Wstęp
Przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych to transformacja
ustrojowa. Z jednej strony położyła kres takim zjawiskom jak nielegalny
handel walutą, czym trudnili się cinkciarze. Z drugiej zaś władze nie do
końca radziły sobie z nową rzeczywistością - od najniższych szczebli (w policji czy Urzędzie Ochrony Państwa, który zastąpił niesławną Służbę
Bezpieczeństwa) po wyższe (jak ministrowie, premierzy czy nawet
prezydent). W przeciwieństwie do nich przestępcy, w których szeregach
byli także wszelkiej maści dotychczasowi cinkciarze, oszuści, złodzieje
czy bramkarze z lokali rozrywkowych, widzieli w gospodarce wolnorynkowej
pole do zarobienia dużych pieniędzy. Aby to jednak zrobić, konieczne
było posiadanie układów z funkcjonariuszami policji, UOP, opłacanie
dobrych adwokatów, ale i doradców, choćby do "spraw księgowych". Tego
nie dało się zrobić w pojedynkę.
Dlatego przestępcy zaczęli się grupować, dzieląc między sobą role,
zadania i zyski. Zwykle na czele wyrastających niczym grzyby po deszczu
gangów, liczących nawet po kilkuset członków, stawali doświadczeni
recydywiści, a szczebel niżej znajdowali się szefowie podgrup
wyspecjalizowanych w konkretnych kategoriach przestępstw, zaś najniżej
trafiali wykonawcy poszczególnych czynów zabronionych. Oczywiście im
niżej w strukturze, tym mniejsze miało się z tego profity finansowe.
Lata dziewięćdziesiąte to czasy początków polskiej mafii - ze wszystkimi
jej imponującymi, ale i przykrymi symbolami. Piękne kobiety, luksusowe
samochody, ogromne pieniądze, a z drugiej strony haracze, pobicia,
porwania i co gorsza - krew płynąca po ulicach.
Dokładnie tak powstawała i funkcjonowała znakomita - choć w tym
kontekście lepiej chyba użyć słowa "przytłaczająca" - większość
zorganizowanych grup przestępczych.
Gdy lata te minęły, Jarosław S. (dziś Ł.) pseudonim "Masa", były
gangster słynnej "grupy pruszkowskiej", a od sierpnia 2000 roku świadek
koronny, na potrzeby przedstawienia prokuraturze budowy gangu posłużył
się modelem, który łączył w sobie organizację włoskiej mafii i...
klasycznej korporacji. Tak więc bossowie całego gangu, recydywiści,
inaczej określani "starymi", mieli należeć do zarządu grupy. Szefowie
podgrup to kapitanowie, a najniżej postawieni - żołnierze. Podgrupy były
czymś w rodzaju działów firmy - jeden zajmował się kradzieżami
samochodów, drugi handlem narkotykami, kolejny wymuszeniami haraczy, a następny rozwiązaniami siłowymi, czyli pobiciami, porwaniami i zabójstwami.
Mogło się wydawać, że po rozbiciu dwóch największych organizacji
przestępczych w naszym kraju, czyli grupy "pruszkowskiej" i "wołomińskiej" (a właściwie "ząbkowsko-praskiej"), era przestępczości
zorganizowanej odeszła do lamusa. Szybko okazało się, że wcale nie. Ten
czas był szansą dla mniejszych gangów, które pozostawały w cieniu
"Pruszkowa", współpracując z nim bądź po prostu oddając część zysków z własnej przestępczej działalności. Pomniejsi do tej pory gangsterzy
uznali, że aby sięgnąć po władzę, zyskać poważanie i zająć miejsce po
mafii pruszkowskiej trzeba wyróżnić się brutalnością jeszcze większą niż
ta, która cechowała dotychczasowe gangi. A jak brutalność to oczywiście
zabójstwa, więc ofiary wciąż liczono w dziesiątkach. Zwykłym, bojącym
się ludziom dawało to znikomą, ale jednak nadzieję na to, że wobec
bezsilności policji przestępcy sami zrobią ze sobą porządek.
W pewnym sensie tak się stało, z tym że porządki wyeliminowały jedynie
najsłabsze ogniwa. Pozostali mogli zacząć dyktować własne warunki,
narzucać je mniejszym strukturom, wejść w dotychczas niedostępne dla
nich obszary półświatka i zacząć zarabiać na tym naprawdę duże
pieniądze.
Policja jednak również nie stała w miejscu. Im bardziej szła do przodu,
tym więcej gangsterów trafiało za kratki, by ich miejsce... znów
zajmowali młodsi - coraz częściej już w garniturach i z aktówkami, a nie
kijami bejsbolowymi w rękach.
Z jednej strony do dziś mówi się o dalszym istnieniu choćby "grupy
markowskiej", sięgającej swoimi korzeniami jeszcze lat
dziewięćdziesiątych. Z drugiej zaś dawni bossowie "mafii pruszkowskiej",
Andrzej Z. pseudonim "Słowik", Leszek D. pseudonim "Wańka" czy Janusz P.
pseudonim "Parasol", z zaskakującą regularnością wciąż wracają do
aresztów - jako podejrzani o wyłudzenia, handel narkotykami czy
wymuszenia. Akurat kiedy piszę te słowa, od kilku tygodni przebywają na
wolności.
Te wszystkie mechanizmy pokazują, że przestępczość zorganizowana wciąż
istnieje i zapewne ma się całkiem nieźle, tyle że i gangsterzy, i policjanci to już inni ludzie, stosujący inne metody.
Gang "Al Capone" z Gabonia
Gaboń to wieś w województwie małopolskim, licząca blisko tysiąc
czterystu mieszkańców. W latach dziewięćdziesiątych wielu młodych ludzi
chciało tam zarobić szybko i dużo, a to popychało ich w stronę
przestępstwa. Jedni dopuszczali się drobnych kradzieży, a inni szli
dalej - dokonując napadów czy wymuszeń.
Dokładnie tym zajęli się dwaj bracia Ch., urodzeni w pierwszej połowie
lat siedemdziesiątych - Władysław i o trzy lata młodszy od niego
Ryszard. Zanim zaczęto uważać ich za szefów niebezpiecznego gangu, byli
to raczej niegrzeczni chłopcy, którzy po prostu lubili chuliganić.
Władysław, mając szesnaście lat, pobił nauczyciela - ten nie zgłosił
jednak sprawy ówczesnej milicji. Ryszard był natomiast pierwszy raz
notowany niedługo potem.
Starszemu z braci udało się ukończyć szkołę zawodową o profilu
ogrodniczym. Zajął się potem biznesem, otwierając sklepy w Gaboniu - nie
miały one jednak związku z jego wykształceniem. Jednocześnie chciał
skutecznie pozbyć się konkurencji - inne okoliczne sklepiki zaczęły raz
za razem płonąć (początkowo w wyniku podpaleń, a potem eksplozji
ładunków wybuchowych). Ci, którzy mieli dosyć takich sytuacji,
sprzedawali firmy, domy i przeprowadzali się gdzieś indziej. Pozostali,
co bardziej odważni, montowali jedynie drzwi antywłamaniowe albo kraty w oknach.
Władysław powoli organizował wokół siebie grupę, która wkrótce stała się
prawdziwym gangiem - handlującym narkotykami, lewym spirytusem czy
wymuszającym haracze od przedsiębiorców z różnych branż, choć
szczególnie z gastronomicznej czy rozrywkowej. W grupie nie brakowało
tak zwanych żołnierzy, a sam boss, Władysław, nie musiał już osobiście
brudzić sobie rąk.
To wtedy zyskał przezwisko "Al Capone", od legendarnego amerykańskiego
gangstera włoskiego pochodzenia, choć wołano na niego też bardziej po
polsku - "Duży" albo "Wielki Władek" czy "Gabończyk".
Grupa Władysława Ch. podporządkowywała sobie kolejne tereny w Małopolsce
- szczególnie jeśli chodziło o handel narkotykami, kontrolowanie agencji
towarzyskich czy kradzieże samochodów. Podobno mieli nawet plan, by
wejść do Krakowa i tam przejąć rynek, ale ostatecznie się to nie udało.
Mniejsze gangi i drobni przestępcy z Małopolski musieli jednak otrzymać
od "Ala Capone" zgodę na swoją działalność, a potem oddawać mu część
zysków. Kto się z tym nie zgadzał, był wywożony do lasu i tam brutalnie
bity.
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych policja intensywnie rozpracowywała
już grupę "Ala Capone". Śledczy wiedzieli, że gang ma na swoim koncie
między innymi porwanie dla okupu właściciela kantoru, napad z 1993 roku,
podczas którego pewnej kobiecie skradziono porcelanową zastawę, czy
napad z 1996 roku na pracownicę poczty, której skradziono gotówkę.
W 1998 roku Władysław Ch. został zatrzymany, kiedy z rodziną jechał
samochodem przez Stary Sącz. Rok później usłyszał wyrok ośmiu lat
pozbawienia wolności - głównie za rozboje i wymuszenia. Wpadł też jego
młodszy brat, Ryszard. Miał jednak więcej szczęścia, bo odzyskał wolność
zaledwie po kilku miesiącach. Przez pewien czas stosowano jeszcze wobec
niego wolnościowy środek zapobiegawczy w postaci dozoru policyjnego,
który jednak w styczniu 2000 roku ostatecznie uchylono. Wtedy Ryszard
zaczął kontaktować przebywającego za kratkami "Ala Capone" z kompanami,
których nie zatrzymano. Gang mógł dalej działać.
Rola Ryszarda Ch. bez wątpienia wzrosła - na wolności to on kierował
wtedy grupą. Szybko wymyślił nowy sposób na zarobek - napady na
przykościelne plebanie. Podczas jednego z takich skoków udało im się
ukraść przeszło 100 tysięcy złotych.
Później, bliżej końca roku 2000, wyszło na jaw, że gang "Ala Capone"
dopuszczał się rzeczy zdecydowanie gorszych niż wymuszenia czy napady.
Policja trafiła na ciała czterech osób, zakopane w lesie pod Nowym
Sączem. Jak ustalono, pierwszą z ofiar był Piotr G. pseudonim "Jonson",
który skonfliktował się niegdyś z "Alem Capone". Zginął w lipcu 1996
roku, kiedy miał rzekomo dokonać z innymi gangsterami kolejnego napadu.
Był to przemyślany i dokładnie zaplanowany spisek. Mężczyznę pobito,
zakuto w kajdanki i wrzucono do lokalnej rzeki - Dunajca. Potem ciało
zabrano i zakopano.
W nocy z 27 na 28 maja 1999 roku w Nowym Sączu przy ulicy Tuwima (od
drugiej strony bloku to ulica Kołłątaja), gdy wracał z dziewczyną do
domu, zastrzelony został Leszek J. pseudonim "Lechman". To lokalny
gangster, który zorganizował własną grupę i nie podporządkował się
"Alowi Capone", nie zamierzał mu oddawać części swoich zysków. W zamach
zaangażowanych było kilka osób - Michał D. jako wykonawca, Waldemar J.
pseudonim "Góral" jako jego pomocnik (do tej postaci jeszcze wrócimy),
Marek S., czyli kierowca, który zapewnił sprawcom możliwość ucieczki z miejsca zdarzenia, oraz sam "Al Capone" - zlecając egzekucję, kiedy
przebywał już w zakładzie karnym. Co ciekawe, posłużył mu do tego
telefon komórkowy dostarczony przez funkcjonariusza Służby Więziennej.
Trzecia ofiara to Bogdan P., doświadczony przestępca, który wielokrotnie
dokonywał napadów z ludźmi "Ala Capone". Podejrzewali go jednak o to, że
ich oszukuje. Na domiar złego skonfliktował się z Ryszardem Ch. o kobietę. Zamach wyglądał podobnie jak ten na Piotra G. w 1996 roku -
wymyślono napad, w którym miał wziąć udział, ale zamiast tego pojawił
się Ryszard Ch. i zaczął do niego strzelać. Następnie inicjatywę przejął
bliżej nieznany Ukrainiec. Ciało samochodem do Gabonia przewiózł
Krzysztof Ł. pseudonim "Łyli", który potem opowiedział śledczym o kulisach tych wydarzeń. Władysław i Ryszard Ch. zabrali z domu potrzebne
rzeczy - łopatę, kwas, a nawet nasiona trawy. Wszyscy pojechali później
do lasu, gdzie bracia najpierw nieśli, a potem ciągnęli ciało. Wrzucili
je do przygotowanego wcześniej dołu, a Ryszard dodatkowo po nim skakał.
Dół zalano kwasem i całość zasypano ziemią. Na wierzchu posadzono trawę.
Ofiar było dużo więcej. Gangster Grzegorz C. pseudonim "Korab" nie
chciał podporządkować się "Alowi Capone", a wręcz jego kompani kilka
razy atakowali ludzi Władysława Ch. Gdy na "Koraba" wydano wyrok, uciekł
na Ukrainę i wrócił po zatrzymaniu braci Ch. To go nie uratowało -
dwudziestego maja 2000 roku zginął w miejscowości Kasina Wielka razem z innym gangsterem, Ryszardem G. pseudonim "Wolwo". Prokuraturze te
informacje ujawnił właśnie Krzysztof Ł. pseudonim "Łyli".
Ich los podzielili też: w 1999 roku barman Tomasz M., który na własną
rękę handlował lewym alkoholem, za co przygotowano na niego zamach w Maszkowicach; Jerzy W., któremu bracia Ch. po prostu nie ufali, czy
Andrzej K. - okradziony z niedużej gotówki, choć wydawał się sprawcom
majętny. Za część tych egzekucji odpowiadali bezpośrednio Ryszard Ch.
razem z Michałem D.
Po ich ujawnieniu Ryszard uciekł z jeszcze jednym przestępcą,
Sebastianem W., do Nowego Jorku. Tam posługiwali się fałszywymi
dokumentami, zmienili wygląd i rozpoczęli pracę w firmie budowlanej.
Dokładne miejsce ich pobytu udało się ustalić dzięki podsłuchom. W lutym
2001 roku wydano za nimi międzynarodowe listy gończe, a do sprawy
włączyły się Interpol oraz FBI. Gangsterów udało się zatrzymać, a potem,
we wrześniu 2001 roku, ekstradować do Polski.
Kilka miesięcy wcześniej, 20 maja 2001 roku, w Sądzie Okręgowym w Nowym
Sączu rozpoczął się proces w sprawie zabójstwa "Lechmana". Podjęto
dodatkowe środki bezpieczeństwa - budynku i okolicy pilnowali
antyterroryści oraz funkcjonariusze z psami policyjnymi. Niespełna rok
później, 13 lutego 2002 roku, sąd skazał "Ala Capone" i Michała D. na 25
lat pozbawienia wolności, a pozostałym oskarżonym wymierzył niższe kary.
W postępowaniu zeznawali świadek koronny Piotr O. oraz Krzysztof Ł.
pseudonim "Łyli", którego wersję wydarzeń uznano za obiektywnie spójną.
Prokuratura na tym etapie przygotowywała akt oskarżenia o kolejne pięć
zabójstw dokonanych przez grupę "Ala Capone". On sam mówił wtedy na sali
sądowej, że jest niewinny, starał się też podważać wiarygodność
"Łyliego". Nie chciał pokazywać się w zakładzie karnym rodzinie -
"zakuty w kajdanki jak zwierzę".
W listopadzie 2003 roku pięciu członków grupy, w tym Władysława i Ryszarda Ch., którym poza kierowaniem zorganizowaną grupą przestępczą o charakterze zbrojnym, napadami czy wymuszaniem haraczy udowodniono
zabójstwa, skazano na kary dożywotniego pozbawienia wolności. Bracia Ch.
o warunkowe, przedterminowe zwolnienie mogli wnioskować nie wcześniej
niż po 40 latach. W 2005 roku w innym procesie, dotyczącym kolejnych
zabójstw, znów skazano ich na dożywotnie pozbawienie wolności. Pozostali
gangsterzy, w tym Tomasz K., który miał pomagać w zamachu na "Koraba" i "Wolwo", usłyszeli wyroki od sześciu i pół do dwudziestu pięciu lat
pozbawienia wolności. Swoją drogą Tomasz K. został też w innych
procesach rozliczony z napadów na plebanie, za co usłyszał wyroki pięciu
i dwunastu lat więzienia.
W lutym 2007 roku wyroki dożywotniego pozbawienia wolności wobec
Ryszarda Ch. i piętnaście lat za kratkami dla Sebastiana W. uchylono, bo
dotyczyły one innych przestępstw niż te określone we wniosku o ich
ekstradycję ze Stanów Zjednoczonych. Nowy proces rozpoczął się w grudniu
2008 roku - Ryszarda Ch. ponownie skazano na dożywocie, a potem wyrok
uchylono raz jeszcze z przyczyn proceduralnych. Luty 2011 roku przyniósł
jednak kolejne dożywotnie pozbawienie wolności dla Ryszarda Ch., co
potwierdził następnie Sąd Apelacyjny w Krakowie. Sąd Najwyższy niewiele
później uchylił orzeczenie i zdecydował, że cztery osoby z grupy "Ala
Capone", w tym on sam i jego brat Ryszard Ch., staną przed sądem raz
jeszcze. Wszystko dlatego, że sędzia Sądu Okręgowego w Nowym Sączu,
który wydawał w ich sprawie wyrok, wcześniej przez chwilę występował w postępowaniu w roli prokuratora.
W marcu 2018 roku, kiedy gangsterzy byli już skazani między innymi za
siedem zabójstw, Sąd Okręgowy w Nowym Sączu poza jednym wyrokiem
dożywocia połączył kilka wyroków wobec Władysława Ch. pseudonim "Al
Capone" i orzekł wobec niego karę dożywotniego pozbawienia wolności z możliwością ubiegania się o warunkowe, przedterminowe zwolnienie po
trzydziestu latach. Obrońca przebywającego już za kratkami od dwudziestu
lat gangstera wystąpił z apelacją, by oba wyroki dożywocia, które na nim
ciążą, połączyć, dzięki czemu mógłby wyjść na wolność już za dziesięć
lat. Sąd Apelacyjny w Krakowie nie zgodził się na takie rozwiązanie.
Oznacza to, że nawet jeśli spełni się warunek do opuszczenia więziennych
murów po trzydziestu latach z wyroku łącznego dożywocia z marca 2018
roku, "Al Capone" będzie miał do odbycia jeszcze jedną karę dożywotniego
pozbawienia wolności.
Część z członków grupy "Ala Capone" odbyła już zasądzone im kary. Nie
tak dawno dziennikarze Superwizjera TVN ujawnili, że dotyczy to między
innymi wspominanego już Waldemara J. pseudonim "Góral" - skazanego
niegdyś na trzynaście lat pozbawienia wolności za udział w gangsterskiej
egzekucji "Lechmana". Dziś to znany w Tarnowie społecznik, który zdaniem
reporterów miał w ostatnich latach stworzyć swoisty "układ tarnowski".
Według ustaleń Superwizjera "Góral" opuścił więzienne mury po siedmiu
latach. Nieoficjalnie miało się to stać dzięki łapówce wręczonej za
pośrednictwem adwokata osobom decyzyjnym w takim sprawach. Waldemar J.
na wolności miał zacząć udzielać lichwiarskich pożyczek, a gdy jego
klienci ich nie spłacali ze względu na horrendalne odsetki - przejmował
ich nieruchomości. Na dokumentach pożyczkowych zamiast Waldemara J.
figurowała jego żona. Z czasem "Góral" otworzył lombard, choć nie wpisał
go do Rejestru Działalności Lombardowej Komisji Nadzoru Finansowego i nie założył nawet w tym zakresie działalności gospodarczej. Stał się za
to działaczem charytatywnym i sponsorem wydarzeń sportowych. To właśnie
z tych środowisk, mieszanych sztuk walki, mieli rekrutować się żołnierze
"Górala", którzy uczestniczyli potem w lichwiarskim biznesie. A ten w dużej mierze opierał się na zastraszeniach - na przykład wybijaniu okien
w domach. Kilku z nich, w tym niejaki Kamil Ł., usłyszało zresztą
zarzuty dotyczące lichwy. Innym współpracownikiem "Górala" miał być
Grzegorz S., skazany niegdyś za uderzenie innego mężczyzny siekierą w plecy. Po wyroku S. został zawodnikiem w tarnowskim klubie sztuk walki,
gdzie organizowano też zajęcia dla dzieci - i Grzegorz S. również się na
nich pojawiał.
W kwietniu 2018 roku zaginęła pięćdziesięciopięcioletnia Anna B. z miejscowości Zawada. Kobieta pracowała, ale nie należała do zamożnych,
samotnie wychowała dwóch synów. Krótko przed zaginięciem obawiała się,
że ktoś chce ją uciszyć. W kwietniu 2020 roku podczas prac geodezyjnych
w jednym z pustostanów w okolicach Tarnowa odnaleziono jej ciało. Jeden
z synów Anny B. wziął pożyczkę od osób związanych z Waldemarem J.
pseudonim "Góral". Gdy jej nie spłacał, gangsterzy chcieli przejąć dom
kobiety. Początkowo uciekła ona przed nimi z budynku, ale po namowach
syna wróciła. Lichwiarze zawieźli ją do notariusza, gdzie przepisała na
nich nieruchomość. Została z niej później wymeldowana i trafiła na
ulicę. To wtedy zaginęła. Ostatecznie śledczym nie udało się ustalić,
czy do zgonu Anny B. przyczyniły się osoby trzecie.
Według obecnej wiedzy śledczych Waldemar J. pseudonim "Góral" stoi na
czele niebezpiecznego gangu lichwiarzy, który dokonuje wymuszeń,
zastrasza świadków, a do tego ma kontakty z funkcjonariuszami policji,
prokuratorami czy sędziami. Śledztwo w tej sprawie wszczęto w maju 2020
roku. Właśnie ze względu na możliwe powiązania z wymiarem
sprawiedliwości z tarnowskiej prokuratury przeniesiono je do katowickiej
delegatury Prokuratury Krajowej. W aktach sprawy wprost pisano, że
ustalono działającą od wielu lat na terenie Tarnowa grupę przestępczą,
na której czele stoi Waldemar J. pseudonim "Góral", a która to grupa
kontroluje przestępczość narkotykową, lichwę, prostytucję, handel
nielegalnym spirytusem czy tytoniem. Z dokumentów wynika, że na każdą
inicjatywę przestępczą w mieście trzeba uzyskać zgodę właśnie "Górala".
Powiązania z biznesmenami czy urzędnikami częściowo miały wynikać z opłacania tych osób przez gangsterów, a po części - z ich zastraszania.
Odgrażano się im na przykład ujawnieniem kompromitujących materiałów, a tych podobno nie brakowało - to "Góral" i jego ludzie mieli w prezencie
urodzinowym zapewnić komendantowi policji prostytutkę, a na imprezach u komornika, gdzie grano w pokera, to Waldemar J. pożyczał wszystkim
pieniądze.
Gangsterów w toczących się przeciwko nim sprawach miał natomiast
reprezentować adwokat Konrad K. Sam na pewnym etapie usłyszał zarzuty
dotyczące udziału w zorganizowanej grupie przestępczej i zastraszania
ofiar gangsterów. Pomimo tego wciąż prowadził kancelarię.
Do grona znajomych "Górala" należy też Piotr Górnikiewicz - pochodzący z Tarnowa poseł z ramienia "Polski 2050 - Trzeciej Drogi", zasiadający w sejmowej komisji administracji i spraw wewnętrznych. "Góral" zamieszczał
w mediach społecznościowych wiele zdjęć z Górnikiewiczem w sytuacjach
mniej lub bardziej oficjalnych - od spotkania przedświątecznego
środowisk politycznych, po spotkanie ze znajomymi w restauracji, podczas
którego nie brakowało też alkoholu. Mieli też wspólnie bywać na meczach
żużlowych. Wtedy w ich towarzystwie pojawiali się też ówczesny komendant
tarnowskiej policji i mężczyzna, który po wyborach został szefem
państwowych zakładów azotowych w Tarnowie.
Tak powstał "układ tarnowski".
Kilka dni po publikacji reportażu Superwizjera z maja 2024 poseł
Górnikiewicz wydał oświadczenie, w którym stanowczo zaprzeczył, aby brał
udział w jakichkolwiek działaniach organizacji przestępczych i był z nimi powiązany. Określił się mianem "ofiary oszczerczej i brutalnej
kampanii medialnej" i zapowiedział podjęcie kroków prawnych w celu
oczyszczenia swojego dobrego imienia.
Tymczasem ze stanowiska komendanta miejskiego policji w Tarnowie po
siedmiu latach odwołano inspektora Mariusza Dymurę, przenosząc go na
stanowisko szefa policji w Limanowej. Jego następcą w Tarnowie na
zaledwie miesiąc został młodszy inspektor Marcin Sak, dotychczasowy
komendant z... Limanowej.
Sam Waldemar J. pseudonim "Góral" w programie Raport regionu na
antenie Tarnowskiej TV, przedstawiany jako prezes Fundacji uGórala J.,
odniósł się do materiału Superwizjera. Uznał, że było to nierzetelne
śledztwo i został pomówiony. Twierdził też, że sprawa lichwy dotyczyła
innego lombardu w Tarnowie, który nie należał do niego. Jego zdaniem
cała sprawa to odwet tarnowskiej prokurator, która kilka lat wcześniej
miała trafić na bilbordy oskarżana o kradzież majtek. O całą akcję z bilbordami miała podejrzewać właśnie "Górala".
Gang "Artusia". Gdynia
Początek lat dziewięćdziesiątych, Gdynia, dzielnica Obłuże - typowe
blokowisko, jakich wiele w całym kraju. Mieszka tam z rodzicami Artur B.
- od imienia nazywany "Artusiem", a od wagi "Grubym". Waży w tamtym
czasie aż dwieście czterdzieści pięć kilogramów, boryka się z bulimią.
Już jako kilkunastoletni chłopak interesuje się pieniędzmi. Jego rodzina
jest dość dobrze sytuowana, ojciec zawodowo pływa. Matka poza pracą
troszczy się o dom i wszystkich wokół - nie tylko o Artura, ale też o jego kolegów. Gdy do niego przychodzą, wszyscy dostają obiad. "Artuś"
podbiera matce gotówkę. W 1992 roku kończy osiemnaście lat. Zajmuje się
wtedy sprowadzaniem do Polski elektroniki z Zachodu, a przy okazji
drobnym przemytem. Rok później poddaje się jednej z pierwszych w kraju
operacji zmniejszenia żołądka, dzięki czemu przez kolejne lata wyraźnie
traci na wadze. Długo jeszcze je zbyt dużo, a potem próbuje oczyszczać
organizm - przyjmując końskie dawki coli.
W końcu przyłącza się do grupy osiedlowych chuliganów i staje się wśród
nich istotną postacią. Jeszcze będąc na etapie, kiedy robi wrażenie
swoją posturą, w 1995 roku próbuje z kolegami wymusić haracz z lokalnego
klubu Oskar. Żąda od właściciela dwóch tysięcy dolarów, a potem
pięciuset dolarów miesięcznie za ochronę. W przeciwnym razie klub
zostanie spalony. Przedsiębiorca jednak nie bierze tego na poważnie -
przekazuje "Artusiowi" i jego kompanom tysiąc złotych, a do tego pocięte
strony gazety, po czym zawiadamia policję.
Wymuszenie nie przynosi więc zamierzonego efektu, ale Artur ma
alternatywny plan. Dokonuje oszustw przy różnych zakupach z ogłoszeń
prasowych, kradnie telefony komórkowe, wyłudza sprzęty na faktury z odroczonym terminem płatności. Poznaje też Dariusza R. pseudonim
"Rusił", a ten ma kontakty, choćby w Warszawie, którymi otwiera
"Artusiowi" drzwi do świata handlu hurtowymi ilościami narkotyków.
Artur B. w związku ze sprawą haraczy trafia jednak do aresztu.
Rozpoczyna tam głodówkę i po dziesięciu miesiącach odzyskuje wolność -
lekarze oceniają jego stan psychiczny jako zagrażający zdrowiu lub
życiu. Diagnoza brzmi: depresja.
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych "Artuś" w Gdyni nie jest już
anonimową postacią. Sprzedaje niewielkie ilości kokainy, a cena za gram
waha się między 300 a 400 złotych. Powodzi mu się dobrze, jeździ
rzucającym się w oczy hummerem. Musi mimo wszystko uważać, bo działa na
terenie niejakiego Sławomira M. pseudonim "Turysta", ale bez jego wiedzy
- a za to gangsterzy mogą naliczyć mu surową karę finansową i przy
okazji zabrać na wycieczkę do lasu.
Od 1999 roku i na początku lat dwutysięcznych największe grupy
przestępcze w Polsce mają poważne problemy. Policja bierze się do
rozbijania gangów pruszkowskiego, wołomińskiego, ząbkowsko-praskiego czy
nieco mniejszych, ale też liczących się w środowisku - jak łódzka
"ośmiornica". Zginęli już Ireneusz J. pseudonim "Gruby Irek" z Łodzi,
Nikodem S. pseudonim "Nikoś" z Trójmiasta, Andrzej K. pseudonim
"Pershing" związany z "Ożarowem" i "Pruszkowem", a Jarosław S. pseudonim
"Masa" został świadkiem koronnym.
Dla "Artusia" i "Rusiła" to pięć minut, które mogą wykorzystać. Ten
pierwszy ma sprowadzać narkotyki z Ameryki Południowej i wprowadzać je
do obrotu (jak się potem okaże - niekoniecznie w Polsce), a tym samym
zarabiać potężne pieniądze. Ma zasadę, by nigdy nie przyjmować środków,
które sprzedaje. Drugi natomiast udostępnia swoje kontakty i korzysta z uroków życia. Podział zysków - pięćdziesiąt na pięćdziesiąt.
Artur B. oficjalnie prowadzi różne firmy, a pieniądze pierze w kantorach, które należą do znajomych, a jeden nawet do jego partnerki.
Interesują go tylko pieniądze.
Kryzys przychodzi w 2005 roku. To wtedy organy ścigania rozbijają grupę
Roberta B. pseudonim "Kirył", który w kraju do tej pory był największym
klientem "Artusia". Do tego sąd skazuje w końcu Artura na karę dwóch i pół roku pozbawienia wolności za próbę wymuszenia haraczu z 1995 roku.
"Artuś" nie trafia jednak za kratki, bo czuje, że robi się wokół niego
gorąco, i zapada się pod ziemię. Ma rację, bo policja poszukuje go już
na podstawie trzech listów gończych - za wyrok związany z wymuszeniem
haraczu, za oszustwa i dlatego, że podejrzewa go o kierowanie
zorganizowaną grupą przestępczą.
W 2006 roku przyjeżdża z wizytą do rodziców - jeździ wtedy porsche.
Dostaje telefon od kogoś, kto zaparkował tuż za nim. Okazuje się, że to
najprawdopodobniej Krzysztof K., wysoko postawiony funkcjonariusz
Centralnego Biura Śledczego. Ostrzega "Artusia", że polują na niego
ludzie Jarosława W. pseudonim "Wróbel", legendy gdyńskiego półświatka
lat dziewięćdziesiątych. W tamtych czasach, w 1996 roku jego grupę
rozbito, ale po kilku latach "Wróbel" wrócił do gangsterki, choć nie
miał już takiej pozycji jak kiedyś. W przyszłości będzie jeszcze
kilkakrotnie zatrzymywany - choćby przez Centralne Biuro Antykorupcyjne
w 2008 roku.
"Artuś" wie, że informacja od policjanta CBŚ to nie żarty. Kiedyś musiał
już płacić grupie "Wróbla" karę i nie było to nic przyjemnego. Pod
koniec 2006 roku Artur B. ucieka do Ameryki Południowej - do Boliwii.
Świadczy to o tym, że ma tam odpowiednie kontakty. W międzyczasie
rozstaje się z żoną, zostawia ją z dwójką dzieci. Stara się jednak
regularnie z nimi spotykać - zawsze za granicą. Wkrótce poznaje też Kaję
K., byłą Miss Polski z 2003 roku. Mieszkają w Ekwadorze, potem w Hiszpanii, bywają w Holandii.
Jeden z byłych członków grupy "Artusia", który zdecydował się na
współpracę z prokuraturą, powie potem, że Artur B. w środki odurzające z Ameryki Południowej zaopatrywał przede wszystkim inne kraje, nie Polskę.
Z dwudziestu czy trzydziestu kilogramów kokainy może pięć trafiało do
kraju, pozostała ilość do Wielkiej Brytanii czy Szwecji. W 2007 roku
"Artuś" posiadał w Skandynawii hurtowy rynek zbytu. W środowisku szeroko
mówiło się o przemycie, który zorganizował pewnego razu do Hiszpanii.
Podobno drogą morską przypłynęła wtedy tona kokainy. Artur B. miał
sprowadzić płetwonurków z Trójmiasta, którzy wyławiali pakunki z wody.
Tymczasem dziewiętnastego grudnia 2007 roku do Gdańska ze Szwecji
przylatują Daniel Jansson i Martin W. - oficjalnie biznesmeni, choć
podejrzewa się ich o związek z napadami na konwoje, z których pieniądze
trafiały do Polski. Jansson chce zapewne odebrać swoją część. Ma jednak
przy sobie około czterdziestu tysięcy euro w gotówce. Przyjeżdża do
Gdyni na ulicę Świętojańską, do biura firmy deweloperskiej należącej do
innego Szweda - Carla T. Potem okaże się, że to mężczyzna, który w latach dziewięćdziesiątych kierował w Szwecji gangiem dokonującym
napadów na banki i poczty. Jansson spotyka się tam z dwoma Latynosami, z których jednego znał prawdopodobnie wcześniej - rozmawia z nim po
szwedzku. Na spotkaniu obecny jest też Artur B. pseudonim "Artuś",
zajęty różnymi telefonami. Dyskusja rzekomo dotyczy transakcji w branży
stolarskiej, a tak naprawdę - bezpiecznego przemytu narkotyków. Tyle że
ślad po Danielu Janssonie się urywa. Do dziś uważa się go za
zaginionego, choć wiele wskazuje na to, że w biurze Carla T. doszło do
zabójstwa - ujawniono tam ślady krwi. Według szwedzkiej prokuratury
właściciel firmy deweloperskiej mógł pomagać Janssonowi w praniu
pieniędzy z napadów, a w końcu pokłócili się o podział zysków.
W 2008 roku "Artuś" i Kaja K. kursują między Hiszpanią a Holandią.
Policja w Amsterdamie zaczyna się nim interesować, obserwuje wynajmowany
przez niego dom. W lutym wpada transport siedemdziesięciu czterech
kilogramów heroiny z Turcji - przez Rumunię i Ukrainę miał trafić do
Polski oraz Anglii. Nie ma to związku z Arturem B., ale zatrzymany
zostaje gangster o pseudonimie "Buffalo". Ujawnia on śledczym, kto jest
teraz numerem jeden w branży. To "Artuś".
Czternastego lutego Artur B. przebywa razem ze spodziewającą się dziecka
partnerką w hiszpańskiej miejscowości Calpe. Do ich domu nagle wpada
siedmiu mężczyzn w mundurach lokalnej policji - zabierają Artura B. ze
sobą. To nie aresztowanie, a uprowadzenie. Sprawcy przez kolejne kilka
tygodni przetrzymują i biją "Artusia". Żądają pół miliona euro okupu.
Otrzymują pieniądze - na autostradowym moście przez otwarty dach
samochodu wyrzucają je Roman K. i Marek Z., instruowani przez porywaczy.
Uprowadzenie to inicjatywa Dariusza R. pseudonim "Rusił", dawnego
wspólnika "Artusia", któremu ten był winien pieniądze i najwyraźniej nie
zamierzał ich oddać.
Nieco ponad pół roku później, 19 września 2009 roku, do Amsterdamu
przylatuje Artur B. Kilka dni później zjawia się tam Dariusz R. -
spotykają się w jednym mieszkaniu, na miejscu jest jeszcze kilka osób. W nocy z 23 na 24 września dochodzi do awantury. Sąsiedzi słyszą krzyki,
uderzenia, a potem długo włączoną wodę i odgłosy sprzątania. Widzą też
dwóch mężczyzn, którzy w nocy wynoszą razem bardzo ciężką walizkę do
samochodu.
W październiku policja wyławia ją z kanału w Amsterdamie. Zawartość:
ciało Dariusza R. pseudonim "Rusił" - ze śladami pobicia i ranami
kłutymi. Doszło do przecięcia tętnic płucnych. Nikt nie ma raczej
wątpliwości, że za egzekucją stoi "Artuś". W odnalezionym samochodzie
policja zabezpiecza jego ślady DNA. Według świadków to on w mieszkaniu
miał uderzyć "Rusiła" tak mocno, że ten rozbił sobie głowę o ścianę.
Artur B. niemal bezpośrednio po tym zdarzeniu organizuje z kolegami małą
imprezę - wszyscy świetnie się bawią. "Artuś" wydaje się zadowolony z odwetu za wcześniejsze uprowadzenie. Potem wraca z Holandii do
Hiszpanii. W 2010 roku nie czuje się tam bezpiecznie, bo interesuje się
nim Interpol.
Siedemnastego kwietnia 2012 roku Artur B. zostaje zatrzymany w regionie
Costa del Sol w hiszpańskiej Andaluzji, kiedy jedzie samochodem marki
Aston Martin o wartości co najmniej stu trzydziestu tysięcy euro. Ma na
ręku luksusowy zegarek wart kolejne kilkadziesiąt tysięcy, a przy sobie
fałszywe dokumenty - paszport, a nawet akt urodzenia. Udaje Irlandczyka,
co w Hiszpanii idzie mu całkiem nieźle - dobrze zna angielski. Trudno go
zresztą poznać - nie waży już 245 kilo ani nawet 150, jak przez pewien
czas, ale niespełna 90.
Po dwóch miesiącach "Artuś" trafia do Polski i zostaje osadzony w Zakładzie Karnym w Sztumie, w pojedynczej celi na oddziale dla
szczególnie niebezpiecznych przestępców. Na podstawie prawomocnego
wyroku ma do odbycia karę za próbę wymuszenia haraczu z 1995 roku.
Śledczy wiedzą już jednak o nim dużo więcej - w ich oczach to baron,
który poza przemytami i handlem narkotykami ma związki z kartelami z Ameryki Południowej, skandynawskimi gangami, a prawdopodobnie także
układ z funkcjonariuszem CBŚ i pełnił sprawczą rolę w egzekucji na
Dariuszu R. pseudonim "Rusił".
Artur B. jak pod koniec lat dziewięćdziesiątych podejmuje głodówkę,
licząc, że lekarze znów stwierdzą u niego depresję i odzyska wolność.
Tym razem ten fortel się nie udaje. "Artusia" przenoszą za to do Zakładu
Karnego w Czarnem ze względu na zły stan zdrowia. To tam 5 sierpnia 2012
roku ostatni raz widzi się z rodzicami.
Nieco ponad tydzień później, 13 sierpnia, zeznaje przez sądem w Człuchowie jako świadek w procesie grupy narkotykowej z innej części
kraju. Bez większych problemów utrzymuje się na nogach, choć jest
osłabiony. Wraca do więzienia w Sztumie.
Piętnastego sierpnia rano, zamknięty w pojedynczej celi, schodzi z pryczy i siada na jej brzegu. Próbuje sięgnąć po butelkę z wodą, ale
traci równowagę. Uderza głową o ścianę, a potem, upadając - o podłogę.
Taki bieg wydarzeń potwierdzać ma monitoring. Służba Więzienna i lekarze
początkowo nie reagują - myślą, że "Artuś" symuluje. Gdy w końcu ktoś
próbuje mu udzielić pomocy, przestępca ma już porażenie
czterokończynowe, wymaga intubacji. Trafia do szpitala w Bydgoszczy,
gdzie nawet specjalistów zaskakuje jego stan. Pytają, czy skakał na
główkę do pustego basenu. Dwudziestego drugiego sierpnia przed południem
Artur B. umiera. Miał trzydzieści osiem lat.
Wokół tego zdarzenia od razu narastają wątpliwości. W więźniarce, w której przewożono "Artusia" między sądem a zakładami karnymi, z użyciem
światła ultrafioletowego ujawniono ślady krwi - które ktoś nie do końca
skutecznie próbował zmyć. Lekarze, a za nimi rodzice Artura B. zwracają
uwagę, że odniósł on takie obrażenia, jakby został poważnie pobity -
między innymi trzeba było wykonać trepanację czaszki. Ostatnia, najmniej
realna teoria zakłada, że "Artuś" żyje, ale został świadkiem koronnym,
ma nowe personalia, a organy ścigania ukrywają go za granicą.
W związku ze śmiercią najpierw Dariusza R., a potem Artura B. ich
wzajemne wątki porwania tego drugiego, a potem zabójstwa pierwszego
prokuratura umarza.
Pozostali nie unikają jednak odpowiedzialności. W grudniu 2014 roku
zarzuty uprowadzenia "Artusia" śledczy przedstawiają sześciu osobom -
Jackowi W. pseudonim "Samuraj", Markowi Sz., Bogdanowi G., Łukaszowi D.
pseudonim "Czosnek", Jackowi P. pseudonim "Nosek" i Arkadiuszowi B.
Jeden z nich później usłyszy za to wyrok ośmiu lat pozbawienia wolności.
Względem pozostałych sprawa wciąż się toczy - w maju 2020 roku do sądu
trafił akt oskarżenia wobec Bogdana W., który również miał brać udział w porwaniu "Artusia". Zatrzymano go w 2019 roku w Niemczech.
Natomiast w lipcu 2016 roku w Ekwadorze policja zatrzymuje niejakiego
Romana G., który następnie został ekstradowany do Polski. Dwudziestego
czwartego listopada 2017 roku prokuratura stawia mu zarzut zabójstwa
Dariusza R. pseudonim "Rusił", czego miał dokonać razem z "Artusiem".
Proces trwa.
Gang "Bacy". Śląsk
Śląsk, ze względu na wielkość tamtejszej aglomeracji i silnie rozwinięty
przemysł, za którym oczywiście idą pieniądze, od lat przyciągał nie
tylko biznesmenów czy polityków, ale także przestępców. To tam działali
jedni z najbardziej znanych w Polsce gangsterów lat dziewięćdziesiątych
i początku dwutysięcznych - niekiedy reprezentując interesy uchodzących
wówczas za najpotężniejsze w kraju, a wywodzących się z okolic stolicy,
gangów pruszkowskiego, wołomińskiego czy ząbkowsko-praskiego. Mało kto
nie słyszał wtedy w doniesieniach ze Śląska o "Krakowiaku", "Sajmonie"
czy "Pokidzie".
Tam, gdzie są duże pieniądze, gangsterzy i warunki do mieszania się
różnych środowisk, zwykle na dużą skalę kwitnie też handel narkotykami.
Dokładnie tym na Śląsku zajmował się gang Marka C. pseudonim "Baca",
właściciela agencji towarzyskiej Viva w Wiśle, wprowadzając do obrotu
między innymi amfetaminę, kokainę czy tabletki ecstasy. Skala
działalności gangu była tak duża, że "Baca" uchodził pod koniec lat
dziewięćdziesiątych za największego śląskiego handlarza amfetaminą. Miał
tam być jednym z trzech przestępców, którzy zarządzali lokalnym rynkiem
narkotykowym - obok Janusza T. pseudonim "Krakowiak" i Marka B.
pseudonim "Ogryzek" (jego grupę rozbito, bo policji udało się
zorganizować prowokację - kontrolowany zakup środków odurzających).
Oczywiście w tamtym czasie ograniczone możliwości policji, konkurencja w półświatku, kulejące rozwiązania prawne i kształtujące się dopiero po
przemianach ustrojowych państwo (w tym gospodarka) powodowały, że mało
który gang skupiał się tylko na jednym wycinku przestępczej
działalności. Raz, że więksi gracze szybko wchłonęliby takie mniejsze
grupy, a dwa - nikt nie chciał się ograniczać, skoro mógł zarabiać
więcej i więcej.
Co za tym idzie, ludzie "Bacy" wymuszali też haracze od przedsiębiorców
czy zastraszali konkurencję. Mieli posługiwać się przy tym bronią palną,
co spowodowało, że sąd uznał ich później za grupę przestępczą o charakterze zbrojnym.
Marek C. pseudonim "Baca" do aresztu trafił w 1999 roku, choć jego gang
działał dalej. Podejrzewano go wtedy właśnie o kierowanie od 1997 roku
narkotykowym gangiem zbrojnym i wymuszenia haraczy. Za kratkami znalazło
się też kilku jego współpracowników. Przestępcy mieli działać między
innymi na terenie Cieszyna, Skoczowa, Wisły i innych miejscowości na
Śląsku.
W styczniu 2001 roku Sąd Rejonowy w Katowicach postanowił zwolnić z aresztu jednego z członków grupy - Gabriela B., pochodzącego z Cieszyna.
Wcześniej dość szczegółowo opowiedział śledczym o tym, jak zastraszał
dilerów narkotyków, którzy nie chcieli pracować dla "Bacy". Gdy któryś z nich wybitnie nie dawał się przekonać, Gabriel B. niszczył mu samochód,
dla przykładu wbijając mu w dach kilof. Skład orzekający uznał, że skoro
B. przyznał się do winy, a w dodatku ma stałe miejsce zameldowania, to
nie będzie mataczył i nie ma potrzeby stosowania wobec niego środka
zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania. Prokuratura złożyła
zażalenie na tę decyzję - tym bardziej że siedem innych osób
zatrzymanych w sprawie gangu "Bacy" znalazło się jednak za kratkami.
Próżnię powstałą po Marku C. w sektorze handlu narkotykami miał wypełnić
niejaki Marcin M. pseudonim "Marcepan", mieszkający niegdyś w Stanach
Zjednoczonych, który po powrocie do Polski pracował jako bramkarz w klubach i zajmował się twardą windykacją. Na pewnym etapie współpracował
z "Krakowiakiem". Potem zeznawał też jako świadek w procesie gangu
innego śląskiego bossa, Zygmunta L. pseudonim "Sandokan". "Marcepan" we
wrześniu 1998 roku omal nie zginął w zamachu bombowym. Ktoś podłożył mu
ładunek wybuchowy pod samochodem, ale do wybuchu ostatecznie nie doszło.
Marcin M. niezbyt długo nacieszył się swoją rosnącą pozycją w półświatku, kiedy "Baca" przebywał już w areszcie. W kwietniu 2001 roku
sam został zatrzymany w Częstochowie przez funkcjonariuszy Urzędu
Ochrony Państwa, wspieranych przez antyterrorystów. Ujęto wtedy jeszcze
trzech innych gangsterów. Podejrzewano ich o udział w zorganizowanej
grupie przestępczej i przemyt środków odurzających w znacznych
ilościach. Co ciekawe, "Marcepan" niewiele wcześniej, zeznając we
wspomnianym procesie gangu "Sandokana", twierdził, że nie miał nic
wspólnego z handlem narkotykami, a kto tak uważa, jest "chory
psychicznie".
Pod koniec stycznia 2002 roku w Sądzie Okręgowym w Bielsku-Białej zapadł
pierwszy wyrok w sprawie ludzi "Bacy", ale nie wobec niego samego - tu
postępowanie wciąż trwało. Jemu, drugiemu szefowi gangu Zbigniewowi G.
pseudonim "Sztubowy" i jedenastu innym podejrzanym zarzucano między
innymi działanie w zbrojnym gangu, wymuszenia rozbójnicze, handel
ludźmi, bronią, materiałami wybuchowymi czy wprowadzenie do obrotu na
Podbeskidziu środków odurzających o wartości 5 milionów złotych.
Prokuratura udowodniła winę gangsterom w dużej mierze w oparciu o zeznania świadka koronnego Marka W. Jedenaście osób skazano na kary od
roku do pięciu lat pozbawienia wolności - za handel takimi narkotykami,
jak amfetamina, kokaina, haszysz czy tabletki ecstasy. W tym samym
czasie do Sądu Rejonowego w Cieszynie trafił kolejny akt oskarżenia
wobec pięciu innych dilerów z gangu "Bacy". Groziło im do 10 lat
pozbawienia wolności.
We wrześniu 2002 roku proces "Bacy" i kilkunastu innych osób przed
bielskim sądem wciąż trwał. Doszło wówczas do dość nietypowej sytuacji,
bo jeden z oskarżonych, Marcin B. pseudonim "Chochla", odmówił
odpowiedzi na pytania stawiane mu przed sądem i nie przyznał się do
winy, ale jednocześnie potwierdził wyjaśnienia, które złożył na etapie
śledztwa.
Wynikało z nich, że "Chochla" był członkiem gangu "Bacy". Stał się nim
dzięki wspomnianemu Markowi W., późniejszemu świadkowi koronnemu, który
poznał go właśnie z "Bacą". Do spotkań dochodziło w jednej z siłowni na
terenie Cieszyna. Marcin B. potrzebował wtedy pieniędzy, bo stracił
pracę, ale na początku nie wiedział, że może zacząć zarabiać, handlując
narkotykami. Potem dostawał do rozprowadzania tabletki ecstasy od Jacka
J. "Chochla" i stwierdził, że rozpoczęcie współpracy z "Bacą" było
błędem.
Podobne zdanie wyraził potem Jacek J., choć też odmówił odpowiedzi na
stawiane mu pytania i nie przyznał się do winy, a jedynie potwierdził
swoje zeznania ze śledztwa odczytane na sali sądowej. Wtedy powiedział
zdecydowanie więcej. Jacek J. był ochroniarzem w agencji towarzyskiej
Viva w Wiśle. Pracował dla "Bacy" - poznali się też w siłowni w Cieszynie. Jednocześnie miał kontakty z pewnym cieszyńskim policjantem,
którego informował o tym, kto bywa w Vivie. A bywał tam regularnie
właśnie "Baca", który pewnego razu wyraził swoje niezadowolenie z tego,
że Jacek J. współpracuje z policją - wprost groził mu pobiciem. Gdy J.
posłuchał Marka C., zaczął awansować w strukturze gangu. Nie stał już na
bramce w agencji towarzyskiej - zajął się wymuszaniem haraczy. On też,
na wzór wymienianego wcześniej Gabriela B., wbijał kilof w dachy
samochodów należących do właścicieli lokali, którzy nie chcieli płacić
za ochronę. Taki los spotkał właściciela jednego z lokali w Cieszynie,
który jeździł zieloną mazdą. Jacek J. miał też dla "Bacy" rozprowadzać
kokainę i tabletki ecstasy. "Baca" miał nawet klientów na ten pierwszy
środek z Włoch. Jacek J. oceniał Marka C. pseudonim "Baca" jako
człowieka brutalnego - miał widzieć, jak ten bije w agencji towarzyskiej
kobiety, a też jak okłada swoich ludzi, którzy nienależycie wykonali
jego polecenia. To wyjaśniało też, dlaczego gangsterzy odmawiali
odpowiadania na pytania w sądzie w obecności "Bacy", ale w prokuraturze
nie mieli takiego problemu. Jak zaznaczył Jacek J., bardzo obawiał się
zemsty ze strony Marka C.
W styczniu 2003 roku w końcu zapadł wyrok w sprawie "Bacy", "Sztubowego"
i związanych z nimi ludzi. Oskarżonym przypisano kary od dwóch lat w zawieszeniu na trzy lata do trzynastu lat pozbawienia wolności.
Najwyższą z nich usłyszał Marek C. pseudonim "Baca", odpowiadający
między innymi za kierowanie zbrojnym gangiem, wymuszenia rozbójnicze,
handel kobietami, bronią czy materiałami wybuchowymi. Na dziesięć lat za
kratki trafić miał Zbigniew G. pseudonim "Sztubowy", któremu prokuratura
zarzuciła między innymi kierowanie zbrojnym gangiem, nielegalne
posiadanie broni i handel środkami odurzającymi.
W maju 2006 roku zakończył się też toczący się przed Sądem Okręgowym w Bielsku-Białej proces dziewięciu osób - siedmiu byłych celników, byłego
funkcjonariusza policji Jarosława M. oraz lekarza będącego radnym
powiatu cieszyńskiego, którzy mieli współpracować z gangiem "Bacy".
Konsekwentnie nie przyznawali się do winy i tłumaczyli, że pomówił ich
główny oskarżony - były celnik Robert C., którego zabrakło na ostatniej
rozprawie. Sześciu obecnych oskarżonych wnioskowało o uniewinnienie.
Zarzucano im łącznie popełnienie prawie czterdziestu przestępstw. W procesie zeznania składało kilkudziesięciu świadków, w tym świadek
koronny Marek W., który ujawnił współpracę oskarżonych z grupą "Bacy".
Robert C. miał regularnie bywać w należącej do Marka C. agencji
towarzyskiej w Wiśle. Były celnik zdaniem prokuratury dopuścił się w zamian za łapówki fałszowania dokumentów, przeprowadzania nierzetelnych
odpraw celnych dwunastu tirów ze sprzętem komputerowym i siedmiu busów z odzieżą. Co więcej, miał uczestniczyć w przemycie 5 kilogramów marihuany
z Ukrainy, nakłanianiu do prostytucji i handlu ludźmi. Byłemu
policjantowi, Jarosławowi M., zarzucano ułatwianie prostytucji oraz
przemyt marihuany. Po odejściu ze służby pracował on w agencji
towarzyskiej "Bacy" w Wiśle. Oskarżonym groziło od 6 miesięcy do 15 lat
pozbawienia wolności.
Trzydziestego pierwszego maja 2006 roku sąd trzem osobom - w tym
współpracującemu z prokuraturą Robertowi C. - wymierzył kary 3,5 roku
więzienia. Pozostali dostali kary w zawieszeniu i kary grzywny, a jedną
osobę uniewinniono. Orzeczenie było nieprawomocne.
Odrębnie przed Sądem Rejonowym w Cieszynie toczyło się jeszcze wtedy
postępowanie wobec trzech urzędników z tamtejszego starostwa, którzy
mieli za łapówki ułatwiać rejestrację pojazdów, które przeszły
nierzetelną odprawę z pomocą skorumpowanych celników.
W 2014 roku tygodnik "Wprost" pisał, że znany pięściarz Tomasz Adamek
miał być niegdyś ochroniarzem "Bacy". Okazało się to jednak daleko
idącym nadużyciem, bo Adamek, choć mógł znać osoby z półświatka (jak
twierdził, poznawał je za pośrednictwem dawnego trenera), stał jedynie
na bramce w lokalu Piekiełko w Istebnej, który mógł należeć do "Bacy".
Gang "Bokserów". Świdnica
Świdnica, Dolny Śląsk, rok 1996. Niejaki Zbigniew M. pseudonim "Łodziak"
i Marcin W. przy okazji transakcji narkotykowej kupili też pistolet
gazowy po przeróbce na broń ostrą. Od razu wpadł im do głowy pomysł, by
samemu zacząć przerabiać, a nawet produkować pistolety i sprzedawać je
lokalnym gangsterom. Produkcją miał zająć się Ryszard M. - posiadający
ku temu możliwości, jako że pracował w firmie, gdzie miał dostęp do
takich urządzeń jak frezarki czy tokarki. Marcin W. przemycał natomiast
do Polski pistolety gazowe z Niemiec.
Tymczasem dwa lata później, w 1998 roku, dwóch byłych reprezentantów
Polski w boksie z lat osiemdziesiątych, niegdyś zawodników Polonii
Świdnica - Stanisław S. pseudonim "Kaptur" i Piotr T. - zaczęli tworzyć
swój gang. Do struktury należeli między innymi Aleksander N. (również
pięściarz, trenujący w Gwardii Wrocław) czy Daniel B. Początkowo grupa
przejmowała kontrolę nad lokalnymi agencjami towarzyskimi. Dwie z nich
to Ranczo w Marcinowicach i Siedem Pokus w centrum Świdnicy. Takie
agencje były dla nich źródłem dochodu, miejscem spotkań (także z innymi
grupami, jak na przykład wrocławskiego gangstera Piotra S. pseudonim
"Szadok"), ale też sposobem na zjednywanie sobie policjantów czy
prokuratorów.
Kolejnym etapem było nawiązanie za pośrednictwem Daniela B. kontaktu z "Łodziakiem" i Marcinem W. Ustalono szczegóły współpracy i rozpoczęto
produkcję oraz handel bronią na szeroką skalę. Sam tylko Marcin W. w latach 1996-2002 miał przewieźć do kraju co najmniej sto siedemdziesiąt
pistoletów gazowych marek Rohm oraz Walther. Kolejną setkę wyprodukowali
- korzystając z pomocy Ryszarda M. On sam za jedną sztukę broni
otrzymywał blisko 400 złotych, a zakup broni od gangu to koszt rzędu 2,
góra 2,5 tysiąca złotych. Gdy wiele lat później, bo w 2013 roku,
ujawniono i zlikwidowano tę nielegalną fabrykę broni, w której
funkcjonowała nawet testowa strzelnica, śledczy zakładali, że z wyprodukowanych tam pistoletów mogło zginąć jedenaście osób. Ofiary to
na przykład dwóch mężczyzn zastrzelonych w Kotlinie Kłodzkiej w 1998
roku.
Obok wymuszania haraczy z agencji towarzyskich i handlu bronią gang
"bokserów" dokonywał też rozbojów czy napadów. Najważniejszą gałąź
działalności grupy stanowiły jednak przemyt i handel narkotykami. W tamtym czasie "bokserów" śmiało można było określić mianem największych
dostawców holenderskiej marihuany do Polski. Szacowano, że ich kurierzy
wykonywali nawet po trzy-cztery kursy w tygodniu, przewożąc w specjalnych skrytkach po dziesięć kilogramów tego narkotyku. Łącznie
przez kilka lat mogło to być nawet osiemset kilogramów marihuany.
O tym, jak istotna była dla gangu ta działalność, świadczą zeznania
jednego ze świadków. Mówił on, że szefowie grupy mieli zlecić podłożenie
ładunku wybuchowego pod samochód dilera, który zaszedł im za skórę. Gdy
zasugerowano im ryzyko związane z obecnością osób postronnych, choćby
żony i małego dziecka dilera, bossowie mieli stwierdzić, że ich to nie
interesuje.
We wrześniu 2003 roku gangsterzy otrzymali zamówienie na milion tabletek
ecstasy o wartości 4,5 miliona złotych. Mieli dostarczyć je do stolicy
Austrii - Wiednia. Do spotkania rzeczywiście doszło, a gdy w pokoju
hotelowym dobijano targu, okazało się, że transakcja to prowokacja
amerykańskich i austriackich służb. W ten sposób rozbito gang
"bokserów", choć jednego z jego liderów - Stanisława S. pseudonim
"Kaptur" - zatrzymano dopiero w lipcu 2004 roku. Dużą rolę w rozpracowaniu tej struktury miał wspomniany wcześniej Daniel B., który
przyjął status świadka koronnego. Oczywiście "bokserzy" próbowali potem
podważać jego wiarygodność, ale ani prokuratura, ani sąd nie miały
wątpliwości co do prawdziwości jego zeznań.
Na tym wydarzenia związane z grupą "bokserów" wcale się nie kończą.
Drugą część tej historii stanowią perypetie związane ze śledztwem i z procesami, które łącznie trwały więcej lat, niż funkcjonował sam gang.
W czerwcu 2005 roku aresztowano funkcjonariuszy Komendy Powiatowej
Policji w Świdnicy, którzy mieli współpracować z gangsterami. Mowa o ośmiu policjantach, którzy przyjmowali od przestępców łapówki w postaci
pieniędzy, różnego rodzaju prezentów, a także usług w agencjach
towarzyskich kontrolowanych przez "bokserów". W zamian za to wynosili
informacje z komendy. Sześciu z ośmiu funkcjonariuszy - Marek A.,
Sławomir C., Stanisław N., Marcin W., Jaromir Z. oraz Wiesław Ż. -
poszło nawet o krok dalej i stało się regularnymi członkami gangu,
między innymi handlując narkotykami. Co ciekawe, dopiero w 2008 roku z Komendy Powiatowej Policji w Świdnicy zwolniono ostatniego policjanta
spośród tych podejrzewanych o współpracę z przestępcami. Dwa lata
później do sądu trafił akt oskarżenia przeciwko byłym funkcjonariuszom.
W międzyczasie lipiec 2006 roku przyniósł oskarżenie trzydziestu trzech
członków gangu "bokserów" o udział w zorganizowanej grupie przestępczej,
przemyt i handel narkotykami oraz bronią, wymuszenia haraczy i inne
przestępstwa. Niespełna rok później, w czerwcu 2007 roku, zapadł wyrok.
Liderów grupy skazano na najwyższe wyroki - Stanisława S. na 13 lat, a Piotra T. na 11 lat pozbawienia wolności. Cztery osoby uniewinniono, a pozostali, w tym były pięściarz Aleksander N., usłyszeli wyroki od 1,5
do 8 lat pozbawienia wolności. Dwudziestu ośmiu oskarżonych zapowiadało
apelację, zaś prokuratura chciała odwoływać się od orzeczeń wobec 17
osób.
Dwudziestego czwartego czerwca 2008 roku zapadł prawomocny już wyrok w sprawie. Względem 21 osób wyroki podtrzymano, za to wobec reszty kary
nieznacznie zmniejszono. W ten sposób Stanisław S. ostatecznie miał do
odbycia karę 12 lat pozbawienia wolności.
Tyle że w maju 2010 roku Sąd Najwyższy uchylił wyrok i przekazał sprawę
do ponownego rozpoznania ze względów proceduralnych. Okazało się, że na
osiemnastu rozprawach jednego z oskarżonych reprezentował nie jego
adwokat - Wojciech K. - a współpracujący z nim aplikant adwokacki. Nie
miał do tego uprawnień, bo był na pierwszym roku aplikacji, a przed
sądem w sprawie karnej mógłby samodzielnie występować dopiero od
trzeciego roku.
W ten sposób gangsterzy nie byli już prawomocnie skazani, za to wciąż
tymczasowo aresztowani od sześciu, a niektórzy nawet od siedmiu lat. W związku z tym sąd musiał stworzyć im możliwość odpowiadania w ponownym
procesie z wolnej stopy. Stanisław S. i Piotr T. odzyskali wolność po
wpłacie poręczeń majątkowych w wysokości 190 tysięcy złotych każdy.
Objęto ich dozorem policyjnym i zakazem opuszczania kraju.
Krótko po tych wydarzeniach adwokat Wojciech K. miał zostać oskarżony o wręczenie łapówki prokuratorowi, w zamian za co ten miałby zwolnić z aresztu jego klienta. Nie miało to jednak związku z gangiem "bokserów".
Na początku 2011 okazało się, że adwokat Wojciech K. nie poniesie
natomiast odpowiedzialności za wysłanie nieuprawnionego aplikanta na
rozprawy. Miało być to jego nieumyślne niedopatrzenie, a Sąd Najwyższy
nie złożył nawet wniosku o karę dyscyplinarną do Okręgowej Rady
Adwokackiej. Później w 2011 roku proces gangu "bokserów" miał ruszyć od
nowa. Wiadomo, że cztery lata później wciąż trwał - czy i jak się
zakończył, tego nie udało się ustalić.
W 2013 roku, o czym już wspominałem, zlikwidowano w Świdnicy nielegalną
fabrykę broni. Prowadziły ją osoby powiązane z bokserami - między innymi
Zbigniew M. pseudonim "Łodziak", Marcin W. i Ryszard M. Piwnicę jednego
z budynków przekształcono w testową strzelnicę, na której ujawniono
ślady po oddanych strzałach i łuski. W listopadzie 2013 roku skierowano
w tej sprawie akt oskarżenia do sądu. Obejmował on 26 osób.
Proces trwał długo, a tymczasem we wrześniu 2015 roku Stanisław S.
pseudonim "Kaptur" wygrał sprawę wytoczoną Polsce przed Europejskim
Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu za zbyt długie tymczasowe
aresztowanie. Domagał się 50 tysięcy złotych (choć niektóre źródła
podają, że 50 tysięcy euro). Ostatecznie otrzymał odszkodowanie w wysokości trzynastu tysięcy złotych.
Miesiąc później, w październiku, do Świdnicy zawitała Beata Szydło -
przyszła premier (od listopada 2015 roku). Na spotkaniu z jej
zwolennikami pojawiło się kilku mężczyzn, którzy zakłócali porządek -
wykrzykując różne hasła i gwiżdżąc. Okazali się nimi byli członkowie
gangu "bokserów" - między innymi Jacek B. pseudonim "Sznurek" i Artur O.
pseudonim "Ostry", skazani w przeszłości za udział w zorganizowanej
grupie przestępczej, handel bronią czy narkotykami.
Proces dotyczący nielegalnej fabryki broni zakończył się po nieco ponad
trzech latach - w maju 2017 roku. Trwał tak długo, bo oskarżeni robili
wszystko, aby storpedować postępowanie i doprowadzić do przedawnienia.
Składali wnioski o wyłączenie sędziego, przedstawiali zwolnienia
lekarskie. W końcu sąd zdecydował o wyłączeniu ze sprawy wątku jednego z głównych oskarżonych, lidera grupy "bokserów" - Stanisława S. pseudonim
"Kaptur". To pozwoliło doprowadzić proces do finału. Choć oskarżonym
groziło do dziesięciu lat pozbawienia wolności, skazano ich na dość
niskie kary jak na to, że z ich broni mogło zginąć jedenaście osób - od
roku do pięciu lat pozbawienia wolności. Stało się tak dlatego, że część
zarzutów z lat 1996-2002 uległa przedawnieniu. Najwyższą karę usłyszał
organizator procederu, Marcin W., a Ryszard M. - 3,5 roku pozbawienia
wolności.
Co się tyczy szefów gangu "bokserów" - Piotr T. został trenerem boksu,
jeszcze w 2017 roku prowadził treningi personalne. Publikował w internecie zdjęcia ze znanymi pięściarzami. Stanisław S. stał się
przedsiębiorcą, prowadząc firmy między innymi w branży kosmetycznej.
Gang "Braciaków". Gdynia
We wrześniu 2013 roku funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego
dokonali w Trójmieście zatrzymań w sprawie tamtejszej grupy przestępczej
zarabiającej na prostytucji. Ujęto wtedy 12 osób. Śledczy uważali, że
gangiem kierować mieli trzej bracia, synowie byłego policjanta
kryminalnego z Gdyni, Jana B., którego potem podejrzewano o współpracę z innym gangiem, dokonującym porwań dla okupu. Trzej bracia B. to 31-letni
wówczas Aleksander pseudonim "Olo" vel "Złoty", 26-letni Leszek
pseudonim "Boski" vel "Gator" i 34-letni Paweł pseudonim "Trzeci" vel
"Gruby". Sami nazywali się "Braciakami", a określenie to szybko
podchwyciły media. "Olo", absolwent Akademii Wychowania Fizycznego, był
oficjalnie bezrobotny, ale w gangu miał pełnić wiodącą rolę, Leszek był
kimś w rodzaju "księgowego" gangu, a Paweł zajmował się marketingiem -
promował usługi prostytutek w internecie. Co ciekawe, nieoficjalnie
Aleksandra B. uważano także za przywódcę bojówki pseudokibicowskiej
jednego z lokalnych klubów piłkarskich - Arki Gdynia. To właśnie
członkowie tej bojówki mieli pilnować agencji towarzyskich prowadzonych
przez "Braciaków". Takich agencji było łącznie nawet kilkanaście -
głównie w gdyńskiej dzielnicy Witomino, skąd pochodzili bracia.
Wcześniej CBŚ dokonało uderzenia w inny gang sutenerów z Gdyni, a w styczniu 2013 rozbiło kolejną, 11-osobową sutenerską grupę przestępczą,
która miała działać dość krótko, bo od marca 2012 roku, między innymi w Gdyni i Malborku, próbując podporządkować sobie tamtejsze lokale, w których oferowały swoje usługi prostytutki. Podejrzani mieli na tym
zarobić przeszło sto pięćdziesiąt tysięcy złotych. Prokuratura uważała,
że grupą kierować miał znany w trójmiejskim półświatku Olgierd L. Co
istotne, właśnie do początku marca 2012 roku przebywał on w areszcie
śledczym. Ciążyły już na nim zarzuty czerpania korzyści z cudzego
nierządu, za co został nieprawomocnie skazany na sześć lat pozbawienia
wolności. W listopadzie 2013 roku do sądu trafił już akt oskarżenia
wobec rozbitego w styczniu gangu sutenerów. Oskarżonym groziło do
dziesięciu lat więzienia.
Dwudziestego piątego lutego 2014 roku wpadło kolejnych sześć osób
powiązanych ze sprawą gangu "Braciaków". Przy zatrzymaniu jednego z mężczyzn użyto rozwiązań siłowych, bo nie zamierzał dobrowolnie otworzyć
drzwi do swojego mieszkania. Wszystkim przedstawiono zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej oraz czerpania korzyści z cudzego
nierządu, a potem aresztowano na okres trzech miesięcy. Na tym etapie z osiemnastu podejrzanych większość, bo szesnastu, znajdowała się w aresztach śledczych.
Wówczas policji udało się już zabezpieczyć na poczet przyszłych kar i roszczeń majątek o wartości niemal 500 tysięcy złotych, 8,5 tysiąca
euro, 400 brytyjskich, 760 franków szwajcarskich oraz 500 dolarów
amerykańskich w gotówce, a także kilka kradzionych samochodów o wartości
od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych każdy, które przekazano
ubezpieczycielom właścicieli tych pojazdów.
Niespełna miesiąc później okazało się, że gang "Braciaków" to wciąż
niejedyna sutenerska grupa przestępcza, która działała wtedy na terenie
Trójmiasta. Osiemnastego marca w rękach śledczych znaleźli się trzej
mężczyźni, którzy mieli należeć do gangu "Wariata", zajmującego się poza
czerpaniem korzyści z prostytucji także handlem narkotykami. Damian W.
usłyszał zarzuty kierowania gangiem, a Dawid L. i Mateusz K. - udziału w nim. Grupa miała od stycznia 2013 do marca 2014 roku dokonać szeregu
przestępstw na terenie różnych miejscowości - Gdańska, Gdyni, Sopotu,
Elbląga, Malborka czy Tczewa. Mowa między innymi o nielegalnym
posiadaniu broni czy ułatwianiu uprawiania prostytucji nie tylko
dorosłym kobietom, ale, co gorsza, nieletnim dziewczętom. W tym celu
podejrzani wynajmowali mieszkania i organizowali w nich prywatne agencje
towarzyskie, tak zwane mieszkaniówki, publikowali anonse erotyczne w internecie czy nadzorowali wyjazdy kobiet do klientów. Tak mężczyźni
mieli zarobić niezbyt dużą jak na czas działania i potencjalne ryzyko
kwotę (przeszło 40 tysięcy złotych), a na obrocie narkotykami (głównie
marihuaną i amfetaminą) ponad 20 tysięcy złotych. Podczas działań
policjanci zabezpieczyli broń palną - pistolet maszynowy, pistolet z tłumikiem i rewolwer, a także amunicję i siedemset sztuk tabletek
ecstasy. Podejrzanym groziło do 12 lat pozbawienia wolności.
Na początku października 2014 roku, podczas procesu gangu sutenerów, w którym na ławie oskarżonych zasiadał Olgierd L., poruszono wątek pobicia
niejakiego Daniela S. Mężczyzna twierdził, że Olgierd L. brutalnie pobił
go z użyciem niebezpiecznych narzędzi - siekiery i maczety - co
doprowadziło do obfitego krwawienia, a nawet utraty przytomności. Biegły
lekarz przedstawił wówczas dość zaskakującą opinię. W jego ocenie
odniesienie takich obrażeń u ofiary napaści było w praktyce niemożliwe,
bo rany nie wyglądały na zadane z dużą siłą i mogły powstać w zupełnie
innych okolicznościach - na przykład podczas zadawania ciosów przez
samego pokrzywdzonego.
Pod koniec 2014 roku ogłoszono termin pierwszej rozprawy w procesie
gangu "Braciaków" - miała ona się odbyć 7 stycznia 2015 roku. Wyłączono
jej jawność, bo jak argumentowali sami oskarżeni - na sali sądowej mogły
zostać ujawnione różne informacje, w tym dotyczące sfer prywatnych i intymnych. To wtedy do mediów trafiły zdjęcia wytatuowanych kobiet,
które pracowały dla braci jako prostytutki. Na przestrzeni lat mogło być
ich nawet kilkadziesiąt. Pracowały głównie w czterech agencjach
towarzyskich - jednocześnie po sześć-siedem kobiet w każdej. Choć część
z nich padła ofiarą przemocy fizycznej i psychicznej - były więzione,
bite, poniżane, wysłuchiwały gróźb i nie mogły kontaktować się z rodzinami - to niektóre z nich, prywatnie narzeczone braci, tatuaże
miały sobie robić dobrowolnie. Rzekomo z wdzięczności i miłości do
"Braciaków". Z tego samego powodu dawały też braciom drogie prezenty, a nawet płaciły za nich w restauracjach. Treść tatuaży nie pozostawiała
jednak wątpliwości, że oskarżeni o kierowanie gangiem zrobili z kobiet
niemal swoją własność i stworzyli strukturę przypominającą sektę. Na
ciałach prostytutek pojawiły się między innymi napisy "Wierna Suka
Leszka", "Niewolnica Pana Olka", "Własność Pawła" czy "Kocham mojego
pana władcę Braciaka". Prokuratura przyjęła, że zachowanie kobiet
tatuujących sobie dobrowolnie takie treści mogło wskazywać na
uzależnienie od oprawców.
W procesie na ławie oskarżonych zasiadło dwadzieścia jeden osób - w tym
dwie kobiety pomagające braciom B. - łącznie przedstawiono im
pięćdziesiąt dziewięć zarzutów z okresu od czerwca 2009 do września
2013. Mowa między innymi o kierowaniu i udziale w zorganizowanej grupie
przestępczej, czerpaniu korzyści z cudzego nierządu, praniu brudnych
pieniędzy pochodzących z prostytucji w kwocie 239 tysięcy złotych
poprzez wpłacanie ich na konta innych osób, obrocie narkotykami (głównie
marihuaną, amfetaminą i kokainą), nielegalnym posiadaniu broni, amunicji
i materiałów wybuchowych (chodziło o pocisk artyleryjski wypełniony
między innymi trotylem) czy wymuszeniach haraczy od prostytutek
pracujących w innych agencjach towarzyskich w kwocie do 2 tysięcy
złotych miesięcznie od każdej z kobiet. Bracia mieli w ten sposób
zarobić 5 milionów 800 tysięcy złotych. Groziło im do 15 lat więzienia.
Na tym etapie już tylko osiem osób pozostawało w aresztach - wobec
pozostałych stosowano wolnościowe środki zapobiegawcze.
Kobiety, które niegdyś pracowały dla "Braciaków", występowały w sprawie
w roli świadków. Choć zapewniono im policyjną ochronę, a większość z nich wyprowadziła się z Trójmiasta, część na rozprawach wciąż okazywała
oskarżonym sympatię - machały i uśmiechały się do nich.
W lutym 2015 roku przed Sądem Okręgowym w Gdańsku trwał jednocześnie
proces innego, wspominanego już gangu sutenerów, którego domniemanym
liderem miał być Olgierd L. Tutaj sytuacja wydawała się o tyle prostsza,
że przed sądem po wielokrotnym niestawiennictwie zeznawać zaczęła jedna
z byłych prostytutek - Agnieszka Ć. Kobieta opowiedziała szczegółowo o tym, jak musiała oddawać swoim "opiekunom" połowę zysków, a oni
organizowali lokale, w których świadczyła usługi, czy zapewniali jej
transport do klientów. Stwierdziła natomiast, że do prostytucji samej w sobie nikt jej nie zmuszał. Agnieszka Ć. przybliżyła też kwestię pobicia
konkurenta gangu, Daniela S., którego z użyciem niebezpiecznych narzędzi
mieli zdaniem śledczych dopuścić się Olgierd L. i jego dwóch kompanów.
Niespodziewanie w lipcu 2015 roku bracia Aleksander, Leszek i Paweł B.
opuścili areszt po wpłaceniu poręczeń majątkowych w kwocie sześćdziesiąt
tysięcy złotych każdy. Zastosowano wobec nich dozory policyjne i zakazy
opuszczania kraju. Na niewiele się to zdało, bo oskarżeni o kierowanie
gangiem "Braciaków" szybko zapadli się pod ziemię.
W kolejnych latach nie udało się ich odnaleźć, a w styczniu 2017 roku
proces gangu "Braciaków" wciąż trwał. Wtedy to, 10 stycznia w duńskim
Aalborgu doszło do tragicznego w skutkach zdarzenia. Dziewięciu
zamaskowanych mężczyzn weszło do domu, w którym mieściła się agencja
towarzyska, rozlali tam benzynę i podpalili - najprawdopodobniej świecą
dymną. W wyniku pożaru zginęła trzydziestojednoletnia Polka, Honorata
H., która do Danii trafiła... z Gdyni. Druga kobieta zdołała uciec. Bez
ofiar nie obyło się także po stronie napastników - jeden doznał
poważnych oparzeń, a inny zginął na miejscu. Po szczegóły tych wydarzeń
odsyłamy do materiału Łukasza z Kanału Kryminalnego.
Jak ustalili śledczy, w Danii miały działać dwa konkurencyjne gangi
sutenerskie wywodzące się z Polski, dla których pracowały polskie
prostytutki. W ramach porachunków sprawcy zbrodni mieli wynająć w Gdyni
dwa samochody i udać się nimi właśnie do Danii, a tam dokonać podpalenia
agencji towarzyskiej. Analiza śladów biologicznych i danych GPS
pozwoliła na zatrzymanie w pierwszej połowie kwietnia sześciu osób,
którym przedstawiono zarzuty udziału w zorganizowanej grupie
przestępczej, zabójstwa oraz usiłowania zabójstwa. Groziła im kara
dożywotniego pozbawienia wolności. Kolejny z podejrzanych wpadł w Niemczech przy okazji innej sprawy - był poszukiwany europejskim nakazem
aresztowania.
Dopiero dwa lata później, w marcu 2019 roku, funkcjonariuszom
Centralnego Biura Śledczego Policji udało się ująć dwóch z braci B. -
Aleksandra i Leszka. Wpadli oni razem z dwunastoma innymi osobami
podczas zakrojonej na szeroką skalę międzynarodowej akcji,
przeprowadzanej wspólnie przez służby z Polski, Hiszpanii, Danii oraz
Holandii. W Polsce zatrzymano z kolei dwóch mężczyzn, w tym Jana B.,
ojca "Braciaków", który usłyszał zarzut udziału w zorganizowanej grupie
przestępczej i czerpania korzyści z prostytucji. W Hiszpanii wpadło pięć
osób - czterech mężczyzn i jedna kobieta. To wśród nich znaleźli się
właśnie Aleksander i Leszek B. Ich brat Paweł wciąż był poszukiwany (do
dziś nie ma publicznych informacji o jego zatrzymaniu, ale list gończy
zniknął z oficjalnej witryny policji). Podejrzani usłyszeli zarzuty
kierowania i udziału w grupie przestępczej, czerpania korzyści z cudzego
nierządu, produkcji i wprowadzania do obrotu znacznych ilości środków
odurzających, a także zabójstwa i usiłowania zabójstwa. Cztery osoby
tymczasowo aresztowano, wobec trzech - w tym dwóch braci B. - wszczęto
procedurę ekstradycyjną.
Zdaniem śledczych to właśnie gang "Braciaków" miał stać za podpaleniem
agencji towarzyskiej w Aalborgu w Danii, w wyniku którego jedna z obecnych tam kobiet zginęła, a drugiej ledwo udało się uciec. Celem
mogła być jeszcze inna kobieta, Sandra P., na którą zarejestrowana była
agencja, oficjalnie działająca jako salon masażu. Sandra P. i jej
partner, Adam S. pseudonim "Szlachcik", oskarżony niegdyś, a potem
uniewinniony od zarzutu dokonania brutalnego zabójstwa, jeszcze w Gdyni
skonfliktować mieli się z "Braciakami" - oczywiście o zyski czerpane ze
śródmiejskich agencji towarzyskich. Potem wyjechali do Danii i tam dalej
zarabiali na prostytucji. Co więcej, za granicą grupa miała zajmować się
też produkcją i handlem narkotykami. Zabezpieczono dwieście dwadzieścia
kilogramów haszyszu oraz dwa i pół tysiąca krzewów konopi indyjskich, z których dałoby się wyprodukować siedemset pięćdziesiąt kilogramów
gotowej marihuany. Ta miałaby trafić na rynek europejski.
Dwudziestego lutego 2020 roku, po ponad pięciu latach, miał zakończyć
się proces sutenerskiego gangu "Braciaków", działającego na Pomorzu w latach 2003-2009. Sąd odroczył jednak rozprawę ze względu na możliwą
zmianę kwalifikacji czynów określoną w akcie oskarżenia, co w praktyce
mogło oznaczać zarówno zarzuty zagrożone mniejszym, jak i większym
wymiarem kary. Rozprawa miała się odbyć pod koniec marca 2020 roku. W mediach nie pojawiły się dalsze informacje na temat wyroku, który miał
zapaść, a cały proces toczył się za zamkniętymi drzwiami.
W tym czasie wciąż trwało też śledztwo w sprawie podpalenia agencji
towarzyskiej w Danii, co do którego bracia B. usłyszeli zarzuty. Nie
przyznawali się do winy. Akt oskarżenia, obejmujący szesnaście osób i czterdzieści jeden przestępstw, trafił do sądu w lipcu 2020 roku.
Wyszczególniono w nim udział w zorganizowanej grupie przestępczej,
zlecenie zabójstwa (tu razem z braćmi B. odpowiadać miała Marta M.,
która według założeń śledztwa miała pomagać im założyć agencje
towarzyskie w Danii, choć jej adwokat temu zaprzeczał), zabójstwo z motywacji zasługującej na szczególne potępienie czy usiłowanie
zabójstwa, za co oskarżonym groziło nawet dożywotnie pozbawienie
wolności. Pomimo tak poważnych zarzutów we wrześniu 2021 roku Sąd
Okręgowy w Gdańsku zdecydował o zwolnieniu z aresztów siedmiu
gangsterów. Prokuratura złożyła zażalenie.
Gangi sutenerskie w Trójmieście wciąż działały. Nie dalej jak w lutym
2022 roku funkcjonariusze CBŚP zatrzymali kolejne już osoby w związku z trwającym od dwóch lat śledztwem w sprawie zorganizowanej grupy
przestępczej czerpiącej korzyści z cudzego nierządu, która miała powstać
w 2015 roku i funkcjonować między innymi na terenie Gdańska, Słupska,
Koszalina czy Lęborka. Podejrzani mogli na tym procederze zarobić nie
mniej niż dwa i pół miliona złotych. Pieniądze pochodziły od
prostytutek, które pracowały w tak zwanych mieszkaniówkach i oddawały
swoim "opiekunom" połowę zysków. Łącznie w sprawie występowało szesnastu
podejrzanych, trzech z nich tymczasowo aresztowano. Nie wykluczano też
kolejnych zatrzymań.
Z nieoficjalnych informacji wynika natomiast, że gdy tylko na przełomie
lutego i marca 2022 roku do Polski zaczęli masowo przybywać uchodźcy z Ukrainy, na granicy pojawili się gangsterzy z sutenerskich grup
działających na terenie Trójmiasta. Proponowali oni młodym, atrakcyjnym
kobietom darmowy transport, mieszkanie i wyżywienie, właśnie w Trójmieście. Zbierali w ten sposób grupę kilku kobiet i busem przewozili
je na Pomorze. Celem było oczywiście sprowadzenie ich do tamtejszych
prywatnych agencji towarzyskich, tak zwanych mieszkaniówek,
kontrolowanych przez gangsterów. Według wiadomości uzyskanych od moich
informatorów w proceder miały być zaangażowane osoby, które w przeszłości usłyszały już zarzuty udziału w zorganizowanej grupie
przestępczej czy czerpania korzyści z cudzego nierządu. Problem musiał
być na tyle poważny, że Komenda Główna Policji uruchomiła specjalną
infolinię i opublikowała komunikaty przestrzegające przed handlem ludźmi
w językach polskim, ukraińskim oraz rosyjskim.
Dwudziestego drugiego sierpnia 2022 roku w mieszkaniu przy ulicy
Pańskiej w gdańskiej dzielnicy Witomino pies rasy pitbull zaatakował
czterdziestosiedmioletniego mężczyznę. Wyprowadzał on dwa psy swojej
znajomej - nie pierwszy zresztą raz, a czworonogi dobrze go znały.
Pogryziony czterdziestosiedmiolatek zmarł, odnosząc między innymi ranę
szarpaną szyi i gardła. Jego znajoma uciekła na balkon, zawiadomiła
policję i pogotowie ratunkowe. Pitbull zaatakował również
funkcjonariuszy, w związku z czym został zastrzelony. Jak nieoficjalnie
ustalili reporterzy TVN24, pies miał należeć do jednego z braci B. z gangu "Braciaków". Zwierzęciem opiekowała się jego żona, ale wyprowadzał
je znajomy czterdziestosiedmiolatek. Mężczyzna miał również dobrze znać
się z braćmi B. i przebywać z nimi w Hiszpanii, kiedy zostali zatrzymani
przez służby.
Natomiast 15 grudnia 2022 roku Sąd Okręgowy w Gdańsku ogłosił wyrok w sprawie sutenerskiego gangu "Braciaków", który miał dopuścić się między
innymi zabójstwa i usiłowania zabójstwa w Danii. Trzej bracia B. zostali
skazani na osiem lat pozbawienia wolności, niejaki Mateusz W. na osiem
lat za kratkami, a pozostałych 12 oskarżonych na kary od pięciu lat do
sześciu i pół roku więzienia. Wszyscy mieli też zapłacić kary grzywny. W związku z tym, że orzeczenie było nieprawomocne, a oskarżeni mogli się
odwoływać, wobec Aleksandra, Leszka i Pawła B. oraz Mateusza W.
przedłużono areszt tymczasowy do czerwca 2023 roku.
Wciąż trwała natomiast wtedy sprawa przeciwko "Braciakom", w której
prokuratura zarzucała im udział w gangu, zmuszanie do prostytucji,
czerpanie korzyści z cudzego nierządu, posiadanie znacznej ilości
narkotyków czy paserstwo luksusowych pojazdów. Akt oskarżenia trafił do
sądu w grudniu 2014 roku, a w maju 2021 roku zapadł nieprawomocny wyrok,
od którego oskarżeni się odwołali.
Postępowania wciąż trwają.
Gang "Carringtona" i gang "Lelka". Wojna Zgorzelecka
Za sprawą mediów w latach dziewięćdziesiątych słysząc hasło "polska
mafia", większość ludzi myślała o gangach pruszkowskim i wołomińskim.
Tymczasem w ich cieniu, z dala od stolicy, siłą i brutalnością milionowe
interesy budowali inni gangsterzy. Tak było choćby na Dolnym Śląsku, w okolicach Zgorzelca i polsko-niemieckiego pogranicza. Masowo przemycano
tam spirytus wart tyle, że wystarczyła błahostka, by dotychczasowi
kompani stali się wrogami na śmierć i życie. Tak wybuchła "wojna
zgorzelecka" pomiędzy grupami Zbigniewa M. pseudonim "Carrington" i Jacka B. pseudonim "Lelek". Ich konflikt pochłonął kilkadziesiąt
ludzkich istnień. Części ofiar porachunków do dziś nie odnaleziono -
wciąż figurują w policyjnych bazach jako osoby zaginione. W 2019 roku
kulisy tych wydarzeń w rozmowie ze mną ujawnił Dariusz Z. - świadek
koronny, który pogrążył gang "Carringtona". Jego relacje znajdują teraz
namacalne potwierdzenie - przeszło ćwierć wieku od serii gangsterskich
zabójstw na pograniczu część spraw dociera do finału. Funkcjonariusze
Centralnego Biura Śledczego Policji mieli ujawnić zwłoki co najmniej
jednej ofiary przestępczej egzekucji. Wiedzą też, gdzie mogą trafić na
kolejne ciała. W śledztwie pojawił się nowy, obok Dariusza Z., duży
świadek koronny i kilku małych. Pod zarzutem zabójstwa do aresztu
trafili między innymi Ryszard M. pseudonim "Azja" (brat "Carringtona")
czy Sebastian K. pseudonim "Ryży" - bohater jednej ze strzelanin w Jeleniej Górze. Samobójstwo przy próbie zatrzymania przez
kontrterrorystów popełnił zaś Jacek B. pseudonim "Lelek". Zacznijmy
jednak od początku.
Zbigniew M. pseudonim "Carrington" (noszący faktycznie inne nazwisko niż
to powtarzane w mediach) urodził się w 1966 roku. Mieszkał w Zawidowie
pod Zgorzelcem na Dolnym Śląsku - nieopodal niemieckiej granicy.
Ukończył zasadniczą szkołę zawodową, a później założył kilka firm
transportowych, z których, co ciekawe, część pozostaje zarejestrowana do
dzisiaj. Zbigniew M. razem z bratem, Ryszardem, zaczynał od drobnych
zleceń na przemyt papierosów przez Nysę Łużycką. Około 1995 roku mieli
już stworzyć własny gang, skupiający się z czasem na przemycie
spirytusu, głównie z Niemiec i Włoch. W skład grupy weszli między innymi
brat "Carringtona", Ryszard M. pseudonim "Azja" (pseudonim nawiązuje do
bohatera literackiego noszącego bardzo podobne nazwisko do braci M.),
Jacek B. pseudonim "Lelek", Jarosław J. pseudonim "Jakubek" czy Dariusz
P. pseudonim "Pomyk" (pseudonim od nazwiska, nie "Płomyk", jak pisały
wówczas gazety). "Carrington" miał wyrastać na rezydenta mafii
pruszkowskiej na tamtych terenach, o czym wspominano w programie
dokumentalnym Alfabet mafii telewizji TVN z 2004 roku. To nie do końca
prawda. "Carrington" nie miał zbyt wiele wspólnego z "grupą
pruszkowską". Bliżej, choćby przy okazji handlu narkotykami, było mu do
konkurencji "Pruszkowa", czyli gangu ząbkowsko-praskiego, któremu
szefować mieli bracia Henryk N. pseudonim "Dziad" i Wiesław N. pseudonim
"Wariat", czy do często mylonego z nimi gangu wołomińskiego - z Ludwikiem A. pseudonim "Lutek" i Marianem K. pseudonim "Klepak" na
czele. "Carrington", który na co dzień nie dopuszczał do siebie zbyt
wielu osób i tworzył swoją strukturę jako bardzo hermetyczną, dość
bliskie relacje jak na siebie utrzymywał z łódzką "ośmiornicą", do
której trafiał niemal cały przemycany alkohol. Ludzie Zbigniewa M. mieli
też kontakty z poznańskim gangiem Zbigniewa B. pseudonim "Orzech" - to u nich swego czasu przed atakiem ze strony "Lelka" miał schronić się
Dariusz Z., późniejszy świadek koronny.
Przemyt spirytusu był bardzo dobrze zorganizowany. Wykorzystywano do
tego celu między innymi most techniczny w Sękowicach pod Gubinem. Za
dnia budowano tam terminal graniczny, a nocą właśnie przemycano
spirytus. Gangsterzy korzystali z pomocy przekupionych celników, mieli
skanery do podsłuchiwania pozostałych służb.
Tiry z trefnym towarem przejeżdżały do Polski co tydzień - nie
pojedynczo, a po kilka naraz. Łapówka dla celnika za taki transport
wynosiła około pięćdziesięciu tysięcy marek niemieckich. Była to zapłata
za otwarcie granicy na czas przejazdu tirów - bez kontroli jakichkolwiek
dokumentów i samego towaru. Dlatego znów wbrew temu, co sugerowało wiele
reportaży, nie trzeba było barwić spirytusu na niebiesko, by udawał płyn
chłodniczy czy płyn do spryskiwaczy, a dalej w laboratoriach przywracać
go do czystej postaci. Alkohol po prostu rozlewano do beczek i tak
ładowano na ciężarówki, które wyruszały dalej w głąb kraju.
Pewnego razu przemyt na własny rachunek chciał zorganizować wspomniany
już Dariusz P. pseudonim "Pomyk". Niestety, kierowca uszkodził jedną z maszyn na moście technicznym. Złe wieści dotarły do "Carringtona". Był
wściekły, bo jego człowiek chciał go oszukać, a w dodatku niemal
doprowadził do wpadki całej grupy i upadku lukratywnego interesu. To
zdarzenie, właśnie w połączeniu z kwestiami finansowymi, stało się
przyczyną rozłamu w gangu. Trzeba tu dodać, że przemyt spirytusu był
bardzo opłacalnym procederem. Według ustaleń śledczych gang
"Carringtona" miał przemycić dwa miliony litrów spirytusu, a Skarb
Państwa nie otrzymał blisko stu pięćdziesięciu milionów złotych z tytułu
niezapłaconych należności podatkowych. "Ile tego spirytusu przemycono,
tak naprawdę wie chyba tylko sam "Carrington". On, jak miał dobry
tydzień, to potrafił zarobić milion marek" - twierdził w jednej z naszych rozmów świadek koronny Dariusz Z.
Lata 1997-1998, kiedy "Carrington" skonfliktował się z "Lelkiem", a szczególnie okres od wiosny 1998 roku, był bez wątpienia czasem
najbardziej dochodowym dla nich obu, ale i najbardziej brutalnym -
dlatego nazwano go "wojną zgorzelecką". Wcześniej, już w 1997 roku,
wiele osób w Zgorzelcu zaginęło. Dwa razy próbowano pozbyć się też
"Carringtona". Po wybuchu bomby ukrytej pod kratką przed wejściem do
klatki schodowej w bloku, w którym mieszkał, twarz Zbigniewa M. pokryły
blizny, które da się zauważyć u niego nawet dziś.
W gangu "Carringtona" do rozwiązania każdego, nawet najmniejszego
problemu wykorzystywano tę samą metodę - zabójstwo. Najmniejszego, to
znaczy nawet tak nieistotnego, jak sfaulowanie szefa podczas gry w koszykówkę. Zdarzało się też, że ktoś ginął przez pomyłkę, nie będąc
wcale stroną konfliktu "Lelka" i "Carringtona". Tak było chociażby we
wrześniu 1998 roku, kiedy na drodze z Leśnej do Bożkowic Valerian K.
pseudonim "Kim", myśląc, że jest śledzony, zastrzelił pięciu mężczyzn.
Ofiary gangsterskich porachunków zwykle zakopywano potem w lasach,
zasypując kilkoma workami wapna. Niekiedy też ciała mielono. Te metody
okazały się niezwykle skuteczne - wielu ciał wciąż nie odnaleziono, a ofiary nadal figurują w policyjnych bazach jako zaginione. Powoli
zaczyna się to zmieniać. Śledczy mają coraz większą wiedzę na temat
tego, kto, kiedy i gdzie został zamordowany. W części przypadków mają
nawet ustalone miejsce ukrycia zwłok, choć i to nie gwarantuje sukcesu.
Raz bowiem to ogromny obszar leśny, innym razem miejsce, w którym od lat
znajduje się już autostrada, a jeszcze kolejnym filar mostu z zabetonowanymi zwłokami - bez możliwości ich wydobycia bez zburzenia
mostu.
"Wojna zgorzelecka", według oficjalnej wersji, pochłonęła co najmniej
kilkanaście ofiar. W praktyce było ich dużo więcej - tym bardziej że
tylko w dwóch strzelaninach śmierć poniosło dziewięć osób i w tych
przypadkach wszystkich udało się zidentyfikować. "Trupów było około 30,
a o 26 wiem na pewno" - tłumaczył świadek koronny Dariusz Z.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki