Wstęp
Wstęp
Skomplikowane dzieje amerykańskiej mafii od lat fascynują nie tylko
przeciętnych zjadaczy chleba na całym świecie, ale także ludzi pióra,
teatru i filmu. Historie o gangsterach i krwawych porachunkach między
poszczególnymi gangami, podobnie jak losy najsłynniejszych mafijnych
rodzin i przestępców działających w strukturach przestępczości
zorganizowanej, stały się kanwą niezliczonych powieści, spektakli i filmów, zarówno kinowych, jak i telewizyjnych. I nic w tym dziwnego,
wszystkie bazują bowiem na archetypie, od zarania obecnym w dziejach
ludzkości i wszystkich cywilizacji, walki dobra ze złem. Losy różnej
maści gangsterów, zarówno tych istniejących naprawdę, jak i tych
wymyślonych przez obdarzonych bujną wyobraźnią pisarzy i scenarzystów,
stanowią receptę na bestseller lub przebój kinowy i telewizyjny. Tak
było zawsze, wystarczy choćby wymienić klasyki X muzy, w rodzaju Wroga
publicznego, Człowieka z blizną czy Ojca chrzestnego, czy równie
popularne seriale, jak Imperium zła. Nawiasem mówiąc, już pierwszy
serial telewizyjny opowiadający o walce organów ścigania z gangami
przemycającymi alkohol i sprzedającymi go w czasach prohibicji,
Nietykalni, którego scenariusz oparto na wspomnieniach Eliota Nessa,
pogromcy samego Ala Capone, cieszył się wielkim powodzeniem. Bez
wątpienia najbardziej znanym, a zarazem najczęściej obecnym w popkulturze amerykańskim gangsterem jest właśnie wspomniany Al Capone,
jeszcze za życia cieszący się statusem celebryty. O żadnym innym
przestępcy nie napisano tylu książek, żaden też nie gościł tak często na
wielkim i małym ekranie. Problem polega jednak na tym, że wszystkie,
lepsze lub gorsze, filmy i seriale opowiadają jego historię, która jest
wytworem wyobraźni pisarzy i scenarzystów, i ma niewiele wspólnego z prawdziwą historią tego przestępcy.
Współcześnie mianem mafii określa się zorganizowaną grupę przestępczą o dużych wpływach i powiązaniach, prowadzącą wspólne interesy,
nieprzebierającą w środkach w celu zrealizowania swoich zamierzeń, ale
także powiązaną z władzami i policją. Co ciekawe, badacze i historycy po
dziś dzień spierają się co do pochodzenia słowa mafia i istnieje na
ten temat kilka, czasem zupełnie sprzecznych, teorii. Zgodnie z jedną z nich termin pochodzi od pierwszych liter hasła Morte Alla Francia
Italia Anela (Śmierć Francuzom hasłem Włochów), które zostało
rozpowszechnione w czasie francuskiej niewoli na Sycylii. Zwolennicy
innej wywodzą słowo mafia od czasów tzw. nieszporów sycylijskich, jak
określa się powstanie przeciwko francuskim Andegawenom, które wybuchło w Poniedziałek Wielkanocny 30 marca 1282 roku w Palermo. Istnieje również
hipoteza, że nazwa tej organizacji przestępczej pochodzi od słów Ma
Fia (Moja córka), bo właśnie tak brzmiał okrzyk pewnej matki z Sycylii,
kiedy dowiedziała się o gwałcie na swojej córce, dokonanym przez
zwyrodniałego francuskiego żołnierza w dniu ślubu nieszczęsnej
dziewczyny. Żądni zemsty Sycylijczycy wdarli się wówczas z hasłem "Ma
Fia!" na ustach do siedziby francuskiego garnizonu na wyspie.
Można spotkać się również z legendami, jakoby słowo mafia pochodziło
od pewnej czarownicy nazwanej przez inkwizycję Catarina la Licatisa
nomata ancor Mafia, co znaczy: zuchwała, opętana władzą i wyniośle
arogancka. Jak się okazuje, słowo to ma też inne, bynajmniej nie
pejoratywne znaczenie, gdyż mafia w dialekcie sycylijskim oznacza
urok, wdzięk. Niegdyś mieszkający w Palermo Sycylijczycy na widok
urodziwej dziewczyny lub kobiety, mieli zwyczaj krzyczeć: "Ileż w niej
mafia!", "Ależ z niej mafinsedda!". Nie można także wykluczyć, że
prapoczątkiem określenia używanego obecnie dla przestępczości
zorganizowanej było starofrancuskie słowo maufer - imię boga zła - lub
pochodzące z arabskiego míhal oznaczające zgromadzenie. Inni badacze i historycy twierdzą, iż pojęcie to jest po prostu skrótowcem od słów:
Mazzini Autorizza Furti Incendi Avvelenamenti - co oznacza: Mazzini
zezwala na kradzieże, pożary i zatrucia. Wspomniany w przywołanym haśle
Mazzini to przywódca ideowego i politycznego ruchu Risorgimento,
związanego z walką o wyzwolenie i zjednoczenie Włoch. Żyjący w latach
1805-1827 włoski prawnik, dziennikarz, a jednocześnie bojownik o wolność, zwany przez Włochów "ojcem ojczyzny" Giuseppe Mazzini był
jednym z najbliższych sojuszników Garibaldiego w jego dziele
zjednoczenia państwa. Mazzini był urodzonym radykałem opowiadającym się
za dość kontrowersyjnymi, a dziś określanymi mianem terrorystycznych,
metodami walki z władającą Królestwem Obojga Sycylii dynastią Burbonów.
Prawnik uważał bowiem, że skoro cel uświęca środki, bojownicy włoscy
powinni sięgać po rozboje, podpalenia, a w szczególnych przypadkach
także po truciznę.
Być może etymologii słowa mafia należy szukać w kryjówkach
picciotti, czyli młodych, wywodzących się ze wsi bojowników, którzy w 1860 roku wylądowali na Sycylii z oddziałami Garibaldiego. Ci młodzi
bojownicy obyczajami i metodami walki przypominali raczej rozbójników
niż szlachetnych rycerzy, a chowali się w kryjówkach wśród skał
wapiennych zwanych w języku arabskim maha. Dlatego też picciotti
Garibaldiego byli nazywani squadri della mafia, co przetrwało po dziś
dzień jako nazwa nielegalnej i doskonale zorganizowanej grupy
przestępczej. Arabowie zresztą odcisnęli na Sycylii trwały ślad, bowiem
Palermo od 831 do 1072 roku pozostawało pod jurysdykcją arabską, a słowo
mafia zdaniem niektórych badaczy pochodzi od nazwiska władającej tam
arabskiej dynastii Maafir.
O ile jednak pochodzenie samego pojęcia mafia jest trudne, a zdaniem
wielu znawców tematu wręcz niemożliwe do ustalenia, to niemal wszyscy
współcześni historycy są zgodni co do tego, że początków mafijnych
organizacji należy szukać już w czasach hiszpańskiej okupacji wyspy. Jej
początek datuje się na rok 1442, kiedy Alfons V Aragoński przyłączył
Sycylię do królestwa Neapolu. Hiszpanie sprawowali władzę twardą ręką,
podnieśli podatki i wprowadzili inkwizycję, co wywołało protesty
miejscowej ludności. Dumni Sycylijczycy uznali, że prawa najeźdźcy są
niesprawiedliwe, stworzyli zatem własny kodeks prawny, a co za tym idzie
- własne siły zbrojne posiłkujące się przemocą, które należałoby uznać
za pierwsze struktury mafijne. Te nielegalne organizacje rosły w siłę, a w drugiej połowie XIX stulecia zarówno lokalne władze, jak i Kościół
uznały je za przydatne dla ochrony własnych interesów. I tak:
właściciele ziemscy posiłkowali się mafią w poskramianiu chłopskich
buntów, zaś miejscowe duchowieństwo wykorzystywało ją do obrony swoich
majątków. Wtedy też doszło do upowszechnienia się terminu w znaczeniu, w którym jest używany obecnie. Do jego rozpowszechnienia niewątpliwie
przyczyniła się popularna sztuka I mafiusi della Vicaria, pióra
Giuseppe Rizzotto, aktora, a zarazem dyrektora trupy teatralnej, która
wystawiła ją w 1863 roku. Inspiracją do jej powstania miała być rozmowa
przeprowadzona przez autora z pewnym członkiem tajnego stowarzyszenia
Mafusi, który wyjątkowo szczerze opowiadał mu o zwyczajach, żargonie i swoistym kodeksie obowiązujących w owej organizacji. Sztuka okazała się
niebywale popularna, a wyraz mafia wszedł do języka potocznego,
natomiast w dokumentach urzędowych pojawił się dwa lata później za
sprawą prefekta Palermo Filippo Gualterio. Dotyczyły one niepokojącego
wzrostu przestępczości zorganizowanej w mieście. Przyszłość dowiodła, że
jego obawy nie były bezzasadne, gdyż w latach 1860-1924 mafia stała się
tak silną i wpływową organizacją, że żaden polityk niemający jej
poparcia nie mógł nawet marzyć o mandacie we włoskim parlamencie.
Na początku ubiegłego stulecia włoscy emigranci przybywający do Stanów
Zjednoczonych w poszukiwaniu pracy i lepszego życia przeszczepili mafię
na grunt amerykański. Początkowo na terenie USA funkcjonowały
"zwyczajne" gangi włoskie, które konkurowały z gangami irlandzkimi i żydowskimi, a czasem, gdy tylko było to opłacalne dla którejkolwiek ze
stron, nawiązywały także współpracę. Obowiązująca w Stanach od 1920 roku
przez kolejne 13 lat prohibicja, zwana przez jej inicjatorów
"szlachetnym eksperymentem" (ang. The Noble Experiment), nie
przyczyniła się bynajmniej do wzrostu trzeźwości społeczeństwa, a jedynie do wzrostu przestępczości zorganizowanej. Nielegalna produkcja i sprzedaż napojów wyskokowych, podziemne bary okazały się istną żyłą
złota dla wszelkiego rodzaju przestępców. Co więcej, jak obliczyli
współcześni historycy, obywatele USA właśnie w czasach prohibicji
wydawali na dostępny wyłącznie na czarnym rynku alkohol rekordowo
wysokie kwoty, najwięcej w historii istnienia państwa. Wówczas też
włoskie gangi przerodziły się w organizację mafijną, i to o wiele
groźniejszą niż ta działająca na Sycylii. W czasach prohibicji rozkwitły
nielegalne kariery, a wraz z nimi również fortuny takich gangsterów, jak
Vito Genovese, Albert Anastasia, Frank Costello, Salvatore "Szczęściarz"
Luciano czy Al Capone. Nie dość, że wszyscy wyżej wymienieni prowadzili
działalność praktycznie bez przeszkód, to jeszcze zyskali niemałe wpływy
w świecie amerykańskiej finansjery, a nawet w polityce. Chicago i Nowy
Jork praktycznie były rządzone przez mafię.
Niniejsza publikacja opowiada historię amerykańskiej mafii od jej
początków aż po lata pięćdziesiąte ubiegłego stulecia. Rozpoczyna ją
opowieść o gangach siejących postrach w Nowym Jorku oraz o ich
przywódcach, których biografie stanowią wręcz idealny materiał na
scenariusz filmowy. W opowieści o mafii nie może zabraknąć historii
gangu Czarnej Ręki, w której wielu znawców tematu doszukuje się korzeni
późniejszej mafii, mimo że ten złowrogi gang, przez wiele lat trzymający
w kleszczach strachu amerykańskie społeczeństwo, trudno uznać za
organizację przestępczą sensu stricto. Publikacja przedstawia też
proces, który doprowadził do uchwalenia prohibicji, która - w zamiarach
inicjatorów owej ustawy - miała położyć kres pijaństwu amerykańskiego
społeczeństwa, a nawet przekształcić je w społeczność o wysokim morale,
wzór do naśladowania dla całego świata. Nie dość, że te szlachetne
zamiary spełzły na niczym, to nielegalna produkcja, przemyt i sprzedaż
alkoholu okazały się tak intratnym zajęciem, że wcześniej rywalizujące
gangi włoskie, żydowskie oraz irlandzkie zaczęły ze sobą współpracować,
mając na uwadze wysokie zyski. A to w konsekwencji zaowocowało
powstaniem amerykańskiej mafii, która kilkadziesiąt lat później stała
się tak potężna, że była w stanie przejąć cały hazard w USA, kontrolować
część amerykańskich mediów, jak również przemysł filmowy i rozrywkowy, a nawet oddziaływać na politykę. Jest to także opowieść o artystach,
którzy swoją karierę zawdzięczają poparciu gangsterów, i wreszcie o stróżach prawa, którzy mieli odwagę przeciwstawić się rosnącym w siłę
przestępcom. Ostatni rozdział opowiada o Polakach w mafii, gdyż, jak się
przekonamy, nasi rodacy także odcisnęli trwały ślad w dziejach
przestępczości zorganizowanej za oceanem. Zresztą jeden z najsłynniejszych gangsterów, Meyer Lansky, który wywodził się z rodziny
polskich Żydów, pytany o kraj pochodzenia, zawsze wskazywał na Polskę.
Nowy Jork we władaniu gangów
Niebezpieczne miasto
Nowy Jork, miasto leżące na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, u ujścia rzeki Hudson do Oceanu Atlantyckiego, i nazywane Wielkim
Jabłkiem, współczesnym ludziom kojarzy się z wiecznie tętniącymi życiem
ulicami, po których krążą słynne nowojorskie taksówki,
wielokulturowością oraz istnym szaleństwem zakupów. Bez wątpienia Nowy
Jork jest także kolebką mody i trendów. Nie bez przyczyny Candace
Bushnell właśnie tam osadziła akcję swojego bestsellera Seks w wielkim
mieście, na podstawie którego nakręcono kultowy serial pod tym samym
tytułem. Nowy Jork niejeden raz gościł na telewizyjnym i kinowym
ekranie. Innym kojarzyć się będzie ze Statuą Wolności, mostem
Brooklińskim, Wall Street, Central Parkiem, awangardowymi teatrami czy
Muzeum Guggenheima. Listę skojarzeń, jak również miejsc przyciągających
turystów, moglibyśmy ciągnąć jeszcze bardzo długo, ale na początku XX
wieku Nowy Jork nikomu nie kojarzył się z modą, a już z pewnością nie
był miejscem przyciągającym turystów. A jednak ze statków
przypływających do tamtejszych portów codziennie schodziły tłumy ludzi -
przybywających z dalekiej Europy emigrantów, poszukujących za oceanem
szansy na lepsze życie. Nie bez przyczyny, wszak był to czas, kiedy
miasto stało się głównym ośrodkiem gospodarczo-przemysłowym Stanów
Zjednoczonych Ameryki Północnej. Mieściło się w nim aż 70 procent
amerykańskich przedsiębiorstw przemysłowych, a przez tamtejsze porty
przechodziła lwia część wszystkich importowanych do USA towarów. Na taki
stan rzeczy bez wątpienia wpłynął także fakt, że Nowy Jork był ważnym
węzłem komunikacyjnym - od połowy XIX stulecia funkcjonowało przecież
stałe połączenie morskie z Wielką Brytanią, stąd też wypływały parowce i odjeżdżały pociągi do innych wielkich amerykańskich miast.
W 1876 roku, kiedy do miasta nad rzeką Hudson zawitał polski pisarz
Henryk Sienkiewicz, Nowy Jork nie zachwycał: "Miasto, które na pierwszy
rzut oka z morza zarysowało się tak majestatycznie i wdzięcznie,
widziane z bliska nie zachwyciło mnie wcale - utyskiwał w swoich
Listach z podróży do Ameryki, publikowanych cyklicznie na łamach
"Gazety Polskiej". - Pobrzeże portu brudne, między drewnianymi budynkami
nie masz bruków; wszędzie leżą kupy śmieci, doki drewniane połyskują
brudną wodą, ludność zaś, jak zwykle ludność portowa, wygląda, jakby
przed chwilą urwała się od szubienicy. (...) Główne ciekawości miasta to
hotele i banki, czyli inaczej mówiąc: nie ma tu żadnych pamiątek
historycznych, żadnych ciekawości. (...) Handel, handel i handel,
business i business, oto, co widzisz od rana do wieczora, o czym
ustawicznie słyszysz i czytasz. Na rzut oka nie jest to miasto
zamieszkane przez taki a taki naród, ale wielki zbiór kupców,
przemysłowców, bankierów, urzędników, kosmopolityczny zarwaniec, który
imponuje ci ogromem, ruchliwością, przemysłową cywilizacją, ale nuży cię
jednostronnością społecznego życia niewytwarzającego nic więcej prócz
pieniędzy"1. Pięknoduch i esteta, którym bez wątpienia był
przyszły noblista, nie potrafił zrozumieć wszechobecnego pędu do
bogactwa pobudzającego nowojorczyków. A giełda, którą przy tej okazji
odwiedził, budziła w nim tylko skojarzenia ze szpitalem "wariatów
cierpiących na febris aurea (łac. gorączka złota), ale to właśnie
wśród tych "wariatów" rodziły się przyszłe fortuny. Jednak, jak na
pisarza przesiąkniętego duchem pozytywizmu przystało, Sienkiewicz
dostrzegał nędzę i tragiczną wręcz egzystencję tamtejszych emigrantów,
którzy "zwabieni wieścią o łatwym zarobku w Ameryce, przyjechali tu,
mając zaledwie czym opłacić przewóz za ocean. Zarobek w Ameryce istotnie
nader jest łatwy, ale w głębi kraju, na Dalekim Zachodzie; w samym zaś
New Yorku panuje przeludnienie i dlatego najbiedniejsi właśnie z emigrantów, którzy nie mają czym opłacić dalszej, bardzo kosztownej
kolejami podróży, mrą z głodu, chłodu i wszelkiej nędzy. (...) Większość
więc żyje bez stałego zarobku, dorywczo, patrząc z zawiścią, a zapewne i nienawiścią na milionerów, którzy już sami nie mogą porachować swych
majątków"2.
Pisarz przybył do Ameryki w czasach, kiedy fala emigracyjna przybrała na
sile, a z początkiem następnego stulecia Nowy Jork przyjmował aż 800
tysięcy imigrantów rocznie. Liczba przybyszów skłoniła władze do
założenia na wyspie Ellis specjalnego centrum imigracyjnego, gdzie
wysiadający z przywożących ich statków ludzie byli badani przez lekarzy
i skrupulatnie przez nich przepytywani. Nie były to jednak długotrwałe
procedury i w przeważającej większości przybysze spędzali na wyspie
tylko kilka godzin, a potem przewożono ich na stały ląd.
Napływ ludności do Nowego Jorku z oczywistych względów przyczynił się do
wzrostu budownictwa. Jednak pazerni właściciele nieruchomości, chcąc
osiągnąć jak największe zyski, wprowadzali w należących do nich domach
stosowne zmiany, umożliwiające zakwaterowanie jak największej liczby
lokatorów. Wśród przybyszy do Stanów przeważali bowiem ludzie biedni,
którzy nierzadko wyprzedawali cały majątek, aby mieć czym opłacić
podróż. A ze względu na fakt, iż ówczesna struktura pośrednictwa
emigracyjnego składała się z kilku szczebli i ludziom zatrudnionym na
każdym z nich trzeba było zapłacić odpowiednią kwotę, na wyjazd potrzeba
było sporych funduszy. Na najwyższym miejscu owej struktury plasowali
się główni agenci, mający siedzibę w miastach portowych Starego
Kontynentu. Im podlegały pomniejsze agentury, z którymi z kolei
współpracowali mniejsi pośrednicy. Zadaniem tych ostatnich było dotarcie
do jak największej liczby ludzi potencjalnie zainteresowanych wyjazdem
za ocean. Z reguły na tych stanowiskach pracowali cyniczni naciągacze,
roztaczający przed naiwnymi, niewykształconymi, często niepiśmiennymi
ludźmi wręcz bajeczne wizje życia w Ameryce, które z reguły miały
niewiele wspólnego z rzeczywistością. Znęceni nadzieją na lepsze jutro
ludzie trafiali potem do biur w mieście, które sprzedawały bilety, a przy okazji oferowały, nie zawsze legalną, pomoc w załatwieniu
niezbędnych formalności. Nierzadko bywało, że na wyjazd za chlebem
decydowali się młodzi mężczyźni, którym na przeszkodzie stał obowiązek
odbycia służby wojskowej, skutecznie uniemożliwiający uzyskanie
paszportu. W takiej sytuacji agenci oferowali podrobienie dokumentu albo
pomagali w przewozie emigrantów do portu, z pominięciem oficjalnych
przejść na granicach międzypaństwowych, nierzadko przemycając delikwenta
na statek pod osłoną nocy. Jak się łatwo domyślić, pobierali za to słone
opłaty. Dodatkową, niemałą opłatę trzeba było wyłożyć na zatrudnienie
człowieka bądź kilku w charakterze asystenta. Dziś może wydać się to
bezsensownym wydatkiem, ale pamiętajmy, że ludzie, którzy w owych
czasach decydowali się na wyjazd, pochodzili z reguły z wiejskich
środowisk albo z biedoty miejskiej, i podróż w nieznane wiązała się dla
nich nie tylko z wieloma niebezpieczeństwami, ale też z problemami, z którymi spotykali się po raz pierwszy w życiu. Przecież zanim dotarli w ogóle do portu, musieli przebyć daleką drogę, nierzadko przesiadając się
z pociągu do pociągu i nocując w obcym miejscu. Często tylko dzięki
pomocy takiego "osobistego asystenta" mogli cali i zdrowi dotrzeć do
portu, w którym wsiadali na statek płynący do amerykańskiej ziemi
obiecanej.
Kiedy już dotarli na miejsce, stawali oko w oko z realiami życia w Ameryce, dalekimi od baśniowych wizji roztaczanych przez cwanych
naciągaczy. Nie znali języka, często nie mieli żadnego zawodu i byli
analfabetami, co znacznie utrudniało znalezienie pracy. Na domiar złego,
poszczególni pośrednicy skutecznie ograbili ich z zaoszczędzonych, a najczęściej pożyczonych pieniędzy. Przybywając do nowego kraju, byli bez
grosza. Zdecydowanej większości nie stać było nawet na kupno jedzenia, o wynajęciu przyzwoitego lokum nie wspominając.
Nowojorscy właściciele nieruchomości bardzo szybko przystosowali się do
rosnącego popytu na lokale mieszkaniowe: pokoje w trzy- i czteropiętrowych budynkach, które pierwotnie miały być domami
jednorodzinnymi, dzielono na mniejsze, zaś okalające domy podwórka
zabudowano drewnianymi zastawkami. I nikt nie przejmował się faktem, że
powstałe na skutek takiego podziału pomieszczenia w większości
przypadków nie miały okien. Co gorsza, większość ze wspomnianych domostw
nie była skanalizowana, a elektryczności jeszcze nie było. Nieszczęśni
emigranci tłoczyli się zatem w ciasnych, ciemnych pomieszczeniach,
dzieląc je z hordami wszędobylskich szczurów. Nic zatem dziwnego, że
nowojorskie slumsy stały się prawdziwą wylęgarnią chorób. Życie w ciężkich warunkach rodziło też inne niebezpieczeństwo, które dostrzegał
Sienkiewicz: "Taki stan rzeczy liczne wywołuje między tym proletariatem
przestępstwa i zbrodnie, spełniane już to dla chęci chwilowego zysku,
już wreszcie, jak mnie zapewniano, z tym tylko wyrachowaniem, żeby się
dostać do więzienia, w którym każdy z winowajców ma przynajmniej życie i pożywienie zapewnione"3. Obserwacje poczynione przez
polskiego pisarza były bardzo trafne, bo napływ imigrantów do Nowego
Jorku wywołał wzrost przestępczości, zwłaszcza że ciężkie warunki życia
i marne perspektywy jego poprawy stanowiły doskonałą motywację do
wkroczenia na drogę występku i zbrodni.
Bieda nader często bywa matką przestępstwa, a dziewiętnastowieczny Nowy
Jork był potwierdzeniem tej tezy. W dzielnicach nędzy rozrastającego się
miasta kwitło przestępcze podziemie: w piwnicach urządzano tajne
gorzelnie, pierwsze palarnie opium oraz wytapialnie psiego smalcu. W szulerniach urządzano walki psów oraz specjalnie do tego celu
szkolonych... knurów, zaś głównym składnikiem diety najuboższych i nawet
swego rodzaju walutą było wędzone szczurze mięso. Oprócz walk knurów i psów ulubioną rozrywką biedoty były popisy miejscowych siłaczy, w tym
niejakiego Kita Burnsa, który - ku uciesze gawiedzi - jednym kłapnięciem
szczęki odgryzał głowę żywemu szczurowi.
W dzielnicach biedy, zdominowanych przez poszczególne nacje, wyrastały
też pierwsze nowojorskie gangi, tworzone z reguły przez nastoletnich
chłopców, znęconych perspektywą stosunkowo łatwego zarobku. Owe grupy
małoletnich przestępców organizowały się z czasem w gangi, przestępcze
ugrupowania zapewniające swoim członkom ochronę i zajęcie. W większości
przypadków członkowie owych gangów, już jako ludzie dorośli, znajdowali
legalną pracę i opuszczali szeregi tych zgromadzeń, ale ci, którym się
to nie udało bądź po prostu nie mieli ochoty zrywać z dotychczasowym
życiem, awansowali w gangu na pozycje dające im realną władzę.
Najgorszą opinią cieszył się obszar zwany Five Points, znajdujący się w centrum owianego złą sławą Szóstego Okręgu, zwanego potocznie Bloody Old
Sixth - przeklętą starą szóstką, zamieszkaną początkowo przez imigrantów
z Irlandii, których w połowie XIX wieku wyparli przybysze z Włoch. Nazwa
Five Points nawiązywała do miejsca, w którym schodziło się pięć ulic
ciągnących się pomiędzy Broadwayem a Bovery, a więc Mulberry, Anthony,
która obecnie nosi nazwę Worth, Cross, dzisiejsza Park, Orange, nosząca
współcześnie nazwę Baxter, oraz, nieistniejąca już dzisiaj, Little
Water. Wszystkie wspomniane ulice zbiegały się, tworząc plac o dość
mylącej nazwie Paradise Square, który bynajmniej nie był przedsionkiem
raju, raczej przedsionkiem piekła. Obok zasiedziałych tu Anglosasów,
którzy wprawdzie klepali biedę, ale jako że byli kolejnym pokoleniem
mieszkającym w Stanach, uważali się za rodowitych Amerykanów, mieszkali
tam także niedawno przybyli emigranci irlandzcy, niemieccy, polscy,
żydowscy, chińscy i włoscy, jak również wyzwoleni czarnoskórzy
niewolnicy. Dzielnica była siedliskiem przestępczości, zamieszkiwali ją
i prowadzili w niej niecną działalność najgorsi przestępcy i zwyrodniali
zbrodniarze. Swego rodzaju centrum Five Points stanowił budynek
niegdysiejszej piwowarni, przekształcony w dom mieszkalny, w którym w niewyobrażalnym ścisku mieszkało około tysiąca ludzi pozbawionych
wszelkich wygód, o meblach nie wspominając. Próżno jednak byłoby wśród
nich szukać jakichś uczciwych, kryształowych osób, których okoliczności
życiowe zepchnęły na dno ludzkiej egzystencji. Lokatorami tego osobliwego
lokum byli bowiem złodzieje, notoryczni pijacy i zabijaki, którym ciężko
było żyć w zgodzie. Jak wynika z zachowanych relacji i szczątkowej
dokumentacji, w byłej browarni dochodziło do trzydziestu zabójstw
miesięcznie! Nikt nie trudził się urządzaniem ceremonii pogrzebowych ani
pochówkiem w uświęconej ziemi - zabitych chowano w piwnicy bądź pod
ścianą budynku.
Tam też narodził się pierwszy nowojorski gang, zwany szajką "40
złodziei", którego przywódcy z czasem zorganizowali nawet osobliwą
szkołę przyszłych adeptów złodziejskiego fachu. Werbowano do niej
dzieci, które pod czujnym okiem doświadczonych starszych złodziei uczyły
się bić, kraść oraz zbierać amunicję podczas starć gangów. Werbowano nie
tylko chłopców, ale także dziewczynki, pod warunkiem że były w stanie
udowodnić, że biją się i kradną nie gorzej od swoich rówieśników płci
męskiej.
W Five Points funkcjonowały również knajpy z wyszynkiem, ale próżno
byłoby tam szukać szklanek czy kieliszków, które i tak padłyby łupem
złodziei albo zostałyby rozbite w trakcie pijackiej bójki - piwo, jak
również samogon, serwowano tam z gumowego węża, a klient płacił
miedziaka i pił z niego tyle, ile był w stanie. Mógł też podzielić się z kumplami, wypluwając część alkoholu do podstawionej mu przez usłużnych
druhów butelki...
Charles Dickens w trakcie swojej wizyty w Nowym Jorku w 1846 roku,
wiedziony ciekawością, wyruszył na wycieczkę po zakazanych rejonach
miasta, docierając właśnie do Five Points, które zrobiło na nim okropne
wrażenie: "Rozbite okna wydają się być jak oczy ledwie patrzące spode
łba, które ucierpiały w pijackiej bijatyce. (...) Wiele świń mieszka w tych ruderach. Ciekawe czy kiedykolwiek zastanawiały się, dlaczego ich
właściciele chodzą wyprostowani zamiast błądzić na czworakach, i dlaczego mówią zamiast chrumkać?"4. Nawiasem mówiąc, pisarz
udał się na wycieczkę po mrocznych dzielnicach miasta w asyście dwóch
krzepkich funkcjonariuszy policji. Ochrona była konieczna, dla
nieobeznanego w realiach przybysza taka eskapada mogła przecież
zakończyć się tragicznie - niejeden nieostrożny turysta kończył w rzece,
z rozprutym brzuchem wypchanym kamieniami. W taki bowiem sposób gangi
pozbywały się nieproszonych gości i ofiar napadów.
Martwe Króliki i Plugawe Prymki, czyli Irlandczycy terroryzują Nowy Jork
Nasz rodak, Henryk Sienkiewicz, na szczęście nie poszedł w ślady swojego
angielskiego kolegi po piórze, zresztą nie bardzo miał czas na tego
rodzaju wycieczki, gdyż w Nowym Jorku spędził jedynie dwa dni. Ale i on
dostrzegł mroczne oblicze miasta. Obok maklerów giełdowych i kupców
owładniętych gorączką złota, uwagę pisarza przykuli Irlandczycy. I trudno się temu dziwić, gdyż to właśnie przybysze z Zielonej Wyspy,
wygnani z rodzinnego kraju z powodu panującego tam głodu, stanowili
przytłaczającą większość ludności napływowej zasiedlającej ubogie
dzielnice miasta. "Łatwo ich poznać na pierwszy rzut oka, już to po
ubiorach, a raczej po szczątkach narodowego ubioru, już wreszcie po
niebieskich oczach, pięknych blond lub ciemnych włosach, silnej budowie
ciała, żywości czysto gal?skiej w mowie i ruchach, które to cechy tak
silnie odróżniają tę rasę od anglosaksońskiej, że prawie omylić się
nigdy niepodobna - zauważał pisarz. - Oddając się p?aństwu, grom i wszelkiej rozpuście, przy wrodzonych nader żywych namiętnościach, ludzie
ci popełnialiby zapewne daleko więcej jeszcze występków, gdyby nie
relig?ność, która ich nigdy nie opuszcza. Są wszyscy niezmiernie
gorliwymi katolikami i dla przyszłych rozkoszy niebieskich znoszą z cierpliwością wszelakie ziemskie niedole i umartwienia"5.
Społeczność irlandzka rozrastała się w Nowym Jorku, podobnie jak w innych miastach USA, w iście zastraszającym tempie. "Irlandczycy płodni
są jak króliki - relacjonował na łamach "Gazety Polskiej" autor
Trylogii. - Amerykanie zaś rodowici przeciwnie. Podczas kiedy w stadłach
amerykańskich dwoje, a najwięcej troje dzieci stanowi największe
przeciętne maksimum, pobożne małżeństwa irlandzkie, uważające dzieci za
szczególniejsze błogosławieństwo boże, wydają ich na świat jak maku: "co
rok prorok", jak mówi przysłowie, a tych "roków" zawsze jest bez
końca"6.
Ponieważ Irlandczycy stanowili przeważającą większość imigrantów
zasiedlających ubogie dzielnice miasta, to właśnie oni zdominowali
podziemie dziewiętnastowiecznego Nowego Jorku. Najwyraźniej zatem, wbrew
temu, co sądził Sienkiewicz, żarliwa wiara i nadzieja na życie wieczne w raju nie przeszkadzały w decyzji o wkroczeniu na drogę występku. Zdaniem
wielu demoralizacja odbywała się jeszcze w trakcie rejsu za ocean, kiedy
bandy rzezimieszków ograbiały innych, zamożniejszych pasażerów i gwałciły dziewczęta i kobiety płynące do Ameryki. A kiedy wysiedli na
ląd, łączyli się w silne grupy przestępcze, kontynuując swoją
działalność w Nowym Jorku. Nie bez przyczyny ówcześni nowojorczycy
mawiali, że w dzielnicach zamieszkałych przez irlandzką biedotę można
umrzeć z trzech powodów: z głodu, od cholery i noża.
Z czasem irlandzkie gangi opanowały brzegi West Side nad rzeką Hudson,
gdzie działały dwa ugrupowania przestępcze: Gophers (ang. susły) i Hudson Dusters (dust, czyli kurz, w slangu oznaczał kokainę), które
swoją niecną działalność zaczynały od okradania mieszczących się na
nabrzeżach magazynów i ładowni cumujących tam statków. Wkrótce jednak
znaleźli znacznie łatwiejszy i bezpieczniejszy sposób na zarobek:
wymuszanie pieniędzy za "ochronę" doków. Groźbą wymuszano opłaty od
właścicieli i kapitanów, a członkowie obu gangów doprowadzili system do
takiej perfekcji, że bez stosownej opłaty załadunki ani wyładunki
praktycznie nie mogły się odbywać. Oba wspomniane gangi zasłynęły
wprowadzeniem systemu zwanego racket. Słowo racket oznaczało rodzaj
nieformalnego bankietu wydawanego w gronie krewnych lub przyjaciół.
Przestępcy organizowali takie bankieciki, pobierając za nie stosowne
opłaty, a ten, kto nie wykupił uczestnictwa w owym przyjęciu, musiał się
liczyć z poważnymi konsekwencjami. Bandyci doprowadzili ów haniebny
proceder do perfekcji i w efekcie słowo racket zmieniło swoje
pierwotne znaczenie, dlatego dziś oznacza nie tylko niewinną rakietę do
tenisa, ale także wymuszenie okupu i wyłudzanie pieniędzy.
Z czasem Susły rozszerzyły działalność i kontrolowały większą cześć
Manhattanu, czerpiąc zyski z nierządu i nielegalnego hazardu. Liczący
około 500 członków gang miał siedzibę w Rattle Row, salonie należącym do
niejakiego Malleta Murphy'ego, Irlandczyka z pochodzenia. Nie wiemy, jak
się naprawdę nazywał, bowiem posługiwał się właśnie wspomnianym
pseudonimem, nadanym mu przez wzgląd na drewniany młotek, którego nader
chętnie używał, usuwając ze swojego lokalu agresywnych i awanturujących
się klientów. Ale to nie on przewodził bandzie, która oprócz wymuszania
haraczy zajmowała się również zwykłymi rabunkami na podchmielonych
klientach okolicznych knajpek i domów uciech. Na czele gangu stała
bowiem kobieta, niejaka Red Norah, która, zanim objęła przywództwo,
zdążyła pochować aż pięciu mężów, w tym jednego policjanta. Musiała być
wyjątkowo urodziwa albo emanować niesamowitym seksapilem, skoro jej
podwładni byli wpatrzeni w nią jak w bóstwo. Szefowa miała zwyczaj
nagradzania szczególnie zasłużonych bandytów upojną nocą w swoim
towarzystwie, zaś każdego, kto jej podpadł, bez zbytnich ceregieli
posyłała na tamten świat. Nieszczęśnik, podobnie jak reszta grupy,
otrzymywał kufel z piwem, w którym znajdowało się pieczone jabłko, ale
tylko owoc pływający w jego kuflu był doprawiony arszenikiem.
Inną znaną irlandzką grupą przestępczą byli Dead Rabbits (ang. Martwe
Króliki), a ponieważ obszar działania gangu obejmował także ulicę
Mulbery na dolnym Manhattanie, nowojorska policja nazwała go Mulberry
Boys lub Mulberry Street Boys. Trudno powiedzieć, skąd wzięła się
osobliwa nazwa gangu - według jednej wersji jeden z jego członków ponoć
rzucił na środek pomieszczenia, w którym zebrali się gangsterzy,
królicze truchło, co miało stanowić rodzaj ostrzeżenia wobec przestępcy
rywalizującego z nim o miejsce w hierarchii. Zdaniem innych w gangsterskim slangu termin "martwy królik" oznaczał awanturniczego,
wysportowanego i budzącego respekt mężczyznę. Inni wywodzą tę nazwę od
irlandzkiego zwrotu raibead sach ur, którym w ojczystym kraju
irlandzkich przestępców określano bardzo potężne osoby. Tak czy inaczej,
przestępcy z tego ugrupowania mieli zwyczaj wymuszania haraczy od
właścicieli i klientów rozmaitych lokali, jaskiń gry czy domów
noclegowych. Często wpadali tam całą grupą, dumnie dzierżąc swoje godło
- martwego królika zawieszonego na drągu do zapalania latarni gazowych.
Gang był bodaj pierwszym w historii Stanów ugrupowaniem przestępczym,
które miało powiązania ze światem polityki - ponieważ jego członkami
byli wyłącznie imigranci z Irlandii, ugrupowanie popierało polityków,
którzy wspierali imigrację do Stanów i nie opowiadali się za jej
ograniczeniem. Dlatego ludzie należący do gangu prośbą i groźbą
nakłaniali wszystkich uprawnionych do głosowania na popieranych przez
nich polityków.
Działalność przestępcza Martwych Królików była skierowana przeciwko
białym anglosaskim protestantom, dlatego niemal od początku swego
istnienia ugrupowanie rywalizowało z nowojorskim gangiem Bowery Boys,
złożonym właśnie z anglosaskich protestantów, uważających się za
prawowitych synów Ameryki. Przewodził im William "The Butcher" (ang.
rzeźnik) Poole. Swój osobliwy i budzący jak najgorsze skojarzenia
przydomek zawdzięczał nie tyle metodom, którymi się posługiwał,
wyłudzając haracze od nowojorskich pubów, ile swojej wyuczonej profesji:
z zawodu, podobnie jak jego ojciec, był bowiem rzeźnikiem i nawet
prowadził rodzinny sklep na Washington Street na dolnym Manhattanie. Z czasem jednak upodobał sobie przestępczą działalność, w której nierzadko
zdarzało mu się wykorzystywać zawodowe, rzeźnickie umiejętności. Słynął
z wyjątkowo sprawnego posługiwania się nożem i z upodobania do
wydłubywania oczu przeciwnikom, jak również tym właścicielom pubów,
którzy opornie wywiązywali się z obowiązku płacenia mu haraczu. Zarówno
sam Poole, jak i gang Bowery Boys, na czele którego stanął na przełomie
lat czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, byli ściśle
związani z protestanckim ruchem Know-Nothing, który w tym czasie pojawił
się w Stanach Zjednoczonych. Browery Boys zaciekle walczyli z ugrupowaniem Dead Rabbits, wdając się z nim w liczne zatargi i uliczne
bijatyki. Do najgorszej z nich doszło na początku lipca 1857 roku, kiedy
członkowie obu grup starli się na ulicach Nowego Jorku, a awantura
przerodziła się w trwające dwa dni zamieszki, które stopniowo ogarnęły
całe miasto. Ich uczestnicy na niespotykaną wcześniej skalę plądrowali,
grabili i niszczyli miasto, a policja miała poważne problemy ze
spacyfikowaniem obu ugrupowań. Był to jednak ostatni wyczyn Martwych
Królików, których gang wkrótce potem zszedł do podziemia, by z czasem
zakończyć swoją przestępczą działalność. W czasach współczesnych
pamiątką po działalności ugrupowania jest nowojorski bar Dead Rabbit
& Grog, mieszczący się w centrum Manhattanu, oraz whisky, która
pojawiła się na rynku stosunkowo niedawno, bo w 2018 roku.
Haracze, wymuszenia i nielegalny hazard nie były jedyną działalnością
prowadzoną przez irlandzkie gangi: wyjątkowo makabryczną przestępczą
branżę wybrały sobie zorganizowane bandy hien cmentarnych, których
członkowie wykopywali z grobów zwłoki, by następnie sprzedać je
studentom medycyny. Dość osobliwą działalność prowadził gang zwany
Daybreak Boys, czyli Poranni Chłopcy, który powinien nazywać się
Porannymi Smarkaczami, bowiem w jego skład wchodzili ledwo odrośli od
ziemi irlandzcy chuligani, zatrudniani w domach rozpusty, powstających w dzielnicach biedy i występku jak grzyby po deszczu. Nie świadczyli
jednak usług żadnym zwyrodnialcom seksualnym, ale pracowali jako
naganiacze, gorliwie zachęcający przybywających do Nowego Jorku
marynarzy do skorzystania z usług płatnej miłości. Zanim jednak amator
takich uciech dotarł do miejsca przeznaczenia, członkowie gangu sprytnie
opróżniali jego kieszenie. Innym ugrupowaniem zrzeszającym małoletnich
przestępców były Swamp Angels, czyli Bagienne Anioły, którego członkowie
mieli znacznie więcej wspólnego z wysłannikami piekieł niż niebios.
Działający w jego szeregach nastolatkowie, z reguły około dwunastoletni
Irlandczycy, zajmowali się pozyskiwaniem bydlęcych kości ze szlamu
przystani, rynsztoków i kloak. Z pozyskanego w taki, niezbyt przyjemny
sposób surowca produkowano wówczas wapno. Ale młodzi zwyrodnialcy
znaleźli sobie łatwiejszy sposób na zarobek - napady rabunkowe. Najpierw
jeden z nich napadał na upatrzoną ofiarę, sypiąc jej w oczy popiołem, co
znacznie ułatwiało obezwładnienie delikwenta przez jego kompanów.
Wszystkich napadów dokonywano w rejonie wytwórni mydła, mieszczących się
w piwnicach. Obrabowany i wciąż jeszcze żywy nieszczęśnik był spychany
przez specjalny otwór do piwnicznych mydlarni, a tam jego ciało
rozpuszczało się w ługu...
Z kolei gang o wdzięcznej nazwie Plug Uglies, którą można przetłumaczyć
jako Plugawe Prymki i którego znakiem firmowym były kosmate cylindry, w dodatku wypchane watą, mające złagodzić cios pałką zadany przez
przeciwnika w trakcie ulicznych bijatyk, zajmował się napadami na
wędrownych sprzedawców i woźniców. Obszarem działalności tej bandy były
odludne gościńce i przedmieścia, w tym okolice na wpół wiejskiego
wówczas Brooklynu. Niewielu z tych, którzy na swoje nieszczęście
napotkali na swej drodze Plugawe Prymki, uszło z życiem.
W latach sześćdziesiątych XIX stulecia na scenę wkroczył irlandzki gang
Whyos, który do wczesnych lat dziewięćdziesiątych kontrolował
praktycznie cały Manhattan. Przestępcza grupa swoją nazwę zawdzięczała
specyficznemu zawołaniu "Whyoh", nieco przypominającemu pohukiwanie
sowy. Gang specjalizował się w ulicznych rabunkach, nielegalnym
hazardzie, podpaleniach, wyłudzeniach i stręczycielstwie, a jego
siedzibą był salon o wdzięcznej nazwie Dry Dollar, skąd przenieśli się
do speluny mieszczącej się na nowojorskiej ulicy Bowery i zwanej
potocznie The Morgue - kostnica. Nazwa jak najbardziej uzasadniona,
bowiem zaledwie w czasie kilku lat lokal był widownią 100 zabójstw,
dokonanych w trakcie strzelanin i bijatyk urządzanych przez
podchmielonych gangsterów. Bez wątpienia największą gwiazdą gangu był
Johnny Dolan zwany Dandysem ze względu na zawadiacką fryzurę z kosmykiem
na czole usztywnionym łojem, jak również ze względu na swoje zamiłowanie
do eleganckich lasek, obowiązkowo z małpią główką. Przestępca słynął nie
tylko z wyjątkowej brutalności, ale także z osobliwej broni, będącej
"wynalazkiem" jego autorstwa: widełek z mosiądzu nakładanych na wielki
palec, którymi ten zwyrodnialec wydłubywał wrogom oczy. Skończył tak,
jak na to zasłużył: 21 kwietnia 1876 roku zawisł na szubienicy w nowojorskim więzieniu, przeżywszy zaledwie 26 lat. Nawiasem mówiąc,
zgubiło go zamiłowanie do lasek z małpią główką, bo m.in. ten szczegół
zapamiętał napadnięty i obrabowany przez niego kupiec James H. Noe.
Ciężko ranny mężczyzna zmarł po kilku dniach od napadu, ale zdążył podać
policji dokładny rysopis sprawcy, który używał właśnie takiej laski. A to naprowadziło policję na trop Dandysa.
Kiedy kat zakładał pętlę na szyję Dolana, gang, do którego wcześniej
należał, przeżywał rozkwit swojej działalności. Przewodził mu wówczas
Mike McGloin, który wprowadził do ugrupowania zwyczaj swego rodzaju
"przestępczych usług" na zlecenie. Opracował nawet specjalny cennik,
zgodnie z którym za morderstwo trzeba było zapłacić co najmniej 100
dolarów, za odcięcie ucha - 15 dolarów, strzał w nogę kosztował 20
dolarów, dźgnięcie nożem natomiast, ale niepowodujące śmierci - 22
dolary. Stosunkowo tanie było połamanie nosa i szczęki, za które
należało uiścić opłatę w wysokości siedem dolarów, zaś oślepienie
kosztowało zaledwie trzy dolary... Za sprawą poczynań McGloina gang
Whyos osiągnął tak wysoką pozycję w nowojorskim przestępczym świecie, że
wszyscy inni złoczyńcy działający w mieście musieli starać się o jego
pozwolenie na prowadzenie swego procederu w Nowym Jorku. Kres panowania
ugrupowania zakończył się po śmierci przywódcy, który podobnie jak
Dandys, skończył swój nędzny żywot na szubienicy 23 stycznia 1888 roku.
Pozbawione silnego kierownictwa ugrupowanie stopniowo podupadało, by
ustąpić miejsca rosnącemu w siłę gangowi Eastmana, na czele którego stał
żydowski przestępca, Monk (Mnich) Eastman. Zanim jednak opowiemy
historię założonego przezeń gangu, musimy poświęcić nieco miejsca
skorumpowanym nowojorskim politykom z Tammany Hall.
Tammany Hall - osobliwy sojusz polityków i gangsterów
12 maja 1789 roku, a więc zaledwie kilka dni po inauguracji prezydentury
George'a Washingtona, nowojorscy działacze Partii Demokratycznej
zarejestrowali założone trzy lata wcześniej stowarzyszenie Tammany
Society, znane także jako Society of St. Tammany, Sons of St. Tammany
czy wreszcie Columbian Order, ale powszechnie znane jako Tammany
Society, a z czasem Tammany Hall. Ta ostatnia nazwa, pod którą
stowarzyszenie figuruje obecnie we wszelkiego rodzaju leksykonach i encyklopediach - począwszy od szacownej Encyclopaedia Britannica, a na
internetowej Wikipedii skończywszy - wywodzi się od jego siedziby:
budynku zbudowanego w latach trzydziestych XIX wieku przy East Street
14. Stowarzyszenie powstało w Nowym Jorku z inicjatywy Williama Mooneya,
nowojorskiego zamożnego tapicera, który wystąpił z propozycją założenia
ugrupowania demokratycznego. Miało ono być swego rodzaju stowarzyszeniem
politycznym reprezentującym amerykańską klasę średnią i stojącym w opozycji do Partii Federalistycznej, zdominowanej przez oficerów o poglądach monarchistycznych.
Dziwny, pierwszy człon nazwy tego stowarzyszenia, które było swego
rodzaju klubem politycznym, a przynajmniej miało nim być, wywodzi się od
indiańskiego wodza z plemienia Lenape, Tamanenda, który przeszedł do
historii Stanów Zjednoczonych za sprawą podpisania w 1682 roku traktatu
pokojowego z angielskim kwakrem Williamem Pennem, założycielem
Pensylwanii. Był to okres pokojowego współistnienia tubylców z kolonizatorami z Europy, zupełnie wyjątkowy w historii Stanów
Zjednoczonych. Nawiasem mówiąc, członkowie stowarzyszenia, chcąc
podkreślić jego narodowy charakter, nadawali sobie tytuły zapożyczone od
rdzennych Amerykanów: jego przywódca mienił się zatem wielkim wodzem
(ang. grand sachem) i był wybierany spomiędzy pomniejszych przywódców
ugrupowania, zwanych wodzami. Początkowo członkowie stowarzyszenia nie
mieli zbyt wielkich ambicji politycznych, co zmieniło się, kiedy na jego
czele stanął nowojorski prawnik, a zarazem współzałożyciel Partii
Demokratyczno-Republikańskiej, Aaron Burr, który w 1800 roku omal nie
został prezydentem. Przegrywając walkę o ten urząd z Thomasem
Jeffersonem, musiał zadowolić się funkcją wiceprezydenta, którą
sprawował w latach 1801-1805. Za jego sprawą koneksje polityczne
stowarzyszenia rosły i wkrótce stało się ono wpływową organizacją
partyjną demokratów z Nowego Jorku.
Politycy zrzeszeni w Tammany Hall z czasem przejęli realne rządy w mieście i praktycznie nie wypuścili ich z rąk do lat sześćdziesiątych
ubiegłego stulecia. Początkowo kontrola stowarzyszenia dotyczyła
przebiegu wyborów w Nowym Jorku, ale z czasem objęła także inne
dziedziny. Jego członkowie decydowali o obsadzie najważniejszych
stanowisk w mieście, rozdziale funduszy miejskich, organizacji
wszelkiego rodzaju przetargów, jak również ich wynikach. Bez ich zgody i poparcia nikt nie mógł nawet liczyć na przyznanie koncesji. Trzeźwo
patrzący na życie politycy z Partii Demokratycznej, spadkobierczyni
rozwiązanej w 1825 roku Partii Demokratyczno-Republikańskiej, szybko
dostrzegli siłę tkwiącą w lawinowo napływających do Nowego Jorku
imigrantach. A zamieszki, które wybuchły w mieście w 1863 roku, aż nadto
dowiodły, że napływowa ludność to bardzo niebezpieczny żywioł. Przyczyną
wspomnianych rozruchów była uchwalona w czasach wojny secesyjnej 1
Ustawa konskrypcyjna, na mocy której rozpoczęto nabór do wojsk Unii
młodych mężczyzn, w wieku od 20 do 45 lat, przy czym można się było
wykupić od tego obowiązku, wpłacając do unijnej kasy kwotę 300 dolarów.
Ponieważ biedni przybysze z Europy mogli jedynie pomarzyć o takich
pieniądzach i nie stać ich było na wykupienie się od służby, to głównie
młodzi imigranci mieli zasilić szeregi armii. Problem polegał jednak na
tym, że większość przybyszów z Europy nie miała pojęcia, o co tak
naprawdę chodzi w wojnie między Północą a Południem. Na domiar złego,
sam Abraham Lincoln nie cieszył się sympatią ani tym bardziej poparciem
nowojorczyków, którzy mieszkali tu od pokoleń.
Decyzja o przymusowym poborze wywołała największy sprzeciw w środowisku
imigrantów z Irlandii, którzy dzięki staraniom polityków z Tammany Hall,
jako osoby władające biegle językiem angielskim, zostali uznani za
pełnoprawnych obywateli państwa, z prawem do głosowania. Wkrótce okazało
się jednak, że oznacza to także wcielenie do wojska i walkę na wojnie,
która nic a nic Irlandczyków nie obchodziła. Wiedzieli jedynie, że
Lincoln zamierza wyzwolić czarnoskórych niewolników, którzy staną się
dla nich potencjalną konkurencją na rynku pracy. W lipcu 1863 roku
niezadowolenie imigrantów sięgnęło zenitu i doprowadziło do wybuchu w robotniczych kwartałach miasta krwawych zamieszek, które rozpoczęły się
jedenastego dnia tego miesiąca. Rozwścieczona tłuszcza plądrowała
sklepy, demolowała i paliła budynki państwowe oraz inne. Kiedy
pracownicy hotelu Bull's Head odmówili protestującym wydania alkoholu,
ci puścili hotel z dymem. Ale nie był on jedyną budowlą, która spłonęła
za sprawą buntowników. Podpalili także rezydencję w Piątej Alei oraz
komisariaty policji Ósmego i Piątego Dystryktu. Pożary wybuchały też w innych miejscach i nowojorscy strażacy mieli pełne ręce roboty. Co
gorsza, gniew rozwścieczonej gawiedzi obrócił się przeciwko, Bogu ducha
winnym, czarnoskórym i kolorowym mieszkańcom Nowego Jorku, a to z kolei
doprowadziło do pogromu na tle rasowym. Mężczyzn wieszano na okolicznych
drzewach, kobiety mordowano, natomiast wszystkie kolorowe dzieci, które
wpadły w ręce buntowników, zostały zatłuczone na śmierć pałkami. O mały
włos nie podpalono ochronki dla czarnoskórych sierot z jej mieszkańcami
w środku, ale na szczęście policji udało się powstrzymać buntowników na
tyle długo, by zorganizować ewakuację małych pensjonariuszy i personelu
placówki. Miejscowe siły porządkowe i policja zupełnie nie umiały
poradzić sobie z buntem, a sytuacja uspokoiła się dopiero po przybyciu
do Nowego Jorku kilku regimentów generała Meada, które zostały
ściągnięte z frontu. Dopiero ich interwencja przywróciła ład i porządek
na ulicach miasta. Nie bez znaczenia było wygłoszenie przemowy przez
gubernatora Horatio Seymoura, który ze stopni ratusza obwieścił wszem
wobec, że ustawa o poborze jest niezgodna z konstytucją, a pobór
zostanie zawieszony. Sytuacja stopniowo się uspokajała, ale do ostatnich
starć doszło jeszcze 16 lipca wieczorem i w ich wyniku życie straciło aż
12 osób.
Do dziś nie udało się oszacować dokładnej liczby ofiar krwawych
nowojorskich zamieszek, zwłaszcza po stronie Afroamerykanów. Zdaniem
historyka Jamesa McPhersona życie straciło wówczas 120 cywilów i przynajmniej 11 czarnoskórych mieszkańców miasta, natomiast Herbert
Asbury, autor książki z 1928 roku Gangi Nowego Jorku, na podstawie
której w 2002 roku Martin Scorsese nakręcił swój słynny film, podaje
znacznie większą liczbę ofiar. Według niego w zamieszkach zginęło aż 2
tysiące osób, a kolejne 8 tysięcy zostało rannych. Z całą pewnością
natomiast w trakcie rozruchów spłonęło 50 budynków, w tym dwa kościoły
protestanckie. Tak czy inaczej, bunt przeciwko poborowi, którego
widownią był Nowy Jork, ostatecznie przekonał polityków z Tammany Hall
do szukania zwolenników wśród społeczności imigrantów. A to sprawiło, że
kiedy w następnym miesiącu ponownie przystąpiono do poboru, wielu
bogatych członków stowarzyszenia postanowiło pomóc ubogim poborowym,
którzy wywodzili się z imigracji irlandzkiej, wpłacając w imieniu części
z nich po 300 dolarów. To był pierwszy pojednawczy gest ze strony
Tammany Hall wobec napływowej ludności. Z czasem nowojorskie
stowarzyszenie otoczyło lojalne wobec zrzeszonych w nim polityków grupy
etniczne niespotykaną wcześniej opieką socjalną, a przy okazji zapewniło
także dyskretną ochronę lokalnym gangsterom. A przychylność przestępców
była nie do przecenienia, bowiem większość zamożnych członków
stowarzyszenia było właścicielami, bądź jedynie cichymi protektorami,
lokali na terenie Tenderloin District, która była niczym innym jak tylko
kontrolowaną przez władzę dzielnicą występku, gdzie kwitła prostytucja i hazard. I ktoś musiał chronić te niecne przybytki należące do
prominentnych polityków, dlatego to właśnie gangsterom powierzano
lukratywne posady inkasentów i porządkowych, a całym gangom zlecano
ochronę poszczególnych lokali, bo na skorumpowaną do cna policję nie
było co liczyć. Istnienie parasola ochronnego, który Tammany Hall
roztaczał nad nowojorskimi gangami, było tajemnicą poliszynela, a samo
stowarzyszenie stało się dla nowojorczyków synonimem korupcji i protekcjonizmu politycznego. Już na początku lat siedemdziesiątych XIX
wieku nowojorska prasa ujawniła wielką aferę korupcyjną Williama
Marcy'ego Tweeda, który w latach 1865-1871 wyprowadził z kasy publicznej
wręcz niewyobrażalną dla przeciętnych Amerykanów kwotę 30 milionów
dolarów, aczkolwiek niektóre źródła mówią o 200 milionach...
Jeden z najbardziej znanych członków tego szacownego stowarzyszenia, a zarazem senator stanu Nowy Jork, Timothy D. Sullivan zasłynął jako
twórca tzw. ustawy Sullivana, uchwalonej przez władze stanowe w 1911
roku. Ustawa wprowadziła nakaz posiadania licencji dla wszystkich
posiadaczy broni palnej. Wcześniej prawo dopuszczało posiadanie takowej
broni, ale wystarczająco małej, by można ją było ukryć, chociażby w kieszeni. Jej posiadanie w miejscach publicznych uznawane było odtąd za
przestępstwo, a nie jak wcześniej, za wykroczenie. Za przestępstwo
uznano także sprzedaż przedmiotów uznanych za niebezpieczne, począwszy
od kijów bejsbolowych, a na workach z piaskiem kończąc. Ich sprzedaż
mogły prowadzić wyłącznie koncesjonowane punkty sprzedaży. Mogłoby się
wydawać, że uchwalone za sprawą Sullivana prawo było wymierzone w przestępców i nielegalnych handlarzy, i częściowo rzeczywiście tak było,
bowiem dzięki temu znacznie ograniczono dostęp do broni palnej. Każdy,
komu zamarzyło się posiadanie broni krótkiej, musiał stoczyć prawdziwą
batalię z urzędniczą i policyjną biurokracją, a formalności ciągnęły się
ponad rok. Zarazem jednak, ponieważ nowe przepisy nie precyzowały
kryteriów przyznawania koncesji, otrzymanie licencji na broń było odtąd
zależne wyłącznie od dobrej lub złej woli urzędnika, którego można było
przecież oszukać lub po prostu przekupić. Nawiasem mówiąc, nowojorscy
policjanci, z których większość siedziała w kieszeni Sullivana,
notorycznie podrzucali broń jego politycznym przeciwnikom. A on sam w wywiadach prasowych obłudnie powtarzał, że woli widzieć, jak ktoś idzie
do więzienia na trzy lata, tyle bowiem wynosiła kara za nielegalne
posiadanie broni, niż potem oglądać kolejną egzekucję na krześle
elektrycznym. Wprowadzenie ustawy bynajmniej nie ograniczyło
przestępczości w Nowym Jorku, bo broń pozyskiwano nielegalnymi kanałami
i przestępcy nadal prowadzili swoją działalność. Doszło nawet do tego,
że zaledwie rok później prezesi kilkunastu największych amerykańskich
towarzystw ubezpieczeniowych, którzy sami padli ofiarą napadów z bronią
w ręku w okresie dwunastu miesięcy po wprowadzeniu ustawy, wezwali
władze do natychmiastowego jej odwołania, uznając ją za prawny bubel.
Zdaniem wielu nowe prawo nie przeszkodziło w niczym działalności
gangsterów, a jedynie ją wspomagało. Jak zauważał jeden z amerykańskich
dziennikarzy, Henry Louis Mencken, w artykule zamieszczonym na łamach
prasy 14 lat po wprowadzeniu ustawy Sullivana, Nowy Jork stał się istnym
"rajem dla włamywaczy, porywaczy, bandytów i wszelkiej maści
kryminalistów. Z dłońmi na kolbach pistoletów mogą być pewni swego
bezpieczeństwa. Ani jedna na sto ofiar ich napaści nie jest uzbrojona,
ponieważ uzyskanie licencji na posiadanie rewolweru stanowi przeszkodę
trudną do pokonania, zaś noszenie broni bez pozwolenia jest groźniejsze
dla zdrowia niż paranie się rozbojem. Bandyci z bronią czują się zatem
świetnie, za co pokornie dziękują Bogu, i (...) szczerze i jednomyślnie
popierają wysiłki wymiaru sprawiedliwości"7.
Gwoli sprawiedliwości należy jednak dodać, że Tammany Hall ma na swoim
koncie spore zasługi dla rozwoju miasta. Dzięki stowarzyszeniu Nowy Jork
wzbogacił się nie tylko o doskonale funkcjonujące metro, ale także mosty
i tunele, które spinały wyspę Manhattan ze stałym lądem, oraz pierwsze
wieżowce. Politycy ze stowarzyszenia mieli również niemały udział w utworzeniu Wielkiego Nowego Jorku, za sprawą przyłączenia do niego 1
stycznia 1898 roku czterech sąsiednich miast: Brooklynu, Queens, Bronksu
i Richmondu (Staten Island).
Politycy Tammany Hall chętnie korzystali z usług nowojorskich gangów.
Sytuacja uległa zmianie, kiedy wraz z wprowadzeniem prohibicji w 1920
roku tradycyjne gangi zastąpiła mafia, przestępcza organizacja
zorganizowana na wzór wojskowy. Jej przywódcy, stojący na czele prężnie
zorganizowanych i doskonale funkcjonujących struktur, dysponowali wręcz
nieograniczonymi zasobami finansowymi, dlatego nie musieli wkupywać się
w łaski polityków, świadcząc im swoje nielegalne usługi. I wówczas role
się odwróciły: to nie politycy wysługiwali się przestępcami, ale mafiosi
politykami, finansując, w zamian za późniejsze korzyści, ich kampanie
wyborcze.
Monk Eastman - gangster kochający zwierzęta
Kiedy w 1908 roku komendant nowojorskiej policji Thomas Gingham
opublikował oficjalny raport, zgodnie z którym połowę przestępców
działających na terenie miasta stanowili Żydzi, żydowska społeczność
Nowego Jorku zareagowała oburzeniem. I trudno się dziwić starym
żydowskim rodzinom, skoro w krajach, z których pochodzili, uchodzili za
społeczność przestrzegającą prawa. Ponadto ze wszystkich grup etnicznych
poszukujących szczęścia w Nowym Świecie Żydzi, masowo przybywający do
USA na przełomie XIX i XX stulecia, znajdowali się w stosunkowo
korzystnej sytuacji. W okresie od 1881 do 1914 roku do USA przyjechały
przeszło 2 miliony żydowskich emigrantów, przeważnie z Europy
Wschodniej, zwłaszcza z Imperium Rosyjskiego, skąd wygnały ich
prześladowania władz. Przybywający do Nowego Jorku Żydzi w przeważającej
większości umieli czytać i pisać, poza tym społeczność żydowska w Europie zajmowała głównie miasta, zatem jej członkowie błyskawicznie
odnaleźli się w Nowym Jorku. Nie bez znaczenia był fakt, że od pokoleń
parali się handlem lub rzemiosłem, a co bardziej przedsiębiorczy
trudnili się udzielaniem pożyczek. Co więcej, zmagania z prześladowaniami i wybuchającymi co jakiś czas w poszczególnych
państwach Starego Kontynentu pogromami w pewien sposób uodporniły ich na
trudy i problemy, które czekały ich w nowym państwie. Nawet
najbiedniejsi żydowscy imigranci z powodzeniem zarabiali na życie jako
krawcy, dlatego Żydzi najszybciej i najskuteczniej wtopili się w życie
rozrastającego się miasta. Pod tym względem mieli bez wątpienia przewagę
nad imigrantami z Włoch czy Irlandii, w większości wywodzącymi się z wiejskich środowisk.
A jednak raport Ginghama nie kłamał, bowiem o ile w 1886 roku Żydzi byli
sprawcami zaledwie 4 procent ciężkich przestępstw popełnianych na
terenie Nowego Jorku, o tyle osiem lat później połowę pensjonariuszy
najcięższych nowojorskich zakładów karnych stanowili właśnie członkowie
narodu wybranego. Jak się okazuje, część Żydów rzeczywiście znalazła
swoje miejsce w nowojorskim półświatku. Terenem działalności żydowskich
gangów, które początkowo funkcjonowały wyłącznie na łonie własnej
wspólnoty, była dzielnica Lower East Side, a ich specjalnością było
wymuszanie haraczy i organizowanie prostytucji, z czasem jednak zabrali
się za bardzo zyskowny proceder, jakim było podpalanie obiektów na
zlecenie ich właścicieli w celu uzyskania pieniędzy z polisy. Ten
proceder nazywano wręcz "żydowskim gromem".
Z czasem żydowscy bandyci znaleźli prawdziwego przywódcę. Pod jego egidą
stworzono prężnie działającą organizację przestępczą, która rozprawiła
się ze wszystkimi innymi gangami starej daty. Nie wszystkie zostały
jednak zmiecione z powierzchni ziemi, bowiem znaczna część znanych band,
w rodzaju Martwych Królików i Bowery Boys, dosłownie wtopiła się w ugrupowanie Monka Eastmana, bo właśnie tak nazywał się ów przywódca.
Przy okazji zerwano z wcześniejszą zasadą prowadzenia przestępczej
działalności na łonie własnej wspólnoty, gang Eastmana był bowiem
przedsięwzięciem zrzeszającym ludzi różnego pochodzenia, aczkolwiek
próżno byłoby wśród jego członków szukać Afroamerykanów.
Kariera Monka Eastmana, a w zasadzie Edwarda Ostermana, tak bowiem
brzmiało nazwisko jednego z najsłynniejszych nowojorskich gangsterów,
zaczęła się na początku lat dziewięćdziesiątych XIX wieku dość
niewinnie: od starań o posadę wykidajły w jednej z nowojorskich spelunek
- New Irving Hall, taniej tanc-budzie Tenderloin District.
Dziewiętnastoletni wówczas osiłek, wielu kojarzący się wręcz z gorylem,
spotkał się początkowo z odmową, ale kiedy dowiódł swoich kompetencji -
chwycił dwóch pracujących już w owej tancbudzie siłaczy i dosłownie
zamiótł nimi podłogę, niezbyt się przy tym wysilając - przekonał do
siebie wszystkich widzów tego zdarzenia. Z czasem sława osiłka obiegła
cały Nowy Jork, docierając także do światka przestępczego, który
wchłonął młodego chłopaka. Nikt jednak się nie spodziewał, że ten
pozornie zabawny młody jegomość o krzywych nogach, zawsze noszący na
jajowatej głowie, osadzonej na krótkiej szyi, nieco przymały kapelusz,
stanie się jednym z najsłynniejszych nowojorskich gangsterów, a założony
przez niego gang usunie w cień wszystkie grupy przestępcze działające na
terenie Nowego Jorku. Było to tym bardziej niewiarygodne, że Osterman
nie pasował do reszty towarzystwa spod ciemnej gwiazdy, gdyż wywodził
się z szanowanej i zamożnej żydowskiej rodziny. Jego ojciec, właściciel
doskonale prosperujących delikatesów w Brooklynie, bądź jak chce Jorge
Luis Borges, autor Powszechnej historii nikczemności, koszernej
restauracji, w której stołowali się nowojorscy rabini, będąc świadomym
przestępczych inklinacji syna, postanowił zapewnić mu legalne źródło
zarobku i kupił dla niego sklep z domowym ptactwem.
Młodzieniec, który wręcz uwielbiał zwierzęta, był bardzo zadowolony z takiego obrotu sprawy, problem polegał jednak na tym, że nie zamierzał
znajdujących się w sklepie ptaków nikomu sprzedawać, gdyż bardzo szybko
się do nich przywiązał. Niejednokrotnie widywano go spacerującego z jakimś gołębiem bądź innym skrzydlatym przyjacielem na ramieniu. Po
latach, kiedy był już niekwestionowanym królem nowojorskich gangsterów,
otworzył kolejny sklep, w którym obok jego ukochanych ptaków, w tym
czterystu gołębi, znalazło się miejsce dla stu rasowych kotów.
Oczywiście nie na sprzedaż. Z czasem sąsiedzi posesji sąsiadujących z owym osobliwym sklepem przyzwyczaili się do widoku jego właściciela
spacerującego z jednym uszczęśliwionym kotem na rękach i czeredą
pozostałych posłusznie podążającą za swoim panem.
Osterman pracował we wspomnianej tancbudzie do 1899 roku. W tym czasie
udało mu się sprawić, że właściciel lokalu nie pożałował decyzji o zatrudnieniu tego nieco pokracznego młodego mężczyzny. Wykidajło budził
respekt już samym wyglądem i spojrzeniem, a wszystkich, na których nie
robiło to wrażenia, doprowadzał do porządku za pomocą kija bejsbolowego.
Za każdym razem, kiedy udało mu się spacyfikować jakiegoś nieszczęśnika,
zaznaczał na kiju stosowne nacięcie. Pewnego dnia jednak pozbawił nim
przytomności zupełnie spokojnego klienta, siedzącego nad kuflem piwa.
Jak potem tłumaczył, brakowało mu tylko jednego nacięcia do pełnej
pięćdziesiątki.
Z czasem jednak posada wykidajły przestała mu wystarczać i, działając
pod pseudonimem Monk Eastman, zaangażował się w przestępczą działalność
polegającą na wykonywaniu na zlecenie pobić lub morderstw. Jego usługi
do tanich nie należały - za rozwalenie komuś głowy lub zmasakrowanie
ucha liczył sobie 5 dolarów, 19 kosztowało złamanie ręki lub nogi,
natomiast za 25 dolarów można było u niego zamówić postrzał w nogę lub
dźgnięcie nożem, a kiedy w grę wchodziło zakatowanie ofiary na śmierć
lub po prostu jej zabicie, zleceniodawca musiał wybulić co najmniej 100
dolarów. A chętnych nie brakowało. Co więcej, usługi Eastmana cieszyły
się takim popytem, że oddział urazowy nowojorskiego szpitala Bellevue,
dokąd trafiały jego ofiary, o ile oczywiście przeżyły spotkanie z Monkiem, potocznie nazywano Eastman Pavillon - pawilonem Eastmana. Jak
się okazuje, o ile osiłek bardzo łagodnie obchodził się ze swymi
skrzydlatymi i czworonożnymi przyjaciółmi, o tyle skrzywdzenie
przedstawicieli własnego gatunku przychodziło mu zadziwiająco łatwo.
Kierował się jednak pewnymi zasadami: z dumą mawiał, że nigdy nie podbił
oka żadnej kobiecie, nie zdjąwszy uprzednio z dłoni kastetu, żadnej też
nigdy nie zdzielił pałką, nawet jeżeli go do tego sprowokowała swoim
zachowaniem. Krótko mówiąc, dżentelmen w każdym calu!
Eastman niewątpliwie był obdarzony nie tylko zwalistą posturą, zwierzęcą
siłą i przywodzącą na myśl pysk goryla powierzchownością, ale także
jakąś charyzmą, skoro przyciągał do siebie podrzędnych przestępców z całego Nowego Jorku. W efekcie miał do dyspozycji aż tysiąc dwieście
gotowych na wszystko, zabijaków, którzy wywodzili się nie tylko spośród
społeczności żydowskiej. Bez najmniejszego problemu zjednoczył pod swoim
przywództwem szumowiny pętające się bez celu po ulicach i przesiadujące
w spelunach, ale także gangsterów spod znaku Martwych Królików czy
Bowery Boys, tworząc z nich karną i zdyscyplinowaną armię zbirów. Z ich
pomocą zapewniał "ochronę" właścicielom melin i domów rozpusty czy
nielegalnych szulerni, jak również prominentnym politykom spod znaku
Tammany Hall, a prowadzony przez niego gang, obok konkurencyjnej bandy
Kelly'ego, stał się ich zbrojnym ramieniem. Korzystano z jego usług
nawet przy okazji wyborów municypalnych, zlecając mu ochronę komitetów
wyborczych, najczęściej jednak wysługiwano się jego gangiem w zwalczaniu
politycznych konkurentów z wykorzystaniem metod, którymi politycy z ratusza, jako dżentelmeni z krwi i kości, zwyczajnie się brzydzili.
Eastman uważał całą Lower East Side za swoje terytorium, którym nie
zamierzał się dzielić, nawet z człowiekiem, który podobnie jak on, był
powiązanym z Tammany Hall - Paulem Kellym, przywódcą gangu Five
Pointers. Nie zważając na nic, Monk pewnego dnia po prostu wkroczył na
terytorium konkurencji, gdzie rzuciło się na niego aż pięciu drabów.
Swoim zwyczajem poradził sobie z nimi za pomocą wspomnianego kija
bejsbolowego, ale któryś z jego przeciwników zdołał wpakować mu dwie
kule w brzuch. Kiedy ranny Eastman padł na ziemię, jego oponenci umknęli
w sobie tylko znanym kierunku, przekonani, że pozbawili go życia. A tymczasem ciężko ranny Monk tylko stracił przytomność, a kiedy doszedł
do siebie, zebrał się i poszedł do najbliższego szpitala, gdzie pod
opieką medyków przez kilka kolejnych dni walczył o życie. Kiedy poczuł
się na tyle dobrze, aby zeznawać, w szpitalu zjawiła się policja, ale
Eastman ani myślał zdradzać tożsamości swoich prześladowców i milczał
jak grób. Bynajmniej nie oznacza to, że puścił całą sprawę w niepamięć i zrezygnował z zapuszczania się na wrogie terytorium. Gdy tylko wyszedł
ze szpitala, ulice Nowego Jorku stały się widownią gangsterskiej wojny.
Jej kulminacją była krwawa batalia, rozegrana 19 sierpnia 1903 roku, w której wzięło udział kilkuset gangsterów. Iskrą, która podpaliła lont,
była danina wymuszona przez podwładnych Kelly'ego od zaprzyjaźnionego z Eastmanem właściciela domu gry. Do starcia doszło na Allen Street, w cieniu arkad kolei nadziemnej. Wysłanym na miejsce bitwy oddziałom
policyjnym nie udało się spacyfikować skonfliktowanych bandytów, a nawet
zostały zmuszone do haniebnego odwrotu. I to dwukrotnie. Strzelanina
ucichła dopiero po pięciu godzinach, a jej uczestnicy wsiedli do
samochodów, w których odjechali z piskiem opon, pozostawiając za sobą
cztery ofiary śmiertelne oraz siedmiu rannych w stanie krytycznym.
Tak krwawego starcia między bandami nie dało się zamieść pod dywan i politycy spod znaku Tammany Hall, chętnie korzystający z usług zarówno
gangu Eastmana, jak i bandy Kelly'ego, musieli jakoś wygasić konflikt
między tymi ugrupowaniami. W tym celu zaprosili obu przywódców do
siebie, chcąc skłonić ich do zawarcia rozejmu. Kelly wydawał się skłonny
do przyjęcia proponowanego rozwiązania, ale Eastman konsekwentnie
odmawiał, dopóki nie zagrożono mu więzieniem. Ostatecznie obaj przywódcy
zdecydowali się na pojedynek bokserski, który rozegrali w jednym z barów
na Manhattanie. Przeciwnicy byli sobie równi, bo wprawdzie Monk górował
nad Kellym siłą, przewyższał go o głowę i był cięższy o trzynaście
kilogramów, ale to przywódca Pointersów był lepszy technicznie. Zanim
wstąpił na drogę przestępstwa, był pięściarzem wagi koguciej. Pojedynek
nie wyłonił zwycięzcy i zakończył się po dwóch godzinach zupełnym
wyczerpaniem przeciwników. Zaledwie tydzień później Nowy Jork stał się
widownią kolejnych bitew między gangami. Ponieważ Eastman, pomimo
kolejnych ostrzeżeń z Tammany Hall, nadal prowokował starcia z bandą
Kelly'ego, politycy postanowili zrezygnować z opieki nad niepokornym
bandytą. W efekcie w kwietniu 1904 roku policja aresztowała krewkiego
Monka pod zarzutem usiłowania zabójstwa. Gangster trafił do Sing Sing na
kolejne dziesięć lat. Nie wiemy nic o jego losach za murami więzienia,
ale możemy się domyślić, że za kratkami Monk radził sobie równie dobrze
jak na wolności.
Chcąc zapobiec kolejnym gangsterskim wojnom, politycy z Tammany Hall
powierzyli nadzór nad nimi porucznikowi policji Charlesowi Beckerowi z Nowojorskiego Wydziału Policji Miejskiej. Becker był równie twardy i bezwzględny jak przekupny - systematycznie pobierał haracz od domów
publicznych na Manhattanie, nielegalnych domów gry, w zamian za co
policja miała nie ingerować w przestępczy półświatek. Jak się okazało,
Becker nieźle się wzbogacił na tym haniebnym procederze, gdyż, jak
wykazało późniejsze śledztwo, zgromadził aż 100 tysięcy dolarów, co w owych czasach stanowiło kwotę wręcz niewyobrażalną dla przeciętnego
zjadacza chleba. Chciwość była też przyczyną upadku policjanta, który
wściekły na wyjątkowo opornego do płacenia, ale za to nadzwyczaj
gadatliwego, właściciela kasyna Hesper Club - Hertmana "Beansie"
Rosenthala, zamordował nieszczęśnika. Tym razem jednak nie wywinął się
od odpowiedzialności karnej - został aresztowany, osądzony i skazany na
karę śmierci za zabójstwo. Wyrok wykonano 30 lipca 1915 roku w więzieniu
Sing Sing, w którym wyrok odbywał Eastman, ale żydowskiego gangstera już
tam nie było: po pięciu latach odsiadki został zwolniony w 1909 roku za
dobre sprawowanie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki