i zaciągnął.

- Myślałem, że lubisz nowe wyzwania.

- Owszem - stwierdziłem - jednak nie chcę przedwcześnie zejść z tego świata.

- Spokojnie - pomachał ustnikiem - dawka jest tak niewielka, że nic nam nie będzie. To tylko dla rozluźnienia się. Zaufaj mi.

Teraz to ja się roześmiałem. Narkotyk w alkoholu i opium w fajce, nawet jeśli nie było go wiele, powoli zaczynały już działać.

- Prosisz, bym zaufał komuś, kogo poznałem zaledwie dziś rano? A kto jest następcą bossa Triady?

- I z kim całkiem nieźle się zabawiałeś jeszcze niedawno, a teraz pijesz alkohol i zażywasz narkotyki.

Jego nagły pocałunek uciszył mój wybuch śmiechu. Nachylił się nade mną i tak mnie tym zaskoczył, że nie zareagowałem. Skłamałbym, gdybym stwierdził, że to nie było przyjemne. Jednak do tej pory robiłem to wyłącznie z kobietami. Mężczyźni niespecjalnie mnie pociągali. Jednak usta Hao były ciepłe, miękkie, a pocałunek delikatny jak muśnięcie skrzydeł motyla. Przez chwilę bez słowa wpatrywaliśmy się sobie w oczy. Przewiercał mnie intensywnym spojrzeniem, jakby chciał sprawdzić, jak zareaguję i czy nie wyrzucę go na zbity pysk. Albo nie dam mu w twarz. Nie zamierzałem. Nie tylko dlatego, że był moim gospodarzem. Nie tylko dlatego, że narkotyki już wznieciły we mnie ogień pożądania, a jego pocałunek spowodował, że miałem erekcję. Gdyby był odrobinę bardziej świadomy, może by mnie to zastanowiło, to jak zareagowałem. Jednak mój umysł spowity był mgłą upojenia narkotyczno-alkoholowego, zmęczenie i głód potęgowały to uczucie. Zniknęły jednak jak za dotknięciem czarodziejskie różki, a raczej jego warg. Ponowił pocałunek, tym razem wsuwając mi język do ust. Od razu przejąłem inicjatywę, czując narastającą ekstazę. Zachęcony brakiem oporu, wsunął rękę pod śliski materiał, odsuwając go zupełnie. Przez chwilę spoglądał łapczywie na mojego sterczącego członka w bolesnym już nieco dla mnie wzwodzie. Oczy mu błyszczały. Oblizał usta, co mnie zachęciło do ponownego pocałunku. Teraz głębszego, bardziej namiętnego. Krew zawrzała w żyłach, a na policzki wpłynął zdradziecki rumieniec. Nie potrafiłem i wcale nie chciałem się hamować. Hao wziął to za dobą monetę. Podał mi ustnik, a gdy zaciągałem się z ochotą, pochylił się bardziej i wziął w dłonie mojego penisa. Przez jakiś czas gładził go palcami, obejmował, posuwistymi ruchami to w górę to w dół wzbudzając we mnie większą rozkosz, aby ostatecznie pochylić się bardziej i wziąć go do ust. Zaciągając się sziszą, poddawałem się działaniu opium i jego ustom. Odlatywałem w ekstazę, wręcz nirwanę, gdy intensywny orgazm kolejny raz przyjemnym ciepłem rozszedł się w moich zmysłach, by wreszcie dotrzeć do mózgu. Jęknąłem popisowo, tak cudowne to było doznanie. Jednak Hao na tym nie poprzestał. Wyjął coś z szuflady stolika i już po chwili czułem nieco chłody, ale przyjemny żel i dotyk jego smukłych palców. Spodziewałem się bólu, jaki być może zarejestrowałbym tą odrobiną przytomnego umysły, jaka mi jeszcze została, żeby ogarniać, co się dzieje, ale - o dziwo - nic takiego nie czułem. Być może przyczyniło się do tego działanie nie tylko opium czy ecstasy