ANNA
Próbowałam skupić się na pracy, przeglądając zdjęcia kolejnych kandydatów, gdy usłyszałam stłumiony płacz. Chociaż właściwie było to ciche chlipanie w hotelowym barze nad szklaneczką rozwodnionej whisky. Przez moment próbowałam zignorować ten drażniący dźwięk, ale z każdą chwilą przybierał on na sile, irytując mnie coraz bardziej.
Dyskretnie zerknęłam w kierunku, z którego dochodził, i z zaskoczeniem dostrzegłam młodą kobietę, a może nawet nastolatkę. Była ubrana dość niedbale, chociaż mimo wszystko należało przyznać, że włożyła nieco wysiłku w skomponowanie poszczególnych elementów garderoby. Białe lniane spodnie całkiem nieźle współgrały z powłóczystą tuniką. Niestety, ich krój, zamiast maskować mankamenty figury, bezlitośnie je podkreślał, czyniąc dziewczynę pulchniejszą, niż była w rzeczywistości. Spięte byle jak blond włosy sprawiały wrażenie zaniedbanych. Po dłuższej chwili udało mi się zobaczyć oczy nieznajomej. Ich widok dosłownie sprawił mi ból. Jej tęczówki były doskonale błękitne, natomiast białko gałki dosłownie czerwone od łez, gdzieniegdzie zauważyłam popękane żyłki. Powieki opuchnięte do granic możliwości jeszcze potęgowały beznadziejność sytuacji.
Tak, dziewczyna była obrazem nędzy i rozpaczy. Mogłam ją zignorować, ale z jakiegoś powodu wzbudziła we mnie współczucie graniczące z matczyną troską. Cóż, przy odrobinie dobrej woli prawdopodobnie mogłaby być w wieku mojej potencjalnej córki.
Odłożyłam tablet na blat baru i skinieniem głowy dałam jednemu z kelnerów znać, aby zaopiekował się nim podczas mojej nieobecności. Z uśmiechem zabrał sprzęt oraz pozostawione przeze mnie dokumenty. Zresztą, co tu kryć, nie miał wyboru, byłam w końcu jego szefową. Chwyciłam w dłoń szklankę z bezalkoholowym drinkiem, który akurat sączyłam, i wolnym krokiem podeszłam do nieznajomej.
Cichy stukot moich obcasów sygnalizował każdy przebyty metr. Nie czekałam na zaproszenie, po prostu przysiadłam na barowym krześle ustawionym tuż obok dziewczyny, po czym odezwałam się cichym głosem, żeby jej nie przestraszyć.
- Czy wszystko w porządku?
Dopiero gdy te słowa wybrzmiały, zdałam sobie sprawę, jak bardzo były stereotypowe. Gdy ktoś pyta w ten sposób, raczej nie oczekuje szczerej odpowiedzi, a jedynie zdawkowego potwierdzenia umożliwiającego mu zajęcie się na powrót własnymi sprawami.
- Tak - wyjąkała z trudem, łykając przy tym łzy.
Nie mogłam tego tak zostawić. Teraz, po tym ewidentnie fałszywym zapewnieniu, wiedziałam, że stało się coś naprawdę złego, a ja przynajmniej powinnam spróbować jakoś jej pomóc.
- Nie wydaje mi się - zakwestionowałam prawdziwość wypowiedzi dziewczyny. - Czasami warto wyżalić się komuś nieznajomemu - zachęciłam, sama nie wiedząc dlaczego.
- Straciłam... Straciłam wszystko... - wydukała, nieustannie płacząc. Wyglądała, jakby liczyła, że ta czynność przyniesie jej jakąś wymierną korzyść.
Powiedzieć, że mnie zaskoczyła, to jakby nie powiedzieć nic! Spodziewałam się zerwania z chłopakiem, niechcianej ciąży albo zawieruszonego gdzieś pierścionka, ale nie prawdziwej tragedii, która najprawdopodobniej rozegrała się na terenie należącego do mnie hotelu.
- Ktoś cię okradł? - spytałam szczerze zaniepokojona. - Może powinniśmy zawiadomić policję?
Zszokowana tymi słowami dziewczyna pierwszy raz spojrzała prosto na mnie. Zapewne to, co właśnie usłyszała, wywołało u niej przerażenie. Jej reakcja jasno świadczyła o tym, że ostatnią rzeczą, jakiej chciała, było wezwanie służb mundurowych. Nie zaprzeczę - zaintrygowała mnie tym jeszcze bardziej, ponieważ bez wątpienia wplątała się w coś poważnego.
- Tak... Nie... Nie wiem... - zaczęła mówić chaotycznie, próbując powstrzymać szarpiące nią spazmy wywołane długotrwałym płaczem. - Policja nic nie pomoże. Nie w mojej sprawie. Nie ma co ich fatygować...
- Ale... - Chciałam coś powiedzieć, jednak w ostatniej chwili po prostu zabrakło mi słów.
Nastała cisza, która jedynie wzmagała nierealność sytuacji, a do tego czyniła tę rozmowę coraz bardziej bezsensowną.
- Byłam głupia - szepnęła po chwili milczenia. - Uwierzyłam mu, chociaż rodzice i przyjaciele mnie ostrzegali. Oddałam mu wszystko dobrowolnie, więc nie mam po co wzywać policji. Jedynie z pobłażliwymi uśmiechami pokiwają głową nad naiwnością europejskiej turystyki, po czym odjadą albo zdecydują się aresztować mnie za seks przedmałżeński. Wbrew pozorom wiem, jak to wszystko tutaj działa...
Cóż, miała rację, a ja doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Uwiodły ją piękne czarne oczy oraz gładkie słówka ćwiczone niemal każdego dnia na mniej i bardziej urodziwych wczasowiczkach, których portfele pełne są zielonych banknotów. Faceci uwielbiają sprowadzać kobiety do roli utrzymanek, wyzywając je od dziwek, ale trzeba też przyznać, że wielu spośród nich sprzedaje się za pieniądze w tajemnicy przed konserwatywnymi rodzicami. Widziałam to wiele razy, a co gorsza przeżyłam na własnej skórze, dlatego nie miałam prawa oceniać tej dziewczyny. Przynajmniej nie w tej kwestii.
- Popłacz, jeśli czujesz, że musisz, a potem spróbuj się cieszyć resztą wakacji, zanim wrócisz do domu - poradziłam. - Pieniądze mają to do siebie, że można je znowu zarobić. Prędzej czy później zapomnisz o tej stracie. Kto wie, może za kilka lat będziesz się z tego śmiać, chociaż teraz wydaje się to nieprawdopodobne.
Dziewczyna, słysząc te słowa, po raz kolejny zalała się łzami, po czym dławiąc się nimi, zaczęła nieskładnie opisywać mi swoją, jak się okazało, nieciekawą sytuację.
- Nie... - Pokręciła przecząco głową, ocierając oczy dłońmi. - Sprzedałam mieszkanie, dosłownie wszystko, co miałam...
Nie musiałam nawet słuchać dalej, mogłam się tylko domyślać, o jak wielką kwotę chodziło. Zapewne straciła nie tylko dorobek życia, ale również wszystko, co otrzymała od rodziców.
- Tata zapowiedział, żebym się nie fatygowała i nawet nie próbowała wracać, gdy Mohammad mnie zostawi - wychlipała tak głośno, że jej piskliwy głos przebił się przez plątaninę moich myśli i wspomnień. - Nie wiem, co mam ze sobą zrobić.
Instynktownie objęłam zapłakaną dziewczynę. Chciałam jej w ten sposób dodać otuchy i użyczyć nieco spokoju, którego zdaniem niektórych miałam aż w nadmiarze. Owszem, rozumiałam rozpacz i desperację, ale nie widziałam sensu panikowania. Mleko już się rozlało, teraz trzeba się było skupić na zminimalizowaniu niepożądanych konsekwencji.
Nieznajoma wtuliła się we mnie, co było dla mnie zaskoczeniem, ponieważ z reguły unikałam tak bliskich kontaktów fizycznych, z osobami spoza zaufanego kręgu, ale się nie odsunęłam. Widocznie tego teraz potrzebowała - bliskości drugiego człowieka i poczucia bezpieczeństwa.
- Rozumiem, że rodzice cię nie przyjmą, przynajmniej na razie. Może jakaś przyjaciółka? Kuzynka? Babcia? - spytałam po dłuższej chwili, kiedy nieznajoma wyswobodziła się z mojego uścisku i sięgnęła po szklaneczkę z alkoholem.
Pokręciła głową i zawstydzona wbiła wzrok w podłogę. Z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk, ale w tej nienaturalnej ciszy dało się wyczuć bezbrzeżną samotność skrzywdzonej dziewczyny.
- Masz pracę, do której możesz wrócić? - kontynuowałam, próbując znaleźć jakiś punkt zaczepienia, który można by było wykorzystać jako fundamenty nowego życia.
- Nie. Rozwiązałam umowę w trybie nagłym, kiedy Mohammad poprosił, abyśmy w końcu byli razem. Szef zaznaczył nawet, żebym nigdy nie ważyła się prosić o referencje, bo ich po prostu nie otrzymam.
Laska, wpakowałaś się w takie bagno, że faktycznie będzie ci się trudno z niego wygrzebać - pomyślałam i na szczęście w ostatniej chwili powstrzymałam się przed wypowiedzeniem tych słów na głos. Mój wyraz twarzy prawdopodobnie jednak mówił wiele, ponieważ dziewczyna na nowo wybuchnęła płaczem, powtarzając w kółko:
- Straciłam wszystko... Nie mam już po co żyć.
Miałam ochotę nią potrząsnąć. Owszem, popełniła straszną głupotę, ale musiało istnieć jakieś wyjście, a jeśli ona nie potrafiła go znaleźć, to przecież ja mogłam to zrobić za nią. W końcu zatrudniałam tak wiele osób, że jedna w tę czy we w tę tak naprawdę nie robiła mi różnicy.
- Jaką pracę możesz wykonywać? - spytałam rzeczowo, zastanawiając się, w którym z moich interesów znalazłaby się praca dla tej dziewczyny.
Spojrzała na mnie wielkimi, mokrymi od łez oczami. Błękit jej tęczówek jeszcze zyskał na intensywności i można w nich było dostrzec kompletne zaskoczenie.
- Ale... jak to? - spytała zdezorientowana, jakby dopiero teraz do niej dotarło, że opowiada o swojej życiowej tragedii zupełnie przypadkowej i całkiem obcej osobie.
- Pytam cię, co potrafisz robić, bo być może będę w stanie ci coś zaproponować - odpowiedziałam, nie owijając w bawełnę. - Skoro nie masz nikogo, kto mógłby ci pomóc, to możesz rozważyć moją ewentualną ofertę.
- Przecież nawet mnie pani nie zna...
- I vice versa - odparowałam szybko, lekko się przy tym uśmiechając. - Nie masz pojęcia, jaką szefową się okażę. Podobno wielu moich pracowników narzeka, że jestem wymagająca oraz apodyktyczna, a do tego bywam zrzędliwa.
Dziewczyna zaśmiała się nerwowo, pierwszy raz siląc się na coś, co przy sporej dawce dobrej woli można by było nazwać przebłyskiem radości.
- Pracowałam w biurze - wyznała nieśmiało po chwili ciszy - ale tak naprawdę moje obowiązki sprowadzały się do roli popychadła, typowe przynieś, wynieś, pozamiataj. Parzyłam kawę, kserowałam dokumenty, czasami, jak nie było nikogo innego, to odbierałam telefony.
Przyjrzałam jej się uważnie, usiłując ocenić jej możliwości zawodowe. Była asystentką bez poważniejszych obowiązków, a to z jednej strony stanowiło ograniczenie, a z drugiej - pozostawiało jej spore pole do popisu. Nic o niej nie wiedziałam, ale z jakiegoś powodu czułam, że potrafiłybyśmy się dogadać. Owszem, była niepozorna oraz nieco zaniedbana, co kłóciło się z moim wizerunkiem, ale nie było to coś, z czym dobra fryzjerka, kosmetyczka czy wizażystka nie zdołałaby sobie poradzić. Wystarczyło stylowo ubrać tę dziewczynę, dobrać odpowiednie cięcie i kolor włosów oraz nauczyć ją podstaw makijażu. Musiała w końcu przyswoić sobie jedną niezaprzeczalną prawdę: jak cię widzą, tak cię piszą.
Przez specyfikę swojej, nazwijmy to, pracy obracałam się głównie w męskim towarzystwie, dlatego młoda, uśmiechnięta dziewczyna mogła być miłą odmianą i szansą na lekkie babskie pogaduszki. Zresztą jej wiek i świeże spojrzenie mogły podziałać odświeżająco na mój biznes. Chociaż absolutnie nie czułam się staro, to doskonale zdawałam sobie sprawę, że spoglądam na pewne rzeczy i sytuacje inaczej niż dwudziestolatki.
- Wiem, jestem beznadziejna... - szepnęła w tym czasie nieznajoma, która opacznie zinterpretowała moje milczenie. - Ale dziękuję, że w ogóle zatrzymała się pani na moment i ze mną porozmawiała. Poczułam się nieco lepiej i chociaż nadal nie wiem, co powinnam zrobić, to przynajmniej zobaczyłam jakieś światełko w tunelu. Może...
Uciszyłam ją gestem dłoni, sama nie wierząc w to, co miałam zamiar powiedzieć.
- Mogę ci zaoferować stanowisko swojej asystentki - rzuciłam szybko, bojąc się, że zdrowy rozsądek w ostatniej chwili weźmie górę nad współczuciem. - Do twoich obowiązków będą należeć takie drobnostki, którymi sama nie chcę się zajmować. Prowadzenie terminarza, pilnowanie spotkań, o których zdarza mi się zapominać, rezerwacja biletów. Oczywiście oczekuję, że będziesz ze mną podróżować, ale skoro nie masz dokąd wracać, nie powinno to stanowić dla ciebie większego problemu.
Jeśli wcześniej myślałam, że jej oczy zrobiły się wielkie ze zdziwienia, to teraz nie potrafiłam znaleźć słowa na określenie ich rozmiaru, a przecież zasób słów - i to w kilku językach - miałam niezwykle bogaty.
- Pani żartuje, prawda? - spytała z niedowierzaniem, ale i z nadzieją, której nie potrafiła dobrze ukryć.
- Nie, ale musisz się postarać, żebym nigdy nie pożałowała tej decyzji - odpowiedziałam zupełnie poważnie, nie siląc się na jakieś dłuższe i kwieciste przemowy.
Rzuciła mi się na szyję z radości, ale po chwili zdała sobie sprawę, że takie zachowanie względem przyszłej pracodawczyni jest nieodpowiednie, dlatego szybko mnie puściła i niespokojnie przysiadła z powrotem na barowym krześle.
- Oczywiście będziemy musiały omówić szczegóły zatrudnienia, twoje obowiązki zawodowe i tym podobne bzdety - mruknęłam znudzona czekającymi mnie formalnościami - ale sądzę, że możemy się tym zająć jutro rano. Teraz zostaw mi tylko swoje imię oraz nazwisko, może numer pokoju, bo jak rozumiem, zatrzymałaś się w tym hotelu...
- O Boże! Zaproponowała mi pani pracę, a ja nawet się nie przedstawiłam! Przepraszam! Barbara Trzyńska - powiedziała oficjalnie, wyciągając do mnie dłoń, żeby dokonać formalnej prezentacji.
- Anna Archiallis - odparłam, wiedząc, że moje nazwisko i tak nic jej nie powie.
- Bardzo miło mi panią poznać i chyba sam Bóg mi panią zesłał na ratunek.
Bóg, diabeł... Nad tym, kto postawił mnie na jej drodze, można by było długo debatować, lecz to nie był czas ani miejsce na tego typu dywagacje.
- Wstrzymaj się kilka miesięcy z takimi deklaracjami - upomniałam ją z lekko ironicznym uśmiechem. - Praca dla mnie może być momentami ciężka i wymagająca.
- Na pewno wykorzystam tę szansę - zapewniła, uśmiechając się promiennie. Wydawało się, że zapomniała o niedawnej rozpaczy. - O której mam być jutro gotowa?
Nie mogłam się nadziwić zmianie, jaka zaszła w wyglądzie tej dziewczyny w ciągu zaledwie kilku minut. Oczywiście oczy nadal miała czerwone i opuchnięte od łez, ale szczęście, które coraz śmielej walczyło o prym z załamaniem, czyniło ją niemal piękną.
- Przyjdź do recepcji punkt dziesiąta i zapytaj o Aseela. Zapamiętasz imię? On pokieruje cię tam, gdzie będzie trzeba. Omówimy warunki zatrudnienia, wynagrodzenie, a potem przejdziemy do szkolenia.
Przez szkolenie rozumiałam przede wszystkim zmianę jej wizerunku, który musiał zacząć korespondować z moim, skoro miałyśmy razem pracować. Reszta rzeczy powinna wyjść w praniu. Sama jeszcze nie wiedziałam, czy zaangażują ją tylko w legalne interesy, żeby pomogła mi nadzorować należące do rodziny hotele, czy wtajemniczę ją również w swoją główną, nie całkiem zgodną z prawem działalność.