Wstęp
Wstęp
Współczesne Medellín, drugie co do wielkości miasto Kolumbii, położone w dolinie Aburra w Andach Północnych, powinno być dumą tego państwa i stanowić jego wizytówkę. Nie bez powodu wszystkich przyjeżdżających wita
billboard z hasłem: "Medellínnovation. Somos ejemplo de Innovación para
el Mundo", czyli: Medellínnowacyjność. Jesteśmy wzorem innowacyjności
dla świata. Za sprawą Sergia Fajardy, sprawującego urząd burmistrza
Medellín w latach 2004-2007, miasto stało się jednym z najnowocześniejszych ośrodków miejskich w całej Ameryce Łacińskiej.
Faktycznie zadziwia innowacyjnymi rozwiązaniami, zaś niegdysiejsze
dzielnice nędzy, tak zwane barrios populares, to obecnie tętniące
życiem i kolorami centra sztuki ulicznej. Ale Medellín ma do
zaoferowania turystom znacznie więcej: obok Comuny 13, dzielnicy
słynącej właśnie ze sztuki, przede wszystkim z zachwycających murali,
warto zobaczyć plac Botero i mieszczące się tam Muzeum Antyczne, gdzie
znajduje się ogromna kolekcja sztuki zarówno z czasów prekolumbijskich,
jak i z okresu kolonialnego oraz niepodległej Kolumbii. Tam też można
obejrzeć dzieła lokalnych artystów o światowej renomie: Fernanda Botery
i Pedra Nela Gómeza. Miejscem wartym uwagi jest także Parque Explora,
czyli interaktywne centrum poznawcze, w którym obok przeszło trzystu
interaktywnych instalacji oraz planetarium i vivarium, czyli
półzamkniętego obszaru z ekosystemem odtworzonym w celach
badawczo-naukowych, można także zwiedzić największe słodkowodne akwarium
w całej Ameryce Południowej, w którym żyją cztery tysiące gatunków
miejscowej fauny wodnej. Medellín słynie także z doskonałej kuchni,
łagodnego klimatu i bogatego nocnego życia oraz ze zintegrowanej z tamtejszym metrem kolejki gondolowej. Przejażdżka nią dostarcza
niesamowitych wrażeń związanych ze wspaniałymi widokami.
Jednak to nie wspomniane atrakcje przyciągają do miasta rzesze turystów
z całego świata, ale nazwisko jego najsłynniejszego mieszkańca,
narkotykowego bossa Pabla Escobara, który bez wątpienia jest - obok
noblisty Gabriela Garcíi Márqueza i piosenkarki Shakiry -
najsłynniejszym Kolumbijczykiem. O ile nazwiska Botery i Gómeza mówią
coś wyłącznie ludziom obeznanym ze współczesną sztuką, o tyle Pabla
Escobara kojarzy każdy. A przecież pierwszy z wymienionych to znany
malarz i rzeźbiarz, określany mianem karykaturzysty stylu klasycznego, a rzeźby jego autorstwa znajdują się między innymi w Berlinie, zaś drugi
był wprawdzie z wykształcenia inżynierem, ale międzynarodową sławę
przyniosły mu jego obrazy i rzeźby, w tym murale. Malowidła ścienne jego
autorstwa można podziwiać właśnie w Medellín, we wspomnianym wcześniej
tamtejszym Muzeum Antycznym.
Tymczasem Pablo Escobar był przestępcą, założycielem oraz przywódcą
niesławnego kartelu z Medellín. W latach osiemdziesiątych ubiegłego
wieku kontrolował przeszło osiemdziesiąt procent światowego handlu
kokainą, na czym dorobił się tak wielkiej fortuny, że prestiżowy magazyn
"Forbes" wymienił go na siódmym miejscu na liście najbogatszych ludzi na
świecie. Jak twierdzi Alonso Salazar, jeden biografów Escobara,
powiedzieć o nim, że był przemytnikiem narkotyków, to nic nie
powiedzieć. Niesławny Kolumbijczyk był nie tylko szefem kartelu
narkotykowego, lecz także jednym z najpotężniejszych ludzi ówczesnej
Kolumbii - opłacał funkcjonariuszy organów ścigania, polityków i urzędników. Każdemu, kogo chciał przeciągnąć na swoją stronę, dawał
skromny wybór - srebro albo ołów, co oznaczało przyjęcie łapówki i bycie
na jego usługach albo śmierć przez zastrzelenie. Mawiał o sobie, że obok
papieża jest najważniejszą osobą na Ziemi, i marzył o tym, aby zostać
prezydentem swojego ojczystego kraju. Co więcej, był święcie przekonany,
że na tym stanowisku zrobi wiele dobrego dla obywateli, bo żył w glorii
dobroczyńcy. I rzeczywiście, równie dużo co na potrzeby własne i potrzeby swojej rodziny, przeznaczał na cele charytatywne - budował
szkoły, boiska i fundował stypendia dla dzieci wywodzących się z nizin
społecznych. Kiedy zginął, zastrzelony przez ścigających go od dłuższego
czasu funkcjonariuszy, jego pogrzeb stał się istną manifestacją, na
której obecni byli niemal wszyscy mieszkańcy Medellín. Dla większości z nich zmarły nie był brutalnym gangsterem, ale kimś w rodzaju Robin
Hooda, który zabierał bogatym i rozdawał biednym. Zresztą tak
przedstawiała go ówczesna prasa.
Wraz ze śmiercią Escobara upadł założony i kierowany przez niego kartel,
czyli swego rodzaju przedsiębiorstwo zrzeszające przeróżne organizacje i jednostki, zajmujące się przemytem i sprzedażą narkotyków. Tak naprawdę
jest to forma przestępczości zorganizowanej, specyficzna odmiana mafii,
zaś mianem kartelu określili ją Amerykanie, od lat walczący z kolumbijskimi ugrupowaniami przestępczymi zalewającymi narkotykami
amerykański czarny rynek. O ile jednak ani członkowie mafii
sycylijskiej, ani neapolitańskiej kamorry nie mówią o swojej organizacji
"mafia", o tyle nazwa "kartel" doskonale przyjęła się w latynoskiej
nomenklaturze przestępczej i jest używana przez bossów narkotykowych
oraz ich współpracowników. Także Escobar używał jej w odniesieniu do
założonego przez siebie bandyckiego ugrupowania. A ponieważ nie
brakowało mu ani sprytu, ani inteligencji, nie tylko dotarł na szczyt
przestępczego świata, lecz także był niebywale trudnym przeciwnikiem dla
organów ścigania, zarówno tych kolumbijskich, jak i amerykańskich,
dysponujących przecież najnowocześniejszym sprzętem i dużo większymi
możliwościami niż ich latynoskie odpowiedniki.
Jego barwna biografia, otaczające go piękne kobiety, bajeczne bogactwo,
aura dobroczyńcy i mściciela pokrzywdzonych sprawiły, że Escobar znalazł
się w centrum zainteresowania twórców filmowych. Uczciwie trzeba
przyznać, że tak fascynującego życiorysu nie mógłby wymyślić żaden
pisarz ani scenarzysta: kolumbijski przestępca miał własny ogród
zoologiczny, w którym jego syn bawił się z delfinami, a na same gumki do
spinania banknotów wydawał przeszło dwa tysiące dolarów miesięcznie, zaś
kokę przemycał nawet na pokładzie zbudowanej specjalnie dla niego łodzi
podwodnej. A kiedy w końcu dał się pojmać policji, wyrok odsiadywał w więzieniu, które sam zbudował, zapewniając sobie wręcz luksusowe
warunki. Jest jeszcze jeden aspekt, który przyczynił się do popularności
Escobara w krajach Ameryki Łacińskiej: przez większość Latynosów uważany
jest bowiem za berraco, czyli człowieka o silnym charakterze, który
poważył się rzucić wyzwanie gringos, jak pogardliwie określa
siębiałych ludzi, głównie Amerykanów. Krótko mówiąc: wymarzony bohater
filmowy na miarę Arsena Lupina! Ale słynny dżentelmen włamywacz był
postacią fikcyjną, a Escobar żył naprawdę, prowadząc swój zbrodniczy
proceder. Natomiast seriale i filmy nakręcone na kanwie jego biografii
cieszą się wprawdzie niemałą popularnością, ale prezentują niepełny,
dość mocno wyidealizowany obraz króla kokainy, jak nazywano go za życia,
pomijając jednocześnie mroczny aspekt jego osobowości. Bo Escobar był
przecież bezwzględnym przestępcą, niewahającym się przed brutalnymi
morderstwami, zaś stworzone przez niego imperium powstało tak naprawdę
na nieszczęściu innych - uzależnionych od narkotyków ludzi, z których
wielu za produkowaną i sprzedawaną przez niego kokainę zapłaciło utratą
zdrowia, a często nawet i życia. Dziś ci mieszkańcy Medellín, którzy
pamiętają czasy świetności Escobara, nie wspominają go dobrze. Gdy
toczył wojnę z państwem, ludzie, wychodząc z domu, zawsze żegnali się z bliskimi, bo nie wiedzieli, czy dane im będzie wrócić. Zwykłe wyjście do
miasta mogło zakończyć się śmiercią na skutek strzelaniny czy wybuchu
samochodu pułapki. Tego aspektu filmy i seriale nie eksponują, skupiając
się na gangsterze będącym latynoskim Robin Hoodem. A przecież słynny
banita z Sherwood nie miał na swoim sumieniu czterech tysięcy ludzi, bo
- zdaniem rzetelnych biografów - właśnie za tyle śmierci odpowiada
kierowany przez Escobara kartel. I są to bardzo ostrożne szacunki.
Niniejsza publikacja jest zatem próbą pokazania Pabla Escobara jako
genialnego przestępcy, twórcy istnego imperium zła, które przyniosło mu
wielką fortunę, ale także jako zwyczajnego człowieka, męża, ojca i kochanka. Zanim jednak zaprosimy czytelników do dalszej lektury, trzeba
zwrócić uwagę na jeden aspekt: mieszkańcy hiszpańskojęzycznej Kolumbii,
podobnie jak ma to miejsce w samej Hiszpanii, noszą podwójne nazwiska.
Składa się na nie tak zwane apellido paterno, czyli pierwsze nazwisko,
które jest pierwszym nazwiskiem ojca, oraz apellido materno, czyli
drugie nazwisko, będące pierwszym nazwiskiem matki. I właśnie dlatego
bohater niniejszej publikacji w opracowaniach o charakterze
encyklopedycznym widnieje jako Pablo Emilio Escobar Gaviria. W tym
przypadku Escobar jest pierwszym nazwiskiem jego ojca, który nazywał się
Abel de Jesús Escobar Echeverri, zaś Gaviria to pierwsze nazwisko jego
matki - Hermildy de los Dolores Gavirii. W większości publikacji (poza
tymi w języku hiszpańskim) występuje jednak jako Pablo Escobar i tak też
jest w przypadku niniejszej książki.
Rozdział 1. Marzenia o bogactwie
Rozdział 1
Marzenia o bogactwie
Kolumbia - kraj przemocą kwitnący
Bez wątpienia kartele narkotykowe, w tym także kartel z Medellín,
założony i prowadzony przez Pabla Escobara, bohatera naszej opowieści,
to organizacje zbrodnicze, sięgające po najbardziej brutalne metody,
charakterystyczne dla ugrupowań terrorystycznych. Sam Escobar także nie
stronił od przemocy i to w najgorszym wydaniu. Zdaniem Virginii Vallejo,
najsłynniejszej z jego kochanek, był potworem, który odpowiadał za
śmierć wielu niewinnych osób. W opinii kobiety był nie tylko baronem
narkotykowym, lecz także terrorystą, gdyż - walcząc ze swoimi wrogami,
do których zaliczał nie tylko konkurencyjne kartele, ale i władze
państwowe - nie wahał się "podłożyć bomb, w których wybuchach ludzie
ginęli, tracili ręce, nogi, oczy, tracili rodziny. Terrorysta zabija
wszystkich, którzy mieli pecha i znaleźli się w zasięgu rażenia bomby.
Niewinnych. Terroryście chodzi o to, by wykorzystać tę śmierć dla swoich
celów, dla sprawy, do nacisku na rząd, do wywołania wśród władz i w społeczeństwie strachu"1. Zdanie Vallejo podziela także David
Fisher, współautor książki napisanej wspólnie z bratem Pabla, Robertem
Escobarem, Księgowy mafii. Jak pisze: "Co do jednego nie może być
jednak żadnych wątpliwości - Pablo Escobar był mózgiem najbardziej
udanej przestępczej operacji w dziejach i to on odpowiada za wieloletni
chaos i przemoc w Kolumbii"2. Należy jednak pamiętać, że
bohater niniejszej publikacji nie był odosobniony w swoich brutalnych
działaniach. Równie drastyczne metody, przesycone okrucieństwem, żeby
nie powiedzieć sadyzmem, wykorzystywały wszystkie narkotykowe kartele
działające na terenie Ameryki Łacińskiej.
Zdaniem wielu badaczy źródła okrucieństwa tamtejszych - a więc także
kolumbijskich - karteli narkotykowych należy szukać jeszcze w czasach
przed konkwistą, kiedy ludność zamieszkująca te tereny czciła okrutne
bóstwa, składając im ofiary z ludzi. Niektórzy twierdzą wręcz, że
Kolumbia dosłownie wyrosła w kulcie przemocy. I trudno się dziwić temu
twierdzeniu, gdyż nowożytna historia tego kraju jest nią przepełniona.
Do drastycznego okrucieństwa dochodziło już w czasie wojny domowej,
która ogarnęła kraj w pierwszej połowie dziewiętnastego stulecia i w której starli się zwolennicy Simóna Bolívara i Francisca de Pauli
Santandera. W późniejszych czasach brutalność i bezprawie były
nieodzownym elementem starć pomiędzy zwolennikami dwóch wiodących
ugrupowań na kolumbijskiej scenie politycznej: partii liberalnej i konserwatywnej. Nierzadko o wyniku wspomnianej rywalizacji o władzę
decydowała przemoc, a nie demokratyczne wybory. A ponieważ - jak mawiał
słynny kolumbijski pisarz Gabriel García Márquez - w Kolumbii człowiek
rodzi się i zostaje na całe życie liberałem albo konserwatystą, każdy z obywateli prędzej czy później musiał się opowiedzieć po którejś ze
stron. Programy polityczne obu partii nie miały większego znaczenia. W zasadzie można przyjąć, iż w tym wieloetnicznym społeczeństwie
przynależność partyjna spełniała rolę przynależności plemiennej.
Bez wątpienia jednym z najgwałtowniejszych konfliktów pomiędzy
zwalczającymi się ugrupowaniami, który zebrał najkrwawsze żniwo, była
tak zwana wojna tysiąca dni (Guerra de los Mil Días). Tym mianem w historiografii określa się zbrojny konflikt pomiędzy obydwoma
stronnictwami, który ogarnął Kolumbię w latach 1899-1902. Wojna tysiąca
dni zakończyła się zwycięstwem konserwatystów, okupionym życiem wielu
ofiar, których liczba, zależnie od źródeł, szacowana jest od
osiemdziesięciu do nawet stu tysięcy. Dwudziesty wiek także nie
przyniósł Kolumbijczykom pokoju, gdyż obie partie wciąż ze sobą
rywalizowały, doprowadzając tym samym do eskalacji napięć w społeczeństwie. Sytuacji nie ułatwiał fakt, że zarówno konserwatyści,
jak i liberałowie nie wzdragali się przed stosowaniem środków
niekojarzących się bynajmniej ani z dyplomacją, ani z pokojową
rywalizacją przeciwników politycznych. Oba ugrupowania sięgały bowiem po
przemoc, w tym porwania, pobicia, a nawet zabójstwa. Nie bez przyczyny
okres w historii Kolumbii obejmujący lata 1948-1958, którego zarzewiem
było zabójstwo przywódcy liberałów Jorgego Eliécera Gaitána, w historiografii nazywany jest La Violencia, czyli przemoc. Tak naprawdę
nie wiadomo, która ze stron odznaczała się większym okrucieństwem, a ponieważ walki toczyły się głównie w wiejskich rejonach kraju, ofiarami
byli zazwyczaj ubodzy kolumbijscy rolnicy. Jak szacują współcześni
badacze, La Violencia kosztowała życie niemal trzysta tysięcy osób,
natomiast aż dwa miliony Kolumbijczyków zostały zmuszone do migracji.
"Urodziliśmy się z bratem w czasach wojny domowej toczonej z jednej
strony przez konserwatystów, a z drugiej przez liberałów, w okresie
zwanym w Kolumbii La Violencia - wspomina starszy brat Pabla Escobara,
Roberto. - W ciągu dziesięciu lat, licząc do połowy lat pięćdziesiątych,
oddziały partyzanckie wymordowały co najmniej trzysta tysięcy niewinnych
ludzi. Wielu z nich zarąbali na śmierć maczetami. Nikt wtedy nie mógł
się czuć bezpiecznie. Mordercy działali wyjątkowo brutalnie. Swoje
ofiary ćwiartowali, odcinali im głowy, podcinali gardła, wyrywali
języki, zostawiając je na piersiach ofiar. Ale najobrzydliwszy był tak
zwany carte florero - wazon z kwiatami. Polegało to na tym, że ofierze
odcinano kończyny i układano je na korpusie jak makabryczny
bukiet"3.
Kiedy w 1953 roku władzę w kraju objął generał Gustavo Rojas Pinilla,
dziewiętnasty prezydent Kolumbii, wydawało się, że jest zwolennikiem
demokracji i pokojowych metod rozwiązywania konfliktów, gdyż ogłosił
amnestię dla bojowników z przeciwnej strony politycznej sceny. Była to
jednak typowa zasłona dymna, bowiem wkrótce rozpoczął represje wobec
tych, którzy z amnestii skorzystali. A przy okazji wprowadził rządy
twardej ręki i terror, zaś jego poczynania nauczyły Kolumbijczyków
nieufności wobec państwa i jego organów. Na szczęście dla znękanego
wojną domową narodu La Violencia zakończyła się w 1958 roku, wraz z zawarciem porozumienia pomiędzy konserwatystami a liberałami, którzy
zgodnie podzielili się władzą.
Wprawdzie okres krwawych porachunków politycznych dobiegł końca, ale
spora część ludności wciąż była w posiadaniu broni, zaś najważniejsze
problemy państwa, w tym także społeczne, wciąż czekały na rozwiązanie.
Trudno się zatem dziwić wielkiej popularności Kolumbijskiej Partii
Komunistycznej (Partido Comunista Colombiano, PCC), tym bardziej że
jej bojówki w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia przeprowadzały
samowolne akcje podziału ziemi należącej do latyfundystów. Było to
bezprawne działanie, które sprowokowała zadziwiająca bierność władz
wobec faktu, że aż pięćdziesiąt pięć procent areału ziemi uprawnej
znajdowało się w rękach bogatych właścicieli ziemskich stanowiących
zaledwie półtora procent ówczesnej ludności kraju, podczas gdy zaledwie
jeden procent uprawnych ziem należał do najbiedniejszych mieszkańców
wsi, stanowiących z kolei większość, bo przeszło sześćdziesiąt dwa
procent mieszkańców Kolumbii. Działania bojówkarzy uległy intensyfikacji
po zwycięstwie rewolucji na Kubie w 1959 roku, co w końcu zmusiło władze
do interwencji, zwłaszcza że partyzanci na opanowanych przez siebie
terenach tworzyli tak zwane strefy wyzwolone. Były to swego rodzaju
samozwańcze republiki, z których największe znaczenie miała Republika
Marquetalii, utworzona w południowej części departamentu Tolima, gdzie
osiedliły się setki rodzin chłopskich. Na jej czele stał komunista z krwi i kości, członek kierownictwa Komunistycznej Partii Kolumbii,
Manuel Marulanda Vélez. Samozwańcze i de facto komunistyczne państwo
było nie tylko solą w oku rządów w Bogocie, ale także drażniło Stany
Zjednoczone, które postanowiły wesprzeć kolumbijskie władze w podjętej
przez nie na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku próbie
zniszczenia wszystkich "stref wyzwolonych". W 1964 roku kolumbijskie
wojsko, sowicie wspierane przez posiłki z USA w postaci nowoczesnych
bombowców, rozpoczęło ofensywę przeciwko komunistycznej partyzantce,
której główna baza mieściła się właśnie w Republice Marquetalii.
Ponieważ siły rządowe miały przewagę liczebną i górowały nad
partyzantami uzbrojeniem, ich zwycięstwo było z góry przesądzone.
Jakimś cudem niewielkiej, bo liczącej zaledwie czterdzieści osiem osób,
grupie partyzantów udało się jednak przeżyć i uciec. Rok później doszło
do Pierwszej Konferencji Partyzanckiej, w wyniku której dwóch przywódców
partyzanckich ugrupowań, Manuel Marulanda i Jacobo Arenas, notabene
ocalałych z pogromu w Marquetalii, porozumiało się z innymi
partyzanckimi ugrupowaniami. W ten sposób doszło do stworzenia Bloku
Południowego, który w 1966 roku przekształcił się w Fuerzas Armadas
Revolucionarias de Colombia, czyli w Rewolucyjne Siły Kolumbii, szerzej
znane jako FARC. Zbrojne ugrupowanie z miejsca zyskało rzesze
sympatyków, a w efekcie liczba partyzantów zwiększyła się z pięciuset,
bo właśnie tylu członków ta organizacja liczyła w 1970 roku, do trzech
tysięcy trzynaście lat później. FARC bardzo łatwo pozyskiwała sympatię
ludności, przede wszystkim niezbyt zamożnych mieszkańców wsi, dzięki
doraźnemu rozwiązywaniu ich problemów, chociażby budując most bądź drogę
czy parcelując ziemię na opanowanych przez partyzantkę terenach. Takie
działanie zapewniło ugrupowaniu silną bazę społeczną, ale nie mogło mu
pomóc w zdobyciu władzy, którą przywódcy organizacji postanowili przejąć
siłą. Realizując ten zamiar, na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego
stulecia FARC przystąpiła do zbrojnej ofensywy przeciwko siłom rządowym.
Przy tej okazji w 1983 roku zmieniono, a w zasadzie poszerzono, nazwę
zbrojnej organizacji na Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii - Armia Ludowa
(Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia - Ejército del Pueblo).
Jak każda organizacja zbrojna, także FARC potrzebowała zasobów
finansowych, które pozyskiwała w dość kontrowersyjny sposób. Przez wiele
lat FARC była finansowana przez komunistyczne rządy Kuby oraz ZSRR, ale
ugrupowanie miało również inne źródła dochodów. Na kontrolowanych przez
siebie obszarach FARC wprowadzała niejako własny system podatkowy,
zmuszając miejscowych do płacenia podatków na rzecz organizacji, przy
czym najbiedniejsi byli z nich zwolnieni. Wymuszała również haracze na
kolumbijskich firmach i przedsiębiorstwach, niekoniecznie działających
na terenach znajdujących się pod kontrolą partyzantów. Jeżeli
którykolwiek z właścicieli takiej firmy lub ktoś z jej zarządu ośmielił
się odmówić zapłaty, był porywany i wywożony do dżungli, a potem, aż do
momentu zapłacenia okupu, był przetrzymywany w partyzanckim obozie.
Kolejnym kontrowersyjnym źródłem dochodu ugrupowania był handel
narkotykami. Była to nader intratna działalność, skoro w 2017 roku
przywódcy ugrupowania prowadzący negocjacje z rządem wycenili majątek
organizacji na trzysta dwadzieścia cztery miliony dolarów, co - zdaniem
strony rządzącej - było znacznie zaniżoną kwotą. A pieniądze były
potrzebne. Jak zauważył w 2017 roku Lech Miodek, były dyplomata i znawca
problematyki Ameryki Łacińskiej, komentując negocjacje ugrupowania z władzami Kolumbii: "Przez pięćdziesiąt trzy lata te siły partyzanckie
tworzyły swoje państwo w państwie. Tworzono własne instytucje, były
szkoły, przedszkola, trzeba było sporządzać akty urodzenia. Było to
quasi-państwo, oficjalne państwo nie miało tam dostępu, a mieściło się
ono na powierzchni dwustu czterdziestu tysięcy hektarów (...). Według
strony rządowej rebelianci prowadzili największe stada hodowlane w całej
Kolumbii. Mają dwadzieścia tysięcy siedemset sztuk pogłowia, sześćset
koni"4. Wspomniane negocjacje doprowadziły do demobilizacji
partyzantki w 2017 roku i przekształcenia jej w legalną partię
polityczną, działającą pod nazwą Alternatywne Siły Rewolucyjne Kolumbii.
Na mocy zawartego porozumienia do 2026 roku ugrupowanie ma
zagwarantowane dziesięć miejsc w dwuizbowym Kongresie, zaś przebywający
w więzieniach partyzanci - a było ich niemało, bowiem wyroki odsiadywało
wówczas siedmiuset dziewięciu członków ugrupowania - mieli być objęci
amnestią, a w zamian zająć się rozminowaniem kraju. Pozostali znaleźli
się w dwudziestu sześciu tak zwanych obozach pokoju, gdzie
przygotowywało się ich do życia w pokojowych warunkach, między innymi
ucząc zawodu.
Ale FARC, obecnie zdemobilizowana i funkcjonująca jako legalna partia
polityczna, nie była jedyną organizacją partyzancką działającą na
terenie Kolumbii. Tuż po zakończeniu okresu La Violencia powstało
kolejne ugrupowanie, założone w zasadzie przez dwie grupy niezadowolone
z istniejącego status quo, a zwłaszcza z obojętności państwa wobec
najbiedniejszych: studentów o zapatrywaniach lewicowych, zafascynowanych
postacią i hasłami Ernesta Che Guevary oraz... katolickich księży,
prowadzących działalność duszpasterską w kręgach kolumbijskiej biedoty.
Pomimo ewidentnych różnic światopoglądowych obie grupy zadziwiająco
dobrze się rozumiały, co stało się impulsem powstania kolejnego
ugrupowania partyzanckiego, Armii Wyzwolenia Narodowego, szerzej znanego
pod skrótem ELN, utworzonym od pierwszych wyrazów jego hiszpańskiej
nazwy Ejército de Liberación Nacional. Jak już wcześniej wspomniano,
mimo że ELN z założenia jest organizacją marksistowską, zrzesza w swoich
szeregach księży. Zresztą Camilo Torres Restrepo, jeden z czołowych
przywódców ELN, a zarazem twórca teologii wyzwolenia, był właśnie
duchownym, a przez pewien czas sprawował funkcję kapelana na Narodowym
Uniwersytecie Kolumbii. Zginął z bronią w ręku, stając się prawdziwą
ikoną rewolucji. W jego ślady poszedł hiszpański ksiądz Manuel Pérez,
który dowodził ELN od lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia aż do
swojej śmierci w 1998 roku. I chociaż ten ostatni nadał ideologii
partyzanckiej dość osobliwe oblicze, w którym nie brak odniesień zarówno
do Karola Marksa, jak i Jezusa Chrystusa, to jego formacja bynajmniej
nie kierowała się chrześcijańskimi ideałami. To właśnie pod rządami
wojowniczego kapłana ELN przekształciła się w organizację terrorystyczną
z prawdziwego zdarzenia: napadała na banki, porywała ludzi dla okupu,
wymuszała haracze od firm naftowych działających na terenach
kontrolowanych przez partyzantkę, podkładała bomby, zaś chłopów, na
których padł choćby cień podejrzenia o współpracę z policją, mordowała w brutalny sposób. Z czasem zaczęła też współpracę z kartelami
narkotykowymi, szmuglując dla nich kokainę. Trudno się zatem dziwić, że
ELN figuruje na listach organizacji terrorystycznych Kanady,
Departamentu Stanu USA oraz Unii Europejskiej. Swoją zbrodniczą
działalność partyzanci kontynuowali także po śmierci Péreza, który - w przeciwieństwie do swego poprzednika - nie zginął na polu bitwy, ale
zmarł na zapalenie wątroby. Co ciekawe, ELN chciała iść w ślady FARC i prowadziła rozmowy z rządem, zapoczątkowane jeszcze w 2002 roku, ale
bynajmniej nie przerwała swojej krwawej aktywności. W trakcie negocjacji
z władzami Kolumbii partyzanci przeprowadzili aż czterysta ataków
terrorystycznych, zabili około stu osób i przez cały czas porywali ludzi
dla okupu. W końcu, kiedy w grudniu 2018 roku organizacja przeprowadziła
atak na akademię policyjną w Bogocie, w którym zginęło dwadzieścia jeden
osób, a kolejne sześćdziesiąt osiem odniosło rany, władze zerwały
rozmowy i bezzwłocznie wystawiły listy gończe za przywódcami ELN.
Nawiasem mówiąc, ofiar mogło być znacznie więcej, gdyby nie to, że
większość kadetów - w momencie gdy wyładowana osiemdziesięcioma
kilogramami trotylu ciężarówka staranowała bramę ich szkoły - brała
udział w ceremonii zaprzysiężenia, odbywającej się na placu odległym od
miejsca zamachu o kilkaset metrów.
Prawdę mówiąc, dla partyzantów spod znaku ELN
marksistowsko-chrześcijańska ideologia, podobnie jak szczytne hasła
walki o prawa pracującego ludu miast i wsi, stanowi obecnie tylko bardzo
wygodną przykrywkę dla przemytu kokainy, bo właśnie tym głównie zajmuje
się to ugrupowanie. Jego członkowie nie zamierzają też składać broni ani
iść w ślady partyzantów z FARC. Poza tym okrzyknięta jako polityczny
sukces demobilizacja FARC okazała się niezbyt udanym eksperymentem, bo
powstała na zrębach tej organizacji partia ma znikome poparcie
społeczne, zaś ponad tysiąc jej niegdysiejszych członków odmówiło
złożenia broni, by walczyć w szeregach ELN lub pod sztandarami formalnie
przecież nieistniejących Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii. Nie dość,
że oba ugrupowania walczą z legalną władzą, to jeszcze prowadzą
regularną wojnę między sobą, a kolumbijskie media co jakiś czas donoszą
o krwawych starciach między nimi. W styczniu 2022 roku kolumbijską
opinią publiczną wstrząsnęła informacja o krwawych potyczkach między ELN
a FARC na granicy z Wenezuelą, w wyniku których życie straciły
dwadzieścia trzy osoby. Przy okazji podano szacunkowe dane dotyczące
liczebności obu wzajemnie zwalczających się ugrupowań - według
informacji znajdujących się w posiadaniu władz państwa w skład
partyzantki FARC wchodziło około pięciu tysięcy dwustu osób, natomiast
szeregi ELN zrzeszały dwa tysiące czterystu pięćdziesięciu uzbrojonych
mężczyzn.
W legalnie działającą partię przekształciło się również inne ugrupowanie
partyzanckie - Ruch 19 kwietnia (Movimento 19 de Abril), powszechnie
znane jako M-19, które zostało utworzone w 1970 roku przez stronników
generała Rojasa Pinilli oraz dysydentów z FARC. Chociaż istniejąca od
1990 roku partia miała wielu zwolenników i stała się liczącą się siłą
polityczną, to jednak rozwój formacji skutecznie zastopowało
aresztowanie jej ówczesnych liderów, co - wraz z późniejszą porażką w wyborach w 1997 roku - stało się przyczyną jej rozwiązania. Co ciekawe,
w 2022 roku wybory prezydenckie w Kolumbii wygrał niegdysiejszy członek
M-19, Gustavo Francisco Petro Urrego, zostając pierwszym lewicowym
prezydentem w historii tego państwa. Jego poczynania budzą jednak wiele
kontrowersji. W 2023 roku zbulwersował opinię publiczną decyzją o utworzeniu specjalnego funduszu wspierającego Armię Wyzwolenia
Narodowego, a ściślej biorąc, tych jej członków, którzy porzucą
działalność przestępczą charakterystyczną dla tego ugrupowania. W zamiarach prezydenta miał to być fundusz pozwalający im na powrót do
normalnego życia, zwłaszcza że wielu z bojowników już wcześniej z własnej, nieprzymuszonej woli rezygnowało z walki z bronią w ręku. Kiedy
jednak odchodzą z ugrupowania, mają poważne problemy z podjęciem pracy,
bo większość życia spędzili, walcząc, i nie potrafią nic innego. Dlatego
przyłączają się do karteli narkotykowych. Pomysł głowy państwa nie
przypadł do gustu większości żyjących zgodnie z prawem obywateli kraju,
którym nie podobało się finansowanie z pieniędzy publicznych życia ludzi
odpowiedzialnych za morderstwa, porwania i wymuszenia, zaś opozycja,
skądinąd słusznie, okrzyknęła prezydencki fundusz "subsydiami dla
bandytów". Wydaje się zresztą, że sam Petro nie do końca zerwał z dawnym
środowiskiem, skoro pod koniec lipca 2023 roku jego syn, notabene
kongresmen, Nicolas Petro, został aresztowany jako podejrzany o pranie
brudnych pieniędzy i nielegalne wzbogacenie się.
Jak widać, ani porozumienie zawarte z FARC w 2017 roku, ani wcześniejsze
przekształcenie M-19 w partię polityczną, nie ukróciły działalności
ugrupowań partyzanckich, a w zasadzie partyzancko-terrorystycznych
działających w kolumbijskiej dżungli. Podobnie jak zabicie Pabla
Escobara w 1993 roku nie wypleniło narkobiznesu z tamtejszej ziemi, bo
miejsce osławionego króla kokainy zajęli inni. Żaden ze współczesnych
baronów narkotykowych nie dorównał mu jednak sławą, żaden nie cieszy się
tak wielką estymą ani nie jest otoczony kultem przez najbiedniejszych
obywateli kraju. Wprawdzie Virginia Vallejo nazwała Escobara potworem,
ale wciąż w oczach wielu Kolumbijczyków jest szlachetnym obrońcą
uciśnionych, istnym latynoskim Robin Hoodem.
Wnuk przemytnika
Bywa, że psychologowie, a także biografowie różnej maści groźnych
przestępców doszukują się przyczyn późniejszego działania morderców,
zbrodniarzy i słynących z bezwzględności i okrucieństwa szefów mafii czy
też bandyckich gangów w ich nieszczęśliwym dzieciństwie. Tymczasem takie
założenia zupełnie zawodzą w przypadku Pabla Escobara, wychowanego w niezbyt zamożnej, ale za to bezwarunkowo kochającej się, licznej
rodzinie. Bohater naszej opowieści nie był też psychopatą, nie
zaobserwowano u niego cech osobowości dysocjacyjnej czy antyspołecznej,
na drogę występku nie pchnął go też jakiś niefortunny zbieg
okoliczności. Wręcz przeciwnie, taki sposób na życie był w jego
przypadku dogłębnie przemyślaną decyzją, metodą zapewnienia najbliższym
dostatku i bezpieczeństwa. Nie sposób odmówić mu również inteligencji,
rozsądku oraz zmysłu przedsiębiorczości. Problem polega jednak na tym,
że wykorzystał to wszystko w niecnych celach. Nawet jego syn - który,
chcąc zerwać z przestępczą przeszłością ojca, zmienił swoje imię i nazwisko, przeprosił żyjące ofiary oraz krewnych tych, którzy za sprawą
Pabla stracili życie - przyznaje, że Escobar miał prawdziwą żyłkę do
interesów i mógł zarobić fortunę w legalny sposób. Na swoje nieszczęście
obrał jednak inną drogę, która kosztowała go życie. Dlatego jego potomek
przestrzega młodych ludzi przed naśladownictwem najsłynniejszego barona
narkotykowego. Jak wyznał w jednym z wywiadów: "Mnóstwo dzieci i młodzieży z całego świata chce pójść w ślady mojego ojca, myśląc, że w bardzo prosty sposób można wieść lekkie i wystawne życie. Coś poszło
zatem nie tak. Kiedy słyszę coś takiego, mówię: "jeśli masz choć połowę
talentu do biznesu jak mój ojciec, możesz przeżyć ciekawe życie, ale z rodziną i na wolności". Historią mojego życia i mojego ojca, którą
opisałem również w książce Mój ojciec Pablo Escobar, chcę
zakomunikować ludziom, by nie szli jego drogą"5.
Roberto Escobar, starszy brat Pabla, wywodzi historię rodziny od
kobiety, która jeszcze w osiemnastym stuleciu przybyła na tereny
współczesnej Kolumbii z dalekiej Hiszpanii. Nazywała się Ofelia Gaviria.
Nie wiadomo, czym zajmowała się w ojczyźnie, ale musiała mieć jakieś
środki na start, skoro stać ją było na zakup ziemi i niewolników. Z czasem jeszcze bardziej pomnożyła swój majątek, a dla indiańskich
niewolników miała być dobrą, sprawiedliwą i wyrozumiałą panią, co
bynajmniej nie zaskarbiło jej sympatii tubylców, którzy pewnego dnia
postanowili siłą odebrać jej swoje dawne ziemie. Grupa miejscowych
Indian zasadziła się na Ofelię na moście, by napaść na nią i wrzucić ją
do rzeki. Ostrzeżona w porę przez wiernego sługę kobieta postanowiła
jednak zjednać sobie sympatię miejscowych i zanim doszło do planowanego
ataku, udała się do wodza plemienia z hojnymi darami, a konkretnie - z workami pełnymi złota. Dzięki temu jej wcześniejsi wrogowie zostali jej
przyjaciółmi. Roberto nie pisze, czy jego przodkini była zamężną
kobietą, czy może do Kolumbii przybyła jako wdowa lub posażna panna, ale
wkrótce doczekała się potomka i dziedzica. Nie urodziła jednak dziecka,
lecz adoptowała małego chłopca, porzuconego z bliżej nieznanych przyczyn
przez biologiczną matkę w dżungli, gdzie znaleźli go Indianie. Wiedząc,
że Ofelia może zapewnić mu dach nad głową i utrzymanie, zanieśli malca
do jej domu. Dama nie tylko zaopiekowała się chłopcem, lecz także z czasem go usynowiła i nadała mu swoje nazwisko. Braulio Gaviria, bo
właśnie tak nazywał się ów szczęściarz, wyrósł na przystojnego mężczyznę
i ożenił się z piękną, błękitnooką Hiszpanką, niejaką Aną Rosą Cobaleda
Barreneche, z którą doczekał się pięciorga dzieci. Najmłodszy, Roberto
Gaviria, był dziadkiem Roberta i Pabla Escobarów.
I właśnie z osobą dziadka przyszłego narkobarona związana jest rodzinna
legenda, z lubością powtarzana przez rodziców Roberta i Pabla. Ponoć
Roberto, który zajmował się na co dzień uprawą bananów, pewnego dnia
potknął się o wystający z ziemi gliniany garnek. Zaintrygowany odkopał
go i nie mogąc uwierzyć własnym oczom, znalazł w nim ukryty skarb -
złotą biżuterię. Jakież było jego zdumienie, kiedy odkrył, że ziemia
skrywa kolejne garnce pełne złota. Roberto jednak nie miał zamiaru
chwalić się swoim znaleziskiem, w obawie przed zainteresowaniem ze
strony złodziejskich band, których w okolicy nie brakowało. Stopniowo
wyprzedawał znalezione kosztowności, a otrzymane za nie pieniądze
inwestował w handel, a handlował dosłownie wszystkim, co tylko mu wpadło
w ręce, udzielał też oprocentowanych pożyczek swoim sąsiadom. Problem
polegał jednak na tym, że nie prowadził legalnej działalności, wobec
czego sąsiedzi nie mieli zamiaru oddawać mu pożyczonych pieniędzy. Za
pozostałe fundusze zaczął skupować od miejscowych Indian skóry dzikich
zwierząt i sprzedawał je z zyskiem w pobliskim mieście. Wkrótce znalazł
też inny, równie zyskowny co niebezpieczny sposób na pomnażanie
posiadanej gotówki - przemyt. Dziadek Pabla przemycał tytoń oraz
alkohol, które przewoził... ukryte w trumnach, a następnie sprzedawał we
własnym domu. Jak twierdzi jego wnuk Roberto, alkohol rozlewał do...
wydmuszek po jajkach, co bynajmniej nie przeszkadzało jego licznym
klientom. Wydawało mu się, że jest bezpieczny, nikomu przecież nie
przyszłoby do głowy zakłócać rewizją wieczny odpoczynek nieboszczykom
znajdującym się w przewożonych przez Roberta trumnach. Najwyraźniej
jednak jakiś bystry policjant wpadł na pomysł skontrolowania przewoźnika
i wówczas przekonano się, że zamiast ludzkich zwłok w trumnach znajduje
się kontrabanda, a przemytnik trafił za kratki. To niezbyt miłe
doświadczenie ponoć wzbudziło w Robercie nieufność wobec władz. Dziś
może dziwić, że przestępca obwinia o swoje niepowodzenia rząd i organy
ścigania, a nie widzi w tym swojej winy, ale zdecydowana większość
współczesnych mu Kolumbijczyków z pewnością przyznałaby mu rację. I wbrew temu, co można by sądzić, przestępcza działalność Roberta nie była
bynajmniej powodem do wstydu wśród jego rodziny i potomków. Wręcz
przeciwnie, przez wiele lat Pablo i jego rodzeństwo byli karmieni
opowieściami o swoim zaradnym i przedsiębiorczym dziadku, którego postać
była otoczona niemalże kultem w gronie najbliższych.
W niektórych opracowaniach dotyczących dzieciństwa Pabla Escobara można
przeczytać, iż wychowywał się w stosunkowo zamożnej rodzinie, inne
wspominają o biedzie w rodzinnym domu. On sam oficjalnie przychylał się
raczej do tej drugiej wersji, skoro w wywiadzie udzielonym w okresie,
kiedy starał się zaistnieć w polityce, zapewniał: "Moja rodzina nie
miała znaczących zasobów ekonomicznych i doświadczyliśmy trudności,
jakich doświadcza większość Kolumbijczyków, więc te problemy nie są nam
obce, znamy je dogłębnie i rozumiemy"6. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, prawda leży pośrodku, bo przyszły baron narkotykowy
urodził się 1 grudnia 1949 roku, jako drugi z kolei syn, w dobrze
sytuowanej rodzinie hodowcy bydła. Jego ojciec, Abel de Jesús Escobar,
był właścicielem doskonale prosperującego gospodarstwa w Rionegro i posiadaczem ośmiuset sztuk bydła. Pech chciał, że kiedy Pablo był
jeszcze małym dzieckiem, stado zdziesiątkowała bliżej nieznana choroba
zakaźna, co doprowadziło jego ojca do bankructwa i rodzina musiała się
przenieść do miasta, a konkretnie do Titiribí, gdzie matka Pabla,
Hermilda, znalazła pracę. Na szczęście dla całej rodziny pani Escobar
była wykształconą kobietą i zanim wyszła za mąż, pracowała jako
nauczycielka. Teraz, w obliczu tarapatów finansowych, w które wpadł jej
małżonek, postanowiła iść do pracy, zresztą w nowym miejscu zamieszkania
bez problemu znalazła zatrudnienie w szkole. Niestety, jej zarobki nie
pozwalały na utrzymanie domu na takim poziomie jak wcześniej.
"Mieszkaliśmy skromnie, w drewnianym domku o jednej izbie, która służyła
za sypialnię dla nas wszystkich - rodziców, siostry oraz Pabla i mnie -
czytamy na kartach Księgowego mafii. - Mieliśmy dwa materace. Jeden
wieczorem rozkładało się na podłodze i na nim spaliśmy my - dzieciaki. Z jedzeniem było krucho, ledwo starczało. Do szkoły chodziliśmy piechotą.
Dojście zajmowało cztery godziny. Żeby zdążyć na lekcje, zrywaliśmy się
z Pablem o czwartej rano. Byliśmy po prostu biedni, jak zresztą wielu
naszych rodaków. Mama sama szyła nam szkolne mundurki, ale często gęsto
chodziliśmy w łachmanach"7. Sytuacja była naprawdę
niewesoła, skoro pewnego dnia Pabla odesłano do domu, ponieważ nie miał
butów, co dla Hermildy było znacznie większym upokorzeniem niż dla jej
syna. Czym prędzej zaciągnęła kredyt, by pożyczone pieniądze wydać na
najbliższym bazarze na buty dla swego dziecka. W ten sam sposób zdobyła
środki na rower dla starszego z braci, a i tak stać ją było wyłącznie na
zakup używanego pojazdu. Roberto woził na nim do szkoły siebie i swojego
młodszego brata, dzięki czemu zabierało im to znacznie mniej czasu niż
wcześniej - jechali tam tylko godzinę.
Z czasów pobytu w Titiribí pochodzi jedno z najdramatyczniejszych
wspomnień w życiu obu braci. Pewnej nocy do drzwi ich domostwa zapukali,
a w zasadzie załomotali, rebelianci. Zarówno Abel, jak i jego żona
doskonale zdawali sobie sprawę, że jeżeli żądni krwi partyzanci ich
dopadną, będzie to oznaczało śmierć dla całej rodziny. Przerażona
Hermilda włożyła jeden z materacy pod łóżko i kazała tam się schować
trójce swoich dzieci, bo oprócz Roberta i Pabla miała także córkę
Glorię. Oboje z Ablem praktycznie żegnali się z życiem, aczkolwiek mieli
nadzieję, że uda im się uratować chociażby dzieci. Sytuacja jednak
niepokojąco się zmieniła, gdyż rebelianci, nie mogąc wyważyć solidnych
drzwi, oblali je benzyną i podpalili. Na szczęście dla Escobarów właśnie
w tym czasie przybyły rządowe wojska, które odparły atak partyzantów,
tym samym ocalając życie Pabla i jego rodziny. Wprawdzie Abel, jego żona
i dzieci wyszli cało z tej niebezpiecznej przygody, ale stracili dom,
który doszczętnie spłonął. "Poświata pożaru wyławiała z ciemności ciała
pomordowanych - wspomina Roberto. - Jedne leżały w rynsztoku, inne
zwisały z ulicznych lamp, bo części ofiar zadano śmierć przez
powieszenie. Chusmeros oblali ciała benzyną i podpalili. Do końca
życia będę pamiętał swąd palących się zwłok. Niosłem Pabla. Wtulił się
we mnie tak mocno, jakby miał tak zostać na zawsze"8.
Wprawdzie Abel i Hermilda po tych dramatycznych wydarzeniach jakoś się
pozbierali, ale w miasteczku nadal było niebezpiecznie, dlatego
postanowili odesłać dwóch najstarszych synów do ich babki ze strony
matki, Inés, która mieszkała w Medellín, leżącym w północno-zachodniej
części Kolumbii. Wtedy jeszcze to piękne miasto nikomu nie kojarzyło się
z niesławnym kartelem założonym i kierowanym przez Pabla Escobara, a jedynie z pięknymi widokami, wyjątkowo łagodnym klimatem, bujną
roślinnością, która zdaniem wielu jest równie zachwycająca jak na
Hawajach czy na Maderze. Zresztą do dziś nazywane jest "miastem wiecznej
wiosny". Babci Roberta i Pabla wiodło się nieźle, gdyż była bardzo
przedsiębiorczą kobietą: produkowała wyśmienite sosy i przyprawy, które
sprzedawała w miejscowych supermarketach. Oddanych jej pod opiekę wnuków
wychowywała surowo, przykładając wielką wagę do kwestii wiary i religii,
dlatego codziennie chodziła z nimi do kościoła.
Taką wersję wydarzeń podaje Roberto, podczas gdy syn Pabla w swojej
książce poświęconej niesławnemu ojcu nie wspomina o żadnej zarazie
bydła, która pozbawiła Abla Escobara źródła utrzymania. Twierdzi
natomiast, iż gospodarstwo dziadka Abla przynosiło stanowczo zbyt małe
dochody, żeby utrzymać rodzinę. Zdesperowany mężczyzna długo szukał dla
siebie zajęcia, by ostatecznie zostać majordomusem w hacjendzie El
Tesoro, należącej do znanego przywódcy politycznego z Antioquii,
Joaquína Vallejo Arbeláeza. On też został chrzestnym małego Pabla.
Tymczasem Hermilda nie miała zamiaru obejmować posady pokojówki ani
służącej, czego zazwyczaj oczekiwano od żon mężczyzn zatrudnionych w bogatych domach, dlatego postanowiła wrócić do zawodu nauczycielki.
Pomimo sprzeciwu swojego męża, którego ego bardzo cierpiało na myśl, że
jego żona ma pracować, bo oznaczałoby to, iż nie jest w stanie sam
utrzymać rodziny, złożyła podanie o przyjęcie do szkoły w dowolnym
miejscu departamentu. Zdaniem Juana Pabla Escobara przydział do szkoły w gminie Titiribí w południowo-zachodniej Antioquii był rodzajem kary
wymierzonym przez urzędników kobiecie, która - mimo że była zamężna i miała dzieci - ośmieliła się pracować zarobkowo. Niestety, objęcie przez
nią posady w odległej miejscowości oznaczało również przeprowadzkę całej
rodziny, a to wiązało się z utratą posady majordomusa przez jej męża. Po
przeniesieniu się do Titiribí Abel długo nie mógł znaleźć stałego
zatrudnienia, co ponownie wpędziło rodzinę w problemy finansowe. Podczas
gdy Roberto Escobar w swojej książce wspomina tylko o jednej
niebezpiecznej sytuacji, którą przeszła rodzina w związku z toczącymi
się wówczas w Kolumbii walkami, jego bratanek twierdzi, że babcia i dziadek niejeden raz musieli ukrywać się przed partyzantami i kilkakrotnie zmieniali miejsce zamieszkania. "W tamtym okresie co
najmniej cztery razy zmieniali szkołę, by ujść przed "awanturnikami". Po
Titiribí przenieśli się do Girardoty i innych wsi, a zagrożenie stało
się ich chlebem powszednim"9. Twierdzi też, że jego babcia
opowiadała mu o bezpośrednim niebezpieczeństwie, jakie stwarzali dla
całej rodziny partyzanci, przy czym wydarzenia miały zupełnie inny
przebieg, niż relacjonował jego stryj. "Wciąż jeszcze poruszona
wspominała, jak pewnej zimnej, deszczowej nocy czterech bandytów
przyszło po nich z maczetami i musieli schować się w jednej ze szkolnych
sal, zamykając wcześniej drzwi na klucz, by nie ucięli im głów, co w tamtym okresie było powszechną praktyką zarówno wśród liberałów, jak i konserwatystów. Śmiertelnie przerażona babcia powiedziała dziadkowi i dzieciom, żeby zachowali absolutną ciszę, nie ruszali się z podłogi, nie
wyglądali przez okna, bo na ścianach widziała cienie morderców. W tamtym
momencie, kiedy wydawało jej się, że już wszystko stracone, oddała życie
pod opiekę osoby z jedynego obrazka świętego, jaki znajdował się w sali:
Dzieciątka Jezus z Atochy. Szeptem przysięgła, że jeśli ocali ich tamtej
nocy, wybuduje kościół na jego cześć"10. Nie wiadomo zatem, czy
partyzanci napadli na rodzinę Escobarów, kiedy ci spali w domu, jak chce
Roberto, czy też, jak pisze Juan Pablo, do dramatycznej sytuacji doszło
w szkole. Nie możemy także wykluczyć, że obie wersje są prawdziwe, bo
przecież czasy były wyjątkowo niespokojne. Faktem natomiast jest, że
matka Pabla do końca swych dni oddawała szczególną cześć Dzieciątku
Jezus z Atochy - miała jego ołtarzyk w swoim pokoju, a obrazek z tym
wizerunkiem nosiła zawsze przy sobie. Dzięki młodszemu synowi spełniła
też przyrzeczenie dane w obliczu zagrożenia życia - kościół pod
wezwaniem Dzieciątka Jezus z Atochy powstał na terenie jednego z osiedli
domów socjalnych zbudowanych przez Pabla Escobara. Juan Pablo twierdzi
również, że poszukiwanie bezpiecznej przystani zakończyło się, kiedy
Hermilda otrzymała od ministerstwa edukacji przydział do szkoły przy
drodze do Guayabito w Rionegro. Placówka mieściła się w starym budynku z dwiema klasami, łazienką i dużym pokojem, w którym musiała pomieścić się
cała ośmioosobowa wówczas rodzina. Pomimo wspomnianych niebezpieczeństw
i perturbacji Abel doczekał się ze swoją żoną aż siedmiorga dzieci.
Przyszły baron narkotykowy miał jednego starszego brata, Roberta, oraz
piątkę młodszego rodzeństwa - trzy siostry (Glorię Ines, Albę Marinę,
Luz Marię) i brata Argemira. W 1958 roku rodzina powiększyła się o jeszcze jednego chłopca, Luisa Fernando, któremu było pisane wyjątkowo
krótkie życie, i to niejako na jego życzenie, bo jako młody chłopak
wszedł w konflikt z prawem i w wieku dziewiętnastu lat został
zamordowany.
Juan Pablo podaje też zupełnie inne okoliczności przeprowadzki rodziny
do Medellín. Według niego była to decyzja jego matki, która załatwiła
sobie przeniesienie do jednej z tamtejszych szkół. Zrobiła to celowo,
chcąc zapewnić gromadce swoich dzieci należyte wykształcenie w przyszłości, czego nie mogła zrobić, mieszkając z dala od miasta. Syn
Escobara potwierdza również, że początkowo rodzina mieszkała u matki
Hermildy, ale "ich tułaczka bynajmniej nie dobiegła końca. W ciągu
następnych dwóch lat babcia [Hermilda] została przeniesiona do szkół
Caracas i San Bernardita, przy czym kilkakrotnie się przeprowadzali".
Ostatecznie osiedlili się w dzielnicy La Paz, gdzie zamieszkali w trzypokojowym wygodnym domu, zajmując dwa największe pokoje, natomiast
trzeci Abel przeznaczył na nowy interes - prowadzony przez siebie sklep.
Tak się nieszczęśliwie dla rodziny złożyło, że sklepik pana Escobara
zbankrutował zaledwie kilka miesięcy po otwarciu. Opuszczone
pomieszczenie zajął Pablo, który pomalował je na swój ulubiony niebieski
kolor, a poczesne miejsce zajmowała w nim biblioteczka, w której
chłopiec ustawił zbiór amerykańskich czasopism "Reader's Digest" oraz
biografie dwóch komunistycznych przywódców, Lenina i Mao.
Roberto jednak dobrze wspomina te czasy, dodając, iż wraz z Pablem byli
typowymi dziećmi Medellín. Ich ulubioną zabawą było zjeżdżanie po
stromych ulicach na samodzielnie zbudowanych drewnianych wózkach i robienie psikusów sąsiadom. Wraz z innymi dziećmi przyklejali chociażby
gumą do żucia przyciski od dzwonków w sąsiednich domach w ten sposób,
żeby bez przerwy dzwoniły, a potem uciekali co sił w nogach, by z ukrycia obserwować rozsierdzonych mieszkańców, usiłujących oczyścić
przyciski. Wraz z innymi toczyli bitwy na jajka albo rozgrywali mecze
piłki nożnej, używając do tego celu piłki własnoręcznie wykonanej ze
szmat i z reklamówek. Roberto wspomina, że Pablo był najmłodszy z całej
gromadki, ale dał się poznać jako urodzony przywódca i starsi koledzy
liczyli się z jego zdaniem. Kiedy pewnego dnia policjanci zabronili im
grać na ulicy, a przy okazji zabrali im piłkę, młodszy z braci Escobarów
zaproponował swoim kolegom, żeby w ramach zemsty obrzucić ich
kamieniami, co ci wykonali bez najmniejszego sprzeciwu. Jak można się
domyślić, nie obyło się bez konsekwencji, zwłaszcza że jeden z kamieni
trafił w szybę radiowozu. Policjanci dopadli kilku z chłopców, w tym
Pabla i jego brata, i zabrali ich na komisariat, gdzie zagrożono im, że
spędzą w areszcie cały dzień. Oczywiście były to jedynie czcze pogróżki,
komendant chciał po prostu napędzić łobuziakom stracha i oduczyć ich
takich zabaw, ale wszyscy chłopcy byli przerażeni. Z wyjątkiem
najmłodszego z grupy, Pabla Escobara. On jako jedyny odważył się
odezwać. Nie okazując cienia strachu, oświadczył samemu komendantowi:
"Nie robiliśmy nic złego. Złościło nas tylko, że zabieracie nam piłkę.
Proszę, niech nas pan wypuści, odwdzięczymy się"11. Z biegiem czasu
autorytet Pabla w gronie kolegów wzrastał, a potem wielu z nich
dołączyło do założonego przez niego kartelu narkotykowego.
O ile obaj bracia Escobarowie doskonale odnaleźli się w Medellín,
podobnie jak ich matka, o tyle Abel Escobar czuł się tam wyjątkowo źle.
Po krótkim pobycie w mieście wrócił na wieś i najął się do pracy na
roli, a rodzina od czasu do czasu go odwiedzała. I nigdy nie chciał już
zrezygnować ze swojej pasji, po wielu perypetiach został bogatym
farmerem, a do miasta już nie wrócił, rezygnując z życia w luksusach,
jakie zapewniał mu Pablo. Mieszkał w bardzo dobrze prosperującym majątku
ziemskim El Tablazo, ale nigdy nie zerwał kontaktów z rodziną młodszego
syna i wspierał go nawet w najgorszych okresach jego życia, kiedy
ukrywał się przed organami ścigania. "Pamiętam dyskrecję cechującą
dziadka Abla i jego radykalną decyzję, by nie porzucać życia na wsi -
wspomina Juan Pablo Escobar. - Nawet w najgorszych okresach, kiedy
uciekaliśmy przed władzami z jednej kryjówki do drugiej, on tak to
załatwiał, że co miesiąc docierał do nas worek ziemniaków z jego uprawy.
W ten milczący sposób okazywał nam swą miłość"12.
Przyszły król kokainy wyróżniał się nie tylko jako uliczny chuligan, był
bowiem wyjątkowo dobrym uczniem, podobnie zresztą jak jego starszy brat,
który miał niemałe zdolności matematyczne. W swojej książce wspomina, iż
uwielbiał rozwiązywać wszelkiego rodzaju łamigłówki lub zadania i doskonale liczył w pamięci. Miał również nadzwyczajną pamięć do liczb,
co miało okazać się niebywale przydatne w trakcie późniejszej pracy w kierowanym przez Pabla kartelu. Miał też inną pasję - kolarstwo. Od
dziecka uwielbiał ścigać się na rowerze, podobnie jak jego młodszy brat,
aczkolwiek zdaniem Juana Pabla Escobara miłość do rowerowych wyścigów
stała się źródłem niechęci i niesnasek między braćmi. "Z czasem Roberto
zaczął uprawiać kolarstwo i pojawiła się między nimi silna rywalizacja.
Starszy brat strasznie się wściekał, ponieważ codziennie ciężko
trenował, a Pablo, któremu nie chciało się przykładać do jazdy na
rowerze, i tak zawsze go wyprzedzał, gdy się ścigali. Ta pozornie
niewinna zabawa pogłębiła niechęć Roberta do mojego ojca, co potem
jeszcze się nasiliło, kiedy ten znów przegonił Roberta i jako pierwszy
został milionerem"13. Jednak czytając wynurzenia starszego
Escobara, można odnieść wrażenie, że wraz z Pablem stanowili zgrany
braterski duet. Ale nawet on przyznaje, że Pablo nie spędzał z nim zbyt
wiele czasu, bo trzymał ze swoim kuzynem Gustavem Gavirią. Chłopcy
zadzierzgnęli więzy trwającej do końca ich życia przyjaźni, kiedy
Roberto zaczął na poważnie zajmować się wyścigami kolarskimi, biorąc
udział w wielu lokalnych zawodach. Pewną przeszkodą w karierze kolarza
był brak środków na pokrycie kosztów udziału w zawodach, ale udało się
temu zaradzić, kiedy Roberto zyskał sponsora w postaci jednego z miejscowych sprzedawców sprzętu AGD. Podczas gdy starszy z synów Abla i Hermildy realizował się jako kolarz, a potem handlowiec, jego młodszy
brat miał znacznie większe ambicje - postanowił zostać milionerem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki