Mafia story. Al Capone i mafia amerykańska - Iwona Kienzler

Kup ebooka

44.99 zł
34.79 zł (37,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Wstęp

Skom­pli­ko­wane dzieje ame­ry­kań­skiej mafii od lat fascy­nują nie tylko prze­cięt­nych zja­da­czy chleba na całym świe­cie, ale także ludzi pióra, teatru i filmu. Histo­rie o gang­ste­rach i krwa­wych pora­chun­kach mię­dzy poszcze­gól­nymi gan­gami, podob­nie jak losy naj­słyn­niej­szych mafij­nych rodzin i prze­stęp­ców dzia­ła­ją­cych w struk­tu­rach prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej, stały się kanwą nie­zli­czo­nych powie­ści, spek­ta­kli i fil­mów, zarówno kino­wych, jak i tele­wi­zyj­nych. I nic w tym dziw­nego, wszyst­kie bazują bowiem na arche­ty­pie, od zara­nia obec­nym w dzie­jach ludz­ko­ści i wszyst­kich cywi­li­za­cji, walki dobra ze złem. Losy róż­nej maści gang­ste­rów, zarówno tych ist­nie­ją­cych naprawdę, jak i tych wymy­ślo­nych przez obda­rzo­nych bujną wyobraź­nią pisa­rzy i sce­na­rzy­stów, sta­no­wią receptę na best­sel­ler lub prze­bój kinowy i tele­wi­zyjny. Tak było zawsze, wystar­czy choćby wymie­nić kla­syki X muzy, w rodzaju Wroga publicz­nego, Czło­wieka z bli­zną czy Ojca chrzest­nego, czy rów­nie popu­larne seriale, jak Impe­rium zła. Nawia­sem mówiąc, już pierw­szy serial tele­wi­zyjny opo­wia­da­jący o walce orga­nów ści­ga­nia z gan­gami prze­my­ca­ją­cymi alko­hol i sprze­da­ją­cymi go w cza­sach pro­hi­bi­cji, Nie­ty­kalni, któ­rego sce­na­riusz oparto na wspo­mnie­niach Eliota Nessa, pogromcy samego Ala Capone, cie­szył się wiel­kim powo­dze­niem. Bez wąt­pie­nia naj­bar­dziej zna­nym, a zara­zem naj­czę­ściej obec­nym w popkul­tu­rze ame­ry­kań­skim gang­ste­rem jest wła­śnie wspo­mniany Al Capone, jesz­cze za życia cie­szący się sta­tu­sem cele­bryty. O żad­nym innym prze­stępcy nie napi­sano tylu ksią­żek, żaden też nie gościł tak czę­sto na wiel­kim i małym ekra­nie. Pro­blem polega jed­nak na tym, że wszyst­kie, lep­sze lub gor­sze, filmy i seriale opo­wia­dają jego histo­rię, która jest wytwo­rem wyobraźni pisa­rzy i sce­na­rzy­stów, i ma nie­wiele wspól­nego z praw­dziwą histo­rią tego prze­stępcy.

Współ­cze­śnie mia­nem mafii okre­śla się zor­ga­ni­zo­waną grupę prze­stęp­czą o dużych wpły­wach i powią­za­niach, pro­wa­dzącą wspólne inte­resy, nie­prze­bie­ra­jącą w środ­kach w celu zre­ali­zo­wa­nia swo­ich zamie­rzeń, ale także powią­zaną z wła­dzami i poli­cją. Co cie­kawe, bada­cze i histo­rycy po dziś dzień spie­rają się co do pocho­dze­nia słowa mafia i ist­nieje na ten temat kilka, cza­sem zupeł­nie sprzecz­nych, teo­rii. Zgod­nie z jedną z nich ter­min pocho­dzi od pierw­szych liter hasła Morte Alla Fran­cia Ita­lia Anela (Śmierć Fran­cu­zom hasłem Wło­chów), które zostało roz­po­wszech­nione w cza­sie fran­cu­skiej nie­woli na Sycy­lii. Zwo­len­nicy innej wywo­dzą słowo mafia od cza­sów tzw. nie­szpo­rów sycy­lij­skich, jak okre­śla się powsta­nie prze­ciwko fran­cu­skim Ande­ga­we­nom, które wybu­chło w Ponie­dzia­łek Wiel­ka­nocny 30 marca 1282 roku w Palermo. Ist­nieje rów­nież hipo­teza, że nazwa tej orga­ni­za­cji prze­stęp­czej pocho­dzi od słów Ma Fia (Moja córka), bo wła­śnie tak brzmiał okrzyk pew­nej matki z Sycy­lii, kiedy dowie­działa się o gwał­cie na swo­jej córce, doko­na­nym przez zwy­rod­nia­łego fran­cu­skiego żoł­nie­rza w dniu ślubu nie­szczę­snej dziew­czyny. Żądni zemsty Sycy­lij­czycy wdarli się wów­czas z hasłem "Ma Fia!" na ustach do sie­dziby fran­cu­skiego gar­ni­zonu na wyspie.

Można spo­tkać się rów­nież z legen­dami, jakoby słowo mafia pocho­dziło od pew­nej cza­row­nicy nazwa­nej przez inkwi­zy­cję Cata­rina la Lica­tisa nomata ancor Mafia, co zna­czy: zuchwała, opę­tana wła­dzą i wynio­śle aro­gancka. Jak się oka­zuje, słowo to ma też inne, by­naj­mniej nie pejo­ra­tywne zna­cze­nie, gdyż mafia w dia­lek­cie sycy­lij­skim ozna­cza urok, wdzięk. Nie­gdyś miesz­ka­jący w Palermo Sycy­lij­czycy na widok uro­dzi­wej dziew­czyny lub kobiety, mieli zwy­czaj krzy­czeć: "Ileż w niej mafia!", "Ależ z niej mafin­sedda!". Nie można także wyklu­czyć, że pra­po­cząt­kiem okre­śle­nia uży­wa­nego obec­nie dla prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej było sta­ro­fran­cu­skie słowo mau­fer - imię boga zła - lub pocho­dzące z arab­skiego míhal ozna­cza­jące zgro­ma­dze­nie. Inni bada­cze i histo­rycy twier­dzą, iż poję­cie to jest po pro­stu skró­tow­cem od słów: Maz­zini Auto­rizza Furti Incendi Avve­le­na­menti - co ozna­cza: Maz­zini zezwala na kra­dzieże, pożary i zatru­cia. Wspo­mniany w przy­wo­ła­nym haśle Maz­zini to przy­wódca ide­owego i poli­tycz­nego ruchu Risor­gi­mento, zwią­za­nego z walką o wyzwo­le­nie i zjed­no­cze­nie Włoch. Żyjący w latach 1805-1827 wło­ski praw­nik, dzien­ni­karz, a jed­no­cze­śnie bojow­nik o wol­ność, zwany przez Wło­chów "ojcem ojczy­zny" Giu­seppe Maz­zini był jed­nym z naj­bliż­szych sojusz­ni­ków Gari­bal­diego w jego dziele zjed­no­cze­nia pań­stwa. Maz­zini był uro­dzo­nym rady­ka­łem opo­wia­da­ją­cym się za dość kon­tro­wer­syj­nymi, a dziś okre­śla­nymi mia­nem ter­ro­ry­stycz­nych, meto­dami walki z wła­da­jącą Kró­le­stwem Obojga Sycy­lii dyna­stią Bur­bo­nów. Praw­nik uwa­żał bowiem, że skoro cel uświęca środki, bojow­nicy wło­scy powinni się­gać po roz­boje, pod­pa­le­nia, a w szcze­gól­nych przy­pad­kach także po tru­ci­znę.

Być może ety­mo­lo­gii słowa mafia należy szu­kać w kry­jów­kach pic­ciotti, czyli mło­dych, wywo­dzą­cych się ze wsi bojow­ni­ków, któ­rzy w 1860 roku wylą­do­wali na Sycy­lii z oddzia­łami Gari­bal­diego. Ci mło­dzi bojow­nicy oby­cza­jami i meto­dami walki przy­po­mi­nali raczej roz­bój­ni­ków niż szla­chet­nych ryce­rzy, a cho­wali się w kry­jów­kach wśród skał wapien­nych zwa­nych w języku arab­skim maha. Dla­tego też pic­ciotti Gari­bal­diego byli nazy­wani squ­adri della mafia, co prze­trwało po dziś dzień jako nazwa nie­le­gal­nej i dosko­nale zor­ga­ni­zo­wa­nej grupy prze­stęp­czej. Ara­bo­wie zresztą odci­snęli na Sycy­lii trwały ślad, bowiem Palermo od 831 do 1072 roku pozo­sta­wało pod jurys­dyk­cją arab­ską, a słowo mafia zda­niem nie­któ­rych bada­czy pocho­dzi od nazwi­ska wła­da­ją­cej tam arab­skiej dyna­stii Maafir.

O ile jed­nak pocho­dze­nie samego poję­cia mafia jest trudne, a zda­niem wielu znaw­ców tematu wręcz nie­moż­liwe do usta­le­nia, to nie­mal wszy­scy współ­cze­śni histo­rycy są zgodni co do tego, że począt­ków mafij­nych orga­ni­za­cji należy szu­kać już w cza­sach hisz­pań­skiej oku­pa­cji wyspy. Jej począ­tek datuje się na rok 1442, kiedy Alfons V Ara­goń­ski przy­łą­czył Sycy­lię do kró­le­stwa Neapolu. Hisz­pa­nie spra­wo­wali wła­dzę twardą ręką, pod­nie­śli podatki i wpro­wa­dzili inkwi­zy­cję, co wywo­łało pro­te­sty miej­sco­wej lud­no­ści. Dumni Sycy­lij­czycy uznali, że prawa najeźdźcy są nie­spra­wie­dliwe, stwo­rzyli zatem wła­sny kodeks prawny, a co za tym idzie - wła­sne siły zbrojne posił­ku­jące się prze­mocą, które nale­ża­łoby uznać za pierw­sze struk­tury mafijne. Te nie­le­galne orga­ni­za­cje rosły w siłę, a w dru­giej poło­wie XIX stu­le­cia zarówno lokalne wła­dze, jak i Kościół uznały je za przy­datne dla ochrony wła­snych inte­re­sów. I tak: wła­ści­ciele ziem­scy posił­ko­wali się mafią w poskra­mia­niu chłop­skich bun­tów, zaś miej­scowe ducho­wień­stwo wyko­rzy­sty­wało ją do obrony swo­ich mająt­ków. Wtedy też doszło do upo­wszech­nie­nia się ter­minu w zna­cze­niu, w któ­rym jest uży­wany obec­nie. Do jego roz­po­wszech­nie­nia nie­wąt­pli­wie przy­czy­niła się popu­larna sztuka I mafiusi della Vica­ria, pióra Giu­seppe Riz­zotto, aktora, a zara­zem dyrek­tora trupy teatral­nej, która wysta­wiła ją w 1863 roku. Inspi­ra­cją do jej powsta­nia miała być roz­mowa prze­pro­wa­dzona przez autora z pew­nym człon­kiem taj­nego sto­wa­rzy­sze­nia Mafusi, który wyjąt­kowo szcze­rze opo­wia­dał mu o zwy­cza­jach, żar­go­nie i swo­istym kodek­sie obo­wią­zu­ją­cych w owej orga­ni­za­cji. Sztuka oka­zała się nie­by­wale popu­larna, a wyraz mafia wszedł do języka potocz­nego, nato­miast w doku­men­tach urzę­do­wych poja­wił się dwa lata póź­niej za sprawą pre­fekta Palermo Filippo Gual­te­rio. Doty­czyły one nie­po­ko­ją­cego wzro­stu prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej w mie­ście. Przy­szłość dowio­dła, że jego obawy nie były bez­za­sadne, gdyż w latach 1860-1924 mafia stała się tak silną i wpły­wową orga­ni­za­cją, że żaden poli­tyk nie­ma­jący jej popar­cia nie mógł nawet marzyć o man­da­cie we wło­skim par­la­men­cie.

Na początku ubie­głego stu­le­cia wło­scy emi­granci przy­by­wa­jący do Sta­nów Zjed­no­czo­nych w poszu­ki­wa­niu pracy i lep­szego życia prze­szcze­pili mafię na grunt ame­ry­kań­ski. Począt­kowo na tere­nie USA funk­cjo­no­wały "zwy­czajne" gangi wło­skie, które kon­ku­ro­wały z gan­gami irlandz­kimi i żydow­skimi, a cza­sem, gdy tylko było to opła­calne dla któ­rej­kol­wiek ze stron, nawią­zy­wały także współ­pracę. Obo­wią­zu­jąca w Sta­nach od 1920 roku przez kolejne 13 lat pro­hi­bi­cja, zwana przez jej ini­cja­to­rów "szla­chet­nym eks­pe­ry­men­tem" (ang. The Noble Expe­ri­ment), nie przy­czy­niła się by­naj­mniej do wzro­stu trzeź­wo­ści spo­łe­czeń­stwa, a jedy­nie do wzro­stu prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Nie­le­galna pro­duk­cja i sprze­daż napo­jów wysko­ko­wych, pod­ziemne bary oka­zały się istną żyłą złota dla wszel­kiego rodzaju prze­stęp­ców. Co wię­cej, jak obli­czyli współ­cze­śni histo­rycy, oby­wa­tele USA wła­śnie w cza­sach pro­hi­bi­cji wyda­wali na dostępny wyłącz­nie na czar­nym rynku alko­hol rekor­dowo wyso­kie kwoty, najwię­cej w histo­rii ist­nie­nia pań­stwa. Wów­czas też wło­skie gangi prze­ro­dziły się w orga­ni­za­cję mafijną, i to o wiele groź­niej­szą niż ta dzia­ła­jąca na Sycy­lii. W cza­sach pro­hi­bi­cji roz­kwi­tły nie­le­galne kariery, a wraz z nimi rów­nież for­tuny takich gang­ste­rów, jak Vito Geno­vese, Albert Ana­sta­sia, Frank Costello, Salva­tore "Szczę­ściarz" Luciano czy Al Capone. Nie dość, że wszy­scy wyżej wymie­nieni pro­wa­dzili dzia­łal­ność prak­tycz­nie bez prze­szkód, to jesz­cze zyskali nie­małe wpływy w świe­cie ame­ry­kań­skiej finan­sjery, a nawet w poli­tyce. Chi­cago i Nowy Jork prak­tycz­nie były rzą­dzone przez mafię.

Niniej­sza publi­ka­cja opo­wiada histo­rię ame­ry­kań­skiej mafii od jej począt­ków aż po lata pięć­dzie­siąte ubie­głego stu­le­cia. Roz­po­czyna ją opo­wieść o gan­gach sie­ją­cych postrach w Nowym Jorku oraz o ich przy­wód­cach, któ­rych bio­gra­fie sta­no­wią wręcz ide­alny mate­riał na sce­na­riusz fil­mowy. W opo­wie­ści o mafii nie może zabrak­nąć histo­rii gangu Czar­nej Ręki, w któ­rej wielu znaw­ców tematu doszu­kuje się korzeni póź­niej­szej mafii, mimo że ten zło­wrogi gang, przez wiele lat trzy­ma­jący w klesz­czach stra­chu ame­ry­kań­skie spo­łe­czeń­stwo, trudno uznać za orga­ni­za­cję prze­stęp­czą sensu stricto. Publi­ka­cja przed­sta­wia też pro­ces, który dopro­wa­dził do uchwa­le­nia pro­hi­bi­cji, która - w zamia­rach ini­cja­to­rów owej ustawy - miała poło­żyć kres pijań­stwu ame­ry­kań­skiego spo­łe­czeń­stwa, a nawet prze­kształ­cić je w spo­łecz­ność o wyso­kim morale, wzór do naśla­do­wa­nia dla całego świata. Nie dość, że te szla­chetne zamiary speł­zły na niczym, to nie­le­galna pro­duk­cja, prze­myt i sprze­daż alko­holu oka­zały się tak intrat­nym zaję­ciem, że wcze­śniej rywa­li­zu­jące gangi wło­skie, żydow­skie oraz irlandz­kie zaczęły ze sobą współ­pra­co­wać, mając na uwa­dze wyso­kie zyski. A to w kon­se­kwen­cji zaowo­co­wało powsta­niem ame­ry­kań­skiej mafii, która kil­ka­dzie­siąt lat póź­niej stała się tak potężna, że była w sta­nie prze­jąć cały hazard w USA, kon­tro­lo­wać część ame­ry­kań­skich mediów, jak rów­nież prze­mysł fil­mowy i roz­ryw­kowy, a nawet oddzia­ły­wać na poli­tykę. Jest to także opo­wieść o arty­stach, któ­rzy swoją karierę zawdzię­czają popar­ciu gang­ste­rów, i wresz­cie o stró­żach prawa, któ­rzy mieli odwagę prze­ciw­sta­wić się rosną­cym w siłę prze­stęp­com. Ostatni roz­dział opo­wiada o Pola­kach w mafii, gdyż, jak się prze­ko­namy, nasi rodacy także odci­snęli trwały ślad w dzie­jach prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej za oce­anem. Zresztą jeden z naj­słyn­niej­szych gang­ste­rów, Meyer Lan­sky, który wywo­dził się z rodziny pol­skich Żydów, pytany o kraj pocho­dze­nia, zawsze wska­zy­wał na Pol­skę.

Nowy Jork we władaniu gangów

Niebezpieczne miasto

Nowy Jork, mia­sto leżące na wschod­nim wybrzeżu Sta­nów Zjed­no­czo­nych, u ujścia rzeki Hud­son do Oce­anu Atlan­tyc­kiego, i nazy­wane Wiel­kim Jabł­kiem, współ­cze­snym ludziom koja­rzy się z wiecz­nie tęt­nią­cymi życiem uli­cami, po któ­rych krążą słynne nowo­jor­skie tak­sówki, wie­lo­kul­tu­ro­wo­ścią oraz ist­nym sza­leń­stwem zaku­pów. Bez wąt­pie­nia Nowy Jork jest także kolebką mody i tren­dów. Nie bez przy­czyny Can­dace Bush­nell wła­śnie tam osa­dziła akcję swo­jego best­sel­lera Seks w wiel­kim mie­ście, na pod­sta­wie któ­rego nakrę­cono kul­towy serial pod tym samym tytu­łem. Nowy Jork nie­je­den raz gościł na tele­wi­zyj­nym i kino­wym ekra­nie. Innym koja­rzyć się będzie ze Sta­tuą Wol­no­ści, mostem Bro­okliń­skim, Wall Street, Cen­tral Par­kiem, awan­gar­do­wymi teatrami czy Muzeum Gug­gen­he­ima. Listę sko­ja­rzeń, jak rów­nież miejsc przy­cią­ga­ją­cych tury­stów, mogli­by­śmy cią­gnąć jesz­cze bar­dzo długo, ale na początku XX wieku Nowy Jork nikomu nie koja­rzył się z modą, a już z pew­no­ścią nie był miej­scem przy­cią­ga­ją­cym tury­stów. A jed­nak ze stat­ków przy­pły­wa­ją­cych do tam­tej­szych por­tów codzien­nie scho­dziły tłumy ludzi - przy­by­wa­ją­cych z dale­kiej Europy emi­gran­tów, poszu­ku­ją­cych za oce­anem szansy na lep­sze życie. Nie bez przy­czyny, wszak był to czas, kiedy mia­sto stało się głów­nym ośrod­kiem gospo­dar­czo-prze­my­sło­wym Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ryki Pół­noc­nej. Mie­ściło się w nim aż 70 pro­cent ame­ry­kań­skich przed­się­biorstw prze­my­sło­wych, a przez tam­tej­sze porty prze­cho­dziła lwia część wszyst­kich impor­to­wa­nych do USA towa­rów. Na taki stan rze­czy bez wąt­pie­nia wpły­nął także fakt, że Nowy Jork był waż­nym węzłem komu­ni­ka­cyj­nym - od połowy XIX stu­le­cia funk­cjo­no­wało prze­cież stałe połą­cze­nie mor­skie z Wielką Bry­ta­nią, stąd też wypły­wały parowce i odjeż­dżały pociągi do innych wiel­kich ame­ry­kań­skich miast.

W 1876 roku, kiedy do mia­sta nad rzeką Hud­son zawi­tał pol­ski pisarz Hen­ryk Sien­kie­wicz, Nowy Jork nie zachwy­cał: "Mia­sto, które na pierw­szy rzut oka z morza zary­so­wało się tak maje­sta­tycz­nie i wdzięcz­nie, widziane z bli­ska nie zachwy­ciło mnie wcale - uty­ski­wał w swo­ich Listach z podróży do Ame­ryki, publi­ko­wa­nych cyklicz­nie na łamach "Gazety Pol­skiej". - Pobrzeże portu brudne, mię­dzy drew­nia­nymi budyn­kami nie masz bru­ków; wszę­dzie leżą kupy śmieci, doki drew­niane poły­skują brudną wodą, lud­ność zaś, jak zwy­kle lud­ność por­towa, wygląda, jakby przed chwilą urwała się od szu­bie­nicy. (...) Główne cie­ka­wo­ści mia­sta to hotele i banki, czyli ina­czej mówiąc: nie ma tu żad­nych pamią­tek histo­rycz­nych, żad­nych cie­ka­wo­ści. (...) Han­del, han­del i han­del, busi­ness i busi­ness, oto, co widzisz od rana do wie­czora, o czym usta­wicz­nie sły­szysz i czy­tasz. Na rzut oka nie jest to mia­sto zamiesz­kane przez taki a taki naród, ale wielki zbiór kup­ców, prze­my­słow­ców, ban­kie­rów, urzęd­ni­ków, kosmo­po­li­tyczny zarwa­niec, który impo­nuje ci ogro­mem, ruchli­wo­ścią, prze­my­słową cywi­li­za­cją, ale nuży cię jed­no­stron­no­ścią spo­łecz­nego życia nie­wy­twa­rza­ją­cego nic wię­cej prócz pie­nię­dzy"1. Pięk­no­duch i esteta, któ­rym bez wąt­pie­nia był przy­szły nobli­sta, nie potra­fił zro­zu­mieć wszech­obec­nego pędu do bogac­twa pobu­dza­ją­cego nowo­jor­czy­ków. A giełda, którą przy tej oka­zji odwie­dził, budziła w nim tylko sko­ja­rze­nia ze szpi­ta­lem "waria­tów cier­pią­cych na febris aurea (łac. gorączka złota), ale to wła­śnie wśród tych "waria­tów" rodziły się przy­szłe for­tuny. Jed­nak, jak na pisa­rza prze­siąk­nię­tego duchem pozy­ty­wi­zmu przy­stało, Sien­kie­wicz dostrze­gał nędzę i tra­giczną wręcz egzy­sten­cję tam­tej­szych emi­gran­tów, któ­rzy "zwa­bieni wie­ścią o łatwym zarobku w Ame­ryce, przy­je­chali tu, mając zale­d­wie czym opła­cić prze­wóz za ocean. Zaro­bek w Ame­ryce istot­nie nader jest łatwy, ale w głębi kraju, na Dale­kim Zacho­dzie; w samym zaś New Yorku panuje prze­lud­nie­nie i dla­tego naj­bied­niejsi wła­śnie z emi­gran­tów, któ­rzy nie mają czym opła­cić dal­szej, bar­dzo kosz­tow­nej kole­jami podróży, mrą z głodu, chłodu i wszel­kiej nędzy. (...) Więk­szość więc żyje bez sta­łego zarobku, doryw­czo, patrząc z zawi­ścią, a zapewne i nie­na­wi­ścią na milio­ne­rów, któ­rzy już sami nie mogą pora­cho­wać swych mająt­ków"2.

Pisarz przy­był do Ame­ryki w cza­sach, kiedy fala emi­gra­cyjna przy­brała na sile, a z począt­kiem następ­nego stu­le­cia Nowy Jork przyj­mo­wał aż 800 tysięcy imi­gran­tów rocz­nie. Liczba przy­by­szów skło­niła wła­dze do zało­że­nia na wyspie Ellis spe­cjal­nego cen­trum imi­gra­cyj­nego, gdzie wysia­da­jący z przy­wo­żą­cych ich stat­ków ludzie byli badani przez leka­rzy i skru­pu­lat­nie przez nich prze­py­ty­wani. Nie były to jed­nak dłu­go­trwałe pro­ce­dury i w prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści przy­by­sze spę­dzali na wyspie tylko kilka godzin, a potem prze­wo­żono ich na stały ląd.

Napływ lud­no­ści do Nowego Jorku z oczy­wi­stych wzglę­dów przy­czy­nił się do wzro­stu budow­nic­twa. Jed­nak pazerni wła­ści­ciele nie­ru­cho­mo­ści, chcąc osią­gnąć jak naj­więk­sze zyski, wpro­wa­dzali w nale­żą­cych do nich domach sto­sowne zmiany, umoż­li­wia­jące zakwa­te­ro­wa­nie jak naj­więk­szej liczby loka­to­rów. Wśród przy­by­szy do Sta­nów prze­wa­żali bowiem ludzie biedni, któ­rzy nie­rzadko wyprze­da­wali cały mają­tek, aby mieć czym opła­cić podróż. A ze względu na fakt, iż ówcze­sna struk­tura pośred­nic­twa emi­gra­cyj­nego skła­dała się z kilku szcze­bli i ludziom zatrud­nio­nym na każ­dym z nich trzeba było zapła­cić odpo­wied­nią kwotę, na wyjazd potrzeba było spo­rych fun­du­szy. Na naj­wyż­szym miej­scu owej struk­tury pla­so­wali się główni agenci, mający sie­dzibę w mia­stach por­to­wych Sta­rego Kon­ty­nentu. Im pod­le­gały pomniej­sze agen­tury, z któ­rymi z kolei współ­pra­co­wali mniejsi pośred­nicy. Zada­niem tych ostat­nich było dotar­cie do jak naj­więk­szej liczby ludzi poten­cjal­nie zain­te­re­so­wa­nych wyjaz­dem za ocean. Z reguły na tych sta­no­wi­skach pra­co­wali cyniczni nacią­ga­cze, roz­ta­cza­jący przed naiw­nymi, nie­wy­kształ­co­nymi, czę­sto nie­pi­śmien­nymi ludźmi wręcz bajeczne wizje życia w Ame­ryce, które z reguły miały nie­wiele wspól­nego z rze­czy­wi­sto­ścią. Znę­ceni nadzieją na lep­sze jutro ludzie tra­fiali potem do biur w mie­ście, które sprze­da­wały bilety, a przy oka­zji ofe­ro­wały, nie zawsze legalną, pomoc w zała­twie­niu nie­zbęd­nych for­mal­no­ści. Nie­rzadko bywało, że na wyjazd za chle­bem decy­do­wali się mło­dzi męż­czyźni, któ­rym na prze­szko­dzie stał obo­wią­zek odby­cia służby woj­sko­wej, sku­tecz­nie unie­moż­li­wia­jący uzy­ska­nie pasz­portu. W takiej sytu­acji agenci ofe­ro­wali pod­ro­bie­nie doku­mentu albo poma­gali w prze­wo­zie emi­gran­tów do portu, z pomi­nię­ciem ofi­cjal­nych przejść na gra­ni­cach mię­dzy­pań­stwo­wych, nie­rzadko prze­my­ca­jąc deli­kwenta na sta­tek pod osłoną nocy. Jak się łatwo domy­ślić, pobie­rali za to słone opłaty. Dodat­kową, nie­małą opłatę trzeba było wyło­żyć na zatrud­nie­nie czło­wieka bądź kilku w cha­rak­te­rze asy­stenta. Dziś może wydać się to bez­sen­sow­nym wydat­kiem, ale pamię­tajmy, że ludzie, któ­rzy w owych cza­sach decy­do­wali się na wyjazd, pocho­dzili z reguły z wiej­skich śro­do­wisk albo z bie­doty miej­skiej, i podróż w nie­znane wią­zała się dla nich nie tylko z wie­loma nie­bez­pie­czeń­stwami, ale też z pro­ble­mami, z któ­rymi spo­ty­kali się po raz pierw­szy w życiu. Prze­cież zanim dotarli w ogóle do portu, musieli prze­być daleką drogę, nie­rzadko prze­sia­da­jąc się z pociągu do pociągu i nocu­jąc w obcym miej­scu. Czę­sto tylko dzięki pomocy takiego "oso­bi­stego asy­stenta" mogli cali i zdrowi dotrzeć do portu, w któ­rym wsia­dali na sta­tek pły­nący do ame­ry­kań­skiej ziemi obie­ca­nej.

Kiedy już dotarli na miej­sce, sta­wali oko w oko z realiami życia w Ame­ryce, dale­kimi od baśnio­wych wizji roz­ta­cza­nych przez cwa­nych nacią­ga­czy. Nie znali języka, czę­sto nie mieli żad­nego zawodu i byli anal­fa­be­tami, co znacz­nie utrud­niało zna­le­zie­nie pracy. Na domiar złego, poszcze­gólni pośred­nicy sku­tecz­nie ogra­bili ich z zaosz­czę­dzo­nych, a naj­czę­ściej poży­czo­nych pie­nię­dzy. Przy­by­wa­jąc do nowego kraju, byli bez gro­sza. Zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści nie stać było nawet na kupno jedze­nia, o wyna­ję­ciu przy­zwo­itego lokum nie wspo­mi­na­jąc.

Nowo­jor­scy wła­ści­ciele nie­ru­cho­mo­ści bar­dzo szybko przy­sto­so­wali się do rosną­cego popytu na lokale miesz­ka­niowe: pokoje w trzy- i czte­ro­pię­tro­wych budyn­kach, które pier­wot­nie miały być domami jed­no­ro­dzin­nymi, dzie­lono na mniej­sze, zaś oka­la­jące domy podwórka zabu­do­wano drew­nia­nymi zastaw­kami. I nikt nie przej­mo­wał się fak­tem, że powstałe na sku­tek takiego podziału pomiesz­cze­nia w więk­szo­ści przy­pad­ków nie miały okien. Co gor­sza, więk­szość ze wspo­mnia­nych domostw nie była ska­na­li­zo­wana, a elek­trycz­no­ści jesz­cze nie było. Nie­szczę­śni emi­granci tło­czyli się zatem w cia­snych, ciem­nych pomiesz­cze­niach, dzie­ląc je z hor­dami wszę­do­byl­skich szczu­rów. Nic zatem dziw­nego, że nowo­jor­skie slumsy stały się praw­dziwą wylę­gar­nią cho­rób. Życie w cięż­kich warun­kach rodziło też inne nie­bez­pie­czeń­stwo, które dostrze­gał Sien­kie­wicz: "Taki stan rze­czy liczne wywo­łuje mię­dzy tym pro­le­ta­ria­tem prze­stęp­stwa i zbrod­nie, speł­niane już to dla chęci chwi­lo­wego zysku, już wresz­cie, jak mnie zapew­niano, z tym tylko wyra­cho­wa­niem, żeby się dostać do wię­zie­nia, w któ­rym każdy z wino­waj­ców ma przy­naj­mniej życie i poży­wie­nie zapew­nione"3. Obser­wa­cje poczy­nione przez pol­skiego pisa­rza były bar­dzo trafne, bo napływ imi­gran­tów do Nowego Jorku wywo­łał wzrost prze­stęp­czo­ści, zwłasz­cza że cięż­kie warunki życia i marne per­spek­tywy jego poprawy sta­no­wiły dosko­nałą moty­wa­cję do wkro­cze­nia na drogę występku i zbrodni.

Bieda nader czę­sto bywa matką prze­stęp­stwa, a dzie­więt­na­sto­wieczny Nowy Jork był potwier­dze­niem tej tezy. W dziel­ni­cach nędzy roz­ra­sta­ją­cego się mia­sta kwi­tło prze­stęp­cze pod­zie­mie: w piw­ni­cach urzą­dzano tajne gorzel­nie, pierw­sze palar­nie opium oraz wyta­pial­nie psiego smalcu. W szu­ler­niach urzą­dzano walki psów oraz spe­cjal­nie do tego celu szko­lo­nych... knu­rów, zaś głów­nym skład­ni­kiem diety naj­uboż­szych i nawet swego rodzaju walutą było wędzone szczu­rze mięso. Oprócz walk knu­rów i psów ulu­bioną roz­rywką bie­doty były popisy miej­sco­wych siła­czy, w tym nie­ja­kiego Kita Burnsa, który - ku ucie­sze gawie­dzi - jed­nym kłap­nię­ciem szczęki odgry­zał głowę żywemu szczu­rowi.

W dziel­ni­cach biedy, zdo­mi­no­wa­nych przez poszcze­gólne nacje, wyra­stały też pierw­sze nowo­jor­skie gangi, two­rzone z reguły przez nasto­let­nich chłop­ców, znę­co­nych per­spek­tywą sto­sun­kowo łatwego zarobku. Owe grupy mało­let­nich prze­stęp­ców orga­ni­zo­wały się z cza­sem w gangi, prze­stęp­cze ugru­po­wa­nia zapew­nia­jące swoim człon­kom ochronę i zaję­cie. W więk­szo­ści przy­pad­ków człon­ko­wie owych gan­gów, już jako ludzie doro­śli, znaj­do­wali legalną pracę i opusz­czali sze­regi tych zgro­ma­dzeń, ale ci, któ­rym się to nie udało bądź po pro­stu nie mieli ochoty zry­wać z dotych­cza­so­wym życiem, awan­so­wali w gangu na pozy­cje dające im realną wła­dzę.

Naj­gor­szą opi­nią cie­szył się obszar zwany Five Points, znaj­du­jący się w cen­trum owia­nego złą sławą Szó­stego Okręgu, zwa­nego potocz­nie Blo­ody Old Sixth - prze­klętą starą szóstką, zamiesz­kaną począt­kowo przez imi­gran­tów z Irlan­dii, któ­rych w poło­wie XIX wieku wyparli przy­by­sze z Włoch. Nazwa Five Points nawią­zy­wała do miej­sca, w któ­rym scho­dziło się pięć ulic cią­gną­cych się pomię­dzy Broad­wayem a Bovery, a więc Mul­berry, Anthony, która obec­nie nosi nazwę Worth, Cross, dzi­siej­sza Park, Orange, nosząca współ­cze­śnie nazwę Baxter, oraz, nie­ist­nie­jąca już dzi­siaj, Lit­tle Water. Wszyst­kie wspo­mniane ulice zbie­gały się, two­rząc plac o dość mylą­cej nazwie Para­dise Squ­are, który by­naj­mniej nie był przed­sion­kiem raju, raczej przed­sion­kiem pie­kła. Obok zasie­dzia­łych tu Anglo­sa­sów, któ­rzy wpraw­dzie kle­pali biedę, ale jako że byli kolej­nym poko­le­niem miesz­ka­ją­cym w Sta­nach, uwa­żali się za rodo­wi­tych Ame­ry­ka­nów, miesz­kali tam także nie­dawno przy­byli emi­granci irlandzcy, nie­mieccy, pol­scy, żydow­scy, chiń­scy i wło­scy, jak rów­nież wyzwo­leni czar­no­skó­rzy nie­wol­nicy. Dziel­nica była sie­dli­skiem prze­stęp­czo­ści, zamiesz­ki­wali ją i pro­wa­dzili w niej nie­cną dzia­łal­ność naj­gorsi prze­stępcy i zwy­rod­niali zbrod­nia­rze. Swego rodzaju cen­trum Five Points sta­no­wił budy­nek nie­gdy­siej­szej piwo­warni, prze­kształ­cony w dom miesz­kalny, w któ­rym w nie­wy­obra­żal­nym ści­sku miesz­kało około tysiąca ludzi pozba­wio­nych wszel­kich wygód, o meblach nie wspo­mi­na­jąc. Próżno jed­nak byłoby wśród nich szu­kać jakichś uczci­wych, krysz­ta­ło­wych osób, któ­rych oko­licz­no­ści życiowe zepchnęły na dno ludz­kiej egzy­sten­cji. Loka­to­rami tego oso­bli­wego lokum byli bowiem zło­dzieje, noto­ryczni pijacy i zabi­jaki, któ­rym ciężko było żyć w zgo­dzie. Jak wynika z zacho­wa­nych rela­cji i szcząt­ko­wej doku­men­ta­cji, w byłej bro­warni docho­dziło do trzy­dzie­stu zabójstw mie­sięcz­nie! Nikt nie tru­dził się urzą­dza­niem cere­mo­nii pogrze­bo­wych ani pochów­kiem w uświę­co­nej ziemi - zabi­tych cho­wano w piw­nicy bądź pod ścianą budynku.

Tam też naro­dził się pierw­szy nowo­jor­ski gang, zwany szajką "40 zło­dziei", któ­rego przy­wódcy z cza­sem zor­ga­ni­zo­wali nawet oso­bliwą szkołę przy­szłych adep­tów zło­dziej­skiego fachu. Wer­bo­wano do niej dzieci, które pod czuj­nym okiem doświad­czo­nych star­szych zło­dziei uczyły się bić, kraść oraz zbie­rać amu­ni­cję pod­czas starć gan­gów. Wer­bo­wano nie tylko chłop­ców, ale także dziew­czynki, pod warun­kiem że były w sta­nie udo­wod­nić, że biją się i kradną nie gorzej od swo­ich rówie­śni­ków płci męskiej.

W Five Points funk­cjo­no­wały rów­nież knajpy z wyszyn­kiem, ale próżno byłoby tam szu­kać szkla­nek czy kie­lisz­ków, które i tak padłyby łupem zło­dziei albo zosta­łyby roz­bite w trak­cie pijac­kiej bójki - piwo, jak rów­nież samo­gon, ser­wo­wano tam z gumo­wego węża, a klient pła­cił mie­dziaka i pił z niego tyle, ile był w sta­nie. Mógł też podzie­lić się z kum­plami, wyplu­wa­jąc część alko­holu do pod­sta­wio­nej mu przez usłuż­nych dru­hów butelki...

Char­les Dic­kens w trak­cie swo­jej wizyty w Nowym Jorku w 1846 roku, wie­dziony cie­ka­wo­ścią, wyru­szył na wycieczkę po zaka­za­nych rejo­nach mia­sta, docie­ra­jąc wła­śnie do Five Points, które zro­biło na nim okropne wra­że­nie: "Roz­bite okna wydają się być jak oczy led­wie patrzące spode łba, które ucier­piały w pijac­kiej bija­tyce. (...) Wiele świń mieszka w tych rude­rach. Cie­kawe czy kie­dy­kol­wiek zasta­na­wiały się, dla­czego ich wła­ści­ciele cho­dzą wypro­sto­wani zamiast błą­dzić na czwo­ra­kach, i dla­czego mówią zamiast chrum­kać?"4. Nawia­sem mówiąc, pisarz udał się na wycieczkę po mrocz­nych dziel­ni­cach mia­sta w asy­ście dwóch krzep­kich funk­cjo­na­riu­szy poli­cji. Ochrona była konieczna, dla nie­obe­zna­nego w realiach przy­by­sza taka eska­pada mogła prze­cież zakoń­czyć się tra­gicz­nie - nie­je­den nie­ostrożny tury­sta koń­czył w rzece, z roz­pru­tym brzu­chem wypcha­nym kamie­niami. W taki bowiem spo­sób gangi pozby­wały się nie­pro­szo­nych gości i ofiar napa­dów.

Martwe Króliki i Plugawe Prymki, czyli Irlandczycy terroryzują Nowy Jork

Nasz rodak, Hen­ryk Sien­kie­wicz, na szczę­ście nie poszedł w ślady swo­jego angiel­skiego kolegi po pió­rze, zresztą nie bar­dzo miał czas na tego rodzaju wycieczki, gdyż w Nowym Jorku spę­dził jedy­nie dwa dni. Ale i on dostrzegł mroczne obli­cze mia­sta. Obok makle­rów gieł­do­wych i kup­ców owład­nię­tych gorączką złota, uwagę pisa­rza przy­kuli Irland­czycy. I trudno się temu dzi­wić, gdyż to wła­śnie przy­by­sze z Zie­lo­nej Wyspy, wygnani z rodzin­nego kraju z powodu panu­ją­cego tam głodu, sta­no­wili przy­tła­cza­jącą więk­szość lud­no­ści napły­wo­wej zasie­dla­ją­cej ubo­gie dziel­nice mia­sta. "Łatwo ich poznać na pierw­szy rzut oka, już to po ubio­rach, a raczej po szcząt­kach naro­do­wego ubioru, już wresz­cie po nie­bie­skich oczach, pięk­nych blond lub ciem­nych wło­sach, sil­nej budo­wie ciała, żywo­ści czy­sto gal?skiej w mowie i ruchach, które to cechy tak sil­nie odróż­niają tę rasę od anglo­sak­soń­skiej, że pra­wie omy­lić się ni­gdy nie­po­dobna - zauwa­żał pisarz. - Odda­jąc się p?aństwu, grom i wszel­kiej roz­pu­ście, przy wro­dzo­nych nader żywych namięt­no­ściach, ludzie ci popeł­nia­liby zapewne daleko wię­cej jesz­cze występ­ków, gdyby nie relig?ność, która ich ni­gdy nie opusz­cza. Są wszy­scy nie­zmier­nie gor­li­wymi kato­li­kami i dla przy­szłych roz­ko­szy nie­bie­skich zno­szą z cier­pli­wo­ścią wsze­la­kie ziem­skie nie­dole i umar­twie­nia"5. Spo­łecz­ność irlandzka roz­ra­stała się w Nowym Jorku, podob­nie jak w innych mia­stach USA, w iście zastra­sza­ją­cym tem­pie. "Irland­czycy płodni są jak kró­liki - rela­cjo­no­wał na łamach "Gazety Pol­skiej" autor Try­lo­gii. - Ame­ry­ka­nie zaś rodo­wici prze­ciw­nie. Pod­czas kiedy w sta­dłach ame­ry­kań­skich dwoje, a naj­wię­cej troje dzieci sta­nowi naj­więk­sze prze­ciętne mak­si­mum, pobożne mał­żeń­stwa irlandz­kie, uwa­ża­jące dzieci za szcze­gól­niej­sze bło­go­sła­wień­stwo boże, wydają ich na świat jak maku: "co rok pro­rok", jak mówi przy­sło­wie, a tych "roków" zawsze jest bez końca"6.

Ponie­waż Irland­czycy sta­no­wili prze­wa­ża­jącą więk­szość imi­gran­tów zasie­dla­ją­cych ubo­gie dziel­nice mia­sta, to wła­śnie oni zdo­mi­no­wali pod­zie­mie dzie­więt­na­sto­wiecz­nego Nowego Jorku. Naj­wy­raź­niej zatem, wbrew temu, co sądził Sien­kie­wicz, żar­liwa wiara i nadzieja na życie wieczne w raju nie prze­szka­dzały w decy­zji o wkro­cze­niu na drogę występku. Zda­niem wielu demo­ra­li­za­cja odby­wała się jesz­cze w trak­cie rejsu za ocean, kiedy bandy rze­zi­miesz­ków ogra­biały innych, zamoż­niej­szych pasa­że­rów i gwał­ciły dziew­częta i kobiety pły­nące do Ame­ryki. A kiedy wysie­dli na ląd, łączyli się w silne grupy prze­stęp­cze, kon­ty­nu­ując swoją dzia­łal­ność w Nowym Jorku. Nie bez przy­czyny ówcze­śni nowo­jor­czycy mawiali, że w dziel­ni­cach zamiesz­ka­łych przez irlandzką bie­dotę można umrzeć z trzech powo­dów: z głodu, od cho­lery i noża.

Z cza­sem irlandz­kie gangi opa­no­wały brzegi West Side nad rzeką Hud­son, gdzie dzia­łały dwa ugru­po­wa­nia prze­stęp­cze: Gophers (ang. susły) i Hud­son Dusters (dust, czyli kurz, w slangu ozna­czał koka­inę), które swoją nie­cną dzia­łal­ność zaczy­nały od okra­da­nia miesz­czą­cych się na nabrze­żach maga­zy­nów i ładowni cumu­ją­cych tam stat­ków. Wkrótce jed­nak zna­leźli znacz­nie łatwiej­szy i bez­piecz­niej­szy spo­sób na zaro­bek: wymu­sza­nie pie­nię­dzy za "ochronę" doków. Groźbą wymu­szano opłaty od wła­ści­cieli i kapi­ta­nów, a człon­ko­wie obu gan­gów dopro­wa­dzili sys­tem do takiej per­fek­cji, że bez sto­sow­nej opłaty zała­dunki ani wyła­dunki prak­tycz­nie nie mogły się odby­wać. Oba wspo­mniane gangi zasły­nęły wpro­wa­dze­niem sys­temu zwa­nego rac­ket. Słowo rac­ket ozna­czało rodzaj nie­for­mal­nego ban­kietu wyda­wa­nego w gro­nie krew­nych lub przy­ja­ciół. Prze­stępcy orga­ni­zo­wali takie ban­kie­ciki, pobie­ra­jąc za nie sto­sowne opłaty, a ten, kto nie wyku­pił uczest­nic­twa w owym przy­ję­ciu, musiał się liczyć z poważ­nymi kon­se­kwen­cjami. Ban­dyci dopro­wa­dzili ów haniebny pro­ce­der do per­fek­cji i w efek­cie słowo rac­ket zmie­niło swoje pier­wotne zna­cze­nie, dla­tego dziś ozna­cza nie tylko nie­winną rakietę do tenisa, ale także wymu­sze­nie okupu i wyłu­dza­nie pie­nię­dzy.

Z cza­sem Susły roz­sze­rzyły dzia­łal­ność i kon­tro­lo­wały więk­szą cześć Man­hat­tanu, czer­piąc zyski z nie­rządu i nie­le­gal­nego hazardu. Liczący około 500 człon­ków gang miał sie­dzibę w Rat­tle Row, salo­nie nale­żą­cym do nie­ja­kiego Mal­leta Mur­phy'ego, Irland­czyka z pocho­dze­nia. Nie wiemy, jak się naprawdę nazy­wał, bowiem posłu­gi­wał się wła­śnie wspo­mnia­nym pseu­do­ni­mem, nada­nym mu przez wzgląd na drew­niany mło­tek, któ­rego nader chęt­nie uży­wał, usu­wa­jąc ze swo­jego lokalu agre­syw­nych i awan­tu­ru­ją­cych się klien­tów. Ale to nie on prze­wo­dził ban­dzie, która oprócz wymu­sza­nia hara­czy zaj­mo­wała się rów­nież zwy­kłymi rabun­kami na pod­chmie­lo­nych klien­tach oko­licz­nych knaj­pek i domów uciech. Na czele gangu stała bowiem kobieta, nie­jaka Red Norah, która, zanim objęła przy­wódz­two, zdą­żyła pocho­wać aż pię­ciu mężów, w tym jed­nego poli­cjanta. Musiała być wyjąt­kowo uro­dziwa albo ema­no­wać nie­sa­mo­wi­tym sek­sa­pi­lem, skoro jej pod­władni byli wpa­trzeni w nią jak w bóstwo. Sze­fowa miała zwy­czaj nagra­dza­nia szcze­gól­nie zasłu­żo­nych ban­dy­tów upojną nocą w swoim towa­rzy­stwie, zaś każ­dego, kto jej pod­padł, bez zbyt­nich cere­gieli posy­łała na tam­ten świat. Nie­szczę­śnik, podob­nie jak reszta grupy, otrzy­my­wał kufel z piwem, w któ­rym znaj­do­wało się pie­czone jabłko, ale tylko owoc pły­wa­jący w jego kuflu był dopra­wiony arsze­ni­kiem.

Inną znaną irlandzką grupą prze­stęp­czą byli Dead Rab­bits (ang. Mar­twe Kró­liki), a ponie­waż obszar dzia­ła­nia gangu obej­mo­wał także ulicę Mul­bery na dol­nym Man­hat­ta­nie, nowo­jor­ska poli­cja nazwała go Mul­berry Boys lub Mul­berry Street Boys. Trudno powie­dzieć, skąd wzięła się oso­bliwa nazwa gangu - według jed­nej wer­sji jeden z jego człon­ków ponoć rzu­cił na śro­dek pomiesz­cze­nia, w któ­rym zebrali się gang­ste­rzy, kró­li­cze tru­chło, co miało sta­no­wić rodzaj ostrze­że­nia wobec prze­stępcy rywa­li­zu­ją­cego z nim o miej­sce w hie­rar­chii. Zda­niem innych w gang­ster­skim slangu ter­min "mar­twy kró­lik" ozna­czał awan­tur­ni­czego, wyspor­to­wa­nego i budzą­cego respekt męż­czy­znę. Inni wywo­dzą tę nazwę od irlandz­kiego zwrotu raibead sach ur, któ­rym w ojczy­stym kraju irlandz­kich prze­stęp­ców okre­ślano bar­dzo potężne osoby. Tak czy ina­czej, prze­stępcy z tego ugru­po­wa­nia mieli zwy­czaj wymu­sza­nia hara­czy od wła­ści­cieli i klien­tów roz­ma­itych lokali, jaskiń gry czy domów noc­le­go­wych. Czę­sto wpa­dali tam całą grupą, dum­nie dzier­żąc swoje godło - mar­twego kró­lika zawie­szo­nego na drągu do zapa­la­nia latarni gazo­wych. Gang był bodaj pierw­szym w histo­rii Sta­nów ugru­po­wa­niem prze­stęp­czym, które miało powią­za­nia ze świa­tem poli­tyki - ponie­waż jego człon­kami byli wyłącz­nie imi­granci z Irlan­dii, ugru­po­wa­nie popie­rało poli­ty­ków, któ­rzy wspie­rali imi­gra­cję do Sta­nów i nie opo­wia­dali się za jej ogra­ni­cze­niem. Dla­tego ludzie nale­żący do gangu prośbą i groźbą nakła­niali wszyst­kich upraw­nio­nych do gło­so­wa­nia na popie­ra­nych przez nich poli­ty­ków.

Dzia­łal­ność prze­stęp­cza Mar­twych Kró­li­ków była skie­ro­wana prze­ciwko bia­łym anglo­sa­skim pro­te­stan­tom, dla­tego nie­mal od początku swego ist­nie­nia ugru­po­wa­nie rywa­li­zo­wało z nowo­jor­skim gan­giem Bowery Boys, zło­żo­nym wła­śnie z anglo­sa­skich pro­te­stan­tów, uwa­ża­ją­cych się za pra­wo­wi­tych synów Ame­ryki. Prze­wo­dził im Wil­liam "The But­cher" (ang. rzeź­nik) Poole. Swój oso­bliwy i budzący jak naj­gor­sze sko­ja­rze­nia przy­do­mek zawdzię­czał nie tyle meto­dom, któ­rymi się posłu­gi­wał, wyłu­dza­jąc hara­cze od nowo­jor­skich pubów, ile swo­jej wyuczo­nej pro­fe­sji: z zawodu, podob­nie jak jego ojciec, był bowiem rzeź­nikiem i nawet pro­wa­dził rodzinny sklep na Washing­ton Street na dol­nym Man­hat­ta­nie. Z cza­sem jed­nak upodo­bał sobie prze­stęp­czą dzia­łal­ność, w któ­rej nie­rzadko zda­rzało mu się wyko­rzy­sty­wać zawo­dowe, rzeź­nic­kie umie­jęt­no­ści. Sły­nął z wyjąt­kowo spraw­nego posłu­gi­wa­nia się nożem i z upodo­ba­nia do wydłu­by­wa­nia oczu prze­ciw­ni­kom, jak rów­nież tym wła­ści­cie­lom pubów, któ­rzy opor­nie wywią­zy­wali się z obo­wiązku pła­ce­nia mu hara­czu. Zarówno sam Poole, jak i gang Bowery Boys, na czele któ­rego sta­nął na prze­ło­mie lat czter­dzie­stych i pięć­dzie­sią­tych ubie­głego stu­le­cia, byli ści­śle zwią­zani z pro­te­stanc­kim ruchem Know-Nothing, który w tym cza­sie poja­wił się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Bro­wery Boys zacie­kle wal­czyli z ugru­po­wa­niem Dead Rab­bits, wda­jąc się z nim w liczne zatargi i uliczne bija­tyki. Do naj­gor­szej z nich doszło na początku lipca 1857 roku, kiedy człon­ko­wie obu grup starli się na uli­cach Nowego Jorku, a awan­tura prze­ro­dziła się w trwa­jące dwa dni zamieszki, które stop­niowo ogar­nęły całe mia­sto. Ich uczest­nicy na nie­spo­ty­kaną wcze­śniej skalę plą­dro­wali, gra­bili i nisz­czyli mia­sto, a poli­cja miała poważne pro­blemy ze spa­cy­fi­ko­wa­niem obu ugru­po­wań. Był to jed­nak ostatni wyczyn Mar­twych Kró­li­ków, któ­rych gang wkrótce potem zszedł do pod­zie­mia, by z cza­sem zakoń­czyć swoją prze­stęp­czą dzia­łal­ność. W cza­sach współ­cze­snych pamiątką po dzia­łal­no­ści ugru­po­wa­nia jest nowo­jor­ski bar Dead Rab­bit & Grog, miesz­czący się w cen­trum Man­hat­tanu, oraz whi­sky, która poja­wiła się na rynku sto­sun­kowo nie­dawno, bo w 2018 roku.

Hara­cze, wymu­sze­nia i nie­le­galny hazard nie były jedyną dzia­łal­no­ścią pro­wa­dzoną przez irlandz­kie gangi: wyjąt­kowo maka­bryczną prze­stęp­czą branżę wybrały sobie zor­ga­ni­zo­wane bandy hien cmen­tar­nych, któ­rych człon­ko­wie wyko­py­wali z gro­bów zwłoki, by następ­nie sprze­dać je stu­den­tom medy­cyny. Dość oso­bliwą dzia­łal­ność pro­wa­dził gang zwany Day­break Boys, czyli Poranni Chłopcy, który powi­nien nazy­wać się Poran­nymi Smar­ka­czami, bowiem w jego skład wcho­dzili ledwo odro­śli od ziemi irlandzcy chu­li­gani, zatrud­niani w domach roz­pu­sty, powsta­ją­cych w dziel­ni­cach biedy i występku jak grzyby po desz­czu. Nie świad­czyli jed­nak usług żad­nym zwy­rod­nial­com sek­su­al­nym, ale pra­co­wali jako naga­nia­cze, gor­li­wie zachę­ca­jący przy­by­wa­ją­cych do Nowego Jorku mary­na­rzy do sko­rzy­sta­nia z usług płat­nej miło­ści. Zanim jed­nak ama­tor takich uciech dotarł do miej­sca prze­zna­cze­nia, człon­ko­wie gangu spryt­nie opróż­niali jego kie­sze­nie. Innym ugru­po­wa­niem zrze­sza­ją­cym mało­let­nich prze­stęp­ców były Swamp Angels, czyli Bagienne Anioły, któ­rego człon­ko­wie mieli znacz­nie wię­cej wspól­nego z wysłan­ni­kami pie­kieł niż nie­bios. Dzia­ła­jący w jego sze­re­gach nasto­lat­ko­wie, z reguły około dwu­na­sto­letni Irland­czycy, zaj­mo­wali się pozy­ski­wa­niem bydlę­cych kości ze szlamu przy­stani, rynsz­to­ków i kloak. Z pozy­ska­nego w taki, nie­zbyt przy­jemny spo­sób surowca pro­du­ko­wano wów­czas wapno. Ale mło­dzi zwy­rod­nialcy zna­leźli sobie łatwiej­szy spo­sób na zaro­bek - napady rabun­kowe. Naj­pierw jeden z nich napa­dał na upa­trzoną ofiarę, sypiąc jej w oczy popio­łem, co znacz­nie uła­twiało obez­wład­nie­nie deli­kwenta przez jego kom­pa­nów. Wszyst­kich napa­dów doko­ny­wano w rejo­nie wytwórni mydła, miesz­czą­cych się w piw­ni­cach. Obra­bo­wany i wciąż jesz­cze żywy nie­szczę­śnik był spy­chany przez spe­cjalny otwór do piw­nicz­nych mydlarni, a tam jego ciało roz­pusz­czało się w ługu...

Z kolei gang o wdzięcz­nej nazwie Plug Uglies, którą można prze­tłu­ma­czyć jako Plu­gawe Prymki i któ­rego zna­kiem fir­mo­wym były kosmate cylin­dry, w dodatku wypchane watą, mające zła­go­dzić cios pałką zadany przez prze­ciw­nika w trak­cie ulicz­nych bija­tyk, zaj­mo­wał się napa­dami na wędrow­nych sprze­daw­ców i woź­ni­ców. Obsza­rem dzia­łal­no­ści tej bandy były odludne gościńce i przed­mie­ścia, w tym oko­lice na wpół wiej­skiego wów­czas Bro­oklynu. Nie­wielu z tych, któ­rzy na swoje nie­szczę­ście napo­tkali na swej dro­dze Plu­gawe Prymki, uszło z życiem.

W latach sześć­dzie­sią­tych XIX stu­le­cia na scenę wkro­czył irlandzki gang Whyos, który do wcze­snych lat dzie­więć­dzie­sią­tych kon­tro­lo­wał prak­tycz­nie cały Man­hat­tan. Prze­stęp­cza grupa swoją nazwę zawdzię­czała spe­cy­ficz­nemu zawo­ła­niu "Whyoh", nieco przy­po­mi­na­ją­cemu pohu­ki­wa­nie sowy. Gang spe­cja­li­zo­wał się w ulicz­nych rabun­kach, nie­le­gal­nym hazar­dzie, pod­pa­le­niach, wyłu­dze­niach i strę­czy­ciel­stwie, a jego sie­dzibą był salon o wdzięcz­nej nazwie Dry Dol­lar, skąd prze­nie­śli się do spe­luny miesz­czą­cej się na nowo­jor­skiej ulicy Bowery i zwa­nej potocz­nie The Mor­gue - kost­nica. Nazwa jak naj­bar­dziej uza­sad­niona, bowiem zale­d­wie w cza­sie kilku lat lokal był widow­nią 100 zabójstw, doko­na­nych w trak­cie strze­la­nin i bija­tyk urzą­dza­nych przez pod­chmie­lo­nych gang­ste­rów. Bez wąt­pie­nia naj­więk­szą gwiazdą gangu był Johnny Dolan zwany Dan­dy­sem ze względu na zawa­diacką fry­zurę z kosmy­kiem na czole usztyw­nio­nym łojem, jak rów­nież ze względu na swoje zami­ło­wa­nie do ele­ganc­kich lasek, obo­wiąz­kowo z mał­pią główką. Prze­stępca sły­nął nie tylko z wyjąt­ko­wej bru­tal­no­ści, ale także z oso­bli­wej broni, będą­cej "wyna­laz­kiem" jego autor­stwa: wide­łek z mosią­dzu nakła­da­nych na wielki palec, któ­rymi ten zwy­rod­nia­lec wydłu­by­wał wro­gom oczy. Skoń­czył tak, jak na to zasłu­żył: 21 kwiet­nia 1876 roku zawisł na szu­bie­nicy w nowo­jor­skim wię­zie­niu, prze­żyw­szy zale­d­wie 26 lat. Nawia­sem mówiąc, zgu­biło go zami­ło­wa­nie do lasek z mał­pią główką, bo m.in. ten szcze­gół zapa­mię­tał napad­nięty i obra­bo­wany przez niego kupiec James H. Noe. Ciężko ranny męż­czy­zna zmarł po kilku dniach od napadu, ale zdą­żył podać poli­cji dokładny ryso­pis sprawcy, który uży­wał wła­śnie takiej laski. A to napro­wa­dziło poli­cję na trop Dan­dysa.

Kiedy kat zakła­dał pętlę na szyję Dolana, gang, do któ­rego wcze­śniej nale­żał, prze­ży­wał roz­kwit swo­jej dzia­łal­no­ści. Prze­wo­dził mu wów­czas Mike McGloin, który wpro­wa­dził do ugru­po­wa­nia zwy­czaj swego rodzaju "prze­stęp­czych usług" na zle­ce­nie. Opra­co­wał nawet spe­cjalny cen­nik, zgod­nie z któ­rym za mor­der­stwo trzeba było zapła­cić co naj­mniej 100 dola­rów, za odcię­cie ucha - 15 dola­rów, strzał w nogę kosz­to­wał 20 dola­rów, dźgnię­cie nożem nato­miast, ale nie­po­wo­du­jące śmierci - 22 dolary. Sto­sun­kowo tanie było poła­ma­nie nosa i szczęki, za które nale­żało uiścić opłatę w wyso­ko­ści sie­dem dola­rów, zaś ośle­pie­nie kosz­to­wało zale­d­wie trzy dolary... Za sprawą poczy­nań McGlo­ina gang Whyos osią­gnął tak wysoką pozy­cję w nowo­jor­skim prze­stęp­czym świe­cie, że wszy­scy inni zło­czyńcy dzia­ła­jący w mie­ście musieli sta­rać się o jego pozwo­le­nie na pro­wa­dze­nie swego pro­ce­deru w Nowym Jorku. Kres pano­wa­nia ugru­po­wa­nia zakoń­czył się po śmierci przy­wódcy, który podob­nie jak Dan­dys, skoń­czył swój nędzny żywot na szu­bie­nicy 23 stycz­nia 1888 roku. Pozba­wione sil­nego kie­row­nic­twa ugru­po­wa­nie stop­niowo pod­upa­dało, by ustą­pić miej­sca rosną­cemu w siłę gan­gowi East­mana, na czele któ­rego stał żydow­ski prze­stępca, Monk (Mnich) East­man. Zanim jed­nak opo­wiemy histo­rię zało­żo­nego prze­zeń gangu, musimy poświę­cić nieco miej­sca sko­rum­po­wa­nym nowo­jor­skim poli­ty­kom z Tam­many Hall.

Tammany Hall - osobliwy sojusz polityków i gangsterów

12 maja 1789 roku, a więc zale­d­wie kilka dni po inau­gu­ra­cji pre­zy­den­tury Geo­rge'a Washing­tona, nowo­jor­scy dzia­ła­cze Par­tii Demo­kra­tycz­nej zare­je­stro­wali zało­żone trzy lata wcze­śniej sto­wa­rzy­sze­nie Tam­many Society, znane także jako Society of St. Tam­many, Sons of St. Tam­many czy wresz­cie Colum­bian Order, ale powszech­nie znane jako Tam­many Society, a z cza­sem Tam­many Hall. Ta ostat­nia nazwa, pod którą sto­wa­rzy­sze­nie figu­ruje obec­nie we wszel­kiego rodzaju lek­sy­ko­nach i ency­klo­pe­diach - począw­szy od sza­cow­nej Encyc­lo­pa­edia Bri­tan­nica, a na inter­ne­to­wej Wiki­pe­dii skoń­czyw­szy - wywo­dzi się od jego sie­dziby: budynku zbu­do­wa­nego w latach trzy­dzie­stych XIX wieku przy East Street 14. Sto­wa­rzy­sze­nie powstało w Nowym Jorku z ini­cja­tywy Wil­liama Mooneya, nowo­jor­skiego zamoż­nego tapi­cera, który wystą­pił z pro­po­zy­cją zało­że­nia ugru­po­wa­nia demo­kra­tycz­nego. Miało ono być swego rodzaju sto­wa­rzy­sze­niem poli­tycz­nym repre­zen­tu­ją­cym ame­ry­kań­ską klasę śred­nią i sto­ją­cym w opo­zy­cji do Par­tii Fede­ra­li­stycz­nej, zdo­mi­no­wa­nej przez ofi­ce­rów o poglą­dach monar­chi­stycz­nych.

Dziwny, pierw­szy człon nazwy tego sto­wa­rzy­sze­nia, które było swego rodzaju klu­bem poli­tycz­nym, a przy­naj­mniej miało nim być, wywo­dzi się od indiań­skiego wodza z ple­mie­nia Lenape, Tama­nenda, który prze­szedł do histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych za sprawą pod­pi­sa­nia w 1682 roku trak­tatu poko­jo­wego z angiel­skim kwa­krem Wil­lia­mem Pen­nem, zało­ży­cie­lem Pen­syl­wa­nii. Był to okres poko­jo­wego współ­ist­nie­nia tubyl­ców z kolo­ni­za­to­rami z Europy, zupeł­nie wyjąt­kowy w histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Nawia­sem mówiąc, człon­ko­wie sto­wa­rzy­sze­nia, chcąc pod­kre­ślić jego naro­dowy cha­rak­ter, nada­wali sobie tytuły zapo­ży­czone od rdzen­nych Ame­ry­ka­nów: jego przy­wódca mie­nił się zatem wiel­kim wodzem (ang. grand sachem) i był wybie­rany spo­mię­dzy pomniej­szych przy­wód­ców ugru­po­wa­nia, zwa­nych wodzami. Począt­kowo człon­ko­wie sto­wa­rzy­sze­nia nie mieli zbyt wiel­kich ambi­cji poli­tycz­nych, co zmie­niło się, kiedy na jego czele sta­nął nowo­jor­ski praw­nik, a zara­zem współ­za­ło­ży­ciel Par­tii Demo­kra­tyczno-Repu­bli­kań­skiej, Aaron Burr, który w 1800 roku omal nie został pre­zy­den­tem. Prze­gry­wa­jąc walkę o ten urząd z Tho­ma­sem Jef­fer­so­nem, musiał zado­wo­lić się funk­cją wice­pre­zy­denta, którą spra­wo­wał w latach 1801-1805. Za jego sprawą konek­sje poli­tyczne sto­wa­rzy­sze­nia rosły i wkrótce stało się ono wpły­wową orga­ni­za­cją par­tyjną demo­kra­tów z Nowego Jorku.

Poli­tycy zrze­szeni w Tam­many Hall z cza­sem prze­jęli realne rządy w mie­ście i prak­tycz­nie nie wypu­ścili ich z rąk do lat sześć­dzie­sią­tych ubie­głego stu­le­cia. Począt­kowo kon­trola sto­wa­rzy­sze­nia doty­czyła prze­biegu wybo­rów w Nowym Jorku, ale z cza­sem objęła także inne dzie­dziny. Jego człon­ko­wie decy­do­wali o obsa­dzie naj­waż­niej­szych sta­no­wisk w mie­ście, roz­dziale fun­du­szy miej­skich, orga­ni­za­cji wszel­kiego rodzaju prze­tar­gów, jak rów­nież ich wyni­kach. Bez ich zgody i popar­cia nikt nie mógł nawet liczyć na przy­zna­nie kon­ce­sji. Trzeźwo patrzący na życie poli­tycy z Par­tii Demo­kra­tycz­nej, spad­ko­bier­czyni roz­wią­za­nej w 1825 roku Par­tii Demo­kra­tyczno-Repu­bli­kań­skiej, szybko dostrze­gli siłę tkwiącą w lawi­nowo napły­wa­ją­cych do Nowego Jorku imi­gran­tach. A zamieszki, które wybu­chły w mie­ście w 1863 roku, aż nadto dowio­dły, że napły­wowa lud­ność to bar­dzo nie­bez­pieczny żywioł. Przy­czyną wspo­mnia­nych roz­ru­chów była uchwa­lona w cza­sach wojny sece­syj­nej 1 Ustawa kon­skryp­cyjna, na mocy któ­rej roz­po­częto nabór do wojsk Unii mło­dych męż­czyzn, w wieku od 20 do 45 lat, przy czym można się było wyku­pić od tego obo­wiązku, wpła­ca­jąc do unij­nej kasy kwotę 300 dola­rów. Ponie­waż biedni przy­by­sze z Europy mogli jedy­nie poma­rzyć o takich pie­nią­dzach i nie stać ich było na wyku­pie­nie się od służby, to głów­nie mło­dzi imi­granci mieli zasi­lić sze­regi armii. Pro­blem pole­gał jed­nak na tym, że więk­szość przy­by­szów z Europy nie miała poję­cia, o co tak naprawdę cho­dzi w woj­nie mię­dzy Pół­nocą a Połu­dniem. Na domiar złego, sam Abra­ham Lin­coln nie cie­szył się sym­pa­tią ani tym bar­dziej popar­ciem nowo­jor­czy­ków, któ­rzy miesz­kali tu od poko­leń.

Decy­zja o przy­mu­so­wym pobo­rze wywo­łała naj­więk­szy sprze­ciw w śro­do­wi­sku imi­gran­tów z Irlan­dii, któ­rzy dzięki sta­ra­niom poli­ty­ków z Tam­many Hall, jako osoby wła­da­jące bie­gle języ­kiem angiel­skim, zostali uznani za peł­no­praw­nych oby­wa­teli pań­stwa, z pra­wem do gło­so­wa­nia. Wkrótce oka­zało się jed­nak, że ozna­cza to także wcie­le­nie do woj­ska i walkę na woj­nie, która nic a nic Irland­czy­ków nie obcho­dziła. Wie­dzieli jedy­nie, że Lin­coln zamie­rza wyzwo­lić czar­no­skó­rych nie­wol­ni­ków, któ­rzy staną się dla nich poten­cjalną kon­ku­ren­cją na rynku pracy. W lipcu 1863 roku nie­za­do­wo­le­nie imi­gran­tów się­gnęło zenitu i dopro­wa­dziło do wybu­chu w robot­ni­czych kwar­ta­łach mia­sta krwa­wych zamie­szek, które roz­po­częły się jede­na­stego dnia tego mie­siąca. Roz­wście­czona tłusz­cza plą­dro­wała sklepy, demo­lo­wała i paliła budynki pań­stwowe oraz inne. Kiedy pra­cow­nicy hotelu Bull's Head odmó­wili pro­te­stu­ją­cym wyda­nia alko­holu, ci puścili hotel z dymem. Ale nie był on jedyną budowlą, która spło­nęła za sprawą bun­tow­ni­ków. Pod­pa­lili także rezy­den­cję w Pią­tej Alei oraz komi­sa­riaty poli­cji Ósmego i Pią­tego Dys­tryktu. Pożary wybu­chały też w innych miej­scach i nowo­jor­scy stra­żacy mieli pełne ręce roboty. Co gor­sza, gniew roz­wście­czo­nej gawie­dzi obró­cił się prze­ciwko, Bogu ducha win­nym, czar­no­skó­rym i kolo­ro­wym miesz­kań­com Nowego Jorku, a to z kolei dopro­wa­dziło do pogromu na tle raso­wym. Męż­czyzn wie­szano na oko­licz­nych drze­wach, kobiety mor­do­wano, nato­miast wszyst­kie kolo­rowe dzieci, które wpa­dły w ręce bun­tow­ni­ków, zostały zatłu­czone na śmierć pał­kami. O mały włos nie pod­pa­lono ochronki dla czar­no­skó­rych sie­rot z jej miesz­kań­cami w środku, ale na szczę­ście poli­cji udało się powstrzy­mać bun­tow­ni­ków na tyle długo, by zor­ga­ni­zo­wać ewa­ku­ację małych pen­sjo­na­riu­szy i per­so­nelu pla­cówki. Miej­scowe siły porząd­kowe i poli­cja zupeł­nie nie umiały pora­dzić sobie z bun­tem, a sytu­acja uspo­ko­iła się dopiero po przy­by­ciu do Nowego Jorku kilku regi­men­tów gene­rała Meada, które zostały ścią­gnięte z frontu. Dopiero ich inter­wen­cja przy­wró­ciła ład i porzą­dek na uli­cach mia­sta. Nie bez zna­cze­nia było wygło­sze­nie prze­mowy przez guber­na­tora Hora­tio Sey­mo­ura, który ze stopni ratu­sza obwie­ścił wszem wobec, że ustawa o pobo­rze jest nie­zgodna z kon­sty­tu­cją, a pobór zosta­nie zawie­szony. Sytu­acja stop­niowo się uspo­ka­jała, ale do ostat­nich starć doszło jesz­cze 16 lipca wie­czo­rem i w ich wyniku życie stra­ciło aż 12 osób.

Do dziś nie udało się osza­co­wać dokład­nej liczby ofiar krwa­wych nowo­jor­skich zamie­szek, zwłasz­cza po stro­nie Afro­ame­ry­ka­nów. Zda­niem histo­ryka Jamesa McPher­sona życie stra­ciło wów­czas 120 cywi­lów i przy­naj­mniej 11 czar­no­skó­rych miesz­kań­ców mia­sta, nato­miast Her­bert Asbury, autor książki z 1928 roku Gangi Nowego Jorku, na pod­sta­wie któ­rej w 2002 roku Mar­tin Scor­sese nakrę­cił swój słynny film, podaje znacz­nie więk­szą liczbę ofiar. Według niego w zamiesz­kach zgi­nęło aż 2 tysiące osób, a kolejne 8 tysięcy zostało ran­nych. Z całą pew­no­ścią nato­miast w trak­cie roz­ru­chów spło­nęło 50 budyn­ków, w tym dwa kościoły pro­te­stanc­kie. Tak czy ina­czej, bunt prze­ciwko pobo­rowi, któ­rego widow­nią był Nowy Jork, osta­tecz­nie prze­ko­nał poli­ty­ków z Tam­many Hall do szu­ka­nia zwo­len­ni­ków wśród spo­łecz­no­ści imi­gran­tów. A to spra­wiło, że kiedy w następ­nym mie­siącu ponow­nie przy­stą­piono do poboru, wielu boga­tych człon­ków sto­wa­rzy­sze­nia posta­no­wiło pomóc ubo­gim pobo­ro­wym, któ­rzy wywo­dzili się z imi­gra­cji irlandz­kiej, wpła­ca­jąc w imie­niu czę­ści z nich po 300 dola­rów. To był pierw­szy pojed­naw­czy gest ze strony Tam­many Hall wobec napły­wo­wej lud­no­ści. Z cza­sem nowo­jor­skie sto­wa­rzy­sze­nie oto­czyło lojalne wobec zrze­szo­nych w nim poli­ty­ków grupy etniczne nie­spo­ty­kaną wcze­śniej opieką socjalną, a przy oka­zji zapew­niło także dys­kretną ochronę lokal­nym gang­ste­rom. A przy­chyl­ność prze­stęp­ców była nie do prze­ce­nie­nia, bowiem więk­szość zamoż­nych człon­ków sto­wa­rzy­sze­nia było wła­ści­cie­lami, bądź jedy­nie cichymi pro­tek­to­rami, lokali na tere­nie Ten­der­loin District, która była niczym innym jak tylko kon­tro­lo­waną przez wła­dzę dziel­nicą występku, gdzie kwi­tła pro­sty­tu­cja i hazard. I ktoś musiał chro­nić te nie­cne przy­bytki nale­żące do pro­mi­nent­nych poli­ty­ków, dla­tego to wła­śnie gang­ste­rom powie­rzano lukra­tywne posady inka­sen­tów i porząd­ko­wych, a całym gan­gom zle­cano ochronę poszcze­gól­nych lokali, bo na sko­rum­po­waną do cna poli­cję nie było co liczyć. Ist­nie­nie para­sola ochron­nego, który Tam­many Hall roz­ta­czał nad nowo­jor­skimi gan­gami, było tajem­nicą poli­szy­nela, a samo sto­wa­rzy­sze­nie stało się dla nowo­jor­czy­ków syno­ni­mem korup­cji i pro­tek­cjo­ni­zmu poli­tycz­nego. Już na początku lat sie­dem­dzie­sią­tych XIX wieku nowo­jor­ska prasa ujaw­niła wielką aferę korup­cyjną Wil­liama Marcy'ego Twe­eda, który w latach 1865-1871 wypro­wa­dził z kasy publicz­nej wręcz nie­wy­obra­żalną dla prze­cięt­nych Ame­ry­ka­nów kwotę 30 milio­nów dola­rów, acz­kol­wiek nie­które źró­dła mówią o 200 milio­nach...

Jeden z naj­bar­dziej zna­nych człon­ków tego sza­cow­nego sto­wa­rzy­sze­nia, a zara­zem sena­tor stanu Nowy Jork, Timo­thy D. Sul­li­van zasły­nął jako twórca tzw. ustawy Sul­li­vana, uchwa­lo­nej przez wła­dze sta­nowe w 1911 roku. Ustawa wpro­wa­dziła nakaz posia­da­nia licen­cji dla wszyst­kich posia­da­czy broni pal­nej. Wcze­śniej prawo dopusz­czało posia­da­nie tako­wej broni, ale wystar­cza­jąco małej, by można ją było ukryć, cho­ciażby w kie­szeni. Jej posia­da­nie w miej­scach publicz­nych uzna­wane było odtąd za prze­stęp­stwo, a nie jak wcze­śniej, za wykro­cze­nie. Za prze­stęp­stwo uznano także sprze­daż przed­mio­tów uzna­nych za nie­bez­pieczne, począw­szy od kijów bejs­bo­lo­wych, a na wor­kach z pia­skiem koń­cząc. Ich sprze­daż mogły pro­wa­dzić wyłącz­nie kon­ce­sjo­no­wane punkty sprze­daży. Mogłoby się wyda­wać, że uchwa­lone za sprawą Sul­li­vana prawo było wymie­rzone w prze­stęp­ców i nie­le­gal­nych han­dla­rzy, i czę­ściowo rze­czy­wi­ście tak było, bowiem dzięki temu znacz­nie ogra­ni­czono dostęp do broni pal­nej. Każdy, komu zama­rzyło się posia­da­nie broni krót­kiej, musiał sto­czyć praw­dziwą bata­lię z urzęd­ni­czą i poli­cyjną biu­ro­kra­cją, a for­mal­no­ści cią­gnęły się ponad rok. Zara­zem jed­nak, ponie­waż nowe prze­pisy nie pre­cy­zo­wały kry­te­riów przy­zna­wa­nia kon­ce­sji, otrzy­ma­nie licen­cji na broń było odtąd zależne wyłącz­nie od dobrej lub złej woli urzęd­nika, któ­rego można było prze­cież oszu­kać lub po pro­stu prze­ku­pić. Nawia­sem mówiąc, nowo­jor­scy poli­cjanci, z któ­rych więk­szość sie­działa w kie­szeni Sul­li­vana, noto­rycz­nie pod­rzu­cali broń jego poli­tycz­nym prze­ciw­ni­kom. A on sam w wywia­dach pra­so­wych obłud­nie powta­rzał, że woli widzieć, jak ktoś idzie do wię­zie­nia na trzy lata, tyle bowiem wyno­siła kara za nie­le­galne posia­da­nie broni, niż potem oglą­dać kolejną egze­ku­cję na krze­śle elek­trycz­nym. Wpro­wa­dze­nie ustawy by­naj­mniej nie ogra­ni­czyło prze­stęp­czo­ści w Nowym Jorku, bo broń pozy­ski­wano nie­le­gal­nymi kana­łami i prze­stępcy na­dal pro­wa­dzili swoją dzia­łal­ność. Doszło nawet do tego, że zale­d­wie rok póź­niej pre­zesi kil­ku­na­stu naj­więk­szych ame­ry­kań­skich towa­rzystw ubez­pie­cze­nio­wych, któ­rzy sami padli ofiarą napa­dów z bro­nią w ręku w okre­sie dwu­na­stu mie­sięcy po wpro­wa­dze­niu ustawy, wezwali wła­dze do natych­mia­sto­wego jej odwo­ła­nia, uzna­jąc ją za prawny bubel. Zda­niem wielu nowe prawo nie prze­szko­dziło w niczym dzia­łal­no­ści gang­ste­rów, a jedy­nie ją wspo­ma­gało. Jak zauwa­żał jeden z ame­ry­kań­skich dzien­ni­ka­rzy, Henry Louis Menc­ken, w arty­kule zamiesz­czo­nym na łamach prasy 14 lat po wpro­wa­dze­niu ustawy Sul­li­vana, Nowy Jork stał się ist­nym "rajem dla wła­my­wa­czy, pory­wa­czy, ban­dy­tów i wszel­kiej maści kry­mi­na­li­stów. Z dłońmi na kol­bach pisto­le­tów mogą być pewni swego bez­pie­czeń­stwa. Ani jedna na sto ofiar ich napa­ści nie jest uzbro­jona, ponie­waż uzy­ska­nie licen­cji na posia­da­nie rewol­weru sta­nowi prze­szkodę trudną do poko­na­nia, zaś nosze­nie broni bez pozwo­le­nia jest groź­niej­sze dla zdro­wia niż para­nie się roz­bo­jem. Ban­dyci z bro­nią czują się zatem świet­nie, za co pokor­nie dzię­kują Bogu, i (...) szcze­rze i jed­no­myśl­nie popie­rają wysiłki wymiaru spra­wie­dli­wo­ści"7.

Gwoli spra­wie­dli­wo­ści należy jed­nak dodać, że Tam­many Hall ma na swoim kon­cie spore zasługi dla roz­woju mia­sta. Dzięki sto­wa­rzy­sze­niu Nowy Jork wzbo­ga­cił się nie tylko o dosko­nale funk­cjo­nu­jące metro, ale także mosty i tunele, które spi­nały wyspę Man­hat­tan ze sta­łym lądem, oraz pierw­sze wie­żowce. Poli­tycy ze sto­wa­rzy­sze­nia mieli rów­nież nie­mały udział w utwo­rze­niu Wiel­kiego Nowego Jorku, za sprawą przy­łą­cze­nia do niego 1 stycz­nia 1898 roku czte­rech sąsied­nich miast: Bro­oklynu, Queens, Bronksu i Rich­mondu (Sta­ten Island).

Poli­tycy Tam­many Hall chęt­nie korzy­stali z usług nowo­jor­skich gan­gów. Sytu­acja ule­gła zmia­nie, kiedy wraz z wpro­wa­dze­niem pro­hi­bi­cji w 1920 roku tra­dy­cyjne gangi zastą­piła mafia, prze­stęp­cza orga­ni­za­cja zor­ga­ni­zo­wana na wzór woj­skowy. Jej przy­wódcy, sto­jący na czele pręż­nie zor­ga­ni­zo­wa­nych i dosko­nale funk­cjo­nu­ją­cych struk­tur, dys­po­no­wali wręcz nie­ogra­ni­czo­nymi zaso­bami finan­so­wymi, dla­tego nie musieli wku­py­wać się w łaski poli­ty­ków, świad­cząc im swoje nie­le­galne usługi. I wów­czas role się odwró­ciły: to nie poli­tycy wysłu­gi­wali się prze­stęp­cami, ale mafiosi poli­ty­kami, finan­su­jąc, w zamian za póź­niej­sze korzy­ści, ich kam­pa­nie wybor­cze.

Monk Eastman - gangster kochający zwierzęta

Kiedy w 1908 roku komen­dant nowo­jor­skiej poli­cji Tho­mas Gin­gham opu­bli­ko­wał ofi­cjalny raport, zgod­nie z któ­rym połowę prze­stęp­ców dzia­ła­ją­cych na tere­nie mia­sta sta­no­wili Żydzi, żydow­ska spo­łecz­ność Nowego Jorku zare­ago­wała obu­rze­niem. I trudno się dzi­wić sta­rym żydow­skim rodzi­nom, skoro w kra­jach, z któ­rych pocho­dzili, ucho­dzili za spo­łecz­ność prze­strze­ga­jącą prawa. Ponadto ze wszyst­kich grup etnicz­nych poszu­ku­ją­cych szczę­ścia w Nowym Świe­cie Żydzi, masowo przy­by­wa­jący do USA na prze­ło­mie XIX i XX stu­le­cia, znaj­do­wali się w sto­sun­kowo korzyst­nej sytu­acji. W okre­sie od 1881 do 1914 roku do USA przy­je­chały prze­szło 2 miliony żydow­skich emi­gran­tów, prze­waż­nie z Europy Wschod­niej, zwłasz­cza z Impe­rium Rosyj­skiego, skąd wygnały ich prze­śla­do­wa­nia władz. Przy­by­wa­jący do Nowego Jorku Żydzi w prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści umieli czy­tać i pisać, poza tym spo­łecz­ność żydow­ska w Euro­pie zaj­mo­wała głów­nie mia­sta, zatem jej człon­ko­wie bły­ska­wicz­nie odna­leźli się w Nowym Jorku. Nie bez zna­cze­nia był fakt, że od poko­leń parali się han­dlem lub rze­mio­słem, a co bar­dziej przed­się­bior­czy trud­nili się udzie­la­niem poży­czek. Co wię­cej, zma­ga­nia z prze­śla­do­wa­niami i wybu­cha­ją­cymi co jakiś czas w poszcze­gól­nych pań­stwach Sta­rego Kon­ty­nentu pogro­mami w pewien spo­sób uod­por­niły ich na trudy i pro­blemy, które cze­kały ich w nowym pań­stwie. Nawet naj­bied­niejsi żydow­scy imi­granci z powo­dze­niem zara­biali na życie jako krawcy, dla­tego Żydzi naj­szyb­ciej i naj­sku­tecz­niej wto­pili się w życie roz­ra­sta­ją­cego się mia­sta. Pod tym wzglę­dem mieli bez wąt­pie­nia prze­wagę nad imi­gran­tami z Włoch czy Irlan­dii, w więk­szo­ści wywo­dzą­cymi się z wiej­skich śro­do­wisk.

A jed­nak raport Gin­ghama nie kła­mał, bowiem o ile w 1886 roku Żydzi byli spraw­cami zale­d­wie 4 pro­cent cięż­kich prze­stępstw popeł­nia­nych na tere­nie Nowego Jorku, o tyle osiem lat póź­niej połowę pen­sjo­na­riu­szy naj­cięż­szych nowo­jor­skich zakła­dów kar­nych sta­no­wili wła­śnie człon­ko­wie narodu wybra­nego. Jak się oka­zuje, część Żydów rze­czy­wi­ście zna­la­zła swoje miej­sce w nowo­jor­skim pół­światku. Tere­nem dzia­łal­no­ści żydow­skich gan­gów, które począt­kowo funk­cjo­no­wały wyłącz­nie na łonie wła­snej wspól­noty, była dziel­nica Lower East Side, a ich spe­cjal­no­ścią było wymu­sza­nie hara­czy i orga­ni­zo­wa­nie pro­sty­tu­cji, z cza­sem jed­nak zabrali się za bar­dzo zyskowny pro­ce­der, jakim było pod­pa­la­nie obiek­tów na zle­ce­nie ich wła­ści­cieli w celu uzy­ska­nia pie­nię­dzy z polisy. Ten pro­ce­der nazy­wano wręcz "żydow­skim gro­mem".

Z cza­sem żydow­scy ban­dyci zna­leźli praw­dzi­wego przy­wódcę. Pod jego egidą stwo­rzono pręż­nie dzia­ła­jącą orga­ni­za­cję prze­stęp­czą, która roz­pra­wiła się ze wszyst­kimi innymi gan­gami sta­rej daty. Nie wszyst­kie zostały jed­nak zmie­cione z powierzchni ziemi, bowiem znaczna część zna­nych band, w rodzaju Mar­twych Kró­li­ków i Bowery Boys, dosłow­nie wto­piła się w ugru­po­wa­nie Monka East­mana, bo wła­śnie tak nazy­wał się ów przy­wódca. Przy oka­zji zerwano z wcze­śniej­szą zasadą pro­wa­dze­nia prze­stęp­czej dzia­łal­no­ści na łonie wła­snej wspól­noty, gang East­mana był bowiem przed­się­wzię­ciem zrze­sza­ją­cym ludzi róż­nego pocho­dze­nia, acz­kol­wiek próżno byłoby wśród jego człon­ków szu­kać Afro­ame­ry­ka­nów.

Kariera Monka East­mana, a w zasa­dzie Edwarda Oster­mana, tak bowiem brzmiało nazwi­sko jed­nego z naj­słyn­niej­szych nowo­jor­skich gang­ste­rów, zaczęła się na początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych XIX wieku dość nie­win­nie: od sta­rań o posadę wyki­dajły w jed­nej z nowo­jor­skich spe­lu­nek - New Irving Hall, taniej tanc-budzie Ten­der­loin District. Dzie­więt­na­sto­letni wów­czas osi­łek, wielu koja­rzący się wręcz z gory­lem, spo­tkał się począt­kowo z odmową, ale kiedy dowiódł swo­ich kom­pe­ten­cji - chwy­cił dwóch pra­cu­ją­cych już w owej tanc­bu­dzie siła­czy i dosłow­nie zamiótł nimi pod­łogę, nie­zbyt się przy tym wysi­la­jąc - prze­ko­nał do sie­bie wszyst­kich widzów tego zda­rze­nia. Z cza­sem sława osiłka obie­gła cały Nowy Jork, docie­ra­jąc także do światka prze­stęp­czego, który wchło­nął mło­dego chło­paka. Nikt jed­nak się nie spo­dzie­wał, że ten pozor­nie zabawny młody jego­mość o krzy­wych nogach, zawsze noszący na jajo­wa­tej gło­wie, osa­dzo­nej na krót­kiej szyi, nieco przy­mały kape­lusz, sta­nie się jed­nym z naj­słyn­niej­szych nowo­jor­skich gang­ste­rów, a zało­żony przez niego gang usu­nie w cień wszyst­kie grupy prze­stęp­cze dzia­ła­jące na tere­nie Nowego Jorku. Było to tym bar­dziej nie­wia­ry­godne, że Oster­man nie paso­wał do reszty towa­rzy­stwa spod ciem­nej gwiazdy, gdyż wywo­dził się z sza­no­wa­nej i zamoż­nej żydow­skiej rodziny. Jego ojciec, wła­ści­ciel dosko­nale pro­spe­ru­ją­cych deli­ka­te­sów w Bro­okly­nie, bądź jak chce Jorge Luis Bor­ges, autor Powszech­nej histo­rii nik­czem­no­ści, koszer­nej restau­ra­cji, w któ­rej sto­ło­wali się nowo­jor­scy rabini, będąc świa­do­mym prze­stęp­czych inkli­na­cji syna, posta­no­wił zapew­nić mu legalne źró­dło zarobku i kupił dla niego sklep z domo­wym ptac­twem.

Mło­dzie­niec, który wręcz uwiel­biał zwie­rzęta, był bar­dzo zado­wo­lony z takiego obrotu sprawy, pro­blem pole­gał jed­nak na tym, że nie zamie­rzał znaj­du­ją­cych się w skle­pie pta­ków nikomu sprze­da­wać, gdyż bar­dzo szybko się do nich przy­wią­zał. Nie­jed­no­krot­nie widy­wano go spa­ce­ru­ją­cego z jakimś gołę­biem bądź innym skrzy­dla­tym przy­ja­cie­lem na ramie­niu. Po latach, kiedy był już nie­kwe­stio­no­wa­nym kró­lem nowo­jor­skich gang­ste­rów, otwo­rzył kolejny sklep, w któ­rym obok jego uko­cha­nych pta­ków, w tym czte­ry­stu gołębi, zna­la­zło się miej­sce dla stu raso­wych kotów. Oczy­wi­ście nie na sprze­daż. Z cza­sem sąsie­dzi pose­sji sąsia­du­ją­cych z owym oso­bli­wym skle­pem przy­zwy­cza­ili się do widoku jego wła­ści­ciela spa­ce­ru­ją­cego z jed­nym uszczę­śli­wio­nym kotem na rękach i cze­redą pozo­sta­łych posłusz­nie podą­ża­jącą za swoim panem.

Oster­man pra­co­wał we wspo­mnia­nej tanc­bu­dzie do 1899 roku. W tym cza­sie udało mu się spra­wić, że wła­ści­ciel lokalu nie poża­ło­wał decy­zji o zatrud­nie­niu tego nieco pokracz­nego mło­dego męż­czy­zny. Wyki­dajło budził respekt już samym wyglą­dem i spoj­rze­niem, a wszyst­kich, na któ­rych nie robiło to wra­że­nia, dopro­wa­dzał do porządku za pomocą kija bejs­bo­lo­wego. Za każ­dym razem, kiedy udało mu się spa­cy­fi­ko­wać jakie­goś nie­szczę­śnika, zazna­czał na kiju sto­sowne nacię­cie. Pew­nego dnia jed­nak pozba­wił nim przy­tom­no­ści zupeł­nie spo­koj­nego klienta, sie­dzą­cego nad kuflem piwa. Jak potem tłu­ma­czył, bra­ko­wało mu tylko jed­nego nacię­cia do peł­nej pięć­dzie­siątki.

Z cza­sem jed­nak posada wyki­dajły prze­stała mu wystar­czać i, dzia­ła­jąc pod pseu­do­ni­mem Monk East­man, zaan­ga­żo­wał się w prze­stęp­czą dzia­łal­ność pole­ga­jącą na wyko­ny­wa­niu na zle­ce­nie pobić lub mor­derstw. Jego usługi do tanich nie nale­żały - za roz­wa­le­nie komuś głowy lub zma­sa­kro­wa­nie ucha liczył sobie 5 dola­rów, 19 kosz­to­wało zła­ma­nie ręki lub nogi, nato­miast za 25 dola­rów można było u niego zamó­wić postrzał w nogę lub dźgnię­cie nożem, a kiedy w grę wcho­dziło zaka­to­wa­nie ofiary na śmierć lub po pro­stu jej zabi­cie, zle­ce­nio­dawca musiał wybu­lić co naj­mniej 100 dola­rów. A chęt­nych nie bra­ko­wało. Co wię­cej, usługi East­mana cie­szyły się takim popy­tem, że oddział ura­zowy nowo­jor­skiego szpi­tala Bel­le­vue, dokąd tra­fiały jego ofiary, o ile oczy­wi­ście prze­żyły spo­tka­nie z Mon­kiem, potocz­nie nazy­wano East­man Pavil­lon - pawi­lo­nem East­mana. Jak się oka­zuje, o ile osi­łek bar­dzo łagod­nie obcho­dził się ze swymi skrzy­dla­tymi i czwo­ro­noż­nymi przy­ja­ciółmi, o tyle skrzyw­dze­nie przed­sta­wi­cieli wła­snego gatunku przy­cho­dziło mu zadzi­wia­jąco łatwo. Kie­ro­wał się jed­nak pew­nymi zasa­dami: z dumą mawiał, że ni­gdy nie pod­bił oka żad­nej kobie­cie, nie zdjąw­szy uprzed­nio z dłoni kastetu, żad­nej też ni­gdy nie zdzie­lił pałką, nawet jeżeli go do tego spro­wo­ko­wała swoim zacho­wa­niem. Krótko mówiąc, dżen­tel­men w każ­dym calu!

East­man nie­wąt­pli­wie był obda­rzony nie tylko zwa­li­stą posturą, zwie­rzęcą siłą i przy­wo­dzącą na myśl pysk goryla powierz­chow­no­ścią, ale także jakąś cha­ry­zmą, skoro przy­cią­gał do sie­bie pod­rzęd­nych prze­stęp­ców z całego Nowego Jorku. W efek­cie miał do dys­po­zy­cji aż tysiąc dwie­ście goto­wych na wszystko, zabi­ja­ków, któ­rzy wywo­dzili się nie tylko spo­śród spo­łecz­no­ści żydow­skiej. Bez naj­mniej­szego pro­blemu zjed­no­czył pod swoim przy­wódz­twem szu­mo­winy pęta­jące się bez celu po uli­cach i prze­sia­du­jące w spe­lu­nach, ale także gang­ste­rów spod znaku Mar­twych Kró­li­ków czy Bowery Boys, two­rząc z nich karną i zdy­scy­pli­no­waną armię zbi­rów. Z ich pomocą zapew­niał "ochronę" wła­ści­cie­lom melin i domów roz­pu­sty czy nie­le­gal­nych szu­lerni, jak rów­nież pro­mi­nent­nym poli­ty­kom spod znaku Tam­many Hall, a pro­wa­dzony przez niego gang, obok kon­ku­ren­cyj­nej bandy Kelly'ego, stał się ich zbroj­nym ramie­niem. Korzy­stano z jego usług nawet przy oka­zji wybo­rów muni­cy­pal­nych, zle­ca­jąc mu ochronę komi­te­tów wybor­czych, naj­czę­ściej jed­nak wysłu­gi­wano się jego gan­giem w zwal­cza­niu poli­tycz­nych kon­ku­ren­tów z wyko­rzy­sta­niem metod, któ­rymi poli­tycy z ratu­sza, jako dżen­tel­meni z krwi i kości, zwy­czaj­nie się brzy­dzili.

East­man uwa­żał całą Lower East Side za swoje tery­to­rium, któ­rym nie zamie­rzał się dzie­lić, nawet z czło­wie­kiem, który podob­nie jak on, był powią­za­nym z Tam­many Hall - Pau­lem Kel­lym, przy­wódcą gangu Five Poin­ters. Nie zwa­ża­jąc na nic, Monk pew­nego dnia po pro­stu wkro­czył na tery­to­rium kon­ku­ren­cji, gdzie rzu­ciło się na niego aż pię­ciu dra­bów. Swoim zwy­cza­jem pora­dził sobie z nimi za pomocą wspo­mnia­nego kija bejs­bo­lo­wego, ale któ­ryś z jego prze­ciw­ni­ków zdo­łał wpa­ko­wać mu dwie kule w brzuch. Kiedy ranny East­man padł na zie­mię, jego opo­nenci umknęli w sobie tylko zna­nym kie­runku, prze­ko­nani, że pozba­wili go życia. A tym­cza­sem ciężko ranny Monk tylko stra­cił przy­tom­ność, a kiedy doszedł do sie­bie, zebrał się i poszedł do naj­bliż­szego szpi­tala, gdzie pod opieką medy­ków przez kilka kolej­nych dni wal­czył o życie. Kiedy poczuł się na tyle dobrze, aby zezna­wać, w szpi­talu zja­wiła się poli­cja, ale East­man ani myślał zdra­dzać toż­sa­mo­ści swo­ich prze­śla­dow­ców i mil­czał jak grób. By­naj­mniej nie ozna­cza to, że puścił całą sprawę w nie­pa­mięć i zre­zy­gno­wał z zapusz­cza­nia się na wro­gie tery­to­rium. Gdy tylko wyszedł ze szpi­tala, ulice Nowego Jorku stały się widow­nią gang­ster­skiej wojny. Jej kul­mi­na­cją była krwawa bata­lia, roze­grana 19 sierp­nia 1903 roku, w któ­rej wzięło udział kil­ku­set gang­ste­rów. Iskrą, która pod­pa­liła lont, była danina wymu­szona przez pod­wład­nych Kelly'ego od zaprzy­jaź­nio­nego z East­manem wła­ści­ciela domu gry. Do star­cia doszło na Allen Street, w cie­niu arkad kolei nad­ziem­nej. Wysła­nym na miej­sce bitwy oddzia­łom poli­cyj­nym nie udało się spa­cy­fi­ko­wać skon­flik­to­wa­nych ban­dy­tów, a nawet zostały zmu­szone do hanieb­nego odwrotu. I to dwu­krot­nie. Strze­la­nina uci­chła dopiero po pię­ciu godzi­nach, a jej uczest­nicy wsie­dli do samo­cho­dów, w któ­rych odje­chali z piskiem opon, pozo­sta­wia­jąc za sobą cztery ofiary śmier­telne oraz sied­miu ran­nych w sta­nie kry­tycz­nym.

Tak krwa­wego star­cia mię­dzy ban­dami nie dało się zamieść pod dywan i poli­tycy spod znaku Tam­many Hall, chęt­nie korzy­sta­jący z usług zarówno gangu East­mana, jak i bandy Kelly'ego, musieli jakoś wyga­sić kon­flikt mię­dzy tymi ugru­po­wa­niami. W tym celu zapro­sili obu przy­wód­ców do sie­bie, chcąc skło­nić ich do zawar­cia rozejmu. Kelly wyda­wał się skłonny do przy­ję­cia pro­po­no­wa­nego roz­wią­za­nia, ale East­man kon­se­kwent­nie odma­wiał, dopóki nie zagro­żono mu wię­zie­niem. Osta­tecz­nie obaj przy­wódcy zde­cy­do­wali się na poje­dy­nek bok­ser­ski, który roze­grali w jed­nym z barów na Man­hat­ta­nie. Prze­ciw­nicy byli sobie równi, bo wpraw­dzie Monk góro­wał nad Kel­lym siłą, prze­wyż­szał go o głowę i był cięż­szy o trzy­na­ście kilo­gra­mów, ale to przy­wódca Poin­ter­sów był lep­szy tech­nicz­nie. Zanim wstą­pił na drogę prze­stęp­stwa, był pię­ścia­rzem wagi kogu­ciej. Poje­dy­nek nie wyło­nił zwy­cięzcy i zakoń­czył się po dwóch godzi­nach zupeł­nym wyczer­pa­niem prze­ciw­ni­ków. Zale­d­wie tydzień póź­niej Nowy Jork stał się widow­nią kolej­nych bitew mię­dzy gan­gami. Ponie­waż East­man, pomimo kolej­nych ostrze­żeń z Tam­many Hall, na­dal pro­wo­ko­wał star­cia z bandą Kelly'ego, poli­tycy posta­no­wili zre­zy­gno­wać z opieki nad nie­po­kor­nym ban­dytą. W efek­cie w kwiet­niu 1904 roku poli­cja aresz­to­wała krew­kiego Monka pod zarzu­tem usi­ło­wa­nia zabój­stwa. Gang­ster tra­fił do Sing Sing na kolejne dzie­sięć lat. Nie wiemy nic o jego losach za murami wię­zie­nia, ale możemy się domy­ślić, że za krat­kami Monk radził sobie rów­nie dobrze jak na wol­no­ści.

Chcąc zapo­biec kolej­nym gang­ster­skim woj­nom, poli­tycy z Tam­many Hall powie­rzyli nad­zór nad nimi porucz­ni­kowi poli­cji Char­le­sowi Bec­ke­rowi z Nowo­jor­skiego Wydziału Poli­cji Miej­skiej. Bec­ker był rów­nie twardy i bez­względny jak prze­kupny - sys­te­ma­tycz­nie pobie­rał haracz od domów publicz­nych na Man­hat­ta­nie, nie­le­gal­nych domów gry, w zamian za co poli­cja miała nie inge­ro­wać w prze­stęp­czy pół­świa­tek. Jak się oka­zało, Bec­ker nie­źle się wzbo­ga­cił na tym hanieb­nym pro­ce­de­rze, gdyż, jak wyka­zało póź­niej­sze śledz­two, zgro­ma­dził aż 100 tysięcy dola­rów, co w owych cza­sach sta­no­wiło kwotę wręcz nie­wy­obra­żalną dla prze­cięt­nego zja­da­cza chleba. Chci­wość była też przy­czyną upadku poli­cjanta, który wście­kły na wyjąt­kowo opor­nego do pła­ce­nia, ale za to nad­zwy­czaj gada­tli­wego, wła­ści­ciela kasyna Hesper Club - Hert­mana "Bean­sie" Rosen­thala, zamor­do­wał nie­szczę­śnika. Tym razem jed­nak nie wywi­nął się od odpo­wie­dzial­no­ści kar­nej - został aresz­to­wany, osą­dzony i ska­zany na karę śmierci za zabój­stwo. Wyrok wyko­nano 30 lipca 1915 roku w wię­zie­niu Sing Sing, w któ­rym wyrok odby­wał East­man, ale żydow­skiego gang­stera już tam nie było: po pię­ciu latach odsiadki został zwol­niony w 1909 roku za dobre spra­wo­wa­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki