Rozdział pierwszy
Aby pozostać przy zdrowych zmysłach, czasami trzeba się poddać odrobinie szaleństwa.
Harley Quinn
Romeo
Wtedy: sześć lat wcześniej
- Ależ pieprzysz! - Tristian szturchnął mnie, skinieniem głowy prosząc barmana o kolejne dwa szoty. - Wiesz, że to fizycznie niemożliwe?!
- Ty tego nie wiesz, bo nigdy nie spróbowałeś tego zrobić. Mięczaku, boisz się, że ci fiut odpadnie. Nawiasem mówiąc, wcale nie odpadnie. Masz małego, dlatego się obawiam, że możesz nie trafić w punkt, który sprawi, że dziewczyna wywróci oczami, jakby ujrzała Boga. - Puściłem do niego oko. Miałem świadomość, że udało mi się go zaciekawić.
Z bratem łączyły mnie normalne, jak na rodzeństwo, relacje. Rywalizowaliśmy ze sobą równie mocno, jak się kochaliśmy. Brat był starszy, ale nie mądrzejszy. To ja odziedziczyłem po ojcu intelekt. I to dlatego byłem jego ulubieńcem. Zresztą Tristian o tym wiedział. Wiedziała o tym nawet nasza siostrzyczka Juliet. Wszyscy byli świadomi tego faktu, bo ojciec nie krył się z emocjami.
Matka okazywała nam miłość i oddanie bardziej ukradkowo. Niemniej ona też najbardziej kochała mnie.
Nie chcę być źle zrozumiany. Rodzice uwielbiali Tristiana, swojego pierworodnego, oczko w głowie napawające ich dumą i radością. Każdy wiedział, że mój brat jest zdecydowany, opanowany, godny zaufania. Był księgowym Famiglii, miał za zadanie pilnować, by pieniądze trafiały do odpowiednich ludzi.
Po kryjomu.
Z każdym dniem powiększał bogactwo bezlitosnych skurwysynów.
Mnie w ten sposób nie pobłażano. Z chwilą narodzin stałem się Romeem Sinacorem.
Zabijałem.
Wymierzałem zemstę.
Sprawiałem, że dziewczynom majtki wilgotniały.
- Uch! - prychnęła uwodzicielskim głosem kobieta.
Zwróciłem uwagę na znajomą rudowłosą ślicznotkę, która wchodziła do baru.
- Stać cię na jeszcze większą wulgarność?
- Zależy. Kiedy wleję w siebie odpowiednio dużo alkoholu...
Uśmiechnęła się sarkastycznie, przyglądając mi się zmrużonymi niebieskimi oczami tak, jakbyśmy znajdowali się sami w pomieszczeniu. Często odnosiliśmy takie wrażenie, zwłaszcza gdy byliśmy tylko we trójkę. Przez lata starałem się nie poświęcać uwagi jej spojrzeniom, udawałem, że nie widzę, jak się rozpogadza na mój widok.
Bagatelizowałem to, że przy mnie się śmiała.
Uśmiechała.
Płakała.
Kurwa, ile ona się przeze mnie napłakała.
Eden De Rossi to córka Bartolla - naszego szefa ochrony. Znamy się z nią od zawsze, praktycznie z nami mieszkała, kiedy zadaniem jej ojca było dbanie o nasze bezpieczeństwo. Wychowaliśmy się razem. Eden jest w moim wieku, czyli ma dwadzieścia jeden lat. Tristian jest starszy o dwa lata, a nasza siostra Juliet ma zaledwie szesnaście i już jest jak wrzód na dupie.
Pilnuję jej.
I każdej dziewczyny. Eden też.
Strzegę jej zwłaszcza przed sobą.
Mama chciała mieć dzieci w niewielkim odstępie czasu, by mogły się wspierać. Dla włoskiej mafii najważniejsza jest rodzina.
Lojalność i zaufanie. Koniec tematu.
Przodkowie rodziny Sinacore zasmakowali jedynie krwi i przemocy. Jedno pokolenie po drugim zabijało w imię Famiglii. Należeliśmy do jednej z Pięciu Rodzin, co oznaczało, że osoby, które z nami zadarły, kończyły tym swój żywot.
Już moja w tym ręka.
We wczesnym wieku stałem się ulubieńcem bossa, który nawet nie skrywał, że chciałby, abym został jego partnerem i stał po prawej stronie jego tronu.
Pewnego dnia miałem przejąć władzę w światku.
Tristian był słaby, ja natomiast silny. Miałem w dupie, czego dotyczyły polecenia. Z rozkoszą je wykonywałem. Brat był zbyt emocjonalny, za bardzo się angażował. Jak nasza matka czuł za wiele. Ja nic nie czułem, więc było mi łatwiej.
Wyciągałem wnioski z jego błędów.
Naprawiałem jego potknięcia.
Nadrabiałem jego wady.
Widzicie, Tristian miał serce.
Zdecydowanie...
Ja go nie miałem.
Moje było zimne.
Mroczne.
Śmiercionośne.
Casanova Mafii był taki, jak go wszyscy opisywali.
Tristian zmrużył oczy.
- Nie noszę imienia po mięczaku i znam się na cipkach.
Rozbawiło mnie zwątpienie, które odmalowało się na jego twarzy. Zawsze łatwo mi było go przejrzeć.
- Myślisz o tym, prawda?
- Stul mordę. - Wychylił kieliszek tequili. - Tylko ty potrafisz napędzić mi stracha, że zawiodę, jeszcze zanim wejdę do gry. Czasami cię nienawidzę, skurwysynie.
- Kochasz mnie jak wszyscy inni.
Opuścił wzrok, a po chwili wlał w siebie kolejnego szota.
- W tym właśnie problem. Jak mam zaliczyć, skoro wszystkie lecą na ciebie?
Ani drgnąłem.
Świetnie opanowałem powściągliwość.
Tylko dzięki niej udawało mi się dożyć kolejnego dnia.
Uwodziłem.
Zaspokajałem.
Zabijałem.
Witamy w rodzinie Sinacore.
Zdrówko.
Jakiś ton w jego głosie nie spodobał mi się, być może dlatego, że całe życie słyszałem, jak każda dziewczyna od pierwszej klasy po tę chwilę miała na oku wyłącznie mnie. Na niego nie zwracały zaś uwagi.
Może nie każda na mnie leciała.
Eden.
Mój zakazany owoc.
Mimo moich starań nie łykała bzdur, na które nabierały się inne dziewczyny. Ponieważ ona też od dzieciństwa uczyła się czytać ludzi. Pod wieloma względami była do nas podobna. Różniła się tylko tym, że jakby z dnia na dzień zmieniła się z dziewczynki w kobietę. Mimo że jej ojciec nie cieszył się taką władzą i autorytetem jak nasz, dziewczyna nauczyła się bronić swoimi ulubionymi nożami czy pistoletem.
Na dowód mam bliznę na prawym udzie, która stanowi pamiątkę po tym, jak w ostatniej klasie szkoły średniej usiłowałem ją pocałować.
Dopatruję się w jej zachowaniu pewnej formy gry wstępnej.
Kiedy zagroziła, że znów mnie dźgnie, uświadomiłem sobie, że wypowiedziałem myśli na głos i chwyciłem ją za nadgarstek.
- Raz pozwoliłem, byś mnie skrzywdziła. To się więcej nie powtórzy.
Spiorunowała mnie wzrokiem.
Żadna nie przyprawiała mnie o szybsze bicie serca i nie wzbudzała takiej żądzy jak ona, zwłaszcza kiedy starała się wykazać, że stać ją na to, by być kimś więcej niż kobietą w świecie mężczyzn.
Kochałem ją.
Obaj z Tristianem ją kochaliśmy.
Niemniej brata kochałem bardziej.
Z Eden nie zamierzałem przekroczyć tej granicy. Nie mnie było dane zasiać nasienie w jej ogródku.
- Skoro mowa o moim rosnącym fanklubie... - Puściłem oko do Tristiana. - Gdzie jest trzecia osoba niezbędna do trójkącika?
- To ja. Ale o trójkąciku nawet nie ma mowy, bo nie wezmę w nim udziału - zażartowała z fałszywą skromnością.
Eden była bystra i wiedziała, że jej pragnę.
Potrzebuję.
Mam na nią ochotę jak ćpun na heroinę.
Oczy Tristiana pociemniały, gdy tylko zaczął napawać się jej widokiem. Ja natomiast się nie odwróciłem. Wiedziałem, co mnie czekało.
Cycki.
Tyłek.
Nogi, które ciągnęły się aż do nieba, a zarazem współgrały z krągłościami. Wzbudzały pragnienie, aby gładzić jej ciało z góry na dół.
Naznaczyć.
Odcisnąć na nim swoje piętno.
Czynić ją moją.
Dopóki nie zacznie błagać, abym przestał.
Nie oddam się jednak swoim pragnieniom.
Nie mogę.
Tłumione latami pożądanie wpływa na każdego mężczyznę. Nie byłem żadnym wyjątkiem od tej reguły. Jej udałoby się mnie ściąć z nóg. Nie chciałem jednak dopuścić, by poróżniła mnie z bratem.
Mimo że pragnąłem jej bardziej niż czegokolwiek na świecie.
- Eden - wskazałem na drinka - zaczęliśmy bez ciebie.
Stojąc za mną, wyciągnęła rękę i wzięła kieliszek od barmana.
- Jak zawsze. Przestało mnie to już dziwić. Co opijamy?
Odwróciłem się powoli, wpatrując się jej w oczy. Tłumiąc chęć, by omieść wzrokiem jej sylwetkę. Eden wymagała szacunku i uwagi. Nigdy nie potraktowałbym jej jak kolejną ofiarę swojego uroku.
Ona była inna.
Oporna na niego.
Niezainteresowana.
Kochała mnie w inny sposób niż ja ją. Dlatego też w liceum ugodziła mnie nożem i rzuciła coś w stylu, że wolałaby umrzeć, niż przespać się z kimś, kto piął się na szczyt po nacięciach na zagłówku. Oczywiście musiałem zażartować na temat szczytowania.
Zamyśliłem się, gdy tak na mnie patrzyła. Tristian chyba to zauważył, bo odchrząknął, żeby uratować mi tyłek. Eden na pewno by mi przywaliła. Bardzo podobała mi się jej zadziorność.
To, że czasami zachowywała się jak suka.
Pragnęła, by jej wysłuchano i pokazano, gdzie jej miejsce.
To dlatego często doprowadzałem ją do łez. Dramatyzowała i miewała napady złości, pomimo których zawsze do mnie wracała. Tak już działałem na kobiety.
Chcesz się dowiedzieć, w jaki sposób sprawić, by kobieta nieświadomie spełniała twoje polecenia i by zwilgotniały jej majtki?
Wkurzaj ją.
Ignoruj.
Jedno i drugie rób jednak z uśmiechem.
No proszę, oto recepta.
- Twój ojciec i Capo3 ustanowili tego dupka kapitanem - oznajmił dumnym tonem Tristian, dlatego na niego spojrzałem.
Brat rozpaczliwie wypatrywał dnia, w którym zmieni status osoby powiązanej z mafią na jej członka, a zarazem nie miał tego czegoś, co pozwoliłoby mu to osiągnąć. Na miłość boską, był księgowym Famiglii. Dostrzegał tylko chwałę stojącą za rozlewem krwi. Mężczyzn, którzy przyklaskiwali sobie za kierowanie się w życiu zasadą "zabij albo daj się zabić".
Nie wiedział, jak wyglądają samotne noce.
Nigdy nie widział krwi zmywanej pod prysznicem.
Kolejnego garnituru, który należało spalić, żeby nie narazić się na zarzuty karne.
Nie dostrzegał demona, którego ja widywałem codziennie w lustrze, i wolałbym umrzeć, niż dopuścić do tego, by brat zrozumiał, jak wiele skradło mi to życiu... po okruszku.
Po troszeczku.
Aż w końcu stałem się jedynie...
Bezdusznym diabłem.