Mafijne rozgrywki - Monika Hołyk-Arora

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ANNA

Pró­bo­wa­łam sku­pić się na pracy, prze­glą­da­jąc zdję­cia ko­lej­nych kan­dy­da­tów, gdy usły­sza­łam stłu­miony płacz. Cho­ciaż wła­ści­wie było to ci­che chli­pa­nie w ho­te­lo­wym ba­rze nad szkla­neczką roz­wod­nio­nej whi­sky. Przez mo­ment pró­bo­wa­łam zi­gno­ro­wać ten draż­niący dźwięk, ale z każdą chwilą przy­bie­rał on na sile, iry­tu­jąc mnie co­raz bar­dziej.

Dys­kret­nie zer­k­nę­łam w kie­runku, z któ­rego do­cho­dził, i z za­sko­cze­niem do­strze­głam młodą ko­bietę, a może na­wet na­sto­latkę. Była ubrana dość nie­dbale, cho­ciaż mimo wszystko na­le­żało przy­znać, że wło­żyła nieco wy­siłku w skom­po­no­wa­nie po­szcze­gól­nych ele­men­tów gar­de­roby. Białe lniane spodnie cał­kiem nie­źle współ­grały z po­włó­czy­stą tu­niką. Nie­stety, ich krój, za­miast ma­sko­wać man­ka­menty fi­gury, bez­li­to­śnie je pod­kre­ślał, czy­niąc dziew­czynę pulch­niej­szą, niż była w rze­czy­wi­sto­ści. Spięte byle jak blond włosy spra­wiały wra­że­nie za­nie­dba­nych. Po dłuż­szej chwili udało mi się zo­ba­czyć oczy nie­zna­jo­mej. Ich wi­dok do­słow­nie spra­wił mi ból. Jej tę­czówki były do­sko­nale błę­kitne, na­to­miast białko gałki do­słow­nie czer­wone od łez, gdzie­nie­gdzie za­uwa­ży­łam po­pę­kane żyłki. Po­wieki opuch­nięte do gra­nic moż­li­wo­ści jesz­cze po­tę­go­wały bez­na­dziej­ność sy­tu­acji.

Tak, dziew­czyna była ob­ra­zem nę­dzy i roz­pa­czy. Mo­głam ją zi­gno­ro­wać, ale z ja­kie­goś po­wodu wzbu­dziła we mnie współ­czu­cie gra­ni­czące z mat­czyną tro­ską. Cóż, przy odro­bi­nie do­brej woli praw­do­po­dob­nie mo­głaby być w wieku mo­jej po­ten­cjal­nej córki.

Odło­ży­łam ta­blet na blat baru i ski­nie­niem głowy da­łam jed­nemu z kel­ne­rów znać, aby za­opie­ko­wał się nim pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści. Z uśmie­chem za­brał sprzęt oraz po­zo­sta­wione przeze mnie do­ku­menty. Zresztą, co tu kryć, nie miał wy­boru, by­łam w końcu jego sze­fową. Chwy­ci­łam w dłoń szklankę z bez­al­ko­ho­lo­wym drin­kiem, który aku­rat są­czy­łam, i wol­nym kro­kiem po­de­szłam do nie­zna­jo­mej.

Ci­chy stu­kot mo­ich ob­ca­sów sy­gna­li­zo­wał każdy prze­byty metr. Nie cze­ka­łam na za­pro­sze­nie, po pro­stu przy­sia­dłam na ba­ro­wym krze­śle usta­wio­nym tuż obok dziew­czyny, po czym ode­zwa­łam się ci­chym gło­sem, żeby jej nie prze­stra­szyć.

- Czy wszystko w po­rządku?

Do­piero gdy te słowa wy­brzmiały, zda­łam so­bie sprawę, jak bar­dzo były ste­reo­ty­powe. Gdy ktoś pyta w ten spo­sób, ra­czej nie ocze­kuje szcze­rej od­po­wie­dzi, a je­dy­nie zdaw­ko­wego po­twier­dze­nia umoż­li­wia­ją­cego mu za­ję­cie się na po­wrót wła­snymi spra­wami.

- Tak - wy­ją­kała z tru­dem, ły­ka­jąc przy tym łzy.

Nie mo­głam tego tak zo­sta­wić. Te­raz, po tym ewi­dent­nie fał­szy­wym za­pew­nie­niu, wie­dzia­łam, że stało się coś na­prawdę złego, a ja przy­naj­mniej po­win­nam spró­bo­wać ja­koś jej po­móc.

- Nie wy­daje mi się - za­kwe­stio­no­wa­łam praw­dzi­wość wy­po­wie­dzi dziew­czyny. - Cza­sami warto wy­ża­lić się ko­muś nie­zna­jo­memu - za­chę­ci­łam, sama nie wie­dząc dla­czego.

- Stra­ci­łam... Stra­ci­łam wszystko... - wy­du­kała, nie­ustan­nie pła­cząc. Wy­glą­dała, jakby li­czyła, że ta czyn­ność przy­nie­sie jej ja­kąś wy­mierną ko­rzyść.

Po­wie­dzieć, że mnie za­sko­czyła, to jakby nie po­wie­dzieć nic! Spo­dzie­wa­łam się ze­rwa­nia z chło­pa­kiem, nie­chcia­nej ciąży albo za­wie­ru­szo­nego gdzieś pier­ścionka, ale nie praw­dzi­wej tra­ge­dii, która naj­praw­do­po­dob­niej ro­ze­grała się na te­re­nie na­le­żą­cego do mnie ho­telu.

- Ktoś cię okradł? - spy­ta­łam szcze­rze za­nie­po­ko­jona. - Może po­win­ni­śmy za­wia­do­mić po­li­cję?

Zszo­ko­wana tymi sło­wami dziew­czyna pierw­szy raz spoj­rzała pro­sto na mnie. Za­pewne to, co wła­śnie usły­szała, wy­wo­łało u niej prze­ra­że­nie. Jej re­ak­cja ja­sno świad­czyła o tym, że ostat­nią rze­czą, ja­kiej chciała, było we­zwa­nie służb mun­du­ro­wych. Nie za­prze­czę - za­in­try­go­wała mnie tym jesz­cze bar­dziej, po­nie­waż bez wąt­pie­nia wplą­tała się w coś po­waż­nego.

- Tak... Nie... Nie wiem... - za­częła mó­wić cha­otycz­nie, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać szar­piące nią spa­zmy wy­wo­łane dłu­go­trwa­łym pła­czem. - Po­li­cja nic nie po­może. Nie w mo­jej spra­wie. Nie ma co ich fa­ty­go­wać...

- Ale... - Chcia­łam coś po­wie­dzieć, jed­nak w ostat­niej chwili po pro­stu za­bra­kło mi słów.

Na­stała ci­sza, która je­dy­nie wzma­gała nie­re­al­ność sy­tu­acji, a do tego czy­niła tę roz­mowę co­raz bar­dziej bez­sen­sowną.

- By­łam głu­pia - szep­nęła po chwili mil­cze­nia. - Uwie­rzy­łam mu, cho­ciaż ro­dzice i przy­ja­ciele mnie ostrze­gali. Od­da­łam mu wszystko do­bro­wol­nie, więc nie mam po co wzy­wać po­li­cji. Je­dy­nie z po­błaż­li­wymi uśmie­chami po­ki­wają głową nad na­iw­no­ścią eu­ro­pej­skiej tu­ry­styki, po czym od­jadą albo zde­cy­dują się aresz­to­wać mnie za seks przed­mał­żeń­ski. Wbrew po­zo­rom wiem, jak to wszystko tu­taj działa...

Cóż, miała ra­cję, a ja do­sko­nale zda­wa­łam so­bie z tego sprawę. Uwio­dły ją piękne czarne oczy oraz gład­kie słówka ćwi­czone nie­mal każ­dego dnia na mniej i bar­dziej uro­dzi­wych wcza­so­wicz­kach, któ­rych port­fele pełne są zie­lo­nych bank­no­tów. Fa­ceci uwiel­biają spro­wa­dzać ko­biety do roli utrzy­ma­nek, wy­zy­wa­jąc je od dzi­wek, ale trzeba też przy­znać, że wielu spo­śród nich sprze­daje się za pie­nią­dze w ta­jem­nicy przed kon­ser­wa­tyw­nymi ro­dzi­cami. Wi­dzia­łam to wiele razy, a co gor­sza prze­ży­łam na wła­snej skó­rze, dla­tego nie mia­łam prawa oce­niać tej dziew­czyny. Przy­naj­mniej nie w tej kwe­stii.

- Po­płacz, je­śli czu­jesz, że mu­sisz, a po­tem spró­buj się cie­szyć resztą wa­ka­cji, za­nim wró­cisz do domu - po­ra­dzi­łam. - Pie­nią­dze mają to do sie­bie, że można je znowu za­ro­bić. Prę­dzej czy póź­niej za­po­mnisz o tej stra­cie. Kto wie, może za kilka lat bę­dziesz się z tego śmiać, cho­ciaż te­raz wy­daje się to nie­praw­do­po­do­bne.

Dziew­czyna, sły­sząc te słowa, po raz ko­lejny za­lała się łzami, po czym dła­wiąc się nimi, za­częła nie­skład­nie opi­sy­wać mi swoją, jak się oka­zało, nie­cie­kawą sy­tu­ację.

- Nie... - Po­krę­ciła prze­cząco głową, ocie­ra­jąc oczy dłońmi. - Sprze­da­łam miesz­ka­nie, do­słow­nie wszystko, co mia­łam...

Nie mu­sia­łam na­wet słu­chać da­lej, mo­głam się tylko do­my­ślać, o jak wielką kwotę cho­dziło. Za­pewne stra­ciła nie tylko do­ro­bek ży­cia, ale rów­nież wszystko, co otrzy­mała od ro­dzi­ców.

- Tata za­po­wie­dział, że­bym się nie fa­ty­go­wała i na­wet nie pró­bo­wała wra­cać, gdy Mo­ham­mad mnie zo­stawi - wy­chli­pała tak gło­śno, że jej pi­skliwy głos prze­bił się przez plą­ta­ninę mo­ich my­śli i wspo­mnień. - Nie wiem, co mam ze sobą zro­bić.

In­stynk­tow­nie ob­ję­łam za­pła­kaną dziew­czynę. Chcia­łam jej w ten spo­sób do­dać otu­chy i uży­czyć nieco spo­koju, któ­rego zda­niem nie­któ­rych mia­łam aż w nad­mia­rze. Ow­szem, ro­zu­mia­łam roz­pacz i de­spe­ra­cję, ale nie wi­dzia­łam sensu pa­ni­ko­wa­nia. Mleko już się roz­lało, te­raz trzeba się było sku­pić na zmi­ni­ma­li­zo­wa­niu nie­po­żą­da­nych kon­se­kwen­cji.

Nie­zna­joma wtu­liła się we mnie, co było dla mnie za­sko­cze­niem, po­nie­waż z re­guły uni­ka­łam tak bli­skich kon­tak­tów fi­zycz­nych, z oso­bami spoza za­ufa­nego kręgu, ale się nie od­su­nę­łam. Wi­docz­nie tego te­raz po­trze­bo­wała - bli­sko­ści dru­giego czło­wieka i po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa.

- Ro­zu­miem, że ro­dzice cię nie przyjmą, przy­naj­mniej na ra­zie. Może ja­kaś przy­ja­ciółka? Ku­zynka? Bab­cia? - spy­ta­łam po dłuż­szej chwili, kiedy nie­zna­joma wy­swo­bo­dziła się z mo­jego uści­sku i się­gnęła po szkla­neczkę z al­ko­ho­lem.

Po­krę­ciła głową i za­wsty­dzona wbiła wzrok w pod­łogę. Z jej ust nie wy­do­był się ża­den dźwięk, ale w tej nie­na­tu­ral­nej ci­szy dało się wy­czuć bez­brzeżną sa­mot­ność skrzyw­dzo­nej dziew­czyny.

- Masz pracę, do któ­rej mo­żesz wró­cić? - kon­ty­nu­owa­łam, pró­bu­jąc zna­leźć ja­kiś punkt za­cze­pie­nia, który można by było wy­ko­rzy­stać jako fun­da­menty no­wego ży­cia.

- Nie. Roz­wią­za­łam umowę w try­bie na­głym, kiedy Mo­ham­mad po­pro­sił, aby­śmy w końcu byli ra­zem. Szef za­zna­czył na­wet, że­bym ni­gdy nie wa­żyła się pro­sić o re­fe­ren­cje, bo ich po pro­stu nie otrzy­mam.

La­ska, wpa­ko­wa­łaś się w ta­kie ba­gno, że fak­tycz­nie bę­dzie ci się trudno z niego wy­grze­bać - po­my­śla­łam i na szczę­ście w ostat­niej chwili po­wstrzy­ma­łam się przed wy­po­wie­dze­niem tych słów na głos. Mój wy­raz twa­rzy praw­do­po­dob­nie jed­nak mó­wił wiele, po­nie­waż dziew­czyna na nowo wy­buch­nęła pła­czem, po­wta­rza­jąc w kółko:

- Stra­ci­łam wszystko... Nie mam już po co żyć.

Mia­łam ochotę nią po­trzą­snąć. Ow­szem, po­peł­niła straszną głu­potę, ale mu­siało ist­nieć ja­kieś wyj­ście, a je­śli ona nie po­tra­fiła go zna­leźć, to prze­cież ja mo­głam to zro­bić za nią. W końcu za­trud­nia­łam tak wiele osób, że jedna w tę czy we w tę tak na­prawdę nie ro­biła mi róż­nicy.

- Jaką pracę mo­żesz wy­ko­ny­wać? - spy­ta­łam rze­czowo, za­sta­na­wia­jąc się, w któ­rym z mo­ich in­te­re­sów zna­la­złaby się praca dla tej dziew­czyny.

Spoj­rzała na mnie wiel­kimi, mo­krymi od łez oczami. Błę­kit jej tę­czó­wek jesz­cze zy­skał na in­ten­syw­no­ści i można w nich było do­strzec kom­pletne za­sko­cze­nie.

- Ale... jak to? - spy­tała zdez­o­rien­to­wana, jakby do­piero te­raz do niej do­tarło, że opo­wiada o swo­jej ży­cio­wej tra­ge­dii zu­peł­nie przy­pad­ko­wej i cał­kiem ob­cej oso­bie.

- Py­tam cię, co po­tra­fisz ro­bić, bo być może będę w sta­nie ci coś za­pro­po­no­wać - od­po­wie­dzia­łam, nie owi­ja­jąc w ba­wełnę. - Skoro nie masz ni­kogo, kto mógłby ci po­móc, to mo­żesz roz­wa­żyć moją ewen­tu­alną ofertę.

- Prze­cież na­wet mnie pani nie zna...

- I vice versa - od­pa­ro­wa­łam szybko, lekko się przy tym uśmie­cha­jąc. - Nie masz po­ję­cia, jaką sze­fową się okażę. Po­do­bno wielu mo­ich pra­cow­ni­ków na­rzeka, że je­stem wy­ma­ga­jąca oraz apo­dyk­tyczna, a do tego by­wam zrzę­dliwa.

Dziew­czyna za­śmiała się ner­wowo, pierw­szy raz si­ląc się na coś, co przy spo­rej dawce do­brej woli można by było na­zwać prze­bły­skiem ra­do­ści.

- Pra­co­wa­łam w biu­rze - wy­znała nie­śmiało po chwili ci­szy - ale tak na­prawdę moje obo­wiązki spro­wa­dzały się do roli po­py­cha­dła, ty­powe przy­nieś, wy­nieś, po­za­mia­taj. Pa­rzy­łam kawę, kse­ro­wa­łam do­ku­menty, cza­sami, jak nie było ni­kogo in­nego, to od­bie­ra­łam te­le­fony.

Przyj­rza­łam jej się uważ­nie, usi­łu­jąc oce­nić jej moż­li­wo­ści za­wo­dowe. Była asy­stentką bez po­waż­niej­szych obo­wiąz­ków, a to z jed­nej strony sta­no­wiło ogra­ni­cze­nie, a z dru­giej - po­zo­sta­wiało jej spore pole do po­pisu. Nic o niej nie wie­dzia­łam, ale z ja­kie­goś po­wodu czu­łam, że po­tra­fi­ły­by­śmy się do­ga­dać. Ow­szem, była nie­po­zorna oraz nieco za­nie­dbana, co kłó­ciło się z moim wi­ze­run­kiem, ale nie było to coś, z czym do­bra fry­zjerka, ko­sme­tyczka czy wi­za­żystka nie zdo­ła­łaby so­bie po­ra­dzić. Wy­star­czyło sty­lowo ubrać tę dziew­czynę, do­brać od­po­wied­nie cię­cie i ko­lor wło­sów oraz na­uczyć ją pod­staw ma­ki­jażu. Mu­siała w końcu przy­swoić so­bie jedną nie­za­prze­czalną prawdę: jak cię wi­dzą, tak cię pi­szą.

Przez spe­cy­fikę swo­jej, na­zwijmy to, pracy ob­ra­ca­łam się głów­nie w mę­skim to­wa­rzy­stwie, dla­tego młoda, uśmiech­nięta dziew­czyna mo­gła być miłą od­mianą i szansą na lek­kie bab­skie po­ga­duszki. Zresztą jej wiek i świeże spoj­rze­nie mo­gły po­dzia­łać od­świe­ża­jąco na mój biz­nes. Cho­ciaż ab­so­lut­nie nie czu­łam się staro, to do­sko­nale zda­wa­łam so­bie sprawę, że spo­glą­dam na pewne rze­czy i sy­tu­acje ina­czej niż dwu­dzie­sto­latki.

- Wiem, je­stem bez­na­dziejna... - szep­nęła w tym cza­sie nie­zna­joma, która opacz­nie zin­ter­pre­to­wała moje mil­cze­nie. - Ale dzię­kuję, że w ogóle za­trzy­mała się pani na mo­ment i ze mną po­roz­ma­wiała. Po­czu­łam się nieco le­piej i cho­ciaż na­dal nie wiem, co po­win­nam zro­bić, to przy­naj­mniej zo­ba­czy­łam ja­kieś świa­tełko w tu­nelu. Może...

Uci­szy­łam ją ge­stem dłoni, sama nie wie­rząc w to, co mia­łam za­miar po­wie­dzieć.

- Mogę ci za­ofe­ro­wać sta­no­wi­sko swo­jej asy­stentki - rzu­ci­łam szybko, bo­jąc się, że zdrowy roz­są­dek w ostat­niej chwili weź­mie górę nad współ­czu­ciem. - Do two­ich obo­wiąz­ków będą na­le­żeć ta­kie drob­nostki, któ­rymi sama nie chcę się zaj­mo­wać. Pro­wa­dze­nie ter­mi­na­rza, pil­no­wa­nie spo­tkań, o któ­rych zda­rza mi się za­po­mi­nać, re­zer­wa­cja bi­le­tów. Oczy­wi­ście ocze­kuję, że bę­dziesz ze mną po­dró­żo­wać, ale skoro nie masz do­kąd wra­cać, nie po­winno to sta­no­wić dla cie­bie więk­szego pro­blemu.

Je­śli wcze­śniej my­śla­łam, że jej oczy zro­biły się wiel­kie ze zdzi­wie­nia, to te­raz nie po­tra­fi­łam zna­leźć słowa na okre­śle­nie ich roz­miaru, a prze­cież za­sób słów - i to w kilku ję­zy­kach - mia­łam nie­zwy­kle bo­gaty.

- Pani żar­tuje, prawda? - spy­tała z nie­do­wie­rza­niem, ale i z na­dzieją, któ­rej nie po­tra­fiła do­brze ukryć.

- Nie, ale mu­sisz się po­sta­rać, że­bym ni­gdy nie po­ża­ło­wała tej de­cy­zji - od­po­wie­dzia­łam zu­peł­nie po­waż­nie, nie si­ląc się na ja­kieś dłuż­sze i kwie­ci­ste prze­mowy.

Rzu­ciła mi się na szyję z ra­do­ści, ale po chwili zdała so­bie sprawę, że ta­kie za­cho­wa­nie wzglę­dem przy­szłej pra­co­daw­czyni jest nie­od­po­wied­nie, dla­tego szybko mnie pu­ściła i nie­spo­koj­nie przy­sia­dła z po­wro­tem na ba­ro­wym krze­śle.

- Oczy­wi­ście bę­dziemy mu­siały omó­wić szcze­góły za­trud­nie­nia, twoje obo­wiązki za­wo­dowe i tym po­do­bne bzdety - mruk­nę­łam znu­dzona cze­ka­ją­cymi mnie for­mal­no­ściami - ale są­dzę, że mo­żemy się tym za­jąć ju­tro rano. Te­raz zo­staw mi tylko swoje imię oraz na­zwi­sko, może nu­mer po­koju, bo jak ro­zu­miem, za­trzy­ma­łaś się w tym ho­telu...

- O Boże! Za­pro­po­no­wała mi pani pracę, a ja na­wet się nie przed­sta­wi­łam! Prze­pra­szam! Bar­bara Trzyń­ska - po­wie­działa ofi­cjal­nie, wy­cią­ga­jąc do mnie dłoń, żeby do­ko­nać for­mal­nej pre­zen­ta­cji.

- Anna Ar­chial­lis - od­par­łam, wie­dząc, że moje na­zwi­sko i tak nic jej nie po­wie.

- Bar­dzo miło mi pa­nią po­znać i chyba sam Bóg mi pa­nią ze­słał na ra­tu­nek.

Bóg, dia­beł... Nad tym, kto po­sta­wił mnie na jej dro­dze, można by było długo de­ba­to­wać, lecz to nie był czas ani miej­sce na tego typu dy­wa­ga­cje.

- Wstrzy­maj się kilka mie­sięcy z ta­kimi de­kla­ra­cjami - upo­mnia­łam ją z lekko iro­nicz­nym uśmie­chem. - Praca dla mnie może być mo­men­tami ciężka i wy­ma­ga­jąca.

- Na pewno wy­ko­rzy­stam tę szansę - za­pew­niła, uśmie­cha­jąc się pro­mien­nie. Wy­da­wało się, że za­po­mniała o nie­daw­nej roz­pa­czy. - O któ­rej mam być ju­tro go­towa?

Nie mo­głam się na­dzi­wić zmia­nie, jaka za­szła w wy­glą­dzie tej dziew­czyny w ciągu za­le­d­wie kilku mi­nut. Oczy­wi­ście oczy na­dal miała czer­wone i opuch­nięte od łez, ale szczę­ście, które co­raz śmie­lej wal­czyło o prym z za­ła­ma­niem, czy­niło ją nie­mal piękną.

- Przyjdź do re­cep­cji punkt dzie­siąta i za­py­taj o Ase­ela. Za­pa­mię­tasz imię? On po­kie­ruje cię tam, gdzie bę­dzie trzeba. Omó­wimy wa­runki za­trud­nie­nia, wy­na­gro­dze­nie, a po­tem przej­dziemy do szko­le­nia.

Przez szko­le­nie ro­zu­mia­łam przede wszyst­kim zmianę jej wi­ze­runku, który mu­siał za­cząć ko­re­spon­do­wać z moim, skoro mia­ły­śmy ra­zem pra­co­wać. Reszta rze­czy po­winna wyjść w pra­niu. Sama jesz­cze nie wie­dzia­łam, czy za­an­ga­żują ją tylko w le­galne in­te­resy, żeby po­mo­gła mi nad­zo­ro­wać na­le­żące do ro­dziny ho­tele, czy wta­jem­ni­czę ją rów­nież w swoją główną, nie cał­kiem zgodną z pra­wem dzia­łal­ność.

ALESSANDRO

Prze­cią­gną­łem się nie­znacz­nie. Nie­przy­zwy­cza­jone do sie­dze­nia w nie­wy­god­nym fo­telu mię­śnie zu­peł­nie mi ze­sztyw­niały i te­raz spra­wiało mi to fi­zyczny ból. Bez­myśl­nie ga­piąc się na ekran służ­bo­wego kom­pu­tera, od­li­cza­łem mi­nuty dzie­lące mnie od za­koń­cze­nia dzi­siej­szej zmiany. Nie że­bym do cze­goś się śpie­szył. W pla­nach mia­łem je­dy­nie par­tyjkę kart z za­przy­jaź­nio­nym sta­rusz­kiem, który całe dnie spę­dzał w ka­wia­rence na rogu, tuż obok mo­jego służ­bo­wego miesz­ka­nia, oraz wie­czór przed te­le­wi­zo­rem. O! Gdy o tym po­my­śla­łem, przy­po­mniało mi się, że piwo w lo­dówce nie­stety samo się nie uzu­pełni, a prze­cież dziś miała grać moja ulu­biona dru­żyna - AS Roma.

Wes­tchną­łem ciężko, nie mo­gąc uwie­rzyć, jak wolno wska­zówka mi­nu­towa po­trafi prze­su­wać się po tar­czy. Przy­się­gam, mi­nęła cała wiecz­ność, cho­ciaż zgod­nie z tym, co zo­ba­czy­łem na ze­ga­rze, upły­nęło do­słow­nie pięć mi­nut. Cóż, ży­cie po­li­cjanta w ta­kim miej­scu jak Ca­stel­mola nie da­wało zbyt wielu oka­zji do roz­ru­sza­nia ko­ści i ści­ga­nia praw­dzi­wych prze­stęp­ców. W mia­steczku miesz­kało nieco po­nad ty­siąc osób i mógł­bym przy­siąc, że wszy­scy znali wszyst­kich, przy­naj­mniej z wi­dze­nia. Ow­szem, po­ja­wiali się tu­ry­ści, ostat­nio było ich na­wet nieco wię­cej, ale ich obec­ność na szczę­ście nie wią­zała się ze wzro­stem prze­stęp­czo­ści.

Ziew­ną­łem prze­cią­gle, znu­dzony ci­chym po­po­łu­dniem, ma­rząc o czymś zim­nym do pi­cia, i ab­so­lut­nie nie mia­łem na my­śli wody; no chyba że ktoś za­pro­po­no­wałby mi tę ogni­stą. Żar le­jący się z nieba rów­nież ni­czego nie uła­twiał, czy­niąc mnie le­ni­wym i sen­nym. Trudno było uwie­rzyć, że maj jest w sta­nie po­wi­tać nas aż tak wy­so­kimi tem­pe­ra­tu­rami. Ba­łem się na­wet po­my­śleć, ile stopni bę­dzie w lipcu czy w sierp­niu.

"Dzie­sięć mi­nut! Jesz­cze tyle mu­szę wy­trwać na po­ste­runku, za­nim po­jawi się mój zmien­nik i będę mógł wresz­cie wró­cić do domu" - po­wta­rza­łem so­bie w my­ślach. Aż lub tylko, sam nie wie­dzia­łem, które z tych słów bar­dziej pa­suje do sy­tu­acji. Mo­no­to­nia mo­jego ży­cia ude­rzyła mnie z całą siłą, uświa­da­mia­jąc mi, że poza pracą nie mam zu­peł­nie ni­czego. Żad­nych przy­ja­ciół, żad­nej ro­dziny czy cho­ciażby hobby. No chyba że za­li­czył­bym co­ty­go­dniowe spo­tka­nia sam na sam z młodą wdową po sta­rym Al­berto do ak­tyw­no­ści po­dej­mo­wa­nych w wol­nym cza­sie. Ale czy to się li­czyło? Prze­cież nie spę­dza­li­śmy zbyt wielu go­dzin ra­zem, a już na pewno nie mar­no­wa­li­śmy ich na roz­mowy. Nie mo­głem się nie uśmiech­nąć na wspo­mnie­nie jej cu­dow­nych wiel­kich piersi, które tak bar­dzo lu­bi­łem pie­ścić. Czy to czy­niło ze mnie fe­ty­szy­stę? Może. Czy się tego wsty­dzi­łem? Ab­so­lut­nie nie. Na­tura stwo­rzyła ko­biece ciało po to, by fa­ceci tacy jak ja mo­gli się nim roz­ko­szo­wać!

Pięć mi­nut! Zer­ka­jąc na ze­gar, uświa­do­mi­łem so­bie, że mogę spo­koj­nie wy­lo­go­wać się z sys­temu i po­woli szy­ko­wać do wyj­ścia. Oczy­wi­ście o ile Giu­seppe znowu się nie spóźni, co nie­stety zda­rzało mu się bar­dzo czę­sto. Od­kąd uro­dziło mu się piąte dziecko, ab­so­lut­nie nie był w sta­nie kon­tro­lo­wać czasu, a przez to za­nie­dby­wał za­równo mało wy­ma­ga­jącą pracę, jak i - pa­ra­dok­sal­nie - ro­dzinę. Miał je­dy­nie trzy­dzie­ści trzy lata, był więc ode mnie młod­szy o dzie­więć lat, a za­cho­wy­wał się jak sty­rany ży­ciem sta­ru­szek sto­jący nie­mal nad wła­snym gro­bem. Za­sta­na­wia­łem się, co bę­dzie, gdy osią­gnie mój wiek. Strach się bać!

Usły­sza­łem ha­łas do­cho­dzący sprzed drzwi wej­ścio­wych na po­ste­ru­nek. Ktoś zbli­żał się nie­śpiesz­nym kro­kiem, z pew­no­ścią zmę­czony upa­łem, dusz­nym po­wie­trzem utrud­nia­ją­cym od­dy­cha­nie oraz nad­wagą do­bit­nie świad­czącą o ku­li­nar­nych umie­jęt­no­ściach mał­żonki.

- Giu­seppe, czyż­byś dla od­miany przy­szedł dziś do pracy na czas? - za­śmia­łem się, ocze­ku­jąc ru­mia­nej, peł­nej twa­rzy ko­legi, która lada mo­ment po­winna się wy­ło­nić z pół­mroku pa­nu­ją­cym w po­miesz­cze­niu.

- Don Russo? - spy­tał w tym cza­sie głę­boki mę­ski głos, z pew­no­ścią nie­na­le­żący do osoby, któ­rej na­dej­ścia się spo­dzie­wa­łem.

Au­to­ma­tycz­nie wy­pro­sto­wa­łem się w fo­telu sta­no­wią­cym do tej pory na­miastkę le­żanki i przy­bra­łem po­ważny wy­raz twa­rzy. Do końca mo­jej zmiany po­zo­stały je­dy­nie trzy mi­nuty, ale naj­wi­docz­niej prze­zna­cze­nie zde­cy­do­wało, że mu­szę je wy­ko­rzy­stać nad wy­raz efek­tyw­nie.

Męż­czy­zna, któ­rego uj­rza­łem ułamki se­kund póź­niej, był tak po­tężny, że przez mo­ment oba­wia­łem się, czy nie uszko­dzi sta­rej drew­nia­nej fra­mugi, wcho­dząc do środka. Miał na so­bie bez wąt­pie­nia drogi gar­ni­tur. Na sam jego wi­dok zro­biło mi się go­rąco. Taki strój nie nada­wał się na sy­cy­lij­skie ma­jowe po­po­łu­dnie.

- Tak, to ja - po­twier­dzi­łem, nie wie­dząc, czego się spo­dzie­wać. - Czym mogę słu­żyć?

- Pój­dzie pan ze mną - stwier­dził rze­czowo nie­zna­jomy, nie si­ląc się na uprzej­mo­ści.

Za­raz, za­raz, coś mi tu nie pa­so­wało. To ja by­łem stró­żem prawa i to ja tu­taj po­wi­nien wy­da­wać po­le­ce­nia. Co prawda mu­sia­łem wy­peł­niać roz­kazy prze­ło­żo­nych, ale żad­nego z nich tu­taj te­raz nie było.

- Słu­cham? - spy­ta­łem, wsta­jąc w końcu z fo­tela i się roz­pro­sto­wu­jąc, żeby za­pre­zen­to­wać się w ca­łej oka­za­ło­ści swo­jego metr dzie­więć­dzie­siąt je­den.

Tak jak my­śla­łem, by­łem nieco wyż­szy od ta­jem­ni­czego męż­czy­zny, a mię­śnie ra­mion ry­su­jące się pod po­li­cyj­nym mun­du­rem oka­zały się tylko nieco mniej­sze od tych, które opi­nał drogi gar­ni­tur nie­zna­jo­mego.

- Don Ser­gio chce się z pa­nem wi­dzieć.

Jedno zda­nie mu­siało mi wy­star­czyć za wszel­kie tłu­ma­cze­nia. To imię po­tra­fiło wzbu­dzić w tej czę­ści Sy­cy­lii sza­cu­nek, wdzięcz­ność, ale też strach. Cho­ciaż by­łem po­li­cjan­tem, który w teo­rii nie po­wi­nien wią­zać się z tu­tej­szą "ro­dziną", to mia­łem rów­nież sta­tus peł­no­praw­nego członka lo­kal­nej spo­łecz­no­ści i po pro­stu nie mo­głem od­rzu­cić ta­kiego za­pro­sze­nia.

Mil­cząc, ukła­da­łem so­bie w my­ślach prze­mowę, którą ura­czę po­słańca, gdy na­gle do środka wpadł zdy­szany i czer­wony na twa­rzy Giu­seppe. Wy­glą­dał na tak wy­koń­czo­nego, jakby całą drogę z domu na po­ste­ru­nek po­ko­nał bie­giem.

- Prze­pra­szam za spóź... - Urwał w pół słowa, nie bar­dzo wie­dząc, czy po­wi­nien wejść do środka, czy też ci­cha­czem wy­co­fać się na ko­ry­tarz. Wy­raz jego twa­rzy świad­czył o tym, że do­sko­nale zda­wał so­bie sprawę, kto do mnie przy­szedł.

- Cze­ka­li­śmy na cie­bie - mruk­ną­łem, wy­cho­dząc zza biurka. - Mu­szę już iść, a prze­cież nie zo­sta­wię po­ste­runku bez opieki.

- Tak, tak... Dzień do­bry - wy­szep­tał, wy­ko­nu­jąc przed ob­cym gest przy­wo­dzący na myśl po­kłony znane mi z fil­mów hi­sto­rycz­nych o ko­lej­nych kró­lach bry­tyj­skich.

Zde­cy­do­wa­nie nie po­do­bała mi się słu­żal­cza po­stawa Giu­sep­pego, ale by­łem w sta­nie ją zro­zu­mieć. Nie ode­zwa­łem się ani sło­wem, spoj­rza­łem tylko na fa­ceta w gar­ni­tu­rze i wska­zu­jąc głową na drzwi, ru­szy­łem w ich kie­runku. Z pew­no­ścią cze­kała mnie kil­ku­na­sto­mi­nu­towa jazda ja­kimś au­tem - po­sia­dłość Dona znaj­do­wała się da­leko poza na­szym ma­łym, nie­kiedy za­po­mi­na­nym przez Boga i tu­ry­stów mia­stecz­kiem. Za­sta­na­wiało mnie tylko jedno - czego Ser­gio ode mnie chciał!

Dwie go­dziny póź­niej sie­dzia­łem w ele­ganc­kim ogro­do­wym fo­telu i spo­glą­da­łem na po­ciętą zmarszcz­kami twarz jed­nego z sze­fów tu­tej­szej ma­fii. Po­pi­ja­jąc wy­borną whi­sky, wprost nie mo­głem uwie­rzyć w to, co wła­śnie usły­sza­łem.

- Prze­pra­szam, ale chyba coś źle zro­zu­mia­łem - żach­ną­łem się, bo nie po­tra­fi­łem po­jąć, dla­czego to mnie chciano po­wie­rzyć aku­rat ta­kie za­da­nie, w końcu na ra­so­wego ca­sa­novę nie mia­łem żad­nych za­dat­ków!

- Mu­sisz nam po­móc się zbli­żyć do Anny Ar­chial­lis. Naj­le­piej bę­dzie, je­śli po pro­stu zo­sta­niesz jej ko­chan­kiem. Ra­czej nie po­winno to dla cie­bie sta­no­wić pro­blemu ani być źró­dłem ja­kich­kol­wiek nie­do­god­no­ści. Za­pew­niam cię, dama wy­gląda na­der ape­tycz­nie, a jej biust można śmiało po­rów­nać z tym na­le­żą­cym do mło­dej wdowy po Al­berto. - Ser­gio za­śmiał się lekko przy tym po­rów­na­niu. Dał mi też w ten spo­sób do zro­zu­mie­nia, że zna każdy, na­wet naj­drob­niej­szy szcze­gół mo­jego z po­zoru nud­nego, by nie po­wie­dzieć: nie­cie­ka­wego, ży­cia. - Chciał­bym, abyś w od­po­wied­nim mo­men­cie na nią wpły­nął i na­mó­wił ją do od­sprze­da­nia mi ho­telu usy­tu­owa­nego tu, na wy­spie.

- Dla­czego ja?

- Wpi­su­jesz się w jej typ. Lubi wy­so­kich, umię­śnio­nych i wy­ta­tu­owa­nych go­ści, cho­ciaż może się oka­zać, że je­steś nieco star­szy niż fa­ceci, któ­rymi z re­guły się ota­cza - wy­re­cy­to­wał moje fi­zyczne atry­buty, jakby oma­wiał za­lety ko­nia wy­ści­go­wego, któ­rego za­mie­rzał ku­pić do swo­jej stajni.

- Nieco star­szy? - po­wtó­rzy­łem py­ta­jąco.

- Na ko­chan­ków wy­biera so­bie zwy­kle mło­dzie­niasz­ków, śred­nia waha się gdzieś w oko­li­cach trzy­dziestki. Ale pew­nie wy­nika to z jej nie­chęci do an­ga­żo­wa­nia się w po­waż­niej­sze re­la­cje dam­sko-mę­skie. Zresztą do­sta­niesz teczkę ze wszyst­kimi in­for­ma­cjami, że­byś mógł się z nimi za­po­znać przed wy­jaz­dem.

- Wiesz, że nie­dawno stuk­nęły mi czter­dzie­ści dwa lata? - Wo­la­łem się upew­nić.

- I co z tego? - spy­tał mój roz­mówca, wzru­sza­jąc lek­ce­wa­żąco ra­mio­nami. - Ona kilka mie­sięcy temu świę­to­wała czter­dziestkę! Je­ste­ście pod tym wzglę­dem ide­al­nie do­brani. To co, kiedy mo­żesz le­cieć?

- Z ca­łym sza­cun­kiem, Don Ser­gio, ale mam pracę, któ­rej nie mogę zo­sta­wić. Obo­wiązki, które mu­szę re­gu­lar­nie wy­peł­niać, a to, co mi za­pro­po­no­wa­łeś, bę­dzie wy­ma­gać przy­naj­mniej kilku mie­sięcy...

- Szcze­góły zo­staw mnie - wszedł mi w słowo star­szy męż­czy­zna. - Ko­men­dant już wy­ra­ził zgodę na twój bez­ter­mi­nowy bez­płatny urlop, chcesz zo­ba­czyć do­ku­menty? A je­śli cho­dzi o twoje zo­bo­wią­za­nia, to obie­cuję, że Mas­simo - mó­wiąc to, wska­zał na mię­śniaka w gar­ni­tu­rze - oso­bi­ście bę­dzie wpa­dał do two­jego miesz­ka­nia, by pod­lać wszyst­kie kwiatki.

Naj­wi­docz­niej za­le­żało mu na tym, że­bym się zgo­dził, bo do­brze przy­go­to­wał się do tej roz­mowy. A jego pro­po­zy­cja z pew­no­ścią na­le­żała do tych, któ­rych po pro­stu się nie od­ma­wia.

- No do­brze, a co ja z tego będę miał? - spy­ta­łem, ak­cen­tu­jąc za­imek.

- Poza moją wdzięcz­no­ścią? - spy­tał za­czep­nie. - Po­dam ci na tacy od­po­wie­dzial­nego za śmierć Io­landy i ma­łej Giu­lii.

Na dźwięk tych dwóch imion po­czu­łem ogromny ból. Zu­peł­nie jakby Ser­gio wal­nął mnie pię­ścią w splot sło­neczny, i to bez za­po­wie­dzi. Słowo daję, sku­li­łem się, ocze­ku­jąc ko­lej­nego wer­bal­nego ciosu, który mógł na­dejść w każ­dej chwili.

- Skąd... - Nie do­koń­czy­łem na­wet za­czę­tego zda­nia.

My­śli kłę­biły mi się w gło­wie i nie by­łem w sta­nie skle­cić żad­nej sen­sow­nej wy­po­wie­dzi.

- Spraw­dzi­li­śmy cię za­raz po tym, jak na­gle po prze­szło dzie­się­ciu la­tach nie­obec­no­ści wró­ci­łeś na wy­spę. Zresztą mu­sie­li­śmy to zro­bić, skoro pod­ją­łeś pracę w po­li­cji. Ro­zu­miem twoją złość i fru­stra­cję, je­stem w sta­nie po­jąć, jak za­wie­dziony przez sys­tem mu­sia­łeś się czuć, ale nie poj­muję, dla­czego ich nie po­mści­łeś!

- Nie wie­dzia­łem, kogo wi­nić - przy­zna­łem szcze­rze, prze­ży­wa­jąc na nowo tra­ge­dię sprzed po­nad de­kady. - Do dziś za­daję so­bie py­ta­nie, czy zdra­dził ktoś z na­szych. Czy ra­czej po­wi­nie­nem ści­gać tych sto­ją­cych gdzieś w cie­niu...

- Do­tar­cie do spraw­ców fak­tycz­nie mo­gło być dla cie­bie nie­moż­liwe - od­parł ze zro­zu­mie­niem. - Je­śli po­mo­żesz mi z panną Ar­chial­lis, to ja w do­wód wdzięcz­no­ści wskażę ci win­nych. Moi lu­dzie przez kilka mie­sięcy pra­co­wali nad tą sprawą i mam pew­ność, że na­mie­rzy­li­śmy nie tylko zle­ce­nio­dawcę, ale rów­nież tego, kto fak­tycz­nie po­cią­gnął wtedy za spust.

Chwy­ci­łem sto­jącą na sto­liku szklankę z whi­sky i szybko ją opróż­ni­łem. Al­ko­hol roz­lał się po gar­dle i pa­ląc mnie od środka, spły­nął do żo­łądka. Mia­łem ochotę upić się do tego stop­nia, by prze­stać my­śleć oraz od­czu­wać, a jed­no­cze­śnie za­cho­wać trzeź­wość, by do­pro­wa­dzić tę roz­mowę do końca.

- Ni­gdy ni­kogo nie uwo­dzi­łem, przy­naj­mniej nie spe­cjal­nie - przy­zna­łem, bo­jąc się, że naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie spro­stam za­da­niu.

- Do­sta­niesz od­po­wied­nią gar­de­robę, kartę prak­tycz­nie bez li­mitu. Samo to wiele ci uła­twi. Mu­sisz za­trzy­mać się w jej ho­telu i po pro­stu ocza­ro­wać ją na tyle, by wpa­dła w twoje si­dła - stwier­dził rze­czowo Ser­gio, nie wcho­dząc w szcze­góły. Nie za­mie­rzał też pod­bu­do­wy­wać mo­jej nad­wą­tlo­nej sa­mo­oceny. - To co, zga­dzasz się?

Nie mia­łem wyj­ścia. Po tym, co usły­sza­łem, nie mo­głem tak po pro­stu wstać i wyjść. Nie, kiedy los do­słow­nie ofia­ro­wał mi szansę na po­msz­cze­nie śmierć dwóch naj­droż­szych mi istot na świe­cie!

- Kiedy i gdzie mam le­cieć? - od­po­wie­dzia­łem py­ta­niem na py­ta­nie, żeby dać wy­raz go­to­wo­ści.

Don Ser­gio uśmiech­nął się lekko, po czym z za­do­wo­le­niem ski­nął głową. Po­ru­szył się lekko, szu­ka­jąc wy­god­niej­szej po­zy­cji w fo­telu, a za­raz po­tem ski­nął na pra­cow­nika re­zy­den­cji, aby ten uzu­peł­nił braki w al­ko­holu.

- Ju­tro po po­łu­dniu bę­dziesz już w Aka­bie, do tego czasu zo­sta­niesz tu­taj - za­de­cy­do­wał. - Za­raz przyj­dzie kra­wiec. Są­dzę, że znasz sta­rego po­czci­wego Don Ba­si­lia...

- Ale moje rze­czy... Na­wet nie mam ze sobą pasz­portu - za­pro­te­sto­wa­łem, chcąc cho­ciaż na mo­ment wró­cić do swo­jego służ­bo­wego miesz­kanka.

- Mas­simo wszyst­kim się zaj­mie - uci­szył mnie sta­now­czo mój roz­mówca. - Wie­czór po­wi­nie­neś spę­dzić nad teczką donny Ar­chial­lis, naj­le­piej, gdy­byś przy­swoił wszyst­kie in­for­ma­cje przed wy­jaz­dem i nie za­bie­rał tych do­ku­men­tów ze sobą.

- Da się zro­bić.

Don Ser­gio wy­cią­gnął do mnie dłoń, po czym ści­snął mi rękę. W ten spo­sób nie­odwo­łal­nie za­war­łem pakt z dia­błem, ale tylko po to, by do­rwać wcie­le­nie naj­gor­szego zła, które bez wa­ha­nia strze­liło w głowę mo­jej żo­nie i na­szej czte­ro­let­niej có­reczce.

ANNA

Zu­peł­nie za­po­mnia­łam o spo­tka­niu z oszu­kaną przez ja­kie­goś do­mo­ro­słego pod­ry­wa­cza dziew­czyną. Sie­dzia­łam w swoim ga­bi­ne­cie, prze­glą­da­jąc ze­sta­wie­nia fi­nan­sowe prze­słane z Gre­cji, gdy Aseel, moja prawa ręka, po­wia­do­mił mnie, że Bar­bara Trzyń­ska - swoją drogą su­per­śmiesz­nie wy­mó­wił jej na­zwi­sko - prosi o roz­mowę ze mną.

- Cho­lera - za­klę­łam w ję­zyku mo­jej świę­tej pa­mięci matki - zu­peł­nie wy­le­ciało mi to z głowy. Wpro­wadź ją tu­taj i każ ko­muś zna­leźć, naj­le­piej na już, wzór umowy o pracę, jaką zwy­kle pod­pi­su­jemy z pra­cow­ni­kami. Cho­dzi mi o tę mię­dzy­na­ro­dową z klau­zulą po­uf­no­ści - mruk­nę­łam po an­giel­sku, zbie­ra­jąc część do­ku­men­tów z biurka.

Nie ża­ło­wa­łam swo­jej wczo­raj­szej pro­po­zy­cji, co to to nie, szcze­rze mó­wiąc, ra­czej się nad nią tak na­prawdę nie za­sta­na­wia­łam. Po pro­stu mo­głam po­móc tej dziew­czy­nie, więc to ro­bi­łam, wie­rząc, że pew­nego dnia do­bra karma do mnie wróci. Szybko na­kre­śli­łam sze­reg cyfr na nie­wiel­kiej kar­teczce i zgię­łam ją wpół. Nie lu­bi­łam dys­ku­to­wać długo o pie­nią­dzach, dla­tego suma, którą mo­głam dziew­czy­nie za­pro­po­no­wać, nie pod­le­gała ne­go­cja­cjom. Kla­syczne "bierz albo od­mów".

Ba­sia sta­nęła w drzwiach kilka chwil póź­niej. Onie­śmie­lona ele­ganc­kim mi­ni­ma­li­zmem po­miesz­cze­nia za­trzy­mała się w progu, nieco oba­wia­jąc się wejść do środka. Biel kon­tra­stu­jąca z wszech­obecną czer­nią od­bi­jała się w chro­mo­wa­nych do­dat­kach, przy­tła­cza­jąc każ­dego, kto wcho­dził tu po raz pierw­szy. Z pew­no­ścią usta­wione na sa­mym środku ma­sywne biurko, za któ­rym sie­dzia­łam, rów­nież nieco ją pe­szyło. I nie było w tym ab­so­lut­nie nic dziw­nego - ga­bi­net zo­stał tak za­pro­jek­to­wany przez spe­cja­listkę wy­łącz­nie po to, aby wzbu­dzać po­dziw, sza­cu­nek, ale też, je­śli bę­dzie trzeba, nie­po­kój. W końcu pro­wa­dzi­łam tu in­te­resy - i to róż­nego ro­dzaju.

- Wejdź, pro­szę - za­pro­si­łam ją po an­giel­sku, wska­zu­jąc je­den z fo­teli. - Daj mi jesz­cze chwilę i bę­dziemy mo­gły za­czy­nać.

Po­trze­bo­wa­łam tych kilku mi­nut, bo wciąż cze­ka­łam, aż je­den z pod­wład­nych przy­nie­sie mi ko­pię umowy o pracę. Chcia­łam też do­kład­nie przyj­rzeć się tej dziew­czy­nie, aby w przy­bli­że­niu okre­ślić, w ja­kim stylu bę­dzie jej do­brze. Ktoś mą­dry po­wie­dział kie­dyś, że nie ma ko­biet brzyd­kich, są tylko za­nie­dbane - tak że wy­do­by­cie ła­bę­dzia z tego brzyd­kiego ka­czątka nie po­winno na­strę­czyć zbyt wielu trud­no­ści.

Włosy ze­brała w cał­kiem przy­zwo­ity kok, nie­stety drobne pa­semka zdą­żyły wy­mknąć się z upię­cia, two­rząc coś na kształt roz­czo­chra­nej ko­rony wo­kół jej głowy. W wielu za­wo­dach pew­nie by to prze­szło, ale nie­stety nie w ta­kim, jaki miała za­cząć wy­ko­ny­wać. Lekko na­puch­nięte oczy wy­glą­dały zde­cy­do­wa­nie le­piej niż wczo­raj, cza­ru­jąc mnie głę­bo­kim błę­ki­tem. Naj­go­rzej wy­pa­dało ubra­nie - ab­so­lut­nie źle do­brane, wi­siało na niej ni­czym wo­rek po­kutny na prak­ty­ku­ją­cym asce­cie.

- Jesz­cze raz chcia­łam po­dzię­ko­wać - szep­nęła, pod­cho­dząc bli­żej. - Za­ga­dała mnie pani w mo­men­cie, kiedy już mia­łam pod­jąć ja­kąś głu­pią de­cy­zję. Ale zro­zu­miem, je­śli po prze­my­śle­niu wszyst­kiego jed­nak mnie pani nie za­trudni. W końcu je­stem kimś zu­peł­nie ob­cym...

- Ci­sza! - po­wstrzy­ma­łam ją szybko, za­nim zdą­żyła po­wie­dzieć coś, czego nie da­łoby się cof­nąć. - Nie zmie­niam raz pod­ję­tych de­cy­zji i na­prawdę uwa­żam, że mo­żesz być świetną asy­stentką. Fak­tycz­nie, uzmy­sło­wi­łam so­bie po­trzebę po­sia­da­nia ta­kiej pra­cow­niczki dość nie­spo­dzie­wa­nie, ale nie zmie­nia to faktu, że je­stem go­towa na stwo­rze­nie ta­kiego etatu. Chyba że to ty zdą­ży­łaś się w mię­dzy­cza­sie roz­my­ślić bądź wró­cić do tego po­żal się Boże ca­sa­novy.

Ba­sia na­gle opa­dła na fo­tel, jakby po­ru­szony przeze mnie te­mat ode­brał jej wszyst­kie siły. Ką­ciki ust, które do tej pory za­cho­wy­wały neu­tralny wy­raz, opa­dły, two­rząc pod­kówkę.

- Bar­dzo chcę wy­ko­rzy­stać tę nie­spo­dzie­waną szansę.

- Za­tem po­sta­no­wione. Na kartce znaj­dziesz pro­po­no­wane przeze mnie mie­sięczne wy­na­gro­dze­nie - po­wie­dzia­łam, prze­su­wa­jąc w jej stronę nie­wielki świ­stek pa­pieru. - Umowa stan­dar­dowo pod­pi­sy­wana jest na dwa lata z moż­li­wo­ścią prze­dłu­że­nia.

- Zga­dzam się - szep­nęła, na­wet nie spo­glą­da­jąc na za­pi­saną sumę. - Wie pani, że nie mam in­nej opcji.

Zro­biło mi się jej żal, ale też nie chcia­łam, aby po­dej­mo­wała pracę u mnie je­dy­nie z przy­musu. Zresztą, nie oszu­kujmy się, zna­la­zła­bym na jej miej­sce wiele chęt­nych, a każda z tych osób po­de­szłaby do swo­ich obo­wiąz­ków z dużo więk­szym en­tu­zja­zmem.

- Po­słu­chaj, moje dziecko - za­czę­łam, pierw­szy raz uży­wa­jąc w na­szej roz­mo­wie ję­zyka pol­skiego. - Za­wsze można zna­leźć ja­kieś inne wyj­ście. Je­śli pracę u mnie bę­dziesz trak­to­wać je­dy­nie jako przy­kry obo­wią­zek, to żadna z nas nie bę­dzie zbyt­nio szczę­śliwa w tej re­la­cji pra­cow­nica - pra­co­daw­czyni.

Dziew­czyna zro­biła ogromne oczy, bo nie wie­rzyła wła­snym uszom.

- Pani mówi po pol­sku? - za­py­tała za­sko­czona.

- Cho­ciaż na­zwi­sko, któ­rym się po­słu­guję, jest grec­kie, to moja mama po­cho­dziła z Pol­ski. Do­kład­nie z ma­łej wsi pod Lu­bli­nem - od­par­łam z uśmie­chem, wi­dząc, że Ba­sia nieco się roz­luź­niła i nie spra­wiała już wra­że­nia tak zde­ner­wo­wa­nej jak przed chwilą.

W tym mo­men­cie roz­le­gło się ci­che pu­ka­nie do drzwi, a za mo­ment uj­rza­łam w nich pra­cow­nika kadr. Ski­nę­łam głową, da­jąc mu tym sa­mym przy­zwo­le­nie na wej­ście. Był ni­skim, nieco pulch­nym męż­czy­zną przed pięć­dzie­siątką. Wy­glą­dał na spe­szo­nego, może na­wet prze­ra­żo­nego wi­zytą w moim ga­bi­ne­cie. Szybko po­ło­żył do­ku­menty na biurku i kła­nia­jąc się lekko, wy­szedł bez wy­po­wie­dze­nia cho­ciażby słowa. To nie­spo­dzie­wane za­mie­sza­nie wy­ko­rzy­stała Ba­sia. Nie­śmiało, nie­mal nie­zau­wa­żal­nym ru­chem się­gnęła po kar­teczkę, po czym wy­dała ci­chy okrzyk zdzi­wie­nia na wi­dok pro­po­no­wa­nej kwoty.

- Oczy­wi­ście mó­wimy tu o euro - spre­cy­zo­wa­łam, gdy do­strze­głam szok ma­lu­jący się na jej twa­rzy.

- Ale prze­cież to zde­cy­do­wa­nie za dużo - za­pro­te­sto­wała. - Mo­gła­bym pra­co­wać za po­łowę tej kwoty i by­ła­bym za­do­wo­lona.

Jesz­cze ni­gdy nie spo­tka­łam się z osobą, która pro­te­sto­wała prze­ciwko wy­so­kiej pen­sji. Ra­czej od­wrot­nie, więk­szość mo­ich pra­cow­ni­ków do­ma­gała się pod­wy­żek, do­dat­ków i in­nych gra­ty­fi­ka­cji.

- Ta praca wiąże się z wie­loma wy­dat­kami - wy­ja­śni­łam w końcu dy­plo­ma­tycz­nie. - Ocze­kuję od cie­bie nie­na­gan­nej pre­zen­cji. Od­po­wied­nie stroje, re­gu­larne wi­zyty u ko­sme­tyczki i fry­zjera. To wszystko kosz­tuje. Zresztą wczo­raj po­wie­dzia­łam ci ja­sno: pie­nią­dze mają to do sie­bie, że można je za­ro­bić.

- To on po­wi­nien je zwró­cić, a nie pani, ofe­ru­jąc mi tak wy­soką pen­sję - mruk­nęła, a w jej gło­sie dało się wy­czuć nutę zło­ści prze­mie­sza­nej z chę­cią ze­msty.

Te słowa dały mi dużo do my­śle­nia, a prze­korna ko­bieca na­tura pod­po­wie­działa cał­kiem nie­złe roz­wią­za­nie.

- Wiesz, to też da się zro­bić - szep­nę­łam, uśmie­cha­jąc się przy tym prze­bie­gle. - Chcia­ła­byś dać mu na­uczkę?

Ba­sia spoj­rzała na mnie wzro­kiem peł­nym za­sko­cze­nia, ale też sza­cunku.

- Zde­cy­do­wa­nie tak! Na tyle po­rządną, by nie oszu­kał już żad­nej uczci­wej dziew­czyny, no i by po­czuł się zła­pany w pu­łapkę, naj­le­piej za­sta­wioną przez ja­kąś sprytną ko­bietę.

Spodo­bała mi się jej od­po­wiedź. Ja osiem­na­ście lat temu nie mia­łam szansy na ze­mstę, ale czemu te­raz, skoro mia­łam taką moż­li­wość, mia­ła­bym nie po­móc tej ślicz­nej mło­dej blon­dynce szu­kać spra­wie­dli­wo­ści?

- Masz ja­kieś zdję­cie tego swo­jego ca­sa­novy? - spy­ta­łam, kom­plet­nie ją tym za­ska­ku­jąc.

- Tak, w te­le­fo­nie... Ale... - od­po­wie­działa, nie bar­dzo ro­zu­mie­jąc, do­kąd zmie­rzam.

- Po­każ mi je, a naj­le­piej prze­ślij na ma­ila wraz z imie­niem, na­zwi­skiem i in­for­ma­cją, gdzie można go zna­leźć. Za­raz po­dam ci ad­res.

Nim wy­po­wie­dzia­łam ostat­nie słowo, pod­sta­wiła mi pod nos smart­fon. Na ekra­nie zo­ba­czy­łam mło­dzieńca, któ­rego fak­tycz­nie można było uznać za przy­stoj­nego. Nie­stety, z jego ob­li­cza bez trudu mo­głam wy­czy­tać chci­wość, wy­ra­cho­wa­nie i sa­mo­uwiel­bie­nie nie­po­zwa­la­jące mu na po­ko­cha­nie ko­go­kol­wiek poza sa­mym sobą. W tym ostat­nim przy­po­mi­nał mi mo­jego by­łego męża. Cóż, tym ra­zem nie­zna­jomy ze zdję­cia po­de­rwał nie­wła­ściwą dziew­czynę! Mia­łam ide­alny po­mysł, na to, co po­win­nam z nim zro­bić. I do­sko­nale wie­dzia­łam, jak spra­wić, by do ostat­niego mo­mentu nie zo­rien­to­wał się, że wpadł w za­sta­wioną z pre­me­dy­ta­cją pu­łapkę.

- My­ślę, że bez pro­blemu od­zy­skamy twoje pie­nią­dze, oczy­wi­ście z pro­cen­tem - oznaj­mi­łam, lekko się przy tym uśmie­cha­jąc.

Po­my­śla­łam, że może po­trzeba mi wła­śnie odro­biny roz­rywki. Ostat­nio sku­pia­łam się je­dy­nie na in­te­re­sach i pra­wie za­po­mnia­łam o czymś ta­kim jak ży­cie. Kto wie, może Ba­sia zo­stała ze­słana przez nie­biosa, abym za­częła się cie­szyć tym, co mam.

- Ale jak to? We­zwie pani po­li­cję? - spy­tała zdez­o­rien­to­wana.

- Nie - za­pew­ni­łam ją - ta­kie rze­czy za­ła­twia się w zu­peł­nie inny spo­sób, zwłasz­cza tu­taj, na Bli­skim Wscho­dzie.

- Czy su­ge­ruje pani, że on... do pia­chu?... - spy­tała, ro­biąc pauzy. Mimo jej wa­ha­nia od razu się do­my­śli­łam, co ma na my­śli.

To dużo mi o niej po­wie­działo. Miała do­bre serce, z pew­no­ścią była uczciwa, ale też po­tra­fiła do­pu­ścić wiele róż­nych moż­li­wo­ści. Wie­dzia­łam, że ni­gdy nie na­rażę jej na wi­dok zwłok, sama go uni­kam, ale przy­naj­mniej zy­ska­łam pew­ność, że być może uda jej się za­cho­wać spo­kój, je­śli kie­dyś przez przy­pa­dek na­tknie się na ja­kieś ciało.

- Ab­so­lut­nie nie - za­śmia­łam się, pró­bu­jąc za­ma­sko­wać swoje praw­dziwe uczu­cia. - Za­pew­niam cię, że bę­dzie cały i zdrowy, a przy­naj­mniej ani ja, ani ża­den z mo­ich pra­cow­ni­ków nie zro­bimy mu krzywdy. Kto wie, może na­wet w któ­rymś mo­men­cie spo­tka­cie się po­now­nie...

- Wo­la­ła­bym tego unik­nąć...

- Może się to oka­zać nie­unik­nione, je­śli mamy się ze­mścić - we­szłam jej w słowo - ale za­pew­niam cię, że to ty bę­dziesz wtedy roz­da­wać karty.

Dziew­czyna pa­trzyła na mnie tymi wiel­kimi błę­kit­nymi oczami, jak­bym była ja­kimś god­nym uwiel­bia­nia bó­stwem. Sza­cu­nek wo­bec mnie mie­szał się z nie­do­wie­rza­niem, ra­dość z nie­pew­no­ścią, a nie­śmiały uśmiech prze­pę­dzał po­woli nie­dawne smutki.

- Nie wiem, dla­czego pani to robi, ale bar­dzo dzię­kuję! Dam z sie­bie wszystko, aby ni­gdy nie po­ża­ło­wała pani de­cy­zji o za­trud­nie­niu mnie. Je­śli zaj­dzie taka po­trzeba, będę pra­co­wać i po dwa­na­ście go­dzin dzien­nie, byle tylko spro­stać wszyst­kim ocze­ki­wa­niom.

W ciągu kilku mi­nut za­szła w niej im­po­nu­jąca zmiana. Nie było już śladu ani po re­zy­gna­cji, ani po po­tul­nym go­dze­niu się z lo­sem. Te­raz sie­działa przede mną pewna sie­bie osoba, go­towa sta­wić czoła no­wym wy­zwa­niom. Oby tylko ten stan nie mi­nął tak szybko jak po­przedni.

- Może kie­dyś w chwili sła­bo­ści opo­wiem ci, co mnie spo­tkało wiele lat temu, a uwierz mi, wdep­nę­łam wtedy jesz­cze go­rzej niż ty. Na szczę­ście mia­łam dziadka i mamę, oni po­mo­gli mi wy­grze­bać się z dołka, a ja na­wet im za to nie po­dzię­ko­wa­łam. Po­moc to­bie trak­tuję jako spłatę kar­micz­nego długu. Zresztą sama za­uwa­żysz, pra­cuję prak­tycz­nie z sa­mymi męż­czy­znami, więc dam­skie to­wa­rzy­stwo bę­dzie dla mnie miłą od­mianą.

Sama nie do końca wie­dzia­łam, czemu się tym z nią po­dzie­li­łam, może po­trze­bo­wa­łam przy­ja­ciółki, ko­goś, komu mo­gła­bym się tak po bab­sku wy­ga­dać, a może po pro­stu po­czu­łam z nią ja­kąś dziwną więź łą­czącą dwie wy­ko­rzy­stane przez fa­ce­tów ko­biety.

- Nie za­wiodę pani - obie­cała po­waż­nym to­nem. - Wy­ko­nam każde po­le­ce­nie.

- Skoro już przy tym je­ste­śmy. Wraz z umową bę­dziesz mu­siała pod­pi­sać klau­zulę po­uf­no­ści. Cho­dzi o za­cho­wa­nie ta­jem­nicy firmy i nie­ujaw­nia­nie ni­komu z ze­wnątrz za­sad na­szego funk­cjo­no­wa­nia czy szcze­gó­łów zwią­za­nych z pro­wa­dzo­nymi in­te­re­sami.

- Oczy­wi­ście - ski­nęła głową - w swo­jej daw­nej pracy też mu­sia­łam pod­pi­sać coś ta­kiego.

"Nie wiem, gdzie pra­co­wała, ale z pew­no­ścią klau­zula ta nie była tam tak ważna jak w mo­jej fir­mie" - prze­mknęło mi przez głowę. Nic jed­nak nie po­wie­dzia­łam. Za­miast tego pod­su­nę­łam Basi plik do­ku­men­tów, aby mo­gła po­znać ich treść przed pod­pi­sa­niem.

Się­gnęła po nie, po czym uważ­nie czy­ta­jąc, przy­ta­ki­wała raz po raz. Sku­pie­nie ma­lu­jące się na jej twa­rzy było dla mnie miłą nie­spo­dzianką, bo da­wało na­dzieję, że fak­tycz­nie bę­dzie wy­ko­ny­wać po­wie­rzone jej za­da­nia pro­fe­sjo­nal­nie i z od­da­niem. W pew­nym mo­men­cie dziew­czyna chwy­ciła le­żące na biurku pióro i za­częła wy­peł­niać wy­krop­ko­wane miej­sca, wpi­su­jąc w nie swoje dane.

- Jesz­cze jedno - za­strze­głam, kiedy już miała pod­pi­sać prze­czy­taną umowę. - Być może zo­ba­czysz w trak­cie pracy rze­czy, które cię za­sko­czą lub za­nie­po­koją. Pro­wa­dzę różne in­te­resy i nie wszyst­kie są zwią­zane bez­po­śred­nio z ho­te­lami na­le­żą­cymi do mo­jej ro­dziny. Pa­mię­taj, nie roz­ma­wiaj z ni­kim o tym, co się tu­taj dzieje, a je­śli coś bę­dzie cię wy­jąt­kowo nie­po­koić, to za­wsze mo­żesz przyjść z tym do mnie.

- Jest pani do­brym czło­wie­kiem - stwier­dziła pew­nym to­nem. - Nikt, kto jest cho­ciażby odro­binę zły, nie po­śpie­szyłby z po­mocą ko­muś zu­peł­nie ob­cemu. Dla­tego je­stem prze­ko­nana, że pro­wa­dzi pani in­te­resy uczci­wie, bez żad­nych ma­chlo­jek. Poza tym zy­skała pani moją wier­ność i wdzięcz­ność, nie­za­leż­nie od tego, co się wy­da­rzy.

Uśmiech­nę­łam się, ale nie miało to nic wspól­nego z ra­do­ścią.

- Żadne in­te­resy nie są w stu pro­cen­tach uczciwe. Nie, je­śli chce się za­ra­biać pie­nią­dze.

Ba­sia wy­buch­nęła śmie­chem, sły­sząc tę uwagę.

- Prze­cież wiem, cho­dzi mi ra­czej o to, że nie jest pani sze­fową ma­fii czy coś ta­kiego.

Na mo­ment za­parło mi dech. Czemu wspo­mniała aku­rat o czymś ta­kim? Czyż­bym wła­śnie po­peł­niła błąd, a ona nie była tym, za kogo się po­da­wała? Czas po­każe. Te­raz mia­łam w pla­nach coś in­nego.

- Je­dziemy na za­kupy - oznaj­mi­łam.

Spra­wiała wra­że­nie to­tal­nie za­sko­czo­nej.

- Za­re­zer­wo­wa­łam nam też wi­zytę u ko­sme­tyczki i fry­zjerki. To bę­dzie długi dzień!

- Czy to na­prawdę ko­nie­czne? - Skrzy­wiła się nie­znacz­nie, gdy się do­wie­działa, jaki jest plan.

- Tak! I nie za­po­mnij prze­słać mi zdję­cia i da­nych swo­jego by­łego. Tu masz mo­jego pry­wat­nego ma­ila - po­wie­dzia­łam, po­da­jąc jej czarną wi­zy­tówkę ze zło­tym na­dru­kiem.

ALESSANDRO

Wkro­czy­łem do ho­te­lo­wego baru, roz­glą­da­jąc się nie­znacz­nie. Zda­wa­łem so­bie sprawę, że szanse na spo­tka­nie jej w pierw­szych mi­nu­tach po­bytu tu­taj są bli­skie zeru, ale chcia­łem jak naj­szyb­ciej przy­stą­pić do dzia­ła­nia. Wło­ski gli­niarz pra­cu­jący na zle­ce­nie ma­fii - ni­gdy nie są­dzi­łem, że stanę się jedną z ma­rio­ne­tek Don Ser­gia. Mia­łem jed­nak w tym cel i był on dla mnie waż­niej­szy niż ho­nor czy od­znaka, którą no­si­łem od wielu lat.

Przy­sia­dłem nie­da­leko baru, zaj­mu­jąc krze­sło tuż przy ścia­nie, po czym za­mó­wi­łem whi­sky. Na ulicy pa­no­wał upał, ale w środku w ogóle się go nie od­czu­wało - kli­ma­ty­za­cja w ho­telu była usta­wiona na mak­si­mum. Ro­zej­rza­łem się dys­kret­nie, oce­nia­jąc nie tylko pra­cow­ni­ków, ale też klien­telę. W końcu na­wet taki laik jak ja zda­wał so­bie sprawę, że ośrodki tu­ry­styczne z re­guły przy­cią­gają okre­ślony typ klien­tów. Ci tu­taj wy­glą­dali na opły­wa­ją­cych w luk­susy. Ele­ganc­kie stroje, wy­szu­kany ma­ki­jaż, mar­kowe do­datki i drogi al­ko­hol le­jący się li­trami.

Wła­śnie wtedy ją do­strze­głem. Wy­glą­dała jesz­cze le­piej niż na zdję­ciach do­łą­czo­nych do jej do­ssier. Dłu­gie ciemne włosy spły­wały po jej ra­mio­nach ide­al­nymi fa­lami, pod­kre­śla­jąc ko­biecą, pełną krą­gło­ści fi­gurę. Ele­gancka su­kienka ku­sząco opi­nała biust i bio­dra, eks­po­nu­jąc za­lety i sku­tecz­nie od­wra­ca­jąc uwagę od man­ka­men­tów - je­śli w ogóle ko­bieta, którą ob­ser­wo­wa­łem, ta­kie miała.

Cóż, Ser­gio w jed­nym nie kła­mał, jej piersi nie na­le­żały do ma­łych i z chę­cią zwa­żył­bym je w dło­niach. "Na szczę­ście i na to przyj­dzie pora" - obie­ca­łem so­bie w my­ślach, ob­ser­wu­jąc ją z rogu baru. Było w niej coś, co nie po­zwa­lało mi ode­rwać od niej wzroku. Przy­cią­gała, ku­siła, wzbu­dzała po­żą­da­nie. Do­sze­dłem do wnio­sku, że to zle­ce­nie ma do­dat­kowe plusy, któ­rych wcze­śniej zu­peł­nie nie bra­łem pod uwagę.

Zda­wała się bry­lo­wać w to­wa­rzy­stwie. Trzech przy­stoj­nych mło­dzień­ców do­słow­nie spi­jało z jej ust każde słowo. Byli po pro­stu na każde jej ski­nie­nie. Speł­niali każdą jej za­chciankę, pod­ty­ka­jąc pod nos a to ka­wałki świe­żych owo­ców, a to ko­lejne ko­lo­rowe drinki. Z ko­lei je­dyna młoda dziew­czyna w tej gro­madce wpa­try­wała się w Annę Ar­chial­lis jak w ob­ra­zek. Na zdrowy roz­są­dek na­le­żało przy­znać, że nie było w tym nic dziw­nego. Taka nie­zwy­kła ko­bieta mo­gła być dla niej nie­do­ści­gnio­nym wzo­rem klasy, sek­sa­pilu i uroku, któ­remu nie był w sta­nie się oprzeć ża­den męż­czy­zna.

Nie­chęt­nie mu­sia­łem przy­znać, że od­kąd sku­pi­łem na niej wzrok, i ja by­łem nie­zmier­nie za­in­te­re­so­wany jej osobą. Świad­czyło o tym cho­ciażby nie­przy­jemne na­pię­cie w kro­czu, które lada chwila mo­gło się stać wi­do­czne dla po­stron­nych ob­ser­wa­to­rów. Szybko od­wró­ci­łem wzrok od tej nie­sa­mo­wi­tej istoty, pró­bu­jąc nieco ochło­nąć. Wprost nie mo­głem uwie­rzyć, że ko­bieta z klasą, nieco po­nad czter­dziestkę, mo­gła się trud­nić strę­czy­ciel­stwem na tak sze­roką skalę, by zwró­cić na sie­bie uwagę sy­cy­lij­skiej "ro­dziny". Czy fak­tycz­nie chciała wkro­czyć na ich te­ren? A może zro­biła to zu­peł­nie nie­świa­do­mie? Na to py­ta­nie nie umia­łem jed­no­znacz­nie od­po­wie­dzieć. Nie mia­łem kom­pletu in­for­ma­cji, a je­dy­nie skrawki da­nych, które pod­rzu­cił mi w cza­sie na­szej roz­mowy Don Ser­gio. Z tego też po­wodu piękna nie­zna­joma sta­no­wiła dla mnie za­gadkę.

Ow­szem, zna­łem pod­sta­wowe fakty z jej ży­cia, ale wie­dzia­łem, że to tylko nie­które z sy­tu­acji, które ją ukształ­to­wały. Mu­siało być coś jesz­cze, coś, czego nie było w do­ku­men­tach ze­bra­nych przez lu­dzi Bu­scon­niego. W końcu nikt nie trudni się nie­le­gal­nymi pro­ce­de­rami, gdy le­galne in­te­resy po­zwa­lają mu żyć na od­po­wied­nio wy­so­kim po­zio­mie. I to wła­śnie ta ta­jem­nica mo­gła być klu­czem do zdo­by­cia uwagi Anny Ar­chial­lis. Na­le­ża­łoby też do­dać do tego umie­jętne po­zby­cie się smar­ka­czy krę­cą­cych się w jej po­bliżu.

Ski­ną­łem na kel­nera, żeby za­mó­wić jesz­cze jedną whi­sky. Są­czy­łem ją nie­śpiesz­nie, ani na chwilę nie spusz­cza­jąc z oka ko­biety, do któ­rej mia­łem do­trzeć. Nie wie­dzia­łem, jak się do niej zbli­żyć, aby wy­glą­dało to na zu­peł­nie przy­pad­kowe spo­tka­nie. Li­czy­łem chyba na cud i to, że to ona zwróci na mnie uwagę. W końcu trudno było mnie prze­oczyć. Nie­stety, tego wie­czora cud nie był mi pi­sany.

Pa­trzy­łem, jak przy­stojny chło­pak - na moje oko przed trzy­dziestką - de­li­kat­nie gła­dzi po­li­czek Anny i szep­cze jej coś do ucha. Nie mu­sia­łem na­wet sły­szeć tego, co mó­wił. Ogień w jego oczach nie po­zo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści co do skła­da­nych przez niego pro­po­zy­cji. Ko­bieta na mo­ment przy­mknęła po­wieki, jakby roz­wa­ża­jąc w my­ślach usły­szane słowa, po czym de­li­kat­nie się za­śmiała i zde­cy­do­wa­nym ge­stem od­trą­ciła dłoń męż­czy­zny.

Mi­nęła chwila, nim się zo­rien­to­wa­łem, że przez dłuż­szy mo­ment wstrzy­my­wa­łem od­dech, cze­ka­jąc na re­ak­cję Anny. Nie­wąt­pli­wie był to je­den z chło­pa­ków dzia­ła­ją­cych na jej zle­ce­nie i moim zda­niem po­stą­pi­łaby nie­pro­fe­sjo­nal­nie, ko­rzy­sta­jąc z jego usług. Cho­ciaż - czy wła­ści­ciele klu­bów noc­nych, które mia­łem oka­zję od­wie­dzać, nie za­ba­wiali się z wła­snymi dziw­kami? Prze­cież ro­bili to nie­mal re­gu­lar­nie, więc dla­czego ona nie mia­łaby ro­bić tego sa­mego?

"Całe to rów­no­upraw­nie­nie to ja­kieś ba­nia­luki" - po­my­śla­łem za­sko­czony wła­snym to­kiem ro­zu­mo­wa­nia, po czym znowu się­gną­łem po szkla­neczkę z whi­sky. Jej ostry, pa­lący smak po­zwa­lał mi się sku­pić i przy­po­mi­nał o za­war­tej umo­wie. Na­zwi­sko dra­nia, który po­cią­gnął za spust, mia­łem po­znać, gdy po­twier­dzę za­ży­łość z Anną Ar­chial­lis. Na­zwi­sko zle­ce­nio­dawcy, gdy ko­bieta sprzeda ho­tel na wy­spie. I tylko na tym po­wi­nie­nem się sku­pić. Nie było moją sprawą ani to, z kim się rżnęła wcze­śniej, ani to, z kim bę­dzie to ro­bić, gdy już z nią skoń­czę.

Mu­sia­łem się sku­pić na za­da­niu, za­miast roz­trzą­sać jej pre­fe­ren­cje łóż­kowe. Nie mo­głem tak po pro­stu do niej za­ga­dać. Nie w ho­telu. W końcu to był jej te­ren, na któ­rym czuła się pew­nie. Nic jej tu­taj nie gro­ziło. A na­wet gdyby na­de­szło za­gro­że­nie, to każdy pra­cow­nik ru­szyłby jej z po­mocą, a to ja mia­łem ode­grać rolę wy­bawcy. Bo­ha­tera, któ­rego ona z wdzięcz­no­ści za­prosi do swo­jej sy­pialni i któ­remu po­zwoli się an­ga­żo­wać w swoje in­te­resy, oczy­wi­ście w od­po­wied­nim mo­men­cie.

Mia­łem tylko jedno wyj­ście. Mu­sia­łem za­in­sce­ni­zo­wać coś na mie­ście. Ja­kąś kra­dzież, stłuczkę, na­pa­sto­wa­nie, po pro­stu co­kol­wiek. Co prawda nie wie­dzia­łem, jak czę­sto wy­cho­dzi poza ośro­dek, ilu to­wa­rzy­szy jej wtedy ochro­nia­rzy, ale prze­cież mia­łem czas, żeby to usta­lić, pra­wie nie­ogra­ni­czony. Ser­gio do­sko­nale ro­zu­miał, że tego typu ak­cje wy­ma­gają cier­pli­wo­ści i od­po­wied­niego przy­go­to­wa­nia, dla­tego pierw­szych efek­tów ocze­ki­wał do­piero za kilka ty­go­dni. Oczy­wi­ście raz na kilka dni mia­łem się mel­do­wać i zda­wać re­la­cję z po­stę­pów, ale nikt nie ka­zał mi od­wa­lać fu­szerki.

Po­my­śla­łem, że wie­czo­rem będę mu­siał wy­sko­czyć do cen­trum, po­krę­cić się tu i tam. Na­mie­rzyć kilku lo­kal­nych go­ści, któ­rzy za od­po­wied­nią sumę będą w sta­nie się wcie­lić we wska­zane role, na­wet je­śli gro­zi­łoby im z tego po­wodu tym­cza­sowe aresz­to­wa­nie czy oskar­że­nie o kra­dzież.

Są­cząc whi­sky, przy­glą­da­łem się uważ­nie swo­jej ofie­rze. Tak, tak wła­śnie ją po­strze­ga­łem, dla wła­snej wy­gody. Chcia­łem na­zy­wać rze­czy po imie­niu, aby przy­pad­kiem nie zna­leźć szla­chet­nego wy­tłu­ma­cze­nia dla swo­ich przy­szłych po­stęp­ków. Wie­dzia­łem, że Io­landa ni­gdy by na coś ta­kiego nie przy­stała. Po­wie­dzia­łaby, że skoro już jej nie ma, to nie po­wi­nie­nem ruj­no­wać ży­cia in­nej nie­win­nej ko­biety, tylko po to, żeby za­spo­koić żą­dzę ze­msty. Tylko że Anna Ar­chial­lis nie była taka nie­winna, za jaką chciała ucho­dzić. Strę­czy­ciel­stwo, han­del nar­ko­ty­kami, prze­myty sta­no­wiły je­dy­nie czu­bek góry lo­do­wej, na którą skła­dały się jej nie­le­galne in­te­resy.

Obiekt mo­ich ob­ser­wa­cji wstał z krze­sła tak na­gle, że wy­wo­łał tym zdzi­wie­nie ca­łego swo­jego to­wa­rzy­stwa. Ko­bieta szep­nęła coś z po­ważną miną do sie­dzą­cej obok mło­dej dziew­czyny i ru­szyła w kie­runku wyj­ścia.

Pa­trzy­łem na jej dłu­gie nogi, które pięk­nie się pre­zen­to­wały w bu­tach na wy­so­kim ob­ca­sie. Wy­glą­dała jak mo­delka z mo­krych snów na­sto­let­nich chłop­ców. Szła ener­gicz­nie, a za­ra­zem uwo­dzi­ciel­sko. Nie­świa­do­mie ko­ły­sała de­li­kat­nie bio­drami, przy­cią­ga­jąc spoj­rze­nia wszyst­kich męż­czyzn ze­bra­nych w ba­rze. Jej wą­ska ta­lia, pod­kre­ślana przez przy­le­ga­jącą do ciała ni­czym druga skóra su­kienkę, wprost pro­siła, aby ją ob­jąć. Nie­mal od­po­wie­dzia­łem na to we­zwa­nie. Jed­nak naj­bar­dziej po­do­bały mi się jej piersi. Duże, kształtne i z całą pew­no­ścią jędrne. Ob­li­za­łem lekko wargi, my­śląc o tym, że wkrótce będę mógł się prze­ko­nać, jak sma­kują.

ANNA

Za­uwa­ży­łam go ką­tem oka i do­słow­nie po­czu­łam, jak za­piera mi dech w pier­siach. Był cho­dzą­cym ide­ałem z nie­grzecz­nych snów każ­dej ko­biety. Bar­dzo wy­soki, mocno umię­śniony i przy­stojny, ale w taki dys­tyn­go­wany spo­sób. Przy­po­mi­nał mi księ­cia z bajki, bo­ha­tera ro­mansu dla pa­nien z do­brego domu. Ubra­nia, które dla sie­bie wy­brał, do­sko­nale do niego pa­so­wały. Spor­towa ele­gan­cja świet­nie pod­kre­ślała jego syl­we­tkę, uwy­dat­nia­jąc atuty mę­skiego ciała. Ow­szem, lekka ma­ry­narka prze­wie­szona przez jego ra­mię mocno kon­tra­sto­wała z miej­scem, w któ­rym się te­raz znaj­do­wa­li­śmy, ale chyba wła­śnie przez to przez tak się wy­róż­niał na tle tłumu. Pod­wi­nięte rę­kawy bia­łej ko­szuli fe­no­me­nal­nie współ­grały nie tylko z do­sko­nałą opa­le­ni­zną oraz ide­al­nie wy­rzeź­bio­nymi mię­śniami, ale także z licz­nymi ta­tu­ażami zdo­bią­cymi jego skórę.

Przy­się­gam, mia­łam ochotę się ob­li­zać jak pię­cio­latka na wi­dok ulu­bio­nych lo­dów. I pew­nie chęt­nie bym do niego za­ga­dała, a może na­wet spę­dziła z nim nieco czasu sam na sam, kon­tem­plu­jąc jego ide­alne ciało, gdyby nie je­den drobny szcze­gół - wi­dzia­łam go już wcze­śniej! Kilka dni temu mi­gnął mi w ho­te­lo­wym ba­rze w Aka­bie, a te­raz niby przy­pad­kiem tra­fi­łam na niego przy wej­ściu do Pe­try? Te dwa miej­sca dzie­liło około stu ki­lo­me­trów. Niby nie­wiele, a jed­nak to spo­tka­nie wy­dało mi się nieco po­dej­rzane. Zresztą, na­wet je­śli to tylko zrzą­dze­nie losu, a on był tu­ry­stą, który za­trzy­mał się w moim ho­telu i aku­rat dziś po­sta­no­wił zwie­dzić perłę kró­le­stwa Na­ba­tej­czy­ków, nie mo­głam sku­pić na nim uwagi. Przy­je­cha­łam tu w zu­peł­nie in­nym, bar­dzo waż­nym celu - mia­łam za­po­lo­wać na łowcę. Tego sa­mego, w któ­rego si­dła wpa­dła wcze­śniej Ba­sia. Z bie­giem czasu co­raz le­piej po­zna­wa­łam jej po­godną, nieco na­iwną na­turę, od­czu­wa­jąc przy tym gniew wo­bec męż­czy­zny, który ośmie­lił się wy­ko­rzy­stać jej wro­dzoną do­broć. Oczy­wi­ście ist­niało ry­zyko, że okażę się dla niego za stara, nie ukry­wajmy, był ode mnie młod­szy o dwa­na­ście lat. Nie­mniej jed­nak nie za­mie­rza­łam od­pusz­czać, chcia­łam się ze­mścić. Stwier­dzi­łam, że je­śli dzie­ciak mnie zi­gno­ruje, to znajdę młod­szą dziew­czynę, która zła­pie go w sieć za­leż­no­ści, płat­nego seksu i obiet­nicy bo­gac­twa.

Nie­spo­koj­nie spoj­rza­łam jesz­cze raz w stronę nie­zna­jo­mego, który z każdą chwilą fa­scy­no­wał mnie co­raz bar­dziej. Jego lekko krę­cone ciemne włosy wprost się pro­siły, aby prze­cze­sać je dło­nią. Wi­do­czne gdzie­nie­gdzie pierw­sze srebrne nitki do­da­wały mu nie tylko uroku, ale też mę­sko­ści. Po­stawą i syl­we­tką przy­wo­dził mi na myśl mo­jego ulu­bio­nego ak­tora - Idrisa Elbę, tylko że w wer­sji śród­ziem­no­mor­skiej. Na do­da­tek zda­wał się mnie nie za­uwa­żać - a to strasz­nie mnie in­try­go­wało i zło­ściło jed­no­cze­śnie. Był zu­peł­nie sku­piony na lek­tu­rze nie­wiel­kiej ulotki, gdy cier­pli­wie stał w ko­lejce do kasy bi­le­to­wej. Tak jakby zwie­dza­nie jed­nego z no­wych sied­miu cu­dów an­tycz­nego świata było jego ży­cio­wym ce­lem, który chciał zre­ali­zo­wać za wszelką cenę!

Nie przy­wy­kłam do tego typu re­ak­cji. Zwy­kle moje po­ja­wie­nie się wy­wo­ły­wało po­ru­sze­nie wśród męż­czyzn w dość sze­ro­kim prze­dziale wie­ko­wym. Ten eg­zem­plarz wy­da­wał się jed­nak cał­ko­wi­cie od­porny na moją urodę i mój sek­sa­pil. Iry­to­wało mnie to, nie prze­czę, ale też spra­wiło, że mia­łam jesz­cze więk­szą ochotę go po­de­rwać. Tylko po to, by po­sta­wić na swoim i udo­wod­nić sa­mej so­bie, że na­dal mam w so­bie to coś, co czyni mnie ko­bietą, o któ­rej trudno za­po­mnieć.

"I zro­bię to - po­my­śla­łam, pró­bu­jąc uspo­koić wzbu­rzone my­śli - o ile prze­zna­cze­nie jesz­cze raz po­stawi go na mo­jej dro­dze!" Wie­dzia­łam, że dziś po­win­nam sku­pić całą uwagę na nie­ja­kim Mo­ham­ma­dzie. Port­fel wy­pchany do­la­rami miał po­móc go zwa­bić. W końcu wi­dok kil­ku­dzie­się­ciu bank­no­tów w po­łą­cze­niu ze zło­tymi kar­tami kre­dy­to­wymi mógł zdzia­łać cuda i wy­wo­łać pra­gnie­nie w żąd­nym pie­nię­dzy chło­paku, ma­rzą­cym o uto­ro­wa­niu so­bie drogi do lep­szego ży­cia, ro­dem ze zdjęć in­flu­en­ce­rów na In­sta­gra­mie.

Nie­stety, prze­kro­czy­łam główną bramę atrak­cji tu­ry­stycz­nej i na mo­ment za­po­mnia­łam o swoim głów­nym celu wi­zyty tu­taj. Dawna sto­lica pań­stwa na­ba­tej­skiego, która sta­no­wiła ide­alny przy­czó­łek dla stru­dzo­nych długą po­dróżą ka­ra­wan, od za­wsze mnie za­chwy­cała. I to nie­za­leż­nie od tego, ile razy mia­łam oka­zję już tu­taj być. Mi­nę­łam pierw­szą z kon­struk­cji wy­rzeź­bio­nych w skale i ru­szy­łam w kie­runku wą­wozu zwa­nego Siq, bę­dą­cego ofi­cjalną drogą wio­dącą do an­tycz­nego mia­sta. Miło było po­my­śleć, że dwa ty­siące lat temu każdy po­dróż­nik czy ku­piec, który od­wie­dził ten re­gion, kie­ro­wał się w stronę mia­sta do­kład­nie tą samą trasą co ja.

Po­dzi­wia­jąc po­tęgę na­tury i czu­jąc przy­tła­cza­jącą mo­men­tami wiel­kość ota­cza­ją­cych mnie skał, szłam przed sie­bie i tylko gdzie­nie­gdzie za­trzy­my­wa­łam się na mo­ment, aby uchwy­cić ja­kiś ele­ment na zdję­ciu. Trudno po­wie­dzieć, czemu to ro­bi­łam. Praw­do­po­dob­nie tylko po to, aby nie od­sta­wać od tłumu, w któ­rym lu­dzie - o czym świad­czyły liczne "ochy" i "achy" - za­pewne pierw­szy raz w ży­ciu wę­dro­wali przez ten nie­zwy­kły twór przy­rody.

Ką­tem oka do­strze­głam nie­zna­jo­mego, który nieco wcze­śniej mnie za­in­try­go­wał. Nie­stety mi­nął mnie, wpa­tru­jąc się w za­rys skał gó­ru­ją­cych kil­ka­na­ście me­trów po­nad na­szymi gło­wami. Uśmiech­nę­łam się nie­pew­nie do wła­snych my­śli. "Ko­chana, prze­gra­łaś star­cie o jego uwagę i zo­sta­łaś po­ko­nana przez stare, pu­stynne mia­sto po­środku Jor­da­nii". Na­gle wie­lo­ko­lo­rowe ściany ogra­ni­cza­jące prze­strzeń zu­peł­nie prze­stały mnie in­te­re­so­wać. Po­dzi­wia­jąc nie­sa­mo­wi­cie mę­ską po­stać, która od­da­liła się ode mnie już o kil­ka­na­ście kro­ków, stwier­dzi­łam, że chyba się sta­rzeję, skoro oglą­dam się za kimś w swoim prze­dziale wie­ko­wym. Sprę­ży­ste ru­chy po­cią­ga­ją­cego męż­czy­zny pod­kre­ślały mu­sku­la­turę jego ple­ców i ra­mion, a zde­cy­do­wany chód uwy­dat­niał ma­je­sta­tycz­ność jego syl­we­tki. Za­trzy­mał się i przez chwilę trwał w bez­ru­chu, wpa­tru­jąc się w coś jak urze­czony. Mi­ja­jący go tu­ry­ści rów­nież przy­sta­wali w tym miej­scu, ale ich re­ak­cja, na którą z pew­no­ścią skła­dały się nie­do­wie­rza­nie i za­chwyt, była nieco mniej żywa. Uśmiech­nę­łam się, wie­dząc, że do­tarł do za­łomu skal­nego, z któ­rego można do­strzec frag­ment Skarbca Fa­ra­ona, bę­dą­cego wi­zy­tówką ca­łej Pe­try.

Za­cho­wa­nie in­try­gu­ją­cego nie­zna­jo­mego po­wie­działo mi wiele na te­mat jego uspo­so­bie­nia. Do­strze­ga­łam same po­zy­tywy. Po­tra­fił od­na­leźć w so­bie cie­ka­wość świata i po­korę w sto­sunku do dzieła matki na­tury oraz lu­dzi, któ­rzy żyli w tym za­kątku przed set­kami lat. Był w sta­nie do­ce­nić piękno i fi­ne­zję rzeź­bia­rzy, któ­rzy stwo­rzyli Al-Cha­znę, a jego fa­scy­na­cja wy­ra­żała się w ci­chej kon­tem­pla­cji tej nie­zwy­kłej bu­do­wli. Do­piero po kilku mi­nu­tach z wy­raź­nym wa­ha­niem, jakby ro­bił coś za­ka­za­nego, uniósł te­le­fon ko­mór­kowy i za­czął utrwa­lać na zdję­ciach urodę tego nie­zwy­kłego miej­sca. Gdy­bym miała po­rów­nać do cze­goś jego re­ak­cję, to chyba wła­śnie tak wy­obra­ża­łam so­bie Jo­hanna Lu­dwiga Burc­khardta, który w 1812 roku na nowo od­krył Pe­trę i spra­wił, że Eu­ropa po­znała jej po­tęgę.

Nie­chęt­nie mi­nę­łam nie­zna­jo­mego, który jak urze­czony wo­dził wzro­kiem po ko­lej­nych de­ta­lach fa­sady naj­praw­do­po­dob­niej daw­nego gro­bowca, i ru­szy­łam w kie­runku an­tycz­nego mia­sta. Od celu mo­jej wę­drówki na­dal dzie­liło mnie kilka ki­lo­me­trów i dzie­siątki cu­dow­nych bu­do­wli, któ­rymi w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach po­win­nam się za­chwy­cać, i z wielką ochotą bym to zro­biła, nie­stety dziś nie mo­głam. Chcia­łam po pro­stu jak naj­szyb­ciej po­ko­nać całą trasę, by zna­leźć się u pod­nóża moim zda­niem jed­nego z naj­pięk­niej­szych two­rów w Pe­trze - Ad-Dajru. Gdyby to za­le­żało ode mnie, to on byłby naj­bar­dziej znaną bu­do­wlą Na­ba­tej­czy­ków.

Prze­cho­dząc przez dzie­dzi­niec, kilka razy mu­sia­łam do­słow­nie opę­dzać się od be­du­iń­skich han­dla­rzy, któ­rzy ofe­ro­wali róż­nego ro­dzaju pa­miątki, na­poje, a na­wet usługi prze­wod­nic­kie. Zde­cy­do­wa­nym to­nem od­rzu­ca­łam wszel­kie pro­po­zy­cje, a przy tym szyb­kim kro­kiem cały czas zmie­rza­łam przed sie­bie, by po­ko­nać tak zwaną ulicę fa­sad, przy któ­rej tu­ry­ści w dro­dze ku sercu mia­sta mo­gli po­dzi­wiać ko­lejne gro­bowce. Z uczu­ciem ulgi do­tar­łam do nieco bar­dziej otwar­tej prze­strzeni, na któ­rej końcu znaj­do­wały się ru­iny nie­wiel­kiego te­atru, w więk­szo­ści wy­ku­tego w zbo­czu. Zda­niem ba­da­czy w cza­sach swo­jej świet­no­ści mógł on po­mie­ścić jed­no­cze­śnie około czte­rech ty­sięcy wi­dzów, cho­ciaż po­ja­wiały się też opi­nie, że za­sia­dała tam na­wet dwa razy licz­niej­sza pu­blicz­ność.

Na­tu­ralne ukształ­to­wa­nie te­renu wy­mu­szało skręt w prawo, jed­nak za­nim ru­szy­łam tym trak­tem, przy­sta­nę­łam na dłuż­szy mo­ment, wbrew so­bie i roz­sąd­kowi, ob­ser­wu­jąc po­zo­sta­ło­ści przy­bytku kul­tury, który w dość bru­talny spo­sób za­my­kał ne­kro­po­lię. Po­zo­sta­ło­ści gro­bow­ców, a ra­czej nisz gro­bo­wych, gó­ro­wały nad wi­dow­nią bu­do­wli li­czą­cej so­bie dwa ty­siące lat. Zda­wa­łam so­bie sprawę, że mar­nuję cenny czas, ale po pro­stu nie po­tra­fi­łam się po­wstrzy­mać.

Cze­kaj­cie, a bę­dzie wam dane. W końcu zna­joma po­stać mi­gnęła mi gdzieś w tłu­mie, co wy­wo­łało uśmiech na mo­jej twa­rzy. Z ja­kie­goś po­wodu po­czu­łam ra­dość, że ten ta­jem­ni­czy przy­stoj­niak zde­cy­do­wał się na stan­dar­dową trasę, za­miast ru­szyć po scho­dach pro­wa­dzą­cych do Dża­bal Mad­bah i naj­waż­niej­szego miej­sca kultu Na­ba­tej­czy­ków zwa­nego Wielką Wy­żyną Kul­tową. Być może po pro­stu nie miał po­ję­cia, że nie­po­zorne schodki wiodą tam, gdzie można zna­leźć do­wody ist­nie­nia skom­pli­ko­wa­nego sys­temu wie­rzeń daw­nych miesz­kań­ców an­tycz­nego mia­sta. Na uwagę za­słu­gi­wał też oczy­wi­ście nie­za­po­mniany wi­dok na całą oko­licę, który się stam­tąd roz­po­ście­rał.

Ru­szy­łam przed sie­bie, wie­dząc, że nie będę miała oka­zji zaj­rzeć do Gro­bow­ców Kró­lew­skich, które gó­ro­wały nad mia­stem, ani od­wie­dzić za­pie­ra­ją­cej dech w pier­siach Wiel­kiej Świą­tyni zaj­mu­ją­cej nie­gdyś po­wierzch­nię sied­miu ty­sięcy me­trów kwa­dra­to­wych. Różne fakty na te­mat mia­sta ko­ła­tały mi się w gło­wie, jakby na­gle szu­fladka, w któ­rej zo­stały umiesz­czone, się otwo­rzyła, pró­bu­jąc mnie zmu­sić do kon­tem­pla­cji cu­dów za­po­mnia­nego przez wielu kró­le­stwa.

Usi­łu­jąc za­cho­wać obo­jęt­ność i trzy­mać się pier­wot­nego planu, kro­czy­łam Ulicą Ko­lum­nową w kie­runku Bramy Łu­ko­wej oraz znaj­du­ją­cego się za nią Kasr al-Bint Fi­raun, któ­rego na­zwę można prze­tłu­ma­czyć jako "za­mek córki fa­ra­ona".

Nie­do­in­for­mo­wany tu­ry­sta od­wie­dza­jący ten kom­pleks, spo­glą­da­jąc w tam­tym kie­runku, mógł dojść do wnio­sku, że po­zor­nie zbli­żamy się do gra­nic an­tycz­nego mia­sta. Wie­lo­krot­nie by­łam świad­kiem sy­tu­acji, w któ­rej spora grupa, do­cie­ra­jąc do końca do­liny, za­wra­cała i ru­szała w drogę ku wej­ściu, bę­dą­cemu jed­no­cze­śnie wyj­ściem.

Dla mnie na po­wrót było zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie. Pla­no­wa­łam pie­szą wę­drówkę przez Wadi ed-Deir i mia­łam na­dzieję, że nie będę wspi­nać się do tego mo­na­styru nada­remno.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki